wtorek, 23 maja 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #2

Maleje liczba Polaków, którzy nie są lewakami. Ostatnio Adam Andruszkiewicz uznał, że artykuł w „Superaku” (ten o kilometrówkach pana posła narodowca) to „lewacka manipulacja”. Z tego zaś wynika, że lewakiem (a nawet „lewackim manipulatorem”) został również nie kto inny, jak Sławomir Jastrzębowski. Trochę ciężko nadążyć za prawicową narracją, szczególnie, jeżeli weźmie się pod rozwagę fakt, że sam Jastrzębowski to taka specyficzna odmiana Terlikowskiego (z tą różnicą, że Terlikowski wszędzie widzi aborcję, a Jastrzębowski wszędzie widzi lewaków). 

W sukurs Andruszkiewiczowi przyszedł nie kto inny, jak sam „król researchu”, Rafał Ziemkiewicz, który napisał do Jastrzębowskiego, że ten zaatakował Andruszkiewicza, bo „endecja zaczęła komuś zagrażać. Nie wiem komu, ale ty wiesz”. Myliłby się ten, kto by napisał, że Ziemkiewicz broni Andruszkiewicza dlatego, że obaj należą do tego samego stowarzyszenia. Ziemkiewicz pewnie o tym nie wie, bo nie zrobił researchu. Po lekturze wymiany zdań między Ziemkiewiczem a Jastrzębowskim odetchnąłem z ulgą, albowiem nikt nikogo nie nazwał lewakiem. 

Według sondażu przeprowadzonego przez IBRIS, 64% Polaków uważa, że Prezydent Andrzej Duda jest niesamodzielny. Pozostałe 36% uważa, że Prezydent ma na imię Adrian.

Jeżeli zaś jesteśmy przy sondażach, to w CBOS najprawdopodobniej polecą głowy. Ośrodek ten przeprowadził sondaż, z którego wynika, że 62% Polaków chce referendum w sprawie reformy edukacji. Pozostałe 38% nadal nie wie, jak ma na imię Prezydent.

Wicepremier Jarosław Gowin oburzył się na Prezydenta Andrzeja Dudę za to, że ten drugi podpisał ustawę „apteka dla aptekarza”. Wydaje mi się, że oburzenie wzięło się stąd, że Jarosław Gowin nadal szuka swojego kręgosłupa i pewnie myślał, że znajdzie go u Prezydenta.

Robert Tekieli został wiceszefem Polskiego Radia. Jeżeli nie wiecie kim jest Robert Tekieli, to służę uprzejmie cytatem z jego strony na Wiki: „Początkowo zafascynowany ruchem New Age (twierdzi, że posiadł m.in. takie umiejętności jak uzdrawianie, słyszenie myśli innych ludzi, prekognicja. W latach 90. nawrócił się na katolicyzm. Stało się to, jak twierdzi, dzięki jego babci, która po swojej śmierci miała interweniować u samej Matki Boskiej”. Jeżeli komuś się wydaje, że nie można słyszeć cudzych myśli, to jest w błędzie. Gdyby tak bowiem było, to skąd bym wiedział, że po przeczytaniu biogramu pana Roberta pomyśleliście „o kurwa”.

Jacek Kurski ogłosił, że Festiwal w Opolu odbędzie się w innej miejscowości. Nazwa tej miejscowości powinna być objęta ścisłą tajemnicą. Łatwiej wtedy będzie wytłumaczyć ludziom to, że zamiast artystów pojawił się tam Jan Pietrzak.


Źródła:







http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/robert-tekieli-wiceszefem-polskiego-radia-24-malgorzata-byrska-dyrektorem-naczelnej-redakcji-gospodarczej

http://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Opole-2017.-Jacek-Kurski-przenosi-festiwal-do-innego-miasta

poniedziałek, 22 maja 2017

Sprawiedliwość, sprawiedliwością, a sąd musi być po naszej stronie, czyli o „udoskonalaniu sądownictwa” w Polsce

Partia rządząca twierdzi, że chodzi jej o „poprawę sytuacji w sądownictwie”. Rząd wspierają zaś influencerzy, bardzo umiejętnie budujący narracje, według której sądownictwo w Polsce trzeba „zaorać”, bo: sądy działają przewlekle, bo wszyscy sędziowie to „sitwa” (i „element układu”), bo za dużo zarabiają, bo nie ponoszą odpowiedzialności za skandaliczne wyroki/etc/etc. Ta metoda „zohydzania” jest w Polsce doskonale znana i stosowana przez praktycznie wszystkie opcje polityczne. Tym niemniej, PiS tę metodę podniósł do rangi sztuki. Jest to dla tej partii o tyle łatwe, że wcześniej zbudowała ona narrację o wszechwładnym „układzie” (rzecz jasna, postkomunistycznym), który rządzi Polską, z którym to „układem” partia Jarosława Kaczyńskiego walczy (od momentu, w którym Jarosław ów układ wymyślił). Każdy, kogo PiS weźmie na celownik, automatycznie staje się częścią tego "układu". W jakiż to sposób PiS chce walczyć z tym „układem”? W bardzo prosty, otóż nieistniejący układ PiS chce zastąpić prawdziwym, sterowanym przez polityków tejże formacji. „Reforma sądownictwa” idealnie tego dowodzi.

Głównym założeniem tej reformy jest bowiem to, żeby Sejm wybierał wszystkich członków Krajowej Rady Sądownictwa. Prócz tego Minister ma samodzielnie powoływać i odwoływać prezesów sądów (dyrektorów już teraz może powoływać). Niestety, nie jest to zbyt „medialna” problematyka. Poza tym, na pierwszy rzut oka, wygląda to tak, że „jakaś tam kolejna partia, robi jakieś tam zmiany, w jakiejś tam Krajowej Radzie Sądownictwa i przy powoływaniu prezesów/dyrektorów sądów”. Tym samym, podejście „co mnie to obchodzi” jest całkowicie zrozumiałe.

Przyznaje, że nie bardzo się zagłębiałem w „antyPiSowską” narrację, ale wydaje mi się, że tam raczej nikt łopatologicznie nie wytłumaczył – co się stanie, jak rządząca partia/koalicja (dowolna, partia, bo PiS nie będzie rządził do końca świata i o jeden dzień dłużej), będzie decydowała o tym, kto zasiada w KRS i o tym, kto jest prezesem/dyrektorem sądu.

W telegraficznym skrócie: partia rządząca będzie miała niemalże bezpośredni wpływ na to, kto zostanie sędzią (poprzez utrącanie „nieprawilnych” kandydatów). Będzie miała również wpływ na to, gdzie orzekają jacy sędziowie (bo „nieprawilnego”, będzie można wysłać „w delegację” do sądu, w którym sporo spraw zaległych jest). Będzie mogła również decydować o tym, jaki sędzia będzie orzekał w jakiej sprawie. To ostatnie nie jest proste, ale całkowicie wykonalne. Osobną kwestią jest to, że PiS zapowiada „usprawnienie” przydzielania spraw sędziom, więc, znając ich dotychczasowe dokonania w zakresie „usprawniania czegokolwiek”, obstawiam, że chodzi o ułatwienie centralnego sterowania tym, kto dostanie jaką sprawę.

