czwartek, 28 grudnia 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #22

Prokuratura Okręgowa w Opolu umorzyła śledztwo w sprawie wypadku z udziałem samochodu BOR, którym jechał Prezydent RP: „Zdarzenie miało charakter losowy". Nieco później, Prezydent RP ogłosił, że tym razem nie ma zastrzeżeń do ustaw o SN i KRS po czym je podpisał.

Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że Beata Szydło (wtedy jeszcze Pełniła Obowiązki Premiera) udała się na konsultacje okulistyczne do Jarosława Kaczyńskiego. Konsultacje były konieczne dlatego, że „nie widziała potrzeby rekonstrukcji rządu”. Niestety, wada wzroku, którą odkrył u Beaty Szydło Wielki Okulista uniemożliwiła jej dalsze Pełnienie Obowiązków Premiera.

Na stanowisku Osoby Pełniącej Obowiązki Premiera Beatę Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki. Złośliwi twierdzili, że to zwykła „wymiana pionków”, która niczego nie zmieni. Mateusz Morawiecki już na samym początku udowodnił, że złośliwi nie mają racji. W jednym z pierwszych wywiadów, po objęciu stanowiska, powiedział: „chcemy przekształcać Europę, rechrystianizować ją„. Jest to zasadnicza zmiana w polityce zagranicznej, bo przecież nie tak dawno temu, Beata Szydło krzyczała z mównicy „Europo, powstań z kolan!”
 
13 grudnia 2017 roku doszło do sytuacji, która może rzucić cień na rządy Prawa i Sprawiedliwości. Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych nie zaopiniowała pozytywnie kandydatury Barbary Stanisławczyk-Żyły na stanowisko ambasadora RP w Izraelu. Z punktu widzenia polityki kadrowej Prawa i Sprawiedliwości, ta kandydatura była wręcz idealna, albowiem, pani Barbara nie posiadała odpowiednich kwalifikacji do tego, żeby objąć stanowisko ambasadora. Pomimo tego – jej kandydaturę uwalono.

Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam nałożyła na TVN  karę w wysokości niemalże 1.5 miliona złotych za to, że w trakcie relacjonowania ubiegłorocznych grudniowych protestów pod Sejmem – prezentowane przez TVN24 materiały nie zostały opatrzone paskami z TVP INFO.

Nałożenie kary na TVN spotkało się z reakcją  Departamentu Stanu USA: „Stany Zjednoczone są zaniepokojone decyzją Polski, by ukarać grzywną prywatnego nadawcę telewizyjnego TVN za rzekome stronnicze relacjonowanie demonstracji przed parlamentem w grudniu minionego roku(...) Ta decyzja zdaje się podważać niezależności mediów w Polsce, kraju będącym naszym bliskim sojusznikiem (...). Wolne i niezależne media są nieodzowne dla funkcjonowania silnej demokracji” Tłumacząc to z języka dyplomatycznego na zwykły: „a może byście tak pospierdalali z tą karą?”

Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam odniosła się do wypowiedzi Departamentu Stanu USA. Teresa Brykczyńska, która jest rzecznikiem prasowym wyżej wymienionego podmiotu stwierdziła, że kara jest „odwracalna”: „ Można ją naturalnie znieść, anulować w drodze ugody, ale jedynie w sposób przewidziany przepisami: po ewentualnym złożeniu przez TVN odwołania do sądu oraz po pozytywnym rozpatrzeniu tegoż odwołania”. Innymi słowy – wysłano do Departamentu Stanu USA sygnał „ok, postaramy się pospierdalać, ale  TVN musi nam w tym pomóc”.
 
Jarosław Gowin, któremu giętkości kręgosłupa mógłby pozazdrościć sam Mr Fantastic, opowiedział ostatnio porażającą historię: „Nigdy nie zapomnę wizyty pewnego ważnego polityka w gabinecie ministra sprawiedliwości, którego to gabinetu byłem wtedy gospodarzem. Był to okres, kiedy starałem się skonsolidować sądy. Ów polityk położył mi na stole kartkę z listą sądów i powiedział: “Tych sądów nie ruszaj, bo tam są nasi prezesi”. Natychmiast po jego wyjściu wrzuciłem tę kartkę do niszczarki”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że Gowin nie wspominał o tej historii przez 4-5 lat, bo tyle czasu zajęło mu składanie do kupy kartki, którą wrzucił do niszczarki. Ponieważ nie jestem złośliwy, napiszę jedynie tyle, że Gowin milczał, bo bał się konsekwencji swojego czynu. Nie, nie chodzi o to, że wrzucił kartkę do niszczarki, ale o to, że najprawdopodobniej wrzucił do niej również Pewnego Ważnego Polityka. Skąd ten pomysł? A niby czemu nie wymienił tej osoby z imienia i z nazwiska?

Komisja Europejska uruchomiła artykuł 7 wobec Polski. Decyzję tę skomentował Patryk „reprezentuję biedę” Jaki, który stwierdził, że KE wcale nie chodzi o żadną praworządność, ale (w skrócie) o to, że Polska zaczyna zarabiać pieniądze i to się nie podoba UE. Wydaje mi się, że wiem, w jaki sposób można zaorać tych podłych eurokratów! PiS powinien zastosować się do zaleceń Komisji Europejskiej (odnoszących się do sądownictwa) a wtedy MASKI OPADNĄ! 

Jacek Saryusz-Wolski postanowił zabrać głos w temacie działań Komisji Europejskiej „Zwracając się do KE można zacytować Kmicica „Kończ waść wstydu oszczędź”” Kurde, spodziewałem się tego, że UE może „kupić” Orbana, ale nawet nie przypuszczałem, że pójdzie im tak szybko...

Minister Zbigniew Ziobro chce, aby Trybunał Konstytucyjny zdecydował, czy w Polsce można odmówić wykonania usługi powołując się na zasadę wolności sumienia i wyznania. Dawno nie widziałem tak brutalnego ataku na Magdalenę Ogórek...

Jeżeli zaś już jesteśmy przy Trybunale Konstytucyjnym, to jego prezes Julia Przyłębska została Człowiekiem Wolności Tygodnika „Sieci” (przyznanie jej tej nagrody idealnie współgra z tytułem tygodnika). Wieść gminna niesie, że Człowiekiem Wolności miał zostać Stanisław Piotrowicz, ale ponoć powiedział, że wystarczy mu Brązowy Medal Zasługi, który otrzymał w 1984 roku.

Portal wPolityce ogłosił powstanie Instytutu Badań, który ma prowadzić badania w obszarze biotechnologii. Premier Morawiecki powiedział zaś: „Będziemy produkować nowoczesne leki, które będą w najlepszy możliwy sposób leczyć naszych obywateli. Zdrowie jest dla nas priorytetem, ale też szansą rozwojową; w Polsce 70 proc. leków, które kupujemy pochodzi z zagranicy i tę zależność chcemy zmienić; chcemy, aby leki były coraz tańsze i coraz częściej polonizowane”. Instytut będzie dysponował budżetem rzędu 500 milionów złotych. W USA wprowadzenie jednego leku na rynek to koszt rzędu 3-4 miliardów dolarów. W Polsce zaś, 500 baniek wystarczy na co najmniej kilka leków! To się nazywa wstawanie z kolan.


Źródła:

https://wpolityce.pl/polityka/370709-sledztwo-ws-wypadku-prezydenta-dudy-umorzone-zdarzenie-mialo-charakter-losowy











http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/565458,ziobro-kieruje-sprawe-druku-plakatow-lgbt-do-trybunalu-konstytucyjnego.html


Tak, wiem, że „historia Ogórek” była zwykłą bzdurą, ale link źródłowy podrzucić muszę:



https://wpolityce.pl/polityka/373740-500-mln-zl-na-polskie-leki-rzad-powoluje-instytut-badan-majacy-prowadzic-badania-w-obszarze-biotechnologii-morawiecki-leki-maja-byc-tansze




https://cen.acs.org/articles/92/web/2014/11/Tufts-Study-Finds-Big-Rise.html



piątek, 22 grudnia 2017

Walka z akcją #MeToo, czyli „zawsze się troszeczkę broni molestowania”

Jakiś czas temu popełniłem tekst o tym, jak to się redakcja „Do Rzeczy” odniosła do akcji #MeToo. Okładkowy artykuł miał bardzo neutralny tytuł: „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Był on autorstwa Łukasza Warzechy, tak więc z góry było wiadomo, jaki będzie miał wydźwięk. Biegunka argumentacyjna Seby z prawicowo-konserwatywnego salonu była spektakularna. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że ktoś może uznać za „obsceniczne” przepuszczenie kobiety w drzwiach. Tym niemniej, jak już wcześniej wspomniałem, treść tekstu nie była dla mnie zaskoczeniem. Nie było nim również to, że dla Seby nie istnieje coś takiego, jak „odmowa”. Tzn. jeżeli Seba zaprasza kobietę na randkę, a ona odmawia, to wcale nie znaczy, że nie chce się z nim spotkać – po prostu chce być zdobywana. Po jakimś czasie okazało się, że dla tygodnika „Do Rzeczy” molestowanie to nie jest „amok” i „obsesja lewactwa”. Powodem tej nagłej zmiany był artykuł pt. „Papierowi Feminiści”, który pojawił się na „Codzienniku Feministycznym”. No bo, skoro okazało się, że sprawcami przemocy seksualnej nie są tylko i wyłącznie czytelnicy tygodnika „Do Rzeczy” (tak, wiem, przesadzam, ale nie bardziej niż Seba od „obscenicznego przepuszczania kobiet w drzwiach”), to można pójść na kompromis i uznać, że CZASEM mamy do czynienia z sytuacją, w której kobieta jest ofiarą. Niestety, ten sam artykuł sprawił, że podobna „zmiana” (choć o przeciwnym „zwrocie”) dokonała się u ludzi z drugiego bieguna. 

Części z was nie trzeba „przedstawiać” Agnieszki Graff, ale niektórzy mogą nie wiedzieć kto zacz. Pozwolę więc sobie na zacytowanie kawałka „bio” z Wikipedii: „Polska pisarka, nauczycielka akademicka, tłumaczka i publicystka związana z ruchem feministycznym. Członkini zespołu "Krytyki Politycznej" oraz rady programowej stowarzyszenia Kongres Kobiet” (…) „Współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, wraz z którym organizuje coroczne Manify.” 
Pamiętajcie o tym w trakcie dalszej lektury.

Agnieszka Graff była gościem radia Tok FM i w trakcie audycji „Wieczór – Tomasz Stawiszyński” (12-12-2017) rozmawiała z wyżej wymienionym o „szerokich konsekwencjach akcji #metoo”. Ponieważ audycja była dość długa (prawie 30 minut), skupię się jedynie na wybranych fragmentach. Jeżeli ktoś będzie chciał posłuchać całości, link znajdzie w źródłach.

Agnieszka Graff: „Kolejna cecha to zlewanie i zamazywanie różnic między różnymi przekroczeniami. To znaczy, ja wiem, że jest ciągłość molestowania seksualnego, ale jest zasadnicza różnica między gwałtem a powiedzeniem czegoś niestosownego. Można powiedzieć, że jedno i drugie jest częścią kultury gwałtu (...)”.

Nie tyle „można”, co „należy” to powiedzieć. Bo to jest tak, że zarówno za gwałtem, jak i za „mówieniem czegoś niestosownego” (rzecz jasna, chodzi o „coś niestosownego” związanego z seksem) stoi ten sam mechanizm. W uproszczeniu, chodzi o ignorowanie sygnałów „wysyłanych” przez osobę, która np. nie chce słuchać „niestosownych uwag” lub nie ma ochoty na to, żeby ktoś jej dotykał. Z kolei to ignorowanie płynnie przechodzi w przełamywanie oporu. Jeżeli bowiem ktoś „wyuczył” się tego, że kobieta „nie wie czego chce”, to w pewnym momencie może uznać, że może też nie wiedzieć, że ma ochotę na seks. Zgadzam się z Graff w tym, że gwałt to nie to samo co „powiedzenie czegoś niestosownego”, ale jestem również świadom, że większość gwałcicieli „zaczynała” od mówienia „niestosownych rzeczy” i ignorowała to, że kobietom to nie odpowiada.

