poniedziałek, 22 października 2012

Te gÓpje stÓdenty – czyli doniesienia z alternatywnej rzeczywistości cz. 1

Postanowiłem nieco zmienić nazewnictwo „cykliczne” notek, bo zauważyłem, że nieco mi się wszystko rozjeżdża. Tym samym wszelka „twórczość” komentatorów/publicystów/naukowców/etc., która sprawa wrażenie, iż opisuje jakiś równoległy wszechświat miast naszej rzeczywistości, będzie spojona klamrą „Doniesienia z alternatywnej rzeczywistości”. Bo ja bardzo lubię science fiction – fantasy, wszelkie odmiany „co by było gdyby”, ale to wcale nie oznacza, iż fragmenty takiej literatury mają być elementem opisu rzeczywistości. Co gorsza, owe metody stosują wszyscy publicyści niemalże – każda „strona” ma swoich „fantastów” – tym samym obwinianie o tego rodzaju quasi publicystykę jedynie prawicy byłoby nadużyciem i to sporym.

Na pierwszy ogień – mój zeszłotygodniowy „gość” Rafał A Ziemkiewicz. Choć notka tylko połowicznie dotyczyć będzie jego osoby. RAZ popełnił był felieton pt. „Śmieciowa generacja”. Zaczyna się bardzo obiecująco:

Przywykłem już do opowieści o "młodych wykształconych", ze świeżo zdobytymi dyplomami, którym myli się Chopin i Schopenhauer, a pytani, kto to Platon, odpowiadają pytaniem: proszek do prania?”

W bardzo wysmakowany sposób nawiązał do obelżywej (według doktryny PiS) nazwy „młodzi wykształceni z wielkich miast”, czyli tych, którzy nie chcą głosować na PiS. Bo jak wiemy – tylko ci młodzi bywają niedouczonymi głupkami, zaś wszyscy którzy popierają PiS – są lepsi, bo popierają PiS, a reszta to hołota, „co nie ROZUMI niczego” . Przepraszam, poniosło mnie:)




Od zawsze istniała grupa ludzi, którzy skończyli studia „przypadkiem”. Teraz w dobie miliona różnych uczelni wyższych, większa ilość ludzi studiuje, toteż i studia kończy większa liczba „przypadkowych magistrów”. Pamiętam opowieść jednego ze znajomych pracowników naukowych (chemia), który wspominał swoje czasy studenckie. Mieli jednego kolegę, który nie za bardzo rozumiał, co on tam robi. A że ojciec kolegi sponsorował uczelnię, nie można było go ot tak sobie wypieprzyć. Dobrnął jakoś ów człowiek do 5. roku. Kadra wiedziała, że nie ma szans, żeby napisał samodzielnie prace magisterską, więc zaproponowali, że w ramach tejże pracy przetłumaczy obszerny tekst naukowy z języka niemieckiego – przetłumaczył, złożył pracę. Rzecz działa się na obronie. Komisja zadawała mu baaardzo proste pytania, żeby czasem się nie „potknął”. W pewnym momencie jeden z członków komisji zadał jakieś nieco bardziej szczegółowe pytanie dotyczące tekstu. Padła odpowiedź: „nie wiem, nie ja to tłumaczyłem”. Jak się skończyła sprawa? Oceną dostateczną. Wiem, to przypadek jednostkowy. Tym niemniej jest on kalibru takiego, iż nie słyszałem niczego podobnego w naszych „śmieciowych czasach” – a rzecz działa się na „renomowanej uczelni”. Zmierzam do tego, że ów problem istniał od zawsze, i od zawsze byli ludzie, którzy marudzili „za naszych czasów było lepiej, teraz ta młodzież taka głupia”.



Teraz dwa inne uzupełniające się idealnie cytaty:

Powiedzmy, że mieści się to w małpowanym przez nas zachodnim modelu kształcenia w wąskich specjalnościach (…) Inna sprawa, że wszystko, co się dziś dzieje ze światem pokazuje, iż taki model edukacji jest do bani, że zamiast go małpować, trzeba właśnie dokładnie odwrotnie (...)

Jedna uwaga natury ogólnej – czasem będzie mi się zdarzało pociąć czyjąś wypowiedź, ale nigdy nie będę usuwał z tejże argumentów, etc., które przeczyłyby mojej tezie – zresztą tekst źródłowy linkuję zawsze, więc byłoby to nieco idiotyczne, tzn. gdybym „ciął z tezą”.

Przywykłem, jako się rzekło, do takich opowieści - profesorów, nauczycieli czy innych ludzi z racji swego zawodu obcujących z najnowszą produkcją naszego systemu edukacyjnego i rwących sobie nad nią resztki włosów z głów.”

