czwartek, 18 października 2018

Dyzma

Na samym początku uwaga natury ogólnej: tekst będzie długi i będzie opatrzony równie długim wstępem. Uprzedzam również, że będzie tu sporo skakania po tematach, albowiem dużo do napisania jest. You have been warned.


Kiedy na jesieni 2017 zaczęły się pojawiać pierwsze sygnały o tym, że Patryk Jaki jest „brany pod uwagę” jako kandydat PiSu w wyborach prezydenckich w Wawie, uznałem, że ktoś sobie robi jaja. Tak, wiem, Jaki zajmował się reprywatyzacją i robieniem szumu wokół własnej osoby, ale od tego, do bycia „branym pod uwagę” droga daleka. Drugim powodem, dla którego uznałem, że ktoś sobie robi jaja, jest to, że Patryk Jaki znalazł sobie swoją niszę pośród skrajnie prawicowego elektoratu i przez wiele lat dbał o to, żeby ów elektorat na niego głosował. Efektem tej dbałości była długa lista wypowiedzi i zachowań, które odstraszały od Jakiego umiarkowanego wyborcę. Jakiemu to niespecjalnie przeszkadzało, bo od 2010 startował z list PiS (albo innej Solidarnej Polski), tak więc umiarkowany wyborca nie był jego „targetem”. Zmierzam do tego, że żeby wygrać wybory w Wawie, Jaki musiałby uzyskać głosy „normalsów”, których wcześniej odstraszał swoim zachowaniem. No przecież nikt nie byłby na tyle nierozważny, żeby na poważnie zastanawiać się nad wystawieniem w stolicy skrajnie prawicowego polityka, nieprawdaż? Ponieważ balon wizerunkowy Jakiego był pompowany coraz mocniej, uznałem, że ja to jednak mało wiem o polityce i czekałem na to co będzie dalej. Konkretnie zaś na to, że w momencie, w którym Jaki zostanie namaszczony na kandydata, zostanie rozjechany przez media, które nie będą się musiały specjalnie starać, bo przeca wystarczy go rozliczyć z jego własnych wypowiedzi. Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że nadal czekam. 


Czy Patryk Jaki ma szanse na wygraną? Ciężko wyczuć. Początek kampanii (rozumiem przez to tzw „prekampanie”, czyli działania, których się nie nazywa kampanią, żeby PKW się nie mogło przyczepić) wyglądał tak, że Jakiemu cały czas te słupki rosły. Sondaże (cytowane przez rządowe media i samego kandydata) wskazywały na to, że w pierwszej turze różnica jest w granicach błędu statystycznego, a to oznacza, że w drugiej turze „wszystko jest możliwe”. A potem nadszedł moment, w którym sondaże (pierwsza tura) rozjechały się o 10%. Druga tura wygląda w nich jeszcze gorzej: 60-40 dla Trzaskowskiego. Nie jestem fanem wróżenia z sondaży, ale takie słupki w ostatnim tygodniu kampanii, to lekki dramat dla sztabu Jakiego. No dobrze, ale jak to się stało, że człowiek, który w pewnym momencie swoimi działaniami zbliżał do okopów zajętych przez fanów teorii spiskowych (pozdrawiam w tym miejscu Towarzystwo Ochrony Chorób Zakaźnych, które chce bronić choroby przed eradykacją), w pewnym momencie sprawiał wrażenie kogoś, kto może bez problemu „przewrócić” Trzaskowskiego w drugiej turze? A tak to, że nikomu nie chciało się go porządnie zgrillować. Ktoś może powiedzieć, no zaraz, ale przeca, przynajmniej w teorii, zadaniem mediów nie jest stawanie po jednej ze stron sporu politycznego, więc czemu akurat miałyby się pastwić nad Jakim, a odpuszczać Trzaskowskiemu? Odpowiedź na to pytanie jest stosunkowo prosta. Jeżeli jakiś polityk robi w kampanii zwrot o 180 stopni w bardzo wielu kwestiach (tak, też uwielbiam ludzi, którym się zdarza przedobrzyć i walnąć „to był zwrot o 360 stopni!”), to zadaniem mediów jest przypomnienie jego wcześniejszego stanowiska i dopytanie go o przyczyny tegoż zwrotu. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja nie odbieram nikomu prawa do zmiany zdania w jakiejś kwestii (tzn w sumie to w dowolnej), ale jeżeli ktoś zmienia zdanie w wielu kwestiach, (uwaga capslock będzie grany) W TRAKCIE KAMPANII WYBORCZEJ, to chyba można do tych „zmian” podchodzić z daleko idącą ostrożnością. Jak wyglądało grillowanie Jakiego w trakcie kampanii (i „prekampanii)? Albo dziennikarzom nie chciało się zrobić researchu, albo go zrobili, ale nie chciało się im drążyć tematu.


Na filmik pt „Patryk Jaki. "Baron ściemy z Opola" czy chłopak z bloku?” trafiłem tylko dlatego, że Patryk Jaki wspomniał o nim na swoim koncie twitterowym. Praktycznie na samym wstępie filmiku, montażysta wrzucił scenkę, w której Patryk Jaki, smutnym głosem (gratuluje umiejętności aktorskich, panie wiceministrze, ja bym tak nie potrafił), opowiada o tym, że  „owszem wychowałem się na blokowisku, nigdy w życiu w domu się nie przelewało”. Potem wypowiedź jest rozwinięta „ale też nie uważam żeby to powinno być istotnym elementem w kampanii wyborczej”. Czy Jaki został zgrillowany za wypowiedź o tym, jak to się mu nie przelewało? A gdzie tam. Z tego z kolei wynika, że twórca, ekhm, „reportażu” totalnie sobie odpuścił research, albowiem parę miesięcy wcześniej Jaki został zgrillowany (najpierw przeze mnie, potem przez OKO.press [które sobie „pożyczyło” kawałek researchu ode mnie]), za, eufemizując, mijanie się z prawdą w kwestii swojej sytuacji materialnej. Jak bardzo się mijał? Przekonajmy się. Uwaga natury ogólnej, ponieważ już raz się tymi wszystkimi wyliczeniami zajmowałem – w źródłach wrzucę linki do notki (bo i bez tego będzie bardzo dużo linków źródłowych). Zacznijmy od tego, że człowiek, któremu się w domu nie przelewało wystartował w wyborach do rady miasta. Jak sam stwierdził (w onetowym filmiku) dostał kiepskie miejsce, z którego nie było szans się dostać, a mimo tego się udało. Z tego można wysnuć wniosek, że kandydat na radnego musiał mieć raczej dobrą kampanię. Jest to o tyle ciekawe, że w roku „kampanijnym” Patryk Jaki zarobił 3044 złotych i 6 groszy (dane pochodzą z jego oświadczenia majątkowego). Wydaje się, że to niezbyt duża kwota, a mimo tego, Patryk Jaki potrafił za to przeżyć cały rok i sfinansować swoją kampanię wyborczą. Zapewne odżywiał się w tym czasie nienawiścią do elit III RP i pragnieniem rozliczenia tychże. Nieco zaś bardziej na poważnie, to znam sporo ludzi, którzy pochodzili z biedniejszych rodzin i nie przelewało się im w domach. Żadna z tych osób nie została radnym mając 21 lat, bo były za bardzo zajęte, albo uczeniem się, żeby jakoś wydrzeć stypendium naukowe (bez którego nie mieli szans na utrzymanie się na studiach), albo tyraniem na jakichś „stanowiskach”, na których zarabiali kilka złotych za godzinę. Nie spotkałem się też z sytuacją, w której 22-latek, pochodzący z biedniejszej rodziny kupuje mieszkanie na kredyt. A to właśnie spotkało Patryka Jakiego. I to w sumie też jest ciekawa sprawa. Po podliczeniu wszystkich dochodów Jakiego (zakładam, że są to dochody netto), otrzymujemy (przy zaokrągleniu w górę) 64.500 złotych. Nieźle jak na 22-letniego studenta, ale nie w tym rzecz. W tym samym roku Patryk Jaki kupił mieszkanie warte 185 tysięcy. Musiał dysponować wkładem własnym w wysokości 45 tysięcy, bo w jego oświadczeniu stoi, że zaciągnął 140-tysięczny kredyt. Dodatkowo, Jaki kupił sobie w 2007 roku pojazd warty 12 tysięcy. Gdyby Patryk Jaki zapłacił za wszystko z własnej kieszeni, to na życie zostałoby mu jakieś 7.500. Gdybym chciał być złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że przeżycie roku za tę kwotę, to nie był dla niego problem, bo przeca 2006 przeżył za znacznie mniej i nawet mu na kampanię zostało. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie, że odnoszę wrażenie, że chyba nie ma wątpliwości co do tego, że rodzina (w której się nie przelewało) wspomagała Jakiego finansowo. Z tego z kolei wynika, że opowieści o „nieprzelewaniu się”, można włożyć między bajki.


Kolejną kwestią, która została przez Jakiego zmitologizowana, była sprawa jego ojca. Konkretnie zaś, to, w jakich okolicznościach jego ojciec stracił pracę. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że jest to raczej kwestia „akademicka”, albowiem Jaki przyznał, że pomógł ojcu dostać stołek. Tłumaczył to tym, że jego ojciec został „niesłusznie zwolniony”. Jest to o tyle interesujące, że nie mówimy tu o jakiejś prywatnej firmie, ale o paśniku w postaci spółki miejskiej. W tym miejscu muszę poczynić dygresję. Wydaje mi się, że Ireneusz Jaki miał dwie fuchy. Jedną z nich była fucha doradcy prezydenta, a drugą była fucha w tych nieszczęsnych wodociągach. W artykule z Nowej Trybuny Opolskiej wynika, że Ireneusz wyleciał ze stołka doradczego w marcu 2007. Patryk Jaki twierdzi, że ojciec „stracił pracę” (w domyśle – w Wodociągach Opolskich) w tym samym czasie. Nie, doradca prezydenta (czyli niegdysiejszy „gabinet polityczny”) to nie to samo co robota w spółce miejskiej. Możliwe jest również to, że Patryk Jaki mijał się z prawdą w kwestii tego, kiedy jego ojciec stracił prace w Wodociągach. Tzn. chcąc się jakoś „wybielić” z zarzutów o załatwienie ojcu pracy ułożył łzawą historię o „niesłusznym zwolnieniu” i przesunął je w czasie. Ta sprawa była wałkowana tyle razy, że ktoś mógłby się o to zapytać głównego zainteresowanego, ale najwyraźniej nikomu się nie chciało.


No dobrze, skoro już jesteśmy przy tym Ireneuszu, to jak to było, że stracił prace? W listopadzie 2017 udzielił wywiadu w RMFie, w którym powiedział: „Gdy zostałem radnym tata pracował w instytucji podległej ratuszowi. Prezydent wezwał go któregoś dnia i powiedział, że jeśli syn nie zagłosuje za budżetem po jego myśli, wówczas ojciec straci pracę. Tata honorowo nic mi nie powiedział, ja zagłosowałem zgodnie z sumieniem, a ojciec stracił pracę”. Co innego Jaki mówił kiedy indagowali go w tym temacie dziennikarze Onetu (ten sam filmik co wcześniej) „Ja sobie obiecałem, że nigdy w życiu nie będę tak postępował w polityce i nie chciałbym żeby to było standardowe zachowanie dla kogokolwiek w życiu publicznym, żeby rodzina ponosiła odpowiedzialność za to, że syn, który miał wtedy 20 lat, jest szantażowany politycznie”. Trochę się te narracje nie zgrywają. W myśl pierwszej z nich szantażowany był Ireneusz (ale, honorowo nic nie powiedział synowi), w drugiej zaś szantażowany był 20-letni Patryk. Nie, nie chodziło tu o żaden skrót myślowy, po prostu Jaki zapomniał o bajce, którą opowiedział wcześniej (zapamiętał jedynie szantaż). Nie, nie bez przyczyny użyłem określenia „bajka”, bo swego czasu przekopałem się przez zapisy sesji Rady Miasta Opola, w których głosowania dotyczyły spraw budżetowych i w żadnym z nich głos Patryka Jakiego nie był decydujący. Ireneusz Jaki był długoletnim współpracownikiem Ryszarda Zembaczyńskiego i nie wierzę w to, żeby wyleciał z roboty za to, że jego syn oddał głos „nie tak jak trzeba” w sytuacji, w której nie miało to znaczenia. Nie miało również znaczenia to, że Patryk Jaki opuścił PO pod koniec lutego 2007. Co prawda Ireneusz Jaki stracił pracę w marcu (tak więc, chronologia była zachowana), ale decyzja Patryka miała wymiar stricte „kosmetyczny”. Nie, nie dlatego, że sąd koleżeński miał go wywalić, ale dlatego, że od końca 2006 roku był pracownikiem gabinetu politycznego Wojewody. Wojewodów w owym czasie powoływało Prawo i Sprawiedliwość, to po pierwsze. Po drugie zaś, takich fuch nie daje się ludziom z ulicy, więc Jaki już wtedy musiał się kręcić koło PiSu. I znowuż, nie uwierzę w to, że jego ojciec stracił pracę dlatego, że syn podjął w lutym „kosmetyczną” decyzję o opuszczeniu partii. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Jakiemu narracje rozjechały się również wtedy, gdy opowiadał o tym czemu opuścił PO. W 2007 twierdził, że „W PO jest teraz tendencja do pozbywania się ludzi o konserwatywnych poglądach, by otworzyć partii drogę do koalicji z SLD - jak np. w Krakowie. Nie chcę być w takiej organizacji.” W wywiadzie udzielonym „Sieciom Prawdy” w 2017 powiedział, że „Gdy z Platformy wyrzucono Jana Rokitę i odeszła Zyta Gilowska, a PO stała się partią III RP – odszedłem i ja.”. No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Gilowska odeszła  PO w 2005 roku, a Rokita zrezygnował z kandydowania z list PO pół roku po tym, jak Jaki zrezygnował z członkostwa w tej partii. Samego Rokitę wywalono z PO w 2013, za niepłacenie składek.


