czwartek, 31 października 2013

Co wspólnego ma zgwałcenie z kradzieżą auta?

Dla normalnego, trzeźwo myślącego człowieka, zgwałcenie (w dalszej części tekstu będę używał określenia „gwałt”) z kradzieżą auta ma niewiele wspólnego. Jednakże nie wszyscy ludzie muszą być trzeźwo myślący, wszak Kazik śpiewał o tym, że „z tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle”. Gdyby ludzie, dla których myślenie jest zjawiskiem mocno akcydentalnym, swoimi mądrościami dzielili się jedynie z bliską rodziną, problemu by nie było. Niestety, ludzie ci bardzo skwapliwie korzystają z medium, jakim jest Internet. Za pomocą tegoż medium narażają innych na kontakt ze swoimi wynurzeniami. Aby zakończyć ten przydługi wstęp ustalmy jedno – niniejsza notka będzie o ludziach (a konkretnie o ludziu – sztuk jeden, płci żeńskiej), którzy nie widzą różnicy pomiędzy kradzieżą auta a gwałtem. Materiału wejściowego dostarczyła jak zwykle nieoceniona Fronda.

Pozwolę sobie zacytować panią Martę Brzezińską-Waleszczyk:

Idea Marszów (z ang. Slut Walk) Szmat narodziła się w Kanadzie. Chodziło o to, aby przeciwstawić się przemocy wobec kobiet i usprawiedliwianiu gwałtów wyzywającym strojem. Zaczęło się od wykładu dla studentów, podczas którego oficer kanadyjskiej policji, Michael Sanguinetti stwierdził, że kobiety nie powinny ubierać się jak „dziwki”, aby nie zostać ofiarami gwałcicieli.

Oczywiście, można uznać wypowiedź policjanta za mało delikatną i sugerującą, że wyzywający strój jest usprawiedliwieniem dla gwałciciela. Sęk w tym, że zupełnie nie o to chodziło, zaś z drugiej strony - jeśli zostawimy na noc auto z kluczykiem w stacyjce, radiem i damską torebką w środku, to poranek może przynieść nam niemiłą niespodziankę.

Pierwsza sprawa, na którą warto zwrócić uwagę to podkreślony fragment. Czy pani Marta mogłaby powiedzieć, skąd wie, że „zupełnie nie o to chodziło”? Tzn. jeśli ma jakieś informacje na temat tego, że pan policjant był człowiekiem o znacznym stopniu niepełnosprawności intelektualnej i zamiast powiedzieć „niektórzy chcą usprawiedliwiać gwałt wyzywającym ubiorem”. powiedział „nie ubierajcie się jak dziwki, to was nie będą gwałcić”, to ja z chęcią bym się z tymi informacjami zapoznał. Z drugiej zaś strony, cieszmy się z tego, że Kanada to nie Polska i tam żaden mędrzec nie wpadł na to, żeby idiotyczną wypowiedź tłumaczyć „lapsusem językowym”.

Sama wypowiedź jest już pewnie bardzo dobrze znana, tak samo jak idea „Slut Walk”. I nad tym jakoś specjalnie pochylać się nie zamierzam. Zamierzam się natomiast pochylić nad końcówką cytatu. Zdanie to jest bowiem doskonałym egzemplum tego jakimi kategoriami myśli spora część konserwatystów prawicowych w naszym kraju (chciałbym mieć nadzieje na to, że jest ich stosunkowo niewielu, ale artykuły „prawicowe”, komentarze na forach/FB/etc nie pozostawiają złudzeń – tych ludzi jest bardzo dużo).

Ludzie ci nie widzą nic zdrożnego w tego rodzaju idiotycznych porównaniach. „Bo jak się obwieszę złotem i przejdę się niebezpieczną dzielnicą, mogę mieć pretensje do siebie za to, że mnie napadną”. I tak dalej i tak dalej. Znamienne jest to, że gwałt zawsze porównuje się do lżejszych przestępstw, ale nigdy do cięższych. Kradzież samochodu, portfela, kurtki, napad rabunkowy etc. Nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby konserwatysta – porównał gwałt np. do tortur, bądź też (proszę wybaczyć obrazowość) sytuacji, w której ktoś komuś poderżnął gardło. Przyczyny braku „cięższych” porównań są dwie. Pierwsza i najważniejsza to taka, że konserwatyści nie uważają gwałtu za jakieś specjalnie ciężkie przestępstwo. Owszem, często i gęsto piszą o tym jaki to gwałt jest straszny, ale robią to jedynie po to, żeby ich nikt nie posądził o trywializowanie gwałtu. Druga przyczyna braku „cięższych” porównań jest banalnie prosta. Nawet konserwatysta wie, że ciężkiego przestępstwa nie można usprawiedliwiać prowokowaniem. Tzn. można, ale jedyne co można przez to osiągnąć, to wyjść na idiotę/idiotkę.

Chyba każdy człowiek, którego nie wychowywano pod kloszem, zdaje sobie sprawę z tego, że Polska jest średnio bezpiecznym krajem. Nie, nie jesteśmy jakąś strefą wojny, ale do tego by nas nazwać krajem bezpiecznym (oraz cywilizowanym) wiele nam niestety brakuje. I wydaje mi się, że tutaj właśnie należy szukać przyczyn trywializowania gwałtu. Prawda jest taka, że nikogo nie dziwi to, że sąsiad, który wyszedł ze śmieciami (ujmując rzecz prostymi słowy) dostał po mordzie od jakichś dresiarzy, który mieli akurat gościnny występ na osiedlu nie swoim. No zdarza się – oberwał i tyle. Nikogo nie dziwi to, że komuś ukradziono samochód, że komuś wyrwano torebkę, że kogoś napadnięto pod akademikiem i grożąc bronią palną odebrano (oszałamiającą kwotę) 50 złotych. Czemu to nikogo nie dziwi? Bo przywykliśmy do tego, że rzeczywistość potrafi być brutalna. Niestety – przywykliśmy też do tego, że „gwałty się czasem zdarzają”. No a skoro się zdarzają, to nic się z tym nie da zrobić, poza liczeniem na to, że „mnie to nie spotka”.

Warto również mieć świadomość tego, że mamy problem z klasyfikacją gwałtu. Z jednej strony sporo ludzi uważa, że to bardzo poważne przestępstwo, ale z drugiej strony „pożyteczni idioci” w służbie gwałcicieli zalewają przestrzeń publiczną swoimi wynurzeniami, które umniejszają „rangę” gwałtu. Te wszystkie wynurzenia nie trafiają w próżnię, ludzie to czytają i ludzie to przetwarzają. Poza tym pamiętajmy o tym, że mało kto wstydzi się tego, że został napadnięty i okradziony, mało kto wstydzi się tego, że mu ukradli samochód, mało kto wstydzi się tego, że ukradziono mu portfel. Natomiast większość ofiar gwałtu wstydzi się tego co je spotkało, gwałciciele doskonale zdają sobie sprawę z tego i wręcz„żerują” na tym wstydzie. Jeśli ktoś ma insze zdanie na ten temat, to niech sobie przypomni to kiedy mu się ostatni raz zdarzyło usłyszeć kobietę, która opowiada o gwałcie (którego ofiarą padła) jak o anegdocie. Bez porównania częściej można usłyszeć o tym, że komuś ukradli samochód. Naszemu społeczeństwu udało się zepchnąć gwałt na jakieś obrzeża świadomości. Wiemy, że do gwałtów dochodzi, ale nie bardzo wiemy co mamy o nich myśleć.

Jeśli dodamy do tego, konserwatystów, którzy nie potrafią zrozumieć tego, że do gwałtu doszło dlatego, że KOBIETA ZOSTAŁA ZGWAŁCONA, nie zaś dlatego, że DAŁA SIĘ ZGWAŁCIĆ, to o wiele łatwiej przyjdzie nam zrozumienie kretyńskich porównań, którymi raczą nas konserwatyści. Ktoś może w tym momencie powiedzieć „no dobrze, ale może konserwatyści też są ofiarami tego zepchnięcia gwałtu na margines?” I pewnie po części tak jest, tyle tylko, że od publicystów należałoby wymagać nieco więcej niźli od jakiegoś jegomościa, który nawalony jak szpadel drze po nocy mordę i raczy całe osiedle produktami swojego intelektu. No chyba, że publicyści konserwatywni są w pełni kompatybilni (pod względem poziomu intelektu), z takim pijanym jegomościem – jeśli tak, to ja bardzo przepraszam. A jeśli nie, to może by tak łaskawie pomyśleli ZANIM cokolwiek napiszą. Proponuje zacząć od zapamiętania tego, że

Zgwałcenie kradzież samochodu, portfela, butów etc.

Dzięki temu, może uda się w przyszłości uniknąć kretyńskich porównań.


Źródło:


środa, 30 października 2013

Minister Zdrojewski walczy z książkami

Maj 2011 roku był dość smutnym miesiącem dla czytelników. W miesiącu tym zaczął obowiązywać 5% VAT na książki. Ludziom wydawało się, że te 5% to jeszcze nie katastrofa. Mało kto zdawał sobie sprawę z faktu, że wprowadzenie 5% stawki VAT wcale nie oznacza tego, że końcowa cena książki wzrośnie o 5%. Prezes Polskiego Instytutu Książki szacował, że ceny wzrosną o 10-20%. Z perspektywy czasu jednak widać, że niedoszacował on wzrostu cen, o czym zresztą wiedzą wszyscy ludzie, którzy kupują książki (szczególnie w sieciowych księgarniach). Tym niemniej, prezesa tegoż (Grzegorza Gaudena) nie zamierzam się czepiać, bo przestrzegał przed tym, że zwyżka cen może źle wpłynąć na stan polskiego czytelnictwa.

Decyzja o podniesieniu VAT na książki zapadła w 2010 roku. Ministra Zdrojewskiego indagowano w tym temacie:

Mieliśmy szansę utrzymania zerowej stawki podatku. „O tym trzeba było pomyśleć w momencie negocjacji przed przystąpieniem Polski do Unii. A wtedy walczono o różne inne rzeczy - o mleko, rolnictwo, stocznie... O kulturze myślano niewiele - to błąd, za który cenę teraz płacimy.”
Zdrojewski mówi w rozmowie z "GW", że zabiegał o to, by - jeśli nie uda się utrzymać zerowej stawki VAT na książki - by w Polsce obowiązywała najniższa stawka uprzywilejowana, czyli 5 procent, a nie 8. - Trzeba pamiętać, że każdy kraj UE decyduje, jaką ma stawkę podstawową - mówi minister Zdrojewski.”

Nie wiem, czy wypowiedź ta to typowa retoryczna biegunka polityka, ale trochę się kupy nie trzyma.

Z jednej strony bowiem Zdrojewski tłumaczył, że nic się w temacie VATu książkowego nie dało zrobić, bo decyzje zapadły wcześniej. Z drugiej strony wyraźnie podkreślił to, że „jeśli nie uda się utrzymać zerowej stawki VAT...” Zaraz. Jedno z dwojga. Albo nie dało się zmienić decyzji, które zapadły, albo się dało, tylko ktoś nie podołał. Nie znam warunków „akcesyjnych”, ale coś mi się wydaje, że gdyby się ministry nasze odpowiednio postarały, to z problemami, bo z problemami, ale dali by radę zmienić ten zapis. Śmiem twierdzić, że Zdrojewski niespecjalnie się przykładał do tych „starań o utrzymanie zerowej stawki VAT”. Minister starał się za to zaprezentować siebie samego jako „dobrego wujka”, który wywalczył 5% zamiast 8%. Wydaje mi się, że nie musiał jakoś specjalnie walczyć, bo pewnie uznano, że przy 8% książki będą już tak drogie, że nikogo nie będzie na nie stać. I, co prawda, mało kto będzie chciał umierać za książki (zwłaszcza w naszym kraju), to już ludzie mogliby się bardzo zdenerwować podwyżką cen podręczników szkolnych o 30-40%.