Panu Rafałowi chciałbym przypomnieć, iż obecny system edukacji jest produkcji prawicowej – bo to Handke swego czasu uznał, że skoro gimnazja są na zachodzie, to my sobie pomałpujemy z zachodu, bo u nas też się to sprawdzi. Mamy więc gimnazja, mamy nową maturę. Nie mnie oceniać, która matura „trudniejsza” – posłużę się miast tego przykładem. Jakem studiował socjologię na pierwszym roku, mieliśmy egzamin z kursu „podstawowego”. Na moim pierwszym roku nie zdałem go tylko ja (bo wydawało mi się, że na egzaminie wymagają ode mnie samodzielnego myślenia – okazało się, że trzeba znać bardzo dobrze wykłady i nic poza tym, ups), kolejny rocznik wyglądał podobnie. Natomiast rocznik dwa lata młodszy poległ zupełnie – 30% ludzi uwaliło egzamin, spora część z nich nie zdała go w drugim terminie, więc zrobiono dla nich trzeci (rzecz jasna odpłatny) – bo kadra się nieco przestraszyła, że jak tak dalej pójdzie, to studentów zabraknie. Co różniło roczniki zdające ów egzamin od tego, który poniósł sromotną klęskę? Nowa matura. Roczniki zdające ( ten nieszczęsny egzamin, na którym poległem :)) – dostały się na socjologie zdając egzamin wstępny, rocznik który poległ – dostał się z konkursu świadectw. Tym samym gdyby RAZ pomarudził nieco wcześniej – Handkemu – w temacie niemałpowania, być może „profesory” by teraz nie rwały włosów z głów.

Przy tych profesorach na momencik zostaniemy, bo po przeczytaniu tego zdania nieco mną zatrzęsło. Nad nauczycielami pastwić się nie zamierzam – bo i nie bardzo rozumiem sens wypowiedzi RAZa – nauczyciel jak mi się zdaje przynajmniej zaczyna obcowanie z uczniem wtedy, gdy ów uczeń rozpoczyna obcowanie z systemem edukacji. Nie za bardzo więc jestem w stanie pojąć to, w jaki sposób nauczyciel może „rwać włosy z głowy” nad produktem, który sam współtworzy. Ale to tylko taka moja „czepialcza” uwaga.


Profesorowie „narzekają”, bo studenty głupie mają niski poziom „wiedzy ogólnej”. Z tą wiedzą ogólną jest po trosze tak, że w szkole podstawowej człowiek jej nie będzie w stanie zrozumieć, w gimnazjum również. W liceum, w którym teoretycznie przyszedł czas na poszerzenie horyzontów u młodzieży, nauczyciele głowią się nad tym jak nauczyć uczniów tego, czego powinni się byli nauczyć w gimnazjum i w liceum zarazem. Poza tym wiedza ogólna to coś czego człowiek się w szkole nie nauczy – tę wiedzę można nabyć samemu „douczając się” niejako. Ponadto wiedza ogólna wymaga czegoś, co powoli wymiera w naszym społeczeństwie – refleksji i zrozumienia. A skąd ta umiejętność refleksji ma przyjść? W szkole zrozumienia od uczniów nie wymaga (program przeważnie opiera się na „wyryciu” czegoś na pamięć, a co się potem z tą wiedzą dzieje? – Konia to obchodzi), książki cholernie drogie – mało kogo stać, zostaje Internet, a ten to raczej refleksji nie sprzyja.

Idzie więc produkt „Handkego” na studia. Studia to idealny czas na akademickie dyskusje, na poszerzanie horyzontów (które powinno się rozpocząć w szkole średniej), na nauczenie młodych ludzi refleksyjności, zainteresowanie ich przedmiotem studiów – tak aby sami potem poszerzali swoją wiedzę (może inaczej, żeby odczuwali wewnętrzną potrzebę poszerzania wiedzy).

Piękna teoria, nieprawdaż? Tylko, że u nas studia polegają najczęściej na zarzuceniu studenta tonami papierów, tekstów, książek. I narzuceniu jedynej słusznej metody interpretacji tekstu, rozwiązywania zadań ,etc. (do końca życia będę pamiętał, jak studiując chemię usiłowałem wytłumaczyć pani doktor sposób, w jaki zrobiłem zadanie, bo wynik był poprawny ale ten sposób był inny niż „paniodoktorowy” – nie udało mi się wytłumaczyć, a byłem w tłumaczeniu dobry bowiem w szkole średniej połowę swojego rocznika uczyłem chemii na korkach)


Masz swoje własne zdanie? Masz własne pomysły? Wsadź je sobie w buty albo poczekaj aż sam będziesz doktorem, profesorem, etc. – może wtedy ktoś łaskawie zwróci uwagę na to co masz do powiedzenia.

