środa, 21 czerwca 2023

Wojny sztabowe

Są chwile, w których pozwalam sobie na odrobinę optymizmu. No bo nie oszukujmy się, gdyby tam u nich w tej „Zjednoczonej Prawicy” wszystko grało i gdyby szło wszystko tak, jak to sobie wymyślili, to raczej szef sztabu by się nie katapultował.


O ile ktoś tam nie nagrywał partyjnych kolegów (pozdro dla Zbyszka), to zapewne nigdy się nie dowiemy o tym, jakie były prawdziwe przyczyny tej rezygnacji. Możemy jedynie sobie gdybać. Skoro zaś możemy, to sobie pogdybam.


Po pierwsze, kampania PiSowi idzie (eufemizując) bardzo, ale to bardzo źle. Partia Kaczyńskiego w poszukiwaniu „politycznego złota” skacze z tematu na temat i sieje zamęt wśród własnego elektoratu. Jak nie robak, to papież, jak nie papież, to "Lex Tusk”, jak nie „Lex Tusk”, to uchodźcy, jak nie „okiem młodych”, to partyjne konto na Tik Toku. Cebulą na torcie tego chaosu informacyjnego jest to, że ostatnio jeden z PiSowskich tuzów opowiadał, że jeżeli wygrają te wybory, to zreformują sądownictwo. No wiecie, po 8 latach rządów i po doprowadzeniu do sytuacji, w której Trybunał Przyłebski musi sprawdzić czy ustawa, na mocy której Trybunał Konstytucyjny zamienił się w ten Trybunał Przyłębski, to tak w ogóle jest zgodna z konstytucją, PiS składa obietnicę reformy sądownictwa.


O ile w 2015 PiS szedł do wyborów z obietnicami „dobrej zmiany” (zapomnieli wspomnieć o tym, że ta dobra zmiana będzie dotyczyć głównie sytuacji finansowej członków partii i ich rodzin) i mieli jakoś tak z grubsza określone to, co chcieli zrobić, to w 2023 PiS do wyborów idzie z pierdylionem haseł i obietnic. Tak, PiS do perfekcji opanował tzw. wielonarrację (tl;dr: zasypywanie suwerena milionem narracji, które mogą być wzajemnie sprzeczne, ale ponieważ każda z nich trafia do odpowiedniej grupy docelowej, sprzeczności nie mają znaczenia), ale teraz to już nie jest wielonarracja, tylko czysty chaos informacyjny. Ponieważ kampania PiSowi nie idzie, przechodzimy do punktu drugiego, czyli do presji, którą na Porębę wywierano.


O tym, jak duża musiała być ta presja świadczy choćby to, co działo się w kontekście „ofensywy internetowej PiSu”. Zamysł za tą ofensywą stał taki, żeby „dotrzeć do młodego wyborcy”. Jak to wyglądało w praktyce? Najpierw było „Okiem młodych”, które skończyło się totalną klapą. Potem była próba dotarcia do młodych przy pomocy influencera, który miał duże zasięgi (skończyło się to klapą). Jeszcze bardziej potem założono partyjne konto na Tik Toku (nie zgadniecie, jak to się skończyło, prawda?).


Wiecie co łączyło te wszystkie „próby dotarcia do młodego wyborcy”? To, że przekaz był absolutnie niedostosowany do odbiorców. W praktyce wyglądało to tak, że to było TVP Info, tylko że na Tik Toku. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie mam zbyt dobrej opinii o Tomaszu Porębie, ale nawet taki nienajostrzejszy ołówek w piórniku nie mógł być na tyle durny, żeby w pewnym momencie wpaść na pomysł „hmmm, wiecie co pomoże nam dotrzeć do młodych ludzi? Kilkanaście filmików z Kaczyńskim wrzuconych pod rząd!”. Ten przekaz był tak toporny, że bezproblemowo dało się rozpoznać w tym wpływ „czynników decyzyjnych”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że za tym, że filmiki z Kaczyńskim się pojawiły na Tik Toku stał albo on sam (o ile, rzecz jasna, jeszcze ogarnia na tyle rzeczywistość), albo ktoś z jego bliskiego otoczenia.


Rzecz jasna mocno dyskusyjne jest to, czy ta „ofensywa internetowa PiSu” miała jakiekolwiek szanse powodzenia. Moim zdaniem miała raczej niewielkie, bo nie da się w ciągu paru miesięcy nadrobić prawie ośmiu lat zaniedbań. Niemniej jednak wymieszanie topornej propagandy PiSowskiej z „soszjalami” praktycznie gwarantowało porażkę tejże „ofensywy”. Im większą presję wywierano na Porębe, tym gorzej im szło. I teraz dochodzimy do punktu trzeciego, czyli tego, skąd w ogóle ta presja się wzięła?


Presja stąd, że gdy w 2015 młodzi PiSowcy dostali wolną rękę, to rezultaty ich działań było widać momentalnie (PiS totalnie zdominował wtedy soszjale). Poza tym, te ich działania doprowadziły do tego, że mało komu znany Andrzej Duda (z którego na początku prawicowy publicyści mieli bekę, a zwykli ludzie mylili go z Piotrem Dudą), z sondażu na sondaż poprawiał swój wynik.


W tym miejscu dygresja krótka: jeżeli chodzi o PiSowską dominację w social media, to ona się w pewnym momencie skończyła, aczkolwiek ciężko wskazać konkretne zdarzenie, które do tego doprowadziło. To się po prostu „działo”, ale PiS na to nie zwracał uwagi, bo miał już „swoje” media, więc „czynniki decyzyjne” doszły do wniosku, że internety nie są im potrzebne. Ponieważ dla PiSu te wybory są bardzo ważne (z miliardów przyczyn), chciano znowu „przejąć” internety albo przynajmniej zrobić coś, żeby dominacja opozycji nie była aż tak bardzo przygniatająca.


Ponieważ czynniki decyzyjne PiSu już jakiś czas temu zaliczyły spore puszczenie się poręczy, nie docierało do nich to, że pewnych rzeczy najprawdopodobniej nie da się już nadrobić. Nikogo to nie obchodziło. Czynniki decyzyjne zażyczyły sobie „ofensywy internetowej”? Czynniki dostały ofensywę internetową. Gdy się okazało, że ta ofensywa średnio idzie, czynniki decyzyjne zaczęły wywierać presję, żeby „naprawić” tę ofensywę. Z tego wyszło coś w rodzaju Uroborosa: im większa była presja, tym gorzej szła ofensywa, a im gorzej szła ofensywa, tym większa była presja. Zresztą, już sam fakt zastąpienia Poręby Brudzińskim pokazuje, jak bardzo duży wpływ na kampanie miało otoczenie Kaczyńskiego.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Zaraz po tym, jak Poręba opublikował swój wpis o tym, że on to jednak już nie chce, pojawiło się zylion komentarzy odnośnie tego, że tak właściwie, to nie on zrezygnował, ale jego zrezygnowali. Moim zdaniem było jednak tak, że to była jego własna decyzja. Świadczy o tym końcówka jego twitta: „.Dziś na tym stanowisku potrzebny jest ktoś z nową emocją i energią. Za którym stanie się murem”. Być może to tylko moja nadinterpretacja, ale to „Za którym stanie się murem”, brzmi moim zdaniem dość jednoznacznie.


Już po napisaniu powyższego kawałka, natknąłem się na artykuł, w którym pojawiają się jakieś „kulisy” całej sprawy. Najbardziej rozbawił mnie ten fragment: „Jak się okazuje, do konwencji własnej partii postanowił wrócić sam Jarosław Kaczyński.  Prezes na kilku spotkaniach miał wyrazić zdziwienie kosztami imprezy. Nie wiedział, że to będzie aż tyle. Mówi się o kwocie nawet 3,5 mln zł. To są ogromne pieniądze. Podobno prezes jest zbulwersowany i kazał zrobić analizę finansową wydarzenia”. Przyznam szczerze, że artykuł, z którego pochodzi powyższy cytat, czytałem późno w nocy i musiałem się bardzo powstrzymywać przed tym, żeby nie ryknąć śmiechem i nie pobudzić rodziny.


Czy polscy dziennikarze mogliby się nauczyć czegoś takiego, jak „krytyczne podejście do zdobytych informacji”? Ja jestem przekonany o tym, że autor artykułu słowo w słowo przepisał to, co mu powiedziano. Nie zastanowił się jedynie na tym, po co mu to powiedziano. No bo tak na serio, ludzie, czy ktokolwiek uwierzy w to, że Kaczyńskiego obeszło to, że konwencja kosztowała 3.5 bańki? Przecież ona równie dobrze mogła kosztować 70 milionów, a prezes i tak miałby to w dupie. Problemem (z punktu widzenia Kaczyńskiego) tej konwencji nie było to, że „była droga”, ale to, że nie okazała się „gamechangerem”.


Miałem ten tekst już wrzucać, ale wtedy okazało się, że Genialny Strateg wrócił do rządu. Rzuca to sporo światła na to, czemu Poręba się katapultował. O ile w 2015 roku sztab faktycznie miał wolną rękę (głównie dlatego, że Genialnemu Strategowi się wydawało, że Duda nie ma szans, tak więc niech się tam bawi ten sztab, a potem dorośli zajmą się wyborami parlamentarnymi), to w 2023 Poręba miał jedynie dawać twarz sztabowi. Tzn może inaczej: jego pomysły były realizowane, ale realizowano je tak, jak sobie tego zażyczył Genialny Strateg. Ironia losu polegała na tym, że gdy te wszystkie pozmieniane pomysły nie działały, to Poręba za nie obrywał od partyjnych kolegów, którzy doskonale wiedzieli, że tak po prawdzie to nie jest jego wina. Przyznam szczerze, że trochę mnie to bawi.


Źródła:


https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/gigantyczne-koszty-imprezy-pis-kaczynski-byl-zbulwersowany/q84bz5l



https://twitter.com/TomaszPoreba/status/1669815183349362690



https://tvn24.pl/polska/jaroslaw-kaczynski-wraca-do-rzadu-politycy-komentuja-7184530


czwartek, 15 czerwca 2023

Hejterski Przegląd Sondażowy #1

Poniższą notką chciałbym zainaugurować cykl tekstów, w ramach którego to cyklu będę się pastwił nad sondażami-krzakami (czasem pewnie zdarzy się też zahaczyć o badanie innego rodzaju, ale sondaży będzie najwięcej).


To miała być kolejna wrzutka na temat kolejnego sondażu z (eufemizując) spieprzoną metodologią, ale jak sobie do niej zasiadłem, to się okazało, że pojawiły się dwa kolejne sondaże, o których warto by było wspomnieć (bo są równie spektakularne). Ja wiem, że sondaże-krzaki (i badania, których metodologia pozostawiała wiele do życzenia) się u nas zdarzały, ale teraz jest tego po prostu zatrzęsienie.


Nawiasem mówiąc, ja rozumiem, że jak się za robienie jakiegoś sondażu bierze CBOS albo Social Changes, to wiadomo, czego się można spodziewać. Wiadomo również, że w tych ośrodkach badawczych nikomu jakoś specjalnie nie zależy na metodologii poprawnej (bo przecież nie chodzi tam o żadne poprawne wykonane badania, ale o udowodnienie jakiejś tezy).


Niemniej jednak zastanawiam się nad tym, jak przebiega proces decyzyjny w ośrodkach badawczych, które chcą uchodzić za poważne (czyli nie takie jak CBOS i Social Changes). Ok, wiem, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, ale przecież te sondaże-krzaki mogą mieć wpływ na wiarygodność danej sondażowni.


Dzisiaj zajmiemy się trzema sondażami. Pierwszy z nich należy do kategorii, która się ostatnio rozpleniła bardzo. Tą kategorią jest robienie sondaży, w których nie bada się poparcia, ale pyta się respondentów o to, „kto ich zdaniem wygra wybory”. Tym razem pytanie było inne, albowiem zapytano respondentów o to „jak ich zdaniem zakończą się najbliższe wybory w Polsce?” (sondaż przeprowadziło United Survey). Czemu przeprowadzono tego rodzaju badanie, zamiast normalnego sondażu? Pewnie dlatego, że takie było zlecenie Wirtualnej Polski. Nie pytajcie mnie, po co WP zleca przeprowadzenie tego rodzaju sondaży, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to walka o kliknięcia i zasięgi.


O ile ten sondaż był dość typowy, to dwa sondaże, które przeprowadził ostatnio IBRIS, to była klasa sama w sobie. Oba przeprowadzono w dniach 9-10 czerwca. W obu pytanie, które postawiono respondentom było bardzo spektakularne.


W pierwszym (dowiedziałem się o tym dlatego, że pochwalił się nim Szymon Hołownia [za moment będzie jasne, dlaczego się nim pochwalił]) pytanie brzmiało następująco: „Które ugrupowania na polskiej scenie politycznej w największym stopniu sprzyjają interesom Rosji?” Odpowiedzi rozłożyły się następująco: PiS - 23,2 proc, KO - 23,1 proc, Konfederacja - 13,6 proc, Lewica - 8,4 proc, AgroUnia - 5,1 proc, PSL - 0,4 proc, Polska 2050 Szymona Hołowni - 0 proc (i już wiadomo, czemu Hołownia się tym sondażem emocjonował), Nie wiem/Trudno powiedzieć - 26,2 proc.


