piątek, 30 września 2016

Nieudany gambit PiS-u

Dumałem sobie trochę nad fikołkiem PiS-u, który jeszcze na dzień przed głosowaniem nad projektem ustawy „Ratujmy Kobiety” zarzekał się, że „żaden obywatelski projekt ustawy nie zostanie odrzucony w pierwszym czytaniu”, a potem, głosami swoich posłów i posłanek, ów projekt uwalił. Z wizerunkowego punktu widzenia to był major fuckup. Można argumentować, że zagłosowali tak, jak zagłosowali, bo „bali się reakcji Kościoła” etc. Tyle że jakoś wcześniej im ten „strach przed Kościołem” nie przeszkadzał. Chodzi mi, rzecz jasna, o głosowanie nad obywatelskim projektem ustawy „Świecka szkoła”. Jak wiadomo, projekt ów nie został uwalony w pierwszym czytaniu, ale interesujące jest to, w jaki sposób głosował PiS (bo to pokazuje, jak ta partia poradziła sobie z projektem „niewygodnym światopoglądowo”). PiS-owcy głosowali w sposób następujący: 4. posłów PiS (W tym Zbigniew Ziobro i Antoni Macierewicz) zagłosowało przeciwko projektowi, zaś 229 (uwaga, załączam CAPS) WSTRZYMAŁO SIĘ OD GŁOSU, 147 głosów było ZA (głównie PO i N.), 37 było PRZECIW (głównie KUKIZ'15 i PSL).

Gdyby więc PiS-owi naprawdę chodziło o przekazanie projektu „Ratujmy Kobiety” do dalszych prac, to zastosowano by dokładnie ten sam manewr. Wystarczyło, żeby posłowie PiS wstrzymali się od głosu, a projekt nie padłby w pierwszym głosowaniu. Rzecz jasna, los projektu i tak był z góry przesądzony, ale przynajmniej można by było nadal opowiadać o tym, jak to się „szanuje głos obywateli”. Jednakowoż partii Dojnej Zmiany zależało na tym, żeby projekt uwalić. Tyle, że to „uwalanie” odbyło się w sposób cokolwiek dziwny. Gdyby bowiem chodziło o „standardowe” pozbycie się niechcianego projektu ustawy, to 226 obecnych na głosowaniu posłów PiS zagłosowałoby ramię w ramię za odrzuceniem go w pierwszym czytaniu. Biorąc pod rozwagę to, jak się wypowiadali dzień wcześniej posłowie PSL i KUKIZ15 – nie trudno zgadnąć, że głosujący przeciwko RK mieliby sporą przewagę. Zamiast tego w czasie głosowania mogliśmy zobaczyć pozornie bezsensowny manewr, w ramach którego 176 posłów PiS zagłosowało za uwaleniem projektu, a 43 (W tym Jarosław Kaczyński i prawie cały jego „dwór”) zagłosowało przeciwko odrzuceniu go w pierwszym czytaniu. Dlaczego napisałem, że manewr był „pozornie bezsensowny”? Bo moim zdaniem, PiS-owi nie chodziło o coś tak banalnego, jak „zwykłe” uwalenie projektu (bo wtedy wszyscy obecni PiS-owcy zagłosowaliby za odrzuceniem go), ale o uwalenie go w bardzo specyficzny sposób.

Wydaje mi się, że plan PiS-u (który opiszę za moment) na uwalenie projektu RK rozbił się o brak karności w partiach PO i N. Zanim zacznę się pastwić nad tym zamysłem, pobawmy się w arytmetykę sejmową. Załóżmy, że wszyscy posłowie PO i N stawiają się na głosowaniu i głosują „za” projektem (owszem, PO zasygnalizowało, że „popiera kompromis”, ale przecież to dopiero pierwsze czytanie, nieprawdaż?), dodatkowo załóżmy, że wszyscy inni głosują tak, jak zagłosowali i policzmy głosy

PO – 133, PiS – 43, N – 30, KUKIZ15 – 5, Europ Dem – 4

Po zsumowaniu dałoby to liczbę 215 głosów.

Przeciwko projektowi zagłosowało 230 posłów/posłanek, ale, jeśli mamy się trzymać założeń, musimy od tej liczby odjąć głosy „wydygańców” z PO i N, którzy głosowali za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu, a według naszych założeń poparliby projekt. W sumie było ich 15. Jeśli odejmiemy tę liczbę od 230, otrzymamy liczbę 215. Wygląda ona znajomo, nieprawdaż?

Jaki więc był, moim zdaniem, pomysł PiS? Ano taki, żeby liczba głosów „przeciw” nie była na pierwszy rzut oka „decydująca” i żeby ludzie, którzy będą potem patrzeć na wyniki głosowania, doszli do wniosku, że „Projekt miał szansę, ale niestety(...)”. I właśnie o to „niestety” chodziło. W sytuacji, w której liczba głosów jest niemalże jednakowa, każdy nieobecny poseł PO/N (bądź też każdy poseł PO i N, któremu „puściłyby uszczelki” i zagłosowałby za odrzuceniem projektu) ściągnąłby na swoją partię lawinę hejtu, bo wyglądałoby to tak, jakby projekt padł właśnie przez tego posła/tych posłów. Nie muszę chyba dodawać, jaka byłaby reakcja opinii publicznej? PiS miałby wymówkę „no przecież część „naszych” poparła projekt, to nie nasza wina, że tamci go nie chcieli!” Żeby pomóc wszystkim w interpretacji wyników głosowania, zaprzęgnięto by do tego tzw. „Legiony Szefernakera”. Na nieszczęście PiS, PO i N liczyły na powtórzenie się scenariusza z głosowania nad „Świecką szkołą”, czemu trudno się dziwić, bo na dzień przed głosowaniem, poseł Tomasz Latos przemawiając w imieniu klubu PIS powiedział, że:

„Od razu na początku powiem, że mój klub w tego typu głosowaniach nie narzuca dyscypliny partyjnej. Oczywiście mamy pewien pogląd co do kierunku dal­szych prac i mimo iż nie popieramy zupełnie odległej od naszych poglądów inicjatywy przedstawionej przed chwilą przez panią Barbarę Nowacką, to jed­nak zgodnie z zasadą, o której mówiliśmy wcześniej, również w czasie kampanii wyborczej – chodzi o to, że wszystkie inicjatywy obywatelskie będziemy kie­rować do dalszych prac, że nie będziemy stosować tej zasady, którą stosowano chociażby w poprzedniej kadencji parlamentu, kiedy inicjatywy obywatelskie były odrzucane w pierwszym czytaniu (...)”

Ktoś może powiedzieć „no dobra, ale Tomasz Latos to zwykły poseł i jego słowa wcale nie musiały być wiążące!” Abstrahując od tego, że słowa Latosa powinny być wiążące dla niego samego (a nie były, bo zagłosował PRZECIWKO projektowi), to już przed samym głosowaniem wiceprzewodniczący Prawa i Sprawiedliwości, Ryszard Terlecki powiedział:

W kampanii wyborczej zobowiązaliśmy się wobec naszych wyborców, że żaden obywatelski projekt nie trafi do kosza bez procedowania. Zamierzamy tej obietnicy dotrzymać, bez względu na to, że radykalnie nie zgadzamy się z projektem, który teraz będzie procedowany. W naszym klubie nie obowiązuje dyscyplina. Kierownictwo klubu będzie głosować za tym aby ten projekt – choć niech nikt nie ma złudzeń, że go przyjmiemy – trafił do procedowania.

Co prawda Terlecki powiedział, że kierownictwo poprze projekt, ale zapewniał, że PiS „zamierza dotrzymać obietnicy”. Ponadto, chyba nikt nie sądzi, że posłowie PiS pozwolili sobie na „samowolę” i zagłosowali wbrew woli Prezesa Polski (gdyby tak było, już ktoś zostałby za to przeczołgany). Ponieważ PO i N liczyły na „powtórkę” ze Świeckiej szkoły (i uznali, że głosowanie to formalność) - 26 posłów obu tych partii nie przyszło na głosowanie, a 15 poparło odrzucenie projektu i zamiast np. 10 głosów przewagi było ich 57. Tyle że „legiony” musiały dostać „przekaz dnia” jeszcze przed głosowaniem, a potem część z nich nie zrozumiała, że chyba trzeba dać se pozor i na TT pojawiło się trochę wrzutek, w których stało, że „przecież PiS chciał ten projekt przesłać dalej, ale „lewacy z N/PO/PSL zagłosowali przeciwko i to do nich należy mieć pretensje”. W tym miejscu muszę dodać, że niniejszy tekst nie powstałby, gdyby nie te  komentarze, bo były one za bardzo idiotyczne (nawet jak na standardy „legionistów”).

Daleki jestem od obrony posłów PO i N, którzy zagłosowali przeciwko projektowi (albo w ogóle nie przyszli na głosowanie), jednakże prawda jest taka, że ich zachowanie nie miało najmniejszego znaczenia. Abstrahując od tego, że najprawdopodobniej uwierzyli w to, że PiS znowu się wstrzyma od głosowania (ergo – ustawa przejdzie, no chyba, że razem z Zygotarianami zagłosują jeszcze „duchowo adoptowane dzieci poczęte”), ale nawet 100% frekwencja nie wystarczyłaby do przepchnięcia projektu, bo i tak o wszystkim decydował PiS (bo przecież „dwór” Kaczyńskiego wcale nie musiał popierać projektu, nieprawdaż?).

