niedziela, 5 sierpnia 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #34

Zgodnie z zapowiedzią, przedstawiam wam drugą transzę Przeglądu. Będzie trochę zaległych tematów (tak więc, niech nikogo nie dziwi archeologia internetowa i proszę mnie złotej łopaty nie wręczać), będzie również trochę aktualnych. Tym niemniej, najwięcej będzie tematów „elitarnych” bo obrodziło nam w zeszłym miesiącu komentującym elitariatem (tak, istnieje takie słowo, bo właśnie je wymyśliłem).


Pierwszym elitariuszem, nad którym będę się pastwił jest Jan Hartman, który z niezrozumiałych dla mnie przyczyn był (i jest) przez niektórych uważany za „lewicowy autorytet”. Nawet się swego czasu z jednym Pluszakiem Władzy (Marcinem Makowskim) o to pokłóciłem (acz zbanował mnie za co innego). Jan Hartman napisał był felieton, w którym pojawił się taki, bardzo lewicowy fragment: „Warstwa inteligencka jest tylko jedną z grup społecznych, a jej szczytne umysłowe i kulturowe prerogatywy są klasowej natury, podlegając dziedziczeniu. „Transfery społeczne” się zdarzają, lecz pomysł, by z dzieci robotników i chłopów w trzecim pokoleniu uczynić czytelników Żeromskiego, a nawet Masłowskiej, był od początku absurdalny i takimż pozostaje do dziś.”. Ponieważ sytuacja tego wymaga, muszę pokrótce opisać swoich przodków. Jeden dziadek był chłoporobotnikiem, drugi hutnikiem, jedna babcia pracowała na roli (i dorabiała jako sklepowa), druga zaś była księgową (ale niech się Jan Hartman nie martwi, babcia nie studiowała, jedynie maturę miała zdaną). Poza tym, nie przepadam za Masłowską, tak więc, jak widzicie, żaden tam ze mnie, kurwa, inteligent. Wziąwszy powyższe pod rozwagę dziwi mnie to, że Profesur Doktór Wiktor Z Krakowa (owszem, musiałem), nie zna takiej pozycji jak „Transgresja i kultura” Kozieleckiego (Ponieważ zrobiło się zbyt mądrze, pozwolę sobie na hermetyczną nerd-dygresję transgresyjną: CHWALMY BLADEGO KRÓLA!). Gdyby Hartman tę pozycję znał, wiedziałby że jego dywagacje są cokolwiek (eufemizując) durne. Nie chodzi nawet o to, że Hartman zakłada (nie jest to, co prawda, wyrażone wprost, ale gdyby uważał, że chłopi/robotnicy są inteligentni, to nie uraczyłby nas tym tekstem), że robotnicy i chłopi byli robotnikami/chłopami ze względu na to, że ich „zdolności poznawcze” nie pozwalały im na przynależność do „warstwy inteligenckiej” (trochę za bardzo was, kurwa, szanuję, żeby wam tłumaczyć idiotyzm tego założenia). Tym niemniej, nawet gdybyśmy uznali, że to założenie jest słuszne (choć, kurwa, nie jest), to książka ta traktuje o procesie, w trakcie którego ludzie (upraszczając) na ten przykład „pokonują swoje ograniczenia”, choć Kozielecki użyłby raczej słowa „przekraczają” (nie, nie było tam nic o wychodzeniu poza swoją strefę komfortu). Upraszczając – nawet gdyby robotnik był robotnikiem ze względu na to, że był zbyt głupi, coby być „warstwą inteligencką”, to jego potomkowie wcale nie muszą być głupi. Chciałbym w tym miejscu po raz kolejny uspokoić Jana Hartmana, to nie jest tak, że ja te swoje dywagacje tu umieściłem dlatego, że mam czelność aspirować do „warstwy inteligenckiej”. Nic bardziej mylnego. Po prostu chciałem wykazać, że Jan Hartman, poza byciem zwykłym dzbanem (który uważa, że robotnikiem/chłopem zostawało się ze względu na jakieś braki poznawcze), nie umie również w „warstwę inteligencką”, bo skoro przygłup rzucający kurwami na blogu zna tę pozycję Kozieleckiego, to tym bardziej powinien ją znać Jaśnie Oświecony Reprezentant Warstwy Inteligenckiej. Tak na sam koniec, chciałem zadedykować Hartmanowi cytat z filmu „Revolver”: "Fear or revere me, but please think I'm special” (bieda tłumaczenie: „Bójcie się mnie lub czcijcie,|ale proszę was, myślcie, że jestem wyjątkowy”)


Na początku lipca przez Częstochowę przeszedł Marsz Równości. Była to podwójna obraza dla Polskiej Prawicy (nazwy własne piszemy dużą literą), bo nie dość, że osoby LGBT żyją, to jeszcze mają czelność spacerować. Jednakowoż tym razem Prawica Polska odnotowała kolejną obrazę (tak więc, mamy trójcę), albowiem na tymże marszu ktoś niósł tęczowe godło. Momentalnie uruchomił się minister Joachim (aka „Ruch Robotniczy, to to samo co nazizm”) Brudziński, który oznajmił na swoim koncie Twitterowym, że „Policjanci zareagowali i w twej sprawie będzie zawiadomienie do prokuratury o znieważenie i profanację symboli narodowych.” Ministrowi momentalnie zwrócono uwagę na to, że jest bardzo wygadany w temacie „profanacji symboli narodowych”, jak na kogoś kto włóczył się po górach z ludźmi, którzy byli ubrani w biało-czerwone peleryny (i pewnie je ubłocili na deszczu a potem wywalili do śmieci). W kontekście ożywienia ministra (i poszczucia policji na tych konkretnych uczestników Marszu Równości), warto by było zadać ministrowi dwa pytania. Czy panaministra reakcja wynika z tego, że jego zdaniem osoby LGBT nie są Prawdziwymi Polakami i dlatego nie wolno im używać symboli narodowych? Czy też chodzi o to, że zdaniem panaministra osoby LGBT są Polakami, ale nie powinny się z tym obnosić? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie warto panaministra pytać o to, czy przeszkadza mu, noszenie biało-czerwonych barw przez ziomberiadę oflagowaną symboliką faszystowską (vide, ukochana przez polską prawicę falanga). Nie warto go o to pytać, bo takie pytanie uruchamia procedurę whataboutismową i biegunkę argumentacyjną, z której wynika, że w sumie to nie ma różnicy między symboliką stosowaną przez Ruch Robotniczy/PPS/etc. a symboliką nazistowską i neonazistowską. Strach pomyśleć, co się stanie, jak Brudziński usłyszy o tym, kim Józef Piłsudski był w młodości...


Temat prawicowej wiedzy historycznej prowadzi nas w dość naturalny sposób do wystąpienia Premiera Tysiąclecia w Parlamencie Europejskim (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że wystąpienie miało miejsce przed Marszem). W trakcie tegoż wystąpienia Premier Tysiąclecia odpowiadając na pytania, w pewnym momencie rzucił: „Jesteśmy dumnym narodem i najlepiej wiemy, ile kosztuje wolność. My walczyliśmy za wolność naszą i waszą, my postawiliśmy tamę niemieckiemu barbarzyństwu podczas II wojny światowej jako pierwsi i uratowaliśmy w ten sposób kontynent od jeszcze większego ludobójstwa”. Nie jestem specjalistą od historii, ale wydaje mi się, że wojska spod znaku Hakenreuza i napisu „Gott mit uns” na klamrach pasów, zatrzymały się około 1100 kilometrów na wschód od Warszawy, po tym, jak im operacja „Tajfun” nie wyszła. Ja rozumiem, że byliśmy pierwszym państwem które się zbrojnie łomotało z III Rzeszą (acz nie byliśmy pierwszym, państwem do którego III Rzesza wpadła z wizytą gospodarską), ale może darujmy sobie pierdolety o tym, że cokolwiek wtedy zatrzymaliśmy. To jest ten sam rodzaj „argumentacji”, który prezentują nam wyznawcy wyklętyzmu. Owi wyznawcy będą nas przekonywać, że wyklęci byli tak bardzo liczącą się siłą, że zatrzymali proces „komunizacji polski” na długi czas (albowiem obawiała się ich nawet Armia Czerwona). Skomentowałbym to jakoś, ale obawiam się, że gdybym to zrobił, to by się okazało, że sprofanowałem jakieś tam symbole, więc chyba się powstrzymam. Cebulą na torcie po wizycie Premiera Tysiąclecia w PEU, było oburzenie prawej strony, która była niemożebnie skonfundowana tym, że ktoś miał, kurwa, czelność zadawać pytania księżycowi narodów (tak, księżycowi, bo słońce może być tylko jedno). Prawa strona tak bardzo przyzwyczaiła się do „trudnych pytań” zadawanych reprezentantom Jarosława Kaczyńskiego, tzn reprezentantom władzy, w narodowych mediach, że szokuje ich cokolwiek poza przytakiwaniem. Aż dziw bierze, że nikogo z PEU nie oskarżono o sprofanowanie premiera...


Największym przekleństwem Cezarego „Metyla” Gmyza jest to, że jego apka Twitterowa nie jest podpięta do alkomatu. Gdyby tak było, być może udałoby się mu uniknąć nagany za nazwanie prof. Gersdorf „szmatą”. Naźródłowany Cezary najprawdopodobniej uznał, że jeżeli napisze to fonetycznie po niemiecku, to nikt nie zwróci uwagi. Mógłbym to jakoś na poważnie skomentować, ale po napisaniu poważnego komentarza na ów temat miałbym uczucie, że nie warto było, kurwa.


Dawno temu, jakem był jeszcze Piknikiem studiującym, jeden doktor od statystyki opowiadał nam o książce pt „How to lie with statistics”. Książki co prawda nie czytałem, ale pan doktor zapewniał, że tytuł jest selfexplanatory (a ja mu wierzę!). Ów tytuł przypomniał mi się w momencie, w którym przeczytałem sobie łamiącą wieść zamieszczoną na Gościu Niedzielnym „W ostatnich 30 latach we Francji zbudowano więcej meczetów i muzułmańskich centrów modlitwyn niż kościołów katolickich w całym XX wieku.”.  Nie byłbym sobą, gdybym w takim momencie nie odpalił guglarki. Po odpaleniu tejże okazało się, że ksiądz dobrodziej, który napisał ów artykuł, skopiował „statystyki”  z artykułu zamieszczonego w anglojęzycznych internetach (link w źródłach, of korz). Potem chciałem zobaczyć, jak to się prezentuje w wymiarze liczbowym. Najłatwiej było znaleźć liczbę meczetów – 2.300 (planowana jest budowa 250 kolejnych). Dla przeciętnego fana stron Stop Islamizacji brzmi to jak najgorszy koszmar, nieprawdaż? Nieco trudniej było wynorać liczbę Kościołów/katedr/etc, albowiem w zależności od tego „kto liczy” ich liczba waha się od 46149 do 52886. Z danych, z których korzystał ksiądz dobrodziej (zaczerpniętych z artykułu, w którym praktykowano fearmongering na pełnej kurwie) wynika, że w 2003 roku we Francji było 1500 meczetów, a w 2017 było ich już 2400. Ponieważ lubię proste czynności na liczbach, podliczyłem, że jeżeli liczba meczetów rosłaby z taką prędkością, to już za 684 lata będzie ich 46.300 (tak więc, przekroczona zostanie „dolna” liczba kościołów/katedr). Tak więc, gołym okiem (nawet nam, kurwa, żadne szkiełko nie jest potrzebne do tego) widać, że problem jest poważny!


