czwartek, 28 lipca 2016

Pedagogika debilizmu

Mniej więcej trzy tygodnie temu zrobiło się dość głośno o „Trzech recenzjach”. Trzech (rzecz jasna, absolutnie bezstronnych) ludzi recenzowało scenariusz ekspozycji Muzeum II Wojny Światowej. Te osoby to Jan Żaryń, Piotr Semka i Piotr Niwiński. Zupełnym przypadkiem, wszystkie recenzje były negatywne. Nawet jeśli na moment zapomnimy o tym, jak bardzo „bezstronnych” recenzentów dobrano, warto mieć na uwadze to, że te recenzje to była sztuka dla sztuki. Nawet gdyby się okazało, że wszystkie są pozytywne, PiS i tak zrobiłby z MIIWŚ to, co chce. Aczkolwiek to jedynie dygresja. Z napisaniem niniejszej notki czekałem, albowiem ciekaw byłem, jaka będzie reakcja recenzentów na krytykę (która spadła im na głowy po upublicznieniu treści recenzji). W zeszłotygodniowym numerze „Do Rzeczy” (za każdym razem, gdy wstukuję na klawiaturze tytuł tego szmatławca, nęci mnie, żeby napisać „Do Rzeszy”, ale powstrzymuje mnie przed tym znajomość Prawa Godwina) do całej sprawy odniósł się Piotr Semka, który (z typowym dla prawicowych środowisk zadęciem) napisał o „anatomii pewnej intrygi”. Co zrozumiałe, Semka odniósł się w tekście tylko do swojej własnej recenzji i słowem nie zająknął się o dwóch pozostałych. Dlaczego napisałem, że „to zrozumiałe”? Bo w jednej z pozostałych recenzji (autorstwa Piotra Niwińskiego) znajdował się fragment (za moment go zacytuję), który idealnie wpisuje się w tytuł niniejszej notki, czyli w „pedagogikę debilizmu”. Semka musiał być świadom tego, że cytowany w mediach fragment tej „drugiej” recenzji jest nie do obrony, więc słowem się nie zająknął na ten temat. A moim zdaniem ktoś powinien się do tego odnieść, bo ów cytat zelektryzował opinie publiczną znacznie bardziej niż kwestia „tajnych recenzentów”.

W międzyczasie (notkę pisałem na raty) Piotr Semka napisał drugi artykuł (ten już znacznie bardziej obszerny), ale i w tym drugim artykule, słowem nie zająknął się na temat idiotycznych tez, z którymi za moment będziecie mieli styczność.

Przejdźmy do cytatów:

„Najwłaściwsze byłoby podsumowanie całości przekazu znanym sformułowaniem - „Nigdy więcej wojny”. Widać to m.in. we fragmencie (…) gdzie znajduje się zdanie „przesłanie Muzeum, zgodnie z którym II wojna światowa była krańcowym, potwornym doświadczeniem dla okupowanych narodów europejskich”
(...)

„Ważnym pytaniem, jest także przesłanie jakie ma nieść Muzeum. Obecnie niesie przesłanie o wyjątkowym nieszczęściu jakim jest wojna. Pokazuje przede wszystkim jej negatywne aspekty. Nie ma natomiast zbyt eksponowanych cech pozytywnych, takich jak patriotyzm, ofiarność, poświęcenie, czy działanie w interesie wyższym niż prywatny (choćby poprzez przedstawienie współdziałania polskich partii politycznych w podziemiu wbrew dotychczasowym podziałom).

Wojna to nie tylko fizyczne zniszczenia, spowodowane przez działania wojenne, to nie tylko rozwój techniki, ale także zmiany postaw ludzkich. Wojna wyzwala w ludziach gorsze instynkty (co zostanie według przedstawionych założeń pokazane na wystawie), ale także zachowania pozytywne. To przede wszystkim obrona za wszelką cenę swoich wartości, najważniejszych dla każdego człowieka. Tymi wartościami są wolność, godność, braterstwo. Można tu nawiązać do słów Jana Pawła II iż „każdy ma przed sobą jakieś Westerplatte”.


Jeśli ktoś w pewnym momencie zadał sobie pytanie „ale co tu do cholery papież robi?!”, już tłumaczę: Piotr Niwiński studiował historię na KUL-u, więc zapewne odczuwał wewnętrzną potrzebę nawiązania do tego faktu w recenzji. Nawiasem mówiąc, jednym z największych absurdów w recenzji napisanej przez człowieka, któremu nie w smak jest to, że tak mało pozytywnych aspektów wojny w ekspozycji będzie, jest fakt, że tenże sam człowiek skrytykował ekspozycję za brak danych liczbowych np. w przypadku strat ludności w Warszawie.

Ponieważ recenzent  skarżył się na brak danych liczbowych – to ja kilka podrzucę:

Liczba śmiertelnych ofiar (w Europie), będących bezpośrednim wynikiem drugiej wojny światowej, jest szokująca – w sumie między 35 a 40 milionów (…) 93% warszawskich mieszkań zostało uszkodzonych w stopniu wykluczającym jakikolwiek remont.

Pierwszym krajem, który dotknął głód, była Grecja. Zimą 1941/1942 (…) z głodu zmarło ponad 100 tysięcy Greków (…) Z 410 tysięcy ofiar w Grecji, które zmarły w czasie wojny, przypuszczalnie 250 tysięcy zgonów spowodował głód.

Głodzenie Europy Wschodniej zaczęło się od Polski. Na początku 1940 racje żywnościowe dla mieszkańców większych miast, zostały ustalone na nieco powyżej 600 kalorii (zalecana ich ilość to 2570), chociaż później w trakcie wojny liczba ta wzrosła, kiedy Niemcy pojęli, że potrzebują polskiej siły roboczej.


Fragmenty te pochodzą  z książki pt „Dziki Kontynent – historia Europy po II Wojnie Światowej” autorstwa Keitha Lowe.

Doprawdy, nie mam pojęcia, jak ktokolwiek może twierdzić, że wojna to coś złego i nie wspominać o jej „pozytywnych aspektach”. Co tam 6 milionów ofiar wojny w Polsce – ważne jest to, że część Polaków zachowywała się heroicznie! Co tam głód! Ważne, że „broniliśmy swoich wartości”. Co tam zsyłki na Syberię -  przecież każdy ma przed sobą jakieś Westerplatte! Na pierwszy rzut oka notkę można było zakończyć pierwszym fragmentem z książki Lowe – tym, w którym stoi jak wół, że w samej Europie zginęło 35-40 milionów ludzi. Tyle, że recenzja Niwińskiego wpisuje się w prawicową pedagogikę debilizmu, według której wojna jest po pierwsze nieunikniona (Ba! Ona już trwa!), a po drugie jest okazją do heroizmu.

Robert Winnicki twierdził, że Europa nie przetrwa bez militaryzacji (niestety, Robert Winnicki nie mógł przyłożyć ręki do militaryzacji, bo nie był w wojsku [od którego musiał się migać, bo jako rocznik 1985 załapał się jeszcze na obowiązkowy pobór]).

Terlikowski, w trakcie puczu w Turcji: „Status quo światowe się kończy. Idzie zmiana. A to oznacza wojnę... Światową i krwawą.” 

Ziemkiewicz: „Historia uczy, że JEDYNYM SPOSOBEM BY UNIKNĄĆ WOJNY JEST JĄ WYGRAĆ. I nie ma inaczej.”

Mógłbym tutaj zamieścić pierdyliard takich cytatów, ale te trzy wystarczą, bo cała prawicowa narracja jest mniej więcej taka sama. Tym, co łączy ogromną większość z tych orędowników wojny jest to, że są oni „wojownikami klawiatur”. W celu lepszego zobrazowania tego, co mam na myśli, posłużę się memem:



W Przypadku Winnickiego jest to nieco mniej żenujące. Bo choć, jako poseł, zbliża się do idealnego kształtu (kulistego), to jednak ma dopiero 31 lat, więc gdyby się za siebie wziął, to  pewnie dałby radę przebiec kawałek z karabinem. Znacznie bardziej absurdalne są te pierdolety o wojnie w wykonaniu 51-letniego podtatusiałego „nowoczesnego endeka”. Zmierzam do tego, że najwięcej do powiedzenia na temat wojny mają ci, którzy raczej by się na niej nie mogli wsławić heroizmem (z wielu przyczyn, od wieku począwszy). W niczym nie przeszkadza to jednak „żołnierzom klawiatur” w pompowaniu balona, według którego konflikt zbrojny to w sumie nic takiego. No a nawet jak się okaże, że to jest „coś takiego”, to przecież zawsze można zostać bohaterem na tej wojnie, co nie?

Do młodych ludzi, którym już nie bardzo ma kto opowiadać „wojenne historie” tego rodzaju gadki mogą trafić. Nie żebym sam był jakoś specjalnie stary. Ale mam te swoje prawie 35 lat i gdyby mi w pewnym momencie oświadczono, że „no na wojnę trzeba”, to bym odpowiedział, że ja chętnie, ale chciałbym służyć w tym samym oddziale, co wszystkie (i to literalnie wszystkie) „garnitury”, które do tej wojny doprowadziły. Bo z tymi wojnami to jest tak, że generalnie prowadzi się je dlatego, że banda kretynów w drogich garniturach (którzy to kretyni żyją na poziomie bez porównania lepszym od zwykłych obywateli, do których to się zaliczam)  nie może się dogadać ze sobą. Ponieważ garnitury nie mogą się dogadać – nasyłają na siebie zwykłych obywateli z karabinami (względnie – zrzucają bomby na zwykłych obywateli „wrogiego” kraju). I z tymi wojnami to jest też tak, że jak się już rozpieprzy odpowiednio dużo domów/fabryk/etc., jak się już wymorduje kupę żołnierzy (i znacznie większą kupę cywilów) i przy okazji straci kupę sprzętu wojskowego, to się nagle okazuje, że garnitury się jednak mogą dogadać. To może by tak się dogadać zanim się rozwali pół kraju?

Po co więc ludzie pieprzą te głupoty o „dobrych stronach wojny”? Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Tzn. jestem prawie pewien, że w przypadku Terlikowskich, Ziemkiewiczów i Winnickich to zwykła zagrywka wizerunkowa. Tzn., jest się tym prawicowcem, co nie? Surfuje się na Żołnierzach Wyklętych, więc trzeba nawijać o wojnie, żeby grupa docelowa nie uciekła gdzie indziej. Na dobrą sprawę, ludzie ci mogą mieć praktycznie zerową wiedzę historyczną i w niczym nie będzie im to przeszkadzać. Z tym,że w przypadku historyka, który zajmuje się tematyką drugiej wojny światowej – taki mechanizm nie może mieć zastosowania. Bo pan recenzent MUSIAŁ przyswoić wiedzę o tym, czym jest wojna. Abstrahując już od tego, że urodził się w 1966 roku. Skoro ja miałem okazję rozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają wojnę (w jej całej okazałości), to tym, bardziej ktoś, kto jest starszy ode mnie o 15 lat. Jeśli mimo tego nadal uważa, że wojna ma „pozytywy”, to należałoby się go zapytać o to, czy potrafi znaleźć jakieś pozytywy w zsyłkach na Syberię, Katyniu, Holocauście, rzezi Wołyńskiej etc.

Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia (prócz chęci zarabiania, rzecz jasna) dla zachwalania wojny i uczenia, że „wojna ma swoje plusy”. Moim zaś skromnym zdaniem, „oswajanie ludzi z wojną”, to tytułowa „pedagogika debilizmu”, ponieważ żyjemy w czasach, w których cywilizacja może wyparować w kilkanaście minut (nie wiem, ile potrwałaby wymiana nuklearnych uprzejmości).