Mam nadzieje, że członkowie ugrupowania „Nie wiem/Trudno powiedzieć” staną przed Państwową Komisją do spraw badania wpływów rosyjskich. Nieco zaś bardziej na serio, to takie rezultaty się dostaje, jak się zadaje respondentom źle skonstruowane pytanie. W tym miejscu krótka anecdata. Jak studiowałem jeszcze tę socjologie, to nas uczono (na kursach dotyczących badań), że pytanie ma być zrozumiałe dla respondenta.


Poza tym (co równie istotne) musimy mieć pewność, że respondent ma wiedzę wystarczającą do odpowiedzi na zadane pytanie. Rzecz jasna, można ten drugi punkt (z wiedzą) pominąć, ale wtedy istnieje bardzo duże ryzyko, że respondent potraktuje pytanie tak, jak robi to publiczność w programie „Milionerzy” (jeżeli nie będzie wiedzieć, o co chodzi, to wybierze którąkolwiek odpowiedź, bo nie ma innej opcji).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Pamiętam, jak na jednych zajęciach omawialiśmy czyjąś ankietę i zwróciliśmy uwagę na to, że no generalnie to odpowiedź na pytania wymaga sporej wiedzy, tak więc mamy do czynienia z tzw. „błędem znawstwa”. Jakież było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że nie mamy racji, bo jedną z możliwych odpowiedzi jest „nie wiem”.


Czy dodanie tego „nie wiem” (czy też „trudno powiedzieć”) cokolwiek zmienia? Oprócz samopoczucia autora pytania raczej niewiele. Respondent musi rozumieć pytanie. Jeżeli go nie rozumie, to wyniki będzie sobie można wsadzić w buty. Przykładowo: o jaką formę sprzyjania chodziło w pytaniu? O militarne? Ekonomiczne? Czy też może sprzyjanie w wymiarze społecznym (np. podejście do wszelkiej maści mniejszości)? Jeżeli respondenci nie wiedzą o co są pytani, to sondaż (razem z wynikami) można sobie wsadzić w buty.


To był drugi sondaż, teraz pora na trzeci sondaż. W tym przypadku IBRIS zapodał jeszcze bardziej spektakularne pytanie. Otóż respondentom zadano pytanie o następującej treści: „marsz 4 czerwca, w którym mogło wziąć udział nawet pół miliona osób, to znak, że partie opozycyjne po jesiennych wyborach przejmą władzę w Polsce”


Gdyby w Sevres znajdował się wzorzec „źle skonstruowanego pytania badawczego”, to byłoby to właśnie to pytanie. Zacznijmy od tego, że pytanie ma sugerującą treść (tl;dr: pytanie skonstruowane tak, że sugeruje respondentowi, która odpowiedź jest „właściwa”). Po drugie, treść pytania jest cokolwiek niezrozumiała. Po trzecie, znowu mamy do czynienia z tzw. „błędem znawstwa”. Bo niby skąd respondent ma wiedzieć, czy między tym marszem, a wynikiem wyborów w ogóle wystąpi jakaś zależność i na czym będzie ona polegała? Po czwarte, co w sytuacji, w której respondent nie zgadza się z tym, że w tym marszu wzięło udział „prawie pół miliona osób”? Po piąte i to jest w sumie najcięższy zarzut (który można uznać za piętrowy błąd znawstwa): skąd respondent ma wiedzieć, które partie badacz zalicza do partii opozycyjnych? Przecież w komentarzach do części sondaży pojawiają się wyliczenia PiS + Konfa i „reszta opozycji”. Skąd respondent ma wiedzieć, jak potoczą się rozmowy koalicyjne?


Ja wiem, że zawsze w takiej sytuacji ktoś może powiedzieć, że może i te sondaże są takie, a nie inne, ale one po prostu badają to, „jak myślą ludzie”. I wszystko fajnie tylko, że jakoś tak się złożyło, że istnieje coś takiego jak metodologia badań i z jakiegoś powodu jest ona taka, a nie inna. Jeżeli ma się w dupie metodologię, to w praktyce można sobie w tych słupkach sondażowych powpisywać cokolwiek. Wyniki będą tak samo legitne. Osobną kwestią jest to, że jeżeli ktoś średnio się przejmuje metodologią w trakcie układania pytań, to może tę metodologię mieć w dupie również w trakcie doboru próby. Do tej pory w kreatywny dobór próby bawił się głównie CBOS (no chyba że ktoś na serio wierzy, że oni wszystko robią, jak trzeba i zupełnym przypadkiem im wychodzi, że frekwencja w wyborach będzie powyżej 70% [jakiś czas temu dojechali do 79%]), ale nie można wykluczyć, że owa przypadłość rozprzestrzeni się na inne ośrodki badawcze.


Tak na sam koniec. Jestem autentycznie ciekaw tego, jak długo potrwa ta biegunka sondażowa. W teorii, powinna wyhamować po wyborach parlamentarnych, ale w praktyce potem będą wybory samorządowe, a w 2018 już były ogólnopolskie sondaże z pytaniem „kto wygra wybory w Warszawie”, tak więc może być bardzo różnie.


Tak na drugi koniec: niebawem pojawi się pewnego raportu żałobny rapsod* (tak, chodzi o ten raport, z którego wynikało, że młodzież się zrobiła uber-konserwatywna, miałem to napisać już jakiś czas temu, ale nie mogłem się zebrać, tak więc wrzucę to w kolejnym odcinku Hejterskiego Przeglądu Sondażowego).


*żałobny, bo ów raport został zdradzony o świcie przez sztabowców PiSu.




Źródła:

https://wiadomosci.radiozet.pl/polska/polityka/sondaz-ibris-ktore-partie-sprzyjaja-rosji-tak-uwazaja-polacy

https://wiadomosci.wp.pl/pis-odda-wladze-mamy-najnowszy-sondaz-6908633119255104a

https://polskieradio24.pl/5/1222/artykul/3188660,marsz-opozycji-nie-zaprowadzi-jej-do-zwyciestwa-polacy-zdecydowani-w-sondazu

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,29779846,sondaz-po-ogloszeniu-planow-waloryzacji-500-plus-pomysl-pis.html





wtorek, 6 czerwca 2023

Niereformowalni

Po cichu liczyłem na to, że ten niedzielny marsz się okaże frekwencyjnie lepszy od tego politycznego wiecu Prawa i Sprawiedliwości sprzed dwóch miesięcy (który to więc dla niepoznaki nazwano „marszem papieskim”). Liczyłem na to dlatego, że (to pewnie będzie dla niektórych z was szok) czasami bywam złośliwy i lubię patrzeć, jak ktoś wchodzi na grabie, które sam sobie podłożył pod nogi. 


O PiSie można powiedzieć bardzo wiele i jedną z takich rzeczy jest to, że PiS się po 2015 absolutnie niczego nie nauczył. Dlatego też stosuje cały czas te same metody. Gdzieś ma być jakiś protest albo marsz? No to najpierw trzeba spróbować zadziałać „antyfrekwencyjnie” (przed niedzielnym marszem te próby były bardzo, ale to bardzo widoczne [doskonałym przykładem będzie tu spot z Auschwitz]).


Jeżeli działania antyfrekwencyjne nie zadziałają, to PiS (zawsze) stosuje jedną metodę. Chodzi, rzecz jasna, o próby wytłumaczenia wszystkim, że ta frekwencja to tak naprawdę była bardzo słaba. To zaś można zrobić na kilka sposobów. Można po prostu mówić o tym, że na protestach było mało ludzi i zaniżać liczbę protestujących. Jednakowoż, w dobie mediów społecznościowych to się rzadko udaje, bo zdjęcia z protestów są wszędzie i docierają do każdego (niezależnie od tego, w której bańce ktoś sobie siedzi).  


Jeżeli zaniżanie frekwencji nie zadziała, to można spróbować osadzić tę frekwencję w kontekście. Jak to się fachowo robi? Wytłumaczy wam to Tomasz Poręba: „100 tys? Można delikatnie rzec, że tak sobie i chyba wbrew nakręcanym od tygodni oczekiwaniom i marzeniom”. Zanim zacznę się nad tym pastwić, dorzucę jeszcze inny przykład, który rzucił mi się w oczy (ten będzie bez Źródeł, bo to było jakieś rządowe konto agitacyjne). Otóż użytkownik tego konta czepiał się wpisu, w którym stało, że na niedzielnym marszu było kilkaset tysięcy osób.


Po pierwsze, tłumaczył, że wcale nie było tyle i że to max 100 tysięcy było (tak więc mamy zgodność z oficjalną linią partyjną). Po drugie, użytkownik konta zaczął tłumaczyć, że te 100 tysięcy to bardzo mało, bo (przyznam szczerze, że czegoś takiego się nie spodziewałem), sam PSL ma prawie 100 tysięcy członków.


Tego rodzaju „kontekstów” było całkiem sporo. Łączy je wszystkie to, że co do jednego, były to autograbie.


Po pierwsze, jeżeli w niedzielę frekwencja była niska, to równie dobrze można powiedzieć, że na marszach papieskich nie było nikogo. Tak się bowiem składa, że różnica we frekwencji była (eufemizując) gargantuicznych rozmiarów.


Po drugie, ja na miejscu Poręby nie używałbym narracji o „oczekiwaniach i marzeniach”, bo ktoś mógłby być na tyle nieuprzejmy, że mógłby przypomnieć Porębie o tym, jak to trzeba było darować sobie zorganizowanie „marszu miliona”, bo nie było chętnych.


Po trzecie, „marsz papieski” (aka „wiec wyborczy PiSu”) poprzedzały tygodnie profrekwencyjnej propagandy, w którą rządowe media bawiły się non stop.


Po czwarte, według TVP Info, na marszu papieskim w Warszawie było jakieś 25 tysięcy osób (dzień wcześniej twierdzili, że w samej Warszawie było 200 tysięcy uczestników tego marszu). Tylko złośliwy człowiek by w takim miejscu napisał, że Prawo i Sprawiedliwość ma około 45 tysięcy członków. Jeszcze bardziej złośliwy człowiek zestawiłby tę (olbrzymią!) frekwencję ze statystykami, którymi zawsze (gdy jej to do czegoś pasuje) podpiera się prawica. Rzecz jasna, chodzi o statystyki dotyczące wiary w Polsce. W 2021 TVP się chwaliło, że 90% Polaków uważa się za osoby wierzące. Nie chce mi się tego przeliczać na liczby, ale wydaje mi się, że to trochę więcej, niż 25 tysięcy uczestników „marszu papieskiego”.



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Skoro wyliczankę mamy za sobą, pozwolę sobie na zrobienie tego, co robi teraz PiS, czyli na „osadzenie w kontekście” wcześniej wymienionego wiecu wyborczego PiSu. Jak tak sobie teraz o tym myślę, to ten cały marsz to były jedne wielkie autograbie.


Najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że PiSu nikt do organizowania tego marszu nie zmuszał. Partia Kaczyńskiego sama się w to wmanewrowała, bo rozpaczliwie poszukuje jakiegoś
 „motywu przewodniego” kampanii. Najprawdopodobniej spindoktorzy PiSu doszli do wniosku, że to właśnie ta kwestia da im „nośność”. Prawda jest taka, że mogli to po prostu olać. Tzn. może inaczej: owszem, wyrazić oburzenie/etc., ale nie bawić się w żadne marsze.


Po tym, jak się już zdecydowali, że ten marsz jest konieczny, popełnili kolejny błąd. Powiązali ten marsz ze swoją partią tak bardzo, że dla każdego było oczywiste, że tu nie chodzi o żadnego papieża, ale wyrażenie poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli ktoś nie chce wierzyć mnie, lewakowi, to niech sobie zerknie na to, co w dniu marszu napisał o tym Szuldrzyński (link w źródłach).


Rzecz jasna, nie wiadomo, jaki takie „nieuPiSawianie” miałoby wpływ na frekwencję. Prawda jest bowiem taka, że równie dobrze mogłoby być tak, że bez tego „upisowienia” frekwencja byłaby jeszcze mniejsza. Tyle, że wtedy to nie byłby problem PiSu.


Aczkolwiek największym możliwym fuckupem w wykonaniu PiSu była odklejka od rzeczywistości. Tym ludziom się na serio wydawało, że na ten ich więc wyborczy (ok, wiece, bo to się odbywało nie tylko w Wawie) przyjdą setki tysięcy uczestników. Oni na serio uwierzyli, że na tych marszach będzie taka, a nie inna frekwencja (te frekwencyjne oczekiwania miały pewnie spory wpływ na decyzję o tym, żeby zrobić sobie z tego wiec PiSu). Najzabawniejsze było to, że choć rządowe media 3 kwietnia się już ogarnęły, to Bochenek poszedł o krok dalej i w jednym z programów opowiadał o tych „milionach Polaków”.


Podsumujmy: Najpierw PiS rzucił się do „obrony papieża” (głównie przed nim samym i jego działaniami). Potem czynniki decyzyjne uznały, że to zorganizowanie marszów papieskich wprost idealnie nadaje się do tego, żeby urządzić pokaz partyjnej siły. Nie zrobiono żadnego rozeznania w kwestii tego, ile osób się wybiera na ten marsz (co jest, swoją drogą, dość ciekawe, bo przecież nie byłoby problemem zebranie do kupy danych odnośnie tego, ile autokarów zostało wynajętych/etc.).


Ponieważ nie zrobiono rozeznania, przygotowano hurraoptymistyczne narracje, z których wynikało, że trotyliardy Polaków wzięły udział w marszu. Po tym, jak te narracje zderzyły się dość brutalnie z rzeczywistością, częściowo je zmodyfikowano, ale nowe „przekazy dnia” nie do wszystkich dotarły i nadal trafiali się geniusze, którzy opowiadali o milionach uczestników (tak, wiem, powtarzam to non stop, ale nadal mnie to bawi).


