czwartek, 10 grudnia 2015

„Antykomunistyczna” ściema PiS

Tytuł notki może być nieco mylący, albowiem odnosi się ona nie tylko do PiS, ale do wszystkich „antykomunistycznych” (cudzysłów użyty rozmyślnie) środowisk (organizacji/etc), które wyrastają w naszym kraju jak grzyby po deszczu (warto zwrócić uwagę na pewną zależność: im więcej czasu minęło od upadku PRLu, tym więcej ludzi chce „walczyć z komuną”). Tym niemniej, to PiS od bardzo dawna najgłośniej gardłował o potrzebie „dekomunizacji” Polski (urzędów, telewizji publicznej etc., etc.). I to właśnie ta partia nie pozwala kretyńskiemu hasłu „dekomunizacji” zniknąć z debaty publicznej mimo że od początku zmian ustrojowych w Polsce minęło już prawie 26 lat. Cała ta „antykomunistyczna” retoryka jest non stop podlewana bełkotem o „układzie” i o spiskujących służbach specjalnych. Czemu uważam to za bełkot? Dlatego, że gdyby te służby były faktycznie tak wszechpotężne, jak to przedstawia PiS, to byłoby o nich bardzo cicho. Bo „nieznani sprawcy” zajęliby się każdym, kto poruszałby ich temat w mediach. No, ale to jedynie taka dygresja. Wróćmy do naszych „antykomunistów”.

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych „antkomunistów” w PiSie jest poseł Stanisław Pięta. Jest on tak bardzo antykomunistyczny, że swego czasu wyraził swoją aprobatę dla zabijania niemowląt, które miały pecha urodzić się np. w rodzinach funkcjonariuszy MO, względnie w rodzinach chłopów, którzy otrzymali po wojnie ziemię w ramach reformy rolnej. Kronikarski obowiązek każe przypomnieć, że poseł Pięta starał się potem jakoś swoje słowa wytłumaczyć. Robił to jednak tak idiotycznie, że poświęciłem tym „tłumaczeniom” osobną notkę. Innym przejawem twórczości posła Pięty jest taki oto wpis z Facebooka (nadesłany przez Natalię):

W tym przypadku nie podaje linku źródłowego - bo pan poseł opublikował swój komentarz na czyimś prywatnym koncie


Nieco mniej klinicznym przypadkiem jest Tomasz Terlikowski, który razu pewnego pochwalił się nie lada osiągnięciem na Twitterze:


Innym okazem „antykomunisty” jest pierwszy rolnik RP – Rafał Ziemkiewicz, który (przy okazji moralnego wzburzenia prawicy związanego z wykładami Baumana) z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością klarował, że teraz nastąpi u nas oczyszczenie instytucji publicznych z komunizmu bo... minęło dokładnie tyle samo lat, co w RFN od końca wojny do momentu, w którym Niemcy zaczęli się domagać tego, żeby powywalać z urzędów(etc) byłych członków NSDAP.

Hasła w rodzaju „dla komuny Norymberga”, które od czasu do czasu (np. przy okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego) zalewają internet, tak bardzo wszystkim spowszedniały, że mało kto na nie zwraca uwagę. Tak samo spowszedniało to, że każdy kto podpadnie PiS, jest z miejsca lustrowany (a jeśli nie on, to jego rodzina, znajomi etc.), albowiem partia ta ukochała sobie termin „genetycznego patriotyzmu”, w myśl którego dziecko członka PZPR jest złe z założenia.

PiS wzywa na pomoc IPN
W teorii więc wygląda to wszystko tak, że PiS (i jego otoczenie w postaci choćby usłużnych dziennikarzy) poświęca się bez reszty „walce z komuną”. W teorii są to wszystko ludzie „niezłomni”, którzy nie spoczną, dopóki nie doprowadzą do końca dzieła dekomunizacji Polski.

Czemu „w teorii”? Bo w praktyce cała ta „antykomunistyczna” retoryka to ten rodzaj „prawdy”, którą swego czasu Józef Tischner umieścił na 3 miejscu „góralskiej teorii poznania”. Chodzi mi, rzecz jasna, o „gówno prawdę”. A wszyscy „niezłomni” to albo pożyteczni idioci, albo cwaniaczki, które świadomie powielają PiSowską narrację „antykomunistyczną”. Różnica pomiędzy pożytecznym idiotą i cwaniaczkiem polega na tym, że ten pierwszy przeważnie faktycznie wierzy w te bzdury o „komuchach rządzących Polską”, a ten drugi wie, że to bzdury i ma to w dupie (dodatkowo zawsze ma pod ręką arsenał „argumentów” przygotowanych przez PiSowskich spindoktorów). No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, „nie uprzedzajmy faktów”. W niniejszej notce skupię się na dwóch nazwiskach, które doskonale obrazują, w jaki sposób działa „dekomunizacja” i stawianie na „genetycznych patriotów”w wydaniu PiS.

Andrzej Kryże

Wpierw cytat z Wiki:

Od listopada 2005 do maja 2006 był z ramienia Prawa i Sprawiedliwości sekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości w okresie, kiedy urząd Ministra Sprawiedliwości sprawował Zbigniew Ziobro. Od maja 2006 do listopada 2007 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Był członkiem Komisji powołanej przez Ministra Sprawiedliwości do opracowania projektu nowego Kodeksu karnego w latach 2000-2001. W latach 2001-2005 brał udział jako ekspert w pracach sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do spraw zmian w kodyfikacjach (NKK). W roku 2007 Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przedstawił kandydaturę Andrzeja Kryżego, który jako podsekretarz stanu zachowywał tytuł sędziego Sądu Okręgowego, do powołania na stanowisko sędziego Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Krajowa Rada Sądownictwa odrzuciła ten wniosek. Później Zbigniew Ziobro mianował Andrzeja Kryżego prokuratorem Prokuratury Krajowej.

Widać wyraźnie, że Andrzej Kryże cieszył się sporym zaufaniem w PiSie. Jest to o tyle interesujące, że ta partia czyściła wszystkie możliwe stołki po SLD, a mimo to (vide: podkreślony fragment) Kryże się ostał. Gdyby jedyną przewiną tego pana był fakt, że SLD go wciągnął do jakiejś komisji, nie pastwiłbym się nad nim, bo i nie byłoby po co. Tutaj nieco dłuższy cytat (ze strony bankier.pl):

IPN prowadzi postępowanie sprawdzające doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zbrodni komunistycznej przez Andrzeja Kryżego, obecnego wiceministra sprawiedliwości.

W 1980 roku Kryże skazał na karę więzienia obecnego wicemarszałka sejmu Bronisława Komorowskiego z PO, posła Platformy Obywatelskiej Andrzeja Czumę, Wojciecha Ziembińskiego i Jana Józefa Janowskiego za zorganizowanie w Warszawie 11 listopada 1979 roku obchodów Święta Niepodległości.

Andrzej Kryże podkreśla w rozmowie z IAR, że nie czuje się winny, ale jest gotów odpowiedzieć przed Instytutem Pamięci Narodowej. Wiceminister sprawiedliwości podkreśla, że wyrok w sprawie demonstracji z 11 listopada 1979 roku przed Grobem Nieznanego Żołnierza bardzo nie podobał się ówczesnym władzom. Jak mówi - złagodził prawie o połowę karę - na przykład dla Wojciecha Ziembińskiego. Wyeliminował też - jak podkreśla - zarzut o pogardliwe odnoszenie się wobec narodu polskiego, co najbardziej bolało opozycjonistów i na czym najbardziej zależało władzom, aby takie sformułowanie zostawić.

(…)

Andrzej Kryże całą sprawę traktuje jako atak polityczny na Prawo i Sprawiedliwość i ministra Ziobrę.

Jak podkreślił dziś Janusz Kurtyka, zbrodnią komunistyczną jest czyn będący przestępstwem w momencie jego popełnienia. Prokurator weryfikuje teraz, czy taka sytuacja naprawdę zaistniała. Według prezesa IPN, postępowanie potrwa miesiąc albo dwa.   (artykuł pojawił się 2007-08-03)

Co ciekawe, IPN wszczął śledztwo w sprawie 16 listopada 2007 r. Czyli dopiero po tym, jak PiS przegrał wybory. Czym się zakończyło śledztwo? Niczym. I to dosłownie niczym, ponieważ informacji na temat śledztwa nie można znaleźć na stronie IPN. A więc nie zakończyło się wydaniem postanowienia o umorzeniu, nie zakończyło się kierowaniem aktu oskarżenia, ani też nie zostało zawieszone, jeśli zaś jest w biegu – to próżno szukać o tym informacji na stronie IPN. Jeśli ktoś chce się przekonać, to zachęcam do pogrzebania na stronie IPN  w śledztwach prowadzonych przez „oddziałową komisję w Warszawie”. Jest to o tyle kuriozalne, że to nie jest sprawa z jakichś zamierzchłych czasów i nie powinno być problemów z jej udokumentowaniem. Skoro Sąd Najwyższy unieważnił wyroki Andrzeja Kryże, to chyba musiał dysponować jakąś dokumentacją? A skoro dysponował, to znaczy, że akta sprawy nie zostały „ukradzione przez nieznanych sprawców”. Poza tym, nawet gdyby ktoś ukradł akta, to IPN miałby psi obowiązek poinformowania, że nie dysponuje wystarczającymi dowodami. A tak mamy do czynienia z sytuacją, w której sprawa toczy się już 8 lat i „końca nie widać”. Już po napisaniu niniejszego tekstu wygrzebałem w „internetach” linki do wpisów na Salonie24 – w których ktoś odniósł się do sprawy Kryże (link1 i link2) – najwidoczniej zamiast grzebać, jak kto głupi na stronie IPN – powinienem po użyć przeglądarki. Z wpisów tych wynika, że sprawa jest w toku, zaś IPN absurdalnie długi czas trwania sprawy tłumaczy tym, że była ona „skomplikowana” i potrzeba było „wielopłaszczyznowego postępowania dowodowego” etc. Przypominam, że chodzi o sprawę, w której skazano opozycjonistów między innymi za złożenie kwiatów na grobie Nieznanego Żołnierza.

Niezależnie od tego, co wykaże śledztwo (o ile w ogóle ktoś jeszcze w IPN o nim pamięta), sprawa jest dość ewidentna. Andrzej Kryże,choć sam nie czuł się winny, skazał opozycjonistów za to, że zorganizowali obchody Dnia Niepodległości. A to dla każdego polskiego „antykomunisty” powinno być wystarczającym powodem, żeby zapytać polityków PiS, dlaczego taka osoba była podsekretarzem stanu w ich rządzie? I znowu ciekawostka – w latach 2005-2007 niektórym Kryże przeszkadzał, ale potem jakoś tak zniknął z „antykomunistycznego” dyskursu.

Jeszcze ciekawiej robi się kiedy popatrzymy na osobę Andrzeja Kryże pod kątem „genetycznego patriotyzmu” (jakże bliskiego sercu każdego PiSowca i każdego „niezłomnego antykomunisty”, który wszędzie widzi resortowe dzieci). Otóż ojcem Andrzeja Kryże był Roman Kryże (za Wiki): 

Wyroki prześladujące opozycję, mordy sądowe:

Brał udział w orzekaniu wyroków skazujących, w tym również na karę śmierci, w sprawach przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego, m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego* i majora Tadeusza Pleśniaka. W 1964 był przewodniczącym składu sędziowskiego, który wydał wyroki skazujące w sprawie tzw. afery mięsnej. Wiele z wyroków wydanych przez niego zostało uznanych po 1989 za mordy sądowe.

Bezwzględność w wydawaniu wyroków śmierci w okresie stalinowskim przyczyniła się także do ukucia powiedzenia: „Sędzia Kryże – będą krzyże”, a także określenia „ukryżować”. Określenia tego używał m.in. znany adwokat i obrońca w procesach politycznych Władysław Siła-Nowicki.

*(Roman Kryże był członkiem Najwyższego Sądu Wojskowego, który utrzymał wyrok śmierci wydany na rtm. Pileckiego.)

Owszem, nie jest winą Andrzeja Kryże, że jego ojciec był komunistycznym zbrodniarzem, którego wyroki zostały po 89 roku uznane za „mordy sądowe”. Każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, wie, że idiotyzmem jest sądzenie dzieci za grzechy rodziców. Tyle że, po pierwsze, Andrzej Kryże sam miał swój własny „komunistyczny życiorys”, a po drugie, partia, która dała mu bardzo wysokie stołki (wiceministra sprawiedliwości) potrafi wypomnieć komuś to, że jego rodzic był w PZPR. Bo „genetyczny patriotyzm”. Jak więc ten „genetyczny patriotyzm” wyglądał u syna zbrodniarza, który skazał na śmierć rotmistrza Pileckiego?

Wielokrotnie zdarzało mi się dyskutować z fanami PiSu i jego polityki „antykomunistycznej” na temat sędziego Kryże. Kilku „pożytecznych idiotów” autentycznie zatkało po tym, jak przybliżyłem im sylwetkę Andrzeja Kryże i jego ojca. Nie twierdzę, że „nawróciłem” kilka osób, ale ich żarliwa wiara w to, że „PiS = dekomunizacja” nieco na chwilę przygasła. Zupełnie inaczej rzecz się miała (i ma) z cwaniaczkami. Cwaniaczki generalnie pomijają nazwisko Andrzeja Kryże. Czy Tomasz Terlikowski kiedyś wspomniał o tej osobie? Robert Tekieli tłumaczył mi, że stołek od PiS dla Andrzeja Kryże to „złożona sprawa i że nie nie da się na ten temat rozmawiać na Twitterze”. Niestety nie dane mi było dowiedzieć się, o co mu tak konkretnie chodzi, bo tematu nie ciągnął, a mnie nieco później zbanował. Jakiś inny cwaniaczek tłumaczył, że „wszystkiemu winien brak dekomunizacji, bo przez to nie było wiadomo, kto komuch”. Raz miałem do czynienia z betonem, który nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że Kryże był podsekretarzem stanu. Tłumaczył, że był „kandydatem na podsekretarza, ale nie dostał stołka”. Kiedy podrzuciłem mu link do dokumentu umieszczonego na stronie gov.pl i podpisanego „Andrzej Kryże – podsekretarz stanu”, cwaniaczek się zaciął i powtarzał, że to nie jest prawda, a ja manipuluję faktami, bo jestem z PO. Przed samymi wyborami parlamentarnymi cwaniaczki przemawiały jednym głosem: „No, może i wcześniej się im komuchów zdarzało zatrudniać, ale teraz z tym koniec!” Za moment zacznę się nad tym „końcem” pastwić.