Koniec końców PiS przekombinował, skutkiem czego, zamiast wepchnąć na minę PO i N, sam na nią wlazł. Bo wraz z przepadnięciem projektu „Ratujmy Kobiety” w pierwszym czytaniu, padła również narracja PiS, według której partia ta „szanuje projekty obywatelskie, w przeciwieństwie do poprzednich rządów”. Płakać z tego powodu nie zamierzam.


Źródła:

Głosowanie nad projektem „Świecka szkoła”

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=10&NrGlosowania=367

Głosowanie nad projektem „Ratujmy kobiety”

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=17

Stenogram z debaty 22 września, wypowiedź Latosa znajduje się na 193 stronie

http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter8.nsf/0/984CF88ED184E705C125803600628BAE/%24File/26_b_ksiazka.pdf

Stenogram z debaty 23 września, wypowiedź Terleckiego znajduje się na 18 stronie

http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter8.nsf/0/ADCC34D03BACBB6DC1258037006A3D78/%24File/26_c_ksiazka_bis.pdf





czwartek, 28 lipca 2016

Pedagogika debilizmu

Mniej więcej trzy tygodnie temu zrobiło się dość głośno o „Trzech recenzjach”. Trzech (rzecz jasna, absolutnie bezstronnych) ludzi recenzowało scenariusz ekspozycji Muzeum II Wojny Światowej. Te osoby to Jan Żaryń, Piotr Semka i Piotr Niwiński. Zupełnym przypadkiem, wszystkie recenzje były negatywne. Nawet jeśli na moment zapomnimy o tym, jak bardzo „bezstronnych” recenzentów dobrano, warto mieć na uwadze to, że te recenzje to była sztuka dla sztuki. Nawet gdyby się okazało, że wszystkie są pozytywne, PiS i tak zrobiłby z MIIWŚ to, co chce. Aczkolwiek to jedynie dygresja. Z napisaniem niniejszej notki czekałem, albowiem ciekaw byłem, jaka będzie reakcja recenzentów na krytykę (która spadła im na głowy po upublicznieniu treści recenzji). W zeszłotygodniowym numerze „Do Rzeczy” (za każdym razem, gdy wstukuję na klawiaturze tytuł tego szmatławca, nęci mnie, żeby napisać „Do Rzeszy”, ale powstrzymuje mnie przed tym znajomość Prawa Godwina) do całej sprawy odniósł się Piotr Semka, który (z typowym dla prawicowych środowisk zadęciem) napisał o „anatomii pewnej intrygi”. Co zrozumiałe, Semka odniósł się w tekście tylko do swojej własnej recenzji i słowem nie zająknął się o dwóch pozostałych. Dlaczego napisałem, że „to zrozumiałe”? Bo w jednej z pozostałych recenzji (autorstwa Piotra Niwińskiego) znajdował się fragment (za moment go zacytuję), który idealnie wpisuje się w tytuł niniejszej notki, czyli w „pedagogikę debilizmu”. Semka musiał być świadom tego, że cytowany w mediach fragment tej „drugiej” recenzji jest nie do obrony, więc słowem się nie zająknął na ten temat. A moim zdaniem ktoś powinien się do tego odnieść, bo ów cytat zelektryzował opinie publiczną znacznie bardziej niż kwestia „tajnych recenzentów”.

W międzyczasie (notkę pisałem na raty) Piotr Semka napisał drugi artykuł (ten już znacznie bardziej obszerny), ale i w tym drugim artykule, słowem nie zająknął się na temat idiotycznych tez, z którymi za moment będziecie mieli styczność.

Przejdźmy do cytatów:

„Najwłaściwsze byłoby podsumowanie całości przekazu znanym sformułowaniem - „Nigdy więcej wojny”. Widać to m.in. we fragmencie (…) gdzie znajduje się zdanie „przesłanie Muzeum, zgodnie z którym II wojna światowa była krańcowym, potwornym doświadczeniem dla okupowanych narodów europejskich”
(...)

„Ważnym pytaniem, jest także przesłanie jakie ma nieść Muzeum. Obecnie niesie przesłanie o wyjątkowym nieszczęściu jakim jest wojna. Pokazuje przede wszystkim jej negatywne aspekty. Nie ma natomiast zbyt eksponowanych cech pozytywnych, takich jak patriotyzm, ofiarność, poświęcenie, czy działanie w interesie wyższym niż prywatny (choćby poprzez przedstawienie współdziałania polskich partii politycznych w podziemiu wbrew dotychczasowym podziałom).

Wojna to nie tylko fizyczne zniszczenia, spowodowane przez działania wojenne, to nie tylko rozwój techniki, ale także zmiany postaw ludzkich. Wojna wyzwala w ludziach gorsze instynkty (co zostanie według przedstawionych założeń pokazane na wystawie), ale także zachowania pozytywne. To przede wszystkim obrona za wszelką cenę swoich wartości, najważniejszych dla każdego człowieka. Tymi wartościami są wolność, godność, braterstwo. Można tu nawiązać do słów Jana Pawła II iż „każdy ma przed sobą jakieś Westerplatte”.


Jeśli ktoś w pewnym momencie zadał sobie pytanie „ale co tu do cholery papież robi?!”, już tłumaczę: Piotr Niwiński studiował historię na KUL-u, więc zapewne odczuwał wewnętrzną potrzebę nawiązania do tego faktu w recenzji. Nawiasem mówiąc, jednym z największych absurdów w recenzji napisanej przez człowieka, któremu nie w smak jest to, że tak mało pozytywnych aspektów wojny w ekspozycji będzie, jest fakt, że tenże sam człowiek skrytykował ekspozycję za brak danych liczbowych np. w przypadku strat ludności w Warszawie.

Ponieważ recenzent  skarżył się na brak danych liczbowych – to ja kilka podrzucę:

Liczba śmiertelnych ofiar (w Europie), będących bezpośrednim wynikiem drugiej wojny światowej, jest szokująca – w sumie między 35 a 40 milionów (…) 93% warszawskich mieszkań zostało uszkodzonych w stopniu wykluczającym jakikolwiek remont.

Pierwszym krajem, który dotknął głód, była Grecja. Zimą 1941/1942 (…) z głodu zmarło ponad 100 tysięcy Greków (…) Z 410 tysięcy ofiar w Grecji, które zmarły w czasie wojny, przypuszczalnie 250 tysięcy zgonów spowodował głód.

Głodzenie Europy Wschodniej zaczęło się od Polski. Na początku 1940 racje żywnościowe dla mieszkańców większych miast, zostały ustalone na nieco powyżej 600 kalorii (zalecana ich ilość to 2570), chociaż później w trakcie wojny liczba ta wzrosła, kiedy Niemcy pojęli, że potrzebują polskiej siły roboczej.


Fragmenty te pochodzą  z książki pt „Dziki Kontynent – historia Europy po II Wojnie Światowej” autorstwa Keitha Lowe.

Doprawdy, nie mam pojęcia, jak ktokolwiek może twierdzić, że wojna to coś złego i nie wspominać o jej „pozytywnych aspektach”. Co tam 6 milionów ofiar wojny w Polsce – ważne jest to, że część Polaków zachowywała się heroicznie! Co tam głód! Ważne, że „broniliśmy swoich wartości”. Co tam zsyłki na Syberię -  przecież każdy ma przed sobą jakieś Westerplatte! Na pierwszy rzut oka notkę można było zakończyć pierwszym fragmentem z książki Lowe – tym, w którym stoi jak wół, że w samej Europie zginęło 35-40 milionów ludzi. Tyle, że recenzja Niwińskiego wpisuje się w prawicową pedagogikę debilizmu, według której wojna jest po pierwsze nieunikniona (Ba! Ona już trwa!), a po drugie jest okazją do heroizmu.

Robert Winnicki twierdził, że Europa nie przetrwa bez militaryzacji (niestety, Robert Winnicki nie mógł przyłożyć ręki do militaryzacji, bo nie był w wojsku [od którego musiał się migać, bo jako rocznik 1985 załapał się jeszcze na obowiązkowy pobór]).

Terlikowski, w trakcie puczu w Turcji: „Status quo światowe się kończy. Idzie zmiana. A to oznacza wojnę... Światową i krwawą.” 

Ziemkiewicz: „Historia uczy, że JEDYNYM SPOSOBEM BY UNIKNĄĆ WOJNY JEST JĄ WYGRAĆ. I nie ma inaczej.”

Mógłbym tutaj zamieścić pierdyliard takich cytatów, ale te trzy wystarczą, bo cała prawicowa narracja jest mniej więcej taka sama. Tym, co łączy ogromną większość z tych orędowników wojny jest to, że są oni „wojownikami klawiatur”. W celu lepszego zobrazowania tego, co mam na myśli, posłużę się memem:



W Przypadku Winnickiego jest to nieco mniej żenujące. Bo choć, jako poseł, zbliża się do idealnego kształtu (kulistego), to jednak ma dopiero 31 lat, więc gdyby się za siebie wziął, to  pewnie dałby radę przebiec kawałek z karabinem. Znacznie bardziej absurdalne są te pierdolety o wojnie w wykonaniu 51-letniego podtatusiałego „nowoczesnego endeka”. Zmierzam do tego, że najwięcej do powiedzenia na temat wojny mają ci, którzy raczej by się na niej nie mogli wsławić heroizmem (z wielu przyczyn, od wieku począwszy). W niczym nie przeszkadza to jednak „żołnierzom klawiatur” w pompowaniu balona, według którego konflikt zbrojny to w sumie nic takiego. No a nawet jak się okaże, że to jest „coś takiego”, to przecież zawsze można zostać bohaterem na tej wojnie, co nie?

