środa, 11 kwietnia 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #27/#28

W poprzednim przeglądzie sporo miejsca poświęciłem fuckupowi związanemu z nowelizacją ustawy o IPN. Muszę przyznać, że byłem ciekaw tego, w jaki sposób nasze władze będą chciały wybrnąć z kolejnego sukcesu w polityce zagranicznej. Żałuję, że w poprzednim przeglądzie użyłem określenia „gównokalipsa”, bo określenie to idealnie pasowałoby do opisu dalszych działań obozu władzy, albowiem nadal mamy do czynienia z pełnowymiarowym kałmagedonem. Tak jak poprzednim razem – temat zostanie „zblokowany” (żeby nie produkować pierdyliona akapitów).  Pierwszy od sukcesu odciął się Prezydent RP, który stwierdził, że „źle się stało, że ta ustawa została przyjęta w tym właśnie momencie i w takiej formie.”. Wyobraźmy sobie sytuację, w której jakiś człowiek tłumaczy znajomym, że „źle się stało, że wziąłem ten kredyt w tym właśnie momencie i w tej właśnie formie”. Wydaje mi się, że pierwszą myślą, która nawiedziłaby tych znajomych byłaby myśl „to po chuj brałeś ten kredyt”. Najbardziej mnie w tym wszystkim rozpierdala fakt, że Prezydent RP, po ogłoszeniu decyzji o podpisaniu ustawy (i skierowaniu jej do Trybunału Przyłębskiego), opowiadał o tym, że rozmowy na jej temat prowadził już rok wcześniej i że wie, że  może ona mieć wpływ na relacje pomiędzy Polską a Izraelem (i USA). Innymi słowy, wiedział, że grzebanie przy tych przepisach może się skończyć chujowo, ale i tak podpisał ustawę, a potem zaczął marudzić, że źle się stało, że została ona przyjęta. Kolejnym politykiem, który postanowił się zdystansować od sukcesu, był Zbigniew Ziobro. Zwrócił on uwagę na „ niekonstytucyjność jednego z przepisów w ustawie o IPN”. O który przepis chodzi? O ten, w myśl którego za pisanie/mówienie o „polskich obozach” można by było ścigać np. zagraniczne media. Szkoda, że minister Ziobro nie widział wcześniej tej ustawy, bo to pomogłoby uniknąć fuckupu w polityce zagranicznej... Najbardziej spektakularna była w moim mniemaniu reakcja Patryka („żywiołaka marketingu politycznego”) Jakiego. W lutym przekonywał on wszystkich do tego, że „Ustawa o IPN jest napisana naprawdę dobrze”. Tenże sam Patryk Jaki, pod koniec marca z rozbrajającą szczerością oznajmił: „Może popełniłem jakieś błędy ws. ustawy o IPN”. Aż dziw bierze, że nie dodał „na chuj drążyć”, względnie, że nie zwalił winy za ten fuckup na „elity III RP”.


Teraz przejdźmy do tematyki okołofuckupowej. Otóż zmuszony jestem pochwalić polską dyplomację (Proszę nie regulować odbiorników! Nie, to nie jest żart). Minister Czaputowicz, indagowany w temacie tarć na linii USA-PL, powiedział: „Oczywiście atmosfera nie jest może najlepsza, bo Stany Zjednoczone oczekują na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, żeby rozwiać te wątpliwości (...) i do tego czasu być może wizyty na najwyższym szczeblu - które zresztą nie były planowane - nie powinny mieć miejsca". Na pochwałę zasługuje fakt, że jest to pierwsza, po wyborach w 2015 roku, wypowiedź kogoś odpowiedzialnego za politykę zagraniczną, która nosi znamiona języka dyplomacji. Czy doczekamy się w tej kadencji drugiej takiej wypowiedzi? Nie założyłbym się o to.


W kontekście tego, co powiedział Czaputowicz, warto przypomnieć słowa Dominika „Tańczącego z trollami” Tarczyńskiego, który po artykule na Onecie (tego z notką MSZ, której nie było, ale za ujawnienie której dziennikarze Onetu mogą mieć problemy) użył klasycznego argumentum ad fejkum. Ponieważ Tarczyński nie wie kiedy przestać, zaraz potem zaczął się domagać zlustrowania przodków jednego z dziennikarzy: „Chcę wiedzieć, kim był jego dziadek. Jego ojciec. Z jakiego środowiska się wywodzi. Dlaczego pracuje dla niemieckiej firmy, a nie dla polskiej”. Po pierwsze, w kontekście wypowiedzi Czaputowicza, Tarczyński, zarzucając „fejkowość” artykułowi Onetu, przypierdala się zupełnie bez sensu (acz, w jego przypadku, tego rodzaju zachowanie to norma, a nie wyjątek). Po drugie, nie był łaskaw odszczekać swojego fejka o tym, że Onet ściemniał. Po trzecie, uwielbiam politycznych „genetycznych patriotów”, których jedynym osiągnięciem jest to, że „dziadek był partyzantem”. Po czwarte, warto w tym miejscu zaznaczyć, że historyk-amator Tarczyński, który „w dziadkowych nosi się orderach”, nie wiedział, że jego dziadek był w AK (wydawało mu się, że był w NSZ).


Kolejny temat, który będę zmuszony „zblokować”, to temat nagród, które rząd sam sobie podarował (najprawdopodobniej po to, żeby udowodnić, że „rząd wyżywi się sam”), albowiem jest to swoisty running joke ostatnich dwóch miesięcy. To właśnie kwestia nagród sprawiła, że małomówny Gowin (który milczy bo pilnuje libido), zwierzył się ze swoich problemów finansowych. Pomimo starań rządowych mediaworkerów – nie udało się tematu „wyciszyć”, ani też zawalić „aboPlatformą”. W pewnym momencie była premier (której imię zniknęło w pomroce spinów) postanowiła załatwić sprawę raz na zawsze i była łaskawa wydrzeć się na opozycję z mównicy sejmowej. Co powiedziała? W skrócie: „należało się nam, bo ciężko pracujemy”. Po tym wystąpieniu sporo ludzi uznało, że poprzedniczkę Premiera Tysiąclecia, Pomazańca Prezesowego, Mateusza Morawieckiego po prostu poniosło. Nie przeczę, że wypowiedź była cokolwiek idiotyczna, ale nie mieliśmy do czynienia z odmianą „zdradzieckich mord”. Narracja „należało się, bo (...)”, była wcześniej testowana na dronach. 15 marca (tak więc równo tydzień przed popisem oratorskim byłej pani premier) jedno z influencerskich kont proPiSowskich wrzuciło komentarz: „Rozumiem, ale nagrody przyznane dla PiS są za konkretne wyniki i osiągnięcia czyli zablokowanie wyłudzania VAT, zyski osiągane przez spółki skarbu państwa, rozwój gospodarczy, LOT, który za rządów PO miał zostać sprzedany, niemieckiej firmie, która ogłosiła upadłość” (to samo konto zaczęło nieco wcześniej pompować balon „PO rozdało szejset milony wincyj!”). Jedna z tych narracji trafiła do TVP, druga trafiła na mównicę sejmową. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, oba te kretynizmy były „zaplanowane”. Kilka dni później, na portalu wPolityce, pojawił się „wywiad” z Genialnym Strategiem, który obwieścił wszem i wobec, że to on powiedział byłej premier, że musi bronić tych nagród. W wywiadzie Wielki Strateg bronił tej sejmowej tyrady i dodał od siebie, że „przed tym wystąpieniem powiedziałem jej: pokaż proszę pazurki.”. Minęło kolejnych kilka dni i rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości oznajmiła, że „Prezes Prawa i Sprawiedliwości w ogóle nie wiedział o tych nagrodach”, a później dodała: „Wcale nie powiedział o pazurkach, z tego, co wiem, bo z nim (Kaczyńskim) rozmawiałam.Nie wiem, czy (było to- red.) przekłamanie czy nie. Mówię to, co mi powiedział prezes: że wcale nie powiedział o pazurkach”. Tego samego dnia ministrowie, którzy otrzymali nagrody, dowiedzieli się z konferencji Genialnego Stratega, że zdecydowali się na oddanie nagród na Caritas. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wicepremier Gowin najprawdopodobniej już wcześniej przeznaczył swoją nagrodę na potrzebujących, wpłacając pieniądze na swoją własną partię. Rzecz jasna, zwroty akcji się na tym nie skończyły, ale w tym miejscu przerwę wyliczankę, bo już jestem najedzony. Nadszedł czas na komentarz na serio, bo trochę, kurwa, groźne jest to, jak olbrzymią władzę ma nad swoją partią i swoimi mediami Genialny Strateg. Nie tak dawno temu pokazał, że jak mu się zachce, to może przeczołgać choćby i premiera. Teraz opowiadał o tym, że poszczuł wicepremier na opozycję i że jeszcze kazał jej „pokazać pazurki” (kurwa, ta wypowiedź jest tak zła, że głowa mała. Jeżeli komuś się wydaje, że wszystko z tym tekstem ok, to niech sobie wyobrazi, że Strateg powiedział, że „kazał Morawieckiemu pokazać pazurki”). Potem, kiedy okazało się, że suweren jednak nie polubił tej narracji, Beata Mazurek stwierdziła, że „dupa tam, ja wiem, że tego nie powiedział”! Co znamienne, wicepremier nie odniosła się do żadnej z tych wypowiedzi (ale trochę ją rozumiem, bo ma teraz kilkadziesiąt tysięcy problemów na głowie). Równie znamienne jest to, że wywiad z „pazurkami” nadal wisi na wPolityce, ale nikt na portalu nie odniósł się do słów Beaty Mazurek negujących prawdziwość wypowiedzi (mamy więc do czynienia z wypowiedzią kwantową, która jest jednocześnie fałszywa i prawdziwa). Upraszczając – w obozie Prawa i Sprawiedliwości wszyscy (politycy/mediaworkerzy/etc.) robią to, co każe im robić Prezes Polski. Dla tych ludzi nie stanowi problemu nawet sytuacja, w której dowiadują się, że prezes kazał im przekazać, że nie powiedział tego, co im wcześniej powiedział.