Ciekawostka – ministry nasze tłumaczyły, że nie mogliśmy utrzymać 0% stawki VAT na książki, bo byłoby to niezgodne z przepisami w UE. Powoływali się na jakieś konkretne ustawy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że taka Wielka Brytania ma nadal 0% stawkę VAT (ale to pewnie dlatego, że to biedny kraj jest i nikogo by nie było stać na droższe książki). Zapewne ma taką stawkę dlatego, że ktoś o to zadbał. Pytanie, które należy sobie postawić, jest następujące – dlaczego u nas nikt nie umiał o to zadbać? Odnoszę wrażenie, że ministrowie składając w Brukseli wniosek o przedłużenie okresu, w którym obowiązywałby 0% VAT na książki, dodali adnotację „tylko żebyście nam tego wniosku nie przyjęli!”

Ciekawostka nr 2 (która szokiem może być jedynie dla bardzo naiwnych ludzi): „W 2009 r. w Polsce sprzedano łącznie 144 mln książek, w zeszłym roku 107 mln. Jeśli ta tendencja będzie się utrzymywać, polscy drukarze nie będą mieli co robić dla polskich wydawców” Szok, nieprawdaż? Książki podrożały i kupuje się ich mniej. Któż mógł przewidzieć taki scenariusz...

No dobrze” – może w tym momencie powiedzieć czytelnik bloga – „na cholerę nam tu przypominasz o tej prehistorii?” Powód jest prosty. Nasi cudowni rządzący (w osobie Ministra Zdrojewskiego) po raz kolejny usiłują „pomóc” czytelnikom.

Polska Izba Książki zaproponowała Ustawę o książce, której celem jest "zwiększenie poziomu czytelnictwa poprzez zapewnienie powszechnego dostępu do książki na terenie całego kraju i urozmaicenie oferty wydawniczej".”

Zanim ktoś krzyknie „yaaay” i ucieszy się z tego, że „WRESZCIE ktoś coś robi w celu zwiększenia poziomu czytelnictwa”, niech poczyta dalej:

Cel ustawy jest dobry, ale PIK chce go osiągać, stosując dziwaczny środek. Podstawowym założeniem ustawy jest wprowadzenie stałej ceny na nowości wydawnicze. Ta cena będzie ustalana przez wydawcę  i przez określony czas będzie obowiązywać u wszystkich sprzedawców końcowych.”

Super pomysł, nieprawdaż? Wydawca wymyśla sobie cenę i wszyscy sprzedawcy końcowi muszą się dostosować. Jeśli jakaś sieciówka chciałaby sprzedawać nowość taniej (bo to przyciąga klientów), to dzięki tej ustawie nie miałaby takiej możliwości. Insza inszość to fakt, że jeśli ustawa objęłaby literalnie wszystkich sprzedawców końcowych, to najbardziej w tyłek dostałyby księgarnie internetowe. Bo jeśli ktoś miałby u nich zapłacić tyle samo, co w księgarni „zwykłej”, to po cholerę pokrywać jeszcze koszty wysyłki?

Oddajmy głos Zuzannie Łazarewicz (Dodo Editor Studio Wydawnicze): „Naszym zdaniem książka powinna być traktowana przede wszystkim jako dobro kultury, a nie towar. Opowiadamy się za stałą ceną książek, bo sprzeciwiamy się dzikim rabatom. Dzięki nowym przepisom książka mogłaby się stać - paradoksalnie - tańsza, bo wydawca nie musi nadawać marży, którą później się obcina.”

Nie rozumiem, jak usztywnienie cen książek miałoby wpłynąć na to, że będą tańsze. „Wydawca nie musi nadawać marży” - to mi się kojarzy z pobożnymi życzeniami. Wydawca w pierwszej kolejności chce zarobić. Jeśli dostanie do ręki narzędzie, które sprawi, że wszyscy będą musieli sprzedawać książki po cenach przez niego ustalonych, to niech mi ktoś powie – czemu niby miałby chcieć zarobić mniej niż więcej? Czy sformułowanie „książka mogłaby się stać tańsza”nie brzmi nieco naiwnie ?

Poza tym – pojawia się tu konflikt interesów. „Dzikie rabaty”, choć dla małych księgarzy mogą być zabójcze, dla niektórych ludzi są jedyną okazją do tego, aby zaopatrzyć się w książki. Podniesienie cen - bo tym właśnie się skończy ukrócenie „dzikich rabatów” - może doprowadzić do tego, że tacy ludzie w ogóle książek nie będą kupować, a chyba nie o to chodzi pomysłodawcom.

Teraz zacytujmy ministra Zdrojewskiego, który moim zdaniem„odleciał był”:

Utrzymanie całkowicie sztywnych cen na nowości książkowe nie jest możliwe. Możemy natomiast dyskutować o sztywnych cenach na określony czas. Chodzi o to, by cena była adekwatna do kosztów powstania książki, co zaradziłoby wielu problemom, jak choćby piractwu.”

Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, w jaki sposób likwidacja „dzikich rabatów” miałaby zaradzić piractwu? W jaki sposób podwyższenie cen w sieciówkach (bo do tego się sprowadzi likwidacja rabatów) ma sprawić, że ludzie będą te książki częściej kupować? Właśnie sobie wyobrażam proces decyzyjny: „co prawda nie było mnie stać na nową książkę za 30 złotych i dlatego ją ściągnąłem z netu, ale za tę samą nową książkę jestem gotów zapłacić 35 złotych, bo wiem, że dzięki temu wspieram małe księgarnie”.

Być może ktoś mi zarzuci wiarę w teorie spiskowe, ale wydaje mi się, że nasi rządzący celowo nie walczyli jakoś specjalnie zajadle o utrzymanie zerowej stawki VAT na książki. Gdyby im na utrzymaniu tejże stawki zależało, to raczej nie czekaliby z działaniami aż do ostatniego roku jej obowiązywania. PO rządzi nami od 2007 roku i przez kilka lat nie robiło nic w tej materii. Skąd pomysł, że nie robiło? Ano stąd, że nic nam o tych działaniach nie wiadomo. Wątpię w to, że nikt by się takimi działaniami nie pochwalił („no, próbowaliśmy przez kilka lat, ale się nie udało...”). Niemrawa walka o 0% mogła mieć bardzo prostą przyczynę - chęć łatania budżetu. Zielona wyspa zieloną wyspą, ale w 2010 roku wiadomo było, że będziemy mieć spore problemy. Zapewne ktoś wpadł na to, że „hej, ten 5% VAT pomoże nam załatać dziurę budżetową!”. Pomysł genialny w swej prostocie, nieprawdaż? Tyle, że jak się popatrzy na efekty, to wydaje się on już nieco mniej genialny. W 2012 roku sprzedano ponad 25% książek mniej niż w roku 2009 – takiego spadku nie zrównoważy 5% stawka VAT.

Człowiek rozumujący w sposób logiczny wpadłby już na to, że mechanizm „wyższa cena = mniejsza sprzedaż” oraz „niższa cena = wyższa sprzedaż” istnieje i że można by go w jakiś sposób wykorzystać. No chyba, że minister Zdrojewski uznał, że ludzie kupują tańsze książki „na złość małym księgarniom” i że nie ma to nic wspólnego z faktem, że książki są po prostu cholernie drogie.

Usztywnienie cen też może być podyktowane chęcią zwiększenia wpływów do budżetu i ustabilizowania tych wpływów. Teraz, ze względu na olbrzymią rozpiętość cen (dochodzącą czasem do 20 złotych różnicy), ciężko prognozować, „ile państwo zarobi na książkach”. W teorii po usztywnieniu cen takie prognozowanie będzie łatwe. Czemu w teorii? Bo zapewne nikt nie wpadł na to, że likwidacja „dzikich rabatów” z pewnością doprowadzi do kolejnego spadku sprzedaży książek, a to z kolei zmniejszy wpływy do budżetu.

Bądźmy szczerzy – budżet sobie można bilansować na różne sposoby. Pytanie, które należy sobie postawić dotyczy tego, czy w Polsce, w której czyta bardzo mało osób, faktycznie „stać nas” na to, żeby łatać dziury budżetowe kombinowaniem przy cenach książek. Ja oczyma wyobraźni widzę ministra, który po kolejnym spadku sprzedaży na rynku książek tłumaczy: „Kto mógł przypuszczać, że likwidacja dzikich rabatów i usztywnienie cen sprawi, że ludzie będą kupować mniej książek i ściągać więcej z internetu? No kto?”



Źródła:





poniedziałek, 28 października 2013

Owsiak na celowniku „niepokornych”

O tym, że prawica polska Owsiaka nie lubi, nikogo nie trzeba przekonywać. Rokrocznie w okolicach finału WOŚP pojawiają się „laurki” dotyczące Owsiaka. Takie same, jakie wystawiają mu „niepokorni” w okolicach Przystanku Woodstock. Dotychczas pisanie o Owsiaku było mniej więcej standardowe: „róbta co chceta”, „Caritas pomaga bardziej”, „Owsiak to ateusz”, „Owsiak to lewak”, „Owsiak robi przekręty z kasą zebraną na WOŚP” i tak dalej.

Ostatnio jednakże „niepokorni” z inszej strony atakują. Najpierw Max Kolonko stwierdził, że WOŚP pełni dzisiaj tę samą rolę, którą kiedyś pełniło ZOMO. Teraz kolejni „niepokorni” twierdzą, że Owsiak „zniszczył bunt”, wypominając mu jednocześnie to, że jego matka pracowała w MO, a ojciec był ZOMOwcem.

Muszę przyznać, że „niepokorni” stanęli na wysokości zadania. Jak się nie da w kogoś teczką przypieprzyć, to zawsze można rodzicami (jak nie rodzicami to dziadkami, pradziadkami etc). O ile żonglowanie teczkami jeszcze jakoś można zrozumieć (bo w końcu teczka była wynikiem czyjegoś wyboru, choć nie można zapominać o tym, że ten wybór polegał czasem jedynie na tym, żeby człowieka przestali katować), to już wypominanie tego, kto jakich miał rodziców jest wyjątkowo obrzydliwe. Piszę te słowa z perspektywy kogoś, kto jest zupełnie bezpieczny - nawet jeśli ktoś prześwietli kiedyś moich przodków, nie znajdzie tam nic „przydatnego”. Pod tym względem „niepokorni” przypominają tak bardzo znienawidzony przez nich samych system. Tamten system też potrafił człowieka łamać – życiorysem jego samego, rodziny etc. Jednak wtedy wyciągało się ludziom np. to, że ich rodziny były na Sybirze (co, rzecz jasna, kłóciło się z tym, że ZSRR był odwiecznym przyjacielem PRL). Nie, nie porównuję zsyłki na Syberię z tym, że ktoś był w MO (raczej ciężko by mi to przyszło, jako że moi przodkowie ledwo z Syberii wrócili). Pokazuję jedynie tyle, że gnidy są w każdym systemie – zmienia się jedynie to, na czym żerują. Różnica pomiędzy PRLowskimi gnidami a gnidami dzisiejszymi polega na tym, że tamte żerowały na ludziach, bo taką miały pracę (tzn. robiły to w ramach „obrony PRLu przed wywrotowcami”). Dzisiejsze żerują, bo chcą żerować i żerować lubią. Dla tamtych niszczenie ludzi było środkiem do celu, dla tych niszczenie jest celem samym w sobie. Taka mała dygresja – gdyby nie to, że Jarosław K. tak chętnie czepiał się przodków różnych ludzi, nikomu by nie przyszło do głowy pogrzebać w historii jego rodziny. I mało kto wiedziałby o tym, że jego ojciec jako jedyny były oficer AK zrobił karierę po wojnie. Jest to samo w sobie bardzo interesujące w kontekście tego, co było udziałem żołnierzy AK po wojnie. Tym niemniej, pozostaje mieć nadzieję, że dla dzisiejszych gnid los będzie znacznie mniej łaskawy, niż dla tych niegdysiejszych.