Warto przepatrywać Twittera TVP.INFO, bo czasem można dzięki niemu trafić na prawdziwą perełkę. Ja trafiłem na analizo-artykuł, który pojawił się na ichnim portalu, o łamiącym tytule: „Nadciąga nowa kontrkultura [OPINIA]” Artykuł polecam wszystkim koneserom prawicowego lolcontentu, a ja się tutaj jedynie nad kilkoma najbardziej spektakularnymi fragmentami będę pastwił. Pozwolę sobie wrzucić kilka fragmentów tej niezwykle przenikliwej analizy i odnieść się do nich zbiorczo: „Jeszcze parę lat temu wśród młodzieży wyznawanie idei konserwatywnych było utożsamiane z obciachem. Dzisiaj to młodzi konserwatyści nadają rytm społecznym przemianom(...) Owocem tego buntu są zarówno obserwowane dziś zmiany w krajach demokratycznych, jak i coraz częstsze zwycięstwa konserwatystów i rosnąca popularność haseł antyemigranckich. (...) I chociaż Nowa Kontrkultura jeszcze nie dominuje, to jednak tworzy wielowątkową i przede wszystkim dynamiczną całość. Tego instynktownie pragną młodzi ludzie. Konserwatywni milenialsi tworzą zaczątek spektakularnych zmian i są odpowiednikiem Beat Generation, jednak, w odróżnieniu do lat 50. i żelaznej kurtyny, teraz polscy kontestatorzy są aktywną częścią globalnych przemian.”. Muszę przyznać, że od dawna nie widziałem tak bardzo spektakularnego przejawu myślenia życzeniowego. Abstrahując już od tego, że jegomość bardzo starał się upchnąć jak najwięcej mądrych słów (wydaje mi się, że Jan Hartman mógłby go za to przyjąć do Warstwy Inteligenckiej [acz nie wiem, jak u jegomościa ze znajomością Żeromskiego i Masłowskiej]), a wywraca się na nieodróżnianiu emigranta od imigranta. No chyba że coś mnie ominęło i faktycznie w Europie coraz bardziej popularne stają się hasła antyemigranckie. No ja tam nie wiem, jak z tym uber popularnym konserwatyzmem w Europie, ale w takiej np. Irlandii po majowym referendum, w którym decydowano o tym, czy zliberalizować prawo aborcyjne przeprowadzono badania exit-poll, z których wynikało, że 87% głosujących w wieku 18-24 głosowało za liberalizacją prawa aborcyjnego (czyli za uchyleniem poprawki do konstytucji). Jeżeli zaś chodzi o nasze podwórko, to doskonale pamiętam, jak PiS (a wcześniej ichni kandydat na prezydenta RP) panicznie uciekał w kampanii przed tematami światopoglądowymi. Mimo, że PiS po wyborach zaczął spłacać dług wyborczy Kościołowi (zarówno w wymiarze finansowym, jak i „światopoglądowym”), ale w trakcie kampanii tematy takie jak aborcja, in vitro, pigułka „dzień po” - nie były poruszane. Owszem, przy okazji każdej z takich debat (w czasach, w których PiS był w opozycji) burczano w Sejmie, że hańba, że mrożenie dzieci nienapoczętych/etc., ale w trakcie kampanii temat ten zniknął. Platforma usiłowała go odkopywać, ale PiS nie reagował. Na początku lipca Kantar przeprowadził sondaż na zlecenie GW, z którego wynikało, że „Wśród badanych w wieku 15-24, 46 proc. popiera aborcję na życzenie, a 33 proc. jest przeciw. Zupełne odwrotne są wyniki wśród osób powyżej 54 roku życia, które w 27 proc. są "za" aborcją na życzenie, a aż 59 proc. było przeciwnych.” Warto w tym miejscu zaznaczyć, że przeciwnicy wprowadzenia aborcji na życzenie wcale nie muszą być zwolennikami zaostrzenia prawa aborcyjnego w naszym kraju. Co się zaś tyczy „młodzi konserwatyści nadają rytm społecznym przemianom”, to nie bardzo wiem o kogo chodzi? O sterowaną przez Kościół Kaję Godek (która jest już dobrze po 30-tce  więc trudno ją podejrzewać o bycie młodzieżą)? Czy może o ludzi pokroju Tomasza Terlikowskiego, Roberta Tekieli, Marka Jurka, Jana Pospieszalskiego? Czy może chodzi o biskupów? Ponieważ autor tej wiekopomnej analizy pozwolił sobie na generalizację, ja też sobie pozwolę. Moim zdaniem, młodzi ludzie (niech będą te widełki Kantarowe 15-24) są i będą wybitnie antykonserwatywni. Nie przeprowadzałem badań na ten temat (więc sobie tylko generalizuje na podstawie własnych obserwacji), ale odnoszę wrażenie, że młodzi mają wyjebane na jakiekolwiek autorytety. Nie przepadają też za narzucaniem im czegokolwiek. O wiele bardziej podatni na „rób to i to” są ludzie z mojego pokolenia (rocznik 1981 się kłania), bo nas wychowywano pierdoląc nam smuty o tym, że „pokorne ciele dwie matki ssie” i że generalnie mamy robić to co się nam każe i nie zadawać pytań. Niechże sobie moi rówieśnicy (albo ciut młodsi ludzie) przypomną, jak (in general) starsze pokolenie (w tym, pedagodzy) reagowało na pytania „dlaczego mamy robić to i to?”, które zadawaliśmy w młodych latach. To, że odchodzimy od konserwatywnego modelu wychowywania („rób co ci, kurwa, każę”) to jedno. Druga, gorsza dla konserwatystów, sprawa to fakt, że młody człowiek, któremu się na pytania „dlaczego mam robić to i to” odpowiada „bo ja tak mówię”, może sobie bardzo szybko sprawdzić skąd się biorą takie, a nie inne pomysły „starszych”, albowiem internet. W tym miejscu poczynię pewno spostrzeżenie: sam dostaję raka, w sytuacji, w której ktoś porównuje pokolenia (bo przeważnie różnice w doświadczeniach są nieporównywalne), ale teraz sam to muszę zrobić. Moje pokolenie miało ten problem, że konflikt na linii młody człowiek – autorytet (a za autorytet dla „gówniarza” był uznawany każdy „starszy”) kończył się praktycznie zawsze w ten sam sposób (tzn otoczenie wymuszało na młodym człowieku przyznanie, że autorytet miał rację). Nawet jeżeli znalazł się jakiś „sensowny dorosły”, który poparł młodego człowieka, to przeca to też był autorytet. Innymi słowy – byliśmy trochę skazani na szukanie autorytetów, które będą się zgadzały z tym co sobie sami wykoncypowaliśmy. Teraz młodzi mają siebie samych i moim zdaniem, coraz mniej młodych potrzebuje poklepywania po plecach przez „autorytety”. Nie trzeba chyba dodawać, że dla konserwatyzmu (który opiera się na „rób, co ci, kurwa, każę i nie pytaj dlaczego”) tego rodzaju sytuacja jest cokolwiek zabójcza. Jest to jedna z przyczyn, dla których, zarówno PiS, jak anty-PiS nie są w stanie prowadzić dialogu z młodymi. Ci pierwsi zbajerowali młodych w okolicach 2015, bo szli do wyborów z przekazem „buntowniczym” (że my tu z tymi elitami zrobimy porządek/etc). Tyle, że zaraz po wyborach okazało się, że „bunt” oznaczał wprowadzenie konserwatywnej urawniłowki. Nie oszukujmy się, gdyby nie masowość Czarnego Protestu – dzisiaj moglibyśmy się rozkoszować całkowitym zakazem aborcji i karaniem kobiet za nielegalne ich przeprowadzanie (Kościół „sprzeciwił się” karaniu kobiet tylko i wyłącznie dlatego, że trzeba było jakoś pomóc PiSowi wybrnąć z dość chujowej sytuacji). W przypadku anty-PiSu sytuacja jest nieco inna. AntyPiS usiłuje pozyskać ludzi hasłami o potrzebie odsunięcia PiSu od władzy. Tylko, że to są jedynie hasła i nie stoją za nimi żadne próby prowadzenia dialogu. Sporo ludzi dziwi się temu, że „młodych nie ma na protestach”. Parafrazując klasyka: skąd ci biedni młodzi ludzie mają to kurwa zrozumieć? Z ich perspektywy – dwie strony politycznego sporu napierdalają się po ryjach (i kopią po jajach). Jedna strona ryczy o tym, że odrywa od koryt „elity”, druga zaś opowiada o tym, że trzeba odsunąć od władzy PiS, bo pełzający zamach stanu. Młodemu człowiekowi, który zapyta „no dobrze, ale czy głosowanie na partię X oznacza, że oprócz odsunięcia PiSu od władzy będzie można wprow (...)” i w tym momencie wchodzą hardkorowi fani poprzedniej władzy i tłumaczą, że odsunięcie PiSu od władzy jest najważniejsze. a wszystko inne jest chuja warte i może się o tym porozmawia po tym, jak się naprawi kraj po rządach PiSu (pozdro Panie Majcherek). Najbardziej mnie wkurwia u ludzi marudzenie, że „młodzi nie mają poglądów”. Kurwa, to że nie umiecie z nimi prowadzić dialogu, nie świadczy źle o nich, tylko o was. Wasza nieumiejętność prowadzenia dialogu bierze się stąd, że nie traktujecie młodych podmiotowo, bo dla was, młody człek jest o tyle istotny, o ile poprze waszą partię (niezależnie o tego, jaka to partia). 


Jeżeli zaś już jesteśmy przy ludziach, którym konserwatywna urawniłowka trochę głowy przeryła, to przestawiam wam Internautę Dariusza Mateckiego, który pojechał do Londynu tylko po to, żeby nagrywać i hejtować paradę Pride. Internauta musi mieć bardzo dużo czasu i pieniędzy, skoro może sobie pozwolić na takie hobby. Internauta Dariusz będąc w Londynie pisał łamiące tweety w rodzaju (uprzedzam, że wpis zostanie nieco ocenzurowany) „Kolejny mały kroczek do upadku Europy. Na budynkach administracji publicznej, na ambasadach, nawet na zabytkach obok flag państwowych powiewa „flaga” tęczowa.”. W dalszej części tweeta przeżywał, że za flagi państwowe ludzie umierali na wojnach, a teraz zrównuje się z nimi takich i owakich. Jest to bardzo odważny wpis, albowiem o ile pamiętam, to na ostatniej dużej wojnie Brytyjczycy umierali walcząc z jegomościami, którzy podzielili ludzkość na kilka kategorii. Tym „gorszym” kategoriom wpierw odbierano prawa, a następnie usiłowano je wymordować (en masse). Jeżeli ktoś chciałby w tym momencie powiedzieć, że chyba zabrnąłem w reductio ad Hitlerum – proponuję przejrzenie TL internauty Dariusza i poczytanie tego miał do napisania o Pride i osobach LGBT. Uprzedzam, że trzeba będzie trochę poscrollować i przebić się przez wpisy internauty Dariusza na temat Trzaskowskiego i Jakiego. Nawiasem mówiąc internauta Dariusz ma dobre serce. Żeby tak samemu z siebie poświęcać tyle czasu i uwagi kampanii wyborczej w Warszawie. Toż to prawdziwy stachanowiec społeczeństwa obywatelskiego.


Będąc nie-tak-młodym studentem socjologii, uczęszczałem byłem na kursy różne, na których uczono nas poprawnego formułowania pytań badawczych i uczulano na bardzo popularne błędy w tychże pytaniach. Po tym, jakże obiecującym wstępie, pragnę wam zaprezentować pytanie, które wyprodukował CBOS: „Z powodu dużego napływu uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki do niektórych państw Unii Europejskiej kraje te nie są w stanie poradzić sobie z tym problemem. Czy Pana/i zdaniem, Polska powinna / Czechy powinny przyjąć część uchodźców przybywających do Europy?” Musze przyznać, że wielokrotnie widziałem pytania z błędami, ale tu mamy do czynienia z prawdziwym combo. Zacznijmy od błędu (często spotykanego we wszelkiej maści badaniach, które są robione z tezą) w postaci pytania mającego sugerującą treść. Błąd ów polega na tym, że pytanie jest sformułowane tak, że wiadomo która odpowiedź jest bardziej na rękę badaczowi. Tutaj mamy coś lepszego, bo to jest pytanie z wielokrotnie sugerującą treścią. Mamy tu komplet haseł, mających na celu wywołanie odpowiedniego stanu u respondenta: uchodźcy, masowy napływ, państwa nie radzące sobie z problemem. Do tego, mamy tzw „błąd znawstwa”. W skrócie polega on na tym, że w celu udzielenia odpowiedzi na pytanie, respondent musiałby dysponować wiedzą, której prawie na pewno nie posiada. Skąd respondent ma wiedzieć na czym polega „problem” z uchodźcami? Cebulą na torcie jest fakt, połączenia Bliskiego Wschodu z Afryką. Polska miała (na mocy ustaleń) przyjąć uchodźców z Syrii. Ponieważ prawicowe rasistowskie narracje nie rozróżniają tych pojęć (dla nich liczy się jedynie „niebiały” kolor skóry), badacz uznał, że dorzuci do tego również Afrykę (no bo, kurwa, kto mu zabroni). Student pierwszego roku socjologii (albo drugiego, bo program mógł ulec zmianie) dostałby srogi opierdol za sformułowanie takiego pytania badawczego. Co się zaś tyczy CBOSu to dziwię się, że pytanie nie zostało sformułowane w następujący sposób „Czy uważa Pan/i, że uchodźcy: pomagać na miejscu.” 


W lipcu media obiegły zdjęcia zamczyska, które ktoś sobie wystawia w Puszczy Noteckiej. O sprawie się zrobiło bardzo głośno, zaś Dobra Zmiana momentalnie uruchomiła prokuraturę i CBA. Jest to o tyle zabawne, że moim zdaniem, nikt nie odważyłby się na robienie wałów przy tak dużej inwestycji, bo w razie jakiekolwiek „draki” kupa kasy by poszła na przemiał. Otwartą kwestią jest to, czy budowa zamku nie jest dla tych ludzi formą niszczenia pieniędzy. Ponieważ rządowi mediaworkerzy (w tym, najnowszy nabytek mendiów narodowych Bogdan/Radosław) nie śpią (oni czuwają), momentalnie usiłowano rozkręcić inbę pt „gdzie są, kurwa, ekolodzy”. Przyjmijmy przez moment, że zamek budowano z naruszeniem jakichśtam przepisów (czyli – nielegalnie). Czy w takiej sytuacji w pierwszej kolejności powinniśmy mieć pretensje do ekologów? Serio? Nikt, kurwa, nie zauważył gigantycznego poboru mocy? Pierdyliona ciężarówek? Ja wiem, że wstajemy z kolan, ale, na serio, polskie władze chcą mnie przekonać, że można sobie nielegalnie wyjebać zamek w środku lasu i żadne służby na to nie zwróciły uwagi? Czy to znaczy, że tektura, z której zbudowano nasze państwo zdążyła zamoknąć przez 2.5 roku? Reakcji rządowych mediaworkerów się nie dziwię, bo im płacą za robienie maskirowki. Tzn w sytuacji, w której władze zaczynają wyglądać nie-do-końca-fajnie – mediaworkerzy mają za zadanie odwrócenie uwagi opinii publicznej od władz i zwalenie winy za jakiś tam przypał na kogoś innego. Nie żebym ich usprawiedliwiał, ale jestem w stanie to zrozumieć. Ni chuja jednak nie rozumiem tej narracji „gdzie ekolodzy”. Tzn. jest to na tyle absurdalne, że każe mi wierzyć w to, że gdyby ktoś w Polsce sobie wystawił w lesie kilkusetmetrowy radar horyzontalny (taki jak Duga), to wszelkiej maści Bogdany zaczęłyby tłumaczyć, że to wszystko wina ekologów.


