środa, 30 października 2013

Minister Zdrojewski walczy z książkami

Maj 2011 roku był dość smutnym miesiącem dla czytelników. W miesiącu tym zaczął obowiązywać 5% VAT na książki. Ludziom wydawało się, że te 5% to jeszcze nie katastrofa. Mało kto zdawał sobie sprawę z faktu, że wprowadzenie 5% stawki VAT wcale nie oznacza tego, że końcowa cena książki wzrośnie o 5%. Prezes Polskiego Instytutu Książki szacował, że ceny wzrosną o 10-20%. Z perspektywy czasu jednak widać, że niedoszacował on wzrostu cen, o czym zresztą wiedzą wszyscy ludzie, którzy kupują książki (szczególnie w sieciowych księgarniach). Tym niemniej, prezesa tegoż (Grzegorza Gaudena) nie zamierzam się czepiać, bo przestrzegał przed tym, że zwyżka cen może źle wpłynąć na stan polskiego czytelnictwa.

Decyzja o podniesieniu VAT na książki zapadła w 2010 roku. Ministra Zdrojewskiego indagowano w tym temacie:

Mieliśmy szansę utrzymania zerowej stawki podatku. „O tym trzeba było pomyśleć w momencie negocjacji przed przystąpieniem Polski do Unii. A wtedy walczono o różne inne rzeczy - o mleko, rolnictwo, stocznie... O kulturze myślano niewiele - to błąd, za który cenę teraz płacimy.”
Zdrojewski mówi w rozmowie z "GW", że zabiegał o to, by - jeśli nie uda się utrzymać zerowej stawki VAT na książki - by w Polsce obowiązywała najniższa stawka uprzywilejowana, czyli 5 procent, a nie 8. - Trzeba pamiętać, że każdy kraj UE decyduje, jaką ma stawkę podstawową - mówi minister Zdrojewski.”

Nie wiem, czy wypowiedź ta to typowa retoryczna biegunka polityka, ale trochę się kupy nie trzyma.

Z jednej strony bowiem Zdrojewski tłumaczył, że nic się w temacie VATu książkowego nie dało zrobić, bo decyzje zapadły wcześniej. Z drugiej strony wyraźnie podkreślił to, że „jeśli nie uda się utrzymać zerowej stawki VAT...” Zaraz. Jedno z dwojga. Albo nie dało się zmienić decyzji, które zapadły, albo się dało, tylko ktoś nie podołał. Nie znam warunków „akcesyjnych”, ale coś mi się wydaje, że gdyby się ministry nasze odpowiednio postarały, to z problemami, bo z problemami, ale dali by radę zmienić ten zapis. Śmiem twierdzić, że Zdrojewski niespecjalnie się przykładał do tych „starań o utrzymanie zerowej stawki VAT”. Minister starał się za to zaprezentować siebie samego jako „dobrego wujka”, który wywalczył 5% zamiast 8%. Wydaje mi się, że nie musiał jakoś specjalnie walczyć, bo pewnie uznano, że przy 8% książki będą już tak drogie, że nikogo nie będzie na nie stać. I, co prawda, mało kto będzie chciał umierać za książki (zwłaszcza w naszym kraju), to już ludzie mogliby się bardzo zdenerwować podwyżką cen podręczników szkolnych o 30-40%.

Ciekawostka – ministry nasze tłumaczyły, że nie mogliśmy utrzymać 0% stawki VAT na książki, bo byłoby to niezgodne z przepisami w UE. Powoływali się na jakieś konkretne ustawy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że taka Wielka Brytania ma nadal 0% stawkę VAT (ale to pewnie dlatego, że to biedny kraj jest i nikogo by nie było stać na droższe książki). Zapewne ma taką stawkę dlatego, że ktoś o to zadbał. Pytanie, które należy sobie postawić, jest następujące – dlaczego u nas nikt nie umiał o to zadbać? Odnoszę wrażenie, że ministrowie składając w Brukseli wniosek o przedłużenie okresu, w którym obowiązywałby 0% VAT na książki, dodali adnotację „tylko żebyście nam tego wniosku nie przyjęli!”