Jeżeli ktoś w tym momencie pomyślał sobie „kurwa, przecież te narzędzia dadzą rządzącej partii/koalicji niemalże bezpośredni wpływ na orzecznictwo”, to pomyślał sobie bardzo dobrze. Teraz rządzący mogą ukręcić łeb śledztwu, bo kontrolują prokuratury (vide umorzenie śledztwa w sprawie ksenofobicznego rzygu jednej Walkirii z ONR), tyle że to nie zawsze wystarczy, bo czasem sprawa jest bardzo głośna. No a po tym, jak „niewygodna” dla rządzących sprawa trafi do sądu, to już trochę loteria jest. Owszem, sędzia może chcieć się przypodobać władzy (w każdym środowisku są takie jednostki), ale nigdy nie ma pewności, że trafi się na takiego sędziego. No chyba, że kontroluje się to, który sędzia dostanie jaką sprawę, nieprawdaż? Poza tym, przy pomocy tych narzędzi można (przy użyciu metody kija i marchewki) bez problemu „złamać” środowisko sędziowskie i skłonić je do tego, żeby się nie stawiało władzy. Rzecz jasna, są ludzie odporni na presje, ale tych będzie można „zesłać” do jakiegoś sądu, który jest zapchany na „naście lat” i zadbać o to, żeby dostawali tylko takie sprawy, które władzy nie obchodzą. Nie wiadomo również, jak będą wyglądały dyscyplinarki „po dobrej zmianie”, ale można założyć, że PiS nie pozwoli na to, żeby umknął mu taki łakomy kąsek jak możliwość wypieprzenia sędziego.

No dobrze, ktoś może powiedzieć, „ale co to wszystko oznacza dla przeciętnego suwerena, czyli mnie?” Bardzo wiele. Jeżeli bowiem przeciętny suweren będzie się sądził z jakimkolwiek członkiem/politykiem partii rządzącej (albo członkiem rodziny/kolegą/etc polityka), względnie z instytucją bezpośrednio podlegającą rządowi (albo np. radzie miasta, w której większość ma aktualnie rządząca partia) – to chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, kto będzie miał większe szanse w takim sporze? Nie, nie twierdzę, że zawsze w sporze zwykły obywatel vs polityk/działacz partii rację ma ten pierwszy. Tyle, że jeżeli akurat tak będzie, to temu pierwszemu na niewiele się to zda w sytuacji, w której koledzy tego drugiego mogą wpływać na sędziów.

A co w sytuacji, w której polityk/działacz/etc partii rządzącej popadnie w konflikt z prawem (bo przecież nie zawsze musi chodzić o sytuacje, w której taki polityk sądzi się z suwerenem)? No wtedy, to będzie tak, jakby ten polityk/działacz miał w zanadrzu kartę „wychodzisz wolny z więzienia”. Nietrudno sobie też wyobrazić sytuacje, w których sąd zostanie wykorzystany do „zemsty” na jakimś obywatelu (bo np. podpał kiedyś politykowi/działaczowi). Najłatwiej będzie z tych „udogodnień” skorzystać ludziom z pieniędzmi. Bo tacy ludzie będą mogli np. sponsorować kampanie wyborcze działaczy konkretnej partii, w zamian za obietnice pomocy w sytuacji, w której „powinie im się noga”. Każdy, kto ma odrobinę wyobraźni, jest w stanie sobie wyobrazić trotyliard negatywnych efektów tej „reformy”.

Prawda jest taka, że po 89 roku, żadna z partii nie miała takiej władzy nad sądami, jaką chce sobie przyznać PiS. Prawda jest też taka, że ŻADNA partia nie powinna mieć takiej władzy. I tu dochodzimy do największego paradoksu – ci, którzy najgłośniej drą mordy „precz z komuną” - to ci sami, którzy chcą aby partia/koalicja rządząca sprawowała bezpośrednią władzę nad sądami. Czy trzeba komukolwiek przypominać, jaki ustrój panował w Polsce w czasach, w których władza miała bezpośredni wpływ na wyroki wydawane przez sędziów i mogła nimi bezproblemowo sterować?

Źródła:



http://www.rp.pl/Sedziowie-i-sady/301229945-Zbigniew-Ziobro-sady-czeka-reforma.html#ap-4



http://www.rp.pl/Rzecz-o-prawie/303129993-Reforma-Ziobry-korupcja-w-sadownictwie-to-problem-marginalny.html#ap-1


http://www.rp.pl/Rzad-PiS/170308992-Patryk-Jaki-Jestem-zwolennikiem-powszechnych-wyborow-sedziow.html#ap-1



sobota, 13 maja 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #1

Prezydent Andrzej Duda musiał się poczuć jak Bronisław Komorowski przed drugą turą Wyborów Prezydenckich 2015 i wymyślił sobie Referendum Konstytucyjne. Prezydent chciałby, żeby w referendum Polacy odpowiedzieli na „dużo pytań”. Tak sobie myślę, że może po prostu Prezydent powinien iść na całość i zorganizować Konstytucyjny test wielokrotnego wyboru. Skończyłoby się to najprawdopodobniej wielokrotnymi przypadkami łamania ciszy wyborczej. Czemu? Bo w lokalach referendalnych non stop padałoby pytanie: „którą odpowiedź zaznaczyłeś w trzydziestym?”. Jeżeli zaś chodzi o same zmiany w Konstytucji (bo to o nie przecież chodzi Prezydentowi), to nie powinniśmy się martwić. Partia, która potrzebowała trotyliarda ustaw zmieniających TK, na pewno poradzi sobie z czymś tak banalnym, jak napisanie Konstytucji. A jeżeli sami sobie nie poradzą, to kiedy prawnik, którego Jarosław Kaczyński poprosił o napisanie nowych traktatów UE już z nimi skończy, zajmie się Konstytucją RP.

Jarosław Kaczyński znany jest z tego, że potrafi go zdenerwować dosłownie wszystko. Ostatnio wkurzył się na białe róże. Moim zdaniem jest to stąpanie po bardzo cienkim lodzie. Od hejtowania białych róż tylko krok do ukucia hasła „White is bad”, a takie hasło mogłoby zostać źle przyjęte przez organizacje, które PiS hołubi w tej kadencji i których nie pozwala skrzywdzić. A takie zranienie uczuć narodowcowych to nie w kij dmuchał.

Grzegorz Schetyna oznajmił, że on to jednak nie chce, żeby Polska przyjmowała uchodźców. Moim zdaniem uchodźcy powinni ogłosić, że chcą brać udział w „Marszach Wolności”. Wtedy Schetyna nie tylko poprze przyjmowanie ich do Polski, ale nawet wyśle po nich autokary.

Drugim politykiem, który wypowiedział się w temacie uchodźców, był Ryszard Petru. Ten też ich już nie lubi. Nie wiadomo dlaczego, ale ma to zapewne związek z tym, że wystarczy zamienić kilka liter w słowie „uchodźca”, żeby otrzymać słowo „Madera”.

Mateusz Kijowski ogłosił na swoim FB, że „przestał być miły”. Wypowiedź ta była cokolwiek enigmatyczna, ale może chodzić o to, że od teraz to dzieci będą musiały płacić alimenty jemu.

Jeżeli już jesteśmy przy Kijowskim, to jakiś czas temu odgrażał się on tym, że zamierza napisać książkę. Na szczęście zamierza ją wydać w UK. Niestety, zamierza ją wydać po polsku, więc istnieje ryzyko, że ktoś ją przez przypadek przeczyta.