W temacie sędziego Kryże prawdziwą bombę odpalił ostatnio Stanisław „antykomunista” Pięta, który stwierdził, że: (screen z Twittera).

"Ich postawa" albowiem "antykomunista" pisał też o Piotrowiczu
Jak widać, skazywanie opozycjonistów jest, w jego opinii, mniejszą przewiną, niż noszenie koszulek z Marksem (za które to, jak pamiętamy z wcześniejszego wpisu , należałoby rozstrzeliwać ludzi). Ten moment szczerości się Stanisławowi Pięcie wymsknął przy okazji obrony innej osoby, która jest kolejnym dowodem na to, jak bardzo „antykomunistyczny” jest PiS:

Stanisław Piotrowicz 

W tym konkretnym przypadku rozpisywać się jakoś specjalnie nie trzeba, bo o Piotrowiczu (który był prokuratorem w czasach PRL, autorem aktu oskarżenia przeciwko działaczowi opozycji w trakcie stanu wojennego, członkiem PZPR odznaczonym Brązowym Krzyżem Zasługi w 1983 r.) jest dość głośno. A PiSowskie media, wspierane przez polityków tej formacji, dwoją się i troją, żeby wybielić pana Stanisława. Prócz PZPRowskiej przeszłości polityk zabłysnął przy okazji sprawy księdza-pedofila z Tylawy (tego samego, którego bronił abp Michalik), w którego przypadku nie dopatrzył się znamion przestępstwa. Choć śledztwo umorzył jego podwładny, Piotrowicz bronił decyzji o umorzeniu sprawy. No, ale to tylko dygresja, bo my tu przecież o antykomunizmie (a nie o ludziach, którzy zmienili czerwonego pana na „czarnego”). Media tak długo grillowały pana Stanisława, aż wreszcie puściły mu uszczelki i powiedział był:

„Żeby wspierać działania opozycjonistów, trzeba było wiele ryzykować. Jako funkcjonariusz, jako prokurator w tamtym czasie, ryzykowałem znacznie więcej. Gdyby została ujawniona moja prawdziwa działalność, sprzyjanie tym, którzy mieli niesłusznie problemy z prawem, groziłaby mi za to znacznie surowsza kara” (…)

Ciężko inaczej skomentować słowa Piotrowicza


Nie, nie wstydzę się. Mało tego (przynależności do PZPR). Żyłem w poczuciu satysfakcji, że wiele ludzi coś mi zawdzięcza. Nie skrzywdziłem żadnego człowieka. Wielu z tych ludzi później przychodziło do mnie po pomoc, po poradę”

W sprawie Piotrowicza wypowiedział się Tomasz Terlikowski:

Wcześniej "precz z komuną" a teraz "ktoś być musiał w PZPR"


Warto do tego dodać jeszcze, że Stanisław Piotrowicz o swej heroicznej walce wspomniał dopiero teraz (wcześniej jedynie tłumaczył, że Brązowy Krzyż Zasługi, to w sumie nic nie warte odznaczenie, więc nie wiadomo czemu w ogóle ludzie się go o to czepiają). Czy Stanisław Piotrowicz przeszkadza „antykomunistom”? A gdzie tam. Ci są tak bardzo zajęci glanowaniem Henryki Krzywonos, że nie mają czasu, żeby pochylić się nad Piotrowiczem. Cwaniaczki zaś (kiedy się im podeśle nazwiska PZPRowców w PiSie) zgodnie twierdzą, że „no, może i w PiSie są PZPRowcy, ale W PO JEST ICH WIĘCEJ!”. To napisawszy, jeden z nich uraczył mnie memem, na którym był również Bartosz Arłukowicz (który w momencie upadku PRLu miał 17 lat z hakiem) i o 3 lata od niego młodszy Grzegorz Napieralski. Ok, to byli politycy SLD. Ale żaden z nich nie należał do PZPR, więc zrównywanie ich np. z takimi jegomościami, jak Kryże i Piotrowicz, to lekkie nadużycie. Kiedy zapytałem cwaniaczka o to, co tam robią Napieralski i Arłukowicz, odpowiedział: „nie wiem, autor mema ich tam umieścił”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że towarzyszy z PZPR w PiSie jest znacznie więcej (bo nie mówimy tu przecież li tylko o szczeblu centralnym, ale również o samorządowym tzw „strukturach partii”). Ja jedynie napisałem o najgłośniejszych przypadkach, żeby nie musieć czytelnikowi tłumaczyć, kto to jest ten Jasiński albo Kostrzewski.

Nad argumentem „w PiSie PZPRowcy są, ale w PO jest ich więcej” warto się na moment pochylić. Głównie dlatego, że w kontekście retoryki „antykomunistycznej” jest on po prostu debilny. Prawda jest bowiem taka, że z punktu widzenia „niezłomnego antykomunisty” nie powinno mieć znaczenia, że gdzieś jest „mniej komuchów”, niż w innym miejscu. Bo (zgodnie z ich retoryką) „walczą z komuną” gdziekolwiek ją znajdą. Jak to więc jest, że PZPRowcy w PO im przeszkadzają, ale ci w PiSie już nie bardzo? Jak to jest, że taki „niezłomny” może się z jednej strony drzeć „dla komuny Norymberga”, a z drugiej twierdzić, że PiS ze swoją gromadką PZPRowców będzie „dekomunizował”? Sytuacja, w której to PiS ma zorganizować tę „Norymbergę”, wygląda to mniej więcej tak samo, jak gdyby w Trybunale Norymberskim część miejsc wśród orzekających zarezerwowano dla członków NSDAP (no bo i tak byłoby ich tam mniej, niż nazistów w Niemczech, więc nie ma problemu). I nie, to nie jest „reductio ad Hitlerum”. To nie ja wymyśliłem hasło o „Norymberdze dla komuny”.

Muszę tu poczynić jedną uwagę natury ogólnej. To nie jest tak, że moim zdaniem każdy, kto był w PZPR, ten szuja i skurwysyn. Nie jestem jakimś gimbo-antykomunistą (przypominam, że „gimbo” nie oznacza młodego wieku, tylko „stan umysłu”) i wiem, że różni ludzie należeli do tej „partii”. Tym niemniej, jeśli jakaś partia (i jej przybudówki) z jednej strony męczy buły o „potrzebie dekomunizacji”, a z drugiej otacza się „komuchami”, to trzeba głośno powiedzieć: „Halo, czy przypadkiem nie powinniście się zapoznać ze znaczeniem słowa „hipokryzja”?” PiSowców (w tym „antykomunistę” Stanisława Piętę) jeszcze jakoś można zrozumieć. Są w partii, w której mają gówno do gadania, więc będą mówić to, co im każą i wtedy, kiedy im każą. Jak Pięcie każą warczeć „na komunę”, będzie warczał na komunę. Jak mu każą bronić Kryże, będzie bronił Kryże. To jest polityka. A u nas do polityki zawsze garnęli się ludzie niezbyt lotni i dobierani na zasadzie BMW. O ile więc można zrozumieć PiSowską hipokryzję (podyktowaną względami koniunkturalnymi: „bo prezes wypieprzy z partii”), o ile można zrozumieć działanie „cwaniaczków” (czyli wszelkiej maści „niepokornych”, którzy mają cały ten antykomunizm w dupie, ale wiedzą, że można zarobić na bajaniach, jak to w Polsce układ rządzi), to zrozumieć pożytecznych idiotów nie potrafię.

Nie rozumiem zacietrzewienia gimbo-antykomunistów, którzy pieprzą jakieś pierdolety o „potrzebie dekomunizacji”, ale PZPR-owski aktyw w PiSie im na dłuższą metę nie przeszkadza. Tzn. na moment można nimi „wstrząsnąć”, ale potem to i tak to oleją. Bo skoro prezydent Duda założył na siebie polo z napisem „red is bad”, to znaczy, że PiS jest lepszy od PO. A w ogóle, to „jebać PO i precz z komuną, bo żołnierze wyklęci”. I nie, nie można tego tłumaczyć „brakiem wiedzy”. Większość z tych ludzie wie, że w PiSie też jest sporo towarzyszy z PZPR. Tylko po prostu mają to w dupie i to „mienie w dupie” w żaden sposób nie kłóci się (w ich opinii) z „antykomunistycznymi” poglądami.


Źródła:

Artykuł o Andrzeju Kryże na portalu bankier.pl 

Oświadczenie IPN o wszczęciu postępowania

Śledztwa IPN

Strona Wiki o Romanie Kryże 

Strona Wiki o Andrzeju Kryże 

Chwila szczerości Piotrowicza

Salon 24 Link 1

Salon 24 Link 2

Notki o Stanisławie Pięcie:

O mordowaniu niemowląt 

O Bzdurnych tłumaczeniach


poniedziałek, 26 października 2015

O Zandbergu, który „popsuł lewicę”

Do wczoraj (niedziela wyborcza), do godziny 21 nie wiedziałem, że w Polsce jest aż tylu ludzi, którzy troszczą się o lewicę. Konkretnie zaś takich, którzy troszczą się o to, żeby lewica miała swoją reprezentacje w parlamencie. Po 21, kiedy okazało się, że ani ZLEW, ani Razem nie wejdą, na głowę Adriana Zandberga wylano hektolitry pomyj, bo „to jego wina, że teraz w parlamencie nie będzie lewicy”. W niniejszej notce postaram się wytłumaczyć dlaczego, moim zdaniem, ta teza jest tak idiotyczna, że samo przeczytanie zdania „to wina Zandberga” może wywołać ból zębów.

Oskarżony Adrian Zandberg

Gdybyśmy chcieli potraktować poważnie argumentację wszystkich tych mędrców, którzy odsądzają Zandberga od czci i wiary za to, co się stało (czyli na dobrą sprawę za ZLEW poza sejmem, bo ci sami mędrcy partię Razem mieli w dupie od początku jej istnienia, bo im nie pasowała do sztancy) musielibyśmy stwierdzić, że jedyną przewiną tego konkretnego lewaka było to, że... przyszedł na debatę do studia i mówił z sensem. Ów straszliwy „efekt Zandberga” (który w opinii mędrców doprowadził do porażki ZLEW-u) polegał na tym, że ów człowiek zamiast wydzierać ryj - odpowiadał na pytania. Czy doprawdy trzeba tłumaczyć dlaczego ta teza jest idiotyczna? Co miał zrobić Zandberg? Nie iść na debatę? Nie odpowiadać na pytania? Wyjechać Korwinowi z bani? Podbić oko Ryszardowi Petru?

Doszło do dość absurdalnej sytuacji – opieprza się faceta, który wypadł w debacie dobrze, zamiast opieprzać ludzi, którzy na jego tle wypadli blado. To zajeżdża sytuacją z 2007 roku, w której Tusk znokautował Kaczyńskiego w trakcie debaty, ale „prawilni” dziennikarze tłumaczyli, że to nie była wina Kaczyńskiego (że dał dupy i się źle przygotował do debaty), tylko Tuska właśnie (bo nie dał Kaczyńskiemu skrzydeł rozwinąć). Kto bronił Nowackiej przygotować się do debaty? Przecież równie dobrze to ona mogła być gwiazdą tejże debaty i po niej mógł nastąpić „efekt Nowackiej”, który dałby ZLEW-owi kilkanaście procent poparcia.

Główny poszkodowany - urwany ZLEW

Największy ból miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę mieli (i mają nadal) politycy, którzy startowali ze ZLEW-u. np. Michał Kabaciński: Niech Razem weźmie odpowiedzialność za brak lewicy w Sejmie. I znowuż to nie „my” jesteśmy winni, to „oni”. Nawet gdybyśmy skupili się li tylko na kampanii wyborczej – te słowa brzmią idiotycznie. Bo czym zawiniła partia Razem? Tym, że powstała i że wystartowała w wyborach? Interesujące jest to, że ZLEW-owcy w ogóle nie patrzą na wynik wyborów przez pryzmat tego, że spieprzyli kampanię (mimo, że mieli znacznie łatwiejszą sytuację od partii, którą media olewały przez większą część kampanii, ale o tym za moment napiszę), tylko przez to, że im „Razem zabrało głosy”. Faktycznie, mogłoby być tak, że gdyby Razem nie powstało, to ZLEW wszedłby do parlamentu, ale odpowiedzmy sobie na jedno pytanie – czy to byłoby aż tak dobre dla polskiej lewicy? To, że lewicowi wyborcy MUSZĄ głosować na partię Leszka Millera z braku alternatyw (bo sarna z krzesłem na głowie do sejmu niestety nie wejdzie)?

A jak się będzie przedstawiać argumentacja „to wina Razem”, jeśli wyjdziemy poza to, co działo się w trakcie kampanii? Jeszcze bardziej idiotycznie. Bo oto mamy partię, która przez 10 lat była w opozycji i przez cały ten czas nie potrafiła się w tej roli odnaleźć. Co było o tyle dziwne, że przecież do zwycięstwa w 2001 roku doszło między innymi dlatego, że Leszek „Żelazny Kanclerz” Miller bezlitośnie punktował AWS (bo było za co). Jak to więc jest, że SLD nie miało pretensji samo do siebie (za to, że zmarnowało 10 lat w opozycji), ale mogło te pretensje mieć do partii za to, że powstała i wystartowała w wyborach? Bo na pewno właśnie to (powstanie Razem) zaszkodziło SLD i na pewno z porażką wyborczą nie miały nic wspólnego działania tejże partii, których to działań zwieńczeniem (przysłowiową wisienką na torcie) było wystawienie Magdaleny Ogórek w Wyborach Prezydenckich 2015.