Ja tam się co prawda nie znam, bo ze mnie prosty bloger, ale wydaje mi się, że tego rodzaju wpadka (i to wpadka bardzo drobiazgowo zaplanowana) to coś, czego nie warto przypominać suwerenowi. Najprawdopodobniej jednak PiSowscy spindoktorzy byli odmiennego zadania, gdy podejmowali decyzję o tym, żeby zacząć robić sobie jaja z frekwencji na niedzielnym marszu. Zapewne było dla nich olbrzymim zaskoczeniem to, że ludzie zaczęli im w internetach przypominać o tym, jaka była frekwencja na ich własnym spędzie (ludzie byli na tyle uczynni, że podrzucali im nawet zdjęcia, żeby sobie mogli sami porównać). Ale pamiętajcie o tym, że to opozycja się niczego nie nauczyła przez ostatnie osiem lat. PiS uczył się zapamiętale i dlatego przez cały czas stosuje te same metody działania.


Tak na sam koniec jeszcze jedna kwestia. Ja jestem bardzo daleki od twierdzeń, że ten marsz to już jest szach i mat (albo makao i po makale) i że PiS się po tym już nie podniesie. Niemniej jednak nie można udawać, że z PiSowskiego punktu widzenia „nic się nie stało”. Gdyby tego rodzaju eventy były dla PiSu bez znaczenia, to strona rządowa nie zwracałaby na nie najmniejszej uwagi. Reakcja rządowych mediów i całego rządowego agitpropu świadczy o czymś wręcz przeciwnym.


 
Źródła:

https://www.tvp.info/52636560/raport-kosciol-w-polsce-spada-liczba-uczestniczacych-w-mszach-niedzielnych

https://www.tvp.info/68935349/marsz-papieski-w-warszawie-ile-bylo-osob-organizatorzy-ok-50-tysiecy

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1665350329746051073

https://www.tvp.info/68921983/marsze-papieskie-w-calej-polsce-setki-tysiecy-uczestnikow

https://www.rp.pl/komentarze/art38259721-michal-szuldrzynski-dlaczego-nie-pojde-dzis-na-marsz-w-obronie-jana-pawla-ii

https://www.rmf24.pl/polityka/news-skandaliczny-spot-pis-muzeum-auschwitz-ostro-reaguje,nId,6812512#crp_state=1

piątek, 2 czerwca 2023

Asymetryzm

Na samym początku tej notki chciałbym was wszystkich lojalnie uprzedzić, że będzie tu kilka wstępów (oraz, będzie to taka w sumie bardziej gawęda, bo gdybym chciał to wszystko oźródłować, to byłoby z tego pewnie kilka stron A4 linków) . Przyczyna tego „wielowstępu” jest taka, że pomysł na napisanie notki o symetryzmie przyszedł mi do głowy gdzieś tak na początku pierwszej kadencji. Potem zaś wpadłem na genialny pomysł: „poczekam sobie jeszcze trochę, żeby mieć więcej materiału wsadowego”. W bardzo szybkim czasie tego materiału wsadowego zrobiło się tyle, że pisanie notki sobie odpuściłem, bo nie bardzo wiedziałem od czego w ogóle zacząć.


Skoro pierwszy wstęp mamy za sobą, możemy przejść do drugiego. Dawno temu, gdy miałem więcej czasu na czytanie, czytywałem sobie książki Ziemkiewicza. Nie dlatego, że byłem jego fanem (bo tak się złożyło, że nigdy nie załapałem się na posiadanie prawicowych poglądów), ale dlatego, że po prostu chciałem się dowiedzieć „jak myśli prawica”. (tl;dr: nie dowiedziałem się). W tych jego książkach, w których poruszał kwestie „współczesnej” polityki, można było zaobserwować bardzo ciekawy mechanizm. Otóż, ilekroć musiał przyznać, że PiS (czy też Kaczyński) podjął jakąś nie do końca mądrą decyzję, tylekroć okazywało się, że w sumie PiS nie miał wyboru, bo został do tego zmuszony „czynnikami zewnętrznymi”. Ilekroć opisywał to, że np. Jarkowi nerwy puściły, tylekroć okazywało się, że to nie jego wina była, a w ogóle to dziwne, że wcześniej mu nerwy nie puściły, bo przecież jest na niego nagonka/etc. Ujmując rzecz innymi słowy: PiS nigdy nie zrobił niczego złego, a nawet jeżeli zrobił, to był do tego zmuszony przez czynniki zewnętrzne.


No, a teraz dochodzimy do trzeciego wstępu, który jest powiązany z tym drugim. Tekst o symetryzmie zalęgł mi się w głowie praktycznie na początku kadencji PiSu, bo od początku kojarzył mi się on z tymi fikołkami, które robił Ziemkiewicz w swoich książkach. Symetryzm to taka intelektualna wydmuszka, która ma na celu obronę PiSu. Tylko tyle i aż tyle. Gwoli ścisłości, nie jest dla mnie symetrystą ktoś, kto krytykuje opozycję. Prawda jest bowiem taka, że opozycję jest za co krytykować. Niemniej jednak czasem ta krytyka jest niczym więcej, jak szukaniem jakiegoś nieistniejącego balansu pomiędzy tym, co robi PiS, a tym, co „kiedyś robiło PO”.


Co prawda miejsce na wnioski końcowe jest, no cóż, na końcu, ale ja od nich zacznę. Symetryzm służył, służy i pewnie będzie służył tylko i wyłącznie temu, żeby bronić decyzji PiSu i rozmywać odpowiedzialność partii Kaczyńskiego za jakiekolwiek złe decyzje. Znamienne jest to, że symetrystom nigdy nie zdarza się stosowanie podobnej optyki w odniesieniu do opozycji. Tzn. nie spotkałem się jeszcze z narracją symetrystów, w której broniono by jakiejś decyzji opozycji tym, że PiS zrobił to i tamto i opozycja (czy też wcześniej PO w trakcie rządów) „nie miała innego wyjścia”. Nie. Wina zawsze leży po stronie opozycji i „poprzednich rządów”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że jeżeli już dochodzi do sytuacji, w której nie da się użyć narracji „abo wcześniej to też to robili”, to wtedy zawsze można powiedzieć, że polityka to nie jest jazda figurowa na lodzie i tu nie ma not za styl.


W tym miejscu pora na anecdatę. Obserwowałem bardzo wielu symetrystów, że tak to ujmę „szeregowych” (czyli takie zwykłe konta, przy pomocy których usiłowano przekonywać internautów do tego, że to, co robi PiS, to jest w polityce „business as usual”). I zawsze, ale to zawsze następował ten moment, w którym fikołki w obronie PiSu robiły się bardzo spektakularne. Przykładowo, po tym, jak PiS przywrócił recepty na antykoncepcję doraźną, jeden z symetrystów zaczął tłumaczyć, że to nie jest tak, że PiS pozbawia kobiety praw, bo przecież (uwaga, przygotujcie się, bo to będzie salto mortale), MĘŻCZYŹNI TEŻ NIE MOGĄ KUPOWAĆ TYCH PIGUŁEK BEZ RECEPTY. Czasem bywało zabawnie, np. wtedy, gdy najpierw symetryści bronili Pancernego Mariana (bo przekaz partyjny był taki, że to kolejny „kryształowy człowiek”), a potem tłumaczyli, że te wszystkie ustalenia NIKu pod wodzą Banasia, to jest pic na wodę i fotomontaż (na pewno nie miało to żadnego związku z tym, że przekaz partyjny się zmienił).


Zanim przejdę do opisu kolejnych przypadków, w których symetryści musieli robić srogie fikołki, pozwolę sobie na krótką dygresję. Pamiętam doskonale jeden z bardzo wielu momentów, w których symetryści byli w swoim żywiole. Był to moment, w którym PiS zaczynał grzebać przy Trybunale Konstytucyjnym (przekształconym później w Trybunał Przyłębski). Symetryści tłumaczyli, że „no może i PiS teraz działa średnio zgodnie z prawem, ale to Platforma Obywatelska zaczęła!”. Tak okołotematowo, to mieszanie przy wyborze sędziów to był jeden z większych fuckupów PO i mam szczerą nadzieję, że ktoś tam z tego wyciągnął jakieś wnioski. Nie chciałbym być źle zrozumiany: nawet, gdyby PO nie kombinowała wcześniej z tym wyborem „nadmiarowych” sędziów do TK, to PiS i tak zrobiłby to, co zrobił. Różnica polegałaby na tym, że propagandystom i symetrystom trudniej byłoby to działanie PiSu wybronić.


Gwoli ścisłości, to był jeden (z bardzo wielu) przypadków, w których symetryści (zapewne nieświadomie) pokazali o co chodzi w tym całym symetryzmie. Tak się bowiem składa, że zawsze, ale to zawsze wtedy, gdy PiS coś odwali i zaczyna się szukanie „podobnych wydarzeń z przeszłości”, ich (tzn. symetrystów) ciężka praca kończy się na tym, gdy znajdą coś podobnego. Nic więcej ich nie interesuje. W przypadku TK nie interesowało ich to, po co PiS w ogóle zaczął grzebać przy trybunale. I nie, to nie jest tak, że to jest jakaś „mądrość po fakcie”, bo absolutnie oczywiste było to, że PiS grzebie przy TK nie po to, żeby naprawić jakąś „niesprawiedliwość dziejową” (czytaj: wybór nadmiarowych sędziów przez PO), ale po to, żeby przejąć całkowitą kontrolę nad trybunałem. Ta kontrola nad TK była (i jest) PiSowi potrzebna do tego, żeby w razie czego pozbywać się ustaw, które im przeszkadzają.


Tak było w przypadku sprawy drukarza z Łodzi. Sąd chciał go ukarać za to, że odmówił wykonania usługi parze jednopłciowej? No to nie ukarze, bo Jarosław (a przepraszam, niezależny Trybunał Konstytucyjny) uznał, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Kościół domagał się zaostrzenia prawa aborcyjnego? No to Trybunał Przyłębski uznał, że przesłanka embriopatologiczna jest niezgodna z Konstytucją (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że to samo może się stać z kolejnymi przesłankami). Partię rządzącą denerwował Bodnar? Trybunał uznał, że RPO nie może pełnić swojej funkcji po upływie kadencji (kontekstem było to, że PiSowi nie udało się wrzucić na miejsce Bodnara jakiegoś partyjnego aparatczyka i kadencja Bodnara się przez to wydłużała). Teraz wszystko się w Trybunale Przyłębskim popsuło, ze względu na konflikt między Ziobroidami i PiSowcami, ale to jest wypadek przy pracy.


Dokładnie to samo było w przypadku mediów publicznych, które PiS zmienił w media rządowe. Tłumaczono nam, że w sumie to PiS miał prawo przejąć kontrolę nad mediami, bo przecież wszystkie poprzednie rządy robiły to samo. I znowuż, wszystkim tym geniuszom umyka taki drobny szczegół, jak „skala” działań. Czy za czasów PO Telewizja Publiczna sprzyjała partii rządzącej? Owszem, sprzyjała. Niemniej jednak jest spora różnica między „sprzyjaniem”, a całkowitą kontrolą. No ale, jeżeli ktoś lubi się bawić w porównania, to ja przypomnę dwie sytuacje.


Gdy w czasie kampanii prezydenckiej 2015 w programie „Tomasz Lis na żywo” zaatakowano córkę Andrzeja Dudy przy pomocy wpisu z fejkowego konta na Twitterze (jestem przekonany o tym, że doszło do tego dzięki zastosowaniu Ziemkiewiczowskiego researchu), Tomasz Lis przeprosił za to, co się stało. Teraz TVP ma na swoim koncie długą historię zaszczuwania ludzi (np. rodzina posłanki Filiks) i absolutnie nikt z mediów rządowych nie poczuwa się do tego, żeby przyznać, że być może jakaś przesada się wdała w ich działania.


Druga sytuacja jest dla odmiany humorystyczna. Otóż, za czasów tej straszliwej cenzury Platformerskiej, w TVP bezproblemowo puszczano skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju, w których to skeczach nabijano się z Donalda Tuska (i z innych polityków partii rządzącej). Dziwnym trafem, gdy tenże sam kabaret zaczął robić „Ucho Prezesa” na antenie TVP zabrakło miejsca. Tzn. może inaczej, propozycja wrzucenia na antenę, owszem, była, ale była powiązana z „sugestiami”, że w „Uchu Prezesa” powinni się też nabijać z opozycji (obstawiam, że ta sugestia była równie subtelna, co inne działania Kurskiego i kabareciarze zapewne dostali również wytyczne odnośnie tego „w jaki sposób” się z tej opozycji nabijać i jak mają wychwalać PiS).  


