poniedziałek, 1 października 2012

Jestę naukowcę i komentatorę. (Cz 1) Czyli o tych, którzy wiedzą wszystko.

Robiąc sobie poranną prasówkę natrafiłem na kilka artykułów traktujących o bardzo istotnym (i aktualnym z racji daty) problemie. Chodzi rzecz jasna o problem uczelni wyższych i tego kto powinien a kto nie – studiować. Moją uwagę przykuł rzecz jasna  ten zawierający z najbardziej barwną wypowiedź „Tego Który Wie Wszystko”


Jeden z profesorów biorących udział w dyskusji powiedział był:

Doszło do upowszechnienia szkolnictwa wyższego do takiej nieznośniej masy. Wielu studentów, po prostu nie spełnia kulturowych i intelektualnych predyspozycji”

To, co się nazywa demokratyzacją szkolnictwa wyższego, brzmi niewinnie, ale w praktyce przynosi katastrofalne skutki

Gdyby profesor użył mniej wyszukanego słownictwa – powiedziałby „pcha się buractwo tępe (ze słomą w butach - bo to warunek sine qua non) na salony a nie ma tam czego szukać” oraz „uczelnie powinny wyraźnie odciąć się od plebsu i nie pozwalać mu studiować” aczkolwiek jak mniemam - obrażanie ludzi w sposób wyszukany to taki sport elit.

Nie czepiałbym się wypowiedzi jakiegoś nieszczęsnego profesora, który dał upust swojej niechęci do plebsu – gdyby nie to, że ta sama wypowiedź w różnych wydaniach, odmianach, etc – robi oszałamiającą karierę. No bo wychodzi na to, że te tępe ludzie się „phajom” na uczelnie wyższe. I nie wiadomo czego – bo pracy po studiach ni ma. Mogliby sobie iść gdzieś popracować zamiast zajmować miejsca. (będę się nad tymi „innymi odmianami” pastwił w kolejnych notkach)

Wypowiedź profesora jest (ujmując rzecz kolokwialnie) durna – to na co najmniej trzech płaszczyznach. Primo – obnaża ona oderwanie od rzeczywistości. Bowiem w chwili obecnej uczelnie wyższe borykają się nie z umasowieniem studiów – a z niżem demograficznym. Tym samym te „masy” raczej na studiów nie szturmują. Owszem można wypowiedź profesora rozumieć tak „nie chodzi o umasowienie rozumiane jako ilość studentów, tylko o jakość” Tylko, że to nieco bezsensowne rozważania – skoro mało studentów jest – tedy i tych „tępych” raczej za dużo nie studiuje.

Secundo – zapomniał byk jak cielęciem był. Ja nie wiem w jakim kraju studiował prof. ale chyba nie była to polska. Bowiem w czasach PRL owo demonizowane przez niego „pchanie się plebsu na uczelnie” było większym hm „problemem”. Czemu? A no temu, że kandydaci dostawali dodatkowe punkty jeśli np. pochodzili z rodzin robotniczych, rolniczych,etc. W przypadku tych samych rezultatów na egzaminie – decydowały pozamerytoryczne czynniki. Poza tym – zapytajcie rodziców o ich doświadczenia z uczelniami wyższymi o to czy za ich czasów wszyscy ich koledzy z roku, „pasowali” do uczelni. Zawsze, i na każdym kierunku – znajdzie się ktoś kto delikatnie rzecz ujmując tam „nie pasuje” - tzn z jakichś przyczyn zupełnie nie radzi sobie z materiałem,etc,etc. Tak było – jest i zapewne będzie.

Tertio – drażni mnie straszliwie w tych wszystkich wypowiedziach to, że wszyscy mówią o tym jak to te cholerne maturzysty się „phajom” na uczelnie. A nikt jakoś specjalnie nie zwraca uwagi na to, że była po temu bardzo konkretna przyczyna.

