środa, 29 marca 2017

Polska polityka zagraniczna, czyli „niekończąca się żenada”

W poniedziałkowy ranek Witold Waszczykowski (aka „Disaster Artist”) po raz kolejny zabłysnął w mediach:

„Mamy ekspertyzy, że Donald Tusk został wybrany na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego.”
To, że został za to wyśmiany, pewnie nie zrobiło na nim wrażenia (wszak, jako „self made mem”, musiał się przyzwyczaić do tego, że mało kto go traktuje poważnie). Zrobiły je natomiast pytania o to, „kto przygotował te ekspertyzy”. Nasz urodzony dyplomata wyjaśnił więc, o co mu chodziło:
 
„Nawiązywałem dzisiaj rano do wypowiedzi opublikowanych chociażby w tygodniku „Do Rzeczy” prof. Jacka Czaputowicza, który nawiązywał do m.in. jednego z artykułów traktatu, zgodnie z którym, gdyby go zastosowano, to wybór powinien wyglądać inaczej.”

Tak więc, „merytoryczną” podstawą, na której oparł się Waszczykowski (kiedy mówił o „ekspertyzach”), była wypowiedź opublikowana w tygodniku, który ciężko podejrzewać o bezstronność. Trudno o nią również podejrzewać autora tejże wypowiedzi, który w 2014 r. został członkiem rady programowej Prawa i Sprawiedliwości. Co prawda, w dalszej części wypowiedzi twierdził, że „są wypowiedzi naukowców, znawców prawa europejskiego (...)”, ale jakoś tak się złożyło, że jedyne źródło, które zostało wymienione z nazwy/nazwiska było „Do Rzeczy” i prof. Czaputowicz. Ujmując rzecz prostymi słowy, minister Waszczykowski poszedł na pełen retard i wygadywał bzdury licząc na to, że nikt nie powie „sprawdzam”. Jest coś lekko przerażającego w tym, że człowiek odpowiedzialny za dyplomację non stop wygaduje (nazywajmy rzeczy po imieniu) większe i mniejsze debilizmy. W dodatku za każdym razem jest zdziwiony, że jego słowa docierają do kogoś więcej niż tylko do pani/pana z mikrofonem i tego ziomka, który stoi z tyłu i trzyma na ramieniu lub w ręku takie urządzenie ze szkiełkiem.

Równie przerażająca jest nonszalancja, z jaką MSZ (wspierany między innymi przez marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego) podchodzi do jednego ze swoich największych fuckupów. Chodzi mi o niedawne „mizianki” z Aleksandrem Łukaszenką. W ich trakcie część polityków PiS wspierana przez legiony Szefernakera usiłowała przekonywać Polaków do tego, że Łukaszenka to nie jest wcale taki zły koleś. Klarowano również, że to nie może być tak, że mamy się wiecznie kłócić z sąsiadem i że polityka poprzedników względem Białorusi była szkodliwa. W kontekście tego, co „Łuka” robi z demonstrantami, można powiedzieć, że polska polityka zagraniczna po raz kolejny przypierdoliła z gracją w ścianę. I jest to najmniejsze zaskoczenie świata.

Witold Waszczykowski z właściwym swej kondycji intelektualnej wdziękiem usiłował jakoś wytłumaczyć, to co się stało:

„Na pytanie "czy Polska nie zgrzeszyła naiwnością wobec Łukaszenki" Waszczykowski odpowiedział, że "to była koncepcja całej Unii Europejskiej (…) Łukaszenka w ubiegłym roku dał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej - powiedział minister. - Uznaliśmy, że należy skorzystać z tej otwartości i sprawdzić - dodał.”

Stwierdził również, że:

„Klucze do dalszej współpracy Białorusi z Unią Europejską i z Polską leżą w Mińsku w tej chwili. To od nich zależy. Oczywiście jeśli oni wycofają się z tych represji - a pewne sygnały mamy, że chcą - to wrócimy do rozmowy”

Zacznijmy od tego drugiego fragmentu. Wstawka o tym, że MSZ „ma sygnały, że oni chcą się wycofać z represji”, ma pewnie takie same podstawy „merytoryczne”, jak poniedziałkowy odpał pt. „Tuska wybrano nielegalnie, mamy ekspertyzy”. Może inaczej to ujmę. Jeżeli ktoś skierował do Łukaszenki (albo któregoś jego drona) pytanie, w którym stało (upraszczając): „Czy zamierzacie nadal napierdalać ludzi na ulicach?”, to trzeba by białoruskiego odpowiednika Waszczykowskiego, żeby na takie pytanie padła odpowiedź: „Tak, owszem, zamierzamy ich dalej napierdalać”.

Co się zaś tyczy tego, że „ Łukaszenka w ubiegłym roku dał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej”, sprawa jest dość prosta. Nie, kurwa, nie dawał. Po prostu was ograł jak dzieci, a wy nawet sobie z tego nie zdajecie sprawy, bo nadajecie się do polityki zagranicznej jak Wojska Obrony Terytorialnej do walki ze Specnazem.

Do tego, żeby nabrać się na teatrzyk urządzany przez kogoś kto sam siebie określa mianem (uwaga, załączam Capslocka) OSTATNIEGO DYKTATORA EUROPY, trzeba być wybitnym frajerem. Ale frajerstwo to nie największy grzech Misiewiczów polityki zagranicznej. Największym grzechem było olanie jednego zasadniczego faktu. Jakiego? Ano mianowicie takiego, że Łuka ten teatrzyk urządza nie pierwszy raz. Przed wyborami Łukaszenki w 2010 roku było dokładnie tak samo. Dobry Baćka wypuścił z pierdli kilku opozycjonistów, obiecywał UE i generalnie „dawał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej”. Odwilż i otwartość skończyła się przy okazji wyborów. Najpierw nachodzono sztaby wyborcze opozycyjnych kandydatów, a potem, już po ogłoszeniu wyników (zgadnijcie kto wygrał), spuszczono wpierdol opozycji. Jednego z kontrkandydatów (Niaklajeua) pobito do nieprzytomności, zaś po tym, jak wylądował w szpitalu, został zeń porwany (zgadnijcie przez kogo). Wątpię w to, żeby po takim „evencie” ktokolwiek w UE uwierzył w jakiekolwiek „sygnały otwartości”. Tzn. ktokolwiek poza Waszczykowskim i innymi Misiewiczami polityki zagranicznej.

O tym, że Dojna Zmiana łyknęła teatrzyk „Łuki”, zaświadczyć mogą choćby mądrości, którymi podzielił się z Polakami marszałek Senatu, Stanisław Karczewski:

„Pytany o prezydenta Białorusi, Karczewski mówił, że jest on "człowiekiem ciepłym". - Widać, że bardzo zależy mu na Białorusi. Gołym okiem widać, że jego kraj się zmienia – ocenił marszałek polskiego Senatu.”

Tenże sam Karczewski nieco później (27 marca 2017) „zaapelował do przewodniczącego białoruskiej Rady Republiki Zgromadzenia Narodowego o zaprzestanie stosowania przemocy i zwolnienie protestujących”.

No dobrze, ktoś może powiedzieć, ale może faktycznie cała UE się dała nabrać? Problem z tą „linią obrony” jest taki, że Waszczykowski jak zwykle nie podał żadnego argumentu potwierdzającego stawianą przez niego tezę. Najprawdopodobniej chodziło mu o to, że UE nie poszło na zwarcie z „Łuką” w trakcie „wyborów Łukaszenki” w 2015 roku. Tyle, że takie „wygładzenie” polityki wschodniej przez UE było całkowicie zrozumiałe i (uwaga, znowu muszę załączyć capslocka) NIE MIAŁO NIC WSPÓLNEGO Z SAMYM ŁUKASZENKĄ. O co więc chodziło? Najprawdopodobniej o wojnę hybrydową, która trwała w tym samym czasie na Ukrainie. Nie ma pewności, czy Wołodia nie skorzystałby z okazji, którą dałby mu konflikt dyplomatyczny na linii UE – Białoruś i czy Zielone Ludziki nie pojawiłyby się nagle na Białorusi. I nie chodziło tu zapewne o troskę o Ostatniego Dyktatora Europy, ale o to, że nikomu w UE nie zależało na destabilizacji kolejnego regionu. Ale z tego absolutnie nie wynika, że ktokolwiek w UE (poza polskimi dyplomatami) uwierzył w to, że „Łuka się chce zmienić”.