No ale ZLEW to nie tylko SLD – przecież tam byli jeszcze pogrobowcy Ruchu Palikota (Zielonych pomijam z racji tego, że nigdy nie byli samodzielnym bytem w parlamencie). Ruch Palikota miał być „nowoczesną lewicą”, ale wszystko skończyło się na „miał być”, bo Palikot za bardzo skupił się na glanowaniu Episkopatologii i walce z SLD o głosy lewicy i tak jakby zapomniał o tym, czym się powinna zajmować opozycja parlamentarna. Mało kto dzisiaj mówi, że większa część kadencji 2011-2015 upłynęła Palikotowi i Millerowi na wzajemnej napier***nce (inaczej się tego nazwać nie da). O ile w mediach „starych” (Telewizornia/etc.) panowie jeszcze jakiś poziom trzymali, to już na FB i Twitterach ich podwładni uprawiali coś, co eufemizując można określić mianem kopania się po jajach.

Czemu oba te polityczne byty, zamiast współpracować po lewej stronie parlamentu, wolały się wzajemnie okładać pięściami? Bo zależało im na supremacji. Bo obu panom (Millerowi i Palikotowi) zależało nie na tym, żeby lewica była u nas silna, tylko na tym, żeby nią rządzić. Obaj panowie zapowiedzieli, że złożą partię swojego oponenta do politycznego grobu. I trzeba przyznać, że obietnicy dotrzymali, ale dopiero w momencie, w którym zaczęli współpracować. Zakrawa na ironię losu fakt, że ludzie, którzy rozpieprzyli lewicę w Polsce, odpowiedzialność za to co się stało zrzucają na partię, której powstanie było efektem oddolnego wk**u lewaków, których nikt w sejmie nie reprezentował od jakiegoś czasu.

Główni bredzący – ludzie mediów

Najwięcej do powiedzenia na temat „efektu Zandberga” (który „wykończył lewicę”) mieli ludzie mediów (bo Zandberg przyszedł na debatę i popsuł lewicę!), którym nagle los lewicy w Polsce stał się bliski. Te same media w trakcie kampanii otoczyły partię Razem kordonem sanitarnym (czego efektem była akcja „8 sekund”). Skąd ten kordon się wziął? Ano stąd, że nasze media (mowa tu o mainstreamowych, bo „niezależne” są na stałe przyspawane do PiS-u) lubią pokazywać ludzi, którzy mają kasę (Petru), albo ludzi, których już znają (i dlatego ZLEW się pojawiał). Razemów mendia nasze olały, bo nie mieli ani kasy, ani znajomości. Debaty kordonem sanitarnym otoczyć się nie dało i trzeba było pokazać wszystkich, w tym Zandberga (jestem się w stanie założyć o wiele, że liczono na to, że przyjdzie do studia jakiś przygłupi hipster, zrobi z siebie idiotę i będzie można kręcić bekę z „partii hipsterów”), no i tak jakby nie wyszło.

Nie chciałbym być źle zrozumiany- to nie jest tak, że ja tu wszędzie węszę spiski i twierdzę, że nasze media są w zmowie z jakimś układem/etc. Twierdzę jedynie, że bardzo im zależało na utrzymaniu status quo. Jednym z elementów tegoż była PO przy władzy, a drugim- przewidywalna „lewica” w postaci SLD. Poza tym, dla niektórych z naszych tuzów dziennikarstwa to była kwestia pychy. Wszak nie kto inny, jak nasz mainstream, wieszczył przed końcem roku 2013 (a więc przed dwoma latami wyborczymi), że niebawem Leszek Miller może być premierem (lub choćby vice). Wybory do PEU pokazały, że SLD co prawda wysokiego poparcia nie ma, ale wciąż się liczy. No a potem była już równia pochyła, klęska w wyborach samorządowych i masakra w wyborach prezydenckich. Nawet najbardziej oderwany od realiów „człowiek mediów” mógł się zacząć martwić o to status quo, więc trzeba było jakoś pomóc Leszkowi. Stąd też kordon sanitarny wokół Razem.

Jeśli ktoś chce mi zarzucić, że to brzmi jak teoria spiskowa, to niech się zastanowi nad tym, jak to jest, że nawet polityków Ruchu Narodowego zapraszano do mediów (robiono z nimi wywiady/etc.) przed wyborami do PEU w 2014? Przecież media sobie mogły spokojnie przebierać w prawicowych politykach (bo Gowiny i Ziobry miały osobne listy). Prawda jest taka, że odrobinkę pompowano RN, bo media liczyły na to, że urwie kilka % PiS-owi. Partia razem w Wyborach Parlamentarnych 2015 (w opinii „ludzi mediów”) mogła urwać kilka % jedynie ZLEW-owi, więc lepiej było jej nie pokazywać. I nie przyszło tym mędrcom do łbów to, że być może na Razem zagłosują ci, którzy i tak już nie oddaliby głosu na ZLEW? Owszem, mediom zależało na losie lewicy w Polsce, ale tylko i wyłącznie na losie tej, z którą się media dobrze znały. Bo przecież w demokratycznym kraju nie może być tak, że jacyś ludzie (bez znajomości i pieniędzy) zakładają sobie partię i chcą wejść do parlamentu! Non possumus! Nawiasem mówiąc, gdyby Razem było obecne w mediach – ZLEW musiałby się z tą partią liczyć i być może doszłoby do jakichś merytorycznych dyskusji na lewicy – taka sytuacja pomogła by i Razem, i ZLEW-owi. Udawanie, że „na lewo od ZLEWU już nic nie ma” skończyło się tym, że przyszedł na debatę jakiś dziwny koleś i „zaorał wszystkich” (pewnie sporo ludzi przed telewizorami zadało sobie pytanie „kto to ku**a jest ten Zandberg i co to jest to Razem?”), a ZLEW-owi zabrakło czasu na to, żeby się odnaleźć w sytuacji, w której jednak nie są jedynym słusznym wyborem dla lewicowego wyborcy.

Jeśli więc ludzie mediów (i politycy ZLEW-u) koniecznie muszą znaleźć winnych tego, że ZLEW-owi nie udało się wejść do sejmu (bo przecież gdyby zamiast ZLEW-u do sejmu weszła partia Razem – dla tych ludzi nadal byłoby to „porażką lewicy”) - to niech spojrzą w najbliższe lustro.

Źródła:

http://fakty.interia.pl/raporty/raport-wybory-parlamentarne-2015/aktualnosci/news-michal-kabacinski-niech-razem-wezmie-odpowiedzialnosc-za-bra,nId,1909815

piątek, 23 października 2015

Kampania wyborcza – festiwal bełkotu

Zdjęcie znalezione kiedyś w internetach - nie znam autora
Kampania wyborcza (sejmowo/senacka) 2015 była najbardziej debilną kampanią, jaką dane mi było obserwować. Politycy wyszli z założenia, że my, Polacy, jesteśmy narodem idiotów i nie warto nas poważnie traktować, toteż zamiast merytorycznej kampanii wyborczej mieliśmy tytułowy festiwal bełkotu. Polityk z partii, która „idzie po władzę” przychodzi do radia i negując przedstawione przez dziennikarza koszty obietnic swojej partii; nie ma żadnego sensownego argumentu poza „ale w tych wyliczeniach chyba nie chodziło o jeden rok?”.  Sam, rzecz jasna, żadnych wyliczeń nie podaje. Dlaczego? Bo najprawdopodobniej jego partia nie wie, ile będą nas kosztować jej obietnice. Mamy polityka, który nie ma programu wyborczego (ma „strategię zmiany”), bo skoro w Polsce i tak nikt po wyborach nie spełnia obietnic – to po co w ogóle pisać program? Mamy panią polityk, której partia rządziła nami 8 lat i na dobrą sprawę jedyne, co owa pani ma do powiedzenia, to „jak przyjdą inni, to będzie gorzej”. Gdybym chciał tę wyliczankę ciągnąć dalej, to niniejszy tekst pisałbym ad mortem defecatum, więc na tych kilku przykładach poprzestanę. Kampania kampanią, ale warto zastanowić się nad tym, jak to się stało, że PiS z partii, która jeszcze niedawno chyliła się (wydawać by się mogło, że nieodwołalnie) ku upadkowi, nagle walczy o samodzielne rządy. Warto również podumać nad tym, co się będzie działo w Polsce po 25 października.

Przyszłość ma na imię Jarosław Kaczyński


Zacznijmy od PiS-u, czyli od partii, która najprawdopodobniej będzie nami rządzić po wyborach. Napisałem „najprawdopodobniej”, bo moje zaufanie do sondaży jest niemalże zerowe. Jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego, już spieszę z odpowiedzią – w dniach 17-24 sierpnia  przeprowadzono sondaż (CBOS) na temat tego, ilu Polaków weźmie udział w referendum „Komorowsko-Kukizowym”. 32% Polaków powiedziało, że na pewno weźmie w nim udział (warto również wspomnieć o badaniu TNS przeprowadzonym w czerwcu, kiedy to 76% Polaków zadeklarowało, że pójdzie do urn).  Ostatecznie okazało się, że do urn poszło 7,8% uprawnionych do głosowania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że chyba nie umiemy w sondaże. Tym niemniej, bezpiecznie można założyć, że partia Jarosława Kaczyńskiego wygra (nie wiadomo tylko „jak bardzo wygra”). Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta jak budowa cepa – PiS tym razem zainwestował w PR, w speców ds. kreowania wizerunku, firmy badawcze i tak dalej i tak dalej. A  przecież jeszcze nie tak dawno temu politycy PiS odsądzali Donalda Tuska od czci i wiary za to, że „rządzi pijarowo”, a sympatycy tej partii nazywali Tuska PRemierem. Prócz tego, agitacją na rzecz Prawa i Sprawiedliwości zajmuje się najskuteczniejsza machina propagandowa w Polsce – Kościół katolicki (hierarchowie pewnie uznali, że PiS da im więcej niż PO, więc już nawet próbują udawać, że są bezstronni) i niezmordowani „niepokorni”, którzy licząc na to, że coś im z pańskiego stołu skapnie, popierają „dobrą zmianę” (PiS pokazał, że umie się odwdzięczyć- jedna „niepokorna” dziennikarka dostała miejsce na listach a inny niepokorny załapał się na państwową fuchę u prezydenta Andrzeja Dudy – mają więc prawicowi dziennikarze o co walczyć).

No dobrze, może ktoś powiedzieć, my to wszystko wiemy, ale co dalej? A dalej to będzie zamaszyście przejebane. I nie chodzi mi  o ryzyko wprowadzenia cenzury, państwa wyznaniowego/etc (bo choć politycy PiS-u mają przeważnie polot kafarów do wbijania pali mostowych, to jednak potrafią czytać raporty z badań, które dla nich przeprowadzają firmy badawcze i wiedzą, że jeśli zaczną przesuwać kredens w prawo, to się ludzie wkurwią). Mnie chodzi jedynie o to, że o ile rządom PO baaaardzo daleko było do tego, aby je nazwać „poprawnymi”, to przy nadchodzących rządach PiS-u będą się one jawić jako „rządy fachowców”, a nasze społeczeństwo bardzo szybko przypomni sobie o tym, dlaczego w 2007 roku pokazało premierowi Kaczyńskiemu środkowy palec. Partia Kaczyńskiego już w latach 2005-2007 miała gigantyczny problem z kadrami (nie chodzi mi tu ludzi dobieranych z klucza Bierny Mierny Wierny, ale o ludzi z kwalifikacjami wykraczającymi poza „jestem znajomym Jarka”), skutkiem czego ważne funkcje państwowe zaczęli pełnić ludzie pokroju:

Ziobry (który pojęcie o prawie miał takie, że ledwo skończył studia), Macierewicza (Wielkiego Likwidatora Wojskowych Służb Informacyjnych – za czasów którego, byle cywil mógł zostać oficerem Kontrwywiadu Wojskowego w 6 tygodni [wcześniej trwało to „nieco dłużej” - około 4 lat]), Kluzik Rostkowskiej, która tak bardzo nie ogarniała tego czym się zajmuje, że z danych liczbowych podanych przez nią na jednej z konferencji wynikało, że w Polsce mamy pi razy oko 40 milionów ludzi aktywnych zawodowo; Krzysztofa Jurgiela, którego jedynym sukcesem było złapanie się na dziennikarską prowokację i wysłanie samochodu z BOR-owcami, „bo Ojciec Rydzyk prosił”; Ryszarda Legutko, który co prawda nie bardzo wiedział o co chodzi w tym MEN-ie, ale za to potrafił obrazić trójkę licealistów. W rządach PiS-owskich nie było praktycznie żadnego fachowca, ale też nikt od nich bycia fachowcami nie wymagał – mieli być BMW. Dosłownie na palcach jednej ręki można wyliczyć ludzi, którzy nie dostali teki ministerialnej z klucza partyjnego. Jednym z nich był Zbigniew Religa, którego Lech Kaczyński poprosił o objęcie teki ministra zdrowia (i musiało to Lecha wiele kosztować, bo Religa wyborach prezydenckich 2005 poparł Tuska). O Relidze przypominam również dlatego, że ów podpadł PiS-owcom okrutnie, bo nie zrobił czystek w ministerstwie (a przecież tylu chętnych na stołki było), z czego z kolei można wysnuć wniosek, że teraz już nikt w PiS-ie nie popełni „błędu” w postaci obdarowania teką ministerialną kogoś, na kim nie można wymusić podjęcia „słusznych” decyzji.

Teraz też czekają nas „rządy fachowców” spod znaku PiS. Jednym z nich ma być przyszły Minister Obrony Narodowej – Jarosław Gowin, który co prawda nie ma żadnych kwalifikacji (ostatnio zbłaźnił się tym, że nie wiedział, jak nazywa się sekretarz generalny NATO i zamiast przeprosić i obiecać, że sprawdzi – strzelił focha na wizji [rośnie więc konkurencja dla Kofana Anana autorstwa Reni Beger]) i na wojskowości się nie zna, ale za to nadrabia wiernopoddańczym stosunkiem do prezesa PiS. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, bo „Gowin się przecież wcześniej Tuskowi stawiał”, to niech sprawdzi co się stało z Pawłem Kowalem (który miał startować z list PiS) i jak to Gowin o niego „walczył”.