Jak już wspomniałem wcześniej, cały ten „symetryzm” działa praktycznie wyłącznie w jedną stronę. Przykładowo (uwaga, teraz pozwolę sobie sparafrazować jeden z najulubieńszych argumentów symetrystów), gdzie byli symetryści, gdy PiS ściągał „bezpieczniki” ze Służby Cywilnej (te bezpieczniki sprawiały, że stanowiska kierownicze mogli piastować jedynie ludzie mający do tego odpowiednie kwalifikacje)? Zapewne byli bardzo skupieni na tłumaczeniu suwerenowi, że w tym, że PiS obsadza stołki „swoimi” nie ma nic dziwnego, bo przecież „wszyscy to robili”. Jednym z bezpieczników były, na ten przykład, konkursy na stanowiska kierownicze. Gdy zrobiło się o tym głośno, zaczęto tłumaczyć suwerenowi, że w sumie to nic się nie stało, bo te konkursy to i tak były ustawiane. Tym, czego nie mówiono suwerenowi było to, że o ile te konkursy faktycznie bywały ustawiane, to jednak bardzo trudno ustawić konkurs pod kogoś bez kwalifikacji (o czym PiS doskonale wie, bo w latach 2005-2007 dzielił się stołkami z Samoobroną [w „Lepperiadzie” opisano to, jak wyglądały te "konkursy”]). Przyczyny, dla których te konkursy zlikwidowano, były stricte wizerunkowe: nikt nie będzie Cię krytykował za to, że ustawiasz konkurs pod dzbana bez kwalifikacji, jeżeli nie będzie żadnego konkursu.


Innym brakiem symetrii, na który nie zwrócono uwagi było to, co się działo w kontekście likwidacji tzw. „gabinetów politycznych” w samorządach. W telegraficznym skrócie: wcześniej było tak, że prezydenci/burmistrzowie mogli sobie zatrudniać wszelkiej maści doradców/etc. Wiadomym było, że tymi stołkami „doradczymi” bywali obdarowywani „zasłużeni” w trakcie kampanii/etc. Można więc było wprowadzić ustawą obowiązek organizowania konkursów, dzięki czemu ludzie zatrudniani w tych gabinetach musieliby mieć doświadczenie (tak, jestem świadom ironii [wierzcie mi zaraz tej ironii będzie jeszcze więcej]). No ale, po co robić coś takiego, skoro można było jedną ustawą całą sprawę załatwić. Co prawda dla każdego, kto ma pojęcie o tym, jak wygląda rzeczywistość oczywistym było, że jeżeli ktoś ma zostać obdarowany stołkiem, to zostanie nim obdarowany.


Wcześniej zasygnalizowałem, że za moment będzie więcej ironii. To jest właśnie ten moment. Z jednej bowiem strony zlikwidowano gabinety polityczne w samorządach, ale z drugiej zostały one w formie nienaruszonej w ministerstwach i w urzędach wojewódzkich. Na pewno nie miało to żadnego związku z tym, że nad oboma tymi podmiotami kontrolę sprawuje partia rządząca. Znamienne jest to, że PiSowi nie chciało się nawet zachować pozorów, bo gdyby im się chciało, to tą samą ustawą utrącono by wszystkie gabinety polityczne. Tyle, że pozory jedno, a stołki drugie. Może i nie ma ich tam tak wiele, ale stołek to stołek: można nim kogoś obdarować.


Dopiero po napisaniu powyższego kawałka przypomniał mi się jeszcze inny popis symetrystów. Otóż miało to miejsce wtedy, gdy PiS zdecydował, że w samorządach powinna być ograniczona liczba kadencji. Kaczyński zachwalając ten pomysł zastrzegł, że ta kadencyjność ma działać „od razu” (tak więc jej wprowadzenie byłoby równoznaczne z zakazem kandydowania dla części burmistrzów/prezydentów). Ponieważ suweren się zbiesił i nie zapałał miłością do tego pomysłu, w ostatecznej wersji wyglądało to tak, że te kadencje będą się liczyć dopiero od 2018. Jeżeli ktoś chce wierzyć w to, że PiS sobie to wszystko rozplanował tak, żeby ten ich „limit” wjechał dopiero w 2028 roku, to ja takiej osobie na drodze do szczęścia nie będę stał. Nawiasem mówiąc, ja nie mam zdania w kwestii tego ograniczenia kadencyjności. No bo z jednej strony prowadzi to do takich sytuacji, jakie są w Krakowie (tl;dr obecne władze zachowują się tam tak, jak gdyby wiedziały, że przed kolejnymi wyborami w Ziemię uderzy asteroida i im już nie zależy), ale z drugiej strony, to nie jest tak, że oni tak sami z siebie tam siedzą w tych urzędach miejskich, bo przecież zostali wybrani. Z trzeciej zaś strony, w Mieście Nad Akwenem mieliśmy przez kilka kadencji takiego zasiedziałego prezydenta, który w pewnym momencie tak bardzo podpadł mieszkańcom, że sromotnie przegrał wybory. Z czwartej strony, Miasto Nad Akwenem jest znacznie mniejsze od takiego Krakowa i z tego, że w moim rodzinnym mieście doszło do „odspawania” od stołka wcale nie wynika, że w Krakowie też by się to mogło udać. Z piątej strony (spokojnie to już ostatni punkt) ograniczenie kadencyjności nie wyrówna szans: w większych ośrodkach nadal liczyć się będą kandydaci, którzy mają odpowiednie środki (i zaplecze) do tego, żeby prowadzić kampanię.


No dobrze, trzeba zawracać od tej dygresji kadencyjnej. Po tym, jak (po raz kolejny) sławiono geniusz PiSu, który to PiS jednym sprytnym ruchem miał „zwalczyć patologię”, u sławiących tenże geniusz wystąpił incydent kałowy. Jak do tego doszło? Ano tak, że gdy o tym pomyśle PiSu zrobiło się głośno, ktoś wspomniał o tym, że jeżeli ta „wielokadencyjność” to aż taka patologia, to może trzeba by ją było wprowadzić w Sejmie. Jak się pewnie domyślacie, ten pomysł (który był moim zdaniem raczej przejawem trollingu) jakoś tak nie przypadł symetrystom do gustu. Dziwnym trafem argumenty, których sami używali nieco wcześniej, ich zdaniem nie miały żadnego zastosowania w przypadku posłów. Jeszcze bardziej się oburzono na to, że ktoś miał czelność zwrócić uwagę, że kadencyjność w samorządach zachwalał Kaczyński, który już siódmą kadencję był posłem.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Ktoś może jeszcze pamięta, jak to PiS zapowiadał w 2015, że on nie będzie działał jak PO i że za ich rządów obywatelskie projektu ustaw nie będą odrzucane w pierwszym czytaniu? Ja pamiętam doskonale. Pamiętam również, co się stało z projektami „Ratujmy Kobiety”. Oba projekty przepadły w pierwszym czytaniu, bo ogromna większość posłów PiSu zagłosowała za ich odrzuceniem. W tym miejscu warto wspomnieć o tym, że PiS wtedy głosował tak, a nie inaczej, bo chciał zrzucić winę za odrzucenie tych projektów na opozycję. Gwoli ścisłości, te głosowania można zaliczyć do fuckupów opozycji. W telegraficznym skrócie (jeżeli ktoś chce nieletegraficznyn opis, to w źródłach będą linki do notek): PiS na pierwszym głosowaniu kombinował z liczbą głosów, żeby winę za odrzucenie projektu móc zrzucić na opozycję. Za pierwszym razem się nie udało, bo sobie źle policzyli ile głosów im potrzeba. Za drugim razem się bardziej przyłożyli do roboty i całe internety były wysmarowane symetrystami, którzy opowiadali o tym, że gdyby opozycja zagłosowała inaczej, to projekt by nie przepadł. O tym, że bardzo duża liczba PiSowców głosowała za odrzuceniem obu projektów (wbrew obietnicom wyborczym), symetryści nie wspomnieli.


I na tym tę wyliczankę przerwę, choć przykładów na to, jak bardzo „symetryzm”  jest „asymetryczny” wystarczyłoby do napisania kilku książek. Przejdę teraz do tego, co mnie skłoniło do napisania niniejszej notki (i nie odkładania jej „na potem”). Pewnie się domyślacie, że ma to związek z pewną komisją. Nie miałem złudzeń odnośnie tego, że część symetrystów się nie podda i będzie trwać przy swojej ukochanej partii. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy zobaczyłem, argumenty, z których wynikało, że skoro kiedyś była komisja badająca tzw. „Aferę Rywina”, to teraz może być taka komisja. Rzecz jasna, autorzy tych argumentów na delikatne sugestie, że to nie jest komisja śledcza, tak więc te porównania są cokolwiek żenujące, nie reagowali.


To porównanie (do „komisji Rywina”) jest tak durne, że trzeba się nad tym na chwilę pochylić. Czym miała się zajmować tamta komisja? Głównie SLD. Kto ją powołał do życia? Głównie SLD. Ujmując rzecz innymi słowy: to trochę tak, jak gdyby PiS powołał do życia komisie śledczą, która miałaby się zająć np. kwestią zakupu respiratorów od handlarza bronią albo kwestią organizacji wyborów kopertowych (ze szczególnym uwzględnieniem tego, czemu zamówiono 3 miliony kart do głosowania więcej, niż trzeba), albo dowolną inną aferą Zjednoczonej Prawicy. W tym miejscu (zupełnie bez związku z całą sytuacją) chciałbym napisać, że teraz afery kończą się tak, że podległa Zbyszkowi prokuratura stwierdza, że „nic się nie stało”, tak więc jakiekolwiek komisje śledcze są całkowicie zbędne.


No dobrze, ale może ta komisja (uwaga, przygotować płyny, bo to będą straszliwe suchary) będzie badała wpływy rosyjskie bez zwracania uwagi na barwy partyjne? Tak, oczywiście. Jestem przekonany o tym, że ta komisja pochyli się nad działalnością Macierewicza (ze szczególnym uwzględnieniem tego, że konfliktował nas z krajami NATOwskimi). Jestem równie pewny, że pochyli się ona nad tym, że ogromna większość polityków prawicy rozpowszechniała w latach 2015/2016 rosyjskie narracje, z których wynikało, że kraje zachodnie są na tyle bezradne (w tym w wymiarze militarnym), że nie są w stanie zapewnić własnym obywatelom bezpieczeństwa (tak, wiem, potem też się tym zajmowano, ale na znacznie mniejszą skalę). Jestem również przekonany o tym, że pochyli się nad tym, że część członków rządu i polityków partii rządzącej w trakcie pandemii rozpowszechniało rosyjskie dezinfo (na tyle skutecznie, że potem upasła się na tym Konfederacja). Że ta komisja zbada, dlaczego polski rząd zapraszał do Polski proputinowskich polityków już po tym, jak dowiedział się, że Rosja zaatakuje Ukrainę jest pewne.  


Skoro sobie pożartowaliśmy (pamiętajcie o nawodnieniu), to teraz do rzeczy. Od początku było wiadomo czemu ma służyć ta komisja. Ale jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości: ma służyć do walki z opozycją. Ja wiem, że mimo tego, że mamy 8 rok rządów PiSu, nadal sporej części osób się wydaje, że „oni tego nie zrobią”, ale to jest myślenie życzeniowe. No bo tak po prawdzie, to niby czemu mieliby „tego nie zrobić”? Bo może im to zaszkodzić w wymiarze politycznym? Gdyby ci ludzie wychodzili z założenia, że to im w jakikolwiek sposób zaszkodzi, to by tej komisji nie powołali. Innymi słowy: owszem, może być tak, że im to zaszkodzi, ale nieśmiało przypominam, że zaszkodzić im już miało bardzo wiele rzeczy i póki co słowo się ciałem nie stało.


Druga sprawa to taka, że w wielu Zjednoczono Prawicowych narracjach pojawiała się wzmianka o tym, że „pewne dokumenty trzeba będzie odtajnić”. Biorąc pod rozwagę wybitnie wybiórcze podejście Zjednoczonej Prawicy do rzeczywistości jako takiej, można bezpiecznie założyć, że równie wybiórczo partia rządząca podejdzie do odtajniania tych dokumentów. I w tym tkwi gigantyczna przewaga tego, kto trzyma te wszystkie dokumenty. No bo taki ktoś może sobie powybierać, co chce ujawnić. Może sobie to powybierać tak, żeby z tego wynikało, że ta, czy inna osoba jest niemalże ruskim agentem. Co w takiej sytuacji może zrobić taki „agent”? Nic. Może co prawda zacząć mówić o tym, że „z innych dokumentów wynika coś zupełnie innego”, ale przecież nie będzie mógł podać żadnych szczegółów, bo jemu odtajniać dokumentów nie wolno. Biorąc pod rozwagę to, co do tej pory robiły rządowe media (publikowanie „po kawałku” nagrań z „Sowy”, dzielenie się szczegółami śledztw/etc.) jest to bardzo prawdopodobny scenariusz.


Nawiasem mówiąc, Zjednoczonej Prawicy tak bardzo nie chce się udawać, że z tą komisją to chodzi o coś innego, niż się ludziom wydaje, że Sebstian Kaleta był łaskaw powiedzieć, że jeżeli chodzi o wstępny raport, to komisja to może w miesiąc przygotować. Wiecie, wstępny raport z działań komisji, która ma (w teorii) analizować to, co się działo przez kilkanaście lat. Szkoda, że nie dodał, że jak się komisja spręży, to ostateczny raport uda się opublikować w trakcie ciszy wyborczej.


No dobrze, bo mi się notka za bardzo rozrosła (i pewnie znowu FB po łapach da za to zasięgiem). Nie mam najmniejszych złudzeń odnośnie tego, że jeżeli ktoś do tej pory był symetrystą (powtarzam, nie chodzi o osoby, które krytykują opozycję [bo wtedy sam bym siebie musiał uznać za symetrystę], ale o osoby, które upierają się przy tym, że między tym „co kiedyś było”, a tym co „jest teraz” istnieje jakaś symetria), to powołanie tej komisji niczego nie zmieni. Ci ludzie nadal będą się upierać przy tym, że PiS robi po prostu to, co wcześniej „robili wszyscy inni”. I nie ma tu znaczenia to, czy są po prostu pożytecznymi idiotami, czy też łączy ich z PiSem taka sama relacja, jak Karnowskich, Sakiewicza/etc.