Ale nie o tym notka miała być. Chodzi o „niszczenie buntu”. Rzecz jasna, autor na podparcie swojej tezy wyciąga sporo argumentów. Ale wszystko sprowadza się do tego, że gdyby nie WOŚP i PW, ludzie by się na pewno zbuntowali. Przeciwko czemu? Przeciwko „systemowi”. Kto się na ów „system” składa, tego już autor nie napisał. Aczkolwiek nietrudno zgadnąć, że na pewno nie chodzi o Jarosława i jego partię. Mało tego - każdy bunt, który zostanie podniesiony po ewentualnym zwycięstwie Jarosława, zostanie nazwany „buntem starego systemu przeciwko władzom”.

Pytaniem, które należy sobie postawić jest to, czy bunt da się w ogóle zniszczyć? Polska jest dobrym przykładem na to, że się nie da. Ni cholery. Ale jeśli ktoś chce szukać przykładów gdzie indziej – Ukraina. Pomimo tego, że Stalin dwoił się i troił byle przetrącić kark narodowi ukraińskiemu, ten nadal istnieje. Ba. Nawet Białoruś się ostała. No dobrze (może powiedzieć ktoś, komu udało się przebrnąć, przez artykuł na „niezależnej”), ale oni tam piszą, że Owsiak złamał młodych dobrocią. Jednym z elementów „łamania” jest WOŚP, a drugim - Przystanek Woodstock.

Autor z „niezależnej” wali prosto z mostu: Polska jest krajem zerowych szans dla młodych ludzi, a ci nie buntują się, bo są ugłaskiwani przez Owsiaka. I wszystko byłoby nawet całkiem sensowne, gdyby nie to, że jak się człek nieco bardziej zastanowi nad tymi słowami, to dochodzi do wniosku, że ma do czynienia z jakąś teorią spiskową. Ugłaskiwanie społeczeństwa jest, owszem, możliwe, tyle że musi to być działanie ciągłe. No chyba, że ktoś uważa, że dzięki temu, że jest WOŚP i PW, młodzi ludzie w jakiś magiczny sposób zapominają o tym, że nie mają szans na rynku pracy, że będą mieli problemy z utrzymaniem rodziny (o ile zdecydują się ją założyć) i że raczej mogą zapomnieć o jakimś własnym M (przypominam, mówimy o większości). Jeśli Owsiakowi udałoby się coś takiego osiągnąć, to byłby najbardziej rozchwytywanym specjalistą od public relations. Śmiem twierdzić, że zachodnie, potężne koncerny zrobiłyby wszystko, żeby mieć po swojej stronie tak skuteczny „wygładzacz” nastrojów społecznych.

Owszem – jestem w stanie uwierzyć w to, że młody człowiek w trakcie trwania Przystanku nie będzie myślał o problemach związanych z szeroko pojętą „codziennością”. Tak samo, jak ktoś, kto akurat bawi się na koncercie WOŚP. Tym niemniej, ów „niepokorny” autor powinien sobie zdać sprawę z tego, że rok nie składa się z tych kilku dni, w trakcie których „Owsiak ugładza młodych”. W ciągu całego roku dość jest czasu na to, żeby młody człowiek miał szanse się porządnie (za przeproszeniem) wkurwić. Gdyby Owsiak był tak wspaniałym pacyfikatorem nastrojów społecznych, to zostałby „użyty” wtedy, gdy Tusk zaliczył potężną wpadkę wizerunkową – chodzi mi o sprawę ACTA. Oczyma wyobraźni widzę Donalda Tuska, który dzwoni do Owsiaka i lamentuje mu do słuchawki: „Jurek, zróbże coś, bo mnie te młode ludzie nie chcą słuchać i mi słupki spadają!” Owsiak zaś wsiada do swojego Owsiakomobilu i jedzie na ratunek. W następstwie czego młodzi ludzie rozchodzą się do domów i ACTA zostaje podpisane (i nikt się przeciwko niczemu nie buntuje). Słucham? Że to niby brzmi absurdalnie? Owszem, ale to nie ja zacząłem.

Nie, moi drodzy „niepokorni”, buntu nie da się złamać ani ugłaskać. Tzn. owszem, da się, ale tylko wtedy, gdy bodziec, który ów bunt wywołuje zostanie usunięty (albo przynajmniej nie będzie się rzucał w oczy). Czy młodzi mają pracę? Czy mogą patrzeć spokojnie w przyszłość? Czy klasa polityczna nam się jakoś poprawiła i rządzą nami fachowcy? Czy młodzi nie będą musieli wyjeżdżać za granicę? Takich pytań jest mnóstwo i niestety – odpowiedzią na wszystkie jest słowo „nie”. Czy Owsiak faktycznie byłby w stanie wygładzić to wszystko swoimi eventami? Jeśli odpowiedziałeś na to pytanie twierdząco, to najwidoczniej jesteś fanem „niepokornych” i zabłądziłeś w internecie. Czemu więc ludzie się nie buntują? Ano temu, że moje pokolenie (i młodsze roczniki) mogło się wielokrotnie przekonać o tym, że protestować sobie można, a rządzący mają to na dobrą sprawę w dupie. Ponadto moje pokolenie nie bardzo się kwapi do tego, żeby wziąć brechy, mutry i insze takie argumenta, po czym udać się pod sejm i napieprzać z policją. I nie dlatego, że jesteśmy tchórzami, tylko dlatego, że taki protest nie za wiele by przyniósł (prócz siniaków, wyroków etc.). Bo o ile można od rządu za pomocą styliska od kilofa wywalczyć podwyżkę (jeśli się jest górnikiem na ten przykład), to już miejsce pracy nie bardzo da się w ten sposób uzyskac.

Poza tym - nie oszukujmy się. Dla większości „niezależnych” i „niepokornych” bunt antysystemowy to bunt przeciwko Platformie. Ironią losu byłoby to, gdyby do buntu doszło w trakcie rządów idola „niepokornych” (na które to rządy musimy się pomału przygotować). Rządy JK nie mają szans na znaczną poprawę sytuacji w kraju (obiecywać JK może, ale z realizacją obietnic będzie krucho, oj krucho). Jeśli dodamy do tego wrodzony takt Jarosława, który w trakcie swoich niedługich rządów zdążył obrazić większość ludzi w Polsce, perspektywa buntu staje się bardzo realna. Wtedy, rzecz jasna, „niepokorni” zmienią narrację. Wtedy się okaże, że młodzi buntownicy to sieroty po PRLu, postkomuniści, ubecy i tak dalej. Choć z drugiej znowu strony - „niepokorni” zawsze wiedzą, z której strony wiatr wieje i jeśli by się miało okazać, że bunt zmiecie z przestrzeni publicznej ich idola, to zapewne bardzo szybko zmieniliby obiekt westchnień. Najłatwiej byłoby RAZowi, bo on od jakiegoś czasu bardzo lubi chłopców z Ruchu Narodowego.

Na sam koniec powróćmy do tematu przewodniego. Czy Owsiak ma cokolwiek wspólnego z tym, że w Polsce nie dochodzi do buntu? Śmiem w to wątpić. Tak samo jak w to, że „niepokorni” glanują Owsiaka powodowani „odwagą cywilną”. Komuś bardzo musi zależeć na tym, żeby zohydzić wszystko, co pozostaje poza jego wpływem.






sobota, 26 października 2013

Partie bez dotacji – betonowanie status quo

Likwidacja dotowania partii politycznych z budżetu państwa na pierwszy rzut oka wydaje się być doskonałym pomysłem. O naszej klasie politycznej można bowiem powiedzieć bardzo wiele, ale określenia takie, jak „pracowitość”, „uczciwość” etc. w owym „bardzo wiele” się raczej nie zawierają (są, rzecz jasna, chlubne wyjątki, ale mówimy o większości). Poza tym, nasi dzielni politycy mają tendencję do wydawania publicznych pieniędzy na jakieś pierdoły, czym (delikatnie rzecz ujmując) nie zaskarbiają sobie sympatii społeczeństwa. I jak tak człowiek sobie poduma o tym wszystkim, to nie powinno nikogo dziwić postrzeganie ucięcia dotacji w kategoriach „odebrania darmozjadom pieniędzy, na które nie zasługują i których nie potrafią szanować”.

Staram się unikać powtórzeń w tekstach, ale tym razem powtórzenie jest konieczne - „na pierwszy rzut oka” ucięcie dotacji to doskonały pomysł. Przynajmniej ukarze się darmozjadów. Tylko, że jeśli się nad tym całym pomysłem głębiej zastanowić, to może się okazać, że pierwszy rzut oka był mylący i to bardzo. No, ale - jak to mawiał Bogusław Wołoszański – nie uprzedzajmy faktów.

Pierwsza sprawa, która nie dawała mi spokoju to fakt, że partia, która tak gorąco domaga się likwidacji dotowania partii z budżetu (PO), otrzymuje z tegoż budżetu 47,6 miliona złotych. O ile łatwo zrozumieć PiS (który nie chce zmian w zakresie dotacji), to PO zrozumieć znacznie trudniej. Ktoś mógłby powiedzieć „ha! PO to partia związana z biznesem! Poradzą sobie” i trudno się z tym nie zgodzić. Tylko, że tu jest Polska, a Polska to kraj cwaniaków, w którym przedsiębiorcy z milionowym obrotem nie wstydzą się składać wniosków o dodatek mieszkaniowy. Co gorsza – Polska to kraj, w którym ci przedsiębiorcy zgodnie z prawem takie dodatki mogą otrzymać (tu notka w temacie dodatków). Co to ma wspólnego z politykami? Głównie to, że w zakresie cwaniactwa politycy mogliby korepetycji udzielać tym przedsiębiorcom. Mam uwierzyć w to, że partia, która dostaje z budżetu kilkadziesiąt baniek, jest w stanie bez mrugnięcia okiem (o ile, rzecz jasna, partia mogłaby okiem mrugać) zrezygnować z takiej kasy? Nawet w skali kraju 47,6 miliona złotych to kupa pieniędzy – z tym chyba nikt nie będzie polemizował. Co PO zyskuje w zamian? W chwili obecnej niewiele. W teorii – tego rodzaju działanie mogłoby sugerować wyborcom, że PO jest partią ludzi uczciwych, którzy nie chcą żerować na budżecie kraju. W praktyce – sugestia, jakoby jakakolwiek partia z naszego parlamentu była „partią ludzi uczciwych”, może być traktowana jako bardzo kiepski dowcip. Posłowie na swoją opinię (cwaniaczki/złodzieje/etc.) pracowali w pocie czoła przez ponad 20 lat i ucięcie dotacji budżetowych nie zmieni ich wizerunku.

No to może chodzi o to, żeby odciążyć budżet? Wszak „za pieniądze z budżetu, które otrzymały ugrupowania w 2012, można sfinansować roczne inwestycje drogowe w jednym z województw.” I wszystko fajnie, tylko że w porównaniu do kwot, które nasi mądrzy inaczej politycy marnują podejmując kretyńskie decyzje, suma dotacji dla wszystkich partii wydaje się być z punktu widzenia budżetu raczej niewielka. Ujmując rzecz brutalnie – polski tonący budżet nie odczuje w żaden sposób tego, że partie nie są zeń dotowane.

Podsumujmy to wszystko. PO chce zrezygnować z prawie 50 baniek nowych złotych dla wątpliwego efektu propagandowego? I to w sytuacji, w której nie wiadomo, jak się potoczą dalsze losy tejże partii? Przecież naturalnym odruchem cwaniaka byłoby „nachapanie się”, póki jeszcze można (bo po przegranych wyborach koryto się bardzo, ale to bardzo oddali). Z perspektywy budżetu „odciążenie” jest bezsensowne.