Tak sobie dumam, że jeżeli Waszczykowski miałby za coś wylecieć, to nie za wygadywanie idiotyzmów o San Escobar, ekspertyzach, wegetarianach (i cyklistach) etc. Powinno się go wywalić za totalną ignorancję w zakresie polityki „wschodniej” i za totalne frajerstwo w kontaktach z Łukaszenką. Aczkolwiek mam świadomość tego, że Waszczykowski jest praktycznie niezatapialny. A przynajmniej do momentu, w którym Genialny Strateg z Żoliborza uzna, że narzędzie o nazwie „Waszczykowski” się zużyło i że trzeba je wymienić.

Źródła:

Waszczykowski i ekspertyzy:

http://300polityka.pl/live/2017/03/27/waszczykowski-o-tusku-naukowcy-przekonuja-nas-ze-ten-wybor-byl-niewlasciwy/

Waszczykowski o fuckupie białoruskim:

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/waszczykowski-o-bialorusi,726925.html

Wikipedyjny artykuł o wyborach Łukaszenki w 2010:
(wrzucam wersję angielską, bo jest znacznie lepsza od polskiej)

https://en.wikipedia.org/wiki/Belarusian_presidential_election,_2010

Wikipedyjny artykuł o pobitym i porwanym ze szpitala byłym kontrkandydacie Łuki

https://pl.wikipedia.org/wiki/U%C5%82adzimir_Niaklajeu

„Ostatni dyktator Europy”

http://belsat.eu/pl/news/11257/

Karczewski chwali Łukaszenkę:

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/polityk-pis-alaksandr-lukaszenka-to-cieply-czlowiek/ndxg72

http://www.newsweek.pl/opinie/stanislaw-karczewski-marszalek-chwali-lukaszenke-i-bialorus,artykuly,401710,1.html

Karczewski wysyła list na Białoruś:

https://twitter.com/StKarczewski/status/846303088260591616




czwartek, 16 marca 2017

Czytelnik minus

Nasz niemiłościwie panujący rząd pochylił się nad lobbowanym przez Polską Izbę Książki pomysłem „jednolitej ceny książki”. Jeżeli ktoś nie wie, o co chodzi, to już tłumaczę. W skrócie – o to, żeby książka przez rok od wydania miała odgórnie ustaloną cenę i żeby nie można jej było sprzedawać ze zbyt dużym upustem. Usiłuje się ludziom wmawiać, że chodzi o „ochronę małych księgarni”. Dziwnym trafem, członkami PIK są między innymi tacy „mali księgarze” jak Matras i Empik.

Portal wPolityce zreferował wystąpienie rzecznika rządu, który odniósł się do tego pomysłu. Mogliśmy tam trafić między innymi na taką perełkę:

„Rzecznik rządu ocenił, że rabaty oferowane przez niektóre sieci handlowe są „drastycznie wysokie”, co prowadzi jego zdaniem do tego, że wiele księgarń musi zostać zamkniętych.”

Przepraszam za wyrażenie, ale co to, kurwa, znaczy, że „rabaty są drastycznie wysokie”? Bo jakoś mi się wydaje, że w tej (udawanej) trosce o księgarnie zapomniano o czytelnikach. Tak się bowiem składa, że w naszym, jakże bogatym kraju ludzie kupują książki w promocji nie dlatego, że wyznają zasadę „chuj w dupę małym księgarniom”, ale dlatego, że ich nie stać na kupowanie książek po „pełnej cenie okładkowej”.

Nawiasem mówiąc, pojawiają się przecieki, że geniusze z PIK w swojej ustawie postanowili uwzględnić również sklepy internetowe. W takim dyskoncie można kupić cegłę historyczną z okładkową ceną 99 zeta za 62 zł (przy uwzględnieniu wszelkich rabatów, w tym „lojalnościowych”). No, ale ten rabat jest, zdaniem pana niedorzecznika, zbyt „drastyczny”, więc przez pierwszy rok od wydania książka ma kosztować 99 zeta (-5% max) amen.

I teraz pytanie za trotyliard złotych: co się stanie, jeżeli nowe książki będą miały (przez 12 miesięcy od wydania, rzecz jasna) jednolitą (dość wysoką) cenę?

1) Polacy będą kupowali i czytali więcej książek, bo docenią wkład rządu w czytelnictwo?

2) Część z Polaków uzna, że oni to pierdolą i odczekają 12 miechów, żeby kupić „nowość” z rabatem?

3) Wykosztują się na czytniki i będą piracili książki na potęgę?

Jednym z bardziej wkurwiających argumentów PIKu jest to, że (upraszczając) książka to dobro kultury i powinna być „chroniona” przed zbyt wysokimi rabatami, bo inaczej ludzie pomyślą, że książki są mało warte. Nie, nie wymyśliłem tego. Jesteśmy krajem, w którym mało kto czyta, a największym zmartwieniem jakichś idiotów jest to, że „Polacy mogą uznać, że książki są niewiele warte”.

Kiedy zbliżał się moment „graniczny”, po którym musieliśmy wprowadzić VAT na książki (bo w trakcie negocjacji akcesyjnych nikt nie zadbał o to, żeby np. wydrzeć stawkę 0%), uprzedzano, że rynek książek poleci na łeb na szyję. Jedyne, co miał do powiedzenia minister „odnośny” (wydaje mi się, że był nim Zdrojewski), było to, że „nic się nie da zrobić, bo to trzeba było w trakcie negocjacji”. Czy przewidywania o załamaniu na rynku księgarskim się sprawdziły? Zobaczmy:

2000  124,2  mln (sprzedanych książek)
2001  140,7  mln
2002  124,5  mln
2003  119,6  mln
2004  125,3  mln
2005  139,1  mln
2006  129,9  mln
2007  140,4  mln
2008  147,1  mln
2009  143,6  mln
2010  139,8  mln
2011  119,3  mln
2012  115,5  mln
2013  123,0  mln
2014  105,8  mln

VAT na książki zaczął obowiązywać w roku 2011 (do kwietnia był okres przejściowy). W tym samym roku na rynku księgarskim (eufemizując) “zdrowo jebnęło” i sprzedano 20,5 miliona książek mniej niż w roku 2010. Owszem, wcześniej też bywały spore spadki, np. w 2002 roku, ale do 2011 sytuacja była raz lepsza, raz gorsza. Od 2011 była już tylko gorsza. Wisienką na torcie jest to, że Instytut Książki (z którego danych korzystałem) przy okazji każdego rocznego podsumowania powtarza jak mantrę: „Ceny książek w ciągu ostatnich kilku lat wzrosły nieznacznie, mimo to wielu czytelników ma poczucie, że książki są drogie.” Autorom tych słów zupełnie umyka fakt, że od roku 1998 do 2014 detaliczna cena książki wzrosła o 86% (z 22,2 zetów do 41,5). Dla nikogo nie będzie niespodzianką to, że “podrażanie” przyspieszyło po 2011 roku.

Osobną kwestią jest to, że ichnia „cena detaliczna” raczej (raczej, bo nie napisano konkretnie skąd ją wytrzaśnięto) nie odnosi się do cen okładkowych (bo wtedy „skok” między rokiem 2010 a 2011 byłby znacznie większy niż ten, który odnotowali). Z czego wynika wniosek, że tę „cenę detaliczną” zawdzięczamy głównie „drastycznie wysokim rabatom”, które hejtował niedorzecznik rządu.

Mamy więc sytuację, w której książki drożeją, a Polacy kupują ich coraz mniej (w roku 2014 kupiliśmy 41,3 mln mniej książek niż w roku 2008). Na jaki pomysł wpadli więc geniusze z PIK (nad którym to pomysłem pochyla się minister Gliński)? W telegraficznym skrócie:

„A chuj, zrobimy tak, żeby nowe książki były jeszcze droższe, to na pewno pomoże małym księgarniom.”

Jak to mawiają ludzie za „wielką wodą”: What could possibly go wrong?