Między tym, co teraz robi PiS, a poprzednimi rządami nie ma żadnej symetrii (tylko proszę mi tu bez sucharów, że przecież PiS też już rządził, więc, hehehe, jak to nie ma symetrii). Nie ma symetrii, są tylko niewielkie podobieństwa. Niemniej jednak, nawet wtedy, gdy PiS „robi to co inni”, to robi to tak bardzo po swojemu, że obserwatorom wywala skalę. Przykładowo, do 2015 wszystkim się wydawało, że to właśnie PSL jest synonimem nepotyzmu. A potem przyszła „Dobra Zmiana” i okazało się, że PSL był w swoich działaniach bardzo, ale to bardzo subtelny.  


Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja nikogo nie chce zmuszać do tego, żeby nagle zapałał miłością do Platformy Obywatelskiej i PSL-u (czemu akurat te partie? Bo najczęściej do ich działań starają się nawiązywać symetryści). Sam nie przepadam za tymi partiami, choćby dlatego, że to właśnie ich rządom zawdzięczamy to, co mamy teraz (PSLowi zaś zawdzięczamy drugą kadencję Kukiza w Sejmie). Tyle, że moja niechęć do „tego, co było” nie przesłania mi tego, co jest teraz. Działań PiSu nie da się przyrównać do żadnych rządów po 89 roku. Tak, wiem, za czasów Wałęsy była „falandyzacja prawa”, za czasów SLD czasami ukręcano łeb różnym sprawom (cebulą na torcie jest to, że krytykował ich za to obecny Wielki Umorzyciel, Zbigniew Ziobro) i robiono różne wały i tak dalej i tak dalej. Tyle, że żadna partia do tej pory nie robiła tego wszystkiego naraz i to w skali, w której robi to PiS.


Żeby nie przedłużać. Symetrii między tym, co teraz robi PiS, a tym co robiły wcześniejsze rządy nie ma. Są tylko osoby, które za wszelką cenę starają się bronić Zjednoczonej Prawicy, naginając rzeczywistość.


Źródła:

Miało nie być, ale pomyślałem, że jako ciekawostkę wrzucę linki do dwóch notek, w których będziecie mogli przeczytać, jak bardzo opozycja w trakcie poprzedniej kadencji dawała się ogrywać PiSowi (na przykładzie projektów "Ratujmy Kobiety":

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2016/09/nieudany-gambit-pis-u.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2018/01/404-opozycja-not-found.html
 

piątek, 26 maja 2023

Krótka przypowieść o frekwencji wyborczej

Przyznam szczerze, że do napisania tego tekstu zbierałem się dość długo, bo nie bardzo wiedziałem od czego go zacząć. Może inaczej: byłem świadomy tego, że (z przyczyn, które w trakcie lektury staną się oczywiste) to będzie notka „szkatułkowa” i problemem było dla mnie to „od czego zacząć”.


Zacznę więc od oczywistych oczywistości. Niebawem odbędą się w naszym kraju wybory parlamentarne. Ja jestem bardzo daleki od epatowania dramatyzmem, ale tak się składa, że (eufemizując), to będą bardzo ważne wybory. Nie mam bowiem najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, że jeżeli Zjednoczonej Prawicy udałoby się utrzymać przy władzy, to w trakcie trzeciej kadencji układ zbudowany przez Kaczyńskiego i jego otoczenie zostanie zabetonowany.


Z jednej strony te wybory będą ważne dla tych, którym średnio się uśmiecha Orbanizacja Kraju. Z drugiej zaś są one (uwaga, będzie capslock) BARDZO WAŻNE dla polityków partii Kaczyńskiego. Swoją drogą, nie wiem czy dalej powinno się używać względem tej partii określenia „Zjednoczona Prawica”, skoro przez ostatnie tygodnie Ziobro z Morawieckim publicznie kopią się po jajach. Niemniej jednak, skoro sami tak siebie nazywają, to nie będę im stał na drodze do szczęścia.


Jeżeli mam być szczery, to wydaje mi się, że o ile politykom partii Kaczyńskiego zależy na postępującej orbanizacji, to teraz ta orbanizacja zajmuje w ich osobistej hierarchii mocne drugie miejsce. Na pierwszym miejscu jest utrzymanie kontroli nad prokuraturą, bo bez tej kontroli spora część polityków PiSu będzie miała bardzo duże problemy. Nie zrozumcie mnie źle, ja widziałem jak wyglądało „rozliczanie PiSu” po 2007 roku (jeżeli ktoś jest niezorientowany: w ogóle nie wyglądało, mimo szumnych zapowiedzi), ale teraz realia są zupełnie inne. Ujmując rzecz nieco inaczej, w trakcie poprzednich rządów PiS nie był aż tak bardzo bezczelny i nie udało mu się zrobić aż tylu wałów. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Jestem tak stary, że pamiętam, jak Zbigniew Ziobro przed wyborami w 2005 roku opowiadał w mediach o tym, że postkomuniści są źli, bo nie pozwalają na „karanie swoich”. Znajduję to zabawnym. Żeby nie przedłużać. Jeżeli partia Kaczyńskiego straci władzę, to spora część polityków (i działaczy) tej formacji po prostu pójdzie siedzieć. Zapewne będą równi i równiejsi wobec prawa, ale taryfy ulgowej w wymiarze, że tak to ujmę, „masowym” raczej nie będzie.


No dobrze, ale co teraz wynika z sondaży? W telegraficznym skrócie z sondaży wynika tyle, że „nie wiadomo, co to będzie”. Choć nie wiadomo „kto będzie rządził” po kolejnych wyborach, to jedno z tych sondaży wynika na pewno: nawet, jeżeli partia Kaczyńskiego utrzyma się przy władzy, to nie będzie rządzić samodzielnie. Według niektórych sondaży PiS będzie mógł rządzić z Konfą; według innych, nawet połączone siły tych dwóch formacji, nie dadzą Kaczyńskiemu większości parlamentarnej. Ujmując rzecz innymi słowy: dzieje się.


I w tym momencie dochodzę do miejsca, w którym się otwiera kilka „szkatułek” jednocześnie. Spróbuję więc zacząć od pierwszej z nich. Na początku roku nastroje w obozie władzy były bardzo dalekie od optymizmu. Akcja „Okiem Młodych” okazała się totalną klapą. Próba ogarnięcia sobie tik tokowych zasięgów przy pomocy jednego z influencerów również się nie powiodła. Potem zaś na Nowogrodzkiej musiała nastąpić burza mózgów i PiS zaczął działać. Były to (i są nadal) działania wielopłaszczyznowe.


Przykładowo. W lutym 2023 Poręba z Foglem założyli partyjne konto na Tik Toku. Ja nie mam o tym duecie najlepszego zdania, ale nawet tacy geniusze musieli zdawać sobie sprawę z tego, że jeżeli „Okiem Młodych” nie wypaliło, że jeżeli współpraca z influencerem nie wypaliła, to na Tik Toku raczej nie ma zapotrzebowania na to, co oni chcą tam „sprzedać”. Równocześnie, w mediach zaczęły się pojawiać artykuły „niezależnych dziennikarzy” (takich, jak Kamila Baranowska), z których wynikało, że z tym Tik Tokiem i tą młodzieżą to jest tak, że „PiS ma plan” (pastwiłem się nad tym w jednej z poprzednich notek, link w źródłach będzie). Plan ów miał polegać na tym, że ponieważ na Nowogrodzkiej wiedzą o tym, że młodzi na nich nie zagłosują, to będą robić wszystko, żeby młodzież po prostu nie wzięła udziału w wyborach. Innymi słowy chodziło o to, żeby demobilizować „młodzieżowy” elektorat.


Pojawianie się artykułów, w których ktoś (dysponujący dostępem do wewnątrzpartyjnych sondaży [tak więc ktoś, kto ma powiązania z partią rządzącą]) opowiada o „tajnych planach”, było dość zabawne. Gdyby bowiem to wszystko było „na poważnie”, to po pierwsze taka Kamila Baranowska (będę się skupiał na jej twórczości) spaliłaby swoje kontakty wewnątrz partii Kaczyńskiego. Po drugie, pięć minut po tym, jak ten artykuł pojawił się na Interii, na Baranowską rzuciłyby się wszystkie PiSowskie farmy trolli, bo w tego rodzaju organizacjach nie toleruje się braku lojalności (czyli, na ten przykład, „sprzedania” czyjejś strategii wyborczej). Ponieważ nikt z obozu władzy nie tknął Baranowskiej nawet jednym tweetem, można mieć pewność, że artykuł powstał w uzgodnieniu z Nowogrodzką. Wykoncypowałem sobie, że ten (i wiele innych) artykułów miał pełnić funkcję mobilizującą. Aczkolwiek może inaczej: miał zapobiegać demobilizacji elektoratu, który widząc, że PiS dostaje łomot na każdym froncie uznałby, że sprawa jest przegrana i że w sumie to równie dobrze można „zostać w domu” w dniu wyborów. Takie artykuły miały pokazać, że „piłka jest nadal w grze”, a PiS „doskonale wie, co robi”.


Prócz działań, mających na celu mobilizowanie swojego własnego elektoratu, PiS zaczął prowadzić również działania zmierzające do demobilizowania elektoratu opozycji. Ktoś może powiedzieć: no zaraz, ale przecież przed momentem tłumaczyłeś, że oni wcale tego nie robią i że to bzdura była. Wbrew pozorom nie ma tu żadnej sprzeczności (są za to „szkatułki”). Prawda jest bowiem taka, że PiS, owszem, prowadzi działania mające na celu demobilizację elektoratu opozycyjnego, ale jakoś tak się złożyło, że tymi działaniami i planami PiS się nie chwali (co jest akurat zrozumiałe). Jednakowoż nie jest prawdą to, że działania te są ukierunkowane na młodzież (bo wbrew deklaracjom PiS nadal jest przekonany o tym, że jest w stanie pozyskać „młodzieżowy” elektorat [dlatego też PiSowski Tik Tok niezmiennie przypomina TVP Info, w którym co jakiś czas Fogiel opowiada dowcipy godne Karola Strasburgera]).


No dobrze, ale jakie to są te działania demobilizujące? I tu właśnie wjeżdża kolejna „szkatułka”. Tak się bowiem składa, że jedno z tych działań pełni podwójną funkcję. Po pierwsze, ma utrzymać mobilizację „swojego” elektoratu, a po drugie ma działać demobilizująco na „wrogi” elektorat. Na początku marca przeprowadzono sondaż (nie pamiętam już czy było ich potem więcej, ale ten był pierwszy), w którym: „Zapytano Polaków, kto wygra jesienne wybory.” Sondaż przeprowadził jedyny i niepowtarzalny podmiot, zwany „Social Changes”.


Ktoś może powiedzieć „no dobrze, ale czym się ten sondaż różnił od zwykłych?”. W skrócie? Różnił się wszystkim. Pytanie, które zadano respondentom brzmiało bowiem następująco: „kto wygra najbliższe wybory jesienią tego roku i będzie rządził w Polsce”. Zacznę od dygresji. Gdyby podobne pytanie ułożył student pierwszych lat socjologii (bądź też dowolnego innego kierunku, na którym uczono metodologii badań) to musiałby je potem układać od nowa. Pytania powinny być proste i jednoznaczne, a w tym przypadku mamy do czynienia z czymś, co nazywało się „pytaniem o podwójnej treści”. Gdyby autorem tego pytania był jakiś studenciak, to można by było uznać, że po prostu nie ma pojęcia, jak te pytania konstruować. Tyle, że to pytanie skonstruował ktoś, kto doskonale wiedział co robi.


Wiedział i dlatego właśnie pytanie wygląda tak, jak wygląda. Gdyby to miało być badanie na serio (a nie mogło być, o czym zaraz), to pytania byłyby dwa. W pierwszym pytano by o to, kto wygra wybory, a w drugim o to, kto będzie rządził (tu pewnie ogromna większość odpowiedzi brzmiałaby następująco: „nie wiem”). No bo tak się jakoś składa, że o ile z sondaży wynika to, że wybory wygra PiS (tzn. będzie miał najwyższe poparcie), to absolutnie nie wynika z nich to, że PiS będzie rządzić. Autorzy tego „sondażu” doskonale sobie z tego zdawali sprawę i dlatego pytanie zostało skonstruowane tak, że miało podwójną treść. Respondent odpowiadając na pierwszą część pytania (kto wygra wybory) automatycznie odpowiada na drugą jego część (kto będzie rządził). Wartość metodologiczna takiego pytania jest żadna. Tyle, że nie o wartość metodologiczną tu chodziło, a o wartość perswazyjną.


No bo popatrzcie tylko: na wszystkich sondażach PiS ma około 30% poparcia, aż tu nagle pojawia się badanie, na którym PiS ma ponad 50% słupek. Dodatkowo, opierając się na takim „sondażu”, można było zacząć opowiadać o tym, że ponad połowa Polaków twierdzi, że PiS będzie rządził po wyborach. Gdyby ktoś miał wątpliwości odnośnie tego, czemu służyło to „badanie”, to ja pozwolę sobie zacytować tweet Tomasza Poręby, który o nim wspomniał (wrzucając, a jakże, słupki): „Taki był cel dla całego obozu na pierwsze miesiące roku. Przywrócić wiarę w zwycięstwo. Przed nami dalsza, ciężka, konsekwentna praca. Nie zatrzymamy się nawet na chwilę”. 


