wtorek, 5 czerwca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #31

Żeby tradycji stało się zadość, zaczynamy od „zblokowanych” tematów. Na pierwszy ogień idzie Stanisław Pięta, aka Strażnik Moralności, którego dokonania sprawiły, że zupełnym przypadkiem, przypomniała mi się łacińska sentencja „Quis custodiet ipsos custodes?”. Choć, z drugiej strony, może chodziło o to, że Stanisław Pięta, wiedząc o tym, że gender zamierza zniszczyć mu rodzinę, postanowił wykonać „atak uprzedzający” i zniszczyć ją sam (bo nie będzie gender pluł mu w twarz!). Wszystko zaczęło się od okładkowego artykułu w „Fakcie”, w którym opisano romans posła i to, że próbował załatwić swojej kochance robotę w Spółce Skarbu Państwa. Przyznam, że ciekaw byłem, w jaki sposób Obrońca Rodziny będzie się bronił, ale jego pierwsza reakcja (zapowiedź wydania oświadczenia na drugi dzień) świadczyła o tym, że wpadł jak przysłowiowa cebula w kompot. Gdybym był złośliwy napisałbym coś hejterskiego, ponieważ zaś złośliwy nie jestem, pozwolę sobie zacytować fragment jednej z wypowiedzi Stanisława Pięty: „ Chciałbym przekazać dziecku te wartości, które rodzice mnie wpoili. Żeby dziecko było wychowane w duchu tradycji i szacunku do kultury. Żeby było przywiązane do świętej wiary rzymskokatolickiej, by starało się pomagać innym ludziom. Chciałbym, żeby moja córka doceniała za jakiś czas znaczenie jakie niesie ze sobą wspólnota w każdym jej wymiarze. Kulturowa, narodowa, rodzina. To chcę żeby jakoś w niej zostało”. No dobrze, ale nie zebraliśmy się tutaj po to, żeby się rozwodzić (owszem, musiałem) nad konserwatyzmem posła Stanisława. Zamiast tego, pochylimy się nad strategią obrony przyjętą przez rządowych mediaworkerów i polityków partii rządzącej (zaraz przekonacie się o tym, że warto było czekać). Pierwszy był Marcin Makowski (bardzo wrażliwy jegomość, rozdający na Twitterze bany na lewo i lewo), który, pisząc swój artykuł, musiał mieć świadomość, że w przeciwieństwie do polskiej dyplomacji, ten romans nie istniał jedynie teoretycznie: „Czy poseł Pięta miał romans? Nie wiem i mało mnie to obchodzi.(...)”. Szczególnie bawi mnie to „nie wiem”, bo Makowski w dalszej części tekstu napisał, że dodzwonił się do Pięty, ale ten w sumie powiedział tyle, że „będzie oświadczenie”. Zaś to, że „mało mnie to obchodzi” nie dziwi mnie wcale - trwałość małżeństw polskich konserwatystów można mierzyć w milisekundach, więc na chuj drążyć? Potem przyszła pora na Samuela Pereirę, który napisał: „Brukowiec chciał uderzyć w Piętę, bo jest z PiS - a tak naprawdę największą krzywdę wyrządził jego rodzinie i samej Izabeli, która stała się "gwiazdą" w charakterze mało dla siebie przyjemnym. Tak działają hieny. Od hien dobrze się trzymać z daleka.”. Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć „no zaraz, ale czy aby nie było tak, że rządowe media, swego czasu, grzały temat romansu Króla Przysłów, Ryszarda Petru?”. Owszem, grzały, ale Ryszard Petru, w przeciwieństwie do Stanisława Pięty, nie był zadeklarowanym „obrońcą rodziny”, więc można było „wyrządzić krzywdę jego rodzinie”. Potem było już tylko bardziej spektakularnie „UJAWNIAMY. Nykiel i Biedroń o KULISACH operacji „Joanna””, „Czarnecki o skandalu z udziałem posła Pięty: "Być może mamy tutaj do czynienia z pewną ustawką””, „W nowym numerze tygodnika „Sieci”: Jak się załatwia polityka. Kulisy skandalu z udziałem Stanisława Pięty”. Zdradzać żonę to sobie mógł Petru, Pięta był niewinną ofiarą wojny hybrydowej... Teraz zaś przyszła pora na komentarz nieco bardziej na serio. Jeżeli ktoś nie ma co robić ze swoim życiem, to polecam zapoznanie się z kilkoma wrzutkami rządowego agitpropu (z „wywiadem” udzielonym przez Piętę włącznie). Polecam to, ponieważ sam, kurwa, cierpiałem czytając te brednie, a poza tym dlatego, że bardzo wyraźnie widać tam to, w którą stronę idzie narracja. Narrację tę idealnie obrazuje wypowiedź Ryszarda Czarneckiego, który na pytanie o to, co ma do powiedzenia na temat romansu Pięty, odpowiedział, że jeżeli Pięta mówi, że nikomu nie obiecywał załatwienia pracy, to on mu wierzy. Jeżeli komuś się wydaje, że Ryszard tak sam z siebie nie odpowiedział na zadane pytanie, to ten ktoś ma rację, wydaje mu się. Tę narrację „nikt nikomu niczego nie obiecywał” agitprop tłucze od pewnego czasu. Dzieje się tak z tej prostej przyczyny, że za romans nie ma paragrafów (więc można spokojnie olewać ten temat), ale za załatwianie roboty (bądź też za obietnice załatwienia tejże) już są. Owszem, koledzy Staszka mogą sprawę utrącić przy pomocy wymiaru sprawiedliwości, ale lepiej mieć wcześniej pod to podkładkę w postaci odpowiedniej narracji, żeby się suweren nie wkurwił. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że to wszystko może się wypierdolić na dowodach. Konkretnie zaś na zapisach rozmów, którymi może dysponować niedoszła matka sześciorga dzieci Stanisława Pięty. Jeżeli będą „za bardzo jednoznaczne”, to nawet zreformowany wymiar sprawiedliwości może Pięcie nie pomóc (uwaga natury ogólnej, ten kawałek Przeglądu został napisany w niedzielę, więc nie uwzględnia on poniedziałkowych kontynuacji inby).


Drugim zblokowanym tematem będzie sprawa protestu opiekunów osób z niepełnosprawnościami. W trakcie protestu, który został zawieszony w zeszłą niedzielę, rząd wysyłał w kierunku protestujących raczej jednoznaczne sygnały, które można skompilować do „idźcie się opiekować osobami z niepełnosprawnościami gdzie indziej”. Rzecz jasna, używano nieco innych słów. Przykładowo, Jacek Sasin powiedział, że „Nie będzie żywej gotówki dla protestujących. Ci, którzy mówią, abyśmy dali te pieniądze, niech powiedzą komu mamy zabrać”. Trochę mnie to zdziwiło, bo poprzedniczka Premiera Tysiąclecia powiedziała swego czasu, że „Rządzi Prawo i Sprawiedliwość i pieniądze są i będą. Swoją drogą po raz kolejny zadaję pytanie: Gdzie były te pieniądze? Niektórzy mówią, że wystarczy nie kraść”. Biorąc pod rozwagę tę wypowiedź, boję się myśleć o tym, w jaki sposób powinniśmy interpretować wypowiedź Sasina, bo jeżeli pieniędzy nie ma, to gdzie są? Ponieważ protest trochę potrwał, spora część rządowej machiny propagandowej wpadła w panikę. Efektem paniki było gnojenie protestujących przez internetowych influencerów i pomniejsze drony Prawa i Sprawiedliwości. Traf chciał, że gnojenie nie przynosiło rezultatów i protestujący nadal nie chcieli sobie iść, z pełną premedytacją uruchomiono „wyższe szarże”. Doskonałym przykładem tego, do czego zdolny jest obecny establishment, jest wypowiedź Stanisława Janeckiego, który napisał na swoim Twitterze „Jestem za natychmiastowym spacyfikowaniem tego syfu.” (wrócę do tej wypowiedzi trochę liter później). Histeria postępowała dalej, dzięki czemu (i dzięki TVP) mogliśmy się dowiedzieć, że „Protestujący powoli zaczynają się radykalizować”. Nie wiem, co musieliby zrobić protestujący, żeby w porównaniu do takiego Janeckiego wyjść na radykałów, ale, z drugiej strony, nie jestem pracownikiem TVP, więc pewnie czegoś nie rozumiem. Myliłby się ten, kto by uznał, że karuzela się w tym momencie zatrzymała, bo w tym momencie weszli mediaworkerzy z „Sieci”, cali na biało: „dziennikarze ujawniają szokujące kulisy protestu, który odbywa się w Sejmie. Demaskują akcję, która okazała się działaniem politycznym liberalnej opozycji mającym doprowadzić do obalenia rządu.”. Pech chciał, że tygodnik wychodzi w poniedziałki, a protest zakończył się w niedzielę. Domyślam się, że tylko zawieszenie protestu sprawiło, że w rządowych mediach nie padł sakramentalny argument o wojnie hybrydowej. Obiecałem Wam (choć w sumie to chyba raczej „groziłem”), że w tym Przeglądzie pojawi się duet Godek&Terlikowski. Jak to się stało, że ów duet nie pobiegł do Sejmu żeby wesprzeć protestujących? W przypadku Terlikowskiego jest to o tyle ciekawe, że w 2014 roku miał dużo do powiedzenia na temat protestu opiekunów osób z niepełnosprawnościami. Teraz zaś, eufemizując, niespecjalnie się wyrywał. Jak do tego doszło? Odpowiedź na to pytanie brzmi: pieniądze. Kaja Godek dostała fuchę w paśniku SSP. Tomasz Terlikowski wisi zaś w Republice (po tym, jak został zdetronizowany przez Dorotę Kanię), a poza tym „W kwietniu 2018 zaczął prowadzić w Polskim Radiu 24 cotygodniową audycję Terlikowski na froncie”. Zarówno Kaja Godek, jak i Tomasz Terlikowski starają się uchodzić za „buntowników”, ale prawda jest taka, że PiS trzyma ich oboje na krótkiej smyczy. Piękno trzymania kogoś przy paśniku polega na tym, że można go momentalnie od tego paśnika odgonić. Zapewne wyglądało to tak, że oboje dostali propozycję nie do odrzucenia: „jeżeli się za nimi wstawicie to możecie sobie szukać pracy gdzie indziej, życzymy powodzenia”. Owszem, Kai Godek zdarzało się „krytykować PiS” za opóźnienia w procedowaniu jej zygotariańskiej ustawy, ale prawda jest taka, że Kaja Godek krytykuje PiS dlatego, że PiS jej na to pozwala. Gdyby kazano jej zamilknąć, to nagle by się okazało, że ma tyle pracy przy silnikach, że nie ma czasu na nic innego (dokładnie tak samo rzecz się ma z Terlikowskim, aczkolwiek on byłby pewnie bardzo zajęty zmienianiem żonie wygaszaczy ekranu). Tak, ja też mam już dosyć, ale na koniec tej części jeszcze dwie sprawy. Pamiętałem protest z 2014 roku i pamiętałem, że część mediów i komentatorów „przytulonych” do poprzedniej władzy usiłowała hejtować protestujących. Przypierdalano się do nich za to, że wyjeżdżają na wakacje, że ktoś tam ma drogie okulary/etc. (innymi słowy, hejtowanie było mocno chujowe, ale nie osiągnęło poziomu spierdolenia dzisiejszych „przytulonych”). Pogrzebałem więc w internetach i znalazłem artykuł pt.: „Usłużne media donoszą - rodzice dzieci niepełnosprawnych żyją jak paniska...”. Nie muszę chyba dodawać, że artykuł ów pojawił się na portalu wPolityce, tego samego, w którym fuchę ma Stanisław Janecki. Nazwisko tego przemiłego jegomościa przypomina mi o tym, że miałem wrócić do jego wypowiedzi. Jak tak patrzę na dokonania mediów rządowych i wszelkiej maści pluszaków władzy, to mam nadzieję, że ów syf zostanie spacyfikowany przy urnach wyborczych.


Na moment odpocznijmy od zabawnych tematów i przejdźmy to bardzo ważnych kwestii. Trochę ponad dwa tygodnie temu, jadący na rowerze Hindus minął Krzysztofa Bosaka. Wydarzenie to było dla tego drugiego na tyle istotne, że postanowił napisać o tym tweet wzywając Prawo i Sprawiedliwość do debaty. 


Roman Polański skrytykował akcję #Metoo. Ciekaw jestem co miałby do powiedzenia na jej temat Józef Wesołowski. 


Joanna Lichocka na spotkaniu z wyborcami w Lipnie zaczęła opowiadać o tym, że najchętniej wprowadziłaby jednowładztwo Jarosława Kaczyńskiego (to się chyba nazywa „wyważanie otwartych drzwi”) i pozamykała do więzień tych i owych. Utyskiwała również na to, że jesteśmy, niestety, krajem demokratycznym i obowiązują nas prawa i zasady państw demokratycznych. Ta sama posłanka Lichocka była niemożebnie skonfundowana tym, że jej wypowiedź wywołała gównoburzę, bo „przecież to był żart”. I to jest, kurwa, na serio niesamowite. Tzn. to wieczne zdziwienie polskich polityków, którzy pierdolą jakieś głupoty, a potem są straszliwie zdziwieni tym, że ktoś ich cytuje. Ale to tylko dygresja. Lichocka dodała również, że ten „żart” był odpowiedzią na pytanie zadane przez wyborców. Nie wiem, jak brzmiało to pytanie, ale pewnie było to coś w rodzaju „ej, przecież non stop opowiadacie o tym, że PO kradło miliardy i nawet audyt zrobiliście, czemu ci ludzie jeszcze nie siedzą?”. I co miała w tym momencie powiedzieć Lichocka? „Nie no, przecież to tylko spin, który man PR-owcy przygotowali, chyba w to nie uwierzyliście?” Raczej nie bardzo, bo nawet betonowy elektorat rodem z Klubów Gazety Polskiej, mógłby się poczuć nieswojo i zacząłby się rozglądać za taczkami.