Źródła:

http://www.gdansk.pl/wiadomosci/Trzy-recenzje-sa-podstawa-krytyki-PiS-wobec-Muzeum-II-Wojny-Swiatowej-Jako-pierwsi-ujawniamy-co-w-nich-jest,a,57214

Tu można znaleźć całe recenzje (jakby ktoś chciał poczytać)

http://www.muzeum1939.pl/pl/aktualnosci/act/news-info/type/month/y/2016/m/07#article-eb8a8696685b792b3d7359fc9805fb2e

Cytaty pochodzą z Twitterowych kont Winnickiego, Terlikowskiego i Ziemkiewicza.

niedziela, 24 lipca 2016

Shockvertising po endecku

Od piątku karierę w internecie robi tweet Ziemkiewicza, który łaskaw był skomentować z właściwą „nowoczesnemu endekowi” subtelnością atak terrorystyczny w Monachium.




Co zrozumiałe, wpis wywołał burzę na Twitterze i poza nim. A ja, ponieważ twórczość nowoczesnego endeka znam dość dobrze, pomyślałem sobie, że pewnie chce w ten sposób nabić sobie zasięg podnosząc ciśnienie wszystkim „wrogom”. Niedługo będzie bowiem wydawał jakąś książkę, a nic tak nie promuje jego wynurzeń jako autora, który „wkurza salon”, jak krytykowanie go w tymże „salonie”. Choć to dość szeroka kategoria, bo „salon” to wszyscy, którzy się z Ziemkiewiczem nie zgadzają.

Ziemkiewiczowi zdarza się sięgać po shockvertising (w telegraficznym skrócie: chodzi o publikowanie treści, które MUSZĄ wywołać żywiołową reakcję i które zapewnią autorowi rozgłos). Jednym z najbardziej spektakularnych przypadków użycia przezeń tejże metody autopromocji był słynny już tweet o "wykorzystywaniu nietrzeźwej"


Data publikacji tego tweeta nie była przypadkowa, bo RAZ dopiero co przeszedł z Interii do Onetu i chciał sobie pewnie nabić wyższe czytelnictwo. Na swoje własne nieszczęście zbyt ostro to rozgrywał i wywalono go z Onetu na zbitą mordę (z czego najbardziej zabolało go to, że wypieprzyła go stamtąd kobieta, którą w ramach "zemsty" nazwał "egzaltowaną siksą"). Ponieważ RAZ jest mistrzem autopromocji, nieco później napisał dla Interii felieton pt. „Życie seksualne lemingów”.




Tekst ów miał być komentarzem do artykułu opublikowanego w „Polityce”, w którym opisywano (w telegraficznym skrócie) „życie seksualne Polaków w kontekście ich preferencji politycznych”. Jednakowoż tytuł nawiązuje jednoznacznie do gównoburzy, którą RAZ wcześniej wywołał. I jest to celowy zabieg, bo RAZ musiałby być idiotą, żeby nie wpaść na to, że taki tytuł przypomni jego wpis sprzed 1,5 miesiąca. Jeszcze później, czyli na początku 2015 RAZ wydał książkę - zbiór felietonów - która (co za niespodzianka) nosiła tytuł „Życie seksualne lemingów”.


Zupełnie przypadkowy tytuł

W tym miejscu przyznam, że kiedy pisałem notkę „Bezmyśl nowoczesnego Endeka”, wydawało mi się, że RAZ po prostu się zakiwał (próbując wytłumaczyć tamten idiotyczny tweet) i stąd wielość narracji w jego tłumaczeniach. Dopiero później dotarło do mnie, że on te wszystkie debilne tłumaczenia (które były ze sobą sprzeczne) publikował tylko po to, żeby maksymalnie wykorzystać „shock value” całej sytuacji.

Wróćmy teraz do tweeta o Monachium. Nauczony doświadczeniem, czekałem na rozwój sytuacji. I okazało się, że co prawda się pomyliłem, ale tylko trochę. Nie chodziło bowiem o promowanie książki, ale o program „W tyle wizji”. Najpierw RAZ "zaprosił do oglądania programu" (korzystając, z [zupełnie przypadkowego, rzecz jasna] "chwilowego wzrostu zainteresowania kontem", a potem mu się ulało, kiedy okazało się, że cały shockvertising psu na budę, bo mu w tym dniu program ściągnięto z anteny.




I jedno mnie w tym zastanawia. Jak bardzo gównianą oglądalność musi mieć ten jego (i Wolskiego) program, żeby (w celu ratowania tejże oglądalności) trzeba było się uciekać do takich środków?

Źródła:

(Twitterowy TL Ziemkiewicza) 

https://twitter.com/r_a_ziemkiewicz?lang=pl

Rozpacz Ziemkiewicza nad utraconą kasą z Onetu:

http://ziemkiewicz.dorzeczy.pl/id,4445/Shit-happened-czyli-jak-sie-dalem-wydymac-Onetowi-ku-przestrodze.html

środa, 13 lipca 2016

Czy homoseksualiści przeproszą Terlikowskiego za to, że nie są hetero?

Zapewne sporo osób widziało rakotwórczą okładkę „Do Rzeczy”, na której nasz polski Iron Man  (w tej roli bezkonkurencyjny Tomasz Terlikowski) i nadwiślański War Machine (dobra rola drugoplanowa Pospieszalskiego) robią groźne miny i (jak sugeruje podpis) „walczą z homoimperium”. Jeśli myślicie, że okładka była rakotwórcza, to zapewniam was, że ów okładkowy artykuł Terlikowskiego jest gorszy od azbestu. Tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do artykułu.

„Czy katolicy powinni przepraszać gejów za prześladowania?”

Tak, ale tylko ci, którzy ich prześladują. Naprawdę, nie widzę powodu, dla którego jakiś praktykujący katolik, który nie nie słucha konserwatywnej szczujni, miałby przepraszać kogokolwiek za Terlikowskiego.

„A może to geje powinni zacząć szykować się do przepraszania chrześcijan za odbieranie nam prawa do wolności słowa i sumienia?”

Oczyma wyobraźni widzę geja, który podchodzi do Terlikowskiego i ze spuszczonymi oczyma mówi „przepraszam pana za odebranie panu prawa do nazywania mnie pedałem i chorym człowiekiem”. Co się zaś tyczy sumienia. Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski jest odpowiednią osobą do wypowiadania się na ten temat, bo swoimi wieloma wypowiedziami udowodnił, że go nie posiada.

„Od kilku dni dostaje e-maile, tweety, czy inne społecznościowe komentarze, w których kolejni homofile (ah pan Tomek i jego słowotwórczy talent), domagają się ode mnie przeprosin”.

Tak bardzo prześladowany...

"Za co? Za to, że uważam, że akty homoseksualne są grzechem?"

Dla pana wszystko, co nie kończy się w kobiecie, jest grzechem, więc nie poruszajmy tej kwestii.

"Że nie uznaje rzekomego prawa osób homoseksualnych do małżeństwa?"

Bo przecież nie ma niczego zdrożnego w odbieraniu ludziom należnych im praw. Domyślam się, że kiedyś ktoś coś podobnego napisał na temat małżeństw mieszanych rasowo, bo przecież konserwatyści muszą kimś gardzić i przed kimś się „bronić”.

"A powierzanie im dzieci uważam za zbrodnie?"

Zupełnie nie wiem, jak ktokolwiek mógłby się poczuć dotknięty taką erupcją miłości bliźniego...

"Słowem za to, że w ich oczach jestem homofobem"

Parafrazując: „Za co mam przepraszać kolorowych? Za to, że nimi gardzę i że w ich oczach jestem rasistą?”

Dalej następuje hejt na ludzi, którzy chcą zmieniać katechizm kościoła i hurr-durr prawo naturalne, toteż ten fragment pominę.

„Budowanie wrażenia, że w zasadzie wszyscy uczciwi, sympatyczni i znani ludzie są po stronie środowisk LGBT jest stałym elementem działania homolobbystów”

Primo, sporo ludzi (którzy nie mają mózgów wyżartych przez konserwatywną urawniłówkę) faktycznie popiera środowiska LGBT. Secundo, stałym elementem działania homofobów są brednie o „prawie naturalnym” (chodzi chyba o naturalne prawo do gnojenia bliźnich) i powoływanie się na kolegę mieszkającego w niebiesiech. Tertio, nie jest niczyją prócz homofobów winą to, że przyciągają ludzi, których mało kto uważa za „sympatycznych i uczciwych”.

"A jeżeli nie chcą po tej stronie być, czy nie daj boże – zdecydowali się opowiedzieć publicznie po drugiej stronie to wtedy zaczyna się polowanie z nagonką"


Chodzi panu o takie polowanie z nagonką jakie prawica urządziła na Biedronia i jego partnera? A może chodzi o nagonkę na  Annę Grodzką, kiedy to tygodnik (bardziej odpowiednią nazwą byłoby „fekalnik”) „W Sieci” praktycznie ją stalkował, bo chciano udowodnić, że „Grodzka to facet” (artykuł był tak denny, że nawet mistrz riserczu, Rafal Ziemkiewicz, go wyśmiał)? A może redaktor Terlikowski ma na myśli nagonkę na bohaterów niegdysiejszej kampanii „niech nas zobaczą” (niektórzy z nich musieli zmienić miejsce zamieszkania)? A może o ludzi (człowiek, to brzmi dumnie), którzy obrzucali kiedyś osoby uczestniczące w krakowskim Marszu Równości (jak to powiedziała mi koleżanka ze studiów: „pierwszy raz oberwałam cegłówką”)? Śmiało, niechże no pan powie o tym, jak straszne nagonki urządza na was LGBT.

"Aktor, sportowiec, czy biznesmen, który ośmieli się wypowiedzieć krytycznie o homolobby może być pewny, że spadnie na niego medialny huragan. Przekonał się o tym przedsiębiorca a dziś także polityk Marek Jakubiak"

Ten akapit to kwintesencja prawicowego łgarstwa. Wynika z niego bowiem, że Jakubiak (szef Ciechana) skrytykował środowiska LGBT i za to oberwał. Terlikowski (nie bez przyczyny) nie zacytował słów, które zostały przez Jakubiaka napisane. Chodzi wpis na FB, w którym Jakubiak zwrócił się do Michalczewskiego takimi słowy: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi. Będziesz miał co ssać”. Zupełnie nie wiem, jak taki bełkot mógł wywołać burzę medialną... Swoją drogą, jak to było z tym „budowaniem wrażenia, że wszyscy i sympatyczni ludzie stoją po stronie środowisk LGBT”? Prawicowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że obrywają za formę w jakiej wyrażają swoją krytykę. Czym innym jest bowiem powiedzenie „jestem przeciwny adopcji dzieci przez pary homoseksualne” a czym innym „ssij penisa swojej matki!!!”

"A jeśli nie daj boże, ktoś postanowi zająć stanowisko wrogie tzw. prawom homoseksualistów, to zostanie zniszczony"

Bo przecież odbieranie ludziom praw (takich jak choćby prawo do zawarcia związku małżeńskiego) tylko dlatego, że wolą penisy od wagin (albo odwrotnie, albo i jedno, i drugie) zasługuje na nagrodę. I w tym miejscu pozwolę sobie na kolejną parafrazę „a jeśli ktoś nie daj boże postanowi zająć stanowisko wrogie tzw. prawom kolorowych, to zostanie zniszczony”.

Dalej redaktor Terlikowski napisał wzruszający fragment o tym, jak to w Kalifornii grupa fanatyków religijnych miała problemy, choć przecież usiłowali oni tylko doprowadzić do konstytucyjnego zakazu zawierania małżeństw jednopłciowych...