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie jest to pierwsza sytuacja, w której ktoś sięgnął po takie metody. Poprzednim razem było to nawet zabawne. Otóż, Wirtualna Polska zleciła Panelowi Ariadna przeprowadzenie badań, w których respondentów zapytano o to, kto ma największe szanse na wygranie wyborów w Warszawie. Zapewne nie będzie dla was zaskoczeniem to, że z tamtych „badań” wyszło, że największe szanse ma Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny (aka Patryk Jaki), prawda? No dobrze, ale gdzie tu jest wątek komediowy? Już tłumaczę. Otóż sondażu tego nie przeprowadzono wśród mieszkańców Warszawy, tylko na ogólnopolskiej próbie. Po co w ogóle zlecać takie badania? Żeby udowodnić tezę. Gwoli ścisłości, nie mam najmniejszych pretensji do autorki artykułu, w którym pojawił się opis tych „badań”, bo to nie ona zlecała te badania. Warto wspomnieć o tym, że działo się to jeszcze w czasach, w których na WP pojawiały się pochwalne artykuły na temat Ziobry i jego resortu, których to autorem był „Krzysztof Suwart” (tl;dr: to był pseudonim, pod którym pojawiały się te artykuły, ale nie wiadomo kto je pisał [jeżeli ktoś jest zainteresowany tematem, to w Źródłach będzie link do artykułu na ten temat]). Tego rodzaju wrzutki pełnią podwójną rolę, o której wspomniałem wcześniej (mobilizują „swoich” i demobilizują „onych”).


No dobrze, ale to było jedno badanie. Gdzie są te inne działania, mające na celu demobilizowanie elektoratu opozycyjnego? W wielu miejscach, ale ja się skupię na tych, które pojawiają się na głównej stronie Interii. Zanim to zrobię, potraktuje was kolejną dygresją. Praktycznie wszyscy użytkownicy „internetów” musieli się zaadaptować do tego, w jaki sposób traktują nas (internautów) portale. Chodzi mi, rzecz jasna, o tytuły artykułów. Czasem są one zwykłą clickbaitozą, czasem nie są, ale za to nie mają nic wspólnego z treścią, czasem mają coś wspólnego z treścią, ale za to są sprzeczne z treścią. Dość powiedzieć, że polska szkoła wymyślania tytułów do artykułów, to klasa sama w sobie (tak, wiem, w innych krajach wygląda to podobnie, niemniej jednak ja się tu pastwię nad polską portalozą), przez co każdy, kto nie chce się „nabierać” na te tytuły musi mieć specjalizację z „tytułologii”. Wspominam o tym dlatego, że u mnie ta tytułologia poszła o krok dalej. Otóż, jeżeli zobaczę pewien specyficzny rodzaj tytułu na Interii, to z 99% pewnością jestem w stanie określić, czy autorką (bądź też współautorką) tegoż jest wcześniej wspominana Kamila Baranowska. Pozwolę sobie tutaj wrzucić kilka tytułów, a wy będziecie mogli sami się przekonać o tym, czy jest tam jakaś prawidłowość, czy też nie ma żadnej. Uwaga natury ogólnej. Okazało się, że pierwszym artykułem Baranowskiej (który napisała dla Interii) był ten, nad którym się pastwiłem przy okazji heheszków z „tajnego planu PiSu”:


„Drugie dno ofensywy PiS na TikToku. Dotarliśmy do wewnętrznych badań partii”

„Wraca sprawa likwidacji TVP Info. Rzecznik PiS: Pokazują prawdziwy obraz rzeczywistości”

„Wiemy, jak PiS zamierza wygrać wybory. Punkt po punkcie”

"Ze zbożem będzie jak z węglem". PiS liczy, że opozycja przegrzeje temat”  

„Decyzja Konfederacji może wywrócić plany opozycji”  

„Premier dla Interii: Hańba na zawsze pozostanie przy Tusku”  

„Zasłona dymna i totalne zaskoczenie. Kulisy ogłoszenia 800 plus”  

„Samorządowcy boją się pomysłu Donalda Tuska. Platforma uspokaja”

„800 plus zniechęca wyborców Tuska? PiS ma badania”


Jeżeli mam być szczery, to w sumie mógłbym Baranowską pochwalić za te tytuły, bo tu nie ma żadnej clickbaitozy: czytelnik dostaje dokładnie to, czego mógł się spodziewać po tytule. Obraz, który Baranowska maluje literami wygląda następująco: PiS jest bardzo cwany, ma wszystko doskonale zaplanowane i wszystko mu się uda, opozycja non stop się miota, a opozycyjni liderzy non stop podejmują decyzje, które krytykuje ich własny elektorat. Rzecz jasna, działania PiSu są niezmiennie ogromnym zaskoczeniem dla opozycji.


Czym się twórczość Baranowskiej różni od twórczości redaktorów wPolityce i innych partyjnych gadzinówek? Tym, że jej artykuły pojawiają się na głównej stronie Interii i ktoś niezorientowany może uznać, że są one faktycznie dziełem jakiejś dziennikarki (krótka uwaga: nikt z osób pracujących wcześniej dla „Do Rzeczy” nie zasługuje na określenie „dziennikarz”), a nie kogoś, kto wcześniej produkował się w jednym z tygodników, hojnie sponsorowanych przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Taki ktoś może sobie pomyśleć, że to są rzetelnie napisane artykuły, a nie element działań zaplanowanych na Nowogrodzkiej. A teraz sobie pomyślmy: jaki tego rodzaju artykuły mogą mieć wpływ na poszczególne elektoraty i dlaczego mogą one działać demobilizująco na elektorat opozycji.


Ktoś może powiedzieć (nadużywam tego związku frazeologicznego, ale to już był ostatni raz w tym tekście): no ale może ona to wszystko na serio pisze? Może „ten typ tak ma”? Gdyby to była prawda, to artykuł o Tik Toku doczekałby się kontynuacji, w której autorka opisałaby to, jak PiS sobie radzi (konkretnie zaś, jak bardzo sobie nie radzi) i jak bardzo nie potrafi wypracować sobie zasięgów, bez których to zasięgów jakakolwiek akcja „zniechęcająca” nie ma najmniejszych szans powodzenia (no bo niby w jaki sposób można zniechęcić do czegokolwiek kogoś, kto nie ma styczności z komunikatami mającymi na celu zniechęcanie?). Zapewne nikogo nie zdziwi to, że osoby, które w internetach tłumaczyły, że PiS tym kontem na Tik Toku to gamechangera zapodał i że teraz to się będzie działo, jakoś tak nagle straciły zainteresowanie tematem.


Kwestia komentatorów to jest osobna „szkatułka” (która składa się z kolejnych). Tak się bowiem składa, że ci komentatorzy, którzy wychwalają praktycznie każdy pomysł PiSu, dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza kategoria to osoby, które chwalą PiS dlatego, że mają go chwalić. Zupełnym przypadkiem tacy „dziennikarze” zawsze mają dostęp do jakichś wewnętrznych badań, sondaży, planów/etc. których PiS nie udostępnia przypadkowym osobom. Do drugiej kategorii należą osoby, które całkowicie na serio uważają, że Kaczyński jest po prostu geniuszem. Ten geniusz Kaczyńskiego (który udziela się również całemu kierownictwu) to dla tych ludzi constans. Dla nich „nie ma przypadków, są tylko znaki”. Kaczyński zaliczył jakąś wtopę? To nie wtopa, to jest element szerszego planu. Jakiego planu? No to wie już tylko sam Kaczyński, więc oni nie będą na ten temat dywagować.


I to jest naprawdę dość ciekawa kategoria. Bo o ile jestem w stanie zrozumieć tych, dla których chwalenie PiSu i Kaczyńskiego to po prostu praca, to za cholerę nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy geniusz Kaczyńskiego wychwalają sami z siebie. Nie chce się tu bawić w jakieś głowologizowanie, ale to momentami na serio wygląda na jakąś wewnętrzną potrzebę bycia oryginalnym (za wszelką cenę, niezależnie od tego, co się dzieje). Znamienne jest to, że gdy jakaś wtopa robi się tak ewidentna, że nie da się jej w żaden sposób zespinować, to tacy komentatorzy przestają się interesować daną kwestią i nie wypowiadają się na jej temat. Dokładnie tak było z tym wcześniej wspomnianym „gamechangerem” PiSowskim, którym miało być konto na Tik Toku. Wychwalanie geniuszu PiSu i opowiadanie o tym, że PiS „wyprzedza” inne partie pod tym względem zaczęło się praktycznie zaraz po tym, jak to konto na Tik Toku zostało założone.


Oni już „wiedzieli”, w jaki sposób PiS się będzie komunikował z młodymi i „wiedzieli”, że to zadziała. „Wiedzieli” również, że PiS będzie kontynuował współpracę z influencerami bo ta, zdaniem tych samych speców, okazała się sukcesem (najprawdopodobniej nie czytali komentarzy, które pojawiały się pod filmikami influencera, który zdecydował się na współpracę z PiSem). Ci ludzie zachowywali się tak, jak gdyby egzystowali w jakiejś próżni. W próżni, w której PiS nie odpalił wcześniej akcji „Okiem Młodych”, która to akcja skończyła się tak, jak się skończyła. W próżni, w której problem PiSu z młodzieżą polega na tym, że do młodych nie docierają komunikaty PiSu (i dlatego młodzież PiSu nie lubi). W kontekście powyższych ludzi ciekawi mnie jedynie jedno: czy kiedyś zdobędą się na to, żeby powiedzieć „byliśmy głupi”, czy też im się to nigdy nie przydarzy.


Zanim przejdę do dalszej części tekstu (tej, w której będę się pastwił nad kwestiami frekwencyjnymi) muszę zrobić krótki wtręt, albowiem okazało się, że prawica wyprodukowała kolejny „sondaż”. Tym razem zapytano Polaków o to: „Kto jest najbardziej wiarygodny w realizacji obietnic wyborczych?” Zanim zacytuję odpowiedzi, poproszę was o to, żebyście odstawili płyny. Gotowi? No to proszę bardzo: „Najwięcej z nich wskazało na Prawo i Sprawiedliwość – 45 proc. Drugie miejsce zajęła Koalicja Obywatelska, która otrzymała 26,8 proc. głosów. Kolejne partie to Konfederacja (8 proc.), Polska 2050 (7,4 proc.), Lewica (7,1 proc.), PSL (5,7 proc.)”. Poprawną reakcją na te odpowiedzi jest „czekaj, co?!”. Ok, jestem w stanie zrozumieć to, że w tym badaniu (znaczy się, w pytaniu badawczym) pojawił się PSL  (który współrządził w latach 2007-2015) i Lewica, której część rządziła w latach 1997-2001 [tak, wiem, rządziła też wcześniej razem z PSLem, ale nie będziemy się tu bawić w aż taką archeologię]) tak więc, w teorii, może ktoś jeszcze pamięta to, czy partie te wywiązywały się z przedwyborczych obietnic. Nie jestem natomiast w stanie poważnie potraktować tego rodzaju pytania badawczego, w którym pojawiły się Polska2050 i Konfa. To nie jest żadne badanie, tylko element wojny informacyjnej (aczkolwiek o wiele lepszym określeniem byłoby „wojna dezinformacyjna”), którą rząd prowadzi z Polakami.


No dobrze, ale czemu tak właściwie PiS bawi się w te działania profrekwencyjne (w swoim elektoracie) i antyfrekwencyjne (w elektoratach opozycyjnych)? Bo partia Kaczyńskiego zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli zdałaby się na „oddolną” frekwencję (czytaj: taką, przy której nikt nie majstruje), to wybory mogą się skończyć dla tej partii tylko i wyłącznie w jeden sposób. W jaki? W taki, że jednak prowadzą te swoje działania.


To jest swoją drogą dość ciekawe. Wcześniej (tzn. w trakcie wyborów, które odbywały się w 2018 i 2019) podwyższona frekwencja nie sprawiała, że wynik wyborczy jakoś specjalnie odbiegał od trendów sondażowych. Co w tym ciekawego? Ano to, że gdy, na ten przykład, w trakcie wyborów do Europarlamentu okazało się, że frekwencja jest wyższa, niż zakładano, to u prorządowego komentariatu wystąpił incydent kałowy. Zanim zacytuję tweeta Marcina Palade (tl;dr: wybitnie prorządowy komentator, który stara się udawać fachowca od badań społecznych) krótkie wprowadzenie. Przy okazji każdych wyborów, które odbywały się w czasach, na których na polskim Twitterze było już trochę kont, mamy tam do czynienia z instytucją „bazarku”. Ten bazarek z pistacjami, pomarańczami (subtelne, co nie?) i innymi artykułami, to mają być niby jakieś przecieki/etc. Prawda jest taka, że jeżeli ktoś nie ma dostępu do ExitPoll, to nie ma najmniejszych szans na to, żeby jego „bazarek” miał jakikolwiek związek z rzeczywistością.