Agnieszka Graff: „Ale w momencie, w którym mamy konkretną osobę, która jest oskarżona z jednej strony o gwałt, a z drugiej o to, że powiedziała, że jej się podobają seksowne policjantki bo mają pałki i jedno i drugie ma wywoływać podobne oburzenie i mamy wierzyć tym opowieściom w oparciu o to co mówi ofiara, której wierzymy z założenia, no to to już jest atmosfera paniki moralnej, w której człowiek oskarżony o wykroczenie jest całkowicie bezradny, on nie ma jak się bronić.”


Po pierwsze, Agnieszka Graff pomyliła redaktorów. Ten od policjantek „z pałami” nie był oskarżony o gwałt. Po drugie, nawet gdyby tak było, to nie bardzo rozumiem, o co chodzi w „jedno i drugie ma wywoływać podobne oburzenie”. To trochę tak, jakby usiłowano nam tłumaczyć, że gdyby nie oskarżenie o gwałt, to nikt by się nie przejął tymi tekstami o policjantkach. Po trzecie, obaj panowie mieli bardzo dużo na sumieniu. Jeden z nich postanowił iść do sądu i jego ziomki momentalnie zbudowały wokół tego narrację „próbowano go zlinczować”. On sam zaś tłumaczył, że:

„Rozmawiałem także z jedną z osób, które później podpisały się pod artykułem w "Codzienniku Feministycznym". Stwierdziła, że co prawda ona sama nie ma mi nic do zarzucenia, ale w związku z tym, że chcą uderzyć w inną osobę - jak się okazało w Michała Wybieralskiego - to mnie również się oberwie.” (rzecz jasna, musimy mu uwierzyć na słowo, że taka rozmowa w ogóle miała miejsce) 

Wszystkim wspierającym tę „ofiarę linczu” umyka to, że JD poszedł do sądu, żeby udowodnić, że nie jest gwałcicielem. Tak, był to najpoważniejszy z zarzutów, ale jednocześnie jeden z wielu, które mu w tekście postawiono (rzecz jasna, nie chodzi o zarzuty w sensie prawnym). Temat pozostałych został poruszony w tej samej rozmowie, której fragment zacytowałem:

„Janusz Schwertner: W tekście "Codziennika Feministycznego" zostałeś oskarżony nie tylko o gwałt, lecz także o seksistowskie zachowania.

Jakub Dymek: Chcę powiedzieć bardzo wyraźnie: wszystkie osoby, które potraktowałem w sposób seksistowski, arogancki, napastliwy, przykry, poniżający - szczerze przepraszam. Każdą z osobna. Jako osoba, która przyznaje się do lewicowego światopoglądu, powinienem tym bardziej trzymać się wysokich standardów, i to także w życiu prywatnym. Jak widać, nie trzymałem się ich.

JS: Pamiętasz sytuacje opisane przez autorki artykułu?

JD: To mogły być historie z barów, z imprez, z prywatnych rozmów w pracy. Przepraszam za wszystkie niewłaściwe zachowania czy odzywki. Bezcelowe jest wnikanie, czy np. latem 2016 roku, na jednej z imprez, odezwałem się do kogoś w ten czy inny sposób. Bez znaczenia jest teraz to, jak ja pamiętam jakieś sytuacje - ważne, że ktoś inny poczuł się tym skrzywdzony. Za to muszę przeprosić.”


Pod koniec swojego wywodu Agnieszka Graff stwierdziła, że w atmosferze paniki moralnej „człowiek oskarżony o wykroczenie jest całkowicie bezradny, on nie ma jak się bronić”. Jak się ta „bezradność” ma do sytuacji JD, który poszedł do sądu broniąc się przed oskarżeniem o gwałt, ale jednocześnie przyznał się do całej reszty zarzutów? Swoją drogą, urzekło mnie to, że JD nawet nie pamięta tych sytuacji i „przeprosił” za nie zbiorczo. Nie jest więc tak, że „celem” był Wybieralski, a Dymek oberwał jedynie „rykoszetem”. Warto również zaznaczyć, że argument odnoszący się do „atmosfery paniki moralnej” praktycznie niczym nie różni się od tytułu artykułu z „Do Rzeczy”. Tylko że tam nikt nie bawił się w ładne słówka i nazwano to amokiem i lewacką obsesją.

Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że 21-12-2017 „wewnętrzna komisja w Agorze zarekomendowała zarządowi spółki bezzwłoczne rozwiązanie umowy o pracę z Michałem Wybieralskim z Wyborcza.pl, któremu zarzucono mobbingowanie podwładnych”. Decyzja komisji niespecjalnie mnie dziwi, szczególnie w kontekście tego, że „całkowicie bezradny” Wybieralski był łaskaw (nazywajmy rzeczy po imieniu) wyjebać z dyńki swojej partnerce. Szczęście w nieszczęściu tej kobiety polegało na tym, że zrobił to przy świadkach. Dzięki temu przynajmniej nikt nie zacznie bredzić o tym, że „mamy wierzyć tym opowieściom w oparciu o to co mówi ofiara, której wierzymy z założenia”. I tu dochodzimy do kolejnej „perełki”, którą do tej pory mogliśmy najczęściej obserwować po „prawej” stronie. Chodzi o podważanie wiarygodności ofiar molestowania/przemocy. Bardziej absurdalne od „prawicowej narracji”, która pojawia się po „lewej” stronie, jest to, że tego quasi-argumentu użyto w kontekście akcji #metoo, w czasie której pierdylion polskich kobiet, które były ofiarami molestowania i przemocy opisywało swoje doświadczenia, nie wymieniając sprawców z imienia i nazwiska. Sytuacje, w których sprawcy nie pozostali anonimowi, były wyjątkiem, a nie normą. I w tym momencie wchodzi Agnieszka Graff, cała na biało, zaczynając się zastanawiać nad tym, czemu my tak właściwie wierzymy tym ofiarom

Tomasz Stawiszyński: „No, ja też mam takie wrażenie, przy pełnej zgodzie co do wagi społecznej akcji #metoo, że to narracja, w której mowa o tym, że a priori bezwzględnie ofiara ma zawsze rację. Co oznacza w praktyce, że ofierze musimy zawsze bezwzględnie wierzyć i że właściwie nie można sobie wyobrazić takich warunków, pod którymi jej świadectwo zostałoby sfalsyfikowane. No, bo ani sąd ani inne procedury, prowadzące do tego, żeby ustalić jak było rzeczywiście, nie są tutaj relewantne.”

Być może, gdyby Stawiszyński nieco mniej czasu spędzał nad słownikiem wyrazów obcych, a więcej czasu poświęcał na research, wiedziałby, że jego wypowiedź nijak się ma do „polskiego” #metoo. Dywagacje na temat tego. że „zawsze wierzymy ofiarom” są w kontekście tego, jak wyglądała „polska edycja” #metoo irrelewantne (użyłem tego słowa na wypadek, gdyby redaktor zabłądził na mój fanpejdż – tzn. żeby łatwiej mu było zrozumieć, o co mi chodzi).


Agnieszka Graff: „To też zachęca do osobistych (nie dokończyła myśli) do zemsty, to jest zemsta dziewczyn.”

Nie chce misię, kurwa, po raz trzeci powtarzać, że to praktycznie nie ma żadnego związku z „polskim” #metoo. Tym niemniej, zachęcam do eksperymentu. Wpierw należy przeczytać artykuł „Papierowi Feminiści” (z którego usunięto wzmianki o gwałcie). Następnie proponowałbym poczytanie „przeprosin” Dymka i decyzji wewnętrznej komisji Agory. A na końcu wypowiedzi Graff, która opowiada o „zemście dziewczyn”. „No, ale przecież Dymek się procesuje” - tak, procesuje się, ale to nadal jest jednostkowy przypadek, z którego Graff wyciąga wnioski odnoszące się do całej akcji (która, do kurwy nędzy, wyglądała zupełnie inaczej).

Tomasz Stawiszyński: „Ale tworzą jakąś taką sytuację niewywrotnych struktur, których nie sposób obalić, że właściwie kiedy się pojawia takie oskarżenie, to nic nie można zrobić, to koniec.”

Tak, ten koniec widać szczególnie w przypadku Dymka, który poszedł do sądu. 

Agnieszka Graff: „Pytanie, czy da się przeprowadzić tę rewolucję bezkrwawo, nie niszcząc po drodze ludzi, albo dbając o to, żeby ci, którzy zostają oskarżeni, to byli Weinsteinowie tego świata, a nie koledzy z pracy.”

Urocza jest troska Agnieszki Graff o sprawców przemocy seksualnej, którzy są kolegami z pracy i nie są „Weinsteinami tego świata”. „Ale może miała co innego na myśli”? No, nie bardzo. Tu nie chodzi bowiem o to, żebyśmy „nie niszczyli życia niesłusznie oskarżonym ludziom”, ale o to, że nie o każdym przypadku molestowania seksualnego należy głośno mówić, bo nie każdy sprawca jest „Weinsteinem tego świata”. Swoją drogą, doceniam kreatywność Agnieszki Graff - używała ona kwiecistego słownictwa (vide „panika moralna”) zamiast powiedzieć wprost: „Odpierdolcie się od Jakuba, bo on jest z mojej redakcji”.

Wiem, że prawdopodobnie w tym momencie wydaje się wam, że „chyba widziałem już wszystko”, ale zapewniam was, że najbardziej spektakularny fragment rozmowy zostawiłem na sam koniec. Ponieważ jednak jest to dość „złożony” fragment, podzielę go na nieco mniejsze.

Agnieszka Graff: „Zwolenniczki akcji #metoo uważają, że sprawa jest bardzo prosta: albo ktoś dał przyzwolenie na seksualne zaloty i wtedy nie ma molestowania, albo nie dał tego przyzwolenia i wtedy mamy do czynienia z przemocą.”

W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że w 100% zgadzam się ze „zwolenniczkami akcji #metoo”, choć osobiście wolałbym nazwę „przeciwniczki molestowania/przemocy seksualnej/gwałtów”.

„Otóż ja uważam, że w seksie to nie jest takie oczywiste.”

Jestem już na tym etapie, że niczego innego się po Agnieszce Graff nie spodziewałem.

„Żyjemy w kulturze patriarchalnej, w której kobiety są od stuleci socjalizowane do niemówienia jednoznacznie czego chcą”

Jest to tak zwana półprawda, bo owszem, kobiety bardzo długo socjalizowano do „nie mówienia jednoznacznie czego chcą”, ale socjalizowano je również do siedzenia cicho w momencie, w którym robiono im coś, czego „jednoznacznie nie chciały”, bo „mężczyzna wie lepiej”. O tym, że akcja #metoo (o której Agnieszka Graff miała tak dużo do powiedzenia) była próbą „popsucia” tego drugiego elementu (którym było i jest zmuszanie kobiet do „siedzenia cicho”), raczej nie trzeba wspominać.

„w związku z tym, jeżeli im każemy mówić, że chcą teraz tu, teraz tam, a punkt G to mam tu, to do bardzo skądinąd udanych stosunków nigdy by nie doszło. I to jest problem. Po prostu nie można się domagać od kobiet tej pozytywnej, entuzjastycznej zgody. I też trzeba sobie powiedzieć, że ludzie proponują sobie nawzajem seks, a tamci odmawiają, a potem się zgadzają - różnie w życiu bywa, w róże gry ludzie grywają”

Czy czegoś wam te słowa nie przypominają? Bo mnie owszem:

„Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci. (…) One zawsze trochę udają, że się stawiają. Trzeba wiedzieć, kiedy można, a kiedy nie można…”

Słowa te wypowiedział Janusz Korwin-Mikke. Poza warstwą stricte językową, między jego wypowiedzią, a wypowiedzią Agnieszki Graff nie ma praktycznie żadnej różnicy. Tak się bowiem składa, że oboje wychodzą z założenia, że kobieta może po prostu nie wiedzieć, że ma ochotę na seks. Tzn. nawet, jeżeli twierdzi, że nie ma, to po prostu się jej wydaje. Wiecie, co jest w tej sytuacji najbardziej absurdalne? Nie, nie to, że Agnieszka Graff „mówi Korwinem” (choć to swoją drogą). Największym absurdem jest fakt, że Graff była jedną z sygnatariuszek „Oświadczenia w sprawie nienawistnych wypowiedzi Janusza Korwin Mikkego”, które odnosiło się do cytowanej przeze mnie wypowiedzi JKM. Pozwolę sobie zacytować fragment tego oświadczenia: „Janusz Korwin-Mikke przedstawił punkt widzenia gwałcicieli, zgodnie z którym kobieta nie potrafi wyrażać zgody na stosunek seksualny, a zmuszanie do niego jest naturalne”.