Samo to, że PiS będzie miał ministrów dobieranych na zasadzie BMW nie byłoby straszne, gdyby przynajmniej partia miała jakiś sensowny program (który byłby rozpisany tak szczegółowo, że nawet dyletanci w rodzaju Gowina byliby w stanie wypełniać instrukcje), no ale problem leży właśnie w tym programie i w obietnicach, które w najlepszym wypadku można traktować jako żart z wyborców, a w najgorszym jako zapowiedz katastrofy budżetowej. Przypominam, że poprzednim razem PiS nie podołał rządzeniu Polską w sytuacji, w której mieliśmy nadwyżki budżetowe (za to popisowo te nadwyżki rozpieprzono), teraz budżet mamy cholernie dziurawy, a PiS (proszę wybaczyć słownictwo, ale inaczej się tego nazwać nie da) pierdoli jakieś głodne kawałki o tym, że stać nas na obniżenie wieku emerytalnego, o 500 zetach na dziecko i na kupę innych rzeczy, jednocześnie zapowiadając, że nie będzie potrzeby podnoszenia podatków. A ostatnio Jarosław Kaczyński opowiadał o kwocie 1.400.000.000.000 złotych, którą uda się im pozyskać na „inwestycje”. Powiedzmy sobie szczerze – nie można tych bredni traktować poważnie.
Tyle wydamy na inwestycje! (obrazek ukradziony od Andrzej Rysuje)

Wydaje mi się, że sporo polityków tej formacji liczy po prostu na to, że „jakoś to będzie”. Myślenie tego rodzaju kategoriami zemściło się okrutnie na SLD, które w 2001 roku było niemalże w identycznej sytuacji, co PiS dzisiaj. SLD też szedł po władzę „na pewniaka”, a po jej uzyskaniu okazało się, że niestety kadr brakuje. Tzn. „chętnych” było wielu, ale sensownych ludzi jak na lekarstwo. Poza tym- ustalmy jedno- SLD szedł do władzy, opierając się głównie na hejtowaniu AWS (które zasłużyło na to, żeby odejść w niebyt polityczny po swoich 4 „reformach”) i nikt się tam nie przejmował tym, „co będzie, jak już dojdziemy do władzy”. W PiS-ie jest podobnie. Ot, panowie sobie chcą porządzić trochę. I żaden z tych królów bajeru nie zada sobie dość istotnego pytania – co się stanie, kiedy społeczeństwo się zorientuje, że te wszystkie obietnice (z trotyliardem złotych na inwestycje włącznie) to był tylko i wyłącznie „bajer” kampanijny. Śmiem twierdzić, że PiS w momencie oddawania władzy będzie partią równie znienawidzoną co AWS w 2001 roku.

Chaos zwany Platformą Obywatelską

Drugą w kolejności partią, nad którą się będę pastwił, jest Platforma Obywatelska, która w obecnej chwili jest w stanie cokolwiek nienajlepszym. O ile sondaże nie są „popsute”, to sporo posłów PO będzie musiało sobie szukać innego zajęcia po 25 października. No ale może po prostu zmienią pracę, wezmą kredyt i wszystko będzie w porządku? Nie bez przyczyny przypominam tu „lapsus” Bronisława Komorowskiego (który w sumie mógł powiedzieć, że to taki „Macierewiczowski skrót myślowy”), bo jest to symbol kampanii wyborczych PO w roku 2015, które można spiąć klamrą o nazwie „żenada”. Z tym, że kampania parlamentarna jest, w moim mniemaniu, po stokroć gorsza od prezydenckiej. Śmiem twierdzić, że gdyby PO prowadziło równie żenujące kampanie w latach 2007 i 2011, to PiS by dzisiaj walczył o 4 kadencję rządów w parlamencie, bo pies z kulawą nogą nie chciałby głosować na PO. Co się więc temu misiu, tzn. PO, stało? Donald Tusk się stał. A konkretnie – Donald Tusk sobie poszedł.  Ale zanim sobie poszedł, to dość długo PO rządził i wyciął wszystkich konkurentów (i nie mam tu na myśli Jarosława Gowina, który w swej zarozumiałości aparatczyka uznał, że on by se poradził w zarządzaniu PO, bo pod jego rządami Platforma pewnie by się już dawno rozpadła). W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. PO i PiS były partiami wodzowskimi. Różnica polegała na tym, że wodzowski charakter PiS polegał na tym, że wszyscy się Jarka bali (i nadal się go wszyscy- z Andrzejem Dudą na czele- boją), natomiast wodzowski charakter PO z tego, że tam wszyscy podskórnie czuli, że „może i ten Tusk to „Dyktator i menda”, ale przynajmniej wie co robi”. I szczerze mówiąc, zastanawiam się teraz nad tym, czy ta rejterada na stanowisko w UE była wynikiem tego, że Tusk „wiedział co robi” i uznał, że „trzeba stąd spierdalać”, czy też naiwnie założył, że spacyfikowana wcześniej (przez niego samego) PO „poradzi sobie bez niego” i dlatego objął stanowisko przewodniczącego rady UE.

Nie chciałbym być posądzony o mitologizowanie Donalda Tuska (choćby dlatego, że jest to wyjątkowo cyniczny i wyrachowany typ, który bez mrugnięcia okiem „wyciął” Cimoszewicza w wyborach prezydenckich 2005, przy pomocy dętej afery), ale jakoś tak to z PO było, że ostatnie wygrane wybory tej formacji miały miejsce „za czasów Tuska”. Nie wiem również, jak wyglądałyby słupki poparcia PO, gdyby Tusk był nadal premierem i kandydatem na premiera. Wiem natomiast, że gdyby nim był, to PiS nie odważyłby się na wystawienie Beaty Szydło jako „przyszłej pani premier”, choćby dlatego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby, że Beata Szydło miałaby jakiekolwiek szanse w debacie z Tuskiem. Warto również mieć na uwadze to, że niedźwiedzią przysługę oddały Platformie media mainstreamowe. Te wszystkie apele Lisów, Michników i innych o tym, jak to będzie przesrane w Polsce, jeśli PiS zacznie rządzić są nie dość, że męczące to jeszcze pomagają PiS-owi. Dlaczego? Dlatego, że owa partia zbudowała (debilną co prawda, ale skuteczną) narrację, według której w Polsce rządzi jakiś układ, który jest wspierany przez media blablabla. I każdemu apelowi Lisa, PiS-owski agitprop nadaje odpowiedni spin: „PATRZCIE! UKŁAD NAS ATAKUJE! ONI SIĘ NAS BOJĄ!”.  Nie mam pojęcia po cholerę mainstream płodzi te swoje apele i odezwy. Tzn. może inaczej – na pewno starają się oni w jakiś sposób pomóc Platformie i to jestem jeszcze w stanie zrozumieć (choć pochwalać tego nie zamierzam, bo dziennikarze nie są, kurwa, od tego, żeby się mizdrzyć do władzy, tylko od tego, żeby tej władzy patrzeć na ręce), ale przecież chyba widzieli, jak bardzo te ich apele „pomogły” Komorowskiemu, a mimo to, z uporem godnym lepszej sprawy, nadal „robią swoje”.

A co będzie dalej z PO? To zależy od tego, jak owa partia odnajdzie się w roli opozycji. Od siebie dodam jedynie tyle, że nieco przerażające jest to, że partia rządząca rozsypała się jak domek z kart tylko i wyłącznie dlatego, że przewodniczący sobie poszedł. 

Antysystemowcy

W tym fragmencie nie będę się jakoś specjalnie rozpisywał dlatego, że nawet jeśli partia JKM i menażeria Kukiza dostaną się do parlamentu (co w przypadku partii KORWIN jest raczej wątpliwe),  to będą w nim pełnić rolę przystawek, a ich posłowie zostaną bardzo szybko zagospodarowani przez PiS (który ma doświadczenie w „pozyskiwaniu” polityków innych formacji), który będzie „głównym rozdającym stołki” w kolejnej kadencji parlamentu.

ZLEW
 
Najbliższe wybory to dla dla SLD i Palikota polityczne być albo nie być. Jeśli ZLEW dostanie się do parlamentu, to najprawdopodobniej się rozpadnie (tak samo jak wcześniej rozpadł się LiD) przy okazji głosowania nad jakimś spornym projektem ustawy. „Ale może teraz będą sensowną opozycją?” Nie, nie będą. SLD miało 10 lat na to, by być sensowną opozycją i jakoś tak nic z tego nie wyszło. Palikot miał, co prawda, znacznie mniej czasu do dyspozycji, ale za to spożytkował go lepiej i rozpieprzył swoją partię w ciągu jednej kadencji. Jeśli zaś ZLEW padnie przed progiem, to będzie koniec SLD, bo skoro partia ta nie potrafiła się pozbierać będąc w sejmie, to tym bardziej nie pozbiera się będąc poza nim. Owszem, Barbara Nowacka jest sensowną osobą, ale jej przywództwo byłoby nieco bardziej wiarygodne, gdyby nie było ono efektem tego, że zarówno SLD jak i Palikotowi w oczy zajrzało ryzyko spadnięcia w niebyt polityczny. Poza tym – sama jedna Nowacka nie ma szans sprawić, że ZLEW będzie sensowną opozycją.

RAZEM

Na samym początku moich dywagacji na temat tej partii – małe obwieszczenie. Jakiś czas temu sobie sam obiecałem, że jeśli RAZEMy będą blisko progu wyborczego (w sondażach rzecz jasna), to oddam na nich głos. Dzisiejsze sondaże pokazują, że RAZEM może liczyć na 4-5% poparcia – tym samym słowo się rzekło i głos swój oddam na tę właśnie partię. Nie chciałbym być źle zrozumiany – to, że sam oddam głos na tę partię, nie oznacza, że będę agitował na jej rzecz (bo nie odczuwam takiej potrzeby, każdy powinien głosować zgodnie z własnymi poglądami i nie powinien się sugerować opiniami jakiegoś lewackiego blogera). Tyle tytułem wstępu.

Ad meritum – partii RAZEM należy się karny kutas za chujową kampanię. Ja rozumiem, że to idealizm i te sprawy, ale nie można w dzisiejszych czasach liczyć na to, że da się cokolwiek ugrać za pomocą stonowanego i ugrzecznionego przekazu (który jest skonstruowany tak, żeby broń Potworze Spaghetti nie nadepnąć nikomu na odcisk) i generalnie olewać (zapewne z powodu skrajnego obrzydzenia) coś takiego jak Public Relations. Bo ten przekaz przepadnie w zalewie bełkotu produkowanego przez agitprop dużych partii. „No ale co też Piknik opowiada, przecież jednak się udało dobić do 4-5%!” Owszem udało się, ale kiedy te sondaże ruszyły? Po tym, jak Adrian Zandberg (którego teraz wszyscy lustrują) rozbił bank w trakcie debaty. W trakcie której to debaty zastosował szereg technik perswazyjnych i erystycznych (vide Jeśli będzie tak, jak proponuje pan Petru: 3 razy 16, to będziemy mieli drugą Rosję), potem to samo zrobił w trakcie rozmowy z Wiplerem (tłumacząc, że jeśli powstanie koalicja anty-PiS, to jest to idealna droga do Orbanizacji Polski). Nie chcę tu nikogo zanudzać technikaliami, chodzi mi jedynie o to, że o RAZEM zrobiło się głośno w momencie, w którym Zandberg zastosował (cholera wie, czy świadomie, może on po prostu „mówił prozą i nic o tym nie wiedząc”?) techniki, które są chlebem powszednim dla polityków. Różnica między nim, a „zawodowymi politykami”, biorącymi udział w debacie polegała na tym, że przy okazji odpowiadał na pytania z sensem (co się politykom naszym już od dawna nie zdarza). I teraz należy sobie zadać pytanie – czemu wcześniej olewano takie podejście? Czemu większość wpisów na fanpejdżu partii RAZEM było skonstruowanych tak, że można było zasnąć w trakcie czytania pierwszego akapitu? Gdyby Zandberg mówił podobnym językiem – dzisiejsze sondaże dawałyby jego partii pewnie 1,5% poparcia. „No bo media nas nie pokazywały” - noż po prostu szok i niedowierzanie! Media ignorują małe komitety, które nie mają pieniędzy? Któż się tego mógł spodziewać... Gdyby tylko istniało jakieś medium, w którym można publikować treści, nie przejmując się medialnymi gate-keeperami... A nie, czekajcie – jest przecież takie medium (i nazywa się ono „internet”), w którym można np. publikować filmiki (choćby i kręcone z ręki) i jeśli się odbiorcom filmik spodoba – to rozniosą go po internetach i w dupie będą mieli to, czy media pokazują autorów filmiku, czy też nie. Tak gwoli ścisłości, mnie nie chodzi o to, żeby glanować RAZEM-owców z mojego wygodnego miejsca przed komputerem, ale o zwrócenie uwagi na fakt, że jeśli chcą odegrać jakąkolwiek istotną rolę z polskiej polityce, to nie mogą się dać zadeptać.