Ok, rozumiem, że to jest zamierzchła historia i zmęczonym dziennikarzom nie chciało się grzebać w jakichś nudnych oświadczeniach majątkowych, starych artykułach i protokołach z sesji Rady Miasta Opola. Jeno już mniej rozumiem, czemu nikt nie interesował się tym, co Jaki opowiadał kiedy już było wiadomo, że PiS planuje wystawienie go w wyborach. 17 września 2018 Patryk Jaki oznajmił, że weźmie urlop (w ministerstwie) na czas trwania kampanii. Skąd taka deklaracja? Już tłumaczę. Udzielając wywiadu „Sieciom Prawdy” Jaki opowiadał o swojej ciężkiej pracy wiceministra: „Niestety praca ministra to 16 godzin na dobę, często przez siedem dni w tygodniu. Brakuje mi czasu na odpoczynek czy spotkania ze znajomymi. Każdy dzień to walka o to, aby jak najwięcej spraw załatwić, jak najwięcej decyzji podjąć. Gdy nie mam siły, często siadam na fotelu, zamykam oczy na 15 minut i myślami wracam na moje boisko pod blokiem, kiedy nie było żadnej presji, nikt od mnie niczego nie chciał.” Teraz już chyba rozumiecie, czemu musiał wziąć urlop? Przeca nie da się pogodzić prowadzenia kampanii i pracy 16 godzin na dobę. Zupełnie bez związku z powyższą wypowiedzią i deklaracją o urlopie, zamieszczę tu listę eventów, w których Patryk Jaki uczestniczył  zanim wziął urlop:


5 Czerwca Patryk Jaki lansuje się na rowerze i przestawia założenia programowe (dotyczące rowerów/etc)

6 czerwca, Patryk Jaki lansuje się na boisku do koszykówki

12 czerwca, Patryk Jaki odwiedza schronisko dla bezdomnych zwierzat

25 czerwca spotkanie z mieszkańcami Woli

26 czerwca Patryk Jaki organizuje konfę prasową i przedstawia kolejne założenia programowe

28 czerwca Patryk Jaki pojechał do Lubina „Dziś poparłem Krzysztofa Kubowa w wyborach na prezydenta Lubina”

29 czerwca – Patryk Jaki organizuje spotkanie na Bielanach


Na tym przerwę wyliczankę, ale zapewniam was, że tych eventów było od groma. Nieźle, jak na kogoś kto pracuje 16 godzin na dobę, nieprawdaż? Przypominam, że urlop „na czas kampanii” wziął dopiero 17 września. Czy w ciągu tych paru miesięcy, ktoś zapytał wiceministra o to, w jaki sposób udało mu się połączyć pracę 16 godzin na dobę z organizowaniem eventów politycznych? A gdzie tam. Owszem, ktoś mógłby argumentować, że „Sieci Prawdy” teraz już prawie nikt nie czyta (poza aktywem partyjnym) więc dziennikarze mogli mieć problem z dotarciem do wywiadu. Ma to trochę sensu, ale podobnie rzecz się ma z wypowiedziami Jakiego, które są „ogólnodostępne”.


Jedną z nich był wpis na temat osób homoseksualnych, w którym Jaki poszedł na pełen „argumentum ad chorobum”. Wpis został przezeń usunięty, ale dopiero po tym, jak mu go wykopano na Twitterze. Jak zareagował Jaki, kiedy został zapytany o ów wpis? Najpierw powiedział, że „to był chyba element szerszej dyskusji na ten temat”, potem zaś dodał, że „Pytanie czy w ogóle coś takiego było, a ja nie wiem, bo to pewnie jest jakaś stara sprawa”. I w tym momencie dziennikarz (Jacek Nizinkiewicz) uznał, że taka odpowiedź go satysfakcjonuje i sobie odpuścił dalsze pytania. Serio? Polityk jest na widelcu i (eufemizując) udziela bzdurnych odpowiedzi (nie oszukujmy się, obie były bezsensowne), a dziennikarz sobie odpuszcza grillowanie? Przeca właśnie takie zachowanie uczy polityków, żeby udzielać jakichś idiotycznych odpowiedzi, żeby znudzić dziennikarza. Co moim zdaniem ów dziennikarz powinien zrobić? Zadawać pytanie tak długo, aż otrzyma odpowiedź. Jeżeli nie chciał powtarzać tego samego pytania to mógł iść w „co to znaczy, że był to element szerszej dyskusji na ten temat”, albo „jak może pan twierdzić, że nie wie pan czy coś takiego było, skoro był to wpis z pańskiego konta Twitterowego?” Jeżeli ktoś ma wątpliwości w kwestii tego, czy należało grillować Jakiego za wypowiedzi/wpisy sprzed paru lat, to ja takiej osobie przypominam, że Jaki (razem z rządowymi mediami) rozkręcił inbę, w której domagał się od Trzaskowskiego przeprosin za żenujący spot z Żebrowskim. Spot został nakręcony w 2009 roku i zdaniem Jakiego (i mediaworkerów rządowych) nabijano się w nim z Powstańców. Rzecz jasna, inbę odpalono w okolicach obchodów rocznicowych Powstania. Warto w tym miejscu nadmienić, że Jakiemu się często ulewało w temacie mniejszości seksualnych. Swego czasu stwierdził, że „Tęcza będzie płonąć. Stolica Polski nie jest gejowska”, zdarzyło się mu również rzucić grubszym słowem (nie będę cytował, albowiem nie chciałbym spaść z rowerka, link w źródłach znajdziecie). O tym, że w styczniu 2013 Jaki głosował przeciwko związkom partnerskim wspominać nie trzeba, albowiem były to czasy Solidarnej Polski, a ta starała się być jeszcze bardziej prawicowa od PiSu.


Idźmy dalej. Jednym z niewielu dziennikarzy, którym się „chciało”, był Konrad Piasecki, który uderzył tak, że zabolało. Chodziło o sprawę podwójnego zabójstwa (zamordowana została 35-latka i jej 3-letni syn), o którego dokonanie podejrzany był 40-letni partner kobiety, który był wtedy na przepustce z więzienia. „Patryk Jaki komentował sprawę podwójnego zabójstwa w Warszawie.  W pewnym momencie stwierdzenie dziennikarza TVN24 nazwał "obrzydliwą manipulacją". Problem w tym, że był to cytat ze Zbigniewa Ziobry sprzed lat o "politycznej odpowiedzialności".” Rozmowa poszła Jakiemu równie dobrze, co Titanicowi jego pierwszy rejs, ale w trakcie tej rozmowy padła jedna z bardziej nieprzemyślanych wypowiedzi: „Nie wykorzystuję się takich tragedii do polityki”. Dla zwykłego polityka, taka deklaracja nie byłaby groźna, ale Patryk Jaki nie jest zwykłym politykiem, tylko osobą, która bez głębszego namysłu mówi to, co akurat w danym momencie może się dobrze „sprzedać”. W lipcu 2016 doszło do zamachu w Nicei, w którym zginęło kilkadziesiąt osób. Co miał na ten temat do powiedzenia Patryk Jaki? „Wszyscy zwolennicy multikulti przepraszać. Można pod moim tłitem.”. Aczkolwiek, zapewne czegoś nie rozumiem i ten wpis, to wcale nie była próba politycznego wykorzystywania tragedii.


Za Jakim ciągnie się jeszcze sprawa wspierania Towarzystwa Ochrony Chorób Zakaźnych. To on zaprosił Justynę Sochę do Sejmu we wrześniu 2015. Ponieważ wielkimi krokami zbliżały się wtedy wybory, nietrudno zgadnąć czemu to zrobił. Po wyborach Jaki wspierał TOCZ, w ramach dbania o swoją niszę wyborczą. W lipcu 2017 napisał list do ministra zdrowia, w którym krytykował „przymuszanie do szczepień” (tak gwoli ścisłości, jeżeli ktoś zamiast „obowiązku szczepień” pisze „przymuszanie/przymus szczepień”, to można być pewnym, że siedzi w okopie razem z innymi zwolennikami ochrony chorób przed eradykacją). Kiedy został kandydatem na prezydenta Warszawy to schlebianie skrajnie prawicowym zwolennikom teorii spiskowych zaczęło mu ciążyć. W trakcie głosowania nad odrzuceniem w pierwszym czytaniu ustawy mającej na celu ochronę chorób przed eradykacją, Jaki był jednym z 5 posłów klubu poselskiego PiS, który zagłosował za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu. Czy to znaczy, że Jaki zmienił zdanie w kwestii szczepień? Szczerze mówiąc wątpię w to, że kiedykolwiek miał jakiekolwiek zdanie na ten temat. Kiedy politycznie opłacalne było wspieranie hejterów szczepionek, Jaki ich wspierał, kiedy zaczęło mu to politycznie ciążyć (bo kampania), przestał to robić. Że co? Że przesadzam? To może porozmawiamy Jakim i in vitro? Na początku września Jaki oświadczył, że jeżeli wygra wybory w stolicy, to „będzie kontynuował program in vitro w Warszawie”. Czy Jakiemu można zaufać? Cofnijmy się do 25 czerwca 2015 roku, kiedy to w Sejmie głosowano nad rządowym projektem ustawy o leczeniu niepłodności (który zakładał refundację in vitro). Jak głosował Patryk Jaki? A jak mógł głosować ktoś, kto dbał o skrajnie prawicowy elektorat? Patryk Jaki był przeciwko temuż programowi.


Patryk Jaki zdominował kampanię prowadzoną w „internetach”. W jaki sposób to zrobiono? Do pewnego momentu wyglądało to tak, jakby po prostu Internet spontanicznie popierał Jakiego. Każdy jego wpis wykręcał olbrzymie zasięgi. Poza tym, sporo internautów się w tę kampanię zaangażowało. I nie, nie chodziło jedynie o Dariusza Mateckiego. Aż pewnego dnia nieco przedobrzono. 22 czerwca jeden z „niezależnych internautów” (linki w źródłach, rzecz jasna) rozkręcił inbe na Twitterze: „Trzeba być naprawdę mistrzem, żeby zakładając trollkonto mające robić kontrkandydatowi negatywną kampanię, w pierwszej kolejności zaobserwować go z kont "think-tanku" partii i najważniejszego członka lokalnej młodzieżówki, odpowiedzialnego za social media. Podziwiam”. Konto zwało się „Jaki jest naprawdę Jaki” (podaję nazwy zamiast tagów) Niemalże od razu sprawę podchwycił Sebastian Kaleta (pozdro panie Sebastianie, ja nadal pamiętam, jak mnie Pan przepraszał za wpis o tym, że napisałem tekst o Jakim „za pieniądze”, a Pan?), a potem już poszło z górki i nawet część dziennikarzy zaczęła Platformę grillować za to konto. Ponieważ czasami bywam naiwny uznałem, że „no, to teraz ktoś im odwinie, bo przeca sami mają pierdylion takich kont”. Ponieważ owo „odwinięcie” nie nadchodziło postanowiłem się przyjrzeć kontom, którym Patryk Jaki robił kompulsywne RT. Tak też trafiłem na konto o nazwie „Inżynier Mamoń”, które zajmowało się hejtowaniem Trzaskowskiego (i propsowaniem Jakiego), wśród pierwszych followersów byli: Marcin Rol (były wiceprezydent Opola, który dostał fuchę dzięki Jakiemu) oraz Oliwer Kubicki, który miał w bio „rzecznik komisji weryfikacyjnej”. Potem znalazłem kilka kolejnych, w tym jedno o nazwie „Trzaskowski jak Komorowski”,które wśród pierwszych followersów miało np. radnego miejskiego z Opola oraz trollkonto „Inżynier Mamoń”. Każde z tych kont miało wśród pierwszych followersów ludzi związanych z Patrykiem Jakim. Porobiłem screeny i wrzuciłem je na Twittera, w efekcie czego się kolejna inba zrobiła. W pewnym momencie ktoś wywołał do tablicy internautę, który wynorał to trollkonto platformerskie i ów (a jakże) oznajmił, że wszystko spoko, ale „te sytuacje są nieporównywalne”. Ponieważ miałem odmienne zdanie w tej materii zauważyłem, że, owszem, sytuacje są nieporównywalne bo PiS się w to bawi od dawna, a platforma potyka się o własne nogi. Zauważyłem również, że nieco śmieszne jest zwracanie uwagi publiki na techniki, z których się samemu korzysta. Pan internauta się był na mnie obraził i napisał między innymi „ja na TT występuję tylko pod imieniem i nazwiskiem oraz obsługuję konto firmy. W przeciwieństwie do "Pikników NSG", nie mam potrzeby prowadzenia trollkont, by wyrazić swoją opinię”. Czemu zdaniem pana internauty fakt założenia trollkonta prze platformersów jest bardziej bekowy, od faktu założenia kilku trollkont przez PiSowców? Nie wiem, ale to pewnie dlatego, że nie jestem w pełni niezależny. Nieco zaś bardziej na serio, to trudno oszacować liczbę kont (i niezależnych internautów) wspierających Jakiego, ale biorąc pod rozwagę gigantyczne zasięgi jego wpisów, musi być ich raczej sporo. Nie, nie twierdzę, że nie ma internautów, którzy lajkuja/etc jego wpisy sami z siebie, ale dysproporcja między tym gigantycznym poparciem internetowym, a sondażami, które stoją w miejscu sugeruje, że ruch sieciowy w okolicach kandydata Dobrej Zmiany, jest, eufemizując „stosunkowo mało oddolny”.


Na tym miałem zakończyć pisanie o internetach, ale w takcie porządkowania linków-do-notki, trafiłem na jeden, który mi wcześniej umknął. Był to link do twitterowego konta prowadzonego przez niejaką Katarzynę Stróżyk. Jej konto przykuło moją uwagę, albowiem pani Katarzyna zajmowała się głównie robieniem kampanii Patrykowi Jakiemu (+ hejtowaniem Trzaskowskiego). Jej własne wpisy były bardzo duszoszczypatielne (linki w źródłach) i miały olbrzymi zasięg. Nie był to rzecz jasna zasięg, który potrafił wykręcić Jaki, ale też spory. Twitterowe „bio” pani Katarzyny wskazywało na to, że pani Katarzyna jest po prostu zwykłym suwerenem. Takiemu suwerenowi przecież wolno się angażować w kampanię, nieprawdaż? Tylko że widzicie, jak sobie kliknąłem w to jej konto teraz, to się okazało, że jej „bio” wygląda nieco inaczej. Co w nim jest? Ano stoi w nim, że pani Katarzyna to „Kandydatka do rady dzielnicy Śródmieście.”. Chciałem sobie tutaj trochę poheheszkować z tego - ależ to przypadek, że internautka, która z dobroci serca wspierała Jakiego, dostała miejsce na listach, jeno nie bardzo mi się chce. To jest bowiem ten sam rodzaj „przypadku”, który sprawił, że „niezależny” Marek Magierowski, który bardzo niezależnie wspierał PiSowskiego kandydata na prezydenta Polski został potem jego rzecznikiem. Różnica polega na tym, że tutaj nikomu się nie chciało czekać do wyborów. Nie, pani Katarzyna nie mogła zostać kandydatką „przypadkiem”, bo nikt się na te listy nie dostaje przypadkiem. Na pewno zaś nie można mówić o przypadku, w sytuacji, w której wojna o miejsca na listach w Warszawie była tajemnicą poliszynela. Jaki chciał tam wprowadzić swoich ludzi (chciałbym w tym miejscu pozdrowić Sebastiana Kaletę!), zaś PiSowi się to nie do końca podobało. Z tego z kolei wynika, że pani Katarzyna była kandydatką na kandydatkę od dłuższego czasu. Zapewne od momentu, w którym zaczęła tak gorliwie wspierać Jakiego (z jej TL wynika, że była to końcówka września 2017). Możemy już przestać udawać, że PiS nie prowadzi działań „w internetach” i że całe poparcie w tychże internetach pochodzi „od suwerena”?