I na tym zakończę pastwienie się nad tą rozmową. Była ona znacznie dłuższa i zawierająca większą liczbę podobnych „kwiatków”. Na ten przykład, zaraz po tym, jak Agnieszka Graff pojechała Korwinem, zaczęła opowiadać, że „molestowanie seksualne pierwotnie było definiowanie wyłącznie w relacjach władzy”, a potem „definicja molestowania została poszerzona na wszystkie relacje międzyludzkie” i że to się jej „wydaje absurdalne”. Mógłbym się pochylić nad cała tą rozmową i rozgrzebać ją „akcja po akcji”, ale niniejsza notka jest już i tak wystarczająco długa.

Kiedy szukałem w Guglach wikipedyjnej strony Agnieszki Graff (nie było to specjalnie skomplikowane, po prostu wpisałem w przeglądarkę jej imię i nazwisko), na drugim miejscu wyskoczył mi wywiad sprzed 3 lat, który nosi tytuł „Agnieszka Graff: Świat lekceważy kobiety, a z dziewcząt pogardliwie się nabija”. Wydaje mi się, że ów tytuł jest najlepszą pointą dla tego tekstu.


Źródła:

http://audycje.tokfm.pl/podcast/O-szerokich-konsekwencjach-akcji-metoo/57028



http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/michal-wybieralski-po-zgodzie-zwiazkowcow-ma-zostac-natychmiast-zwolniony-z-agory


https://wpolityce.pl/polityka/196363-awantura-w-tvn24-korwin-mikke-do-kowala-gdyby-pan-sie-znal-na-kobietach-to-pan-by-wiedzial-ze-zawsze-sie-troszeczke-gwalci




środa, 13 grudnia 2017

Polityka zagraniczna - odcinek 20170309

Stało się, Mateusz Morawiecki będzie Pełniącym Obowiązki Beaty Szydło. Z „krajowego” punktu widzenia niewiele się zmieniło, ot, jeden pionek został zastąpiony innym. W teorii bowiem Premier RP powinien być figurą, ale w praktyce jest pionkiem. Wystarczy bowiem, że „szeregowy poseł” z Żoliborza pstryknie palcami i pionek spada z szachownicy. Znamienne jest to, że szeregowy poseł zrzucił tego pionka bez żadnego wyraźnego powodu. Zaczęły się, co prawda, dywagacje na temat tego, że Kaczyński wymienił Beatę Szydło na Morawieckiego po to, żeby ten drugi „ugłaskał Unię Europejską”, ale skończyły się one bardzo szybko, albowiem Morawiecki w pierwszym „premierowym” wywiadzie stwierdził, że chce „rechrystianizować Europę”. Jak już wspomniałem na samym początku, z naszego, polskiego, punktu widzenia nie zmieniło się nic. Tyle, że z „zagranicznego” punktu widzenia, zmieniło się wszystko.

Wydaje mi się, że dla zagranicznego obserwatora „strącenie” Beaty Szydło było wydarzeniem porównywalnym z tym, co polska „dyplomacja” (eufemizując) odpierdalała w trakcie wyborów Przewodniczącego Rady Europejskiej. Nieudolne próby uwalenia Donalda Tuska były, z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora, totalnie irracjonalne. Nie było bowiem szans na to, że Saryusz-Wolski zajmie jego miejsce i jedynym „zyskiem” z tych działań mogło być to, że Donald Tusk przestanie być Przewodniczącym. Z punktu widzenia dyplomatów/etc. z EU było to działanie na szkodę własnego kraju. My, Polacy, wiedzieliśmy, że za tą dyplomatyczną kretyniadą stał „szeregowy poseł” z Żoliborza, który chciał się po prostu zemścić na swoim politycznym rywalu. Tyle że tę partię szachów (tak jak wszystkie inne po wyborach 2015) „szeregowy poseł” rozgrywał cudzymi rękami. Zewnętrzni obserwatorzy mogli się jedynie domyślać, że dyplomatyczna kretyniada nie była pomysłem polskiej delegacji, ale to były jedynie podejrzenia. Nawiasem mówiąc, chciałbym zobaczyć „reaction videos” zachodnich dyplomatów, którzy oglądali „powitanie Premier Szydło po wiktorii brukselskiej”. To musiało być dla nich niezapomniane przeżycie, w rodzaju „na co ja, kurwa, patrzę?”. Obserwowanie brukselskiej wiktorii było dla dyplomatów z UE (i nie tylko) pouczającym doświadczeniem, ale nawet ono nie mogło ich, moim zdaniem, przygotować na „wymianę pionków”.

Powiedzmy sobie szczerze, nikt „z zewnątrz” obozu PiS nie ma pojęcia po cholerę „szeregowy poseł” wywalił Beatę Szydło. Gdyby wymienił ją na siebie – sprawa byłaby jasna, „chciał sobie znowu porządzić”, no ale wymienił ją na Morawieckiego. Polityka informacyjna, którą PiS prowadził w związku z rekonstrukcją rządu (gwoli ścisłości, póki co, mamy do czynienia jedynie z rekonstrukcją Beaty Szydło), była raczej katastrofalna. Brakowało jakiejkolwiek spójnej narracji. Praktycznie codziennie mieliśmy do czynienia z różnymi wrzutkami PiS-owskich tuzów. Rządowi influencerzy nie byli informowani o niczym i nie byli w stanie odpowiednio urobić suwerena (chodzi mi, rzecz jasna, o suwerena internetowego). Bajkopisarz Rafał Ziemkiewicz tak bardzo niczego nie wiedział, że aż sobie napisał: „Jeśli to prawda, że ziobryści zagrozili wyjściem z ZP jeśli Morawiecki dostanie nominację na premiera to mamy pierwszy od dawna otwarty bunt przeciwko Jaro(...)”. To była wrzutka z przysłowiowej dupy, bo co prawda Patryk Jaki zagroził „wyjściem z koalicji”, ale tylko i wyłącznie w przypadku zrzucenia Ziobry ze stołka ministerialnego. Nieurobiony suweren wkurwił się straszliwie po tym, jak Dziennik Telewizyjny (niegdyś „Wiadomości”) zaczął zachwalać Morawieckiego. Reakcję suwerena podsumował jeden z pluszaków władzy, Piotr Semka, który stwierdził, że „Prawicowy elektorat CHCE Beatę Szydło na stanowisku szefa rządu i NIE CHCE Mateusza Morawieckiego w roli premiera. Czy to tak trudno zrozumieć na Nowogrodzkiej?”. Ten człowiek zajmuje się na TT głównie „klepaniem” przekazów dnia. Krytyka „Nowogrodzkiej” wzięła się najprawdopodobniej stąd, że nie dostał żadnych wytycznych, a musiał się jakoś odnieść do suwerena, który stał #MuremZaBeatą (hasztag został, co prawda, strollowany, ale było tam od cholery wpisów popierających Beatę Szydło). Mam świadomość tego, że ruch sieciowy „murem za Beatą” nie był „oddolny” i że wyprodukowała go część „zagubionych” influencerów/dronów, ale widziałem sporo wpisów, autorstwa zwolenników PiS-u, którzy byli autentycznie zdziwieni wykopaniem Beaty Szydło ze stołka. Nie można również zapomnieć o tym, że PiS najpierw bronił Premier Beaty Szydło w trakcie głosowania nad wotum nieufności, a następnie (tego samego dnia) wywalono ją z tego stanowiska. Wisienką na torcie była wymiana zdań między PBS i ministrem Szyszko (ma chłop szczęście do kamer), w trakcie której Premier RP stwierdziła, że „może jej nie odwołają do czwartku”. Co prawda okazało się, że miała rację (bo przeca w czwartek poleciała), ale ujmujące było to, że nie traktowano jej na tyle poważnie, żeby z nią na ten temat rozmawiać, skutkiem czego musiała się „domyślać”, kiedy jej podziękują za ciężką pracę.

Jeżeli my tutaj nie jesteśmy w stanie „ogarnąć” tego, co się stało, to wyobraźcie sobie, jak bardzo zdezorientowani musieli być „zewnętrzni” obserwatorzy. Dla nich ta sytuacja musiała być jeszcze bardziej zagmatwana. Najpierw było bowiem tak, że PBS mówiła, że nie widzi powodów do rekonstrukcji Rządu, potem poszła na „konsultacje” do „szeregowego posła” z Żoliborza, któremu „przedstawiła plan rekonstrukcji”, a następnie okazało się, że rekonstrukcji jako takiej, co prawda, jeszcze nie będzie, ale Premier Beacie Szydło i tak podziękowano. Rozeznanie w sytuacji utrudnia „zagranicy” to, że Szydło poleciała ze stołka bez żadnej wyraźnej przyczyny. Gdyby podała się do dymisji po „wiktorii brukselskiej” - można by to jeszcze jakoś zrozumieć, polska „drużyna” jechała na szczyt w Brukseli z buziami pełnymi frazesów o tym, jak to wszyscy są przygotowani do „walki z Tuskiem”, a skończyło się to wszystko upokorzeniem. Ale nie, PBS dostała wtedy kwiaty po powrocie. Można ją było odwołać po rządowym fuckupie po wichurach, które zdemolowały Pomorze. Ok, zamiast niej można by było wywalić ministra, ale gdyby się podała do dymisji twierdząc, że „zawiodła suwerena”, to wpisałoby się to w turbo-patriotyczną PiS-owską narrację. PiS-owi nie chciało się nawet budować żadnej narracji, za to komuś w partii bardzo zależało na tym, żeby PBS przeczołgać. Gdybym chciał się tutaj trzymać analogii szachowej, to z zewnątrz wywalenie PBS wyglądało tak, jakby ktoś po prostu zrzucił swojego pionka z szachownicy. Tzn. nie chodzi o sytuację, w której ktoś piona poświęcił (bo wtedy by jej nie obroniono w trakcie głosowania nad wotum nieufności), ale po prostu zrzucił go z szachownicy (tak, wiem, że jest to niezgodne z zasadami).

Do tej pory „zagranica” nie miała „twardych” dowodów na to, że Kaczyński tym wszystkim trzęsie. Tzn. ok, to on meblował rząd Beacie Szydło (vide „Gowin będzie szefem MON"/etc.), ale roszady personalne na samym początku kadencji można było zrozumieć. Ok, obiecaliśmy, że ten i ten będzie ministrem tego i tego, ale sytuacja uległa zmianie/etc. Nie da się w ten sposób „wytłumaczyć” wywalenia PBS (nawiasem mówiąc, nikomu z PiS-u jakoś szczególnie na tym nie zależy). Z zewnątrz sprawa wygląda więc tak samo, jak od wewnątrz – Jarosław Kaczyński a.k.a. „szeregowy poseł” praktycznie z dnia na dzień wypieprzył Premiera RP ze stanowiska z powodu takiego, że „bo tak!”. Nie wydaje mi się, żeby ów fakt umknął „zagranicy” i można bezpiecznie założyć, że nie pozostanie to bez wpływu na relacje tejże „zagranicy” z Polską. Co jest dla nas o tyle chujowe, że nawet przed „zamianą pionków” owe relacje nie należały do idealnych. Zdolności „dyplomatyczne” ekipy spod znaku Dojnej Zmiany, doskonale obrazowało zapłacenie portalom (nie pamiętam już, czy wykupiono strony w gazetach) politico.eu i euroobserver.com za możliwość opublikowania na tychże portalach sponsorowanego artykułu pt. „What is really happening in Poland” („Co tak naprawdę dzieje się w Polsce") na początku roku 2016. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że europosłowie PiS-u, którzy wpadli na ten pomysł, byli z niego dumni. Pomysłodawcy-geniusze (nie bójmy się tego słowa) nie pomyśleli tylko o tym, jak coś takiego może zostać odebrane „zagranicą”. Zachodni Odbiorca (do którego skierowane były te słowa) słyszał i czytał o tym, że władza w Polsce zaczyna wykonywać jakieś dziwne ruchy, które zostają przez część obserwatorów „zewnętrznych” uznane jako „wstęp do centralizacji władzy i zamordyzmu”. Tak więc nasz Zachodni Odbiorca jest trochę zaniepokojony i w tym momencie wchodzi PiS, cały na biało, ze sponsorowanym artykułem, w którym tłumaczy (w skrócie) „Nie ma się czym przejmować, Polska jest oazą wolności, za PO było gorzej, bo to PO zaczęło z Trybunałem Konstytucyjnym, a teraz jest lepiej, bo PiS to naprawia, a w ogóle to w Europie Zachodniej jest chujowo, bo terroryzm i nie szanujecie kobiet, a Polska szanuje!”. Nie wiem, kto układał ten tekst, ale wydaje mi się, że osoba ta zajmuje się teraz wymyślaniem pasków w TVP Info. Innymi słowy – jakiś geniusz uznał, że jedyna różnica między Zachodnim Obserwatorem a żelaznym elektoratem PiS-u, polega na tym, że do tego pierwszego trzeba się zwracać po angielsku, toteż tekst był napisany tak, jakby PiS usiłował „przekonać przekonanych”.

A potem było już tylko gorzej, bo „zagranica” musiała się bardzo szybko dostosować do sytuacji, w której wybór tego, z którą polską „figurą” należy rozmawiać przypominał wybór między dżumą a cholerą. Witold Waszczykowski (a.k.a. „Disaster Artist”) musi być zmorą zagranicznych dyplomatów. My się możemy z nieco nabijać (ok, można by się na niego wkurwiać, ale śmiech jest zdrowszy), ale zagraniczni dyplomaci muszą go traktować poważnie i się z nim użerać. I nie, nie chodzi tu o to, że jego wypowiedzi na temat zagranicznych krajów pokazują, że wiedzę na ich temat czerpie z filmików na YT z żółtymi paskami (względnie z prawicowych fanpejdży). Prawdziwy problem polega na tym, że Witold ma zerowe pojęcie o tym, czym się zajmuje. Jego wiedzę „praktyczną” doskonale dokumentuje „wiktoria brukselska”, konkretnie zaś to, co ją poprzedzało (i późniejsze deklaracje Witolda Waszczykowskiego). Najpierw było pieprzenie o tym, że (w skrócie) „jak będą chcieli wybrać Tuska to zerwiemy szczyt” - okazało się, że się nie da. Potem Premier Beata Szydło stwierdziła, że nie podpisze konkluzji ze szczytu – okazało się, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Nieco później „Disaster Artist” stwierdził, że ma ekspertyzy, z których wynika, że Tuska wybrano nielegalnie. Potem się okazało, że z tymi ekspertyzami to chyba coś nie tak, bo MSZ nie chciał ich pokazać Sieci Obywatelskiej Watchdog, więc SOW poszedł do sądu, który nakazał udostępnienie tych ekspertyz (póki co, SOW jeszcze ich nie dostał). Wypowiedzi Witolda Waszczykowskiego (te sprzed „wiktorii”) nie były blefem, te wypowiedzi świadczyły o tym, że Waszczykowski nie orientuje się w tym co może, a czego nie może zrobić polska delegacja. Późniejsze wypowiedzi o „ekspertyzach” to coś, co raczej trudno traktować poważnie. Bo nawet jeżeli Witoldowi wydawało się, że „zablefuje”, to niby co chciał tym osiągnąć? Zasygnalizować UE, że jeżeli nie „zwolnią” Tuska, to on pójdzie do sądu? W kontekście tych zachowań, nie ma znaczenia to, czy to jest tak, że Witold „nie ogarnia”, czy też może nie ogarniają jego podwładni, bo efekt końcowy jest ten sam – szef polskiego MSZ ma (w najlepszym przypadku) średnie pojęcie o tym, czym się zajmuje. Kolejną „figurą”, z którą mogła się kontaktować „zagranica”, była Premier Beata Szydło, która nie miała żadnego doświadczenia związanego z dyplomacją, więc musiała się zdać na „wiedzę” i „doświadczenie” Witolda Waszczykowskiego. Ostatnim elementem układanki jest Prezydent Andrzej Duda, który również nie miał żadnych „doświadczeń dyplomatycznych”.

W teorii, teraz ta układanka powinna wyglądać nieco lepiej dla „zagranicy”, bo premierem został Mateusz Morawiecki, a on miał trochę doświadczeń w kontaktach z dyplomatami UE (między innymi brał udział w negocjacjach akcesyjnych). Tylko że w praktyce wygląda to gorzej niż wcześniej, bo teraz „zagranica” ma pewność co do tego, że Premier RP w obecnym rozdaniu pełni funkcje ozdobne, albowiem „decyzyjną” osobą w Polsce jest „szeregowy poseł” z Żoliborza, który bez problemu „zdmuchnął” poprzednią osobę Pełniącą Obowiązki Premiera RP. W kontekście powyższego, Morawiecki będzie najprawdopodobniej traktowany przez „zagranicę” jako tymczasowy łącznik z „czynnikami decyzyjnymi” (czyli z Kaczyńskim), który to łącznik może zostać w dowolnej chwili wymieniony. Jeżeli na stanowisku szefa MSZ nastąpi zmiana, to nowy szef (kimkolwiek by nie był) będzie traktowany tak samo, jak Morawiecki, czyli jako „niedecyzyjny człowiek Kaczyńskiego”. Z „zewnątrz” wygląda to więc tak, że mamy 38-milionowy kraj, w którym „szeregowy poseł” decyduje o tym, kto będzie premierem/ministrem. Tym samym, ów „szeregowy poseł” decyduje o tym, jaki kształt będzie miała polityka zagraniczna. W teorii w Polsce jest jeszcze Prezydent RP, ale on się dopiero uczy polityki zagranicznej (i nie bardzo ma od kogo). „Szeregowy poseł” pokazał już, że jeżeli w grę wchodzi polityczna zemsta, to w dupie ma bilans strat i zysków swojego kraju. Kaczyński nie miał bowiem najmniejszych oporów przed użyciem polskiej polityki zagranicznej do tego, żeby spróbować (nazywajmy rzeczy po imieniu) ujebać Donalda Tuska. Z czego z kolei wynika, że polska polska, „wstając z kolan”, stała się cokolwiek nieprzewidywalna dla zagranicznych partnerów. Nie jestem specjalistą od polityki zagranicznej (żaden ze mnie Waszczykowski), ale wydaje mi się, że to chyba nic dobrego. Jeżeli ktoś cierpi na dobrą pamięć i zdarzyło mu się mnie czytać w okolicach „wiktorii brukselskiej”, to może mieć lekkie deja vu, bo opisując działania polskiej dyplomacji (jeszcze przed „wyborami Tuska”) stwierdziłem, że Polska może zostać uznana za kraj nieobliczalny (który będzie postępował nieracjonalnie). Różnica polega na tym, że po wymianie pionków, której dokonał Kaczyński, frazę „Polska może zostać uznana za kraj nieobliczalny” należy zastąpić frazą Polska została uznana za kraj nieobliczalny”.




Źródła:




http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/563866,patryk-jaki-nie-wierzy-ze-ktos-chcialby-niszczyc-koalicje-ktora-dobrze-dziala.html




http://telewizjarepublika.pl/what-is-really-happening-in-poland-ofensywa-europoslow-pis,28428.html


http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-premier-beata-szydlo-nie-podpisze-konkluzji-ze-szczytu,nId,2366636



https://siecobywatelska.pl/znikajace-ekspertyzy-waszczykowskiego-wygralismy-sadzie-msz/





niedziela, 3 grudnia 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #21

Szef MON, Antoni Macierewicz, brał udział w Międzynarodowym Forum Bezpieczeństwa, które odbyło się w Kanadzie. W trakcie tegoż forum, ktoś zadał Macierewiczowi pytanie o faszystowskie hasła i symbole, które pojawiły się na ostatnim Marszu Niepodległości. Macierewicz rezolutnie stwierdził, że hasła o białej sile (nie napiszę tego po angielsku, żeby mnie z rowerka nie zrzucono) „to w Polsce absurd” i dodał, „że choć takie hasła są obce polskiej tradycji, są one obecnie wykorzystywane w Rosji”. Dodał, że tego typu faszyzujące wystąpienia są „rosyjską prowokacją”.” Skoro Macierewicz twierdzi, że hasła o „białej Europie” są elementem „rosyjskiej prowokacji”, to ja się z nim spierać nie będę. Pozwolę sobie, zupełnie bez związku z wypowiedzią Macierewicza, przypomnieć twitterową działalność Ryszarda Czarneckiego który we wrześniu retweetował wrzutki ludzi zaniepokojonych tym, że na zdjęciu z rozpoczęcia roku, w jednej z brytyjskich szkół – tylko jedno dziecko białe. Zdjęcie było opatrzone hasłem „pomożemy Ci znaleźć białe dziecko”, a retweetowana przez Czarneckiego osoba dopisała, że „Wszyscy europejscy politycy powinni codziennie sobie powtarzać:”Demografia głupcze””

Jeżeli zaś już jesteśmy przy aktywnościach Twitterowych, to Donald Tusk swoim wpisem, w którym zapytał, czy dyplomatyczna kretyniada  PiSu to ich własna strategia, czy też plan Kremla, udowodnił, że tzw „brązowa nuta” („brown note”) istnieje, ale w formie wiadomości tekstowych. Nie da się bowiem inaczej wytłumaczyć niekontrolowanej biegunki argumentacyjnej, której po tym wpisie dostał PiS ichnia armia dronów.

Jednym z takich dronów był Jacek Saryusz-Wolski, który po przeczytaniu Tuskowego wpisu oświadczył, że „Jeszcze wczoraj by mi to na myśl nie przyszło, ale jeśli ta postać poważy się ubiegać o urząd Prezydenta RP, zgłaszam gotowość stanięcia w szranki, w obronie honoru Najjaśniejszej”. Ujmę to tak, jeszcze wczoraj by mi to na myśl nie przyszło, ale jeśli ta postać poważy się ubiegać o urząd Prezydenta RP, to najprawdopodobniej będziemy się mogli przekonać o tym, czy istnieje coś takiego jak „śmiertelna dawka popcornu”.

Jeżeli po ostatnim akapicie zaczęliście guglować „czy zażenowanie może być groźne dla zdrowia?” to po tym zaczniecie guglować „zażenowanie – jak szybko można od tego umrzeć?”. W Siedlcach odbyło się bowiem spotkanie w ramach Klubu Obywatelskiego, w którym wzięli udział Bartosz Arłukowicz i Roman Giertych. Po tymże spotkaniu Bartosz Arłukowicz podzielił się swoimi przemyśleniami na Twitterze: „W Siedlcach sala pełna po brzegi i emocje duże. Z Romanem Giertychem na twardo o narodowcach i demokracji. Coś w ludziach pękło.” Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że coś w tych ludziach pękło, bo zorientowali się, że człowiek, który ma teraz tyle do powiedzenia na temat narodowców jest jednym z założycieli Młodzieży Wszechpolskiej. Ponieważ zaś nie jestem złośliwy, napiszę, kurwa, serio? Ja wiem, że Giertych opowiada pierdolety o tym, że kiedy on szefował MW, wszystko było ok, ale potem „została opanowana przez grupę radykałów”, ale to są, no właśnie, pierdolety. Każdy kto pamięta tamte, nie tak odległe czasy, wie o tym, że na samym początku członkami MW byli głównie ludzie, których Ziemkiewicz nazywa „nazi skinheadami”. W moim rodzinnym mieście wyglądało to tak, że łysa ziomberiada łaziła po mieście obszyta celtykami/swastykami/etc i tłukła ludzi (tłumacząc np., że „pobili ich bo tamci wyglądali jak Żydzi”), a Giertych teraz stara się tłumaczyć, że w ogóle to było spoko, bo radykałowie to się potem dopiero pojawili. Czasem się mi wydaje, że ikoną obrony demokracji i walki z narodowcami mógłby zostać również Marian Kowalski, gdyby tylko odpowiednio długo „skakał przeciwko PiSowi”, na jakimś marszu. 

Wydawać by się mogło, że narodowcy są niemalże całkowicie pozbawieni poczucia humoru, ale okazuje się, że to nie prawda. Nie wierzycie? To jak wytłumaczycie deklarację narodowców, w której, między innymi, „odrzucają rasizm”? Owszem, żart jest mało śmieszny, ale trzeba docenić kreatywność, którą można porównać do kreatywności złapanego przez policję dilera, oświadczającego, że „odrzuca narkotyki”.  

Zaraz po moralnym zwycięstwie w Brukseli (1:27), Witold „Tommy Wiseau dyplomacji” Waszczykowski powiedział, że „Doszło do fałszerstwa. Mamy ekspertyzy mówiące o tym, że Tusk został wybrany w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego”. Witold Waszczykowski przyzwyczaił nas do tego, że mówi bardzo dużo, niezależnie od tego, czy ktoś ma ochotę go słuchać i że należy go traktować, jak kolejny odcinek „Ucha Prezesa”. Tzn. on udaje, że to wszystko jest na poważnie, a my udajemy, że mu wierzymy. Tym niemniej, zawsze znajdzie się ktoś, kto zada pytanie „ok, a co jeżeli on to powiedział na poważnie?”. W tym przypadku takim kimś była Sieć Obywatelska Watchdog, która zwróciła się do MSZ z wnioskiem o udostępnienie ekspertyz. MSZ usiłowało spławić ŚOW i odpowiedziało, że „ministrowi Waszczykowskiemu zostały przedstawione dwie niezamówione ekspertyzy i zostały one zwrócone ich autorom”. Stowarzyszenie się wkurwiło i złożyło skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. WSA uznał, że Watchdog ma rację i że MSZ powinno udostępnić stowarzyszeniu te ekspertyzy. Mam niejasne przeczucie, że kiedyś powstanie kolejny film o tytule „Disaster Artis” i będzie się on opowiadał o dokonaniach Witolda Waszczykowskiego.

22 listopada mogliśmy zobaczyć bardzo ciekawy event: „8 tysięcy leśników pojawiło się pod Sejmem na wiecu poparcia dla ministra Jana Szyszki. Większość z nich nie była w stanie odpowiedzieć w jakiej sprawie protestują. Część przyznała, że zostali przywiezieni na polecenie dyrekcji Lasów Państwowych. – „Chodzi o spontaniczne wyrażenie poparcia dla ministra i potępienie zdrajców” – przekonywał jeden z dyrektorów Lasów i były poseł PiS.  Moim zdaniem, dowodem na spontaniczność wiecu poparcia – było to, że większość ludzi nie wiedziała po co stoi pod Sejmem. Bo przecież gdyby akcja była zaplanowana, to wszyscy by wiedzieli kogo mają popierać!

Prezydent RP podpisał nowelizację budżetu 2017, dzięki której TVP i Polskie Radio dostaną 980 milionów złotych z budżetu. I to jest, proszę państwa, piękne. Te 980 milionów można by, co prawda, przeznaczyć na Służbę Zdrowia, ale ktoś uznał, że lepiej dać tę kasę ludziom, którzy tłumaczą Polakom, że lekarze rezydenci, domagający się zwiększenia nakładów na Służbę Zdrowia,  są chujami. Tym niemniej wydaje mi się, że jest w tym ukryty sens, albowiem dzięki temu dofinansowaniu mendiów narodowych, ludzie czekający w kolejkach do specjalisty będą sobie mogli czytać paski w TVP (jeżeli ktoś czeka na zabieg usunięcia zaćmy, to może sobie posłuchać radia). Teraz nieco bardziej na serio – wiem, że te 980 baniek nie uzdrowiłoby sytuacji w Służbie Zdrowia (taki tam żart słowny), ale nikt mi nie wmówi, że to kwota na tyle mała, że nie miałaby absolutnie żadnego wpływu na nic. 

W trakcie debaty nad uPRL-owieniem sądownictwa, Jarosław Kaczyński czytał sobie „Atlas Kotów”. Tutaj będzie tylko „na poważnie”, bo, w pale się kurwa, nie mieści, że media, zamiast tłumaczyć suwerenowi to, co PiS zamierza zrobić z sądownictwem (w sposób zrozumiały a nie poprzez pierdolenie „to będzie armagedon” [bo z tego, tak jakby, nic, kurwa, nie wynika]), uznały, że lepiej będzie skupić się na Jarku. Bo przeca wiadomo, że Jarek to zrobił całkowicie spontanicznie i zapomniał o tym, że ktoś może mu zrobić zdjęcie, nieprawdaż?

Narodowcy uznali, że powinni ocieplić swój wizerunek i urządzili w Katowicach happening pod hasłem „NIE dla współczesnej Targowicy!”. W trakcie tegoż happeningu powiesili na szubienicach zdjęcia europosłów „którzy głosowali za przyjęciem rezolucji w Parlamencie Europejskim, krytycznej wobec polskich władz”. Urzekło mnie to „sprzeciwianie się Targowicy”. Szczególnie w kontekście działań narodowców. Chodzi mi, rzecz jasna, o rozsiewanie antyunijnej histerii, domaganie się „Polexitu” a jeszcze do niedawna, krytykowanie uczestnictwa Polski w NATO. Gdyby spojrzeć na te działania pod kątem polityki zagranicznej, to są one (pozwolę sobie na użycie ukochanego terminu narodowców) antypolskie i prorosyjskie. Takie działania, idealnie wpisują się w hasło „Targowicy” a mimo tego, narodowcy nie powiesili na szubienicach swoich własnych zdjęć. To się nazywa mieć dystans do samego siebie. 

Kantar Public przeprowadził sondaż dla TVP, w którym to sondażu zapytano „m.in., „czy europosłowie PO, którzy poparli niedawno rezolucję Parlamentu Europejskiego krytykującą sytuację w Polsce, zachowali się jak współczesna Targowica”. Ponieważ Kantar Public zaczął być krytykowany za przeprowadzenie tego sondażu, firma ta oświadczyła, że sondaż był „przeprowadzony rzetelnie, a odmowa przeprowadzenia sondażu dla jednej ze stron sceny politycznej sama byłaby deklaracją polityczną, która stawiałaby pod znakiem zapytania wiarygodność badań przeprowadzanych dla innych podmiotów”. Z niecierpliwością czekam na to, aż ktoś zleci Kantarowi przeprowadzenie sondażu z pytaniem „czy uważasz, że odejście od rządów prawa i niezawisłości sądów, atak na sektor pozarządowy i wolne media, oznacza realizowanie przez Prawo i Sprawiedliwość planu Kremla?”. W tym miejscu znowu trzeba „na serio” (tu będzie trochę pieprzenia socjologicznego, więc jeżeli ktoś ma dostać od tego raka, to niech przeskoczy do kolejnego akapitu) skrobnąć coś. Kantar Public twierdzi, że sondaż przeprowadzono „rzetelnie”. Ja ze swojej strony zaś twierdzę, że gdyby student pierwszego roku socjologii (czy na którym tam teraz uczą poprawnego formułowania pytań badawczych) oddał pracę, w której znalazłyby się takie pytania – to musiałby ją poprawiać. Treść dwóch z trzech pytań jest sugerująca („czy zgadza się Pan/i z opinią”) zaś w trzecim mamy dodatkowo tzw „błąd znawstwa” (w treści pytania jest „współczesna Targowica” - respondent może nie wiedzieć o co chodzi). Można dyskutować o tym, czy odpowiedź „nie wiem” nie sprawia, że nie powinno się mówić o „błędzie znawstwa” (bo jeżeli respondent nie rozumie treści pytania, to może odpowiedzieć, że „nie wie”), ale sugerująca treść pytania sprawia, że „niewiedzącemu” respondentowi „łatwiej” będzie odpowiedzieć twierdząco. Ciekawostką jest to, że pracowniczka Kantar Public niemalże wprost powiedziała, że KP dostał pytania w takiej a nie innej formie. Z czego by wynikało, że ułożył je pewnie ten sam człowiek, który przeprowadza sławetne „sondy TVP info”.

Jakiś czas temu na „Codzienniku Feministycznym” pojawił się artykuł pt „Papierowi feminiści. O hipokryzji na lewicy i nowych twarzach polskiego #metoo”. Tekst ów odbił się szerokim echem, więc pewnie wszyscy go znają. Aczkolwiek, ktoś mógł spędzić ostatni tydzień w komorze deprywacyjnej, więc pozwolę sobie na „telegraficzny skrót”. Tekst traktował o dwóch jegomościach (jeden był z Krytyki Politycznej, drugi z Gazety Wyborczej) i powstał (jak sama nazwa wskazuje) w ramach akcji #metoo. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że redakcje zareagowały na tekst dość szybko i obaj jegomoście zostali zawieszeni. Tenże sam obowiązek każe wspomnieć o tym, że pochyliła się nad tym tekstem również redakcja „Do Rzeczy”, która nie tak dawno temu uraczyła nas artykułem pt: „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Jest to o tyle ciekawe, że do tej pory, prawica skupiała się na przemocy seksualnej tylko i wyłącznie wtedy gdy jej sprawca był „niebiały”, albo był muzułmaninem. No, ale to dygresja jeno. Czy tekst był dla mnie zaskoczeniem? Nie, nie był. Tzn nie chodzi o to, że znałem tych ludzi i wiedziałem, co oni robią, ale o to, że nie byłem na tyle naiwny, żeby wierzyć, że „po lewej stronie” nie ma sprawców przemocy seksualnej. Molestowanie seksualne można przyrównać do nowotworu, który co prawda pojawił się u konserw/prawaków (bo to po tamtej stronie panuje przeświadczenie, że przemoc seksualna jest rodzajem flirtu), ale, niestety, może dawać przerzuty. Po artykule, jeden z jegomościów (Jakub Dymek) udzielił wywiadu, w którym powiedział między innymi, że „Jako osoba, która przyznaje się do lewicowego światopoglądu, powinienem tym bardziej trzymać się wysokich standardów, i to także w życiu prywatnym. Jak widać, nie trzymałem się ich”. Być może Jakub Dymek „przyznaje się do lewicowego światopoglądu”, ale ja, jako lewak, nie przyznaję się do Jakuba Dymka.  

Rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości, Beata Mazurek (jest to jeden z najkrótszych znanych mi dowcipów „wielopoziomowych”), zabłysnęła ostatnio w trakcie konferencji prasowej, w trakcie której usiłowała hejtować przewodniczącego PKW, Wojciecha Hermelińskiego, „ Pamiętam, kiedy nawalił system informatyczny PKW w 2014 roku, to nie robił konferencji prasowych, nie chodził na spotkania z prezydentem i nie mówił o tym, dlaczego ten system nawala, dlaczego tak długo czekamy na wyniki wyborów”. Gdy zwrócono jej uwagę na to, że Wojciech Hermeliński został szefem PKW już po tym, spektakularnym fuckupie, rezolutnie odparła: „To nie chodzi o to, czy był szefem PKW, czy nie był szefem PKW, bo w tym PKW ktoś szefował, tak? Chodzi generalnie o zasadę”. Z niecierpliwością czekam na sytuacje, w której ktoś zarzuci Premier Beacie Szydło to, że nie usiłowała ochronić Polaków przed Amber Goldem, który sobie spokojnie hasał po Polsce. To nie chodzi o to, czy była wtedy premierem, czy nie była premierem, bo w tym czasie ktoś był premierem, tak? Chodzi generalnie o zasadę!

Źródła:



Wrzucam link do swojego screena, bo ciężko by było się „doscrollować” do RT z września.





http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/552960,roman-giertych-mlodziez-wszechposka-zajscia-w-radomiu.html



https://wiadomosci.wp.pl/8-tys-ludzi-pod-sejmem-wiekszosc-nie-wie-dlaczego-protestuje-dyrektor-kazal-6190558794512001a


https://wiadomosci.wp.pl/8-tys-ludzi-pod-sejmem-wiekszosc-nie-wie-dlaczego-protestuje-dyrektor-kazal-6190558794512001a


https://dorzeczy.pl/kraj/48252/Atlas-Kotow-Dzikie-i-domowe-To-zdjecie-Kaczynskiego-podbija-siec.html




(Wrzucam tylko jeden link do „Do Rzeczy”, ale tych artykułów jest tam pierdylion)

https://dorzeczy.pl/kraj/48820/Dziennikarze-oskarzeni-o-molestowanie-i-gwalt-Prokuratura-wszczyna-sledztwo.html





środa, 22 listopada 2017

Patryk Jaki – człowiek z marketingu politycznego

Po napisaniu tekstu o urojonej biedzie Patryka Jakiego zastanawiałem się nad tym, skąd się bierze pewność siebie i bezczelność spindoktorów Zjednoczonej Prawicy (oraz samego Patryka Jakiego). Trzeba mieć bowiem ich niezmierzone pokłady, żeby próbować zbudować narrację „o biedzie” opierając ją tylko i wyłącznie na tym, że Jaki ma zdjęcie w dresach. Tzn. może inaczej – narrację to sobie można budować w oparciu o cokolwiek, ale zawsze istnieje ryzyko, że ktoś może sprawdzić, na ile jest ona zgodna z prawdą. Czemu więc spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy i Jaki mieli to w dupie? Bo się przyzwyczaili do tego, że opozycja (i wspierające ją media) nieszczególnie często sprawdza te narracje. W zeszłym tygodniu „Sieci Prawdy” uraczyły czytelników okładką z Patrykiem Jakim i tytułem „Jaki jestem – pogromca złodziejskiej prywatyzacji  - w mocnym wywiadzie o młodości chłopaka z blokowiska miłości i Warszawie”. Jeśli komuś wydawało się, że szczytem bezczelności był wpis Jakiego, w którym utyskiwał na to, że „pochodzi z biedniejszej rodziny i miał pod górę”, to ten ktoś ma rację – wydawało mu się. Od razu zastrzegam, że pastwić się nad tym wywiadem nie będę w sposób chronologiczny. Po prostu zacznę od największych ściem.

Za grzechy syna

„Dorota Łosiewicz: Zawsze był pan uparty. Przez to ojciec miał problemy…

Patryk Jaki: To jest trudna historia. Gdy zostałem radnym, tata pracował w instytucji podległej ratuszowi. Prezydent wezwał go któregoś dnia i powiedział, że jeśli syn nie zagłosuje za budżetem po jego myśli, wówczas ojciec straci pracę. Tata honorowo nic mi nie powiedział, ja zagłosowałem zgodnie z sumieniem, a ojciec stracił pracę. Po ponad dekadzie od tego zdarzenia sprawiłem, że tata mógł wrócić do pracy, z której go niesłusznie wyrzucono i ma tam duże sukcesy. Jest tytanem pracy.”


Pytanie o „problemy ojca” nie powinno nikogo dziwić. Jaki od pewnego czasu był grillowany za to, że po tym, jak jego kumpel wygrał wybory prezydenckie w Opolu, Jaki senior dostał fuchę w miejskich wodociągach. Sprawa jest o tyle śliska, że wcześniej sam Jaki krytykował innych za nepotyzm. Potrzebował więc odpowiedniej narracji. Łzawa historia o ojcu zwolnionym z pracy za to, że Jaki junior zagłosował „zgodnie z sumieniem” i po 10 latach wraca do pracy, z której go niesłusznie zwolniono, jest narracją wręcz idealną. Sprawdźmy więc, czy ma ona pokrycie w faktach.

Z artykułu zamieszczonego na portalu Nowej Trybuny Opolskiej (26-03-2007) mogliśmy się dowiedzieć, że „Ireneusz Jaki odebrał zwolnienie w końcu ubiegłego tygodnia” (czyli albo 22, albo 23 marca). W celu zweryfikowania słów Patryka Jakiego trzeba było poszperać zbiorze uchwał Rady Miasta Opola i sprawdzić, które z nich odnosiły się do budżetu. Uchwały sprzed zwolnienia datowane są na 18-01-2007, 23-02-2007 i 22-03-2007. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w zbiorze uchwał są dwie datowane na 22 lutego 2007, ale po zapoznaniu się z ich treścią okazuje się, że obie są z 22 marca (ktoś pomylił miesiące). Żeby przekonać się o tym, jak przebiegały głosowania, trzeba zerknąć do protokołów z posiedzeń rady miasta. Żeby was nie zanudzić, nie będę cytował tych protokołów (jeżeli ktoś będzie chciał się z nimi zapoznać, to linki w źródłach znajdzie) i jedynie skrótowo się do nich odniosę. W trakcie głosowań z 18 stycznia uwalono kilka poprawek. 16 głosów było przeciw, zaś 9 było „za”. Nawet jeżeli Jaki był wśród tych głosujących „przeciw”, to jego głos nie był „decydujący”. Przedłożone przez prezydenta Opola poprawki do budżetu, nad którymi głosowano 23 lutego i 22 marca (w trakcie sesji z 22 marca, Patryk Jaki nie był już członkiem PO) przeszły. Więc nawet, jeżeli Patryk Jaki „głosował zgodnie z sumieniem” (czyli „przeciw”), to nie miało to znaczenia. W tym miejscu warto zaznaczyć, że Ireneusz Jaki był długoletnim współpracownikiem Zembaczyńskiego (najpierw w Urzędzie Wojewódzkim, a potem w Urzędzie Miejskim). Trudno więc uwierzyć w to, że Ireneusz Jaki wyleciał z roboty dlatego, że jego syn głosował „nie tak jak trzeba” w sytuacji, w której ten głos i tak nie miał znaczenia. Nawet gdyby chodziło o głosowanie z 18 stycznia (w którym uwalono prezydentowi jego poprawki), to nie bardzo chce mi się wierzyć, że wkurwiony na Ireneusza Jakiego prezydent Zembaczyński czekałby aż 2 miesiące ze zwolnieniem go z pracy. Podsumowując, nie wiadomo czemu Ireneusz Jaki wyleciał z roboty, ale na pewno nie miało to związku z tym, jak głosował jego syn. Tym samym z narracji o „załatwieniu ojcu pracy w ramach sprawiedliwości dziejowej” zostaje nam jedynie „załatwienie ojcu pracy”.

Konflikt ideologiczny z III RP

„Dorota Łosiewicz: A przypomnijmy – radnym był pan z listy Platformy Obywatelskiej.

Patryk Jaki: To były czasy, gdy wszyscy żyli w przekonaniu, że będzie koalicja PO-PiS. To były czasy, gdy Jan Rokita miał być premierem. Zresztą Rokita mi imponował. Proponował szarpnięcie cuglami i radykalną przebudowę państwa. Zgadzałem się z tym myśleniem. Gdy z Platformy wyrzucono Jana Rokitę i odeszła Zyta Gilowska, a PO stała się partią III RP – odszedłem i ja.”


Biorąc pod rozwagę fakt, że Patryk Jaki jest z wykształcenia politologiem, ta wypowiedź to wybitnie spektakularny fuckup. W tym przypadku nie trzeba się specjalnie rozpisywać, wystarczy kilka dat:

21-05-2005 – Zyta Gilowska odchodzi z PO w wyniku konfliktu wewnątrzpartyjnego. 

2006 (konkretnej daty nie mam, bo z sieci zniknęła linkowana przeze mnie w poprzedniej notce strona Patryka Jakiego) – Patryk Jaki wstępuje do Platformy Obywatelskiej.

12-11-2006 – Patryk Jaki dostaje się do Rady Miasta Opola z list Platformy Obywatelskiej.

2007 – (pierwszy kwartał) Patryk Jaki odchodzi z PO i wstępuje do PiS-u.

14-09-2007 – Jan Maria Rokita ogłasza, że nie będzie startował w wyborach parlamentarnych.

2013 (maj)  – Rokita wylatuje z PO za niepłacenie składek.

Tak więc kolejna narracja okazuje się ściemą (lub, jak kto woli, „postprawdą”). Nie dziwi mnie to, że Patryk Jaki wolał nie opowiadać czytelnikom „Sieci Prawdy” o tym, że po zmianie barw partyjnych dostał od nowych kolegów z nowej partii fuchy, dzięki którym jego dochód miesięczny wzrósł o prawie 3,5 tysiąca złotych. Lepiej opowiadać pierdolety o tym, że się odeszło z PO, „bo III RP”.

Sam przeciw wszystkim

„Dorota Łosiewicz: W 2011 r. znów pociągnął pan za sobą tysiące…”

Patryk Jaki: To była trudna kampania. Dostałem się do Sejmu wbrew wszystkim i wszystkiemu. Zepchnięto mnie na niskie miejsce na liście, zabrano środki na kampanię. Nie miałem ani sekundy czasu antenowego. Jednak się uparłem, ciężko pracowałem, sypiałem po kilka godzin na dobę i się udało. Wiedziałem, że jeśli wtedy wypadłbym z życia publicznego, to już nigdy nie zrealizowałbym swoich marzeń o naprawie Polski. Udało się coś, w co nikt nie wierzył, a już w kolejnych wyborach otrzymałem najlepszy wynik dla prawicy w historii w tym regionie (sam zdobyłem dwa mandaty), znów z niższego miejsca.”


Tutaj mamy do czynienia z piękną bajeczką, która bazuje na tym, że większość ludzi nieszczególnie orientuje się w tym, jak wygląda „dostawanie miejsc na listach”. A wygląda ono tak, że jak w 2011 roku dwóch ludzi pożarło się w moim rodzinnym Tarnobrzegu o 14 miejsce na liście PiS, to skończyło się tym, że część lokalnych struktur popierająca kandydaturę człowieka, który się ostatecznie znalazł na listach, wypierdoliła (przy pomocy głosowania) część struktur popierającą innego kandydata. Nie uwierzę w to, żeby na listach wyborczych w okręgu, w którym startował Patryk Jaki nie było walki o te miejsca. Oznacza to, że Patryk Jaki musiał mieć poparcie części lokalnych struktur. W to, że mogli mu przyciąć finanse akurat wierzę (aczkolwiek kluczowe jest „mogli”, bo w słowo Jakiego niespecjalnie wierzę).W wyborach parlamentarnych partyjna kasa idzie na wspieranie ludzi startujących z miejsc „biorących”. Jaki był ósmy na liście PiSu w okręgu, który był zdominowany przez Platformę Obywatelską. Nietrudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której struktury partyjne uznały, że lepiej by było pompować kasę w 1-kę (spadochroniarz) i 2-kę (Opolanin).

Jak to się więc stało, że Jaki dostał się z miejsca „niebiorącego”? To proste – musiał mieć spore środki finansowe i sporo ludzi, którzy tyrali na jego wynik. Ktoś musiał rozlepiać jego plakaty, rozdawać ulotki, organizować spotkania z wyborcami, załatwiać sprawy administracyjne i finansowe. Jaki może udawać, że był „jednoosobowym sztabem wyborczym”, ale to bzdura jest. Nawiasem mówiąc, wyjątkowo ubawił mnie fragment „a już w kolejnych wyborach otrzymałem najlepszy wynik dla prawicy w historii w tym regionie”. Patryk Jaki, rzecz jasna, odnosił się do wyborów parlamentarnych z 2015 roku. Co jest o tyle ciekawe, że „kolejnymi wyborami” były dla niego te do Europarlamentu, w których dostał on 3084 głosy, z czego 702 (najwięcej z list Solidarnej Polski) w samym Opolu.