Ok, pokrytykowaliśmy sobie, teraz może kilka słów o tym, co wyżej wymieniona partia robiła dobrze. Ano np. program napisała. I ok, niektóre z zawartych tam pomysłów to pobożne życzenia podszyte populizmem, ale umówmy się, że żyjemy w kraju, w którym największa partia opozycyjna (która „idzie po władzę”) opowiada jakieś pierdolety o trotyliardach złotych, które to wyciągnie z kapelusza, żeby nam, Polakom, byt poprawić – więc raczej nie powinniśmy hejtować lewackiej partii za to, że jest odrobinę (w porównaniu do PiSu) populistyczna. Poza tym – lewica musi być populistyczna, bo tylko i wyłącznie wtedy ktokolwiek na nią zwróci uwagę. Dowód? Choćby 75% podatek dla najbogatszych, którego wprowadzenie jest cokolwiek nierealne (bo niby która duża partia- każda jedna sponsorowana przez biznes- by za czymś takim głosowała?), ale za to rozgrzał do czerwoności komentatorów (przy okazji obnażając całkowite wręcz niezrozumienie terminu „podatek progresywny” u wielu komentujących). Dzięki programowi partii RAZEM stała się rzecz niesłychana – doszło u nas do debaty NAD PROGRAMEM jakiejś partii. Rzecz jasna, prawica od wczoraj usiłuje debatę sprowadzić na ukochane przez siebie tory i brandzluje się tym, że ZANDBERG MIAŁ KOSZULKĘ Z MARKSEM (nawiasem mówiąc, niemałym szokiem dla „typowego prawaka” może być to, że Marks nie był Marksistą), więc jest komuchem, więc niech spierdala. Tym samym prawicowcom nie przeszkadzała postać Andrzeja Kryże w randze podsekretarza stanu w rządzie PiS (no ale Kryże nie miał koszulki z Marksem – on jedynie zamykał opozycjonistów do pierdla za czasów PRL, więc jest spoko, nie to co ten ZANDBERG BOLSZEWIK!).

Kilka wiader pomyj wylano na RAZEM dlatego, że nie eksponowali nadmiernie kwestii światopoglądowych (związki partnerskie i te sprawy), no bo co to panie za lewica, co to nie mówi o takich rzeczach. Moim zdaniem jest to dowód na dobre rozeznanie w realiach. Czemu? Ano temu, że jakoś tak się złożyło, że wszelkie światopoglądowe zmiany (legalizacja małżeństw jednopłciowych, liberalizacja prawa aborcyjnego/etc./etc.) dokonały się w krajach, w których ludziom (tzn. większości z nich) żyje się dość dobrze (chodzi mi o wymiar ekonomiczny). W takich krajach można ruszyć tematy światopoglądowe, bo nikt tego nie nazwie „tematem zastępczym” (i nie ma tu nic do rzeczy to, że dla naszej prawicy każdy projekt ustawy, który jest niezgodny z konserwatywno-kościelną sztancą światopoglądową, jest „tematem zastępczym”, a każdy projekt z tą sztancą zgodny jest „głosem społeczeństwa”). Im biedniejszy kraj, im gorsza sytuacja ekonomiczna w nim panuje, tym łatwiej jest różnym szemranym typom szczuć ludzi na wszelkiego rodzaju mniejszości. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby zapytać dzisiaj jakiegoś PiS-owskiego drona o to, „czemu w Polsce jest źle”, to okazałoby się, że na dość wysokim miejscu znajduje się „gender i geje”. Hejtowanie mniejszości (dowolnych) nie jest li tylko efektem tresury, którą obywatelom serwuje konserwatywno-kościelna szczujnia, to jest przemyślane działanie, dzięki któremu ludzie, którym jest generalnie rzecz ujmując chujowo, zamiast skupiać się na dymającej ich klasie politycznej – skupią się na „gejach i genderze” (a dzisiaj na imigrantach, którzy będą nam niemowlęta przerabiać na kebaby). Ujmując rzecz nieco inaczej – klasa polityczna tak długo może olewać obywateli, jak długo będzie im dawać kogoś, kogo będą mogli nienawidzić. W związku z powyższym, w celu wprowadzenia jakichkolwiek zmian światopoglądowych (i nie chodzi mi tu o zmiany w kierunku konserwatywnego zamordyzmu), trzeba wpierw zadbać o to, żeby obywatelom się nieco lepiej żyło. Tym samym podejście RAZEM-owców wydaje się być cokolwiek rozsądne i moim skromnym zdaniem („zabitego” lewaka światopoglądowego) nie powinno się ich za takie podejście glanować.


Reszta

Pominąłem w niniejszej notce Nowoczesną Kropkę Ryszarda Petru. Choć zakładam, że owa partia znajdzie się w parlamencie (jeśli padnie przed progiem, będzie to oznaczało spektakularną klęskę mediów, które zawzięcie pompowały tę partię w ostatnich tygodniach kampanii), ale póki co niewiele można o tej partii powiedzieć (prócz tego, że jest to partia ludzi biznesu i będzie robić wszystko, żeby innym ludziom biznesu żyło się dobrze). Trochę śmieszą mnie PiS-owskie utyskiwania „to jest szalupa ratunkowa dla PO”, bo choć faktycznie tak może być, to wielce szanownym PiS-owcom przypominam, że ich partia była szalupą ratunkową dla polityków, którzy rozpieprzyli Porozumienie Centrum. Na temat PSL-u nie bardzo chce mi się pisać – bo owa partia pewnie znowu wejdzie do sejmu (jakoś tak mi się nie wydaje, żeby sondaże na wsiach przeprowadzano, a tam PSL ma największe poparcie) i pewnie znowu będzie w jakiejś koalicji (no chyba, że politycy tej formacji uznają, że przeczekają rządy PiS).

Ciemność, widzę ciemność

Niezależnie od wyników wyborów – nadchodząca kadencja będzie kadencją straconą. Choć tak po prawdzie, gdyby patrzeć na minione kadencje (wszystkie, bez wyjątku), przez pryzmat tego, jakie „owoce” przyniosły – to nie było takiej, której nie można by było określić mianem straconej. Bo jeśli w 25 lat po upadku PRL-u  sporym poparciem cieszą się partie, które z nim walczą - to chyba coś tu kurwa jest nie tak od dłuższego czasu. W najlepszym wypadku PiS wypieprzy się na swoich obietnicach (bo co prawda będą się starać wszystko zwalać na PO, ale przecież sami twierdzili, że Polska jest w ruinie, a mimo to nie wycofywali się ze swoich obietnic). W najgorszym wypadku – zacznie te obietnice realizować i rozpieprzy nam budżet do reszty. Co nie napawa szczególnym optymizmem, zważywszy na fakt, że w 2020 roku czeka nas brutalne zderzenie z rzeczywistością „bez dopłat z UE” (w oparciu o które większość samorządów bilansuje swoje budżety). Ujmując rzecz nieco innymi słowy – będzie przejebane, tylko jeszcze nie wiadomo jak bardzo.

I tym optymistycznym akcentem zakończę moje dywagacje przedwyborcze. A do czytelników mam jedną prośbę – idźta głosować, żebyśmy się znowu nie musieli wstydzić za niską frekwencję.

czwartek, 17 września 2015

Nadwiślańska histeria z uchodźcami w tle

Zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle poruszać na blogu problematykę związaną z uchodźcami. A dumałem nad tym, bo temat ten zdominował debatę publiczną w Polsce do tego stopnia, że zacząłem omijać szerokim łukiem jakiekolwiek newsy dotyczące uchodźców. Newsów tych jest od cholery, bo nasze ukochane media potrafią rozpoznać złotą żyłę klikalności i syryjscy uchodźcy stali się nową „małą Madzią”, a mediom (choć tym razem głównie prawicowym) udało się wywołać histerię o gargantuicznym wręcz zasięgu. Ludzie, którzy na co dzień nie mają problemów z prawidłową oceną zawartości prawicowych mediów i portali takich jak „W Polityce”, „Niezależna”, „Fronda” albo fanpejdży, które „bronią polski przed islamizacją”, nagle zaczęli tym mediom/portalom/fanpejdżom bezgranicznie ufać. Kiedy prawicowe media straszą genderem, edukacją seksualną, związkami partnerskimi, Robertem Biedroniem, in vitro, pigułką „dzień po”, laicyzacją/etc., mało kto (poza wyznawcami tychże mediów) traktuje ten przekaz poważnie. Wystarczy jednakże, że te same media napiszą artykuł o „zagrożeniu islamem” (i opatrzą artykuł zdjęciem jakichś rozwrzeszczanych fanatyków islamskich, którzy domagają się wprowadzenia szariatu „wszędzie”) i ludzie nagle zapominają o tym, że autorami artykułów są ci sami mistrzowie bajeru, którzy kilka tygodni temu straszyli nas „homoterroryzmem”. A wszystko dlatego, że Polska ma przyjmować uchodźców z Syrii. To mniej więcej tak, jakbyśmy nagle zdecydowali, że warto kupić używany samochód od kogoś, o kim wiemy, że sprzedaje ludziom sprowadzone z zachodu trumny na kółkach (które „naprawiano” za pomocą strategicznych ilości szpachli).

Polskie władze istnieją tylko teoretycznie

Polityka informacyjna, którą (w temacie uchodźców) prowadzą polskie władze, nie pozostawia złudzeń co do tego, że najważniejsze stanowiska w Polsce (prezydent, premier) zajmują obecnie osoby, które się do tego absolutnie nie nadają. Innymi słowy, w teorii mamy władzę (Andrzej Duda i Ewa Kopacz), a w praktyce mamy do czynienia z dwójką szeregowych działaczy partyjnych, których przerosła sytuacja. Bonusem jest aspirująca do roli premiera Beata Szydło (osoba o kwalifikacjach kończących się na pakowaniu Jarosławowi Kaczyńskiemu zakupów do siatek [chodzi o sławetne zakupy, w trakcie których padło hasło „Biedronka to sklep dla najbiedniejszych]), która co prawda nie ma pojęcia o co chodzi z tymi uchodźcami, ale za to proponuje „rozwiązania systemowe” (bo co prawda mogła powiedzieć „nie mam zdania na ten temat, bo brakuje mi informacji”, ale lepiej udawać człowieka renesansu i rzucić dziennikarzom „rozwiązania systemowe”, target i tak przecież kupi).

O co mi tak właściwie chodzi? O to, że nikt w Polsce (z władzami na czele) nie ma pojęcia o tym, ilu uchodźców mielibyśmy przyjąć. Ewa Kopacz twierdziła, że 2 tysiące w przeciągu dwóch lat (gwoli wyjaśnienia – już ta gargantuiczna wręcz liczba wywołała histerie w naszym kraju). Następnie Beata Szydło zarzuciła Ewie Kopacz, że ta druga się nie zna, bo Beata Szydło wie, że tych uchodźców będzie 10 tysięcy! Potem Janusze statystyki wymyśliły, że skoro ma ich być 10 tysięcy, a każdy uchodźca ściąga do „kraju docelowego” przeciętnie 7 członków swojej rodziny, to tych uchodźców będzie 80 tysięcy! A na czele stawki mamy Prezydenta Andrzeja Dudę, który strofował Niemców twierdząc, że Polski nie stać na przyjmowanie tysięcy uchodźców.

Podsumowując – premier mojego kraju twierdzi (bez przekonania), że uchodźców ma być 2 tysiące, kandydatka na premiera twierdzi, że co najmniej 5 razy więcej, a prezydent w ogóle nic nie wie, ale twierdzi, że to i tak za dużo i nas nie stać. Nikt nic nie wie, ale wszyscy drą na siebie ryje. W trakcie pisania niniejszej notki okazało się, że uchodźców ma być 12 tysięcy, ale to też nie jest pewne, bo póki co to jest to propozycja Komisji Europejskiej. Być może warto by było, aby nasi rządzący (Ewa i Andrzej) dowiedzieli się z jakiegoś wiarygodnego źródła ilu faktycznie ma być tych uchodźców, zanim zaczną się naparzać w mediach?

Durne lewaki nie rozumiom zagrożenia!!11

Nasza ukochana ksenofobiczna prawica (do tej pory zajmująca się hejtowaniem Żydów, których w Polsce praktycznie nie ma) liczyła na to, że linia podziału społeczeństwa (kto „za”, a kto „przeciw” uchodźcom) będzie przebiegać tak, jak wszelkie inne spory „światopoglądowe” (aborcja, in vitro, antykoncepcja, gender etc.). Dlatego też już na samym początku umainstreamowienia się tematu uchodźców, zaczęli budować narrację „my, prawicowcy, jesteśmy świadomi zagrożenia, jakie stanowią uchodźcy! Każdy, kto nas krytykuje to durny lewak!”.Bardzo szybko okazało się, że te prognozy były cholernie chybione. Z jednej strony mamy bowiem lewicowców, którzy obawiając się fanatyków islamskich, chcą maszerować ramię w ramię z ONR-owcami
Młodzi Polacy debatują nad problemem syryjskich uchodźców
(ci sami lewicowcy zaspamowują internety grafikami pochodzącymi z tak wiarygodnych fanpejdży jak np. „Marsz Niepodległości”), z drugiej zaś strony mamy papieża Franciszka, który wezwał do udzielania pomocy uchodźcom (zrobiło to też kilku polskich biskupów). Innymi słowy, klasyczna linia podziału: kościelna prawica vs lewica światopoglądowa (wiem, że generalizuję, bo prawicy sprzeciwia się nie tylko lewica światopoglądowa, ale dla prawicowca każdy, kto myśli inaczej to „lewak”, więc czuję się usprawiedliwiony) poszła się kochać. Zapewne najbardziej prawicę boli ten „lewacki papież”, bo co prawda mogą się z nim nie zgadzać i dawać temu wyraz publicznie, ale tym samym utrudniają sobie życie. Bo następnym razem, gdy prawica użyje argumentu „bo papież tak powiedział” (w temacie in vitro, aborcji etc.) - ktoś może odpowiedzieć „a od kiedy to słuchacie papieża?”.

Prawica zarzuca wszystkim dookoła, że „nie widzą zagrożenia związanego z przyjmowaniem uchodźców”. Choć to nie do końca tak- zdaniem prawicowców każdy, kto nie jest przeciwny przyjmowaniu uchodźców (których prawica nazywa imigrantami ekonomicznymi, bo imigrantów łatwiej hejtować), przykłada rękę do upadku Europy. Jest coś pociesznego w tym, że ludzie pokroju Łukasza Warzechy, Rafała Ziemkiewicza (itd., itd.,  bo lista „niepokornych” jest długa) pouczają papieża (który, jakby nie patrzeć, jest szefem konkurencyjnego [do islamu] korpo i musi być zorientowany w tematach tarć międzyreligijnych) w kwestii tego, że uchodźcy stanowią zagrożenie dla Kościoła. Równie urzekające są połajanki tych samych jegomościów, skierowane w stronę przywódców państw, w których dochodziło do zamachów terrorystycznych (na tle religijnym). Wydaje mi się, że jeśli ktokolwiek miałby mieć pojęcie o tym, jakie zagrożenie mogą stanowić fundamentaliści islamscy, to właśnie przywódcy Europy Zachodniej, a nie jacyś podtatusiali „redaktorzy”, którym słowo „research” kojarzy się z jakimś mało znanym gatunkiem drzewa.