Na początku marca część prawicy wpadła w ekstazę, albowiem Prokuratura Krajowa miała sprawdzić, czy Partia Razem nie propaguje ideologii komunistycznej. Gdyby okazało się, że to prawda, Zbigniew Ziobro mógłby wystąpić o delegalizacje tejże partii. Ekstaza potrwała równy tydzień, po którym okazało się, że „Nie ma podstaw do delegalizacji partii Razem”. 
Decyzja prokuratury musiała być niemałym szokiem dla wnioskodawców, którymi byli prezesi Stowarzyszenie Koliber i Młodej Prawicy, no bo przecież skoro Zandberg miał kiedyś koszulkę z Marksem, to jasnym jest, że partia, do której należy, propaguje komunizm, co nie? Nieco zaś bardziej na poważnie, to nie wiem, jakim, kurwa, trzeba być dzbanem, żeby sobie uroić we łbie, że Razem ma cokolwiek wspólnego z jakimkurwakolwiek totalitaryzmem. Nie wiem, ile dokładnie mamy w Polsce skrajnie prawicowych organizacji, ale jest ich raczej sporo. Część z nich ma powiązania z zagranicznymi organizacjami neonazistowskimi (i nie, nie chodzi mi o tę jedną organizację, której członkowie wpierdalali wunderwaffel w imię Adolfa). Czy jakiś Koliber albo inna Młoda Prawica pochyliła się nad tymi organizacjami? A gdzie tam. Może i hailowali, może i rzecznik jednej z nich wrzucił sobie nazistę na zdjęcie w tle na FB, może i latają obwieszeni krzyżami celtyckimi, może i śpiewają piosenki o Auschwitz na swoich spędach, ale ważniejsze jest to, że Zandberg miał kiedyś koszulkę z Marksem, bo przeca wiadomo, że Marks, w przeciwieństwie do nazistów (do których fapie polska prawica), wymordował miliony Polaków, co nie?


Magdalena Ogórek pozwała Muzeum Polin za to, że Muzeum Polin umieściło jej antysemicki wpis na jednej z wystaw. W opinii Magdaleny Ogórek, wytykanie komuś tego, że jego ojciec zmienił imię i nazwisko (z Aron Berman na Wiktor Borowski) nie miało nic wspólnego z antysemityzmem, było jedynie „przejawem niezgody na zakłamywanie prawdy o stalinizmie”. Kronikarski obowiązek każe przypomnieć (albowiem Magdalena Ogórek ma ewidentne luki w pamięci), że cytowany przez Muzeum Polin wpis był próbą obrony Gowina, któremu Borowski (całkiem słusznie) zarzucił brak kręgosłupa. Jeżeli nic z tego nie rozumiecie, to mam dla Was dobrą (albo złą, zależy od Was) wiadomość – SLD nie wystawi was w wyborach prezydenckich.


Jeżeli zaś już jesteśmy przy lukach w pamięci Magdaleny Ogórek, to nie tak dawno temu, w trakcie jednego z wywiadów, odniosła się ona do swojego startu w Wyborach Prezydenckich 2015. Okazało się, że Magdalena Ogórek nie była kandydatką SLD, a poza tym „nigdy nie miała żadnych relacji z "tym środowiskiem".” Mam niejasne przeczucie, że SLD chciałoby, żeby to była prawda (i żeby np. okazało się, że wystawienie Magdaleny Ogórek w 2015r. było zwykłym koszmarem). Z drugiej zaś strony, wydawało mi się, że Magdalena Ogórek będzie nieco bardziej kreatywna i pójdzie drogą Stanisława Piotrowicza (aka „Towarzysz antykomunista”), który twierdził, że będąc w PZPR, walczył z systemem od środka. W jej przypadku byłoby to nawet sensowne, biorąc pod rozwagę fakt, że wystawienie jej w wyborach prezydenckich SLD było równoznaczne z autowyjebaniem się z parlamentu przez tę partię.


Historię o tym, że bezdomny dał którejś z organizacji Tadeusza Rydzyka dwa samochody, a potem umarł, zna prawie każdy. Ponieważ Tadeusz Rydzyk nie lubi niejasnych sytuacji, wyjaśnił, że bezdomny kupił te samochody za pieniądze, które wygrał w Totolotka. Niestety, nadal niejasne jest dla mnie to, czy umarł dlatego, że dał dwa auta Radiu Maryja (albo innej Telewizji Trwam), czy też umarł dlatego, że wygrał w Totka.


Czasem sobie myślę, że Ryszard Czarnecki nie istnieje i że jest to pseudonim jakiejś tajnej komórki komików, bo nie jest możliwe, żeby jeden człowiek był w stanie pisać tak wiele idiotyzmów, tak różnymi stylami. Mniej więcej w połowie marca Ryszard Czarnecki starał się udowodnić, że twierdzenia o izolacji Polski na arenie międzynarodowej to najzwyklejsze w świecie bzdury. Argumenty, których użył Czarnecki, są niepodważalne. Otóż. Karol Karski (to ten, który bawił się  na Cyprze w reenacting „Neverending Story”, z tym, że rolę Falkora grał melex, a Karski niewiele kontaktował) otrzymał doktorat honoris causa na jednym z Armeńskich uniwersytetów. Być może część z Was sobie pomyślała „no ale przecież to, że jakiś dzban dostał doktorat honoris causa na zagranicznym uniwerku, nie ma związku z polską polityką zagraniczną (a raczej jej brakiem)”. Moim zdaniem sprawa jest prosta. Jeżeli on, były Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, dostrzega tam jakiś związek przyczynowo skutkowy, to chyba jemu można bardziej wierzyć niż Wam!


Sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka obradowała (acz zastrzegam, że nie wiem, jak się nazywa to spotkanie kolesi przy kawie i ciastkach) sobie na temat tego, czy zygotariański projekt ustawy, w myśl którego suwak na linii kobieta--->inkubator należy przesunąć bardziej w prawo, niżby to wynikało z obecnie obowiązującej Ustawy o Planowaniu Rodziny, czy też zostawić ten suwak tam gdzie jest. Wynik obrad znamy (no pewnie, że komisja pod wodzą Towarzysza Antykomunisty uznała, że trzeba ten suwak przesunąć w prawo). W trakcie tego spędu, Stanisław Piotrowicz (przewodniczący komisji) w pewnym momencie odebrał głos organizacjom pozarządowym, które sprzeciwiały się zygotariańskiemu projektowi. Niespecjalnie mnie to dziwi, albowiem swego czasu, w trakcie obrad tej samej komisji, jednemu posłowi opozycji przestała działać karta do głosowania. „Towarzysz Antykomunista” powiedział wtedy: „pana głos i tak nic nie znaczy.”. Mam nadzieję, że Stanisław Piotrowicz zostanie kolejnym Człowiekiem Wolności tygodnika „Sieci”.


20 marca finał miała sprawa Agnieszka Pomaska vs Anna Kołakowska. Pozwolę sobie zacytować nieco dłuższy fragment tekstu na ten temat: „Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał radną PiS za znieważenie posłanki PO. Anna Kołakowska napisała o Agnieszce Pomaskiej, że "trzeba to coś złapać i ogolić na łyso".Zgodnie z wyrokiem, Anna Kołakowska musi zapłacić tysiąc złotych grzywny. Sąd Okręgowy w Gdańsku ogłaszając wyrok potwierdził, że radna PiS chciała poniżyć i wyrazić pogardę wobec Agnieszki Pomaskiej. Jednocześnie uznał, że Kołakowska publicznie nie nawoływała do zastosowania przemocy wobec posłanki PO.”. Zastanawia mnie to, na jakiej podstawie sąd uznał, że ten wpis nie był nawoływaniem do przemocy. Tzn. ja wiem, że Kołakowska twierdziła, że „ona by nikogo nie łapała i nie goliła na łyso”, ale to trochę tak, jakby ktoś stwierdził, że „trzeba by zajebać Kowalskiego”, a potem w sądzie tłumaczył, że „no przeca bym go nie łapał i nie zajebywał, no”. I nie, to nie jest sytuacja, w której jakiś wojownik klawiatury pisze idiotyzmy, na które nikt nie zwraca uwagi, bo ta kobieta ma powiązania ze skrajną prawicą i np. organizuje spędy, które mają blokować Marsze Równości i w trakcie których to spędów ziomale Kołakowskiej napierdalają się z policją. No ale, skoro Kołakowska powiedziała, że nikogo by nie łapała i nie goliła na łyso, to przecież możemy jej wierzyć, nieprawdaż? No a poza tym, to Kołakowska nie chodzi w koszulce z Marksem, więc na chuj ja się w ogóle czepiam.


23 marca w wielu miastach w Polsce odbyły się antyzygotariańskie protesty. Prawica spod znaku krzyża (ta sama, która wzywa Europę do „wstawania z kolan”) zareagowała w sposób standardowy, tzn. produkując narracje. Po pierwsze, prawie nikogo nie było, po drugie, to tylko skrajne feministki, po trzecie, porządne kobiety nie chodzą na marsze, tylko siedzą w domu, po czwarte, poczekajcie aż przyjdą islamiści, to oni wam dopiero pokażą! Przysłowiową cebulą na torcie był fakt, że zygotarianie (wspierani przez e-legiony naszych ukochanych władz) próbowali udowodnić, że jest ich więcej i zaczęli pompować hashtag #BiałyPiątek. Akcja ta skończyła się spektakularnym sukcesem, co wykazały analizy zasięgów. #Białypiątek miał jedynie 7 razy mniejszy zasięg od hashtagu #CzarnyProtest i prawie 11 razy mniejszy zasięg od hashtagu #CzarnyPiątek.


Temat zygotarian nierozerwalnie wiąże się z osobą Kai Godek (aka „Kafar Episkopatu”). Jakiś czas temu okazało się, że Kaja Godek zasiada w Radzie Nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych. O sprawie zrobiło się głośno dlatego, że stołki w tej konkretnej Radzie Nadzorczej rozdaje nasza ukochana władza. Kaja Godek na pytania dziennikarzy i internautów przeciwstawiła się siłom i godnościom osobistom. Najpierw stwierdziła, między innymi, że „każdy gdzieś pracuje” potem zaś dodała, że: „Gazeta Wyborcza nieustannie podnosi larum, że rodziny żyją w trudnej sytuacji, że należy dbać o rodziny, które mają niepełnosprawne dzieci, tymczasem mnie próbuje zwolnić z pracy”. Kaja Godek musiała być niezwykle pewna swoich kompetencji, skoro pytania o to, w jaki sposób dostała tę konkretną fuchę uznała za próbę „zwolnienia jej z pracy”. Ponieważ sprawa nie chciała przyschnąć, „Betonowa Kaja” wytoczyła cięższe działa i z wrażliwością godną zygotarianki oznajmiła, że (w skrócie) może i zasiada w Radzie Nadzorczej, ale przynajmniej nie obciąża podatników pobieraniem zasiłków, dodała również, że „Chyba w Polsce lepiej pobierać zasiłki – nie pracować i mieć święty spokój”. Mam nadzieję, że w ustawie, którą Kaja Godek przepycha przez Sejm jest zapis, który gwarantuje dożywotnie miejsce w Radzie Nadzorczej każdej kobiecie, która będzie musiała donosić ciążę, po wejściu tej ustawy w życie. Tak nieco bardziej na poważnie, niezwykle bawi mnie prawicowe pierdolenie o tym, że zasiłki „obciążają podatnika” w wykonaniu kogoś, kto dostał fuchę w paśniku, jakim są Spółki Skarbu Państwa.