Do młodych ludzi, którym już nie bardzo ma kto opowiadać „wojenne historie” tego rodzaju gadki mogą trafić. Nie żebym sam był jakoś specjalnie stary. Ale mam te swoje prawie 35 lat i gdyby mi w pewnym momencie oświadczono, że „no na wojnę trzeba”, to bym odpowiedział, że ja chętnie, ale chciałbym służyć w tym samym oddziale, co wszystkie (i to literalnie wszystkie) „garnitury”, które do tej wojny doprowadziły. Bo z tymi wojnami to jest tak, że generalnie prowadzi się je dlatego, że banda kretynów w drogich garniturach (którzy to kretyni żyją na poziomie bez porównania lepszym od zwykłych obywateli, do których to się zaliczam)  nie może się dogadać ze sobą. Ponieważ garnitury nie mogą się dogadać – nasyłają na siebie zwykłych obywateli z karabinami (względnie – zrzucają bomby na zwykłych obywateli „wrogiego” kraju). I z tymi wojnami to jest też tak, że jak się już rozpieprzy odpowiednio dużo domów/fabryk/etc., jak się już wymorduje kupę żołnierzy (i znacznie większą kupę cywilów) i przy okazji straci kupę sprzętu wojskowego, to się nagle okazuje, że garnitury się jednak mogą dogadać. To może by tak się dogadać zanim się rozwali pół kraju?

Po co więc ludzie pieprzą te głupoty o „dobrych stronach wojny”? Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Tzn. jestem prawie pewien, że w przypadku Terlikowskich, Ziemkiewiczów i Winnickich to zwykła zagrywka wizerunkowa. Tzn., jest się tym prawicowcem, co nie? Surfuje się na Żołnierzach Wyklętych, więc trzeba nawijać o wojnie, żeby grupa docelowa nie uciekła gdzie indziej. Na dobrą sprawę, ludzie ci mogą mieć praktycznie zerową wiedzę historyczną i w niczym nie będzie im to przeszkadzać. Z tym,że w przypadku historyka, który zajmuje się tematyką drugiej wojny światowej – taki mechanizm nie może mieć zastosowania. Bo pan recenzent MUSIAŁ przyswoić wiedzę o tym, czym jest wojna. Abstrahując już od tego, że urodził się w 1966 roku. Skoro ja miałem okazję rozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają wojnę (w jej całej okazałości), to tym, bardziej ktoś, kto jest starszy ode mnie o 15 lat. Jeśli mimo tego nadal uważa, że wojna ma „pozytywy”, to należałoby się go zapytać o to, czy potrafi znaleźć jakieś pozytywy w zsyłkach na Syberię, Katyniu, Holocauście, rzezi Wołyńskiej etc.

Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia (prócz chęci zarabiania, rzecz jasna) dla zachwalania wojny i uczenia, że „wojna ma swoje plusy”. Moim zaś skromnym zdaniem, „oswajanie ludzi z wojną”, to tytułowa „pedagogika debilizmu”, ponieważ żyjemy w czasach, w których cywilizacja może wyparować w kilkanaście minut (nie wiem, ile potrwałaby wymiana nuklearnych uprzejmości).

Źródła:

http://www.gdansk.pl/wiadomosci/Trzy-recenzje-sa-podstawa-krytyki-PiS-wobec-Muzeum-II-Wojny-Swiatowej-Jako-pierwsi-ujawniamy-co-w-nich-jest,a,57214

Tu można znaleźć całe recenzje (jakby ktoś chciał poczytać)

http://www.muzeum1939.pl/pl/aktualnosci/act/news-info/type/month/y/2016/m/07#article-eb8a8696685b792b3d7359fc9805fb2e

Cytaty pochodzą z Twitterowych kont Winnickiego, Terlikowskiego i Ziemkiewicza.

niedziela, 24 lipca 2016

Shockvertising po endecku

Od piątku karierę w internecie robi tweet Ziemkiewicza, który łaskaw był skomentować z właściwą „nowoczesnemu endekowi” subtelnością atak terrorystyczny w Monachium.




Co zrozumiałe, wpis wywołał burzę na Twitterze i poza nim. A ja, ponieważ twórczość nowoczesnego endeka znam dość dobrze, pomyślałem sobie, że pewnie chce w ten sposób nabić sobie zasięg podnosząc ciśnienie wszystkim „wrogom”. Niedługo będzie bowiem wydawał jakąś książkę, a nic tak nie promuje jego wynurzeń jako autora, który „wkurza salon”, jak krytykowanie go w tymże „salonie”. Choć to dość szeroka kategoria, bo „salon” to wszyscy, którzy się z Ziemkiewiczem nie zgadzają.

Ziemkiewiczowi zdarza się sięgać po shockvertising (w telegraficznym skrócie: chodzi o publikowanie treści, które MUSZĄ wywołać żywiołową reakcję i które zapewnią autorowi rozgłos). Jednym z najbardziej spektakularnych przypadków użycia przezeń tejże metody autopromocji był słynny już tweet o "wykorzystywaniu nietrzeźwej"


Data publikacji tego tweeta nie była przypadkowa, bo RAZ dopiero co przeszedł z Interii do Onetu i chciał sobie pewnie nabić wyższe czytelnictwo. Na swoje własne nieszczęście zbyt ostro to rozgrywał i wywalono go z Onetu na zbitą mordę (z czego najbardziej zabolało go to, że wypieprzyła go stamtąd kobieta, którą w ramach "zemsty" nazwał "egzaltowaną siksą"). Ponieważ RAZ jest mistrzem autopromocji, nieco później napisał dla Interii felieton pt. „Życie seksualne lemingów”.




Tekst ów miał być komentarzem do artykułu opublikowanego w „Polityce”, w którym opisywano (w telegraficznym skrócie) „życie seksualne Polaków w kontekście ich preferencji politycznych”. Jednakowoż tytuł nawiązuje jednoznacznie do gównoburzy, którą RAZ wcześniej wywołał. I jest to celowy zabieg, bo RAZ musiałby być idiotą, żeby nie wpaść na to, że taki tytuł przypomni jego wpis sprzed 1,5 miesiąca. Jeszcze później, czyli na początku 2015 RAZ wydał książkę - zbiór felietonów - która (co za niespodzianka) nosiła tytuł „Życie seksualne lemingów”.


Zupełnie przypadkowy tytuł

W tym miejscu przyznam, że kiedy pisałem notkę „Bezmyśl nowoczesnego Endeka”, wydawało mi się, że RAZ po prostu się zakiwał (próbując wytłumaczyć tamten idiotyczny tweet) i stąd wielość narracji w jego tłumaczeniach. Dopiero później dotarło do mnie, że on te wszystkie debilne tłumaczenia (które były ze sobą sprzeczne) publikował tylko po to, żeby maksymalnie wykorzystać „shock value” całej sytuacji.

Wróćmy teraz do tweeta o Monachium. Nauczony doświadczeniem, czekałem na rozwój sytuacji. I okazało się, że co prawda się pomyliłem, ale tylko trochę. Nie chodziło bowiem o promowanie książki, ale o program „W tyle wizji”. Najpierw RAZ "zaprosił do oglądania programu" (korzystając, z [zupełnie przypadkowego, rzecz jasna] "chwilowego wzrostu zainteresowania kontem", a potem mu się ulało, kiedy okazało się, że cały shockvertising psu na budę, bo mu w tym dniu program ściągnięto z anteny.




I jedno mnie w tym zastanawia. Jak bardzo gównianą oglądalność musi mieć ten jego (i Wolskiego) program, żeby (w celu ratowania tejże oglądalności) trzeba było się uciekać do takich środków?

Źródła:

(Twitterowy TL Ziemkiewicza) 

https://twitter.com/r_a_ziemkiewicz?lang=pl

Rozpacz Ziemkiewicza nad utraconą kasą z Onetu:

http://ziemkiewicz.dorzeczy.pl/id,4445/Shit-happened-czyli-jak-sie-dalem-wydymac-Onetowi-ku-przestrodze.html

środa, 13 lipca 2016

Czy homoseksualiści przeproszą Terlikowskiego za to, że nie są hetero?

Zapewne sporo osób widziało rakotwórczą okładkę „Do Rzeczy”, na której nasz polski Iron Man  (w tej roli bezkonkurencyjny Tomasz Terlikowski) i nadwiślański War Machine (dobra rola drugoplanowa Pospieszalskiego) robią groźne miny i (jak sugeruje podpis) „walczą z homoimperium”. Jeśli myślicie, że okładka była rakotwórcza, to zapewniam was, że ów okładkowy artykuł Terlikowskiego jest gorszy od azbestu. Tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do artykułu.

„Czy katolicy powinni przepraszać gejów za prześladowania?”

Tak, ale tylko ci, którzy ich prześladują. Naprawdę, nie widzę powodu, dla którego jakiś praktykujący katolik, który nie nie słucha konserwatywnej szczujni, miałby przepraszać kogokolwiek za Terlikowskiego.

„A może to geje powinni zacząć szykować się do przepraszania chrześcijan za odbieranie nam prawa do wolności słowa i sumienia?”

Oczyma wyobraźni widzę geja, który podchodzi do Terlikowskiego i ze spuszczonymi oczyma mówi „przepraszam pana za odebranie panu prawa do nazywania mnie pedałem i chorym człowiekiem”. Co się zaś tyczy sumienia. Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski jest odpowiednią osobą do wypowiadania się na ten temat, bo swoimi wieloma wypowiedziami udowodnił, że go nie posiada.