Z obrazka rysowanego przez specjalistów, naukowców,etc z bożej łaski wyłania się rzeczywistość, w której nagle wszyscy postanowili studiować. Ot „masy” zdecydowały się na wyedukowanie swych pociech – i mamy od cholery studentów i nie bardzo jest co z nimi robić.

Średnio rozgarnięty człowiek widząc tak przerysowaną rzeczywistość zacząłby się zastanawiać nad tym co się stało. Tzn co sprawiło, że ludzie zaczęli szturmować uczelnie wyższe. Bo właśnie owo "coś"  a nie ta straszliwa „Demokratyzacja uczelni” było przyczyną „umasowienia” studiów.

Ta przyczyna to cztery słowa - Sytuacja Na Rynku Pracy. Końcówka lat 90 i początek XXI wieku – to była swoista wolna amerykanka w wykonaniu pracodawców. Long story short – żeby dostać byle jaką pracę – trzeba było mieć skończone studia. Żarty na temat tego, iż niedługo aby kopać rowy – trzeba będzie mieć doktorat z geologii, były wtedy bardzo aktualne. W tym miejscu ktoś może podnieść argument następujący „pracodawca ma prawo stawiać wymagania potencjalnym pracownikom”. A i owszem – ma prawo tylko mógłby zwrócić uwagę na to czy aby wyższe wykształcenie jest naprawdę istotne na stanowisku, które kandydatom „oferuje”. Sytuacje, w której od kandydata wymagana ukończenia studiów kierunkowych, znajomości języka obcego, etc – i proponowano mu stanowisko hurtownika – wcale nie należały do rzadkości.

Nie – nie próbuje w ramach naśladowania oderwanych od rzeczywistości elit intelektualnych w postaci profesorów wszystkowiedzących – przekonywać ludzi, iż pracodawcy to zło. Ja jedynie sugeruje, że gdyby nieco bardziej przyłożyli się do czegoś takiego co z zachodu przyszło – a mianowicie HR (Human Resources) – to być może studiowaliby Ci którzy chcieli. A nie wszyscy, którzy zostali do tego zmuszeni przez idiotyczne wymagania pracodawców. Sytuacja na uczelniach byłaby jeszcze bardziej „umasowiona” gdyby nie to, że sporo naszych rodaków pojechało do UE pracować.


Osobną kwestią dużego zainteresowania jakimi cieszą się studia jest to, że ludzie częstą studiują – bowiem pracodawcy lubią studentów. Do 26 roku życia studenciaka – nie muszą się bowiem martwić ZUSami i takimi innymi – przez co praca studenciaka jest dla pracodawcy tańsza niż praca kogoś po 30.

Ale co ja się tam znam – ja jestem jako ta masa, która się wepchała na uczelnie i zbrukała ją swoim brakiem predyspozycji kulturowych a nawet kulturalnych :)

Dobrze, że rządzącym doradzają ci którzy mają predyspozycje – bo jak widać prowadzi to nas ku świetlanej przyszłości a uczelnie wyższe, rynek pracy, etc mają się coraz lepiej!

OH Wait...




14 komentarzy:

  1. Ano właśnie - do tej pory większość ogłoszeń pracy świeci tym "wymagane: wykształcenie wyższe", choć zazwyczaj i tak nie jest to najbardziej oderwany od rzeczywistości wymóg.