Wróćmy na moment do tematyki „protestowej”. W trakcie warszawskiego #CzarnegoPiątku doszło do sytuacji, w której policja uznała, że musi interweniować. Jakaż to sytuacja? Otóż w tłumie odpalono kilka rac. Stróżom prawa bardzo szybko zwrócono uwagę na to, że jakoś tak się nie wyrywają do interwencji na Marszach Niepodległości, których uczestnicy odpalają pierdyliony rac. Na odpowiedź policji nie trzeba było długo czekać i na Twitterowym koncie tejże pojawił się wpis, z którego wynikało, że „Nie można porównywać dwóch różnych zgromadzeń o zupełnie innym charakterze (...)”. Nie mam pojęcia o czym ten człowiek do nas rozmawia. Przecież na Marszach Niepodległości spacerują rodziny z dziećmi! Przecież tam nie ma żadnych zbójów! Czemu więc policja, zabezpieczająca te marsze, nigdy nie „podjęła decyzji o interwencji celem pouczenia o zagrożeniu”? Czyżby nasi dzielni stróże prawa obawiali się rodzin z dziećmi? Swoją drogą, bardzo spektakularne jest to, że policja niemalże wprost przyznaje, że po prostu boi się interweniować w trakcie prawicowych spędów (bo niby jak inaczej zrozumieć ten „zupełnie inny charakter”?). Ja mam, w związku z tym, jedno, zajebiście ważne pytanie: skoro policja się ich boi, to jak się mają czuć zwykli, kurwa, obywatele? Jestem w stanie zrozumieć to, że policjant może nie chcieć dostać po mordzie od jakiegoś 120-kilogramowego brysia, który poci się ampułkami z winstrolem. Rozumiem, że policja powstrzymuje się od interwencji (i „pouczania”), żeby taka interwencja nie skończyła się zadymą. Ja to wszystko rozumiem, ale skoro tak jest, to może przestańmy udawać, że z prawicowe spędy nie są groźne? Ja wiem, że takie postawienie sprawy może wywołać dysonans poznawczy, bo na prawicowych spędach nikt nie nosi koszulek z Marksem, ale taki dysonans da się przezwyciężyć.


Policjant też człowiek, tak więc mogą się mu zdarzać pomyłki. Jedną z takich pomyłek było wtargnięcie do mieszkania jednej z dziennikarek, w celu dokonania przeszukania. Po trzech godzinach okazało się, że, niestety, pomylono adresy. Dziennikarka, co zrozumiałe, nagłośniła sprawę. Wtedy zaś, cały na biało, wszedł ktoś, kto obsługiwał twitterowe konto Policji i napisał, że skoro miała w mieszkaniu bałagan, jak na melinie, to się policjanci mogli pomylić, a ona, zamiast siedzieć cicho, jeszcze to nagłaśnia. Policja została za ten wpis zjebana na funty, co z kolei skłoniło Rzecznika Prasowego Komendy Głównej do napisania krótkiego oświadczenia, w którym przyznał się do tego, że (a jakże) wszystkiemu winna pomyłka. Zacytuję to oświadczenie w całości, bo jest ono wyborne: „Osobiście przepraszam. To był komentarz użytkownika podany na nasz profil zupełnie OMYŁKOWO skopiowany dalej. „Złośliwość rzeczy martwych”. Nie powinno mieć to miejsca. Zamiast - zwracamy uwagę, aby tak nie pisać nawet w komentarzach skopiowało na profil. Natychmiast usunęliśmy.”. Ja to może prosty troll jestem, ale w jaki sposób można OMYŁKOWO skopiować wpis jakiegoś użytkownika na swoje konto i to opublikować?  O wiele bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym konto policji obsługiwane jest przez dobrozmianowe trolle internetowe, które mają pod opieką sporo innych kont. Innymi słowy – ten komentarz (o dziennikarce, która ma bałagan) miał się pojawić na Twitterze, ale jego „autorem” nie miało być oficjalne konto policji (po prostu ktoś się jebł był przy przelogowywaniu), tylko jakiś troll z husarią w awatarze. 


Do malutkiej pomyłki doszło również podczas posiedzenia Komisji Do Spraw Udowodnienia, Że Za Amber Gold Odpowiada Donald Tusk. Komisja miała przesłuchać agentkę ABW i okazało się, że oprogramowanie (lub urządzenie) do zniekształcania głosu zadziałało z opóźnieniem. Szef ABW podszedł do sprawy bardzo poważnie i oświadczył, że „nie doszło do ujawnienia danych umożliwiających identyfikację byłego funkcjonariusza ABW”. Najprawdopodobniej szef ABW uznał, że agentka była z głosu podobna zupełnie do nikogo, więc nie ma się o co martwić.


Premier Mateusz Morawiecki, w liście do żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej napisał, że „służba WOT łączy rodziny i pokolenia, bo w szkoleniach biorą udział zarówno rodzice, dzieci, a także rodzeństwa czy małżeństwa.” Muszę przyznać, że się wzruszyłem, bo premier uświadomił mi, że rodziny mogą spędzać razem czas, dzięki szkoleniom WOT. Ponadto, jestem spokojny o los mojej ojczyzny, której te rodziny będą bronić. Żaden oddział nie miałby szans w starciu z Bojowymi Rodzinami, bo wroga piechota powypierdalałaby się na grillach, koszykach piknikowych, butelkach po piwie i ogniskach.


Na deser zostawiłem sobie kwestię sondaży. Doszliśmy bowiem (po raz kolejny) do momentu, w którym Prawo i Sprawiedliwość uznało, że sondaże nie są wiarygodne. Czemu tak się stało? Bo partia Jarosława Kaczyńskiego lekko zapikowała w sondażach (spadki, w zależności od sondażu wahały się od 12 do 7 punktów procentowych). Na pierwszy ogień poszedł Wielki Strateg, który powiedział, że „Z szacunkiem i pokorą odnosimy się do wyników badań, ale też wiemy, jak są prowadzone, w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że mam nadzieje, że prezes wie również, jak są robione sondaże, w których PiS ma wysokie poparcie, ale ponieważ nie jestem złośliwy, to przejdę od razu do kolejnego mędrca komentującego sondażowe spadki. Mędrcem tym był Patryk Jaki. Jego zdaniem „Wiele wskazuje, że ten sondaż mógł być "podprowadzany" (…) Tzn. że pojawiły się tam dwa pytania, jedno pytanie dotyczyło nagród dla (członków) rządu, które wiadomo, że są niepopularne i kolejne pytanie dotyczyło poparcia dla partii. I to powoduje, że jest wtedy nienaturalny. Socjologowie mówią, że to jest najlepszy sposób, żeby zmanipulować sondaże”. Wrodzony brak złośliwości powstrzymuje mnie przed napisaniem o tym, że dobrze, że sondaże, w których PiS miał 50% poparcia nie były „podprowadzane”. Nieco zaś bardziej na serio. Jeżeli jesteście ciekawi, skąd u Jakiego wziął się pomysł z pytaniami wprowadzającymi do sondażu, to już odpowiadam – z artykułu „Jak funkcjonuje w Polsce rynek badań opinii - Montaże w sondażach" zamieszczonego na portalu Polityka.pl (link w źródłach). O ile mnie pamięć nie myli, ten sam artykuł pojawił się w, którymś numerze "Polityki". W artykule tym opisano między innymi to, jak jedna firma zrobiła sondaż, z którego wynikało, że na „Republikanów" Wiplera chciało głosować 19% Polaków (wynik ten uzyskano właśnie dzięki pytaniom "wprowadzającym"). Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że Patryk Jaki o tym podprowadzaniu opowiadał po pierwszym "spadkowym" sondażu i chyba darował sobie te bredni po tym, jak posypały się kolejne "spadkowe". W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nie jestem fanem jarania się sondażami poparcia, ale niezmiennie bawi mnie to, jak ktoś kto się nimi jara (politycy, mediaworkerzy i fani PiS-u) kiedy są dla niego dobre, a dostaje biegunki kiedy okazuje się, że mu słupki spadają.


Źródła:

http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1110299,wywiad-dgp-z-andrzejem-duda-o-ustawie-o-ipn.html


http://www.rp.pl/Rzad-PiS/180329607-Jaki-Moze-popelnilem-jakies-bledy-ws-ustawy-o-IPN.html




https://twitter.com/Jaroslaw_Gowin/status/679777329577590784












https://dorzeczy.pl/kraj/59820/Wygral-w-totolotka-O-Rydzyk-opowiada-o-bezdomnym-ktory-przekazal-mu-dwa-samochody.html


https://www.youtube.com/watch?v=hMNJYcjqCv8&feature=youtu.be








https://oko.press/kaja-godek-zasiadam-radzie-nadzorczej-wiec-podatnicy-oszczedzaja-szczyty-bezczelnosci/



https://dorzeczy.pl/kraj/59561/Doszlo-do-ujawnienia-danych-bylej-agentki-ABW-Szef-Agencji-zaprzecza.html



https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1701080,2,jak-funkcjonuje-w-polsce-rynek-badan-opinii.read


piątek, 9 marca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #25/#26

Zanim przejdę do właściwych hejtów, chciałbym napisać kilka słów o powodach, dla których niniejszy przegląd miał delikatny (niczym muśnięcie stepowego motyla) poślizg. Chyba każdy miał do czynienia ze zjawiskiem, jakim jest „fuckup w pracy”. Niestety, nie mogę się podzielić szczegółami tego, który mi zafundowano, ale postaram się wam przybliżyć jego skalę. Tak więc wyobraźcie sobie, że dzwonią do Was „z pracy” i informują, że właśnie wyjebało w powietrze pół budynku, w którym pracujecie, bo prezes nacisnął olbrzymi przycisk z napisem „naciśnięcie skończy się wyjebaniem w powietrze połowy budynku” (o tym, że ów napis został na przycisku umieszczony przez tegoż samego prezesa, nie warto wspominać) i że fajnie by było, gdybyście coś na to poradzili. Myślicie sobie „nic to, zawsze mogło być gorzej, bo została jeszcze druga połowa” i zbieracie się do roboty, wymyślając sposoby na poskładanie do kupy tej rozjebanej połowy. Idąc do pracy, mijacie Czterech Jeźdźców Apokalipsy, którzy oznajmiają Wam, że przed momentem byli u Was w robocie i usiłowali zmierzyć poziom fuckupu (bo myśleli, że to może być początek Armageddonu), ale zabrakło im skali, więc profilaktycznie wolą się w to nie mieszać. W tym momencie zdajecie sobie sprawę z tego, że być może będziecie mieli do czynienia z czymś znacznie gorszym od Festiwalu Piosenki Smoleńskiej, bądź też „Toksyny” autorstwa Sławomira Jastrzębowskiego. Kiedy już docieracie na miejsce i próbujecie pozbierać tę rozjebaną połowę, słyszycie rumor, bo oto okazuje się, że jeden z przybocznych prezesa, mając do wyboru dwa przyciski – jeden z napisem „może pomóc, a już na pewno nie zaszkodzi” oraz drugi, z napisem „wciśnięcie grozi rozjebaniem wszystkiego do reszty”, wcisnął ten drugi. Przyboczny prezesa przez dłuższy czas wpatrywał się w gruzowisko intensywnie, niczym Antoni Macierewicz w brzozę, po czym powiedział „odnoszę wrażenie, że nie mam odpowiednich kwalifikacji, lepiej będzie, jak ktoś mnie zastąpi”. W momencie, w którym zaczyna się Wam wydawać, że najgorsze już minęło, nagle ktoś mówi „potrzymaj mi piwo”. Tyle tytułem wstępu, ponieważ zaś przerwa była dość długa – niech Was nie dziwi to, że część „newsów” będzie dość mało newsowa.