Co się zaś tyczy samych zagrożeń. Te zagrożenia istnieją, ale nie tam gdzie dopatrują się ich prawicowcy (w dalszej części notki odniosę się do prawicowych fantasmagorii, które udzieliły się sporej części społeczeństwa). Zagrożeniem jest to, że nikt tak do końca nie wie, ilu uchodźców przyjmiemy. I nie, nie chodzi mi o to, że będzie ich pierdyliard i nas zjedzą, ale o to, że geniusz logistyczny naszych rządzących, który zawiera się w maksymie „jakoś to będzie”, może sprawić, że będziemy średnio przygotowani na uchodźców, kiedy już do nas dotrą i uchodźcy nie będą się mieli gdzie podziać. Drugim problemem jest to, że nie wiadomo, jak przebiegnie proces asymilacji. Jeśli za uchodźcami będzie chodzić łyse wyjące bydło, które będzie się darło „wasze miejsce jest w komorach gazowych” (w wersji mniej hardkorowej – chłopcy w kominiarkach będą rzucać w uchodźców świńskimi łbami) - ci ludzie mogą mieć problem z polubieniem Polaków i z chęciami do asymilowania się z nami. Tego, że zaleją nas imigranci ekonomiczni, jakoś tak niespecjalnie się boję, bo niby czego by tu mieli szukać? Bezrobocia bez prawa do zasiłku? Wyemigrują gdzieś na zachód. Będąc przy okazji imigrantów ekonomicznych warto zauważyć, że prawica (i ludzie, którzy uwierzyli w jej brednie) zapadła na skrajny przypadek dwójmyślenia. Z jednej bowiem strony mają pretensje do uchodźców za to, że do nas przyjechali, a z drugiej oburzają się na syryjską rodzinę, która wyjechała z Polski do Niemiec. Przyznam szczerze, że nie bardzo rozumiem o co chodzi ludziom, którzy chcą zrobić wszystko, żebyśmy nie przyjmowali uchodźców i jednocześnie hejtują tych uchodźców/imigrantów, którzy wyjeżdżają od nas na zachód.

Polskę zaleje islamski terror

Do tej pory prawicowi moderatorzy strach mieli problem ze wstrzeleniem się z retoryką „zagrożenia terroryzmem”. Przyczyna tego stanu była banalnie prosta – fundamentaliści islamscy (nie tylko ci z ISIS) dokonują zamachów/mordów na tle religijnym, ale to wszystko dzieje się „nie w Polsce” (nad czym polska prawica zapewne ubolewa). News o tym, że Polska przyjmie syryjskich uchodźców sprawił, że prawica złapała wiatr w żagle, bo prawica WRESZCIE mogła pokazać palcem i zakrzyknąć „patrzcie na nich! To oni nam tu zaraz ISIS zrobią i będzie terror, zobaczycie!”.

Prawicowa narracja „będzie terror zobaczycie” opiera się na doświadczeniach krajów Europy Zachodniej (w krajach której islamscy fundamentaliści nie raz pokazali co potrafią). Innymi słowy– zamiast na serio zastanowić się nad tym, czy przyjęcie uchodźców (nawet gdyby miało być ich 80 tysięcy) może stanowić „zagrożenie terrorystyczne”, prawicowi quasi-publicyści autorytarnie orzekli, że owszem, stanowi dlatego, że na zachodzie tak się dzieje i każdy, kto twierdzi, że u nas będzie inaczej, jest durnym lewakiem. O takim drobnym szczególe jak „demografia” prawicowi tytani intelektu zapominają. I nie widzą nic zdrożnego w porównywaniu Polski (czyli kraju, w którym według statystyk mamy +/- 5.000 muzułmanów) do krajów takich jak Francja (+/- 5.000.000 muzułmanów) i Anglia (+/- 2.500.000 muzułmanów). Po co przytoczyłem te liczby? Z bardzo prostego powodu- nie da się zakamuflować siatki agenturalnej (a tak działają współczesne organizacje terrorystyczne) w kraju, w którym „agent” będzie się wyróżniał na każdej ulicy.

Poza tym, nie bardzo widzę przyczynę, dla której ISIS (albo jakakolwiek organizacja zrzeszająca muzułmańskich terrorystów) miałaby akurat teraz zechcieć dokonywać u nas zamachów terrorystycznych. Swego czasu podpadliśmy Al-Kaidzie (Afganistan, Irak, „wojna z terroryzmem”, czy te nazwy komuś coś jeszcze mówią?) i już wtedy straszono nas tym, że „będą zamachy”. Być może ktoś podniesie argument „no dobrze, ale wtedy nie było u nas muzułmanów, a teraz nadchodzą!”. W teorii, jest to argument celny (no bo skoro nie było u nas muzułmanów, to i terroryści nie mieli się skąd wziąć), ale w praktyce jest to bezsens. Dlaczego? Dlatego, że od dłuższego czasu siedzimy wszyscy w strefie Schengen i gdyby muzułmańskim terrorystom naprawdę zależało na tym, żeby nas „ukarać w imieniu Allaha etc.”, to przyjechaliby z Europy Zachodniej. Z tej samej Europy Zachodniej, która (przynajmniej według prawicowych mendiów) już praktycznie zmieniła się w Kalifat. No bo tak na chłopski rozum – jak łatwiej przemycić do nas terrorystę? Ze strefy Schengen, czy też z Syrii  (terrorysta musi przejść cały „szlak” uchodźców, a potem starać się o azyl)?

Po co więc straszyć kogokolwiek islamskim terrorem? Bo to się dobrze sprzedaje. Bo można na tym sporo zarobić (pisząc w różnych szmatławcach brednie na temat tego, co to nam zrobią terroryści z ISIS i jak bardzo będą nam ucinać głowy). Poza tym, prawica (która przoduje w hejtowaniu uchodźców) od bardzo dawna istnieje w Polsce jedynie na zasadzie „sprzeciwiania się” czemuś i straszenia czymś. Wcześniej byli to geje, edukacja seksualna, gender, itd., a teraz trafiło na uchodźców, „bo islam”. Gdyby prawica faktycznie obawiała się zamachów terrorystycznych, to domagano by się zamknięcia granic DLA WSZYSTKICH uchodźców, nie tylko dla muzułmanów. Bo przecież tylko idiota nie wpadnie na to, że gdyby ISIS faktycznie zależało na organizowaniu zamachów terrorystycznych w Polsce,  to- CO ZA SZOK- terroryści islamscy mogliby udawać chrześcijan. Jeszcze niedawno redaktor Ziemkiewicz „żartował” sobie, że on by uchodźców witał wódką i słoniną i jak ktoś odmówi – to on by go nie wpuścił. Wypowiedź ta została od razu rozniesiona po twitterze i żadnemu ludkowi podnieconemu „Ziemkiewiczowską przenikliwością” nie przyszło do głowy, że RAZ zrobił z nich idiotów. Nikt jakoś nie pomyślał o tym, że gdyby RAZ faktycznie trafił na jakiegoś rzeźnika z ISIS, to rzeźnik przyjąłby poczęstunek, a po jakimś czasie go namierzył i poderżnął mu gardło za to, że musiał ów poczęstunek przyjąć. Z prawicą i straszeniem „terroryzmem” jest tak jak z prawicą i straszeniem straszliwymi służbami specjalnymi, które „szaleją w Polsce”. I żaden z wyznawców Pierwszego Strzałowego Rzeczypospolitej (Gmyza), albo najbardziej rozpoznawalnego rolnika Rzeczypospolitej (Ziemkiewicza) nie zacznie się zastanawiać nad tym, „jak to jest, że te mocarne służby specjalne potrafiły zabić Kulczyka, a nie potrafią uciszyć kilku rozdartych pajaców, którzy non stop o nich piszą?”

Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu przypomnieć, że ludzie, którzy teraz najgłośniej „ostrzegają przed terroryzmem”, nie mogli się zdobyć na jednoznacznie potępienie rzezi w redakcji Charlie Hebdo (więcej napisałem o tym tutaj). Nie mogli się na to zdobyć dlatego, że rysownicy z tej redakcji żartowali sobie nie tylko z islamu, ale również z chrześcijaństwa. Gdyby redakcja ChH śmiała się jedynie z Islamu – pomordowanych uznano by za męczenników w walce z Islamskim fundamentalizmem. Ponieważ jednak śmiali się również z trójcy świętej – mieli za swoje. Przypominam o tym po to, żeby pokazać, że w prawicowej optyce terroryzm terroryzmowi nierówny. Gdyby w Polsce islamscy fundamentaliści wysadzili w powietrze redakcję Urbanowego „NIE” - prawica uznałaby to za karę niebios. Gdyby zaś redaktor Ziemkiewicz potknął się na schodach przechodząc obok muzułmanina – potraktowano by to jako zamach terrorystyczny, porównywalny z atakiem na WTC.

Islamizacja Polski!

Jednym z najgłupszych tekstów, którymi nasza pszenno-buraczana prawica straszy zwykłych obywateli, jest ten o „nadchodzącej islamizacji Polski”. Według prawicowych wieszczów, jeśli wpuścimy do Polski muzułmańskich uchodźców, to za kilka lat wszystkie kobiety będą musiały zasłaniać twarze, a islam będzie religią państwową (Polska zaś zmieni się w kalifat). Jednego tylko w tych wszystkich scenariuszach „islamizacji” brakuje. Czego? A mianowicie wyjaśnienia tego, w jaki sposób przyjęcie 10.000 uchodźców muzułmańskich  ma doprowadzić do „islamizacji Polski”. W Polsce mamy ponad 10.000 kościołów (budynków), grubo ponad 30.000 księży (nie chciało mi się sprawdzać ilu katechetów i ile zakonnic), ale mimo to przyjęcie 10.000 uchodźców (przy założeniu, że wszyscy uchodźcy będą muzułmanami) skończy się islamizacją! Zapewne prawica kombinuje tak: każdy z uchodźców zabije 3 księży, wysadzi się w powietrze razem z kościołem i wtedy wkroczą do akcji zamaskowani imamowie, którzy dokonają podstępnej islamizacji (której nie będzie się miał kto sprzeciwić). Brzmi to kretyńsko? Nie mniej kretyńsko, niż straszenie ludzi tym, że garstka uchodźców zamieni nam kraj w państwo wyznaniowe. Ludzie zaś w te brednie wierzą dlatego, że straszy się ich ISIS i zdjęciami rozwrzeszczanych fundamentalistów.

Straszenie „islamizacją” jest idiotyczne z jeszcze jednego powodu – Polska coraz bardziej się laicyzuje. Laicyzacja postępuje u nas co prawda dość wolno, ale nikt nie zaprzeczy temu, że takie zjawisko ma miejsce. Możemy więc uznać, że w Polsce mamy trochę ortodoksyjnych katolików, większość jest raczej „letnia” (i nie przejmuje się zaleceniami Episkopatu w sprawach światopoglądowych) , a trzecią grupą są niewierzący – którzy albo byli ateistami „od urodzenia”, albo też stali się nimi dzięki staraniom polskich duszpasterzy. Innymi słowy – mamy w Polsce wierzących, „średnio-wierzących” i ludzi, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z religią (jakąkolwiek). Czy ktoś mi może wyjaśnić, jak w takich warunkach islam, z religii wyznawanej przez garstkę ludzi, może się zmienić w religię dominującą? Ktoś może zapytać: „no ale co jeśli muzułmanów będzie coraz więcej?” Tedy odpowiadam: „więcej” nie wystarczy. Musiałoby być ich co najmniej kilka milionów (już dziś), żebyśmy mogli mówić o tym, że istnieje niewielkie ryzyko, by w przyszłości islam zdominował Polskę.

„Straszący islamizacją” w najmniejszym stopniu nie boją się islamu. Po co więc straszą Polaków nieistniejącym zagrożeniem? Z jednej strony chodzi o to, żeby zarobić na pisaniu bredni (tak samo, jak w przypadku straszenia „terroryzmem”), z drugiej zaś strony, jest to rozpaczliwa próba zatrzymania procesu laicyzacji. Bo jak inaczej można zrozumieć apele, według których „tylko chrześcijaństwo może nas obronić przed islamem”? A jeśli dodamy do tego „wrzutki” w rodzaju wypowiedzi Terlikowskiego, który na Twitterze napisał: „Info dla ateistów, co się cieszą z imigrantów. Za bycie chrześcijaninem płaci się, wedle szariatu, wyższe podatki, za ateizm jest śmierć”. To jest bardzo prosty przekaz: „jak przyjdzie islam to mniej prze***ne będziecie mieli jako chrześcijanie, niż jako niewierzący”, czyli „przyłącz się do naszego gangu, bo jeśli nie, to ten drugi gang Cię zabije”. Warto w tym miejscu zauważyć, że chrześcijanie, którzy nas pono mają „chronić przed islamem”, nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby protestować ramię w ramię z muzułmanami przeciwko legalizacji małżeństw jednopłciowych we Francji. W kontekście powyższego, przekaz płynący od Terlikowskich/etc., należałoby skorygować „przyłącz się do naszego gangu, albo zdepczemy Cię razem z tym drugim gangiem”.

Będzie więcej gwałtów!