Mariusz Błaszczak był łaskaw przyrównać „miesięcznice smoleńskie” do modlitwy. Moim zdaniem do modlitw należałoby przyrównać prace „zespołu Macierewicza”.

Sędzia Trybunału Konstytucyjnego, prof. Lech Morawski, wizytując ostatnio Oxford, postanowił uspokoić ludzi, którzy uważają, że w Polsce „nie jest dobrze”. Powiedział, między innymi, że co prawda w „Polsce rząd jest przeciwko homoseksualistom, ale nie są oni ścigani”. Niestety, na spotkaniu z panem profesorem nie było Wujka Staszka, Mistrza Ciętej Riposty, i nie miał mu kto powiedzieć „spierdalaj”.

Polacy odetchnęli z ulgą, Premier Beata Szydło powiedziała ostatnio, że „czas limuzyn się skończył”. Choć z drugiej strony, może to być przedwczesna radość, bo może to oznaczać, że Rząd przesiądzie się na Rosomaki.

Okazuje się, że Red nie zawsze było bad. Rafał „Precz z Komuną” Ziemkiewicz publikował kiedyś w PRL-owskiej gadzinówce. Główny zainteresowany tłumaczył swoje działanie tak, że wszystkie gazety wyglądały tak samo, a on chciał publikować. Potem dodał jeszcze, że miał przekonanie, że podgryza system przemycając niektóre wątki do swoich opowiadań SF. Jest to o tyle ciekawe, że swego czasu powiedział, że „nie walczył z komuną, bo w podstawówce nie miał okazji”.

Poseł Jacek Żalek, indagowany w trakcie wywiadu o to, czemu nie popiera referendum edukacyjnego, choć w programie wyborczym jego partia (Gowinoidy) miała zapis: „Zobowiązujemy się, że nie zagłosujemy przeciwko referendum na wniosek obywateli”, odpowiedział: „ale przepraszam, jakich obywateli?”. Niestety Wujka Staszka zabrakło również tam.

Polska prawica przeżywała ostatnio wzmożenie na tle małżeństwa Emmanuela Macrona. Biorąc pod rozwagę to, w jakich politykach „zakochuje się” polska prawica, gdyby Macron zaliczył trzy małżeństwa i dwa rozwody, byłby bożyszczem prawicy i konserwatystów (tak jak Donald Trump i Marine Le Pen).

Kielecki sąd uznał, że przeróbka symbolu Polski Walczącej, użyta w trakcie Czarnego Protestu, będzie kosztować organizatorkę 2 tysiące złotych. Najbardziej ucieszyło to ludzi, którzy nie widzą nic złego w łączeniu polskiej flagi z neonazistowską symboliką. Choć to nie do końca tak, że „nie widzą”. Przykładowo, Ordo Iuris, które wypowiadało się w temacie „przerobienia symbolu Polski Walczącej”, stwierdziło, że chętnie by się oburzyło na połączenie polskiej flagi i neonazistowskiej symboliki, ale, niestety, nie może. Czemu? Bo w tej sprawie nie toczy się żadne postępowanie. (Jeżeli ktoś nie wierzy, to na końcu źródeł podrzucam link) 


Źródła:






http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114871,21663001,powstaje-ksiazka-o-mateuszu-kijowskim-stal-sie-symbolem-oporu.html




http://wiadomosci.wp.pl/stan-wojenny-relacje-ze-zjazdow-pzpr-i-wspominki-o-stalinie-w-takim-pismie-publikowal-rafal-ziemkiewicz-6120816044644481a

od 12:50

http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-jacek-zalek-po-zaplatala-sie-we-wlasne-nogi,nId,2392140




Ordo Iuris:



środa, 3 maja 2017

Prawicowa autopromocja

Kilka dni temu redaktor Sławomir „Triceps/Biceps Wyklęty” Jastrzębowski raczył wydalić z siebie tweet następującej treści:

„Podjezdzam do marketu i wszystkie miejsca na parkingu zajęte. Wolnych jest natomiast 100 miejsc dla inwalidów, ale tam nie można. Chore!”

Wydaje mi się, że oburzenie Redaktora Bicepsa wzięło się stąd, że na ten dzień miał akurat zaplanowany trening pt. „skip leg day”. Niestety, cały trening poszedł się kochać, bo redaktor nie mógł zaparkować pod drzwiami i musiał drałować kawał drogi do sklepu...

Zaś nieco bardziej na serio. Ten jego tweet to był ewidentny trolling. redaktor Biceps nie jest może najostrzejszym ołówkiem w piórniku, ale wywoływanie negatywnych emocji przychodzi mu bez trudu (w końcu z jakiejś przyczyny jest rednaczem „Superaka”). Trolling był udany (nawet za bardzo, o czym za moment) i wywołał gigantyczną gównoburzę. Skąd wiadomo, że to był trolling? Od samego redaktora Bicepsa, który 3 godziny po swoim pierwszym wpisie napisał coś takiego:

„Z przerażającą łatwością wywołuję emocje. La, la, la;)))”

Tym niemniej, jakiś czas później (niecałe dwa dni po wywołaniu gównoburzy), redaktor Biceps chyba się zorientował, że nieco przegiął pałę i zaczął pieprzyć jakieś farmazony o tym, że „to było badanie”. Z „badania” wyszło mu to, że „racjonalne myślenie dotyczące sfery niepełnosprawnych zostało sparaliżowane przez poprawność polityczną”. W tym „opisie badania” było, co prawda, więcej tekstu, ale czytanie tego byłoby równie sensowne, co oglądanie teledysku Sexmasterki (którego, litościwie, nie zalinkuję w źródłach), względnie – tłuczenie głową w ścianę przez kilka minut (śmiem twierdzić, że czynność ta zabiłaby mniej szarych komórek niż lektura tekstu Bicepsa). Gdyby przyplątał się tu jakiś fan redaktora Bicepsa, wytłumaczę prostymi słowami czemu ten rzyg nie mógł być „badaniem”. Gdyby chodziło o badanie czegokolwiek, redaktor zrobiłby po prostu twitterową sondę, która wyglądała by tak:

Czy Twoim zdaniem miejsc parkingowych dla niepełnosprawnych jest:
1) Za dużo
2) Za mało
3) Tyle ile trzeba
4) Nie mam zdania

Wpis, który wywołał gównoburzę, wyglądał zupełnie inaczej. Mało tego, został on zredagowany tak, żeby wkurwić jak największą liczbę ludzi. Bo nie da się inaczej wytłumaczyć użycia określenia „to chore” w kontekście tego, że pod marketami są miejsca dla niepełnosprawnych (Biceps użył innego określenia, ale nie zamierzam go powtarzać). Skoro więc nie chodziło o „badanie”, to czemu redaktor Biceps wywołał gównoburzę? Bo mógł. Potem zaś, kiedy się okazało, że wkurwiło się trochę za dużo ludzi, zaczął bredzić o „badaniu”.