    A co do jakości studiów.. No cóż. Się nie wypowiem, by nie pójść w ślady cytowanego Pana Profesora ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja się wypowiem :D Tzn mnie zawsze drażniło to, że kursy obligatoryjne - powierzano ludziom, którzy nie potrafili przekazywać wiedzy studentom. Przyczyna tego stanu była prosta. Na mojem kierunku był sobie kurs (nie napisze jaki bo jeszcze mi zabiorą tytuł magazyniera) - który był kursem dość źle prowadzonym (przez zarozumiałą panią prof). Kurs był opcjonalny -więc ludzi coraz mniej i mniej łaziło (z roku na rok). Co zrobiły profesory? Zrobiły z kursu kurs obligatoryjny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję, że ten proceder się zatrzyma, bo jeśli pracodawcy dalej będą więcej wymagać to będę zmuszona zrobić magisterkę po licencjacie ;__;
    A problem "wyższego wykształcenia" na stanowiskach pracy typu recepcjonistka jest nadal bardzo poważny. Rozumiem jeszcze, że na recepcji może być potrzeba znajomości języka, programów typu exel itp. Ale na litość boską magister z administracji?
    Pracowałam na recepcji, gdzie do obowiązków recepcjonistki (swoją drogą przyjmowali tylko dziewczyny) należało wydać osobie X identyfikator i wpisać numer ów identyfikatora do systemu oraz zatwierdzić klawiszem ENTER. Kiedy osoba zwracała plakietkę, należało wyszukać numer i nacisnąć klawisz SPACJA.
    W mega rzadkich sytuacjach trzeba było WYKONAĆ TELEFON OMG! Do osoby X, że ma gościa.
    Żeby starać się o posadę na tym zacnym stanowisku wymogiem były rozpoczęte studia na kierunkach Administracja, zarządzanie i pokrewne, oraz mieć min. rok doświadczenia w pracy na recepcji.
    Ja pracowałam tam na zastępstwo, dlatego nie musiałam spełniać wymogów. Gdybym je spełniała nigdy nie zaczęłabym tam pracy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A list motywacyjny był potrzebny? :) Pytam serio bo natrafiłem np na ogłoszenie w sprawie pracy na stanowisko woźnego. Wymagali umiejętności pracy w zespole, komunikatywności - i listu motywacyjnego właśnie :)

      Usuń
  4. Na Twoim kierunku to w ogole byl wg mnie problem tego, ze jak jakis Profesor/doktor(ant) sobie wykombinowal, ze zrobi sobie zajecia z, dajmy na to, filozofii poruszania sie po drogach jednorkierunkowych w zachodnim Seattle to mu ten kurs zakladali. I stad w pewnym momencie znacznie ograniczyla sie liczba kursow, ktore nie byly jedynie hobbystycznymi rozkminkami prowadzacego.

    A co do "kultury", to chce wierzyc (z pozytywnym nastawieniem), ze nie chodzi o ludzi ze wsi etc, tylko wlasnie o elyte, Wielkie Panstwo, co to przychodzi na studia z nastawieniem ze ma wszystko w d*pie ale uczelnia ma go nauczyc, bo za 5 lat przejmuje krolestwo tatusia, a w ogole to wszystko z naszych podatkow.

    Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok "filozofia poruszania się po drogach jednokierunkowych" zostaje przeze mnie ustanowiona hasłem miesiąca (wiem, miesiąc się dopiero zaczął - ale ja jestem masa, nie znam kultury - wolno mi!)

      Co się zaś tyczy kultury - to niestety skłaniam się w stronę tego czego Ty się obawiasz. Profesor miałby skrytykować "młodych (jeszcze niewykształconych z wielkich miast"? Albo innych ludzi z "predyspozycjami"? :)

      Usuń
    2. Zgadzam się z Karoliną w tym, że profesor chyba jednak nie miał na myśli pochodzenia, a raczej zachowanie. Aczkolwiek myślę, że to z jego strony trochę takie "jak byłem młody to jabłka były słodsze".

      Jeśli jest coś czego się nauczyłem na uczelni, to to, że pracują tam tylko ludzie. Na nieszczęście profesorów i nauczycieli uczniowie, pardon, studenci coraz lepiej i szybciej się w tym orientują.

      Jedna strona tego jest taka, że profesorowie, jak to ludzie, mają jakieś podglądy i wizje niekoniecznie naukowe (co można było usłyszeć np. dzisiaj z ust socjologa zresztą :-]).