„Od kilku dni dostaje e-maile, tweety, czy inne społecznościowe komentarze, w których kolejni homofile (ah pan Tomek i jego słowotwórczy talent), domagają się ode mnie przeprosin”.

Tak bardzo prześladowany...

"Za co? Za to, że uważam, że akty homoseksualne są grzechem?"

Dla pana wszystko, co nie kończy się w kobiecie, jest grzechem, więc nie poruszajmy tej kwestii.

"Że nie uznaje rzekomego prawa osób homoseksualnych do małżeństwa?"

Bo przecież nie ma niczego zdrożnego w odbieraniu ludziom należnych im praw. Domyślam się, że kiedyś ktoś coś podobnego napisał na temat małżeństw mieszanych rasowo, bo przecież konserwatyści muszą kimś gardzić i przed kimś się „bronić”.

"A powierzanie im dzieci uważam za zbrodnie?"

Zupełnie nie wiem, jak ktokolwiek mógłby się poczuć dotknięty taką erupcją miłości bliźniego...

"Słowem za to, że w ich oczach jestem homofobem"

Parafrazując: „Za co mam przepraszać kolorowych? Za to, że nimi gardzę i że w ich oczach jestem rasistą?”

Dalej następuje hejt na ludzi, którzy chcą zmieniać katechizm kościoła i hurr-durr prawo naturalne, toteż ten fragment pominę.

„Budowanie wrażenia, że w zasadzie wszyscy uczciwi, sympatyczni i znani ludzie są po stronie środowisk LGBT jest stałym elementem działania homolobbystów”

Primo, sporo ludzi (którzy nie mają mózgów wyżartych przez konserwatywną urawniłówkę) faktycznie popiera środowiska LGBT. Secundo, stałym elementem działania homofobów są brednie o „prawie naturalnym” (chodzi chyba o naturalne prawo do gnojenia bliźnich) i powoływanie się na kolegę mieszkającego w niebiesiech. Tertio, nie jest niczyją prócz homofobów winą to, że przyciągają ludzi, których mało kto uważa za „sympatycznych i uczciwych”.

"A jeżeli nie chcą po tej stronie być, czy nie daj boże – zdecydowali się opowiedzieć publicznie po drugiej stronie to wtedy zaczyna się polowanie z nagonką"


Chodzi panu o takie polowanie z nagonką jakie prawica urządziła na Biedronia i jego partnera? A może chodzi o nagonkę na  Annę Grodzką, kiedy to tygodnik (bardziej odpowiednią nazwą byłoby „fekalnik”) „W Sieci” praktycznie ją stalkował, bo chciano udowodnić, że „Grodzka to facet” (artykuł był tak denny, że nawet mistrz riserczu, Rafal Ziemkiewicz, go wyśmiał)? A może redaktor Terlikowski ma na myśli nagonkę na bohaterów niegdysiejszej kampanii „niech nas zobaczą” (niektórzy z nich musieli zmienić miejsce zamieszkania)? A może o ludzi (człowiek, to brzmi dumnie), którzy obrzucali kiedyś osoby uczestniczące w krakowskim Marszu Równości (jak to powiedziała mi koleżanka ze studiów: „pierwszy raz oberwałam cegłówką”)? Śmiało, niechże no pan powie o tym, jak straszne nagonki urządza na was LGBT.

"Aktor, sportowiec, czy biznesmen, który ośmieli się wypowiedzieć krytycznie o homolobby może być pewny, że spadnie na niego medialny huragan. Przekonał się o tym przedsiębiorca a dziś także polityk Marek Jakubiak"

Ten akapit to kwintesencja prawicowego łgarstwa. Wynika z niego bowiem, że Jakubiak (szef Ciechana) skrytykował środowiska LGBT i za to oberwał. Terlikowski (nie bez przyczyny) nie zacytował słów, które zostały przez Jakubiaka napisane. Chodzi wpis na FB, w którym Jakubiak zwrócił się do Michalczewskiego takimi słowy: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi. Będziesz miał co ssać”. Zupełnie nie wiem, jak taki bełkot mógł wywołać burzę medialną... Swoją drogą, jak to było z tym „budowaniem wrażenia, że wszyscy i sympatyczni ludzie stoją po stronie środowisk LGBT”? Prawicowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że obrywają za formę w jakiej wyrażają swoją krytykę. Czym innym jest bowiem powiedzenie „jestem przeciwny adopcji dzieci przez pary homoseksualne” a czym innym „ssij penisa swojej matki!!!”

"A jeśli nie daj boże, ktoś postanowi zająć stanowisko wrogie tzw. prawom homoseksualistów, to zostanie zniszczony"

Bo przecież odbieranie ludziom praw (takich jak choćby prawo do zawarcia związku małżeńskiego) tylko dlatego, że wolą penisy od wagin (albo odwrotnie, albo i jedno, i drugie) zasługuje na nagrodę. I w tym miejscu pozwolę sobie na kolejną parafrazę „a jeśli ktoś nie daj boże postanowi zająć stanowisko wrogie tzw. prawom kolorowych, to zostanie zniszczony”.

Dalej redaktor Terlikowski napisał wzruszający fragment o tym, jak to w Kalifornii grupa fanatyków religijnych miała problemy, choć przecież usiłowali oni tylko doprowadzić do konstytucyjnego zakazu zawierania małżeństw jednopłciowych...

Potem redaktor Terlikowski przytoczył kolejny duszoszczypatielny przypadek biednego, uciskanego homofoba:

W grudniu 2015 ze szpitala Beth Israel Deaconess Medical Center został zwolniony dr Paul Church (tak, nazwa szpitala i nazwisko są prawdziwe). Istotą jego przestępstwa było to, że zaprotestował przeciwko agresywnej promocji LGBTQ na terenie szpitala, a podczas spotkania z lekarzami przytoczył argumenty medyczne i moralne („argumenty moralne”, mujborze), które pokazywały jak szkodliwe są czyny homoseksualne. Zwolennicy homoseksualizmu (nowy termin „zwolennik homoseksualizmu!”), zamiast podjąć z nim jakąkolwiek debatę, zwyczajnie doprowadzili do zwolnienia go z pracy”

Dla redaktora Terlikowskiego lepiej by było, gdyby sobie wymyślił jakieś nazwisko, bo nie sprawiło mi najmniejszego problemu ustalenie, że (co za szok) opisana przez niego łzawa historyjka prześladowanego homofoba jest nieprawdziwa. Jak było w rzeczywistości?

Szpital, w którym pracował doktor Kościół (przepraszam musiałem), tzn. dr Church, wspierał środowiska LGBT (rozsyłano pracownikom uprzejme e-maile z zaproszeniem do udziału w „pride weeks”etc.). Doktorowi to nie pasowało, więc (w 2009r.) uznał za stosowne rozesłanie do dużej liczby ludzi e-maila, którego treść wrzucił potem na stronę www szpitala. Co było w e-mailu? Faktycznie, rzucił kilka „argumentów medycznych” (acz pozwolicie, że nie będę się nad nimi pochylał, bo nie umiem w medycynę), a prócz tego napisał, że wspieranie LGBT przynosi dyshonor placówce medycznej i wszystkim tym, którzy uważają, że „homoseksualizm jest nienaturalny i niemoralny”. Narzekał również na wspieranie „promowania perwersji” i o wspominał o „fanatyzmie politycznej poprawności”.

Nie bez przyczyny zaznaczyłem datę (2009r.), albowiem sam Terlikowski napisał, że lekarza zwolniono w 2015r. Już na pierwszy rzut oka widać więc, że narracja o straszliwym „homolobby”, które „zwyczajnie doprowadziło do zwolnienia lekarza”, to bzdura. Na stronie, która zajmuje się gay-bashingiem, szczegółowo opisano to, co działo się w szpitalu (fascynujące jest to, że autorom strony wydaje się, że to, co opisali, to „obrona” lekarza). Okazało się, że walka dr. Churcha ze szpitalem (której powodem było wspieranie przez szpital środowisk LGBT) zaczęła się w 2004 roku. Tyle. że do 2009r. Church nie rozsyłał masowych maili i nie publikował niczego na stronie www szpitala (gdyby więc chodziło o to, że „krytykuje gejów”, to wywalono by go już w 2004r).

Po jego wyskoku w 2009r., lekarza wezwano na dywanik. Powodem wezwania były skargi (na Churcha), które szpital otrzymał. Przypominam, że mowa tu o Stanach Zjednoczonych, tam wszystkie instytucje publiczne dbają o Public Relations (nie wspominając już o tym, że szpital, zatrudniający doktora, mógł został pozwany). Dr Church został zmuszony do przeproszenia ludzi, których obraził (treści przeprosin nie ma, ale z tego, co napisano na stronie do gay-bashingu, było to typowe non-apology, czyli przeprosiny na zasadzie „przepraszam Cię za to, że jesteś głupi”). Dla każdego, kto nie jest idiotą, jasne jest, że w tym momencie dr Church powinien dać sobie na wstrzymanie, bo „kara”, która go spotkała, była praktycznie żadna, ale następnym razem może już nie być tak różowo. Co zaś zrobił dr Church? W 2011r. zaproponował, że wystąpi w materiale wideo, który szpital chciał nakręcić w ramach wspierania środowisk LGBT. I chciał na tym filmiku „opowiedzieć o argumentach drugiej strony”. Jego propozycja została zignorowana.