Gdybym miał wymienić coś, co wkurwia mnie najbardziej w polskich publicystach, byłaby to ich wewnętrzna potrzeba udowadniania, że znają się na wszystkim. Nie chciałbym być źle zrozumiany, nie mam nic przeciwko ludziom, którzy mają sporą wiedzę i wypowiadają się na różne tematy. Jednakowoż mam, kurwa, wszystko przeciwko ludziom, którzy wypowiadają się na różne tematy, pomimo nie posiadania żadnej wiedzy. Jedną z takich osób jest redaktor Rafał Woś, który jakiś czas temu wywołał gigantyczny flejm na Twitterze. Zaczęło się od tego, że jeden ćwiterianin napisał: „W TOK FM redaktor Rafał Woś przekonywał (zupełnie serio),że kibole to taka sama grupa "słabych" jak protestujący niepełnosprawni w sejmie, tylko nie potrafią się inaczej komunikować jak przez przemoc. Są "słabi" bo są bezsilni wobec władz klubu”. Na odpowiedź redaktora nie trzeba było długo czekać: „zawsze po stronie słabszego. Nie tylko wtedy kiedy pasuje do antyPiSowskiej narracji..” Kiedy jedna z ćwiterianek napisała „Mojego znajomego ci słabsi ładnie oklepali i pozbawili kurtki. Mam nadzieję, że im dobrze służy.” Czujny redaktor Woś od razu odparł: ”Proszę sobie podstawić pod "kibola" Żyda albo Araba. I wygłosić tego typu zdanie. Będzie Pani przerażona efektem..”. Potem już poszło z górki, bo redaktor niemalże każdemu, kto krytykował agresywne zachowanie kiboli (to jest kluczowe, bo nie chodziło o ludzi, którzy przychodzą na mecz podrzeć japę, ale o tych, którzy specjalizują się we wpierdolu) zarzucał klasizm (za SJP „dyskryminacja związana z przynależnością do klasy społeczno-ekonomicznej”). Moim pierwszym skojarzeniem po lekturze wypowiedzi Wosia (ok, drugim, bo pierwszym było „co ja, kurwa mać, czytam i dlaczego to sobie robię?”), było hasło „antropologia gabinetowa”. W telegraficznym skrócie, antropolog gabinetowy miał dużo do powiedzenia na temat różnych społeczności (które, pieszczotliwie, określał mianem społecznościami „dzikich”), ale wolał badać te społeczności „na odległość”. Wspominam o tym dlatego, że Rafał Woś jest kimś w rodzaju „socjologa gabinetowego”, który „analizuje” zachowanie kiboli zza biurka. Nie da się bowiem inaczej wytłumaczyć fenomenu kogoś, kto uważa, że ludzie, którzy nie twierdzą, że nie przepadają za dostawaniem po mordzie od kiboli, są „klasistami”. Głęboka znajomość tematu sprawia, że Wosiowi pomyliły się przyczyny ze skutkami. To nie jest tak, że kibolom włącza się agresja bo nikt z nimi nie chce rozmawiać. Nikt nie chce z nimi rozmawiać, bo są agresywni. Jeżeli komuś do wpadnięcia w berserk wystarczy to, że zobaczy na ulicy kogoś w szaliku drużyny, za którą nie przepada, to chuj mnie to boli, czy ten człowiek jest biedny, czy bogaty, bo znacznie bardziej istotne jest to, że ma zajebiste problemy z kontrolowaniem agresji. Ujmujące jest to, że Woś z wypowiedzi ćwiterianki zrozumiał tyle, że ona hejtuje „biedę”, bo napisała, że kibole zabrali jej kumplowi kurtkę. I do głowy mu, kurwa, nie przyjdzie, że oni nie zabrali mu tej kurtki dlatego, że byli biedni, ale dlatego, żeby musiał bez niej zapieprzać do domu. Niebawem Woś zacznie przekonywać nas do tego, że kibole sobie nawzajem zabierają szaliki dlatego, że nie stać ich na kupno własnych. Warto w tym miejscu nadmienić, że taka analiza może być dla redaktora groźna, bo może w jej wyniku popaść w stupor, bo będzie musiał uznać, że kibole biją się między sobą dlatego, że są klasistami. Mam niejasne przeczucie, że redaktor Woś, oglądając migawki z trybun, na których nietrudno ujrzeć ważących po 100-120 kilogramów jegomościów w szalikach (którzy pocą się winstrolem), myśli sobie „mój boże, jaka straszna puchlina głodowa”. Czemu tak się nad redaktorem pastwię? Bo nie tak dawno temu, politycy jednej partii (wspierani przez idiotów pełniących obowiązki dziennikarzy) wmówili kibolom, że to nie tak, że oni są bandosami, którzy lubią się napierdalać. Nic z tych rzeczy! Oni są współczesnymi AK-owcami, którzy walczą o ojczyznę (tak, to były czasy, w których propsowano AK, zamiast NSZ). Ostatnia rzecz, której nam brakuje, to publicyści, którzy zaczną kibolom tłumaczyć, że nie ma nic złego w napierdalaniu ludzi, bo to po prostu taka forma ekspresji. Na sam koniec, krótki eksperyment myślowy: jak nazwiemy kogoś, kto widząc agresywnego człowieka z góry zakłada, że ten człowiek na pewno wywodzi się „z biedy”? (Odpowiedź znajdziecie w „Źródłach”).


Ponieważ nie mam żadnego pomysłu na to, jak zacząć niniejszy kawałek tekstu, pójdę na łatwiznę (jak przystało na roszczeniowego lewaka) i zapodam cytat: „Czy można w ciągu kilku godzin stworzyć energetycznego eksperta, który przez kilka tygodni zbuduje potężną bazę kontaktów i zacznie wpływać na branżową dyskusję? Jak się okazało – można (…) stworzyliśmy fikcyjnego eksperta, któremu udało się wejść w tok branżowej debaty, pozyskiwać wrażliwe dla spółek energetycznych informacje z otoczenia jednego z ministrów, a nawet opublikować tekst na jednym z największych portali biznesowych w Polsce. Zrobiliśmy to wszystko – używając wyłącznie konta na Twitterze i skrzynki mailowej”. Ciekaw jestem, jak musiałby się nazywać ten „wymyślony” (ten konkretny był Piotrem Niewiechowiczem), żeby którykolwiek z tych geniuszy nabrał podejrzeń? Wojciech Tyczka? Szczepan Pieg? Andrzej Grzegorz Ent? Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji, nikt nie będzie na tyle zdesperowany, żeby usiłować w jakiś sposób bronić „nabranych”. I w tym momencie wchodzi El Chopo, Samuel Pereira, cały na biało, który zaczyna dywagować na temat tego, że z tą prowokacją to było tak, że „złamano standardy dziennikarskie”. W tym miejscu pora na króciutką dygresję. „Wystawienie” tego konkretnego mediaworkera do krytykowania „łamania standardów dziennikarskich” jest równie sensowne co wystawianie Ziemkiewicza do krytykowania kogoś za chujowy research, albo wystawianie Stanisława Pięty do krytykowania kogoś za zdradę małżeńską. Koniec dygresji. Ujmujące jest to, że w momencie, w którym okazuje się, że ludzie z ministerstwa wysyłali poufne informacje jakiemuś randomowi z internetu, największym problemem są „standardy dziennikarskie”. Śmiem twierdzić, że gdyby Pereira dowiedział się o tym, że w podobny sposób wyciągały informacje (od geniuszy z ministerstw/etc.) służby obcych państw, stwierdziłby, że złamane zostały standardy szpiegostwa.


Adam Andruszkiewicz chyba nigdy nie nauczy się tego, że maksymę „milczenie jest złotem” powinno się stosować również do Twittera. W Sejmie odbył się niedawno Szczyt NATO, w związku z czym poseł Andruszkiewicz uznał, że warto by było przypierdolić się do opozycji: „Posłowie, którzy w czasie szczytu NATO zaangażują się w rozdawanie zagranicznym parlamentarzystom ulotek krytykujących Polskę, powinni mieć odebrane immunitety i postawione zarzuty. W trakcie międzynarodowych rozmów o bezpieczeństwie Polski, nie ma miejsca na wewnętrzne spory.” Wart odnotowania jest fakt, że pomysły Andruszkiewicza sugerują, że gdyby poseł urodził się kilkadziesiąt lat wcześniej to pewnie grałby w tej samej drużynie co Stanisław Piotrowicz. Jednakże, wbrew pozorom, nie to jest w tej wypowiedzi najważniejsze. Najbardziej istotny jest skrajny idiotyzm tejże. Andruszkiewicz stara się bowiem budować narrację, w myśl której realny jest następujący scenariusz: Do Polski przyjeżdżają parlamentarzyści z państw członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego (+ delegaci z krajów stowarzyszonych i obserwatorzy) podyskutować o „aktualnych wyzwaniach i zagrożeniach dla współczesnego bezpieczeństwa światowego”. Do gości podchodzą opozycyjni parlamentarzyści i wręczają im ulotki z hasłami „Jebać PiS”/etc. Goście tak bardzo przejmują się tymi ulotkami, że w trakcie szczytu podejmują decyzje, które mają negatywny wpływ na bezpieczeństwo Polski. Mógłbym w tym miejscu napisać, że tworzenie takich idiotycznych narracji powinno wykluczać ich autora z dyskusji na dany temat, ale zamiast tego zaproponuję Wam konkurencyjny scenariusz: Do Polski przyjeżdżają parlamentarzyści (etc./etc.); w trakcie Szczytu, któryś z nich zaczyna rozsyłać do innych dyskutantów tweety posła Andruszkiewicza. Zaczyna się wspólne czytanie jego wpisów. W pewnym momencie ktoś zgłasza wniosek o wykluczenie polski z NATO, bo kraj, którego obywatele wybrali Andruszkiewicza do Sejmu, nie zasługuje na to, żeby go bronić. 


Po prawicowym Twitterze rozeszło się (kolejne) fejkowe zdjęcie, które miało być dowodem na takbardzoprzejebanizm w Niemczech (związany, rzecz jasna, z napływem uchodźców). Jedną z retweetujących to zdjęcie osób był, nie kto inny, jak Człowiek Etanol, Cezary Gmyz. Na zdjęciu widniał wielkogabarytowy wydziarany jegomość (o śniadej cerze), naruszający przestrzeń interpersonalną policjanta. Zdjęcie zostało (a jakże) opatrzone komentarzem: „To zdjęcie oddaje wierny obraz stanu dzisiejszych Niemiec”. Kiedy okazało się, że „zdjęcie” jest kadrem z filmu kręconego przez Netflixa, Gmyz, jak przystało na człowieka, który pił z niejednego źródła informacyjnego, napisał „Sam podałem to zdjęcie dalej. To, że jest to fotos z filmu nie oznacza, że jest to fejk. Fabuła w tym przypadku dobrze oddaje rzeczywistość”. Ponieważ nie bardzo wiem, jak to skomentować, zamiast tego podzielę się z Wami pewną historią. Swego czasu uznałem, że mam trochę za dużo szarych komórek i zdecydowałem się na wypożyczenie z biblioteki wywiadu rzeki (już sam początek sugerował, że była to najprawdopodobniej wysokoprocentowa rzeka) z Cezarym Gmyzem, pt. „Zawód – dziennikarz śledczy”. Ja jestem generalnie odporny na wiele rzeczy, ale w tej książce wydarł mnie z butów praktycznie sam początek, kiedy to Gmyz opowiadał o tym, że był bardzo ostrożny (kiedy pisał artykuł o „Trotylu na wraku”), bo „Kilka razy systemy bezpieczeństwa wychwytywały próby włamań na mój komputer”. Szkoda, że Gmyz nie opowiedział więcej na ten temat, bo pewnie by się okazało, że „systemy bezpieczeństwa” nadały próbom włamania najwyższy priorytet, czego dowodem była informacja dźwiękowa „baza wirusów została zaktualizowana”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że informacja o próbach włamania była tak wstrząsająca, że książki nie doczytałem.


Pamiętacie może radną Annę Kołakowską, która została skazana za znieważenie posłanki Pomaski?  Tzn. w sumie to wzywała do ogolenia posłanki na łyso, ale dobrze, że zostało to uznane choćby za znieważenie, bo mogło się okazać, że to sarkazm, ironia, albo inny symbol szczęścia. Czemu wspominam o tej radnej? Bo okazało się, że dorabia sobie zarówno w IPN (gdzie zarobiła 30 tys. na umowie zleceniu) i w Urzędzie Wojewódzkim (gdzie zarobiła 18 tys., również na zleceniu). Nie są to powalające kwoty (tzn. nie zrozumcie mnie źle, 50 tysi to w chuj szekli jest, ale bądźmy szczerzy, w miejskich/wojewódzkich/ministerialnych paśnikach można zarobić znacznie więcej), ale znamienny jest sam fakt dopuszczenia radnej (która zajmuje się głównie byciem reprezentantką skrajnej prawicy) do paśnika. Bo mamy tu do czynienia z takim samym mechanizmem, jak w przypadku Tomasza Terlikowskiego i Kai Godek. Jak się bowiem przekonaliśmy wcześniej, taki paśnik może pełnić funkcję kagańca. Ciekaw jestem, jak dużo ludzi o skrajnych poglądach zostało w ten sposób zagospodarowanych przez Prawo i Sprawiedliwość. Skalę tego procederu poznamy zapewne dopiero wtedy, gdy po Dobrej Zmianie nastąpi Jeszcze Lepsza Zmiana i zrobi jakiś audyt. Jestem przekonany o tym, że takich ludzi (tzn. jak Kołakowska, Terlikowski i Godek) jest od cholery. Nie są oni jakoś specjalnie potrzebni PiS-owi, ale dzięki dopuszczeniu ich do paśników – PiS nie musi się martwić tym, że ktokolwiek inny tych ludzi zagospodaruje. Tzn. taka Kaja Godek może sobie marudzić na PiS (że dzieci nienapoczęte i te sprawy), ale jeżeli stanie przed wyborem PiS (dzięki któremu ma dostęp do koryta), albo nie-PiS (który ją od tego koryta oderwie), to chyba nietrudno zgadnąć, jaki będzie jej wybór.