Jeszcze jeden fragment zasługuje na uwagę. Patryk Jaki stwierdził: „Wiedziałem, że jeśli wtedy wypadłbym z życia publicznego, to już nigdy nie zrealizowałbym swoich marzeń o naprawie Polski”. W trakcie wyborów parlamentarnych 2011 Patryk Jaki był radnym miejskim w Opolu i przewodniczącym klubu radnych PiS w radzie miejskiej. Gdyby nie dostał się do Sejmu, to pełniłby mandat radnego do 2014 roku. Nie bardzo wiem, jak się to ma do wizji „wypadnięcia z życia publicznego”.

Człowiek z marketingu politycznego

Tutaj zaprezentuję wam nieco dłuższy fragment, bo jest on, moim zdaniem, wyborny:

„Dorota Łosiewicz: O karierze ministra też pan wtedy raczej nie marzył?

Patryk Jaki: [śmiech] Nie. W ogóle nie darzyliśmy polityków szczególną estymą, aby nie powiedzieć, że obdarzaliśmy ich sporą pogardą. III Rzeczpospolita mocno sobie na to zapracowała.
Była przeżarta korupcją, rosyjskimi wpływami, a Opole to było korupcyjne serce Polski. Miałem poczucie, że ta III RP to tekturowe państwo. Wystarczy dmuchnąć i się przewróci. Widziałem w Opolu, że wymiar sprawiedliwości to farsa. Gdy staliśmy pod tym blokiem, z którego dziś wszyscy się śmieją, nie potrafiliśmy zrozumieć, jak to jest, że gwałciciele dostają kary w zawieszeniu, a mordercy wychodzą na przepustki. Ta złość na krzywdę, którą robią politycy Polsce, we mnie narastała, aż sam chciałem to zmienić.

Dorota Łosiewicz: Pan wybaczy, ale to brzmi mało wiarygodnie, że chłopaki w dresach, którzy cały dzień kopią piłkę, prowadzą dyskusje o korupcji i wymiarze sprawiedliwości.

Patryk Jaki: A jednak. Buntowaliśmy się przeciwko temu, co słyszymy w telewizji. Pod tym blokiem rodziła się też miłość do ojczyzny. To przecież z blokowisk wyrasta polski rap, w którym jest dużo patriotyzmu, ale i dużo pogardy dla polityków oraz rzeczywistości III RP.”

Zacznijmy od elementu humorystycznego, czyli bajań o tym, że na początku lat 2000 „ziomki” stojące pod blokami dyskutowały o III RP. Tzn. nie wiem, być może ja się wychowałem w jakichś innych blokach na tym moim Podkarpaciu (wcześniejsze „Tarnobrzeskie”), ale nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek tam rozmawiał o polityce. Tzn. owszem, rozmawiało się, ale bardziej na zasadzie „koryto to samo, tylko świnie przy nim się zmieniają”, nie zaś o tym, że „to wszystko przez III Rzeczpospolitą”. Owszem, dzisiejsza młodzież interesuje się polityką, ale ówczesna młodzież miała na nią „wyjebane po całości”. Tym niemniej, jeżeli się człowiek w tę wypowiedź wczyta, to może się mu zrobić mniej „śmiesznie”. Zwróciliście może uwagę na to, że ilekroć Patryk Jaki krytykuje „niedomaganie państwa” (korupcja etc.), tylekroć nawiązuje do III RP? Nie jest to rezultat „lepkości tematycznej”, bo w całym wywiadzie Jaki wspomina o III RP sześć razy. Tutaj zaś, kiedy opowiadał o kolegach spod bloku, wspomniał o III RP aż trzy razy, przeciwstawiając ją między innymi patriotyzmowi w polskim rapie. To nie jest żaden przypadek, ani też gaworzenie jakiegoś „gamonia”, ale wzmacnianie przekazu, w myśl którego III RP jest uosobieniem całego zła i „antypatriotyzmu”.

Warto również przyjrzeć się temu, ile razy w wywiadzie pojawia się słowo „blok, blokowisko” etc. Jeżeli wliczymy w to tytuł „Stałem pod blokiem i się tego nie wstydzę”, to w wywiadzie nawiązanie do „bloku” pojawia się 17 (słownie – siedemnaście) razy. Widać więc wyraźnie, że Jaki uznał, że nadal będzie budował wizerunek „chłopaka spod bloku”. Co ciekawe, w wywiadzie nie znajdziecie ani jednego nawiązania do tego, że pochodzi on z „biedniejszej rodziny”. Jaki wspomina o tym, że „mając 16 lat, dorabiał jako dziennikarz sportowy i roznosząc ulotki”, ale to nie to samo, co wcześniejsze utyskiwania o pochodzeniu z „biedniejszej rodziny”. Śmiem twierdzić, że gdyby nie to, że spora liczba ludzi mogła się przekonać o tym, że Jaki łączył biedę z zarabianiem 5,5 tys. zł miesięcznie (w wieku 21 lat), to w wywiadzie roiłoby się również od nawiązań do tej „biedniejszej rodziny” i wzmianek o tym, jak to miał ciężko i ile to on się musiał nazapieprzać zanim został politykiem. Ponieważ „bieda-narracja” się popsuła, Jaki poszedł w inną stronę:

„(...)Niestety praca ministra to 16 godzin na dobę, często przez siedem dni w tygodniu. Brakuje mi czasu na odpoczynek czy spotkania ze znajomymi. Każdy dzień to walka o to, aby jak najwięcej spraw załatwić, jak najwięcej decyzji podjąć. Gdy nie mam siły, często siadam na fotelu, zamykam oczy na 15 minut i myślami wracam na moje boisko pod blokiem, kiedy nie było żadnej presji, nikt od mnie niczego nie chciał.”

Muszę przyznać, że kiedy przeczytałem powyższy fragment po raz pierwszy, parsknąłem śmiechem. Końcówka (o „uwalnianiu się od presji”) brzmi tak, jakby Patryk Jaki naoglądał się „Szybkich i wściekłych” i usiłował sparafrazować Dominica Toretto (Groot był znacznie mniej drewnianą rolą Vina Diesla), który opowiadał o tym, że kiedy bierze udział w wyścigu na ćwierć mili, to „przez te 10 sekund jest wolny, bo nic innego się nie liczy”. Różnica polega na tym, że Patryk Jaki jest wolny przez 15 minut. Potem zaś zdałem sobie sprawę z tego, że ten łzawy przekaz śmieszy mnie dlatego, że nie jest skierowany do mnie, tylko do ludzi, których udało się przekonać, że to „naprawianie Polski” rozumiane jako „walka z układami i elytami” zabiera Jakiemu bardzo dużo czasu. On by sobie chętnie wrócił na to swoje boisko (spotkał się ze znajomymi/etc), ale przecież jest jeszcze tyle do naprawienia, że nie może tego zrobić i może jedynie wspominać stare dobre czasy. Rzecz jasna, „naprawiania Polski” nie ułatwiają mu układy i elyty, które go zwalczają...

Ktoś może w tym momencie powiedzieć: „No, ale przecież przez cały ten tekst udowadniałeś, że gość mija się z prawdą, a teraz usiłujesz tłumaczyć, że jest jakimś nindżą od marketingu politycznego”. Prawda jest taka, że jedno wcale nie wyklucza drugiego. To, że Jaki przyzwyczaił się, że może budować swoje narracje w oparciu o łatwe do zweryfikowania bzdury, nie czyni z niego niegroźnego dresiarza, który przez przypadek dostał się do polityki. Owszem, Jaki dostał się „do polityki” dzięki koneksjom swojego ojca, który w owym czasie był notablem (i dlatego Jaki dostał miejsce na listach do Rady Miasta w „biorącym” okręgu). Ale jego dalsza kariera to już jego własna robota. Owszem, w 2011 miał sztab ludzi, którzy wyszarpali dla niego mandat, choć startował z 8-go miejsca, ale ten sztab nie wziął się z powietrza. Czy „pocieszny dresiarz” budowałby sobie własny układ polityczny, który, w razie czego, może mu zapewnić miękkie lądowanie (gdyby padł w wyborach parlamentarnych)? Czy pocieszny dresiarz potrafiłby momentalnie „skręcić” narrację, którą „odbił” hasło Gazety.pl „stał pod blokiem”? Owszem, spektakularnie się wyjebał na tej swojej udawanej biedzie, ale wcale się na tym wyjebać nie musiał. Zwróćcie uwagę na to, że wywiad z „Sieci Prawdy” pojawił się ponad tydzień temu i nikt się nad nim jeszcze nie pochylił, choć jest w nim sporo fragmentów „nie do obrony” (ja poruszyłem tylko te kwestie, które byłem w stanie zweryfikować, ale na pewno jest tam tego więcej). W kontekście powyższego nie dziwię się Jakiemu, że opowiada te swoje banialuki i praktycznie nie liczy się z tym, że ktoś powie „sprawdzam”.

Jakiś czas temu szukałem sobie zdjęć do memów (żeby mieć kilka na podorędziu). Akurat grzebałem za zdjęciami Jakiego i zupełnym przypadkiem trafiłem na artykuł na jakimś portaliku „Niezależna Gazeta Obywatelska nie tylko w Opolu”. Artykuł ów powstał w czasie, w którym Jaki był jeszcze radnym opolskim. Opatrzono go kilkoma zdjęciami, ale facjatę Jakiego widać na dwóch z nich. Na jednym z nich (które mogło wam gdzieś mignąć) Jaki pozuje w niebieskiej czapce malarskiej i koszulce a'la „Seba” na tle ściany (do połowy obłożonej płytkami, a dalej pomalowanej na pomarańczowo).  Jednak moją uwagę zwróciło drugie zdjęcie, na którym Jaki siedzi na tle zarzuconego książkami parapetu. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby chciał się lansować „na tle książek”, bo jest tam między innymi „Polactwo” Ziemkiewicza, którego Jaki w rozmowie z portalem zachwalał. Tylko, że poza Ziemkiewiczem było tam również trochę książek (rozpoznałem 6 z nich, bo zdjęcie nie powala rozdzielczością) o perswazji, retoryce, komunikacji politycznej i organizowaniu kampanii wyborczych. Jaki ich tam raczej celowo nie umieścił, bo nawet początkujący polityk nie będzie się chciał lansować na tle tych konkretnych książek. To by było trochę tak, jakby zrobił sobie zdjęcie na tle swojego spindoktora. Wątpię w to, żeby ten parapet stanowił jedyną półkę z książkami o tej tematyce, które w owym czasie posiadał. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie uważam Patryka Jakiego za jakiegoś „genialnego spindoktora”, ale przestrzegałbym przed traktowaniem go jak kretyna tylko i wyłącznie dlatego, że ma facjatę Seby i kiedyś popierdalał w dresach.