Z tego rodzaju wpisami (acz nie tylko, bo często są to również wypowiedzi) jest jeden zasadniczy problem. Są one skonstruowane tak, że MUSZĄ wywołać żywiołową reakcję znacznej liczby odbiorców. Lubuje się w tym Król Researchu Rafał Ziemkiewicz, który praktycznie bez przerwy używa „shockvertisingu” do promowania siebie i swoich programów/książek/etc. (pastwiłem się nad tym kiedyś, jeżeli ktoś ciekaw, to link w źródłach zapodam). Ujmując rzecz nieco prościej – część ludzi pasożytuje na przyzwoitości innych ludzi. Pasożytują oni również na obawie części ludzi przed znormalizowaniem tego rodzaju retoryki. Bo w tym konkretnym przypadku brak reakcji oznacza przyzwolenie. No dobrze, ktoś powie, ale może jednak należałoby takich ludzi „zamilczeć”? No bo skoro chodzi im o rozgłos, to brak tegoż by ich pewnie uspokoił, nieprawdaż? No nie bardzo. Ci ludzie uciekają się do takich, a nie innych metod, bo „inaczej nie potrafią”. Brak reakcji na prymitywny hejt skończyłby się tym, że używaliby jeszcze ostrzejszej retoryki. Bo są świadomi tego, że prędzej czy później ktoś „nie wytrzyma” i jednak zareaguje. A wtedy będą mieli cały „arsenał” argumentów. No bo „nie przeszkadzało wam to, jak pisaliśmy xxx, a yyy was denerwuje? Cóż za hipokryzja!”

Insza inszość to fakt, że tego rodzaju burakiada, zawsze sprawia, że spod kamienia wylezą ludzie, którzy mają poglądy idealnie „zgrane” z takim trollingiem. Dla takich indywiduów wpisy podobne do wpisu redaktora Bicepsa to manna z niebios i „mówienie, jak jest”. I naprawdę nie wiem, jak bardzo nasrane w głowie trzeba mieć, żeby martwić się „zbyt dużą liczbą miejsc parkingowych przeznaczonych dla niepełnosprawnych”. Wiele razy zdarzyło mi się kręcić autem po parkingu pod marketem w oczekiwaniu, aż ktoś zwolni miejsce. Owszem, kręcąc się po takim parkingu, rzucam sobie radośnie kurwami i we łbie mym kotłują się myśli w rodzaju „byłoprzyjechaćkiedyindziej”. Nigdy natomiast nie zdarzyło mi się, że widząc puste miejsce przeznaczone dla osoby niepełnosprawnej pomyślałem „nie no, kurwa, to ja jeżdżę i spalam benzynę, a tu miejsce wolne, a mnie nie wolno. Chore!”. No ale może ja mam po prostu zbyt mało empatii, żeby współczuć ludziom, którym się podeszwy w butach zużywają dlatego, że musieli „taki kawał drogi przejść na piechotę”.

Źródła:

Biceps trolluje:

https://twitter.com/sjastrzebowski/status/857514368757575681

Biceps cieszy się z tego, że trolluje:

https://twitter.com/sjastrzebowski/status/857555716776886272

Biceps can into badania:

https://twitter.com/sjastrzebowski/status/858228242758742020

O Królu Riserczu i jego metodzie na autopromocję:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2016/07/shockvertising-po-endecku.html




 



wtorek, 25 kwietnia 2017

Tuskapokalipsa

Moim skromnym zdaniem, „antyTuskowe” działania PiSu, to PR-owym fuckup porównywalny z wystawieniem Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich 2015. To nie jest „strzał w stopę”, to jest „odstrzelenie sobie stopy razem z połową miednicy i kawałkiem kręgosłupa”. Jeżeli ktoś z was czytuje SF/fantasy, to na pewno kojarzy najbardziej wyświechtany schemat powieści, który wygląda mniej więcej tak: jakiemuś władcy ktoś przepowiada, że zostanie przez kogoś zabity. Władca chcąc się zabezpieczyć, każe profilaktycznie wyrżnąć całą rodzinę/wieś/miasto, z której/go miał się wywodzić zabójca. Ktoś (główny bohater powieści) przeżywa masakrę i pod koniec powieści, w ramach zemsty za wymordowanie mu rodziny - zabija władcę. Plottwistem jest więc to, że gdyby władca nie chciał się „zabezpieczyć”, to pewnie nic by się mu nie stało (fachowo się to nazywa „samospełniające się proroctwo”). Najprawdopodobniej PiS nie kojarzy tego schematu, bo z uporem godnym lepszej sprawy usiłuje sobie „wyhodować” kogoś, od kogo mogą dostać łomot.

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. To nie będzie tekst z gatunku tych, które zalały internet ostatnio (chodzi mi o ten hurraoptymizm „anty-PiSu”, który jest równie męczący, co przemówienia premier Beaty Szydło). Ilekroć czytam, że „no teraz to już Tusk zaorze Dudę, bo mamy tutaj, widzicie, sondaż, z którego wynika, że w drugiej turze (wyborów, które, do kurwy nędzy, odbędą się za 3 lata) stanie się to i to”, na serio się zastanawiam nad tym, czy ci ludzie to piszą na poważnie, czy po prostu trollują. Jednakowoż, znacznie bardziej żenujący są wyznawcy Dojnej Zmiany, którzy z najpierw piszą: „hehehe, kto w 2020 będzie pamiętał o dzisiejszych sondażach prezydenckich”, zaś chwilkę potem „PiS miażdży w sondażach, to dobry znak przed kolejnymi wyborami”. Ktoś może powiedzieć, „ale przecież sam przed momentem napisałeś, że Tusk może spuścić łomot PiSowi i co to w ogóle za tytuł ta „Tuskapokalipsa”?”. Tedy odpowiadam, jest zasadnicza różnica między „może to zrobić” a „na pewno to zrobi, bo sondaż”.

"Król Europy"

Ad meritum. Kilka lat temu, Tusk zniknął z polskiej polityki, żeby zostać „Królem Europy”. Głównym beneficjentem „emigracji” Tuska był Jarosław Kaczyński, bo ze sceny politycznej zniknął mu najgroźniejszy przeciwnik. Tusk prowadził taką a nie inną politykę wewnętrzną w PO, skutkiem czego, po jego odejściu Platforma zamieniła się w worek treningowy dla PiSu. Sam Tusk, będąc Królem Europy nie reagował na „zaczepki”, więc PiS oskarżał go o wszystko łącznie z gradobiciem, trzęsieniem ziemi i kokluszem. Ponieważ Tusk na te zaczepki nie reagował, jacyś geniusze w PiS uznali, że „stracił zmysł polityczny” i z niego też zrobią worek treningowy. Geniuszom umknął ten drobny szczegół, że Tusk, będąc „Królem Europy”, nie musiał się martwić o to jaki ma wizerunek w Polsce. Nie musiał – bo nie było mu to do niczego potrzebne. Liczyło się jedynie to, co o nim sądzą politycy, od których zależała jego reelekcja. Ci zaś (co za szok) nie za bardzo przejmowali się tym, co na temat Tuska miały do powiedzenia PiSowskie gadzinówki. Spektakularny „sukces brukselski” polskiej dyplomacji, pod wodzą Witolda „potrzymaj mi piwo” Waszczykowskiego i premier Beaty „baza wirusów została zaktualizowana” Szydło raczej nie pozostawia wątpliwości co do tego, kto w tym starciu (PiS vs Tusk) obrał skuteczniejszą strategię.