Zazwyczaj staram się w hejtowaniu zachować chronologię, jednakże tym razem zrobię wyjątek, bo w przeciwnym wypadku pół Przeglądu będzie zajebane nowelizacją ustawy o IPN. Ponieważ zaś o tej nowelizacji (jej efektach/etc.) można by było napisać książkę, ograniczę się do trzech najbardziej spektakularnych spraw. Po pierwsze, urzekająca była narracja rządu i rządowych mediów, z której wynikało, że w sumie to nie wiadomo czemu się „zagranica” czepia tej ustawy, bo przeca wcześniej nikt się tym nie interesował. Po jakimś czasie okazało się, że w sumie to zagranica interesowała się tą ustawą i nawet odbyło się w tej sprawie spotkanie, które zostało podsumowane w notatce. Co się stało z tą notatką? Ugrzęzła w MSZ. Po drugie, Reduta Dobrego Imienia (jeżeli nie wiecie, co to za twór, to szczerze Wam zazdroszczę), podpierając się nowelizacją (która miała być „zamrożona” do momentu, w którym Trybunał Przyłębski się do niej nie odniesie), pozwała jeden z argentyńskich portali za to, że ”artykuł o zabijaniu przez polskich sąsiadów polskich Żydów w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku zilustrował zdjęciem zabitych przez UB „wyklętych” zrobionym w 1950 roku” (jeżeli kogoś interesują szczegóły, to podrzucam w źródłach link do Oko Press). Efekt pozwu był następujący: „Media argentyńskie wyrażają solidarność z portalem „Pagina 12” i publikują na swych niedzielnych portalach artykuł zamieszczony przez „Pagina 12” w dniu 18 grudnia 2017 wraz ze zdjęciem.” Po trzecie, przysłowiową cebulą na torcie było to, co rządzący (wspierani przez rządowe media) odjebali w przeciągu ostatnich dni. Przedwczoraj (Przegląd zacząłem pisać 8-go) na Onecie pojawił się artykuł, w którym stało, że w MSZ jest notatka o tym, że (upraszczając) USA sugeruje Polskiemu rządowi, żeby się, kurwa, ogarnął. Reakcja rządu i rządowych mediów (oraz „niezależnych internautów”, którzy „demaskowali fejka Onetu”) była łatwa do przewidzenia: „gówno prawda, to fejk nius!”. Onet się wkurwił i ujawnił fragment tej „nieistniejącej notatki”. W tym momencie wchodzi MSZ, cały na biało, i oznajmia, że ktoś tu chyba będzie miał problemy prawne, bo „Dokument opisany przez Onet.pl ma charakter niejawny”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) to napisałbym, że dziennikarze Onetu mogą mieć problemy z powodu ujawnienia nieistniejącego dokumentu. Podsumowując tę (nie bójmy się tego słowa) gównokalipsę: Rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do konfliktu dyplomatycznego ze Stanami Zjednoczonymi, forsując ustawę, którą w najlepszym wypadku można określić mianem „chujowej”, o czym może zaświadczyć pierwsza próba przywalenia tą ustawą argentyńskiemu portalowi. Tak zupełnie bez związku z całą sprawą, ktoś może wie, jak po rosyjsku będzie „wstawanie z kolan”?

Oskarżany o korupcję senator Stanisław Kogut „wpłacił na konto prokuratury w Katowicach milion złotych kaucji. Część pieniędzy zebrano od anonimowych darczyńców, którzy chcieli wspomóc Koguta”. Mam nadzieję, że wyżej wymienieni darczyńcy nie byli bezdomni, bo może się to dla nich źle skończyć...

Założona przez Tomasza Sakiewicza Fundacja Niezależne Media (doskonały żart, który można porównać chyba jedynie z paskiem „Samuel Pereira – dziennikarz”) miała otrzymać 6 baniek z UE na projekt o nazwie „puszcza.tv” (chodziło o portal). We wcześniejszym zdaniu kluczowe jest słowo „miała”, albowiem okazało się, że jednak nie dostanie. Wszystko bowiem szło dobrze (tzn. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska  klepnął wniosek) do momentu, w którym kasa została zablokowana przez Europejski urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. Jedno wszczęte przez NFOŚ dochodzenie później, Niezależne Media wycofały wniosek o dofinansowanie. Sytuacja ta jasno pokazuje, że bycie niepokornym nie popłaca... Nawiasem mówiąc, dziwi mnie to, że ministerstwo (pod wodzą ministra Szyszki) zgodziło się na to, żeby portal miał nazwę „puszcza.tv”. Po Szyszce spodziewałbym się promowania nazwy „wycinka.tv” i domagania się tego, żeby na portalu zamieścić symulator Harvestera. 

Mimo zapewnień rządu Prawa i Sprawiedliwości, że Polacy nie ucierpią na Brexicie, są już pierwsze jego ofiary. W Guardianie pojawił się artykuł, w którym (w skrócie) stało, że Rafał Ziemkiewicz może nie zostać wpuszczony na teren Wielkiej Brytanii. Ziemkiewicz zareagował na to w sposób, którego można się było spodziewać po atencjuszu o bardzo wrażliwym ego, czyli zapadł na biegunkę słowną. No bo, co prawda, Ziemkiewicz twierdzi, że każde państwo powinno móc kontrolować to, kto do tego państwa wjeżdża, ale mechanizm ten, co zrozumiałe, nie powinien dotyczyć Ziemkiewicza. W trakcie swojej biegunki, Ziemkiewicz oburzył się na brytyjską posłankę za to, że nazwała go skrajnie prawicowym mówcą (w oryginale było „far right speaker”) i odćwierknął „jak śmiesz mnie tak nazywać” („How dare You call me like that?”). Potem przeszedł do kontrataku i napisał „list do Guardiana” (acz nie wiem, czy ten „list” wysłał, czy też ograniczył się do opublikowania go na swoim koncie na FB), w którym to (trzymajcie się czegoś) hejtował Guardiana za to, że nikt tam nie zrobił poprawnego riserczu o nim, bo jak oni mogą pisać, że jest „far-right”, skoro napisał dużo książek i niektóre z nich się bardzo dobrze sprzedają. Później nastąpił foch i Ziemkiewicz oznajmił, że odwołuje swoją wizytę na Wyspach (po czym nastąpiło jeszcze kilka artykułów o jego moralnym zwycięstwie). Jeden z drugoplanowych bohaterów „Czasu apokalipsy” twierdził, że „uwielbia zapach napalmu o poranku”, ja zaś lubię obserwować naszych rodzimych królów bajeru/mistrzów autokreacji, którym zdarza się przypierdolić w ścianę z napisem „rzeczywistość”. Ujmujące jest to, że Ziemkiewicz chyba na serio uważa, że w jego wpisach/wypowiedziach nie można znaleźć nic, co sugerowałoby jego przynależność do skrajnej prawicy. Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu wspomnieć, że moim zdaniem Ziemkiewicz nie ma absolutnie żadnych poglądów. Robi to, co robi, bo trafił mu się taki a nie inny segment rynku (przygłupia prawica). Gdyby okazało się, że na byciu lewakiem można zarobić więcej kasy, to Ziemkiewicz próbowałby się zapisać do partii Razem i zacząłby chodzić na manifestacje antyfaszystowskie (zaś swoich dotychczasowych „kolegów po poglądach” zacząłby nazywać chorymi zjebami).

Mniej więcej w połowie lutego zmarło się reżyserowi Antoniemu Krauze. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie to, że w sprawie tej wypowiedział się Wielki Filmoznawca, Jarosław Kaczyński: „Jestem przekonany, że to jest jeden z tych ludzi, którzy odeszli przedwcześnie - a mogliby żyć może wiele lat - właśnie dlatego, że byli przedmiotem ataku, dyfamacji, (...) hejtu”. Rzecz jasna, Wielki Filmoznawca miał na myśli to, że nie wszystkim podobał się „Smoleńsk”. Parafrazując klasyka, jestem przekonany, że gdyby „Smoleńsk”, nie był propagandowym gniotem, który był tak chujowo nakręcony, że nawet Tommy Wiseau, stwierdziłby, że to przesada, to mało kto by ten film (a co za tym idzie, jego reżysera) hejtował. Tak nieco bardziej na poważnie, ja „Smoleńsk” obejrzałem (albowiem, jak już wcześniej wspominałem, jestem koneserem chujni). To, że film był źle nakręcony (zagrany/etc.), to jedno. Tym, co nieco mnie osłabiło, była propaganda. Wyobraźcie sobie, że ktoś Wam wrzuca do mieszkania cegłę (razem z szybą okienną, ma się rozumieć) owiniętą w kartkę z napisem „W Smoleńsku był zamach, ty tępy chuju”. „Smoleńsk” był znacznie mniej subtelny.

Bardzo możliwe, że wypowiedzi Kaczyńskiego (o Krauze) były sprostowaniem wypowiedzi rzeczniczki rządu, która tego samego dnia powiedziała, że jeżeli chodzi o katastrofę smoleńską to: „Mówimy o śmierci 96 osób i ja nie znajduję tu miejsca na politykę, na upolitycznienie”. Rzeczniczka powinna się mieć na baczności. Poprzedniczce Premiera Tysiąclecia, której nazwisko zaginęło w pomroce spinów i narracji (albowiem na niebie nie mogą świecić dwa słońca), zdarzyło się powiedzieć, że „nie widzi potrzeby rekonstrukcji rządu”. Wiadomo, jak się to potem dla niej skończyło... 

Wicepremier Jarosław Gowin (jedna z największych zagadek współczesnej ortopedii) nie krył oburzenia decyzją sądu, który odmówił zarejestrowania partii „Porozumienie” (sąd uznał, że nazwa jest zbyt podobna do już istniejącego „Porozumienia Polskiego”). Muszę przyznać, że mnie też oburza postawa sądu. Gdzie w tym wszystkim miejsce na konstruktywną krytykę? Czemu sędzia nie zaproponował innej, bardziej adekwatnej nazwy? Przecież gdyby sędzia zaproponował Gowinowi nazwę taką, jak „rotacyjność”, to Gowin na pewno by się na to zgodził. Zwłaszcza, że mógłby taką partię zarejestrować pod „pełniejszą” nazwą: Rotacyjność Jarosława Gowina.

Minister Joachim Brudziński zwrócił się z prośbą do premiera o powołanie Międzyresortowego Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Propagowaniu Faszyzmu i Innych Ustrojów Totalitarnych oraz Przestępstwom Inspirowanym Nienawiścią na Tle Różnic Narodowościowych, Etnicznych, Rasowych, Wyznaniowych albo ze względu na Bezwyznaniowość.
Pewnie nie uwierzycie, ale wystarczy w tej nazwie zmienić kilka liter i wyjdzie „kurwa, chyba trochę przesadziliśmy ze szczuciem Polaków na uchodźców i teraz musimy jakoś z tego wybrnąć wizerunkowo, mam nadzieję, że Tarczyński i Pięta nie dowiedzą się o istnieniu tego zespołu, bo mnie zwyzywają od lewaków i powiedzą, że roznoszę choroby”.
 
Jeden z prezydenckich doradców, Andrzej Zybertowicz, znalazł sposób na poprawę wizerunku Polski: „Podobnie jak wydajemy miliardy na modernizację wojska, trzeba wydawać nie miliony, ale setki milionów na ochronę naszego wizerunku”. Biorąc pod rozwagę dotychczasowe dokonania Dobrej Zmiany w zakresie „ochrony wizerunku Polski”, lepiej byłoby ograniczyć im budżet „wizerunkowy” do zera. Choćby dlatego, że mało komu chciałoby się robić taki rozpierdol w polityce zagranicznej w czynie społecznym.

W tym miejscu będzie kawałek na poważnie, więc jeżeli ktoś się nie chce wkurwiać, to niech przeskoczy do kolejnego akapitu, bo niniejszy kawałek może go striggerować. Ordo Iuris jest tworem na tyle rozpoznawalnym, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Przywykłem do tego, że członkowie tej organizacji jarają się konserwatywnymi idiotyzmami, ale muszę przyznać, że jeden z ich tweetów, wpędził mnie w nielichą zadumę. Otóż jakiś dr hab. chuj wie kto, z uczelni chuj wie gdzie, był łaskaw powiedzieć „Jeszcze w latach 60 i 70, dla każdego było oczywiste jak pielęgnować niemowlę – dziś rodzice studiują poradniki i przeżywają udrękę „czy ja dobrze to robię?”. Niepewność w relacji do świata jest charakterystyczna dla ponowoczesności”. Większość prawicowo-konserwatywnych narracji(które sprowadzają się głównie do hejtowania osób homoseksualnych, in vitro, aborcji, związków partnerskich/etc./etc.) to narracje, które jakoś tam się ze sobą wzajemnie łączą. Tzn. czasem łączą się tylko w głowach prawicowych-konserwatystów,  ale jeżeli ktoś się postara (i nie obawia się nabywania kolejnych Punktów Obłędu), to jest w stanie prześledzić to, w jaki sposób, na ten przykład, dzielna konserwa połączyła in vitro z aborcją. Wziąwszy to pod rozwagę, nie mam, kurwa, pojęcia, co trzeba mieć w głowie, żeby hejtować rodziców, którzy martwią się o to, czy dbają o swoje dziecko tak, jak powinni. W teorii mógłbym to jeszcze jakoś skomentować, ale w praktyce nie chciałbym wyczerpać limitu wulgaryzmów przed końcem Przeglądu.

Zdobywanie wiedzy nie zawsze odbywa się bezboleśnie. Tzn. może inaczej, czasem dowiedzenie się czegoś sprawia, że macie ochotę wydłubać sobie ten kawałek mózgu, w którym owa informacja została zapisana. Podobnie było ze mną, kiedy dowiedziałem się o tym, że Sławomir Jastrzębowski (aka „Triceps dla Wyklętych”) napisał książkę. Książką tą zachwycił się Rafał Ziemkiewicz i był łaskaw napisać o niej na swoim FB. Pozwolę sobie zacytować fragment: „Trochę się obawiam, że dla przeciętnego czytelnika ta książka może okazać się zbyt literacka, zbyt elitarna i wysublimowana - a wielka szkoda, bo jest w niej wiele głębokiej prawdy o naszej żmudnej, dziennikarskiej robocie.”  (linkuję całość recenzji, bo jest jeszcze bardziej wartościowa niż cytaty z „Toksyny”, wrzucone przez „Asz Dziennik”). Zacznę od tego, że doceniam upór Ziemkiewicza, który uznał, że to, że nauczył się w dzieciństwie pisać, oznacza, że wszyscy powinni go uważać za dziennikarza. Co prawda, to trochę tak, jakbym ja chciał, żeby ludzie uważali mnie za żołnierza jednostki GROM, tylko dlatego, że kiedyś miałem wojskowe buty, ale nie czepiajmy się szczegółów. Urzekło mnie natomiast to, co Ziemkiewicz napisał o przyczynach, dla których książka może się ludziom nie spodobać. Urzekło mnie to na tyle, że prawie się spierdoliłem z krzesła ze śmiechu (mam nadzieję, że powyższy opis jest wystarczająco literacki, elitarny i wysublimowany). Nieco zaś bardziej na serio, nieodmiennie bawi mnie u Ziemkiewicza to, że z jednej strony gardzi on „salonem” i „elitami”, z drugiej zaś potrafi się tak zagalopować w swoich tyradach, że nawet te „elity” uznałyby go za snoba. Ziemkiewicz nie mógł poprzestać na tym, że książka się mu podobała. Musiał jeszcze dodać, że suweren może być zbyt głupi, żeby ją zrozumieć. Z niecierpliwością czekam na moment, w którym w jednym z tekstów RAZ-a padnie „być może nie zrozumieliście tej książki/wypowiedzi/etc., ale to nie wasza wina, nie wszyscy mogą być Ziemkiewiczami.

Pod koniec lutego okazało się, że poprzedniczka Premiera Tysiąclecia (nie pamiętam, czy była to Beata Morawiecka, czy też Mateusz Szydło?) przyznała sobie nagrodę w wysokości 65 tysięcy złotych. Biorąc pod rozwagę to, jak skończyło się jej premierowanie, te 65 tysięcy można spokojnie uznać za nagrodę pocieszenia. 

Dzień po newsie o nagrodzie dla poprzedniczki Morawieckiego (obiecuję, że przed następnym przeglądem zrobię risercz i postaram się ustalić jej imię i nazwisko) Jarosław Gowin postanowił podzielić się ze społeczeństwem swoją traumą związaną z ubóstwem. Okazało się, że w czasach, w których był on ministrem sprawiedliwości, zarabiał tak mało (w przybliżeniu 17 tysięcy miesięcznie), że nie starczało mu do pierwszego. Niestety, wypowiedź ta nie spotkała się ze zrozumieniem i do traumy związanej z ubóstwem, Gowinowi doszła jeszcze trauma związana z przepraszaniem za ubóstwo. Nawiasem mówiąc, swego czasu zastanawiałem się nad tym, czemu Gowin poświęcał tyle uwagi zarodkom. Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na to pytanie i tą odpowiedzią jest dysleksja. Dyslektykom (do których zalicza się niżej niepodpisany) zdarza się czasem pomylić litery w środku wyrazu. Najprawdopodobniej tak właśnie było z Gowiniem, który dawno temu usłyszał krzyk zamrażanych zarobków, a potem wstyd mu się było przyznać do pomyłki. W tym miejscu pozwolę sobie na napisanie czegoś „na serio”. Wkurwia mnie okrutnie utyskiwanie na to, że „ministrowie i wiceministrowie zarabiają niewiele”. Jeszcze bardziej zaś wkurwia mnie tłumaczenie, że na tych ludziach spoczywa olbrzymia odpowiedzialność i to powinno mieć jakieś odzwierciedlenie w zarobkach. Może ujmę to inaczej, gdyby ministrami i wiceministrami zostawali fachowcy, to ja bym się do tej retoryki przychylił. Tyle że w sytuacji, w której ministrami/wiceministrami zostają „fachowcy” w rodzaju Gowina (który mógłby być ministrem czegokolwiek), Ziobry, Jakiego, Szyszki, Waszczykowskiego, Kownackiego etc. etc., to całe to gadanie o „fachowcach” jest po prostu idiotyczne. Jeżeli komukolwiek należałyby się podwyżki, to szeregowym pracownikom ministerstw, którzy pchają wszystko do przodu pomimo tego, że ich szefami są wyżej wymienieni.

Zdzisław Krasnodębski został Pełniącym Obowiązki Ryszarda Czarneckiego w Parlamencie Europejskim. Lepszej osoby do tej roboty nie dałoby się znaleźć, albowiem swego czasu Krasnodębski klarował na swoim koncie Twitterowym, że „Jeśli politycy EU nadal będą działać z takim taktem politycznym i znajomością rzeczy,wkrótce i w Polsce staniemy przed koniecznością referendum”. W tym miejscu znowu muszę napisać coś „na serio”. Świeżo upieczony wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego oświadczył, że „Gdyby nie sygnały i wiadomości płynące z Polski, oczerniające nasz kraj, to nigdy by nie doszło do takiej sytuacji jak uruchomienie art. 7”. Na pierwszy rzut oka ta wypowiedź jest dość standardowa, jak na przedstawiciela Dojnej Zmiany. Według narracji budowanej przez rząd i rządowe mendia, cały problem z EU (KE i tak dalej) wziął się stąd, że „określone środowiska donoszą na Polskę”. Innymi słowy, ta wypowiedź jest typowym przekazem dnia. Tylko, że to, niestety, nie jest przekaz dnia. Ci ludzie wierzą w to, co mówią i to jest, kurwa, trochę straszne. W olbrzymim uproszczeniu, kontakty między państwami wyglądają tak, że z jednej strony władze państw wysyłają sobie „oficjalne przekazy” (takim „oficjalnym przekazem” mogą być również nieformalne kontakty, o których opinia publiczna nie jest informowana). Z drugiej strony te same władze mają ludzi, którzy starają się ustalić, czy ten „oficjalny przekaz” ma jakieś pokrycie w rzeczywistości, czy też jest to blef/ściema. I nie chodzi tu nawet o kwestie wywiadowcze (choć to też jest dość istotny element), ale o analizowanie ogólnodostępnych informacji. W tym miejscu jakiś zabłąkany DobroZmianowicz może zakrzyknąć „ha!, a więc jednak winna jest „Wyborcza” i jej artykuły!”. No więc niezupełnie. To nie jest tak, że „Wyborcza” napisze artykuł, a rozgrzana Komisja Europejska momentalnie zaczyna glanować Polski Rząd. Ów artykuł jest analizowany i ci sami ludzie, którzy przebijają się przez „oficjalne przekazy”, starają się ustalić, czy mamy do czynienia z histerią redaktora, czy też redaktor opisuje stan faktyczny. W przypadku zmian w sądownictwie weryfikacja była dość prosta, bo wystarczyło przeanalizować konkretne ustawy i ich potencjalny wpływ na sądownictwo w Polsce. A teraz sobie wyobraźcie, jak „oficjalny przekaz” polskich władz „nic się nie dzieje, suweren nas wybrał, wprowadzamy zmiany, które uzdrowią sądownictwo” był odbierany przez władze, po tym, jak analitycy z tych państw przekopali się przez te wszystkie ustawy. Zapewne mniej więcej tak: „władze Polski robią nas w chuja”. No to teraz sobie wyobraźcie, że w EU jest państwo, którego władze mają w dupie „przebijanie się przez oficjalne przekazy”, zaś informacje o innych państwach czerpią z mediów. Na swoje nieszczęście, czerpią je z mediów, którymi sterują. Jak się zapewne domyślacie, tym krajem jest Polska. I nie, to nie jest tak, że przeczytałem wpis Krasnodębskiego i wyciągnąłem swoje wnioski z przysłowiowej dupy. Pod koniec grudnia zeszłego roku, ówczesny szef MSZ był łaskaw powiedzieć: „Chcemy docierać do poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej, by otrzymywały informację na temat Polski z pierwszej ręki, a nie tylko za pośrednictwem Komisji Europejskiej”. Coś takiego mógł powiedzieć człowiek, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że państwa mają swoje własne metody pozyskiwania informacji i niekoniecznie muszą się sugerować opinią Komisji Europejskiej. Jeżeli ten człowiek jest szefem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to zasadne byłoby zacytowanie fragmentu „Seksmisji”: „Ciemność, widzę ciemność”, bo to oznacza, że jesteśmy w czarnej dupie.

Adam Bielan postanowił pójść w ślady Jarosława Gowina: „Piątkowym gościem Konrada Piaseckiego był Adam Bielan, który został zapytany wprost o swoje zarobki. Polityk zdradził, że "na rękę" zarabia około 10 tys. złotych. Jego zdaniem są to dobre pieniądze, lecz - jak mówi - gdyby żona nie zarabiała, przy dwójce dzieci byłoby już gorzej, w Warszawie, bo koszty życia w Warszawie są większe(...).  Puentą do tej wypowiedzi niech będzie fragment oświadczenia majątkowego Adama Bielana (za rok 2016): Środki pieniężne zgromadzone w polskiej walucie 760 tysięcy PLN. Papiery wartościowe: fundusze inwestycyjne i obligacje na kwotę 600 tysięcy PLN.

Źródła:















https://www.wprost.pl/kraj/10107229/premie-dla-beaty-szydlo-przyznala-beata-szydlo-pseudonagrody-wyplacono-na-gebe.html



https://twitter.com/zdzkrasnodebski/status/720293817652391936





sobota, 10 lutego 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #24

W literaturze i kinematografii można bez problemu odnaleźć utwory, których bohaterowie mają problemy z ustaleniem, czy otaczająca ich rzeczywistość jest (upraszczając) „rzeczywista”. Można w tym miejscu wymienić „Kongres Futurologiczny” Stanisława Lema, „Ubika” Philipa K. Dicka, czy choćby pierwszą część trylogii „Matrix”. Wspominam o tym dlatego, że na Twitterze istnieje pewien byt zwany Jackiem Piekarą, któremu wydaje się, że jest bohaterem jednej ze swoich książek i że może pisać wszystko, bo to przecież „nie jest naprawdę”. Jego twitterowa twórczość obejmuje między innymi dywagacje na temat tego, że w sumie w Sejmie to mogłyby się ostać jeno PiS i KUKIZ (łaskawie dorzuciłby jeszcze „kilkunastu KORWINowców, by pokazać inne spojrzenie na gospodarkę”). Tym niemniej, spora część jego wpisów mogłaby być podpisywana sygnaturą „uprzejmie proszę o pozwanie mnie” (główny zainteresowany zdawałby sobie z tego sprawę, gdyby nie to, że rozminął się z rzeczywistością). Pan Jacek oddalił się od rzeczywistości tak daleko, że chyba nawet wyrok sądu w sprawie Wellman vs Piekara nie pomoże mu odnaleźć drogi powrotnej. 

Nadzwyczajna kasta, przed którą przestrzegają nas politycy Prawa i Sprawiedliwości, po raz kolejny dała o sobie znać i sprzeciwiła się aresztowaniu senatora Stanisława Koguta z Prawa i Sprawiedliwości.

Muszę przyznać, że byłem zaskoczony reakcją prawicowych tuzów na „Superwizjer”, z którego wynikało, że są w Polsce ludzie, którzy obchodzą urodziny Adolfa Hitlera. Urodziny, jak to urodziny, nie mogły się obejść bez tortu. Ten konkretny tort był nieco niestandardowy, bo ułożono na nim swastykę z wafelków. Dzięki tym wafelkom zwykły tort zamienił się w Wunderwaffel. No, ale to tylko dygresja, bo tu chodzi o reakcję prawicowych tuzów. Po Marszu Niepodległości, na którym pojawiła się ziomberiada obwieszona tzw. „celtykami”, Sławomir Cenckiewicz (który podobnież ma coś wspólnego z historią) wrzucił na swojego Twittera zdjęcie tzw. „Wysokiego Krzyża” i dodał, że „na Wyspach Brytyjskich faszyści z ONR i MN stawiali swoje znaki już w V wieku...”. Zdziwiło mnie to, że tenże sam Cenckiewicz nie stanął w obronie swastyki, bo przeca młodzieńcy ułożyli jedynie „azjatycki symbol szczęścia” z wafelków, a ludzie się do nich przypierdalają... 

Materiał „Superwizjera” zmotywował do działania rządowych mediaworkerów. Efektem był artykuł (zamieszczony na TVP.Info) pt. „Nie tylko nazizm problemem. Na Facebooku promują komunizm”. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie zadaje pytanie: „w jaki sposób udało im się połączyć neonazistów z komunizmem”, to mam mu do powiedzenia tylko trzy słowa: pakt Ribbentrop Mołotow.

Na Wuderwaffel zareagował również Patryk „żywiołak marketingu politycznego” Jaki, który stwierdził, że „gdyby PO zrobiła porządek z radykalnymi nacjonalistami, dziś nie musiałby się tym zajmować”. To był follow up, bo dzień wcześniej oznajmił: „Jest wniosek od delegalizację neonazistów. Prokuratura właśnie zatrzymała 3 mężczyzn (w tym Mateusza S., przewodniczący stowarzyszenia). Wszystko w ponad 48 h. Tak działa sprawne państwo”. Gdybym był złośliwy (a przecież nie jestem), to poprawiłbym tę wypowiedź i brzmiała by ona tak: „Gdybym zrobił porządek z radykalnymi nacjonalistami już na początku swojego ministrowania, to dziś nie musielibyśmy się tym zajmować”. Prawda jet bowiem taka, że, owszem, to, o czym wspomniał Jaki, zajęło 48 godzin, ale zainteresowano się tym tylko i wyłącznie dlatego, że kupa ludzi zobaczyła „Superwizjer” i rząd nie mógł udawać, że w Polsce nie ma żadnego problemu z radykałami. Kluczowe w poprzednim zdaniu jest słowo „udawać”, bo przez 2 lata udawano, że problem nie istnieje i że to wszystko są młodzi patrioci, których hejtuje lewactwo etc., etc. Aczkolwiek, Jaki ma trochę racji – albowiem żaden z poprzednich rządów (w tym rząd Premier Tysiąclecia ver. 1.0) nie zajął się na poważnie radykałami. 

Do całej sprawy odniosło się też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (Oddział Warszawski), które powinno zmienić nazwę na „Stowarzyszenie Spindoktorów Prawa i Sprawiedliwości”. Wystosowało pytania do TVN24. Najbardziej urzekło mnie to, które zacytuję w całości: „Odnośnie szczegółów śledztwa dziennikarskiego – jakie czynności podjęła Redakcja, jakie były etapy śledztwa i czego dotyczyły, ile osób prowadziło śledztwo, jakie kwalifikacje dziennikarskie reprezentują pracownicy wydelegowani do tych prac i kto nadzorował produkcję całego reportażu”. Po przetłumaczeniu na język polski brzmiałoby to tak: „Czy moglibyście ujawnić nazwiska ludzi, którzy zinfiltrowali organizacje neonazistowskie, żeby ich członkowie wiedzieli, komu należy podpalić drzwi w mieszkaniu/zdemolować auto/powybijać szyby?” Nieco zaś bardziej na serio, to, ja pierdolę – ktoś, kto zadaje tego rodzaju pytania, ma raczej niewiele wspólnego z dziennikarstwem.

Zabłysnąć starał się również wiceszef MSWiA, który stwierdził, że „jeśli dziennikarze przeniknęli do osób, które przejawiały zachowania oburzające nas wszystkich, to ich obowiązkiem było poinformowanie organów ścigania - wtedy, w maju, a nie dzisiaj”. Oczyma wyobraźni widzę taką scenkę: las, urodziny Hitlera, wszyscy raczą się wunderwafflem. W pewnym momencie odzywa się jeden z uczestników: „Przepraszam, jestem dziennikarzem TVN, czy ktoś mógłby pożyczyć mi na moment telefon? Chciałem zadzwonić na policję”.

W tej sprawie nie mogło zabraknąć również głosu szefa MSWiA, Joachima Brudzińskiego. Tutaj pozwolę sobie na zacytowanie nieco dłuższego fragmentu: „W wypadku nazizmu to przecież, szanowni państwo, tak jak narodowosocjalistyczna partia Niemiec, są to ruchy o korzeniach i charakterze lewicowym. (Głos z sali: Jakie to ma znaczenie?) Duże, bo bardzo dużym błędem logicznym jest określanie osób czy ruchów, które odwołują się do tych zbrodniczych totalitaryzmów, jako prawicowców czy ruchów prawicowych, czy nawet skrajnej prawicy”. Pełna zgoda, panie ministrze! Nazizm to lewica i właśnie dlatego powiązania z zagranicznymi organizacjami neonazistowskimi mają polskie, lewicowe organizacje, nieprawdaż? Przecież wystarczy zamienić kilka liter w nazwie „Krytyka Polityczna”, żeby otrzymać „Hakenkreuz”!