Skoro wstęp mamy za sobą, to łapcie ten tweet Palade: „Wysoka frekwencja wywróciła wszystko. Pora kończyć zakupy” (te „zakupy”, to na „bazarku” się odbywały, gdyby ktoś miał wątpliwości). Czemuż, ach czemuż ktoś taki miałby się przejmować wysoką frekwencją? Ano temuż, że obawiał się, że ta podwyższona frekwencja przełoży się na gorszy wynik „jego” partii. Potem co prawda się okazało, że ta wyższa frekwencja nie „popsuła” wyniku wyborów, ale co się Palade (i jemu podobni) „nastresował”, to jego.


Pamiętacie jeszcze to, jak miały wyglądać „wybory kopertowe”? Jeżeli nie, to już tłumaczę: miały wyglądać tak, że urny (czy jak się tam te pojemniki na koperty miały nazywać) chciano ustawić, na ten przykład, pod kościołami (wartym wspomnienia jest to, że Poczta Polska zamówiła trzy miliony kart do głosowania więcej, niż trzeba). Jestem absolutnie pewien, że umiejscowienie urn nie miałoby najmniejszego wpływu na wynik głosowania. Te wybory się co prawda nie odbyły, ale w tych, do których doszło, PiS wykonał kilka fikołków, żeby w jak największym stopniu utrudnić oddawanie głosów za granicą. Winę za taki, a nie inny stan rzeczy zwalono na pandemię (jest to o tyle ciekawe, że przecież Morawiecki opowiadał, że tego wirusa nie trzeba się już bać). Teraz pandemii już nie ma, a PiS nadal majstruje przy tych zagranicznych głosach (nie ma to, rzecz jasna, najmniejszego związku z tym, że „zagranica” nie przepada za PiSem i na jej głosach PiSowi jakoś tak niespecjalnie zależy). Nie można również zapominać o tym, że kolejne fikołki PiSu mają służyć zwiększeniu frekwencji w miejscach, w których ludzie częściej głosują na partię Kaczyńskiego. Oczywistą oczywistością jest to, że PiS wychodzi z założenia, że wysoka frekwencja dzieli się na złą i na dobrą. Dobra jest wtedy, gdy dotyczy ona ich elektoratu, a zła wtedy, gdy chodzi o elektorat opozycyjny.  


Tak po prawdzie, to nikogo nie powinno dziwić to, że PiS teraz stara się w jak największym stopniu wpływać na frekwencję. Nawet gdybyśmy mieli do czynienia ze „zwykłą” partią, która rządziłaby w sposób, że tak to ujmę „cywilizowany”, to po ośmiu latach rządów w grę wchodziłoby „zmęczenie materiału” i elektorat partii rządzącej byłby znacznie mniej zmobilizowany od elektoratu „zmiany”. Tylko, że nie mamy do czynienia ze „zwykłą” partią, tylko z partią, która na finiszu swojej drugiej kadencji uznała, że to jest chyba ten moment, w którym trzeba się nażreć „ile tylko się da” (i stąd te wszystkie stołki dla Szafarowiczów i innych. Stąd te wille+ i tak dalej i tak dalej). O tym, że w obozie rządzącym odbywa się teraz radosna kopanina po jajach też nie można zapominać. To wszystko musi mieć wpływ na elektorat partii rządzącej. Tzn. może inaczej: partyjny beton zagłosuje na PiS niezależnie od wszystkiego. Tyle, że sam beton nie wystarczy do wygrania wyborów, z czego partia Kaczyńskiego doskonale sobie zdaje sprawę. Dla umiarkowanego wyborcy PiS nie ma absolutnie żadnych propozycji. Insza inszość to fakt, że nawet gdyby jakieś propozycje były, to ten sam umiarkowany wyborca może zacząć się zastanawiać nad tym, czy aby nie będzie tak, że on może dostać „to samo”, ale w nieco bardziej cywilizowanym wydaniu. PiS sobie zdaje sprawę z tego, że „nie jest dobrze” i dlatego też usiłuje majstrować przy frekwencji. Można się więc spodziewać, że artykułów, w których będzie się sławiło geniusz PiSu i krytykowało opozycję za to, że „nie ogarnia”, będzie znacznie więcej.


Od siebie dodam tyle, że choć nie wiadomo, jak skuteczne w zniechęcaniu elektoratu opozycji będą te wszystkie działania, to jednak bezpieczniej byłoby, gdyby opozycja zaczęła jakoś na te działania reagować.


 
Źródła:

Notka o „sprytnym planie” PiSu.

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/02/jarosaw-w-krainie-tik-toka.html

https://www.wprost.pl/polityka/wybory-parlamentarne-2023/sondaze/11122306/zapytano-polakow-kto-wygra-jesienne-wybory-nowy-sondaz.html

https://wpolityce.pl/polityka/391977-sondaz-najwieksze-szanse-na-zwyciestwo-w-warszawie-ma-kandydat-pis-jaki-cieszy-sie-tez-blisko-dwukrotnie-wyzsza-rozpoznawalnoscia-niz-trzaskowski

https://wiadomosci.wp.pl/warszawa/pis-postawilo-na-patryka-jakiego-slusznie-sondaz-dla-wp-6245319368689281a

https://twitter.com/TomaszPoreba/status/1635187206200659968

https://wiadomosci.wp.pl/warszawa/pis-postawilo-na-patryka-jakiego-slusznie-sondaz-dla-wp-6245319368689281a

O Krzysztofie Suwarcie:

https://twitter.com/BMikolajewska/status/1217372545848094722?

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-wraca-sprawa-likwidacji-tvp-info-rzecznik-pis-pokazuja-prawd,nId,6642419

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-wiemy-jak-pis-zamierza-wygrac-wybory-punkt-po-punkcie,nId,6652692

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-ze-zbozem-bedzie-jak-z-weglem-pis-liczy-ze-opozycja-przegrze,nId,6726868

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-decyzja-konfederacji-moze-wywrocic-plany-opozycji,nId,6739187

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-premier-dla-interii-hanba-na-zawsze-pozostanie-przy-tusku,nId,6746421

https://wydarzenia.interia.pl/raport-wybory-parlamentarne-2023/news-zaslona-dymna-i-totalne-zaskoczenie-kulisy-ogloszenia-800-pl,nId,6781444

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-800-plus-zniecheca-wyborcow-tuska-pis-ma-badania,nId,6798091

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-samorzadowcy-boja-sie-pomyslu-donalda-tuska-platforma-uspoka,nId,6787656

https://niezalezna.pl/485906-blisko-polowa-polakow-stawia-na-pis-za-co-wiarygodnosc-w-realizacji-obietnic-wyborczych

https://twitter.com/MarcinPalade/status/1132683168610508800

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/pis-tiktok








środa, 10 maja 2023

„Gdy wina nie budzi wątpliwości”

Przedwczoraj (8 maja) zmarł 8 letni Kamil, który był wcześniej katowany przez swojego ojczyma. Sprawa była (i nadal jest) opisywana ze szczegółami, więc ja o tych szczegółach wspominać nie będę. Sprawa ta jest (była i będzie [przynajmniej przez jakiś czas]) również bardzo szeroko komentowana.


Sporo komentarzy jest sensownych. Przykładowo, lewicowa posłanka Katarzyna Kotula zapytała Rzecznika Praw Dziecka o to, „kiedy wreszcie w Polsce, wprowadzone zostaną w życie, przepisy na wzór brytyjskiego Serious Case Review - czyli obowiązku analizowania przyczyn każdego przypadku śmierci dziecka?”.


Innym przykładem sensownego komentarza jest ten autorstwa Anny Krawczak (na Oko Press można znaleźć jej artykuły na temat przemocy w rodzinie), która dość obszernie opisuje to, co w Polsce (jeżeli chodzi o systemową ochronę dzieci) nie działa i dlaczego to nie działa (ona również wspominała o Serious Case Review [wrócimy do tego pod koniec notki]).


Tych sensownych komentarzy jest całe mnóstwo i łączy je wszystkie to, że ich autorom chodzi o to, żeby poprawić (a raczej „naprawić”) to, w jaki sposób działa u nas ta systemowa ochrona dzieci. Jak się pewnie domyślacie, pojawiły się również inne komentarze. Komentarze autorstwa ludzi, których ta tragedia absolutnie nie obchodzi i jest ona dla nich jedynie kolejną możliwością do pompowania swojego balonika wizerunkowego.


Obstawiam, że część z was domyśliła się o jakie komentarze chodzi po przeczytaniu tytułu tej notki. Przyznam się wam szczerze, że gdy tylko zobaczyłem informację o tym, że nie udało się uratować życia 8 letniego Kamila, zacząłem się zastanawiać nad tym, który pierwszy prawicowy polityk wrzuci w media społecznościowe wpis o tym, że w Polsce trzeba wprowadzić karę śmierci. Pierwszy był Minister Wójcik.


Jego wpis wygląda tak, jak gdyby napisała go testowa wersja Chat GPT: „Jestem bardzo poruszony śmiercią 8-letniego dziecka. Ta sprawa nie była zgłoszona do resortu sprawiedliwości oraz Kprm. Mam nadzieję, że będą najwyższe kary. Za ten czyn należy się kara śmierci. I tyle”.


Potem był Zbigniew Ziobro: „Nie ma słów, które oddadzą ogrom tragedii 8-letniego Kamilka z Częstochowy. Nie ma też w Polsce adekwatnej kary za tę potworną zbrodnię. Poleciłem zmianę oceny zarzucanego sprawcy czynu, z usiłowania zabójstwa na zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Za tak bestialską zbrodnię na bezbronnym dziecku powinna zapaść najsurowsza kara. Niestety, w Polsce mamy tylko dożywocie…”.


Następna w kolejce była Maria Kurowska (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że choć jej wpis [według zegarka Twitterowego] został wysłany wcześniej od Ziobrowego, to jednak odnosi się ona w tym wpisie do decyzji Ziobry): „Po informacji o śmierci Kamilka, minister @ZiobroPL  wydał  @PK_GOV_PL polecenie zmiany kwalifikacji czynu na zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Najwyższa kara oznacza bezwględnie dożywocie dla ojczyma zakatowanego chłopca. Czas na narodową dyskusję o karze śmierci" (w tym miejscu. I shit you not, Kurowska wstawiła emotkę z rękami złożonymi do modlitwy).


Jeżeli mam być szczery, to nie jestem sobie w stanie wyobrazić osób, które mają to, co się stało w dupie bardziej, niż ta trójka polityków. Gwoli ścisłości, nie odnosi się to tylko i wyłącznie do nich, ale do każdego, kto w ten sposób wykorzystuje ludzką tragedię. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że prawica ma baaaaaardzo długą historię „domagania się przywrócenia kary śmierci”. Przeważnie odbywa się to albo w przededniu kampanii wyborczych albo po tym, gdy media opiszą kolejną tragedię, albo wtedy, gdy partia potrzebuje jakiegoś „paliwa”. Już samo to pokazuje, że ci ludzie nie myślą na serio na temat przywrócenia kary śmierci i że traktują to tylko jako środek do celu, którym są (a jakże) wysokie słupki sondażowe.


Zaczął się rok wyborczy? Mateusz Morawiecki zaczyna opowiadać o karze śmierci: „„kara śmierci za najcięższe przestępstwa powinna być dopuszczalna. Uważam, że (zniesienie kary śmierci) to był taki przedwczesny wynalazek lat 90. czy wcześniejszych. W tym względzie również nie zgadzam się z nauką Kościoła”.”


W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję krótką, albowiem premier przepięknie tu wyłożył prawicową hipokryzję. Bo wiecie. Jak Kościół mówi o in vitro, elgiebetach, antykoncepcji doraźnej, aborcji (i tak dalej), że to jest złe, to wtedy prawica grzecznie opowiada o tym, że to czy tamto powinno być zakazane, bo to grzech, bo Kościół tak mówi. Jednakowoż wtedy, gdy ten sam Kościół mówi, że kara śmierci jest zła, to się zaczyna hamletyzowanie i prawica nagle zaczyna opowiadać o tym, że ona to tak nie zawsze i nie do końca się zgadza z „nauczaniem Kościoła”.


W dalszej części swojej tyrady Morawiecki tłumaczył, że z tą „czapą”: „To jest mój osobisty pogląd, że w przypadku, gdy mamy do czynienia z np. seryjnym mordercą, gdzie dowody nie pozostawiają najmniejszej wątpliwości”. Za moment do tego wrócimy, bo ta końcówka to swego rodzaju prawicowa mantra.


W Rimini doszło do brutalnego ataku na Polaków? Patryk Jaki (ówczesny wiceminister sprawiedliwości) opowiada o tym, że: „Za #rimini dla tych bydlaków powinna być kara śmierci. Choć dla tego konkretnego przypadku przywrócił bym również tortury.”. Przez moment załóżmy, że wiceministrowi sprawiedliwości, który bardzo przejął się tym, co się stało, faktycznie zależy na przywróceniu kary śmierci. Przez moment załóżmy, że kara śmierci zostałaby w Polsce przywrócona. Teraz warto sobie zadać pytanie: jaki (i dlaczego żaden) miałoby to wpływ na sprawców, którzy dokonali przestępstwa w innym kraju? Ja wiem, że Jaki nie jest prawnikiem z wykształcenia (za przypomnienie mu tego faktu dostałem od niego bana na Twitterze), ale nawet ktoś, kto nie studiował prawa, musi sobie zdawać sprawę z tego, że sprawcy będą sądzeni według prawa, które obowiązuje w kraju, w którym dokonali przestępstwa.