Na wypadek, gdyby ktoś znowu zabłądził w internecie i usiłował rozpocząć flejma: „A gdzie byłeś, jak PO się nad tym pomysłem pochylało?” Spieszę z wyjaśnieniem. Wtedy byłem tam, gdzie hejtowałem Zdrojewskiego:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2013/10/minister-zdrojewski-walczy-z-ksiazkami.html

Źródła:

http://swiatczytnikow.pl/ustawa-o-stalej-cenie-ksiazki-reaktywacja-i-kilka-opinii-sprzed-dziesieciu-lat/

http://wpolityce.pl/polityka/331543-mkidn-debatuje-nt-jednolitej-ceny-ksiazki-bochenek-zajelismy-sie-tematem-na-prosbe-srodowiska-ksiegarskiego?strona=2

http://telewizjarepublika.pl/jednolita-cena-ksiazki-zahamuje-zamykanie-ksiegarn-w-polsce,45724.html

Dane liczbowe wyciągnięte z zestawień Instytutu Książki:

http://www.instytutksiazki.pl/polski-rynek-ksiazki,rynek-ksiazki.html




czwartek, 9 marca 2017

Krajobraz po bitwie

Zamykając temat wyborów przewodniczącego RE, postanowiłem zrobić (nie tak) krótki zbiór narracji, którymi raczyli nas (i wciąż raczą) politycy partii rządzącej (+ rządowi pracownicy mediów, liderzy opinii, etc.).

Tę listę układałem dzisiaj, ale starałem się zachować „chronologię zdarzeń”:

1) Tusk był zły, bo podejmował decyzje, które szkodzą Polsce.
2) Tusk był zły, bo nie podejmował żadnych decyzji i się obijał.
3) Jakakolwiek krytyka Saryusz-Wolskiego to atak na Polskę.
4) Będziemy lobbować za Saryusz-Wolskim.
5) Nie obchodzi nas to, jakie poparcie ma Saryusz-Wolski. Najważniejsze, że nasz kandydat jest w grze.
6) Tusk nie ma kompetencji do bycia przewodniczącym RE.
7) Tusk nie po prosił nas o poparcie.
8) Niemcy obiecały, że nie poprą Tuska
9) Tusk jest niemieckim kandydatem.
10) Polska nie zgłaszała kandydatury Tuska, więc powinien zrezygnować.
11) Saryusz-Wolski jest jedynym kandydatem Polski!
12) Saryusz-Wolski może nie był premierem czy prezydentem, ale jego kompetencje równoważą to, że Tusk nim był.
13) Nigdzie nie napisano, że tylko były premier/prezydent może być przewodniczącym RE.
14) Saryusz-Wolski będzie znacznie lepszym przewodniczącym od Tuska, bo będzie działał tak, żeby Polska na tym zyskała.
15) Tusk nie ma zbyt wielkich szans na reelekcję.
16) To, że nie zaproszono Saryusz-Wolskiego na szczyt UE dowodzi nerwowości, która panuje w Unii.
17)  Będziemy się domagać zastosowania zasady jednomyślności w trakcie wyborów przewodniczącego RE.
18) UE nie chce zastosowania tej zasady, bo już jej nawet nie zależy na udawaniu jednomyślności.
19)  Jeżeli Tusk zostanie wybrany, nie podpiszemy konkluzji szczytu.
20) Orban nie poprze Tuska!
21) Powinniśmy przełożyć wybory przewodniczącego, żeby dopracować procedury wyboru.
22) Będziemy robili wszystko, żeby do tego głosowania nie doszło.
23) Nie zgadzamy się na dyktaturę UE!
24) Stanowisko przewodniczącego jest dzisiaj zbędne w UE.
25) Merkel poparła Tuska dopiero po spotkaniu z Rosjanami.
26) Tusk ma fatalną prasę w Europie.
27) Sprawa wyboru Tuska dowodzi, że w UE dominuje dekadencja i nastrój z konferencji w Monachium w 1938 r.
28) Nie ma zgody na to, żeby przewodniczącym RE został ktoś, kto nie ma poparcia własnego kraju.
29) Nie zgadzamy się na prymat siły nad zasadami UE.
30) PiS miał rację w sprawie Tuska, ale czy warto było się wykrwawiać?
31) Radość z przegranej polskiego kandydata i wygranej niemieckiego? Kolonialne kompleksy.
32)  Niemiecki kandydat został ponownie przewodniczącym Rady Europejskiej
33) UE nie będzie już unią jedności.
34) Premier Beata Szydło swoją twardą i bezkompromisową postawą wobec kandydata A. Merkel dała dowód, że jest dumną Polką i Europejką. 
35) Po raz pierwszy w historii nie został wzięty pod uwagę głos państwa, z którego pochodzi kandydat.
36) Niemcy nigdy nie poparłyby wroga niemieckiego rządu. Polska została pozostawiona bez wyboru. Trudno, by poparła wroga polskiego rządu.
37) W naszej ocenie ta decyzja nie wróży niczego dobrego Europie i jest zła.
38) Nie zapominajmy: Jacek Saryusz-Wolski wybrał dobrze. Wysiadł z PO na przystanku POLSKA.
39) Tusk miał szansę ocalić resztki honoru. Wolał zostać kandydatem Niemiec. Aż tak boi się powrotu do Polski?
40) Wybór Tuska to przegrana potyczka. Ale ta rozgrywka wiele mówi o tym, w którym kierunku ewoluuje Unia Europejska.
41) Wybór Donalda Tuska sukcesem Niemiec (to był „pasek” z TVP Info).
42) Stało się bardzo źle! Wybrano polityka, który łamie wszystkie reguły, w tym neutralność. 
43) Donald Tusk od dziś nie jest przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej.
44) Saruysz-Wolski Dawał gwarancję przeprowadzenia reform wprowadzających UE na nowe tory.
45) Brak wsparcia własnego rządu to fundamentalna przeszkoda, by dany kandydat został. wybrany
46) Dla Polski zasady są sprawą fundamentalną, będziemy ich bronić.


Ta lista mogłaby być znacznie dłuższa, bo część PiSowskich influencerów prowadząc działania „osłonowe” (żeby wizerunek „Genialnego Stratega” nie ucierpiał) zaczęła budować swoje narracje. Według tych narracji „wszystko odbyło się tak, jak to sobie zaplanował Kaczyński”, a „to są wszystko tylko manewry przed bitwą toczącą się o coś zupełnie innego. Nie ma się czym podniecać”. Ilość „favów” pod tymi „teoriami” sugeruje, że wyznawcy JK nie mogą pogodzić się z tym, że ich guru przeszarżował i dostał po łapach.

Co dla Polski oznacza reelekcja Tuska? Moim zdaniem, UE zamierza „przetrzymać” rządy PiS. Może inaczej to ujmę. Histeryczne działania PiSu mogły doprowadzić do tego, że UE machnęło by na to wszystko ręką i uznało, że „nie warto się użerać z idiotami”. Utrącono by zarówno Tuska, jak i Saryusz-Wolskiego, przełożono by wybory na „kiedy indziej” i wybrano kogoś z mniej „wykluczonego dyplomatycznie” kraju. Zamiast tego, zdecydowano się na przeczołganie polskiego rządu. Z czego wniosek płynie taki, że UE nie ma nas (jeszcze) w dupie. Osobną kwestią jest to, że histeryczne i niezborne „antyTuskowe” działania PiSu spychają polską dyplomację do ostatniej ligi. Bo nikt nie będzie prowadził poważnych rozmów z bandą rozwrzeszczanych ignorantów pod wodzą człowieka, który nie ma zielonego pojęcia o polityce zagranicznej (i nie, nie chodzi mi o Tommy'ego Wiseau Dyplomacji Witolda Waszczykowskiego).

Nie zdziwiłbym się, gdyby się kiedyś okazało, że polskie „działania zakulisowe” wyglądały następująco. Nasz wirtuoz gry na wielu fortepianach (przy użyciu łomów) kontaktował się z dyplomatami innych krajów i męczył buły: „Ej, ale weźcie zagłosujcie przeciwko Tuskowi, ok?” To jest o tyle prawdopodobne, że co jakiś czas od strony rządowej „wyciekały” wrzutki, że to albo tamto państwo na pewno Tuska nie poprze (bo „obiecali”). Poza tym politycy PiS byli też nieco zbyt pewni siebie, co sugeruje, że nie spodziewali się, że dostaną AŻ TAKI łomot. Z czego wniosek płynie taki, że ci, którym wirtuoz zawracał dupę, powiedzieli coś w rodzaju „no, zobaczymy co da się zrobić”. Nasze orły uznały, że skoro nikt im nie kazał spieprzać, to znaczy, że mają kupę stronników.