Spektakularnym sukcesem wizerunkowym skończyły się pracę nad nowelizacją ustawy o IPN. Wiadomym było, że o nowelizacji będzie głośno, bo jednym z jej autorów był Patryk Jaki. "Żywiołak marketingu politycznego” tak ciężko pracował nad tą nowelizacją, że (z powodu przepracowania) nie do końca pamięta, jakie zapisy się w niej znajdują. W jednym z wywiadów opowiadał, że karane będzie jedynie umyślne wspominanie o obozach (mógłbym napisać o jakich, ale co 3 lata, to 3 lata). Kiedy dziennikarz zwrócił mu uwagę na to, że w ustawie stoi, że „jeżeli sprawca czynu określonego w ust. 1 działa nieumyślnie, podlega grzywnie lub karze ograniczenia wolności”, Patryk Jaki odpowiedział, że prokurator na pewno weźmie pod rozwagę to, że działanie było nieumyślne. Wydaje mi się, że w tym miejscu powinna się pojawić jakaś zabawna pointa, tak więc: Patryk Jaki jest wiceministrem sprawiedliwości.

Nowelizację ustawy skrytykował Departament Stanu USA, ale został on bardzo szybko „zaorany” przez rzeczniczkę prasową klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości, Beatę Mazurek: „Oświadczenie Departamentu Stanu USA ws. ustawy o IPN opiera się na nieporozumieniu. Ustawa bowiem chroni Polaków przed pomówieniami i chroni prawdę. Departament Stanu jest w błędzie co do treści tej ustawy”. Ktoś mógłby w tym miejscu zadać pytanie: „Dlaczego Beata Mazurek sugeruje, że Departament Stanu nie zrozumiał ustawy?” Odpowiedź jest dość prosta: Skoro Patryk Jaki nie rozumie swojej własnej ustawy, to niby czemu mieliby ją zrozumieć Amerykanie?

Narodowcy chcieli urządzić manifestację pod ambasadą Izraela. Nie doszło do niej, bo została zablokowana przez MSWiA i Wojewodę Mazowieckiego (tzn. zablokowano okolice ambasady dla ruchu pieszego i kołowego). Narodowcy, co prawda, zrezygnowali z tej konkretnej manifestacji, ale odbili to sobie potem pod pałacem prezydenckim, kiedy przynieśli transparenty zachęcające prezydenta RP do podpisania nowelizacji ustawy o IPN: „Zdejmij jarmułkę i podpisz ustawę”. Sygnał od władz był dość zrozumiały - „wasz antysemityzm nam nie przeszkadza, ale nie łaźcie pod ambasadę Izraela, bo będziemy mieli problem wizerunkowy, a usługi Polskiej Fundacji Narodowej nie są tanie”.

Czytając komentarze odnoszące się do tej ustawy (konkretnie zaś hejtujące państwa, które ją krytykowały), można było odnieść wrażenie, że gdyby nagle ISIS ogłosiło, że „popiera tę nowelizację”, to tzw. „Państwo Islamskie” zostałoby kolejnym strategicznym partnerem Polski.

Ponieważ sytuacja robiła się coraz bardziej nieciekawa, zainterweniował Premier Tysiąclecia ver. 2.0, Mateusz Morawiecki, który najpierw „wystąpił” w języku polskim, a potem w języku angielskim. Oba wystąpienia były równie spektakularne, acz z różnych przyczyn. W pierwszym ustawiono automatycznie tłumaczenie, z którego wynikało, że premier powinien dostać 3 lata (bo te obozy, to polskie były). Drugie wystąpienie było jeszcze lepsze. W pewnym momencie Morawiecki powiedział, że w Katyniu polskich oficerów wymordowali Niemcy. Mógłbym to, co prawda jakoś skomentować, ale to by było coś takiego, jak próba „poprawienia” Monty Pythona.

Beata Szydło doszła do wniosku, że jej następca potrzebuje pomocy i wystosowała „twitterową odezwę do narodu”: „Dzisiaj nie można kierować się ambicjami i politycznymi sympatiami. Nieważne czy jesteś z obozu rządzącego, czy opozycji. Ważne czy bronisz Polski. Polska-nasz wspólny obowiązek. Nasza wspólna historia, teraźniejszość i przyszłość. Walczymy o prawdę. Wspieramy rząd Mateusza Morawieckiego”. Już kiedyś widziałem podobną odezwę: „Ratujcie mnie! Niemcy mnie biją! Proszę państwa, jesteście Polakami, ratujcie mnie!”

TVP.info zatrudniło internetowego trolla (aka Radosław Poszwiński, aka Bogdan07). Jeżeli kogoś zaskoczyła taka polityka kadrowa, to przypominam, że szefem portalu TVP.info jest inny internetowy troll (aka Samuel Pereira).

Źródła:


Moja wrzutka o Piekarze i jego marzeniach sejmowych:





http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1099983,zielinski-nt-neonazistow-dziennikarze-powinni-powiadomic-sluzby-od-razu.html


Link do stenogramów (wynurzenia Brudzińskiego znajdują się na 26 stronie)

http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter8.nsf/0/18A94DB8D7778264C12582210013D7FF/%24File/57_a_ksiazka.pdf

Żywiołak nie umie w ustawę


Od 6 minuty



https://www.wprost.pl/kraj/10102248/niestosowne-hasla-na-demonstracji-narodowcow-przed-palacem-prezydenckim-zdejmuj-jarmulke-podpisz-ustawe.html

https://dorzeczy.pl/kraj/55031/Niemcy-mordowali-w-Katyniu-Fatalna-wpadka-Morawieckiego.html


https://twitter.com/BeataSzydlo/status/960277468073680899


https://www.tvn24.pl/wideo/z-anteny/bija-mnie-niemcy-ratujcie-mnie-jan-rokita-w-samolocie,1547915.html?playlist_id=24603





czwartek, 18 stycznia 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #23

Zacznijmy od lekkiej rozgrzewki, czyli od serialu „Korona królów”. Do zapoznania się z tym serialem zachęcam każdego, kto uważa się za prawdziwego konesera chujni (autor tej definicji jest mi nieznany, ale chylę przed nim czoła). Jeżeli ktoś jest fanem takich arcydzieł, jak „The Room”, „Smoleńsk”, albo serial „Wiedźmin”, to „Korona królów” jest dla niego stworzona. Jest tam wszystko, czego dusza zapragnie. Brawurowy scenariusz, dzięki któremu serial przypomina skrzyżowanie wcześniej wymienionego „Wiedźmina” z „Dlaczego ja?”. Gra aktorska jest równie brawurowa i wydaje mi się, że część aktorów musiała pobierać lekcję u Tommy'ego Wiseau. A jak w serialu jest z realiami historycznymi? Tak samo, jak w piątej części „Transformerów”, z której można się było dowiedzieć (uwaga, spoilery!), że w jednej z bitew Królowi Arturowi pomógł gigantyczny trójgłowy transformer (którego kontrolował najebany Merlin). Tak nieco bardziej na poważnie, to nie pochylałbym się na tym serialem, gdyby po prostu nazwano go telenowelą, a nie serialem historycznym. Prawda jest bowiem taka, że, w przeciwieństwie do „Klanu”, ktoś może potraktować „Koronę królów” jako źródło wiedzy historycznej.

Marcin Dubieniecki, zachęcony sukcesem studia nagrań „Sowa&Przyjaciele”, postanowił założyć własne. Ostatnio pochwalił się swoimi pierwszym dziełem, tzn. nagraniem rozmowy z przesłuchującym go prokuratorem. Wspominam o tej sprawie ze względu na pewną, hm, ciekawostkę. Otóż w artykule na portalu Gazeta.pl już na wstępie możemy przeczytać o tym, że „Prokuratura komentuje, że "rejestracja takiej rozmowy (bez wiedzy rozmówcy) jest bezprawna". Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć „no ale przeca to oczywista oczywistość”. Taki ktoś byłby w błędzie. Gdyby to była oczywistość, to wzmianka na ten temat znalazłaby się w artykule o Dubienieckim, który opublikowano na portalu TVP.INFO. Jestem przekonany, że brak tejże wzmianki nie ma nic wspólnego z tym, że owoców pracy studia nagrań „Sowa&Przyjaciele” mogliśmy wcześnie słuchać za sprawą TVP.INFO.

W poprzednich przeglądach zdarzyło mi się poruszyć sprawę Sieć Obywatelska Watchdog vs MSZ, w której to sprawie Watchdog domagał się od MSZ ujawnienia ekspertyz, na które powoływał się   Witold Waszczykowski twierdząc, że Donalda Tuska wybrano na Przewodniczącego RE nielegalnie. Na początku MSZ kazał Sieci Watchdog pospierdalać, ale okazało się, że nie dość, że Watchdog nie pospierdalał, to jeszcze poszedł do sądu i wygrał. Wojewódzki Sąd Administracyjny nakazał MSZ ujawnienie ekspertyz. 4 stycznia 2018 MSZ odwołało się od tego wyroku do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Witold Waszczykowski pewnie sobie teraz siedzi i myśli „no przecież byłem tylko szefem MSZ! Skąd mogłem wiedzieć, że to, co mówię może mieć dla kogoś jakiekolwiek znaczenie...”.

Wiceminister Patryk Jaki, który w latach swej młodości cierpiał na bardzo poważny przypadek „biedy urojonej”, udzielił ostatnio wywiadu. W trakcie tegoż wywiadu został zapytany o to, „Ile z blokersa tkwi jeszcze w Patryku Jakim?” Dla każdego, kto zna Patryka Jakiego, jego odpowiedź nie była zaskoczeniem „Na pewno zostało mi twarde chodzenie po ziemi. Przekonanie, że bez pracy nie ma kołaczy i tylko kiedy pracujesz więcej niż inni, osiągniesz sukces (...)” Ciężkiej pracy Patryka Jakiego poświęciłem dość obszerną notkę (link w źródłach), ale w skrócie przypomnę, jak wyglądała jego „droga do sukcesu”. W 2006 roku Patryk Jaki wystartował w wyborach do rady miasta Opola z list PO. Dostał miejsce w okręgu, w którym kolega jego ojca (ówczesny prezydent Opola), był lokomotywą wyborczą (tak więc był to okręg „biorący”). Pod koniec 2006r. Patryk Jaki  pracował więcej niż inni i przeszedł z PO do PiS. W efekcie tego transferu osiągnął sukces i jako 22-letni student zarabiał w 2007r ponad 5 tysięcy złotych miesięcznie. Z tych 5 tysięcy – 1700 zarabiał jako radny a prawie 3.5 tysiąca dzięki partyjnym kolegom, którzy załatwili mu fuchy w Urzędzie Wojewódzkim, biurze poselskim i biurze senatorskim. Po zmianie władzy Jaki zarabiał trochę mniej (bo mu się fucha w Urzędzie Wojewódzkim urwała), ale koledzy z partii nie pozwolili mu biedować i zawsze mógł liczyć na jakaś fuchę w biurze poselskim/etc. W 2011r. roku Jaki został posłem (tak więc o pieniądze się już martwić nie musiał) i jest nim od tamtej pory. Wszystkie te sukcesy Patryk Jaki osiągnął dlatego, że stanie pod blokiem nauczyło go ciężkiej pracy. Nie miało to nic wspólnego ze znajomościami jego ojca, które umożliwiły mu wejście w politykę i z partyjnymi kolegami, którzy załatwiali mu fuchy, a potem dali mu miejsce na liście w wyborach parlamentarnych. A wy co? Nadal nie jesteście posłami na Sejm? Nawet mi was nie żal, nieroby.