Ciekawostka nr 2 (która szokiem może być jedynie dla bardzo naiwnych ludzi): „W 2009 r. w Polsce sprzedano łącznie 144 mln książek, w zeszłym roku 107 mln. Jeśli ta tendencja będzie się utrzymywać, polscy drukarze nie będą mieli co robić dla polskich wydawców” Szok, nieprawdaż? Książki podrożały i kupuje się ich mniej. Któż mógł przewidzieć taki scenariusz...

No dobrze” – może w tym momencie powiedzieć czytelnik bloga – „na cholerę nam tu przypominasz o tej prehistorii?” Powód jest prosty. Nasi cudowni rządzący (w osobie Ministra Zdrojewskiego) po raz kolejny usiłują „pomóc” czytelnikom.

Polska Izba Książki zaproponowała Ustawę o książce, której celem jest "zwiększenie poziomu czytelnictwa poprzez zapewnienie powszechnego dostępu do książki na terenie całego kraju i urozmaicenie oferty wydawniczej".”

Zanim ktoś krzyknie „yaaay” i ucieszy się z tego, że „WRESZCIE ktoś coś robi w celu zwiększenia poziomu czytelnictwa”, niech poczyta dalej:

Cel ustawy jest dobry, ale PIK chce go osiągać, stosując dziwaczny środek. Podstawowym założeniem ustawy jest wprowadzenie stałej ceny na nowości wydawnicze. Ta cena będzie ustalana przez wydawcę  i przez określony czas będzie obowiązywać u wszystkich sprzedawców końcowych.”

Super pomysł, nieprawdaż? Wydawca wymyśla sobie cenę i wszyscy sprzedawcy końcowi muszą się dostosować. Jeśli jakaś sieciówka chciałaby sprzedawać nowość taniej (bo to przyciąga klientów), to dzięki tej ustawie nie miałaby takiej możliwości. Insza inszość to fakt, że jeśli ustawa objęłaby literalnie wszystkich sprzedawców końcowych, to najbardziej w tyłek dostałyby księgarnie internetowe. Bo jeśli ktoś miałby u nich zapłacić tyle samo, co w księgarni „zwykłej”, to po cholerę pokrywać jeszcze koszty wysyłki?

Oddajmy głos Zuzannie Łazarewicz (Dodo Editor Studio Wydawnicze): „Naszym zdaniem książka powinna być traktowana przede wszystkim jako dobro kultury, a nie towar. Opowiadamy się za stałą ceną książek, bo sprzeciwiamy się dzikim rabatom. Dzięki nowym przepisom książka mogłaby się stać - paradoksalnie - tańsza, bo wydawca nie musi nadawać marży, którą później się obcina.”

Nie rozumiem, jak usztywnienie cen książek miałoby wpłynąć na to, że będą tańsze. „Wydawca nie musi nadawać marży” - to mi się kojarzy z pobożnymi życzeniami. Wydawca w pierwszej kolejności chce zarobić. Jeśli dostanie do ręki narzędzie, które sprawi, że wszyscy będą musieli sprzedawać książki po cenach przez niego ustalonych, to niech mi ktoś powie – czemu niby miałby chcieć zarobić mniej niż więcej? Czy sformułowanie „książka mogłaby się stać tańsza”nie brzmi nieco naiwnie ?

Poza tym – pojawia się tu konflikt interesów. „Dzikie rabaty”, choć dla małych księgarzy mogą być zabójcze, dla niektórych ludzi są jedyną okazją do tego, aby zaopatrzyć się w książki. Podniesienie cen - bo tym właśnie się skończy ukrócenie „dzikich rabatów” - może doprowadzić do tego, że tacy ludzie w ogóle książek nie będą kupować, a chyba nie o to chodzi pomysłodawcom.

Teraz zacytujmy ministra Zdrojewskiego, który moim zdaniem„odleciał był”:

Utrzymanie całkowicie sztywnych cen na nowości książkowe nie jest możliwe. Możemy natomiast dyskutować o sztywnych cenach na określony czas. Chodzi o to, by cena była adekwatna do kosztów powstania książki, co zaradziłoby wielu problemom, jak choćby piractwu.”

Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, w jaki sposób likwidacja „dzikich rabatów” miałaby zaradzić piractwu? W jaki sposób podwyższenie cen w sieciówkach (bo do tego się sprowadzi likwidacja rabatów) ma sprawić, że ludzie będą te książki częściej kupować? Właśnie sobie wyobrażam proces decyzyjny: „co prawda nie było mnie stać na nową książkę za 30 złotych i dlatego ją ściągnąłem z netu, ale za tę samą nową książkę jestem gotów zapłacić 35 złotych, bo wiem, że dzięki temu wspieram małe księgarnie”.

Być może ktoś mi zarzuci wiarę w teorie spiskowe, ale wydaje mi się, że nasi rządzący celowo nie walczyli jakoś specjalnie zajadle o utrzymanie zerowej stawki VAT na książki. Gdyby im na utrzymaniu tejże stawki zależało, to raczej nie czekaliby z działaniami aż do ostatniego roku jej obowiązywania. PO rządzi nami od 2007 roku i przez kilka lat nie robiło nic w tej materii. Skąd pomysł, że nie robiło? Ano stąd, że nic nam o tych działaniach nie wiadomo. Wątpię w to, że nikt by się takimi działaniami nie pochwalił („no, próbowaliśmy przez kilka lat, ale się nie udało...”). Niemrawa walka o 0% mogła mieć bardzo prostą przyczynę - chęć łatania budżetu. Zielona wyspa zieloną wyspą, ale w 2010 roku wiadomo było, że będziemy mieć spore problemy. Zapewne ktoś wpadł na to, że „hej, ten 5% VAT pomoże nam załatać dziurę budżetową!”. Pomysł genialny w swej prostocie, nieprawdaż? Tyle, że jak się popatrzy na efekty, to wydaje się on już nieco mniej genialny. W 2012 roku sprzedano ponad 25% książek mniej niż w roku 2009 – takiego spadku nie zrównoważy 5% stawka VAT.

Człowiek rozumujący w sposób logiczny wpadłby już na to, że mechanizm „wyższa cena = mniejsza sprzedaż” oraz „niższa cena = wyższa sprzedaż” istnieje i że można by go w jakiś sposób wykorzystać. No chyba, że minister Zdrojewski uznał, że ludzie kupują tańsze książki „na złość małym księgarniom” i że nie ma to nic wspólnego z faktem, że książki są po prostu cholernie drogie.

Usztywnienie cen też może być podyktowane chęcią zwiększenia wpływów do budżetu i ustabilizowania tych wpływów. Teraz, ze względu na olbrzymią rozpiętość cen (dochodzącą czasem do 20 złotych różnicy), ciężko prognozować, „ile państwo zarobi na książkach”. W teorii po usztywnieniu cen takie prognozowanie będzie łatwe. Czemu w teorii? Bo zapewne nikt nie wpadł na to, że likwidacja „dzikich rabatów” z pewnością doprowadzi do kolejnego spadku sprzedaży książek, a to z kolei zmniejszy wpływy do budżetu.

Bądźmy szczerzy – budżet sobie można bilansować na różne sposoby. Pytanie, które należy sobie postawić dotyczy tego, czy w Polsce, w której czyta bardzo mało osób, faktycznie „stać nas” na to, żeby łatać dziury budżetowe kombinowaniem przy cenach książek. Ja oczyma wyobraźni widzę ministra, który po kolejnym spadku sprzedaży na rynku książek tłumaczy: „Kto mógł przypuszczać, że likwidacja dzikich rabatów i usztywnienie cen sprawi, że ludzie będą kupować mniej książek i ściągać więcej z internetu? No kto?”



Źródła:





11 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Się nie znasz, oni po prostu chcą uzdrowić czytelnictwo. Śmiem twierdzić, że polskie czytelnictwo może nie przeżyć tej kuracji.