„Stronnicy” zaś, ponieważ nie są idiotami, zrobili bilans potencjalnych strat (rozdrażnienie „dużych graczy” w UE) i potencjalnych zysków (nic). Następnie poszli do tych, którym zależało na reelekcji Tuska i powiedzieli: „Ej, Polska nam straszliwie dupę truje z tym Tuskiem, co nam dacie, jak go poprzemy?”. I tym oto sposobem „stronnicy”, na których liczyła polska „dyplomacja” mogli coś dla siebie ugrać. To jest, co prawda, tylko i wyłącznie moje gdybanie, ale w ten sposób działa polityka zagraniczna – maksymalizowanie swojego zysku „z zagranicy”.

Tzn. tak powinna działać polityka zagraniczna. Bo z punktu widzenia polskich „dyplomatów”, wystarczającym zyskiem jest moralne zwycięstwo przy wyniku 27:1.




poniedziałek, 6 marca 2017

Polska polityka zagraniczna nie istnieje nawet teoretycznie

To, co się dzieje w kontekście wyborów na przewodniczącego Rady Europejskiej, pokazuje, jak bardzo w dupie Prawo i Sprawiedliwość ma politykę zagraniczną. Nie jest dla nikogo tajemnicą to, że prawie wszystkie państwa prowadzą politykę zagraniczną tak, aby zyskać jak najwięcej „dla siebie”. Prawie wszystkie, bo w przypadku naszego kraju jest zupełnie inaczej. Prawo i Sprawiedliwość używa polityki zagranicznej do czegoś zupełnie innego. Po pierwsze, co jest widoczne w kontekście omawianych wyborów, dla politycznej zemsty. Po drugie zaś, widać wyraźnie, że partia Jarosława Kaczyńskiego nie przejmuje się tym, jaki wpływ na nasz kraj będą miały nasze działania na arenie międzynarodowej. Choć to chyba niedomówienie, bo odnoszę wrażenie, że PiS celowo psuje relacje Polski z „zagranicą”, żeby wywołać „ciśnienie zewnętrzne”. Bo to „ciśnienie zewnętrzne” można potem przedstawić jako „próby ingerowania zagranicy w wewnętrzne sprawy Polski”. Względnie - jako „wyraźny sygnał, że UE nie szanuje naszego kraju”.

Pochylmy się nad tymi nieszczęsnymi wyborami. To, że PiS będzie chciał przeczołgać Tuska, było pewne. Tyle, że zabrał się do tego z subtelnością Rewolucji Październikowej. Najpierw oddajmy głos Witoldowi (aka Tommy Wiseau Dyplomacji, aka Self Made Mem) Waszczykowskiemu.

04-03-2017

Szef MSZ: Od jutra będę lobbował w Brukseli na rzecz Saryusz-Wolskiego

„Nie wyobrażam sobie, żeby państwa europejskie popierały kandydata, którego nie wysunął własny rząd - powiedział Witold Waszczykowski. Szef polskiej dyplomacji komentował w sobotę w programie "Horyzont" decyzję o nieudzieleniu poparcia dla Donalda Tuska w walce o reelekcję na szefa Rady Europejskiej oraz zgłoszenie w to miejsce kandydatury Jacka Saryusz-Wolskiego.”


06-03-2017

„Jest to oczywiste, że jest to kandydat Polski i musi być brany pod uwagę jako kandydat polski (…) On jest jedynym kandydatem Polskim, nie ma innego kandydata polskiego (…) Nie wiem, ile państw popiera kandydaturę Saryusz-Wolskiego. Nie kolekcjonujemy tego. Nie interesuje mnie, kto popiera. Interesuje mnie to, że jest to nasz kandydat i jest w grze (…) Sprawa została przyjęta do wiadomości, nie była kwestionowana”

Skracając: „Co prawda, zamierzam lobbować na rzecz Saryusz-Wolskiego, ale mam w dupie to, czy ktoś go poprze, bo ważne, że to polski kandydat”. Po co więc go zgłaszano? Tzn. owszem, chodziło o przeczołganie Tuska, ale nie w tym rzecz. Nieco światła rzuca na to fragment „Sprawa została przyjęta do wiadomości, nie była kwestionowana”. To „przyjęcie do wiadomości” się w wypowiedzi Waszczykowskiego powtórzyło przynajmniej dwa razy. Najprawdopodobniej polska strona liczyła na to, że wystawiając JSW sprowokuje „zagranicę” do jakichś ostrych wypowiedzi, którymi usłużni dziennikarze i drony „oplakatują” internety i media, żeby pokazać Polakom, jak bardzo nas UE nie szanuje. Nie udało się, bo zagraniczni dyplomaci nie są Witoldami Waszczykowskimi. Owszem, wypowiedzi na temat kandydatury JSW się pojawiały, ale jedyne co można było w nich zauważyć, to znużenie kolejnym „wyskokiem” Polski.

I nie chodzi o to, że afrontem było „niewystawienie Tuska”. Afrontem było wystawienie człowieka, który jest tylko i wyłącznie europosłem. Jeżeli komuś się chce klikać, to w źródłach podrzucę link do anglojęzycznej wiki - tam można przeklikać wszystkich kolejnych przewodniczących Rady Europy i przekonać się samemu, że wszyscy byli „figurami”.

PiS doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że JSW nie ma najmniejszych szans i od początku buduje w kraju odpowiednią narrację. Jaką? Wystarczy popatrzeć na kilka tweetów PiSowskich figur:

Ryszard Czarnecki: „Usunięcie Saryusz-Wolskiego z PO i EPP = atak na kandydata Polski.”

Tomasz Sakiewicz: „Wybór Saryusza Wolskiego będzie oznaczał, że Polska ma coś do powiedzenia w UE, wybór Tuska że Niemcy chcą mieć coś do powiedzenia w Polsce”

Samuel Pereira: „PO usuwa z partii jedynego kandydata polskiego rządu na stanowisko RE. Takie są fakty, niezależnie od oceny JSW - to kandydat Polski.”

Tego jest „w internetach” całe mnóstwo, ale generalnie chodzi o spin „Jeżeli Saryusz-Wolski przegra, to znaczy, że UE nie szanuje Polski” + hejtowanie PO za wyrzucenie JSW.

Upraszczając. PiS celowo wystawił kolesia, który jest praktycznie bez szans, tylko i wyłącznie po to, żeby przeczołgać Tuska i żeby pokazać w kraju, że „UE nie szanuje Polski”. I to jest praktycznie jedyna rzecz, którą PiS może ugrać na tej decyzji. Za to Polska może bardzo dużo stracić. Jeżeli ktoś przyglądał się dyskusji Timmermansa z Waszczykowskim, to na pewno zwrócił uwagę na to, że przebiegała ona inaczej niż wcześniejszy performance premier Beaty Szydło, która z gracją syntezatora mowy „Iwona” klepała wykute na blachę regułki. Tym razem doszło do „zwarcia” i widać było, że Timmermans się przygotował do spotkania. Wygląda na to, że UE pomału „przestaje mieć wyjebane” na zachowanie Polski. Podstawą polityki zagranicznej każdego kraju (no, prawie każdego) jest jego „przewidywalność”. Chodzi o to, że co prawda każdy kraj będzie dążył do tego, żeby „zmaksymalizować swój zysk” (gwoli ścisłości, chodzi o zysk z „kontaktów z zagranicą”), ale będzie to robił w sposób mniej więcej przewidywalny. Nawet ukochany przez polską prawicę Viktor Orban zdaje sobie z tego sprawę. PiS wychwalając Orbana pomija ten drobny szczegół, że Fidesz, w przeciwieństwie do PiSu, wolał Europejską Partię Ludową (216 europosłów) od Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (74 europosłów). Trollowanie UE przy użyciu JSW nie służy „maksymalizacji zysku Polski”. Dyplomaci i głowy państw UE to widzą. Dla nich PiSowska retoryka o „Tusku zdrajcy” etc. to zwykły bełkot (o ile w ogóle do nich ta retoryka dociera). Ci ludzie widzą sytuację, w której władze kraju chcą utrącić swojego „pewniaka” w ramach politycznej zemsty. Z punktu widzenia polityki zagranicznej takie działanie jest irracjonalne. A z tego z kolei płynie wniosek, że Polska może zostać uznana za nieobliczalną. „Przewidywalność” w odniesieniu do naszego kraju będzie oznaczała tyle, że „raczej nie będziemy działać racjonalnie”. PiS zarzucał PO, że prowadziło politykę zagraniczną „na kolanach”. Teraz zaś mamy PiS, który prowadzi politykę zagraniczną na ciężkich dragach.