Ponieważ niniejszy tekst ma się ku końcowi, nadszedł moment, w którym trzeba by było się odnieść do tytułu. Jeżeli ktoś nie zna serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z Wilhelmim, to ów serial jest must see. Tak, to stary serial i trochę odstaje od nowszych produkcji, ale to nadal jest bardzo dobry serial. Serial powstał na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (tytuł ten sam). Powieść została napisana w 1932, ale, niestety, nie straciła nic ze swej aktualności. O czym opowiada? W telegraficznym skrócie, o człowieku znikąd, który robi oszałamiającą karierę w polityce. Co prawda pomaga mu w tym splot zbiegów okoliczności, ale równie dużą rolę odgrywa tam jego skrajna bezczelność i pewność siebie (połączona z absolutnym wręcz brakiem wiedzy). Patryk Jaki to taki uwspółcześniony Nikodem Dyzma. Jest skrajnie bezczelny i pewny siebie. Różnica polega na tym, że Dyzma nie posiadał żadnej wiedzy, Jaki zaś posiada wiedzę w zakresie tego, jak robić ludziom wodę z mózgu. Jest w tym na tyle dobry, że potrafi bez problemu „zagiąć” leniwego dziennikarza. Do perfekcji opanował umiejętność autokreacji. Doskonałym przykładem jest tutaj akcja „Stoimy pod blokiem”. Mimo tego, że „bieda” Jakiego została zdebunkowana, ów, bez problemu wprowadził do swojej kampanii element, który miał dobitnie wskazywać na to, że Jakiemu było ciężko w młodości. Po co? Żeby suweren pomyślał „patrzcie, to taki człowiek, jak my”. Co na to dziennikarze? Nic (poza, rzecz jasna, mediaworkerami z portalu 300 polityka, bo oni ewidentnie opowiedzieli się po jednej ze stron, więc od nich ciężko by było wymagać „grillowania” Jakiego). W tym miejscu warto by było zadać sobie jedno pytanie „no ale, czy rozliczanie Jakiego, nie wyglądałoby jak opowiedzenie się po stronie jego kontrkandydata?” Nie. Jeżeli wcześniejsze wypowiedzi/działania szkodzą politykowi  jest to tylko i wyłącznie jego winą, a nie dziennikarza, który mu o nich przypomina i domaga się jakiegoś komentarza. Jeżeli mam być szczery, to moim zdaniem, nierozliczanie Jakiego oznaczało opowiedzenie się po jego stronie. Bo ten człowiek był (i jest) w stanie budować swój wizerunek „umiarkowanego polityka” tylko i wyłącznie dlatego, że dziennikarze mu na to pozwolili.


Na finiszu kampanii, sztab Jakiego zaczął się potykać o własne nogi. Nie chodziło o to, że dziennikarze doprowadzili do sytuacji, w której Jaki musi się z czegoś tłumaczyć. Nic z tych rzeczy. Po prostu w pewnym momencie „doraźność” działań stała się tak bardzo widoczna, że nawet dziennikarze to dostrzegli. Ja się tu pochylę nad dwoma sytuacjami (choć było ich więcej). Pierwsza z nich była z gatunku humorystycznych. Ponieważ sztab Jakiego szedł po Wawę jak po swoje, w pewnym momencie pozwolono sobie na wizualizację „co będzie po zwycięstwie Jakiego”. W internety wrzucono zdjęcie, na którym Jaki (ma się rozumieć „prezydent Jaki”) siedzi za biurkiem (na tle regalu z książkami) i coś podpisuje (w domyśle „pierwsze decyzje prezydenckie”). Bardzo szybko okazało się, że internety źle zareagowały na aż taką pewność siebie kandydata i pojawiły się pierwsze przeróbki. Potem zaś było już tylko gorzej, bo ludzie w internetach mają dużo czasu, więc zaczęto się przyglądać temu co też to za książki kandydat ma na regale. Dalszy ciąg już znacie („Patryk Jaki to fanatyk niemieckich kolei”). A potem ktoś zaczął dowodzić, że zdjęcie wykonano na planie jednego z TVN-owskich seriali (link w źródłach). Jak wspomniałem wcześniej, była to sytuacja z gatunku humorystycznych, ale nie dla wszystkich. Kandydat dobrej zmiany na ten przykład, w ogóle się nie śmiał i zaczął banować na Twitterze za pytania o „niemieckie koleje”. Druga sytuacja była również humorystyczna, ale już w nieco innym wymiarze. Otóż, Patryk Jaki w trakcie debaty zdecydował się na teatralny gest i oznajmił, że rezygnuje z członkostwa w Solidarnej Polsce, bo chce żeby Warszawa była rządzona „bezpartyjnie”. Co zrozumiałe wezwał do tego samego Trzaskowskiego, który odpowiedział, że on się swojej partii nie wstydzi, więc nie zamierza rezygnować z członkostwa w tejże. Teatralność gestu Jakiego razi po oczach. Człowiek ów od 15 lat kręcił się po różnych partiach. Najpierw był członkiem PiS (młodzieżówki), potem przeszedł do PO, potem znowu do PiSu (bo stołki), potem do Solidarnej Polski, bo wydawało mu się, że PiS tonie, potem zaś wystartował z list PiS, bo Solidarna Polska się „nie udała”. Po 15 latach włóczenia się po różnych partiach, na finiszu kampanii, w którą PiS zainwestował gigantyczne środki (i wspierał ją swoimi mediami), Patryk Jaki oznajmia "Można powiedzieć, że jestem bezpartyjny". Tę deklaracje można skomentować tylko w jedne sposób: powiedzieć można wszystko, ale chyba nie zawsze jest sens. Czemu Patryk Jaki się zdecydował na „rezygnację”? Pewnie po temu, że „z badań wyszło”, że suweren woli bezpartyjnych. Nie przyszło mu do głowy, że nikt nie potraktuje poważnie takiej deklaracji na finiszu kampanii. To są tylko najbardziej jaskrawe przypadki „doraźności”, ale cała kampania Jakiego była „doraźna”. Ludzie nie hejtuja in vitro? To ja też je polubię. Hejt na mniejszości seksualne się już nie sprzedaje zbyt dobrze? To ja nie będę ich już hejtował. Robi się głośno w temacie szczepień? To ja już będę popierał obowiązek szczepień. I tak dalej i tak dalej. A wszystkiemu temu przyglądali się dziennikarze i kiwając głowami mówili „nie no, moim zdaniem ten człowiek wygra wybory”.


Źródła:

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,22519464,sondaz-pis-patryk-jaki-wygralby-pierwsza-ture-wyborow-prezydenta.html


https://twitter.com/PatrykJaki/status/1004115865728700416

https://www.youtube.com/watch?v=i1bgOrSymf4

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2017/11/patryki-jaki-czyli-bieda-urojona.html

https://nto.pl/szara-eminencja-zwolniona-za-syna/ar/4058083



https://twitter.com/PatrykJaki/status/1012747978740781056

Tutaj jeden z ćwiterian podrzucił kilka skrinów z zaznaczonymi godzinami, w których odbywały się eventy.


https://twitter.com/gambitek/status/1018190150785011715

Od 9 minuty:
http://www.rp.pl/RZECZoPOLITYCE/180519906-Patryk-Jaki---Warszawa-musi-byc-prawdziwa-swiatynia-wolnosci.html

https://www.tvp.info/38311222/jaki-o-spocie-trzaskowskiego-jest-tak-oburzajacy-ze-trudno-go-komentowac

http://www.fronda.pl/a/posel-patryk-jaki-tecza-bedzie-plonac,36365.html

http://opole.wyborcza.pl/opole/1,35086,13689628,Patryk_Jaki_o_gejach___Pedaly___Po_czym_dodaje___Trzeba.html

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=7&NrPosiedzenia=32&NrGlosowania=49

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23905643,podwojne-zabojstwo-w-warszawie-jaki-skonfrontowany-ze-slowami.htmlhttps://twitter.com/PatrykJaki/status/753857027798163456
https://oko.press/jaki-wspiera-ruch-antyszczepionkowy-to-grozi-powrotem-epidemii-takze-w-warszawie/

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=69&NrGlosowania=41

http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1245018,jaki-o-programie-in-vitro-w-warszawie.html

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/agent.xsp?symbol=klubdecglos&IdGlosowania=42901&KodKlubu=ZP&Decyzja=Przeciw

Internauta rozkręca inbę:

https://twitter.com/parysmat/status/1010064953297047554

https://twitter.com/sjkaleta/status/1010065277571227649

Kilka przykładowych trollkont:

Jeżeli ktoś chce, to może sobie przejrzeć jej profil (najlepiej ograniczyć się do „mediów”)

https://twitter.com/Katarzyna_str

https://wiadomosci.wp.pl/marek-magierowski-nowym-rzecznikiem-prezydenta-andrzeja-dudy-6027710198551169a


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,143907,24048157,wybory-samorzadowe-2018-warszawa-patryk-jaki-mozna-powiedziec.html

Jeżeli ktoś chce zobaczyć jak wygląda grill na polityku, to podrzucam link do kawałka wywiadu z urzędującym (wywiad sprzed paru lat jest) premierem Wielkiej Brytanii

https://www.facebook.com/Channel4News/videos/10153264721241939/




piątek, 12 października 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #38

Choć pod koniec niniejszego Przeglądu będziemy jeszcze mieli „ nerd-kącik kinematograficzny”, to wydaje mi się, że film „Kler” zasługuje na osobną osobny komentarz. Prawica (spod znaku krzyża) udowodniła, że niczego nie nauczyła się od czasu kiedy „bojkotowano” film „Ksiądz” (1994). Ponoć bojkot poszedł wtedy tak dobrze, że (bodajże dystrybutor, ale pewności nie mam) powiedział po pewnym czasie, że on bardzo dziękuje za to oburzenie/etc, bo jego by nigdy nie było stać na taką reklamę. Tym razem było podobnie. Do poniedziałku (08-10-2018) film zobaczyło 2.5 miliona ludzi. Co do samego filmu, moim zdaniem warto go obejrzeć. Nie warto się natomiast sugerować trailerem, bo ów był, moim zdaniem, bardzo mylący (acz nie będę spoilerował dlaczego). Film jest ciężki w odbiorze. Może inaczej, Smarzowski, to tak generalnie nie kręci filmów lekkich, łatwych i przyjemnych (od tego jest Vega), ale tu dochodzi jeszcze temat pedofilii. Jeżeli ktoś widział ów film i zszokowała go scena, w której jeden z bohaterów miał „flashbacki” z sierocińca, to mam dla tej osoby bardzo złą wiadomość. Smarzowski tej sceny nie wymyślił, to jest skrócony zapis tego co działo się w domu dziecka prowadzonym przez Siostrę Bernadettę. Piekło (ja staram się unikać tak kwiecistego języka, ale, kurwa, nie ma na to innego określenia), które w tym przybytku zgotowano dzieciom  opisała Justyna Kopińska w reportażu: „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” Tl;dr, kto nie widział, ten niech obejrzy i nie sugeruje się trailerem. Prawicy zaś, gratuluje kolejnego udanego bojkotu.


We wrześniu na Onecie ukazał się reportaż na temat księdza Stryczka, który najprawdopodobniej zostanie patronem mobbingu. Choć był to kawał reporterskiej roboty, to wnioski mnie nieszczególnie zaskoczyły. Choćby dlatego, że ks Stryczek był łaskaw opowiadać o tym, jak to on woli pomagać ludziom, których bieda jest „niezawiniona”. To trochę tak, jakby Owsiak powiedział, że w sumie to sprzęt z WOŚPu, to powinien być używany do pomocy tym, których problemy zdrowotne są niezawinione. Acz o wiele bardziej znamienne były wypowiedzi Stryczka na temat młodych ludzi „Kilka lat temu 50 proc. ludzi po szkole nie mogło znaleźć pracy. Uważam, że w dużej mierze to jest wina tych młodych osób, bo dały się zdemoralizować.”. Jeżeli bowiem ktoś ma takie a nie inne zdanie na temat ludzi, którzy mają problemy ze znalezieniem pracy, to raczej nie będzie się ów ktoś z szacunkiem odnosił do swoich podwładnych. Muszę w tym miejscu odnotować, że, jak to zwykle się dzieje w takich sytuacjach, pojawiło się nieśmiertelne argumentum ad spiskum. Tzn. Stryczka wsparł Mateusz Kijowski, który napisał na swoim FB: „Kiedy sfora rzuca się na ofiarę (np. ks. Stryczek), ja myślę, kto poszczuł i po co. Nie bądźmy pionkami w grze sygnalistów”. Osobną kwestią jest to, że Kijowski powinien uważać z wymyślaniem chujowych porzekadeł, bo Paulo Coelho go może pozwać.