Przykład zarzucenia papierami? Jeden z zupełnie bezużytecznych kursów na socjologii (bezużyteczny, bowiem teorie, którymi nas karmiono były idiotyczne i zupełnie nie nadawały się do opisu rzeczywistości) – wymagał opanowania około dwóch tysięcy stron tekstu – rzecz jasna wliczam w to zarówno kserówki, jak i książki (dwie bodajże były, nie wiem, nie czytałem). I to wymagał doskonałego opanowania, bowiem pytania testowe były cholernie szczegółowe – tym samym nie chodziło o jakieś bzdurne „zrozumienie”. To tylko jeden kurs – na innych bywało podobnie, a do tego dochodzą jeszcze prace pisemne – i tak dalej i tak dalej. Pół biedy jak ktoś tak jak ja nie musiał w trakcie studiów pracować – wtedy po odwaleniu intelektualnej pańszczyzny, zostaje sporo czasu na czytanie i robienie tego, co się lubi. Innymi słowy człowiek ma czas na rozwój samodzielny i na życie „pozauczelniane”. Tego czasu nie mają ludzie, którzy studiują i pracują. Czas nie jest z gumy. Jeśli człowiek nie ma pieniędzy, to w dupie ma „wiedzę ogólną” i Chopina, a nawet Chopinhauera – ma inne, nieco bardziej przyziemne zmartwienia. O których to zmartwieniach powinien wiedzieć zarówno profesor, jak i ktoś, kto chce uchodzić za publicystę.

Inny przykład. Na jednym z kursów pan profesor podał listę lektur „do egzaminu”. Było ich coś koło dwudziestu – dopiero po dwóch miesiącach powiedział, że można wybrać kilka z nich. Na egzaminie odpytywał mnie z książki tak pierońsko szczegółowo, że mimo mojej umiejętności czytania ze zrozumieniem, mało brakło, a bym poległ na tym cholernym egzaminie. Rzecz jasna pan profesor wymagał jedynej słusznej interpretacji, którą ze mnie wreszcie „wyciągnął”.

Na uczelniach pełno jest kursów „obligatoryjnych”, które prowadzone są przez ludzi nie mających zielonego pojęcia o tym, jak zainteresować studentów tematyką kursu. I w sumie nie muszą mieć – kurs jest obligatoryjny, więc student zrezygnować z niego nie może. Co się robi na uczelniach, kiedy kurs nieobowiązkowy zaczyna dołować i mało ludzi na niego uczęszcza (a prowadzi go ktoś „zasłużony”)? Jeśli odpowiedzieliście „zmienia się go na kurs obligatoryjny” – odpowiedzieliście prawidłowo.

Rzecz jasna na uczelniach sporo jest ludzi, którzy są bardzo otwarci, doceniają odmienne zdanie studentów, potrafią zainteresować ich tematyką kursu, cenią samodzielność. Tylko co z tego, skoro student jest tak dociśnięty kursami „gniotami”, że nie ma czasu na to, co go interesuje?


CDN (postanowiłem podzielić notkę, bowiem istnieje wyraźne ryzyko, iż ta rozrośnie się ponad miarę).



Sznurek

http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz-mysli_nowoczesnego-endeka/news/smieciowa-generacja,1854561

5 komentarzy:

  1. Skomentuję dopiero II częsc, jako całość :D Teraz tylko daje znak, że żyję i nadal czytam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Druga część już jutro! Nie przegap! :D

      Usuń
    2. Masz dużo racj z tym, że wiedzę ogólną w dużej mierze zdobywa się poza szkolą - gdybym ograniczyła się do tego, co mi proponowała szkoła, nie wiedziałabym większości tego, co teraz. I gdyby nie moi rodzice - wszyscy jakoś magicznie zapominają, jak wielki wpływ mają oni na dzieci! A nie nauczyciele!

      Usuń
    3. Zgadzam się. I broń boże nie zwalam odpowiedzialności za głupotę młodzieży - na nauczycieli. Bo ci mają dość problemów z kolejnymi "genióshami" ministrami edukacji, którzy nie bardzo wiedzą co mają robić - ale nie przeszkadza im to wcale w "wymyślaniu".

      Problem pojawia się wtedy gdy rodzice nie odczuwają potrzeby "nauczania" własnych dzieci czegokolwiek. Co w kraju, którego statystyczny mieszkaniec czyta 0,5 książki rocznie - jest raczej normą niźli wyjątkiem.

      Usuń