Ponieważ Tusk (jako „Król Europy”) przestał się angażować w gównoburze, które przetaczają się non stop przez nasz kraj, sporo ludzi zapomniało o tym, jakim jest politykiem. Jego najważniejsze „polityczne przymioty” to umiejętność wsłuchania się w vox populi i umiejętność przyjebania oponentowi tak, żeby bardzo go zabolało. Poza tym, od Jarosława Kaczyńskiego różni Tuska to, że Tusk nie atakuje „na pałę”, ale jest w stanie poczekać na odpowiedni moment (i w zależności od „potrzeb politycznych”, albo przypieprzyć „gazrurą” w potylicę, albo wbić nóż w plecy). Nieco bawią mnie wypowiedzi ludzi, którzy twierdza, że „Tusk się w Brukseli wyrobił” (czego dowodzić mają jego wypowiedzi i umiejętne trollowanie PiSu). Moim zdaniem, nie tyle „Tusk się wyrobił”, co ludzie się odzwyczaili. I ciężko mieć do nich pretensje. Jeżeli głównymi twarzami opozycji (chodzi o ludzi, którym media poświęcają kupę czasu i uwagi) są jednostki całkowicie pozbawione charyzmy (Schetyna, Petru i Kijowski), to byle tweet Tuska, w którym nie ma uberdramatyzmu i w którym nie stoi, że jeszcze moment, a PiS zacznie strzelać do ludzi na ulicach, może faktycznie robić spore wrażenie. I owszem, robi. Gwoli ścisłości, PiS również nie może się pochwalić charyzmatycznymi politykami: Duda umie jedynie klepać wykute na blachę teksty (równie dobrze mógłby „czytać z kartki”, bo improwizować nie potrafi), Beata Szydło, to syntezator mowy, a Jarosław Kaczyński potrafi spieprzyć każde wystąpienie (vide „ludzkie pany”, albo „najgorszy sort”, albo „sklep dla najbiedniejszych”).

Ciężko dzisiaj dywagować nad tym, czy Tusk decydując się na objęcie stołka „Króla Europy”, planował powrót do polskiej polityki. Ja osobiście obstawiam, że raczej nie. Nikt w 2014 nie był w stanie przewidzieć tego, że sztab Komorowskiego tak bardzo spieprzy kampanię wyborczą, że przegra z szeregowym europosłem z PiS. Skoro zaś zakładano reelekcję BK, to musiano się liczyć z tym, że po dwóch kadencjach prezydenta z PO, ciężko będzie „sprzedać” kandydata tej formacji (niezależnie od jego przymiotów). Powrót do parlamentu byłby o tyle utrudniony, że druga kadencja Tuska kończy się w 2019, więc „pauzowałby”przez 2 kampanie wyborcze. Kolejne wybory (o ile nie będzie przedterminowych/etc) dopiero w 2023 – a to już kawał „politycznego” czasu. Poza tym, DT musiał się liczyć z tym, że wszystkim będzie zależało na tym, żeby sobie siedział w tej Brukseli i jak najmniej się udzielał w polskiej polityce. Po 5 latach „nieobecności” ciężko jest powrócić do polityki, bo sporo ludzi mogłoby o nim po prostu zapomnieć. Tzn może nie tyle o samym Tusku, co o Tusku polityku (efekty tej amnezji możemy obserwować teraz, kiedy ludzie „nagle” odkrywają, że Tusk potrafi konstruować sensowny przekaz). 

Koniunkcja

Niezależnie od tego, jakie plany polityczne miał DT w 2014 roku, teraz może mieć nieco inne. Bo okoliczności są po temu bardziej niż sprzyjające. Po pierwsze, PiS sprawuje rządy na zasadzie „stulić pyski, bo teraz kurwa my”. Gdyby PO zachowywało się równie bezczelnie – najprawdopodobniej padłoby w wyborach w 2011. Po drugie, opozycja. Samo TKM nie działałoby na korzyść Tuska, gdybyśmy mieli w Polsce sensowną opozycję parlamentarną. Dobre wyniki sondażowe PO nie są efektem działań polityków tej formacji (którzy dopiero się „wyrabiają” w opozycji), ale skutkiem działań Prawa i Sprawiedliwości (vide TKM). Po trzecie, PiS dał Tuskowi prezent, którego wartość jest nie do przecenienia. Chodzi mi rzecz jasna o idiotyczny „gambit Brukselski”. Przez moment wyobraźmy sobie, że politycy Prawa i Sprawiedliwości nie zachowują się jak banda politycznych troglodytów i zastanawiają się nad potencjalnymi efektami swoich działań. W takich warunkach, wpadli by na to, żeby zostawić Tuska w spokoju (tzn nie utrudniać mu reelekcji). Ba, mogliby nawet wydumać, że lepiej byłoby go poprzeć. Gdyby bowiem Tusk został poparty przez PiS, to jego późniejsza potencjalna „krucjata AntyPiSowska” mogłaby zostać odebrana, jako dość żenujące zagranie. No bo „przecież oni wyciągnęli do niego rękę i go poparli”. Jeżeli ktoś chciałby powiedzieć, że „no ale przecież PiS nie mógł go poprzeć bo to śmiertelny wróg/etc”! Serio? Partia, która potrafi z dnia na dzień zmienić narrację i przekazy dnia i nie wywołuje to praktycznie żadnej negatywnej reakcji żelaznego elektoratu miałaby czegoś „nie móc zrobić”? Bez przesady.

Gdyby PiS zdecydował się na taki gambit, reelekcja Tuska przeszłaby raczej bez echa w mediach. Tzn media antyPiSu na pewno usiłowałyby budować narrację, że „do reelekcji doszło, dlatego, że Tusk jest skutecznym politykiem”, ale (przy założeniu, że PiS poparł Tuska), partia Jarosława Kaczyńskiego mogłaby bez problemu rozpieprzyć taką narrację. W jaki sposób? A no w taki, że zastąpiłaby ją swoją narracją: „reelekcja Tuska to zasługa rządu PiS, bo gdybyśmy się sprzeciwili, to Tusk nie miałby najmniejszych szans”. Owszem, dzisiaj taka narracja wydaje się cokolwiek absurdalna (albowiem 27:1), ale tylko i wyłącznie dlatego, że PiS poszedł „na zwarcie”. Gdyby poparto Tuska, nikt nie byłby w stanie udowodnić, że „Tuska wybrano by nawet wbrew woli rządu PiS”. Ponieważ media antyPiSu za cholerę nie chciałyby powielać narracji, z której wynikałoby, że PiS zrobił coś sensownego, o reelekcji (a co za tym idzie, o samym Tusku) zrobiłoby się bardzo cicho (i to bardzo szybko).