      Druga strona jest taka, że ludzie nie są ani wszechmocni, ani nawet wszechwiedzący. Trudno oczekiwać, że każdy nauczyciel zna techniki, które pojawiły się np. w zeszłym roku, a jednocześnie przekleństwem jest to, że mogą mieć ambicje by je znać. Ambicje w tym niezdrowym sensie. Chociaż z tego co obserwuję profesorowie zwykle już są bardziej świadomi i wiedzą co mogą.

      Usuń
    3. Ja tu jeszcze poczynię jedno sprostowanie bo sam się zakręciłem (ciężki dzień) ta "słoma z butów" była przeze mnie użyta jako niepotrzebny dodatek :) Aczkolwiek całej reszty będę bronił do tchu ostatniego;)

      Wszyscy wiedzą, że na uczelniach pracują tylko ludzie. Tzn wszyscy studenci. Ludzie mogą kogoś nie lubić, mogą polubić, etc. Ale ci ludzie są tam po to żeby uczyć innych - więc mimo, że jest im trudno powinni chociaż się postarać.

      I nie powinno być czymś nadzwyczajnym -wymaganie od nauczyciela ciągłego kształcenia. Bo to tak jakbyś napisał "trudno jest wymagać od lekarza aby znał nowe metody leczenia" albo "trudno wymagać od urzędnika znajomości zmian w ustawie" - to jest ich praca, jeśli nie są w stanie podołać - niech idą gdzie indziej.

      Co do świadomości profesorów- to z tym bywa BARDZO różnie. Jedni są świadomi - inni wymagają od studenta nauczenia się na pamięć podręcznika. Jeszcze inni uważają, że wszystkiego co sami umieją - są wstanie studentów nauczyć w ciągu półrocznego kursu i tak dalej. Aby nie wyjść na malkontenta - kilka razy zdarzało mi się całkiem fajnie i na poziomie dyskutować z naukowymi na mojej uczelni ;]

      Usuń
  5. A widzisz, a ja się trochę z tym określeniem zgadzam, ale pod innym kątem, niż ten, o którym Ty piszesz ;) Mi chodzi raczej o to, że osoby, które mają tytuł magistra, powinny się czymś odznaczać - niekoniecznie znać na pamięć wszystkie książki, które popełnił Proust albo wymieniać jednym tchem wszystkie dzieła Van Gogha, ale coś sobą reprezentować. Tymczasem ja na prawie studiowałam z takimi młotkami, że to się w głowie nie mieściło - i nie chodzi zupełnie o to, skąd byli czy kim byli ich rodzice, ale o to, że wiele z tych osób była po prostu eee... tak zamknięta na świat jak niejaki Jarosław K. ;) Przepraszam Cię bardzo, ale jeżeli magistrem prawa zostaje dziewczę, które na V roku ze zdumieniem dowiaduje się ode mnie, że istnieje coś takiego jak "przemoc psychiczna" (którą nota bene stosował i pewnie dalej stosuje wobec niej jej ukochany facet) i która uważa, że "jak się teraz facetom pozwala trzymać się za ręce i chodzić tak po ulicach, to niedługo będzie się pozwalać facetom i szympansom!!!!!oneone" - inna osoba studiująca ze mną na prawie kradła (!) bułki (!) z Tesco (!) i nie uznawała tego za kradzież. Nie muszę dodawać, że intelektualny świat tych dziewczyn ograniczał się do TVN i "Na Wspólnej" ;] Na moim drugim kierunku z kolei, gdzie mieliśmy mnóstwo zajęć nt. integracji międzykulturowej etc. słyszałam np. o "czarnuchach" i "rosyjskiej mgle w Smoleńsku" - i mi jest wtedy wstyd, że takie za przeproszeniem "buraki" będą mieć tytuł magistra, bo kiedyś ten tytuł coś naprawdę sobą reprezentował. ;) Teraz wcale nie wszędzie wymagają wyższego doświadczenia, np. mnóstwo informatyków wcale studiów nie skończyło, bo w trakcie studiów załapali się do jakiejś firmy, a że tam nie kazali im donosić papierka, to...