Miarą polskiej „myśli dyplomatycznej” jest ten fragment rozmowy Waszczykowskiego z dziennikarzami:

Dziennikarz : „Wolałby pan socjalistę, czy Donalda Tuska?”

Waszczykowski: „Wolałbym naszego polskiego przedstawiciela, jakim jest Jacek Saryusz-Wolski.”

Problemem polskiej opozycji jest to, że jej politycy nie potrafią sklecić sensownego przekazu. A w tej sytuacji powinien on być prosty jak budowa cepa: „PiS wystawił kandydata, który nie ma szans (bo nie był premierem etc.) po to, żeby ten kandydat przegrał i żeby można było mówić, że EU nas nie szanuje” i tyle. Nie trzeba hejtować „zdrajcy” JSW, bo to się idealnie wpisuje w narrację PiSowskich influencerów: „No jakby nie miał szans, to by go nie hejtowali”. Nie trzeba reagować histerycznie na wrzutki PiSowskich trolli w rodzaju „niech Tusk przyjmie niemieckie obywatelstwo”. Jakiś czas temu napisałem, że nasza opozycja ma jeszcze czas na „ogarnięcie się” i być może w pewnym momencie się ogarnie.

To jeszcze nie jest ten moment.

 Źródła:

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/waszczykowski-bede-lobbowal-na-rzecz-saryusz-wolskiego,720611.html

http://www.tvn24.pl/polska-szuka-poparcia-dla-saryusz-wolskiego,720866,s.html

https://twitter.com/r_czarnecki/status/838146241536012288

https://twitter.com/TomaszSakiewicz/status/838385100110823426

https://twitter.com/SamPereira_/status/838087076780392448

https://twitter.com/ZdzKrasnodebski/status/838445273290506240

Jak ktoś sobie chce poklikać, żeby zobaczyć, kim byli poprzedni „królowie Europy”:

https://en.wikipedia.org/wiki/President_of_the_European_Council



niedziela, 8 stycznia 2017

Co z tą opozycją?

Nasza opozycja jaka jest – każdy widzi. Czasem się tejże opozycji uda wstrzelić z jakimś tematem (np. „Misiewicze”), ale generalnie „nie jest dobrze”. Tyle że tak po prawdzie, opozycji w tej kadencji ciężko znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. W czasach, w których Leszek Miller był „żelaznym kanclerzem”, prezydentem był Aleksander Kwaśniewski (dzisiaj znany głównie z memów), któremu zdarzyło się kilka razy spektakularnie przypieprzyć w AWS. Kiedy Tusk był „totalną opozycją” w trakcie rządów „moherowej koalicji”, można było liczyć na rozbicie obozu władzy (co się ostatecznie udało, głównie dzięki spektakularnemu debilizmowi PiS-u, który nie umiał nawet skręcić prowokacji przeciwko Lepperowi). Nawet PiS, przez ostatnie 8 lat siedzenia w opozycji, miał lepszą sytuację, bo PO nie miało samodzielnej większości i (nawet czysto teoretycznie) można było liczyć na rozbicie koalicji. Dzisiaj opozycja ma o tyle przesrane, że PiS ma samodzielną większość (i Osobę Pełniącą Obowiązki Prezydenta). W teorii można liczyć na rozłam w rządzącej monopartii, ale w praktyce tam wszyscy wszystkich trzymają za jaja (i jeżeli się im rozpadnie partia, to stracą na tym wszyscy jej członkowie). Abstrahując od tego, że opozycja nie ma narzędzi, za pomocą których mogłaby do takiego rozłamu doprowadzić.

Ponieważ z opozycją „nie jest dobrze”, rządzącej monopartii udało się narzucić (i to praktycznie wszystkim) narrację, według której, PiS nie ma z kim przegrać wyborów. Jeżeli ktoś w tym momencie chce powiedzieć „no ale co Ty pieprzysz, jaka narracja? Nie widziałeś sondaży?!”, to gorąco taką osobę zachęcam do prześledzenia tego, jak wyglądały słupki Gajowego w sondażach – przed i w trakcie kampanii. No ale to tylko dygresja. Według tej narzuconej narracji, PiS z palcem w wiadomej części ciała, będzie rządził „co najmniej dwie kadencje, bo opozycja jest zbyt słaba, żeby mu zagrozić”.

Jestem w stanie zrozumieć wszelkiej maści dziennikarskich „przytuleńców” PiS, którzy tę narrację powielają. Dla nich rządy PiS to być albo nie być. W trakcie rządów koalicji PO-PSL mogli udawać, że są „niezależni” i „po prostu krytykują władzę”. Teraz ta ich „niepokorność” oznacza chodzenie na pasku PiS i powtarzanie przekazów dnia, przygotowanych przez spin-doktorów. Czasem kończy się to spektakularnym fuckupem, jak w przypadku Czarnego Protestu. „Genialny Strateg” nie przewidział skali protestu, więc przygotowano „dziennikarzom” gotowce o tym, że (w skrócie) „tłumów nie ma, hehehe, chyba jednak się nie udało”. Część z nich była na tyle durna, że zaczęła te przekazy dnia publikować (zalinkuję w źródłach jeden przykład), zanim jeszcze rozpoczął się właściwy protest (choć wystarczyło wyjść na ulicę, żeby zobaczyć, że czerń jest bardzo „na topie”). Utrata władzy przez PiS będzie dla tych ludzi (nie nazywajmy ich „dziennikarzami”) problemem sporym. Komuś, kto powtarzał spiny partyjne, trudno będzie udowodnić, że „od teraz będzie niezależny”. Media, które teraz są wspierane przez rząd (reklamami SSP, prenumeratami/etc.) oberwą po kieszeni mocno (tak, jak oberwała GW). Nie wspominając o tym, że odcięcie od TVP i powrót do TV Telezakupy, tzn. TV Republika, zaboli jeszcze bardziej. TL;DR – tym ludziom bardzo zależy na tym, żeby przekonać jak najwięcej wyborców do tego, że PiS jest najlepszy i że nie ma sensu głosować na inne partie. Dla nich, druga kadencja PiS to wymierna korzyść

„Pluszaków władzy” można zrozumieć. Nie mogę natomiast pojąć, jak tego rodzaju narracja może się utrzymywać po „drugiej stronie”. Choćby dlatego, że wygrana PiS pokazała, że można być wybitnie chujową opozycją, a mimo tego zgarnąć całą pulę. O naszej dzisiejszej opozycji można powiedzieć wiele złego, ale (póki co) nie jest bardziej chujowa od Prawa i Sprawiedliwości. Jakież to bowiem osiągnięcia miał PiS przez te 8 lat? Pieprzenie bzdur o zamachu smoleńskim? Hejtowanie konwencji antyprzemocowej? Opowiadanie idiotyzmów o in vitro (o marznących plemnikach i komórkach jajowych)? Składanie w Sejmie projektów ustaw zakładających karanie więzieniem za in vitro? A nie, czekajcie, WIEM! Pewnie chodzi o ten spektakularny sukces z powołaniem premiera technicznego! Dzisiaj łatwo jest wyznawcom Kaczyńskiego opowiadać bzdury o tym, jakim to ich guru jest „Genialnym Strategiem”, który „wszystko miał zaplanowane”. Tyle że jeżeli to ma być prawda, to jakim cudem PiS ,„idąc po władzę” (i mając wszystko tak doskonale zaplanowane), mógł poobsadzać stanowiska ministerialne/etc. takimi miernotami? „Idący po władzę PiS” nie był w stanie zgarnąć nawet kilku fachowców, którzy mogliby napisać ustawy tak, żeby ich, kurwa, nie trzeba było momentalnie korygować kolejnymi? Genialny Strateg nie przewidział, że NAPRAWDĘ będzie rządzić i na szefa MSZ wrzuca kolesia, który albo wygaduje idiotyzmy, albo obraża wszystkich (łącznie z naszymi wschodnimi sąsiadami, którym zasugerował, że powinni się nauczyć polskiego)? Warto wspomnieć o niezwykle charyzmatycznej pani Premier, którą można by zastąpić lampą z broszkami na abażurze (i puścić głos z offu), a i tak nikt nie zauważyłby różnicy. Wisienką na torcie był fakt, że żeby PiS mógł poobsadzać Misiewiczami stanowiska kierownicze w Służbie Cywilnej, musieli najpierw podłubać przy niej śrubokrętami (bo Misiewicze nie mieli doświadczenia i nie spełniali wymagań). To jak to było z tym PiS-em w opozycji, który „długo szedł po władzę”?

Dzisiejsza opozycja może pokonać PiS w dokładnie ten sam sposób, w jaki PiS pokonał PO – robiąc skuteczną kampanię. Ośmieszanie opozycji (która ciężko pracuje na to, żeby „Legiony Szefernakera” miały czym ją ośmieszać) niewiele zmieni. Zadecyduje niechęć do PiS-u. Jeżeli przekroczy ona wartość krytyczną, to choćby PiS wydał trotyliard złotych na macherów od grzebania ludziom w głowach, wyborów nie wygra. Tak nawiasem mówiąc, stawianie tez „PiS na pewno wygra” tak długo przed wyborami, jest cokolwiek pocieszne. Choćby dlatego, że nawet jeżeli PiS przeczołga/ośmieszy dzisiejszą opozycję, to „za pięć dwunasta” może się pojawić kolejny Kukiz, który stanie się beneficjentem wkurwu na PiS, ośmieszoną opozycję i dzisiejszego Kukiza. Tym niemniej, jeżeli ktoś chce wierzyć w Genialnego Stratega z Żoliborza – to ja takiej osobie na drodze do szczęścia stać nie będę. Chciałbym jedynie przypomnieć, jak to jeden Wielkich Analityków, wieszczył, że Gajowy przegra, jeżeli przejedzie po pijanemu ciężarną, niepełnosprawną zakonnicę, przechodzącą przez przejście dla pieszych. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja bym się naprawdę ucieszył, gdybyśmy mieli sensowną opozycję (która będzie punktowała władzę za błędne/szkodliwe decyzje). Chodzi mi jedynie o to, że „chujowatość” opozycji nie oznacza, że PiS będzie nam niemiłościwie rządzić ad mortem defecatum.

Źródła:

Ponieważ źródeł specjalnie nie trza dzisiaj, wrzucam jednego pluszaka władzy, który się zbyt szybko wychylił z „przekazem dnia”. Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że za tego tweeta dostałem bana od redaktora Makowskiego :)

https://twitter.com/PiknikNSG/status/783244870261567489

piątek, 30 września 2016

Nieudany gambit PiS-u

Dumałem sobie trochę nad fikołkiem PiS-u, który jeszcze na dzień przed głosowaniem nad projektem ustawy „Ratujmy Kobiety” zarzekał się, że „żaden obywatelski projekt ustawy nie zostanie odrzucony w pierwszym czytaniu”, a potem, głosami swoich posłów i posłanek, ów projekt uwalił. Z wizerunkowego punktu widzenia to był major fuckup. Można argumentować, że zagłosowali tak, jak zagłosowali, bo „bali się reakcji Kościoła” etc. Tyle że jakoś wcześniej im ten „strach przed Kościołem” nie przeszkadzał. Chodzi mi, rzecz jasna, o głosowanie nad obywatelskim projektem ustawy „Świecka szkoła”. Jak wiadomo, projekt ów nie został uwalony w pierwszym czytaniu, ale interesujące jest to, w jaki sposób głosował PiS (bo to pokazuje, jak ta partia poradziła sobie z projektem „niewygodnym światopoglądowo”). PiS-owcy głosowali w sposób następujący: 4. posłów PiS (W tym Zbigniew Ziobro i Antoni Macierewicz) zagłosowało przeciwko projektowi, zaś 229 (uwaga, załączam CAPS) WSTRZYMAŁO SIĘ OD GŁOSU, 147 głosów było ZA (głównie PO i N.), 37 było PRZECIW (głównie KUKIZ'15 i PSL).

Gdyby więc PiS-owi naprawdę chodziło o przekazanie projektu „Ratujmy Kobiety” do dalszych prac, to zastosowano by dokładnie ten sam manewr. Wystarczyło, żeby posłowie PiS wstrzymali się od głosu, a projekt nie padłby w pierwszym głosowaniu. Rzecz jasna, los projektu i tak był z góry przesądzony, ale przynajmniej można by było nadal opowiadać o tym, jak to się „szanuje głos obywateli”. Jednakowoż partii Dojnej Zmiany zależało na tym, żeby projekt uwalić. Tyle, że to „uwalanie” odbyło się w sposób cokolwiek dziwny. Gdyby bowiem chodziło o „standardowe” pozbycie się niechcianego projektu ustawy, to 226 obecnych na głosowaniu posłów PiS zagłosowałoby ramię w ramię za odrzuceniem go w pierwszym czytaniu. Biorąc pod rozwagę to, jak się wypowiadali dzień wcześniej posłowie PSL i KUKIZ15 – nie trudno zgadnąć, że głosujący przeciwko RK mieliby sporą przewagę. Zamiast tego w czasie głosowania mogliśmy zobaczyć pozornie bezsensowny manewr, w ramach którego 176 posłów PiS zagłosowało za uwaleniem projektu, a 43 (W tym Jarosław Kaczyński i prawie cały jego „dwór”) zagłosowało przeciwko odrzuceniu go w pierwszym czytaniu. Dlaczego napisałem, że manewr był „pozornie bezsensowny”? Bo moim zdaniem, PiS-owi nie chodziło o coś tak banalnego, jak „zwykłe” uwalenie projektu (bo wtedy wszyscy obecni PiS-owcy zagłosowaliby za odrzuceniem go), ale o uwalenie go w bardzo specyficzny sposób.

Wydaje mi się, że plan PiS-u (który opiszę za moment) na uwalenie projektu RK rozbił się o brak karności w partiach PO i N. Zanim zacznę się pastwić nad tym zamysłem, pobawmy się w arytmetykę sejmową. Załóżmy, że wszyscy posłowie PO i N stawiają się na głosowaniu i głosują „za” projektem (owszem, PO zasygnalizowało, że „popiera kompromis”, ale przecież to dopiero pierwsze czytanie, nieprawdaż?), dodatkowo załóżmy, że wszyscy inni głosują tak, jak zagłosowali i policzmy głosy

PO – 133, PiS – 43, N – 30, KUKIZ15 – 5, Europ Dem – 4

Po zsumowaniu dałoby to liczbę 215 głosów.

Przeciwko projektowi zagłosowało 230 posłów/posłanek, ale, jeśli mamy się trzymać założeń, musimy od tej liczby odjąć głosy „wydygańców” z PO i N, którzy głosowali za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu, a według naszych założeń poparliby projekt. W sumie było ich 15. Jeśli odejmiemy tę liczbę od 230, otrzymamy liczbę 215. Wygląda ona znajomo, nieprawdaż?

Jaki więc był, moim zdaniem, pomysł PiS? Ano taki, żeby liczba głosów „przeciw” nie była na pierwszy rzut oka „decydująca” i żeby ludzie, którzy będą potem patrzeć na wyniki głosowania, doszli do wniosku, że „Projekt miał szansę, ale niestety(...)”. I właśnie o to „niestety” chodziło. W sytuacji, w której liczba głosów jest niemalże jednakowa, każdy nieobecny poseł PO/N (bądź też każdy poseł PO i N, któremu „puściłyby uszczelki” i zagłosowałby za odrzuceniem projektu) ściągnąłby na swoją partię lawinę hejtu, bo wyglądałoby to tak, jakby projekt padł właśnie przez tego posła/tych posłów. Nie muszę chyba dodawać, jaka byłaby reakcja opinii publicznej? PiS miałby wymówkę „no przecież część „naszych” poparła projekt, to nie nasza wina, że tamci go nie chcieli!” Żeby pomóc wszystkim w interpretacji wyników głosowania, zaprzęgnięto by do tego tzw. „Legiony Szefernakera”. Na nieszczęście PiS, PO i N liczyły na powtórzenie się scenariusza z głosowania nad „Świecką szkołą”, czemu trudno się dziwić, bo na dzień przed głosowaniem, poseł Tomasz Latos przemawiając w imieniu klubu PIS powiedział, że:

„Od razu na początku powiem, że mój klub w tego typu głosowaniach nie narzuca dyscypliny partyjnej. Oczywiście mamy pewien pogląd co do kierunku dal­szych prac i mimo iż nie popieramy zupełnie odległej od naszych poglądów inicjatywy przedstawionej przed chwilą przez panią Barbarę Nowacką, to jed­nak zgodnie z zasadą, o której mówiliśmy wcześniej, również w czasie kampanii wyborczej – chodzi o to, że wszystkie inicjatywy obywatelskie będziemy kie­rować do dalszych prac, że nie będziemy stosować tej zasady, którą stosowano chociażby w poprzedniej kadencji parlamentu, kiedy inicjatywy obywatelskie były odrzucane w pierwszym czytaniu (...)”

Ktoś może powiedzieć „no dobra, ale Tomasz Latos to zwykły poseł i jego słowa wcale nie musiały być wiążące!” Abstrahując od tego, że słowa Latosa powinny być wiążące dla niego samego (a nie były, bo zagłosował PRZECIWKO projektowi), to już przed samym głosowaniem wiceprzewodniczący Prawa i Sprawiedliwości, Ryszard Terlecki powiedział:

W kampanii wyborczej zobowiązaliśmy się wobec naszych wyborców, że żaden obywatelski projekt nie trafi do kosza bez procedowania. Zamierzamy tej obietnicy dotrzymać, bez względu na to, że radykalnie nie zgadzamy się z projektem, który teraz będzie procedowany. W naszym klubie nie obowiązuje dyscyplina. Kierownictwo klubu będzie głosować za tym aby ten projekt – choć niech nikt nie ma złudzeń, że go przyjmiemy – trafił do procedowania.

Co prawda Terlecki powiedział, że kierownictwo poprze projekt, ale zapewniał, że PiS „zamierza dotrzymać obietnicy”. Ponadto, chyba nikt nie sądzi, że posłowie PiS pozwolili sobie na „samowolę” i zagłosowali wbrew woli Prezesa Polski (gdyby tak było, już ktoś zostałby za to przeczołgany). Ponieważ PO i N liczyły na „powtórkę” ze Świeckiej szkoły (i uznali, że głosowanie to formalność) - 26 posłów obu tych partii nie przyszło na głosowanie, a 15 poparło odrzucenie projektu i zamiast np. 10 głosów przewagi było ich 57. Tyle że „legiony” musiały dostać „przekaz dnia” jeszcze przed głosowaniem, a potem część z nich nie zrozumiała, że chyba trzeba dać se pozor i na TT pojawiło się trochę wrzutek, w których stało, że „przecież PiS chciał ten projekt przesłać dalej, ale „lewacy z N/PO/PSL zagłosowali przeciwko i to do nich należy mieć pretensje”. W tym miejscu muszę dodać, że niniejszy tekst nie powstałby, gdyby nie te  komentarze, bo były one za bardzo idiotyczne (nawet jak na standardy „legionistów”).

Daleki jestem od obrony posłów PO i N, którzy zagłosowali przeciwko projektowi (albo w ogóle nie przyszli na głosowanie), jednakże prawda jest taka, że ich zachowanie nie miało najmniejszego znaczenia. Abstrahując od tego, że najprawdopodobniej uwierzyli w to, że PiS znowu się wstrzyma od głosowania (ergo – ustawa przejdzie, no chyba, że razem z Zygotarianami zagłosują jeszcze „duchowo adoptowane dzieci poczęte”), ale nawet 100% frekwencja nie wystarczyłaby do przepchnięcia projektu, bo i tak o wszystkim decydował PiS (bo przecież „dwór” Kaczyńskiego wcale nie musiał popierać projektu, nieprawdaż?).

Koniec końców PiS przekombinował, skutkiem czego, zamiast wepchnąć na minę PO i N, sam na nią wlazł. Bo wraz z przepadnięciem projektu „Ratujmy Kobiety” w pierwszym czytaniu, padła również narracja PiS, według której partia ta „szanuje projekty obywatelskie, w przeciwieństwie do poprzednich rządów”. Płakać z tego powodu nie zamierzam.


Źródła:

Głosowanie nad projektem „Świecka szkoła”

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=10&NrGlosowania=367

Głosowanie nad projektem „Ratujmy kobiety”

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=17

Stenogram z debaty 22 września, wypowiedź Latosa znajduje się na 193 stronie

http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter8.nsf/0/984CF88ED184E705C125803600628BAE/%24File/26_b_ksiazka.pdf

Stenogram z debaty 23 września, wypowiedź Terleckiego znajduje się na 18 stronie

http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter8.nsf/0/ADCC34D03BACBB6DC1258037006A3D78/%24File/26_c_ksiazka_bis.pdf





czwartek, 28 lipca 2016

Pedagogika debilizmu

Mniej więcej trzy tygodnie temu zrobiło się dość głośno o „Trzech recenzjach”. Trzech (rzecz jasna, absolutnie bezstronnych) ludzi recenzowało scenariusz ekspozycji Muzeum II Wojny Światowej. Te osoby to Jan Żaryń, Piotr Semka i Piotr Niwiński. Zupełnym przypadkiem, wszystkie recenzje były negatywne. Nawet jeśli na moment zapomnimy o tym, jak bardzo „bezstronnych” recenzentów dobrano, warto mieć na uwadze to, że te recenzje to była sztuka dla sztuki. Nawet gdyby się okazało, że wszystkie są pozytywne, PiS i tak zrobiłby z MIIWŚ to, co chce. Aczkolwiek to jedynie dygresja. Z napisaniem niniejszej notki czekałem, albowiem ciekaw byłem, jaka będzie reakcja recenzentów na krytykę (która spadła im na głowy po upublicznieniu treści recenzji). W zeszłotygodniowym numerze „Do Rzeczy” (za każdym razem, gdy wstukuję na klawiaturze tytuł tego szmatławca, nęci mnie, żeby napisać „Do Rzeszy”, ale powstrzymuje mnie przed tym znajomość Prawa Godwina) do całej sprawy odniósł się Piotr Semka, który (z typowym dla prawicowych środowisk zadęciem) napisał o „anatomii pewnej intrygi”. Co zrozumiałe, Semka odniósł się w tekście tylko do swojej własnej recenzji i słowem nie zająknął się o dwóch pozostałych. Dlaczego napisałem, że „to zrozumiałe”? Bo w jednej z pozostałych recenzji (autorstwa Piotra Niwińskiego) znajdował się fragment (za moment go zacytuję), który idealnie wpisuje się w tytuł niniejszej notki, czyli w „pedagogikę debilizmu”. Semka musiał być świadom tego, że cytowany w mediach fragment tej „drugiej” recenzji jest nie do obrony, więc słowem się nie zająknął na ten temat. A moim zdaniem ktoś powinien się do tego odnieść, bo ów cytat zelektryzował opinie publiczną znacznie bardziej niż kwestia „tajnych recenzentów”.

W międzyczasie (notkę pisałem na raty) Piotr Semka napisał drugi artykuł (ten już znacznie bardziej obszerny), ale i w tym drugim artykule, słowem nie zająknął się na temat idiotycznych tez, z którymi za moment będziecie mieli styczność.

Przejdźmy do cytatów:

„Najwłaściwsze byłoby podsumowanie całości przekazu znanym sformułowaniem - „Nigdy więcej wojny”. Widać to m.in. we fragmencie (…) gdzie znajduje się zdanie „przesłanie Muzeum, zgodnie z którym II wojna światowa była krańcowym, potwornym doświadczeniem dla okupowanych narodów europejskich”
(...)

„Ważnym pytaniem, jest także przesłanie jakie ma nieść Muzeum. Obecnie niesie przesłanie o wyjątkowym nieszczęściu jakim jest wojna. Pokazuje przede wszystkim jej negatywne aspekty. Nie ma natomiast zbyt eksponowanych cech pozytywnych, takich jak patriotyzm, ofiarność, poświęcenie, czy działanie w interesie wyższym niż prywatny (choćby poprzez przedstawienie współdziałania polskich partii politycznych w podziemiu wbrew dotychczasowym podziałom).

Wojna to nie tylko fizyczne zniszczenia, spowodowane przez działania wojenne, to nie tylko rozwój techniki, ale także zmiany postaw ludzkich. Wojna wyzwala w ludziach gorsze instynkty (co zostanie według przedstawionych założeń pokazane na wystawie), ale także zachowania pozytywne. To przede wszystkim obrona za wszelką cenę swoich wartości, najważniejszych dla każdego człowieka. Tymi wartościami są wolność, godność, braterstwo. Można tu nawiązać do słów Jana Pawła II iż „każdy ma przed sobą jakieś Westerplatte”.


Jeśli ktoś w pewnym momencie zadał sobie pytanie „ale co tu do cholery papież robi?!”, już tłumaczę: Piotr Niwiński studiował historię na KUL-u, więc zapewne odczuwał wewnętrzną potrzebę nawiązania do tego faktu w recenzji. Nawiasem mówiąc, jednym z największych absurdów w recenzji napisanej przez człowieka, któremu nie w smak jest to, że tak mało pozytywnych aspektów wojny w ekspozycji będzie, jest fakt, że tenże sam człowiek skrytykował ekspozycję za brak danych liczbowych np. w przypadku strat ludności w Warszawie.

Ponieważ recenzent  skarżył się na brak danych liczbowych – to ja kilka podrzucę:

Liczba śmiertelnych ofiar (w Europie), będących bezpośrednim wynikiem drugiej wojny światowej, jest szokująca – w sumie między 35 a 40 milionów (…) 93% warszawskich mieszkań zostało uszkodzonych w stopniu wykluczającym jakikolwiek remont.

Pierwszym krajem, który dotknął głód, była Grecja. Zimą 1941/1942 (…) z głodu zmarło ponad 100 tysięcy Greków (…) Z 410 tysięcy ofiar w Grecji, które zmarły w czasie wojny, przypuszczalnie 250 tysięcy zgonów spowodował głód.

Głodzenie Europy Wschodniej zaczęło się od Polski. Na początku 1940 racje żywnościowe dla mieszkańców większych miast, zostały ustalone na nieco powyżej 600 kalorii (zalecana ich ilość to 2570), chociaż później w trakcie wojny liczba ta wzrosła, kiedy Niemcy pojęli, że potrzebują polskiej siły roboczej.


Fragmenty te pochodzą  z książki pt „Dziki Kontynent – historia Europy po II Wojnie Światowej” autorstwa Keitha Lowe.

Doprawdy, nie mam pojęcia, jak ktokolwiek może twierdzić, że wojna to coś złego i nie wspominać o jej „pozytywnych aspektach”. Co tam 6 milionów ofiar wojny w Polsce – ważne jest to, że część Polaków zachowywała się heroicznie! Co tam głód! Ważne, że „broniliśmy swoich wartości”. Co tam zsyłki na Syberię -  przecież każdy ma przed sobą jakieś Westerplatte! Na pierwszy rzut oka notkę można było zakończyć pierwszym fragmentem z książki Lowe – tym, w którym stoi jak wół, że w samej Europie zginęło 35-40 milionów ludzi. Tyle, że recenzja Niwińskiego wpisuje się w prawicową pedagogikę debilizmu, według której wojna jest po pierwsze nieunikniona (Ba! Ona już trwa!), a po drugie jest okazją do heroizmu.

Robert Winnicki twierdził, że Europa nie przetrwa bez militaryzacji (niestety, Robert Winnicki nie mógł przyłożyć ręki do militaryzacji, bo nie był w wojsku [od którego musiał się migać, bo jako rocznik 1985 załapał się jeszcze na obowiązkowy pobór]).

Terlikowski, w trakcie puczu w Turcji: „Status quo światowe się kończy. Idzie zmiana. A to oznacza wojnę... Światową i krwawą.” 

Ziemkiewicz: „Historia uczy, że JEDYNYM SPOSOBEM BY UNIKNĄĆ WOJNY JEST JĄ WYGRAĆ. I nie ma inaczej.”

Mógłbym tutaj zamieścić pierdyliard takich cytatów, ale te trzy wystarczą, bo cała prawicowa narracja jest mniej więcej taka sama. Tym, co łączy ogromną większość z tych orędowników wojny jest to, że są oni „wojownikami klawiatur”. W celu lepszego zobrazowania tego, co mam na myśli, posłużę się memem:



W Przypadku Winnickiego jest to nieco mniej żenujące. Bo choć, jako poseł, zbliża się do idealnego kształtu (kulistego), to jednak ma dopiero 31 lat, więc gdyby się za siebie wziął, to  pewnie dałby radę przebiec kawałek z karabinem. Znacznie bardziej absurdalne są te pierdolety o wojnie w wykonaniu 51-letniego podtatusiałego „nowoczesnego endeka”. Zmierzam do tego, że najwięcej do powiedzenia na temat wojny mają ci, którzy raczej by się na niej nie mogli wsławić heroizmem (z wielu przyczyn, od wieku począwszy). W niczym nie przeszkadza to jednak „żołnierzom klawiatur” w pompowaniu balona, według którego konflikt zbrojny to w sumie nic takiego. No a nawet jak się okaże, że to jest „coś takiego”, to przecież zawsze można zostać bohaterem na tej wojnie, co nie?

Do młodych ludzi, którym już nie bardzo ma kto opowiadać „wojenne historie” tego rodzaju gadki mogą trafić. Nie żebym sam był jakoś specjalnie stary. Ale mam te swoje prawie 35 lat i gdyby mi w pewnym momencie oświadczono, że „no na wojnę trzeba”, to bym odpowiedział, że ja chętnie, ale chciałbym służyć w tym samym oddziale, co wszystkie (i to literalnie wszystkie) „garnitury”, które do tej wojny doprowadziły. Bo z tymi wojnami to jest tak, że generalnie prowadzi się je dlatego, że banda kretynów w drogich garniturach (którzy to kretyni żyją na poziomie bez porównania lepszym od zwykłych obywateli, do których to się zaliczam)  nie może się dogadać ze sobą. Ponieważ garnitury nie mogą się dogadać – nasyłają na siebie zwykłych obywateli z karabinami (względnie – zrzucają bomby na zwykłych obywateli „wrogiego” kraju). I z tymi wojnami to jest też tak, że jak się już rozpieprzy odpowiednio dużo domów/fabryk/etc., jak się już wymorduje kupę żołnierzy (i znacznie większą kupę cywilów) i przy okazji straci kupę sprzętu wojskowego, to się nagle okazuje, że garnitury się jednak mogą dogadać. To może by tak się dogadać zanim się rozwali pół kraju?

Po co więc ludzie pieprzą te głupoty o „dobrych stronach wojny”? Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Tzn. jestem prawie pewien, że w przypadku Terlikowskich, Ziemkiewiczów i Winnickich to zwykła zagrywka wizerunkowa. Tzn., jest się tym prawicowcem, co nie? Surfuje się na Żołnierzach Wyklętych, więc trzeba nawijać o wojnie, żeby grupa docelowa nie uciekła gdzie indziej. Na dobrą sprawę, ludzie ci mogą mieć praktycznie zerową wiedzę historyczną i w niczym nie będzie im to przeszkadzać. Z tym,że w przypadku historyka, który zajmuje się tematyką drugiej wojny światowej – taki mechanizm nie może mieć zastosowania. Bo pan recenzent MUSIAŁ przyswoić wiedzę o tym, czym jest wojna. Abstrahując już od tego, że urodził się w 1966 roku. Skoro ja miałem okazję rozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają wojnę (w jej całej okazałości), to tym, bardziej ktoś, kto jest starszy ode mnie o 15 lat. Jeśli mimo tego nadal uważa, że wojna ma „pozytywy”, to należałoby się go zapytać o to, czy potrafi znaleźć jakieś pozytywy w zsyłkach na Syberię, Katyniu, Holocauście, rzezi Wołyńskiej etc.

Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia (prócz chęci zarabiania, rzecz jasna) dla zachwalania wojny i uczenia, że „wojna ma swoje plusy”. Moim zaś skromnym zdaniem, „oswajanie ludzi z wojną”, to tytułowa „pedagogika debilizmu”, ponieważ żyjemy w czasach, w których cywilizacja może wyparować w kilkanaście minut (nie wiem, ile potrwałaby wymiana nuklearnych uprzejmości).

Źródła:

http://www.gdansk.pl/wiadomosci/Trzy-recenzje-sa-podstawa-krytyki-PiS-wobec-Muzeum-II-Wojny-Swiatowej-Jako-pierwsi-ujawniamy-co-w-nich-jest,a,57214

Tu można znaleźć całe recenzje (jakby ktoś chciał poczytać)

http://www.muzeum1939.pl/pl/aktualnosci/act/news-info/type/month/y/2016/m/07#article-eb8a8696685b792b3d7359fc9805fb2e

Cytaty pochodzą z Twitterowych kont Winnickiego, Terlikowskiego i Ziemkiewicza.