Nieco później (ale też w 2011r.) Church napisał e-mail do swojego przełożonego. Treści nie zamieszczono na stronie, z czego wnioskuję, że była to kalka z 2009r. Przełożony to zignorował.

W tym samym roku znowu wezwano go na dywanik - tym razem kilka osób poczuło się dotkniętych treścią maila, w którym zaproponował, że wystąpi w materiale wideo, który szpital chciał nakręcić. Najprawdopodobniej nie chodziło o samą propozycję, tylko o sformułowania których użył (strona broniąca doktora umieściła tylko fragment maila i zapewne wycięła resztę [w dalszej części wyjaśnię skąd wzięła się moja podejrzliwość w tej materii]).

W międzyczasie w szpitalu powołano zespół/komitet (nie bardzo umiem w tłumaczenie prawniczego mumbo-jumbo, proszę więc o wybaczenie), który miał zadecydować o tym, „co dalej z doktorem”. Doktor mógł na zebraniach zespołu/komitetu przedstawić swoją „linię obrony”. Każdy, kto nie doznał śmierci pnia mózgu, zorientowałby się, że to dobry moment na to, żeby jednak sobie dać na wstrzymanie. Co zaś zrobił nasz doktor? Wysyłał kolejne e-maile do przełożonych. Pod koniec 2011r. Church otrzymał „letter of reprimand” (po naszemu to będzie, że udzielono mu nagany), ale go nie zwolniono. Dodatkowo, wydano doktorowi (drogą oficjalną) zakaz „dzielenia się ze współpracownikami/pacjentami swoimi opiniami na temat orientacji seksualnej/etc.”. Rzecz jasna, sprawa się na tym wcale nie skończyła.

W 2012r. doktor wysłał e-mail do „działu komunikacji” (nie bardzo wiem, jak przetłumaczyć: Corporate Communications Department) prośbę o to, żeby nie wysyłano mu zaproszeń do udziału w eventach pro LGBT. Rzecz jasna, w mailu/piśmie nie mogło zabraknąć informacji o tym, że te zaproszenia „obrażają jego uczucia religijne” i wyznawane przezeń „zasady moralne”. Co znamienne, pan doktor nie poprzestał na „usuńcie mnie z newslettera”, ale musiał jeszcze dodać coś od siebie (jakbym się chciał czepiać, to bym napisał, że złamał w ten sposób zakaz rozsiewania swojej „filozofii miłości”, ale mi się nie chce). Tutaj sprawa robi się cokolwiek niejasna, bo choć na samym początku obrońcy twierdzą, że lekarzowi chodziło o „nieprzysyłanie mu takich a takich materiałów”, to potem opisują jak to „reagował na treści zamieszczone na stronie szpitala”. Z czego nietrudno wysnuć wniosek, że doktorowi nie chodziło o „nadsyłane” materiały (bo te przecież mógł spokojnie oznaczać jako spam), ale o to, że na stronie szpitala publikowano treści, z którymi się nie zgadzał.

W 2013r. nie wytrzymał i pod informacją (zamieszczoną na stronie szpitala) o evencie pro LGBT  napisał między innymi o tym, że „celebrowanie perwersji seksualnej jest wysoce niewłaściwe”. Zignorowano to (zapewne w ramach prześladowań lekarza), choć złamał w ten sposób zakaz „dzielenia się opiniami(...)”.

Ponieważ doktorowi było mało, w 2014r. dorzucił jeszcze dwa komentarze na stronie szpitala. O których obrońcy napisali, że „były tylko cytatami z Biblii i zostały szybko usunięte przez administratorów strony”. Nieco wcześniej zaznaczyłem, że strona obrońców najprawdopodobniej wycina fragmenty e-maili/etc., żeby wybielić doktora. Teraz poszli o krok dalej i napisali jedynie, że „umieścił cytaty z Biblii” - nie publikując tychże cytatów (napisano jedynie o które chodzi). Oto one:

Księga kapłańska 18.22 „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!”

List do Rzymian 18. 26-28  Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. 27 Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. 28 A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi.

Tym razem działania pana doktora nie zostały zlekceważone i znowu skompletowano „zespół/komitet śledczy” (investigating comitee), który miał zdecydować o jego losie. W wezwaniu, które otrzymał doktor, napisano, że złamał zakaz, który na niego nałożono. W tym miejscu obrońcy doktora poszli „na pełen retard” i stwierdzili, że „uznano, że cytaty z Biblii i medyczne argumenty są formą nękania”. Zupełnie pominęli treść cytatów z Biblii i to, że jednym z „argumentów medycznych” była wzmianka o „wysoce niewłaściwym celebrowaniu perwersji seksualnej”. Tym razem nie skończyło się na reprymendzie, w 2015r. zwolniono doktora z pracy.


A teraz zestawmy to z tym, co napisał redaktor Terlikowski (pozwolę sobie zacytować go jeszcze raz):  
W grudniu 2015 ze szpitala Beth Israel Deaconess Medical Center został zwolniony dr Paul Church. Istotą jego przestępstwa było to, że zaprotestował przeciwko agresywnej promocji LGBTQ na terenie szpitala, a podczas spotkania z lekarzami przytoczył argumenty medyczne i moralne, które pokazywały jak szkodliwe są czyny homoseksualne. Zwolennicy homoseksualizmu, zamiast podjąć z nim jakąkolwiek debatę, zwyczajnie doprowadzili do zwolnienia go z pracy”

Wydaje mi się, że największym absurdem w kontekście powyższego tekstu jest fakt, że redaktor Terlikowski uważa się za „dziennikarza”, a prócz tego, że w Polsce są ludzie na tyle głupi, żeby mu za to „dziennikarstwo” płacić.

No ale, wracajmy do artykułu:

"Jeszcze skuteczniej ta metoda działa w przypadku przedsiębiorców, którzy – z różnych powodów – nie chcą uczestniczyć w uroczystościach homoseksualistów"

Redaktorowi Terlikowskiemu chodzi o sytuacje, w których drobni przedsiębiorcy odmawiają świadczenia usług ze względu na orientację seksualną klientów. Tego rodzaju praktyki są zabronione w USA (nie wiem czy we wszystkich stanach). Jeśli ktoś nie rozumie o co chodzi w tym zakazie, to niech sobie wyobrazi sytuację, w której chce sobie np. kupić auto gdzieś na Zachodzie, a dealer odpowiada „przykro mi, ale nie mogę panu sprzedać samochodu, bo jest pan Polakiem, a sprzedawanie aut Polakom jest niezgodne z moimi przekonaniami”. Co prawda bardziej akuratnym przykładem byłoby opisanie sytuacji, w której ktoś odmawia świadczenia usług osobie heteroseksualnej, ale żaden „heteryk” (w tym ja) nie byłby sobie w stanie czegoś takiego wyobrazić (bo to za bardzo abstrakcyjne). 

"O liberalny faszyzm ocierają się także decyzje liberalnych administracji stanowych, które stopniowo zakazują uczelniom katolickim i protestanckim stosowania własnych zasad religijnych w odniesieniu do studentów"

Termin „liberalny faszyzm” jest tak samo debilny, jak „feminazizm” (tak, niektórzy porównują feminizm do nazizmu, bo przecież skrajnie konserwatywna partia nazistowska wprost kochała równouprawnienie, nieprawdaż?), więc nie będę się nad tym pochylał specjalnie. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie XX wieku był reżim totalitarny, który miał podobną opinię na temat homoseksualizmu, co redaktor Terlikowski. No ale to tylko dygresja. Redaktor Terlikowski pisze o „zagrożonej wolności religijnej” i dopiero po chwili dodaje, że chodzi o uczelnie współfinansowane przez państwo. Redaktor Terlikowski najprawdopodobniej nie rozumie tego, że jeśli te uczelnie biorą pieniądze od państwa, to mogłyby łaskawie przestrzegać praw obowiązujących w tymże państwie.

O wychwalanym przez Terlikowskiego bełkocie duchownych, którzy wzywają do „obrony rodziny przed wpływami gejowskiego imperium promującego radykalny feminizm i ideologię gender” nie chcę mi się pisać, bo nie jestem psychiatrą. Redaktor Terlikowski rozpacza nad tym, że wszystkie państwa członkowskie przyjęły porozumienie dotyczące „równości osób LGBTQ” i zobowiązały się do uznania transfobii i homofobii za przestępstwa ścigane z mocy prawa. Zapewne jakiś czas temu ktoś rozpaczał nad tym, że rasizm stał się ścigany z urzędu.

"I choć w Polsce daleko jeszcze do homoterroru, to przedsmakiem tego, co nas czeka, są procesy wytoczone „Rzeczpospolitej” i mnie osobiście przez ludzi, którym się nie podobały – wyrażone absolutnie politycznie poprawnym językiem – opinie na temat aktów homoseksualnych. A będzie tylko gorzej"

Muszę się przyznać do tego, że w tym momencie mam (przepraszam za wyrażenie) w dupie to, za co pozwano Terlikowskiego. On sam chyba też, bo nie podał żadnych informacji, które pozwoliłyby się zapoznać z treściami, za które został pozwany (choćby numer RzePy, albo data, albo cokolwiek). Google nie pomógł (Terlika pozywano za wiele spraw, ale tej konkretnie nie jestem w stanie znaleźć). Biorąc pod rozwagę popisy rzetelności dziennikarskiej w tym artykule, równie dobrze może się okazać, że ten „absolutnie politycznie poprawny język” to był zwykły gay-bashing na temat „leczenia homoseksualistów” i wyzywania ich od zboczeńców.