Zatem może chodzi o to, żeby zrobić na złość partiom, które nie mają „bogatych kolegów”? Coś w tym niezaprzeczalnie jest. PO jako partia z zapleczem biznesowym najmniej boleśnie odczułaby tę zmianę. Jednakże bądźmy realistami – partie, które siedzą w parlamencie, z problemami, bo z problemami, ale sobie poradzą. Wszak świat biznesu szukał, szuka i będzie szukał „wejścia” do polityki. I w tym punkcie muszę się zgodzić z partią, której nazwa jest interpretowana jako Paranoja i Schizofrenia. Owszem, likwidacja dotacji mogłaby pogłębić patologię w polskiej polityce (tak, może być gorzej). W sytuacji, w której partie musiałyby szukać pieniędzy, usłużni biznesmeni z pieniędzmi z chęcią by im pomogli. Rzecz jasna, każdy trzeźwo myślący człek wie, że nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. Tym samym biznesmeni chętnie by pomogli, ale owa pomoc miałaby swoją cenę. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że nie jestem jakimś bolszewikiem ziejącym nienawiścią do świata biznesu. Jednakże tylko człowiek nieskończenie naiwny uzna, że przedsiębiorca wspieranie jakiejś partii politycznej potraktuje jako coś inszego niźli inwestycję. Tzn. owszem, zdarzają się ludzie, którzy partie wspierają z przyczyn ideowych, ale w mojej opinii jest to mniejszość.

Uważny czytelnik mógł wychwycić to, co napisałem w poprzednim akapicie, a konkretnie: „partie, które siedzą w parlamencie (…) sobie poradzą”. I tu można dopatrywać się realnych celów likwidacji dotowani partii. Celem nadrzędnym jest, z tego co mi się wydaje, zabetonowanie status quo (aczkolwiek możliwe jest również to, że politycy PO są durni na tyle, że to, co ja uznałem za cel nadrzędny, jest po prostu efektem ubocznym, którego nie wzięli pod uwagę). Skąd ten pomysł? Ano stąd, że nowej partii bardzo ciężko będzie poradzić sobie bez dotacji. W tym miejscu poczynić muszę jedną uwagę. Poprzez „nową partię” rozumiem taką, której członkowie nie są spadochroniarzami z innych partii. Nowo-powstała partia mogłaby się bez problemu dostać do parlamentu w 2015 roku. Tylko, że jej problemy zaczęłyby się już po dostaniu się do tegoż parlamentu. Ktoś może przytomnie zauważyć, że „skoro ich było stać na kampanię wyborczą, to tym bardziej poradzą sobie po wygranych wyborach”. Taka wypowiedź w kontekście biegunki bilbordowo-plakatowo-ulotkowej, którą nam serwują nasi politycy w trakcie każdej kampanii, jest sensowna. Tylko, że owa biegunka nie ma nic wspólnego z profesjonalną kampanią. Śmiem twierdzić, że nowa partia mogłaby dostać się do parlamentu przy minimalnym wkładzie finansowym. Sensownie przeprowadzona kampania nie wymaga jakichś specjalnie wielkich nakładów finansowych. A już na pewno nie wymaga ciężkich milionów, które wydają na kampanie największe partie.

Taka mała dygresja w tym momencie. Skoro dałoby się zrobić coś taniej, to czemu ludzie wydają tyle pieniędzy? Ano temu, że szefami sztabów zostają głąby, które nie mają pojęcia o tym, co to jest public relations. Ci ludzie „wiedzą”, że kampanię można najlepiej prowadzić w jeden sposób - zasypać miasto czy okręg wyborczy plakatami, bilbordami, ulotkami (których ludzie mają dosyć). Tak wygląda „kreatywna kampania” w wykonaniu „speców” partyjnych. Innymi słowy – na kampanię wydaje się dużo pieniędzy, bo „spece” nie mają zielonego pojęcia o tym, na co je wydawać. Przeciętny polityk w trakcie kampanii skupia się więc nie tyle na niej samej, co na pozyskaniu sponsorów. Takiemu „wspieranemu” koledzy biznesmeni nie pozwolą biedować. W znacznie gorszej sytuacji byłby ktoś, kto dostał się do parlamentu dlatego, że prowadził sensowną kampanię, na którą nie wydał pierdyliarda złotych. Taki nie siedziałby u nikogo w kieszeni i dla niego brak dotacji mógłby być problemem. Rzecz jasna, usłużny biznes na pewno by się do niego uśmiechnął, ale mógłby to być uśmiech bardzo kosztowny.

Utrzymanie politycznego status quo jest na rękę wszystkim w parlamencie. Nowa partia mogłaby zakłócić symbiozę, w której żyją „skłóceni ze sobą” politycy. Największe zagrożenie (pod warunkiem, że nie byłaby kolejnym klonem PiS) stanowiłaby dla PO, bo mogłaby jej odebrać umiarkowanych wyborców (o ile jeszcze takowi pozostali). PiSowi głosy gwarantują tabuny „niepokornych” dziennikarzy – ojciec Rydzyk itp. PiS się więc bardziej martwi o pieniądze, a nie o głosy. Smutne jest to, że PiS jako jedyna partia zwraca uwagę na to, jakie zagrożenie niesie ze sobą romans biznesu z polityką. Smutne dlatego, że owa partia, która jest traktowana jako główne zagrożenie demokracji (nie bez przyczyny), jest jedyną, która (zapewne niechcący) tejże demokracji teraz broni.

Jeśli ktoś w tym miejscu powie „przecież nie stać nas na to, żeby dotować partie z budżetu!”, to ja odpowiem - a czy stać nas na to, żeby rządzili nami ci sami ludzie – tyle, że na zmianę? Jeśli w 2015 roku PiS wygra (a raczej wygra, chyba że Jarosław zadba o to, by było inaczej), to po bardzo niedługim czasie ludzie będą mieli dość tej partii i to, z czym się PiS mierzył w 2007 roku, będzie niczym w porównaniu z oporem społecznym przy kolejnych wyborach. Kto wtedy wygra? Palikot? Nie wiadomo, czy w ogóle wejdzie do parlamentu. SLD? Jakim cudem? Miller był bardzo skuteczny w punktowaniu Buzka, ale potem poległ jako premier, a teraz nie radzi sobie nawet w opozycji. PSL przecież nie wygra wyborów. Twory w rodzaju Republikanów (nie wiem, jak się ich partia będzie ostatecznie nazywać), Solidarnej Polski i ich potencjalny wkład w politykę oceniać będziemy mogli po wyborach 2015 (aczkolwiek podejrzewam, że ów wpływ będzie marginalny). Kto nam zostaje? PO i nikt więcej. Następnie PiS przejdzie do opozycji i będzie lizał rany, czekając na „swoją kolej”. Prawda jest brutalna – bez nowej partii i nowej siły w parlamencie, mamy jako naród (albo społeczeństwo, w zależności kto na kogo głosował) po prostu przesrane. Nie stać nas na to, żeby nieudacznicy przeganiali się w parlamencie z miejsca na miejsce.

Tak na sam koniec napiszę jedno. Bardzo chciałbym, żeby to betonowanie parlamentu było celowym działaniem. Z jednej strony, co prawda, oznaczałoby to, że PO to cwaniaczki i zrobią wszystko, byle na długo nie odpaść od koryta. Z drugiej zaś strony – partia, której członkowie niechcący robią tego rodzaju rzeczy, jest (moim zdaniem) znacznie bardziej niebezpieczna. Dlaczego? Bo cwaniak, w przeciwieństwie do głupka, jest przewidywalny. 

Źródła:



czwartek, 17 października 2013

Ruch Narodowy zbiera zabawki dla martwych dzieci

Dawno, dawno temu wydawało mi się, że jeśli ktoś przeciwko czemuś protestuje (publicznie rzecz jasna), powinien umieć odpowiedzieć na pytania dotyczące swojego protestu. Od razu nadmieniam, że chodzi mi o sensowne odpowiedzi na pytania. Takie, które sprawią, że ludzie zaczną patrzeć na tę osobę (a co za tym idzie – na jej protest) przychylnym okiem. Rzecz jasna, dawno już wyrosłem z tego młodzieńczego idealizmu. Wyrosłem z niego dlatego, że większość protestujących, jeśli się ich zapyta, o co im chodzi, albo bełkocze, albo mówi rzeczy tak absurdalne, że ciężko je odbierać inaczej niźli jako kiepski żart. Owszem – nie każdy musi umieć występować publicznie Tym niemniej, jeśli ktoś się pcha w sferę publiczną z jakimiś przekazem, musi być świadomy tego, że być może dziennikarze będą chcieli z nim porozmawiać.

Taki los (tzn. dziennikarze) spotkał protestujących działaczy Ruchu Narodowego. Przeciwko czemu protestowali owi działacze? Nie, nie – tym razem nie w obronie uciskanych kiboli, lecz przeciwko „mordowaniu chorych dzieci”. Protest, rzecz jasna, godny pochwały. Ja również uważam, że chore dzieci nie powinny być mordowane. Mało tego! Pójdę o krok dalej – uważam, że zdrowie dzieci również. I w ogóle nikt nie powinien być zabijany. Większość czytelników zapewne już domyśla się, o co chodziło członkom RN. Nie protestowali przeciwko zabijaniu, a przeciwko aborcji. Konkretnie zaś – przeciw terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu. Protestującym, którzy zarzucają posłowi Markowi Gosowi „głosowanie za prawem do zabijania chorych dzieci” chciałbym przypomnieć, że jeśli ów poseł ich pozwie, to już teraz powinni zbierać pieniądze na odszkodowanie, bo nie mają szans na to, żeby wygrać taką sprawę (tłumaczyłem to przy okazji notki o wyroku w sprawie A. Tysiąc vs T. Terlikowski). Ale to tylko dygresja.

Tym, co przykuło moją uwagę, była wypowiedź jednego z narodowców (niejakiego Adriana Lewickiego). Trzymajcie się, bo choć cytat będzie krótki, to jednak może podnieść ciśnienie:

Zapytaliśmy, czy Ruch Narodowy będzie pomagał rodzicom wychowującym ciężko chore dzieci. - Tak, planujemy zbiórkę zabawek - odpowiedział Lewicki.”

Zanim przejdę do meritum, odniosę się do jednej kwestii, która jest dość istotna. Skąd się w ogóle wziął pomysł dotyczący zbiórki zabawek? To akurat jest bardzo proste. Narodowcy czasem chcą udowodnić, że są cywilizowani i organizują zbiórki przyborów szkolnych/zabawek/etc. dla dzieci z domów dziecka. Abstrahując już od wszystkiego innego (tzn. od standardowej działalności narodowców) – miło z ich strony, że takie zbiórki organizują. Tyle, że w tym przypadku nie chodziło o dzieci z domów dziecka, co chyba umknęło Lewickiemu. Zakładam, że stało się tak dlatego, że jest to jedyna metoda (zbiórki zabawek), za pomocą której narodowcy usiłują pokazać, że są cywilizowanymi ludźmi. No, ale dość krążenia wokół tematu.

Prawda jest taka, że słowa Lewickiego obnażają ignorancję przeciwników aborcji. W tym przypadku jest to ignorancja absolutna. Lewicki w ogóle nie ma pojęcia o tym, czego dotyczy protest. Gdyby bowiem dysponował jakąkolwiek wiedzą w tym zakresie, wiedziałby, że jego słowa są (za przeproszeniem) durne. Zbieranie zabawek dla dzieci? Świetnie to brzmi. Ale już zbieranie zabawek dla płodów z letalnymi wadami wrodzonymi brzmi nieco gorzej. A może te zabawki dać dzieciom, które mają tak wysoki stopień niepełnosprawności, że będą wegetować przez rok (a następnie umrą)? To świetny pomysł – takie zabawki im przecież na całe życie wystarczą. Następnie można poprosić rodziców żeby te zabawki oddali (już po śmierci dziecka) przy okazji kolejnej zbiórki – zapewniam, że będą jak nowe.