Wizyta Prezydenta RP w Białym Domu, dowodzi, że jak się człowiek postara, to może spierdolić dokładnie wszystko. Do pewnego momentu wszystko (poza nieszczęsnym „Fort Trump”) było w porządku. Tym momentem było opublikowanie przez Donalda Trumpa zdjęć ze spotkania. Na jednym z nich obaj prezydenci zostali uwiecznieni w trakcie „podpisywania” (żart z Prezydentem RP i „podpisywaniem” jest tak oczywisty, że sobie go daruję). I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Trump siedzi, a nasz Pierwszy Podpisujący stoi. To, że opozycja wyczuła krew w wodzie i zaczęło się hejtowanie (zasłużone, bo jak ktoś pierdolił o wstawaniu z kolan, to powinien się liczyć z konsekwencjami), nikogo nie powinno dziwić. Jednakowoż to, że Prezydentowi RP puściły wszystkie uszczelki i jebnął fochem, powinno zaalarmować raczej sporo osób. Zaczęło się od tego, że Prezydent zrobił RT wpisowi jednej ćwiternautki, która odwinęła opozycji: „Opozycja krytykuje wizytę PAD. A to tak samo, jak człowieka na wesele nie zaproszą- powie że panna młoda brzydka, wódka ciepła, żarcie niedobre, muzyka słaba, mało kasy dostali. Ale zza płotu będą patrzeć, gula mieć i się oblizywać. Buda!” Tak, Prezydentowi Wszystkich Polaków ulało się tak bardzo, że dał do zrozumienia krytykom, że Buda! Potem było już tylko coraz bardziej spektakularnie, albowiem w sukurs Prezydentowi przyszedł rzecznik: „Czy dzisiejsza opozycja spod znaku jedynego Donalda, który ma wystarczyć, czy sławnego bigosu, może zaproponować coś lepszego? Andrzej Duda szuka na świecie przyjaciół RP, a nie dąży do konfrontacji z USA, tak jak chcieliby tego politycy opozycji.” Pan niedorzecznik zapomniał chyba o tym, że do autorami największego fuckupu dyplomatycznego w stosunkach USA – Polska byli partyjni koledzy jego pracodawcy (bądźmy poważni, Prezydent wystąpił z partii, ale partia z niego nie wyszła), ale to już szczegół. Znamienne jest to, że (po raz pierdylionowy) usiłowano ratować wizerunek Prezydenta, hejtując jego poprzednika. Betonowe koło ratunkowe rzucił prezydentowi szef MSZ, Jacek Czaputowicz, który stwierdził, że w sumie to wszystko spoko, bo "zaszczytem jest dopuszczenie do biurka, przy którym pracuje przywódca innego państwa". Tego wytłumaczenia nie był w stanie przełknąć nawet PiSowski beton, i szef MSZ został przezeń zjebany na funty. Gównoburza trwała nadal, więc kolejnego dnia, szef gabinetu Prezydenta Krzysztof Szczerski „zażartował”, że "Tyle razy słyszał, że będzie siedział, że postanowił postać". W przysłowiowym międzyczasie Prezydent RP uznał, że milczenie wcale nie jest złotem i dyplomatycznie przypierdolił: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania! ;-)”. Tak więc, hehehe, żartujemy sobie tutaj z tych mediów lewackich, a ja żem taki wyluzowany. Tyle, że kiedy Dominika Wielowieyska zwróciła uwagę na wtręt o lewackich mediach, luz się skończył: „A może, Pani Redaktor, coś o merytorycznej stronie tej wizyty w USA? „Ford Trump”, North Stream 2, Three Seas Initiative, Visa Waiver Program for Poland - o tym rozmawialiśmy. W mediach za oceanem o tym piszą i dyskutują. A u nas? Jesteście Państwo dziennikarzami? Really?!?” Wybitny mąż stanu zagotował się tak bardzo, że pisząc tweet o swoich „merytorycznych dokonaniach” walnął dwa babole (vide „Ford Trump” zamiast „Fort Trump” i „North Stream 2”, zamiast „Nord Stream 2”). Śmiem twierdzić, że Prezydent RP pisał tego tweeta, że tak to ujmę, na pełnej kurwie. Jak to było z tym wstawaniem z kolan i przywracaniem powagi funkcji Prezydenta RP? Serio, kurwa, nie mogę ogarnąć dwóch rzeczy. Pierwsza, a trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której człowiek eksplodujący jak petarda po byle tweecie jest traktowany poważnie przez głowy innych państw (i że ktoś z nim na poważnie jakieś rozmowy i negocjacje prowadzi). Druga rzecz, której nie mogę ogarnąć to to, że przy całej mej niechęci do byłego prezydenta RP, nie mam, kurwa, pojęcia, jak Gajowy mógł z tym kimś przepierdolić wybory. Jeżeli miałbym czegoś życzyć obecnemu Prezydentowi, to życzyłbym mu tego, żeby w trakcie kampanii (o ile, rzecz jasna w 2019 nie dojdzie do gigantycznego przetasowania, które sprawi, że kampania będzie ostatnią rzeczą, o której będzie myślał obecny Prezydent RP) wylano na niego takie samo wiadro błota, jakie wylano na Gajowego. Nie, to nie jest tak, że mi zależy na „obniżeniu poziomu debaty publicznej”, bo w 2015 Debata Publiczna została dobita przez PiS. Jeżeli ktoś ma jakieś złudzenia w tej materii, to niech sobie popatrzy na to, jak TVP napierdala fejkami w Trzaskowskiego („a bo Falenta powiedział, że”). Czemu mu tego życzę? Nie, nie chodzi o żadną „instant karmę”, przemawia przeze mnie ciekawość badacza. Po prostu chciałbym zobaczyć, jak to jest, jak Prezydent państwa zalicza meltdown i zaczyna rzucać kurwami na wizji, albo bluzga na Twitterze (i potem usuwa swoje wpisy). Polskiej polityce to już i tak nie zaszkodzi (bo przyjebała w dno dawno temu).


Nie tak dawno temu doszło do zabawnego nieporozumienia, które polegało na tym, że nikt nie wytłumaczył Kornelowi Morawieckiemu, że na listach poparcia (tych, które trza składać w związku z wyborami/etc) nie powinni się podpisywać martwi ludzie. 


W miarę rozkręcania się kampanii, rosła bezstronność TVP. Pozwolę sobie zacytować łamiącą wiadomość, którą podzielił się z czytelnikami portal TVP Info (być może informowali o tym również widzów, nie wiem, nie znam się, nie mam telewizora): „W Sandomierzu doszło do zdewastowania plakatów kandydatów Prawa i Sprawiedliwości w zbliżających się wyborach samorządowych. O sprawie została już poinformowana policja. Jak dowiedział się portal tvp.info, w nocy z piątku na sobotę przy ulicy Lwowskiej w Sandomierzu wandale zniszczyli plakaty wyborcze 19 kandydatów na radnych oraz na burmistrza Sandomierza. Zdjęcia polityków zostały pomazane czarnym i czerwonym sprejem; pojawiły się m.in. wulgarne symbole, „666” i swastyki.” Każdy człowiek, który nie jest partyjnym dronem, po zapoznaniu się z tym, ekhm „reportażem” zada sobie pytanie „co mnie, kurwa, obchodzi to, że gdzieś tam, ktoś komuś pomazał plakaty”? Ja wiem, że dla rządowych mediaworkerów, to może być szok, ale ludzie, generalnie, nienawidzą, kurwa mać, wszelkiej maści politycznego „outdooru”, który zaśmieca miasta przy okazji każdej kampanii. Co się zaś tyczy samego „aktu dewastacji”, to pomijając sytuacje, w których wkurwiony suweren dopisuje kreatywne rozwinięcia haseł wyborczych (swego czasu Lepper miał hasło „człowiek z charakterem” i ktoś mu był dopisał „buraka”), to tzw „wojny plakatowe” są chlebem powszednim wszystkich sztabów. Mamy rok 2018, a banda politłuków nadal uważa, że wybory wygra ten, kto zaśmieci przestrzeń publiczną największą liczbą swoich plakatów (i zalepi nimi jak największą liczbę plakatów oponentów). Dodatkowo, w ramach „wojen plakatowych”, sztaby sobie nawzajem niszczą plakaty (markerami, sprejami/etc). Czy to co stało się w Sandomierzu jest jakim(kurwa)kolwiek novum? Czy TVP poinformowało o tym, że np. jednej kandydatce na prezydenta miasta Tarnobrzega ktoś dopisywał na plakatach „stara dewota”? No jakoś tak się nie złożyło, a Tarnobrzeg jest przeca po sąsiedzku. Skoro więc rządowi mediaworkerzy prowadzili swoje „śledztwo” w Sandomierzu, mogli sprawdzić, czy dewastator, nie dotarł również do Tarnobrzega. Ja wiem, że jesteście już najedzeni, ale mam dla was kolejny dowód na skrajną bezstronność TVP: „Portal TVP Info publikuje jako pierwszy kolejny spot Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami samorządowymi”. Jestem przekonany o tym, że zdobycie tegoż spotu było szczytowym osiągnięciem rządowych mediaworkerów i było na pewno niezwykle trudne. Ja wiem, że się powtarzam, ale uprzedzam, że w 2019 będzie, kurwa, znacznie gorzej.


Pastwiłem się nad TVP, teraz pora na pastwienie się nad „Newsweekiem”, konkretnie zaś nad artykułem, o wiele mówiącym tytule (ok, o wiele mówiącej drugiej części tytułu): „Kobiety wybierają opozycję. Czy polska lewica wpycha mężczyzn w objęcia prawicy?” Żebyście mogli w pełni docenić geniusz autora artykułu, zaprezentuję wam kilka cytatów: „Od trzech lat Polską rządzi prawicowo-populistyczny PiS, który zlikwidował rządowy program dofinansowania zabiegów in vitro, ograniczył dostęp do pigułki „dzień po” i dąży do zaostrzenia i tak już restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. – Poparcie kobiet dla opozycji to reakcja na politykę rządu, która atakuje prawa kobiet – mówi „Newsweekowi” Sławomir Wiatr”. Wypowiedź całkiem sensowna (acz, za uwalenie dotowania in vitro, to pewnie nie tylko kobiety są wkurwione). Teraz pora na cytat drugi: „Michał Syska zwraca uwagę na to, że wiele organizacji lewicowo-feministycznych używa konfrontacyjnego języka i posługuje się prowokacją, co zamyka im kanały komunikacji z wieloma grupami społecznymi, a przez to nie mają szansy ich do siebie przekonać.” Kurde, skąd się mógł wziąć ten konfrontacyjny język i ta prowokacja. Czyżby chodziło o to, że kobiety mogą być wkurwione? Niby na co? A nie, czekajcie, kurwa, może na to, że rząd usiłuje je sprowadzić do roli inkubatorów + bonusowo traktuje je jak idiotki, które (gdyby nie przywrócenie recept na pigułki „dzień po”), żarłyby te pigułki jak cukierki? A może wkurwia je seksizm? Tenże sam Michał Syska: „To nie jest kwestia tylko samych postulatów. Lewica nie musi rezygnować z promowania transportu publicznego na rzecz odchodzenia od ruchu samochodowego w miastach. Dziś głównym problemem lewicy jest język, jakim komunikuje się z różnymi grupami społecznymi. Ważne, żeby ci „biali faceci” ( to nawiązanie do komentarzy odnoszących się do tego, czemu Hilary Clinton przegrała) nie czuli się atakowani, wykluczani i pouczani, żeby np. kierowców nie przedstawiać jako wrogów postępu”. Czy ktoś mógłby panu Michałowi wytłumaczyć, że kobiety też mogą być kierowcami? Ten przykład z kierowcami (którzy, of korz muszą być tymi „białymi facetami”) pokazuje, jak bardzo z dupy jest problem „wypychania mężczyzn przez lewicę”. Z jednej bowiem strony mamy realne problemy: zakaz aborcji, utrudnienie dostępu do antykoncepcji awaryjnej (tak nawiasem mówiąc, zetknąłem się z opiniami symetrystów-debili, którzy twierdzili, że to nie jest tak, że to utrudnienie uderza głównie w kobiety, bo przecież mężczyźni też potrzebują recepty na antykoncepcję awaryjną)/etc. Co mamy z drugiej? Tak właściwie to nie wiadomo. Owszem, artykuł jest dłuższy niż tych parę cytatów, ale można go streścić „kiedyś to były czasy, a teraz już nie ma czasów, więc niech lewica będzie grzeczna”.


Wszyscy wiedzą o zamiłowaniu polskiej prawicy do rozliczania ludzi z tego, co robili kiedyś ich przodkowie. Wszyscy wiedzą również o tym, że jeżeli rozliczony (za to samo) ma zostać polityk prawicy, okazuje się, że „te sytuacje są nieporównywalne”. Przykładowo. Mój ulubiony rządowy portal („w Polityce) wspominając to co zrobił Kurski w 2005 (przywalenie w Tuska „dziadkiem z Wehrmachtu”) jarał się tym, że „prawda o dziadku Donalda Tuska wpłynęła na wyniki wyborów sprzed dziesięciu lat.”. „W polityce”, nie miało oporów przed przywaleniem w Trzaskowskiego „Matka Rafała Trzaskowskiego, kandydata na fotel prezydenta stolicy, była tajnym współpracownikiem SB o ps. Justyna.”. Gotowi na najmniejsze zaskoczenie świata? Tenże sam portal: „„Fakt” próbuje uderzyć w premiera. Gazeta wykorzystuje wypowiedź jego ojca: Kornel Morawiecki mówi jak Putin (…) „Fakt” znów gra nieczysto. Tym razem próbuje uderzyć w premiera Morawieckiego, posługując się jego ojcem – marszałkiem seniorem Kornelem Morawieckim.” Podsumowując odpalanie „dziadka z Wehrmachtu” w trakcie kampanii? To głoszenie prawdy! Odpalanie w trakcie kampanii tematu „mama kandydata była TW”? To głoszenie prawdy. Zwracanie uwagi na to, że czynny polityk, ojciec urzędującego premiera, odpierdala putiniadę? TO JEST NIECZYSTE ZAGRANIE! Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdybyśmy mieli analogiczną sytuację z drugiego bieguna, czyli z ojcem jakiegoś prominentnego polityka z PO (który to ojciec byłby czynnym politykiem również), to prawicowe mendia oskarżałyby ich o współudział w spadnięciu tupolewa.


W zeszłym tygodniu „Sąd Apelacyjny w Poznaniu utrzymał wyrok przyznający milion złotych zadośćuczynienia i 800 zł miesięcznie dożywotniej renty kobiecie, która w dzieciństwie była więziona i gwałcona przez księdza pedofila.”. Owszem, mogłem powyższe zdanie napisać własnymi słowami, ale wolałem zacytować „Rzepę”. Czemu? Żebyście mogli sobie porównać ten cytat z tym, co w jaki sposób opisał tę apelację mój ulubiony portal rządowy („w Polityce”): „Czyli odpowiedzialność zbiorowa? Sąd utrzymał oburzający wyrok. Kościół ma zapłacić milion złotych ofierze księdza pedofila”. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie zadaje pytanie „co się tu odjebało”, to ja już tłumaczę. Rządowe media wychodzą z założenia, że niezależnie od tego co się dzieje – Kościół jest zawsze ofiarą. Tutaj Kościół padł ofiarą „oburzającego wyroku”. Rządowy mediaworker wie, że gdyby sąd uznał, że odszkodowanie/etc ofierze miałby wypłacić oprawca, to ofiara nie dostałaby zapewne złamanego grosza. Rządowy mediaworker wie również, że nie ma możliwości, żeby nikt z przełożonych księdza nie wiedział o tym, co ów robił. Tak, rządowy mediaworker to wie, tyle że ma na to wyjebane. Dlaczego? Bo rządowy mediaworker wie, że są rzeczy ważne (fakty) i ważniejsze (zbliżające się wybory).