I na tym zakończę cytowanie. Gdybym miał do czynienia z inteligentnym osobnikiem (a jak mogliśmy się przekonać, o inteligencji w tym przypadku nie może być mowy), zapytałbym o to, jak udaje się mu połączyć dwie narracje. O jakie narracje chodzi? Jedną z nich jest właśnie postępujący w Europie „homoterror”, który podbija Europę i że to dla wszystkich Terlikowskich oznacza „walkę na śmierć i życie o rodzinę”. Drugą narracją jest straszenie tym, że zaleje nas islamistyczny fanatyzm. Obie te narracje stoją na przeciwnych biegunach i obie te narracje pojawiają się u Terlikowskiego. Co ciekawe – w „prognozach” na temat „homoterroru” nie porusza tematu fanatyzmu islamistycznego (w drugą stronę działa to dokładnie tak samo). Co znamienne, żaden z „samodzielnie myślących” odbiorców wypocin Terlikowskiego, nie zwrócił uwagi na tą gigantyczną wewnętrzną sprzeczność. Jest to o tyle absurdalne, że ci ludzie dają się straszyć zarówno „kalifatem Europa”, jak i „homoterrorem” i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że to jest ten sam kontynent i że te dwie „wizje” się wzajemnie wykluczają.

W kwestii zaś samego artykułu. Ja rozumiem, że w Polsce dziennikarstwo jako takie, ma się raczej źle (eufemizm). Ale nawet w tym kontekście to, co wyprodukował Terlikowski jest nie lada osiągnięciem. Ilość półprawd, manipulacji i zwykłych kłamstw, budzi respekt. Budzi go również fakt, że taki gówniany artykuł został uznany za na tyle ważny, żeby zrobić z niego „temat tygodnia” i wrzucić na okładkę.

Źródła:

„Do Rzeczy” nr 28/179 11-17 lipca 2016


Artykuł na temat przepisów antydyskryminacyjnych w stanie Colorado:

http://aclu-co.org/court-rules-bakery-illegally-discriminated-against-gay-couple/

Strona „obrońców” doktora Churcha

http://www.massresistance.org/docs/gen2/15b/DrChurch-BIDMC/timeline.html

artykuł o sprawie doktora:

http://www.advocate.com/health/2016/1/07/boston-hospital-cuts-ties-antigay-doctor


poniedziałek, 11 lipca 2016

Prawilne patronaty

3 lipca 2016 odbyła się „konferencja” (cudzysłów użyty z rozmysłem): „Pogrom kielecki, historia prawdziwa”. Panował na niej idealny wręcz pluralizm, albowiem produkowali się: Stanisław Michalkiewicz, Leszek Żebrowski i prof. Jerzy Robert Nowak. O pluralizm zadbał organizator, którym był ONR. W moim skromnym mniemaniu, to trochę tak, jakby jakaś organizacja o jawnie stalinowskich poglądach organizowała konferencję pt. „Katyń i zesłania Polaków na Sybir, historia prawdziwa”, ale co ja się tam znam.

Owa „konferencja” nie byłaby warta wspomnienia (może jedynie jako kolejny dowód na to, że w Polsce nie ma antysemityzmu), gdyby nie fakt, że kanał TVP Historia objął ją patronatem medialnym (zaraz obok Gazety Warszawskiej). Wczoraj wieczorem trafiłem na Twitterową dyskusję dotyczącą tegoż patronatu. Toczyła się ona między Przemysławem Szubartowiczem (przed Dojną Zmianą pracował w Radiowej Jedynce) i Piotrem Gursztynem (beneficjent Dojnej Zmiany, dzięki której dostał stołek szefa TVP Historia). Dyskusja ta wyglądała tak (link w źródłach będzie):

Szubartowicz: Ale dno! M.in. antysemita Michalkiewicz o pogromie kieleckim pod patronatem ONR I TVP. Wstyd

Gursztyn: Bo? 

Szubartowicz: ONR organizuje pogadankę o antysemickim pogromie ze znanym z antysemickich tekstów prelegentem. To mało?

Gursztyn: ONR nie zwracał się do nas o patronat, ale stowarzyszenie Civis. to legalne, zarejestrowane stowarzyszenie

Szubartowicz: Proszę, proszę i jeszcze raz proszę. Legalne, nielegalne... Panie Redaktorze, naprawdę nie łapie Pan niestosowności?

Gursztyn: nie, nie łapię. bo nie lubię cenzury

Szubartowicz: Nie przekonam Pana. Jeśli dla Pana ONR organizujący pod patronatem Pana stacji pogadankę o pogromie jest OK, to pozdrawiam

Gursztyn: powtarzam, jesli Pan nie zauważył. o patronat zwróciło się stowarzyszenie Civis, a nie ONR

Szubartowicz: I co z tego, kto się zwrócił, skoro ONR figuruje jako organizator, a TVP Historia obok "Warszawskiej" jako patroni?

Gursztyn: niestety, w odróznieniu od Pana, nie jestem wszechwiedzący i nie potrafię przewidywać przyszłości

Szubartowicz: Ma Pan rację, mam dar jasnowidzenia w aspekcie kompromitujących konsekwencji organizowania pogadanki o pogromie przez ONR.

Gursztyn: pod warunkiem, że się wie, że organizatorem jest ONR. napiszę 3x: o patronat zwróciło się stow. Civis. i tylko ono

Szubartowicz: Czyli nie podoba się Panu, że to jednak ONR w tej sprawie występuje z Michalkiewiczem, czy to dla Pana bez znaczenia?

Gursztyn: nie udzieliłbym patronatu żadnemu eventowi organizowanemu przez partię polityczną

Szubartowicz: Ale przez gardło Panu nie przejdzie, żeby napisać, że to jest skandal, by ONR z Michalkiewiczem opowiadał o pogromie?

Gursztyn: nie jestem fanem, ale życiorys p. Michalkiewicza jest mimo wszystko nieco bardziej czysty niz np życiorys p. Baumana

Szubartowicz: A głoszone współcześnie poglądy - odwrotnie

Gursztyn: niektórzy nie zgodziliby się z tą opinią. ale cóż, trud życia w pluralistycznym społeczeństwie...

Szubartowicz: Przyznaję, że z dialektyką erystyczną radzi Pan sobie nieźle. To dobry sposób, by bronić spraw nie do obrony. Tak, taki trud.


Dyskusja się potem jeszcze rozwinęła, ale na tym zakończmy. Linia obrony dyrektora TVP Historia jest zachwycająca:

1) Najpierw rżnięcie głupa i udawania, że nie wiadomo, o co chodzi („Bo?”).

2) Potem twierdzenie, że to nie ONR się zwrócił o patronat, tylko stowarzyszenie, które jest legalne i zarejestrowane. I w tym miejscu już widać, że to wcześniejsze „bo?” było rżnięciem głupa, gdyż Gursztyn podkreśla „legalność” stowarzyszenia. Zupełnie umknął mu fakt, że ONR jest stowarzyszeniem zarejestrowanym w KRS.

3) Podkreślanie, że nie wiedziało się o tym, kto organizuje konferencję. W to nigdy nie uwierzę, bo to by znaczyło, że szef TVP historia ma totalnie wy**ne na sprawdzanie tego, co tak właściwie obejmuje patronatem (nie, nie musi tego robić osobiście, ma od tego ludzi).

4)  Podkreślenie, że nie udzieliłoby się patronatu eventowi organizowanemu przez partię polityczną. To już jest wybitny popis ignorancji, bo ONR jest stowarzyszeniem (kilka sekund sprawdzania w KRS).

5) Wtręt o "nielubieniu cenzury".

6)  A w ogóle to Michalkiewicz i tak ma lepszy życiorys od Baumanna.

W skrócie: Nic się nie stało. A nawet jeśli się stało, to nie nasza wina, bo nie wiedzieliśmy (nie jesteśmy jasnowidzami, heloł?!), kto to organizuje (ale w tym miejscu zaznaczamy, że legalne stowarzyszenie nas o to poprosiło). Poza tym nie objęlibyśmy patronatem eventu organizowanego przez partię. Nawiasem mówiąc – Bauman jest i tak gorszy od Michalkiewicza, więc nic się nie stało. A tak przy okazji - nie lubimy cenzury!


Źródła:


Dyskusja:

https://twitter.com/PSzubartowicz/status/752225682210652160

KRS ONRu:

http://krs-pobierz.pl/stowarzyszenie-oboz-narodowo-radykalny-i520689







wtorek, 5 lipca 2016

Jak hartowała się ściema odc. 3: „Coraz więcej Polaków chce zakazu aborcji”

Tą konkretną ściemą karmią nas (i to od dawna) wszelkiej maści organizacje zygotariańskie. Bo to wcale nie jest tak, że oni chcą zakaz aborcji wprowadzić ze względu na wyznawane Mzimu! Co to, to nie! Oni domagają się zakazu w imieniu większości społeczeństwa! W rzeczywistości liczba Polaków popierających zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej (tak wiem, to się oficjalnie nazywa „ustawa o planowaniu rodziny(...)) jest mniej więcej stała. „No ale co też Piknik pier***li! Przecież tyle ludzi podpisuje się pod tymi ustawami! Biada nam!”. Rzecz właśnie w ilości podpisów.