Potem redaktor Terlikowski przytoczył kolejny duszoszczypatielny przypadek biednego, uciskanego homofoba:

W grudniu 2015 ze szpitala Beth Israel Deaconess Medical Center został zwolniony dr Paul Church (tak, nazwa szpitala i nazwisko są prawdziwe). Istotą jego przestępstwa było to, że zaprotestował przeciwko agresywnej promocji LGBTQ na terenie szpitala, a podczas spotkania z lekarzami przytoczył argumenty medyczne i moralne („argumenty moralne”, mujborze), które pokazywały jak szkodliwe są czyny homoseksualne. Zwolennicy homoseksualizmu (nowy termin „zwolennik homoseksualizmu!”), zamiast podjąć z nim jakąkolwiek debatę, zwyczajnie doprowadzili do zwolnienia go z pracy”

Dla redaktora Terlikowskiego lepiej by było, gdyby sobie wymyślił jakieś nazwisko, bo nie sprawiło mi najmniejszego problemu ustalenie, że (co za szok) opisana przez niego łzawa historyjka prześladowanego homofoba jest nieprawdziwa. Jak było w rzeczywistości?

Szpital, w którym pracował doktor Kościół (przepraszam musiałem), tzn. dr Church, wspierał środowiska LGBT (rozsyłano pracownikom uprzejme e-maile z zaproszeniem do udziału w „pride weeks”etc.). Doktorowi to nie pasowało, więc (w 2009r.) uznał za stosowne rozesłanie do dużej liczby ludzi e-maila, którego treść wrzucił potem na stronę www szpitala. Co było w e-mailu? Faktycznie, rzucił kilka „argumentów medycznych” (acz pozwolicie, że nie będę się nad nimi pochylał, bo nie umiem w medycynę), a prócz tego napisał, że wspieranie LGBT przynosi dyshonor placówce medycznej i wszystkim tym, którzy uważają, że „homoseksualizm jest nienaturalny i niemoralny”. Narzekał również na wspieranie „promowania perwersji” i o wspominał o „fanatyzmie politycznej poprawności”.

Nie bez przyczyny zaznaczyłem datę (2009r.), albowiem sam Terlikowski napisał, że lekarza zwolniono w 2015r. Już na pierwszy rzut oka widać więc, że narracja o straszliwym „homolobby”, które „zwyczajnie doprowadziło do zwolnienia lekarza”, to bzdura. Na stronie, która zajmuje się gay-bashingiem, szczegółowo opisano to, co działo się w szpitalu (fascynujące jest to, że autorom strony wydaje się, że to, co opisali, to „obrona” lekarza). Okazało się, że walka dr. Churcha ze szpitalem (której powodem było wspieranie przez szpital środowisk LGBT) zaczęła się w 2004 roku. Tyle. że do 2009r. Church nie rozsyłał masowych maili i nie publikował niczego na stronie www szpitala (gdyby więc chodziło o to, że „krytykuje gejów”, to wywalono by go już w 2004r).

Po jego wyskoku w 2009r., lekarza wezwano na dywanik. Powodem wezwania były skargi (na Churcha), które szpital otrzymał. Przypominam, że mowa tu o Stanach Zjednoczonych, tam wszystkie instytucje publiczne dbają o Public Relations (nie wspominając już o tym, że szpital, zatrudniający doktora, mógł został pozwany). Dr Church został zmuszony do przeproszenia ludzi, których obraził (treści przeprosin nie ma, ale z tego, co napisano na stronie do gay-bashingu, było to typowe non-apology, czyli przeprosiny na zasadzie „przepraszam Cię za to, że jesteś głupi”). Dla każdego, kto nie jest idiotą, jasne jest, że w tym momencie dr Church powinien dać sobie na wstrzymanie, bo „kara”, która go spotkała, była praktycznie żadna, ale następnym razem może już nie być tak różowo. Co zaś zrobił dr Church? W 2011r. zaproponował, że wystąpi w materiale wideo, który szpital chciał nakręcić w ramach wspierania środowisk LGBT. I chciał na tym filmiku „opowiedzieć o argumentach drugiej strony”. Jego propozycja została zignorowana.

Nieco później (ale też w 2011r.) Church napisał e-mail do swojego przełożonego. Treści nie zamieszczono na stronie, z czego wnioskuję, że była to kalka z 2009r. Przełożony to zignorował.

W tym samym roku znowu wezwano go na dywanik - tym razem kilka osób poczuło się dotkniętych treścią maila, w którym zaproponował, że wystąpi w materiale wideo, który szpital chciał nakręcić. Najprawdopodobniej nie chodziło o samą propozycję, tylko o sformułowania których użył (strona broniąca doktora umieściła tylko fragment maila i zapewne wycięła resztę [w dalszej części wyjaśnię skąd wzięła się moja podejrzliwość w tej materii]).

W międzyczasie w szpitalu powołano zespół/komitet (nie bardzo umiem w tłumaczenie prawniczego mumbo-jumbo, proszę więc o wybaczenie), który miał zadecydować o tym, „co dalej z doktorem”. Doktor mógł na zebraniach zespołu/komitetu przedstawić swoją „linię obrony”. Każdy, kto nie doznał śmierci pnia mózgu, zorientowałby się, że to dobry moment na to, żeby jednak sobie dać na wstrzymanie. Co zaś zrobił nasz doktor? Wysyłał kolejne e-maile do przełożonych. Pod koniec 2011r. Church otrzymał „letter of reprimand” (po naszemu to będzie, że udzielono mu nagany), ale go nie zwolniono. Dodatkowo, wydano doktorowi (drogą oficjalną) zakaz „dzielenia się ze współpracownikami/pacjentami swoimi opiniami na temat orientacji seksualnej/etc.”. Rzecz jasna, sprawa się na tym wcale nie skończyła.

W 2012r. doktor wysłał e-mail do „działu komunikacji” (nie bardzo wiem, jak przetłumaczyć: Corporate Communications Department) prośbę o to, żeby nie wysyłano mu zaproszeń do udziału w eventach pro LGBT. Rzecz jasna, w mailu/piśmie nie mogło zabraknąć informacji o tym, że te zaproszenia „obrażają jego uczucia religijne” i wyznawane przezeń „zasady moralne”. Co znamienne, pan doktor nie poprzestał na „usuńcie mnie z newslettera”, ale musiał jeszcze dodać coś od siebie (jakbym się chciał czepiać, to bym napisał, że złamał w ten sposób zakaz rozsiewania swojej „filozofii miłości”, ale mi się nie chce). Tutaj sprawa robi się cokolwiek niejasna, bo choć na samym początku obrońcy twierdzą, że lekarzowi chodziło o „nieprzysyłanie mu takich a takich materiałów”, to potem opisują jak to „reagował na treści zamieszczone na stronie szpitala”. Z czego nietrudno wysnuć wniosek, że doktorowi nie chodziło o „nadsyłane” materiały (bo te przecież mógł spokojnie oznaczać jako spam), ale o to, że na stronie szpitala publikowano treści, z którymi się nie zgadzał.

W 2013r. nie wytrzymał i pod informacją (zamieszczoną na stronie szpitala) o evencie pro LGBT  napisał między innymi o tym, że „celebrowanie perwersji seksualnej jest wysoce niewłaściwe”. Zignorowano to (zapewne w ramach prześladowań lekarza), choć złamał w ten sposób zakaz „dzielenia się opiniami(...)”.

Ponieważ doktorowi było mało, w 2014r. dorzucił jeszcze dwa komentarze na stronie szpitala. O których obrońcy napisali, że „były tylko cytatami z Biblii i zostały szybko usunięte przez administratorów strony”. Nieco wcześniej zaznaczyłem, że strona obrońców najprawdopodobniej wycina fragmenty e-maili/etc., żeby wybielić doktora. Teraz poszli o krok dalej i napisali jedynie, że „umieścił cytaty z Biblii” - nie publikując tychże cytatów (napisano jedynie o które chodzi). Oto one:

Księga kapłańska 18.22 „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!”

List do Rzymian 18. 26-28  Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. 27 Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. 28 A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi.

Tym razem działania pana doktora nie zostały zlekceważone i znowu skompletowano „zespół/komitet śledczy” (investigating comitee), który miał zdecydować o jego losie. W wezwaniu, które otrzymał doktor, napisano, że złamał zakaz, który na niego nałożono. W tym miejscu obrońcy doktora poszli „na pełen retard” i stwierdzili, że „uznano, że cytaty z Biblii i medyczne argumenty są formą nękania”. Zupełnie pominęli treść cytatów z Biblii i to, że jednym z „argumentów medycznych” była wzmianka o „wysoce niewłaściwym celebrowaniu perwersji seksualnej”. Tym razem nie skończyło się na reprymendzie, w 2015r. zwolniono doktora z pracy.


A teraz zestawmy to z tym, co napisał redaktor Terlikowski (pozwolę sobie zacytować go jeszcze raz):  
W grudniu 2015 ze szpitala Beth Israel Deaconess Medical Center został zwolniony dr Paul Church. Istotą jego przestępstwa było to, że zaprotestował przeciwko agresywnej promocji LGBTQ na terenie szpitala, a podczas spotkania z lekarzami przytoczył argumenty medyczne i moralne, które pokazywały jak szkodliwe są czyny homoseksualne. Zwolennicy homoseksualizmu, zamiast podjąć z nim jakąkolwiek debatę, zwyczajnie doprowadzili do zwolnienia go z pracy”

Wydaje mi się, że największym absurdem w kontekście powyższego tekstu jest fakt, że redaktor Terlikowski uważa się za „dziennikarza”, a prócz tego, że w Polsce są ludzie na tyle głupi, żeby mu za to „dziennikarstwo” płacić.

No ale, wracajmy do artykułu:

"Jeszcze skuteczniej ta metoda działa w przypadku przedsiębiorców, którzy – z różnych powodów – nie chcą uczestniczyć w uroczystościach homoseksualistów"

Redaktorowi Terlikowskiemu chodzi o sytuacje, w których drobni przedsiębiorcy odmawiają świadczenia usług ze względu na orientację seksualną klientów. Tego rodzaju praktyki są zabronione w USA (nie wiem czy we wszystkich stanach). Jeśli ktoś nie rozumie o co chodzi w tym zakazie, to niech sobie wyobrazi sytuację, w której chce sobie np. kupić auto gdzieś na Zachodzie, a dealer odpowiada „przykro mi, ale nie mogę panu sprzedać samochodu, bo jest pan Polakiem, a sprzedawanie aut Polakom jest niezgodne z moimi przekonaniami”. Co prawda bardziej akuratnym przykładem byłoby opisanie sytuacji, w której ktoś odmawia świadczenia usług osobie heteroseksualnej, ale żaden „heteryk” (w tym ja) nie byłby sobie w stanie czegoś takiego wyobrazić (bo to za bardzo abstrakcyjne). 

"O liberalny faszyzm ocierają się także decyzje liberalnych administracji stanowych, które stopniowo zakazują uczelniom katolickim i protestanckim stosowania własnych zasad religijnych w odniesieniu do studentów"

Termin „liberalny faszyzm” jest tak samo debilny, jak „feminazizm” (tak, niektórzy porównują feminizm do nazizmu, bo przecież skrajnie konserwatywna partia nazistowska wprost kochała równouprawnienie, nieprawdaż?), więc nie będę się nad tym pochylał specjalnie. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie XX wieku był reżim totalitarny, który miał podobną opinię na temat homoseksualizmu, co redaktor Terlikowski. No ale to tylko dygresja. Redaktor Terlikowski pisze o „zagrożonej wolności religijnej” i dopiero po chwili dodaje, że chodzi o uczelnie współfinansowane przez państwo. Redaktor Terlikowski najprawdopodobniej nie rozumie tego, że jeśli te uczelnie biorą pieniądze od państwa, to mogłyby łaskawie przestrzegać praw obowiązujących w tymże państwie.

O wychwalanym przez Terlikowskiego bełkocie duchownych, którzy wzywają do „obrony rodziny przed wpływami gejowskiego imperium promującego radykalny feminizm i ideologię gender” nie chcę mi się pisać, bo nie jestem psychiatrą. Redaktor Terlikowski rozpacza nad tym, że wszystkie państwa członkowskie przyjęły porozumienie dotyczące „równości osób LGBTQ” i zobowiązały się do uznania transfobii i homofobii za przestępstwa ścigane z mocy prawa. Zapewne jakiś czas temu ktoś rozpaczał nad tym, że rasizm stał się ścigany z urzędu.