Jeden z kapelanów Twittera (Daniel Wachowiak), przeżywał ostatnio trudne chwile: „A teraz coś smutnego. Wiem,że są tacy, którzy krzyczą, że niewierzącym (np. niechodzącym na katechezę) jest trudno w PL. A ja wam powiem, że przychodzą do mnie młodzi i mówią, że w szkołach średnich panuje inny „terror”. Powiedz prawdę o homoseksualizmie a zostaniesz zakrzyczany.” Tłumacząc to z księdzowego na polski: „próbowaliśmy wpajać dzieciom nienawiść do osób LGBT od najmłodszych lat, ale ponieśliśmy klęskę”. Staram się unikać argumentum ad wiekum, ale tym razem muszę. „Za moich czasów”, takie wpajanie nienawiści byłoby bardzo proste. Ani w podstawówce, ani w liceum, ani na moich pierwszych studiach – nie poznałem nikogo, kto byłby „openly gay” (czyli, kogoś takiego, kto nie bałby się „wyjść z szafy”). Kiedy w 2005 polazłem na socjologię, wyglądało to już nieco inaczej (czyt. lepiej dla osób LGBT). Zmierzam do tego, że w sytuacji, w której młody człowiek nie znał osoby homoseksualnej (tzn znał pewnie niejedną, ale o tym nie wiedział), bardzo łatwo było mu wmówić, że homoseksualizm (eufemizując) „nie jest tak do końca ok”. No bo przeca jakby był, to by się z tym nikt nie krył, prawda? Dlatego też Kościół tak histerycznie reaguje na Marsze Równości i stąd się wzięło hejtowanie „obnoszenia się”. No bo, jak społeczeństwo zobaczy, że to są zwykli ludzie, to bardzo trudno będzie na nich szczuć owieczki. Ale dla Wachowiaka nie to jest najgorsze. Tzn. nie chodzi o to, że coraz trudniej jest hejtować osoby LGBT, ale że próby tegoż hejtowania spotykają się z oporem i z ostrymi reakcjami.


4 października miało miejsce głosowanie nad obywatelskim projektem ustawy autorstwa Towarzystwa Ochrony Chorób Zakaźnych. Projekt przeszedł do prac w komisjach. Praktycznie cały klub parlamentarny PiS poparł ten projekt (tzn głosował przeciwko odrzuceniu go w pierwszym czytaniu, tak więc, na jedno wychodzi). Powód? „Obiecaliśmy, że nie będziemy odrzucać projektów obywatelskich w pierwszym czytaniu”. No jak obiecali, to obiecali. Nie można mieć do nich pretensji o to, że dotrzymali słowa, nieprawdaż? Bo przecież nie odrzucili wcześniej żadnego proj... a nie, czekajcie, przeca ujebali dwa obywatelskie projekty „Ratujmy Kobiety”. W tym miejscu nieco dłuższa dygresja archeologiczna nastąpi. Pochylałem się nad oboma głosowaniami (linki do notek w źródłach będą), albowiem wydawało mi się, że PiS, trochę, kurwa, dziwnie głosuje. Wykoncypowałem sobie po pierwszym głosowaniu, że PiS chciał uwalić „Ratujmy Kobiety” głosami opozycji (coby miała przejebane). Za pierwszym razem się nie udało, ale, ponieważ nasza opozycja nie uczy się na niczyich błędach, za drugim PiSowi poszło znacznie lepiej i praktycznie wszystkie komentarze odnoszące się do drugiego utrzymane były w podobnym tonie: „Projekt przepadł 9 głosami, za skierowaniem go do dalszych prac głosowało prawie 60 posłów PiS, a na sali brakowało 29 posłów PO i 10 posłów N”. W tym miejscu muszę się przyznać do czegoś. Jak pisałem tamte obydwa teksty (dzieliło je, tak jak głosowania, sporo czasu), to długo się wahałem nad tym, czy je w ogóle wrzucać. Dopuszczałem bowiem taką możliwość, że może to, kurwa, jest po prostu przypadek. Tzn. może PiS po prostu chaotycznie głosuje, a ja sobie w tym „znalazłem” jakąś prawidłowość, której nie ma. Głosowanie nad projektem antyszczepionkowym dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że jednak sobie to wtedy dobrze wykoncypowałem. Żeby to wykazać, wystarczy skupić się na tym, jak głosowali posłowie PiS. Pierwszy projekt „Ratujmy Kobiety” 176 posłów PiS za odrzuceniem w pierwszym czytaniu (43 przeciw). Drugi projekt „Ratujmy Kobiety” 166 posłów PiS za odrzuceniem w pierwszym czytaniu (58 przeciw). Projekt „jebać szczepienia” 5 posłów PiS za odrzuceniem w pierwszym czytaniu (202 przeciw). Wnioski z tego płyną dwa. Po pierwsze, PiS mógł skierować obydwa projekty „Ratujmy Kobiety” do prac w komisji, ale po prostu nie chciał (bo wolał je uwalić i zwalić winę na opozycję). Po drugie, po uwaleniu dwóch projektów obywatelskich, PiS nie musiał już udawać, że obchodzą go takie projekty. Mógł spokojnie uwalić projekt „jebać szczepienia” w pierwszym czytaniu i mieć spokój. Czemu więc tego nie zrobił? Bo zbliżają się wybory i fani Towarzystwa Ochrony Chorób Zakaźnych muszą przeca na kogoś zagłosować, nieprawdaż? Co się zaś tyczy samych szczepień, to uwielbiam narrację „abo, panie, za moich czasów to nie było tyle szczepień co teraz i żyję, to po co teraz tyle tych szczepień (łamane przez „kiedyś było mało szczepień i komu to przeszkadzało). Uwielbiam ją ze względu na, że tak to ujmę, medyczne historie osobisto-rodzinno-towarzyskie . Będąc małym Piknikiem zapadłem na chorobę, którą potocznie zwie się „świnką”. W owym czasie była to jedna z chorób, które trzeba było przechorować, tak więc przechorowałem. Świnka sobie poszła, ale zanim to zrobiła – rozjebała mi trzustkę (albowiem zapalenie trzustki w ramach powikłań). Prawda jest taka, że i tak miałem farta, bo jak świnkę przechorował brat mojej mamy, to w ramach powikłań załapał się na zapalenie opon mózgowych. Historie jednego znajomego rodziców, który po śwince miał zapalenie jąder (i ostała mu się po tym bezpłodność), też pamiętam. Co prawda nie jestem jeszcze w wieku, w którym rozmawia się głównie o chorobach, ale czasem się to zdarza (tzn rozmawianie o chorobach, a nie bycie w tym wieku) i tak w telegraficznym skrócie, co najmniej naście osób z mojego bliskiego otoczenia miało zapalenie trzustki w ramach powikłań po śwince. A wszystko to dlatego, że „panie, za moich czasów, to było mniej szczepień i komu to przeszkadzało?”. W tym miejscu postaram się odpowiedzieć na pytanie „komu to przeszkadzało”, no, generalnie to, kurwa, mnie i mojej trzustce, na ten przykład. Żeby nie przedłużać, jeszcze tylko malutka dygresyjka na sam koniec. 2020 będzie bardzo ważną (i smutną) datą dla Towarzystwa Ochrony Chorób Zakaźnych i domyślam się, że może się to wiązać z jakimiś obchodami rocznicowymi. Czemu ta data jest dla nich tak ważna i smutna? Bo w 2020 minie równo 40 lat od momentu, w którym ospa prawdziwa została uznana za eradykowaną. To smutna data, która przypomina największą dotychczasową porażkę Towarzystwa Ochrony Chorób Zakaźnych. Spodziewam się więc jakiegoś marszu z hasłami w rodzaju „czy naprawdę chcecie żyć w świecie, w którym choroby zakaźne giną na naszych oczach?”


Gdyby ktoś chciał nakręcić film o aferze taśmowej, miałby spory problem z tytułem. Dlaczego? Bo  najbardziej pasowałby tutaj tytuł „Niekończąca się opowieść”, ale wszystko mogłoby się rozbić o prawa autorskie do tegoż tytułu. Nieco zaś bardziej na serio, to afera taśmowa okazała się być bumerangiem. PiS rzucił nim w 2015, a po trzech latach oberwał nim w ryj. Jakiś czas temu na Onecie pojawił się artykuł, z którego wynikało, że Premier Tysiąclecia, będąc jeszcze doradcą straszliwego reżimu PO-PSL (wallenrodyzm wiecznie żywy!), również się produkował w knajpie „Sowa i przyjaciele”. Ponieważ cytaty nie były jakoś specjalnie obciążające wizerunkowo, PiS starał się to zbagatelizować. Dlatego też Beata Mazurek skwitowała cała sprawę tak: „Niemiecki Onet pokazał znaczoną kartę. To odgrzewany kotlet. Pokażcie coś nowego”. A potem się okazało, że owszem, pokazano coś nowego. Okazało się bowiem, że w trakcie jednego ze spotkań w tejże knajpie, do Mateusza, (człowieka, który został premierem) zadzwonił Ryszard Czarnecki. To jest swoją drogą, kurwa, hit, żeby zostać nagranym u „Sowy” dlatego, że się zadzwoniło w sprawie załatwiania roboty dla syna i się rozmawiało w trybie głośnomówiącym. O tym, że w trakcie rozmowy się okazało, że synowi Ryszarda poprawiano CV, a ten potem i tak pierdolnął robotą, bo się zmęczył, a poza tym myślał, że będzie więcej zarabiał, wspominać nie trzeba. Człowiek, który został Premierem – tłumaczył, że tak, załatwiał robotę dla syna Czarneckiego, bo "Ludzie PiS mieli w tamtych czasach kłopoty, pomagałem, gdzie mogłem". Większym problemem był jednakowoż ten fragment rozmowy, w którym późniejszy Premier Tysiąclecia zaproponował „ciche wsparcie” finansowe dla jednego z polityków PO „Zapytajcie go tak po cichu. Ja bym spróbował tak bardziej jednorazowo. Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania czy na coś”. Ponieważ gówno wpadło w wentylator, mediaworkerzy TVP Info poszli do piwniczki z nagraniami i zaczęli wrzucać „swoje” taśmy. Co ciekawe, Beata Mazurek nie odniosła się do publikowania taśm przez TVP Info i nie powiedziała nic na temat odgrzewania kotletów (ale, być może to dlatego, że była zarobiona). Na temat taśm wypowiedziała się natomiast poprzedniczka Premiera Tysiąclecia: ”Mam nadzieję, że cała sytuacja z taśmami zostanie wyjaśniona. To jest bardzo niebezpieczne dla państwa, to uderzenie w szefa rządu, to jest ewidentnie próba zmiany władzy w Polsce”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć, że w 2015 narracja budowana przez tę osobę była diametralnie inna i wtedy nie było mowy o „próbie zmiany władzy w Polsce”, ale o tym, że nikt nie rozliczył tych nagranych/etc. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) to bym napisał, że mam nadzieję, że wreszcie ktoś tych nagranych rozliczy.


(Na samym początku niniejszego fragmentu pragnę zaznaczyć, że zawiera spore ilości „teroetyzowania”. You have been warned) Nie wiem, czy chodzi o jakieś wewnątrzpartyjne sondaże, czy o coś innego, ale partia rządząca zaczęła panikować. Może inaczej, partia rządząca zaczęła się zachowywać tak, jakby jej politycy przestali się przejmować wyborami parlamentarnymi 2019. Wydaje mi się, że wiem, co sobie teraz myślicie: „człowiek, kurwa, płyń do brzegu, bo ni chuja nie wiemy o co Ci chodzi”, tak więc płynę. O seksistowskim rzygu prezydenta Legionowa słyszeli wszyscy. Tak samo, jak o tym, że nikt z obecnych nie zareagował na to co Wielce Szanowny Pan Prezydent odpierdalał (nie, nie chodzi mi o podśmiechujki, ale o to, że nikt mu nie zasugerował, że może by tak pospierdalał). Masowy bash na panu prezydencie nie powinien nikogo dziwić i nie zdziwił. Tym co mnie zdziwiło, była reakcja PiSu. O podejściu polityków tej formacji do kobiet już w tym Przeglądzie było i na pewno czytaliście uważnie, więc nie będę się powtarzać. Napisać, że w internecie bez problemu można znaleźć seksistowskie rzygi autorstwa polityków partii rządzącej, to nie napisać nic. W kontekście powyższego, wykorzystywanie (to jest najbardziej adekwatne określenie) przez tę partię tego konkretnego tematu do walki politycznej, jest równie przemyślane, jak wypowiedź Beaty Mazurek o „odgrzewanych kotletach”. Ok, do wyborów już blisko i zapewne nawet największym dzbanom (chodzi o polityków, of korz) da się założyć na pysk kaganiec i zmusić do tego, żeby się powstrzymali choć trochę. W partii muszą wiedzieć, że do wyborów „damy radę”, ale co dalej? Dla tej partii jest to równie idiotyczne, jak wcześniejsze hasła „wystarczy nie kraść” (które teraz powracają przy okazji każdego protestu budżetówki). Wiecie, ja się w sumie zgadzam z tym, że jeżeli na spotkaniu w Legionowie był rzecznik PO i nie zareagował, to partia powinna mu podziękować (z przyczyn oczywistych). Jednakże mam również świadomość tego, że PiS domagający się tejże dymisji, prosi się o powtórkę z „wystarczy nie kraść”. Spindoktorzy partii rządzącej budują narrację, w myśl której „czepiają się nas za to, że kiedyś ktoś coś złego powiedział, ale my rozmawiamy o teraźniejszości”. Tak, to jest bardzo „doraźna” narracja, która ma służyć jedynie temu, żeby ugrać coś w tych konkretnych wyborach. To nie jest element jakiejś długofalowej strategii tylko coś, co ma przynieść korzyści „teraz-zaraz”. Nietrudno zgadnąć, że jeżeli kilka tygodni po wyborach (o ile, rzecz jasna, w ogóle ktoś tam tyle wytrzyma), jakiś PiSowski tuz walnie seksistowskim rzygiem i pojawią się głosy „zdymisjonować!”, to PiS będzie miał te głosy tam gdzie generalnie ma wszelkie prawa kobiet (i szacunek do tychże). To nie są jedyne przykłady zajebistej krótkowzroczności. Tłumaczenie, że nie warto głosować na Zdanowska, bo  jak wygra, to i tak PiS tam komisarza wpuści, jest idiotyzmem porównywalnym z „jak w Wawie wygra Trzaskowski, to nie będzie pieniędzy dla miasta”. Tak, wiem, że w sumie to jak się patrzy na sondaże, to PiS przeca nie ma powodów do paniki (jeżeli chodzi o wybory parlamentarne), bo czasami ma naście % przewagi nad opozycją. Tyle że politycy tej partii doskonale sobie zdają sprawę z tego, jak bardzo iluzoryczne są sondaże (przeca wygrali wybory prezydenckie wystawiając politycznego no-name'a przeciwko komuś kto miał poparcie sondażowe na poziomie 60-70%). Wydaje mi się, że dla sporej liczby działaczy PiSu, to jest prosta arytmetyka. Kadencja samorządów to teraz 5 lat. Jeżeli uda się im wyrwać jakieś sejmiki (albo duże miasto), to mają 5 lat spokojnego żarcia. Jeżeli ci sami działacze boją się roku 2019, to nietrudno się dziwić temu, że wolą bić się teraz „o wszystko”, nawet jeżeli stosują retorykę, która jest w stanie zmniejszyć szansę na utrzymanie władzy w 2019.