Pójdźmy o krok dalej. Po co martwym dzieciom zabawki? Czy pan Adrian Lewicki słyszał o czymś takim jak bezczaszkowie? „Dziecko”, które się urodzi bez głowy zabawką się raczej nie pobawi. Ktoś może podnieść argument „no dobrze, ale dziennikarz pytał konkretnie o pomoc rodzicom wychowującym dzieci”. Owszem, jednak ten argument nie ma racji bytu w kontekście „protestu” Ruchu Narodowego, który odbywa się w bardzo konkretnej sprawie. I sprawa ta nie dotyczy „mordowania dzieci chorych”. Pan Lewicki, jak mniemam, wyobraził sobie to, że protestuje przeciwko zabijaniu dzieci, które mają grypę. Takim dzieciom faktycznie zabawka by nie zaszkodziła. Natomiast dzieciom martwym bądź też obciążonym wysokim stopniem (nie pamiętam fachowego nazewnictwa) niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej zabawki na nic się zdadzą.

Nawiasem mówiąc, pan Lewicki pokazał, że zinfantylizować można wszystko. Nawet opiekę nad dzieckiem w stanie wegetatywnym. Rodzicom opiekującym się takimi dziećmi przeważnie brakuje pieniędzy. Muszą się również zmagać z gigantycznymi obciążeniami psychicznymi. Część z tych nich ma świadomość tego, że po ich śmierci nikt się już ich dzieckiem nie zaopiekuje. Jakie remedium ma na to Ruch Narodowy? Zbiórkę zabawek. Pana Lewickiego i jego kolegów zapewniam, że ciężarne kobiety, które ujrzały w mediach jego oświadczenie, teraz już na pewno zdecydują się na urodzenie dziecka – nawet, jeśli okaże się (po badaniach prenatalnych), że będzie ono miało wysoki stopień niepełnosprawności.

Na sam koniec chciałbym życzyć panu Lewickiemu przegranego procesu (o ile poseł się zdecyduje na pozew). Tego, żeby zmądrzał życzyć mu nie będę, bo nie wierzę w cuda. 

Źródła:

wtorek, 15 października 2013

Tomasza Terlikowskiego wojna z homoseksualizmem

W ramach sobotniej prasówki zerknąłem na Frondę i z miejsca rzucił mi się w oczy artykuł Tomasza Terlikowskiego pt.

Tu nie chodzi o prawo do małżeństwa, ale o jego zniszczenie”

Już sam tytuł sugeruje, że pan Tomasz znowu będzie się (po raz kolejny) pastwił nad osobami homoseksualnymi i ich staraniami o prawo do małżeństw jednopłciowych.

Są takie momenty, gdy homolobbyści całkowicie odsłaniają gardę. I tak stało się właśnie podczas ostatniego spotkania w „Gazecie Wyborczej” poświęconego rzekomej homofobii. To w trakcie niego homolobbyści wprost pokazali, że im wcale nie chodzi o prawo do małżeństwa, ale o jego zniszczenie.”

Tomaszowi Terlikowskiemu już na starcie udało się znokautować samego siebie – „odsłonięcie gardy” (nawiasem mówiąc chodziło chyba o opuszczenie gardy) pomyliło mu się z „wyjawieniem swoich prawdziwych intencji”. Choć rozumiem, że Wielki Specjalista ds. ogólnych (w tym sportu) może mieć inne zdanie na ten temat. No, ale to tylko taka dygresja. Idźmy dalej. Terlikowski pisze wprost: „wiem, że gejom/lesbijkom chodzi o zniszczenie instytucji małżeństwa”. Czy Tomasz T. dysponuje jakimikolwiek dowodami na poparcie swej tezy? Owszem!

A najlepszym na to dowodem jest króciutki cytat z opisującego spotkanie artykułu zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej”.”

Jakiż to dowód?

„Lesbijce, która skarżyła się na nierówność prawa do małżeństwa, poseł Żalek już w kuluarach powiedział: - Przecież mamy takie same prawo.”

Czyżby poseł Żalek sugerował, że w Polsce lesbijka może wziąć ślub z lesbijką (i analogicznie gej z gejem)?

„Co pan mówi - żachnęła się dziewczyna”
Jak widać rzeczona lesbijka nie do końca uwierzyła w to, co poseł Żalek powiedział.



„Ja się ożeniłem. Pani może wyjść za mąż.”
I słusznie, że nie uwierzyła, bo poseł chyba nie do końca zrozumiał, o co jej chodzi.



Zabrakło nam słów - podsumował Piotr Pacewicz.”
Za to mnie ich nie brakuje. Jeśli poseł Żalek przyrównuje swoje małżeństwo do małżeństwa zawartego pomiędzy lesbijką a heteroseksualnym mężczyzną, to śmiem twierdzić, że musi być ono (posła Żalka małżeństwo) średnio szczęśliwe...

I zapewne zabrakło mu słów z powodu celności uwagi posła Żalka. Jest bowiem oczywiste, że w Polsce homoseksualista czy lesbijka ma pełne prawo do małżeństwa.”

W tym momencie przypomniał mi się pewien kretyński dowcip. „W Polsce nikt nie zabrania zawierania małżeństw osobom homoseksualnym. Przecież nikt nie broni lesbijce wyjść za mąż za geja”. Coś mi się wydaje, że ów dowcip stanowił podstawę teoretyczną do wywodu Tomasza Terlikowskiego.

Tyle, że prawo do jest dokładnie takie samo, jak w przypadku każdej innej osoby. Lesbijka, jako kobieta, może zawrzeć małżeństwo z mężczyzną, a homoseksualista z kobietą.”

Miałem rację. Ciekawym, czy praca doktorska Tomasza Terlikowskiego opierała się na równie mocarnych merytorycznie podstawach co ten wywód? Terlikowski albo udaje człowieka nierozgarniętego, albo nim jest. Rozgarnięty człowiek nie będzie tłumaczył, że „geje i lesbijki mają te same prawa co osoby heteroseksualne, bo mogą wchodzić w różnopłciowe związki małżeńskie”. Rozgarnięty człowiek zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że taka wypowiedź jest po prostu idiotyczna jeśli się ją osadzi w kontekście (a kontekstem jest dążenie osób homoseksualnych do tego, by mogły one zawierać małżeństwa jednopłciowe).

Ale nie wynika to z dyskryminacji, a z rozumienia małżeństwa. Jest to, od zawsze, związek kobiety i mężczyzny, i każdy, kto chce go zawrzeć musi się na to zgodzić. I wtedy nikt nie będzie go dyskryminował.”

Nie wynika z dyskryminacji? Dawno temu część osób heteroseksualnych uznała, że homoseksualizm jest zły, wyklęła homoseksualistów i odebrała im część przynależnych im praw, a teraz okazuje się, że to wcale nie jest dyskryminacja. Bardzo odważna teza, która, nawiasem mówiąc, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Co się zaś tyczy samej instytucji małżeństwa, to może by się mądruś jeden z drugim dokształcił nieco? Jeśli nie chce się takiemu czytać niczego prócz internetów, to Ciocia Wikipedia im może pomóc. Jak wyglądało małżeństwo w Babilonii?

Mężczyzna mógł mieć oprócz żony także konkubiny, które mógł nawet wprowadzać do domu jeśli kobieta była chorowita lub niepłodna. Jeśli mężczyzna także z konkubinami nie miał dzieci, mógł on ożenić się po raz drugi, bez rozstawania się z pierwszą żoną; druga żona miała jednak pozycję podporządkowaną, a pierwsza zajmowała pozycję uprzywilejowaną zarówno wobec konkubin, jak i wobec żony obocznej.”

Owszem. Małżeństwo było związkiem kobiety i mężczyzny, ale zanim jakiś fan Terlikowskiego zakrzyknie „HURRA”, niech zwróci uwagę na podkreślone fragmenty. Konkubiny? Poligamia? Żona oboczna? Niewiele to małżeństwo ma wspólnego z współczesnym małżeństwem monogamicznym? Że co? Że przecież pojęcie małżeństwa mogło, a nawet musiało ewoluować? No właśnie...

No, ale może to tylko ta cholerna Babilonia... Może np. w Egipcie było inaczej i „lepiej” (z punktu widzenia monogamicznego, heteroseksualnego katolika)?

Niby wszystko ok. Mężczyzna i kobieta. Mało tego – cudzołożenie było karane surowo! Ale zaraz, moment. Cóż my tu mamy?

Małżeństwo między bratem a siostrą nie było zabronione a faraonom czasami nawet nakazane.”

No, świetnie. Małżeństwo, co prawda, heteroseksualne, ale chyba nie takie, jakby to sobie wymarzył Terlikowski...

To jak jest z tym małżeństwem „od zawsze”? Terlikowski wyjął sobie z tego „od zawsze” „związek kobiety i mężczyzny” i zapomniał o reszcie?

Problem polega tylko na tym, że homolobbystom nie chodzi o rzekomą dyskryminację, a o to, żeby zmienić ową definicję, co w istocie oznacza zniszczenie małżeństwa.”

I cóż złego w zmianie definicji? Małżeństwo było redefiniowane w cholerę razy do tej pory. Jak mniemam, teraz już nie można zmieniać definicji, bo jest ona „najlepsiejsiejsza”? A może nasi przodkowie też uważali, że ich definicja jest najlepsza? Może jakiś Tomasz Terlikowski w Babilonii bronił przed postępem swojego prawa do konkubin i żon obocznych?

Jedno mnie nurtuje. W jaki sposób redefinicja pojęcia małżeństwa ma „zniszczyć małżeństwo”? No, ja w tym za grosz sensu nie widzę. W jaki sposób to, że Kowalska ożeni się z Kowalską wpłynie na to, że Iksiński się chce ożenić z Iksińską? Pozwolę sobie na odpowiedź – w ŻADEN SPOSÓB NIE WPŁYNIE.

Uznanie za małżeństwo związku dwóch facetów czy dwóch kobiet nie jest bowiem tylko zmianą językową, ale zawiera w sobie destrukcję cywilizacyjnej i kulturotwórczej roli małżeństwa.”

Ciekawym, jak dużo konserwatystów swego czasu wypowiadało podobne słowa: „Uznanie za małżeństwo związku czarnego mężczyzny z białą kobietą, czy czarnej kobiety z białym mężczyzną zawiera w sobie destrukcję cywilizacyjnej i kulturotwórczej roli małżeństwa!”

Bez różnicy płciowej i związanej z tym płodności małżeństwo nie tylko przestaje być potrzebne, ale też przestaje być małżeństwem...”

Innymi słowy Terlikowski definiuje (POTRZEBNE) małżeństwo jako fuzję „różnicy płciowej” i „płodności”. A co z heteroseksualnymi małżeństwami bezpłodnymi? Czyżby nie były one potrzebne? A może wraz z ustaleniem tego, że para jest bezpłodna, powinno się automatycznie anulować zobowiązanie małżeńskie? Na odchodne powiedzieć takiej parze – nie jesteście małżeństwem, a wasz związek (którego nie macie prawa nazywać małżeństwem) jest nikomu do niczego niepotrzebny! Nie możemy zezwolić bezpłodnym ludziom na zawieranie związków małżeńskich, bo oznacza to zniszczenie małżeństwa! Czyjego małżeństwa? Zapewne małżeństwa Tomasza Terlikowskiego i innych konserwatystów. Śmiem twierdzić, że małżeństwom ludzi, którzy w dupie mają to, „kto z kim i gdzie”, jakoś tak niespecjalnie „zagrażają” małżeństwa jednopłciowe.