Teraz skupimy się znowuż na elitariacie. Dwóch przedstawicieli tegoż elitariatu napierdala się w ramach kampanii wyborczej (której, rzecz jasna, żaden z nich jeszcze nie prowadzi) w Warszawie. Jednym z elitariuszy jest Rafał Trzaskowski, a drugim, znacznie bardziej bezczelnym, Patryk Jaki. Ponieważ temu drugiemu zamierzam poświęcić osobną notkę (wierzcie mi, jest o czym pisać), tedy teraz skupię się na Trzaskowskim (acz Jaki się tu będzie przewijał w charakterze tła). Pod koniec czerwca (uprzedzałem, że archeologia będzie) udzielił on wywiadu, w którym mogliśmy przeczytać następujący fragment „Wszystko, co tak dobrze wygląda w moim CV, zawdzięczam sobie. Moi rodzice zainwestowali w naukę języka, a mama przyjaciela zaprosiła mnie do Australii.” Tłumacząc to z polskiego na nasze: „rodzice we mnie zainwestowali więc sam sobie wszystko zawdzięczam”. To jest poziom coachingowego pierdolenia w wykonaniu obecnego wiceministra sprawiedliwości, który klarował, że „bez pracy nie ma kołaczy i tylko kiedy pracujesz więcej niż inni, osiągniesz sukces”. Tenże sam wiceminister zapomniał wspomnieć o tym, że jego „ciężej pracowanie od innych” sprowadzała się do tego, że odpowiednio „umocowany” tatuś załatwił mu miejsce na liście wyborczej u swojego ówczesnego szefokolegi. Wróćmy do Trzaskowskiego. Ponieważ cytowany przeze mnie fragment został odpowiednio skomentowany, wiadomym było, że kandydat musi się pilnować. Co więc zrobił Trzaskowski? W 10 rocznicę śmierci profesora Geremka był łaskaw napisać sam sobie laurkę, o tym, jaki to on był zajebisty, bo jak się uczył w Kolegium Europejskim w Natolinie to/etc. Parafrazując klasyka „to co działo się potem w internetach, Rafał Trzaskowski zawdzięczał samemu sobie”, albowiem internety wprost uwielbiają nadętych ludzi. Nie wiem, czy nad Trzaskowskim czuwa jakiś sztab, ale odnoszę wrażenie, że on to chyba sam z kolegami robi (którzy to koledzy nie bardzo ogarniają o co chodzi z tym całym pijarę). Główny kontrkandydat Trzaskowskie, Patryk Jaki, od dłuższego czasu usiłuje wciskać ludziom kit „byłem z biedniejszej rodziny, jestem taki jak wy!” Jarający się swoją potoczystością Trzaskowski ułatwia Jakiemu zadanie, „no bo patrzcie, ten Trzaskowski to nawet po waszemu nie umie!”. Jeżeli komuś się wydaję, że przesadzam, to przedstawiam wam cytat z Jakiego: „mamy do wyboru, albo ratusz snobistyczny dla osoby z ego do księżyca, albo ratusz dla zwykłych ludzi (…) Rafał Trzaskowski pokazał, że dokładnie jak Bronisław Komorowski jest oderwany od rzeczywistości”. Dla nikogo (poza sztabem Trzaskowskiego) nie jest tajemnicą to, że sztabowcy Jakiego chcą powtórzyć sytuacje z 2015, kiedy to PiS wspólnymi siłami z PO sprawił, że głosowanie na Komorowskiego było uznawane za obciach. Jaki się z tym nawet nie kryje (vide jego wypowiedź). Takie kretyńskie, skrajnie nieprzemyślane wypowiedzi sprawiają, że elitariusz, który w wieku 21 lat został radnym i zarabiał 5 kafli miesięcznie (praktycznie wyłącznie z fuch „politycznych”), a w wieku 26 lat został posłem – może sobie budować wizerunek osoby, która „wie, jak żyją zwykli ludzie”. Trzaskowskiemu należy więc zadedykować hasło „You had one job”.


Jakiś czas temu w internecie pojawił się „generator pasków” (nie trzeba chyba tłumaczyć o jakie paski chodzi). Kilka dni później portal Wirtualne Media doniósł, że: TVP analizuje kroki prawne wobec twórcy „Generatora pasków”. Podejrzewano, że chodzi o wykorzystanie logo TVP i wizerunku pracowników tej stacji, ale moim zdaniem chodzi o naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa.


Z elitariuszami jest tak, że nie wiedzą kiedy przestać. Na portalu Newseekowym pojawił się wywiad z Agatą Bielik Robson pt „Mordowanie ojców”. Wywiad ów jest tak pyszny, że chciałoby się o nim napisać osobną notkę, ale znając siebie uznałem, że jak to odłożę „na później”, to pewnie potem do tego nie wrócę, tak więc trzeba będzie się pastwić nad tym skrótowo. Na samym początku padło pytanie „czy bycie inteligentem stało się obciachem?” na co ABR odpowiedziała „Pytasz w związku z wiadrami hejtu wylanymi w ostatnich dniach na Rafała Trzaskowskiego?” Lubię takie mrugnięcie okiem do publiki. Tzn. będziemy udawać, że zadajemy sobie pytania, ale generalnie to wiadomo o co nam chodzi. Prawda jest bowiem taka, że pytanie o obciach mogło się odnosić również do opisywanego przeze mnie na samym początku wpisu Jana Hartmana. No, ale to tylko dygresja. Przejdźmy do kolejnego „pytania”: „Jego internetowy wpis podkreślający dobre wykształcenie wywołał falę krytyki młodego pokolenia, wcale nie prawicowego” Z tego co pamiętam, jego wpis podkreślał to, że „warto było być Trzaskowskim”, ale być może coś źle zrozumiałem (jak już ustaliliśmy wcześniej, nie jestem Warstwą Inteligencką). Odpowiedź na pytanie była następująca (odstawić płyny): „Inteligenckość potwornie dziś drażni. Kojarzy się z poczuciem wyższości czyli przynależności do elit, a to a priori wymaga potępienia. Ci, którzy wieszają psy na Trzaskowskim, mówią: elitaryzm z zasady jest zły. Dla mnie jest elitaryzm zły, i jest dobry. Zły to wywyższanie się z powodu pochodzenia, dystynkcja, wykluczanie. Dobry to szansa na rozwój dla wybitnych, mądrzejszych, bardziej pracowitych, ambitniejszych. Nie dajmy się zwariować, nie jesteśmy bezwzględnie równi (...)” Nie, proszę pani. Inteligenckość nie drażni, drażni natomiast bycie nadętym. Jak zaczynałem socjologię, to nam jedna pani doktor opowiedziała, że ma problem. Problem ów polega na tym, że czasem jej znajomi zadają jakieś pytanie i ona się w pewnym momencie łapie na tym, że robi im wykład. W przeciwieństwie do tej pani doktor, pani ABR i jej koledzy elitariusze –nie zdają sobie sprawy z tego, że mają problem. Oni po prostu „wykładają” i nie bardzo ich interesuje coś tak przyziemnego, jak dialog (w tym miejscu „uprzedziłem fakty”, ale za moment będziecie wiedzieli skąd taki wniosek). Trzaskowski zaś był krytykowany za to, że ma trochę za wysokie poczucie samozajebistości. Owszem, część internautów zarzucała mu „oderwanie od rzeczywistości” (Jaki sobie tego nie wymyślił, on to wyciągnął z internetów), ale ciężko się z takimi komentarzami nie zgodzić (w kontekście kampanii/etc). Rozjebał mnie natomiast fragment o „dobrym elitaryzmie, który daje szansę na rozwój jednostkom wybitnym” i wzmianka o tym, że „nie jesteśmy bezwzględnie równi”. Z tym drugim się zgadzam w całej rozciągłości. Ludzie mają różne predyspozycje, Jedni są fizycznie silniejsi, inni są fizycznie słabsi (jeżeli ktoś jest drobnokościsty, to nie będzie miał muskulatury, ani też siły Pudzianowskiego). Różnice nie dotyczą jedynie „warunków fizycznych”, ale również poznawczych. Przykładowo – piszący te słowa, ni chuja nie rozumie matematyki wyższej. Do pewnego momentu mi matematyka do głowy „wchodziła” a potem przestała. Mimo tego, nie hejtuję profesorów matematyki za elitaryzm (Nienawiść do badania przebiegu zmienności funkcji wyniosłem z domu!). Nie mogę się natomiast zgodzić z tym kawałkiem o wybitnych jednostkach. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie jestem uprzedzony do Trzaskowskiego (a to właśnie o niego tutaj przeca chodzi), ale odczuwam pewne opory przed nazwaniem go „jednostką wybitną”. Tym niemniej nokautem była końcówka odpowiedzi na pytanie, albowiem: „Zasada urawniłowki jest szkodliwym dogmatem, który razem z negowaniem inteligenckości stał się znakiem rozpoznawczym młodego pokolenia.”. To jest to, o czym wspominałem przy okazji polemiki z „analizą” pracownika TVP. To jest właśnie ten ból dupy osoby, która nie jest w stanie się pogodzić z tym, że młody człowiek nie uznaje jej za autorytet. To jest ból dupy osoby, która nie może pogodzić się z tym, że młodzi nie chcą się do niej zwracać z poziomu petenta, tylko chcą być traktowani jako równorzędni partnerzy. Abstrahując od tego, że brak zgody na uznawanie autorytetów jest przejawem tego, że młodzi nie dali się urawniłowce, która miała ich przerobić na posłuszne autorytetom drony (no ale, być może coś, kurwa, źle zrozumiałem znowu). Na sam koniec, nieco dłuższy kawałek wypowiedzi, która wprost idealnie wpisuje się w moje wcześniejsze wywody: „Młodzież wciąż nie rozumie tego, że w Polsce nie tylko toczy się anachroniczne spory, ale że te spory mogą naprawdę wywołać efekt cofki dziejowej: że Polska może za chwilę wypaść z nurtu ewolucji krajów zachodnich i zapaść się na jakiejś beznadziejnej bocznicy. Możemy przestać być członkami Zachodu, a wtedy walka z jego bolączkami nie będzie już priorytetem. Dlatego dziś głównym wyzwaniem jest walka o naszą zagrożoną obecność w świecie demokracji. Kiedy ten warunek znów zostanie spełniony, wtedy dopiero będziemy mogli się pochylać nad problemami globalnego kapitalizmu, sprawiedliwości społecznej, nierówności itp. Bez ramy demokratycznej wszystkie te dyskusje staną się doskonale jałowe – jak na Białorusi.”. W uproszczeniu, brzmiałoby to tak: „może i jest wam chujowo, może i macie poczucie niesprawiedliwości, może i jest bieda, może i są nierówności, ale są rzeczy ważniejsze!”( + nieśmiertelne „Młodzież wciąż nie rozumie”). Dzięki takim pierdoletom, PiS może sobie spokojnie budować wizerunek partii „wrażliwej społecznie” (mimo, że mają z tą wrażliwością społeczną tyle wspólnego co Patryk Jaki z biedą). Insza inszość, że ta wypowiedź jest naprawdę idiotyczna. Bo to trochę tak, jakby ABR powiedziała „młody człowieku, ja wiem, że Ty masz swoje przemyślenia, ale musisz zrozumieć, że są one po prostu chujowe”.


Z rzeczy zabawnych, PiS upierdolił w Senacie referendum wymyślone przez Prezydenta RP. Ponieważ zaś w przypadku partii rządzącej zawsze winny musi być ktoś inny, usiłowano winę za upierdolenie zrzucić na opozycję. Tłumaczono to tak, że co prawda PiS ma większość w Senacie i mógłby to referendum spokojnie przegłosować, ale uwalenie tegoż to wina PO, bo senatorowie Platformy głosowali przeciwko, a PiSowcy się po prostu wstrzymali od głosu. Nie powiem żeby mnie ta argumentacja przekonała, ale z drugiej strony nie jestem Prezydentem RP, więc może jej po prostu nie rozumiem.


Na samym początku Przeglądu pojawiła się wzmianka o jednym z pluszaków władzy, Marcinie Makowskim. Ów pluszak przeprowadził, ekhm „wywiad” z wicepremierem Glińskim (wywiad opublikowano na łamach „Do Rzeczy”). W wywiadzie tym pojawiły się pytania tak spektakularne, że postanowiłem się nimi z wami podzielić: „Działa Pan w resorcie jak Kazimierz Odnowiciel”, "Pana dystans do siebie jest już legendarny”. Abstrahując od wiernopoddańczego sposobu prowadzenia „wywiadu” (zapewne Gliński przyniósł ze sobą pytania, a Makowski czytał je dopiero podczas rozmowy), to nie wiem, jakim trzeba być dzbanem, żeby w przypadku wicepremiera Glińskiego mówić o jakimkolwiek dystansie. Ja doskonale pamiętam, jak Gliński poszedł do TVP (w czasach, kiedy TVP nie było jeszcze „telewizją odzyskaną”) i był straszliwie oburzony na Karolinę Lewicką za to, że ta nie pozwoliła mu przeczytać oświadczenia, tylko miała czelność zadawać pytania. Owszem, Lewicka zaczęła być w pewnym momencie napastliwa, ale, do kurwy nędzy, miała do tego prawo w sytuacji, w której Premier z Tabletu pokazał, że ma wyjebane na jej pytania i zaczął się bawić w monologi. Tym niemniej, Marcinowi Makowskiemu gratuluję dociekliwości, dzięki której na pewno daleko zajdzie.