Na warszawskiej Ochocie ciężko pobita została 14-letnia Turczynka. Napastnik miał do niej krzyczeć „Polska dla Polaków”. Ówczesny szef MSW, Mariusz Błaszczak, stwierdził, że „Media przedstawiają tę dziewczynkę jako ciemnoskórą. To jest nieprawda”, potem dodał, że nie do końca wiadomo, czy napastnik krzyczał „Polska dla Polaków”. Muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowany. Po Mariuszu Błaszczaku spodziewałbym się nieco bardziej żywiołowych reakcji – np. stwierdzenia, że media kłamią, bo to pewnie było tak, że 14-letnia Turczynka została pobita w samoobronie, bo usiłowała islamizować warszawską Ochotę. Mógłbym w tym miejscu napisać coś  o tym, że Błaszczak (eufemizując) pieprzył głupoty, bo gdyby ofiara nie wyglądała „obco”, to do pobicia by raczej nie doszło (bo przeca coś musiało zwrócić uwagę Polskiego Krzyżowca), ale wydaje mi się, że to nie ma sensu. Błaszczak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie było podłoże pobicia, ale nie mógł wprost napisać o rasizmie, bo momentalnie przypomniano  by mu jego wcześniejsze wypowiedzi. Na ten przykład tę, w której twierdził, że Brytyjczycy biją Polaków dlatego, że są wkurwieni na uchodźców z Afryki, ale poprawność polityczna nie pozwala im ich bić, więc odreagowują na Polakach.

Jeszcze bardziej spektakularnym komentarzem, odnoszącym się do pobicia na Ochocie, był wpis Marzeny Paczuski, która napisała, że „Najgorsze jest to, że łatwiej oburzyć tłumy atakiem na kolor skóry, niż atakiem za poglądy. PiSowcy zbierają w plecy bo są biali, tak?”. Nie zamierzam tego komentować, bo doskonałość ma to do siebie, że nie powinno się jej próbować poprawić.

Ryszard Petru ogłosił, że zakłada stowarzyszenie Plan Petru. Wydaje mi się, że równie istotne było oświadczenie Janusza Palikota, który 31 grudnia 2017 roku ogłosił, że odchodzi z polityki. 

Jeżeli zaś już jesteśmy przy wydarzeniach bez najmniejszego znaczenia, to w zeszłym tygodniu doszło o rekonstrukcji rządu. Część komentatorów dziwiła się temu, że na uroczystości powoływania nowych ministrów (nie było Jarosława Kaczyńskiego?), ale wydaje mi się, że nie bardzo jest się czemu dziwić, bo przecież dowódca sił powietrznych nie musi osobiście doglądać startu każdego drona.

10 stycznia odbyła się 93 miesięcznica smoleńska. W trakcje tejże miesięcznicy, Jarosław Kaczyński powiedział: „Chwała tym, którzy walczyli o prawdę, na czele z Antonim Macierewiczem.”. Tydzień później Antoni Macierewicz w programie „O co chodzi” wyjawił, że „O tym, że to jest dymisja, dowiedziałem się od pana ministra Szczerskiego, gdy przyjechałem do Pałacu”. W związku z powyższym doszedłem do wniosku, że w wypowiedź Kaczyńskiego wkradła się literówka. Powinno być „Wała tym, którzy walczyli o prawdę, na czele z Antonim Macierewiczem”. Ze swej strony dodam tyle, że proszę o więcej, bo mam jeszcze spory zapas popcornu.

W poprzednim przeglądzie trochę miejsca poświęciłem decyzji Krajowej Rady Radia Maryja i Telewizji Trwam, która nałożyła na TVN karę za to, że materiały na temat protestów pod Sejmem (tych z końcówki 2016 roku), nie miały pasków z TVP.INFO. Do tej decyzji odniósł się Departament Stanu USA, który, używając dyplomatycznego języka, zasugerował polskiej stronie, że może by tak pospierdalała z tą karą. Nieco później Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam oznajmiła, że „no to my może pospierdalamy” i uchyliła karę dla TVN. Zapewne członkowie wyżej wymienionej rady do tej pory zastanawiają się nad tym, „po chuj Amerykanie bronili niemieckiej telewizji?”

Na początku stycznia Ryszard Czarnecki oznajmił, że „Podczas wojny mieliśmy szmalcowników, dziś mamy Różę Thun”. Bardzo szybko okazało się, że Czarnecki może za te słowa polecieć ze stołka Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Czarnecki przyjął to na klatę i stwierdził, że próba odwołania go ze stanowiska „to dalszy ciąg ataku na Polskę.”, dzięki czemu od teraz możemy to tytułować Ludwikiem XIV. Czarnecki doszedł do wniosku, że to może nie wystarczyć i postanowił w jakiś sposób przekonać do siebie europarlamentarzystów i w tym momencie geniusz dyplomatyczny Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego objawił się w pełnej krasie. Czarnecki uznał bowiem, że zaspamowanie skrzynek mailowych europosłów będzie idealnym narzędziem perswazyjnym (tak, wiem, oficjalnie tę „oddolną akcję” zorganizowała Niezależna.pl, ale bądźmy poważni, zielone światło musiał dać Ludwik XIV). Niestety, europosłowie nie dorośli do poziomu Ryszarda Czarneckiego i został on poproszony o nierozsyłanie spamu, bo ten jest cokolwiek przeciwskuteczny. Parafrazując klasyka – ta prośba to dalszy ciąg ataku na Polskę.

O sukcesie opozycji, która dała dupy przy okazji głosowania nad obywatelskim projektem ustawy Ratujmy Kobiety, słyszeli już wszyscy. Tym niemniej dwie próby „wytłumaczenia” tego fuckupu zasługują na miejsce w tym Przeglądzie. Szefowa Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer, fuckup swojej partii tłumaczyła tym, że „Ja przypomnę, że my jesteśmy ugrupowaniem, które jest nowe i bardzo wielu naszych posłów, nie mając doświadczeń wcześniej w polityce, nie zdaje sobie bardzo często sprawy, że nie głosują za danym projektem tylko, tak jak tutaj, głosują za skierowaniem do komisji”. To trochę tak, jakby szef firmy transportowej tłumaczył się po karambolu spowodowanym przez kierowców swojej firmy tym, że „Ja przypomnę, że my jesteśmy firmą, która jest nowa i bardzo wielu naszych kierowców, nie mając doświadczeń wcześniej w jeździe, nie zdaje sobie bardzo często sprawy, że nie powinno się wjeżdżać na skrzyżowanie na czerwonym świetle, tylko tak, jak inni kierowcy – na zielonym”. Porównywalną brawurą wykazała się Małgorzata Kidawa-Błońska, która oznajmiła, że w sumie to ludzie powinni się czepiać PiS-u, bo nie wszyscy posłowie tej partii poparli skierowanie projektu ustawy do prac w komisji, a przecież PiS obiecywał w kampanii, że żadnego projektu obywatelskiego PiS nie odrzuci w pierwszym czytaniu. Tutaj już od razu „na serio” będzie. Bo prawda jest taka, że Kidawa-Błońska miała częściową rację. Tzn., owszem, PiS obiecywał, że żaden projekt obywatelski nie padnie w pierwszym czytaniu. Tyle że obietnica ta została złamana przy okazji poprzedniego głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety, więc teraz PiS miał to już po prostu w dupie. Tego rodzaju tłumaczenie, tzn. „wina PiS-u”, byłoby prawilne, gdyby to był pierwszy uwalony projekt obywatelski. Odnoszę wrażenie, że posłowie PO wyparli z pamięci to poprzednie głosowanie i dla nich to ostatnie było „pierwsze”.

Ponieważ PO musiało coś zrobić po tym fuckupie, z partii wywalono trójkę posłów. Nad trójką wyrzuconych pochylił się Stanisław Karczewski: „Szczerze współczuje politykom Platformy Obywatelskiej, bo nie chciałbym być w takiej partii, w której nie można mówić tego, co się chce, nie można wyrażać swego światopoglądu”. Być może na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, ale ta wypowiedź oznacza, że Stanisław Karczewski najprawdopodobniej opuści Prawo i Sprawiedliwość. O ile, rzecz jasna, ktoś opowie mu o pośle Łukaszu Rzepeckim, który wyleciał z PiS-u za to, że „mówił co chciał” i poparł wniosek o uchylenie immunitetu Dominikowi „Jenotowi” Tarczyńskiemu.  

Idol polskich zygotarian, Bogdan Chazan (zwany również „pięćsetką”), ostatnio się rozmarzył i opowiadał o tym, że za aborcję należy karać lekarza, położną i taksówkarza, który przywozi kobietę. Nie wiem czemu Chazan poprzestał na tak krótkiej liście. Przecież ukarać należałoby również egzaminatora, u którego taksówkarz zdawał egzamin na prawo jazdy, właścicieli stacji diagnostycznej, która dopuściła taksówkę do ruchu i pracowników stacji benzynowej, na której zatankowano taksówkę. Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że praktycznie wszyscy komentujący skupili się na tym „karaniu taksówkarza”, a mało kto zwrócił uwagę na fragment, który poprzedzał marzenia Chazana „Jeżeli ktoś przekracza obowiązujące prawo, powinien być karany”.  Jest to bardzo piękne zdanie, które po przetłumaczeniu z Chazanowego na polski brzmi: „mnie nie spotkała żadna kara, bo ja skrobałem na legalu, więc się odpieprzcie”.


Źródła:







Notka o człowieku, który pracował na swój sukces dwa razy ciężej niż inni:






http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22874084,szef-pis-jaroslaw-kaczynski-nie-pojawil-sie-na-zaprzysiezeniu.html





https://www.tvn24.pl/polska-i-swiat,33,m/polska-i-swiat-prawo-aborcyjne-w-sejmie,805986.html



https://www.wprost.pl/kraj/10080695/Posel-Lukasz-Rzepecki-wyrzucony-z-PiS-dolaczy-do-nowego-klubu-parlamentarnego.html


https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/prof-bogdan-chazan-w-sprawie-kar-za-zabiegi-aborcyjne,806554.html