Zastanawiałem się nad tym, czy napisać cokolwiek na temat jednego z najbardziej spektakularnych cosplayów Skyrima, czyli o „Kolanie Prezesa”, ale wiem na ten temat tyle, co wszyscy inni, czyli absolutnie nic. Gdybym był pracownikiem TVP, opierając się na tym „nic”, byłbym w stanie napisać kilkustronicowy tekst, ale jestem zwykłym lewackim blogerem, więc, niestety, nie dam rady. Chciałbym w tym miejscu uspokoić tych z Was, którzy zaczęli sobie zadawać pytanie: „kurwa, czy on wspomniał o tym kolanie tylko po to, żeby rzucić sucharem ze Skyrima?”. Tzn. rozumiem, że mogliście odnieść takie wrażenie, ale prawda jest taka, że nie można tego wykluczyć.


Źródła:


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23467812,stanislaw-pieta-rozwaza-pozew-w-zwiazku-z-doniesieniami-o.html





http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,15660696.html?i=1

https://wpolityce.pl/polityka/395221-lichocka-dementuje-fake-newsa-onetu-z-zartu-robia-powazna-wypowiedz-z-ta-manipulacja-chyba-jednak-pojde-do-sadu



(Ha, pewnie myśleliście, że chodzi o klasizm. Nic bardziej mylnego! Takiego kogoś nazywamy Wosiem).
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23437983,dziennikarska-prowokacja-wymyslony-ekspert-publikowal-i-rozmawial.html

https://twitter.com/Andruszkiewicz1/status/999904745526517760



https://www.youtube.com/watch?v=vncIBREXCwU



piątek, 18 maja 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #29/#30

Świecką tradycją staje się to, że niektóre tematy podlegają „zblokowaniu”. Tym razem padło na Żywiołaka Marketingu Politycznego – Patryka Jakiego. Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało bowiem, że Patryk Jaki będzie kandydował w wyborach samorządowych na prezydenta Warszawy. Dzięki tej decyzji Warszawa ma szansę stać się prawdziwym Sebastionem Prawicy. Oczyma wyobraźni widzę taką scenkę: Patryk Jaki oprowadza Ireneusza Jakiego po wodociągach warszawskich i mówi „Patrz tato, kiedyś to wszystko będzie Twoje”. W tym miejscu pozwolę sobie na bardzo długi rant na temat tegoż polityka, który to rant zainauguruję cytatem: „Od pierwszego dnia, kiedy jestem kandydatem na prezydenta miasta stołecznego Warszawy, różne media zamieniły się w sztab Trzaskowskiego”. O tym, że wypowiedź ta padła w TVP.info, wspominać chyba nie trzeba (bo to oczywista oczywistość). W tym przypadku o wiele bardziej interesujące jest nie to, „co” powiedział Jaki, ale „dlaczego” to powiedział. Przyczyny są dwie. Pierwsza z nich to fakt, że do tej pory Jaki stosował retorykę, która pozwalała mu zagospodarować elektorat Sebixowy (skrajna prawica, narodowcy/etc.). Tak więc, na ten przykład, hejtował mniejszości seksualne. Wszystko było dobrze do momentu, w którym ktoś zdecydował, że Jaki wystartuje w Wawie (najprawdopodobniej chciano go w ten sposób wynagrodzić za wywołanie dyplomatycznej gównoburzy przy pomocy nowelizacji ustawy o IPN). Tak się bowiem składa, że do zwycięstwa w wyborach prezydenckich w stolicy nie wystarczą same Sebixy i Jaki musi się jakoś dogadać z wyborcą centrowym. Na drodze do szczęścia mogą mu stanąć jego wcześniejsze wypowiedzi/wpisy na Twitterze, które prawie na pewno będą się pojawiać w mediach. Przykładem niech będzie jeden z jego tweetów z 2013 roku, odnoszący się do homoseksualizmu, w którym Jaki zastosował argumentum ad chorobum. Zapytany przez Nizinkiewicza o ten wpis, najpierw stwierdził, że „to był chyba element szerszej dyskusji na ten temat”, a ponieważ Nizinkiewicz drążył, Jaki w pewnym momencie wypalił: „Pytanie czy w ogóle coś takiego było, a ja nie wiem, bo to pewnie jest jakaś stara sprawa”. W ten sposób to ja bym mógł odpowiedzieć na pytanie „Ej, Piknik, a czy to prawda, że 16 lat temu, w trakcie juwenaliów, siedziałeś w Bursie Jagiellońskiej na schodach i byłeś najebany jak trzonek od szpadla, to powiedziałeś to i to?” Przysłowiową cebulą na torcie był fakt, że Jaki nie odciął się od tego wpisu. Nie mógł tego zrobić, bo wtedy mógłby zniechęcić do siebie homofobów, do których wcześniej puszczał oko. Drugą przyczyną, dla której Patryk Jaki postanowił prewencyjnie napierdalać w media, jest jego obawa przed grillowaniem go przez te media w sprawach „samorządowych”. Do tej pory Jaki miał w dupie to, że, na przykład, usiłowano go grillować za obsadzanie ziomkami stołków w Opolu. Tzn., może inaczej, owszem, był z tego „rozliczany medialnie”, ale na pół gwizdka. Jaki się do tego przyzwyczaił i potrafił zajebiście nonszalancko odpowiadać na pytania dziennikarzy. Przykładem niech będzie sprawa Ireneusza Jakiego, który- co za szok- dostał fuchę w miejskich wodociągach w Opolu po tym, jak ziomek Jakiego wygrał tam wybory prezydenckie. W 2016 roku Patryk Jaki, wypytywany przez dziennikarza o ojca, stwierdził, że jego ojciec po wyborach „wrócił na swoje, wrócił do tej firmy”. Trzeba, kurwa, wybitnej bezczelności, żeby spółkę miejską nazwać „firmą” i dodać, że ojciec tam wrócił „na swoje”. Co zrozumiałe, Patryk Jaki tłumaczył, że nie miał z fuchą dla Ireneusza Jakiego absolutnie nic wspólnego. Jest to o tyle ciekawe, że rok później, w trakcie dyktowania ulotki wyborczej tygodnikowi „Sieci” (nie, nie nazwę tego tekstu „wywiadem”), wiceminister sprawiedliwości powiedział coś zupełnie innego: „po ponad dekadzie od tego zdarzenia sprawiłem, że tata mógł wrócić do pracy, z której go niesłusznie wyrzucono”. Tak więc narracja „ja nic nie załatwiałem” zamieniła się w narrację „owszem, załatwiłem, ale to była sprawiedliwość dziejowa”. Gdyby Jaki wygrał wybory w Wawie, mogłoby się okazać, że „sprawiłem, że tata mógł zostać zatrudniony w wodociągach warszawskich, w których go niesłusznie nigdy wcześniej nie zatrudniono”. Człowiek z Marketingu Politycznego doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak dużym obciążeniem są dla niego wcześniejsze wypowiedzi. Zdaje sobie również sprawę z tego, że akcja „przypomnimy to panu hurtowo” zbliża się wielkimi krokami. Postanowił więc prewencyjnie uderzyć w media i tłumaczyć ludziom, że będą go atakować, żeby „bronić układu”.

Ponieważ od ostatniego przeglądu minął miljon czasu, nie obędzie się bez „archeologii newsowej”. Wypowiedź Anny Marii Anders, w której oznajmiła ona, że nie będzie latała klasą turystyczną do USA, bo ma swoje lata (i dlatego lata klasą biznesową), zrobiła furorę w internetach. Media rządowe mają w zwyczaju ignorowanie pomniejszych wtop swoich przełożonych, ale czasem jakaś wypowiedź robi się na tyle głośna, że „coś” trzeba napisać. Portal wPolityce wyszedł z tej próby obronną ręką. Z artykułu (króciutkiego) internauci mogli się dowiedzieć, że tłumaczenia senator Anders były „osobliwe”, zaś na samym końcu autorzy artykuliku napisali „Nie zdziwi nas jeżeli słowa senator zostaną wykorzystane przez totalną opozycję do walki z rządem.”. Gdyby Patryk Jaki zaglądał na portal wPolityce – miałby gotową strategię obronną przeciwko mediom cytującym jego wcześniejsze wypowiedzi: „Nie zdziwi mnie jeżeli moje słowa zostaną wykorzystane przez media do walki ze mną”.


Ministerstwo Zdrowia wydało prawie 10 baniek na program „edukacyjny”, z którego można się będzie dowiedzieć między innymi tego, że antykoncepcja jest zła, a prezerwatywy powodują raka. Mądrościami tymi „edukatorzy” będą się dzielić z młodzieżą szkolną. Po tym, jak media opisały przekłamania zawarte w filmikach wyprodukowanych w ramach programu „w stronę dojrzałości”, suweren się wkurwił i dał temu wyraz w internecie. Zupełnym przypadkiem filmiki momentalnie zniknęły ze strony programu. Usunięcie filmików nie oznacza, że te idiotyzmy nie trafią do szkół. W związku z powyższym opowiem wam pewną historię. Dawno, dawno temu (najprawdopodobniej trwał wtedy Prekambr, ale łusek bym na to nie postawił), kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, mieliśmy zajęcia z jakiejś mutacji Wychowania Do Życia W Rodzinie. Przemiła pani, pytana przez uczniów o najskuteczniejszą metodą antykoncepcji, odpowiedziała „szklanka wody zamiast”, a chwilę potem zaczęła opowiadać o tym, że prezerwatywa w ogóle nie chroni przed zarażeniem wirusem HIV, bo wirusy mogą się przedostawać przez mikropory/etc./etc. W domu pochwaliłem się nowo nabytą wiedzą. Muszę w tym miejscu pochwalić moich rodziców, bo pomimo tego, że oboje ukończyli studia chemiczne, żadne z nich nie powiedziało „o, kurwa”. Zamiast tego moja rodzicielka, z kamienną twarzą, powiedziała mi, że jeżeli w szkole będą jeszcze jakiekolwiek zajęcia z tego gatunku, to mam z nich po prostu wyjść.


Szef MON, Mariusz Błaszczak, odbywając wizytę gospodarską w TVP, opowiadał o tym, że, jego zdaniem, po katastrofie smoleńskiej „Komorowskiemu bardzo się śpieszyło, żeby przejąć władzę”. Najprawdopodobniej Mariusz Błaszczak ma do Komorowskiego pretensje o to, że nie poczekał z przejęciem władzy do zakończenia prac Zespołu Macierewicza. Nieco zaś bardziej na serio, obecny szef MON, hejtując Komorowskiego za „pośpiech”, pokazuje, że ma wyjebane na procedury i jest wielkim fanem państwa teoretycznego.


Na początku kwietnia PiS wszedł w fazę pt. CHWD Sondażom. Faza ta potrwała bardzo krótko, bo okazało się, że według sondażu przeprowadzonego przez CBOS, na PiS chce głosować 46% Polaków. Nie wiem, jak wy, ale ja nabrałem ochoty na posłuchanie kawałka Iron Maiden pt „Thin line between love and hate”.
 

W połowie kwietnia Jarosław Gowin pokazał, że jest wart każdej złotówki, którą zarabia jako polityk. Zaproponował rewolucyjne rozwiązanie, jakim miałoby być głosowanie rodzinne. Na czym miałoby ono polegać? Na tym, że rodzice dysponowaliby nie tylko swoimi głosami, ale mogli by również głosować „w imieniu” swoich niepełnoletnich dzieci. Jednym z argumentów, który zdaniem Gowina przemawia za takim rozwiązaniem był fakt, że w Niemczech już dwukrotnie nie zdecydowano się na jego wprowadzenie. Nie jestem pewien, czy Gowin sam wpadł na ten pomysł, czy też usłyszał go, wsłuchując się w krzyk zamrażanych zarodków. Jeżeli zaś jesteśmy przy zarodkach, to biorąc pod rozwagę fakt, że zdaniem prawicy zarodek=dziecko, to największą liczbą głosów będą dysponowali właściciele klinik in vitro.


Trochę zdziwiło mnie zdziwienie części Polaków na to, że narodowcy (aka Putinicanis) pielgrzymują sobie na Jasną Górę, za przyzwoleniem tamtejszych duchownych. Zdziwiło mnie to dlatego, że wychowałem się w dość niewielkim mieście, w którym kościół prężnie wspierał skinheadów, i to w czasach, w których skini łazili poobszywani w swastyki i inne memoHitlerobilia. Osobną kwestią jest fakt, że po raz pierwszy zetknąłem się z jadowitym antysemityzmem na lekcjach religii, kiedy to ksiądz opowiadał nam o tym, żebyśmy przekonywali rodziców do tego, żeby nie głosowali na Kwaśniewskiego ze względu na jego pochodzenie (rzecz się działa w trakcie drugiej tury wyborów prezydenckich w 1995r.). Ksiądz dobrodziej był tak bardzo zacietrzewiony, że na pytanie jednej koleżanki z klasy „czy ksiądz ma coś przeciwko Żydom?” udzielił bardzo wyczerpującej odpowiedzi, której nie zacytuje, bo nie jestem fanem cytowania Leszka Bubla. 