Przyznać muszę, że o ile poprzednie „strachy”, o których pisałem, są po prostu głupie, to argument: „przyjdą muzułmanie – będzie więcej gwałtów, bo oni nie szanują kobiet”, uważam za najbardziej ohydny. Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie mam wątpliwości co do tego, w jaki sposób traktują kobiety fundamentaliści islamscy, nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że argumentum ad gwałtum straszy nas hołota, która na co dzień lży ofiary gwałtów, bagatelizuje gwałty i generalnie  obarcza kobietę prawie 100% odpowiedzialnością za gwałt. Na łamach mojego bloga sporo miejsca poświęciłem temu, jak bardzo w dupie ma ofiary gwałtu nasza ukochana prawica spod znaku krzyża: 

Narodowy młodzian w obronie gwałciciela

Piotr Strzembosz (na łamach "W Polityce") broni dobrego imienia gwałcicieli 

Dziennikarka opowiada o tym, jak to kobieta może (strojem) sprowokować gwałt 

Rafał Ziemkiewicz i jego wynurzenia o "wykorzystywaniu nietrzeźwej" 

Nieraz zdarzało mi się również poświęcić tej problematyce miejsce na fanpejdżu:
Fronda Lepperem internetu

Marsz Szmat jest zły bo Łukasz Warzecha tak mówi!

Ten pan zapomniał o tym, że "milczenie jest złotem"

Ex burmistrz radzi "jak uniknąć gwałtu"

Współczucie nowoczesnego Endeka

O tym dlaczego kobiety nie powinny wychodzić z domu

Wyrwany z kontekstu Korwin

Nowoczesny Endek w natarciu

Dzięki uprzejmości fanpejdża "Niższa Forma Człowieczeństwa"
I teraz mam uwierzyć w to, że ludzie, którzy na co dzień zajmują się medialnym „glanowaniem” ofiar gwałtów, nagle zaczęli się przejmować losem Polek? Mam uwierzyć w to, że wyznawcy tych ludzi, którzy każdy artykuł dotyczący przemocy wobec kobiet/gwałtu zarzygają nienawistnymi komentarzami (w rodzaju „po co tam szła”, „pewnie się ubrała jak dziwka”, „to jej wina, mogła z nim nie wychodzić z knajpy”, „skoro poszła z nim na piwo, to chyba wiedziała w co się pakuje”, itd., itd.), też nagle zaczęli się przejmować?

Gówno prawda.

Los kobiet jest im całkowicie obojętny. Oni nadal będą krytykować „dziwkę, która szukała przygód i teraz ma za swoje”, tyle że jednocześnie nie będą już tak wyrozumiali w stosunku do gwałciciela (o ile rzecz jasna sprawcą będzie muzułmanin, bo jeśli będzie nim „swojak”, to skupią się, jak zwykle, na hejtowaniu ofiary). O wiele bardziej wiarygodna byłaby nasza prawica, gdyby ogłosiła „tylko Polacy mają prawo do gwałcenia Polek!”- bo generalnie do tego sprowadza się ich „troska” o kobiety.

Dlaczego oni uciekają?! Powinni walczyć!

„Dlaczego młodzi mężczyźni uciekają z Syrii”, „nie powinniśmy przyjmować mężczyzn w wieku poborowym”, „powinni walczyć o swój kraj”, „tchórze, zostawiają rodziny i uciekają do Europy”. Takich komentarzy można znaleźć w cholerę. I wszystkie one pokazują dobitnie to, że jesteśmy pokoleniem czasu pokoju. I nie chodzi mi tu o jakieś konkretne pokolenie, ale o wszystkich ludzi, którzy z racji swojego wieku nie mają pojęcia o tym, jak wygląda wojna. Ja, z racji mojego wieku, wojnę znam głównie z opowiadań dziadków(owszem, literatury historycznej trochę liznąłem, ale nawet najbardziej drobiazgowo opisana książka nie umywa się do doświadczeń ludzi, którzy wojnę przeżyli).

Babcia opowiadała o tym, że jak się front przewalał przez ich miejscowość, to schronili się wraz z całą rodziną (i całą kupą innych ludzi) w piwnicach kościelnych – bo budynek był najsolidniejszy. Z tym, że po jakimś czasie zdecydowali, że tam nie wytrzymają (ze względu na brud, wszy, pluskwy etc.) i wrócili do domu. W tym samym dniu bomba lotnicza wyje**ła im wszystkie okna w domu. Brat babci zginął w trakcie nalotu. Najprawdopodobniej jeden z pilotów pomylił go z niemieckim żołnierzem (miał zielone ubrania i z daleka pewnie kolor przypominał feldgrau). Ojciec babci zadarł kiedyś z folksdojczem i wezwano go „do Niemców” (nie pamiętam, czy to było gestapo, czy inna zaraza). Ponieważ takie „wezwanie” było praktycznie równoznaczne z wyrokiem śmierci – pradziadek zabrał ze sobą siekierę i powiedział rodzinie, że jeśli będą go chcieli zabić, to on pierwszemu rozwali łeb tą siekierą – a potem już go mogą zastrzelić. Niemcy byli trochę skonfundowani i zapytali pradziadka „po co mu ta siekiera”. Odparł „jestem stelmachem i to jest mój kawałek chleba, nigdzie bez niego nie chodzę”. Pogrozili mu i puścili do domu (zapewne jego zawód miał z tym wiele wspólnego – Niemcy z byle powodu fachowców nie zabijali). Rodzina babci zapytała kiedyś rosyjskiego żołnierza (bo rozlokowali ich po wsi w domach) o to, co się stało w Katyniu. Powiedział im tylko tyle, żeby żadnego innego Rosjanina o to nigdy nie pytali, bo to się „źle skończy”. Dziadek pod koniec działań wojennych (które się odbywały na terenie, na którym mieszkał), ukrywał się najpierw przed Niemcami (bo szukali mięsa armatniego), a potem przed „Ruskimi” (z tego samego powodu). Śpiąc po jakichś opuszczonych szopach/domach kilka razy prawie zamarzł.

Historii „wojennych”, które opowiadali mi dziadkowie było sporo (poza dziadkiem ze strony matki, który był AK-owcem. Zmarł jak miałem 5 lat, więc nie bardzo miałem okazję do słuchania jego opowieści). Były historie o ludziach, którzy zginęli przez lekkomyślność (bo rozbrajali granaty w domu, albo poszli popatrzeć na lecące samoloty), były historie o ludziach, którzy zginęli przez przypadek (tak jak brat babci), były historie o ludziach, którzy uciekli zagranicę, o człowieku, któremu „odbiło” i wymordował całą swoją rodzinę (za co został rozstrzelany przez Niemców). Każdy człowiek, który przeżył wojnę – mógłby opowiedzieć mnóstwo takich historii. Niestety, wraz z upływającym czasem, ludzi którzy mogliby nam opowiedzieć o wojnie własnymi słowami jest coraz mniej. Niestety, albowiem bez nich dyskurs „wojenny” zostanie zawłaszczony przez ignorantów, którym wydaje się, że wojna to w sumie nic strasznego. No postrzelały sobie trochę jakieś armie, ludzi trochę zginęło, ale to chyba nie mogło być jakoś specjalnie straszne skoro tylu ludzi ją przeżyło? W prawicowej hurrapatriotycznej retoryce wojna to takie zjawisko, w trakcie którego bohaterowie mogą się wykazać. A że cywile giną? Oj tam oj tam.

Krytykowanie ludzi za to, że uciekają z kraju ogarniętego wojną jest tak idiotyczne, że ciężko to jakoś skomentować. To nie jest tak, że ci uchodźcy mieszkali sobie w domach, wychodzili do pracy, żyli sobie normalnie i w pewnym momencie uznali „je**ć to, jedziemy do Europy, bo tam socjal!”. I nikogo nie obchodzi to, że ci ludzie uciekają przed bombami, które lecą im na głowy.

Nie można również pominąć polskich bohaterów, którzy odważnie wzywają Syryjczyków do tego, by ci umierali na wojnie (bo są „w wieku poborowym”). Bo do tego się sprowadzają komentarze „oni powinni walczyć”. Co prawda nie wiadomo z kim (z Assadem? Z ISIS?), ale powinni walczyć. Choć może nie tyle walczyć, co ginąć na wojnie, bo jak zginą to przynajmniej nam „zalewu islamskiego” nie zrobią (i będziemy mogli o nich szybko zapomnieć). Nie jestem, co prawda, specjalistą ds. wojskowości, ale wiem, że samo „bycie w wieku poborowym” nie czyni z kogoś żołnierza. Cywil nie ma szans na wojnie, nawet jeśli da się mu karabin i powie, w którą stronę ma strzelać (nie, młodzi syryjczycy nie mogli by liczyć na sensowne przeszkolenie, które dałoby im szanse na przeżycie potyczek z wyszkolonymi żołnierzami z ISIS, bądź też Assada) . Gwoli wyjaśnienia – nie można mieć pretensji do naszej prawicy (bo to od niej wyszła narracja „Tchórze! Czemu nie walczą?!”) o to, że wypisuje bzdury. Nie można wymagać zbyt wiele od ludzi, którzy utrzymują, że w razie wojny Polski z Rosją dałoby się zatrzymać wojska Rosyjskie za pomocą „walk ulicznych”, które prowadziliby dozbrojeni przez wojsko kibole (Oczyma wyobraźni widzę kiboli strzelających z kałasznikowów i pistoletów do wozów opancerzonych, czołgów, zestawów przeciwlotniczych i rosyjskiego lotnictwa).

Mamy więc do czynienia z niezwykle interesującą sytuacją, w której ludzie nie mający pojęcia o tym, jak wygląda wojna i o tym, że w dzisiejszych czasach „cywil z karabinem” to mięso armatnie, które dobrze wytrenowany żołnierz zabije i nawet nie skoczy mu ciśnienie, dzielą się za sprawą internetu mądrościami na temat tego, co powinni zrobić Syryjczycy. Nieco śmiesznie wygląda to „poganianie” Syryjczyków, żeby „szli na wojnę” w wykonaniu moich rówieśników, z których żaden nie odbył zasadniczej służby wojskowej (wszyscy się „migali”).

Posłowie

Prawicowe „dziennikarstwo” i „publicystyka” (przez wzgląd na mój szacunek dla prawdziwych dziennikarzy i publicystów, użyłem cudzysłowu) przeżywa swój wielki tryumf. Ludzie ci bowiem pieprzą te same głupoty co zwykle, ale tym razem ludzie wierzą w to dlatego, że przestraszyli się zdjęć islamistów. Śmiem twierdzić, że za jakiś czas sporo z ludzi, którzy dzisiaj bez mrugnięcia okiem łykają to, co z siebie wydalają (pisaniem tego nazwać nie można) ludzie pokroju Warzechy i Ziemkiewicza, zorientuje się, że zostali ordynarnie zrobieni w wała. Oby ten moment nadszedł jak najszybciej – zanim jakaś „narodowa młodzież” wyczuje, że teraz jest dobry moment do tego, żeby „zabłysnąć” i zacznie ganiać po ulicach ludzi, którzy „wyglądają na islamistów”.

Źródła:



Stąd wygrzebałem dane dot ilości muzułmanów w Polsce:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bcio%C5%82y_i_inne_zwi%C4%85zki_wyznaniowe_w_Polsce




poniedziałek, 6 lipca 2015

Fanatyków wojna z aborcją, edukacją seksualną i badaniami prenatalnymi

3 lipca 2015 roku w Sejmie został złożony obywatelski projekt ustawy mającej na celu wprowadzenie w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Jednakże myliłby się ten, kto uznałby, że to jest standardowy wyskok fundacji Pro Prawo do Życia (która już po raz 4 usiłuje majstrować przy ustawie o „planowaniu rodziny”) i że chodzi tylko i wyłącznie o zakaz aborcji. Tym razem fundacja poszła o krok dalej. I jeśli komuś się wydaje, że nie ma nic gorszego, niż wprowadzenie zakazu aborcji, po przeczytaniu niniejszego tekstu będzie musiał zweryfikować swoją opinię.

A teraz przejdźmy do treści projektu ustawy (całość w źródłach). Niestety w niektórych miejscach będę musiał zacytować dłuższe fragmenty ustawy o planowaniu rodziny, ale bez tego nie da się omówić wspomnianego projektu fundacji PPdŻ.

"Dzieci poczęte"
„1. Każdy człowiek ma od chwili poczęcia przyrodzone prawo do życia.
  2. Życie i zdrowie dziecka od chwili jego poczęcia pozostają pod ochroną prawa.”


Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo „prolajfersko”. Mamy dziecko poczęte, którego życie i zdrowie podlega ochronie prawnej (a jakże) od poczęcia. Fragment dotyczący „ochrony zdrowia” dziecka poczętego przyda się nieco później.

W ustawie o "planowaniu rodziny" (tekst ujednolicony) mamy np. taki fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych są zobowiązane do zapewnienia kobietom w ciąży opieki medycznej, socjalnej i prawnej w szczególności poprzez:

Opiekę prenatalną nad płodem oraz opiekę medyczną nad kobietą w ciąży.”


Autorom projektu obywatelskiego nie spodobało się powyższe zdanie i chcą je zamienić na takie:

Opiekę medyczną nad dzieckiem poczętym oraz kobietą w ciąży.”

Czemu autorzy zmienili „opiekę prenatalną” na „opiekę medyczną”? Wbrew pozorom nie chodzi o typowo „prolajferską” kosmetologię języka (tak, jak w przypadku zastąpienia słowa „płód” słowem „dziecko poczęte”). O co więc chodzi naszym milusim przyjaciołom zygot? Stanie się to jasne w momencie, w którym dotrzemy do fragmentu projektu ustawy odnoszącego się do badań prenatalnych. Teraz natomiast przejdziemy do kolejnego punktu, który „boli” katoprawicę.

Precz z nauką o rozrodczości człowieka!

Fundacja Pro Prawo do Życia swego czasu wydaliła z siebie projekt ustawy (będący straszliwym gniotem), który nosił nazwę „Stop pedofilii”. (Poświęciłem mu osobną notkę), ale tak w skrócie – chodziło o to, żeby pod płaszczykiem „ochrony przed pedofilią” wyrugować z polskich szkół edukację seksualną (która w opinii autorów projektu deprawuje dzieci, a one przez to częściej padają ofiarą pedofilów). Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że najnowszy projekt ustawy antyaborcyjnej również odnosi się do edukacji seksualnej i nauczania o rozrodczości człowieka.