      Usuń
  2. Słowa klucze: "I przez określony czas będzie obowiązywać u wszystkich końcowych sprzedawców". Książka wchodzi do sprzedaży i ma wyznaczona cenę 40 PLN przez określony czas - a więc załóżmy trzy miesiące, to masz gwarancję, że po trzech miesiącach książka będzie tańsza. Kupisz jakąś książkę trzy miesiące po jej premierze, bo wiesz, że za trzy miesiące jej cena spadnie o 25%. Finalnie jest to przesunięcie premiery o trzy miesiące (lub inny określony czas). We Francji jest rynek regulowany od górnie a czyta 69%. No tak racja, we Francji zarabia się dużo więcej. W Czechach czyta 87% [dane z 2010 roku] a płaca minimalna to ok. 1300 PLN - a książki obecnie opodatkowane są na 15%.
    Żeby była jasność - nie bronię tu Ministra Zdrojewskiego. Ale jeżeli chodzi o stan czytelnictwa w państwie polskim, to nie składają się nań tylko ceny książek. Doskonale wiemy, że istnieją takie instytucje jak biblioteki, antykwariaty, księgarnie z tak zwaną tanią książką, osobiste biblioteczki, biblioteki znajomych - na czytanie jest mnóstwo sposobów. Trzy paczki papierosów - jedna książka. Przez rok można wygospodarować te 40 PLN i kupić książkę. 60 % nie czyta - to nie znaczy, że 60 % obywateli żyje na skraju nędzy, oznacza to, że nie odczuwają oni potrzeby czytania. W bibliotekach nie ma nowości? Owszem, ale jest tyle książek w zasobach bibliotek publicznych, że - jeżeli tylko ktoś by chciał - to by znalazł coś dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na samym początku zaznaczę, że jestem przeciwnikiem porównywania krajów do siebie. Bo ani się człowiek obejrzy a porówna Polskę do Danii (bo chyba tam jest VAT na książki najwyższy) - w której książki drogi a czytelnictwo stoi na bardzo wysokim poziomie (tzn dużo ludzi czyta). Ok - gdzie indziej reguluje się ceny, tyle że u nas - to nie jest gdzie indziej i trzeba te pomysły dopasowywać do naszego hmmm "kręgu kulturowego".

      "załóżmy, że na trzy miesiące" - to argument tego samego kalibru co "wydawca nie musi marży wysokiej dawać" i "książki mogły by stanieć". A co jeśli ktoś dowali 6 miesięcy? No ok - mogę poczekać i 6, ale mogę (za przeproszeniem) mieć w dupie i ściągnąć sobie pirata na kindle'a i nie czekać na obniżki. I to jest właśnie jeden ze sposobów na czytanie, którego nie wymieniłeś.

      Wymieniłeś za to insze, które nie mają najmniejszego wpływu na poziom czytelnictwa. Cena zaś ma gigantyczny wpływ - vide 37.000.000 spadek ilości sprzedanych książek - spowodowany wzrostem VATu. Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że ów spadek nic a nic nie przełożył się na pogorszenie stanu czytelnictwa w naszym kraju.

      Owszem - kultury czytania u nas prawie nie ma, owszem czytelnictwo trzeba wspierać, ale jakim cudem ten pomysł miałby czytelnictwu pomóc? (założenie jest takie, że MA pomóc).

      Usuń
  3. Jeżeli wychodzimy z założenia "mogę poczekać i 6, ale mogę (za przeproszeniem) mieć w dupie i ściągnąć sobie pirata na kindle'a i nie czekać na obniżki." Pewnie, masz wolną wolę i możesz ściągać co chcesz i kiedy chcesz. Ale czy książka traci na wartości "czytanej" jeżeli zostanie przeczytana 6 miesięcy po premierze? Jeżeli wychodzisz z takiego założenia, to po co w ogóle kupować, jeżeli można ściągnąć pirata na kindle'a [który kosztuje ok 400 PLN - a więc jest w cenie 10 książek - porównanie zupełnie na marginesie). Tylko ja się pytam, co się dzieje z narodem, który zakłada sobie, że będzie kradł?

    Na spadek ilości sprzedanych książek nie wpłynął tylko VAT - jest to tendencja wieloletnia. Zmiana przyzwyczajeń i przyspieszenie tempa życia.