W poprzednim Przeglądzie (tzn w sumie to w poprzedniej transzy) pochyliłem się nad miziankami polskich władz z marką Re(a)d is Bad. Opisałem wtedy trzy (najbardziej jaskrawe) przypadki, w których RiB było po prostu chamsko reklamowane przez nasze władze. Już w trakcie pisania niniejszego tekstu do grona reklamujących RiB dołączył Premier Tysiąclecia, który „odwiedził sklep marki odzieżowej Red is Bad, aby kupić koszulki dla wolontariuszy, z którymi wcześniej porządkował groby Powstańców Warszawskich.” Gospodarska wizyta Premiera Tysiąclecia została skomentowana „Jesteśmy dumni, że nasze wzory nosi Prezydent RP, a ostatnio do sklepu flagowego RiB zawitał Premier naszego kraju”. Wydaje mi się, że warto by było przyglądać się wzorom, które RiB będzie wypuszczało w okolicach nadchodzących wyborów (zarówno samorządowych, jak i kolejnych), bo nie ma chuja we wsi, żeby nasze władze pompowały jakiś podmiot i nie dostawały od niego nic w zamian.


Źródła:







Wrzucam link do sondaży przeprowadzanych przed referendum, coby można je było zestawić z exit-poll


https://www.irishtimes.com/news/politics/irish-times-exit-poll-projects-ireland-has-voted-by-landslide-to-repeal-eighth-1.3508861


Niestety, muszę zalinkować portal parówkowy:


http://www.polskatimes.pl/fakty/polityka/a/patryk-jaki-z-zycia-na-blokowisku-wynioslem-myslenie-zerojedynkowe-nie-dzialaja-na-mnie-rozmowy-autorytetow-w-tvn,12810750/3/


W tym miejscu jestem zmuszony zalinkować influencerskie konto, które zostało założone w celu pompowania Jakiego w kampanii (Jaki kompulsywnie robi RT wpisom z tego konta), albowiem nie chce mi się szukać linków do TVP:

https://twitter.com/mr_czerepach/status/1018131557838675969

http://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/agata-bielik-robson-mlodzi-ludzie-w-kontrze-do-ojcow,artykuly,430461,1.html


https://www.tvp.info/38231186/senat-odrzucil-wniosek-prezydenta-ws-referendum-konstytucyjnego


Marcin Makowski – „Do Rzeczy” nr 30/2018 23-29 lipca

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/dziennikarze-podzieleni-w-ocenach-rozmowy-lewickiej-z-prof-glinskim-od-dociekliwosci-do-napastliwosci


poniedziałek, 30 lipca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #33

Ogłoszenia parafialne: w tym Przeglądzie obrodziło tematami „zblokowanymi”, tak więc lojalnie uprzedzam, że ściana tekstu będzie grana kilka razy. Sprawa druga, zazwyczaj po tak długich przerwach robiłem „numery podwójne”, ale teraz będzie inaczej, albowiem zaraz wyjaśnię dlaczemu. Co prawda zrobiłem sobie przerwę w pisaniu, ale przez cały czas kolekcjonowałem linki i jak już zasiadłem do pisania, to się dość szybko zorientowałem, że będzie tego najmarniej kilkanaście stron, toteż postanowiłem napisać dwa przeglądy. W praktyce będzie to oznaczać tyle, że następny będzie za kilka dni, a nie za chuj wie ile, tak więc można to uznać za dobrą wiadomość.


Zacznijmy od nowelizacji ustawy o IPN, która była tak bardzo doskonała, że aż trzeba ją było ostatnio zmienić (aczkolwiek, jak mniemam, chodziło o to, że ustawa była diamentem i ktoś chciał z niej zrobić brylant). Rzecz jasna, nowelizacja nowelizacji nie miała absolutnie nic wspólnego z tym, że Dobra Zmiana dostała dyplomatyczny wpierdol od USA i Izraela. Potrzeba oszlifowania diamentu była tak silna, że nikt nawet nie czekał na decyzję Trybunału Przyłębskiego, który miał się w tej sprawie wypowiedzieć. Dobra, w tym miejscu słówko wyjaśnienia, zacząłem niniejszy tekst pisać kilka dni temu, ale musiałem sobie zaordynować dwutygodniową przerwę, albowiem, ja pierdolę, jak mi się nie chciało pisać o tej całej gównoburzy (po raz pierdylionowy). No bo to jest, na serio, nie do ogarnięcia, jakim trzeba być, kurwa, dzbanem, żeby przepychać przez Sejm ustawę, co do której zastrzeżenia zgłaszano od początku (o czym Główni Zainteresowani wiedzieli, ale mieli to w dupie). Ten sam poziom dzbanizmu osiągnięto w momencie, w którym usiłowano wszystkim tłumaczyć, że ustawa spoko, że wstajemy z kolan, że wszystko dobrze napisane i że wreszcie będzie Respektus na pełen kurwie. Skończyło się to wszystko ciężkim nokautem dyplomatycznym i  ustawę, która była „napisana bardzo dobrze” (dziękujemy Pan Patryk Jaki), trzeba pozmieniać. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji pasowałoby posypać głowę popiołem i oświadczyć „zjebaliśmy”, ale gdzie tam. Nasi rządzący (wspierani przez mediaworkerów) odtrąbili sukces w polityce międzynarodowej, zupełnie umknął im fakt, że było to zwycięstwo na miarę dokonań naszej reprezentacji na mundialu. Nasza polityka zagraniczna to taki bardzo ambitny crossover, w którym swe siły łączą „Moda na sukces” i „Studio YaYo”. Tzn nikt tak do końca nie wie o co chodzi, ale jedno jest pewne – jest w chuj nieśmiesznie i człowiek zaczyna żałować, że nie zginął z ręki Thanosa. Dodatkowo, nie wiadomo, kiedy będziemy mogli ten crossover wyłączyć. Najwcześniej w 2019, ale tylko pod warunkiem, że opozycja przestanie prowadzić PiSowi kampanię wyborczą (bo, póki co, świetnie jej to idzie). Jednakowoż, niezależnie o tego, kiedy w polskiej polityce nastąpią zmiany – teraz może być tylko i wyłączne przejebane. Kwestią otwartą pozostaje to „jak bardzo”. Warto na sam koniec odnotować, że nasi rządzący dostali biegunki gdy się okazało, że ktoś w Izraelu zaczyna wykorzystywać całą tę gównoburzę do uprawiania polityki wewnętrznej. Serio, kurwa, partia, która marnowała czas (i zasoby) na przekonywanie partnerów zagranicznych, że Tusk jest do dupy i żeby na niego nie głosowali przy Wyborach Króla Europy (jedynym powodem tego idiotyzmu było to, że Genialny Strateg z Żoliborza chciał się odegrać), oburza się na to, że inne kraje wykorzystują politykę zagraniczną „do celów wewnętrznych”. Ciężar ironii był tak olbrzymi, że nastąpił jej kolaps, tak więc pointy nie będzie.


Przy okazji mundialu, prorządowi mediaworkerzy (którzy dwoją się i troją, żeby tylko wesprzeć tezę o tym, jak bardzo potrzebna jest „decentralizacja mediów”, czyli tychże mediów u-PRL-owienie) wznieśli się na wyżyny, porównywalne z tymi, na które wzniosła się nasza reprezentacja (czytaj – przyjebali w dno). Wytknęli oni bowiem „Faktowi” (Ringier Axel Springer Polska), że nie poinformował na pierwszej stronie o odpadnięciu niemieckiej reprezentacji z piłkarskich mistrzostw świata, za to eksponował porażki naszej drużyny. Zasugerowali, że powodem jest fakt, że wydawca tabloidu w prawie połowie należy do niemieckiej firmy. Domyślam się, że gdyby „Fakt” przywalił okładką, na której wyśmiano by odpadnięcie niemieckiej reprezentacji, ci sami panowie uznaliby, że „Fakt” przejął się porażką niemieckiej drużyny dlatego, że w prawie połowie należy do niemieckiej firmy. Jednakowoż, nie powinniśmy się dziwić rządowym mediaworkerom. Oni sobie doskonale zdają sprawę z tego, że potencjalne u-PRL-owienia mediów, oznacza dla nich kupę stołków, na których będą się mogli dwoić i troić.


Z tematyką mundialową wiążę się również wystąpienie Pierwszej Damy, która kibicowała polskiej reprezentacji przyodziana w koszulkę firmy Re(a)d is Bad. Nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi, gdyby nie to, że nie był to pierwszy przypadek wspierania tejże firmy przez nasze władze. Pierwszy reklamą tejże firmy zajął się Prezydent RP, który pozwolił sobie zareklamować i pozował do zdjęć w samolocie lecącym do Chin (ciekawe, czy na spotkaniu z chińskimi notablami krzyczał „precz z komuną”?). Teraz firmę zareklamowała Pierwsza Dama. Ktoś może powiedzieć „no dobrze, ale może po prostu chodzi o to, że Prezydent RP i jego żona lubią ciuchy tej firmy i może nie chodzi o żadną reklamę?” Tyle że pompowanie RiB przez władze nie sprowadza się do tego, że Prezydent RP z małżonką lubią się lansować w ciuchach tej firmy. W zeszłym roku (konkretnie zaś w maju) portale obiegła takie oto info- „Staropolanka razem z Red is Bad wprowadziła limitowaną edycję wody mineralnej. To specjalny produkt z okazji Święta Flagi.”. Bardzo szybko dało się wynorać, że „Staropolanka” to państwowa firma zarządzana przez członków Prawa i Sprawiedliwości (jeżeli ktoś chciałby coś więcej poczytać, to w źródłach linkuję swoją mikro notkę na ten temat). Tak zupełnie bez związku z całą sprawą przypomniało się mi, jak grillowano Komorowskiego i Wałęsę za to, że promowali portal Cinkciarz.pl. Rzecz jasna, grillowały ich głównie media rządowe (inne też, ale znacznie mniej zajadle). Te same niezależne (czyt – rządowe) media, które grillowały byłych prezydentów, słowem nie zająkną się w temacie tego, że obecnie urzędujący prezydent (wraz z małżonką) reklamuje firmę odzieżową (bądźmy poważni, lansowanie się w ciuchach RiB, to nic innego, jak reklama). Kiedy zaś „Staropolanka” pompowała RiB, media rządowe skupiały się na tym, że wszystko super, bo przeca Święto Flagi, więc patriotyzm i kto tego nie lubi, ten pierdolony lewak. Komentarza na temat tego, czemu państwowa firma pompuje RiB, się, co zrozumiałe, nie doczekaliśmy.


Niniejszy fragment zacznie się od anecdaty. Jakiś czas temu ze znajomą jedną sobie pisałem, która to znajoma sporo podróżuje samolotami i mnie owa znajoma napisała, że LOT zaserwował jej kilka opóźnień (w momencie, w którym o tym pisaliśmy, za jedno jej już dano hajs, a dwie inne sprawy były „w toku”). Ponieważ jestem nielotem, nie bardzo się orientowałem w temacie tego, czy tyle opóźnień (w dość krótkim czasie) to coś dziwnego, czy też norma (jak to np. się dzieje z kolejami w naszym pięknym kraju). Ta sama znajoma podrzuciła mi potem link do artykułu na Wyborczej, o tytule, który jest dość selfexplanatory: „Loty LOT-u masowo odwoływane i opóźnione. "Samoloty się posypały"”. Nieco później „Fakt” opisał problemy z silnikiem, które miał jeden z samolotów LOT-u .LOT przyznał potem, że samolot leciał 2 godziny na jednym silniku, ale zamierza się szarpać sądownie z „Faktem” w temacie tego, czy życie pasażerów było zagrożone. Tym niemniej, cebulą na torcie było to, co stało się w międzyczasie: „LOT świętowało setną rocznicę odzyskania niepodległości, a w tym czasie pasażerowie czekali na lotnisku Chopina na samolot, który brał udział w gali”. W sukurs LOT-owi przyszli rządowi mediaworkerzy, którzy zaczęli opowiadać o tym, że w sumie to wiadomo było, że „Niemcy się wezmą za LOT”. Nie bardzo tylko wiem, czy Pereirze (który historię o silniku [co do której wiedział, że została potwierdzona przez LOT], nazwał „fake newsem”) chodziło o to, że Niemcy psują samoloty LOT-u, czy też może o to, że Niemcy zorganizowali tę galę, przez którą pasażerowie musieli czekać na samoloty na lotnisku? Tak się tylko pytam, albowiem od pisania takich bredni, do tekstu „Biją mnie Niemcy” droga już naprawdę niedaleka.