Sztab Patryka Jakiego uznał, że dobrze by było pobawić się w wizualizację (mam nadzieję, że nie wysyłali tego potem do Ellen) i w mediach społecznościowych pojawiło się zdjęcie Prezydenta-Patryka-Jakiego, który podpisuje Jakieś-Ważne-Decyzje. Zadbano również o odpowiednie tło, w postaci regału z książkami. Problem z wrzucaniem w internety zdjęć  dobrej rozdzielczości polega jednakowoż na tym, że ludzie w intenetach mają dużo czasu i np. mogą chcieć zapoznać się z tytułami książek stojących „w tle”. O tym, że Patryk Jaki został uznany za fanatyka niemieckich lokomotyw (cały regał zajebany książkami/etc) już na pewno słyszeliście. Ponieważ dla kogoś kto prowadzi swoją kampanie głównie w internetach, tego rodzaju fuckup to spory problem, poprzedniczka Premiera Tysiąclecia, pełniącą obowiązki Wicepremiera Do Spraw ogólnych postanowiła mu przyjść w sukurs. Wicepremier Do Spraw Ogólnych napisała na swoim twitterze: „Wszystkim dyskutującym o książkach i bibliotekach-dedykuję. Najwspanialsza i najmądrzejsza księga. Dla wszystkich. Wystarczy ta jedna. Czytajcie! Naprawdę warto!” (wpis był opatrzony zdjęciem Biblii). Po raz kolejny będziemy mogli się pobawić w moją ulubioną zabawę „wyobraźmy sobie, co by było gdyby”. Otóż, wyobraźmy sobie, co by było gdyby były premier jakiegoś zachodnioeuropejskiego kraju, opublikował wpis, w którym by stało: „Wszystkim dyskutującym o książkach i bibliotekach-dedykuję. Najwspanialsza i najmądrzejsza księga. Dla wszystkich. Wystarczy ta jedna. Czytajcie! Naprawdę warto!” i opatrzył ten wpis zdjęciem Koranu. Wydaje mi się, że okres pomiędzy opublikowaniem tego wpisu i pierwszym komentarzem „EUROPA UMIERA”, byłby znacznie krótszy od Nowojorskiej Sekundy.


A teraz przyszła pora na zapowiadany wcześniej nerd-kącik kinematograficzny (zastanawiam się nad tym, czy dodawać od czasu do czasu kącik literacki w ramach dywersyfikowania hejtów). Przez polskie internety przewaliła się potężna gównoburza, albowiem okazało się, że być może aktorka, która zagra Ciri w serialu „Wiedźmin” nie będzie biała. Ból dupy był tak wielki, jakby się okazało, że ktoś kręci serial o Piłsudskim i że zagrać go ma Idris Elba. Spora liczba ludzi chyba nie bardzo ogarnia, że Wiedźmin nie jest powieścią historyczną, ale co ja się tam, kurwa, znam. Insza inszość, nie wiem, co zrobią oburzeni, jak się dowiedzą, że Scarlett Johanson zagrała główną rolę w „Ghost in the shell”. Taka mała dygresyjka jeszcze. Ciekaw jestem ile % „oburzonych”, którzy zarzygali internet rasistowskimi hasłami faktycznie czytała Sapkowskiego. Ciekawi mnie to dlatego, że kolejna gównoburza może się objawić w momencie, w którym „oburzeni” zobaczą, że w serialu krytykowany jest rasizm i zaczną spamować o tym, że to pewnie przez „poprawność polityczną”.


Zapewne nikogo nie zdziwi to, że jestem fanem filmowych adaptacji komiksów. Niektóre z nich są spoko, niektóre z nich zaś są Daredevilem z Benem Affleckiem (idealna pozycja dla każdego konesera chujni, tak samo, jak „Elektra”). Być może nie śledzę jakoś specjalnie fanowskich teorii (DLACZEGO KAMIEŃ CZASU „UDAWAŁ” GWIAZDĘ? TO MUSI BYĆ ISTOTNY PLOT POINT!), ale od czasu do czasu rzuci mi się w oczy artykuł, odnoszący się do tychże ekranizacji. Kiedy zobaczyłem artykuły, w których stało, że „Captain Marvel będzie najsilniejszą postacią w MCU”, zaopatrzyłem się w popcorn i czekałem na gównoburzę. Komentarze, które pojawiły się pod trailerem na YT nie zawiodły moich oczekiwań. Okazało się bowiem, że to nie tak, że ta postać jest silna. Po prostu twórcy MCU tak to wymyślili, bo poprawność polityczna (i moje ulubione „mam nadzieję, że to nie ona obije Thanosa”). Przyznam, że komiksy czytałem na tyle dawno, że nie załapałem się na tę postać, tak więc musiałem się posiłkować anglojęzyczną Wikipedią. Na Wikipedii stało, że w sumie to postać jest raczej z gatunku tych, które mogą spuścić srogi wpierdol. Czemuż więc, ach czemuż tak wielki ból dupy zapanował? Słowem kluczem jest „najsilniejsza”. Dla porównania, Wonder Woman nie powodowała takiego bólu dupy, albowiem pan z literką S na klacie jest od niej silniejszy. Mógłbym to jakoś skomentować, ale zaraz by się znowu okazało, że lewica wpycha mężczyzn w objęcia prawicy...


Na sam koniec ważna informacja dla każdego, szanującego się konesera chujni: „Showmax pracuje nad serialem o polskim superbohaterze. Głównym bohaterem będzie dresiarz, który odkrywa, że... wyrosły mu skrzydła husarii”. Nie, żadnej pointy nie będzie, bo trochę mnie to przerosło (acz, będę czekał na ów serial z niecierpliwością).


Źródła:


https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/filmy-wojciecha-smarzowskiego-zobacz-online-kler-to-nie-jedyny-popularny-film/mzg3ybp

https://twitter.com/SchwertnerPL/status/1042669945388187648

https://oko.press/paczka-taka-szlachetna-ks-stryczek-utrwala-stereotyp-zawinionej-biedy/

https://oko.press/mlodzi-bezrobotni-winni-ks-stryczek-powtarza-bzdure/

https://wpolityce.pl/polityka/413354-kijowski-broni-ks-stryczka-kto-poszczul-i-po-co

https://twitter.com/realDonaldTrump/status/1042161534603063301

https://twitter.com/KasiaBie78/status/1042481304896528384


https://twitter.com/spychalski_b/status/1042426445111480320

https://dorzeczy.pl/kraj/77628/Zaszczytem-jest-dopuszczenie-do-biurka-Szef-MSZ-o-zdjeciu-Dudy-i-Trumpa.html

https://dorzeczy.pl/77653/Tyle-razy-slyszal-ze-bedzie-siedzial-ze-postanowil-postac-Szczerski-o-zdjeciu-prezydenta.html

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1042796922791243776

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1043055592863145984

https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/partia-wolni-i-solidarni-rejestrowala-liste-z-podpisami-zmarlych,870138.html


https://www.tvp.info/39136577/666-i-swastyki-zdewastowano-plakaty-kandydatow-pis-w-sandomierzu

https://twitter.com/tvp_info/status/1047020026572746752?s=19

http://www.newsweek.pl/polska/polityka/lewica-w-polsce-stawia-na-kobiety-i-zapomina-o-mezczyznach-zmieni-to-biedron-,artykuly,433239,1.html


https://wpolityce.pl/polityka/239284-wsieci-kulisy-sprawy-dziadka-z-wehrmachtu-w-kampanii-ta-sprawa-rozstrzygnela-losy-elekcji-prezydenckiej-2005-r

https://wpolityce.pl/polityka/411062-gp-matka-trzaskowskiego-byla-tw-ps-justyna

https://wpolityce.pl/polityka/414310-fakt-probuje-uderzyc-w-premiera


https://www.rp.pl/Dobra-osobiste/310029951-Wyrok-utrzymany-Milion-zlotych-dla-ofiary-ksiedza-pedofila.html

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1047116022392619008


https://twitter.com/DanielWachowiak/status/1046993653804281856?s=19

Głosowanie nad projektem „jebać szczepienia”:

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=69&NrGlosowania=41


Głosowanie nad pierwszym projektem „Ratujmy Kobiety”:

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=17

Głosowanie nad drugim projektem: „Ratujmy Kobiety”:

http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=55&NrGlosowania=9

Notki o projektach „Ratujmy Kobiety”:

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2016/09/nieudany-gambit-pis-u.html

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2018/01/404-opozycja-not-found.html


https://fakty.interia.pl/wideo/video,vId,2587103


http://niezalezna.pl/238794-mazurek-jednym-zdaniem-podsumowala-zagrywke-onetu-odgrzewany-kotlet

http://wyborcza.pl/7,75398,24008441,morawiecki-zabral-glos-w-sprawie-tasm-staralem-sie-pomagac.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,24002331,tasmy-morawieckiego-premier-o-cichym-wsparciu-dla-grada.html


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,24012622,afera-tasmowa-portal-tvp-info-puszcza-kolejne-nagranie-chodzi.html

https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/rozmowa/news-beata-szydlo-o-tasmach-to-jest-ewidentnie-proba-zmiany-wladz,nId,2641116

https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/beata-szydlo-w-2015-roku-o-aferze-tasmowej,873811.html

https://www.tvp.info/39339165/seksistowski-wystep-prezydenta-legionowa-pani-od-seksu-dwie-najbardziej-napalone

http://wiadomosci.dziennik.pl/wybory-samorzadowe/artykuly/582789,sasin-zdanowska-wybory-samorzadowe-pis-prezydent-lodzi-skazana-kandydowanie.html

https://www.rp.pl/Wybory-samorzadowe/181009295-Piotr-Guzial-Gdy-wygra-Trzaskowski-PiS-nie-da-pieniedzy.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,24016900,wybory-samorzadowe-2018-patryk-jaki-chwali-sie-ksiegozbiorem.html


https://opinie.wp.pl/pulapka-patryka-jakiego-sztab-kandydata-pis-funduje-mu-najwieksza-internetowa-wpadke-w-kampanii-6304037367608961a

https://twitter.com/BeataSzydlo/status/1049414677430751234

Jeżeli ktoś dawno nie rzygał, to podrzucam link do artykułu na Wproście gdzie opublikowano prześmieszne memy:

https://www.wprost.pl/kraj/10151739/wiedzmin-netflixa-serialowa-ciri-zagra-murzynka-lub-azjatka-burza-komentarzy-i-wysyp-memow.html

https://moviesroom.pl/z-ostatniej-chwili/filmy/8169-kevin-fiege-potwierdza-captain-marvel-najpotezniejsza-postacia-w-marvel-cinematic-universe/


https://twitter.com/polskathetimes/status/1049951025069723648?s=19

środa, 10 października 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #37

Na samym początku ogłoszenia parafialne. Kiedy pisałem poprzedni Przegląd, myślałem, że wystarczy wszystko podzielić na dwie części. W trakcie pisania tego (gdzieś tak, kurwa, na 8 stronie [z pojedynczym odstępem]) zorientowałem się, że chyba jednak trzeba będzie to jeszcze raz podzielić. Druga część drugiej części pojawi się pewnie w piątek, bo jest już napisana, więc będzie sobie grzecznie czekać na publikację. Sprawa kolejna, pewnie jakoś na dniach będę zakładał Patronite, tak więc, jeżeli niektórzy z was mają za dużo pieniędzy, to ja z przyjemnością pomogę wam nieść ten krzyż przez życie. Sprawa jeszcze bardziej kolejna, Przeglądy będą się ukazywać nieco częściej niż do tej pory (albowiem zagęszczenie dzbanizmu w polityce sprawia, że odkładanie pisania „na zaś” kończy się tym, że potem Przegląd ma pierdylion części i każda z nich ma pierdylion liter). Ostatnie z ogłoszeń: zapowiadana notka o moim ulubionym polityku (tym z biedniejszej rodziny, co to walczy z układami budując własne) objawi się pewnie jakoś w przyszłym tygodniu. Idźcie do czytania, ofiara spełniona!


Zacznijmy od naszych milusińskich purpuratów, którzy razem z innymi purpuratami z Europy Środko-Wschodniej wezwali do odrzucenia konwencji antyprzemocowej. W takich sytuacjach staram się sobie wyobrazić, jak zareagowałaby na podobne idiotyczne odezwy nasza prawica, gdyby nadawcą tychże odezw był kto inny. Wyobraźmy sobie, że do odrzucenia konwencji antyprzemocowej wzywają wysoko postawieni duchowni muzułmańscy z Europy Zachodniej, którzy zaczynają tłumaczyć, że antyprzemocówka jest zła, bo jest niezgodna z ich religią. Ileż by było pierdolenia o tym, że „Europa Umiera”.


Muszę się przyznać, że jestem osobą, która posiada sporą liczbę tzw „guilty pleasures”. Jedną z nich jest obserwowanie meltdownów polityków, którzy dostają ataków histerii w trakcie czytania sondaży. W rolach głównych, Bogdan Zdrojewski: „Ile kłamstw można łyknąć? Prezydenta, Premiera, członków rządu PIS, TVP info? Jak widać jeszcze sporo. Ponad 30% wyborców daje radę. Z podobnym niedowierzaniem oglądam rekordy w jedzeniu pączków na czas. Ci jednak biją rekord raz w roku. Wyborcy PIS codziennie. GIGANCI!” Tenże sam Zdrojewski pewnie bardzo często zadaje sobie pytanie „kurwa, przecież tłumaczę tym tępym chujom, że są głupi, czemu oni nie chcą na nas głosować?”. Nieco zaś bardziej na serio, to ciekaw jestem, czy ludziom z szeroko pojętego antyPiSu (tego spod znaku Zjednoczonej), przyjdzie kiedyś do głowy myśl, że rzyganie na wyborców jest raczej mało skuteczne?