Pierwsza próba zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej (w ramach „obywatelskiego” projektu ustawy) miała miejsce w 2011 roku. Do momentu złożenia projektu w sejmie, zebrano 450 tysięcy podpisów. Potem zbierano je nadal i „dozbierano” kolejne 190 tysięcy. W sumie Zygotarianom udało się zebrać 640 tysięcy podpisów.

W 2012 roku projekt ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne złożyła w sejmie partia Ziobry. Ponieważ nie był to „obywatelski” projekt ustawy, nie trzeba było zbierać podpisów.

W 2013 roku Zygotariańska fundacja po raz kolejny zaczęła zbierać podpisy pod „obywatelskim” projektem ustawy. I był to moment, w którym Zygotarianie uwierzyli w swoje własne ściemy odnośnie tego, jak dużym poparciem cieszą się ich pomysły: „Aby projekt trafił pod obrady Sejmu, musi się pod nim podpisać co najmniej 100 tys. obywateli. Pełnomocnik akcji Kaja Godek jest jednak przekonana, że w ciągu trzech miesięcy uda się zebrać milion podpisów.” Rzeczywistość wymierzyła Zygotarianom sążnistego kopniaka – zebrali 440 tysięcy podpisów.

2015r. – Zygotarianie znowu składają projekt ustawy w sejmie. Tym razem już nikt nie mówi o „milionie podpisów”. Fundacji udaje się zebrać 400 tysięcy podpisów.

2016r. – Fundacja składa projekt, który podpisało trochę ponad 450 tysięcy osób. Dla prawicowych komentatorów (np. Terlikowskiego) to „prawie pół miliona”.

Ja wiem, że te liczby robią wrażenie, ale jeśli przyjrzymy im się nieco uważniej i osadzimy w kontekście, okaże się, że sytuacja nie wygląda tak różowo, jakby sobie tego skrajna prawica życzyła. Ilość podpisów (w momencie złożenia projektów ustaw) wahała się od 400 do 450 tysięcy (Potem można sobie dołożyć jeszcze pierdyliard podpisów, bo najprawdopodobniej nikt ich nie weryfikuje). Kontekst jest jednakże ważniejszy. O jakiż to kontekst (ulubione słowo skrajnej prawicy) chodzi? Ano o taki, że organizacje zygotariańskie poczynają sobie coraz śmielej. Urządzają coraz więcej wystaw, mają coraz więcej wolontariuszy (2016: „Zgłosiła się do nas rekordowa liczba ludzi, chcących zbierać podpisy na własną rękę.”). Jak to więc jest, że w Polsce mamy coraz więcej przeciwników aborcji, a liczba podpisów (podliczona i złożona w sejmie) jest taka sama, jak w 2011r.? Przecież tak na chłopski rozum, tych podpisów powinno być znacznie więcej. W kontekście nadymania się Zygotarian, fakt, że ostatecznie złożono w sejmie 450 tys. podpisów to klęska. Bo jeśli mieliby rację, jeśli liczba przeciwników aborcji stale rośnie, to powinni tych podpisów zbierać coraz więcej.

Osobną kwestią jest fakt, że porównywalna liczba zebranych podpisów (z tą z 2011 roku) wygląda jeszcze gorzej w kontekście tego, że te organizacje mają coraz więcej wolontariuszy gotowych do zbierania podpisów. Większa liczba „zbierających” pozwala bowiem dotrzeć do większej liczby ludzi. Mamy więc „rosnącą liczbę przeciwników aborcji” i rosnącą liczbę ludzi gotowych do zbierania podpisów. W teorii musiałoby się to przełożyć na znacznie większą liczbę zebranych podpisów. W praktyce okazało się, że „nie bardzo”. Wytłumaczenia są praktycznie tylko dwa. Albo przeciwników aborcji jest tyle samo co wcześniej, ale zygotariańskie fundacje nie są w stanie do nich dotrzeć (co jest raczej mało prawdopodobne w dobie internetu i przy gigantycznym wsparciu Kościoła). Albo też liczba przeciwników aborcji w Polsce maleje, ale Zygotarianie równoważą to coraz większym zasięgiem swoich akcji i ilością wolontariuszy.

Tak czy inaczej buńczuczne zapewnienia Zygotarian, że „coraz więcej Polaków popiera zakaz aborcji” nie mają pokrycia w faktach.

Źródła:

2011

http://swidnica24.pl/450-tysiecy-podpisow-przeciw-aborcji/

2013

http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/1002581,aborcja-sejm-odrzuca-projekt-zaostrzenia-ustawy-antyaborcyjnej-film,id,t.html

„Milion podpisów”

http://dziennikparafialny.pl/2013/chca-zebrac-milion-podpisow-za-zakazem-aborcji-eugenicznej/

2015

http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/258097-projekt-ustawy-przeciwko-aborcji-trafil-do-sejmu-zebrano-pod-nim-ponad-400-tys-podpisow

2016

http://www.stopaborcji.pl/trzy-miesiace-zbiorki-za-nami/

środa, 29 czerwca 2016

Ch*j, dupa i kamieni kupa – czyli polska polityka zagraniczna w kontekście Brexitu

Nie chciałem pisać nic na temat Brexitu, bo w ciągu kilku ostatnich dni napisano na ten temat gigabajty tekstu. Dałbym sobie z tym pisaniem spokój, gdyby nie podrygi polskiej dyplomacji, która zamiast dbać po polską rację stanu, stara się wpisywać w oczekiwania naszej pszenno-buraczanej prawicy (dla której „Polska racja stanu” to darcie ryja i machanie szabelką).

Szarża Camerona

Na samym początku warto by było zastanowić się na moment nad tym, po co w ogóle Cameronowi było to referendum? Polska prawica (w tym partia dojnej zmiany) buduje narrację, według której Cameron został „zmuszony” do zorganizowania tegoż referendum (bo EU jest zbiurokratyzowana, nie dbała o interesy państw narodowych, inwestowała w gender [tę wiekopomną myśl wydalił z siebie Wiceminister Patryk Jaki] etc. etc). Aczkolwiek warto w tym miejscu zaznaczyć, że dla prawicowców, tłumaczenie katastrofalnych decyzji polityków, do których jest prawicy blisko, „czynnikami zewnętrznymi” (które to czynniki są rzecz jasna wrogie), to chleb powszedni. Inni komentatorzy („nieprawicowi”) twierdzili, że musiał owo referendum zorganizować, bo „ciśnienie wewnętrzne” w kraju (i w partii Camerona) było tak duże, że „nie dało się inaczej”. Jeszcze inni twierdzą, że Cameron to koleś, który przeleciał świnię więc nie powinniśmy się za bardzo skupiać na tym, „co on myślał”, bo jest głupi i pewnie nic nie myślał.

Moim skromnym zdaniem prawica (co za szok) nie miała racji. Choćby dlatego, że gdyby to „zła UE” zmusiła Camerona do zorganizowania referendum, to miałby (za przeproszeniem) w dupie jego rezultat i nie lobbowałby za opcją „remain”. Ponieważ Cameron podał się do dymisji po zwycięstwie opcji „leave”, ciężko z tego wysnuć wniosek taki, że rezultat referendum był mu obojętny. Komentarze „nieprawicy” też są, moim zdaniem, nieco chybione, bo tylko brexit mógł doprowadzić do tego, żeby „ciśnienie wewnętrzne” (w kraju i w partii Camerona) zmalało. Innymi słowy – gdyby w referendum zwyciężyła opcja „remain”, to zwolennicy brexitu nie przestaliby lobbować za wyjściem z UE (tym samym, Cameron chcąc „uspokoić nastroje” nie powinien lobbować za opcją „remain”). Aczkolwiek zgodzę się z „nieprawicą” w tym, że Cameron usiłował, za pomocą polityki zagranicznej, prowadzić „politykę wewnętrzną” (ten sam błąd popełnia non stop Dojna Zmiana).

Wydaje mi się, że Camerona nikt nie „zmuszał” do zorganizowania referendum. Zorganizował je dlatego, że chciał je zorganizować, bo potrzebował karty przetargowej w negocjacjach z UE. Minimalne zwycięstwo opcji „remain” bardzo poprawiłoby jego pozycję negocjacyjną: „musicie pójść na takie a takie ustępstwa, bo widzicie co się dzieje! Nikt nie może zagwarantować tego, że kiedy po raz kolejny ktoś (w domyśle – następca Camerona) zorganizuje takie referendum, znowu zwycięży opcja „remain”! Musimy się jakoś dogadać!”. Gdyby, dzięki temu, Cameronowi udało się coś „wydrzeć” od UE – zamknąłby usta swoim wewnątrzpartyjnym krytykom i oszołomstwu spod znaku Farage (tym ostatnim, co prawda, na krótko, tym niemniej). Tyle że wynik referendum był inny niż „planowany” i Cameron, zamiast stać się „bohaterem”, stał się pośmiewiskiem.

Ta straszna UE i cholerne Niemce!

Wynik referendum zaowocował ostrą reakcją Niemiec i Komisji Europejskiej. W tejże reakcji, nasza pszenno-buraczana prawica upatruje potwierdzenia swojej tezy o tym, że Wielka Brytania została praktycznie wyrzucona z UE za to, że „dbała o swoje interesy narodowe/etc.” No bo skoro tak ostro zareagowano, to „coś musi być na rzeczy”, prawda? Owszem, coś musi, ale śmiem twierdzić, że nie to, co sobie wykoncypowały nasze prawicowe mendia.