U-PRL-owienie (tak wiem, często się u mnie pojawia to określenie, ale to nie ja mam lepkość tematyczna, tylko nasi rządzący) wymiaru sprawiedliwości idzie pełną parą. TK został zmieniony w Trybunał Przyłębski, który nie tak dawno temu zrewanżował się rządzącym tym, że uznał, że Prezydent RP miał prawo ułaskawić Mariusza Kamińskiego w trakcie procesu bo tak i chuj (tzn, bo nigdzie nie jest napisane, że nie można). Co ciekawe ludziom, którzy zwracają się do Kancelarii Prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie tych lub owych, tłumaczy się, że trzeba poczekać na wyrok, bo wcześniej nie można. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że ten rant będzie miał dość „ogólny” charakter. O czym więc będzie? O tym, że dokonania opozycji w zakresie obrony wymiaru sprawiedliwości zakończyły się sukcesem porównywalnym z tym, który stał się udziałem niemieckiej reprezentacji występującej na mundialu (szach-mat Herr Pereira!). Tzn.- być może dało się to bardziej zjebać, ale trochę ciężko w to uwierzyć. Nie mam tu na myśli tego, że PO sobie było powołało trochę więcej sędziów do TK niż powinno (acz to też jest istotne, bo otworzyło PiSowi furtkę do narracji „oni też psuli, więc co się przypierdalacie”), ale o to, że opozycja nie potrafiła wytłumaczyć suwerenowi – czemu żadna partia nie powinna sterować sądownictwem. I nie, nie można tego zbywać klasycznym „to jest oczywista oczywistość”, bo, eufemizując, nie za bardzo to zadziałało. Tak po prawdzie, jedyną, narracją ukutą przez opozycję, była ta, w myśl której – jeżeli PiS weźmie SN, to będzie mógł np. unieważnić przegrane wybory. Nie mam najwyższego mniemania o naszych rządzących, ale nie wydaje mi się, żeby byli aż takimi kretynami. Prawda jest bowiem taka, że polskie społeczeństwo jest w stanie wytrzymać wiele, ale taki suweren (do którego się zaliczam) jest przekonany o tym, że jeżeli jakakolwiek partia go wkurwi, to będzie mógł tej partii podziękować przy urnach. Ktoś kto uznałby, że „nic się nie stanie” w sytuacji, w której partia rządząca nie uzna przegranych przez siebie wyborów, byłby, w moim mniemaniu, zbyt głupi, nawet jak na polską politykę. Tzn. nie wykluczam, że co bardziej wydygani politycy partii Dojnej Zmiany (ci, którzy mogą mieć obawy w zakresie tego, czy przegrane wybory i utrata kontroli nad sądami będzie oznaczać dla nich jedynie utratę paśnika, czy też pobyt w jakimś miejscu odosobnienia) mogą myśleć „a chuj, jak przegramy, to nie uznamy”, ale pozostali raczej zdają sobie sprawę z potencjalnego ryzyka. Ryzyko to polega na tym, że suweren, któremu się pokaże, że „jego głos nic nie znaczy” (pozdro dla Stanisława „towarzysza antykomunisty” Piotrowicza), może sięgnąć po widły. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że jeżeli w 2019 (albo w innem roku wyborczym), okaże się, że nie miałem racji i że władza (z któregokolwiek nadania) unieważni sobie wybory, których wynik nie będzie dla władzy satysfakcjonujący, to będziecie mi mogli wypominać to, co napisałem, jak się wszyscy spotkamy w Warszawie z tej okazji. No, ale to dygresja jedynie. Niemoc opozycji sprawiła, że PiS narzucał ton debacie. Rządząca partia była w chuj bezczelna, ale nawet na tym tle, to co swego czasu zrobił Szefernaker, w moim mniemaniu wyjebało skalę. W jednym ze spotów, Szefernaker tłumaczył, że reforma jest konieczna bo teraz jest tak, że jak gdzieś jakiś notabl zna prezesa sądu, to nikt nie ma szans w batalii sądowej z tymże notablem. Lekarstwem na tę sytuację miała być reforma, w myśl której prezesów sądu będzie powoływał Zbyszek Ziobro. Różnica polega więc na tym, że do tej pory na prezesów sądów mógł wpływać ów mityczny notabl (owszem, takie sytuacje na pewno miały miejsce, ale przesadzajmy), a teraz będzie mógł na prezesów sądów wpływać notabl (bo jak to powiedziała niegdysiejsza rzeczniczka PiS „każdy kogoś zna”), oraz dowolny członek aktualnie rządzącej partii (albowiem przełożonym wszystkich prezesów będzie jego ziomek). O ile wpływu notabla można by było uniknąć poprzez przeniesienie sprawy „gdzie indziej”, to wpływu Zbyszka (albo jego następcy z kolejnej partii rządzącej) uniknąć się nie da. Jaka była odpowiedź opozycji na idiotyzmy wygadywane przez Szefernakera? W skrócie: PRECZ Z KACZOREM DYKTATOREM. Niespecjalnie mnie to dziwi, bo opozycja parlamentarna, chcąc wyprodukować jakąś skuteczną kontrnarrację musiałaby przyznać, że III RP była miejscami mocno chujowa. Trzeba by było powiedzieć, że jakaś część sędziów, to jebane nieuki. Trzeba by było powiedzieć o tym że część sędziów jest na tyle leniwa, że nie chce się im zapoznawać z materiałem dowodowym i klepie areszty tymczasowe (+ bezrefleksyjnie traktuje to co prokurator dostarczył). Część sędziów ma „biasy”, które sprawiają, że nie powinni orzekać w takich, a nie innych sprawach. Trzeba by było opowiedzieć o tym, że czasami wydawano wyroki z przysłowiowej dupy (które łamały ludziom życie). Zamiast tego było budowanie narracji „wszystko jest super i jebać PiS”, którą to narracje rządowe media (i drony) rozbijały nagłaśniając patologie (których nie da się uniknąć w żadnym środowisku). Gdyby opozycja podeszła do tego tematu na poważnie, to nie uświadczylibyśmy w przestrzeni publicznej przepięknej antysądowej „kampanii kiełbasianej”, bo byłaby ona bezsensowna. Ponieważ jednak opozycja nie ogarnęła tematu – debata o sądownictwie skupiła się na tym, że sędzia zajebał kiełbasę w sklepie. Wydaje mi się, że doskonałą metaforą dla opozycji jest uniwersum filmowe DC,  które bardzo chciałoby być jak MCU, ale dobry film (np. „Wonder Woman” [za wyjątkiem wąsatego Aresa, of korz) zdarza się tam równie często, co dobry pomysł opozycji. Różnica polega na tym, że nikt nikogo nie zmusza do katowania się filmami z DC (ok, ja się katuję, bo by mi odebrali kartę nerda [poza tym, zawsze łudzę się tym, że może akurat będzie co dobrego]), a efektami fuckupów opozycji katowani są wszyscy.


Ponieważ trochę mi się ulało w temacie sądów, pozwoliłem sobie rozbić ścianę tekstu na dwa kawałki. W poprzednim pastwiłem się nad opozycją, tutaj zaś będę się pastwił nad Wielkimi Reformatorami i ich narracją. Opierała się o na haśle, w myśl którego sądy to Nadzwyczajna Kasta, nad którą nikt nie sprawuje kontroli i że co to, w ogóle, kurwa jest za patologia. Rzecz jasna (w myśl narracji) kontrolę nad sądownictwem (po „reformie”) sprawować będzie suweren. Nie jest jeszcze jasne to, który z polityków (Jarosław, Zbigniew, czy inny Joachim) zmieni imię na „Suweren”, ale pewnie niebawem się tego dowiemy. Niesamowite jest to, że nikt tej gównonarracji nie rozjechał jeszcze. Jak bowiem, w praktyce miałoby wyglądać sprawowanie kontroli nad sądownictwem, przez suwerena? Zapewne chodziło o to, że suweren sprawuję te kontrolę poprzez głosowanie na konkretną partię. W tym miejscu, należy sobie zadać jedno, zajebiście ważne pytanie – do czego sprowadza się sprawowanie kontroli nad władzą przez suwerena – pomiędzy wyborami? W skrócie, sprowadza się do tego, że jak władze wkurwią suwerena za bardzo i ten wyjdzie na ulice, to władze (może) się łaskawie wycofają z jakiegoś chujowego pomysłu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że na obecne władze działa również wkurw internetowy. Tzn. jeżeli nie są go w stanie zniwelować swoimi „legionami”, to zdarza się im położyć uszy po sobie (vide, dzieje „podatku drogowego”). Dialog z politykami możemy prowadzić również przy pomocy sądów. Przekonał się o tym, swego czasu profesor Legutko, który był łaskaw zwymiotować werbalnie na trójkę licealistów. Po tym, jak licealiści go pozwali, usiłował się chować za immunitetem europosła, ale sąd mu to uniemożliwił. Sądowa droga prowadzenia dialogu była dość nieprzewidywalna, ale polityk (w tym polityk partii rządzącej) musiał dopuszczać do siebie myśl, że jak się będzie z nim suweren sądził, to może się to dla tegoż polityka różnie skończyć. Tym samym, była to jakaś tam (mocno nie przewidywalna) forma kontroli, którą suweren sprawował nad władzami. Nasze władze właśnie odbierają suwerenowi ten bezpiecznik, firmując go zajebiście absurdalną narracją, w myśl której przejęcie przez PiS kontroli nad całym wymiarem sprawiedliwości „daje suwerenowi kontrolę nad sądownictwem”. Po co PiS chce przejąć kontrolę nad sądami? W skrócie? Żeby móc mieć wyjebane. Nie jest dla nikogo tajemnicą to, że partia rządząca ma dość specyficzne podejście do wymiaru sprawiedliwości (i to całego). Pozwolę sobie jednakże przytoczyć kilka przykładów, które doskonale zobrazują to podejście. Pierwszym i najbardziej spektakularnym było ułaskawienie Mariusza Kamińskiego. Wielki Strateg wydał dyspozycję Prezydentowi RP, a ów stwierdził, że Mariusz Kamińsk jest człowiekiem krystalicznie wręcz uczciwym, więc niech się, łaskawie, od niego wymiar sprawiedliwości odpierdoli. Drugą sprawą, którą chciałbym przypomnieć był fakt umorzenia przez prokuraturę śledztwa w sprawie wpisu radnej Prawa i Sprawiedliwości, Anny Kołakowskiej, która wzywała do dopadnięcia i ogolenia na łyso posłani PO, Agnieszki Pomaskiej (mam nadzieję, że dobrze odmieniam nazwisko). Mimo tego, że radna ma powiązania ze skrajną prawicą i że tego rodzaju „odezwa” mogła stanowić realne zagrożenie (bo któryś z narodowych koksów mógł uznać, że „kurwa, zaczęło się”) - prokuratura uznała, że chuj ją to obchodzi (zapewne zupełnie bez znaczenia był fakt przynależności partyjnej radnej Kołakowskiej). Pomaska pozwała Kołakowską na drodze cywilnej i wygrała proces. Ostatni przykład to coś, co mnie swego czasu wpędziło w zadumę. O dzwonie Premier Tysiąclecia (tzn. tej poprzedniej co to była przed obecnym Premierem Tysiąclecia) było cholernie głośno. Znacznie mniej głośno było o skrajnie idiotycznej wypowiedzi ówczesnego szefa MSWiA, Mariusza Błaszczaka. Zaczęło się od tego, że 21-letniego kierowce „wzięto na huki” i pryznałsia. Potem jego przypadkiem zainteresował się adwokat i w tym miejscu wchodzi Mariusz Błaszczak, cały na głupio: „Rozumiem, że pan Pociej włącza się w akcję mającą podważyć pierwsze ustalenia o wypadku. Ten pan (kierowca seicento) podpisał protokół, w którym przyznał się do winy. To jest fakt.”. Adwokat odpowiedział na te, ekhm, „zarzuty” (do których się za moment odniosę) i powiedział, że „Jego klienta tuż po wypadku wprowadzono w błąd, informując, że nie jest mu potrzebny adwokat.” Ciężko się dziwić 21-latkowi, że dał się zbajerować, gdyby we mnie wyjebała pancerna limuzyna wioząca osobę Pełniącą Obowiązki Premiera Tysiąclecia, to pewnie musiałbym zmienić bieliznę i wyprać w aucie tapicerkę. No, ale wróćmy do Mariusza Błaszczaka i jego wypowiedzi. Ja się na serio zastanawiałem przez jakiś czas nad tym, czy on to powiedział na poważnie, czy też to może jakaś odmiana „prawicowego poczucia chómoru”. Bowiem przypierdalanie się do adwokata za to, że robi to co adwokat robić powinien jest cokolwiek idiotyczne. Czego się Błaszczak spodziewał po obrońcy? Że przewróci swojego klienta na ziemie i będzie go kopał? Ponieważ Sebastianowi K. przydarzył się dobry obrońca, prokuratura postanowiła, że warto byłoby umorzyć sprawę (w myśl zasady „jebło, to jebło, na chuj drążyć”), sprzeciwili się temu Sebastian K. oraz jego obrońca. Sąd podzielił zdanie Sebastiana K i jego obrońcy, tak więc proces się odbędzie. W tym miejscu przerwę wyliczankę, bo i tak się mnie tekst rozrósł ponad miarę, a poza tym, wydaje mi się, że to wystarczy, do tego, żeby ukazać podejście PiS do wymiaru sprawiedliwości. Ów wymiar sprawiedliwości ma działać, tak jak sobie tego życzą politycy partii rządzącej, bo jak nie, to się zaczyna burczenie, że sędzia chuj i trzeba zreformować sądownictwo (vide sprawa Kamińskiego), albo idiotyczne wypowiedzi, których autorzy nie rozumieją funkcji adwokata. PiSowi nie wystarcza kontrolowanie prokuratury, bo co prawda można dzięki temu ukręcić łeb sprawie (vide – sprawa Pomaskiej [again, mam nadzieję, że dobrze odmieniam nazwisko]), ale zawsze potem zachodzi ryzyko pozwu cywilnego. Jeżeli sądy będą kontrolowane tak, jak teraz kontrolowana jest prokuratura, to życzę powodzenia każdemu, kto będzie się sądził z posłem/radnym/działaczem z PiS. Teraz ziomale z PiS muszą bronić swoich przed pozwami nie zezwalając na uchylenie immunitetu (vide Tarczyński i Jaki), po „przywróceniu suwerenowi kontroli nad sądami” nie będzie takiej potrzeby. Domyślam się, że jedyna rzecz, która powstrzymuje PiS przed przyspieszeniem „naprawiania mediów” jest to, że boją się przyciąć w chuja z Jankesami, którzy są właścicielami TVN-u. W USA może i szaleje huragan Trump, ale historia kary, którą PiS (rękami Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Trwam) przywalił TVN, a potem się szybko z tego wycofał (bo Departament Stanu USA dyplomatycznie zasugerował, żeby spierdalano z tą karą) pokazuje, że Jankesi są doskonale zorientowani w sytuacji. Gdyby nie to, partia rządząca już by nas pewnie uraczyła narracją w rodzaju „my tylko przywracamy suwerenowi kontrolę nad mediami”.


Musimy się jeszcze na chwilę pochylić nad Trybunałem Przyłębskim. Doniesienia medialne sugerują, że bardzo być może, że Sejm wcale nie będzie musiał głosować nad zygotariańską ustawą autorstwa Kai (aka „Kafar Episkopatu”, aka „tańcząca z silnikami”) Godek, albowiem bardzo być może, że magister Przyłębska uzna, że jeden z wyjątków od ustawy antyaborcyjnej (tak, ustawa ma inną nazwę, ale jest to w praktyce ustawa antyaborcyjna) jest niezgodny z Konstytucją. W teorii, zamysł jest genialny w swojej prostocie. Sejm nie może ruszyć tej ustawy, bo się suweren znowu wkurwi, tak więc ktoś (zapewne Genialny Strateg) wpadł na pomysł outsourcingu, bo przeca na Trybunał się nie głosuje. Poza tym, przegłosowanie ustawy w Sejmie mogłoby dać paliwo wyborcze opozycji (która obiecywałaby, że zrobi, żeby było tak jak było). Jeżeli Trybunał Przyłębski uzna, że przesłanka jest niezgodna z Konstytucją, to PiS będzie mógł hejtować opozycję za to, że obiecuje łamanie konstytucji (o swoich działaniach politycy Zjednoczonej Prawicy będą mówić tyle, że może i łamali, ale mniej niż PO, a poza tym, łamali ale się nie cieszyli). Momentalnie zacznie się budowanie narracji, że skoro niezależny Trybunał orzekł, to znaczy, że ma rację, więc mówi się trudno, Suwerenie. W teorii wygląda to pięknie (dla rządzących, którzy chcą spłacić dług wyborczy Kościołowi), ale w praktyce, uwalenie tej przesłanki przez Trybunał sprawi, że gówno wpadnie w wentylator (w skali, której raczej dotąd nie zaobserwowaliśmy). Wina za potencjalne „uwalenie” spadnie na łby polityków partii rządzącej, bo suweren doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Trybunał robi to co się mu każe (vide wyrok w sprawie ułaskawienia Kamińskiego). Na partii rządzącej zemścić się może również budowanie narracji, że w sumie ten Trybunał to chuj wie po co jest i w ogóle czemu oni tam tyle zarabiają. Narracja, co prawda, urwała się wraz z przejęciem Trybunału, ale można bezpiecznie założyć, że suweren będzie jak Północ i że raczej będzie pamiętał. Nie bez znaczenia jest w tym przypadku również potencjalna „nieodwracalność” takiego orzeczenia. Przepchnięcie ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne w Polsce można by było odwrócić ustawą i mógłby to zrobić również sam PiS (gdyby się okazało, że suweren się wkurwił nieco za bardzo). Zaostrzenie prawa aborcyjnego przez Trybunał, sprawi, że PiS nie będzie mógł sam tego odwrócić. Tzn. nie bardzo sobie jestem w stanie wyobrazić sytuację, w której Magister Przyłębska kilka miesięcy po zaostrzeniu prawa aborcyjnego, ogłasza kolejny wyrok, który brzmi: „a, chuj, pomyliliśmy się, to jednak zgodne z Konstytucją”. Tzn. ja wiem, że rządowi mediaworkerzy byliby w stanie tłuc 24/7 „idźże do domu suwerenie, Dobra Zmiana nic nie może zrobić, bo Konstytucja”, ale to by się mogło skończyć kontrnarracją suwerena „skoro nic nie możecie zrobić, to spierdalajcie”. Przejebane jest to, że jedyną rzeczą, która nam teraz pozostaje, jest liczenie na to, że rządzący nie są skończonymi zjebami, i że będą się bali politycznych konsekwencji (tylko i wyłącznie politycznych, bo konserwa z natury rzeczy ma w dupie kobiety) zaostrzenia prawa aborcyjnego.


Rzadko piszę o moim rodzinnym mieście (ok, na FB nie piszę o nim prawie wcale, ale jakoś przeca musiałem zacząć ten akapit), ale tym razem zrobię wyjątek. Na początku lipca rozpoczął się w naszym miejscowym szpitalu protest pielęgniarek (potem doczytałem, że protest odbył się również w innych szpitalach). Nie trzeba być geniuszem, żeby odgadnąć, że personel pielęgniarski domagał się tego, żeby przestano ciąć z nim w chuja i zaczęto nieco lepiej wynagradzać. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że przeca nie powinno być problemu z podwyżkami, bo jak to Premier Tysiąclecia powiedziała „pieniądze są, wystarczy nie kraść”. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, to też będzie na poważnie bardziej (bo i temat poważny). Ja na serio nie wiem, na co, kurwa, liczą nasi rządzący (tzn nie odnosi się to do tych konkretnych dzbanów, bo olewanie Służby Zdrowia to taki running joke polityki po 89 roku)? Że pielęgniarki będą pracowały za tak gówniane pieniądze i nie będą się skarżyć? Olewanie tej konkretnej grupy zawodowej przez praktycznie wszystkie kolejne rządy (ktoś jeszcze pamięta Białe Miasteczko, za poprzednich rządów PiSu?) będzie miało niebawem dość chujowe konsekwencje: „Z danych Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych wynika, że od 2008 roku sukcesywnie wzrasta średni wiek pielęgniarek i położnych w Polsce. W roku 2016 wynosił on już 50,79 lat co oznacza, że pielęgniarki i położne są „starą demograficznie grupą zawodową”. Według statystyk 69,5 procenta aktywnych zawodowo pielęgniarek i położnych jest w wieku powyżej 45 lat.” Pamiętacie te idiotyzmy, o tym, że „jak ci się wydaje, że za mało zarabiasz, to zmień pracę i nie pierdol?”, których to idiotyzmów wyuczono część społeczeństwa? Dane na temat średniego wieku pielęgniarek wskazują na to, że młodzi ludzie wzięli sobie te „rady” do serca i nawet nie chce im się zaczynać pracy w chujowo opłacanym zawodzie. Myślę, że sytuacje uzdrowiłoby szczucie dronów na pielęgniarki, które to drony będą zasrywać internet wpisami o tym, że pielęgniarka to powołanie, a nie zawód i co one sobie w ogóle wyobrażają, że chcą pieniędzy. To na pewno pomoże młodym ludziom w podejmowaniu decyzji o tym, czy warto zostawać pielęgniarką. No, ale wróćmy do protestu, który został przez polityków partii rządzącej potraktowany bardzo poważnie: „Sejmik województwa podkarpackiego przyjął we wtorek (10 lipca) na nadzwyczajnej sesji stanowisko, w którym zaapelował do personelu szpitalnego o powrót do wykonywania obowiązków i poprosił o "rozsądne działania mające na celu zażegnanie trwającego kryzysu". Nie, nie żartuję, banda ćwoków, którzy są w stanie wyjebać kilkadziesiąt/kilkaset tysięcy złotych na kampanie wyborcze – urządziła sobie głosowanie, w trakcie którego przegłosowano to, że pielęgniarki powinny przestać protestować. Wydaje mi się, że lepszym pomysłem powinno być przegłosowanie wniosku „żeby społeczeństwo powstrzymało się od chorowania, bo takie egoistyczne zachowanie obciąża budżet”. Ponieważ protest miał formę taką, że personel pielęgniarski przedłożył zwolnienia lekarskie, pomocną dłoń wyciągnęli do dyrekcji szpitali chłopcy i dziewczęta od Zbyszka: „Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu bada masowe zwolnienia pielęgniarek ze szpitali w Tarnobrzegu i Mielcu. Zawiadomienia złożyły dyrekcje obu placówek, a dotyczą one ewentualnego uzyskania bezpodstawnych zwolnień lekarskich przez pielęgniarki, co utrudniło działalność szpitala i naraziło zdrowie pacjentów.”. Jeżeli mam być szczery, to na miejscu chłopców i dziewcząt od Zbyszka bym się nie rozpędzał za bardzo, bo biorąc pod rozwagę wiek pielęgniarek, oraz to, że mają kurewsko ciężką (obciążającą zarówno fizycznie, jak i psychicznie) robotę, raczej ciężko będzie pośród tych, które miały zwolnienia – znaleźć takie, które są całkowicie zdrowe. Nie zmienia to faktu, że poszczucie prokuratury na pielęgniarki na pewno pomoże dyrekcjom w prowadzeniu negocjacji. Swoją drogą, jedynym wątkiem humorystycznym w całym tym spierdoleniu, jest fakt, że politycy partii rządzącej (np. dyrektor szpitala w moim mieście, który jest również radnym PiSu) są bezbrzeżnie zdziwieni tym, że ktoś uwierzył w propagandę sukcesu ich własnego rządu. Bo przecież nie dało się przewidzieć tego, że jak się na lewo i prawo pierdoli o tym, że nadwyżki praktycznie rozsadzają budżet, to ktoś może się tym nieco zasugerować.

Źródła:


Tekst o "Staropolance" i Read is Bad

https://twitter.com/300polityka/status/1013361221754597376


https://wiadomosci.onet.pl/kraj/fakt-problemy-z-silnikiem-samolotu-lot-u-linie-wydaly-oswiadczenie/nm2pyk3





https://www.tvp.info/22675945/mariusz-kaminski-ulaskawiony-przez-prezydenta


http://telewizjarepublika.pl/trzeba-to-cos-zlapac-i-ogolic-na-lyso-prokuratura-umarza-sledztwo-ws-wpisu-radnej-pis,42675.html


http://300polityka.pl/live/2017/02/14/blaszczak-mecenas-pociej-wlacza-sie-w-akcje-majaca-podwazyc-pierwsze-ustalenia-o-wypadku/


https://fakty.interia.pl/polska/news-wypadek-beaty-szydlo-nie-bedzie-warunkowego-umorzenia,nId,2611369


https://dorzeczy.pl/kraj/23973/Patryk-Jaki-nie-straci-immunitetu.html

http://nadwisla24.pl/2018/07/02/szpital-w-tarnobrzegu-od-dzis-nie-przyjmuje-pacjentow/

http://www.portalsamorzadowy.pl/ochrona-zdrowia/radni-podkarpacia-apeluja-do-personelu-szpitali-o-powrot-do-pracy,110515.html













wtorek, 26 czerwca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #32

Ryszard Czarnecki uchylił rąbka tajemnicy w temacie tego, w jaki sposób polskie władze chcą udoskonalać wolność  mediów: „Nie chodzi o to, by zabierać komukolwiek jego własność. Ale zagraniczni wydawcy muszą dostosować się do reguł. W grę wchodzi odkupienie od tych wydawców ich mediów. Ale nie może być to po jakichś kosmicznych cenach. Gazety przeżywają przecież kryzys”. Ciekaw jestem, jak zareagowałby na pomysł, w myśl którego partia rządząca przegłosowuje ustawę, na mocy której Czarnecki będzie miał obowiązek odsprzedać państwu swoje nieruchomości, ale nie po jakichś kosmicznych cenach, tylko za tyle, ile państwo będzie gotowe zapłacić, bo przecież rynek nieruchomości przeżywa teraz kryzys. Nieco zaś bardziej na serio, Czarnecki po raz kolejny udowodnił, że PiS-owscy spindoktorzy powinni skasować jego adres z list mailingowych, które wykorzystują do rozsyłania przekazów dnia. Śmiem twierdzić, że tak wyglądał ów przekaz dnia „w stanie surowym”. Sam pomysł uPRLowienia mediów nieszczególnie mnie dziwi, bo obecne władze wpadają w histerię, ilekroć media dokopią się do czegoś, do czego nie powinny (na ten przykład, nieistniejąca notatka MSZ o amerykańskim wkurwie, za której to ujawnienie straszono Onet konsekwencjami prawnymi). Ponieważ PiS nie jest w stanie „uszczelnić” sam siebie i partia ta woli doprowadzić do sytuacji, w której, po pierwsze, żadne duże medium nie będzie szukało przecieków (no chyba, że w ramach walki frakcyjnej w PiS), a po drugie, nawet jeżeli jakiś przeciek się zdarzy, to żadne duże medium się nad nim nie pochyli (chyba że w ramach walki frakcyjnej w PiS). Tym, co zupełnie umyka naszym orełom jest fakt, że wprowadzenie takiej ustawy może mieć dość spektakularne konsekwencje. Jakie? Ano takie, że po tym, jak PiS wejdzie cały na biało i zmusi zagraniczne podmioty do odsprzedania mediów (udziałów w tychże/etc.) przy pomocy ustawy (of korz, odsprzedania za grosze, bo pozycja negocjacyjna tych podmiotów [które MUSZĄ sprzedać udziały] będzie żadna), mało który podmiot zagraniczny będzie chciał w cokolwiek w Polsce inwestować. Bo jaką gwarancję będzie miał taki inwestor, że w pewnym momencie rządowi znowu nie odpierdoli i nie zrobi kolejnej „ustawy polonizacyjnej”, która zmusi go do sprzedania firmy za przysłowiowy psi chuj? Czy ktokolwiek z partii rządzącej pomyślał (taki tam żarcik) o tym, że upierdolenie zagranicznych podmiotów w Polsce może mieć negatywny wpływ na to, jak polskie firmy są traktowane „zagranico”? O to, czy ktokolwiek skupił się na tym, że „dekoncentracja” może bardzo źle wpłynąć na naszą i tak już chujową pozycję na arenie międzynarodowej, pytać nie zamierzam, bo nasze władze mają totalnie wypierdolone na politykę zagraniczną (tak więc odpowiedź na to pytanie byłaby raczej oczywista: „tzo?”). Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że wkurw zagranicy to coś, na co nasze oreły liczą. No bo jak się zagranica wkurwi, to PiS-owscy spindoktorzy rach-ciach ułożą narrację pt. „Słyszycie jak wyją? To dlatego, że już nie będą mogli wami manipulować, a polskie media so wreszcie wolne od obcych wpływów!”


A teraz opowiem Wam bajkę o dobrej wolności słowa i złej wolności słowa. W rolach głównych Instytut Na Rzecz Dostarczania Lolcontentu - Ordo Iuris: „Organizacja Ordo Iuris złożyła skargę ws. jednego z odcinków popularnej bajki "Harmidom". W kreskówce występuje jednopłciowa para z dzieckiem”. Nieco później to samo Ordo Iuris wystosowało petycję, w której możemy przeczytać, że: „W niemal każdym tygodniu trafiają do nas informacje, że treści patriotyczne, konserwatywne i chrześcijańskie usuwane są z portali społecznościowych bez ostrzeżenia i bez realnej możliwości odwołania się przez ich autorów. Właściciele tych stron uzurpują sobie prawo do swobodnego interpretowania swoich regulaminów, często łamiąc przepisy o ochronie konsumentów oraz naruszając prawne gwarancje wolności słowa”. Dobra wolność słowa jest wtedy, gdy trzeba bronić rasizmu, antysemityzmu/etc. (bądźmy, kurwa, poważni, prawackie fanpejdże nie spadały z rowerka za to, że pisano na nich „jestem zaniepokojony kryzysem migracyjnym”, bądź też „jestem zaniepokojony reakcją Izraela na nowelizację ustawy o IPN”). Zła wolność słowa (z którą trzeba walczyć) jest wtedy, gdy geje.


Najbardziej rozpoznawalny Wnuk Wyklęty, Dominik Tarczyński, oznajmił jakiś czas temu, że nie jest posłem zawodowym i nie pobiera uposażenia poselskiego. Kiedy zwrócono mu uwagę na to, że w oświadczeniu majątkowym za 2017r. stoi, że jednak pobierał, stwierdził, że owszem, ale w 2018r. przestał. W związku z powyższym, portal Wp.pl zgłosił się do Centrum Informacji Sejmowej z zapytaniem, jak to jest z tym Tarczyńskim. Okazało się, że (co za szok) Tarczyński nadal pobiera uposażenie. Kiedy Wnuka Wyklętego zapytano o tą drobną nieścisłość, ów odpowiedział „Zasada posłów niezawodowych jest taka, że jeśli mają przychody [poza tymi wynikającymi ze sprawowania mandatu posła - przyp. red.], ich uposażenie jest umniejszane o te przychody lub po uzyskaniu poziomu uposażenia [poselskiego] nie jest wypłacane. Ja do tej pory takiego poziomu przychodów nie uzyskałem, więc uposażenie jest mi wypłacane”. Innymi słowy: co prawda biorę kasę, ale nie kłamałem kiedy powiedziałem, że nie biorę, bo jak biorę to się z tego nie cieszę.


Gwiazdor prorządowego mediaworkingu, Krzysztof Ziemiec, spotkał się ze studentami i rozmawiał z nimi o dziennikarstwie. W pewnym momencie powiedział, że „Jeśli jest to stacja komercyjna, prywatna, to też szef ma jakąś linię, ma jakieś interesy, które są do załatwienia "na plus" i do załatwienia "na minus". Więc nie ma dziś niezależnego dziennikarstwa”. W trakcie tego samego spotkania powiedział również, że „pracujący w TVP dziennikarze mają różne poglądy, inaczej jest w przypadku prywatnych telewizji, gdzie szefowie redakcji narzucają linie.”. Rzecz jasna, ta druga wypowiedź miała na celu sprawdzenie czujności widowni, bo w TVP nie pracują żadni dziennikarze. Again, musimy na poważnie, bo i tematyka mało, kurwa, śmieszna. To, że wszystkie media mają jakąś „linię programową”, jest proste jak budowa cepa. Tyle, że jeżeli porównamy TVN z TVP, to ci pierwsi mają „linię programową”, a ci drudzy mają pierdoloną linię frontu, za którą stoją komisarze ludowi. Zgodzę się z Ziemcem w tym, że dziś już praktycznie nie ma niezależnego dziennikarstwa. Tyle że, w przeciwieństwie do Ziemca, mnie to akurat wkurwia straszliwie. Bo w takim układzie najbardziej przejebane mają zwykli obywatele, którzy z założenia nie powinni wierzyć jakimkurwakolwiek mediom/dziennikarzom (a już w szczególności tym, które podkreślają na każdym kroku, jak to one piszą prawdę i jakie to one są, kurwa, niezależne). Ziemcowi bym dał jedną radę. Jak będzie chciał się ponownie udzielać na spotkaniu ze studentami, to niechże powie wprost „ok, robimy was w chuja, ale inni też, więc nie powinniście mieć do nas pretensji”.  


Polskie Radio było łaskawe zrobić „sondę” z pytaniem: „Czy sąsiedzi homoseksualiści mi przeszkadzają?”. Wydaje mi się, że ktoś powinien zrobić sondę z zapytaniem: „Czy przeszkadzają mi sąsiedzi, będący pracownikami Polskiego Radia?”. Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu napisać dwie rzeczy. Primo, porównanie osób homoseksualnych do pracowników Polskiego Radia może zostać źle odebrane, bo w przeciwieństwie do tych drugich, ci pierwsi nie robią nic złego (chyba, że, np., są pracownikami Polskiego Radia). Secundo, za sformułowanie „pytania badawczego” w sposób, w jaki zrobiło to Polskie Radio, opierdol dostałby student pierwszego roku socjologii, albowiem pytanie jest obarczone błędem metodologicznym (ma sugerującą treść).


Prezydent RP od dawna planował swoje referendum i mniej więcej w połowie czerwca ogłosił (no bo przeca nie „ujawnił”) 15 (słownie PIĘTNAŚCIE) pytań referendalnych. Moim zdaniem pytań jest stanowczo za mało. Powinno być ich 100, albowiem w tym roku mamy setną rocznicę odzyskania niepodległości. W teorii mógłbym to jakoś na poważnie skomentować, ale lektura pytań w rodzaju „Czy jest pan/pani za uchwaleniem nowej konstytucji RP, bądź zmian w obowiązującej konstytucji?” sprawia, że czuję jak umierają mi szare komórki. No bo, kurwa, jeżeli organizujesz referendum, w którym pytasz o to, czy suweren chce, żeby w konstytucji znalazły się takie a takie NOWE zapisy, to po chuj pytasz, czy chcą tę konstytucję zmieniać? Jeżeli chcą, to odpowiedzą „tak” na pytania o zapisy, jeżeli nie chcą, to odpowiedzą „nie”. No chyba, że to pytanie będzie „pytaniem filtrującym”, ale jeżeli tak, to należałoby tam dodać „jeżeli Twoja odpowiedź jest przecząca, to odłóż kartkę i spierdalaj do domu”. Aczkolwiek może chodzi o to, ze jak Gajowy przepierdolił ileś tam baniek na referendum JOW-owe, to obecny prezydent nie chce być gorszy.


Arcybiskup Hoser podzielił się swoimi przemyśleniami na temat antykoncepcji (które to „swoje przemyślenia” wyczytał w czyjejś tam encyklice) i powiedział, że jej stosowanie „otworzy szeroką i łatwą drogę zarówno niewierności małżeńskiej, jak i ogólnemu upadkowi obyczajów”. W ramach komentarza chciałbym przypomnieć scenę z jednego z polskich filmów, pt. „Demony wojny według Goi”. W scenie tej żołnierz, grany przez Bogusława Lindę, rozmawia z prokuratorem wojskowym, granym przez Olafa Lubaszenkę. Panowie przerzucają się argumentami i w pewnym momencie Linda zaczyna grać Lindę: „Panie prokuratorze, niech pan spierdala”


Chwilę temu słychać było potężną erupcję „po prawej”, albowiem Sąd Najwyższy oddalił kasację Zbigniewa Ziobry w sprawie drukarza (tego, który uznał, że ludzie gorszej kategorii nie zasługują na to, żeby móc skorzystać z jego usług). Chwilę później erupcja nastąpiła również w innym miejscu, albowiem Grzegorz Sroczyński (to trochę inna odmiana redaktora Wosia) zaczął bić na alarm: „Zły wyrok na drukarza. Czy jesteśmy gotowi drukować antysemickie treści?”. Równie dobrze redaktor Sroczyński mógłby zadać pytanie: „Czy jesteśmy gotowi drukować treści propagujące ustroje totalitarne?”. Odpowiedź na oba te pytania brzmi: Kodeks karny. Żaden „liberalny drukarz” nie musi być „gotowy do drukowania antysemickich treści”, bo propagowanie tychże jest (póki co) nielegalne (aczkolwiek różnie bywa ze ściganiem, bo przeca sarkazm, ironia i symbol szczęścia i pomyślności) . Czemu więc redaktor Sroczyński zrównał drukowanie „antysemickich ulotek” z drukowaniem materiałów promocyjnych organizacji LGBT? Bo chciał się trochę powymądrzać. Gdyby na serio zależało mu na dyskusji, to zadałby pytanie: „czy fani drukarza są gotowi na to, że jakiś przedsiębiorca ich pogoni, ze względu na ich poglądy/wyznanie/orientację seksualną?”. Pytanie to mógłby skierować bezpośrednio do Ordo Iuris, które lansuje się na tej całej sprawie i non stop nawija o „klauzuli sumienia”. Śmiem twierdzić, że gdyby ktoś pogonił Ordo Iuris i stwierdził, że nie wydrukuje im tego i tego, bo są organizacją religijną, to 5 minut po „pogonieniu” prokuratura zostałaby poinformowana o możliwości popełnienia przestępstwa, bo „obraza uczuć religijnych”, a prawicowy internet wyłby wniebogłosy, bo „atakujo wolność słowa!”. Cały tekst Sroczyńskiego polecam jedynie ludziom o mocnych nerwach, a tutaj się popastwię nad dwoma fragmentami: „Po pierwsze, wiem, jaki ten wyrok będzie miał psychologiczny efekt: drukarz poczuje się potraktowany niesprawiedliwe przez „lobby gejowskie i sądy” i w swoich poglądach stanie się jeszcze bardziej zapiekły. Podobnie inne osoby o zbliżonych do niego poglądach. Przymus nie jest najlepszym narzędziem do szerzenia tolerancji.”. Chuj mnie, kurwa, obchodzi to, że wyrok zranił uczucia drukarza. Znacznie ważniejsza jest ochrona tej części społeczeństwa, którą drukarz (oraz jego fani) uznają za ludzi gorszego gatunku (bo „choroba” i te sprawy). Redaktor tego raczej nie zrozumiał, bo nieco później walnął „Trzeba przyjąć do wiadomości, że żyją w Polsce ludzie, dla których organizacje LGBT są tak samo obce i wstrętne, jak dla nas antysemita Bubel”. Zapiszę sobie to zdanie i będę go używał jako odpowiedzi na pytanie „dlaczego uważasz symetryzm za odmianę nowotworu”. Nieco zaś bardziej na serio, argumentacja Sroczyńskiego jest powalająca. Ponieważ w Polsce są ludzie pokroju Leszka Bubla, którzy uważają, że część społeczeństwa jest „gorsza” i trzeba ją zwalczać, powinniśmy zagwarantować „drukarzom”, prawo do traktowania części społeczeństwa, jako „gorszej” i do zwalczania jej, poprzez utrudnianie dostępu do różnych usług. Mnie to jakoś, kurwa, nie przekonuje.


Zastanawiałem się nad tym, czy jakoś skomentować negatywne zaopiniowanie ustawy o związkach partnerskich przez KRS, ale chyba nie ma to sensu, bo tak naprawdę zebrał się zespół kolesi, którzy bronią obecnej władzy.  


Krzysztof Bosak po raz kolejny podzielił się swoimi głębokimi przemyśleniami z użytkownikami Twittera: „Masz na to jakieś badania?”-ta fraza zaczyna paraliżować normalną dyskusję w obdarzonej inteligencją młodszej części społeczeństwa. Ludzie w wieku +-20 lat zaczynają pozować na znawców nauki,a zarazem przestają samodzielnie używać rozumu. Roztropność i zdrowy rozsądek w odwrocie”. Ta wypowiedź ma dla mnie wymiar sentymentalny, albowiem parę lat temu dostałem od Bosaka bana za to, że miałem czelność zapytać go o to, czy ma jakieś badania na poparcie swojej tezy. Rozpaczliwy ton tego ćwita sugeruje, że Bosak już nie wyrabia z banami. Z tego z kolei wynika, że coraz więcej osób stara się jakoś weryfikować „roztropność i zdrowy rozsądek” wszelkiej maści Bosaków. Nie ukrywam, że mnie to cieszy.