Tak na sam koniec – powyższy tekst napisałem po 4 godzinach snu i dość ciężkim dniu. Jeśli się więc okaże, że w Babilonii można było brać ślub z teściowymi, szwagrami, (ojcami, matkami, kozami, ślimakami, lamami, pterodaktylami, niszczycielami gwiezdnymi) a ja tego nie napisałem – bardzo przepraszam.





piątek, 11 października 2013

„Gwałt Narodowy”

Jakiś czas temu na WikiLeaks pojawiły się zapisy prywatnych rozmów jednego Pana Z Ruchu Narodowego. O wpadaniu lewakom na chatę i późniejszym ich mordowaniu napisano już tony artykułów. Jednak o jednej kwestii, znacznie bardziej bulwersującej, niźli mokre sny o potędze (i mordowaniu lewaków), napisano niewiele. W dwóch miejscach tych jakże pouczających notatek można było wyczytać, że u narodowców (nie pamiętam już, czy był to ONR czy też RN) doszło do gwałtu (wiem, że termin prawniczy to „zgwałcenie”, ale będę używał słowa „gwałt” dla własnej i czytelników wygody). Nasi dzielni narodowcy doskonale wiedzieli, kto jest gwałcicielem i wiedzieli również, gdzie się ukrywa. Czy coś z tym fantem zrobili? Niezupełnie. Pan Z Ruchu Narodowego martwił się jedynie tym, że jakby gwałciciel był u nich jakąś szyszką i „wydałoby się”, że jest gwałcicielem, pojawiłby się problem natury wizerunkowej.

Co prawda media, choć się nad Panem Z Ruchu Narodowego pastwiły, olały niemalże zupełnie wypowiedzi związane z gwałtem (za to „wpadanie lewakom na chatę” zrobiło karierę medialną). Dzielnym narodowcom było to, rzecz jasna, jak najbardziej na rękę. Jednakże w dobie internetu nic nie ginie i narodowe środowiska są co jakiś czas indagowane w tym temacie. Na FP o nazwie „żądamy ukarania gwałciciela z Ruchu Narodowego” pojawiła się wypowiedź jednego z sympatyków organizacji narodowych (skopiowana z jakiegoś forum), która rzuca nieco światła na to, czemu narodowcy nic w temacie gwałtu nie zrobili (i najprawdopodobniej nie zrobią). Wypowiedź będzie podzielona na fragmenty, ale niczego z kontekstu nie wyrwę (obiecuję).

Człowiek czasami popełnia błędy, raz małe, raz kolidujące z prawem. Zakładając że nawet całkiem spora część członków RN znała Palickiego i nagle dowiadując się o jego postępku, mieli nagle wyprzeć się może nawet wieloletniego kolegi lub przyjaciela?”

Cywilizowanego człowieka to „wyparcie” by nie zdziwiło. Wiadomo, że dla ludzi bardzo ważna jest lojalność, ale lojalność w moim rozumieniu nie jest odmianą (mitycznej) miłości bezwarunkowej. Tym niemniej, w grupach, w których toleruje się przestępstwa, nikogo taka bezrefleksyjność dziwić nie powinna. „Nasz” może popełniać przestępstwa, bo jest „nasz”.

Raczej odruchowo, bo tak reaguje każdy dobry kumpel, w pierwszej chwili mogła być reakcja niedowierzania.”

No tu akurat się udało autorowi napisać prawdę. O ile bowiem prawie każdy jest sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której jego dobry znajomy wdaje się w bójkę, to z zaakceptowaniem tego, że znajomy jest gwałcicielem, większość ludzi może mieć problem. Tym niemniej, prawdy (nawet bardzo brzydkiej) nie da się wypierać przed samym sobą w nieskończoność. I czasem trzeba się pogodzić z tym, że ów „dobry kumpel”, prócz bycia dobrym kumplem, jest zwykłym gwałcicielem.

Wśród kibiców, skinheadów, narodowców panuje taka niepisana zasada, że kolegi bądź przyjaciela się nie sypie, nawet jeśli dopuściłby się najgorszej zbrodni.”

Autor chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co sam napisał. Tego rodzaju postępowanie, czyli „niesypanie” jest, owszem, często spotykane, ale jedynie w organizacjach przestępczych. Cywilizowany człowiek może tolerować to, że jego przyjaciel łamie prawo, ale tylko do pewnego momentu. U każdego taki moment jest inny, ale ŻADEN cywilizowany człowiek nie przejdzie do porządku dziennego nad tym, że jego znajomy dobry jest gwałcicielem. Co się zaś tyczy słów autora, to raczej nie był świadom tego, że tym jednym akapitem udowodnił, że organizacje i subkultury, które wymienił, powinny być traktowane tak jak inne, których członkowie „nie sypią” kolegów.

Dlaczego? Bo mamy po prostu ludzkie uczucia.”

Mamy ludzkie uczucia i dlatego olaliśmy to, że nasz kolega zgwałcił naszą koleżankę. Tak, to brzmi bardzo sensownie. Ludzkie uczucia, jak widać, skupiają się na koledze, który „popełnił błąd”. Zgwałconej koleżanki ludzkimi uczuciami już ogarnąć się niestety nie da.

Gwałt potępiamy wszyscy, ale czy tak chętnie leciałbyś kablować na kumpla z którym może wiele lat piłeś wódkę?”

Autor tak bardzo się zaperzył, że umknęła mu jedna ewentualność. Takiemu koledze można przecież dać wybór: „zgłosisz się na policję sam, czy też mamy to zrobić za Ciebie?” Ponadto autor powinien uzupełnić swoją wypowiedź i napisać „gwałt, którego nie dokona żaden z naszych kolegów, potępiamy wszyscy!” - tak by brzmiało bardziej naturalnie.

Jeśli tak, to jesteś kundel i szmata, a nie kolega, i ci którzy się z tobą zadają, powinni uważać na to, jakie powierzają ci tajemnice. Bo gotów jesteś sprzedawać kumpli. A ulica tego nie wybacza.”

„Ulica tego nie wybacza” - ten fragment doskonale pokazuje to, w jakim świecie żyją ci ludzie. I że świat ten niewiele ma wspólnego ze światem przeciętnego Kowalskiego. Dodatkowo, ów fragment pokazuje doskonale to, dlaczego ci ludzie nie nadają się do tego, żeby pełnić jakiekolwiek funkcje publiczne. Wyobraźmy sobie bowiem takiego pana w roli posła, którego znajomy (też poseł) podejrzewany jest o gwałt: „My się trzymamy razem i nie donosimy na siebie, bo ulica tego nie wybacza”. Dla tych ludzi lojalność jest ważniejsza od czegoś tak trywialnego jak „porządek prawny”. Wiem, wiem – politycy też się „kryją” wzajemnie. Tylko, że żaden polityk nie broniłby w takiej sytuacji dobrego imienia gwałciciela (jednemu się zdarzyło, ale potem przeprosił).

Jeszcze takie pytanko - trochę abstrahując od sprawy Palickiego - jeśli twoja postawa emanuje chęcią sypania kolegów, to ilu podkablowałeś, np. w pracy, za drobne przewinienia? Taki chętny do kapowania jesteś?”

I w tym momencie doszliśmy do meritum. Dla autora nie ma różnicy zbytniej pomiędzy gwałtem, a np. tym, że ktoś komuś ukradł kanapkę z firmowej lodówki. I w jednym i w drugim przypadku pod żadnym pozorem nie wolno „wsypać” winowajcy.

Podkreślam - ja nie bronię żadnego gwałciciela. Ale jeśli gwałcicielem byłby twój najbliższy przyjaciel - to tak bez oporów sprzedałbyś go policji? Aż nie uwierzę, jeśli odpowiesz twierdząco..”

„Nie bronię żadnego gwałciciela” powinno zostać uzupełnione o „no chyba, że to mój dobry kolega, z którym wódkę piłem”. Autor zapewne nie miałby problemu z donosem na gwałciciela spoza swojego kręgu znajomych. No chyba, że organizacje, o których pisał, całkowicie przejęły kodeks „zbójów”. Bo przestępcy (ci zawodowi, „charakterni”) nie donoszą na nikogo i pod żadnym pozorem. Autorowi przez myśl nie przeszło to, że nie zrobienie niczego (czyli „niewsypanie” kolegi) jest formą obrony gwałciciela.

Znamienne jest to, że w całym tekście autor ani razu nie zająknął się w temacie ofiary gwałtu. Ofiara – nota bene sympatyczka organizacji narodowych (jasno to wynikało z rozmów Pewnego Pana Z Ruchu Narodowego) – zostaje zupełnie zignorowana. Bardzo ciekawie to wygląda w zestawieniu z postulowaną rycerskością środowisk narodowców, którą tak bardzo zachwycały się kobiety „narodowe” w jednym z wywiadów. Jak widać, owa rycerskość kończy się w momencie, w którym pasowałoby np. ofierze gwałtu pomóc i zadbać o to, żeby gwałciciel jak najszybciej znalazł się w miejscu odosobnienia. Choćby dlatego, żeby pan gwałciciel nie miał okazji do kolejnych takich czynów.

Tak swoją drogą, autora można by przekornie zapytać o jedną rzecz. Autor twierdzi, że członkowie pewnych organizacji/subkultur nie donoszą na siebie wzajemnie, choćby ktoś popełnił „najgorszą zbrodnię”. Tedy zapytać można, czy nie doniósłby na kolegę, który wymordowałby mu cała rodzinę (nie, to nie jest przejaskrawianie – wymordowanie rodziny znacznie bardziej pasuje do terminu „najgorsza zbrodnia” niż „lekkie przewinienie w pracy”). Sparafrazujmy więc autora:

Podkreślam - ja nie bronię żadnego mordercy. Ale jeśli mordercą (który wymordował ci rodzinę) byłby twój najbliższy przyjaciel, to tak bez oporów sprzedałbyś go policji? Aż nie uwierzę, jeśli odpowiesz twierdząco..”

Źródło:


czwartek, 10 października 2013

Kościół (nie)radzi sobie z pedofilią

(Uwaga natury ogólnej – niniejsza notka powstała zanim abp Michalik popełnił swój „lapsus językowy” mówiąc o dzieciach nakłaniających księży do molestowania)

Kościół ma spory problem z pedofilią we własnych szeregach. I nie chodzi mi już nawet o wymiar ilościowy (tzn. nie zamierzam wyliczać tego, ilu pedofilów się znajduje w jego szeregach). Chodzi mi o to, że kościół w Polsce (bo o nim mowa) w ogóle nie potrafi sobie z tym kryzysem poradzić. Według jego przedstawicieli (i zwolenników), problem „kościelnej pedofilii” jest wyolbrzymiany przez media, które szczują ludzi na duchownych. Ci sami ludzie twierdzą, że pedofilia w kościele jest zjawiskiem co najwyżej marginalnym (abstrahując już od retoryki księdza Oko, który policzył wszystkich pedofilów w Polsce i wyszło mu, że wcale nie ma ich tak dużo wśród księży).

Problemem kościoła jest to, że owa instytucja i jej przedstawiciele praktycznie nie potrafią sobie z pedofilią poradzić. Kościół nie wie, jak postępować z ofiarami (w tym temacie osobna notka powstanie) czy z pedofilami w sutannach. Nie wypracował sobie żadnej spójnej strategii postępowania z przypadkami pedofilii w swoich szeregach. I na sam koniec coś, co jest najbardziej widoczne – kościół nie potrafi o pedofilii mówić.