Do fragmentu (ja wiem, że prawnikom od mojego nazywania artykułów „fragmentami” pewnie już krwawią oczy, ale jeśli zacznę stosować tu odwołania do artykułów, punktów i ustępów to oczy zaczną krwawić nieprawnikom, których jest znacznie więcej):

„Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji”

autorzy chcą dodać:

„Nauczanie w tym zakresie musi respektować normy moralne rodziców i wrażliwość uczniów. Udział w zajęciach wymaga pisemnej zgody rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

Powyższe zdanie jest bardzo groźne dlatego, że nie odnosi się ono li tylko do edukacji seksualnej. To zdanie odnosi się do CAŁEGO programu nauczania. No, a traf chciał, że na lekcjach biologii porusza się temat rozrodczości człowieka… (Nawiasem mówiąc, ciekawe, jak się ma ta troska o „wrażliwość” do podstawowej działalności członków fundacji, czyli wywieszania w centrach miast płacht z okrwawionymi strzępami mięsa?) Ale to tylko taka moja dygresja.

 Autorzy projektu ustawy celowo użyli bardzo nieprecyzyjnych określeń (bo kto mi powie, co to są „normy moralne rodziców” i jak zmierzyć „wrażliwość uczniów”?). O ile wymaganie pisemnej zgody rodziców na to, żeby ich pociechy mogły uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej, byłoby jedynie niewielkim utrudnieniem (chyba, że księża wyczytywaliby z ambon nazwiska rodziców, którzy posyłają swoje dzieci na „szatańską edukację’), to już niedoprecyzowanie „wrażliwości” otwiera furtkę do całkowitego wyrugowania jej ze szkół. Czemu? Bo o ile na „normy moralne rodziców” mogliby się powołać tylko rodzice, to nie bardo wiadomo, w czyjej gestii miałoby leżeć „respektowanie wrażliwości uczniów”. Coś mi się wydaje, że autorzy projektu ocenę „wrażliwości ucznia” pozostawiliby najchętniej księżom katechetom. A potem się okaże, że „wrażliwość ucznia” może zranić np. użycie przez nauczycielkę od biologii słów takich, jak „penis, pochwa, plemnik i macica”. Nie wspominając już o takiej abominacji, jak słowo „zarodek”, które trzeba by zastąpić słowem „dzieciątko poczęte”.

Badania prenatalne

W ustawie o planowaniu rodziny znajduje się następujący fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych, są zobowiązane zapewnić swobodny dostęp do informacji i badań prenatalnych, szczególnie wtedy, gdy istnieje podwyższone ryzyko bądź podejrzenie wystąpienia wady genetycznej lub rozwojowej płodu, albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu płodu.”

Powyższy fragment jest prosty jak budowa cepa – wszystkie kobiety mają mieć prawo do swobodnego dostępu do badań prenatalnych. W szczególności zaś te, w których przypadku istnieje podwyższone ryzyko wystąpienia wady rozwojowej płodu. Ten punkt brzmi sensownie. I zapewne dlatego autorzy ustawy antyaborcyjnej umieścili w swoim projekcie zapis, który uchyla ten artykuł.

Co prawda sami autorzy tłumaczą, że:

„Projekt zakłada derogację (uchylenie) wprowadzonego w 1996 r. art. 2 ust. 2a ustawy. (cytowany przeze mnie fragment) Sformułowanie tego przepisu wskazuje, że ma być on (i faktycznie jest) wykorzystywany przy aborcji eugenicznej. Badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka i matki będą, jako mieszczące się w pojęciu opieki medycznej (art. 2 ust. 1 pkt 1), powszechnie dostępne na dotychczasowych zasadach.

I tu mamy do czynienia albo z ordynarnym kłamstwem, albo ze skrajną niewiedzą autorów projektu ustawy (jedno wcale nie musi wykluczać drugiego). Autorzy usiłują tłumaczyć, że wywalają fragment ustawy gwarantujący swobodny dostęp do badań prenatalnych dlatego, że „był on wykorzystywany przy aborcji eugenicznej”. Następnie rżną głupa i tłumaczą, że badania będą dostępne „na dotychczasowych zasadach”.

Problem polega na tym, że gdyby ustawę przegłosowano, to obowiązywałaby treść ustawy, a nie jej uzasadnienie. Tym samym – autorzy projektu znoszą obowiązek udzielania kobietom  swobodnego dostępu do badań prenatalnych i ów obowiązek zastępują obietnicami, że „będzie tak, jak było”. Dzisiaj kobieta, której lekarz lub szpital odmawia wykonania badań prenatalnych, może się powołać na ustawę o planowaniu rodziny. Po wejściu w życie gniota autorstwa fundacji PPdŻ nie będzie miała takiej możliwości.

Załóżmy na moment, że autorom projektu nie chodzi o utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i faktycznie usuwają ten artykuł tylko i wyłącznie dlatego, że im się źle kojarzy. I ja mam w tym momencie jedno pytanie – czemu ów artykuł nie kojarzył im się źle w 2013 roku, kiedy składali obywatelski projekt zaostrzający prawo aborcyjne (poprzez odebranie kobietom prawa do terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu)? W projekcie ustawy z 2013 (dołączony jako pdf w źródłach) nie ma słowa o uchyleniu tego artykułu. Mało tego – można było w nim przeczytać, że: „Wobec dynamicznego rozwoju medycyny nie sposób też wyrokować, że dana choroba jest nieuleczalna i na tej podstawie już tylko odstępować od leczenia, ale wręcz powodować śmierć dziecka” (brawurowa stylistyka jest dziełem autora poprzedniego projektu, nie mnie ją więc poprawiać). Cytowany fragment jest, co prawda, idiotyczny (bo wada letalna pozostaje wadą letalna, nawet jeśli jakiś niedouczony profesorzyna powie, że „rokowania są dobre i można operować”, ale autorzy przynajmniej usiłują udawać, że zależy im na „leczeniu dzieci poczętych”.

W uzasadnieniu najnowszego projektu napisano, że w projekcie ustawy „wyrażono ponadto normę nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia i życia dziecka poczętego” (chodzi o fragment, który radziłem czytelnikowi zapamiętać), ale utrudnienie (a czasem uniemożliwienie) kobietom dostępu do badań prenatalnych (i do informacji medycznej) stoi w jawnej sprzeczności z „normą nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia dziecka poczętego”. Bo jakoś tak się składa, że nie ma ochrony zdrowia bez diagnostyki. Nie można więc „chronić zdrowia dziecka poczętego” bez swobodnego dostępu do badań prenatalnych. Ten projekt jest przejawem dwójmyślenia przeciwników prawa wyboru. Z jednej bowiem strony odsądzają oni badania prenatalne od czci i wiary, „bo przez badania kobiety będą zabijać dzieci nienarodzone!” Z drugiej zaś strony wiedzą (a raczej – nie mogą udawać, że nie wiedzą), że dzięki badaniom prenatalnym można wykryć wady płodu, które można korygować (ergo: leczyć „dzieci nienarodzone”). Nie można więc zakazać badań prenatalnych, ale można utrudnić do nich dostęp. Zresztą – już samo uzasadnienie wskazuje na to, że dostęp do badań prenatalnych będzie ograniczony. Konkretnie zaś chodzi o fragment: „badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka” – wynika z niego bowiem, że z USG problemu nie będzie, ale np. z amniopunkcją już tak (bo nie dość, że można w ten sposób wykryć np. zespół Downa, to jeszcze jest to metoda inwazyjna i może doprowadzić do powikłań). Bo, w opinii obrońców zygot, amniopunkcja „zdrowiu dziecka poczętego” nie służy.

Na pierwszy rzut oka, uchylenie artykułu, który nakłada na państwo obowiązek umożliwienia kobiecie swobodnego dostępu do badań prenatalnych i informacji medycznej wydaje się być nieco bezsensowne. Nawet jeśli kobieta (robiąc badania prenatalne) dowie się o tym, że nosi w sobie płód z bezmózgowiem, to i tak nie będzie mogła dokonać legalnej terminacji ciąży (bo przecież w omawianym projekcie ustawy chodzi o wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji). Tylko że słowem kluczem w poprzednim zdaniu jest słowo „legalnej”. Bo, co prawda, w świetle prawa kobieta nie będzie mogła dokonać terminacji ciąży, ale jeśli będzie odpowiednio zdeterminowana (a w przypadku stwierdzenia wady letalnej – o determinację raczej łatwo), to sobie poradzi w sposób nielegalny. Skorzysta z turystyki aborcyjnej, względnie z podziemia aborcyjnego (do którego można również zaliczyć „załatwienie” sobie pigułek wczesnoporonnych od znajomych, którzy siedzą „na Zachodzie”). Autorzy projektu doskonale sobie z tego zdają sprawę i właśnie tutaj należy upatrywać przyczyn umieszczenia w projekcie zapisu „antyprenatalnego”. Po prostu uznano, że o wiele lepiej będzie (dla „dzieciątek poczętych”), żeby kobieta nie była świadoma tego, że np. urodzi dziecko z bezmózgowiem. Co prawda będzie się to wiązało z szokiem w trakcie porodu (kiedy okaże się, że wyczekiwane dziecko nie posiada mózgu), ale przynajmniej „dziecko poczęte” umrze „śmiercią naturalną”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że utrudnienie dostępu do badań prenatalnych przełoży się na wzrost liczby „naturalnych śmierci” już urodzonych dzieci. Niektóre wady wrodzone wymagają korekty zaraz po porodzie. Jeśli wada taka zostanie wykryta w trakcie ciąży, lekarz odbierający poród będzie przygotowany na to, że noworodkowi trzeba będzie udzielić specjalistycznej pomocy (np. chirurga). Jeśli wada będzie „niespodzianką” (zafundowaną kobiecie przez fundację PPdŻ), noworodek wymagający natychmiastowej operacji będzie miał znacznie mniejsze szanse na przeżycie. Wniosek z tego taki, że albo autorzy projektu nie przemyśleli tego, jakie będą efekty, albo uznali, że obniżenie liczby legalnych aborcji jest warte każdej ceny. W tym zwiększonej śmiertelności noworodków. 

Mistrzowie ściemy

Fundacja Pro Prawo do Życia z grupki nawiedzeńców (lubujących się w wywieszaniu krwawych strzępów w miejscach publicznych) zmieniła się w grupę wyrachowanych ludzi, którzy do perfekcji opanowali sztukę manipulowania Polakami. Projekt ustawy zakazujący terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu sami nazwali „projektem zakazującym zabijania dzieci z zespołem Downa”. W ramach prowadzenia swojej krucjaty w obronie zygot, wciskali ludziom ciemnotę i tłumaczyli im, że to nie jest tak, że wadę letalną można wykryć. Można jedynie podejrzewać, że płód tę wadę ma. Konsultowałem się z osobami, które na co dzień zajmują się badaniami prenatalnymi i zapytałem, jakie jest na ten przykład prawdopodobieństwo pomyłki w przypadku stwierdzenia bezmózgowia. Odpowiedź była jednoznaczna – bezmózgowie jest na tyle charakterystyczną wadą, że można je wykryć bez problemu i pomylić się w interpretacji USG (dla uściślenia – chodziło o zwykłe USG, nie zaś o USG 3D) może tylko lekarz idiota. To samo tyczy się większości wad letalnych płodu. Nie jest więc prawdziwa śpiewka prawicowców: „terminacji ciąży dokonuje się jedynie na podstawie podejrzenia o chorobie”.

Przy okazji kolejnego projektu o nazwie „stop pedofilii” usiłowano wprowadzić tylnymi drzwiami (udając, że chodzi „o ochronę dzieci przed pedofilią”) zakaz edukacji seksualnej. Tym razem członkowie fundacji PPdŻ poszli na całość i w jednej ustawie połączono zakaz aborcji, utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i jako bonus – uniemożliwienie prowadzenia zajęć z edukacji seksualnej w szkołach. Ostatniemu punktowi nie poświęcono nawet akapitu w „uzasadnieniu” projektu. I tu właśnie należy się dopatrywać prawdziwego kunsztu manipulatorskiego. Autorzy projektu wiedzą, że próba zakazania edukacji seksualnej w Polsce jest skazana na porażkę (projekt „stop pedofilii” wywołał ogromny opór społeczny [w momencie, w którym ludzie zorientowali się, że fundacja robi ich w wała i nie chodzi o żadną ochronę przed pedofilią], którego nie była w stanie przełamać nawet agresywna propaganda prokościelnych dziennikarzy). Nasi mistrzowie ściemy poszli więc po rozum do głowy i zamiast formalnego zakazu (na który społeczeństwo się nie zgodzi) wplatają w antyaborcyjną ustawę elementy, które, co prawda, nie są formalnym zakazem edukacji seksualnej, ale w praktyce uniemożliwią jej nauczanie.

A najbardziej absurdalne jest w tym wszystkim zachowanie dziennikarzy (nie mam tu rzecz jasna na myśli dziennikarzy prawicowych, bo u nich absurd to norma), którzy z uporem godnym lepszej sprawy opisują najświeższe dziecko („poczęte”) fundacji PPdŻ, jako ustawę „antyaborcyjną” i słowem żaden się nie zająknie o tym, że ustawa dotyczy również badań prenatalnych i edukacji seksualnej (przynajmniej ja nie trafiłem na taki artykuł). Jak widać, fundacja potrafi bajerować tak skutecznie, że dziennikarze się na ów bajer również załapali (mógłby jeden z drugim dziennikarz poczytać projekt ustawy, ale, jak widać, nikt nie odczuwa takiej potrzeby). Aż chciałoby się rzec – sorry, takich mamy dziennikarzy.

Źródła:

Nowy projekt ustawy (niestety nie ma linku bezpośredniego - trzeba sobie pobrać/otworzyć pdfa)

Ponieważ na bloggerze nie da się dodawać plików PDF - poprzedni projekt ustawy antyaborcyjnej muszę wrzucić w postaci JPG (na szczęście to tylko 4 strony)