Rzecznik jednego ze skrajnie prawicowych ugrupowań (prywatnie wielki fan Leona Degrelle), w rozmowie z Onetem, tłumaczył się z haseł o szukaniu kija na czyjś ryj (nie będę się bawił w cytowanie haseł, bo narodowcy z przyjemnością by mnie za to zrzucili z rowerka): „Niektóre nasze hasła są rzeczywiście wyraziste, ale nie przesadzałbym, że jest to jakaś mowa nienawiści. To jest po prostu mocna retoryka i konfrontacyjne hasło”. Muszę przyznać, że mam teraz wyrzuty sumienia. Do tej pory myślałem, że „łysi” to troglodyci napierdalający ludzi, z którymi się nie zgadzają (bardzo szeroka kategoria obejmująca wszystkich „nie-łysych”). Wypowiedź rzesznika uświadomiła mi błąd w moim rozumowaniu. To na nie jest żadne tam „napierdalanie”, tylko prowadzenie ożywionej dyskusji z elementami agresji.


Prof. Bogdan Chazan został konsultantem ds. ginekologii i położnictwa w woj. świętokrzyskim. Będzie odpowiadał m.in. za "poprawę jakości leczenia". Biorąc pod rozwagę fakt, że prof. Chazan nie potrafił postawić trafnej diagnozy* w głośnej sprawie, po której (całkiem słusznie) został wypierdolony z warszawskiego szpitala, tę „poprawę jakości leczenia” można traktować albo jako wyjątkowo nieśmieszny żart, albo jako groźbę. *Chazan, publicznie twierdził, że „dziecko kobiety opisywanej przez media może żyć długo, są propozycje operacji i rokowania nie są złe.”


21 kwietnia odbyła się manifestacja nauczycieli, którzy domagali się między innymi podwyżek. Rządowi mediaworkerzy momentalnie zaczęli klarować, że (w skrócie) chuj wie, o co chodzi tym nauczycielom, bo przeca zarabiają bardzo dobrze. Trochę mnie ta narracja zaskakuje, bo spodziewałbym się raczej czegoś w rodzaju „ten protest to wycie elit odrywanych od koryta”, względnie „wściekły atak nadzwyczajnej kasty nauczycielskiej na rząd tysiąclecia”, albo „po 1989 roku środowisko nauczycieli nie zostało oczyszczone i nauczaniem dzieci nadal zajmują się ludzie, którzy strzelali do żołnierzy wyklętych”.  


Tematyka wyklętych kojarzy się nierozerwalnie z Dominikiem Tarczyńskim, którego twitterowe wpisy sugerują, że gdyby przystąpił do testu Turinga, to większość sędziów uznałaby go za uszkodzony program, który na każde zadane pytanie odpowiada „żołnierzami wyklętymi”. Jakiś czas temu okazało się, że program Dominik Tarczyński popsuł się jeszcze bardziej i, w trakcie twitterowego flejma z Bartoszem Wielińskim, w pewnym momencie napisał: „nie pouczaj wnuka Wyklętego.” Tzn. mam nadzieję, że to był efekt uszkodzonego programu, bo jeżeli nie, to może się okazać, że niebawem będziemy w Polsce obchodzić narodowy dzień Wnuków Wyklętych.


26 kwietnia Facebook oświadczył, że dwa polskie, skrajnie prawicowe ugrupowania (ONR i NOP), których fanpejdże jakiś czas temu spadły z rowerka – spadły z niego definitywnie. W tym samym oświadczeniu przestrzeżono fanów tych organizacji, że „niedozwolone jest odwoływanie się do zakazanych organizacji, takich jak ONR i NOP, oraz stosowanie ich symboliki w celu ich propagowania.” W tym miejscu warto zacytować jednego z bohaterów filmu „Fanatyk”: „I bardzo, kurwa, dobrze”. 
 

Pod koniec kwietnia Rafał Ziemkiewicz napisał na FB, że Projekt „Endecja” okazał się fiaskiem. „Jednych to martwi, innych może cieszy – dla mnie jest powodem do wstydu. Zaangażowałem się w budowę stowarzyszenia, widząc szansę na powstanie siły społecznej na prawo od PiS (…).” Czym miała się zajmować Endecja? W trakcie konferencji „inauguracyjnej” wyjaśnił to Ziemkiewicz „Chcemy stworzyć fabrykę elit dla nowej Polski”. I teraz sobie tak dumam, czy to społeczeństwo nie dorosło, czy też taśma produkcyjna się popsuła... Nieco zaś bardziej na serio. Ja rozumiem, że ego Ziemkiewicza potrafiłoby swoją wielkością zawstydzić sferę Dysona, ale trzeba wybitnego „intelektualisty”, żeby wpaść na pomysł zakładania kolejnego prawicowego nowotworu politycznego w naszym kraju.


Skoro zaś jesteśmy przy prawicowych nowotworach politycznych, to Adam Andruszkiewicz zapowiedział uruchomienie nowej inicjatywy politycznej, która ma być skierowana do młodych osób. Jeszcze nie wiadomo, jaką nazwę będzie miała, ale mam nadzieję, że założyciel zdecyduje się na jakąś niemieckojęzyczną. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Prawo Godwina nie ma zastosowania w takich przypadkach.


Rząd, który od początku swojego istnienia podkreśla, jak ważne jest to, żeby inne kraje respektowały jego „politykę wewnętrzną” i „decyzje władzy wybranej w demokratycznych wyborach”, dostał słownej biegunki w momencie, w którym burmistrz Jersey City, Steven Fulop, postanowił przenieść pomnik katyński z miejsca na miejsce. Argumenty członków Prawa i Sprawiedliwości (i rządowych mediaworkerów) można skrócić do „ten pomnik jest polski, tak więc burmistrz Jersey City nie ma prawa go ruszać, bo to byłoby równoznaczne z wpierdalaniem się w wewnętrzne sprawy Polski!”


Kilka dni temu Ryszard Petru opuścił Nowoczesną. „Opuszczam partię ze smutkiem i żalem. Nowoczesna to swego rodzaju moje dziecko, ale które dziś już podąża swoją własną drogą”. Pewnie mi nie uwierzycie, ale kiedy czytałem tę wiadomość, płakałem kredytami we franku.


Mateuszk Kijowski wydał od dawna zapowiadaną książkę pt. „Buntownik”. Zgodnie z moją wcześniejszą zapowiedzią, z przyjemnością jej nie przeczytam. Poza wszystkim innym, ciekaw jestem, czy kupując książkę, można poprosić o wystawienie faktury.


Pod koniec marca Kaja Godek (aka „Kafar Episkopatu”) była przepytywana w temacie tego, w jaki sposób znalazła się w Radzie Nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych. Jej pierwsza reakcja była bardzo rzeczowa, bo oto okazało się, że zdaniem Kai Godek, pytanie o jej kwalifikacje to próba zwolnienia jej z pracy. Wspominam o tym dlatego, że kilka dni temu Kaja Godek zaczęła zbierać podpisy pod petycją o wypieprzenie z roboty dwóch pracownic Biura Analiz Sejmowych. Co sprawiło, że Kaja Godek poszła na wojnę z dwiema pracowniczkami BAS? Opinia ich autorstwa, wydana na temat projektu ustawy jej autorstwa. W projekcie ustawy możemy znaleźć fragment (to się pewnie jakoś fachowo nazywa, ale nie chcę się mnie sprawdzać), z którego wynika, że zdaniem autorów „projekt ustawy nie pociąga za sobą obciążenia budżetu państwa lub budżetów jednostek samorządu terytorialnego”. Autorki analizy (tzn. jednej z analiz, bo dwie pozostałe się Kai Godek bardzo spodobały i nie chce za nie nikogo zwalniać), zwróciły, między innymi, uwagę na to, że zaostrzenie prawa aborcyjnego niesie za sobą koszty finansowe: „zwiększone nakłady na prowadzenie ciąż trudnych oraz późniejszą opiekę neonatologiczną noworodków z ciężkimi wadami; koszty związane ze specjalistyczną opieką i edukacją większej liczby dzieci niepełnosprawnych”. Z tego by wynikało, że wbrew temu, co napisali autorzy projektu, pociąga on za sobą obciążenia budżetu/etc. Kaja Godek postanowiła podjąć polemikę i z subtelnością właściwą swej kondycji intelektualnej stwierdziła, że zwracanie uwagi na koszty finansowe „to retoryka, którą stosowano w haniebnej Akcji T4 w nazistowskich Niemczech do uzasadnienia masowych mordów na chorych psychicznie i niepełnosprawnych intelektualnie”. Jeżeli mam być szczery, to nie dziwię się temu strumieniowi nieświadomości w wykonaniu Kai Godek. Wyobraźcie sobie, że jest jedna, jedyna rzecz, którą potraficie się zajmować i na której robicie karierę (w przypadku Kai Godek jest to taśmowe pisanie projektów ustaw zakazujących aborcji, zbieranie podpisów pod tymi projektami i wynikająca z tego celebrytoza [z własną fundacją w tle]). A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś się pochyla nad waszą „pracą” i zupełnym przypadkiem udowadnia, że nawet tę jedną rzecz potraficie spierdolić. To musi być straszne uczucie.


W Sejmie trwa protest opiekunów osób z niepełnosprawnościami. Ponieważ protest ten psuje naszej partii rządzącej wizerunek („wystarczy nie kraść i pieniądze się znajdą”), część obozu władzy zareagował skrajną histerią. Moim skromnym zdaniem, za każdym rzygiem, który wyprodukowały z siebie drony PiS-u i część polityków tej formacji, stoi człowiek, który panicznie boi się tego, że mu (albo komuś z rodziny), kurwa, odjedzie koryto. Wyszukiwanie zdjęć z wakacji, wycenianie odzieży, sugerowanie, że „przecież mogą pracować”, albo bełkotanie o tym, że „można znaleźć jakieś paragrafy na opiekunów” sugeruje, że, po raz pierwszy od dawna, część obozu władzy była tak bardzo zesrana, że nie zwróciła uwagi na płynący od czynników decyzyjnych wyraźny komunikat „w niczym nie pomagacie, zamknijcie ryje”. Tak więc część prawicowych dronów wyzywa opiekunów osób z niepełnosprawnościami od terrorystów i wzywa do siłowego usunięcia ich z Sejmu. Mógłbym to jakoś skomentować, ale wyczerpałem limit wulgaryzmów. 

Źródła:

https://twitter.com/BezretuszuTVP/status/994479768807575552


Od 9-tej minuty:

http://www.rp.pl/RZECZoPOLITYCE/180519906-Patryk-Jaki---Warszawa-musi-byc-prawdziwa-swiatynia-wolnosci.html


https://wiadomosci.wp.pl/patryk-jaki-o-posadzie-dla-swojego-ojca-i-stanowisku-dla-asystenta-to-nieuczciwe-6062016370705025a


https://wiadomosci.wp.pl/patryk-jaki-przyznal-ze-to-dzieki-niemu-ojciec-zostal-prezesem-i-jeszcze-ma-sukcesy-6187350378874497a




http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23266866,wszystkie-badania-pokazuja-spadek-poparcia-dla-pis-ten-sondaz.html




http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23302181,prof-chazan-wojewodzkim-konsultantem-ds-ginekologii-i-poloznictwa.html

https://twitter.com/D_Tarczynski/status/989150692026863617




https://wpolityce.pl/polityka/393523-andruszkiewicz-zapowiada-powolanie-nowego-ruchu-ma-byc-skierowany-do-mlodych


http://www.polskatimes.pl/fakty/polityka/a/ryszard-petru-odszedl-z-nowoczesnej-bo-stracil-nad-nia-kontrole-petru-nie-chce-wziac-odpowiedzialnosci-za-dzialania-nowoczesnej,13167864/


https://wiadomosci.wp.pl/nietypowa-promocja-ksiazki-kijowskiego-postawiono-na-literowki-6251659255944833a




http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018-05-14/kaja-godek-chce-zwolnienia-specjalistek-biura-analiz-sejmowych-za-opinie-o-zatrzymaj-aborcje/






środa, 11 kwietnia 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #27/#28

W poprzednim przeglądzie sporo miejsca poświęciłem fuckupowi związanemu z nowelizacją ustawy o IPN. Muszę przyznać, że byłem ciekaw tego, w jaki sposób nasze władze będą chciały wybrnąć z kolejnego sukcesu w polityce zagranicznej. Żałuję, że w poprzednim przeglądzie użyłem określenia „gównokalipsa”, bo określenie to idealnie pasowałoby do opisu dalszych działań obozu władzy, albowiem nadal mamy do czynienia z pełnowymiarowym kałmagedonem. Tak jak poprzednim razem – temat zostanie „zblokowany” (żeby nie produkować pierdyliona akapitów).  Pierwszy od sukcesu odciął się Prezydent RP, który stwierdził, że „źle się stało, że ta ustawa została przyjęta w tym właśnie momencie i w takiej formie.”. Wyobraźmy sobie sytuację, w której jakiś człowiek tłumaczy znajomym, że „źle się stało, że wziąłem ten kredyt w tym właśnie momencie i w tej właśnie formie”. Wydaje mi się, że pierwszą myślą, która nawiedziłaby tych znajomych byłaby myśl „to po chuj brałeś ten kredyt”. Najbardziej mnie w tym wszystkim rozpierdala fakt, że Prezydent RP, po ogłoszeniu decyzji o podpisaniu ustawy (i skierowaniu jej do Trybunału Przyłębskiego), opowiadał o tym, że rozmowy na jej temat prowadził już rok wcześniej i że wie, że  może ona mieć wpływ na relacje pomiędzy Polską a Izraelem (i USA). Innymi słowy, wiedział, że grzebanie przy tych przepisach może się skończyć chujowo, ale i tak podpisał ustawę, a potem zaczął marudzić, że źle się stało, że została ona przyjęta. Kolejnym politykiem, który postanowił się zdystansować od sukcesu, był Zbigniew Ziobro. Zwrócił on uwagę na „ niekonstytucyjność jednego z przepisów w ustawie o IPN”. O który przepis chodzi? O ten, w myśl którego za pisanie/mówienie o „polskich obozach” można by było ścigać np. zagraniczne media. Szkoda, że minister Ziobro nie widział wcześniej tej ustawy, bo to pomogłoby uniknąć fuckupu w polityce zagranicznej... Najbardziej spektakularna była w moim mniemaniu reakcja Patryka („żywiołaka marketingu politycznego”) Jakiego. W lutym przekonywał on wszystkich do tego, że „Ustawa o IPN jest napisana naprawdę dobrze”. Tenże sam Patryk Jaki, pod koniec marca z rozbrajającą szczerością oznajmił: „Może popełniłem jakieś błędy ws. ustawy o IPN”. Aż dziw bierze, że nie dodał „na chuj drążyć”, względnie, że nie zwalił winy za ten fuckup na „elity III RP”.