Pedofile w sutannach

Niezależnie od tego, jaką optykę przyjmiemy (zwolenników czy też przeciwników kościoła), musimy sobie zdać sprawę z jednego faktu – pedofilia w kościele występuje. A to, czy pedofilem w sutannie jest 1 na 100 księży, czy też 1 na 1000, czy też 1 na 4567 – to już osobna kwestia. Skoro problem występuje to znaczy, że pedofile w sutannach nie są „urban legend” (miejską legendą) – są oni osobami z krwi i kości, z którymi kościół powinien sobie umieć radzić. Czy umie? Przypomnijmy może ostatni blamaż apb Hosera, który odwołał pedofila z parafii dopiero w momencie, w którym media się zainteresowały sprawą. Wpierw niejaki ks Lipka narobił kościołowi wstydu tłumacząc (przed kamerami), że molestowanie seksualne podlega interpretacji, a poza tym to nie można było księdza odwołać, bo wyrok nie był prawomocny. W tym momencie należy sobie postawić jedno pytanie – czy abp Hoser nie wiedział o całej sprawie? Śmiem w to wątpić. Czym więc wytłumaczyć można jego bierność? Tej samej bierności nie przejawiał względem ks Lemańskiego, którego odwołał z parafii między innymi za to (o ironio), że krytykował podejście kościoła do problemu pedofilii... Moim skromnym zdaniem, dla wiernych większym zagrożeniem był ksiądz, któremu prokuratura przedstawiła zarzuty niż ten, który miał po prostu „niewyparzoną gębę”.

Ktoś usiłował tłumaczyć, że kościół nie może nic zrobić, dopóki ksiądz nie zostanie skazany (nie pamiętam już, jak to argumentowano). Czy tak jest w rzeczywistości? Posłużmy się cytatem:

Czy ksiądz katecheta uprawiał seks z uczennicą gimnazjum katolickiego? Sprawę bada prokuratura, a kuria zabrania duchownemu pełnienia wszelkich posług i noszenia sutanny.

No i problem się pojawia. Jednego księdza zawieszono za to, że zainteresowała się nim prokuratura. Innego zaś zostawiono w spokoju do momentu, w którym media nie zaczęły pytać, „o co w tym chodzi”.

Dla porównania: jeśli w jakiejś szkole średniej nauczyciel sobie poromansuje z uczennicą (albo nauczycielka z uczniem) i o całej sprawie dowie się dyrekcja, to nauczyciel leci na zbity pysk. Nikt nie ma dla niego litości. I to nawet przy założeniu, że uczeń osiągnął już wiek przyzwolenia. Jeden z WFistów z mojej starej szkoły ponoć lubił młode dziewczynki i wyleciał ze szkoły (nie wiem czy dopadł go prokurator za to). W innej szkole (już średniej) nauczyciel lubił sobie pomacać uczennice. Dyrekcja się o tym dowiedziała – nauczyciel wyleciał na zbitą mordę. Takich historii znam sporo. Łączy je jedno – nikt nie litował się nad takimi nauczycielami. Przyczyna tego stanu jest bardzo prosta. Gdyby dyrekcja nic nie zrobiła z nauczycielem macającym uczennice, sprawa prędzej czy później i tak ujrzałaby światło dzienne. I proszę sobie teraz odpowiedzieć na jedno pytanie – który rodzić pośle swoją córkę do szkoły, w której zezwala się na „macanki” nauczycielskie? Żaden dyrektor nie może sobie pozwolić na to, żeby do tematu pedofilii podchodzić z „kościelną nonszalancją”.  Być może kościół powinien uczyć się tego, jak postępować z „robaczywymi jabłkami”, od dyrekcji szkół? Nieco absurdalnie w powyższym kontekście brzmi retoryka Ks Oko, który namawiał do szukania pedofilów wśród nauczycieli...

Brak spójnej strategii

Kościół tak długo ignorował problem pedofilii we własnych szeregach, że sam uwierzył w swoją propagandę. Tzn. w bajki o tym, że pedofilia w kościele jest na tyle rzadka, że nie ma w ogóle po co się nią zajmować. Efektem tej nonszalancji i olewania problemu jest to, że w tym momencie kościół nie dysponuje spójną strategią postępowania z „pedofilami w sutannach”. Gdyby było inaczej, nie dochodziłoby do sytuacji, w których media muszą się dopytywać o to, czy aby na pewno rozważnym jest zezwalanie na pracę z dziećmi księdzu, którego prokuratura podejrzewa o dokonanie kilkunastu czynów pedofilskich. Brak spójnej strategii sprawia, że kościół na pedofilię reaguje wtedy, gdy media zaczynają krążyć w okolicy przestępcy w sutannie. Czy tak dużym problemem byłoby opracowanie takiej strategii? Ja mogę nawet pomóc:

  1. Zawieszamy księdza.
  2. Zgłaszamy sprawę na policje/do prokuratury (w śledztwie wewnątrzkościelnym to nie przeszkadza)
  3. Udzielamy policji/prokuraturze pełnego wsparcia.
  4. Sami informujemy o wszystkim media zamiast czekać na to, aż media przyjdą do nas (mała podpowiedź – rozmawiając z mediami nie należy im zdradzać personaliów ofiar).
  5. Udzielamy ofiarom i ich rodzinom pełnego wsparcia (które nie ogranicza się do „modlitw w ich intencji”).
  6. Po wyroku skazującym publicznie przepraszamy za to, że taki a taki człek był księdzem.
  7. Jeśli w toku postępowania okazuje się, że ksiądz był niesłusznie posądzony – odwieszamy go i informujemy o tym media.
  8. Amen.

I jak? Czy tego rodzaju schemat postępowania to coś, na co polscy biskupi nie są w stanie wpaść? (Jak się okazuje, kościół jednak ostatecznie wypracował jakąś strategie postępowania z pedofilami w sutannach. Aczkolwiek raczej niewiele się zmieni, bo purpuraci nadal nie nałożyli na siebie obowiązku informowania organów ścigania – rzecz jasna w trosce o „dobro ofiar”)

Kościelna retoryka

Przedstawiciele kościoła w ogóle nie potrafią mówić o problemie pedofilii. Nagminne w ich retoryce jest jego marginalizowanie. To, jak mniemam, jest próba pocieszenia ofiar: „no, może i któryś ksiądz was zgwałcił, ale to się tak rzadko zdarza, że możecie się czuć wyjątkowi!” Że przejaskrawiam? Owszem. Tylko jak wytłumaczyć to, że przedstawiciele kościoła klarując o tym, że „pedofilia w kościele to temat zastępczy”, zupełnie zapominają o ofiarach pedofilów w sutannach. Zapominają o tym, że za każdym tym przypadkiem – niezależnie od tego, jak byłby rzadki – stoją ofiary i ludzkie dramaty. A to nie jedyne retoryczne grzechy Kościoła. Biskup Pieronek w temat pedofilii zagłębia się z gracją rewolucji październikowej. Powiedział on bowiem kiedyś:

Żadna siła nie powstrzyma człowieka od tego, żeby korzystać z możliwości, jakie daje człowiekowi wolna wola i do czego pchają go namiętności.”

Innym zaś razem:

Ale również arcybiskup pedofil powinien być szanowany, jeśli wszystkich ludzi mamy szanować, a nie linczować. Najpierw udowodnijmy winę, a później osądzajmy. Za wszelką cenę chce się zniszczyć księży, dosolić im tak, żeby przestano uważać ich za ludzi.”

Warto sobie uzmysłowić to, że to nie jest ciąg myślowy jakiegoś katolickiego trolla z gimnazjum. To są wypowiedzi wysoko postawionego przedstawiciela kościoła. Jeśli mam być szczery, to uważam drugą z tych wypowiedzi za wyjątkową podłość. Podłość, którą abp Pieronek wyrządził ofiarom arcybiskupa (oraz ofiarom innych pedofilów w sutannach). Pokrzywdzonym w skandalu pedofilskim w retoryce Pieronka jest bowiem arcybiskup (a w domyśle – wszyscy inni księża podejrzewani o pedofilię). Biedny arcypasterz zapomniał o tym, że to ofiarom pedofilów w sutannach, a nie samym pedofilom, należy się współczucie.

Wypowiedzi utrzymanych w podobnym tonie jest sporo. I jeśli są one „produktem” jakiegoś fanatycznego trolla – mówi się trudno, każdy ma prawo do bycia głupim. Jednakże te same wypowiedzi padające z ust księży i biskupów dziwią mnie i to bardzo. Dziwią mnie dlatego, że WSZYSCY księża/zakonnicy w ramach studiów uczą się tego, jak przemawiać. Każdego z nich uczy się retoryki i układania kazań. Jednym wychodzi to dobrze, innym nie wychodzi (jak to w życiu), ale podstawy retoryki zna każdy z nich. I żadnemu z tych mędrców nie przyszło do głowy to, że tego rodzaju wypowiedzi to coś, co drażni ludzi? Przecież o tego rodzaju rzeczach trzeba mówić z daleko idącą delikatnością i wyczuciem. Ani jednego ani drugiego nie można dostrzec w wypowiedziach abp Pieronka i wielu innych przedstawicieli kościoła. Smutna prawda jest taka, że jeśli wybuchnie jakiś skandal pedofilski z udziałem kleru, a media zadadzą sobie trud i dotrą do wielu przedstawicieli kleru, prosząc ich o ustosunkowanie się do skandalu, to ZAWSZE znajdzie się ktoś, kto powie coś durnego.

I w jakiś magiczny sposób wszystkim tym mędrcom umyka jakoś to, że za pomocą swojej (pozbawionej wyczucia, nierzadko skandalicznej i momentami okrutnej) retoryki sami szczują na siebie ludzi. Media nawet nie muszą się specjalnie starać – do podniesienia ciśnienia opinii publicznej często wystarczy zacytowanie jakiegoś kościelnego dostojnika.


Źródła:





Notka rocznicowa

Stało się. Fanpage Piknik na Skraju Głupoty skończył rok. Z tej okazji notkę rocznicową należałoby popełnić, co niniejszym czynię. Wszystko zaczęło się od bloga, którego założyłem 24 września 2012. Zamysł był taki, żeby pisać trochę o książkach, trochę o kampaniach reklamowych i społecznych (głównie nieudanych), trochę o polityce i tak dalej. W praniu okazało się, że najlepiej pisze mi się o polityce i „okolicach”. Co jakiś czas zbieram się do napisania recki jakiejś książki, ale na zbieraniu się kończy (no, ale może wreszcie się zbiorę i jakąś piknikową recenzje popełnię).

Nawiasem mówiąc, stałym czytelnikom (a wiem, że tacy są) blogowym winien jestem wyjaśnienie. Blog w pewnym momencie nieco wyhamował (średnio jedna notka na miesiąc). Stało się tak, ponieważ skupiłem się na prowadzeniu FP. Druga przyczyna była taka, że piszę sobie od jakiegoś czasu cuś dłuższego od notek blogowych, a czas jak wiadomo nie jest z gumy i wszystkiego naraz się nie da. Tym niemniej, od pewnego czasu notki się w miarę często pojawiają, więc czuję się zrehabilitowany :)

Trochę danych liczbowych z minionego roku piknikowego:

Blog

W sumie opublikowałem 76 notek (ta będzie 77). Całkowita liczba odsłon bloga to 32.260 . To całkiem sporo, biorąc pod rozwagę fakt, że blog „roznosi się” głównie dzięki fanom i zaprzyjaźnionym FP. Jako ciekawostkę dodam, że najpopularniejsza notka -Zróbmy sobie wojne - miała 1.002 odsłony. Mam nadzieję, że ów rekord uda mi się niebawem pobić :) Co jakiś czas zbieram się do dodawania nowych funkcjonalności, ale średnio to wychodzi, bo nie za bardzo wiem, co by się przydało czytelnikom (wskazówki mile widziane). Niebawem wyprodukuję pewnie listę ulubionych blogów.

Fanpage

Liczba fanów 6.060
Liczba grafik 590 (z czego większość opatrzona komentarzem)
Najpopularniejsza grafika dotarła do 97.000 użytkowników

W temacie fanów. Nadal cieszy mnie to, że grafiki rozchodzą się nierównomiernie. Tzn., że aby grafika się spodobała, musi być ciekawa. Proces produkcyjny grafik przebiega różnie. Czasem jest to coś w rodzaju błyskawicznej riposty (i komentarz na spodzie grafiki jest literalnie pierwszym, który przyszedł mi do głowy), a czasem trwa to nieco dłużej.

