poniedziałek, 20 listopada 2017

Konserwatywna histeria z akcją #MeToo w tle

Redakcja tygodnika „Do Rzeczy” postanowiła wtrącić swoje trzy grosze do dyskusji o akcji #MeToo i zrobiła to w sposób niezwykle subtelny. Okładkowym tekstem numeru 46/248 został artykuł Łukasza Warzechy, o całkowicie neutralnym tytule „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Tytuł artykułu nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do intencji autora, tym niemniej warto się nad tym tekstem pochylić (i spojrzeć w otchłań). Mógłbym się tutaj rozpisywać na temat tego „dlaczego warto”, ale pozwólcie, że wyręczy mnie w tym autor:

„Akcja #MeToo miała położyć kres niecnym praktykom wobec kobiet. Tymczasem skończyć się może tym, że przed zaproszeniem koleżanki na kawę trzeba będzie podpisać szczegółową umowę. Jesteśmy właśnie świadkami kolejnej fali lewackiej paranoi”

Zacznijmy od tego, że nikt nie zakładał, że dzięki akcji #MeToo zniknie problem molestowania seksualnego. W następnej kolejności warto zwrócić uwagę na język, którego używa Warzecha. Nie wierzę w to, żeby zupełnym przypadkiem użył on określenia „niecne praktyki” zamiast „przemoc seksualna”, bądź też „molestowanie seksualne”. Tak więc próbę zbagatelizowania całej akcji mamy już w pierwszym zdaniu. Po tej próbie, autor zaserwował nam typowe dla prawicy fabrykowanie konsekwencji i zaczął bredzić o tym, że „trzeba będzie podpisać umowę”. Jeżeli ktoś ma w tym momencie dosyć, to uprzedzam, że za moment będzie już tylko gorzej:

„Słuchaj, może umówiłabyś się z nim na randkę?
– Nie znam człowieka. Poza tym jest ode mnie sporo starszy.
– Poznaliście się tutaj, w parlamencie, przelotnie. Przystojny człowiek. Wiesz, że dobrze sytuowany.
– Tak, słyszałam.
– No właśnie. Wpadłaś mu w oko.
– Co ty powiesz? Ale on mnie nie.
– Zastanów się. Może być przyjemnie. A ja też mogę coś zyskać. On mnie prosił, żebym cię namówił na spotkanie. Obiecał się odwdzięczyć, pomoże mi w moich sprawach.

Tak mogła wyglądać rozmowa brytyjskiego konserwatywnego posła Daniela Kawczynskiego z asystentką innej posłanki torysów.”


Nie wiadomo, jak w rzeczywistości wyglądała ta rozmowa (a raczej rozmowy, bo sam Warzecha wspomina w dalszej części tekstu, że było ich kilka). Nie wie tego również Warzecha i dlatego sam „stworzył” tę rozmowę. Z rozmowy wynika, że asystentka posłanki jest mocno niezainteresowana człowiekiem, z którym chciał ją umówić Kawczyński. Poseł usiłuje jej tłumaczyć, że jegomość jest przystojny i dobrze sytuowany. Kiedy nie robi to należytego wrażenia, poseł zaczął tłumaczyć, że „może będzie fajnie” i że jak ona się z tym jegomościem umówi, to jegomość pomoże posłowi. Warto mieć również na uwadze to, że poseł stał w hierarchii wyżej od asystentki, więc ta nie mogła kazać mu spierdalać. Wisienką na torcie jest to, że dorosły człowiek zachował się jak 13-latek i wysłał kolegę, żeby ten go umówił na randkę. Podsumowując, scenariusz, który wymyślił Warzecha, jest kurewsko obciążający dla posła. Zapewne dla nikogo nie będzie niespodzianką to, że Warzecha ma inne zdanie na ten temat.

„Kawczynski jest kolejną ofiarą postępującego szaleństwa. Komisja dyscyplinarna Izby Gmin oskarża go o niestosowne zachowanie, które przez lewicę jest już całkiem otwarcie nazywane „stręczycielstwem”. Kawczynski miał kilkakrotnie namawiać asystentkę klubowej koleżanki na spotkanie z dobrze sytuowanym biznesmenem, rzekomo sugerując, że mogą z tego wyniknąć dla niego jakieś korzyści. Poseł zaprzecza, żeby zrobił coś niewłaściwego. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia ma rację, ale zapewne i tak polegnie, bo walec zbyt się już rozpędził.”

Dobrze przeczytaliście. Ofiarą w tym układzie był poseł. Ten sam, którego bogaty ziomek (przecież nikt nie wysyłałby do tej kobiety obcej dla siebie osoby) wysyłał do asystentki. Ten sam, który kilkukrotnie ją namawiał do umówienia się na randkę, bo nie mógł, kurwa, zrozumieć, że jak raz powiedziała, że nie jest zainteresowana, to znaczy, że nie jest zainteresowana. Winni w całej sprawie są, rzecz jasna, lewacy.

Swoją drogą, znamienne jest to, że konserwatysta nie widzi nic zdrożnego w „namawianiu”. On sobie, co prawda, zdaje sprawę z tego, że kobieta może nie mieć na coś ochoty, ale ma to w dupie, bo przecież kobiety „lubią być zdobywane”. Bo przecież jeżeli jakiś jegomość podrywa kobietę, a ta mu wyraźnie daje do zrozumienia, że nie jest zainteresowana, to nie znaczy, że jegomość ma się odpierdolić. To znaczy, że jegomość się musi bardziej postarać, bo przecież nie można pozwolić, żeby coś tak bardzo pozbawionego znaczenia, jak opinia kobiety, którą chce poderwać, stanęło mu na drodze do poderwania jej. Nie można również zapominać o tym, że „mężczyźni i kobiety to różne gatunki i nie ma szans, żeby się dogadali ze sobą”. To jest zajebiście wygodne podejście bo pozwala ono na ignorowanie dowolnych komunikatów nadawanych przez ten „inny gatunek”. W szczególności zaś komunikatów, które sugerowałyby, że ów „inny gatunek, z którym nie możemy się dogadać” nie jest zainteresowany nawiązaniem bliższej znajomości. Takie zachowanie nie jest, rzecz jasna, domeną konserwatystów, ale to właśnie oni starają się nas przekonywać do tego, że jakakolwiek próba odejścia od tych mechanizmów (czyli od olewania zdania kobiety) to „lewacka paranoja”. Rzecz jasna, w momencie, w którym kobieta mówi „tak”, nagle okazuje się, że jednak można się dogadać i jakoś nie ma problemów z interpretacją komunikatu.

„Spójrzmy na definicje molestowania. Mamy tam np. kwestię „obraźliwych uwag dotyczących ciała lub seksualności”. O tym, czy coś odbieramy jako obraźliwe, czy nie, decydujemy sami. Nie jest to żadne obiektywne kryterium,”

Warzesze zupełnie umyka fakt, że sprawa wygląda dokładnie tak samo w przypadku „zwykłych” obraźliwych uwag nie odnoszących się do ciała lub seksualności. Wyobraźmy sobie, że gram sobie ze znajomym w jakąś grę (niech będzie Mortal Kombat). Grając, próbujemy się nawzajem wyprowadzić z równowagi, przy pomocy trashtalku. W ramach tego trashtalku nazywam swojego znajomego głupim kutasem, znajomy, zamiast się obrazić, nazywa mnie głupim chujem. A teraz wyobraźmy sobie, że głupim kutasem nazywam jakiegoś przypadkowego człowieka na ulicy. Czy mam liczyć na to, że nie da mi w pysk, bo o tym, czy odebrał tego „głupiego kutasa” jako coś obraźliwego zdecydował sam, a to przecież nie jest żadne obiektywne kryterium? Tym, co pozwala odróżnić obrazę od „trashtalku” (na który obie strony wyrażają zgodę) jest kontekst wypowiedzi. 

„Dla jednej z kobiet stwierdzenie „niezła z ciebie laska” będzie komplementem, inna uzna, że ją to obraża.”

I znowuż, Warzecha udaje, albo też naprawdę nie wie, że w takiej sytuacji najistotniejszy jest kontekst wypowiedzi. Czym innym jest sytuacja, w której partner komplementuję partnerkę (gdy ta, na ten przykład przymierza jakąś kieckę), a czym innym sytuacja, w której jakiś śliniący się cieć komentuje wygląda zewnętrzny obcej kobiety, z którą znalazł się sam na sam w windzie.

„Jedna kobieta nie zwróci uwagi na to, że kolega położy jej dłoń na ramieniu, inna stwierdzi, że to „próba wymuszenia kontaktu fizycznego”.”

Jeden z mężczyzn nie zwróci uwagi na to, że 120-kilogramowy Seba usiądzie mu na kolanach w metrze, inny stwierdzi, że to „próba wymuszenia kontaktu fizycznego”.

„Stąd prosta droga do paranoi, w której ramach nawet przepuszczenie kobiety w drzwiach może zostać uznane za obsceniczne”

Gwoli ścisłości, cytowane powyżej zdanie znalazło się zaraz po fragmencie o „próbie wymuszenia kontaktu fizycznego”. Z tego, że kobieta może nie chcieć być dotykana przez kolegę (wiem, brzmi to źle, bo miało tak zabrzmieć), Warzecha wysnuł wniosek, że „przepuszczenie kobiety w drzwiach może zostać uznane za obsceniczne”. Być może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że jeżeli mężczyzna przepuszczający kobietę w drzwiach nie będzie się przy okazji onanizował, to raczej nie powinien się obawiać oskarżenia o molestowanie seksualne.

„Świat relacji damsko-męskich, szczególnie w ich początkowej fazie – co wie każdy dorosły – z zasady opiera się na niedopowiedzeniach, domysłach, a niepewność reakcji drugiej strony jest
jego immanentną częścią.”


Pozwolę sobie na parafrazę

„Świat relacji damsko-męskich, w dowolnej ich fazie - co powinien wiedzieć każdy dorosły – z zasady powinien opierać się na skutecznej komunikacji (oczekiwań, potrzeb/etc.), która to komunikacja powinna być immanentną częścią tegoż świata.” Skuteczna komunikacja to taka, która wyklucza „reinterpretowanie” komunikatu tylko i wyłącznie dlatego, że się odbiorcy komunikat nie spodobał. Tzn. wyklucza ona zamianę „nie” na „jeżeli będę truł dupę odpowiednio długo, to może kiedyś to „nie” zostanie zastąpione „być może”, a potem to „być może” zostanie zastąpione „tak””.

Tekst Warzechy był znacznie dłuższy, ale nie ma sensu cytować go w całości i odnosić się do tego, co tam napisano „akcja po akcji”, bo też nie chodziło mi o polemikę, tylko o podkreślenie tego, jak bardzo konserwatywna urawniłowka potrafi przeryć komuś głowę. Warzecha bełkocze o tym, że lewacy chcą niszczyć „normalne relacje międzyludzkie” i zupełnie umyka mu to, że opisane przez niego „normalne relacje” są wybitnie „jednostronne”. Tzn. z góry zakładają one, że stroną inicjującą początek relacji damsko-męskiej będzie mężczyzna. Cała ta przydługa tyrada Warzechy, który „martwi się” o to, że kolega nie będzie mógł zaprosić koleżanki na kawę bez „podpisania z nią umowy” pokazuje, że ów człowiek nie wyobraża sobie sytuacji, w której to koleżanka zaprosi na kawę kolegę. Zapewne sytuacja taka jawi mu się jako kolejny przejaw „lewackiego szaleństwa” i dlatego o niej nie wspomniał.

Źródła:

„Do Rzeczy” nr 46/248



czwartek, 16 listopada 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #20

Na początku roku 2016 premier Beata Szydło miała „mocne wystąpienie w Berlinie”, w trakcie którego powiedziała, że „powinniśmy budować silną, zjednoczoną Europę ojczyzn, szanującą suwerenność państw”. Pani premier podkreślała również, że UE nie powinna się zajmować „wewnętrznymi decyzjami polskiego parlamentu”. Pod koniec października 2017 mogliśmy się przekonać o tym, że Francuzi nie wzięli sobie tego wystąpienia do serca i nie chcą uszanować suwerenności naszego kraju. Nie można bowiem inaczej wytłumaczyć decyzji Francuskiej Rady Stanu, która nakazała usunięcie krzyża z pomnika Jana Pawła II w Ploermel w Bretanii. Beata Szydło (w trakcie kolejnego „mocnego wystąpienia”) oznajmiła, że „polski rząd podejmie starania, by pomnik naszego rodaka ocalić od ocenzurowania i zaproponujemy, aby przenieść go do Polski, o ile będzie zgoda francuskich władz i społeczności lokalnej”. Nie rozumiem jedynie tego, po co tam się znalazła wzmianka o „zgodzie francuskich władz”. To są nasze wewnętrzne sprawy (bo w końcu chodzi o Pomnik Papieża Polaka), więc Francuzom nic do tego!

Nie tak dawno temu na portalu wPolityce pojawił się artykuł, który udowadnia, że Polska jest krajem, w którym cosplayerzy cieszą się ogromnym szacunkiem. Najwyższym zaś uznaniem cieszą się cosplayerzy przebierający się za nauczycieli „obrony przed czarną magią”. Nie wierzycie? Oto dowód: „Księża egzorcyści apelują: Halloween nie jest niewinną, beztroską zabawą, ale grozi otwarciem się na działanie złych duchów”. W dalszej części artykułu możemy przeczytać o tym, że „w Polsce obecnie pracuje ok. 120 egzorcystów”, tak więc jest to nadzwyczajna kasta cosplayerów.

Jakiś czas temu portale obiegł news, z którego wynikało, że Marian Kowalski obalił teorię ewolucji za pomocą przypowieści o dwóch wątrobach. Po rozprawieniu się z tym tematem, apelował do Polaków: „Nie możemy dać się szantażować lewackiej ideologii, która twierdzi, że powstaliśmy od małpy”. Sporo osób zaczęło się zastanawiać nad tym, od kogo pochodzi Marian Kowalski. W kontekście obalenia teorii ewolucji, są to jałowe rozważania. Gdybym jednak miał zgadywać z jakiego gatunku wyewoluował, to tym gatunkiem byłby prahusarz. Ewolucja przebiegała w następujący sposób. Prahusarz (przez lewakich ideologów nazywany „stegozaurem”) wyewoluował w zwykłego husarza (to gatunek, który najczęściej występuje w awatarach i „zdjęciach w tle”), a ten następnie (razem z koniem) w Mariana Kowalskiego (i stąd te „dwie wątroby”). W tym miejscu muszę poczynić uwagę „na poważnie”. Tego rodzaju brednie, jak ta o „dwóch wątrobach”, to towar, który importujemy z Zachodu. Dawno temu zabłądziłem na YT i zobaczyłem fragment programu telewizyjnego (made in USA), w którym kilku jegomościów rozmawiało o ewolucji. Jeden z nich oznajmił, że gdyby ewolucja była prawdą i gdyby dinozaury ewoluowały w ptaki, to przecież na jakimś szczeblu tej ewolucji, taki dinozaur miałby jedną nogę i jedno skrzydło, więc bardzo szybko zeżarłyby go drapieżniki. W momencie, w którym widownia zaczęła bić brawo, miałem ochotę wyrzucić komputer przez okno (a potem wyskoczyć za nim z misją ratunkową). Jeżeli komuś uda się znaleźć tę abominację na YT, to niech wyświadczy mi tę uprzejmość i nie wrzuca tego w komentarzach.

Na początku listopada okazało się, że „Orlen przegrał przetarg, bo złożył zły podpis pod ofertą”. Indagowany przez media Orlen wystosował oświadczenie, z którego wynikało, że „oferta została dostarczona zgodnie z wymaganiami co do czasu i wymaganych informacji i - wbrew twierdzeniom niektórych mediów - z właściwym podpisem, ale w innym niż wymagany przez zamawiającego formacie pliku elektronicznego”. Trochę mnie to oświadczenie z gatunku „nic się nie stało, naprawdę nic się nie stało!” zdziwiło, bo spodziewałem się czegoś w rodzaju „był Halloween i postanowiliśmy się przebrać za Autosan”.

Przedłużono śledztwo w sprawie wypadku z udziałem premier Beaty Szydło, albowiem „prokuratura w dalszym ciągu oczekuje na opinię biegłych dotyczącą rekonstrukcji przebiegu wypadku”. To jest, moim zdaniem, dowód na problemy komunikacyjne wewnątrz Dobrej Zmiany. Minister Mariusz Błaszczak zaraz po wypadku twierdził, że „nie ulega żadnej wątpliwości, że kierowca seicento złamał prawo”. Znamy go przecież na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że on nigdy nie zmyśla i musiał mieć kupę dowodów, które by to potwierdziły. I teraz musimy sobie odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie. Czemu prokuratura czeka na opinię jakichś tam biegłych, skoro Mariusz Błaszczak ma wszystkie potrzebne informacje?

W zeszły poniedziałek rzecznik rządu oświadczył, że „podczas dzisiejszego spotkania z prezesem J. Kaczyńskim premier RP przedstawiła plan rekonstrukcji rządu (...)”. Jest to o tyle ciekawe, że jeszcze nie tak dawno temu, Beata Szydło twierdziła, że „nie widzi potrzeby rekonstrukcji rządu”. Wiele już napisano o Jarosławie Kaczyńskim, ale nikt jeszcze nie wspominał o tym, że jest on również doskonałym okulistą.

Dyrekcja Telewizyjnej Agencji Informacyjnej uznała, że Krzysztof Ziemiec powinien poprowadzić szkolenia z etyki dziennikarskiej. Nie wiem, kto im podsunął ten pomysł, ale najprawdopodobniej był to jeden z twórców „Ucha Prezesa”.

Samuel Pereira skasował swoje twitterowe konto i oświadczył, że zrobił to dlatego, że „miał dosyć zalewu hejtu, na który przyzwalają niektórzy politycy opozycji”. Muszę przyznać, że trudno by mi było wymyślić lepszą pointę.

Stanisław Piotrowicz (aka „Towarzysz Antykomunista”) dał upust swojej frustracji wywołanej konsultacjami (w sprawie u-PRL-owienia sądownictwa w Polsce) z prezydentem i oznajmił: „Rozmowy były bardzo sympatyczne, natomiast dzisiejsza wypowiedź jest dla mnie zupełnym zaskoczeniem. W szczególności jeżeli się zważy, że minister Mucha chciałby nas przynaglać do pracy. To jest gest z naszej strony, że rozmawiamy z panem prezydentem”. Wydaje mi się, że jeżeli sprawa potrwa jeszcze trochę, to obie strony zadedykują sobie fragment piosenki „Zbroja” Jacka Kaczmarskiego: „A tłum się cieszy z karła, co chce giganta grać!”

W poprzednim przeglądzie poruszyłem kwestię akcji #metoo. W tym miejscu chciałem dodać jakiś wstęp, ale wydaje mi się, że terapia szokowa będzie najskuteczniejsza, więc od razu rzucę cytatem. „Na łamach portalu Wysokieobcasy.pl (Agora) pisarz Janusz Rudnicki przeprosił dziennikarkę Annę Śmigulec za nazwanie jej „k*rwą” podczas przeprowadzania wywiadu. - To był żart. Taki rodzaj kodu między samymi swoimi, taka po prostu wolna amerykanka - tłumaczy Rudnicki.” Rzecz jasna, Rudnicki przeprosił ją dopiero po tym, jak Anna Śmigulec opowiedziała o wszystkim w rozmowie, którą opublikowano w „Wysokich Obcasach”. Aczkolwiek te opóźnione „przeprosiny” (cudzysłów użyty z rozmysłem) nie są w tym przypadku niczym dziwnym. Człowiek, który wychodzi z założenia, że kobiety można nazywać kurwami, raczej nie uznaje takiego zachowania za naganne i będzie za nie "przepraszał", dopiero w momencie, w którym okaże się, że "nie ma innego wyjścia", bo ktoś sprawę nagłośnił. Wydawać by się mogło, że w takiej dość nieskomplikowanej sytuacji nikt nie będzie na tyle głupi, żeby bronić tego człowieka. I jeżeli komuś się tak wydawało, to ma rację – wydawało mu się. Bo oto Kazimiera Szczuka napisała krótki tekst, który zaczął się od: „Dla mnie ta historia o strasznym pisarzu z WO jest głupia do łez. Oczywiście – teksty Janusza są patologiczne i milion razy mu to mówiłam. Ale robienie z siebie ofiary z powodu debilnego żartu w kawiarni to jakaś żałość rzeczywiście ośmieszająca ideę dzielenia się opowieściami o molestowaniu (…).” I to jest, kurwa, po prostu piękne. Koleś nazywa kobietę kurwą i nagle wchodzi Kazimiera Szczuka, cała na biało i zaczyna tłumaczyć, że, no w sumie, to chujowo, że tak zrobił, ale niechże się ta nazwana kurwą ogarnie, bo się przeca niepoważnie zachowuje. Obrońców Rudnickiego trochę było, ale ich „świadectwa” były utrzymane w podobnym tonie, czyli „taki tam trashtalk, więc na chuj drążyć”. W związku z powyższym – skopiuję fragment swojego tekstu z poprzedniego przeglądu: „Jak każda niezłośliwa osoba, doskonale zdaję sobie sprawę z 'instytucji' trashtalku, którą to instytucję rozumiem jako 'dwie lub więcej osób, które dobrowolnie biorą udział w akcji wzajemnego hejtowania się'. Słowem kluczem jest słowo 'dobrowolnie'. To trochę jak z treningiem bokserskim (pozwolę sobie na zapożyczenie od Johna Olivera). Jeżeli dwie osoby chcą brać udział w sparingu, wszystko jest w porządku. Jeżeli zaś zgodę na taki sparing wyraziła tylko jedna osoba, to nie mamy do czynienia z treningiem, tylko z przestępstwem”. 

Akcję #metoo postanowił skrytykować tygodnik „Do Rzeczy” i zaatakował nasze oczy okładką z łamiącym tytułem „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. W chwili, w której piszę niniejsze słowa, nie znam jeszcze treści artykułu, ale wiem, kto jest jego autorem. Chodzi o znanego obrońcę praw kobiet, Łukasza Warzechę, który kilka lat temu zapytany przez Katarynę o to, czy „uważa, że ubiór kobiety sprawia, że jest współwinna gwałtowi, bo sprowokowała?” rezolutnie odparł: „Są kulturowe kody, które opisują funkcję, nastawienie, oczekiwania. Przyzwoita kobieta nie ubiera się jak dziwka”. Mógłbym to jakoś skomentować, ale nie warto.

11 listopada ulicami Warszawy przeszedł Marsz Niepodległości. Po marszu po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że polska prawica problemy z rasistowskimi hasłami i neonazistowską symboliką widzi dopiero wtedy, gdy okaże się, że ktoś takie hasła uwiecznił i puścił w świat. Tym niemniej, Polska potrafiła wybrnąć z sytuacji i momentalnie stwierdziła (ustami i klawiaturami swoich tuzów), że może i się takie hasła pojawiły, ale tych ludzi było niewielu, a większość zachowywała się przyzwoicie. Moim zdaniem, to całkiem dobra linia obrony. Przecież uczestnicy Marszu Niepodległości to nie są muzułmanie, żebyśmy ich wszystkich oceniali przez pryzmat tego, co wyczynia grupka pojebów, nieprawdaż? 

Jak zawsze przy tego rodzaju eventach, w internetach odbyła się zwyczajowa „wojna o krzyż celtycki”. Chodzi mi, rzecz jasna, o sytuację, w której ktoś usiłuje tłumaczyć, że z tym krzyżem celtyckim to nie jest wcale taka prosta sprawa i nie można go uznać za symbol neonazistowski. Tym razem „obrońcą krzyża” był nie kto inny, jak dr hab. Cenckiewicz, który wrzucił na swojego Twittera zdjęcie wolnostojącego Wysokiego Krzyża Celtyckiego i dodał komentarz: „Na Wyspach Brytyjskich faszyści z ONR i MN stawiali swoje znaki już w V wieku...”. Po pierwsze, jeżeli ktoś nie widzi różnicy między Wysokim Krzyżem a symbolem, który został zakazany w Niemczech jako symbol neonazistowski (no, ale co ci durnie zza Odry mogą wiedzieć o nazizmie i neonazizmie, co nie?), to powinien się udać do okulisty (Cenckiewicz będzie mógł liczyć na zniżkę u Kaczyńskiego). Po drugie, polska prawica (z Cenckiewiczami na czele) niebawem dojdzie do wniosku, że ta ziomberiada obwieszona „celtykami”, to nie są żadni neonaziści, tylko celtyccy uchodźcy, którzy uciekli do Polski przed „islamizacją Wysp”.

Po Marszu Niepodległości rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej oznajmił, że jego organizacja odcina się od okrzyków, które niegdyś skandowano podczas przemówień Adolfa Hitlera (prawo Goodwina w tym przypadku nie działa). Po tym, jak się już „odciął”, uznał, że warto dodać coś od siebie i powiedział: „Nie jesteśmy rasistami, ale separatystami rasowymi”. Ta deklaracja wywołała ogromną gównoburzę i zapowiedziano, że rzecznik MW zostanie odwołany. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym coś o tym, że organizacje „narodowców” mają wyjątkowego pecha do rzeczników. A to jeden mówi o separatyzmie rasowym, a to inny wrzuca sobie na zdjęcie w tle Leona Degrelle... Ponieważ jednak nie jestem złośliwy, napiszę jedynie tyle, że w sumie to nie do końca wiadomo czemu rzecznik MW wyleciał. Tzn. czy za poprawność polityczną (która nie pozwoliła mu „powiedzieć jak jest” z tym rasizmem), czy też za szczerość.

Ponieważ sprawa z rasistowskimi hasłami i neonazistowską symboliką zaczęła śmierdzieć na tyle, że wyszła za granicę, nasze władze (wspierane usłużnymi mediaworkerami) usiłowały ratować sytuację. W jaki sposób? Używając starego, sprawdzonego, „argumentum ad prowokacjum”. Pierwszy był wiceminister Patryk Jaki, który oznajmił: „Nie wykluczam, że osoby, które pojawiły się z tymi haniebnymi transparentami, to byli ludzie, którzy mieli za zadanie prowokować i popsuć to całe fantastyczne wydarzenie”. Następny w kolejności był Jarosław Kaczyński, który udał się z gospodarską wizytą to Telewizji Narodowej i na antenie stwierdził, że „na Marszu Niepodległości doszło do incydentów niedopuszczalnych, ale to był margines marginesu; bardzo prawdopodobna jest prowokacja”. Wisienką na torcie był Rafał Ziemkiewicz, który na antenie TVP info podzielił się swoimi przemyśleniami (taki tam głupi żart): „Jak to się stało, że po 10 latach, kiedy ten problem prawie przestał istnieć, nagle znowu pojawili się naziskinheadzi? Skąd oni się wzięli?”. No jak to, skąd się wzięli, panie redaktorze? Zachodni imperialiści ich zrzucali (jak stonkę). 

Źródła:







http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/samuel-pereira-zniknal-z-twittera-mam-dosc-zalewu-hejtu-na-ktory-przyzwalaja-niektorzy-politycy-opozycji




http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/pisarz-janusz-rudnicki-przeprasza-dziennikarke-wysokich-obcasow-za-nazwanie-jej-k-rwa






http://niezalezna.pl/208542-prowokacja-na-marszu-niepodleglosci-doszlo-do-incydentow-niedopuszczalnych



sobota, 11 listopada 2017

Zjednoczona klęska

Skoro już wiecie o czym będzie notka i jaki, moim zdaniem, byłby efekt „zjednoczenia opozycji”, mogę spokojnie przejść do tego, czemu, moim zdaniem, ten projekt nie rokuje. Zacznijmy od sprawy najważniejszej, czyli od tego, dlaczego ten „projekt” (który, nawiasem mówiąc, istnieje tylko teoretycznie) jest lansowany z taką zawziętością. Pozwolę sobie zacytować framgnet artykułu z Rzeczypospolitej, który może rzucić nieco światła na całą sprawę:

„38,4 procent ankietowanych w sondażu IBRiS dla Radia Zet zagłosowałoby na Prawo i Sprawiedliwość. To wynik niemal dwa razy lepszy, niż drugiej w sondażu Platformy Obywatelskiej. Jednak w innym wariancie badania, w którym PO, Nowoczesna i PSL występują jako Zjednoczona Opozycja, partia rządząca przegrywa. (…) wspólny blok wyborczy opozycji otrzymał 36,8 proc. poparcia. To o dwa punkty procentowe więcej, niż przy osobnym starcie. W badaniu tym na mniej głosów może liczyć PiS, który uzyskał 35,1 proc”

Rzecz jasna, to nie był pierwszy sondaż, w którym uwzględniano wariant „PiS vs Zjednoczona Opozycja”, ale, po jego opublikowaniu, w temacie „zjednoczenia” nastąpiło kolejne wzmożenie. Co znamienne, owo wzmożenie nie przełożyło się na dyskusję o tym, co tak właściwie wynika z tego sondażu. Nie trzeba się specjalnie długo wpatrywać w wyniki, żeby zauważyć, że to nie jest tak, że ZO wygrywa z PiS-em, ale że PiS przegrywa z ZO. W wariancie PiS vs „rozdrobniona opozycja” głosowanie na PiS zadeklarowało 38,4% ankietowanych. W wariancie PiS vs ZO – chęć głosowania na PiS zadeklarowało 35,1% ankietowanych. Gdyby PiS miał takie samo poparcie w obu wariantach, to 36,8% poparcie dla Zjednoczonej Opozycji, dałoby jej zaszczytne drugie miejsce i moralne zwycięstwo. 

Jeżeli ktoś w tym momencie ma skojarzenia z „wciąż mamy matematyczne szanse na awans, wystarczy, że Ghana wygra z Wyspami Owczymi 3:1, Kostaryka zremisuje z San Marino 2:2, a reszta drużyn zginie w trakcie Zombie Apokalipsy”, to są to skojarzenia słuszne. Tak się bowiem składa, że całe to wzmożenie ideą Zjednoczonej Opozycji opiera się na tym, że, dwa lata przed wyborami parlamentarnymi, PiS wypada w sondażach nieco gorzej od mocno „teoretycznego” bytu politycznego. Gwoli ścisłości, nawet gdyby ZO miała dziś w tych sondażach 15% przewagi nad PiS-em, to również by o niczym nie przesądzało. Ktoś jeszcze pamięta, jakie poparcie sondażowe miał Bronisław Komorowski na początku 2015r.? Jeżeli kogoś to nie przekonuje, to przywołam jeszcze bardziej spektakularny przypadek. Kiedy Bronisław Komorowski ogłosił, że zorganizuje referendum JOW-owe, TNS zrealizował sondaż dla Wiadomości TVP, z którego to sondażu wynikało, że:

„45 proc. ankietowanych deklaruje, że "zdecydowanie weźmie udział w referendum"; 31 proc. z nich ocenia, że "raczej" w nim zagłosuje. 19 proc. badanych nie pójdzie tego dnia do lokali wyborczych” 

Ostatecznie  w referendum wzięło udział 7,80% uprawnionych do głosowania. Biorąc pod rozwagę fakt, że sondaż i referendum dzieliło niecałe 3 miesiące – różnica jest dość spektakularna. Zmierzam do tego, że ludziom zdarza się zmieniać zdanie. Owszem, istnieje matematyczna szansa na to, że zmiana nastąpiłaby „in plus” – tzn., że ZO miałaby w wyborach więcej głosów, niżby to wynikało z cytowanego sondażu, ale, no cóż, jest to szansa matematyczna i nic więcej.

Wróćmy do samego sondażu, a konkretnie zaś do różnic sondażowych, które powinny skłonić lansujących pomysł ZO do refleksji. Konkretnie zaś chodzi o odpowiedź na dwa pytania: Po pierwsze, czemu ZO (36,8%), ma większe poparcie niż PO+N+PSL (34,8%), skoro ów twór składa się z tych partii? Po drugie, czemu poparcie PiS-u zmieniało się w zależności od tego, czy PiS staje naprzeciw ZO, czy też naprzeciw „niezblokowanych” partii?

Zacznijmy od różnicy między poparciem ZO i PO+N+PSL. Co prawda respondenci wiedzieli, z czego składa się Zjednoczona Opozycja, ale wydaje mi się, że mimo tego, kiedy pytano ich o poparcie dla ZO, to widzieli oni (oczyma wyobraźni) jakiś bliżej niesprecyzowany twór polityczny, a nie połączenie Schetyny, Petru i Kośniak-Kamysza (mam nadzieję, że to ostatnie nazwisko odmienia się właśnie w ten sposób). Dzięki czemu ów „istniejący tylko teoretycznie” byt polityczny dostał od suwerena spore poparcie „na krechę”. No dobrze, ale czemu PiS traci kilka punków procentowych poparcia w starciu z ZO? W teorii, poparcie PiS-u powinno być praktycznie niezmienne, niezależnie od tego, czy ściera się on z opozycją zjednoczoną, czy też rozdrobnioną. Zamiast tego mamy sytuację, w której ZO zyskuje 2 punkty procentowe, a PiS traci ich 3,3. Nie chodzi tu więc o tzw. „przepływ elektoratu”, tylko o to, że cześć respondentów decyzję o głosowaniu na PiS podejmuje w oparciu o to, z kim PiS miałby się zetrzeć. Ujmując rzecz innymi słowy, PiS jest silny słabością opozycji. Wysokie słupki tej partii nie biorą się stąd, że „suweren kocha Prawo i Sprawiedliwość”, ale stąd, że nasza opozycja jest przez suwerena postrzegana w dość specyficzny sposób. Mniej więcej w taki, w jaki fani Star Treka postrzegali tzw. „redshirts”, czyli postacie, które pojawiały się w serialu głównie po to, żeby zginąć (w teorii, mógłbym nawiązać do „Gry i Tron”, ale jeżeli chodzi o zabijanie postaci, to panuje tam większy egalitaryzm, zwany również „Valar Morghulis”, więc Star Trek bardziej pasował). Jeżeli ktoś woli książkową analogię to pozwolę sobie zacytować fragment książki pt. „Straż! Straż” autorstwa Terry'ego Pratchetta:

„Mogą być nazywani Gwardią Pałacową, Strażą Miejską albo Patrolem. Niezależnie od nazwy racja ich istnienia - w każdym dziele fantasy heroicznej - jest taka sama. To znaczy, mniej więcej w rozdziale trzecim (albo dziesiątej minucie filmu) mają wbiec do komnaty, po kolei i pojedynczo atakować bohatera i ginąć. Nikt ich nigdy nie pyta, czy mają na to ochotę. Książka poświęcona jest tym wspaniałym ludziom.” 

Ujmując rolę opozycji nieco mniej literacko – rola opozycji (w dzisiejszych „warunkach politycznych”) sprowadza się do dostawania wpierdolu, zaś suweren może podziwiać szerokie spektrum sposobów, na które ów wpierdol zostanie opozycji zaaplikowany. Cytat z Pratchetta pasuje tu również dlatego, że ludzie lansujący ideę Zjednoczonej Opozycji uważają, że gdyby większa liczba „strażników” zaatakowała oponenta jednocześnie, to wynik starcia byłby inny. Tyle, że to z kolei pokazuje, że lansujący ZO chyba nie do końca zdają sobie sprawę z tego, w jaki sposób PiS zwalcza opozycję. Sposób ten, nawiasem mówiąc, nie jest nowy i stosują go praktycznie wszystkie partie, tyle że najlepiej wychodzi to PiS-owi. Chodzi mi o wykorzystywanie tzw. „negatywnego elektoratu”. Jeżeli ktoś nie wie co to takiego, wytłumaczę na przykładzie – negatywny elektorat PO (pojedynczy polityk również może mieć negatywny elektorat) to elektorat, który zagłosuje na inną partię tylko i wyłącznie dlatego, że nie chce, żeby PO rządziło. Warto w tym miejscu nadmienić, że każda partia posiada negatywny elektorat. Również ten drobny szczegół umyka lansującym Zjednoczoną Opozycję. Ludzie ci traktują ZO jak sumę elektoratów partii, które miałyby wejść w jej skład. Żaden z lansujących nie zastanowił się nad tym, że ZO oznacza również zsumowanie elektoratów negatywnych. A to jest mokry sen spindoktorów PiS-u. „Rozdrobniona opozycja” jest o tyle problematycznym przeciwnikiem (przy całej swej redshirtowatości), że (na ten przykład) trudno Zandbergowi zarzucić, że reprezentuje ludzi „oderwanych od koryta”. Analogicznie, ciężko poszczuć na PO konserwatywny elektorat tej partii, próbując mu wmówić, że partia ta domaga się liberalizacji prawa aborcyjnego (gdyby tak było, to zostałoby ono zliberalizowane już dawno temu). Innymi słowy, ciężko się przypieprzać do jednej partii za to, co robi (bądź robiła) inna partia. Zupełnie inaczej wyglądałoby to w momencie, w którym partie zdecydowałyby się na „zjednoczenie”, bo w Zjednoczoną Opozycję można by było napieprzać z każdej strony. Przykładowo, do dowolnej partii, która wejdzie w skład ZO, można by było się przypieprzyć za to, że, przykładowo, „walczy o powrót PO do koryta”. Nie wspominając już o tym, że gdyby naprzeciw PiS stanął naprawdę szeroki wspólny front (czyli do triady PO+N+PSL dołącza SLD, Razem i Inicjatywa Polska), to PiS najprawdopodobniej przywaliłby w taki twór narracją:  „Patrzcie, oni nareszcie przestają udawać, że między nimi są jakiekolwiek różnice, chodzi im tylko o koryto”. Nietrudno byłoby zdominować kampanię wyborczą przy pomocy takiej narracji, gdyby w skład ZO weszły partie różniące się w kwestiach programowych i światopoglądowych. 

Innym problemem, na który lansujący ideę ZO nie zwracają uwagi jest to, że ich plan pokonania Prawa i Sprawiedliwości opiera się na mylnym założeniu. Zakładają oni bowiem, że, w uproszczeniu, po powstaniu Zjednoczonej Opozycji, PiS popadnie w „polityczny letarg”, tzn. powstrzyma się od wszelkich działań, które mogłyby zaszkodzić ZO i grzecznie przepierdoli kolejne wybory parlamentarne. Bo przecież, jeżeli ostatnie dwa lata czegoś nas nauczyły, to właśnie tego, że PiS sobie w ogóle nie radzi ze zwalczaniem opozycji, nieprawdaż? Bo przecież wiadomo, że dzisiejsza słabość opozycji nie ma absolutnie nic wspólnego z działaniami PiSu, nieprawdaż? Po prostu opozycja uznała, że chce chujowo wypadać w sondażach i realizuje ten plan z morderczą skutecznością. Owszem, ZO wypada w sondażu lepiej niż PiS (zaś PiS w starciu z ZO traci trochę punktów procentowych), ale jest to efekt bierności PiS-u. Po prostu partii Jarosława Kaczyńskiego nie chce się marnować czasu i energii na zwalczanie teoretycznej koalicji. Ta bierność jest całkowicie zrozumiała, bo po co pastwić się nad „teoretyczną koalicją”, skoro można w tym czasie glanować istniejące partie? Tym niemniej, w momencie, w którym ZO przestałaby być „tworem teoretycznym”, PiS momentalnie zacząłby tę koalicję zwalczać. Wziąwszy pod rozwagę fakt, że ZO składałaby się z partii i polityków, w zwalczaniu których PiS sobie doskonale radzi, efekt glanowania politycznego Zjednoczonej Opozycji były raczej łatwy do przewidzenia. Owszem, istnieje szansa na to, że opozycyjne partie się w pewnym momencie ogarną i przestaną być workiem treningowym dla PiS-u (tak samo, jak PiS w pewnym momencie przestał być workiem treningowym dla PO), ale nie wydaje mi się, żeby niezbędne do tego „ogarnięcia się” było utworzenie koalicji wyborczej. 



Źródła


http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,130517,18121376,Ponad_polowa_Polakow_chce_JOW__Bedzie_wysoka_frekwencja.html




Terry Pratchett „Straż! Straż!”

czwartek, 2 listopada 2017

Patryki Jaki, czyli „bieda urojona”

Kilka dni temu jakiś stażysta z Gazety.pl uznał, że ma świetny pomysł na ośmieszenie Patryka Jakiego i wrzucił zdjęcie wyżej wymienionego w stroju a la „Rycerz Ortalionu”, dodając do zdjęcia podpis „Dziś wiceminister i wróg Gronkiewicz-Waltz. A w młodości stał pod blokiem”. Co zrozumiałe, ta kretyńska wrzutka została momentalnie obśmiana i gdyby na tym obśmianiu się skończyło, to nie zawracałbym sobie i Wam dupy cała sprawą. Jednakowoż tak się jakoś złożyło, że dojnozmianowi królowie bajeru użyli tej wrzutki do zmitologizowania Patryka Jakiego i do budowania wygodnej dla siebie narracji. Pozwolę sobie zacytować fragment wpisu, który Patryk Jaki (albo jakiś zasiadacz z jego konta) umieścił na jego fanpejdżu:

„Musze Wam wyznać - tak, to prawda. Stałem pod blokiem, nawet w nim mieszkałem-tak jak miliony Polaków. Nie każdy miał wille w PL lub Szwecji. Nie każdy miał w życiu z górki jak resortowe dzieci. Trzeba było pracować dwa razy ciężej, żeby coś w życiu osiągnąć. I boli ich to, że taki ktoś "ze zwykłego osiedla" przecina układy, zabiera im państwo, które sobie sprywatyzowali. Zrobili sobie z Polski prywatne eldorado i teraz kiedy im to odbieramy-to gryzą.”  (…) Nie rozumiem argumentu, że ktoś jest "zły", bo pochodzi z biedniejszej rodziny. Właśnie taki sposób myślenia pokazuje pogardę "elyty" w stosunku do zwykłych Polaków, którzy odebrali GW władzę w demokratycznych wyborach.”

Nieco później wrzucił na TT swoje zdjęcie z dzieciństwa opatrzone podpisem „To ja, kiedy po raz pierwszy #stałemPodBlokiem Już wtedy GW zdecydowała, że podobny motłoch nie będzie decydować o Polsce”.

Gdybyśmy chcieli jakoś skompresować tę narrację (i późniejsze zabiegi rządowych mediaworkerów i internetowych dronów dobrej zmiany, mające na celu zmitologizowanie Jakiego), wyszło by nam coś w rodzaju „zwykły człowiek, pochodzący z biedniejszej rodziny, walczy z układem, który trawił Polskę od dawna i ten układ się mści, próbując nam tłumaczyć, że biedny nie ma wstępu do polityki”. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Przywykłem do tego, że politycy (wspierani szkoleniami za dziesiątki tysięcy złotych i mózgami spindoktorów, których zadaniem jest mieszanie nam w łbach) robią nas w wała. Przywykłem do tego, że potrafią oni „zakręcić” każdą historię tak, żeby suweren (czyli my) zrozumiał ją tak, jak oni chcą, żebyśmy ją zrozumieli. I nie chodzi mi w tym momencie o polityków PiS-u (czy innej Zjednoczonej Zarazy), ale o polityków w ogóle. Tym niemniej, nawet wziąwszy powyższe pod rozwagę, w pale mi się, kurwa, nie mieści to, jak kurewsko bezczelną ściemę usiłuje się nam wcisnąć. Tak się bowiem składa, że z tej narracji prawdą jest tylko to, że Jaki nie miał willi (ani w Szwecji, ani w PL) - cała reszta to zwykła ściema.  To napisawszy, zapraszam Was na spotkanie ze „zwykłym człowiekiem z osiedla, pochodzącym z biedniejszej rodziny, który musiał pracować ciężej niż inni, tylko po to, żeby móc teraz walczyć z układem (o tym, że „układ” traktuje go jak „motłoch” wspominać nie trzeba).

W tekście chciałem się skupić jedynie na „zwykłym człowieku z biedniejszej rodziny”, ale w trakcie grzebania w internetach trafiłem na artykuł o ojcu Patryka Jakiego – Ireneuszu Jakim. Artykuł pojawił się na portalu „Nowa Trybuna Opolska”, który to portal, jak sama nazwa wskazuje, jest portalem regionalnym. Artykuł, o wiele mówiącym tytule, „Szara eminencja zwolniona za syna?” pojawił się na portalu w marcu 2007 roku. Poniżej zamieszczam dłuższy fragment artykułu (wszystkie linki znajdziecie w źródłach):

„Ireneusz Jaki, doradca prezydenta Ryszarda Zembaczyńskiego, nieoczekiwanie dostał wypowiedzenie. Informacja obiegła urząd miasta w końcu ubiegłego tygodnia. Niektórzy urzędnicy wysyłali sobie nawet sms-y w tej sprawie. - Proszę się nie dziwić, to nie była lubiana postać - mówi nam jeden z urzędników. - Poza tym dla wielu z nas taka informacja była szokiem.

Bo Jaki - jeszcze do niedawna - należał do najbardziej zaufanych osób prezydenta. Gdy jesienią 2002 roku - tuż po wygranych wyborach - prezydent obejmował ratusz, jako pierwszego zatrudnił właśnie Jakiego. Obaj panowie znają się od wielu lat. Jaki był m.in. szefem gabinetu wojewody, gdy Zembaczyński kierował urzędem wojewódzkim.

Rolą Jakiego w ratuszu była pomoc w organizacji pracy prezydenta. Był także dodatkową parą oczu i uszu najważniejszej osoby w urzędzie. Zembaczyński darzył swojego asystenta wielkim zaufaniem i potrafił docenić. W 2002 r. - ledwie po sześciu tygodniach pracy - Jaki dostał od niego 2 tys. zł nagrody. W połowie ubiegłego roku przyznano mu 4 tys. zł dodatkowej gratyfikacji, a na początku 2007 r. jego stanowisko podwyższono do rangi doradcy. - W urzędzie odebrano to jako awans osoby, która i tak zachowywała się, jakby była czwartym wiceprezydentem miasta - opowiada jeden z urzędników.”


Nie wiadomo jak długo Ireneusz Jaki był szefem gabinetu wojewody i ile tam zarabiał, ale można spokojnie założyć, że raczej nie pracował za grosze. Gdyby bowiem tak było, to raczej nie zdecydowałby się na pracę dla Zembaczyńskiego (który był członkiem Platformy Obywatelskiej), kiedy ów został prezydentem Opola. Niestety, na stronie Biuletynu Informacji Publicznej miasta Opole nie ma żadnych oświadczeń majątkowych Ireneusza Jakiego z czasów, kiedy był zatrudniony „pod” Zembaczyńskim. W międzyczasie (w okolicach 2001 roku) Ireneusz Jaki pracował w wodociągach w Opolu. Mówił o tym sam Patryk Jaki, w rozmowie, w której Robert Mazurek grillował go za to, że Ireneusz Jaki dostał fuchę w wodociągach po tym, jak popierany przez Jakiego Arkadiusz Wiśniewski został prezydentem Opola. Jaki powiedział, że „mój tato pracował w tej firmie wtedy, kiedy ja miałem 16 lat i jeszcze nie zajmowałem się polityką”. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wszelkiej maści spółki miejskie od dawien dawna są paśnikami dla ludzi, którzy mają koneksje. Bardzo rzadko zdarza się, żeby trafił tam ktoś „przypadkowy”. Na moment powróćmy do artykułu z NTO. „Szara eminencja”, „od dawna zachowywał się jakby był czwartym wiceprezydentem” - taki a nie inny dobór słów dość jednoznacznie sugeruje, że Ireneusz Jaki (rzecz jasna przed „wylotem”) musiał mieć spore wpływy w Opolu.

No dobrze, ktoś może powiedzieć, ale z tego przecież wcale nie musi wynikać, że Patryk Jaki nie miał „pod górkę”, nieprawdaż? Musieć nie musi, ale jak się zaraz przekonacie, owszem, wynika. Insza inszość to fakt, że ciężko mi uwierzyć w to, że Jakiemu się „biednie żyło”. Tzn. ok – nie twierdzę, że to była rodzina milionerów, ale nie uwierzę w to, że ojciec Patryka Jakiego trzymałby się przez tak długi czas jakiejś gównianej posady, w której zarabiałby na tyle mało, żeby nie być w stanie utrzymać rodziny.  Poza tym, zachowanie Patryka Jakiego nie wskazuje na to, żeby brak płynności finansowej w rodzinie był dla niego jakimkolwiek problemem.

Na stronie Patryka Jakiego możemy przeczytać, że „Pracował jako dziennikarz w opolskiej gazecie. Następnie zajmował się marketingiem i promocją jako specjalista w Międzynarodowej Wyższej Szkole Logistyki i Transportu we Wrocławiu. Następnie kierował oddziałem SKOK na region opolski, potem pracował w administracji, prowadził biuro poselskie”

Na pierwszy rzut oka wygląda do imponująco. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, że Patryk Jaki zdawał maturę w 2004 roku, zaś kolejna pozycja jego CV (o której rozpiszę się nieco dalej) datowana jest na 2006 rok. Można by z tego wywnioskować, że nasz „zwykły człowiek” był niesamowitym pracusiem, nieprawdaż? Tylko że z tym CV są pewne problemy.  W 2006 roku Patryk Jaki został radnym (o tym też za moment szerzej napiszę) i jako radny musiał złożyć oświadczenie majątkowe za rok 2006. W oświadczeniu tym są dwie pozycje.

„Powiatowy Urząd Pracy – staż – 1616.6 zł w 2006 roku”

oraz

„Umowa zlecenie w Biurze Senatorskim Senatora Ryszarda Ciecierskiego – 1428 zł w 2006 roku”

W tym miejscu pragnę zauważyć, że imię i nazwisko senatora zostało tak bardzo „nabazgrane”, że musiałem tego szukać przez stronę PKW (sprawdziłem kto w tamtym czasie był senatorem w odpowiednim okręgu). Czemu Jaki nie chwali się tą konkretną fuchą? Bo senator Ciecierski był z PO. Z tego by wynikało, że wszystkie te fuchy Jaki musiał „odbębnić” w latach 2004-2005. Doprawdy, imponujące. Dochód, osiągnięty przez Patryka Jakiego w 2006 wskazuje na to, że praca była dla niego raczej „dodatkowym zajęciem”, niż źródłem utrzymania. Gdyby bowiem Jaki faktycznie miał problemy ze związaniem końca z końcem, to zapieprzałby gdziekolwiek, byle tylko zarobić trochę grosza (tak jak to robią zwykli ludzie, z którymi, zdaniem Jakiego, tak wiele go łączy). Dowodów na „zapieprzanie” nie ma, są za to dwie fuchy, które przyniosły mu raczej mizerny dochód.

Rok 2006 jest o tyle interesujący, że to właśnie wtedy Patryk Jaki wystartował w wyborach samorządowych (z list PO). Wybory samorządowe (konkretnie zaś „startowanie na radnego”) nie są tak obciążające finansowo, jak wybory do parlamentu, ale bez kasy raczej nie ma sensu się w to bawić. Trzeba mieć jakieś ulotki, trzeba mieć jakieś plakaty (billboard byłby dla 21-latka lekkim overkillem, ale nie wiadomo, czy ich nie miał). Ciężko stwierdzić, ile Jaki wydał na tę kampanię, ale na pewno nie zorganizował jej sobie za darmo. Insza inszość to fakt, że na listach wyborczych „dużych partii” nie można się znaleźć przez przypadek. Upraszczając: albo bierze się tam ludzi, których chce się „wsadzić” do rady miasta, albo tych, którzy mają ściągnąć trochę głosów po to, żeby inni się dostali (w tym celu na listy wpuszcza się rozpoznawalnych ludzi, ale nie wspiera się ich logistycznie, żeby przypadkiem się nie dostali). 21-letni Patryk Jaki raczej nie zaliczał się do tej drugiej kategorii i dostał miejsce na liście w tym samym okręgu, z którego startował szef Ireneusza Jakiego, Ryszard Zembaczyński (prezydenci startują w wyborach do RM, żeby „pompować” głosy na swoje listy do rady miasta), tak więc dostał miejsce tam, gdzie miał sporą szansę na mandat radnego. Patryk Jaki z szansy tej skorzystał i w 2006 został radnym (oddano na niego 342 głosy).

„Zwykły człowiek” niezbyt długo był radnym PO, bo bardzo szybko się „zbuntował”. Na Wikipedii możemy przeczytać, że „wkrótce po wyborach opuścił to ugrupowanie i ponownie (bo wcześniej był w Forum Młodych PiS) związał się z Prawem i Sprawiedliwością. W artykule na temat „szarej eminencji” możemy przeczytać, że „Sam Jaki argumentował odejście tym, że w Platformie nie ma już miejsca dla konserwatystów, a PO skręca na lewo.”. Biorąc pod rozwagę fakt, że Patryk Jaki jest betonem światopoglądowym, brzmi to całkowicie przekonująco, nieprawdaż? Tyle, że to ściema. W 2006 roku wojna totalna między PO i PiS-em, będąca efektem nieudanego eksperymentu o nazwie „POPiS”, trwała w najlepsze. Partie te starały się wyrywać sobie nawzajem polityków i to na wszystkich szczeblach. Moim zdaniem, Patryk Jaki zdecydował się na przejście do PiS-u z przyczyn stricte finansowych. W 2005 roku PiS wygrał wybory i ta partia miała po prostu więcej do zaoferowania. Patryk Jaki napisał na swojej stronie, że „w 2006 roku został członkiem gabinetu politycznego Wojewody Opolskiego.” (gwoli ścisłości, to musiała być sama końcówka 2006, bo wynagrodzenie z tego tytułu Jaki pobierał dopiero w roku 2007). Z wojewodami to jest tak, że wymienia ich ten, kto wygrywa wybory parlamentarne. W 2005 wygrał je PiS, więc Wojewodą Opolskim został należący do tej partii Bogdan Tomaszek. Czym zajmował się tam Patryk Jaki? Tego nie wiemy, bo główny zainteresowany nie wdaje się w szczegóły. Bez trudu można za to ustalić ile Jaki tam zarabiał. Jeżeli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czym kierował się Jaki zmieniając barwy partyjne, to lektura jego oświadczenia majątkowego na rok 2007  powinna je rozwiać.

Urząd Wojewódzki – ok 2.800 zł (m-c)

Biuro Poselskie  - ok 2000 [czyli jakieś 166 zł/mies – przypis mój własny]

Dieta radnego – ok 1700 zł (m-c)

Biuro Senatorskie – ok 700 (m-c) – do listopada 2007 [najwidoczniej senator nie uzyskał reelekcji – przypis mój własny]

Stypendium naukowe Uniwersytetu Wrocławskiego 270 zł (m-c)

Widać wyraźnie, że kariera polityczna Jakiego przełożyła się na poprawę jego osobistej sytuacji finansowej. Najpierw podjął decyzję o starcie do rady miasta (z listy PO) – co dało mu 1700 zł/mies, a potem zmienił barwy partyjne, na czym zyskał kolejne 3440 zł/mies. W taki oto sposób „zwykły człowiek”, mając 22 lata, zarabiał 5140 zł miesięcznie (+ stypendium). Zwykły człowiek poczuł się na tyle pewnie, że w tym samym roku zakupił mieszkanie warte 185 tysięcy złotych. Nie wiem, jak wysoki miał „wkład własny”, ale w oświadczeniu majątkowym stoi, że ma do spłacenia 140.000 złotych kredytu hipotecznego. Patryk Jaki wpisał również w oświadczeniu majątkowym Deawoo Nubirę wartą 12 tysięcy złotych (którą kupił za gotówkę, bo w oświadczeniu nie ma wzmianki o kredycie). Muszę przyznać, że jak na człowieka „z biedniejszej rodziny”, który „musiał pracować 2 razy więcej niż inni”, nasz „zwykły człowiek” radził sobie nadspodziewanie dobrze.

W kolejnym roku sytuacja finansowa Jakiego uległa pogorszeniu, bo Urzędy Wojewódzkie wzięła Platforma (po wygranej w wyborach 2007) i, ujmując rzecz kolokwialnie, Patryka Jakiego z PiS zastąpił Patryk Jaki z PO.

W oświadczeniu majątkowym za rok 2008 są już tylko dwie pozycje.

Biuro Poselskie – ok 15 tys. zł

Radny Miasta Opole – ok 21 tys. zł 

(Nadal miał do spłacenia 140 tys* zł kredytu hipotecznego, a mieszkanie straciło na wartości i w oświadczeniu wpisał, że było warte 160 tys. zł (w poprzednim roku było to 185 tys. zł). Tym niemniej, dochody rzędu 36 tys rocznie, to dobry wynik, jak na 23-letniego studenta.

Według oświadczenia majątkowego za rok 2009. Patryk Jaki zarabiał 1300 zł/mies w biurze poselskim i 1800 zł/mies jako radny (w ciągu roku dało to 37.200). Nadal miał on do spłacenia 140 tys* kredytu hipotecznego + kredyt konsumencki ok 9 tys. Wpisał on również 3 tysiące złotych w rubryce „środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej”.

W 2010r. Jakiemu doszedł dodatkowy dochód (dostał fuchę w biurze poselskim prof. Legutki).

Jako radny zarobił 19200 zł (do listopada 2010). W Biurze Poselskim kolejne 15 tysięcy, a w biurze eurodeputowanego około 12 tysięcy. W sumie dało mu to roczny dochód rzędu 46.200 zł. Jeżeli chodzi o kredyty, to miał on do spłacenia 140 tys*. złotych kredytu hipotecznego i 11 tysięcy złotych kredytu konsumenckiego.

*W tym miejscu krótka dygresja. Przepatrywałem sobie (dla porównania) inne oświadczenia majątkowe i ludzie przeważnie wpisywali w nich pierwotną kwotę kredytu oraz to ile mają jeszcze do spłacenia. Patryk Jaki co roku wpisywał pierwotną kwotę. Druga możliwość jest taka, że Patryk Jaki miał fantazje i spłacał kredyt tak, żeby co roku zostawało mu jeszcze 140 tysięcy zł długi (nie, nie przeproszę za ten suchar).

W 2010 roku Patryk Jaki po raz drugi wystartował w wyborach samorządowych i po raz drugi został radnym. Mimo tego, że startował z innego okręgu, oddano na niego 842 głosy. Dało mu to najlepszy wynik spośród kandydatów z listy PiS i został przewodniczącym klubu radnych tej partii.

W 2011 roku Patryk Jaki wystartował w wyborach do Sejmu. Startował, rzecz jasna, z listy Prawa i Sprawiedliwości. Miał 8 miejsce na liście, ale uzyskał 3 wynik i został posłem (PiS uzyskał 3 mandaty w okręgu 21). Jaki musiał sporo zainwestować w kampanię w całym okręgu (25 tys kredytu konsumenckiego, który zaciągnął w 2011 roku, raczej by mu na to nie wystarczył), bo głosy z samego Opola nie dałyby mu mandatu poselskiego (w Opolu zagłosowało na niego 2070 osób). Pochylanie się nad kolejnymi oświadczeniami majątkowymi Patryka Jakiego nie ma sensu (acz, jeżeli ktoś chce tam poszperać, to link do odpowiedniej strony znajduje się w źródłach). Dość powiedzieć, że jako poseł zarobił w 2012 roku (to był pierwszy, pełny rok jego „posłowania”) 147 tysięcy złotych. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, ze w 2012 roku Patryk Jaki miał 27 lat.

I tak sobie teraz myślę. Kiedy ten „zwykły człowiek”, który „musiał pracować dwa razy więcej od innych”, bo „nie miał z górki jak resortowe dzieci” cierpiał tę, kurwa, biedę o której wspominał?  Może wtedy, gdy mógł sobie pozwolić na jakieś, za przeproszeniem, gównostaże i umowy zlecenia, zamiast zapieprzać jak „zwykli ludzie”, którzy mają problemy z dociągnięciem do 1-go? A może wtedy gdy prowadził kampanię wyborczą do rady miasta? Kiedyż to syn opolskiego notabla miał „pod górkę” tak bardzo, że aż musiał się wyżalić we wpisie na FB? Wtedy gdy dostał miejsce na liście od szefa swojego ojca i to w okręgu, w którym prawie pewne było, że jeżeli się trochę postara, to dostanie mandat radnego? A może cierpiał biedę wtedy, gdy zmienił barwy partyjne (na czym zyskał prawie 3.5 tysiąca złotych miesięcznie)? A może „miał pod górkę” kiedy w wieku 22 lat kupił sobie mieszkanie (dysponując wkładem własnym)? Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja mam w dupie to, ile ten człowiek zarabia, ale niech łaskawie, do kurwy nędzy, nie udaje, że „wyszedł z biedy dzięki swojej ciężkiej pracy” i że „miał pod górkę”, bo ogromna większość Polaków chciałaby mieć tak samo pod górkę jak on. Wisienką na torcie jest fakt, że w czasie, w którym Patryk Jaki był radnym, nie miał (poza stypendium), ani jednego „pozapolitycznego” źródła dochodu. Nie miał, bo nie musiał mieć, dzięki ziomkom z partii, którzy obdarowywali go fuchami (Urząd Wojewódzki/biuro senatorskie/biuro poselskie/biuro europosła). I tak człowiek, ma, kurwa, czelność stawiać znak równości między sobą, a ludźmi, którzy mieli naprawdę przesrane i zamiast bawić się w politykę, musieli zapieprzać nierzadko naście godzin dziennie.

Niestety, Patryk Jaki nie poprzestał na opowiadaniu bredni o „mieniu pod górkę” i musiał jeszcze dodać, że on teraz „przecina układy”/etc. Jest w tym nieco prawdy, ale tym, czego Patryk nie napisał jest to, że stare układy zastępuje swoimi. O tym, że Ireneusz Jaki dostał fuchę w Wodociągach po tym, jak kolega Jakiego wygrał wybory prezydenckie w Opolu – już wspominałem. Tym niemniej stołek dla ojca blednie w kontekście kariery, jaką w Opolu robi były asystent Patryka Jakiego, Marcin Rol.

Marcin Rol dostał się do rady miasta Opola w 2014 roku. Jako radny musiał złożyć oświadczenie majątkowe. W oświadczeniu tym możemy przeczytać, że Marcin Rol miał 1000 złotych, jako „środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej”

Prócz tego

Umowy-zlecenia (Klub Parlamentarny Solidarna Polska) 7199.60 zł netto.
Umowy o dzieło (Klub Poselski Sprawiedliwa Polska) 12.432 zł netto.
Umowy o dzieło (Biuro Poselskie Posła na Sejm RP Patryka Jakiego) 18.600 zł netto.

Po zsumowaniu daje nam to 38.231 złotych i 60 groszy (miesięcznie pan Marcin Rol zarabiał około 3180 złotych). Moim skromnym zdaniem, całkiem nieźle, jak na 24-latka.

13 stycznia 2016 roku Marcin Rol został wiceprezydentem Opola, cytując GW: „Arkadiusz Wiśniewski argumentował wówczas tę nominację względami politycznymi i umową, jaką zawarł z obecnym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim przed wyborami samorządowymi.” Oświadczenie majątkowe Marcina Rola za rok 2016 wyglądało następująco:

27.300 zł jako „środki pieniężne zgromadzone w polskiej walucie”

1438.1 zł w Funduszu Inwestycyjnym

Akcje GPW na kwotę 13.161zł
Akcje w spółkach handlowych: Energa – 203, Kania 1360, ECZ -7874, POLWAX – 234

Pan Marcin Rol został również członkiem Rady Nadzorczej Śląskiego Rynku Hurtowego Obroki, Sp Z.O.O, (Katowice, ul Obroki 130). Jako członek rady nadzorczej zarobił 50.029,68 złotych

Jako wiceprezydent Opola pan Marcin Rol zarobił 108.884,87 złotych
W ramach diety radnego (którą wypłacono mu za pierwszą połowę stycznia) otrzymał 812 złotych
Za bycie członkiem rady nadzorczej Euro-eko otrzymał 2.374 złote (01/2016)
Umowa o pracę – 329,15 zł (01/2016)

Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że pan Marcin Rol w 2016 roku skończył 26 lat.
Jego błyskawiczna kariera nie umknęła uwadze mediów i internautów, dzięki czemu mogliśmy się dowiedzieć, jak bardzo skromnym człowiekiem jest pan Marcin Rol.

Kiedy przypomniano mu, że sam krytykował członka SLD (Tomasza Grabowskiego), który w wieku 23 lat zasiadał w dwóch radach nadzorczych, odpowiedział, że „Nie poczuwam się do jakiegokolwiek porównywania naszej dwójki, gdyż pan Garbowski zasiadał jednocześnie w dwóch radach nadzorczych, a ja obecnie zasiadam w jednej.” Innymi słowy „może i zarabiam 50 tysięcy rocznie za zasiadanie w radzie nadzorczej, ale to nie jest istotne, bo inni zasiadali w dwóch radach jednocześnie!”.

Kiedy pytano go o to, czy ma doświadczenie, stwierdził, że w spółce państwowej, w której zasiada, "majątek jest wielokrotnie mniejszy aniżeli majątek, którym zarządza jako wiceprezydent Opola. (…) Rol wylicza dalej, że przez ponad rok był radnym Opola i kontrolował działania prezydenta miasta. Przypomina, że wcześniej pracował w Sejmie dla kilku klubów parlamentarnych oraz przez wiele lat był pracownikiem biura poselskiego.”

Gdybyśmy chcieli to uprościć, to tłumaczenie Rola wyglądałoby następująco: Uważa on, że nie ma problemu w tym, że siedzi w radzie nadzorczej (którą to fuchę dostał z przyczyn stricte politycznych), bo jest wiceprezydentem Opola (którą to fuchę dostał z przyczyn politycznych), a wcześniej pracował dla klubów parlamentarnych i był pracownikiem biura poselskiego (które to fuchy, dostał z przyczyn stricte politycznych [bo przypadkowi ludzie nie pracują w takich miejscach]). Muszę przyznać, że mnie przekonał.

Gwoli ścisłości, kariery Jakiego i Rola są mocno „standardowe” w świecie polityki. Cwaniaki, pokroju tych dwóch panów, bardzo szybko orientują się, że w polityce najlepiej sprawdzają się układy i albo się do jakiegoś przyłączają, albo montują swój własny (względnie, tak jak Jaki, najpierw się do jakiegoś przyłączają, a potem budują własny [w oparciu o środki uzyskane w ramach działalności w poprzednim układzie]). Politycy innych formacji nie wyrywają się z krytyką takich mechanizmów, bo sami z nich korzystają. Lepiej siedzieć cicho (i tylko od czasu do czasu coś warknąć, żeby suweren myślał, że „warczący” jest ulepiony z innej gliny i on „nigdy czegoś takiego nie zrobi”), kiedy inny się pasie przy korycie, niż nagłaśniać sprawę i samemu się pozbawić możliwości „pasienia”.

Tak już na sam koniec. Narracja, budowana przez Jakiego i innych prawicowych królów bajeru, których połączyła kasa, tzn. „Zjednoczona Prawica”, pokazuje, jak bardzo pewne siebie jest to środowisko (jest również w chuj bezczelne, ale ta bezczelność wynika z pewności siebie właśnie). Tylko pewnością siebie można bowiem wyjaśnić to, że ktoś tam uznał, że należy budować narrację w myśl której „Jaki reprezentuje biedę” i oprzeć ją na tym, że Patryk Jaki ma zdjęcie w dresach. Gdyby nie to, że to jest tak skurwysyńsko bezczelne, byłoby to nawet zabawne.

Źródła:

Wpis Jakiego na FB


follow up na Twitterze


Artykuł o zwolnieniu Ireneusza Jakiego:

http://www.nto.pl/wiadomosci/opole/art/4058083,szara-eminencja-zwolniona-za-syna,id,t.html

Patryk Jaki grillowany przez Mazurka:


Życiorys Patryka Jakiego:


Biuletyn Informacji Publicznej miasta Opole (odnośnik do oświadczeń majątkowych).


Oświadczenie majątkowe Patryka Jakiego za rok 2006


Wyniki wyborów do rady miasta Opola


Wojewodowie III RP od 1999


Oświadczenie majątkowe Patryka Jakiego za rok 2007


Oświadczenie majątkowe Patryka Jakiego za rok 2008


Oświadczenia majątkowe Patryka Jakiego za rok 2009


Oświadczenie majątkowe Patryka Jakiego za rok 2010


Wynik wyborczy Jakiego w wyborach 2010


Wynik wyboczy PiS-u w wyborach 2011


Link do sejmowego archiwum, w którym można sobie przejrzeć oświadczenia majątkowe posła Jakiego z lat 2011-2015

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/posel.xsp?id=137&type=A

Oświadczenie majątkowe Marcina Rola za rok 2014


Oświadczenie majątkowe Marcina Rola za rok 2016


Artykuł w GW o Marcinie Rolu



środa, 25 października 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #19

Wiceminister Sprawiedliwości, Patryk Jaki, wielokrotnie ostrzegał nas przed elitami, które przyzwyczaiły się do bezkarności i zawsze stają w obronie swojej „korporacji” i że trzeba to wreszcie zmienić. Okazuje się, że wszyscy, którzy się śmiali z tych słów, będą musieli wiceministra Jakiego przeprosić. 12 października przyzwyczajone do bezkarności elity, po raz kolejny stanęły w obronie swojej „korporacji” i zagłosowały przeciwko uchyleniu immunitetu posłowi Dominikowi Tarczyńskiemu (aka „Jenot”). Minister Jaki, chcąc w pełni ukazać stopień bezkarności elit, przed którymi nas przestrzegał, zagłosował tak jak one.

Nie tak dawno temu Premier Beata Szydło powiedziała, że nie widzi potrzeby rekonstrukcji rządu. Jakiś czas później, Prezes Polski oświadczył, że do takowej rekonstrukcji dojdzie. Coś mi mówi, że w momencie, w którym Premier Beata Szydło dowie się o tym, jakie decyzje personalne podjęła, będzie nimi nielicho zaskoczona.

Spór na linii Prezydent RP – PiS, o metodologię rozpieprzania sądownictwa w Polsce (bo w kwestii tego, że należy je rozpieprzyć i uPRL-owić – nie ma między nimi sporu), zaowocował hejtowaniem Prezydenta przez harcowników/harcowniczki Dojnej Zmiany. Jedną z takich harcowniczek jest poseł Krystyna Pawłowicz, która udzieliła wywiadu (przypominającego kilkunastominutowy spot wyborczy Prawa i Sprawiedliwości) telewizji wPolsce, nazwała Prezydenta RP „Adrianem”. Muszę przyznać posłowi Pawłowicz, że był to hejt na poziomie „meta”, albowiem poseł Pawłowicz, nie chcąc hejtować Prezydenta wprost, stwierdziła, że ludzie mówią i piszą, że (w skrócie) „Adrian  mści się na prezesie za to, że w Uchu Prezesa się z niego śmiali”. Heheszkowanie z „Ucha”, w wykonaniu posła Pawłowicz, jest samo w sobie dość zabawne. Choćby dlatego, że nie tak dawno temu twierdziła, że Górski (twórca „Ucha”) ośmiesza ich (polityków PiS) „swoją agresywną niesympatią”. W tym samym wpisie przeżywała również, że przedstawiono ją zgodnie z „wyobrażeniami ukształtowanymi przez hejty i bluzgi lewactwa”. Skoro to wszystko opiera się na „lewactwie”, to z tego by wynikało, że poseł Pawłowicz cytując (pośrednio) „Ucho”, stała się (pośrednio) „bluzgającą lewaczką”. Tak z zupełnie innej beczki, czy ktoś wie, gdzie mogę oddać swoją kartę lewaka?

Prezydent RP postanowił dołączyć do programu „Chazan+” i oznajmił, że jeżeli ustawa odbierająca kobietom prawo do terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu zostanie przegłosowana, to on ją podpisze. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że między Chazanem a Prezydentem RP jest jedna, zasadnicza różnica. Chazan (eufemizując) przeczołgał jedną kobietę, Prezydent chce przeczołgać prawie wszystkie („prawie wszystkie”, bo zygotarianie się wycwanili i zamiast iść „na rympał”, usiłują wprowadzić całkowity zakaz aborcji stosując taktykę salami). Wydaje mi się, że z decyzji Prezydenta najbardziej ucieszą się producenci dużych termosów/ciepłej odzieży, bo kolejny antyzygotariański protest odbędzie się, najprawdopodobniej, na mrozie.

Według sondażu przeprowadzonego przez CBOS w dniach 5-12 października, na PiS (wraz z Solidarną Polską i Polską Razem) zagłosowałoby 47% deklarujących udział w wyborach. Co zrozumiałe, prorządowe i rządowe media cieszyły się z tak doskonałego wyniku. I tylko w CBOS-ie nikt się nie cieszył, bo zbyt późno się zorientowano, że ktoś przez przypadek zamienił kolejność cyfr...

Szef MON oznajmił ostatnio, że jego komisja ds. udowadniania, że w Smoleńsku był zamach, znalazła w zapisie jednego z rejestratorów moment eksplozji. Miejmy nadzieję, że nie chodziło o jeden z rejestratorów, o których 3 lata temu wspominały niezależne mendia w artykule pt. „Naukowcy dowodzą: czarne skrzynki zostały sfałszowane”.

W sukurs Latającemu Cyrkowi Antoniego Macierewicza przyszedł Ryszard Czarnecki, który był łaskaw powiedzieć, że „jeśli dziś ktoś wyklucza na 100 procent, że nie było zamachu, bardzo bym podejrzewał, że jest rzecznikiem interesu Rosji”. Pozwolę sobie na parafrazę: „jeżeli dziś ktoś opowiada takie bzdury, to bardzo bym podejrzewał, że jest rzecznikiem interesu jakiejś wytwórni wódek”.

MON wymyślił sobie program o nazwie „strzelnica w każdym powiecie”. Oszacowano, że pomysł ów będzie kosztować około 2,6 miliarda złotych. I to jest, moi drodzy, dowód na to, jak doskonale radzi sobie w dziedzinie finansów PiS. Po przejęciu władzy przez obóz Dojnej Zmiany, polski budżet był w opłakanym stanie. Było tak źle, że rząd PiS musiał zrezygnować z dotowania programu in vitro, bo, jak powiedziała ówczesna rzeczniczka rządu. „nie stać nas na jego finansowanie”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że roczny koszt dotowania in vitro to było +/- 100 milionów. Skoro teraz stać nas na znacznie większe wydatki, to, jak mniemam, PiS przywróci finansowanie in vitro z budżetu, bo przecież przyczyny zakończenia programu były stricte finansowe, a nie ideologiczne, nieprawdaż?

Jeżeli kiedyś mieliście przeczucie, że rząd chce Was zabić, to teraz możecie być tego pewni. Na Twitterowym koncie Ministerstwa Środowiska pojawiła się w pewnym momencie grafika, na której stało, że „Upadający świerk może zabić człowieka”. Informacja ta bardzo szybko zniknęła z konta. I teraz należy sobie zadać pytanie o to, CZEMU TA INFORMACJA ZOSTAŁA USUNIĘTA? Cui Bono???

W zeszłym tygodniu na FB i Twitterze pojawiać się zaczęły wpisy opatrzone hashtagami #metoo i #jateż. Ponieważ każde z Was na pewno widziało te wpisy (a część sama je zamieszczała), tłumaczenie „o co chodziło w akcji” jest raczej zbędne. Jak zawsze przy tego rodzaju akcjach, spod kamieni wypełzła ziomberiada, która wychodzi z założenia, że molestowanie to urban legend (ze stref „no-go”), a klepnięcie kobiety w tyłek to element small-talku (względnie - komplement), więc czemu one teraz piszą, że to molestowanie/etc. Pojawiło się też sporo głąbów, którzy uznali, że warto przypomnieć, że #notallmen i że oni to by nigdy tego nie zrobili, a poza tym czasem to przecież tylko takie żarty są, więc czemu te kobiety się teraz awanturują? Zacznijmy od końca. Jeżeli wydaje Ci się, że sobie „pożartowałeś”, albo „komplementowałeś”, a teraz widzisz, że ktoś wrzucił w internety wpis z Twoimi „żartami”/”komplementami” i hashtagiem #metoo, to masz rację – wydawało Ci się. Nie chciałbym być źle zrozumiany, albowiem, jak każda niezłośliwa osoba, doskonale zdaję sobie sprawę z „instytucji” trashtalku, którą to instytucję rozumiem jako „dwie lub więcej osób, które dobrowolnie biorą udział w akcji wzajemnego hejtowania się”. Słowem kluczem jest słowo „dobrowolnie”. To trochę jak z treningiem bokserskim (pozwolę sobie na zapożyczenie od Johna Olivera). Jeżeli dwie osoby chcą brać udział w sparingu, wszystko jest w porządku. Jeżeli zaś zgodę na taki sparing wyraziła tylko jedna osoba, to nie mamy do czynienia z treningiem, tylko z przestępstwem. Wybitnym kretynizmem popisywali się również autorzy wpisów, w których klarowano, że w sumie to nie ma problemu, bo „nie wszyscy mężczyźni molestują i że oni to już na pewno nie”. Wyobraźmy sobie takie zachowanie w nieco innej sytuacji. Ktoś zaczyna opowiadać o tym, że jego wujek zginął, potrącony przez rozpędzone auto. I teraz sobie wyobraźmy, że ktoś to komentuje w sposób „Nie wszyscy kierowcy rozjeżdżają pieszych, a poza tym, to ja bym nigdy Twojego wujka nie rozjechał”.

Wicepremier Jarosław Gowin zabrał głos w sprawie protestu rezydentów. Stwierdził on, między innymi, że „obecne oczekiwania płacowe rezydentów rozsadziłyby budżet”. Gdybym był złośliwy, napisałbym, że Gowin jest kolejnym przedstawicielem władzy, który ordynarnie ściemnia, tłumacząc, że rezydentom chodzi o kasę. Ponieważ zaś nie jestem złośliwy, pozwolę sobie uspokoić Jarosława Gowina, parafrazując Premier Beatę Szydło. Panie wicepremierze, wystarczy nie kraść, a pieniądze na podwyżki znajdą się bez problemu. 

Poziom nagonki na lekarzy rezydentów sugeruje, że już niebawem może wystartować kampania „Sprawiedliwe Rezydentury”. Na pierwszy ogień pójdzie historia rezydentki, która zarabiała tak dużo, że stać ją było na zagraniczne wojaże. W trakcie jednego z tych wojaży rezydentka nudziła się tak bardzo, że postanowiła uratować życie kilku osobom, a teraz udaje, że niby pojechała tam specjalnie po to, żeby pomagać ludziom. Bohaterem drugiej historii będzie lekarz rezydent, który miał tyle hajsów, że żarł kawior garściami. W pewnym momencie rezydentowi ten kawior zaczął szkodzić i zaczął (z przyczyn zdrowotnych) zagryzać go chlebem. Wierzę w inwencję rządowych trolli, więc takich historii będzie na pewno znacznie więcej.

Przy okazji debaty na temat zarobków lekarzy rezydentów (którą mainstreamowe media „nierządowe” prowadzą, mimo że przykrywają w ten sposób główny postulat rezydentów), nie mogło zabraknąć głosu ludzi, którzy najprawdopodobniej nie wiedzą o tym, że czasami milczenie jest złotem. Jedną z takich osób był Konrad Piasecki, który był łaskaw napisać, że „A może by tak, przy okazji protestów, pomyśleć o wprowadzeniu opłat za studia medyczne, ale płacić młodym lekarzom przyzwoicie od początku?” Indagowany przez jedną z internautek o to, czy płatne powinny być tylko studia medyczne, czy, na przykład, również dziennikarskie, odpowiedział: „Ja jestem zwolennikiem płatnych studiów. Wszystkich”. Ponieważ jego wpis spotkał się z krytyką, zaczął potem tłumaczyć, że on, co prawda, nie płacił za swoje studia, ale może będzie płacił za studia swoich dzieci, więc nie bardzo wie o co chodzi krytykom. Dodał również, że jeżeli kogoś nie stać na studia, to przecież można wszystko załatwić za pomocą kredytów/stypendiów. Stosunkowo rzadko zdarza się mi przeczytać pierdylion wpisów autorstwa jednej osoby, które to wpisy można by było skrócić do zdania „jestem zwolennikiem bycia bogatym”.

Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale marszałek Senatu, Stanisław Karczewski, jest podróżnikiem w czasie, który przybył do nas z roku 2026. Nie wierzycie? To w jaki sposób wytłumaczycie ten wpis: „Warto, nim powie się coś nieodpowiedzialnego, popatrzeć na tabelę wzrastających wydatków pub. na ochronę zdrowia w Polsce #dobrazmiana”? Dodam, że wpis ten został opatrzony wykresem, z którego wynikało, że nakłady na służbę zdrowia rosły z roku na rok i w 2025 roku przeznaczyliśmy na nią 6% PKB. I co Wy na to, niedowiarki?

Borys Budka był łaskaw zbóldupić okrutnie po tym, jak w jednym z odcinków „Ucha Prezesa” znalazł się fragment, z którego wynikało, że poseł Budka ma romans z posłanką Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Reakcja posła Budki sugeruje, że do tej pory leżał on pod lodem i nie widział wcześniejszych odcinków „Ucha Prezesa”, w których, na ten przykład, sugerowano, że szef MON ma romans z jednym ze swoich podwładnych (Bartłomiejem „złotym medalistą” Misiewiczem), nie widział również odcinka, w którym Prezes udał się z posłanką Szczypińską do innego pomieszczenia, bo posłanka go chciała „przebadać”, zaś z badania wrócił w bardzo dobrym humorze. O takich drobnostkach, jak Mariusz Błaszczak testujący kocie żarcie (bo może zatrute), już nawet nie warto wspominać. Owszem, „Ucho” zdrowo przegina, ale nie udawajmy, że to przeginanie zaczęło się w momencie, w którym „oberwał” Budka. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że posłanka Gasiuk-Pihowicz podeszła do całej sprawy z dystansem (i wysłała pączki aktorce, która ją zagrała). Tak swoją drogą, zastanawiam się, na ile reakcja Budki była wywołana tym „romansem”, a na ile tym, że „Ucho Prezesa” jest znacznie lepszą opozycją od PO.

Marszałek Karczewski postanowił wypowiedzieć się po raz kolejny w temacie protestu lekarzy rezydentów. Tym razem zwrócił się bezpośrednio do nich i rzekł był, że „Warto pracować dla idei, nie dla pieniędzy”. Bardzo szybko zareagowała na to Partia Razem, na której koncie opublikowano screen z oświadczenia majątkowego, które złożył Stanisław Karczewski. Z oświadczenia wynikało, że Senator za swoją „pracę dla idei, nie dla pieniędzy” zarobił prawie 300 tys. zł (32.300 diety parlamentarnej i wyjazdowej oraz 265.400 jako marszałek Senatu RP). Ktoś może powiedzieć, że to sporo kasy, ale przypominam, że marszałek jest podróżnikiem w czasie i ta kasa mu się po prostu należy.

W debacie na temat strajku rezydentów nie mogło zabraknąć głosu Magdaleny Ogórek, która stwierdziła (w skrócie), że cały ten protest o kant dupy rozbić, bo ona widziała, jak dwójka lekarzy wypiła latte w kawiarni, a potem poszła protestować. Zastanawia mnie to, czemu Magdalenie Ogórek wydaje się, że jest zabawna. Być może chodzi o to, że jej start w wyborach prezydenckich był żartem, a jej wynik wyborczy był raczej śmieszny.

Źródła:





(od 2 minuty)

http://wpolsce.pl/magazyn/1205-krystyna-pawlowicz-to-nie-jest-juz-uzgadnianie-a-przeczolgiwanie-prezesa-kaczynskiego


https://www.wprost.pl/kraj/10046407/Pawlowicz-o-swojej-postaci-w-Uchu-Prezesa-W-rzeczywistosci-jestem-bardzo-ladna-mila-zyczliwa-i-lagodna.html






http://www.rp.pl/Kraj/171019291-Ryszard-Czarnecki-Jesli-ktos-wyklucza-zamach-jest-rzecznikiem-Rosji.html


https://www.wprost.pl/light/10081471/Internauci-wysmiewaja-mema-o-morderczym-swierku-O-co-chodzi-w-kampanii-ministerstwa.html





http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114871,22552800,marszalek-senatu-przemowil-do-lekarzy-myslenie-o-pieniadzach.html








poniedziałek, 16 października 2017

Młot na rezydentów

O proteście lekarzy rezydentów chciałem napisać już wcześniej, ale uznałem, że warto się wstrzymać i poczekać na reakcję władz. Domyślałem się, że ta reakcja może być dość „ostra”(bo nasze władze lubią warczeć), ale nie przypuszczałem, że odpowiedzią na protest będzie kampania dezinformacyjna o tak dużej skali. Najbardziej absurdalne jest to, że przyczyną, dla której władze zaczęły szczuć na lekarzy rządowe me(n)dia i e-bydło, jest uprawiana przez Prawo i Sprawiedliwość kretyńska propaganda sukcesu połączona z wewnętrznym przymusem „dojebywania” poprzednikom. Kampania dezinformacyjna była na tyle skuteczna, że złapała się na nią nawet część komentatorów antypisowskich, którym przypadła w udziale zaszczytna rola pożytecznych idiotów. Gwoli ścisłości, kampania dezinformacyjna nie polegała na tym, że e-bydło i rządowi me(n)diaworkerzy usiłowali utopić rezydentów w gównie. Te usiłowania były zwieńczeniem kampanii.

Celem kampanii dezinformacyjnej było przekonanie społeczeństwa do tego, że rezydenci protestują prawie wyłącznie dlatego, że (upraszczając) „chcą się nachapać”. Jak już suwerenowi zaczęto wbijać do głów, że rezydenci chcą jedynie podwyżek – do gry weszło e-bydło, które zaczęło wyszukiwać protestujących rezydentów na FB i Instagramie, po to, żeby potem spamować internet screenami, z których wynikało, że rezydenci „mają szmal”, a mimo tego „chcą więcej”. Wisienką na torcie był artykuł pt. „Kontrowersje wokół rezydentów. Narzekają na zarobki, jedzą kanapki z kawiorem”. Czy możemy mieć pewność co do tego, że ta nagonka była „zorganizowaną akcją”, a nie samowolką jakichś nadgorliwych pracowników agitpropu? Owszem, możemy. Po pierwsze, ze względu na partyjny przekaz dnia. Z tym przekazem dnia to jest tak, że, generalnie, wszyscy politycy konkretnej partii mają klepać jedno i to samo, żeby nie popsuć narracji. Problem partii (rzecz jasna, nie tylko PiS-u) polega na tym, że nie składa się ona z samych wyższych szarż (w których szkolenia wpompowano kupę kasy), ale również z ludzi, którzy nie są najostrzejszymi ołówkami w piórniku. Taki nieostry ołówek może sprawić problemy w momencie, w którym zacznie nieco zbyt dosłownie cytować otrzymane instrukcje. Przywitajcie się z posłem Stanisławem Piętą, który udzielił wywiadu portalowi Fronda.pl i w trakcie wywiadu powiedział kilka słów za dużo:

„Natomiast postulat, żeby lekarz rezydent zarabiał 9 tys. zł podczas, gdy dzisiaj minister zdrowia płaci mu 2 tys. 200 zł jest postulatem ,,księżycowym'' - jest tak absurdalnym żądaniem, że wzbudza tylko niepotrzebną niechęć Polaków do młodych lekarzy, a oni nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że są nie podmiotem w tym sporze, tylko przedmiotem”

Zwróciliście uwagę na, jakże subtelną, wzmiankę o tym, że ten postulat „wzbudza tylko niepotrzebną niechęć”? Ta wzmianka to efekt otrzymania przez kogoś, kto jest lotny jak drednot, zbyt skomplikowanego przekazu dnia, w którym zapewne stało, że należy tłuc suwerenowi do głowy te 9 tysięcy, żeby suweren się wkurwił na lekarzy.

Drugą przyczyną, dla której możemy być pewni, że nie ma mowy o żadnej „samowolce”, jest zachowanie „zwykłych internautów”, którzy poświęcili swój czas i energię na grzebanie ludziom po kontach w celu znalezienia „obciążających zdjęć”, potwierdzających tezę o tym, że „podwyżek domagają się majętni ludzie”. Ktoś może powiedzieć „no zaraz, ale czemu zakładasz, że tym gościom kazano szperać za tymi fotkami? Może był to ich własny pomysł, może chcieli sprawdzić, czy rezydenci na pewno zarabiają tyle ile zarabiają?”. Gdyby tak było, tzn. gdybyśmy mieli do czynienia z ludźmi, którzy „myślą samodzielnie” i „interesują ich fakty”, to nie wrzuciliby oni żadnych zdjęć rezydentów na TT. Dlaczego? Dlatego, że jeżeli ktoś na serio chciałby się bawić w „demaskowanie”, to zacząłby od sprawdzenia, czego tak naprawdę domagają się rezydenci. Po sprawdzeniu okazałoby się, że postulaty wyglądają następująco:

1. Zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia do poziomu europejskiego nie
niższego niż 6,8% PKB w przeciągu trzech lat.
2. Likwidację kolejek.
3. Rozwiązanie problemu braku personelu medycznego.
4. Likwidację biurokracji w ochronie zdrowia.
5. Poprawę warunków pracy i płacy w ochronie zdrowia.


Pierwszym pytaniem, które zadałby sobie „niezależny internauta/demaskator” po zapoznaniu się z postulatami byłoby: „Czemu, kurwa, wszyscy skupiają się na ostatnim postulacie?” Taki „niezależny internauta” momentalnie zdałby sobie sprawę z tego, że rządowy agitprop robi społeczeństwo w chuja. Zdałby sobie również sprawę z tego, że skupianie się na tym, „ile pieniędzy mają rezydenci i gdzie jeżdżą na wakacje”, idealnie wpasowuje się w narrację, którą starają się społeczeństwu narzucić władze. No chyba, że „niezależni internauci” (których tweety notorycznie pojawiają się na takich „niezależnych portalach”, jak „niezależna.pl [wiem, że suchar, ale bardzo mi z tego powodu wszystko jedno]) od początku wiedzieli że biorą udział w kampanii dezinformacyjnej i doskonale wiedzieli czego mają szukać na profilach rezydentów. Zaś próba utopienia rezydentów w gównie była zwieńczeniem kampanii, bo najpierw trzeba było ludziom wmówić, że „chco hajsy”, a potem pokazać, że „majo hajsy, a mimo tego chcą więcej!”

Jeżeli ktoś się przyjrzy postulatom rezydentów (i ich kolejności), a potem porówna to ze skalą działań rządowego agitpropu, który postanowił rozjechać lekarzy i ich protest, to może odczuć chęć głębszej refleksji na temat tego, „czemu, kurwa, władze tak bardzo docisnęły lekarzy, skoro mają oni całkiem sensowne postulaty?”. Odpowiedzią na tak postawione pytanie będzie „właśnie dlatego, że postulaty są sensowne”. Konkretnie zaś chodzi o pierwszy z nich, czyli o podwyższenie wydatków na służbę zdrowia. Czemu akurat ten? Bo jest on kijem wsadzonym w szprychy rządowej propagandy sukcesu. No ale, jak mawia Wołoszański, „nie uprzedzajmy faktów”.

W trakcie kampanii 2015, Konstanty Radziwiłł mówił o tym, że „W ciągu dwóch, trzech lat należy podnieść nakłady na służbę zdrowia do 6 proc. PKB” (wypowiedź z dnia 29.09.2015r.).

W kwietniu 2015r. udzielił wywiadu portalowi wPolityce:

„Jesteśmy krajem nieźle się mającym, gdzie gospodarka się rozwija, a doszło do stagnacji, jeśli chodzi o wydatki na ochronę zdrowia. Jesteśmy na szarym końcu krajów UE zarówno jeśli chodzi o liczby bezwzględne wydane na ochronę zdrowia, jak i odsetku od tego, jakie wydatki publiczne mamy. 4% PKB brutto, które mówi o tym, ile wydaje się z środków publicznych w ogóle nie przystaje do standardów unijnych, gdzie mówi się o minimum 6 procentach PKB. To nie są małe pieniądze, ale faktem jest, że to kwestia priorytetów.”


Po wyborach 2015 PiS uzyskał samodzielną większość parlamentarną, a mimo tego, nie podjęto żadnych działań w celu podniesienia wydatków na służbę zdrowia do obiecywanych 6% PKB. Czemu nic z tym nie zrobiono? I znowuż musimy sięgnąć do wypowiedzi osoby, która nie należy do partyjnej wierchuszki. Przedstawiam wam Wiceprzewodniczącą Komisji Zdrowia, Joannę Kopcińską (posłankę Prawa i Sprawiedliwości): 

„Nie możemy spełnić natychmiast zbyt wygórowanych oczekiwań rezydentów. Nakłady 6,8 proc. PKB na służbę zdrowia w tak krótkim czasie, jak wskazują, oznaczałyby podniesienie składki zdrowotnej (...) My tego nie chcemy – dodała.”

Co prawda posłanka mówiła o 6,8%, ale jeżeli podniesienie nakładów na służbę zdrowia do 6,8% PKB miałoby oznaczać podniesienie składki zdrowotnej, to obiecywane przez Radziwiłła podniesienie tych nakładów do 6% PKB w przeciągu 2-3 lat wymagałoby dokładnie tego samego.

No dobrze, a czemu tak właściwie PiS nie zdecydował się na podniesienie składki? Owszem, wywołałoby to na samym początku opór (tak jak podniesienie jakiejkolwiek daniny), ale efekty zwiększonych nakładów (skrócenie kolejek, dostęp do lepszego sprzętu medycznego/etc.) bardzo szybko „uspokoiłyby” opinię publiczną. Na pytanie o to, „czemu nie podniesiono składki” odpowiedzi (pośrednio) udzielił syntezator mowy, pełniący obowiązki premiera RP (07-04-2017):

„To sobie trzeba jasno powiedzieć. Jan Vincent Rostowski, minister finansów Platformy, z właściwą sobie dokładnością prognozował: Na te obietnice, które składa prawo i Sprawiedliwość, pieniędzy nie ma i w ciągu 4 najbliższych lat nie będzie. A co się okazało? Rządzi Prawo i Sprawiedliwość i pieniądze są i będą. Swoją drogą po raz kolejny zadaję pytanie: Gdzie były te pieniądze? Niektórzy mówią, że wystarczy nie kraść.”

Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że hasło „wystarczy nie kraść” znalazło się w wypowiedzi Pani Premier zupełnym przypadkiem i nie miało to nic wspólnego z faktem, że był to hasztag wypromowany przez „niezależnych internautów”.

Narracja PiS-u jest prosta jak budowa cepa: „my mamy pieniądze na wszystkie obietnice, te pieniądze zawsze były w budżecie, ale oni je kradli”. Narracja ta ma jedną, zasadniczą wadę. Jeżeli PiS zdecydowałby się na podniesienie składki zdrowotnej (w celu zrealizowania swojej własnej obietnicy wyborczej z 2015), bardzo szybko naraziłby się na komentarze w rodzaju „wcześniej mówiliście, że te pieniądze są, bo „wystarczy nie kraść”, a teraz się okazuje, że ich jednak nie ma, cholerni złodzieje”.

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Problem niedofinansowania służby zdrowia nie jest niczym nowym. Tzn. to nie jest tak, że wszystko było dobrze, aż tu przyszedł PiS i to jego wina. Nic z tych rzeczy. Te nakłady były niewystarczające od początku istnienia III RP. Jeżeli ktoś chce sobie zobaczyć jak to wyglądało, to niech kliknie w link OECD (w źródłach będzie) i sam sprawdzi, jak to było z tymi nakładami. Najwięcej (w stosunku do PKB) przeznaczyliśmy w 2009r. i było to 4,72% PKB, najmniej w 1998r., kiedy na służbę zdrowia przeznaczono 3,46% PKB. Prawda jest taka, że jeżeli nie zwiększymy nakładów na służbę zdrowia, to kolejki będą się powiększać, a ludzie będą „umierać w kolejkach”. Jeżeli mam być szczery, dziwi mnie to, że PO nie zdecydowało się na podwyższenie składki zdrowotnej w celu zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Ta partia podjęła sporo niepopularnych decyzji (podwyższenie wieku emerytalnego, na ten przykład), a na to się nie zdecydowała. Owszem, PiS by się pewnie momentalnie rzucił na nich „zwiększacie składkę, a te pieniądze są!”. Tyle, że gdyby suweren zobaczył efekty zwiększonych nakładów – miałby takie pokrzykiwania w dupie. Niedofinansowanie służby zdrowia (przekładające się na gigantyczne kolejki/etc.) sprawia, że ludzie wkurwiają się na to, że muszą płacić jakiekolwiek składki. No bo (pozwolę sobie użyć podkarpackiego dialektu) „na chuj mam płacić jakiekolwiek składki, skoro i tak będę musiał latami czekać na wizytę u specjalisty? To już lepiej będzie jak te pieniądze sobie, kurwa, odłożę i pójdę prywatnie!”.

No ale to tylko taka dygresja. Wróćmy do kampanii dezinformacyjnej. Tejże kampanii przysłużyli się wszyscy kretyni, którzy (zamiast poczytać o co chodzi w proteście) skupiali się na tym, co podrzuciły im nasze władze: „już tyle hajsów majo, a chcą więcej”. Urzekło mnie to, że niektórzy uczeni w piśmie i mowie twierdzili, że „protest głodowy nie jest odpowiedni, jak się walczy o podwyżki”. Równie urzekający byli symetryści-kretyni, którzy twierdzili, że chuja tam, a nie podwyżki dla rezydentów, bo są ludzie, którzy zarabiają mniej. Wszystkim tym komentatorom umknął ten drobny szczegół, że swoim Riserczem Ziemiewiczowskim wspierają działania władz, które usilnie starały się odwrócić uwagę społeczeństwa od zbyt niskich nakładów na służbę zdrowia i rozjechać rezydentów jako „zarozumiałych/bogatych gówniarzy, którzy chcą się nachapać”. Brawo Wy, o duchowi bracia Rafała Ziemkiewicza.

Na sam koniec chciałbym się z wami podzielić jedną taką myślą, która mi się po łbie kołacze w związku z tym, co spotkało rezydentów. Myśl ta odnosi się do wszelkiej maści „debunkujących” stron i kont na Twitterze, których administratorzy/użytkownicy starają się was przekonać do tego, że oni są niezależni i np. bashują opozycję „za kłamstwa”. Jeżeli na takim fanpejdżu/koncie pojawiły się wrzutki krytykujące rezydentów w myśl narracji „chco hajsów, a so bogaci”, to możecie być pewni, że administratorzy/użytkownicy tych kont są równie niezależni co Gazeta Polska/Niezależna/wPolityce. I nie, to nie jest jakaś teoria spiskowa. Jeżeli ktoś non stop pieprzy o tym, że „myśli samodzielnie”, a mimo tego wrzuca fejki (np. odnoszące się do tej rezydentki, która „wyjechała na wakacje” [chuj, że ratowała tam ludzkie życie, to były wakacje, bo Sebix tak mówi!]), to chyba wszyscy się zgodzą z tym, że „coś tu nie gra”.  Tzn. ok, być może ci ludzie nie są powiązani z władzami (tzn. z rządowym agitpropem), tylko są po prostu kretynami, którzy nie uznają za stosowne sprawdzenia informacji przed jej publikacją. Jednakowoż w tej drugiej sytuacji (chodzi o „bycie kretynem”) twierdzenie, że się „myśli samodzielnie”, jest najzwyklejszym w świecie nadużyciem semantycznym. 

Źródła



http://www.rp.pl/Sluzba-zdrowia/171019377-Stanislaw-Pieta-Partia-Razem-wykorzystuje-rezydentow.html

https://www.fronda.pl/a/stanislaw-pieta-dla-frondy-mlodzi-lekarze-narzedziem-politycznej-gry,100909.html

str 290 (36/112 w PDFie)



https://wpolityce.pl/polityka/241839-konstanty-radziwill-jesli-rzadzacy-nie-zmienia-polityki-ws-ochrony-zdrowia-grozi-nam-katastrofa-nasz-wywiad


Link do OECD. Strona po angielsku jest, ale bardzo user friendly.