Ale najpierw, krótka gimnastyka mózgu. Wyobraźmy sobie, że po referendum UE (Niemcy, KE/etc.), tak jak to sobie wymyślili prawicowcy, spuszcza z tonu i sugeruje Wielkiej Brytanii, że przecież to referendum wcale nie musi być przesądzające, bo „zawsze się można jakoś dogadać”. To, zdaniem prawicy (acz nie tylko, bo sporo ludzi się zjeżyło po tym, jak Niemcy i KE zakomunikowały Wielkiej Brytanii, że skoro chcą wyjść, to niech zaczną pakować manatki i że nie ma o czym gadać już), powinna być ta „słuszna” reakcja. O tym, jakie długofalowe skutki miałaby taka „ugłaskana” reakcja, żaden z prawicowców się nie zająknął. Zapewne dlatego, że mogłyby owe efekty być cokolwiek katastrofalne. W momencie, w którym to UE zaczęłoby „zależeć” na zatrzymaniu Wielkiej Brytanii, pozycja negocjacyjna Unii byłaby znacznie gorsza niż przed referendum. Oznaczałoby to tyle, że Wielka Brytania mogłaby domagać się od cholery ustępstw ze strony UE. Gdyby UE nie chciała iść na te ustępstwa, Brytyjczycy mogliby wyciągnąć „jokera” w postaci wyników referendum i powiedzieć, że skoro nikt ich nie chce słuchać, to oni jednak sobie pójdą.

Dla nikogo nie jest tajemnicą to, że w UE ścierają się różne grupy interesu i każde państwo (prócz Polski pod wodzą partii Dojnej Zmiany) chce „ugrać” jak najwięcej dla siebie (albowiem PiS-owi wydaje się, że „do siebie” garną tylko duże kraje unijne). Jak zareagowałyby władze państw zrzeszonych w UE, gdyby zauważyły, że wystarczy zrobić sobie referendum, postraszyć UE „exitem” i automatycznie zyskuje się lepszą pozycję negocjacyjną? Gdyby UE poszła na ustępstwa w trakcie potencjalnych negocjacji z Wielką Brytanią, to każde kolejne państwo również domagałoby się jakichś ustępstw, „bo skoro Brytyjczykom daliście to, to i to, nam też musicie!”. Jak szybko doszłoby do sytuacji, w której UE nie mogłaby (z przyczyn stricte ekonomicznych) zadośćuczynić żądaniom jakiegoś kraju? Zapewne wtedy nasi prawicowi mędrcy uznaliby, że doszło do (długo przez nich zapowiadanego) bankructwa UE/etc. Ostra (i momentami teatralna) reakcja KE/Niemców (którzy teraz najprawdopodobniej będą grać pierwsze skrzypce w UE) to wyraźny sygnał dla ludzi, którzy chcieliby za pomocą „exitowych” referendów wymusić coś na UE: „jeśli zdecydujecie się na wyjście, nikt nie będzie was prosił o to, żebyście zostali”.

Osobną kwestią są cierpienia prawicy polskiej, która odsądza Niemcy od czci i wiary za to, że te chcą być liderem Unii Europejskiej. Ja bardzo przepraszam za wyrażenie, ale kurwa, serio? Jakieś państwo chce skorzystać z okazji (którą dostało w prezencie od innego kraju) i ugrać coś dla siebie? Któż mógłby wpaść na taki przebiegły pomysł?! To tak w ogóle można?! Aczkolwiek warto w tym miejscu zaznaczyć, że prawicowy ból dupy z powodu Brexitu i faktu, że jeśli ów dojdzie do skutku, to Niemcy będą niekwestionowanym liderem w UE ma również inne źródło. Tu nie chodzi o hejtowanie „Niemiaszków, za 1939”. Tu chodzi o to, że PiS (i cała usłużna prawica) przez jakiś czas budowała narrację, według której Wielka Brytania będzie najlepszym unijnym partnerem dla Polski. Sam fakt szukania przeciwwagi dla Niemców (które to państwo PiS hejtuje od początku swojego istnienia praktycznie) nie był niczym zdrożnym. Wiadomo, że w negocjacjach z dużym, silnym krajem przyda się wsparcie innego dużego i silnego kraju. Tylko że sprawa się rypła i „naturalny partner” dla Polski najprawdopodobniej szybko pożegna się z Unią. To byłby dobry moment dla „nieomylnych” analityków, żeby przyznać, że „errare humanum est”, ale gdzie tam. Lepiej budować narrację, według której Wielka Brytania byłaby, co prawda, „naturalnym sojusznikiem”, ale Niemcy jej w tym przeszkodzili.

Dyplomatoły

Reakcje PiS-u (i wspierających go Pluszaków Władzy) na wynik referendum w Wielkiej Brytanii są tak idiotyczne, że obserwując je, można zadumać się nad swoistym „cudem natury”. Tylko takowym „cudem” można bowiem wytłumaczyć to, że tak głupi ludzie są w stanie samodzielnie oddychać (no chyba że oddychają dlatego, że prezes im odpowiednie instrukcje SMS-em przesyła). „Dojną Zmianę” (wspieraną przez prawicowe mendia) cechuje bowiem absolutna wręcz nieumiejętność dostosowania się do zmieniających się realiów. Rzecz jasna, przez „dostosowanie się” nie mam na myśli rżnięcia głupa i udawania, że „ja tego nie powiedziałem/napisałem” (bo tę umiejętność wyżej wymienieni opanowali do perfekcji). Chodzi mi o sytuację, w której może dojść do „zmiany władzy” w UE. Rozsądnym posunięciem byłoby więc dostosowanie się do tej, bardzo prawdopodobnej, zmiany. W naszym przypadku wiązałoby się to ze zmianą nastawienia PiS do Niemiec. Biorąc pod rozwagę antyniemiecką histerię PiS-u (i tę, która panuje w usłużnych mendiach), byłoby to, co prawda, dość trudne, ale nie nierealne. I nie chodzi mi tu o sytuację, w której Niemcy powiedzą, że mamy robić to i to „I my – na byle słowo. Na tylne stajem łapki” (pozwoliłem sobie zacytować fragment piosenki „Z XVI-wiecznym portretem trumiennym rozmowa” Kaczmarskiego). Bowiem między włażeniem komuś w dupę, a tłuczeniem go kijem baseballowym po głowie jest szerokie spektrum zachowań. Osobną kwestią jest to, że w najlepiej pojętym interesie Polski byłoby zaprzestanie podsycania konfliktu na linii KE – Polska. Co zaś robią nasze wspaniałe władze?

Prezydent Andrzej Duda dywagował: „Czy nie jest tak, że Unia Europejska zbyt wiele narzuca krajom członkowskim?” Witold „Frank Drebin” Waszczykowski twierdził, że UE powinna mieć „nowe władze” (bo przecież trzeba się zemścić na KE za „mieszanie się w sprawy Polskie”) . Jarosław Kaczyński perorował, że „trzeba zmienić traktat o UE”. Beata Szydło zaś powiedziała, że „Brexit pokazał, że Europejczycy nie chcą takiej Unii. Polska przedstawi projekt zmian”. Czytam te kolejne wypowiedzi i czytam i gdzieś tam po głowie plącze mi się sytuacja, do której doszło na samym początku prezydentury Andrzeja Dudy. Zaproponował on wówczas „nowy format rozmów w sprawie Ukrainy” i został momentalnie postawiony do pionu przez Petra Poroszenkę, który stwierdził, że „nie widzi takiej potrzeby”. Wypowiedzi Szydło, Waszczykowskiego i Kaczyńskiego idealnie wpisują się w „wewnętrzną” narrację PiS-u „Polska powstała z kolan i będzie teraz zmieniać UE/etc./etc.”, ale nijak się mają do rzeczywistości. Jakoś tak się bowiem złożyło, że póki co, nikt nie chce zmieniać władz w UE (chodzi o zmiany personalne), nikt nie chce „zmieniać traktatu o UE” i najprawdopodobniej większość krajów UE w dupie będzie miała zmiany, które „zaproponuje Polska”.

Gdyby rządzili nami ludzie, którzy mają łby na karku, to zamiast wygłaszać swoje wiekopomne mądrości (które raczej niewielkie wrażenie robią na pozostałych krajach UE), powinni poczekać chwilę i zobaczyć jakie nastroje panują w UE, a potem dostosować swoją „ofertę” do tych nastrojów. Względnie wybrać tę „ofertę”, spośród proponowanych przez inne kraje, na której Polska może najwięcej zyskać. Zamiast tego mamy duszosztypatielne bzdety i próbę wmanewrowania nas w konflikt z potencjalnym przyszłym „szefem” Europy. Bo przecież powszechnie wiadomo, że w momencie, w którym w firmie zmienia się szef, warto pójść do jego biura i kontrolnie przypieprzyć temu nowemu, żeby „wiedział kto tu rządzi”.

Premier Beata Szydło stwierdziła pewnego razu, że „polski rząd nie będzie uprawiał polityki zagranicznej na kolanach”. Zapomniała jedynie dodać, że polski rząd będzie tę politykę prowadził na ciężkich prochach halucynogennych.


Źródła:

PAD o Brexicie:



Poroszenko wskazuje Dudzie miejsce w szeregu:


Frank Drebin polskiej dyplomacji o Brexicie:


Premier Beata Szydło zapowiada „lepszą politykę zagraniczną”:


Poseł Kaczyński domaga się nowego traktatu o UE:

http://wpolityce.pl/polityka/298359-kaczynski-o-nowym-traktacie-ue-biurokracji-i-supermocarstwie-trzeba-wyraznie-powiedziec-gdzie-jest-unia-a-gdzie-panstwa-czlonkowskie