    Czemu nie ma co porównywać krajów do siebie? Porównywanie tworzy pewnego rodzaju rywalizację i tak było od zawsze. Wszelkiego rodzaju zawody sportowe opierają się na porównaniach - w biegach na 100 metrów porównuje się czas, najszybszy wygrywa. Nie ma tam poprawek - Pan pochodzi z Dani +0,15 s. ponieważ u was jest dobrobyt, Pan jest z Etiopii -0,95 s. ponieważ Etiopia jest biednym krajem i nie miał Pan tak dobrych warunków szkoleniowych jak kolega z Dani.

    Porównywać należy - następnie analizować a końcową fazą jest wyciąganie wniosków i opracowywanie strategii. Ponieważ każda sytuacja "zastnana" może być przeanalizowana i w jakimś stopniu poprawiona.

    Jeżeli nie stać mnie na Ferrari to go nie kradnę - szukam czegoś innego, tańszego, co zaspokoi moje potrzeby a jednocześnie mieści się w moich możliwościach finansowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "co się dzieje z narodem, który zakłada, że będzie kradł" może zamiast tego: "co się dzieje z narodem, którego nie stać na książki?"

      Nie przemawia do mnie agitka o złodziejstwie z prostej przyczyny - jeśli w dniu dzisiejszym zsumowałbym mój księgozbiór z księgozbiorem mej szanownej rodzicielki - to pewnie było by to gdzieś tak ze 2.500 tomów. Można więc śmiało powiedzieć, że wydawanie znacznych sum pieniędzy na książki - jest w moim przypadku rodzinne. Ponieważ prócz kupowania książek - czytam je również - uważam się za osobnika dość świadomego.

      I jako osobnik świadomy - nie rozumiem, czemu mam tolerować 50% zwyżkę cen książek. Bestseller w 2009 roku (w dużej sieciówce) kosztował 33.90 - w 2011 roku ten sam autor (inszy bestseller, ale ta sama sieciówka) kosztował 49.90 (miękka oprawa). Jestem świadomy tego, że jedyną przyczyną tej podwyżki - była indolencja rządzących. Czemu ja mam ponosić odpowiedzialność (finansową) za ich głupotę?

      Wydaje mi się, że te niemrawe protesty wydawców (kiedy ważyły się losy VATu) wynikały z tego, że jednak po cichu liczyli na to, że po prostu więcej zarobią. Liczyli więc na to, że jeśli ktoś wydawał rocznie 1200 złotych na książki (kupując 40 książek w cenie 30 złotych każda), bez mrugnięcia okiem kupi 40 książek w cenie 45 złotych każda - wydając na nie 1800 złotych. Ja nadal kupuje sporo książek, ale nie tyle ile kupowałem wcześniej - to czego nie kupie - z hostingów ściągam. I owszem kindle kosztuje 400 złotych. Inwestycja zwróciła mi się gdzieś tak po 2 miesiącach niecałych.

      Czemu nie porównywać krajów do siebie? Bo to absurd jest. No chyba, że porównując np poziom czytelnictwa- bierzesz pod rozwagę wszystkie czynniki/uwarunkowania kulturowo-ekonomiczne. Jeśli porównujesz jedynie liczby końcowe - to niestety osiągasz poziom człowieka, który twierdzi, że Polska go okrada bo Anglik na tym samym stanowisko co on zarabia 8x więcej pieniędzy. Skoro więc w Polsce on zarabia 8x mniej - to znaczy, że 87,5% kradnie Polska.

      "Na spadek ilości książek wpłynął nie tylko VAT". Czy Ty aby dokładnie przeczytałeś te dane? 25% spadek ilości zakupionych książek -do którego doszło w przeciągu 3 lat - określasz mianem "tendencji wieloletniej"?

      A tak na sam koniec - czy to porównanie książki do Ferrari - to tak na serio? Porównanie bestsellera do cholernie drogiego auta - jest moim zdaniem nieco chybione. Bo wiesz - od tego, że człowiek nigdy nie będzie miał ferrari - może ucierpieć jedynie jego duma. Od tego, że człowiek nigdy nie kupi książki - może ucierpieć cały naród.

      Usuń
  4. "co się dzieje z narodem, którego nie stać na książki?" - wystarczy spojrzeć za okno ;-)

    Minister Zdrojewski organizujący "wydatki" na kulturę musi brać pod uwagę budżet państwa i to nie on ma ostateczne zdanie w tej kwestii. Zła organizacja państwa to już zupełnie inna bajka.

    Nie uprawiam żadnej agitacji. Sam mam w domu okołu 700 tytułów, a u rodziców spoczywa kolejnych 1000. Kradzież to kradzież - nie ważne kto kradnie i jak, zjawisko nadal oznacza to samo. Podam Ci prosty przykład: Do księgarni wchodzi młody człowiek, dobrze ubrany, pyta się gdzie znajduje się jakiś dział, rozmawia z obsługą. Podchodzi do regału z książkami spędza tam kilkanaście minut czytając opisy książek, po czym dyskretnie chowa dwie książki do torby i zmierza ku wyjściu. Pracownik wyciąga z jego torby dwie książki, na co złodziej w obudzeniu mówi "Wielkie rzeczy bo ukradłem dwie książki". Kradzież to kradzież.

    Przedstawiłem porównanie do Czech, gdzie płaca minimalna jest niższa, VAT jest wyższy, kraj przez wiele lat doznawał ucisku komunizmy (pewnie jeszcze bardziej niż Polska), PKB na osobę jest wyższy. Naturalnie nie da się dobrać państwa porównawczego z dokładnie takimi samymi współczynnikami.

    Spadek czytelnictwa jak również sprzedaży książek nie rozpoczął się trzy lata temu - jest to proces trwający dłużej. Aktualnie obserwuje się wzrost wydawanych książek dla dzieci, co pozwala mieć nadzieję, ze społeczeństwo zacznie przygodę z książką od maleńkości (tu ukłony w stronę młodych rodziców). Na stan czytelnictwa miał wpływ również wolny rynek - zachłyśnięcie się możliwościami, które docierały do nas po roku 1989.

    Jestem głęboko przekonany o tym, że jeżeli nie przeczytam "Inferno" czy najnowszej powieści Johna Le Carre to nie wpłynie to znacząco na mój rozwój intelektualny. A brak lektury nie wpłynie na nasz naród.

    Ferrari - przesadziłem. Ale chodzi o wychwycenie ogólnego sensu. Zamiast "Inferno" mogę sobie kupić przewodnik po sztuce (zdaję sobie sprawę, że będzie droższy, ale zdecydowanie ma wyższą wartość intelektualną) a nawet jeżeli będzie droższy to może jakoś człowiek da radę uciułać te 60 PLN rezygnując z innych "przyjemności"

    Cena jest czynnikiem wpływającym na czytanie - ale nie można twierdzić, że tylko i wyłącznie cena warunkuje czytelnictwo w Kraju nad Wisłą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak się tylko wtrącę, że przeciętny czytelnik Dana Browna raczej nie jest fascynatem sztuki... ;) A poza tym co to za gadanie, że "brak nowego Johna Le Carre nie wpłynie znacząco na mój rozwój intelektualny?" To może zróbmy podwyżki cen tylko na książki "mało wartościowe", hmm? I obowiązkowa zniżka na noblistów, laureatów Nike, Orange Prize etc?

      Usuń
    2. "Minister Zdrojewski organizujący "wydatki" na kulturę musi brać pod uwagę budżet państwa i to nie on ma ostateczne zdanie w tej kwestii."

      Tym niemniej zależność "niższe podatki/akcyzy - wyższy poziom sprzedaży" to coś co prezes pewnej partii nazwałby "oczywistą-oczywistością".

      "Kradzież to kradzież - nie ważne kto kradnie i jak, zjawisko nadal oznacza to samo."

      Bardzo bym prosił bez karkołomnych analogii. Absurdalne jest porównywanie ściągnięcia książki z internetu - do kradzieży książki z księgarni. Mówienie o tym, że piractwo to kradzież - jest lekkim bezsensem. Czemu? Bo wydawca (czy to gry/czy to książki) tłumaczy, że "Gdyby nie ściągnął to by kupił, więc ściągając mnie okrada - wszak ja na tym tracę". Tylko, że to bzdura. Jeśli kogoś nie stać - to i tak by tej książki nie kupił. Amen.