Źródła:

„Sieci Prawdy” nr 46 (259) 2017 (13–19 listopada)

Artykuł o zwolnieniu Ireneusza Jakiego:



Protokół z posiedzenia, które odbyło się 2007-01-18


Protokół z posiedzenia, które odbyło się 2007-02-23

http://www.opole.pl/protokol-nr-vii07-z-dnia-2007-02-23-z-v-kadencji/


Protokół z posiedzenia, które odbyło się 2007-03-22

Gilowska odchodzi z PO (niestety, nie ma bezpośredniego odnośnika i trza sobie poscrollować do 21-05)

https://pl.wikipedia.org/wiki/Maj_2005


Jaki zostaje opolskim miejskim radnym z list PO


Rokita rezygnuje z kandydowania w wyborach


Rokita został wyrzucony w 2013

https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/jan-rokita-usuniety-z-po-za-nieplacenie-skladek,332062.html


Wybory 2011


Eurowybory 2014:


Wywiad z Jakim na portalu „Niezależna Gazeta Obywatelska nie tylko w Opolu”

http://www.ngopole.pl/2011/09/02/znani-jakich-nie-znacie-%E2%80%9Epotrafie-pomalowac-dom-wymienic-oswietlenie-zamontowac-polki%E2%80%9D-%E2%80%93-z-patrykiem-jakim-szefem-klubu-radnych-pis-w-radzie-miasta-opole-rozmawia-tomasz/

poniedziałek, 20 listopada 2017

Konserwatywna histeria z akcją #MeToo w tle

Redakcja tygodnika „Do Rzeczy” postanowiła wtrącić swoje trzy grosze do dyskusji o akcji #MeToo i zrobiła to w sposób niezwykle subtelny. Okładkowym tekstem numeru 46/248 został artykuł Łukasza Warzechy, o całkowicie neutralnym tytule „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Tytuł artykułu nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do intencji autora, tym niemniej warto się nad tym tekstem pochylić (i spojrzeć w otchłań). Mógłbym się tutaj rozpisywać na temat tego „dlaczego warto”, ale pozwólcie, że wyręczy mnie w tym autor:

„Akcja #MeToo miała położyć kres niecnym praktykom wobec kobiet. Tymczasem skończyć się może tym, że przed zaproszeniem koleżanki na kawę trzeba będzie podpisać szczegółową umowę. Jesteśmy właśnie świadkami kolejnej fali lewackiej paranoi”

Zacznijmy od tego, że nikt nie zakładał, że dzięki akcji #MeToo zniknie problem molestowania seksualnego. W następnej kolejności warto zwrócić uwagę na język, którego używa Warzecha. Nie wierzę w to, żeby zupełnym przypadkiem użył on określenia „niecne praktyki” zamiast „przemoc seksualna”, bądź też „molestowanie seksualne”. Tak więc próbę zbagatelizowania całej akcji mamy już w pierwszym zdaniu. Po tej próbie, autor zaserwował nam typowe dla prawicy fabrykowanie konsekwencji i zaczął bredzić o tym, że „trzeba będzie podpisać umowę”. Jeżeli ktoś ma w tym momencie dosyć, to uprzedzam, że za moment będzie już tylko gorzej:

„Słuchaj, może umówiłabyś się z nim na randkę?
– Nie znam człowieka. Poza tym jest ode mnie sporo starszy.
– Poznaliście się tutaj, w parlamencie, przelotnie. Przystojny człowiek. Wiesz, że dobrze sytuowany.
– Tak, słyszałam.
– No właśnie. Wpadłaś mu w oko.
– Co ty powiesz? Ale on mnie nie.
– Zastanów się. Może być przyjemnie. A ja też mogę coś zyskać. On mnie prosił, żebym cię namówił na spotkanie. Obiecał się odwdzięczyć, pomoże mi w moich sprawach.

Tak mogła wyglądać rozmowa brytyjskiego konserwatywnego posła Daniela Kawczynskiego z asystentką innej posłanki torysów.”


Nie wiadomo, jak w rzeczywistości wyglądała ta rozmowa (a raczej rozmowy, bo sam Warzecha wspomina w dalszej części tekstu, że było ich kilka). Nie wie tego również Warzecha i dlatego sam „stworzył” tę rozmowę. Z rozmowy wynika, że asystentka posłanki jest mocno niezainteresowana człowiekiem, z którym chciał ją umówić Kawczyński. Poseł usiłuje jej tłumaczyć, że jegomość jest przystojny i dobrze sytuowany. Kiedy nie robi to należytego wrażenia, poseł zaczął tłumaczyć, że „może będzie fajnie” i że jak ona się z tym jegomościem umówi, to jegomość pomoże posłowi. Warto mieć również na uwadze to, że poseł stał w hierarchii wyżej od asystentki, więc ta nie mogła kazać mu spierdalać. Wisienką na torcie jest to, że dorosły człowiek zachował się jak 13-latek i wysłał kolegę, żeby ten go umówił na randkę. Podsumowując, scenariusz, który wymyślił Warzecha, jest kurewsko obciążający dla posła. Zapewne dla nikogo nie będzie niespodzianką to, że Warzecha ma inne zdanie na ten temat.

„Kawczynski jest kolejną ofiarą postępującego szaleństwa. Komisja dyscyplinarna Izby Gmin oskarża go o niestosowne zachowanie, które przez lewicę jest już całkiem otwarcie nazywane „stręczycielstwem”. Kawczynski miał kilkakrotnie namawiać asystentkę klubowej koleżanki na spotkanie z dobrze sytuowanym biznesmenem, rzekomo sugerując, że mogą z tego wyniknąć dla niego jakieś korzyści. Poseł zaprzecza, żeby zrobił coś niewłaściwego. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia ma rację, ale zapewne i tak polegnie, bo walec zbyt się już rozpędził.”

Dobrze przeczytaliście. Ofiarą w tym układzie był poseł. Ten sam, którego bogaty ziomek (przecież nikt nie wysyłałby do tej kobiety obcej dla siebie osoby) wysyłał do asystentki. Ten sam, który kilkukrotnie ją namawiał do umówienia się na randkę, bo nie mógł, kurwa, zrozumieć, że jak raz powiedziała, że nie jest zainteresowana, to znaczy, że nie jest zainteresowana. Winni w całej sprawie są, rzecz jasna, lewacy.

Swoją drogą, znamienne jest to, że konserwatysta nie widzi nic zdrożnego w „namawianiu”. On sobie, co prawda, zdaje sprawę z tego, że kobieta może nie mieć na coś ochoty, ale ma to w dupie, bo przecież kobiety „lubią być zdobywane”. Bo przecież jeżeli jakiś jegomość podrywa kobietę, a ta mu wyraźnie daje do zrozumienia, że nie jest zainteresowana, to nie znaczy, że jegomość ma się odpierdolić. To znaczy, że jegomość się musi bardziej postarać, bo przecież nie można pozwolić, żeby coś tak bardzo pozbawionego znaczenia, jak opinia kobiety, którą chce poderwać, stanęło mu na drodze do poderwania jej. Nie można również zapominać o tym, że „mężczyźni i kobiety to różne gatunki i nie ma szans, żeby się dogadali ze sobą”. To jest zajebiście wygodne podejście bo pozwala ono na ignorowanie dowolnych komunikatów nadawanych przez ten „inny gatunek”. W szczególności zaś komunikatów, które sugerowałyby, że ów „inny gatunek, z którym nie możemy się dogadać” nie jest zainteresowany nawiązaniem bliższej znajomości. Takie zachowanie nie jest, rzecz jasna, domeną konserwatystów, ale to właśnie oni starają się nas przekonywać do tego, że jakakolwiek próba odejścia od tych mechanizmów (czyli od olewania zdania kobiety) to „lewacka paranoja”. Rzecz jasna, w momencie, w którym kobieta mówi „tak”, nagle okazuje się, że jednak można się dogadać i jakoś nie ma problemów z interpretacją komunikatu.

„Spójrzmy na definicje molestowania. Mamy tam np. kwestię „obraźliwych uwag dotyczących ciała lub seksualności”. O tym, czy coś odbieramy jako obraźliwe, czy nie, decydujemy sami. Nie jest to żadne obiektywne kryterium,”

Warzesze zupełnie umyka fakt, że sprawa wygląda dokładnie tak samo w przypadku „zwykłych” obraźliwych uwag nie odnoszących się do ciała lub seksualności. Wyobraźmy sobie, że gram sobie ze znajomym w jakąś grę (niech będzie Mortal Kombat). Grając, próbujemy się nawzajem wyprowadzić z równowagi, przy pomocy trashtalku. W ramach tego trashtalku nazywam swojego znajomego głupim kutasem, znajomy, zamiast się obrazić, nazywa mnie głupim chujem. A teraz wyobraźmy sobie, że głupim kutasem nazywam jakiegoś przypadkowego człowieka na ulicy. Czy mam liczyć na to, że nie da mi w pysk, bo o tym, czy odebrał tego „głupiego kutasa” jako coś obraźliwego zdecydował sam, a to przecież nie jest żadne obiektywne kryterium? Tym, co pozwala odróżnić obrazę od „trashtalku” (na który obie strony wyrażają zgodę) jest kontekst wypowiedzi. 

„Dla jednej z kobiet stwierdzenie „niezła z ciebie laska” będzie komplementem, inna uzna, że ją to obraża.”

I znowuż, Warzecha udaje, albo też naprawdę nie wie, że w takiej sytuacji najistotniejszy jest kontekst wypowiedzi. Czym innym jest sytuacja, w której partner komplementuję partnerkę (gdy ta, na ten przykład przymierza jakąś kieckę), a czym innym sytuacja, w której jakiś śliniący się cieć komentuje wygląda zewnętrzny obcej kobiety, z którą znalazł się sam na sam w windzie.

„Jedna kobieta nie zwróci uwagi na to, że kolega położy jej dłoń na ramieniu, inna stwierdzi, że to „próba wymuszenia kontaktu fizycznego”.”

Jeden z mężczyzn nie zwróci uwagi na to, że 120-kilogramowy Seba usiądzie mu na kolanach w metrze, inny stwierdzi, że to „próba wymuszenia kontaktu fizycznego”.

„Stąd prosta droga do paranoi, w której ramach nawet przepuszczenie kobiety w drzwiach może zostać uznane za obsceniczne”

Gwoli ścisłości, cytowane powyżej zdanie znalazło się zaraz po fragmencie o „próbie wymuszenia kontaktu fizycznego”. Z tego, że kobieta może nie chcieć być dotykana przez kolegę (wiem, brzmi to źle, bo miało tak zabrzmieć), Warzecha wysnuł wniosek, że „przepuszczenie kobiety w drzwiach może zostać uznane za obsceniczne”. Być może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że jeżeli mężczyzna przepuszczający kobietę w drzwiach nie będzie się przy okazji onanizował, to raczej nie powinien się obawiać oskarżenia o molestowanie seksualne.

„Świat relacji damsko-męskich, szczególnie w ich początkowej fazie – co wie każdy dorosły – z zasady opiera się na niedopowiedzeniach, domysłach, a niepewność reakcji drugiej strony jest
jego immanentną częścią.”


Pozwolę sobie na parafrazę

„Świat relacji damsko-męskich, w dowolnej ich fazie - co powinien wiedzieć każdy dorosły – z zasady powinien opierać się na skutecznej komunikacji (oczekiwań, potrzeb/etc.), która to komunikacja powinna być immanentną częścią tegoż świata.” Skuteczna komunikacja to taka, która wyklucza „reinterpretowanie” komunikatu tylko i wyłącznie dlatego, że się odbiorcy komunikat nie spodobał. Tzn. wyklucza ona zamianę „nie” na „jeżeli będę truł dupę odpowiednio długo, to może kiedyś to „nie” zostanie zastąpione „być może”, a potem to „być może” zostanie zastąpione „tak””.

Tekst Warzechy był znacznie dłuższy, ale nie ma sensu cytować go w całości i odnosić się do tego, co tam napisano „akcja po akcji”, bo też nie chodziło mi o polemikę, tylko o podkreślenie tego, jak bardzo konserwatywna urawniłowka potrafi przeryć komuś głowę. Warzecha bełkocze o tym, że lewacy chcą niszczyć „normalne relacje międzyludzkie” i zupełnie umyka mu to, że opisane przez niego „normalne relacje” są wybitnie „jednostronne”. Tzn. z góry zakładają one, że stroną inicjującą początek relacji damsko-męskiej będzie mężczyzna. Cała ta przydługa tyrada Warzechy, który „martwi się” o to, że kolega nie będzie mógł zaprosić koleżanki na kawę bez „podpisania z nią umowy” pokazuje, że ów człowiek nie wyobraża sobie sytuacji, w której to koleżanka zaprosi na kawę kolegę. Zapewne sytuacja taka jawi mu się jako kolejny przejaw „lewackiego szaleństwa” i dlatego o niej nie wspomniał.

Źródła:

„Do Rzeczy” nr 46/248