Teraz przejdźmy do tematyki okołofuckupowej. Otóż zmuszony jestem pochwalić polską dyplomację (Proszę nie regulować odbiorników! Nie, to nie jest żart). Minister Czaputowicz, indagowany w temacie tarć na linii USA-PL, powiedział: „Oczywiście atmosfera nie jest może najlepsza, bo Stany Zjednoczone oczekują na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, żeby rozwiać te wątpliwości (...) i do tego czasu być może wizyty na najwyższym szczeblu - które zresztą nie były planowane - nie powinny mieć miejsca". Na pochwałę zasługuje fakt, że jest to pierwsza, po wyborach w 2015 roku, wypowiedź kogoś odpowiedzialnego za politykę zagraniczną, która nosi znamiona języka dyplomacji. Czy doczekamy się w tej kadencji drugiej takiej wypowiedzi? Nie założyłbym się o to.


W kontekście tego, co powiedział Czaputowicz, warto przypomnieć słowa Dominika „Tańczącego z trollami” Tarczyńskiego, który po artykule na Onecie (tego z notką MSZ, której nie było, ale za ujawnienie której dziennikarze Onetu mogą mieć problemy) użył klasycznego argumentum ad fejkum. Ponieważ Tarczyński nie wie kiedy przestać, zaraz potem zaczął się domagać zlustrowania przodków jednego z dziennikarzy: „Chcę wiedzieć, kim był jego dziadek. Jego ojciec. Z jakiego środowiska się wywodzi. Dlaczego pracuje dla niemieckiej firmy, a nie dla polskiej”. Po pierwsze, w kontekście wypowiedzi Czaputowicza, Tarczyński, zarzucając „fejkowość” artykułowi Onetu, przypierdala się zupełnie bez sensu (acz, w jego przypadku, tego rodzaju zachowanie to norma, a nie wyjątek). Po drugie, nie był łaskaw odszczekać swojego fejka o tym, że Onet ściemniał. Po trzecie, uwielbiam politycznych „genetycznych patriotów”, których jedynym osiągnięciem jest to, że „dziadek był partyzantem”. Po czwarte, warto w tym miejscu zaznaczyć, że historyk-amator Tarczyński, który „w dziadkowych nosi się orderach”, nie wiedział, że jego dziadek był w AK (wydawało mu się, że był w NSZ).


Kolejny temat, który będę zmuszony „zblokować”, to temat nagród, które rząd sam sobie podarował (najprawdopodobniej po to, żeby udowodnić, że „rząd wyżywi się sam”), albowiem jest to swoisty running joke ostatnich dwóch miesięcy. To właśnie kwestia nagród sprawiła, że małomówny Gowin (który milczy bo pilnuje libido), zwierzył się ze swoich problemów finansowych. Pomimo starań rządowych mediaworkerów – nie udało się tematu „wyciszyć”, ani też zawalić „aboPlatformą”. W pewnym momencie była premier (której imię zniknęło w pomroce spinów) postanowiła załatwić sprawę raz na zawsze i była łaskawa wydrzeć się na opozycję z mównicy sejmowej. Co powiedziała? W skrócie: „należało się nam, bo ciężko pracujemy”. Po tym wystąpieniu sporo ludzi uznało, że poprzedniczkę Premiera Tysiąclecia, Pomazańca Prezesowego, Mateusza Morawieckiego po prostu poniosło. Nie przeczę, że wypowiedź była cokolwiek idiotyczna, ale nie mieliśmy do czynienia z odmianą „zdradzieckich mord”. Narracja „należało się, bo (...)”, była wcześniej testowana na dronach. 15 marca (tak więc równo tydzień przed popisem oratorskim byłej pani premier) jedno z influencerskich kont proPiSowskich wrzuciło komentarz: „Rozumiem, ale nagrody przyznane dla PiS są za konkretne wyniki i osiągnięcia czyli zablokowanie wyłudzania VAT, zyski osiągane przez spółki skarbu państwa, rozwój gospodarczy, LOT, który za rządów PO miał zostać sprzedany, niemieckiej firmie, która ogłosiła upadłość” (to samo konto zaczęło nieco wcześniej pompować balon „PO rozdało szejset milony wincyj!”). Jedna z tych narracji trafiła do TVP, druga trafiła na mównicę sejmową. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, oba te kretynizmy były „zaplanowane”. Kilka dni później, na portalu wPolityce, pojawił się „wywiad” z Genialnym Strategiem, który obwieścił wszem i wobec, że to on powiedział byłej premier, że musi bronić tych nagród. W wywiadzie Wielki Strateg bronił tej sejmowej tyrady i dodał od siebie, że „przed tym wystąpieniem powiedziałem jej: pokaż proszę pazurki.”. Minęło kolejnych kilka dni i rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości oznajmiła, że „Prezes Prawa i Sprawiedliwości w ogóle nie wiedział o tych nagrodach”, a później dodała: „Wcale nie powiedział o pazurkach, z tego, co wiem, bo z nim (Kaczyńskim) rozmawiałam.Nie wiem, czy (było to- red.) przekłamanie czy nie. Mówię to, co mi powiedział prezes: że wcale nie powiedział o pazurkach”. Tego samego dnia ministrowie, którzy otrzymali nagrody, dowiedzieli się z konferencji Genialnego Stratega, że zdecydowali się na oddanie nagród na Caritas. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wicepremier Gowin najprawdopodobniej już wcześniej przeznaczył swoją nagrodę na potrzebujących, wpłacając pieniądze na swoją własną partię. Rzecz jasna, zwroty akcji się na tym nie skończyły, ale w tym miejscu przerwę wyliczankę, bo już jestem najedzony. Nadszedł czas na komentarz na serio, bo trochę, kurwa, groźne jest to, jak olbrzymią władzę ma nad swoją partią i swoimi mediami Genialny Strateg. Nie tak dawno temu pokazał, że jak mu się zachce, to może przeczołgać choćby i premiera. Teraz opowiadał o tym, że poszczuł wicepremier na opozycję i że jeszcze kazał jej „pokazać pazurki” (kurwa, ta wypowiedź jest tak zła, że głowa mała. Jeżeli komuś się wydaje, że wszystko z tym tekstem ok, to niech sobie wyobrazi, że Strateg powiedział, że „kazał Morawieckiemu pokazać pazurki”). Potem, kiedy okazało się, że suweren jednak nie polubił tej narracji, Beata Mazurek stwierdziła, że „dupa tam, ja wiem, że tego nie powiedział”! Co znamienne, wicepremier nie odniosła się do żadnej z tych wypowiedzi (ale trochę ją rozumiem, bo ma teraz kilkadziesiąt tysięcy problemów na głowie). Równie znamienne jest to, że wywiad z „pazurkami” nadal wisi na wPolityce, ale nikt na portalu nie odniósł się do słów Beaty Mazurek negujących prawdziwość wypowiedzi (mamy więc do czynienia z wypowiedzią kwantową, która jest jednocześnie fałszywa i prawdziwa). Upraszczając – w obozie Prawa i Sprawiedliwości wszyscy (politycy/mediaworkerzy/etc.) robią to, co każe im robić Prezes Polski. Dla tych ludzi nie stanowi problemu nawet sytuacja, w której dowiadują się, że prezes kazał im przekazać, że nie powiedział tego, co im wcześniej powiedział.


Na początku marca część prawicy wpadła w ekstazę, albowiem Prokuratura Krajowa miała sprawdzić, czy Partia Razem nie propaguje ideologii komunistycznej. Gdyby okazało się, że to prawda, Zbigniew Ziobro mógłby wystąpić o delegalizacje tejże partii. Ekstaza potrwała równy tydzień, po którym okazało się, że „Nie ma podstaw do delegalizacji partii Razem”. 
Decyzja prokuratury musiała być niemałym szokiem dla wnioskodawców, którymi byli prezesi Stowarzyszenie Koliber i Młodej Prawicy, no bo przecież skoro Zandberg miał kiedyś koszulkę z Marksem, to jasnym jest, że partia, do której należy, propaguje komunizm, co nie? Nieco zaś bardziej na poważnie, to nie wiem, jakim, kurwa, trzeba być dzbanem, żeby sobie uroić we łbie, że Razem ma cokolwiek wspólnego z jakimkurwakolwiek totalitaryzmem. Nie wiem, ile dokładnie mamy w Polsce skrajnie prawicowych organizacji, ale jest ich raczej sporo. Część z nich ma powiązania z zagranicznymi organizacjami neonazistowskimi (i nie, nie chodzi mi o tę jedną organizację, której członkowie wpierdalali wunderwaffel w imię Adolfa). Czy jakiś Koliber albo inna Młoda Prawica pochyliła się nad tymi organizacjami? A gdzie tam. Może i hailowali, może i rzecznik jednej z nich wrzucił sobie nazistę na zdjęcie w tle na FB, może i latają obwieszeni krzyżami celtyckimi, może i śpiewają piosenki o Auschwitz na swoich spędach, ale ważniejsze jest to, że Zandberg miał kiedyś koszulkę z Marksem, bo przeca wiadomo, że Marks, w przeciwieństwie do nazistów (do których fapie polska prawica), wymordował miliony Polaków, co nie?


Magdalena Ogórek pozwała Muzeum Polin za to, że Muzeum Polin umieściło jej antysemicki wpis na jednej z wystaw. W opinii Magdaleny Ogórek, wytykanie komuś tego, że jego ojciec zmienił imię i nazwisko (z Aron Berman na Wiktor Borowski) nie miało nic wspólnego z antysemityzmem, było jedynie „przejawem niezgody na zakłamywanie prawdy o stalinizmie”. Kronikarski obowiązek każe przypomnieć (albowiem Magdalena Ogórek ma ewidentne luki w pamięci), że cytowany przez Muzeum Polin wpis był próbą obrony Gowina, któremu Borowski (całkiem słusznie) zarzucił brak kręgosłupa. Jeżeli nic z tego nie rozumiecie, to mam dla Was dobrą (albo złą, zależy od Was) wiadomość – SLD nie wystawi was w wyborach prezydenckich.


Jeżeli zaś już jesteśmy przy lukach w pamięci Magdaleny Ogórek, to nie tak dawno temu, w trakcie jednego z wywiadów, odniosła się ona do swojego startu w Wyborach Prezydenckich 2015. Okazało się, że Magdalena Ogórek nie była kandydatką SLD, a poza tym „nigdy nie miała żadnych relacji z "tym środowiskiem".” Mam niejasne przeczucie, że SLD chciałoby, żeby to była prawda (i żeby np. okazało się, że wystawienie Magdaleny Ogórek w 2015r. było zwykłym koszmarem). Z drugiej zaś strony, wydawało mi się, że Magdalena Ogórek będzie nieco bardziej kreatywna i pójdzie drogą Stanisława Piotrowicza (aka „Towarzysz antykomunista”), który twierdził, że będąc w PZPR, walczył z systemem od środka. W jej przypadku byłoby to nawet sensowne, biorąc pod rozwagę fakt, że wystawienie jej w wyborach prezydenckich SLD było równoznaczne z autowyjebaniem się z parlamentu przez tę partię.


Historię o tym, że bezdomny dał którejś z organizacji Tadeusza Rydzyka dwa samochody, a potem umarł, zna prawie każdy. Ponieważ Tadeusz Rydzyk nie lubi niejasnych sytuacji, wyjaśnił, że bezdomny kupił te samochody za pieniądze, które wygrał w Totolotka. Niestety, nadal niejasne jest dla mnie to, czy umarł dlatego, że dał dwa auta Radiu Maryja (albo innej Telewizji Trwam), czy też umarł dlatego, że wygrał w Totka.


Czasem sobie myślę, że Ryszard Czarnecki nie istnieje i że jest to pseudonim jakiejś tajnej komórki komików, bo nie jest możliwe, żeby jeden człowiek był w stanie pisać tak wiele idiotyzmów, tak różnymi stylami. Mniej więcej w połowie marca Ryszard Czarnecki starał się udowodnić, że twierdzenia o izolacji Polski na arenie międzynarodowej to najzwyklejsze w świecie bzdury. Argumenty, których użył Czarnecki, są niepodważalne. Otóż. Karol Karski (to ten, który bawił się  na Cyprze w reenacting „Neverending Story”, z tym, że rolę Falkora grał melex, a Karski niewiele kontaktował) otrzymał doktorat honoris causa na jednym z Armeńskich uniwersytetów. Być może część z Was sobie pomyślała „no ale przecież to, że jakiś dzban dostał doktorat honoris causa na zagranicznym uniwerku, nie ma związku z polską polityką zagraniczną (a raczej jej brakiem)”. Moim zdaniem sprawa jest prosta. Jeżeli on, były Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, dostrzega tam jakiś związek przyczynowo skutkowy, to chyba jemu można bardziej wierzyć niż Wam!


Sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka obradowała (acz zastrzegam, że nie wiem, jak się nazywa to spotkanie kolesi przy kawie i ciastkach) sobie na temat tego, czy zygotariański projekt ustawy, w myśl którego suwak na linii kobieta--->inkubator należy przesunąć bardziej w prawo, niżby to wynikało z obecnie obowiązującej Ustawy o Planowaniu Rodziny, czy też zostawić ten suwak tam gdzie jest. Wynik obrad znamy (no pewnie, że komisja pod wodzą Towarzysza Antykomunisty uznała, że trzeba ten suwak przesunąć w prawo). W trakcie tego spędu, Stanisław Piotrowicz (przewodniczący komisji) w pewnym momencie odebrał głos organizacjom pozarządowym, które sprzeciwiały się zygotariańskiemu projektowi. Niespecjalnie mnie to dziwi, albowiem swego czasu, w trakcie obrad tej samej komisji, jednemu posłowi opozycji przestała działać karta do głosowania. „Towarzysz Antykomunista” powiedział wtedy: „pana głos i tak nic nie znaczy.”. Mam nadzieję, że Stanisław Piotrowicz zostanie kolejnym Człowiekiem Wolności tygodnika „Sieci”.


20 marca finał miała sprawa Agnieszka Pomaska vs Anna Kołakowska. Pozwolę sobie zacytować nieco dłuższy fragment tekstu na ten temat: „Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał radną PiS za znieważenie posłanki PO. Anna Kołakowska napisała o Agnieszce Pomaskiej, że "trzeba to coś złapać i ogolić na łyso".Zgodnie z wyrokiem, Anna Kołakowska musi zapłacić tysiąc złotych grzywny. Sąd Okręgowy w Gdańsku ogłaszając wyrok potwierdził, że radna PiS chciała poniżyć i wyrazić pogardę wobec Agnieszki Pomaskiej. Jednocześnie uznał, że Kołakowska publicznie nie nawoływała do zastosowania przemocy wobec posłanki PO.”. Zastanawia mnie to, na jakiej podstawie sąd uznał, że ten wpis nie był nawoływaniem do przemocy. Tzn. ja wiem, że Kołakowska twierdziła, że „ona by nikogo nie łapała i nie goliła na łyso”, ale to trochę tak, jakby ktoś stwierdził, że „trzeba by zajebać Kowalskiego”, a potem w sądzie tłumaczył, że „no przeca bym go nie łapał i nie zajebywał, no”. I nie, to nie jest sytuacja, w której jakiś wojownik klawiatury pisze idiotyzmy, na które nikt nie zwraca uwagi, bo ta kobieta ma powiązania ze skrajną prawicą i np. organizuje spędy, które mają blokować Marsze Równości i w trakcie których to spędów ziomale Kołakowskiej napierdalają się z policją. No ale, skoro Kołakowska powiedziała, że nikogo by nie łapała i nie goliła na łyso, to przecież możemy jej wierzyć, nieprawdaż? No a poza tym, to Kołakowska nie chodzi w koszulce z Marksem, więc na chuj ja się w ogóle czepiam.


23 marca w wielu miastach w Polsce odbyły się antyzygotariańskie protesty. Prawica spod znaku krzyża (ta sama, która wzywa Europę do „wstawania z kolan”) zareagowała w sposób standardowy, tzn. produkując narracje. Po pierwsze, prawie nikogo nie było, po drugie, to tylko skrajne feministki, po trzecie, porządne kobiety nie chodzą na marsze, tylko siedzą w domu, po czwarte, poczekajcie aż przyjdą islamiści, to oni wam dopiero pokażą! Przysłowiową cebulą na torcie był fakt, że zygotarianie (wspierani przez e-legiony naszych ukochanych władz) próbowali udowodnić, że jest ich więcej i zaczęli pompować hashtag #BiałyPiątek. Akcja ta skończyła się spektakularnym sukcesem, co wykazały analizy zasięgów. #Białypiątek miał jedynie 7 razy mniejszy zasięg od hashtagu #CzarnyProtest i prawie 11 razy mniejszy zasięg od hashtagu #CzarnyPiątek.


Temat zygotarian nierozerwalnie wiąże się z osobą Kai Godek (aka „Kafar Episkopatu”). Jakiś czas temu okazało się, że Kaja Godek zasiada w Radzie Nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych. O sprawie zrobiło się głośno dlatego, że stołki w tej konkretnej Radzie Nadzorczej rozdaje nasza ukochana władza. Kaja Godek na pytania dziennikarzy i internautów przeciwstawiła się siłom i godnościom osobistom. Najpierw stwierdziła, między innymi, że „każdy gdzieś pracuje” potem zaś dodała, że: „Gazeta Wyborcza nieustannie podnosi larum, że rodziny żyją w trudnej sytuacji, że należy dbać o rodziny, które mają niepełnosprawne dzieci, tymczasem mnie próbuje zwolnić z pracy”. Kaja Godek musiała być niezwykle pewna swoich kompetencji, skoro pytania o to, w jaki sposób dostała tę konkretną fuchę uznała za próbę „zwolnienia jej z pracy”. Ponieważ sprawa nie chciała przyschnąć, „Betonowa Kaja” wytoczyła cięższe działa i z wrażliwością godną zygotarianki oznajmiła, że (w skrócie) może i zasiada w Radzie Nadzorczej, ale przynajmniej nie obciąża podatników pobieraniem zasiłków, dodała również, że „Chyba w Polsce lepiej pobierać zasiłki – nie pracować i mieć święty spokój”. Mam nadzieję, że w ustawie, którą Kaja Godek przepycha przez Sejm jest zapis, który gwarantuje dożywotnie miejsce w Radzie Nadzorczej każdej kobiecie, która będzie musiała donosić ciążę, po wejściu tej ustawy w życie. Tak nieco bardziej na poważnie, niezwykle bawi mnie prawicowe pierdolenie o tym, że zasiłki „obciążają podatnika” w wykonaniu kogoś, kto dostał fuchę w paśniku, jakim są Spółki Skarbu Państwa.


Wróćmy na moment do tematyki „protestowej”. W trakcie warszawskiego #CzarnegoPiątku doszło do sytuacji, w której policja uznała, że musi interweniować. Jakaż to sytuacja? Otóż w tłumie odpalono kilka rac. Stróżom prawa bardzo szybko zwrócono uwagę na to, że jakoś tak się nie wyrywają do interwencji na Marszach Niepodległości, których uczestnicy odpalają pierdyliony rac. Na odpowiedź policji nie trzeba było długo czekać i na Twitterowym koncie tejże pojawił się wpis, z którego wynikało, że „Nie można porównywać dwóch różnych zgromadzeń o zupełnie innym charakterze (...)”. Nie mam pojęcia o czym ten człowiek do nas rozmawia. Przecież na Marszach Niepodległości spacerują rodziny z dziećmi! Przecież tam nie ma żadnych zbójów! Czemu więc policja, zabezpieczająca te marsze, nigdy nie „podjęła decyzji o interwencji celem pouczenia o zagrożeniu”? Czyżby nasi dzielni stróże prawa obawiali się rodzin z dziećmi? Swoją drogą, bardzo spektakularne jest to, że policja niemalże wprost przyznaje, że po prostu boi się interweniować w trakcie prawicowych spędów (bo niby jak inaczej zrozumieć ten „zupełnie inny charakter”?). Ja mam, w związku z tym, jedno, zajebiście ważne pytanie: skoro policja się ich boi, to jak się mają czuć zwykli, kurwa, obywatele? Jestem w stanie zrozumieć to, że policjant może nie chcieć dostać po mordzie od jakiegoś 120-kilogramowego brysia, który poci się ampułkami z winstrolem. Rozumiem, że policja powstrzymuje się od interwencji (i „pouczania”), żeby taka interwencja nie skończyła się zadymą. Ja to wszystko rozumiem, ale skoro tak jest, to może przestańmy udawać, że z prawicowe spędy nie są groźne? Ja wiem, że takie postawienie sprawy może wywołać dysonans poznawczy, bo na prawicowych spędach nikt nie nosi koszulek z Marksem, ale taki dysonans da się przezwyciężyć.


Policjant też człowiek, tak więc mogą się mu zdarzać pomyłki. Jedną z takich pomyłek było wtargnięcie do mieszkania jednej z dziennikarek, w celu dokonania przeszukania. Po trzech godzinach okazało się, że, niestety, pomylono adresy. Dziennikarka, co zrozumiałe, nagłośniła sprawę. Wtedy zaś, cały na biało, wszedł ktoś, kto obsługiwał twitterowe konto Policji i napisał, że skoro miała w mieszkaniu bałagan, jak na melinie, to się policjanci mogli pomylić, a ona, zamiast siedzieć cicho, jeszcze to nagłaśnia. Policja została za ten wpis zjebana na funty, co z kolei skłoniło Rzecznika Prasowego Komendy Głównej do napisania krótkiego oświadczenia, w którym przyznał się do tego, że (a jakże) wszystkiemu winna pomyłka. Zacytuję to oświadczenie w całości, bo jest ono wyborne: „Osobiście przepraszam. To był komentarz użytkownika podany na nasz profil zupełnie OMYŁKOWO skopiowany dalej. „Złośliwość rzeczy martwych”. Nie powinno mieć to miejsca. Zamiast - zwracamy uwagę, aby tak nie pisać nawet w komentarzach skopiowało na profil. Natychmiast usunęliśmy.”. Ja to może prosty troll jestem, ale w jaki sposób można OMYŁKOWO skopiować wpis jakiegoś użytkownika na swoje konto i to opublikować?  O wiele bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym konto policji obsługiwane jest przez dobrozmianowe trolle internetowe, które mają pod opieką sporo innych kont. Innymi słowy – ten komentarz (o dziennikarce, która ma bałagan) miał się pojawić na Twitterze, ale jego „autorem” nie miało być oficjalne konto policji (po prostu ktoś się jebł był przy przelogowywaniu), tylko jakiś troll z husarią w awatarze. 


Do malutkiej pomyłki doszło również podczas posiedzenia Komisji Do Spraw Udowodnienia, Że Za Amber Gold Odpowiada Donald Tusk. Komisja miała przesłuchać agentkę ABW i okazało się, że oprogramowanie (lub urządzenie) do zniekształcania głosu zadziałało z opóźnieniem. Szef ABW podszedł do sprawy bardzo poważnie i oświadczył, że „nie doszło do ujawnienia danych umożliwiających identyfikację byłego funkcjonariusza ABW”. Najprawdopodobniej szef ABW uznał, że agentka była z głosu podobna zupełnie do nikogo, więc nie ma się o co martwić.


Premier Mateusz Morawiecki, w liście do żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej napisał, że „służba WOT łączy rodziny i pokolenia, bo w szkoleniach biorą udział zarówno rodzice, dzieci, a także rodzeństwa czy małżeństwa.” Muszę przyznać, że się wzruszyłem, bo premier uświadomił mi, że rodziny mogą spędzać razem czas, dzięki szkoleniom WOT. Ponadto, jestem spokojny o los mojej ojczyzny, której te rodziny będą bronić. Żaden oddział nie miałby szans w starciu z Bojowymi Rodzinami, bo wroga piechota powypierdalałaby się na grillach, koszykach piknikowych, butelkach po piwie i ogniskach.


Na deser zostawiłem sobie kwestię sondaży. Doszliśmy bowiem (po raz kolejny) do momentu, w którym Prawo i Sprawiedliwość uznało, że sondaże nie są wiarygodne. Czemu tak się stało? Bo partia Jarosława Kaczyńskiego lekko zapikowała w sondażach (spadki, w zależności od sondażu wahały się od 12 do 7 punktów procentowych). Na pierwszy ogień poszedł Wielki Strateg, który powiedział, że „Z szacunkiem i pokorą odnosimy się do wyników badań, ale też wiemy, jak są prowadzone, w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że mam nadzieje, że prezes wie również, jak są robione sondaże, w których PiS ma wysokie poparcie, ale ponieważ nie jestem złośliwy, to przejdę od razu do kolejnego mędrca komentującego sondażowe spadki. Mędrcem tym był Patryk Jaki. Jego zdaniem „Wiele wskazuje, że ten sondaż mógł być "podprowadzany" (…) Tzn. że pojawiły się tam dwa pytania, jedno pytanie dotyczyło nagród dla (członków) rządu, które wiadomo, że są niepopularne i kolejne pytanie dotyczyło poparcia dla partii. I to powoduje, że jest wtedy nienaturalny. Socjologowie mówią, że to jest najlepszy sposób, żeby zmanipulować sondaże”. Wrodzony brak złośliwości powstrzymuje mnie przed napisaniem o tym, że dobrze, że sondaże, w których PiS miał 50% poparcia nie były „podprowadzane”. Nieco zaś bardziej na serio. Jeżeli jesteście ciekawi, skąd u Jakiego wziął się pomysł z pytaniami wprowadzającymi do sondażu, to już odpowiadam – z artykułu „Jak funkcjonuje w Polsce rynek badań opinii - Montaże w sondażach" zamieszczonego na portalu Polityka.pl (link w źródłach). O ile mnie pamięć nie myli, ten sam artykuł pojawił się w, którymś numerze "Polityki". W artykule tym opisano między innymi to, jak jedna firma zrobiła sondaż, z którego wynikało, że na „Republikanów" Wiplera chciało głosować 19% Polaków (wynik ten uzyskano właśnie dzięki pytaniom "wprowadzającym"). Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że Patryk Jaki o tym podprowadzaniu opowiadał po pierwszym "spadkowym" sondażu i chyba darował sobie te bredni po tym, jak posypały się kolejne "spadkowe". W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nie jestem fanem jarania się sondażami poparcia, ale niezmiennie bawi mnie to, jak ktoś kto się nimi jara (politycy, mediaworkerzy i fani PiS-u) kiedy są dla niego dobre, a dostaje biegunki kiedy okazuje się, że mu słupki spadają.