      Jeśli jesteś fanem takich analogii - to co powiesz o kimś kto przychodzi do księgarni, bierze książkę z półki, siada i w ciągu 2-3 godzin czyta ją w całości (jak kto szybko czyta - jest to realne). Czy to też jest kradzież? W końcu - korzysta z jakiegoś dobra i za nie nie płaci. Zupełnie tak samo jak ktoś kto ściąga książkę z internetu.

      "Spadek czytelnictwa jak również sprzedaży książek nie rozpoczął się trzy lata temu - jest to proces trwający dłużej."

      Bardzo być może, ale o ile nie przedstawisz twardych danych liczbowych - to Twój argument nie ma żadnej wartości merytorycznej. FAKTEM jest to, że w ciągu trzech lat rynek księgarski się załamał - FAKTEM jest 25% spadek ilości sprzedanych książek (czyli rzeczone 37 milionów). To są fakty - Ty zaś tłumaczysz ten spadek jakimś wieloletnim trendem, którego nie udokumentowałeś w ogóle. Sami wydawcy stwierdzili, że rynek się zaczął załamywać w 2011 roku i to dokładnie od momentu, w którym zaczął obowiązywać VAT 5%.

      "A nawet jeżeli będzie droższy to może jakoś człowiek da radę uciułać te 60 PLN rezygnując z innych "przyjemności"

      A co jeśli nie może?

      "Cena jest czynnikiem wpływającym na czytanie - ale nie można twierdzić, że tylko i wyłącznie cena warunkuje czytelnictwo w Kraju nad Wisłą".

      Zgoda. Tylko, że nie można udawać, że ten czynnik nie istnieje.

      Usuń
  5. Moi drodzy. Z obserwacji poczynionych w róznych krajach wyciągam wniosek, że dostepność książek to jedna z pochodnych swobody gospodarczej. Owszem, mamy sporo punktów z "tanimi książkami", ale pod tym względem wcale nie jest tak dobrze, zwłaszcza w mniejszych miastach. Często bywam w Wielkiej Brytanii i tam aktykwariatów jest bardzo dużo. Na ogół bywam w mniejszych miasteczkach (takich po 5-10 tysięcy mieszkańców) i wszędzie udawało mi się znaleźć więcej niż jeden antykwariat z tanimi książkami wydanymi np.: rok wcześniej. A żeby taki antykwariat zalożyć to wiadomo - koszty, podatki, zatrudnienie etc.

    Oryginalny wydawca nie ma interesu w obniżaniu ceny książki, bo ona nie traci na wartosci (a gdyby miał zarabiać na ilości poprzez obniżenie cen, to by sam tak zrobił od samego początku). A gwarancją niskiej ceny na rynku wtórnym jest duża konkurencja. Tej zaś nie da się osiągnąć przy małym biznesie spętanym podatkami.

    Oczywiście kolejnym elementem układanbki są zarobki konsumenta. Łatwo jest biadolić, ze ludzie mało czytają, ale ile by pięknoduchy nie gadały górnolotnych fraz, książka jest towarem zbytkownym. Człowiek musi gdzieś mieszkać, musi coś jeść i fajnie, gdyby miał się gdzie umyć. A czytać może potem. Innymi słowy - należałoby się przyjrzeć czy spadek kupowania książek nie wynika przypadkiem z obniżenia stosunku zarobków do niezbędnych wydatków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieje, że to o biadoleniu - nie było zarzutem skierowanym do mnie - bo o ile ja biadolę nad tym - to wiem, że ma to nierozerwalny związek z diadą "zarobki vs ceny książek".

      "Oryginalny wydawca nie ma interesu w obniżaniu ceny książki" - AMEN

      "Owszem, mamy sporo punktów z "tanimi książkami" ale pod tym względem wcale nie jest tak dobrze, zwłaszcza w mniejszych miastach."

      Pełna zgoda. Ja się w ogóle spotkałem po raz pierwszy z instytucją "taniej książki" dopiero w dużym mieście (a konkretnie w Krakowie). W małych miastach coś takiego nie ma racji bytu (no chyba, że jako dodatek do "zwykłej" księgarni). W małych miastach - większość księgarń zapewne żyje od września do września (bo wtedy wszyscy kupują podręczniki).

      Usuń