Dorobiłem się też antyfanów. Na ten przykład taki admin fanpage Wojujący Gimboateusz czasem oddostępni jakąś grafikę, czasem przyjdzie i podzieli się mądrością swą. Ostatnio napisał, że eutanazja to morderstwo i że bardzo nie fair jest oczekiwanie od kogoś pomocy w tej materii. Dodał też (z właściwą swej kondycji intelektualnej delikatnością), że jeśli ktoś chce się zabić, to niech sobie gardło poderżnie (dosłownie – chodziło po poderżnięcie sobie gardła). Śmiem twierdzić, że nie było to nawiązanie do książek Pratchetta i niejakiego Gardło Sobie Podrzynam Dibblera

Nadal banuję przyjaciół zygot (którzy wolą określać się mianem „obrońców życia”). Czynię to głównie z tego powodu, że rozmowa z nimi zawsze schodzi na „aborcja to morderstwo, ty lewacka szmato”. Raz jeden zbanowałem kogoś, kto co prawda nie używał inwektyw, ale ordynarnie kłamał. Poszło o to, że jego zdaniem w 1993 r. zakaz aborcji wprowadzono dlatego, że ludzie wybrali polityków, którzy obiecywali jego wprowadzenie. Każdy, kto interesował się historią współczesną wie, że takie stwierdzenie ma niewiele wspólnego z prawdą. Ludziom wtedy aborcja jakoś specjalnie nie przeszkadzała i zdenerwowali się wprowadzonym zakazem. Udało się nawet zebrać gdzieś tak 1.200.000 podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, które to podpisy zostały bardzo demokratycznie olane.

Co się zaś tyczy samego FP/bloga – cieszy mnie to, że pomimo tego, że na Facebooku jest od cholery różnych stron, ludzie odwiedzają moją. Cieszy mnie to, że na tej stronie komentują i dyskutują (na blogu mało kto się odzywa, ale niemalże pod każdym linkiem blogowym udostępnionym na FB wypowiada się sporo ludzi). Cieszy mnie to, że nie zawsze się zgadzamy z moimi (i Zbyszka Embriona) fanami. Cieszy mnie o tyle, że dyskusje są możliwe jedynie wtedy, kiedy ktoś się z kimś nie zgadza. Cieszy mnie to, że rozmowy te są na pewnym poziomie. Choć czasami pod grafikami latają ku**y i ch*je, to nie uważam tego za przejaw „niskiej kultury”. Czasem jak człowiek sobie przeczyta kolejną mądrość, którą nas uraczył jakiś polityk/etc. – jedynym merytorycznym komentarzem jest: „japierdolę”.

Teraz czas na wazelinę

Ogromna większość grafik jest mojego autorstwa (z wpisami podobnie). Tym niemniej, nie jest tak, że tylko i wyłącznie ja się nimi zajmuję. Mam kilku dzielnych edytorów/poprawiaczy, którzy mi pomagają pro publico bono. Być może obyłoby się bez pomocy „outsourcingu”, alem jest dyslektykiem i choć staram się pisać „tak jak trzeba”, to jednak dysleksja czasem wyłazi. A im dłuższy tekst – tym więcej jej wyłazi niestety. Z góry zaznaczam, że poprawiaczy katuję notkami blogowymi i grafikami. Błędy w statusach i w komentarzach pod grafikami są wynikiem tego, że wszystko ma swoje granice, a ja nie chcę nadużywać dobrej woli poprawiaczy:)

Teraz czas na podziękowania (czyli na uberwazelinę)

W tym miejscu chciałbym podziękować (kolejność podziękowań jest chaotyczna i nie należy się nią sugerować)

Katarzynie K. - za dzielne sprawdzanie moich długaśnych tekstów.

Magdzie U. - za to samo.

Mojej szanownej rodzicielce (nie, nie ma konta na FB) - za to, że czasem dba o odpowiednią ilość przecinków na grafikach i niekiedy nawet jakąś notkę poprawi.

Mojej siostrze i szwagrowi - za pomoc przy ogarnięciu loga i tła piknikowego. Sporo roboty z tym było, ale daliśmy radę.

Katarzynie K. (tak, tej samej, która mnie poprawia) i Beacie zwanej Kotą - za to, że namówiły mnie na prowadzenie bloga.

Marcinowi M. - za to, że pomagał mi ogarnąć social media i za to, że kiedy się zastanawiałem „a może by tak FP założyć?” nie powiedział „naaah za głupiś” ;)

Wrednej Małej Białorusince - za cierpliwość, sprawdzanie niektórych tekstów, grafik i za gonienie do pisania.

Robowi RSS Mammudu - za to, że jest RSS i za podsunięcie pomysłu na logo.

Całej kupie fanów, która podsyła mi linki do artykułów/etc., bo mimo najszczerszych chęci, połowy z tych perełek internetowych bym pewnie nie znalazł.


No i to by było na tyle:)
Pozdrawiam
Piknik

poniedziałek, 7 października 2013

Terlikowski przegrał z Alicją Tysiąc

Póki co, w pierwszej instancji i, rzecz jasna, wyrok nie jest jeszcze prawomocny. Dla niezorientowanych, krótkie przypomnienie.

Tomasz Terlikowski był łaskaw napisać:

zasłanianie tej prostej prawdy słowami o tym, że Alicja Tysiąc nie złamała prawa, a jedynie próbowała egzekwować przysługujące jej prawa – jest absurdalne. Adolf Eichmann też nie łamał hitlerowskich praw, czy to znaczy, że nie można go nazwać mordercą (w tym przypadku już nie niedoszłym, a jak najbardziej doszłym)?”

Alicja Tysiąc żądała przeprosin na łamach „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej” oraz 100 tys. zł dla siebie i 30 tys. zł na fundację Feminoteka.

W poniedziałkowym wyroku sąd uznał, że światopogląd nie usprawiedliwia obrażania i przyznał powódce 10 tys. zł. Uznał, że ma ją też przeprosić na portalu Salon24.”

Rzecz jasna Tomasz Terlikowski zapowiedział apelację. Co zrozumiałe – ów wyrok nie spodobał się naszym rodzimym konserwom, które zarzucają sądowi brak logiki i takie tam inne. Dlaczego? Zacytujmy Tomasza Terlikowskiego:

W rozmowie z gosc.pl Terlikowski powiedział, że w ustnym uzasadnieniu orzeczenia najbardziej uderzyło go stwierdzenie sądu, że jako katolik może nazywać aborcję zabijaniem dzieci, ale jedynie w sensie ogólnym, a nie w stosunku do konkretnych osób.

Zanim przejdę do meritum, napiszę jedno. W mojej skromnej opinii to, czy ktoś jest katolikiem, buddystą, świadkiem Jehowy, muzułmaninem albo wyznawcą latającego potwora spaghetti, nie powinno mieć żadnego wpływu na to, jak sąd ocenia jego wypowiedź. Bo nie powinno być tak, że komuś wolno więcej jedynie dlatego, że wierzy w jakiś byt transcendentny. Osobie dotkniętej chorobą taką, jak zespół Tourette'a, można wybaczyć bluzganie w przestrzeni publicznej (z przyczyn zrozumiałych). Z tego, co wiem, katolicyzm nie jest formą schorzenia, które sprawiałoby, że „chory” nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co i do kogo mówi. Aczkolwiek mogę się mylić, wszak lewakiem jestem.

Jeśli mam być szczery, to po przeczytaniu wypowiedzi Terlikowskiego, pomyślałem sobie: „no nareszcie”. Chodzi mi konkretnie o fragment mówiący o tym, że o „zabijaniu dzieci” nie można mówić w stosunku do konkretnych osób. Konserwy się straszliwie oburzyły na ten fragment, „no bo jak to - można mówić, że aborcja to zabójstwo, ale nie można powiedzieć, że konkretna osoba zabiła dziecko, jeśli dokonała aborcji??” Oburzenie to może być nieco niezrozumiałe dla każdego, kto ma choć odrobinę wiedzy zakresu prawa. Sytuacja jest bowiem banalnie prosta.

Mogę sobie chodzić po mieście w koszulce z napisem „aborcja to morderstwo”, mogę zasypać miasto bilbordami z tym samym napisem (o ile będzie mnie stać), mogę robić bardzo wiele rzeczy – z jednej prostej przyczyny. To stwierdzenie (w świetle obowiązującego prawa) nikogo nie obraża. Jest to stwierdzenie o charakterze ogólnym. I choć ktoś się może nim poczuć dotknięty, nie może dochodzić swoich praw w sądzie (tzn. może, ale raczej nie ma szans na wygraną), bo nie został wymieniony z imienia i z nazwiska.

W świetle prawa – aborcja nie jest zabójstwem. Różnica polega na tym, że tylko bezprawne przerwanie ciąży za zgodą kobiety jest zagrożone karą do 3 lat więzienia (i jest występkiem).

Natomiast zabójstwo (z wyłączeniem uprzywilejowanych typów zabójstwa) jest zbrodnią i jest zagrożone karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 (max 25 lat – albo dożywocie).

Ja rozumiem to, że jeśli ktoś jest gimnazjalistą i nie bardzo się orientuje w tym, co to jest prawo i jak działa, może mieć problemy ze zrozumieniem tej różnicy. Osobie dorosłej przyswojenie tej wiedzy nie powinno nastręczać problemów. Dodajmy do tego jeszcze jeden szczegół – w Polsce aborcja jest legalna w 3 przypadkach: nieodwracalne uszkodzenie płodu, ciąża jest wynikiem czynu zabronionego, ciąża zagraża życiu bądź zdrowiu kobiety. W tych konkretnych przypadkach aborcja nie jest czynem zabronionym (przypominam, że patrzymy na to przez pryzmat prawa, nie zaś przez pryzmat czyjejś wiary). Pomimo tych różnic (aborcja legalna vs zabójstwo) sądy nie mogą nikogo skazać za wygadywanie dyrdymałów o „mordowaniu dzieci”, dopóki owe dyrdymały nie zostaną skierowane w stronę konkretnej osoby.

Jeśli zdarzy się tak, że jakiś przeciwnik aborcji dowie się o tym, że Kowalska miała legalną aborcję i zacznie publicznie drzeć japę, że „Kowalska zabiła swoje dziecko”, kobieta może go pozwać. Jeśli ktoś publicznie zarzuci lekarzowi, który dokonuje legalnych aborcji to, że „zabija dzieci” - lekarz może go pozwać. Jeśli ktoś dowie się, że Kowalska chce mieć legalną aborcję i publicznie ogłosi „Kowalska chce zabić swoje dziecko” - kobieta może go pozwać. W świetle prawa legalna aborcja nie jest czynem zabronionym, a już na pewno nie jest tożsama z zabójstwem.

Tomasz Terlikowski tego nie rozumie (tak samo jak jego konserwatywni koledzy) i dlatego będzie się odwoływał. Ponieważ nie ma szans na zmiany w kodeksie karnym i na to, żeby aborcja była uznawana za zabójstwo, Terlikowski przegra w drugiej instancji. Bo w świetle prawa Alicja Tysiąc nie chciała zabić swojego dziecka - usiłowała jedynie dokonać legalnej aborcji. Cała ta sprawa to idealny dowód na to, jak zagubieni w rzeczywistości są fanatycy religijni. Większości z nich wydaje się, że skoro „działają zgodnie z własnym sumieniem” (cokolwiek miało by to znaczyć), to prawo świeckie ich nie dotyczy (bo w ich opinii „prawo boskie/naturalne” jest ważniejsze od „zwykłego”). Cieszy mnie to, że sąd bardzo wyraźnie zasygnalizował naszym rodzimym fanatykom, że mogą sobie wierzyć w co chcą, ale nie oznacza to, że mogą działać ponad prawem.


Źródła: