czwartek, 18 stycznia 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #23

Zacznijmy od lekkiej rozgrzewki, czyli od serialu „Korona królów”. Do zapoznania się z tym serialem zachęcam każdego, kto uważa się za prawdziwego konesera chujni (autor tej definicji jest mi nieznany, ale chylę przed nim czoła). Jeżeli ktoś jest fanem takich arcydzieł, jak „The Room”, „Smoleńsk”, albo serial „Wiedźmin”, to „Korona królów” jest dla niego stworzona. Jest tam wszystko, czego dusza zapragnie. Brawurowy scenariusz, dzięki któremu serial przypomina skrzyżowanie wcześniej wymienionego „Wiedźmina” z „Dlaczego ja?”. Gra aktorska jest równie brawurowa i wydaje mi się, że część aktorów musiała pobierać lekcję u Tommy'ego Wiseau. A jak w serialu jest z realiami historycznymi? Tak samo, jak w piątej części „Transformerów”, z której można się było dowiedzieć (uwaga, spoilery!), że w jednej z bitew Królowi Arturowi pomógł gigantyczny trójgłowy transformer (którego kontrolował najebany Merlin). Tak nieco bardziej na poważnie, to nie pochylałbym się na tym serialem, gdyby po prostu nazwano go telenowelą, a nie serialem historycznym. Prawda jest bowiem taka, że, w przeciwieństwie do „Klanu”, ktoś może potraktować „Koronę królów” jako źródło wiedzy historycznej.

Marcin Dubieniecki, zachęcony sukcesem studia nagrań „Sowa&Przyjaciele”, postanowił założyć własne. Ostatnio pochwalił się swoimi pierwszym dziełem, tzn. nagraniem rozmowy z przesłuchującym go prokuratorem. Wspominam o tej sprawie ze względu na pewną, hm, ciekawostkę. Otóż w artykule na portalu Gazeta.pl już na wstępie możemy przeczytać o tym, że „Prokuratura komentuje, że "rejestracja takiej rozmowy (bez wiedzy rozmówcy) jest bezprawna". Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć „no ale przeca to oczywista oczywistość”. Taki ktoś byłby w błędzie. Gdyby to była oczywistość, to wzmianka na ten temat znalazłaby się w artykule o Dubienieckim, który opublikowano na portalu TVP.INFO. Jestem przekonany, że brak tejże wzmianki nie ma nic wspólnego z tym, że owoców pracy studia nagrań „Sowa&Przyjaciele” mogliśmy wcześnie słuchać za sprawą TVP.INFO.

W poprzednich przeglądach zdarzyło mi się poruszyć sprawę Sieć Obywatelska Watchdog vs MSZ, w której to sprawie Watchdog domagał się od MSZ ujawnienia ekspertyz, na które powoływał się   Witold Waszczykowski twierdząc, że Donalda Tuska wybrano na Przewodniczącego RE nielegalnie. Na początku MSZ kazał Sieci Watchdog pospierdalać, ale okazało się, że nie dość, że Watchdog nie pospierdalał, to jeszcze poszedł do sądu i wygrał. Wojewódzki Sąd Administracyjny nakazał MSZ ujawnienie ekspertyz. 4 stycznia 2018 MSZ odwołało się od tego wyroku do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Witold Waszczykowski pewnie sobie teraz siedzi i myśli „no przecież byłem tylko szefem MSZ! Skąd mogłem wiedzieć, że to, co mówię może mieć dla kogoś jakiekolwiek znaczenie...”.

Wiceminister Patryk Jaki, który w latach swej młodości cierpiał na bardzo poważny przypadek „biedy urojonej”, udzielił ostatnio wywiadu. W trakcie tegoż wywiadu został zapytany o to, „Ile z blokersa tkwi jeszcze w Patryku Jakim?” Dla każdego, kto zna Patryka Jakiego, jego odpowiedź nie była zaskoczeniem „Na pewno zostało mi twarde chodzenie po ziemi. Przekonanie, że bez pracy nie ma kołaczy i tylko kiedy pracujesz więcej niż inni, osiągniesz sukces (...)” Ciężkiej pracy Patryka Jakiego poświęciłem dość obszerną notkę (link w źródłach), ale w skrócie przypomnę, jak wyglądała jego „droga do sukcesu”. W 2006 roku Patryk Jaki wystartował w wyborach do rady miasta Opola z list PO. Dostał miejsce w okręgu, w którym kolega jego ojca (ówczesny prezydent Opola), był lokomotywą wyborczą (tak więc był to okręg „biorący”). Pod koniec 2006r. Patryk Jaki  pracował więcej niż inni i przeszedł z PO do PiS. W efekcie tego transferu osiągnął sukces i jako 22-letni student zarabiał w 2007r ponad 5 tysięcy złotych miesięcznie. Z tych 5 tysięcy – 1700 zarabiał jako radny a prawie 3.5 tysiąca dzięki partyjnym kolegom, którzy załatwili mu fuchy w Urzędzie Wojewódzkim, biurze poselskim i biurze senatorskim. Po zmianie władzy Jaki zarabiał trochę mniej (bo mu się fucha w Urzędzie Wojewódzkim urwała), ale koledzy z partii nie pozwolili mu biedować i zawsze mógł liczyć na jakaś fuchę w biurze poselskim/etc. W 2011r. roku Jaki został posłem (tak więc o pieniądze się już martwić nie musiał) i jest nim od tamtej pory. Wszystkie te sukcesy Patryk Jaki osiągnął dlatego, że stanie pod blokiem nauczyło go ciężkiej pracy. Nie miało to nic wspólnego ze znajomościami jego ojca, które umożliwiły mu wejście w politykę i z partyjnymi kolegami, którzy załatwiali mu fuchy, a potem dali mu miejsce na liście w wyborach parlamentarnych. A wy co? Nadal nie jesteście posłami na Sejm? Nawet mi was nie żal, nieroby.

Na warszawskiej Ochocie ciężko pobita została 14-letnia Turczynka. Napastnik miał do niej krzyczeć „Polska dla Polaków”. Ówczesny szef MSW, Mariusz Błaszczak, stwierdził, że „Media przedstawiają tę dziewczynkę jako ciemnoskórą. To jest nieprawda”, potem dodał, że nie do końca wiadomo, czy napastnik krzyczał „Polska dla Polaków”. Muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowany. Po Mariuszu Błaszczaku spodziewałbym się nieco bardziej żywiołowych reakcji – np. stwierdzenia, że media kłamią, bo to pewnie było tak, że 14-letnia Turczynka została pobita w samoobronie, bo usiłowała islamizować warszawską Ochotę. Mógłbym w tym miejscu napisać coś  o tym, że Błaszczak (eufemizując) pieprzył głupoty, bo gdyby ofiara nie wyglądała „obco”, to do pobicia by raczej nie doszło (bo przeca coś musiało zwrócić uwagę Polskiego Krzyżowca), ale wydaje mi się, że to nie ma sensu. Błaszczak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie było podłoże pobicia, ale nie mógł wprost napisać o rasizmie, bo momentalnie przypomniano  by mu jego wcześniejsze wypowiedzi. Na ten przykład tę, w której twierdził, że Brytyjczycy biją Polaków dlatego, że są wkurwieni na uchodźców z Afryki, ale poprawność polityczna nie pozwala im ich bić, więc odreagowują na Polakach.

Jeszcze bardziej spektakularnym komentarzem, odnoszącym się do pobicia na Ochocie, był wpis Marzeny Paczuski, która napisała, że „Najgorsze jest to, że łatwiej oburzyć tłumy atakiem na kolor skóry, niż atakiem za poglądy. PiSowcy zbierają w plecy bo są biali, tak?”. Nie zamierzam tego komentować, bo doskonałość ma to do siebie, że nie powinno się jej próbować poprawić.

Ryszard Petru ogłosił, że zakłada stowarzyszenie Plan Petru. Wydaje mi się, że równie istotne było oświadczenie Janusza Palikota, który 31 grudnia 2017 roku ogłosił, że odchodzi z polityki. 

Jeżeli zaś już jesteśmy przy wydarzeniach bez najmniejszego znaczenia, to w zeszłym tygodniu doszło o rekonstrukcji rządu. Część komentatorów dziwiła się temu, że na uroczystości powoływania nowych ministrów (nie było Jarosława Kaczyńskiego?), ale wydaje mi się, że nie bardzo jest się czemu dziwić, bo przecież dowódca sił powietrznych nie musi osobiście doglądać startu każdego drona.

10 stycznia odbyła się 93 miesięcznica smoleńska. W trakcje tejże miesięcznicy, Jarosław Kaczyński powiedział: „Chwała tym, którzy walczyli o prawdę, na czele z Antonim Macierewiczem.”. Tydzień później Antoni Macierewicz w programie „O co chodzi” wyjawił, że „O tym, że to jest dymisja, dowiedziałem się od pana ministra Szczerskiego, gdy przyjechałem do Pałacu”. W związku z powyższym doszedłem do wniosku, że w wypowiedź Kaczyńskiego wkradła się literówka. Powinno być „Wała tym, którzy walczyli o prawdę, na czele z Antonim Macierewiczem”. Ze swej strony dodam tyle, że proszę o więcej, bo mam jeszcze spory zapas popcornu.

W poprzednim przeglądzie trochę miejsca poświęciłem decyzji Krajowej Rady Radia Maryja i Telewizji Trwam, która nałożyła na TVN karę za to, że materiały na temat protestów pod Sejmem (tych z końcówki 2016 roku), nie miały pasków z TVP.INFO. Do tej decyzji odniósł się Departament Stanu USA, który, używając dyplomatycznego języka, zasugerował polskiej stronie, że może by tak pospierdalała z tą karą. Nieco później Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam oznajmiła, że „no to my może pospierdalamy” i uchyliła karę dla TVN. Zapewne członkowie wyżej wymienionej rady do tej pory zastanawiają się nad tym, „po chuj Amerykanie bronili niemieckiej telewizji?”

Na początku stycznia Ryszard Czarnecki oznajmił, że „Podczas wojny mieliśmy szmalcowników, dziś mamy Różę Thun”. Bardzo szybko okazało się, że Czarnecki może za te słowa polecieć ze stołka Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Czarnecki przyjął to na klatę i stwierdził, że próba odwołania go ze stanowiska „to dalszy ciąg ataku na Polskę.”, dzięki czemu od teraz możemy to tytułować Ludwikiem XIV. Czarnecki doszedł do wniosku, że to może nie wystarczyć i postanowił w jakiś sposób przekonać do siebie europarlamentarzystów i w tym momencie geniusz dyplomatyczny Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego objawił się w pełnej krasie. Czarnecki uznał bowiem, że zaspamowanie skrzynek mailowych europosłów będzie idealnym narzędziem perswazyjnym (tak, wiem, oficjalnie tę „oddolną akcję” zorganizowała Niezależna.pl, ale bądźmy poważni, zielone światło musiał dać Ludwik XIV). Niestety, europosłowie nie dorośli do poziomu Ryszarda Czarneckiego i został on poproszony o nierozsyłanie spamu, bo ten jest cokolwiek przeciwskuteczny. Parafrazując klasyka – ta prośba to dalszy ciąg ataku na Polskę.

O sukcesie opozycji, która dała dupy przy okazji głosowania nad obywatelskim projektem ustawy Ratujmy Kobiety, słyszeli już wszyscy. Tym niemniej dwie próby „wytłumaczenia” tego fuckupu zasługują na miejsce w tym Przeglądzie. Szefowa Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer, fuckup swojej partii tłumaczyła tym, że „Ja przypomnę, że my jesteśmy ugrupowaniem, które jest nowe i bardzo wielu naszych posłów, nie mając doświadczeń wcześniej w polityce, nie zdaje sobie bardzo często sprawy, że nie głosują za danym projektem tylko, tak jak tutaj, głosują za skierowaniem do komisji”. To trochę tak, jakby szef firmy transportowej tłumaczył się po karambolu spowodowanym przez kierowców swojej firmy tym, że „Ja przypomnę, że my jesteśmy firmą, która jest nowa i bardzo wielu naszych kierowców, nie mając doświadczeń wcześniej w jeździe, nie zdaje sobie bardzo często sprawy, że nie powinno się wjeżdżać na skrzyżowanie na czerwonym świetle, tylko tak, jak inni kierowcy – na zielonym”. Porównywalną brawurą wykazała się Małgorzata Kidawa-Błońska, która oznajmiła, że w sumie to ludzie powinni się czepiać PiS-u, bo nie wszyscy posłowie tej partii poparli skierowanie projektu ustawy do prac w komisji, a przecież PiS obiecywał w kampanii, że żadnego projektu obywatelskiego PiS nie odrzuci w pierwszym czytaniu. Tutaj już od razu „na serio” będzie. Bo prawda jest taka, że Kidawa-Błońska miała częściową rację. Tzn., owszem, PiS obiecywał, że żaden projekt obywatelski nie padnie w pierwszym czytaniu. Tyle że obietnica ta została złamana przy okazji poprzedniego głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety, więc teraz PiS miał to już po prostu w dupie. Tego rodzaju tłumaczenie, tzn. „wina PiS-u”, byłoby prawilne, gdyby to był pierwszy uwalony projekt obywatelski. Odnoszę wrażenie, że posłowie PO wyparli z pamięci to poprzednie głosowanie i dla nich to ostatnie było „pierwsze”.

Ponieważ PO musiało coś zrobić po tym fuckupie, z partii wywalono trójkę posłów. Nad trójką wyrzuconych pochylił się Stanisław Karczewski: „Szczerze współczuje politykom Platformy Obywatelskiej, bo nie chciałbym być w takiej partii, w której nie można mówić tego, co się chce, nie można wyrażać swego światopoglądu”. Być może na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, ale ta wypowiedź oznacza, że Stanisław Karczewski najprawdopodobniej opuści Prawo i Sprawiedliwość. O ile, rzecz jasna, ktoś opowie mu o pośle Łukaszu Rzepeckim, który wyleciał z PiS-u za to, że „mówił co chciał” i poparł wniosek o uchylenie immunitetu Dominikowi „Jenotowi” Tarczyńskiemu.  

Idol polskich zygotarian, Bogdan Chazan (zwany również „pięćsetką”), ostatnio się rozmarzył i opowiadał o tym, że za aborcję należy karać lekarza, położną i taksówkarza, który przywozi kobietę. Nie wiem czemu Chazan poprzestał na tak krótkiej liście. Przecież ukarać należałoby również egzaminatora, u którego taksówkarz zdawał egzamin na prawo jazdy, właścicieli stacji diagnostycznej, która dopuściła taksówkę do ruchu i pracowników stacji benzynowej, na której zatankowano taksówkę. Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że praktycznie wszyscy komentujący skupili się na tym „karaniu taksówkarza”, a mało kto zwrócił uwagę na fragment, który poprzedzał marzenia Chazana „Jeżeli ktoś przekracza obowiązujące prawo, powinien być karany”.  Jest to bardzo piękne zdanie, które po przetłumaczeniu z Chazanowego na polski brzmi: „mnie nie spotkała żadna kara, bo ja skrobałem na legalu, więc się odpieprzcie”.


Źródła:







Notka o człowieku, który pracował na swój sukces dwa razy ciężej niż inni:






http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22874084,szef-pis-jaroslaw-kaczynski-nie-pojawil-sie-na-zaprzysiezeniu.html





https://www.tvn24.pl/polska-i-swiat,33,m/polska-i-swiat-prawo-aborcyjne-w-sejmie,805986.html



https://www.wprost.pl/kraj/10080695/Posel-Lukasz-Rzepecki-wyrzucony-z-PiS-dolaczy-do-nowego-klubu-parlamentarnego.html


https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/prof-bogdan-chazan-w-sprawie-kar-za-zabiegi-aborcyjne,806554.html






czwartek, 11 stycznia 2018

404 opozycja not found

Wczorajsze głosowanie nad odrzuceniem w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu ustawy „Ratujmy Kobiety” zakończyło się upokorzeniem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Większość newsów na ten temat można skompilować do zdania: „Projekt przepadł 9 głosami, za skierowaniem go do dalszych prac głosowało prawie 60 posłów PiS, a na sali brakowało 29 posłów PO i 10 posłów N”. Komentarze w internetach są utrzymane w podobnym tonie. Z tą różnicą, że zawierają sporą dawkę wulgaryzmów (bo się ludzie, eufemizując, wkurwili na Platformę i Nowoczesną). Obu tym partiom nie pomógł fakt, że część posłów, którzy nie brali udziału w głosowaniu, była na sali, ale wyciągnęła karty z czytników.

Gdyby sprawa sprowadzała się do jednego spieprzonego głosowania, to nie zawracałbym wam głowy (jeno shejtowałbym obie partie w kolejnym Przeglądzie Hejterskim sugerując, że „they cannot into opozycja”). Ale, jak to powiedział jeden z bohaterów filmu „Smoleńsk”, „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Prawda jest bowiem taka, że Platforma i Nowoczesna wczorajszym głosowaniem udowodniły, że jak się człowiek uprze, to da radę wejść dwa razy do tej samej rzeki. Tym samym, nasza opozycja zawstydziła Heraklita, który twierdził, że to niemożliwe.

23 września 2016 w Sejmie odbyło się głosowanie nad tym, czy odrzucić w pierwszym czytaniu obywatelski projekt ustawy „Ratujmy Kobiety”. Pastwiłem się nad tym głosowaniem (link w źródłach podrzucam), ale coby nie trzeba było skakać między tekstami, pozwolę sobie na telegraficzny skrót tego, com tam napisał. PiS zarzekał się (przed głosowaniem), że nie uwalą obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu, jednocześnie zapewniając, że projekt i tak nie ma szans na wejście w życie. W trakcie głosowania PiS zaczął robić jakieś wygibasy, albowiem 176 posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu, a 43 przeciwko (w tym kierownictwo). Zwróciło to moją uwagę, bo w poprzednim głosowaniu „światopoglądowym” PiS zachował się zupełnie inaczej. W trakcie głosowania nad skierowaniem do komisji projektu „Świecka szkoła” 229 posłów PiS wstrzymało się od głosu. Projekt poszedł do prac w komisji, a PiS nadal mógł się szczycić tym, że (w przeciwieństwie do PO-PSL) nie uwala obywatelskich projektów w pierwszym czytaniu. Czemu więc w głosowaniu nad „pierwszą edycją” projektu „Ratujmy Kobiety” nie zastosowano sprawdzonej metody? Bo Prawo i Sprawiedliwość usiłowało winę za uwalenie projektu zrzucić na opozycję. Nie przewidziano jednak tego, że część posłów PO i N (odpowiednio 21 i 5) oleje głosowanie, a część zagłosuje za odrzuceniem projektu (13 posłów PO i 2 posłów N). W efekcie czego różnica głosów była zbyt duża, żeby dało się zwalić winę na partie opozycyjne: 230 głosów „za odrzuceniem” vs 173 głosy „przeciwko odrzuceniu”. Mimo tego, część internetowych dronów Prawa i Sprawiedliwości usiłowała klarować, że „przecież kierownictwo PiSu głosowało za projektem, a to, że projekt padł, jest winą lewaków z PO i N” (co zrozumiałe, dronom bardzo szybko „zaktualizowano” przekaz dnia i ta narracja została „wygaszona”). 

Z głosowania nad „pierwszą edycją” projektu „Ratujmy Kobiety” opozycja mogła wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, trzeba się pilnować w głosowaniach „światopoglądowych”, bo PiS już raz usiłował „rozegrać” opozycję i może spróbować po raz kolejny. Po drugie, próba „rozegrania” opozycji (poprzez kolejne wygibasy w głosowaniu) była o tyle prawdopodobna, że PiSowi już nie zależało na wizerunku partii, która „dba o projekty obywatelskie” (bo wizerunek ów „padł” po tym, jak ujebano pierwszy projekt). Po trzecie, to, że posłowie PiS głosowali za skierowaniem projektu do prac w komisji, rozwiązało ręce „kościelnym wydygańcom”, którzy nie chcieli popierać tego pomysłu, bojąc się, że ksiądz im to z ambony wypomni. Skoro bowiem klęcząca przed Episkopatem wierchuszka PiSu (wraz z częścią posłów) poparła skierowanie projektu do prac w komisji, to nikt prócz Terlikoidów nie hejtowałby za to opozycji.

Wynik wczorajszego głosowania (202 głosy za odrzuceniem vs 194 głosy przeciwko odrzuceniu) w połączeniu z faktem, że 39 posłów PO+N nie wzięło udziału w głosowaniu, pokazał, jak bardzo opozycja miała je w dupie. W przeciwieństwie do opozycji, Prawo i Sprawiedliwość odrobiło lekcje i udoskonaliło „wygibasy”. Za odrzuceniem projektu zagłosowało 166 posłów tej formacji (10 mniej niż poprzednim razem), zaś przeciwko odrzuceniu zagłosowało ich 58 (15 więcej niż poprzednim razem). Liczby te pozmieniano tylko i wyłącznie po to, żeby zmniejszyć różnicę głosów (no chyba, że ktoś chce mnie przekonać do tego, że Krystyna Pawłowicz doznała „lewackiego objawienia” i sama z siebie poparła projekt „Ratujmy Kobiety”).

Gdyby PiSowi ta akcja (uwalenie projektu przy pomocy opozycji) wyszła za pierwszym razem, opozycja miałaby znacznie mniej przejebane. No, bo tak po prawdzie, nie dało się wtedy „wyprognozować” tego, że PiS zamiast wstrzymać się od głosu (tak jak w głosowaniu nad „Świecką szkołą”), zacznie się bawić w „kreatywne głosowanie”. Ponieważ akcja się nie udała, PiS zaliczył wpadkę i wszyscy skupili się na tym, że 176 posłów partii rządzącej, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, zagłosowało za odrzuceniem projektu obywatelskiego w pierwszym czytaniu. Tym razem za odrzuceniem projektu zagłosowało 166 posłów PiS (dla porównania PO + N miały wczoraj 162 posłów), a wina za ten stan rzeczy spadła praktycznie wyłącznie na Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Prawda jest taka, że gdyby PiSowi zależało na tym, żeby projekt „Ratujmy Kobiety” przebrnął przez pierwsze czytanie, to posłowie tej partii zagłosowaliby tak, jak w głosowaniu nad antyaborcyjnym projektem zygotarian, kiedy to 231 posłów było przeciwko odrzuceniu. Tym niemniej, w niczym nie umniejsza to winy opozycji, której posłowie nie zastanowili się nad tym, czemu PiS poprzednio bawił się w „kreatywne głosowanie”. I nie, wczorajsza sytuacja to nie była zwykła pomyłka (o czymś takim moglibyśmy mówić, gdyby PiSowski „gambit” wyszedł za pierwszym razem), ale jedno z bardziej spektakularnych upokorzeń politycznych. O tym, że opozycja dała się upokorzyć w sytuacji, w której nie powinna sobie pozwolić nawet na drobne potknięcie,  nawet mi się już, kurwa, nie chce wspominać.

Źródła


Trailer „Smoleńska” (cytowana wypowiedź 01:03):
https://www.youtube.com/watch?v=huveY6NEa2Q

Link do starej notki:

Pierwsze głosowanie nad projektem „Ratujmy Kobiety” (2016):

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=17

Głosowanie nad skierowaniem do komisji projektu „Świecka szkoła”:


Głosowanie nad „drugą edycją” projektu „Ratujmy Kobiety”:

http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=55&NrGlosowania=9


Głosowanie nad zygotariańskim projektem:

http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=55&NrGlosowania=10

Link do konta Tt jednego z posłów PiS (polecam przescrollowanie wczorajszych Retweetów tego pana):

https://twitter.com/WasikMaciej/status/951242152100749314



czwartek, 28 grudnia 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #22

Prokuratura Okręgowa w Opolu umorzyła śledztwo w sprawie wypadku z udziałem samochodu BOR, którym jechał Prezydent RP: „Zdarzenie miało charakter losowy". Nieco później, Prezydent RP ogłosił, że tym razem nie ma zastrzeżeń do ustaw o SN i KRS po czym je podpisał.

Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że Beata Szydło (wtedy jeszcze Pełniła Obowiązki Premiera) udała się na konsultacje okulistyczne do Jarosława Kaczyńskiego. Konsultacje były konieczne dlatego, że „nie widziała potrzeby rekonstrukcji rządu”. Niestety, wada wzroku, którą odkrył u Beaty Szydło Wielki Okulista uniemożliwiła jej dalsze Pełnienie Obowiązków Premiera.

Na stanowisku Osoby Pełniącej Obowiązki Premiera Beatę Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki. Złośliwi twierdzili, że to zwykła „wymiana pionków”, która niczego nie zmieni. Mateusz Morawiecki już na samym początku udowodnił, że złośliwi nie mają racji. W jednym z pierwszych wywiadów, po objęciu stanowiska, powiedział: „chcemy przekształcać Europę, rechrystianizować ją„. Jest to zasadnicza zmiana w polityce zagranicznej, bo przecież nie tak dawno temu, Beata Szydło krzyczała z mównicy „Europo, powstań z kolan!”
 
13 grudnia 2017 roku doszło do sytuacji, która może rzucić cień na rządy Prawa i Sprawiedliwości. Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych nie zaopiniowała pozytywnie kandydatury Barbary Stanisławczyk-Żyły na stanowisko ambasadora RP w Izraelu. Z punktu widzenia polityki kadrowej Prawa i Sprawiedliwości, ta kandydatura była wręcz idealna, albowiem, pani Barbara nie posiadała odpowiednich kwalifikacji do tego, żeby objąć stanowisko ambasadora. Pomimo tego – jej kandydaturę uwalono.

Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam nałożyła na TVN  karę w wysokości niemalże 1.5 miliona złotych za to, że w trakcie relacjonowania ubiegłorocznych grudniowych protestów pod Sejmem – prezentowane przez TVN24 materiały nie zostały opatrzone paskami z TVP INFO.

Nałożenie kary na TVN spotkało się z reakcją  Departamentu Stanu USA: „Stany Zjednoczone są zaniepokojone decyzją Polski, by ukarać grzywną prywatnego nadawcę telewizyjnego TVN za rzekome stronnicze relacjonowanie demonstracji przed parlamentem w grudniu minionego roku(...) Ta decyzja zdaje się podważać niezależności mediów w Polsce, kraju będącym naszym bliskim sojusznikiem (...). Wolne i niezależne media są nieodzowne dla funkcjonowania silnej demokracji” Tłumacząc to z języka dyplomatycznego na zwykły: „a może byście tak pospierdalali z tą karą?”

Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam odniosła się do wypowiedzi Departamentu Stanu USA. Teresa Brykczyńska, która jest rzecznikiem prasowym wyżej wymienionego podmiotu stwierdziła, że kara jest „odwracalna”: „ Można ją naturalnie znieść, anulować w drodze ugody, ale jedynie w sposób przewidziany przepisami: po ewentualnym złożeniu przez TVN odwołania do sądu oraz po pozytywnym rozpatrzeniu tegoż odwołania”. Innymi słowy – wysłano do Departamentu Stanu USA sygnał „ok, postaramy się pospierdalać, ale  TVN musi nam w tym pomóc”.
 
Jarosław Gowin, któremu giętkości kręgosłupa mógłby pozazdrościć sam Mr Fantastic, opowiedział ostatnio porażającą historię: „Nigdy nie zapomnę wizyty pewnego ważnego polityka w gabinecie ministra sprawiedliwości, którego to gabinetu byłem wtedy gospodarzem. Był to okres, kiedy starałem się skonsolidować sądy. Ów polityk położył mi na stole kartkę z listą sądów i powiedział: “Tych sądów nie ruszaj, bo tam są nasi prezesi”. Natychmiast po jego wyjściu wrzuciłem tę kartkę do niszczarki”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że Gowin nie wspominał o tej historii przez 4-5 lat, bo tyle czasu zajęło mu składanie do kupy kartki, którą wrzucił do niszczarki. Ponieważ nie jestem złośliwy, napiszę jedynie tyle, że Gowin milczał, bo bał się konsekwencji swojego czynu. Nie, nie chodzi o to, że wrzucił kartkę do niszczarki, ale o to, że najprawdopodobniej wrzucił do niej również Pewnego Ważnego Polityka. Skąd ten pomysł? A niby czemu nie wymienił tej osoby z imienia i z nazwiska?

Komisja Europejska uruchomiła artykuł 7 wobec Polski. Decyzję tę skomentował Patryk „reprezentuję biedę” Jaki, który stwierdził, że KE wcale nie chodzi o żadną praworządność, ale (w skrócie) o to, że Polska zaczyna zarabiać pieniądze i to się nie podoba UE. Wydaje mi się, że wiem, w jaki sposób można zaorać tych podłych eurokratów! PiS powinien zastosować się do zaleceń Komisji Europejskiej (odnoszących się do sądownictwa) a wtedy MASKI OPADNĄ! 

Jacek Saryusz-Wolski postanowił zabrać głos w temacie działań Komisji Europejskiej „Zwracając się do KE można zacytować Kmicica „Kończ waść wstydu oszczędź”” Kurde, spodziewałem się tego, że UE może „kupić” Orbana, ale nawet nie przypuszczałem, że pójdzie im tak szybko...

Minister Zbigniew Ziobro chce, aby Trybunał Konstytucyjny zdecydował, czy w Polsce można odmówić wykonania usługi powołując się na zasadę wolności sumienia i wyznania. Dawno nie widziałem tak brutalnego ataku na Magdalenę Ogórek...

Jeżeli zaś już jesteśmy przy Trybunale Konstytucyjnym, to jego prezes Julia Przyłębska została Człowiekiem Wolności Tygodnika „Sieci” (przyznanie jej tej nagrody idealnie współgra z tytułem tygodnika). Wieść gminna niesie, że Człowiekiem Wolności miał zostać Stanisław Piotrowicz, ale ponoć powiedział, że wystarczy mu Brązowy Medal Zasługi, który otrzymał w 1984 roku.

Portal wPolityce ogłosił powstanie Instytutu Badań, który ma prowadzić badania w obszarze biotechnologii. Premier Morawiecki powiedział zaś: „Będziemy produkować nowoczesne leki, które będą w najlepszy możliwy sposób leczyć naszych obywateli. Zdrowie jest dla nas priorytetem, ale też szansą rozwojową; w Polsce 70 proc. leków, które kupujemy pochodzi z zagranicy i tę zależność chcemy zmienić; chcemy, aby leki były coraz tańsze i coraz częściej polonizowane”. Instytut będzie dysponował budżetem rzędu 500 milionów złotych. W USA wprowadzenie jednego leku na rynek to koszt rzędu 3-4 miliardów dolarów. W Polsce zaś, 500 baniek wystarczy na co najmniej kilka leków! To się nazywa wstawanie z kolan.


Źródła:

https://wpolityce.pl/polityka/370709-sledztwo-ws-wypadku-prezydenta-dudy-umorzone-zdarzenie-mialo-charakter-losowy











http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/565458,ziobro-kieruje-sprawe-druku-plakatow-lgbt-do-trybunalu-konstytucyjnego.html


Tak, wiem, że „historia Ogórek” była zwykłą bzdurą, ale link źródłowy podrzucić muszę:



https://wpolityce.pl/polityka/373740-500-mln-zl-na-polskie-leki-rzad-powoluje-instytut-badan-majacy-prowadzic-badania-w-obszarze-biotechnologii-morawiecki-leki-maja-byc-tansze




https://cen.acs.org/articles/92/web/2014/11/Tufts-Study-Finds-Big-Rise.html



piątek, 22 grudnia 2017

Walka z akcją #MeToo, czyli „zawsze się troszeczkę broni molestowania”

Jakiś czas temu popełniłem tekst o tym, jak to się redakcja „Do Rzeczy” odniosła do akcji #MeToo. Okładkowy artykuł miał bardzo neutralny tytuł: „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Był on autorstwa Łukasza Warzechy, tak więc z góry było wiadomo, jaki będzie miał wydźwięk. Biegunka argumentacyjna Seby z prawicowo-konserwatywnego salonu była spektakularna. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że ktoś może uznać za „obsceniczne” przepuszczenie kobiety w drzwiach. Tym niemniej, jak już wcześniej wspomniałem, treść tekstu nie była dla mnie zaskoczeniem. Nie było nim również to, że dla Seby nie istnieje coś takiego, jak „odmowa”. Tzn. jeżeli Seba zaprasza kobietę na randkę, a ona odmawia, to wcale nie znaczy, że nie chce się z nim spotkać – po prostu chce być zdobywana. Po jakimś czasie okazało się, że dla tygodnika „Do Rzeczy” molestowanie to nie jest „amok” i „obsesja lewactwa”. Powodem tej nagłej zmiany był artykuł pt. „Papierowi Feminiści”, który pojawił się na „Codzienniku Feministycznym”. No bo, skoro okazało się, że sprawcami przemocy seksualnej nie są tylko i wyłącznie czytelnicy tygodnika „Do Rzeczy” (tak, wiem, przesadzam, ale nie bardziej niż Seba od „obscenicznego przepuszczania kobiet w drzwiach”), to można pójść na kompromis i uznać, że CZASEM mamy do czynienia z sytuacją, w której kobieta jest ofiarą. Niestety, ten sam artykuł sprawił, że podobna „zmiana” (choć o przeciwnym „zwrocie”) dokonała się u ludzi z drugiego bieguna. 

Części z was nie trzeba „przedstawiać” Agnieszki Graff, ale niektórzy mogą nie wiedzieć kto zacz. Pozwolę więc sobie na zacytowanie kawałka „bio” z Wikipedii: „Polska pisarka, nauczycielka akademicka, tłumaczka i publicystka związana z ruchem feministycznym. Członkini zespołu "Krytyki Politycznej" oraz rady programowej stowarzyszenia Kongres Kobiet” (…) „Współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, wraz z którym organizuje coroczne Manify.” 
Pamiętajcie o tym w trakcie dalszej lektury.

Agnieszka Graff była gościem radia Tok FM i w trakcie audycji „Wieczór – Tomasz Stawiszyński” (12-12-2017) rozmawiała z wyżej wymienionym o „szerokich konsekwencjach akcji #metoo”. Ponieważ audycja była dość długa (prawie 30 minut), skupię się jedynie na wybranych fragmentach. Jeżeli ktoś będzie chciał posłuchać całości, link znajdzie w źródłach.

Agnieszka Graff: „Kolejna cecha to zlewanie i zamazywanie różnic między różnymi przekroczeniami. To znaczy, ja wiem, że jest ciągłość molestowania seksualnego, ale jest zasadnicza różnica między gwałtem a powiedzeniem czegoś niestosownego. Można powiedzieć, że jedno i drugie jest częścią kultury gwałtu (...)”.

Nie tyle „można”, co „należy” to powiedzieć. Bo to jest tak, że zarówno za gwałtem, jak i za „mówieniem czegoś niestosownego” (rzecz jasna, chodzi o „coś niestosownego” związanego z seksem) stoi ten sam mechanizm. W uproszczeniu, chodzi o ignorowanie sygnałów „wysyłanych” przez osobę, która np. nie chce słuchać „niestosownych uwag” lub nie ma ochoty na to, żeby ktoś jej dotykał. Z kolei to ignorowanie płynnie przechodzi w przełamywanie oporu. Jeżeli bowiem ktoś „wyuczył” się tego, że kobieta „nie wie czego chce”, to w pewnym momencie może uznać, że może też nie wiedzieć, że ma ochotę na seks. Zgadzam się z Graff w tym, że gwałt to nie to samo co „powiedzenie czegoś niestosownego”, ale jestem również świadom, że większość gwałcicieli „zaczynała” od mówienia „niestosownych rzeczy” i ignorowała to, że kobietom to nie odpowiada.

Agnieszka Graff: „Ale w momencie, w którym mamy konkretną osobę, która jest oskarżona z jednej strony o gwałt, a z drugiej o to, że powiedziała, że jej się podobają seksowne policjantki bo mają pałki i jedno i drugie ma wywoływać podobne oburzenie i mamy wierzyć tym opowieściom w oparciu o to co mówi ofiara, której wierzymy z założenia, no to to już jest atmosfera paniki moralnej, w której człowiek oskarżony o wykroczenie jest całkowicie bezradny, on nie ma jak się bronić.”


Po pierwsze, Agnieszka Graff pomyliła redaktorów. Ten od policjantek „z pałami” nie był oskarżony o gwałt. Po drugie, nawet gdyby tak było, to nie bardzo rozumiem, o co chodzi w „jedno i drugie ma wywoływać podobne oburzenie”. To trochę tak, jakby usiłowano nam tłumaczyć, że gdyby nie oskarżenie o gwałt, to nikt by się nie przejął tymi tekstami o policjantkach. Po trzecie, obaj panowie mieli bardzo dużo na sumieniu. Jeden z nich postanowił iść do sądu i jego ziomki momentalnie zbudowały wokół tego narrację „próbowano go zlinczować”. On sam zaś tłumaczył, że:

„Rozmawiałem także z jedną z osób, które później podpisały się pod artykułem w "Codzienniku Feministycznym". Stwierdziła, że co prawda ona sama nie ma mi nic do zarzucenia, ale w związku z tym, że chcą uderzyć w inną osobę - jak się okazało w Michała Wybieralskiego - to mnie również się oberwie.” (rzecz jasna, musimy mu uwierzyć na słowo, że taka rozmowa w ogóle miała miejsce) 

Wszystkim wspierającym tę „ofiarę linczu” umyka to, że JD poszedł do sądu, żeby udowodnić, że nie jest gwałcicielem. Tak, był to najpoważniejszy z zarzutów, ale jednocześnie jeden z wielu, które mu w tekście postawiono (rzecz jasna, nie chodzi o zarzuty w sensie prawnym). Temat pozostałych został poruszony w tej samej rozmowie, której fragment zacytowałem:

„Janusz Schwertner: W tekście "Codziennika Feministycznego" zostałeś oskarżony nie tylko o gwałt, lecz także o seksistowskie zachowania.

Jakub Dymek: Chcę powiedzieć bardzo wyraźnie: wszystkie osoby, które potraktowałem w sposób seksistowski, arogancki, napastliwy, przykry, poniżający - szczerze przepraszam. Każdą z osobna. Jako osoba, która przyznaje się do lewicowego światopoglądu, powinienem tym bardziej trzymać się wysokich standardów, i to także w życiu prywatnym. Jak widać, nie trzymałem się ich.

JS: Pamiętasz sytuacje opisane przez autorki artykułu?

JD: To mogły być historie z barów, z imprez, z prywatnych rozmów w pracy. Przepraszam za wszystkie niewłaściwe zachowania czy odzywki. Bezcelowe jest wnikanie, czy np. latem 2016 roku, na jednej z imprez, odezwałem się do kogoś w ten czy inny sposób. Bez znaczenia jest teraz to, jak ja pamiętam jakieś sytuacje - ważne, że ktoś inny poczuł się tym skrzywdzony. Za to muszę przeprosić.”


Pod koniec swojego wywodu Agnieszka Graff stwierdziła, że w atmosferze paniki moralnej „człowiek oskarżony o wykroczenie jest całkowicie bezradny, on nie ma jak się bronić”. Jak się ta „bezradność” ma do sytuacji JD, który poszedł do sądu broniąc się przed oskarżeniem o gwałt, ale jednocześnie przyznał się do całej reszty zarzutów? Swoją drogą, urzekło mnie to, że JD nawet nie pamięta tych sytuacji i „przeprosił” za nie zbiorczo. Nie jest więc tak, że „celem” był Wybieralski, a Dymek oberwał jedynie „rykoszetem”. Warto również zaznaczyć, że argument odnoszący się do „atmosfery paniki moralnej” praktycznie niczym nie różni się od tytułu artykułu z „Do Rzeczy”. Tylko że tam nikt nie bawił się w ładne słówka i nazwano to amokiem i lewacką obsesją.

Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że 21-12-2017 „wewnętrzna komisja w Agorze zarekomendowała zarządowi spółki bezzwłoczne rozwiązanie umowy o pracę z Michałem Wybieralskim z Wyborcza.pl, któremu zarzucono mobbingowanie podwładnych”. Decyzja komisji niespecjalnie mnie dziwi, szczególnie w kontekście tego, że „całkowicie bezradny” Wybieralski był łaskaw (nazywajmy rzeczy po imieniu) wyjebać z dyńki swojej partnerce. Szczęście w nieszczęściu tej kobiety polegało na tym, że zrobił to przy świadkach. Dzięki temu przynajmniej nikt nie zacznie bredzić o tym, że „mamy wierzyć tym opowieściom w oparciu o to co mówi ofiara, której wierzymy z założenia”. I tu dochodzimy do kolejnej „perełki”, którą do tej pory mogliśmy najczęściej obserwować po „prawej” stronie. Chodzi o podważanie wiarygodności ofiar molestowania/przemocy. Bardziej absurdalne od „prawicowej narracji”, która pojawia się po „lewej” stronie, jest to, że tego quasi-argumentu użyto w kontekście akcji #metoo, w czasie której pierdylion polskich kobiet, które były ofiarami molestowania i przemocy opisywało swoje doświadczenia, nie wymieniając sprawców z imienia i nazwiska. Sytuacje, w których sprawcy nie pozostali anonimowi, były wyjątkiem, a nie normą. I w tym momencie wchodzi Agnieszka Graff, cała na biało, zaczynając się zastanawiać nad tym, czemu my tak właściwie wierzymy tym ofiarom

Tomasz Stawiszyński: „No, ja też mam takie wrażenie, przy pełnej zgodzie co do wagi społecznej akcji #metoo, że to narracja, w której mowa o tym, że a priori bezwzględnie ofiara ma zawsze rację. Co oznacza w praktyce, że ofierze musimy zawsze bezwzględnie wierzyć i że właściwie nie można sobie wyobrazić takich warunków, pod którymi jej świadectwo zostałoby sfalsyfikowane. No, bo ani sąd ani inne procedury, prowadzące do tego, żeby ustalić jak było rzeczywiście, nie są tutaj relewantne.”

Być może, gdyby Stawiszyński nieco mniej czasu spędzał nad słownikiem wyrazów obcych, a więcej czasu poświęcał na research, wiedziałby, że jego wypowiedź nijak się ma do „polskiego” #metoo. Dywagacje na temat tego. że „zawsze wierzymy ofiarom” są w kontekście tego, jak wyglądała „polska edycja” #metoo irrelewantne (użyłem tego słowa na wypadek, gdyby redaktor zabłądził na mój fanpejdż – tzn. żeby łatwiej mu było zrozumieć, o co mi chodzi).


Agnieszka Graff: „To też zachęca do osobistych (nie dokończyła myśli) do zemsty, to jest zemsta dziewczyn.”

Nie chce misię, kurwa, po raz trzeci powtarzać, że to praktycznie nie ma żadnego związku z „polskim” #metoo. Tym niemniej, zachęcam do eksperymentu. Wpierw należy przeczytać artykuł „Papierowi Feminiści” (z którego usunięto wzmianki o gwałcie). Następnie proponowałbym poczytanie „przeprosin” Dymka i decyzji wewnętrznej komisji Agory. A na końcu wypowiedzi Graff, która opowiada o „zemście dziewczyn”. „No, ale przecież Dymek się procesuje” - tak, procesuje się, ale to nadal jest jednostkowy przypadek, z którego Graff wyciąga wnioski odnoszące się do całej akcji (która, do kurwy nędzy, wyglądała zupełnie inaczej).

Tomasz Stawiszyński: „Ale tworzą jakąś taką sytuację niewywrotnych struktur, których nie sposób obalić, że właściwie kiedy się pojawia takie oskarżenie, to nic nie można zrobić, to koniec.”

Tak, ten koniec widać szczególnie w przypadku Dymka, który poszedł do sądu. 

Agnieszka Graff: „Pytanie, czy da się przeprowadzić tę rewolucję bezkrwawo, nie niszcząc po drodze ludzi, albo dbając o to, żeby ci, którzy zostają oskarżeni, to byli Weinsteinowie tego świata, a nie koledzy z pracy.”

Urocza jest troska Agnieszki Graff o sprawców przemocy seksualnej, którzy są kolegami z pracy i nie są „Weinsteinami tego świata”. „Ale może miała co innego na myśli”? No, nie bardzo. Tu nie chodzi bowiem o to, żebyśmy „nie niszczyli życia niesłusznie oskarżonym ludziom”, ale o to, że nie o każdym przypadku molestowania seksualnego należy głośno mówić, bo nie każdy sprawca jest „Weinsteinem tego świata”. Swoją drogą, doceniam kreatywność Agnieszki Graff - używała ona kwiecistego słownictwa (vide „panika moralna”) zamiast powiedzieć wprost: „Odpierdolcie się od Jakuba, bo on jest z mojej redakcji”.

Wiem, że prawdopodobnie w tym momencie wydaje się wam, że „chyba widziałem już wszystko”, ale zapewniam was, że najbardziej spektakularny fragment rozmowy zostawiłem na sam koniec. Ponieważ jednak jest to dość „złożony” fragment, podzielę go na nieco mniejsze.

Agnieszka Graff: „Zwolenniczki akcji #metoo uważają, że sprawa jest bardzo prosta: albo ktoś dał przyzwolenie na seksualne zaloty i wtedy nie ma molestowania, albo nie dał tego przyzwolenia i wtedy mamy do czynienia z przemocą.”

W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że w 100% zgadzam się ze „zwolenniczkami akcji #metoo”, choć osobiście wolałbym nazwę „przeciwniczki molestowania/przemocy seksualnej/gwałtów”.

„Otóż ja uważam, że w seksie to nie jest takie oczywiste.”

Jestem już na tym etapie, że niczego innego się po Agnieszce Graff nie spodziewałem.

„Żyjemy w kulturze patriarchalnej, w której kobiety są od stuleci socjalizowane do niemówienia jednoznacznie czego chcą”

Jest to tak zwana półprawda, bo owszem, kobiety bardzo długo socjalizowano do „nie mówienia jednoznacznie czego chcą”, ale socjalizowano je również do siedzenia cicho w momencie, w którym robiono im coś, czego „jednoznacznie nie chciały”, bo „mężczyzna wie lepiej”. O tym, że akcja #metoo (o której Agnieszka Graff miała tak dużo do powiedzenia) była próbą „popsucia” tego drugiego elementu (którym było i jest zmuszanie kobiet do „siedzenia cicho”), raczej nie trzeba wspominać.

„w związku z tym, jeżeli im każemy mówić, że chcą teraz tu, teraz tam, a punkt G to mam tu, to do bardzo skądinąd udanych stosunków nigdy by nie doszło. I to jest problem. Po prostu nie można się domagać od kobiet tej pozytywnej, entuzjastycznej zgody. I też trzeba sobie powiedzieć, że ludzie proponują sobie nawzajem seks, a tamci odmawiają, a potem się zgadzają - różnie w życiu bywa, w róże gry ludzie grywają”

Czy czegoś wam te słowa nie przypominają? Bo mnie owszem:

„Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci. (…) One zawsze trochę udają, że się stawiają. Trzeba wiedzieć, kiedy można, a kiedy nie można…”

Słowa te wypowiedział Janusz Korwin-Mikke. Poza warstwą stricte językową, między jego wypowiedzią, a wypowiedzią Agnieszki Graff nie ma praktycznie żadnej różnicy. Tak się bowiem składa, że oboje wychodzą z założenia, że kobieta może po prostu nie wiedzieć, że ma ochotę na seks. Tzn. nawet, jeżeli twierdzi, że nie ma, to po prostu się jej wydaje. Wiecie, co jest w tej sytuacji najbardziej absurdalne? Nie, nie to, że Agnieszka Graff „mówi Korwinem” (choć to swoją drogą). Największym absurdem jest fakt, że Graff była jedną z sygnatariuszek „Oświadczenia w sprawie nienawistnych wypowiedzi Janusza Korwin Mikkego”, które odnosiło się do cytowanej przeze mnie wypowiedzi JKM. Pozwolę sobie zacytować fragment tego oświadczenia: „Janusz Korwin-Mikke przedstawił punkt widzenia gwałcicieli, zgodnie z którym kobieta nie potrafi wyrażać zgody na stosunek seksualny, a zmuszanie do niego jest naturalne”.

I na tym zakończę pastwienie się nad tą rozmową. Była ona znacznie dłuższa i zawierająca większą liczbę podobnych „kwiatków”. Na ten przykład, zaraz po tym, jak Agnieszka Graff pojechała Korwinem, zaczęła opowiadać, że „molestowanie seksualne pierwotnie było definiowanie wyłącznie w relacjach władzy”, a potem „definicja molestowania została poszerzona na wszystkie relacje międzyludzkie” i że to się jej „wydaje absurdalne”. Mógłbym się pochylić nad cała tą rozmową i rozgrzebać ją „akcja po akcji”, ale niniejsza notka jest już i tak wystarczająco długa.

Kiedy szukałem w Guglach wikipedyjnej strony Agnieszki Graff (nie było to specjalnie skomplikowane, po prostu wpisałem w przeglądarkę jej imię i nazwisko), na drugim miejscu wyskoczył mi wywiad sprzed 3 lat, który nosi tytuł „Agnieszka Graff: Świat lekceważy kobiety, a z dziewcząt pogardliwie się nabija”. Wydaje mi się, że ów tytuł jest najlepszą pointą dla tego tekstu.


Źródła:

http://audycje.tokfm.pl/podcast/O-szerokich-konsekwencjach-akcji-metoo/57028



http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/michal-wybieralski-po-zgodzie-zwiazkowcow-ma-zostac-natychmiast-zwolniony-z-agory


https://wpolityce.pl/polityka/196363-awantura-w-tvn24-korwin-mikke-do-kowala-gdyby-pan-sie-znal-na-kobietach-to-pan-by-wiedzial-ze-zawsze-sie-troszeczke-gwalci




środa, 13 grudnia 2017

Polityka zagraniczna - odcinek 20170309

Stało się, Mateusz Morawiecki będzie Pełniącym Obowiązki Beaty Szydło. Z „krajowego” punktu widzenia niewiele się zmieniło, ot, jeden pionek został zastąpiony innym. W teorii bowiem Premier RP powinien być figurą, ale w praktyce jest pionkiem. Wystarczy bowiem, że „szeregowy poseł” z Żoliborza pstryknie palcami i pionek spada z szachownicy. Znamienne jest to, że szeregowy poseł zrzucił tego pionka bez żadnego wyraźnego powodu. Zaczęły się, co prawda, dywagacje na temat tego, że Kaczyński wymienił Beatę Szydło na Morawieckiego po to, żeby ten drugi „ugłaskał Unię Europejską”, ale skończyły się one bardzo szybko, albowiem Morawiecki w pierwszym „premierowym” wywiadzie stwierdził, że chce „rechrystianizować Europę”. Jak już wspomniałem na samym początku, z naszego, polskiego, punktu widzenia nie zmieniło się nic. Tyle, że z „zagranicznego” punktu widzenia, zmieniło się wszystko.

Wydaje mi się, że dla zagranicznego obserwatora „strącenie” Beaty Szydło było wydarzeniem porównywalnym z tym, co polska „dyplomacja” (eufemizując) odpierdalała w trakcie wyborów Przewodniczącego Rady Europejskiej. Nieudolne próby uwalenia Donalda Tuska były, z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora, totalnie irracjonalne. Nie było bowiem szans na to, że Saryusz-Wolski zajmie jego miejsce i jedynym „zyskiem” z tych działań mogło być to, że Donald Tusk przestanie być Przewodniczącym. Z punktu widzenia dyplomatów/etc. z EU było to działanie na szkodę własnego kraju. My, Polacy, wiedzieliśmy, że za tą dyplomatyczną kretyniadą stał „szeregowy poseł” z Żoliborza, który chciał się po prostu zemścić na swoim politycznym rywalu. Tyle że tę partię szachów (tak jak wszystkie inne po wyborach 2015) „szeregowy poseł” rozgrywał cudzymi rękami. Zewnętrzni obserwatorzy mogli się jedynie domyślać, że dyplomatyczna kretyniada nie była pomysłem polskiej delegacji, ale to były jedynie podejrzenia. Nawiasem mówiąc, chciałbym zobaczyć „reaction videos” zachodnich dyplomatów, którzy oglądali „powitanie Premier Szydło po wiktorii brukselskiej”. To musiało być dla nich niezapomniane przeżycie, w rodzaju „na co ja, kurwa, patrzę?”. Obserwowanie brukselskiej wiktorii było dla dyplomatów z UE (i nie tylko) pouczającym doświadczeniem, ale nawet ono nie mogło ich, moim zdaniem, przygotować na „wymianę pionków”.

Powiedzmy sobie szczerze, nikt „z zewnątrz” obozu PiS nie ma pojęcia po cholerę „szeregowy poseł” wywalił Beatę Szydło. Gdyby wymienił ją na siebie – sprawa byłaby jasna, „chciał sobie znowu porządzić”, no ale wymienił ją na Morawieckiego. Polityka informacyjna, którą PiS prowadził w związku z rekonstrukcją rządu (gwoli ścisłości, póki co, mamy do czynienia jedynie z rekonstrukcją Beaty Szydło), była raczej katastrofalna. Brakowało jakiejkolwiek spójnej narracji. Praktycznie codziennie mieliśmy do czynienia z różnymi wrzutkami PiS-owskich tuzów. Rządowi influencerzy nie byli informowani o niczym i nie byli w stanie odpowiednio urobić suwerena (chodzi mi, rzecz jasna, o suwerena internetowego). Bajkopisarz Rafał Ziemkiewicz tak bardzo niczego nie wiedział, że aż sobie napisał: „Jeśli to prawda, że ziobryści zagrozili wyjściem z ZP jeśli Morawiecki dostanie nominację na premiera to mamy pierwszy od dawna otwarty bunt przeciwko Jaro(...)”. To była wrzutka z przysłowiowej dupy, bo co prawda Patryk Jaki zagroził „wyjściem z koalicji”, ale tylko i wyłącznie w przypadku zrzucenia Ziobry ze stołka ministerialnego. Nieurobiony suweren wkurwił się straszliwie po tym, jak Dziennik Telewizyjny (niegdyś „Wiadomości”) zaczął zachwalać Morawieckiego. Reakcję suwerena podsumował jeden z pluszaków władzy, Piotr Semka, który stwierdził, że „Prawicowy elektorat CHCE Beatę Szydło na stanowisku szefa rządu i NIE CHCE Mateusza Morawieckiego w roli premiera. Czy to tak trudno zrozumieć na Nowogrodzkiej?”. Ten człowiek zajmuje się na TT głównie „klepaniem” przekazów dnia. Krytyka „Nowogrodzkiej” wzięła się najprawdopodobniej stąd, że nie dostał żadnych wytycznych, a musiał się jakoś odnieść do suwerena, który stał #MuremZaBeatą (hasztag został, co prawda, strollowany, ale było tam od cholery wpisów popierających Beatę Szydło). Mam świadomość tego, że ruch sieciowy „murem za Beatą” nie był „oddolny” i że wyprodukowała go część „zagubionych” influencerów/dronów, ale widziałem sporo wpisów, autorstwa zwolenników PiS-u, którzy byli autentycznie zdziwieni wykopaniem Beaty Szydło ze stołka. Nie można również zapomnieć o tym, że PiS najpierw bronił Premier Beaty Szydło w trakcie głosowania nad wotum nieufności, a następnie (tego samego dnia) wywalono ją z tego stanowiska. Wisienką na torcie była wymiana zdań między PBS i ministrem Szyszko (ma chłop szczęście do kamer), w trakcie której Premier RP stwierdziła, że „może jej nie odwołają do czwartku”. Co prawda okazało się, że miała rację (bo przeca w czwartek poleciała), ale ujmujące było to, że nie traktowano jej na tyle poważnie, żeby z nią na ten temat rozmawiać, skutkiem czego musiała się „domyślać”, kiedy jej podziękują za ciężką pracę.

Jeżeli my tutaj nie jesteśmy w stanie „ogarnąć” tego, co się stało, to wyobraźcie sobie, jak bardzo zdezorientowani musieli być „zewnętrzni” obserwatorzy. Dla nich ta sytuacja musiała być jeszcze bardziej zagmatwana. Najpierw było bowiem tak, że PBS mówiła, że nie widzi powodów do rekonstrukcji Rządu, potem poszła na „konsultacje” do „szeregowego posła” z Żoliborza, któremu „przedstawiła plan rekonstrukcji”, a następnie okazało się, że rekonstrukcji jako takiej, co prawda, jeszcze nie będzie, ale Premier Beacie Szydło i tak podziękowano. Rozeznanie w sytuacji utrudnia „zagranicy” to, że Szydło poleciała ze stołka bez żadnej wyraźnej przyczyny. Gdyby podała się do dymisji po „wiktorii brukselskiej” - można by to jeszcze jakoś zrozumieć, polska „drużyna” jechała na szczyt w Brukseli z buziami pełnymi frazesów o tym, jak to wszyscy są przygotowani do „walki z Tuskiem”, a skończyło się to wszystko upokorzeniem. Ale nie, PBS dostała wtedy kwiaty po powrocie. Można ją było odwołać po rządowym fuckupie po wichurach, które zdemolowały Pomorze. Ok, zamiast niej można by było wywalić ministra, ale gdyby się podała do dymisji twierdząc, że „zawiodła suwerena”, to wpisałoby się to w turbo-patriotyczną PiS-owską narrację. PiS-owi nie chciało się nawet budować żadnej narracji, za to komuś w partii bardzo zależało na tym, żeby PBS przeczołgać. Gdybym chciał się tutaj trzymać analogii szachowej, to z zewnątrz wywalenie PBS wyglądało tak, jakby ktoś po prostu zrzucił swojego pionka z szachownicy. Tzn. nie chodzi o sytuację, w której ktoś piona poświęcił (bo wtedy by jej nie obroniono w trakcie głosowania nad wotum nieufności), ale po prostu zrzucił go z szachownicy (tak, wiem, że jest to niezgodne z zasadami).

Do tej pory „zagranica” nie miała „twardych” dowodów na to, że Kaczyński tym wszystkim trzęsie. Tzn. ok, to on meblował rząd Beacie Szydło (vide „Gowin będzie szefem MON"/etc.), ale roszady personalne na samym początku kadencji można było zrozumieć. Ok, obiecaliśmy, że ten i ten będzie ministrem tego i tego, ale sytuacja uległa zmianie/etc. Nie da się w ten sposób „wytłumaczyć” wywalenia PBS (nawiasem mówiąc, nikomu z PiS-u jakoś szczególnie na tym nie zależy). Z zewnątrz sprawa wygląda więc tak samo, jak od wewnątrz – Jarosław Kaczyński a.k.a. „szeregowy poseł” praktycznie z dnia na dzień wypieprzył Premiera RP ze stanowiska z powodu takiego, że „bo tak!”. Nie wydaje mi się, żeby ów fakt umknął „zagranicy” i można bezpiecznie założyć, że nie pozostanie to bez wpływu na relacje tejże „zagranicy” z Polską. Co jest dla nas o tyle chujowe, że nawet przed „zamianą pionków” owe relacje nie należały do idealnych. Zdolności „dyplomatyczne” ekipy spod znaku Dojnej Zmiany, doskonale obrazowało zapłacenie portalom (nie pamiętam już, czy wykupiono strony w gazetach) politico.eu i euroobserver.com za możliwość opublikowania na tychże portalach sponsorowanego artykułu pt. „What is really happening in Poland” („Co tak naprawdę dzieje się w Polsce") na początku roku 2016. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że europosłowie PiS-u, którzy wpadli na ten pomysł, byli z niego dumni. Pomysłodawcy-geniusze (nie bójmy się tego słowa) nie pomyśleli tylko o tym, jak coś takiego może zostać odebrane „zagranicą”. Zachodni Odbiorca (do którego skierowane były te słowa) słyszał i czytał o tym, że władza w Polsce zaczyna wykonywać jakieś dziwne ruchy, które zostają przez część obserwatorów „zewnętrznych” uznane jako „wstęp do centralizacji władzy i zamordyzmu”. Tak więc nasz Zachodni Odbiorca jest trochę zaniepokojony i w tym momencie wchodzi PiS, cały na biało, ze sponsorowanym artykułem, w którym tłumaczy (w skrócie) „Nie ma się czym przejmować, Polska jest oazą wolności, za PO było gorzej, bo to PO zaczęło z Trybunałem Konstytucyjnym, a teraz jest lepiej, bo PiS to naprawia, a w ogóle to w Europie Zachodniej jest chujowo, bo terroryzm i nie szanujecie kobiet, a Polska szanuje!”. Nie wiem, kto układał ten tekst, ale wydaje mi się, że osoba ta zajmuje się teraz wymyślaniem pasków w TVP Info. Innymi słowy – jakiś geniusz uznał, że jedyna różnica między Zachodnim Obserwatorem a żelaznym elektoratem PiS-u, polega na tym, że do tego pierwszego trzeba się zwracać po angielsku, toteż tekst był napisany tak, jakby PiS usiłował „przekonać przekonanych”.

A potem było już tylko gorzej, bo „zagranica” musiała się bardzo szybko dostosować do sytuacji, w której wybór tego, z którą polską „figurą” należy rozmawiać przypominał wybór między dżumą a cholerą. Witold Waszczykowski (a.k.a. „Disaster Artist”) musi być zmorą zagranicznych dyplomatów. My się możemy z nieco nabijać (ok, można by się na niego wkurwiać, ale śmiech jest zdrowszy), ale zagraniczni dyplomaci muszą go traktować poważnie i się z nim użerać. I nie, nie chodzi tu o to, że jego wypowiedzi na temat zagranicznych krajów pokazują, że wiedzę na ich temat czerpie z filmików na YT z żółtymi paskami (względnie z prawicowych fanpejdży). Prawdziwy problem polega na tym, że Witold ma zerowe pojęcie o tym, czym się zajmuje. Jego wiedzę „praktyczną” doskonale dokumentuje „wiktoria brukselska”, konkretnie zaś to, co ją poprzedzało (i późniejsze deklaracje Witolda Waszczykowskiego). Najpierw było pieprzenie o tym, że (w skrócie) „jak będą chcieli wybrać Tuska to zerwiemy szczyt” - okazało się, że się nie da. Potem Premier Beata Szydło stwierdziła, że nie podpisze konkluzji ze szczytu – okazało się, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Nieco później „Disaster Artist” stwierdził, że ma ekspertyzy, z których wynika, że Tuska wybrano nielegalnie. Potem się okazało, że z tymi ekspertyzami to chyba coś nie tak, bo MSZ nie chciał ich pokazać Sieci Obywatelskiej Watchdog, więc SOW poszedł do sądu, który nakazał udostępnienie tych ekspertyz (póki co, SOW jeszcze ich nie dostał). Wypowiedzi Witolda Waszczykowskiego (te sprzed „wiktorii”) nie były blefem, te wypowiedzi świadczyły o tym, że Waszczykowski nie orientuje się w tym co może, a czego nie może zrobić polska delegacja. Późniejsze wypowiedzi o „ekspertyzach” to coś, co raczej trudno traktować poważnie. Bo nawet jeżeli Witoldowi wydawało się, że „zablefuje”, to niby co chciał tym osiągnąć? Zasygnalizować UE, że jeżeli nie „zwolnią” Tuska, to on pójdzie do sądu? W kontekście tych zachowań, nie ma znaczenia to, czy to jest tak, że Witold „nie ogarnia”, czy też może nie ogarniają jego podwładni, bo efekt końcowy jest ten sam – szef polskiego MSZ ma (w najlepszym przypadku) średnie pojęcie o tym, czym się zajmuje. Kolejną „figurą”, z którą mogła się kontaktować „zagranica”, była Premier Beata Szydło, która nie miała żadnego doświadczenia związanego z dyplomacją, więc musiała się zdać na „wiedzę” i „doświadczenie” Witolda Waszczykowskiego. Ostatnim elementem układanki jest Prezydent Andrzej Duda, który również nie miał żadnych „doświadczeń dyplomatycznych”.

W teorii, teraz ta układanka powinna wyglądać nieco lepiej dla „zagranicy”, bo premierem został Mateusz Morawiecki, a on miał trochę doświadczeń w kontaktach z dyplomatami UE (między innymi brał udział w negocjacjach akcesyjnych). Tylko że w praktyce wygląda to gorzej niż wcześniej, bo teraz „zagranica” ma pewność co do tego, że Premier RP w obecnym rozdaniu pełni funkcje ozdobne, albowiem „decyzyjną” osobą w Polsce jest „szeregowy poseł” z Żoliborza, który bez problemu „zdmuchnął” poprzednią osobę Pełniącą Obowiązki Premiera RP. W kontekście powyższego, Morawiecki będzie najprawdopodobniej traktowany przez „zagranicę” jako tymczasowy łącznik z „czynnikami decyzyjnymi” (czyli z Kaczyńskim), który to łącznik może zostać w dowolnej chwili wymieniony. Jeżeli na stanowisku szefa MSZ nastąpi zmiana, to nowy szef (kimkolwiek by nie był) będzie traktowany tak samo, jak Morawiecki, czyli jako „niedecyzyjny człowiek Kaczyńskiego”. Z „zewnątrz” wygląda to więc tak, że mamy 38-milionowy kraj, w którym „szeregowy poseł” decyduje o tym, kto będzie premierem/ministrem. Tym samym, ów „szeregowy poseł” decyduje o tym, jaki kształt będzie miała polityka zagraniczna. W teorii w Polsce jest jeszcze Prezydent RP, ale on się dopiero uczy polityki zagranicznej (i nie bardzo ma od kogo). „Szeregowy poseł” pokazał już, że jeżeli w grę wchodzi polityczna zemsta, to w dupie ma bilans strat i zysków swojego kraju. Kaczyński nie miał bowiem najmniejszych oporów przed użyciem polskiej polityki zagranicznej do tego, żeby spróbować (nazywajmy rzeczy po imieniu) ujebać Donalda Tuska. Z czego z kolei wynika, że polska polska, „wstając z kolan”, stała się cokolwiek nieprzewidywalna dla zagranicznych partnerów. Nie jestem specjalistą od polityki zagranicznej (żaden ze mnie Waszczykowski), ale wydaje mi się, że to chyba nic dobrego. Jeżeli ktoś cierpi na dobrą pamięć i zdarzyło mu się mnie czytać w okolicach „wiktorii brukselskiej”, to może mieć lekkie deja vu, bo opisując działania polskiej dyplomacji (jeszcze przed „wyborami Tuska”) stwierdziłem, że Polska może zostać uznana za kraj nieobliczalny (który będzie postępował nieracjonalnie). Różnica polega na tym, że po wymianie pionków, której dokonał Kaczyński, frazę „Polska może zostać uznana za kraj nieobliczalny” należy zastąpić frazą Polska została uznana za kraj nieobliczalny”.




Źródła:




http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/563866,patryk-jaki-nie-wierzy-ze-ktos-chcialby-niszczyc-koalicje-ktora-dobrze-dziala.html




http://telewizjarepublika.pl/what-is-really-happening-in-poland-ofensywa-europoslow-pis,28428.html


http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-premier-beata-szydlo-nie-podpisze-konkluzji-ze-szczytu,nId,2366636



https://siecobywatelska.pl/znikajace-ekspertyzy-waszczykowskiego-wygralismy-sadzie-msz/





niedziela, 3 grudnia 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #21

Szef MON, Antoni Macierewicz, brał udział w Międzynarodowym Forum Bezpieczeństwa, które odbyło się w Kanadzie. W trakcie tegoż forum, ktoś zadał Macierewiczowi pytanie o faszystowskie hasła i symbole, które pojawiły się na ostatnim Marszu Niepodległości. Macierewicz rezolutnie stwierdził, że hasła o białej sile (nie napiszę tego po angielsku, żeby mnie z rowerka nie zrzucono) „to w Polsce absurd” i dodał, „że choć takie hasła są obce polskiej tradycji, są one obecnie wykorzystywane w Rosji”. Dodał, że tego typu faszyzujące wystąpienia są „rosyjską prowokacją”.” Skoro Macierewicz twierdzi, że hasła o „białej Europie” są elementem „rosyjskiej prowokacji”, to ja się z nim spierać nie będę. Pozwolę sobie, zupełnie bez związku z wypowiedzią Macierewicza, przypomnieć twitterową działalność Ryszarda Czarneckiego który we wrześniu retweetował wrzutki ludzi zaniepokojonych tym, że na zdjęciu z rozpoczęcia roku, w jednej z brytyjskich szkół – tylko jedno dziecko białe. Zdjęcie było opatrzone hasłem „pomożemy Ci znaleźć białe dziecko”, a retweetowana przez Czarneckiego osoba dopisała, że „Wszyscy europejscy politycy powinni codziennie sobie powtarzać:”Demografia głupcze””

Jeżeli zaś już jesteśmy przy aktywnościach Twitterowych, to Donald Tusk swoim wpisem, w którym zapytał, czy dyplomatyczna kretyniada  PiSu to ich własna strategia, czy też plan Kremla, udowodnił, że tzw „brązowa nuta” („brown note”) istnieje, ale w formie wiadomości tekstowych. Nie da się bowiem inaczej wytłumaczyć niekontrolowanej biegunki argumentacyjnej, której po tym wpisie dostał PiS ichnia armia dronów.

Jednym z takich dronów był Jacek Saryusz-Wolski, który po przeczytaniu Tuskowego wpisu oświadczył, że „Jeszcze wczoraj by mi to na myśl nie przyszło, ale jeśli ta postać poważy się ubiegać o urząd Prezydenta RP, zgłaszam gotowość stanięcia w szranki, w obronie honoru Najjaśniejszej”. Ujmę to tak, jeszcze wczoraj by mi to na myśl nie przyszło, ale jeśli ta postać poważy się ubiegać o urząd Prezydenta RP, to najprawdopodobniej będziemy się mogli przekonać o tym, czy istnieje coś takiego jak „śmiertelna dawka popcornu”.

Jeżeli po ostatnim akapicie zaczęliście guglować „czy zażenowanie może być groźne dla zdrowia?” to po tym zaczniecie guglować „zażenowanie – jak szybko można od tego umrzeć?”. W Siedlcach odbyło się bowiem spotkanie w ramach Klubu Obywatelskiego, w którym wzięli udział Bartosz Arłukowicz i Roman Giertych. Po tymże spotkaniu Bartosz Arłukowicz podzielił się swoimi przemyśleniami na Twitterze: „W Siedlcach sala pełna po brzegi i emocje duże. Z Romanem Giertychem na twardo o narodowcach i demokracji. Coś w ludziach pękło.” Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że coś w tych ludziach pękło, bo zorientowali się, że człowiek, który ma teraz tyle do powiedzenia na temat narodowców jest jednym z założycieli Młodzieży Wszechpolskiej. Ponieważ zaś nie jestem złośliwy, napiszę, kurwa, serio? Ja wiem, że Giertych opowiada pierdolety o tym, że kiedy on szefował MW, wszystko było ok, ale potem „została opanowana przez grupę radykałów”, ale to są, no właśnie, pierdolety. Każdy kto pamięta tamte, nie tak odległe czasy, wie o tym, że na samym początku członkami MW byli głównie ludzie, których Ziemkiewicz nazywa „nazi skinheadami”. W moim rodzinnym mieście wyglądało to tak, że łysa ziomberiada łaziła po mieście obszyta celtykami/swastykami/etc i tłukła ludzi (tłumacząc np., że „pobili ich bo tamci wyglądali jak Żydzi”), a Giertych teraz stara się tłumaczyć, że w ogóle to było spoko, bo radykałowie to się potem dopiero pojawili. Czasem się mi wydaje, że ikoną obrony demokracji i walki z narodowcami mógłby zostać również Marian Kowalski, gdyby tylko odpowiednio długo „skakał przeciwko PiSowi”, na jakimś marszu. 

Wydawać by się mogło, że narodowcy są niemalże całkowicie pozbawieni poczucia humoru, ale okazuje się, że to nie prawda. Nie wierzycie? To jak wytłumaczycie deklarację narodowców, w której, między innymi, „odrzucają rasizm”? Owszem, żart jest mało śmieszny, ale trzeba docenić kreatywność, którą można porównać do kreatywności złapanego przez policję dilera, oświadczającego, że „odrzuca narkotyki”.  

Zaraz po moralnym zwycięstwie w Brukseli (1:27), Witold „Tommy Wiseau dyplomacji” Waszczykowski powiedział, że „Doszło do fałszerstwa. Mamy ekspertyzy mówiące o tym, że Tusk został wybrany w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego”. Witold Waszczykowski przyzwyczaił nas do tego, że mówi bardzo dużo, niezależnie od tego, czy ktoś ma ochotę go słuchać i że należy go traktować, jak kolejny odcinek „Ucha Prezesa”. Tzn. on udaje, że to wszystko jest na poważnie, a my udajemy, że mu wierzymy. Tym niemniej, zawsze znajdzie się ktoś, kto zada pytanie „ok, a co jeżeli on to powiedział na poważnie?”. W tym przypadku takim kimś była Sieć Obywatelska Watchdog, która zwróciła się do MSZ z wnioskiem o udostępnienie ekspertyz. MSZ usiłowało spławić ŚOW i odpowiedziało, że „ministrowi Waszczykowskiemu zostały przedstawione dwie niezamówione ekspertyzy i zostały one zwrócone ich autorom”. Stowarzyszenie się wkurwiło i złożyło skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. WSA uznał, że Watchdog ma rację i że MSZ powinno udostępnić stowarzyszeniu te ekspertyzy. Mam niejasne przeczucie, że kiedyś powstanie kolejny film o tytule „Disaster Artis” i będzie się on opowiadał o dokonaniach Witolda Waszczykowskiego.

22 listopada mogliśmy zobaczyć bardzo ciekawy event: „8 tysięcy leśników pojawiło się pod Sejmem na wiecu poparcia dla ministra Jana Szyszki. Większość z nich nie była w stanie odpowiedzieć w jakiej sprawie protestują. Część przyznała, że zostali przywiezieni na polecenie dyrekcji Lasów Państwowych. – „Chodzi o spontaniczne wyrażenie poparcia dla ministra i potępienie zdrajców” – przekonywał jeden z dyrektorów Lasów i były poseł PiS.  Moim zdaniem, dowodem na spontaniczność wiecu poparcia – było to, że większość ludzi nie wiedziała po co stoi pod Sejmem. Bo przecież gdyby akcja była zaplanowana, to wszyscy by wiedzieli kogo mają popierać!

Prezydent RP podpisał nowelizację budżetu 2017, dzięki której TVP i Polskie Radio dostaną 980 milionów złotych z budżetu. I to jest, proszę państwa, piękne. Te 980 milionów można by, co prawda, przeznaczyć na Służbę Zdrowia, ale ktoś uznał, że lepiej dać tę kasę ludziom, którzy tłumaczą Polakom, że lekarze rezydenci, domagający się zwiększenia nakładów na Służbę Zdrowia,  są chujami. Tym niemniej wydaje mi się, że jest w tym ukryty sens, albowiem dzięki temu dofinansowaniu mendiów narodowych, ludzie czekający w kolejkach do specjalisty będą sobie mogli czytać paski w TVP (jeżeli ktoś czeka na zabieg usunięcia zaćmy, to może sobie posłuchać radia). Teraz nieco bardziej na serio – wiem, że te 980 baniek nie uzdrowiłoby sytuacji w Służbie Zdrowia (taki tam żart słowny), ale nikt mi nie wmówi, że to kwota na tyle mała, że nie miałaby absolutnie żadnego wpływu na nic. 

W trakcie debaty nad uPRL-owieniem sądownictwa, Jarosław Kaczyński czytał sobie „Atlas Kotów”. Tutaj będzie tylko „na poważnie”, bo, w pale się kurwa, nie mieści, że media, zamiast tłumaczyć suwerenowi to, co PiS zamierza zrobić z sądownictwem (w sposób zrozumiały a nie poprzez pierdolenie „to będzie armagedon” [bo z tego, tak jakby, nic, kurwa, nie wynika]), uznały, że lepiej będzie skupić się na Jarku. Bo przeca wiadomo, że Jarek to zrobił całkowicie spontanicznie i zapomniał o tym, że ktoś może mu zrobić zdjęcie, nieprawdaż?

Narodowcy uznali, że powinni ocieplić swój wizerunek i urządzili w Katowicach happening pod hasłem „NIE dla współczesnej Targowicy!”. W trakcie tegoż happeningu powiesili na szubienicach zdjęcia europosłów „którzy głosowali za przyjęciem rezolucji w Parlamencie Europejskim, krytycznej wobec polskich władz”. Urzekło mnie to „sprzeciwianie się Targowicy”. Szczególnie w kontekście działań narodowców. Chodzi mi, rzecz jasna, o rozsiewanie antyunijnej histerii, domaganie się „Polexitu” a jeszcze do niedawna, krytykowanie uczestnictwa Polski w NATO. Gdyby spojrzeć na te działania pod kątem polityki zagranicznej, to są one (pozwolę sobie na użycie ukochanego terminu narodowców) antypolskie i prorosyjskie. Takie działania, idealnie wpisują się w hasło „Targowicy” a mimo tego, narodowcy nie powiesili na szubienicach swoich własnych zdjęć. To się nazywa mieć dystans do samego siebie. 

Kantar Public przeprowadził sondaż dla TVP, w którym to sondażu zapytano „m.in., „czy europosłowie PO, którzy poparli niedawno rezolucję Parlamentu Europejskiego krytykującą sytuację w Polsce, zachowali się jak współczesna Targowica”. Ponieważ Kantar Public zaczął być krytykowany za przeprowadzenie tego sondażu, firma ta oświadczyła, że sondaż był „przeprowadzony rzetelnie, a odmowa przeprowadzenia sondażu dla jednej ze stron sceny politycznej sama byłaby deklaracją polityczną, która stawiałaby pod znakiem zapytania wiarygodność badań przeprowadzanych dla innych podmiotów”. Z niecierpliwością czekam na to, aż ktoś zleci Kantarowi przeprowadzenie sondażu z pytaniem „czy uważasz, że odejście od rządów prawa i niezawisłości sądów, atak na sektor pozarządowy i wolne media, oznacza realizowanie przez Prawo i Sprawiedliwość planu Kremla?”. W tym miejscu znowu trzeba „na serio” (tu będzie trochę pieprzenia socjologicznego, więc jeżeli ktoś ma dostać od tego raka, to niech przeskoczy do kolejnego akapitu) skrobnąć coś. Kantar Public twierdzi, że sondaż przeprowadzono „rzetelnie”. Ja ze swojej strony zaś twierdzę, że gdyby student pierwszego roku socjologii (czy na którym tam teraz uczą poprawnego formułowania pytań badawczych) oddał pracę, w której znalazłyby się takie pytania – to musiałby ją poprawiać. Treść dwóch z trzech pytań jest sugerująca („czy zgadza się Pan/i z opinią”) zaś w trzecim mamy dodatkowo tzw „błąd znawstwa” (w treści pytania jest „współczesna Targowica” - respondent może nie wiedzieć o co chodzi). Można dyskutować o tym, czy odpowiedź „nie wiem” nie sprawia, że nie powinno się mówić o „błędzie znawstwa” (bo jeżeli respondent nie rozumie treści pytania, to może odpowiedzieć, że „nie wie”), ale sugerująca treść pytania sprawia, że „niewiedzącemu” respondentowi „łatwiej” będzie odpowiedzieć twierdząco. Ciekawostką jest to, że pracowniczka Kantar Public niemalże wprost powiedziała, że KP dostał pytania w takiej a nie innej formie. Z czego by wynikało, że ułożył je pewnie ten sam człowiek, który przeprowadza sławetne „sondy TVP info”.

Jakiś czas temu na „Codzienniku Feministycznym” pojawił się artykuł pt „Papierowi feminiści. O hipokryzji na lewicy i nowych twarzach polskiego #metoo”. Tekst ów odbił się szerokim echem, więc pewnie wszyscy go znają. Aczkolwiek, ktoś mógł spędzić ostatni tydzień w komorze deprywacyjnej, więc pozwolę sobie na „telegraficzny skrót”. Tekst traktował o dwóch jegomościach (jeden był z Krytyki Politycznej, drugi z Gazety Wyborczej) i powstał (jak sama nazwa wskazuje) w ramach akcji #metoo. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że redakcje zareagowały na tekst dość szybko i obaj jegomoście zostali zawieszeni. Tenże sam obowiązek każe wspomnieć o tym, że pochyliła się nad tym tekstem również redakcja „Do Rzeczy”, która nie tak dawno temu uraczyła nas artykułem pt: „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Jest to o tyle ciekawe, że do tej pory, prawica skupiała się na przemocy seksualnej tylko i wyłącznie wtedy gdy jej sprawca był „niebiały”, albo był muzułmaninem. No, ale to dygresja jeno. Czy tekst był dla mnie zaskoczeniem? Nie, nie był. Tzn nie chodzi o to, że znałem tych ludzi i wiedziałem, co oni robią, ale o to, że nie byłem na tyle naiwny, żeby wierzyć, że „po lewej stronie” nie ma sprawców przemocy seksualnej. Molestowanie seksualne można przyrównać do nowotworu, który co prawda pojawił się u konserw/prawaków (bo to po tamtej stronie panuje przeświadczenie, że przemoc seksualna jest rodzajem flirtu), ale, niestety, może dawać przerzuty. Po artykule, jeden z jegomościów (Jakub Dymek) udzielił wywiadu, w którym powiedział między innymi, że „Jako osoba, która przyznaje się do lewicowego światopoglądu, powinienem tym bardziej trzymać się wysokich standardów, i to także w życiu prywatnym. Jak widać, nie trzymałem się ich”. Być może Jakub Dymek „przyznaje się do lewicowego światopoglądu”, ale ja, jako lewak, nie przyznaję się do Jakuba Dymka.  

Rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości, Beata Mazurek (jest to jeden z najkrótszych znanych mi dowcipów „wielopoziomowych”), zabłysnęła ostatnio w trakcie konferencji prasowej, w trakcie której usiłowała hejtować przewodniczącego PKW, Wojciecha Hermelińskiego, „ Pamiętam, kiedy nawalił system informatyczny PKW w 2014 roku, to nie robił konferencji prasowych, nie chodził na spotkania z prezydentem i nie mówił o tym, dlaczego ten system nawala, dlaczego tak długo czekamy na wyniki wyborów”. Gdy zwrócono jej uwagę na to, że Wojciech Hermeliński został szefem PKW już po tym, spektakularnym fuckupie, rezolutnie odparła: „To nie chodzi o to, czy był szefem PKW, czy nie był szefem PKW, bo w tym PKW ktoś szefował, tak? Chodzi generalnie o zasadę”. Z niecierpliwością czekam na sytuacje, w której ktoś zarzuci Premier Beacie Szydło to, że nie usiłowała ochronić Polaków przed Amber Goldem, który sobie spokojnie hasał po Polsce. To nie chodzi o to, czy była wtedy premierem, czy nie była premierem, bo w tym czasie ktoś był premierem, tak? Chodzi generalnie o zasadę!

Źródła:



Wrzucam link do swojego screena, bo ciężko by było się „doscrollować” do RT z września.





http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/552960,roman-giertych-mlodziez-wszechposka-zajscia-w-radomiu.html



https://wiadomosci.wp.pl/8-tys-ludzi-pod-sejmem-wiekszosc-nie-wie-dlaczego-protestuje-dyrektor-kazal-6190558794512001a


https://wiadomosci.wp.pl/8-tys-ludzi-pod-sejmem-wiekszosc-nie-wie-dlaczego-protestuje-dyrektor-kazal-6190558794512001a


https://dorzeczy.pl/kraj/48252/Atlas-Kotow-Dzikie-i-domowe-To-zdjecie-Kaczynskiego-podbija-siec.html




(Wrzucam tylko jeden link do „Do Rzeczy”, ale tych artykułów jest tam pierdylion)

https://dorzeczy.pl/kraj/48820/Dziennikarze-oskarzeni-o-molestowanie-i-gwalt-Prokuratura-wszczyna-sledztwo.html