Nie chciało mi się pisać o mundialu, ale wypowiedź jednego z rządowych mediaworkerów jest na tyle wyborna, że muszę się nią z wami podzielić. Powitajcie oklaskami Wojciecha Biedronia „Centrum Warszawy. Syci i zadowoleni POLACY, z zaciśniętymi pięściami, kibicują Niemcom. W Warszawie, gdzie kilka metrów dalej Niemcy mordowali rannych powstańców. Ja wiem, że to inne czasy, żę turniej, piłka i emocje. Tego jednak zrozumieć nie mogę. Nie oceniam. Stwierdzam...” Tak, to jest na serio. Nie, też nie mam, kurwa, pojęcia co ja właśnie przeczytałem. Nie, nie wiem, czemu w tym tweecie nie poruszono tematu reparacji.


Chwilę temu odbył się Kongres Kobiet. Po kongresie rozpętała się mała gównoburza, albowiem okazało się, że taki kongres to fajna sprawa, bo jak się jest ochroniarką, to można stać przez cały czas (i ćwiczyć silną wolę, bo obok stoi krzesło-kusiciel). Dobrego imienia Kongresu broniła Magdalena Środa, która stwierdziła, że w sumie to chujowo, że ochroniarka stała, ale po pierwsze – pewnie miała takie coś w umowie, a po drugie, to Magdalena Środa też była dwa dni na nogach. Odnośnie tego pierwszego, może warto by było zwracać uwagę na to, jak „podwykonawca” traktuje podwładnych (szczególnie w sytuacji, w której organizuje się taki, a nie inny event)?  Tzn. naprawdę wszyscy mieli tak bardzo w dupie tę ochroniarkę, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że non stop sterczy obok tego krzesła i na nim nie siada? Ja wiem, że kiedyś było tak, że dobra służba nie zwracała na siebie uwagi (i można było np. lokaja przegapić), ale te czasy już chyba, kurwa, minęły? Do utyskiwań Środy na to, że „W sali VIP było bardzo mało krzeseł, więc na ogół musiałyśmy stać” chyba nie ma sensu się odnosić.


HAHA! Myśleliście, że w tym Przeglądzie nie będzie zblokowanych tematów?! Nawet mi Was nie żal! A na serio, to na koniec zostawiłem dwa obszerniejsze kawałki tekstu. Zacznijmy od tematu, który łaził za mną od pewnego czasu i którym jest nadużywanie, określenia „skrajna lewica” przez prawicowych mediaworkerów/polityków. Wydaje mi się, że najlepszym przykładem będzie tu wypowiedź Patryka Jakiego: „Jeżeli zostanę prezydentem Warszawy, jedną z najważniejszych zasad, jaką będzie wyznawał samorząd, będzie wolność. Wszyscy będą mieli prawo manifestować, bez względu na to, czy to będzie organizacja skrajnie lewicowa, czy skrajnie prawicowa.” Szkoda, że nikt nie zapytał Patryka Jakiego o to, co rozumie pod pojęciem „skrajna lewica”. Nie chodzi mi o jakieś podręcznikowe cytaty, ale o kilka wymagań, które trzeba spełnić, żeby być „skrajną lewicą”. Nieco światła rzuca na to wypowiedź jednego z posłów KUKIZ'15, która była komentarzem do wypowiedzi Rafała Trzaskowskiego: „Trzaskowski: Chętnie udzielę ślubu parze homoseksualnej (...) Tomasz Rzymkowski:  Politycy PO poprzez kwestie światopoglądowe szukają głosów wyborczych. (…) To próba zgarnięcia skrajnie lewicowego elektoratu”. W myśl tej retoryki - „skrajnie lewicowi” są ludzie, którzy są zwolennikami legalizacji związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to przypomniałbym o tym, że w Wielkiej Brytanii małżeństwa jednopłciowe zalegalizowała Partia Konserwatywna. Ponieważ zaś nie jestem złośliwy, zwrócę jedynie uwagę na fakt, że zwolennikiem legalizacji małżeństw jednopłciowych może być osoba o skrajnie liberalnych poglądach ekonomicznych. W myśl narracji budowanej w pocie czoła przez prawicę, taka osoba ma „skrajnie lewicowe” poglądy. Można spokojnie założyć, że „skrajną lewicą” są wszyscy, którzy mają „nieprawicowe” poglądy w kwestiach takich jak: aborcja, in vitro, związki partnerskie/etc. Wydaje mi się, że „skrajna lewica” is the new „lewak”, ponieważ „lewak”, jako obelga trochę się zużył. No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że w Polsce „skrajnej lewicy” z prawdziwego zdarzenia ni chuja nie ma. Nie ma bowiem „lewicowego” odpowiednika Młodzieży Wszechpolskiej, ONR, NOP, Ruchu Narodowego/etc. No zaraz, a Antifa? No nie bardzo, albowiem Antifa zajmuje się głównie Sebixami z wcześniej wymienionych organizacji. Mnie chodzi o organizację, która używałaby skrajnie lewicowej retoryki. Na ten przykład domagałaby się wywłaszczania posiadaczy (nie, postulowanie wprowadzenia 75% podatku na zarobki powyżej 500 tys/rok) uśmiercania wrogów prekariatu/etc. Skrajna lewica organizowałaby eventy, na których wieszano by kukły finansistów/etc. Nawiasem mówiąc, nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego, w jaki sposób na takie hasła/eventy zareagowaliby komentatorzy/politycy, którzy uważają, że „skrajnie lewicowa” (neokomunistyczna/etc) jest partia, która nie wyraża zgody na to, żeby zgodne z prawem było dymanie pracowników (i płacenie im, np., 3 złotych za godzinę pracy [BO PRZECIEŻ FIRMA PO PROSTU NIE MA Z CZEGO WIĘCEJ PŁACIĆ!!!]). Śmiem twierdzić, że gdyby się taka lewica pojawiła, to mogłoby dojść do „wyjebania skali” i jestem się gotów założyć o wiele, że taką na serio skrajnie lewicową organizacją momentalnie zajęłyby się wszystkie możliwe służby (i nie byłoby taryfy ulgowej, jak w przypadku skrajnej prawicy, która musi odjebać naprawdę srogą inbę, żeby ktoś się nad nią pochylił [np. grozić śmiercią agentowi ABW, albo konsumować Wunderwaffel]). Zachęcałbym wszystkich do tego, żeby każdego polityka/dziennikarza, który zacznie nawijać coś o „skrajnie lewicowych organizacjach” zapytać o to, jakie konkretnie organizacje ma na myśli i co sprawiło, że akurat te. Aczkolwiek uprzedzam, że zapytany może się zdenerwować i poczęstować banem (tak jak Krzysztof Bosak za pytania o badania potwierdzające jego wypowiedzi).


Na Codzienniku Feministycznym pojawił się artykuł opisujący kolejnego przemiłego jegomościa (Krzysztofa Wołodźkę), który postanowił rozsyłać kobietom sex-wiadomości za pośrednictwem Facebooka. Nie trzeba chyba dodawać, że wiadomości te, były, eufemizując „niezamówione”, zaś jegomość nie reagował na sygnały sugerujące mu, że mógłby pospierdalać. Za każdym jebanym razem po opisaniu takiej historii mamy do czynienia z wysypem dzbanów, które, niestety, są nietłukące. Moim zdaniem, tym razem najjaśniej zabłysnęła gwiazda Wojciecha Engelkinga, nad którego ćwiterową twórczością (odnoszącą się do tej sprawy) się pochylę. Zaczęło się w sposób „klasyczny”, albowiem Engelking napisał: „Słuchajcie, młode pokolenie polskich feministek odkryło, że podrywanie jest molestowaniem.” Pozwolę sobie w tym miejscu na parafrazę: Słuchajcie, młode pokolenie polskich pisarzy nadal nie odkryło, że molestowanie nie jest podrywaniem”. Potem wywiązała się dyskusja. Ze względu na oszczędność miejsca, będę cytował jedynie wypowiedzi Engelkinga (jeżeli ktoś ma ochotę wydłubać sobie oczy, linki będą w źródłach). „Nikt przecież nie mówi, że zachowanie KW jest jakoś wybitnie przyzwoite. Podryw w złym smaku, w stylu "ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić", też jest jednak podrywem, a nie molestowaniem.” Młode pokolenie pisarzy, po raz kolejny udowadnia, że molestowanie jest dlań formą podrywu. Zdradzę młodemu pokoleniu pisarzy, że cytowany tekst (o ruchaniu i chodzeniu) był idiotycznym żartem, który opowiadano sobie w męskim gronie w czasach, w których starsze pokolenie blogerów chodziło do liceum. Kiedy paniczowi Engelkingowi zwrócono uwagę na to, że odbiorczynie sobie nie życzyły tych wiadomości, panicz stwierdził, że „Nie powiedziałbym, żeby to był sprzeciw wprost i żeby to było nękanie, to raz. Dwa: tak, będąc z kimś, ma się ustalony kod zachowań, bo się kogoś zna i jest się przez kogoś znanym w sferze intymnej. Podrywając kogoś - nie ma się tego kodu, bo się tak danej osoby nie zna.”. Zacznijmy od fragmentu tekstu: „W końcu, po dwóch miesiącach od pierwszego kontaktu, w tym dwóch tygodniach ciszy, spytał mnie nagle, czy może powiedzieć mi „bardzo frywolny komplement”. Odmówiłam, uzasadniając to tym, że nie chciałabym, aby wpłynęło to negatywnie na nasz późniejszy kontakt.” To chyba ten moment, w którym powinienem napisać, że „młode pokolenie pisarzy nie potrafi rozpoznać sprzeciwu”. Równie spektakularna jest próba tłumaczenia molestowania tym, że jak się rozmawia z nowo poznaną osobą, to się jej nie zna (ergo, nie wiadomo „na ile sobie można pozwolić” [bo zapewne o to chodziło Engelkingowi]). Nie należę do młodego pokolenia pisarzy, więc nie przemawia do mnie ta argumentacja. Bo jak mam to rozumieć? Że jeżeli ktoś podrywa nowo poznaną osobę, to może robić dosłownie wszystko, bo „przecież nie zna tej drugiej osoby, więc nie wie, jakie są jej oczekiwania” (rzecz jasna, myślenie takimi kategoriami zupełnie wyklucza to, że podrywana osoba może, kurwa mać, nie mieć żadnych oczekiwań po prostu, bo nie ma ochoty na bycie podrywaną, amen). Budowanie narracji „alarm! Oni uważają, że podryw to molestowanie!” jest skrajnie absurdalne. Bo jakoś sobie nie jestem w stanie wyobrazić, żeby zapytanie „czy dałbyś/dałabyś się zaprosić na kawę/piwo/do kina/ do księgarni/na polowanie na Ogary Tyndalla” zostało uznane za molestowanie. W dalszej części dyskusji mamy znowu „klasyczny” argument: „to jest grząski grunt i nie chcę Pani urazić, ale naprawdę nigdy nie usłyszała/wypowiedziała Pani "nie" znaczącego "tak"? Bo ja wielokrotnie. I słyszałem/wypowiadałem też "nie" znaczące "nie", żeby nie było.” (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zapytana przez Engelkinga kobieta odpowiedziała „Nie”[aż dziw bierze, że Engelking nie stwierdził, że jego zdaniem to „nie” brzmiało jak „tak”]). To jest coś, co mnie wkurwia straszliwie. Tzn. budowanie narracji (a raczej sprawianie, że owa narracja nie może umrzeć), w myśl której kobiety, to jakieś magiczne stwory, które mówiąc „nie” – chuj wie co mają na myśli, bo na pewno nie chodziło o „nie”. Owszem, Engelking zaznaczył w swojej wypowiedzi, że to wypowiadanie „nie”, które wcale nie znaczy „nie”, przydarzało się również jemu, ale skoro można uznać, że „nie” znaczy „tak”, to można również uznać, że Engelkingowi chodziło o kobiety, a siebie tam dodał tylko po to, żeby ktoś mu nie zarzucił, że „zawsze się trochę nie słucha „nie”, nieprawdaż?”. Dyskusja była znacznie dłuższa i w pewnym momencie Engelking zaczął opowiadać o tym, że kobiety go podrywały wysyłając mu zdjęcia biustów, choć on wcale nie miał ochoty ich oglądać (oczywiście, że mu wysyłały, jestem o tym przekonany, bo mnie wysyłano znacznie gorsze rzeczy: zdjęcia 6-wymiarowych hipersześcianów, sefliki Shub-Niggurath, a nawet fotosy Sfery Dysona [w skali 1:1]), tak więc darujemy sobie resztę.


Źródła:

https://dorzeczy.pl/kraj/66457/Media-z-obcym-kapitalem-odkupimy-Byle-nie-za-drogo.html



http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23507871,beczek-trojka-pyta-czy-przeszkadzaja-nam-homoseksualisci.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23537686,referendum-prezydenta-z-16-pytaniem-misiewicz-proponuje-cos.html





https://twitter.com/krzysztofbosak/status/1008650130965323776





O przygodach Sebixów, którzy uznali, że grożenie agentowi ABW to super pomysł, możecie poczytać w książce Kąckiego „Biała siła, czarna pamięć”




https://twitter.com/W_Engelking/status/1009022689548423168