"I choć w Polsce daleko jeszcze do homoterroru, to przedsmakiem tego, co nas czeka, są procesy wytoczone „Rzeczpospolitej” i mnie osobiście przez ludzi, którym się nie podobały – wyrażone absolutnie politycznie poprawnym językiem – opinie na temat aktów homoseksualnych. A będzie tylko gorzej"

Muszę się przyznać do tego, że w tym momencie mam (przepraszam za wyrażenie) w dupie to, za co pozwano Terlikowskiego. On sam chyba też, bo nie podał żadnych informacji, które pozwoliłyby się zapoznać z treściami, za które został pozwany (choćby numer RzePy, albo data, albo cokolwiek). Google nie pomógł (Terlika pozywano za wiele spraw, ale tej konkretnie nie jestem w stanie znaleźć). Biorąc pod rozwagę popisy rzetelności dziennikarskiej w tym artykule, równie dobrze może się okazać, że ten „absolutnie politycznie poprawny język” to był zwykły gay-bashing na temat „leczenia homoseksualistów” i wyzywania ich od zboczeńców.

I na tym zakończę cytowanie. Gdybym miał do czynienia z inteligentnym osobnikiem (a jak mogliśmy się przekonać, o inteligencji w tym przypadku nie może być mowy), zapytałbym o to, jak udaje się mu połączyć dwie narracje. O jakie narracje chodzi? Jedną z nich jest właśnie postępujący w Europie „homoterror”, który podbija Europę i że to dla wszystkich Terlikowskich oznacza „walkę na śmierć i życie o rodzinę”. Drugą narracją jest straszenie tym, że zaleje nas islamistyczny fanatyzm. Obie te narracje stoją na przeciwnych biegunach i obie te narracje pojawiają się u Terlikowskiego. Co ciekawe – w „prognozach” na temat „homoterroru” nie porusza tematu fanatyzmu islamistycznego (w drugą stronę działa to dokładnie tak samo). Co znamienne, żaden z „samodzielnie myślących” odbiorców wypocin Terlikowskiego, nie zwrócił uwagi na tą gigantyczną wewnętrzną sprzeczność. Jest to o tyle absurdalne, że ci ludzie dają się straszyć zarówno „kalifatem Europa”, jak i „homoterrorem” i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że to jest ten sam kontynent i że te dwie „wizje” się wzajemnie wykluczają.

W kwestii zaś samego artykułu. Ja rozumiem, że w Polsce dziennikarstwo jako takie, ma się raczej źle (eufemizm). Ale nawet w tym kontekście to, co wyprodukował Terlikowski jest nie lada osiągnięciem. Ilość półprawd, manipulacji i zwykłych kłamstw, budzi respekt. Budzi go również fakt, że taki gówniany artykuł został uznany za na tyle ważny, żeby zrobić z niego „temat tygodnia” i wrzucić na okładkę.

Źródła:

„Do Rzeczy” nr 28/179 11-17 lipca 2016


Artykuł na temat przepisów antydyskryminacyjnych w stanie Colorado:

http://aclu-co.org/court-rules-bakery-illegally-discriminated-against-gay-couple/

Strona „obrońców” doktora Churcha

http://www.massresistance.org/docs/gen2/15b/DrChurch-BIDMC/timeline.html

artykuł o sprawie doktora:

http://www.advocate.com/health/2016/1/07/boston-hospital-cuts-ties-antigay-doctor


poniedziałek, 11 lipca 2016

Prawilne patronaty

3 lipca 2016 odbyła się „konferencja” (cudzysłów użyty z rozmysłem): „Pogrom kielecki, historia prawdziwa”. Panował na niej idealny wręcz pluralizm, albowiem produkowali się: Stanisław Michalkiewicz, Leszek Żebrowski i prof. Jerzy Robert Nowak. O pluralizm zadbał organizator, którym był ONR. W moim skromnym mniemaniu, to trochę tak, jakby jakaś organizacja o jawnie stalinowskich poglądach organizowała konferencję pt. „Katyń i zesłania Polaków na Sybir, historia prawdziwa”, ale co ja się tam znam.

Owa „konferencja” nie byłaby warta wspomnienia (może jedynie jako kolejny dowód na to, że w Polsce nie ma antysemityzmu), gdyby nie fakt, że kanał TVP Historia objął ją patronatem medialnym (zaraz obok Gazety Warszawskiej). Wczoraj wieczorem trafiłem na Twitterową dyskusję dotyczącą tegoż patronatu. Toczyła się ona między Przemysławem Szubartowiczem (przed Dojną Zmianą pracował w Radiowej Jedynce) i Piotrem Gursztynem (beneficjent Dojnej Zmiany, dzięki której dostał stołek szefa TVP Historia). Dyskusja ta wyglądała tak (link w źródłach będzie):

Szubartowicz: Ale dno! M.in. antysemita Michalkiewicz o pogromie kieleckim pod patronatem ONR I TVP. Wstyd

Gursztyn: Bo? 

Szubartowicz: ONR organizuje pogadankę o antysemickim pogromie ze znanym z antysemickich tekstów prelegentem. To mało?

Gursztyn: ONR nie zwracał się do nas o patronat, ale stowarzyszenie Civis. to legalne, zarejestrowane stowarzyszenie

Szubartowicz: Proszę, proszę i jeszcze raz proszę. Legalne, nielegalne... Panie Redaktorze, naprawdę nie łapie Pan niestosowności?

Gursztyn: nie, nie łapię. bo nie lubię cenzury

Szubartowicz: Nie przekonam Pana. Jeśli dla Pana ONR organizujący pod patronatem Pana stacji pogadankę o pogromie jest OK, to pozdrawiam

Gursztyn: powtarzam, jesli Pan nie zauważył. o patronat zwróciło się stowarzyszenie Civis, a nie ONR

Szubartowicz: I co z tego, kto się zwrócił, skoro ONR figuruje jako organizator, a TVP Historia obok "Warszawskiej" jako patroni?

Gursztyn: niestety, w odróznieniu od Pana, nie jestem wszechwiedzący i nie potrafię przewidywać przyszłości

Szubartowicz: Ma Pan rację, mam dar jasnowidzenia w aspekcie kompromitujących konsekwencji organizowania pogadanki o pogromie przez ONR.

Gursztyn: pod warunkiem, że się wie, że organizatorem jest ONR. napiszę 3x: o patronat zwróciło się stow. Civis. i tylko ono

Szubartowicz: Czyli nie podoba się Panu, że to jednak ONR w tej sprawie występuje z Michalkiewiczem, czy to dla Pana bez znaczenia?

Gursztyn: nie udzieliłbym patronatu żadnemu eventowi organizowanemu przez partię polityczną

Szubartowicz: Ale przez gardło Panu nie przejdzie, żeby napisać, że to jest skandal, by ONR z Michalkiewiczem opowiadał o pogromie?

Gursztyn: nie jestem fanem, ale życiorys p. Michalkiewicza jest mimo wszystko nieco bardziej czysty niz np życiorys p. Baumana

Szubartowicz: A głoszone współcześnie poglądy - odwrotnie

Gursztyn: niektórzy nie zgodziliby się z tą opinią. ale cóż, trud życia w pluralistycznym społeczeństwie...

Szubartowicz: Przyznaję, że z dialektyką erystyczną radzi Pan sobie nieźle. To dobry sposób, by bronić spraw nie do obrony. Tak, taki trud.


Dyskusja się potem jeszcze rozwinęła, ale na tym zakończmy. Linia obrony dyrektora TVP Historia jest zachwycająca:

1) Najpierw rżnięcie głupa i udawania, że nie wiadomo, o co chodzi („Bo?”).

2) Potem twierdzenie, że to nie ONR się zwrócił o patronat, tylko stowarzyszenie, które jest legalne i zarejestrowane. I w tym miejscu już widać, że to wcześniejsze „bo?” było rżnięciem głupa, gdyż Gursztyn podkreśla „legalność” stowarzyszenia. Zupełnie umknął mu fakt, że ONR jest stowarzyszeniem zarejestrowanym w KRS.

3) Podkreślanie, że nie wiedziało się o tym, kto organizuje konferencję. W to nigdy nie uwierzę, bo to by znaczyło, że szef TVP historia ma totalnie wy**ne na sprawdzanie tego, co tak właściwie obejmuje patronatem (nie, nie musi tego robić osobiście, ma od tego ludzi).

4)  Podkreślenie, że nie udzieliłoby się patronatu eventowi organizowanemu przez partię polityczną. To już jest wybitny popis ignorancji, bo ONR jest stowarzyszeniem (kilka sekund sprawdzania w KRS).

5) Wtręt o "nielubieniu cenzury".

6)  A w ogóle to Michalkiewicz i tak ma lepszy życiorys od Baumanna.

W skrócie: Nic się nie stało. A nawet jeśli się stało, to nie nasza wina, bo nie wiedzieliśmy (nie jesteśmy jasnowidzami, heloł?!), kto to organizuje (ale w tym miejscu zaznaczamy, że legalne stowarzyszenie nas o to poprosiło). Poza tym nie objęlibyśmy patronatem eventu organizowanego przez partię. Nawiasem mówiąc – Bauman jest i tak gorszy od Michalkiewicza, więc nic się nie stało. A tak przy okazji - nie lubimy cenzury!


Źródła:


Dyskusja:

https://twitter.com/PSzubartowicz/status/752225682210652160

KRS ONRu:

http://krs-pobierz.pl/stowarzyszenie-oboz-narodowo-radykalny-i520689







wtorek, 5 lipca 2016

Jak hartowała się ściema odc. 3: „Coraz więcej Polaków chce zakazu aborcji”

Tą konkretną ściemą karmią nas (i to od dawna) wszelkiej maści organizacje zygotariańskie. Bo to wcale nie jest tak, że oni chcą zakaz aborcji wprowadzić ze względu na wyznawane Mzimu! Co to, to nie! Oni domagają się zakazu w imieniu większości społeczeństwa! W rzeczywistości liczba Polaków popierających zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej (tak wiem, to się oficjalnie nazywa „ustawa o planowaniu rodziny(...)) jest mniej więcej stała. „No ale co też Piknik pier***li! Przecież tyle ludzi podpisuje się pod tymi ustawami! Biada nam!”. Rzecz właśnie w ilości podpisów.

Pierwsza próba zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej (w ramach „obywatelskiego” projektu ustawy) miała miejsce w 2011 roku. Do momentu złożenia projektu w sejmie, zebrano 450 tysięcy podpisów. Potem zbierano je nadal i „dozbierano” kolejne 190 tysięcy. W sumie Zygotarianom udało się zebrać 640 tysięcy podpisów.

W 2012 roku projekt ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne złożyła w sejmie partia Ziobry. Ponieważ nie był to „obywatelski” projekt ustawy, nie trzeba było zbierać podpisów.

W 2013 roku Zygotariańska fundacja po raz kolejny zaczęła zbierać podpisy pod „obywatelskim” projektem ustawy. I był to moment, w którym Zygotarianie uwierzyli w swoje własne ściemy odnośnie tego, jak dużym poparciem cieszą się ich pomysły: „Aby projekt trafił pod obrady Sejmu, musi się pod nim podpisać co najmniej 100 tys. obywateli. Pełnomocnik akcji Kaja Godek jest jednak przekonana, że w ciągu trzech miesięcy uda się zebrać milion podpisów.” Rzeczywistość wymierzyła Zygotarianom sążnistego kopniaka – zebrali 440 tysięcy podpisów.

2015r. – Zygotarianie znowu składają projekt ustawy w sejmie. Tym razem już nikt nie mówi o „milionie podpisów”. Fundacji udaje się zebrać 400 tysięcy podpisów.

2016r. – Fundacja składa projekt, który podpisało trochę ponad 450 tysięcy osób. Dla prawicowych komentatorów (np. Terlikowskiego) to „prawie pół miliona”.