Na początku września „Polityka” wywołała sporą gównoburzę przy pomocy artykułu (o raczej jednoznacznym tytule): „Rosyjski ślad na taśmach”. Nie będę się w tym miejscu skupiał na treści artykułu (jeżeli ktoś chciałby poczytać, to link w źródłach znajdzie), ale na reakcje na ów artykuł. Reakcje owe dobrze odzwierciedla tweet Bartłomieja Radziejewskiego (spokojnie, ja też mam średnie pojęcie o tym, kto to jest, ale różni ludzie z nim dyskutowali, więc to pewnie ktoś rozpoznawalny): „Słucham, że Rosja miała zmontować aferę taśmową, żeby obalić antyrosyjski rząd PO-PSL. Zamieniając go na jeszcze bardziej antyrosyjski rząd PiS. Oj, antypisowcy, nad teoriami spiskowymi to musicie jeszcze sporo popracować”. Na pierwszy rzut oka, brzmi to sensownie, albowiem rządem steruje człowiek, który organicznie nienawidzi Rosjan i jest (najprawdopodobniej) przekonany o tym, że zamordowali mu oni brata. Do tego dochodzi momentami skrajnie antyrosyjska retoryka. Tylko, że z tego tak właściwie to, kurwa, nic nie wynika. Retoryka, jest owszem antyrosyjska, ale w żaden sposób nie szkodzi ona Rosji. Co prawda PiS prowadzi batalię w sprawie Nord Stream 2 (nie, żarty z Prezydenta RP będą w dalszej części) i zabiegają o zwiększenie obecności wojsk NATO w PL, ale, jakkolwiek kuriozalnie by to nie zabrzmiało, to również ma niewielkie znaczenie dla Rosji. Do tego, żeby skutecznie walczyć z NS2 potrzebowalibyśmy silnych sojuszników. Polska polityka zagraniczna (tak, o tym, też będzie w dalszej części) jest prowadzona tak, że takowych sojuszników nie mamy. Co się zaś tyczy obecności wojsk NATO, to ja nie jestem specem od wojskowości, ale wydaje mi się, że przed agresją ze strony Rosji nie ochronią nas stacjonujące u nas wojska NATOwskie, tylko te, które NATO może wysłać nam na pomoc w razie, gdyby rosyjskie wojska znowu chciały jakichś mniejszości bronić. Owszem, zwiększenie obecności wojsk NATO w Polsce zwiększa prawdopodobieństwo tego, że w razie „draki” zostanie nam udzielona pomoc, ale sprawa nie jest przesądzona. Bo nietrudno mi jest sobie wyobrazić sytuację, w której NATOwskie państwa uznają, że, no ok, jeżeli nie pomożemy Polsce, to stracimy trochę ludzi i sprzętu, ale jeżeli pomożemy to ryzykujemy tym, że Rosja przyjdzie do nas, a to oznacza znacznie większe straty/etc., tak więc „mówi się trudno”. Poza wszystkim innym, moim zdaniem (powtarzam, nie jestem specem od wojskowości, tylko podkarpackim blogerem), Rosja ma trochę w dupie obecność NATOwskich wojsk w Polsce. Rzecz jasna, nie oznacza to, że ów kraj nie będzie protestował przeciwko „agresywnej polityce NATO”, które „rozmieszcza wojska w bliskim sąsiedztwie Rosji, tak, jakby przygotowywało się do ataku”, ale to są raczej pogadanki dla rosyjskiego suwerena (coś, jak PiSowskie gadanie o tym, jak to się z nami UE teraz liczy/etc). Tym samym, ta antyrosyjskość PiSu ma wymiar mocno symboliczny. Mocno „niesymboliczny” wymiar mają zaś inne działania PiSu. Osłabianie pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej, poprzez prowadzenie nieprzewidywalnej polityki zagranicznej (vide, walka o to, żeby Tusk nie został królem Europy) i poprzez wywoływanie konfliktów dyplomatycznych (vide, ustawa o IPN), stałe podsycanie konfliktu na linii Polska- UE, rozsiewanie antyunijnej propagandy (w tym, rosyjskiej) przez nasze władze i rządowych mediaworkerów (to jest temat na osobny, bardzo obszerny tekst, który wreszcie kiedyś napiszę). Niezrozumiałe decyzje, które raczej chujowo wpływają na naszą obronność, a to bomby ulotkowe, a to pompowanie kasy w WOT, który „ma walczyć ze specnazem” (to był, kurwa, hit) upierdolenie przetargu na Caracale/etc/etc. Nie, to nie jest tak, że każda decyzja polskiego rządu oznacza strzelające na Kremlu korki od szampana (acz, jeżeli mam być szczery, sufit tam muszą mieć już zdrowo podziurawiony), ale nikt mi, kurwa mać, nie wmówi, że te działania są działaniami „na szkodę” Rosji. Idiotyczne zachowania polskich władz na arenie międzynarodowej nie powinny być dla nikogo zaskoczeniem (no chyba, że ktoś przeleżał lata 2005-2007 pod lodem i nie pamięta co się wtedy działo). Wydaje mi się, że w kontekście powyższego raczej nie ma sensu zadawanie pytania „czy Rosji opłacało się wymienić PO na PiS?. Czy rosyjskie służby faktycznie brały udział w montowaniu afery taśmowej? Nie mam, kurwa, zielonego pojęcia. Wolałbym, żeby się okazało, że to jednak było „nasze” (polskie) dzieło, ale nie założyłbym się o to.


Skoro zaś jesteśmy przy antyunijnej propagandzie, to warto w tym miejscu przytoczyć słowa Prezydenta RP, który był łaskaw powiedzieć, że „UE, to wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”. Po takich wypowiedziach warto śledzić poczynania rządowych mediów, co, rzecz jasna, uczyniłem, dzięki czemu, będziecie mogli zapoznać się z kilkoma tytułami artykułów na temat tejże wypowiedzi (wszystkie pochodzą z portalu „w Polityce”, i zamieszczę je w kolejności chronologicznej): „Manipulacje słów o "wyimaginowanej wspólnocie"! Co tak naprawdę powiedział prezydent? SPRAWDŹ całość wypowiedzi!”. „Wyimaginowana wspólnota? Jak najbardziej. Potwierdzaja to atak na Węgry i niemiecka wiza dla Kozłowskiej”. „"Wyimaginowana wspólnota"? Prezydent powiedział prawdę. A histeria dowodzi, że dla eurofanatyków UE jest obiektem religijnego kultu”. „Wyimaginowana wspólnota” to najtrafniejsza definicja Unii Europejskiej w stanie schyłkowym” i na sam koniec: „Słowa o "wyimaginowanej wspólnocie" zmanipulowane? Prezydent wyjaśnia: Skrót myślowy, wyrwany z kontekstu przez media”. W skrócie: Prezydent RP wcale tego nie powiedział, ale miał rację mówiąc to, choć to nieprawda, że powiedział, bo słowa zostały wyrwane z kontekstu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że wypowiedź Prezydenta RP została skrócona, ale nie została ona w żaden sposób przeinaczona.


W pierwszej połowie września, prawicowa prasa (po raz pierdylionowy) zapadła na przypadłość zwaną „bólem dupy”. Przyczyny tego konkretnego bólu były dość prozaiczne, poszło o pieniądze. „W poniedziałek na pierwszej stronie opiniotwórczych dzienników ogólnopolskich ukazały się specjalne reklamy Santander Bank Polska. - Precyzyjnie odcedzono całą prasę konserwatywną. Taki mamy system medialny i bankowy - ocenił Michał Karnowski, członek zarządu Fratrii i publicysta „Sieci”” Na portalu Karnowskiego zamieszczono sondę „jak ocenić decyzję banku o niereklamowaniu się w prasie konserwatywnej”. 80% respondentów nie miało złudzeń: „To rodzaj dyskryminacji, klienci konserwatywni, czytelnicy konserwatywnych mediów, mogą się czuć urażeni”. Od siebie dodam, że jakkolwiek urażeni by nie byli, to Karnowski na pewno był urażony znacznie bardziej (bo brak reklamy = brak kasy). Karnowski został momentalnie sprowadzony do parteru, bo, okazało się, że do numeru jego tygodnika dołączono odblaski dla dzieci od PZU: „Numer „Sieci” z odblaskiem kosztuje tak jak zwykle 6,90 zł. Wewnątrz są dwa stronicowe teksty związane z kampanią państwowego ubezpieczyciela: jeden opisuje same odblaski, a drugi - raport o bezpieczeństwie dzieci na drodze.(...) Biuro prasowe w odpowiedzi na pytania Wirtualnemedia.pl poinformowało, że odblaski zostały dołączone do całego nakładu „Sieci”. - Obecnie nie planujemy dołączania ich do innych tytułów – dodało.” Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że ktoś powinien zrobić sondę i zapytać, czy aby nie jest tak, że „niekonserwatywni klienci PZU, mogą się czuć urażeni taką formą dyskryminacji niekonserwatywnych mediów”, ale ponieważ nie jestem złośliwy, napiszę jedynie, że zapewne niejeden Bazyliszek mógłby pozazdrościć Karnowskiemu umiejętności unikania luster.


Mniej więcej w tym samym czasie, w którym Karnowski cierpiał ze względu na to, że pieniądze, mieliśmy do czynienia z jednym z najbardziej spektakularnych transferów politycznych, który to transfer przeszedł bez echa: „Dariusz Karczmarczyk do stołecznej Rady Miasta dostał się w ostatnich wyborach samorządowych z list Prawa i Sprawiedliwości. Teraz jednak odchodzi z partii i dołącza do Ruchu Narodowego.” Odchodząc z PiS radny rzucił "Nie ma mojej zgody na Warszawę multi-kulti". Musicie przyznać, że trzeba być zawodnikiem „wagi ciężkiej”, żeby odejść z PiSu dlatego, że jest w nim za mało rasizmu i nacjonalizmu. Niestety, muszę wam nieco popsuć zabawę. Najprawdopodobniej przyczyna „odejścia na drugi krąg”, była taka, że radnemu zapowiedziano, że nie dostanie miejsc na listach. Przypominam, że na listach Zjednoczonej Prawicy zrobiło się tłoczno, albowiem w wyścigu do koryta wystartowali również ludzie Patryka Jakiego. Radnemu nie pozostało więc nic innego, jak „odejść z przytupem”.


Wielokrotnie (tzn chyba ze trzy razy, ale wielokrotnie brzmi lepiej) zdarzało mi się pochylać w ramach Przeglądów nad Rafałem Wosiem. Tym razem będzie nie tyle o jego publicystyce (choć trochę też), a bardziej o tym, że wyjebano go z roboty w „Polityce”. Szczerze mówiąc trochę mnie to w pierwszej chwili zdziwiło, bo produkują się tam jednostki znacznie bardziej spektakularne (sprawdzić, czy nie Hartman). Jeno potem sobie pomyślałem, że się pewnie wszystko rozbiło o dwie sprawy. Pierwsza, to narracje budowane przez Wosia. A to się litował nad kibolami, którzy są „uciskani” i demolowanie stadionu to dla nich jedyna forma komunikowania się ze środowiskiem zewnętrznym, a to zachęcanie lewicy, do „cywilizowania PiSu”. Ujmując rzecz innymi słowy, jego publicystyka mogła nie licować z tą, która jest preferowana z „Polityce”. Czy było to coś, czego Woś mógł się spodziewać? Owszem, było. Nie przemawia przeze mnie niechęć do jego osoby, a jedynie coś co można nazwać „znajomością realiów”. Już tłumaczę o co mi chodzi. Kilkukrotnie (ok, może i był to raz, ale sobie to przemnożyłem, żeby się czuć lepiej) zapytywano się mnie na tym fanpejdżu, że w ogóle to czemu ja tych swoich podsumowań/etc w jakiejś prasie, albo na jakimś portalu nie uskuteczniam. No generalnie to dlatego, że nikt by nie chciał, ale nawet jakby chciał, to ja bym nie chciał. Rzecz w tym, że każde medium ma jakąś tam swoją „politykę” (albo inną „agendę”). Prędzej, czy później dochodzi do sytuacji, w której okazuje się, że w sumie to wszystko fajnie, ale „tego tematu, to my nie będziemy ruszać bo (albo reklamodawca by się pogniewał, albo polityk zaprzyjaźniony, albo chuj wie co)”. A jeżeli ktoś będzie się upierał (i np. pod swoim nazwiskiem opublikuje to gdzieś w internetach), to się może okazać, że redakcja nie będzie przejawiała chęci do przedłużenia umowy na ten przykład. Tak więc, pisząc sobie na swoim kawałku internetu mam tę swobodę, że sam sobie jestem sterem, żeglarzem i torpedą protonową. Woś, pisząc dla „Polityki” tej swobody nie miał i nie chce mi się wierzyć w to, że nie był tego świadomy. Sprawa druga, związana jest ze sposobem, w jaki Rafał Woś uprawia dysputy w internetach. Konkretnie zaś chodzi mi o to, że Woś jest całkowicie niewrażliwy na krytykę. Nie, nie chodzi o to, że nie ruszają go hejty (bo to jest akurat zdrowe), ale o to, że chyba nigdy nie zdarzyło mu się przyznać do błędu. Nie zrozumcie mnie źle, ja tam lubię się czasem pokłócić (dla idei), ale jeżeli poważny publicysta określa kogoś, kto zwraca uwagę na to, że kibole są agresywni, mianem „klasisty”, to coś tu jest, kurwa, mocno nie w porządku. Kiedy ciśnienie robi się zbyt duże, Wosiowi włącza się tryb „męczennik” (jeżeli ktoś uważa, że przeginam, to odsyłam do linku w Źródłach) i okazuje się, że wszyscy go atakują, bo nikt go nie rozumie. Ktoś mógłby, całkiem słusznie, zauważyć, że Woś nie jest odosobnionym przypadkiem, bo np. publicystyczny beton spod znaku Zjednoczonej Opozycji stosuje bardzo podobne „strategie komunikacyjne”. Tyle że tutaj wszystko znowuż sprowadza się do tego, co sobie zamyśli pracodawca. Komuś (np. rządowemu medium „Do Rzeczy”) może nie przeszkadzać to, że Ziemkiewicz rzyga swoich krytyków na Twitterze (acz znacznie częściej ich banuje), ale komuś innemu (np. „Polityce”) może to przeszkadzać. Jeżeli oficjalne konto Twitterowe tygodnika, w którym jesteś zatrudniony pisze do Ciebie (publicznie) „Rafale, spokojnie, nie obrażaj naszych Czytelników!”, to znaczy, że jesteś na shitliście i ktoś Ci się, kurwa, bacznie przygląda. Na sam koniec, krótka dygresja. Najwięcej do powiedzenia na temat tego, że chujowo jest wywalać ludzi „za poglądy”, mieli prawicowi mediaworkerzy. Ci sami, którzy bili brawo, kiedy PiS wywalał ludzi z TVP, a potem zajęli ich miejsca. EDIT, już po napisaniu Przeglądu (acz przed opublikowaniem) okazało się, że Woś dostał fuchę w Superaku i w „Tygodniku Powszechnym”