27:1

„Gambit brukselski” pokazał, że chłodna kalkulacja polityczna jest PiSowi całkowicie obca. Zamiast tego, partia Jarosława Kaczyńskiego woli iść na pełen retard. Mogli bez problemu „wyciszyć” reelekcję, ale zamiast tego, zdecydowali, że lepiej będzie upokorzyć Tuska w świetle jupiterów. Skutkiem czego – o reelekcji (którą najprawdopodobniej większość Polaków miałaby, za przeproszeniem w dupie) usłyszeli wszyscy. Żenujący spektakl w z wystawieniem JSW był zwykłym „dupochronem”. Tak na wypadek, gdyby ktoś chciał zarzucić PiSowi, że „nie popiera polskich kandydatów”. Zresztą PiSowscy  influencerzy „grzali” narrację, według której, „Tusk to niemiecki kandydat, bo polskim jest JSW”. Potem jeszcze były brednie Niezatapialnego Witolda o tym, że „zerwą szczyt”. Ta narracja była tak bezczelna, że sporo ludzi uwierzyło w to, że PiS ma jakiegoś asa w rękawie. No bo przecież gdyby go nie mieli, to wyszliby na skończonych idiotów, nieprawdaż? A i owszem. Wisienką na torcie był foch premier Beaty Szydło, która nie chciała złożyć podpisu pod konkluzją szczytu. Momentalnie zwrócono jej uwagę na to, że jeżeli nie chce, to może tego nie robić, ale to nie ma najmniejszego znaczenia (co pokazało, że nasza dyplomacja nie ma zielonego pojęcia o procedurach). Jeżeli mam być szczery, to tego się chyba bardziej spierdolić nie dało. No ok, nikt nie tłukł butem w mównicę, ale poziom żenady był niewiele niższy.

Tak nawiasem mówiąc, samo 27:1 nie jest w tej sytuacji najgorsze. PiS ma generalnie wyjebane na politykę zagraniczną więc nie bardzo by się tym przejęli. Najgorsze dla PiSu jest to, że oddano Tuskowi kupę „czasu antenowego”. Bo Tusk był wszędzie. I wszyscy widzieli, jak PiS wytacza coraz większe działa (łącznie z sugestią profesora Krasnodębskiego, który stwierdził, że Tusk powinien poprosić o niemieckie obywatelstwo). Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki był zamysł PiSu, ale chyba chodziło o sprowokowanie Tuska do jakiejś emocjonalnej wypowiedzi, którą potem mogliby „oplakatować” swoje media i portale. Tyle, że Tusk sprowokować się nie dał. Skutkiem czego – każdy mógł zobaczyć PiSowców w amoku i spokojnego Tuska, który ma ten ich amok w dupie. Czy muszę dodawać, kto w takim układzie mógł liczyć na sympatię Polaków, których trochę już denerwuje polityczna napierdalanka?

Ślepa furia

Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że po takim blamażu, nikt nie poleciał ze stołka. Ktoś tam stwierdził nawet, że to wszystko wina Ryszarda Czarneckiego, bo JSW to był jego pomysł. Śmiem twierdzić, że o ile „Obatel” faktycznie mógł zbajerować JSW (który „wysiadł na przystanku” o nazwie „frajer”), ale to nie on wymyślił ten kretynizm. Jest tylko jedna osoba, której na przeczołganiu Tuska zależy tak bardzo, że wszystko inne ma w dupie. Tą osobą jest nie kto inny, a „Genialny Strateg” - Jarosław Kaczyński. I nie, nie mogło być tak, że Jarosław chciał przeczołgać Tuska a „sposób” wymyślił kto inny. Gdyby tak bowiem było, to „pomysłodawca” wyleciałby już na zbity ryj z PiSu, a my pewnie byśmy się dowiedzieli, że miał w rodzinie ubeków/TW/etc. Powód braku konsekwencji personalnych jest więc dość oczywisty – Jarek to nie Korwin, którego można wypieprzyć z jego własnej partii. Owszem, duet Witold&Beata zrobił z siebie pośmiewisko, ale od politycznych „zderzaków” nie można wymagać niczego więcej. Kaczyński trzyma swój dwór na tak krótkiej smyczy, że raczej nikt się nie podejmie próby wyjaśnienia mu, że „zemsta za wszelką cenę”, może mieć dość bolesne konsekwencje polityczne. 

Nie mam pojęcia, jak się ta sprawa dalej potoczy. Jedno jest pewne, PiS się bardzo obawia powrotu Tuska do polskiej polityki. Najprawdopodobniej część polityków Prawa i Sprawiedliwości najchętniej zostawiłoby go w spokoju, żeby nie robić mu reklamy. Tyle że nad nimi wszystkimi czuwa Genialny Strateg, który się po prostu zawziął i raczej nie odpuści. Z czego z kolei wynika tyle, że PiS nadal będzie szedł „na zwarcie” z Tuskiem. Wnioskując ze skuteczności dotychczasowych działań „antyTuskowych”, efekty kolejnych mogą być nie mniej spektakularne. Otwartą kwestią pozostaje to, co PiS spieprzy i jak bardzo się wykrwawi przy okazji. Niezależnie bowiem od efektów tego „polowania”, część Polaków (nawet tych, którzy za DT nie przepadają), może się nieco wkurwić, obserwując sytuacje, w której faktyczny „wódz” kraju, mści się na swoim politycznym oponencie, przy pomocy całego państwa.


środa, 29 marca 2017

Polska polityka zagraniczna, czyli „niekończąca się żenada”

W poniedziałkowy ranek Witold Waszczykowski (aka „Disaster Artist”) po raz kolejny zabłysnął w mediach:

„Mamy ekspertyzy, że Donald Tusk został wybrany na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego.”
To, że został za to wyśmiany, pewnie nie zrobiło na nim wrażenia (wszak, jako „self made mem”, musiał się przyzwyczaić do tego, że mało kto go traktuje poważnie). Zrobiły je natomiast pytania o to, „kto przygotował te ekspertyzy”. Nasz urodzony dyplomata wyjaśnił więc, o co mu chodziło:
 
„Nawiązywałem dzisiaj rano do wypowiedzi opublikowanych chociażby w tygodniku „Do Rzeczy” prof. Jacka Czaputowicza, który nawiązywał do m.in. jednego z artykułów traktatu, zgodnie z którym, gdyby go zastosowano, to wybór powinien wyglądać inaczej.”

Tak więc, „merytoryczną” podstawą, na której oparł się Waszczykowski (kiedy mówił o „ekspertyzach”), była wypowiedź opublikowana w tygodniku, który ciężko podejrzewać o bezstronność. Trudno o nią również podejrzewać autora tejże wypowiedzi, który w 2014 r. został członkiem rady programowej Prawa i Sprawiedliwości. Co prawda, w dalszej części wypowiedzi twierdził, że „są wypowiedzi naukowców, znawców prawa europejskiego (...)”, ale jakoś tak się złożyło, że jedyne źródło, które zostało wymienione z nazwy/nazwiska było „Do Rzeczy” i prof. Czaputowicz. Ujmując rzecz prostymi słowy, minister Waszczykowski poszedł na pełen retard i wygadywał bzdury licząc na to, że nikt nie powie „sprawdzam”. Jest coś lekko przerażającego w tym, że człowiek odpowiedzialny za dyplomację non stop wygaduje (nazywajmy rzeczy po imieniu) większe i mniejsze debilizmy. W dodatku za każdym razem jest zdziwiony, że jego słowa docierają do kogoś więcej niż tylko do pani/pana z mikrofonem i tego ziomka, który stoi z tyłu i trzyma na ramieniu lub w ręku takie urządzenie ze szkiełkiem.

Równie przerażająca jest nonszalancja, z jaką MSZ (wspierany między innymi przez marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego) podchodzi do jednego ze swoich największych fuckupów. Chodzi mi o niedawne „mizianki” z Aleksandrem Łukaszenką. W ich trakcie część polityków PiS wspierana przez legiony Szefernakera usiłowała przekonywać Polaków do tego, że Łukaszenka to nie jest wcale taki zły koleś. Klarowano również, że to nie może być tak, że mamy się wiecznie kłócić z sąsiadem i że polityka poprzedników względem Białorusi była szkodliwa. W kontekście tego, co „Łuka” robi z demonstrantami, można powiedzieć, że polska polityka zagraniczna po raz kolejny przypierdoliła z gracją w ścianę. I jest to najmniejsze zaskoczenie świata.