Ja wiem, że te liczby robią wrażenie, ale jeśli przyjrzymy im się nieco uważniej i osadzimy w kontekście, okaże się, że sytuacja nie wygląda tak różowo, jakby sobie tego skrajna prawica życzyła. Ilość podpisów (w momencie złożenia projektów ustaw) wahała się od 400 do 450 tysięcy (Potem można sobie dołożyć jeszcze pierdyliard podpisów, bo najprawdopodobniej nikt ich nie weryfikuje). Kontekst jest jednakże ważniejszy. O jakiż to kontekst (ulubione słowo skrajnej prawicy) chodzi? Ano o taki, że organizacje zygotariańskie poczynają sobie coraz śmielej. Urządzają coraz więcej wystaw, mają coraz więcej wolontariuszy (2016: „Zgłosiła się do nas rekordowa liczba ludzi, chcących zbierać podpisy na własną rękę.”). Jak to więc jest, że w Polsce mamy coraz więcej przeciwników aborcji, a liczba podpisów (podliczona i złożona w sejmie) jest taka sama, jak w 2011r.? Przecież tak na chłopski rozum, tych podpisów powinno być znacznie więcej. W kontekście nadymania się Zygotarian, fakt, że ostatecznie złożono w sejmie 450 tys. podpisów to klęska. Bo jeśli mieliby rację, jeśli liczba przeciwników aborcji stale rośnie, to powinni tych podpisów zbierać coraz więcej.

Osobną kwestią jest fakt, że porównywalna liczba zebranych podpisów (z tą z 2011 roku) wygląda jeszcze gorzej w kontekście tego, że te organizacje mają coraz więcej wolontariuszy gotowych do zbierania podpisów. Większa liczba „zbierających” pozwala bowiem dotrzeć do większej liczby ludzi. Mamy więc „rosnącą liczbę przeciwników aborcji” i rosnącą liczbę ludzi gotowych do zbierania podpisów. W teorii musiałoby się to przełożyć na znacznie większą liczbę zebranych podpisów. W praktyce okazało się, że „nie bardzo”. Wytłumaczenia są praktycznie tylko dwa. Albo przeciwników aborcji jest tyle samo co wcześniej, ale zygotariańskie fundacje nie są w stanie do nich dotrzeć (co jest raczej mało prawdopodobne w dobie internetu i przy gigantycznym wsparciu Kościoła). Albo też liczba przeciwników aborcji w Polsce maleje, ale Zygotarianie równoważą to coraz większym zasięgiem swoich akcji i ilością wolontariuszy.

Tak czy inaczej buńczuczne zapewnienia Zygotarian, że „coraz więcej Polaków popiera zakaz aborcji” nie mają pokrycia w faktach.

Źródła:

2011

http://swidnica24.pl/450-tysiecy-podpisow-przeciw-aborcji/

2013

http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/1002581,aborcja-sejm-odrzuca-projekt-zaostrzenia-ustawy-antyaborcyjnej-film,id,t.html

„Milion podpisów”

http://dziennikparafialny.pl/2013/chca-zebrac-milion-podpisow-za-zakazem-aborcji-eugenicznej/

2015

http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/258097-projekt-ustawy-przeciwko-aborcji-trafil-do-sejmu-zebrano-pod-nim-ponad-400-tys-podpisow

2016

http://www.stopaborcji.pl/trzy-miesiace-zbiorki-za-nami/

środa, 29 czerwca 2016

Ch*j, dupa i kamieni kupa – czyli polska polityka zagraniczna w kontekście Brexitu

Nie chciałem pisać nic na temat Brexitu, bo w ciągu kilku ostatnich dni napisano na ten temat gigabajty tekstu. Dałbym sobie z tym pisaniem spokój, gdyby nie podrygi polskiej dyplomacji, która zamiast dbać po polską rację stanu, stara się wpisywać w oczekiwania naszej pszenno-buraczanej prawicy (dla której „Polska racja stanu” to darcie ryja i machanie szabelką).

Szarża Camerona

Na samym początku warto by było zastanowić się na moment nad tym, po co w ogóle Cameronowi było to referendum? Polska prawica (w tym partia dojnej zmiany) buduje narrację, według której Cameron został „zmuszony” do zorganizowania tegoż referendum (bo EU jest zbiurokratyzowana, nie dbała o interesy państw narodowych, inwestowała w gender [tę wiekopomną myśl wydalił z siebie Wiceminister Patryk Jaki] etc. etc). Aczkolwiek warto w tym miejscu zaznaczyć, że dla prawicowców, tłumaczenie katastrofalnych decyzji polityków, do których jest prawicy blisko, „czynnikami zewnętrznymi” (które to czynniki są rzecz jasna wrogie), to chleb powszedni. Inni komentatorzy („nieprawicowi”) twierdzili, że musiał owo referendum zorganizować, bo „ciśnienie wewnętrzne” w kraju (i w partii Camerona) było tak duże, że „nie dało się inaczej”. Jeszcze inni twierdzą, że Cameron to koleś, który przeleciał świnię więc nie powinniśmy się za bardzo skupiać na tym, „co on myślał”, bo jest głupi i pewnie nic nie myślał.

Moim skromnym zdaniem prawica (co za szok) nie miała racji. Choćby dlatego, że gdyby to „zła UE” zmusiła Camerona do zorganizowania referendum, to miałby (za przeproszeniem) w dupie jego rezultat i nie lobbowałby za opcją „remain”. Ponieważ Cameron podał się do dymisji po zwycięstwie opcji „leave”, ciężko z tego wysnuć wniosek taki, że rezultat referendum był mu obojętny. Komentarze „nieprawicy” też są, moim zdaniem, nieco chybione, bo tylko brexit mógł doprowadzić do tego, żeby „ciśnienie wewnętrzne” (w kraju i w partii Camerona) zmalało. Innymi słowy – gdyby w referendum zwyciężyła opcja „remain”, to zwolennicy brexitu nie przestaliby lobbować za wyjściem z UE (tym samym, Cameron chcąc „uspokoić nastroje” nie powinien lobbować za opcją „remain”). Aczkolwiek zgodzę się z „nieprawicą” w tym, że Cameron usiłował, za pomocą polityki zagranicznej, prowadzić „politykę wewnętrzną” (ten sam błąd popełnia non stop Dojna Zmiana).

Wydaje mi się, że Camerona nikt nie „zmuszał” do zorganizowania referendum. Zorganizował je dlatego, że chciał je zorganizować, bo potrzebował karty przetargowej w negocjacjach z UE. Minimalne zwycięstwo opcji „remain” bardzo poprawiłoby jego pozycję negocjacyjną: „musicie pójść na takie a takie ustępstwa, bo widzicie co się dzieje! Nikt nie może zagwarantować tego, że kiedy po raz kolejny ktoś (w domyśle – następca Camerona) zorganizuje takie referendum, znowu zwycięży opcja „remain”! Musimy się jakoś dogadać!”. Gdyby, dzięki temu, Cameronowi udało się coś „wydrzeć” od UE – zamknąłby usta swoim wewnątrzpartyjnym krytykom i oszołomstwu spod znaku Farage (tym ostatnim, co prawda, na krótko, tym niemniej). Tyle że wynik referendum był inny niż „planowany” i Cameron, zamiast stać się „bohaterem”, stał się pośmiewiskiem.

Ta straszna UE i cholerne Niemce!

Wynik referendum zaowocował ostrą reakcją Niemiec i Komisji Europejskiej. W tejże reakcji, nasza pszenno-buraczana prawica upatruje potwierdzenia swojej tezy o tym, że Wielka Brytania została praktycznie wyrzucona z UE za to, że „dbała o swoje interesy narodowe/etc.” No bo skoro tak ostro zareagowano, to „coś musi być na rzeczy”, prawda? Owszem, coś musi, ale śmiem twierdzić, że nie to, co sobie wykoncypowały nasze prawicowe mendia.

Ale najpierw, krótka gimnastyka mózgu. Wyobraźmy sobie, że po referendum UE (Niemcy, KE/etc.), tak jak to sobie wymyślili prawicowcy, spuszcza z tonu i sugeruje Wielkiej Brytanii, że przecież to referendum wcale nie musi być przesądzające, bo „zawsze się można jakoś dogadać”. To, zdaniem prawicy (acz nie tylko, bo sporo ludzi się zjeżyło po tym, jak Niemcy i KE zakomunikowały Wielkiej Brytanii, że skoro chcą wyjść, to niech zaczną pakować manatki i że nie ma o czym gadać już), powinna być ta „słuszna” reakcja. O tym, jakie długofalowe skutki miałaby taka „ugłaskana” reakcja, żaden z prawicowców się nie zająknął. Zapewne dlatego, że mogłyby owe efekty być cokolwiek katastrofalne. W momencie, w którym to UE zaczęłoby „zależeć” na zatrzymaniu Wielkiej Brytanii, pozycja negocjacyjna Unii byłaby znacznie gorsza niż przed referendum. Oznaczałoby to tyle, że Wielka Brytania mogłaby domagać się od cholery ustępstw ze strony UE. Gdyby UE nie chciała iść na te ustępstwa, Brytyjczycy mogliby wyciągnąć „jokera” w postaci wyników referendum i powiedzieć, że skoro nikt ich nie chce słuchać, to oni jednak sobie pójdą.

Dla nikogo nie jest tajemnicą to, że w UE ścierają się różne grupy interesu i każde państwo (prócz Polski pod wodzą partii Dojnej Zmiany) chce „ugrać” jak najwięcej dla siebie (albowiem PiS-owi wydaje się, że „do siebie” garną tylko duże kraje unijne). Jak zareagowałyby władze państw zrzeszonych w UE, gdyby zauważyły, że wystarczy zrobić sobie referendum, postraszyć UE „exitem” i automatycznie zyskuje się lepszą pozycję negocjacyjną? Gdyby UE poszła na ustępstwa w trakcie potencjalnych negocjacji z Wielką Brytanią, to każde kolejne państwo również domagałoby się jakichś ustępstw, „bo skoro Brytyjczykom daliście to, to i to, nam też musicie!”. Jak szybko doszłoby do sytuacji, w której UE nie mogłaby (z przyczyn stricte ekonomicznych) zadośćuczynić żądaniom jakiegoś kraju? Zapewne wtedy nasi prawicowi mędrcy uznaliby, że doszło do (długo przez nich zapowiadanego) bankructwa UE/etc. Ostra (i momentami teatralna) reakcja KE/Niemców (którzy teraz najprawdopodobniej będą grać pierwsze skrzypce w UE) to wyraźny sygnał dla ludzi, którzy chcieliby za pomocą „exitowych” referendów wymusić coś na UE: „jeśli zdecydujecie się na wyjście, nikt nie będzie was prosił o to, żebyście zostali”.

Osobną kwestią są cierpienia prawicy polskiej, która odsądza Niemcy od czci i wiary za to, że te chcą być liderem Unii Europejskiej. Ja bardzo przepraszam za wyrażenie, ale kurwa, serio? Jakieś państwo chce skorzystać z okazji (którą dostało w prezencie od innego kraju) i ugrać coś dla siebie? Któż mógłby wpaść na taki przebiegły pomysł?! To tak w ogóle można?! Aczkolwiek warto w tym miejscu zaznaczyć, że prawicowy ból dupy z powodu Brexitu i faktu, że jeśli ów dojdzie do skutku, to Niemcy będą niekwestionowanym liderem w UE ma również inne źródło. Tu nie chodzi o hejtowanie „Niemiaszków, za 1939”. Tu chodzi o to, że PiS (i cała usłużna prawica) przez jakiś czas budowała narrację, według której Wielka Brytania będzie najlepszym unijnym partnerem dla Polski. Sam fakt szukania przeciwwagi dla Niemców (które to państwo PiS hejtuje od początku swojego istnienia praktycznie) nie był niczym zdrożnym. Wiadomo, że w negocjacjach z dużym, silnym krajem przyda się wsparcie innego dużego i silnego kraju. Tylko że sprawa się rypła i „naturalny partner” dla Polski najprawdopodobniej szybko pożegna się z Unią. To byłby dobry moment dla „nieomylnych” analityków, żeby przyznać, że „errare humanum est”, ale gdzie tam. Lepiej budować narrację, według której Wielka Brytania byłaby, co prawda, „naturalnym sojusznikiem”, ale Niemcy jej w tym przeszkodzili.