Źródła:

http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1110299,wywiad-dgp-z-andrzejem-duda-o-ustawie-o-ipn.html


http://www.rp.pl/Rzad-PiS/180329607-Jaki-Moze-popelnilem-jakies-bledy-ws-ustawy-o-IPN.html




https://twitter.com/Jaroslaw_Gowin/status/679777329577590784












https://dorzeczy.pl/kraj/59820/Wygral-w-totolotka-O-Rydzyk-opowiada-o-bezdomnym-ktory-przekazal-mu-dwa-samochody.html


https://www.youtube.com/watch?v=hMNJYcjqCv8&feature=youtu.be








https://oko.press/kaja-godek-zasiadam-radzie-nadzorczej-wiec-podatnicy-oszczedzaja-szczyty-bezczelnosci/



https://dorzeczy.pl/kraj/59561/Doszlo-do-ujawnienia-danych-bylej-agentki-ABW-Szef-Agencji-zaprzecza.html



https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1701080,2,jak-funkcjonuje-w-polsce-rynek-badan-opinii.read


piątek, 9 marca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #25/#26

Zanim przejdę do właściwych hejtów, chciałbym napisać kilka słów o powodach, dla których niniejszy przegląd miał delikatny (niczym muśnięcie stepowego motyla) poślizg. Chyba każdy miał do czynienia ze zjawiskiem, jakim jest „fuckup w pracy”. Niestety, nie mogę się podzielić szczegółami tego, który mi zafundowano, ale postaram się wam przybliżyć jego skalę. Tak więc wyobraźcie sobie, że dzwonią do Was „z pracy” i informują, że właśnie wyjebało w powietrze pół budynku, w którym pracujecie, bo prezes nacisnął olbrzymi przycisk z napisem „naciśnięcie skończy się wyjebaniem w powietrze połowy budynku” (o tym, że ów napis został na przycisku umieszczony przez tegoż samego prezesa, nie warto wspominać) i że fajnie by było, gdybyście coś na to poradzili. Myślicie sobie „nic to, zawsze mogło być gorzej, bo została jeszcze druga połowa” i zbieracie się do roboty, wymyślając sposoby na poskładanie do kupy tej rozjebanej połowy. Idąc do pracy, mijacie Czterech Jeźdźców Apokalipsy, którzy oznajmiają Wam, że przed momentem byli u Was w robocie i usiłowali zmierzyć poziom fuckupu (bo myśleli, że to może być początek Armageddonu), ale zabrakło im skali, więc profilaktycznie wolą się w to nie mieszać. W tym momencie zdajecie sobie sprawę z tego, że być może będziecie mieli do czynienia z czymś znacznie gorszym od Festiwalu Piosenki Smoleńskiej, bądź też „Toksyny” autorstwa Sławomira Jastrzębowskiego. Kiedy już docieracie na miejsce i próbujecie pozbierać tę rozjebaną połowę, słyszycie rumor, bo oto okazuje się, że jeden z przybocznych prezesa, mając do wyboru dwa przyciski – jeden z napisem „może pomóc, a już na pewno nie zaszkodzi” oraz drugi, z napisem „wciśnięcie grozi rozjebaniem wszystkiego do reszty”, wcisnął ten drugi. Przyboczny prezesa przez dłuższy czas wpatrywał się w gruzowisko intensywnie, niczym Antoni Macierewicz w brzozę, po czym powiedział „odnoszę wrażenie, że nie mam odpowiednich kwalifikacji, lepiej będzie, jak ktoś mnie zastąpi”. W momencie, w którym zaczyna się Wam wydawać, że najgorsze już minęło, nagle ktoś mówi „potrzymaj mi piwo”. Tyle tytułem wstępu, ponieważ zaś przerwa była dość długa – niech Was nie dziwi to, że część „newsów” będzie dość mało newsowa.

Zazwyczaj staram się w hejtowaniu zachować chronologię, jednakże tym razem zrobię wyjątek, bo w przeciwnym wypadku pół Przeglądu będzie zajebane nowelizacją ustawy o IPN. Ponieważ zaś o tej nowelizacji (jej efektach/etc.) można by było napisać książkę, ograniczę się do trzech najbardziej spektakularnych spraw. Po pierwsze, urzekająca była narracja rządu i rządowych mediów, z której wynikało, że w sumie to nie wiadomo czemu się „zagranica” czepia tej ustawy, bo przeca wcześniej nikt się tym nie interesował. Po jakimś czasie okazało się, że w sumie to zagranica interesowała się tą ustawą i nawet odbyło się w tej sprawie spotkanie, które zostało podsumowane w notatce. Co się stało z tą notatką? Ugrzęzła w MSZ. Po drugie, Reduta Dobrego Imienia (jeżeli nie wiecie, co to za twór, to szczerze Wam zazdroszczę), podpierając się nowelizacją (która miała być „zamrożona” do momentu, w którym Trybunał Przyłębski się do niej nie odniesie), pozwała jeden z argentyńskich portali za to, że ”artykuł o zabijaniu przez polskich sąsiadów polskich Żydów w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku zilustrował zdjęciem zabitych przez UB „wyklętych” zrobionym w 1950 roku” (jeżeli kogoś interesują szczegóły, to podrzucam w źródłach link do Oko Press). Efekt pozwu był następujący: „Media argentyńskie wyrażają solidarność z portalem „Pagina 12” i publikują na swych niedzielnych portalach artykuł zamieszczony przez „Pagina 12” w dniu 18 grudnia 2017 wraz ze zdjęciem.” Po trzecie, przysłowiową cebulą na torcie było to, co rządzący (wspierani przez rządowe media) odjebali w przeciągu ostatnich dni. Przedwczoraj (Przegląd zacząłem pisać 8-go) na Onecie pojawił się artykuł, w którym stało, że w MSZ jest notatka o tym, że (upraszczając) USA sugeruje Polskiemu rządowi, żeby się, kurwa, ogarnął. Reakcja rządu i rządowych mediów (oraz „niezależnych internautów”, którzy „demaskowali fejka Onetu”) była łatwa do przewidzenia: „gówno prawda, to fejk nius!”. Onet się wkurwił i ujawnił fragment tej „nieistniejącej notatki”. W tym momencie wchodzi MSZ, cały na biało, i oznajmia, że ktoś tu chyba będzie miał problemy prawne, bo „Dokument opisany przez Onet.pl ma charakter niejawny”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) to napisałbym, że dziennikarze Onetu mogą mieć problemy z powodu ujawnienia nieistniejącego dokumentu. Podsumowując tę (nie bójmy się tego słowa) gównokalipsę: Rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do konfliktu dyplomatycznego ze Stanami Zjednoczonymi, forsując ustawę, którą w najlepszym wypadku można określić mianem „chujowej”, o czym może zaświadczyć pierwsza próba przywalenia tą ustawą argentyńskiemu portalowi. Tak zupełnie bez związku z całą sprawą, ktoś może wie, jak po rosyjsku będzie „wstawanie z kolan”?

Oskarżany o korupcję senator Stanisław Kogut „wpłacił na konto prokuratury w Katowicach milion złotych kaucji. Część pieniędzy zebrano od anonimowych darczyńców, którzy chcieli wspomóc Koguta”. Mam nadzieję, że wyżej wymienieni darczyńcy nie byli bezdomni, bo może się to dla nich źle skończyć...

Założona przez Tomasza Sakiewicza Fundacja Niezależne Media (doskonały żart, który można porównać chyba jedynie z paskiem „Samuel Pereira – dziennikarz”) miała otrzymać 6 baniek z UE na projekt o nazwie „puszcza.tv” (chodziło o portal). We wcześniejszym zdaniu kluczowe jest słowo „miała”, albowiem okazało się, że jednak nie dostanie. Wszystko bowiem szło dobrze (tzn. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska  klepnął wniosek) do momentu, w którym kasa została zablokowana przez Europejski urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. Jedno wszczęte przez NFOŚ dochodzenie później, Niezależne Media wycofały wniosek o dofinansowanie. Sytuacja ta jasno pokazuje, że bycie niepokornym nie popłaca... Nawiasem mówiąc, dziwi mnie to, że ministerstwo (pod wodzą ministra Szyszki) zgodziło się na to, żeby portal miał nazwę „puszcza.tv”. Po Szyszce spodziewałbym się promowania nazwy „wycinka.tv” i domagania się tego, żeby na portalu zamieścić symulator Harvestera. 

Mimo zapewnień rządu Prawa i Sprawiedliwości, że Polacy nie ucierpią na Brexicie, są już pierwsze jego ofiary. W Guardianie pojawił się artykuł, w którym (w skrócie) stało, że Rafał Ziemkiewicz może nie zostać wpuszczony na teren Wielkiej Brytanii. Ziemkiewicz zareagował na to w sposób, którego można się było spodziewać po atencjuszu o bardzo wrażliwym ego, czyli zapadł na biegunkę słowną. No bo, co prawda, Ziemkiewicz twierdzi, że każde państwo powinno móc kontrolować to, kto do tego państwa wjeżdża, ale mechanizm ten, co zrozumiałe, nie powinien dotyczyć Ziemkiewicza. W trakcie swojej biegunki, Ziemkiewicz oburzył się na brytyjską posłankę za to, że nazwała go skrajnie prawicowym mówcą (w oryginale było „far right speaker”) i odćwierknął „jak śmiesz mnie tak nazywać” („How dare You call me like that?”). Potem przeszedł do kontrataku i napisał „list do Guardiana” (acz nie wiem, czy ten „list” wysłał, czy też ograniczył się do opublikowania go na swoim koncie na FB), w którym to (trzymajcie się czegoś) hejtował Guardiana za to, że nikt tam nie zrobił poprawnego riserczu o nim, bo jak oni mogą pisać, że jest „far-right”, skoro napisał dużo książek i niektóre z nich się bardzo dobrze sprzedają. Później nastąpił foch i Ziemkiewicz oznajmił, że odwołuje swoją wizytę na Wyspach (po czym nastąpiło jeszcze kilka artykułów o jego moralnym zwycięstwie). Jeden z drugoplanowych bohaterów „Czasu apokalipsy” twierdził, że „uwielbia zapach napalmu o poranku”, ja zaś lubię obserwować naszych rodzimych królów bajeru/mistrzów autokreacji, którym zdarza się przypierdolić w ścianę z napisem „rzeczywistość”. Ujmujące jest to, że Ziemkiewicz chyba na serio uważa, że w jego wpisach/wypowiedziach nie można znaleźć nic, co sugerowałoby jego przynależność do skrajnej prawicy. Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu wspomnieć, że moim zdaniem Ziemkiewicz nie ma absolutnie żadnych poglądów. Robi to, co robi, bo trafił mu się taki a nie inny segment rynku (przygłupia prawica). Gdyby okazało się, że na byciu lewakiem można zarobić więcej kasy, to Ziemkiewicz próbowałby się zapisać do partii Razem i zacząłby chodzić na manifestacje antyfaszystowskie (zaś swoich dotychczasowych „kolegów po poglądach” zacząłby nazywać chorymi zjebami).

Mniej więcej w połowie lutego zmarło się reżyserowi Antoniemu Krauze. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie to, że w sprawie tej wypowiedział się Wielki Filmoznawca, Jarosław Kaczyński: „Jestem przekonany, że to jest jeden z tych ludzi, którzy odeszli przedwcześnie - a mogliby żyć może wiele lat - właśnie dlatego, że byli przedmiotem ataku, dyfamacji, (...) hejtu”. Rzecz jasna, Wielki Filmoznawca miał na myśli to, że nie wszystkim podobał się „Smoleńsk”. Parafrazując klasyka, jestem przekonany, że gdyby „Smoleńsk”, nie był propagandowym gniotem, który był tak chujowo nakręcony, że nawet Tommy Wiseau, stwierdziłby, że to przesada, to mało kto by ten film (a co za tym idzie, jego reżysera) hejtował. Tak nieco bardziej na poważnie, ja „Smoleńsk” obejrzałem (albowiem, jak już wcześniej wspominałem, jestem koneserem chujni). To, że film był źle nakręcony (zagrany/etc.), to jedno. Tym, co nieco mnie osłabiło, była propaganda. Wyobraźcie sobie, że ktoś Wam wrzuca do mieszkania cegłę (razem z szybą okienną, ma się rozumieć) owiniętą w kartkę z napisem „W Smoleńsku był zamach, ty tępy chuju”. „Smoleńsk” był znacznie mniej subtelny.

Bardzo możliwe, że wypowiedzi Kaczyńskiego (o Krauze) były sprostowaniem wypowiedzi rzeczniczki rządu, która tego samego dnia powiedziała, że jeżeli chodzi o katastrofę smoleńską to: „Mówimy o śmierci 96 osób i ja nie znajduję tu miejsca na politykę, na upolitycznienie”. Rzeczniczka powinna się mieć na baczności. Poprzedniczce Premiera Tysiąclecia, której nazwisko zaginęło w pomroce spinów i narracji (albowiem na niebie nie mogą świecić dwa słońca), zdarzyło się powiedzieć, że „nie widzi potrzeby rekonstrukcji rządu”. Wiadomo, jak się to potem dla niej skończyło... 

Wicepremier Jarosław Gowin (jedna z największych zagadek współczesnej ortopedii) nie krył oburzenia decyzją sądu, który odmówił zarejestrowania partii „Porozumienie” (sąd uznał, że nazwa jest zbyt podobna do już istniejącego „Porozumienia Polskiego”). Muszę przyznać, że mnie też oburza postawa sądu. Gdzie w tym wszystkim miejsce na konstruktywną krytykę? Czemu sędzia nie zaproponował innej, bardziej adekwatnej nazwy? Przecież gdyby sędzia zaproponował Gowinowi nazwę taką, jak „rotacyjność”, to Gowin na pewno by się na to zgodził. Zwłaszcza, że mógłby taką partię zarejestrować pod „pełniejszą” nazwą: Rotacyjność Jarosława Gowina.