    Duża w tym oczywiście wina wszelkiej maści uczelni, bo wiadomo, że jak np. na I roku dziennego + zaocznego prawa na UJ studiuje plus minus TYSIĄC OSÓB, to trafi się wśród nich mnóstwo eee osób nie do końca otwartych, nazwijmy to eufemistycznie (w tym osób o nieco rozchwianej osobowości, vide pan, który kilka lat temu w czytelni prawa UJ zaatakował nożem prawie obcego sobie współstudenta). No :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do tego, że na uczelniach studiują ludzie, którzy nie powinni (powiedzmy sobie szczerze nie każdy powinien być szewcem, nie każdy powinien być murarzem, nie każdy powinien studiować) - pełna zgoda. Tylko, że ci ludzie poszli na studia - bo w przeważającej większości - musieli.

      Za minionego ustroju - to czy ktoś poszedł na studia, czy też nie - nie miało najmniejszego znaczenia jeśli chodzi o jego sytuacje na rynku pracy. Czasem mogło wręcz przeszkadzać.

      Często owo "kulturowe niedostosowanie" jest wynikiem nie do końca przemyślanej edukacji podstawowej (gimnazjalnej, średniej). Jak to śpiewał Kazik Staszewski "debil nie wie, że jest debil a mądry to wie".

      Przykładu z informatykami bym nie "wyciągał" - bo to jest przypadek odosobniony. Zatrudniają ludzi dlatego, że w tym konkretnym przypadku umiejętności są bardo łatwo weryfikowalne - gdyby była jakakolwiek możliwość "interpretacji" umiejętności - decydowałoby "wykształcenie" - w znaczeniu "papirek".

      A co do tych "mało otwartych" - zawsze byli. Za czasów moich rodziców (studenckich czasów) martwiono się studentami, którzy przychodzili na pierwszy rok z legitymacją partyjną. Tacy ludzie zawsze byli i zawsze będą na uczelniach - "umasowienie" i "demokratyzacja" skali zjawiska jakoś specjalnie nie zmieniają. Liczbowo - może tych ludzi być więcej - procentowo - mniej więcej tyle samo.

      Usuń
    2. Aaaa, no to się zgadzam :) Po pierwsze na pewno rodzice im mówili, że "trzeba iść na studia, bo bez tego nic się nie osiągnie" etc., w mediach wciąż też sugerują tak samo, więc pewnie nawet nie brali innych opcji pod uwagę - i masz rację, są ludzie, którzy nie nadają się ani do bycia prawnikiem, ani lekarzem, ani murarzem ani kucharzem.

      Z tymi kierunkami informatycznymi też zgoda :D

      Ale macie z Cody absolutną rację a propos tego, że to chore, że na stanowiska typu "przybij pieczątkę, zaklej kopertę, wygoogluj adres, wpisz go i wyślij list, ew. wyślij kilka maili w tygodniu" potrzebne są wyższe wykształcenie, 35 lat doświadczenia i list motywacyjny, jakby dla kogoś taka praca miała być marzeniem :D

      Usuń
    3. "od zawsze marzyłem o tym aby zaklejać koperty i naklejać na nie znaczki. Moja rodzina chciała żebym został lekarzem - ale ja wiedziałem, że moim przeznaczeniem są właśnie koperty i znaczki. Uważam, że moje życie będzie bardzo puste jeśli nie zatrudnicie mnie na stanowisko zaklejacza kopert i naklejacza znaczków. Na corocznych zawodach zaklejania kopert i naklejania znaczków - zająłem zaszczytne drugie miejsce (jakaś torba z poczty mnie wyprzedziła o 3 koperty i 2,5 znaczka) - więc moje umiejętności są jak najbardziej zweryfikowane. O ile tylko dostarczycie mi znaczki i koperty - będą pracował o chlebie i wodzie. Proszę was, do dla mnie ważne... " Pewnie za coś takiego by się obrazili :D

      Usuń