Dyplomatoły

Reakcje PiS-u (i wspierających go Pluszaków Władzy) na wynik referendum w Wielkiej Brytanii są tak idiotyczne, że obserwując je, można zadumać się nad swoistym „cudem natury”. Tylko takowym „cudem” można bowiem wytłumaczyć to, że tak głupi ludzie są w stanie samodzielnie oddychać (no chyba że oddychają dlatego, że prezes im odpowiednie instrukcje SMS-em przesyła). „Dojną Zmianę” (wspieraną przez prawicowe mendia) cechuje bowiem absolutna wręcz nieumiejętność dostosowania się do zmieniających się realiów. Rzecz jasna, przez „dostosowanie się” nie mam na myśli rżnięcia głupa i udawania, że „ja tego nie powiedziałem/napisałem” (bo tę umiejętność wyżej wymienieni opanowali do perfekcji). Chodzi mi o sytuację, w której może dojść do „zmiany władzy” w UE. Rozsądnym posunięciem byłoby więc dostosowanie się do tej, bardzo prawdopodobnej, zmiany. W naszym przypadku wiązałoby się to ze zmianą nastawienia PiS do Niemiec. Biorąc pod rozwagę antyniemiecką histerię PiS-u (i tę, która panuje w usłużnych mendiach), byłoby to, co prawda, dość trudne, ale nie nierealne. I nie chodzi mi tu o sytuację, w której Niemcy powiedzą, że mamy robić to i to „I my – na byle słowo. Na tylne stajem łapki” (pozwoliłem sobie zacytować fragment piosenki „Z XVI-wiecznym portretem trumiennym rozmowa” Kaczmarskiego). Bowiem między włażeniem komuś w dupę, a tłuczeniem go kijem baseballowym po głowie jest szerokie spektrum zachowań. Osobną kwestią jest to, że w najlepiej pojętym interesie Polski byłoby zaprzestanie podsycania konfliktu na linii KE – Polska. Co zaś robią nasze wspaniałe władze?

Prezydent Andrzej Duda dywagował: „Czy nie jest tak, że Unia Europejska zbyt wiele narzuca krajom członkowskim?” Witold „Frank Drebin” Waszczykowski twierdził, że UE powinna mieć „nowe władze” (bo przecież trzeba się zemścić na KE za „mieszanie się w sprawy Polskie”) . Jarosław Kaczyński perorował, że „trzeba zmienić traktat o UE”. Beata Szydło zaś powiedziała, że „Brexit pokazał, że Europejczycy nie chcą takiej Unii. Polska przedstawi projekt zmian”. Czytam te kolejne wypowiedzi i czytam i gdzieś tam po głowie plącze mi się sytuacja, do której doszło na samym początku prezydentury Andrzeja Dudy. Zaproponował on wówczas „nowy format rozmów w sprawie Ukrainy” i został momentalnie postawiony do pionu przez Petra Poroszenkę, który stwierdził, że „nie widzi takiej potrzeby”. Wypowiedzi Szydło, Waszczykowskiego i Kaczyńskiego idealnie wpisują się w „wewnętrzną” narrację PiS-u „Polska powstała z kolan i będzie teraz zmieniać UE/etc./etc.”, ale nijak się mają do rzeczywistości. Jakoś tak się bowiem złożyło, że póki co, nikt nie chce zmieniać władz w UE (chodzi o zmiany personalne), nikt nie chce „zmieniać traktatu o UE” i najprawdopodobniej większość krajów UE w dupie będzie miała zmiany, które „zaproponuje Polska”.

Gdyby rządzili nami ludzie, którzy mają łby na karku, to zamiast wygłaszać swoje wiekopomne mądrości (które raczej niewielkie wrażenie robią na pozostałych krajach UE), powinni poczekać chwilę i zobaczyć jakie nastroje panują w UE, a potem dostosować swoją „ofertę” do tych nastrojów. Względnie wybrać tę „ofertę”, spośród proponowanych przez inne kraje, na której Polska może najwięcej zyskać. Zamiast tego mamy duszosztypatielne bzdety i próbę wmanewrowania nas w konflikt z potencjalnym przyszłym „szefem” Europy. Bo przecież powszechnie wiadomo, że w momencie, w którym w firmie zmienia się szef, warto pójść do jego biura i kontrolnie przypieprzyć temu nowemu, żeby „wiedział kto tu rządzi”.

Premier Beata Szydło stwierdziła pewnego razu, że „polski rząd nie będzie uprawiał polityki zagranicznej na kolanach”. Zapomniała jedynie dodać, że polski rząd będzie tę politykę prowadził na ciężkich prochach halucynogennych.


Źródła:

PAD o Brexicie:



Poroszenko wskazuje Dudzie miejsce w szeregu:


Frank Drebin polskiej dyplomacji o Brexicie:


Premier Beata Szydło zapowiada „lepszą politykę zagraniczną”:


Poseł Kaczyński domaga się nowego traktatu o UE:

http://wpolityce.pl/polityka/298359-kaczynski-o-nowym-traktacie-ue-biurokracji-i-supermocarstwie-trzeba-wyraznie-powiedziec-gdzie-jest-unia-a-gdzie-panstwa-czlonkowskie





środa, 22 czerwca 2016

Aborcyjny pat PiS-u

Na samym wstępie niniejszej notki pozwolę sobie na napisanie tego, o czym ta notka NIE będzie. Nie będę pisał o „zawartości” anty-obywatelskiego (nazywajmy rzeczy po imieniu – antykobiecego projektu nie można nazwać „obywatelskim”) projektu ustawy całkowicie zakazującej aborcji. Nie będę pisał o tym, dlaczego, moim zdaniem, ten projekt jest barbarzyński (bo o tym napisano już pierdyliony stron tekstu). Nie będę również usiłował polemizować z argumentami Zygotarian, którzy popierają ten projekt. Nie jest bowiem możliwa dyskusja (na jakimkolwiek poziomie) z ludźmi, którzy widząc zdjęcie straszliwie zdeformowanego „noworodka” (który, wybaczcie mi określenie, ale najbardziej przypomina puzzle) nie mającego głowy, mówią: „I co? Jak brzydki, to znaczy, że można go zabić?!”. Stan umysłowy ludzi, dla których letalna wada płodu oznacza „brzydki wygląd” można określić mianem skretynienia (względnie – galopującego debilizmu), o żadnej dyskusji nie może więc być mowy. Ciężko również dyskutować z osobnikami (płci męskiej), którzy tłumaczyli mi, że „mężczyzna ponosi zdrowotne konsekwencje ciąży i porodu, oni o tym wiedzą z doświadczenia”.

O czym więc będzie ta notka? O tym, co może w tej sytuacji zrobić PiS i jakie będą prawdopodobne konsekwencje konkretnych decyzji. Muszę w tym miejscu podkreślić, że „może zrobić” jest tu kluczowe, bowiem w chwili obecnej nie da się przewidzieć tego, co zrobi partia Jarosława Kaczyńskiego. On sam, co prawda, twierdzi, że będą się starali wprowadzić całkowity zakaz aborcji, ale premier Beata Szydło (po protestach, rzecz jasna, bo przed protestami popierała gorąco projekt ustawy) i Prezydent Andrzej Duda zasłaniali się „potrzebą przeprowadzenia poważnej debaty w temacie” (cytat niedosłowny). Wypowiedzi te, moim skromnym zdaniem, są próbą kupienia sobie odrobiny czasu (żeby firmy badawcze + spindoktorzy mogli znaleźć wyjście z patowej sytuacji). Niedawno część prawicy eksplodowała z zachwytu, bo okazało się, że IBRIS przeprowadził sondaż na temat najnowszego anty-obywatelskiego projektu ustawy i okazało się, że większość Polaków ów projekt popiera (58% za vs 30% przeciw). Sondaż ów został przez część prawicy z miejsca okrzyknięty „jedynym dobrze przeprowadzonym” (nie, nie żartuję, dokładnie coś takiego napisał Krzysztof Bosak). O tym, że wyniki te nijak się mają do wyników CBOS-owych (CBOS przez wiele lat rok-rocznie przeprowadzał szczegółowe badania „opinie o dopuszczalności aborcji”, z których niezmiennie "wychodziło", że większość Polaków popiera "kompromis") ani też z wcześniejszymi badanami przeprowadzonymi przez IBRIS (patrz obrazek) , słowem się nikt nie zająknął.

Screen z Rzeczpospolitej (link w źródłach)
Dla mnie argumentem przemawiającym za tym, że wyniki tego „jedynego dobrze zrobionego sondażu” nie są reprezentatywne, jest milczenie „DobrejZmiany”. Nie mam bowiem najmniejszych złudzeń co do tego, że PiS wydał do tej pory (piszę te słowa 20 czerwca) kupę szmalu na badania i gdyby z tych „badań wyszło”, że anty-obywatelski projekt Zygotarian cieszy się poparciem większości społeczeństwa, to już dawno byśmy o tym wiedzieli (a Beata Szydło nie twierdziłaby, że jej poparcie dla tegoż projektu to była jej „prywatna opinia”).

W tym miejscu warto się rozprawić z mitem na temat tegoż nieszczęsnego projektu. Według owego mitu, to PiS stoi za powstaniem projektu zakazującego aborcji. Część komentatorów twierdziła, że PiS-owi ten projekt był potrzebny do tego, żeby „coś przykryć”, na zasadzie – ludzie będą się oburzać na sprawy aborcyjne, a PiS w międzyczasie coś tam sobie po cichu przepchnie. Tyle że to cokolwiek naciągana teza. Choćby dlatego, że jedyną rzeczą, którą się udało „przykryć” po złożeniu projektu w sejmie był start programu 500+. Innym motywem miała być chęć wprowadzenia zakazu, ale tak, żeby wina spadła na autorów tegoż projektu. I tu również mamy do czynienia z lekkim bezsensem, bo o ile faktem jest, że to projekt „z zewnątrz”, więc PiS nie musi brać odpowiedzialności za jego treść, to już bierze całkowitą odpowiedzialność za wynik głosowania. Za taki a nie inny termin „objawienia się” projektu (bo przecież, gdyby Zygotarianom naprawdę zależało na „życiu napoczętym”, to ów projekt złożono by na samym początku kadencji, w której rządzi DobraZmiana) najprawdopodobniej odpowiadają purpuraci. To, że wszelkiej maści fundacje i stowarzyszenia o zabarwieniu zygotariańskim są świeckimi kafarami Episkopatu, jest tajemnicą poliszynela. Ciekawe jest to, że media mainstreamowe były przez chwilę na dobrym tropie, ale potem go porzuciły. Chodzi mi o artykuły, w których twierdzono, że „PiS kupi sobie milczenie Episkopatu [w temacie aborcji] za cenę religii na maturze”. Czy nikogo nie zdziwiło to, że ów projekt „objawił się” akurat w czasie, w którym PiS prowadził z Episkopatem rozmowy na temat wprowadzenia matury z religii? Czyja pozycja negocjacyjna poprawiła się za sprawą tego projektu?