Minister Joachim Brudziński zwrócił się z prośbą do premiera o powołanie Międzyresortowego Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Propagowaniu Faszyzmu i Innych Ustrojów Totalitarnych oraz Przestępstwom Inspirowanym Nienawiścią na Tle Różnic Narodowościowych, Etnicznych, Rasowych, Wyznaniowych albo ze względu na Bezwyznaniowość.
Pewnie nie uwierzycie, ale wystarczy w tej nazwie zmienić kilka liter i wyjdzie „kurwa, chyba trochę przesadziliśmy ze szczuciem Polaków na uchodźców i teraz musimy jakoś z tego wybrnąć wizerunkowo, mam nadzieję, że Tarczyński i Pięta nie dowiedzą się o istnieniu tego zespołu, bo mnie zwyzywają od lewaków i powiedzą, że roznoszę choroby”.
 
Jeden z prezydenckich doradców, Andrzej Zybertowicz, znalazł sposób na poprawę wizerunku Polski: „Podobnie jak wydajemy miliardy na modernizację wojska, trzeba wydawać nie miliony, ale setki milionów na ochronę naszego wizerunku”. Biorąc pod rozwagę dotychczasowe dokonania Dobrej Zmiany w zakresie „ochrony wizerunku Polski”, lepiej byłoby ograniczyć im budżet „wizerunkowy” do zera. Choćby dlatego, że mało komu chciałoby się robić taki rozpierdol w polityce zagranicznej w czynie społecznym.

W tym miejscu będzie kawałek na poważnie, więc jeżeli ktoś się nie chce wkurwiać, to niech przeskoczy do kolejnego akapitu, bo niniejszy kawałek może go striggerować. Ordo Iuris jest tworem na tyle rozpoznawalnym, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Przywykłem do tego, że członkowie tej organizacji jarają się konserwatywnymi idiotyzmami, ale muszę przyznać, że jeden z ich tweetów, wpędził mnie w nielichą zadumę. Otóż jakiś dr hab. chuj wie kto, z uczelni chuj wie gdzie, był łaskaw powiedzieć „Jeszcze w latach 60 i 70, dla każdego było oczywiste jak pielęgnować niemowlę – dziś rodzice studiują poradniki i przeżywają udrękę „czy ja dobrze to robię?”. Niepewność w relacji do świata jest charakterystyczna dla ponowoczesności”. Większość prawicowo-konserwatywnych narracji(które sprowadzają się głównie do hejtowania osób homoseksualnych, in vitro, aborcji, związków partnerskich/etc./etc.) to narracje, które jakoś tam się ze sobą wzajemnie łączą. Tzn. czasem łączą się tylko w głowach prawicowych-konserwatystów,  ale jeżeli ktoś się postara (i nie obawia się nabywania kolejnych Punktów Obłędu), to jest w stanie prześledzić to, w jaki sposób, na ten przykład, dzielna konserwa połączyła in vitro z aborcją. Wziąwszy to pod rozwagę, nie mam, kurwa, pojęcia, co trzeba mieć w głowie, żeby hejtować rodziców, którzy martwią się o to, czy dbają o swoje dziecko tak, jak powinni. W teorii mógłbym to jeszcze jakoś skomentować, ale w praktyce nie chciałbym wyczerpać limitu wulgaryzmów przed końcem Przeglądu.

Zdobywanie wiedzy nie zawsze odbywa się bezboleśnie. Tzn. może inaczej, czasem dowiedzenie się czegoś sprawia, że macie ochotę wydłubać sobie ten kawałek mózgu, w którym owa informacja została zapisana. Podobnie było ze mną, kiedy dowiedziałem się o tym, że Sławomir Jastrzębowski (aka „Triceps dla Wyklętych”) napisał książkę. Książką tą zachwycił się Rafał Ziemkiewicz i był łaskaw napisać o niej na swoim FB. Pozwolę sobie zacytować fragment: „Trochę się obawiam, że dla przeciętnego czytelnika ta książka może okazać się zbyt literacka, zbyt elitarna i wysublimowana - a wielka szkoda, bo jest w niej wiele głębokiej prawdy o naszej żmudnej, dziennikarskiej robocie.”  (linkuję całość recenzji, bo jest jeszcze bardziej wartościowa niż cytaty z „Toksyny”, wrzucone przez „Asz Dziennik”). Zacznę od tego, że doceniam upór Ziemkiewicza, który uznał, że to, że nauczył się w dzieciństwie pisać, oznacza, że wszyscy powinni go uważać za dziennikarza. Co prawda, to trochę tak, jakbym ja chciał, żeby ludzie uważali mnie za żołnierza jednostki GROM, tylko dlatego, że kiedyś miałem wojskowe buty, ale nie czepiajmy się szczegółów. Urzekło mnie natomiast to, co Ziemkiewicz napisał o przyczynach, dla których książka może się ludziom nie spodobać. Urzekło mnie to na tyle, że prawie się spierdoliłem z krzesła ze śmiechu (mam nadzieję, że powyższy opis jest wystarczająco literacki, elitarny i wysublimowany). Nieco zaś bardziej na serio, nieodmiennie bawi mnie u Ziemkiewicza to, że z jednej strony gardzi on „salonem” i „elitami”, z drugiej zaś potrafi się tak zagalopować w swoich tyradach, że nawet te „elity” uznałyby go za snoba. Ziemkiewicz nie mógł poprzestać na tym, że książka się mu podobała. Musiał jeszcze dodać, że suweren może być zbyt głupi, żeby ją zrozumieć. Z niecierpliwością czekam na moment, w którym w jednym z tekstów RAZ-a padnie „być może nie zrozumieliście tej książki/wypowiedzi/etc., ale to nie wasza wina, nie wszyscy mogą być Ziemkiewiczami.

Pod koniec lutego okazało się, że poprzedniczka Premiera Tysiąclecia (nie pamiętam, czy była to Beata Morawiecka, czy też Mateusz Szydło?) przyznała sobie nagrodę w wysokości 65 tysięcy złotych. Biorąc pod rozwagę to, jak skończyło się jej premierowanie, te 65 tysięcy można spokojnie uznać za nagrodę pocieszenia. 

Dzień po newsie o nagrodzie dla poprzedniczki Morawieckiego (obiecuję, że przed następnym przeglądem zrobię risercz i postaram się ustalić jej imię i nazwisko) Jarosław Gowin postanowił podzielić się ze społeczeństwem swoją traumą związaną z ubóstwem. Okazało się, że w czasach, w których był on ministrem sprawiedliwości, zarabiał tak mało (w przybliżeniu 17 tysięcy miesięcznie), że nie starczało mu do pierwszego. Niestety, wypowiedź ta nie spotkała się ze zrozumieniem i do traumy związanej z ubóstwem, Gowinowi doszła jeszcze trauma związana z przepraszaniem za ubóstwo. Nawiasem mówiąc, swego czasu zastanawiałem się nad tym, czemu Gowin poświęcał tyle uwagi zarodkom. Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na to pytanie i tą odpowiedzią jest dysleksja. Dyslektykom (do których zalicza się niżej niepodpisany) zdarza się czasem pomylić litery w środku wyrazu. Najprawdopodobniej tak właśnie było z Gowiniem, który dawno temu usłyszał krzyk zamrażanych zarobków, a potem wstyd mu się było przyznać do pomyłki. W tym miejscu pozwolę sobie na napisanie czegoś „na serio”. Wkurwia mnie okrutnie utyskiwanie na to, że „ministrowie i wiceministrowie zarabiają niewiele”. Jeszcze bardziej zaś wkurwia mnie tłumaczenie, że na tych ludziach spoczywa olbrzymia odpowiedzialność i to powinno mieć jakieś odzwierciedlenie w zarobkach. Może ujmę to inaczej, gdyby ministrami i wiceministrami zostawali fachowcy, to ja bym się do tej retoryki przychylił. Tyle że w sytuacji, w której ministrami/wiceministrami zostają „fachowcy” w rodzaju Gowina (który mógłby być ministrem czegokolwiek), Ziobry, Jakiego, Szyszki, Waszczykowskiego, Kownackiego etc. etc., to całe to gadanie o „fachowcach” jest po prostu idiotyczne. Jeżeli komukolwiek należałyby się podwyżki, to szeregowym pracownikom ministerstw, którzy pchają wszystko do przodu pomimo tego, że ich szefami są wyżej wymienieni.

Zdzisław Krasnodębski został Pełniącym Obowiązki Ryszarda Czarneckiego w Parlamencie Europejskim. Lepszej osoby do tej roboty nie dałoby się znaleźć, albowiem swego czasu Krasnodębski klarował na swoim koncie Twitterowym, że „Jeśli politycy EU nadal będą działać z takim taktem politycznym i znajomością rzeczy,wkrótce i w Polsce staniemy przed koniecznością referendum”. W tym miejscu znowu muszę napisać coś „na serio”. Świeżo upieczony wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego oświadczył, że „Gdyby nie sygnały i wiadomości płynące z Polski, oczerniające nasz kraj, to nigdy by nie doszło do takiej sytuacji jak uruchomienie art. 7”. Na pierwszy rzut oka ta wypowiedź jest dość standardowa, jak na przedstawiciela Dojnej Zmiany. Według narracji budowanej przez rząd i rządowe mendia, cały problem z EU (KE i tak dalej) wziął się stąd, że „określone środowiska donoszą na Polskę”. Innymi słowy, ta wypowiedź jest typowym przekazem dnia. Tylko, że to, niestety, nie jest przekaz dnia. Ci ludzie wierzą w to, co mówią i to jest, kurwa, trochę straszne. W olbrzymim uproszczeniu, kontakty między państwami wyglądają tak, że z jednej strony władze państw wysyłają sobie „oficjalne przekazy” (takim „oficjalnym przekazem” mogą być również nieformalne kontakty, o których opinia publiczna nie jest informowana). Z drugiej strony te same władze mają ludzi, którzy starają się ustalić, czy ten „oficjalny przekaz” ma jakieś pokrycie w rzeczywistości, czy też jest to blef/ściema. I nie chodzi tu nawet o kwestie wywiadowcze (choć to też jest dość istotny element), ale o analizowanie ogólnodostępnych informacji. W tym miejscu jakiś zabłąkany DobroZmianowicz może zakrzyknąć „ha!, a więc jednak winna jest „Wyborcza” i jej artykuły!”. No więc niezupełnie. To nie jest tak, że „Wyborcza” napisze artykuł, a rozgrzana Komisja Europejska momentalnie zaczyna glanować Polski Rząd. Ów artykuł jest analizowany i ci sami ludzie, którzy przebijają się przez „oficjalne przekazy”, starają się ustalić, czy mamy do czynienia z histerią redaktora, czy też redaktor opisuje stan faktyczny. W przypadku zmian w sądownictwie weryfikacja była dość prosta, bo wystarczyło przeanalizować konkretne ustawy i ich potencjalny wpływ na sądownictwo w Polsce. A teraz sobie wyobraźcie, jak „oficjalny przekaz” polskich władz „nic się nie dzieje, suweren nas wybrał, wprowadzamy zmiany, które uzdrowią sądownictwo” był odbierany przez władze, po tym, jak analitycy z tych państw przekopali się przez te wszystkie ustawy. Zapewne mniej więcej tak: „władze Polski robią nas w chuja”. No to teraz sobie wyobraźcie, że w EU jest państwo, którego władze mają w dupie „przebijanie się przez oficjalne przekazy”, zaś informacje o innych państwach czerpią z mediów. Na swoje nieszczęście, czerpią je z mediów, którymi sterują. Jak się zapewne domyślacie, tym krajem jest Polska. I nie, to nie jest tak, że przeczytałem wpis Krasnodębskiego i wyciągnąłem swoje wnioski z przysłowiowej dupy. Pod koniec grudnia zeszłego roku, ówczesny szef MSZ był łaskaw powiedzieć: „Chcemy docierać do poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej, by otrzymywały informację na temat Polski z pierwszej ręki, a nie tylko za pośrednictwem Komisji Europejskiej”. Coś takiego mógł powiedzieć człowiek, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że państwa mają swoje własne metody pozyskiwania informacji i niekoniecznie muszą się sugerować opinią Komisji Europejskiej. Jeżeli ten człowiek jest szefem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to zasadne byłoby zacytowanie fragmentu „Seksmisji”: „Ciemność, widzę ciemność”, bo to oznacza, że jesteśmy w czarnej dupie.

Adam Bielan postanowił pójść w ślady Jarosława Gowina: „Piątkowym gościem Konrada Piaseckiego był Adam Bielan, który został zapytany wprost o swoje zarobki. Polityk zdradził, że "na rękę" zarabia około 10 tys. złotych. Jego zdaniem są to dobre pieniądze, lecz - jak mówi - gdyby żona nie zarabiała, przy dwójce dzieci byłoby już gorzej, w Warszawie, bo koszty życia w Warszawie są większe(...).  Puentą do tej wypowiedzi niech będzie fragment oświadczenia majątkowego Adama Bielana (za rok 2016): Środki pieniężne zgromadzone w polskiej walucie 760 tysięcy PLN. Papiery wartościowe: fundusze inwestycyjne i obligacje na kwotę 600 tysięcy PLN.

Źródła:















https://www.wprost.pl/kraj/10107229/premie-dla-beaty-szydlo-przyznala-beata-szydlo-pseudonagrody-wyplacono-na-gebe.html



https://twitter.com/zdzkrasnodebski/status/720293817652391936