Wrzesień nie był zbyt dobrym miesiącem dla Prezydenta RP. Najpierw katapultował się jego rzecznik, a potem dziennikarze wynorali w PKW pewien papier: „w PKW, w dokumentacji złożonej do sprawozdania finansowego znajduje się umowa wraz z załącznikami, które zawierają dokładne wyliczenie i wycenę kilku tysięcy “automatycznych komentarzy”, które w internecie miała zamieścić wynajęta przez sztab kandydata PiS firma z Warszawy. Zobowiązała się do tego, żeby co miesiąc zajmować się tysiącem wątków i dokonywać 5 tysięcy wpisów automatycznych. Pod umową znajduje się pieczęć i podpis pełnomocnika finansowego komitetu wyborczego.” Zainteresowanie tym papierem było spore i wywołało dywagacje pt „Czy boty pomogły wygrać Dudzie wybory prezydenckie?”. Sam Prezydent odniósł się do tego w sposób właściwy swej kondycji intelektualnej: „Z tymi „botami” to kompletna bzdura. Typowy fake news. Ale mogę Wam ujawnić mój kampanijny sekret. Pomogły mi Autoboty ;-) Słuchałem tego codziennie i wielu ludziom też się podobało” (do ćwita załączony był utwór z soundtracku do pierwszej części Transformerów). Zanim przejdę do meritum, zastosuję zasadę fight suchar with suchar, albowiem domyślam się, że ulubionym transformerem Prezydenta RP był Długopisimus Prime. Teraz zaś na poważnie będzie. Ponieważ wielce szanowne dziennikarstwo skupiło się na tym „CZY DUDA WYGRAŁ DZIĘKI BOTOM”, rządowym mediaworkerom i politykom partii rządzącej, udało się ją rozmyć i obśmiać. Ze mnie to, co prawda, żaden, kurwa, dziennikarz, ale wydaje mi się, że po tym, jak ktoś wynorał glejt, z którego wynika, że chyba ktoś używał botów, warto by było sprawdzić, czy ktokolwiek korzystał z botów i botnetów po kampanii, bo to chyba nieco bardziej sensowne działanie niż dywagowanie „czy wygrał, bo botnety”. Gdyby bowiem okazało się, że botnety były stosowane po kampanii, to na nic zdałoby się tłumaczenie obozu władzy, że „ich przecież przy tym nie było”, w trakcie kampanii wyborczej. Oznaczałoby to również, że Prezydent RP (eufemizując) „mijał się z prawdą”, gdy zapewniał, że żadnych botów niet (nadal jestem na niego wkurwiony o to, że zbezcześcił jeden z moich ulubionych kawałków z tego soundtracku). Ci z was, którzy pamiętają jedną z moich notek z sierpnia 2017 już wiedzą co będzie dalej. W sierpniu 2017 zupełnie przypadkowo udało się mi ustalić (średnio mi tu pasuje "ustalić", ale przynajmniej brzmi bardzo poważnie), że ktoś przy pomocy botnetów pompuje reakcje na artykuły „polityczne” w serwisie „WP opinie”. (link do notki w źródłach znajdziecie, of korz). Botneciarz był kurewsko subtelny. Zazwyczaj przy artykułach było kilkaset reakcji, w porywach do kilku tysięcy. Pan botnieciarz (albo pani botneciara) uznał, że trzeba to poprawić i potrafił najebać tych reakcji tyle, że przy „rekordowym” artykule było ich ponad 120.000 (słownie – sto dwadzieścia tysięcy, coby nikt nie pomyślał, że pomyliłem zera). Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że botneciarz wspierał tylko i wyłącznie jedną partię i nie brał jeńców. Jeżeli zdarzyło się, że rządowy mediaworker napisał artykuł krytyczny względem poczynań Jedynie Słusznej Partii, to nastukano mu pod artykułem 68 tysięcy negatywów. Proceder ów trwał jeszcze przez jakiś czas, a potem się był urwał. Kto się tym zajmował? Nie wiadomo. Tym niemniej, w kontekście glejtu, który wynorano w PKW, raczej nietrudno się domyślić, że raczej nie była to opozycja. Domyślam się, że gdyby ktoś zaczął na poważnie grillować nasze władze w temacie stosowania botów (i botnetów), Prezydent uraczyłby nas cytatem ze swojej ulubionej książki i powiedział:„Na imię mi „Legion”, bo nas jest wielu.”


Wrzesień nie był również dobrym miesiącem dla IPN-u najpierw media obiegło zdjęcie gigantycznego banneru z napisem „Poland first to figth”, czyli coś w rodzaju „Polska pierwsza do wakli”. Potem zaś okazało się, że IPN „użył motywu graficznego bez zgody spadkobierców autora.”. Z niecierpliwością czekam na pojawienie się teczek, które pokażą spadkobiercom gdzie ich miejsce. Swoją droga, to co się stało to internetoza w najczystszej postaci. Jakiś dzban z IPNu zobaczył obrazek w internecie i uznał, że pewnie jakiś internauta se go zrobił, więc można to wrzucić na banner bez pytania o zgodę. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem, że ten motyw graficzny ma kilkadziesiąt lat, ale mnie wolno było nie wiedzieć, bo nie jestem pracownikiem Instytutu PAMIĘCI Narodowej.


TVP po raz kolejny zrzygało się na opozycję i puściło na antenie filmik „jak powstaje Ruda Konstytucja”. Jeżeli ktoś nie wie o co chodzi, to już tłumaczę. „Ruda”, to kobieta, której na obchodach przypierdoliła urzędniczka Dobrej Zmiany. Na filmiku zaś były plastelinowe ludziki (między innymi Kijowski i „Farmazon”), które stojąc przy taśmie produkcyjnej produkowały „Rude”(pod koniec była ich już cała armia). Filmik ów nie odbiegał poziomem od „prawicowej satyry”, której reprezentantem jest, na ten przykład, Cezary Krysztopa (to takie Studio YaYo rysowników) i Studio YaYo (to takie Stud, a nie, przepraszam). Tym niemniej puszczanie tego w telewizji publicznej w paśmie wysokiej oglądalności, to już, kurwa, lekka przesada jest. Of korz, prawica nie widzi w tym nic złego. Przypominam, że mowa o tej samej prawicy, która eksplodowała z oburzenia po tym, jak w programie Tomasza Lisa doszło do fuckupu i ktoś uznał wpis z fejkowego konta córki kandydata na prezydenta (tego o wielu imionach) za prawdziwy. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Lis dostał wtedy zjebę od praktycznie wszystkich środowisk. Teraz TVP napierdala fejkami z szybkostrzelnością karabinu maszynowego w systemie gatlinga, a prawica się już jakoś nie oburza. No, ale to tylko dygresja. Zmierzam do tego, że TVP zawsze była stronnicza (bo zawsze była zależna od aktualnie rządzącej partii). Jednakowoż czym innym jest „stronniczość”, a czym innym coś, co przypomina połączenie Telewizji Republika z Telewizją Trwam. Jeżeli komuś się wydaje, że TVP puka w dno od spodu, to takiemu komuś proponuję zapięcie pasów. Moim zdaniem, to co dzieje się z mendiami rządowymi teraz  - nie umywa się do tego, co nam zaserwują w trakcie wyborów 2019. Ci ludzie może i unikają swoich odbić w lustrze, ale to nie są debile. Oni sobie doskonale zdają sprawę z tego, co się z nimi stanie, jeżeli suweren uzna, że on jednak nie chce żeby PiS rządził. Śmiem twierdzić, że nie ma tam lekkoduchów, którym wydaje się, że wystarczy złożyć hołd lenny nowym panom, żeby nowi panowie ich nie ruszyli (pozdrowienia redaktorze Ziemiec). Tym razem będzie tak, że (pozwolę sobie zacytować pewien klasyk kinematografii polskiej) „policję polityczną to oni między sobą wybiorą”.  

Temat TVP nierozerwalnie łączy się z jednym z najbardziej rozpoznawalnych rządowych mediaworkerów, Samuelem Pereirą. Temu przemiłemu panu wszyscy ostatnio bardzo współczuli. Powód? Były pracownik TVP, Ziemowit Kossakowski, którego wcześniej TVP szczuło, między innymi na rezydentów, zaczął w dość niedelikatny sposób opisywać problemy z życia prywatnego Pereiry. W tym miejscu chciałbym, aby Samuel Pereira, przyjął moje najszczersze nawet mi Cię, kurwa, nie żal. Serio, kurwa, mam współczuć komuś, kto wcześniej szczuł Kossakowskiego na innych? A może mam współczuć komuś, kto myślał, że skasowanie wszystkich tweetów uchroni go przed tym, że ktoś mu wynora wpis „Poważny kryzys w związku Biedronia. Chłopak zdradza go z innymi”. Bonusem było to, że temu, jakże, kurwa istotnemu „problemowi Biedronia” poświęcono artykuł w Gazecie Polskiej Codziennie. Tak więc, jeżeli ktoś sobie zasłużył na to, żeby jego życie prywatne stało się elementem debaty publicznej, to tym kimś jest właśnie Samuel Pereira. Cebulą na torcie jest fakt, że Pereira oberwał nie od „antyPiSu”, ale od swojego niedawnego funfla.


Julia Przyłębska nie kryła oburzenia akcją, w ramach której na pomnikach wiesza się koszulki z napisem „Konstytucja”, albowiem koszulki owe „Naruszają harmonię przestrzeni publicznej”. Wydaje mi się, że wiem skąd się wzięło to oburzenie. Od pewnego czasu nie mamy już bowiem Trybunału Konstytucyjnego, tylko Trybunał Przyłębski. W kontekście powyższego, śmiem twierdzić, że wystarczy zmiana haseł na koszulkach i koszulki przestaną naruszać homeostazę przestrzeni publicznej.


Poseł Adam Andruszkiewicz od pewnego czasu praktycznie non stop zajmuje się zachwalaniem rządów Prawa i Sprawiedliwości. Nie chodzi tu o krytykowanie PO (bo to by było zrozumiałe, wszak narodowcy mieli z tą partią na pieńku), ale coś w rodzaju politycznego fanatyzmu. Może inaczej, ja, w ramach pełnienia obowiązków trollskich mam styczność z różnymi gatunkami dronów politycznych, ale wynurzenia Andruszkiewicza są z gatunku tych, które się już, kurwa, ciężko czyta po prostu. Jakiż był mój brak zdziwienia w momencie, w którym okazało się, że uczucie, którym poseł zapałał do PiSu raczej nie jest bezwarunkowe. Pozwolę sobie zacytować fragment pewnego artykułu (polecam całość + propsy dla dziennikarzy „Superwizjera”, bo kawał roboty dobrej zrobili): „Ważny tom z aktami śledztwa dotyczącego posła Adama Andruszkiewicza zaginął w Prokuraturze Regionalnej w Białymstoku - ustalili dziennikarze "Superwizjera TVN" i tvn24.pl. Przez dziewięć miesięcy kierownictwo Prokuratury Regionalnej nie poinformowało o tym władz Prokuratury Krajowej, nie wszczęło śledztwa ani nawet postępowań dyscyplinarnych.”. Tom akt udało się odtworzyć, ale procedura ta rozpoczęła się dopiero po tym, jak dziennikarze zaczęli węszyć, bo tak to pewnie by se był dalej „zawieruszony”. Jeżeli chodzi o samo śledztwo to dotyczy ono „podejrzeń masowego fałszowania podpisów pod listami poparcia dla kandydatów Młodzieży Wszechpolskiej (…) Chodzi o wybory samorządowe na Podlasiu w 2014 roku. Śledztwo od dłuższego czasu koncentruje się na badaniu odpowiedzialności posła Adama Andruszkiewicza, który wtedy kierował Młodzieżą Wszechpolską. W sprawie podejrzany jest już jeden z najbliższych współpracowników Andruszkiewicza.” Wydaje mi się, że pointa jest w tej sytuacji jest raczej zbędna.


Zapewne pamiętacie Internautę Dariusza, który bezinteresownie wspierał kampanię Patryka Jakiego? Wielu ludzi zaczęło go podejrzewać o stronniczość (cicho tam, każdemu się mogło zdarzyć, że pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości i jednocześnie dłubał przy tzw „prekampanii” wiceszefa tegoż ministerstwa!). Internauta Dariusz zastosował jeden prosty trick i udowodnił wszystkim, którzy wątpili w jego bezstronność, że się mylą. Tym trickiem było wystartowanie do Rady Miasta Szczecina z list Prawa i Sprawiedliwości. Tak swoją drogą, internauta musiał stać bardzo wysoko w łańcuchu dziobania, bo nikt „z ulicy” nie dostałby 2-ki na liście dużej partii w dużym mieście.


Czołobitność rządowych mediów względem Kościoła jest powszechnie znana. Tym niemniej nawet wziąwszy pod rozwagę tę czołobitność, to co czasami potrafią (eufemizując) odjebać te media, potrafi mnie wpędzić w nielichą zadumę. Jeden z moich ulubionych portali rządowych („W Polityce”) był łaskaw skomentować propozycję Partii Razem, która to partia postulowała utworzenie speckomisji ds. pedofilii w Kościele: „Lewacka nagonka na Kościół trwa. Partia Razem chce powołania speckomisji i ujawnienia informacje o księżach pedofilach”. Ten tytuł jest tak bardzo histeryczny, że gdyby nie tematyka, byłby po prostu śmieszny. Bo to brzmi trochę tak, jakby się autor tegoż „łamiącego” tytułu obawiał, że jak powstanie taka komisja i ujawni skalę pedofilii, to się okaże, że nie ostał się żaden ksiądz.


Źródła:

https://twitter.com/tvp_info/status/1038150283329777671


https://twitter.com/BZdrojewski/status/1038506514808496128

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1762482,1,afera-tasmowa-kto-stal-za-kelnerami.read

https://twitter.com/Radziejewski/status/1037717350722748424

http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/580955,prezydent-andrzej-duda-ue-wyimaginowana-wspolnota-lezajsk.html


https://wpolityce.pl/polityka/411944-co-tak-naprawde-powiedzial-prezydent-sprawdz-wideo


https://wpolityce.pl/polityka/412065-wyimaginowana-wspolnota-jak-najbardziej

https://wpolityce.pl/polityka/412305-wyimaginowana-wspolnota-prezydent-duda-powiedzial-prawde

https://wpolityce.pl/polityka/412550-wyimaginowana-wspolnota-to-najtrafniejsza-definicja-ue

https://wpolityce.pl/polityka/415009-prezydent-o-wyimaginowanej-wspolnocie-skrot-myslowy

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/santander-bank-polska-bez-reklam-z-prawicowej-prasie-michal-karnowski-oburzony-pzu-dolacza-odblaski-tylko-do-sieci

https://dorzeczy.pl/kraj/76983/Warszawski-radny-odchodzi-z-PiS-Nie-ma-mojej-zgody-na-Warszawe-multi-kulti.html

Męczennik:

https://twitter.com/RafalWos/status/998950960042074112

Reprymenda

https://twitter.com/Polityka_pl/status/1032215175661871104


Dzień przed reprymendą „Polityka” oberwała za tekst Wosia o potrzebie współpracy z PiSem:

https://twitter.com/Polityka_pl/status/1031899570903498753

https://twitter.com/RafalWos/status/1049646173206847488

https://twitter.com/RadioZET_NEWS/status/1040458761830375424