Powody, dla których projekt pojawił się teraz, są mniej ważne od tego, co zrobi partia Jarosława Kaczyńskiego. Na dobrą sprawę, PiS ma teraz cztery wyjścia z sytuacji i żadne z nich nie jest dla tej partii dobre. PiS jest bowiem w o tyle niekomfortowej sytuacji, że niezależnie od tego co zrobi – komuś nadepnie na odcisk. Pytaniem, na które muszą sobie odpowiedzieć PiS-owskie „czynniki decyzyjne” (to nowy pseudonim Jarosława Kaczyńskiego) jest pytanie o to, kogo bardziej się opłaca wkurwić. Półśrodków w rodzaju przetrzymywania projektu ustawy w komisjach nie biorę pod rozwagę, bo wątpię w to, żeby DobrejZmianie udało się przeciągać sprawę aż do kolejnych wyborów. Skoro zaś nie da się tego przeciągać w nieskończoność, to prędzej czy później PiS będzie  musiał poddać projekt pod głosowanie.

Bramka numer 1: Całkowity zakaz aborcji 

Część komentatorów twierdzi, że PiS będzie miał w dupie głos opinii publicznej i przegłosuje projekt w takiej formie, w jakiej złożono go w sejmie. Komentatorzy owi podpierają się tym, że jak do tej pory – PiS zawsze popierał projekty ustaw zaostrzających prawo aborcyjne. Tyle że jeśli pójdziemy tym tokiem rozumowania, to powinniśmy sobie zadać pytanie: Czemu w takim razie PiS sam nie złożył stosownego projektu ustawy? Czemu czekano na „obywatelski” projekt? Jeśli PiS miałby się w ogóle nie przejmować głosem opinii publicznej (i przemawiałaby przezeń troska o życie nienapoczęte), to już dawno złożono by projekt ustawy i przegłosowano którejś nocy. Nie stało się tak dlatego, że wbrew pozorom, PiS-owi temat zakazu aborcji jest wybitnie nie na rękę. Owszem, w trakcie dwóch poprzednich kadencji partia Jarosława Kaczyńskigo czterokrotnie (o ile mnie pamięć nie myli) popierała ustawy zakazujące aborcji, ale warto mieć na uwadze to, jakie wtedy były „realia sejmowe”. Chodzi zaś konkretnie o to, że PiS-owcy doskonale wiedzieli, że mogą sobie gardłować o zakazie aborcji, o mordowaniu nienapoczętych etc. i głosować za zakazem – bo byli w mniejszości. Innymi słowy, niemożliwe było przegłosowanie zakazu (nawet jakby się takowy zakaz jakoś przecisnął przez Sejm – można go było uwalić w Senacie, albo zostałby zawetowany przez Bronisława Komorowskiego). Głosowanie nad zakazami aborcji w wykonaniu PiS przypomina mi dowcip z czasów, w których głosowano nad wotum nieufności dla rządu SLD: „Ja też poparłem wotum nieufności i też bałem się, że będziemy w większości”.

Co może zyskać PiS na wprowadzeniu zakazu? Praktycznie nic. Wdzięczność zwolenników całkowitego zakazu aborcji (którzy stanowią w Polsce mniejszość) nie pozwoli im na wygranie kolejnych wyborów. Z jakiegoś wszak powodu PiS zepchnął sprawy światopoglądowe na margines kampanii. Jeśli PiS wprowadzi zakaz aborcji, to kolejna kampania upłynie pod znakiem wojny światopoglądowej, a jednym z elementów programu wyborczego partii Jarosława Kaczyńskiego będzie „utrzymanie całkowitego zakazu aborcji”. Ile w trakcie takich wyborów będzie można ugrać na obietnicach dotyczących liberalizacji prawa aborcyjnego (i odkręcaniu innych światopoglądowych zmian dokonanych przez PiS)? Ktoś może powiedzieć: „Dupa tam! PiS wie, że wygra kolejne wybory swoim programem socjalnym! Kwestie światopoglądowe będą nieistotne!”. Przyjdzie mi się więc powtórzyć i przypomnieć, że gdyby tak było (tzn. gdyby wprowadzenie zakazu aborcji nie miało mieć żadnego wpływu na wynik wyborczy PiS), to zakaz aborcji wprowadzono by jeszcze w roku 2015.

Problemy „wyborcze” nie odnoszą się wszak jedynie do wyborów parlamentarnych. Jeśli Prezydent Andrzej Duda podpisze ustawę antyaborcyjną, to może się już powoli zacząć zastanawiać nad tym, czym zajmie się po swojej pierwszej i jedynej kadencji, bo nie będzie miał szans na reelekcję (o ile, rzecz jasna, wcześniej nie nastąpi polityczne trzęsienie ziemi i nie zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu za zawieruchę związaną z TK [PiS teraz gra ostro i nie wydaje mi się, żeby kolejna partia, która wygra wybory, potraktowała „dobrozmianowiczów” ulgowo]). O ile bowiem partia polityczna może łudzić się tym, że wygra wybory bez poparcia centrowego wyborcy, to kandydat na prezydenta, który pokaże temuż centrum środkowy palec (podpisując ustawę zaostrzającą w Polsce prawo aborcyjne), może sobie darować start w wyborach.

Bramka numer 2: Częściowe zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej


Część „dobrozmianowiczów” sygnalizowała, że co prawda nie będą popierać całkowitego zakazu aborcji, ale poprą zakaz aborcji w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu (czyli chcą zmuszać Polki do rodzenia Chazaniątek). PiS-owskim oportunistom wydawać się może, że to najlepsze wyjście z sytuacji. Bo, co prawda, zaostrzą prawo aborcyjne, ale tylko trochę (więc uspokoją Zygotarian i przeciwników całkowitego zakazu aborcji jednocześnie). Tyle że to są mrzonki. Prawda jest bowiem taka, że „częściowy” zakaz wcale nie uspokoi Zygotarian. Po pierwsze dlatego, że zaostrzenie (nawet częściowe) prawa aborcyjnego będzie dla nich sygnałem, że „ich praca ma sens”. Po drugie zaś dlatego, że oni (uwaga, będzie Capslock) NIE MOGĄ, zgodzić się na częściowe zaostrzenie prawa. Dla nich celem jest całkowity zakaz aborcji.

W kwestii zaś przeciwników zaostrzenia prawa aborcyjnego. Jeśli komuś wydaje się, że można tych ludzi spławić kolejnym „kompromisem” i wciskać im ciemnotę „no, co prawda zaostrzyliśmy prawo, ale tylko trochę”, to jest po prostu idiotą. Nie da się w tym przypadku przesunąć kredensu w prawo i twierdzić, że „oto mamy kolejny kompromis”, bo to tak nie działa. Osobną kwestią jest coś,  czego dobrzy spindoktorzy (a chyba takowych PiS teraz wynajmuje) są świadomi. Wszyscy chyba pamiętają, to, jaki gigantyczny shitstorm miał miejsce przy okazji „sprawy Chazana”. Zaskoczeniem dla mnie były sytuacje, w których na Chazana klęli konserwatyści, którzy generalnie to są przeciwnikami niczym nie skrępowanego prawa do aborcji, ale zmuszenie kobiety do urodzenia bezmózgiego płodu nieco ich jednak zdenerwowało. Danych z 2015 roku nie posiadam, ale w 2014 wykonano 1812 aborcji, z czego ogromna większość dotyczyła sytuacji, w których stwierdzono nieodwracalne uszkodzenie płodu. I teraz warto sobie zadać pytanie: ile potencjalnych „spraw Chazana” oznacza wprowadzenie tego „częściowego zakazu”? No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale przecież w przypadku Chazana chodziło o to, że ta kobieta miała prawo do terminacji ciąży, a on jej tę terminację uniemożliwił! Jeśli zakażą aborcji w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu, to nie będzie podstaw do kolejnych „spraw Chazana”. I taka argumentacja będzie częściowo słuszna. Tylko częściowo -  jeśli nowe prawo będzie zmuszać kobiety donaszania bezmózgich płodów, to zapewne okaże się, że kobiety te mogą nie chcieć milczeć. Spindoktorzy są świadomi tego, że o ile sprawa Chazana skończyła się wiadrami (w ilości, moim zdaniem, mocno niewystarczającej) pomyj wylanymi na głowę tego ostatniego, to prócz niego nikt na tej sprawie „wizerunkowo” nie stracił. Jeśli PiS zakaże aborcji „częściowo” - każda potencjalna kolejna sytuacja, w której kobieta urodzi „chazaniątko” zaciąży na wizerunku PiS (i Prezydenta Andrzeja Dudy) i może mieć wymierny wpływ na wynik wyborczy.

Pozwolę sobie w tym miejscu na pewną dygresję, bowiem wydaje mi się, że ktoś może opacznie zrozumieć to, co napisałem o „wizerunkowych stratach”etc. Prawda jest taka, że większość polityków PiS to pieprzeni oportuniści. Oni z jednej strony będą gardłować na temat obrony „dzieci napoczętych”, ale jeśli owa obrona miałaby oznaczać, że stracą mandat poselski (bo partia straci poparcie), to będą mieli „ochronę życia napoczętego” w dupie. Dla nich nie jest ważne żadne tam „życie napoczęte”, nie jest dla nich również ważne to, że 11-letnie ofiary gwałtu będą musiały donaszać ciąże, ani też nie jest dla nich ważne to, że ciężarne kobiety mogą zacząć umierać, bo lekarze będą się bali odpowiedzialności karnej w przypadku, w którym ich działania „zaszkodzą dziecku napoczętemu” (o problemach z definiowaniem „poważnego zagrożenia zdrowia/życia” napisano już wiele). Dla nich jedyną rzeczą, która ma wartość, to koryto, do którego się wreszcie dorwali. A to koryto (spółki Skarbu Państwa/etc) może im odjechać wraz z przegraną w wyborach. Faktem jest, że część z PiSowców uważa, że będą nami rządzić do końca świata i jeden dzień dłużej, ale to nie oni są odpowiedzialni za dbanie o wizerunek partii/etc. I nie, nie jest to demonizowanie polityków, ale zwykła konstatacja. No dobrze, ktoś powie, ale przecież w PiS-ie są też „zygotarianie-ideowcy”. Tak, jest ich tam całe mrowie. I dlatego w latach 2005-2007, kiedy PiS nie chciał zaostrzyć prawa aborcyjnego – z partii odszedł Marek Jurek (oficjalną przyczyną był zygotarianizm, nieoficjalną zaś to, że i tak by wyleciał, bo Jarosław robił czystkę w partii i wycinał ludzi spoza „zakonu PC”). Zresztą, o ich ilości niech zaświadczy to, że do Marszałka Sejmu nie wpłynął ani jeden poselski projekt antyaborcyjny.

Zaostrzenie prawa aborcyjnego może mieć również inne, niemiłe dla „dobrej zmiany” skutki. O tym, że PiS jest skonfliktowany z UE nie trzeba nikogo przekonywać. Tyle że do tej pory udaje się utrzymywać PiS-owi (w swoim obozie) narrację taką, że my tu kurwa dbamy o suwerenność kraju, a te głupie biurwokraty z UE chcą nam zaszkodzić! Każda ostra wypowiedź płynąca z UE idealnie wpisuje się w tą narrację. Tyle że jeśli owe ostre wypowiedzi będą dotyczyć prawa aborcyjnego, to narracja się może posypać. Owszem, PiS nadal będzie mógł tłumaczyć, że „wtrącają się nam w wewnętrzne sprawy”, ale biorąc pod rozwagę fakt, że tylko 59% wyborców PiS popiera całkowity zakaz aborcji (badania IBRIS marzec 2016 – link do artykułu dorzucę w źródłach)- ci którzy nie popierają mogą uznać, że ok, może i się wpieprzają nam ci biurwokraci w wewnętrzne sprawy, ale tym razem mają rację.