Witold Waszczykowski z właściwym swej kondycji intelektualnej wdziękiem usiłował jakoś wytłumaczyć, to co się stało:

„Na pytanie "czy Polska nie zgrzeszyła naiwnością wobec Łukaszenki" Waszczykowski odpowiedział, że "to była koncepcja całej Unii Europejskiej (…) Łukaszenka w ubiegłym roku dał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej - powiedział minister. - Uznaliśmy, że należy skorzystać z tej otwartości i sprawdzić - dodał.”

Stwierdził również, że:

„Klucze do dalszej współpracy Białorusi z Unią Europejską i z Polską leżą w Mińsku w tej chwili. To od nich zależy. Oczywiście jeśli oni wycofają się z tych represji - a pewne sygnały mamy, że chcą - to wrócimy do rozmowy”

Zacznijmy od tego drugiego fragmentu. Wstawka o tym, że MSZ „ma sygnały, że oni chcą się wycofać z represji”, ma pewnie takie same podstawy „merytoryczne”, jak poniedziałkowy odpał pt. „Tuska wybrano nielegalnie, mamy ekspertyzy”. Może inaczej to ujmę. Jeżeli ktoś skierował do Łukaszenki (albo któregoś jego drona) pytanie, w którym stało (upraszczając): „Czy zamierzacie nadal napierdalać ludzi na ulicach?”, to trzeba by białoruskiego odpowiednika Waszczykowskiego, żeby na takie pytanie padła odpowiedź: „Tak, owszem, zamierzamy ich dalej napierdalać”.

Co się zaś tyczy tego, że „ Łukaszenka w ubiegłym roku dał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej”, sprawa jest dość prosta. Nie, kurwa, nie dawał. Po prostu was ograł jak dzieci, a wy nawet sobie z tego nie zdajecie sprawy, bo nadajecie się do polityki zagranicznej jak Wojska Obrony Terytorialnej do walki ze Specnazem.

Do tego, żeby nabrać się na teatrzyk urządzany przez kogoś kto sam siebie określa mianem (uwaga, załączam Capslocka) OSTATNIEGO DYKTATORA EUROPY, trzeba być wybitnym frajerem. Ale frajerstwo to nie największy grzech Misiewiczów polityki zagranicznej. Największym grzechem było olanie jednego zasadniczego faktu. Jakiego? Ano mianowicie takiego, że Łuka ten teatrzyk urządza nie pierwszy raz. Przed wyborami Łukaszenki w 2010 roku było dokładnie tak samo. Dobry Baćka wypuścił z pierdli kilku opozycjonistów, obiecywał UE i generalnie „dawał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej”. Odwilż i otwartość skończyła się przy okazji wyborów. Najpierw nachodzono sztaby wyborcze opozycyjnych kandydatów, a potem, już po ogłoszeniu wyników (zgadnijcie kto wygrał), spuszczono wpierdol opozycji. Jednego z kontrkandydatów (Niaklajeua) pobito do nieprzytomności, zaś po tym, jak wylądował w szpitalu, został zeń porwany (zgadnijcie przez kogo). Wątpię w to, żeby po takim „evencie” ktokolwiek w UE uwierzył w jakiekolwiek „sygnały otwartości”. Tzn. ktokolwiek poza Waszczykowskim i innymi Misiewiczami polityki zagranicznej.

O tym, że Dojna Zmiana łyknęła teatrzyk „Łuki”, zaświadczyć mogą choćby mądrości, którymi podzielił się z Polakami marszałek Senatu, Stanisław Karczewski:

„Pytany o prezydenta Białorusi, Karczewski mówił, że jest on "człowiekiem ciepłym". - Widać, że bardzo zależy mu na Białorusi. Gołym okiem widać, że jego kraj się zmienia – ocenił marszałek polskiego Senatu.”

Tenże sam Karczewski nieco później (27 marca 2017) „zaapelował do przewodniczącego białoruskiej Rady Republiki Zgromadzenia Narodowego o zaprzestanie stosowania przemocy i zwolnienie protestujących”.

No dobrze, ktoś może powiedzieć, ale może faktycznie cała UE się dała nabrać? Problem z tą „linią obrony” jest taki, że Waszczykowski jak zwykle nie podał żadnego argumentu potwierdzającego stawianą przez niego tezę. Najprawdopodobniej chodziło mu o to, że UE nie poszło na zwarcie z „Łuką” w trakcie „wyborów Łukaszenki” w 2015 roku. Tyle, że takie „wygładzenie” polityki wschodniej przez UE było całkowicie zrozumiałe i (uwaga, znowu muszę załączyć capslocka) NIE MIAŁO NIC WSPÓLNEGO Z SAMYM ŁUKASZENKĄ. O co więc chodziło? Najprawdopodobniej o wojnę hybrydową, która trwała w tym samym czasie na Ukrainie. Nie ma pewności, czy Wołodia nie skorzystałby z okazji, którą dałby mu konflikt dyplomatyczny na linii UE – Białoruś i czy Zielone Ludziki nie pojawiłyby się nagle na Białorusi. I nie chodziło tu zapewne o troskę o Ostatniego Dyktatora Europy, ale o to, że nikomu w UE nie zależało na destabilizacji kolejnego regionu. Ale z tego absolutnie nie wynika, że ktokolwiek w UE (poza polskimi dyplomatami) uwierzył w to, że „Łuka się chce zmienić”.

Tak sobie dumam, że jeżeli Waszczykowski miałby za coś wylecieć, to nie za wygadywanie idiotyzmów o San Escobar, ekspertyzach, wegetarianach (i cyklistach) etc. Powinno się go wywalić za totalną ignorancję w zakresie polityki „wschodniej” i za totalne frajerstwo w kontaktach z Łukaszenką. Aczkolwiek mam świadomość tego, że Waszczykowski jest praktycznie niezatapialny. A przynajmniej do momentu, w którym Genialny Strateg z Żoliborza uzna, że narzędzie o nazwie „Waszczykowski” się zużyło i że trzeba je wymienić.

Źródła:

Waszczykowski i ekspertyzy:

http://300polityka.pl/live/2017/03/27/waszczykowski-o-tusku-naukowcy-przekonuja-nas-ze-ten-wybor-byl-niewlasciwy/

Waszczykowski o fuckupie białoruskim:

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/waszczykowski-o-bialorusi,726925.html

Wikipedyjny artykuł o wyborach Łukaszenki w 2010:
(wrzucam wersję angielską, bo jest znacznie lepsza od polskiej)

https://en.wikipedia.org/wiki/Belarusian_presidential_election,_2010

Wikipedyjny artykuł o pobitym i porwanym ze szpitala byłym kontrkandydacie Łuki

https://pl.wikipedia.org/wiki/U%C5%82adzimir_Niaklajeu

„Ostatni dyktator Europy”

http://belsat.eu/pl/news/11257/

Karczewski chwali Łukaszenkę:

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/polityk-pis-alaksandr-lukaszenka-to-cieply-czlowiek/ndxg72

http://www.newsweek.pl/opinie/stanislaw-karczewski-marszalek-chwali-lukaszenke-i-bialorus,artykuly,401710,1.html

Karczewski wysyła list na Białoruś:

https://twitter.com/StKarczewski/status/846303088260591616




czwartek, 16 marca 2017

Czytelnik minus

Nasz niemiłościwie panujący rząd pochylił się nad lobbowanym przez Polską Izbę Książki pomysłem „jednolitej ceny książki”. Jeżeli ktoś nie wie, o co chodzi, to już tłumaczę. W skrócie – o to, żeby książka przez rok od wydania miała odgórnie ustaloną cenę i żeby nie można jej było sprzedawać ze zbyt dużym upustem. Usiłuje się ludziom wmawiać, że chodzi o „ochronę małych księgarni”. Dziwnym trafem, członkami PIK są między innymi tacy „mali księgarze” jak Matras i Empik.

Portal wPolityce zreferował wystąpienie rzecznika rządu, który odniósł się do tego pomysłu. Mogliśmy tam trafić między innymi na taką perełkę:

„Rzecznik rządu ocenił, że rabaty oferowane przez niektóre sieci handlowe są „drastycznie wysokie”, co prowadzi jego zdaniem do tego, że wiele księgarń musi zostać zamkniętych.”

Przepraszam za wyrażenie, ale co to, kurwa, znaczy, że „rabaty są drastycznie wysokie”? Bo jakoś mi się wydaje, że w tej (udawanej) trosce o księgarnie zapomniano o czytelnikach. Tak się bowiem składa, że w naszym, jakże bogatym kraju ludzie kupują książki w promocji nie dlatego, że wyznają zasadę „chuj w dupę małym księgarniom”, ale dlatego, że ich nie stać na kupowanie książek po „pełnej cenie okładkowej”.

Nawiasem mówiąc, pojawiają się przecieki, że geniusze z PIK w swojej ustawie postanowili uwzględnić również sklepy internetowe. W takim dyskoncie można kupić cegłę historyczną z okładkową ceną 99 zeta za 62 zł (przy uwzględnieniu wszelkich rabatów, w tym „lojalnościowych”). No, ale ten rabat jest, zdaniem pana niedorzecznika, zbyt „drastyczny”, więc przez pierwszy rok od wydania książka ma kosztować 99 zeta (-5% max) amen.

I teraz pytanie za trotyliard złotych: co się stanie, jeżeli nowe książki będą miały (przez 12 miesięcy od wydania, rzecz jasna) jednolitą (dość wysoką) cenę?

1) Polacy będą kupowali i czytali więcej książek, bo docenią wkład rządu w czytelnictwo?

2) Część z Polaków uzna, że oni to pierdolą i odczekają 12 miechów, żeby kupić „nowość” z rabatem?

3) Wykosztują się na czytniki i będą piracili książki na potęgę?

Jednym z bardziej wkurwiających argumentów PIKu jest to, że (upraszczając) książka to dobro kultury i powinna być „chroniona” przed zbyt wysokimi rabatami, bo inaczej ludzie pomyślą, że książki są mało warte. Nie, nie wymyśliłem tego. Jesteśmy krajem, w którym mało kto czyta, a największym zmartwieniem jakichś idiotów jest to, że „Polacy mogą uznać, że książki są niewiele warte”.

Kiedy zbliżał się moment „graniczny”, po którym musieliśmy wprowadzić VAT na książki (bo w trakcie negocjacji akcesyjnych nikt nie zadbał o to, żeby np. wydrzeć stawkę 0%), uprzedzano, że rynek książek poleci na łeb na szyję. Jedyne, co miał do powiedzenia minister „odnośny” (wydaje mi się, że był nim Zdrojewski), było to, że „nic się nie da zrobić, bo to trzeba było w trakcie negocjacji”. Czy przewidywania o załamaniu na rynku księgarskim się sprawdziły? Zobaczmy:

2000  124,2  mln (sprzedanych książek)
2001  140,7  mln
2002  124,5  mln
2003  119,6  mln
2004  125,3  mln
2005  139,1  mln
2006  129,9  mln
2007  140,4  mln
2008  147,1  mln
2009  143,6  mln
2010  139,8  mln
2011  119,3  mln
2012  115,5  mln
2013  123,0  mln
2014  105,8  mln

VAT na książki zaczął obowiązywać w roku 2011 (do kwietnia był okres przejściowy). W tym samym roku na rynku księgarskim (eufemizując) “zdrowo jebnęło” i sprzedano 20,5 miliona książek mniej niż w roku 2010. Owszem, wcześniej też bywały spore spadki, np. w 2002 roku, ale do 2011 sytuacja była raz lepsza, raz gorsza. Od 2011 była już tylko gorsza. Wisienką na torcie jest to, że Instytut Książki (z którego danych korzystałem) przy okazji każdego rocznego podsumowania powtarza jak mantrę: „Ceny książek w ciągu ostatnich kilku lat wzrosły nieznacznie, mimo to wielu czytelników ma poczucie, że książki są drogie.” Autorom tych słów zupełnie umyka fakt, że od roku 1998 do 2014 detaliczna cena książki wzrosła o 86% (z 22,2 zetów do 41,5). Dla nikogo nie będzie niespodzianką to, że “podrażanie” przyspieszyło po 2011 roku.

Osobną kwestią jest to, że ichnia „cena detaliczna” raczej (raczej, bo nie napisano konkretnie skąd ją wytrzaśnięto) nie odnosi się do cen okładkowych (bo wtedy „skok” między rokiem 2010 a 2011 byłby znacznie większy niż ten, który odnotowali). Z czego wynika wniosek, że tę „cenę detaliczną” zawdzięczamy głównie „drastycznie wysokim rabatom”, które hejtował niedorzecznik rządu.

Mamy więc sytuację, w której książki drożeją, a Polacy kupują ich coraz mniej (w roku 2014 kupiliśmy 41,3 mln mniej książek niż w roku 2008). Na jaki pomysł wpadli więc geniusze z PIK (nad którym to pomysłem pochyla się minister Gliński)? W telegraficznym skrócie:

„A chuj, zrobimy tak, żeby nowe książki były jeszcze droższe, to na pewno pomoże małym księgarniom.”

Jak to mawiają ludzie za „wielką wodą”: What could possibly go wrong?

Na wypadek, gdyby ktoś znowu zabłądził w internecie i usiłował rozpocząć flejma: „A gdzie byłeś, jak PO się nad tym pomysłem pochylało?” Spieszę z wyjaśnieniem. Wtedy byłem tam, gdzie hejtowałem Zdrojewskiego:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2013/10/minister-zdrojewski-walczy-z-ksiazkami.html

Źródła:

http://swiatczytnikow.pl/ustawa-o-stalej-cenie-ksiazki-reaktywacja-i-kilka-opinii-sprzed-dziesieciu-lat/

http://wpolityce.pl/polityka/331543-mkidn-debatuje-nt-jednolitej-ceny-ksiazki-bochenek-zajelismy-sie-tematem-na-prosbe-srodowiska-ksiegarskiego?strona=2

http://telewizjarepublika.pl/jednolita-cena-ksiazki-zahamuje-zamykanie-ksiegarn-w-polsce,45724.html

Dane liczbowe wyciągnięte z zestawień Instytutu Książki:

http://www.instytutksiazki.pl/polski-rynek-ksiazki,rynek-ksiazki.html