Bramka nr 3 – uwalenie projektu w semie

Z punktu widzenia pragmatyzmu politycznego, uwalenie anty-obywatelskiego projektu ustawy byłoby najlepszym wyjściem dla PiS-u. I nie chodzi tu wcale o mój lewacki punkt widzenia, ale o najzwyklejszy w świecie bilans strat i zysków politycznych. Faktem jest, że taką decyzją wkurzyliby zygotarian, ale, z drugiej strony, uspokoiliby większą część społeczeństwa. Poza tym prawda jest brutalna: zygotarianie nie mają się do kogo zwrócić. Nie chodzi mi tu, rzecz jasna, o fundacje/stowarzyszenia (bo te Kościół trzyma na krótkiej smyczy i będą robić to, co im purpuraci każą), ale o wyborców, którzy chcą „chronić życie niepoczęte”. Nie tak dawno temu, nadpapież Terlikowski stwierdził, że „jeśli teraz PiS nie wprowadzi zakazu aborcji, to młodzi wyborcy ich zmiotą w kolejnych wyborach”. Jest to typowo Terlikowskie myślenie życzeniowe. Bo tak na dobrą sprawę, na kogo mieliby głosować tacy wyborcy? O ile nie nastąpi jakieś potężne tąpnięcie polityczne (powiedzmy sobie szczerze, w naszych realiach jest to możliwe, jeśli np. PiS-owi się przydarzą taśmy prawdy, to padnie jeszcze szybciej od Platformy), to partia Jarosława Kaczyńskiego nadal będzie głównym rozgrywającym po prawej stronie. I to właśnie ta partia będzie dla skrajnych konserwatystów jedynym gwarantem tego, że kredens nie zostanie przesunięty w lewą stronę.

Warto również mieć na uwadze to, że w Polsce na obietnicy zakazu aborcji nie da się zbić kapitału politycznego. Przekonali się o tym narodowcy, którzy w trakcie wyborów samorządowych 2014 wystawili Mariusza Dzierżawskiego w wyścigu o fotel prezydenta Warszawy. Skończyło się to spektakularną klęską (1,57% poparcia - 9768 głosów). To co najwyraźniej nie dotarło do narodowców, zrozumieli już jakiś czas temu PiS-owcy. Dowód? Proszę bardzo. PiS wychwalał pod niebiosa Bogdana Chazana, mendia prawicowe wprost nie mogły się go nachwalić, podkreślając przy każdej okazji, że „to, co zrobił spotkało się z pozytywnym odzewem społeczeństwa/etc.”. Jak to się więc stało, że dla bohaterskiego byłego mistrza skrobanek nie znalazło się miejsce na listach wyborczych PiS? Ktoś może powiedzieć „może on nie chciał!”, ale ta teza jest nie do obrony. Gdyby Chazan cieszył się naprawdę dużym poparciem społecznym, PiS znalazłby sposób na to, żeby go namówić do startu. Prawda jest jednak taka, że czyn Chazana wkurwił olbrzymią część społeczeństwa i zaproszenie go na listy wyborcze mogłoby partię Jarosława Kaczyńskiego dużo kosztować.

Ktoś może w tym miejscu powiedzieć „a co z Kościołem? Przecież on będzie krytykował PiS za zaniechanie ochrony życia napoczętego!” Doprawdy? Jak bardzo krytykował go w latach 2005-2007? Kościół również nie ma się do kogo zwrócić. Owszem, PO również purpuratom właziło w dupy, ale przypominam, że ta sama partia olewała głos biskupów w kwestiach światopoglądowych (nie wszystkich, rzecz jasna, bo np. związków partnerskich nie zalegalizowano). Ponadto, PO nie zapomniało zapewne biskupom bezczelnej agitacji za PiS-em w trakcie wyborów prezydenckich i parlamentarnych. A może Kościół będzie się mógł zwrócić do Nowoczesnej? Do partii Razem? Do SLD? Do PSL (który co prawda utrzymuje się na powierzchni, ale na wysokie poparcie liczyć nie może)? Do KUKIZ-a (którego skład gwarantuje totalną nieprzewidywalność w kwestiach światopoglądowych)? Owszem, Kościół i Rydzyk mogliby się śmiertelnie obrazić na PiS i np. poprzeć narodowców (tak jak kiedyś popierali Ligę Polskich Rodzin), ale olanie PiS mogłoby np. Rydzyka wiele kosztować (wszak to jego poseł, Andrzej Jaworski, wylądował w PZU teraz). A może PiS zostałby skrytykowany przez prawicowe media, które teraz „wspiera” i obdarowuje owocami Dojnej Zmiany?

Z tym wyjściem jest jednakże jeden zasadniczy problem. Ktoś (i to wiele ktosiów) musiałby się podłożyć i zagłosować przeciwko projektowi (względnie, dużo ktosiów musiałoby nie przyjść na głosowanie). Posłowie w Polsce nie są szczególnie lotni, ale nawet na tym tle indywidua, które dostały się do sejmu z ramienia PiS, wprost błyszczą. Spora część z tych ludzi (którzy nie potrafią nawet przeczytać oświadczenia sejmowego z kartki) może nie zrozumieć tego, że PiS popierał dotychczasowe projekty zygotariańskie z przyczyn stricte koniunkturalnych. Ci sami ludzie mogą nie zrozumieć, że chwilowe oburzenie grupki oszołomów jest niczym w porównaniu z potencjalnym zyskiem politycznym, który można ugrać na utrąceniu zakazu.

Bramka nr 4 – Prezydent wetuje


Jest to najprawdopodobniej jeden ze scenariuszy branych pod rozwagę przez PiS-owskich spindoktorów. Ustawa zostaje przegłosowana (w dowolnej formie) i ląduje na biurku prezydenta. Ów organizuje konferencję prasową i oświadcza, że po długim namyśle zdecydował się na zawetowanie jej (prócz tego dodaje, że społeczeństwo popiera obecny kompromis, a on chce być Prezydentem wszystkich Polaków). Sejmowej większości (wspartej Zygotarianami z innych partii) zabraknie głosów do odrzucenia weta prezydenckiego (o odpowiednią liczbę głosujących zadbają „czynniki decyzyjne”) i projekt przepada. Nadpapież Terlikowski jest oburzony, ale jego głos ginie w prawicowej narracji, według której decyzja prezydenta jest co prawda nieoczekiwana, ale za to nikt już nie będzie mu mógł zarzucić, że jest bezwolnym narzędziem prezesa Kaczyńskiego. Część konserw może się co prawda zdenerwować, ale jeśli w kolejnych wyborach prezydenckich Andrzej Duda wejdzie do drugiej tury, to wiadomo, że nie będzie się w niej mierzył z prawicowym kandydatem. Skoro zaś jego potencjalny kandydat nie będzie prawicowy, to konserwy nie będą miały wyjścia i zagłosują na Dudę.

Dla spindoktorów PiS-u ten scenariusz musi być kuszący. Po pierwsze pozbywają się strupa w postaci tego nieszczęsnego projektu. Po drugie mogą pokazać, że Prezydent jest niezależny. Jest jednakże jeden zasadniczy minus tegoż scenariusza. Żeby Prezydent mógł się wykazać niezależnością (wyreżyserowaną i dopracowaną wcześniej do najmniejszego detalu) i podreperować swój wizerunek, ustawę najpierw trzeba przegłosować. Fakt przepchnięcia tego projektu nie przejdzie bez echa i będzie miał swoje konsekwencje w trakcie kolejnych wyborów parlamentarnych. Po przegłosowaniu takiego projektu PiS nie będzie mógł w kampanii uciec od kwestii światopoglądowych. Zbudowanie chwytliwej narracji, według której PiS (w kwestiach światopoglądowych) sprzyja fanatykom religijnym i skrajnym konserwatystom, nie sprawi nikomu najmniejszego problemu. PiS natomiast nie będzie mógł uciec w ogólniki, bo przecież mając okazję sprzeciwić się fanatykom, poparł ich pomysły (w liczbie mnogiej, albowiem na pewno nie będzie to jedyny projekt ustawy kafarów Episkopatu).

Jak takie weto będzie się miało do hiper-religijności Prezydenta (któremu niecni internauci dali przydomek „Klęczon”)? Przecież kiedy Komorowski podpisał ustawę o in vitro Kościół go skrytykował i dano mu do zrozumienia, żeby „przestał chodzić do komunii” (a przekaz ów prawicowe mendia rozpowszechniły tak szeroko, jak tylko się dało). Tajemnicą poliszynela jest to, że ta kościelno-prawicowa troska o „przyjmowanie komunii” była elementem kampanii wyborczej. Bo jakoś tak się złożyło, że w momencie, w którym Kurski (rozwodnik) dał się sfotografować na jakimś spędzie Rydzykowym w trakcie przyjmowania komunii – to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Nie zrozumcie mnie źle, ja mam ten temat (za przeproszeniem) w dupie, ale nie oznacza to, że nie dostrzegam „podwójnych standardów” kościelno-prawicowych. Jeśli Prezydent zawetuje ustawę, to, co prawda, może się na niego rzucić jakiś nadpapież Terlikowski (o ile nie zostanie wcześniej spacyfikowany), ale nie będą się nad nim pastwić prawicowe (i kościelne) media o dużym zasięgu. Tzn. pewnie coś tam dla zasady poburczą w Gościu Niedzielnym/etc, ale do wyborów o tym zapomną.

Czysto teoretycznie – PiS większością posłów od KUKIZ-a (choć tutaj nie ma pewności co do tego, jak zagłosują posłowie z tej formacji)  i kilkoma PSL-owcami byłby w stanie odrzucić prezydenckie weto (wiem, że w PO też są konserwy, ale głosowanie w tej kadencji ramię w ramię z PiS byłoby politycznym samobójstwem). Tyle że jeśli prezydent (samodzielnie, a jakże) zdecyduje się na wetowanie ustawy, to nikt nie będzie tego planu torpedował odrzucaniem weta. Ten scenariusz byłby bowiem szkodliwy zarówno dla PiS (wszystkie konsekwencje przegłosowania ustawy spadają im na głowę) i dla Prezydenta, bo nagle by się okazało, że ma (za przeproszeniem) gówno do gadania. Tzn. może ustawy podpisywać, może je wetować, ale to i tak bez znaczenia, bo w razie czego PiS odrzuci weto (znalazłszy wcześniej chętnych do pomocy). Nie wspominając już o tym, że sam PiS też miałby z tego tytułu problem taki, że przy kolejnych wyborach opozycja przestrzegałaby wyborców przed oddawaniem zbyt dużej władzy w ręce partii Jarosława Kaczyńskiego (i owe przestrogi trafiłyby na podatny grunt). 

I teraz dochodzimy do zasadniczej kwestii: którą z bramek wybierze PiS? Ja osobiście obstawiam weto prezydenckie. Ten scenariusz nie wymaga bowiem „poświęcenia” od posłów, którzy mieliby głosować przeciwko projektowi (albo nagle „zaniemóc”). Nie zanosi się, moim zdaniem, na to, żeby PiS chciał zaostrzyć prawo aborcyjne. Czym innym są bowiem deklaracje posłów, a czym innym pragmatyzm polityczny (i wymierne korzyści finansowe, które pójdą w cholerę, jeśli PiS straci władzę). To jest jednakże tylko moja prognoza, a ja nie mam monopolu na „mienie racji”. Wolałbym jednakowoż mieć rację w tym przypadku, bo w przeciwnym razie Polki będą miały przesrane.


Źródła:

Pierwszy sondaż IBRIS:

http://www.rp.pl/Spoleczenstwo/303289944-Aborcja-ciagle-dzieli-spoleczenstwo.html#ap-2

Drugi sondaż IBRIS: 

http://www.rp.pl/Spoleczenstwo/160609815-IBRIS-Polacy-chca-calkowitego-zakazu-aborcji.html

CBOS z 2016 (to konkretne, włączone zostało do badań: „Aktualne problemy i wydarzenia”):

http://www.cbos.pl/PL/publikacje/news/2016/13/newsletter.php

Artykuł o mariażu narodowców z Zygotarianami:

http://www.rmf24.pl/raporty/raport-samorzad-2014/news/news-wybory-samorzadowe-obronic-rodzine-warszawa-dla-rodziny-zare,nId,1535789

Smętny rezultat tegoż mariażu:

http://samorzad2014.pkw.gov.pl/360_Wybory_Burmistrza_-_I_tura/0/1465