Mamy rok 2015 i prawica buduje sobie poparcie sondażowe na fear mongeringu związanym z atakami terrorystycznymi dokonywanymi przez ISIS? Oddajmy głos Zbigniewowi Ziobrze: „Jestem zwolennikiem kary śmierci, jako kary sprawiedliwej za winę, która jest winą zasłużoną – taka deklarację złożył w radiu RMF były minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro. Polityk jest zdania, że taka kara powinna zostać przywrócona np. z uwagi na coraz większą aktywność terrorystów.”.


Mamy rok 2011, Prawo i Sprawiedliwość dostało srogiego łupnia w wyborach i potrzebuje jakiegoś „politycznego złota”? Jarosław Kaczyński zapowiada złożenie w Sejmie projektu przywracającego karę śmierci za drastyczne zabójstwa. Wtedy też padły wypowiedzi będące niemalże szczerą platyną: „Nie ma przepisu UE, który zabrania stosowania kary śmierci. A to, że tamtejsze elity są przeciw, dlaczego mamy się tym kierować? Jesteśmy suwerennym państwem (…)  W Radzie Europy są kraje, gdzie morduje się ludzi, i to masowo. Warto pamiętać, że to jest wszystko sfera jakiejś nieprawdopodobnej hipokryzji.”. Nie wiem, co się stało z tym projektem (bo mi się nie chce za tym grzebać), ale wiem, że PiS składał taki projekt już w roku 2004. Za pierwszym razem projekt przepadł 4 głosami. Potem złożono go po raz drugi, bo (jestem totalnym brakiem zaskoczenia) doszło do brutalnego przestępstwa. Rzecz jasna, autorem nowelizacji był Zbigniew Ziobro.    


I na tym przerwę tą wyliczankę, choć wrzutek na temat tego, jak to politycy prawicy „dostrzegają potrzebę”, było od groma. Cebulą na torcie tych konkretnych prawicowych spinów jest to, że w większości wypadków, gdy te opowiastki o „potrzebie przywrócenia kary śmierci” są poruszane w trakcie wywiadów, prawicowi politycy opowiadają o tym, że „no oni sobie zdają sprawę z tego, że nie da się kary śmierci przywrócić”. No to skoro sobie z tego zdają sprawę, to po cholerę w ogóle o tym mówią? A, no tak, po to, żeby sobie balonik wizerunkowy pompować.


Jeszcze jedna kwestia się przewija w większości wypowiedzi prawicowych polityków, gdy opowiadają o tym, jak to oni marzą o przywróceniu kary śmierci. Otóż, pojawia się tam prawie zawsze takich kilka słów, które są tytułem niniejszej notki. Ten zwrot o „winie nie budzącej wątpliwości” pojawia się w różnych odmianach, ale generalnie autorom tych słów chodzi o to, że oni są za karą śmierci, ale tylko wtedy, gdy (wiecie co).


Ten zwrot (będący najzwyklejszym w świecie retorycznym dupochronem) pojawił się w prawicowych narracjach jakiś czas temu. Innymi słowy, na samym początku prawica opowiadała jedynie o konieczności przywrócenia kary śmierci, a dopiero potem zaczęła „dopowiadać”, że no oni co prawda są za KS, ale „tylko i wyłącznie wtedy gdy(...)”. Nietrudno się domyślić, czemu nagle zaczęli ten „dupochron” dorzucać do swoich wynurzeń. Otóż, w pewnym momencie przy okazji tych wrzutek o KS zaczęły się pojawiać pytania „no dobrze, ale co w przypadku, w którym dojdzie do omyłki sądowej?”. Ponieważ na to pytanie prawica nie ma dobrej odpowiedzi (no bo co niby mają powiedzieć? Że się tego niesłusznie skazanego i zabitego zrehabilituje, a rodzinie wypłaci odszkodowanie?), prawicowi politycy zaczęli do swoich wynurzeń dołączać ten dupochron.


Jestem autentycznie ciekaw, czy ci ludzie zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo bezsensowny jest ten ich „argument”. Ja wiem, że w teorii ten dodatek o winie nie budzącej wątpliwości to jest w ogóle „szach i mat”, ale w praktyce to jest po prostu durne i naprawdę byłoby miło, gdyby dziennikarze, uraczeni takim argumentem, zwracali na to uwagę zamiast kiwać głową. Wiecie, ja tam nie jestem prawnikiem z wykształcenia, ale wydaje mi się, (poprawcie mnie jeżeli się mylę), że do skazania dochodzi wtedy, gdy sąd nie ma wątpliwości odnośnie tego, że oskarżony jest winny zarzucanych mu czynów. Innymi słowy ta magiczna formułka „wtedy, gdy wina nie budzi wątpliwości” nie przełożyłaby się w żaden sposób na liczbę omyłek sądowych. Jej użycie oznacza tylko i wyłącznie tyle, że autorowi wypowiedzi o karze śmierci nie chce się odpowiadać na pytania o omyłki sądowe.


Na początku zapowiadałem, że wrócimy do kwestii „Serious Case Review”. Przyznam szczerze, że pojęcie to było mi nieznane. Gdy się z nim zapoznałem, zacząłem się zastanawiać nad tym, czemu tego rodzaju przepisów (wymuszających rozebranie na czynniki pierwsze każdej sytuacji, w której dziecko zostało pozbawione życia [aczkolwiek wynorałem sobie, że SCR może być stosowany również wtedy, gdy dziecko przeżyło, ale zostało skrzywdzone]) jeszcze u nas nie ma.


Okazało się, że pomysł wprowadzenia takich mechanizmów w Polsce był omawiany, ale nie spodobał się on (cóż za brak zaskoczenia) Rzecznikowi Praw Dziecka. Co prawda, nie byłem tym zaskoczony w najmniejszym stopniu (bo mam świadomość tego, że Mikołaj Pawlak jest po prostu zwykłym partyjnym aparatczykiem, który nie ma najmniejszego pojęcia o tym, czym powinien zajmować się Rzecznik Praw Dziecka), ale pomyślałem, że sobie poszukam czegoś na ten temat. No i sobie wyszukałem wywiad, w których Pawlak się wypowiadał na temat SCR: „Rozwiązania proponowane w ramach tzw. Serious Case Review już w większości działają. Jako rzecznik mogę weryfikować w różnych instytucjach publicznych, jak sprawdza się system nadzoru kuratorskiego, pomocy społecznej (…)" 


Po przeczytaniu tego kawałka wypowiedzi doszedłem do wnioski, że choć miałem o Mikołaju Pawlaku zdanie jak najgorsze, to jednak udało mu się mnie zaskoczyć. Nie chodzi nawet o to, że on nie ma pojęcia o tym, czym powinien zajmować się RPD, ale o to, że Pawlak, wypowiadając się na temat SCR, nie miał najmniejszego pojęcia o tym, o czym mówi (o tym, jak bardzo nie ogarniał rzeczywistości będzie jeszcze za moment). Wprowadzenie przepisów SCR oznaczałoby, że badanie tych spraw odbywałoby się z automatu. Co na to Pawlak? Zaczął opowiadać, że on jako RPD „może weryfikować (...)”. Czy tylko mnie się wydaje, że jest gigantyczna różnica między automatycznym wszczynaniem postępowania sprawdzającego, a sytuacją, w której to, czy postępowanie zostanie wszczęte, zależy od RPD?



Teraz będzie dłuższy kawałek wypowiedzi:


„Gdy jednak dojdę do wniosków, co należy w tej sprawie zrobić, mam ograniczone pole manewru. Tak jak w sprawie kuratorów z Dolnego Śląska, którzy ewidentnie zawiedli. Chodziło o przypadek zakatowanej dziewczynki. Powiedziałem o winie kuratorów głośno. Początkowo ruszyli na mnie z pretensjami, a dziś okazuje się, że osoby związane z tamtą sprawą mają zarzuty prokuratorskie. Tyle że ja dowiedziałem się o męczarni dziewczynki z mediów. Dlatego oczekiwałbym dodatkowo zobligowania instytucji prowadzących postępowania do niezwłocznego zawiadamiania RPD, gdy w trakcie postępowania karnego zachodzi wysokie prawdopodobieństwo popełnienia ciężkich przestępstw przeciwko dzieciom.”


Tak więc, (pozwolę sobie zacytować Pawlaka): „Rozwiązania proponowane w ramach tzw. Serious Case Review już w większości działają.”, ale jednak o postępowaniu karnym Pawlak dowiedział się z mediów. Ktoś może powiedzieć, no zaraz, ale czy gdyby wprowadzono te przepisy o SCR, to czy przypadkiem postępowanie sprawdzające nie zostałoby wszczęte automatycznie, a Pawlak nie musiałby się o tej sprawie „dowiadywać z mediów” (bo pewnie zostałby o niej poinformowany również „z automatu”)? Tak by pewnie było. Niemniej jednak Mikołajowi Pawlakowi te dwie wypowiedzi (tzn. w sumie to była jedna wypowiedź, bo oba fragmenty pochodzą z odpowiedzi na jedno pytanie) w ogóle się ze sobą nie „gryzły”.


Nieco później dodał, że: „Nie potrzeba dodatkowego urzędu, kolejnego tworu biurokratycznego, co zakłada brytyjska wersja Serious Case Review, który miałby analizować podobne przypadki. Te kompetencje są przez konstytucję przekazane RPD, brakuje tylko uzupełniania ustawy o RPD.”.


W tym fragmencie wypowiedzi mamy po prostu wszystko. Po pierwsze, skupianie się na nieistotnych szczegółach, byle tylko nie przyznać, że SCR by się przydało. No bo wydaje mi się, że ogarnięcie tych przepisów nie wiązałoby się z koniecznością powoływania „nowego urzędu”. Po drugie, nawet gdyby tak było, to ja nieśmiało przypominam, że jeżeli chodzi o powoływanie „kolejnych tworów”, to obecne władze osiągnęły w tej materii mistrzostwo. Rząd Morawieckiego ma największą liczbę ministrów (aż dziw bierze, że Dziennik Telewizyjny jeszcze nie rzucił na pasek tego, że „Europa zazdrości nam rekordowej liczby ministrów"). Tak sobie myślę, że Zjednoczona Prawica mogłaby się przestać kryć i po prostu tworzyć kolejne ministerstwa o nazwie „ministerstwo ds. zapewnienia Zjednoczonej Prawicy większości parlamentarnej” lub tym podobnej.


Po trzecie, Mikołaj Pawlak (jak przystało na nieogarniętego partyjnego aparatczyka), nie rozumie tego, że niezależnie od tego, czy to będzie jakaś odmiana SCR, czy też odbędzie się to na zasadzie „ustawy uzupełniającej o RDP”, która sprawi, że to podwładni Pawlaka będą się zajmować prowadzeniem tych postępowań sprawdzających – to (uwaga capslock będzie): KTOŚ SIĘ BĘDZIE MUSIAŁ TYM ZAJMOWAĆ. Ujmując rzecz innymi słowy: jacyś ludzie musieliby zostać do tego oddelegowani. Nie wiem, jakie obowiązki mają teraz podwładni Mikołaja Pawlaka, ale śmiem twierdzić, że ogarnianie tych postępowań mogłoby ich przerosnąć. Nie chodzi nawet o to, że zachodzi wysokie prawdopodobieństwo tego, że Pawlak (jak każdy reprezentant tej partii) obsadził sobie podległy mu podmiot „odpowiednimi ludźmi”. Obstawiam, że poza osobami, które zajmują się pisaniem idiotycznych tweetów w imieniu RPD jest tam też trochę pracowników merytorycznych. Tyle, że oni już teraz mają jakieś obowiązki. Gdyby Pawlak im zrzucił na głowy przeprowadzanie tych postępowań sprawdzających, to po prostu brakło by im na to czasu i te wszystkie postępowania czekałyby na „wolnego urzędnika” tyle, ile przeciętny Polak czeka w kolejce do lekarza specjalisty.


Jeżeli komuś się wydaje, że ja po prostu się czepiam Pawlaka, to ja takiej osobie wrzucę tutaj cytat z Pawlaka: „Jeśli będę wiedział z urzędu o wszystkich takich sprawach, to analiza może odbywać się w moim biurze i za wiele mniejsze pieniądze”. Z tego wprost wynika, że Pawlak chce po prostu zarzucić tymi postępowaniami ludzi, którzy już teraz ogarniają inne rzeczy. Ta wzmianka „za wiele mniejsze pieniądze”, mnie trochę zagotowała, bo obecne władze mają długą historię wywalania publicznych pieniędzy w błoto (pozdrowienia dla Sasina) i nawet gdyby przeprowadzanie postępowań w ramach mechanizmu SCR wiązało się z dodatkowymi kosztami, to (uwaga będzie kolejny capslock) WYDAJE MI SIĘ, ŻE PAŃSTWO POLSKIE NA TO STAĆ.


No dobrze, ale może ten Pawlak to naprawdę chce dobrze i jemu na serio zależy na ochronie dzieci? Śmiem wątpić. Wywiadu, którego fragmenty tu cytowałem Mikołaj Pawlak udzielił w lipcu 2021 i od tamtej pory nic się w tej materii nie zmieniło. Gdyby Pawlakowi na serio zależało na tym, żeby coś poprawić, to trąbiłby o tym 24/7 i nie interesowałoby go to, czy przypadkiem komuś ze Zjednoczonej Prawicy nie zrobi się od tego przykro. Ponieważ zaś jest partyjnym aparatczykiem ochrona dzieci jest dla niego ważna wtedy, gdy mu „czynniki decyzyjne” powiedzą, że jest ważna. W przeciwnym wypadku dziecko, które nie jest 21-letnim Oskarem Szafarowiczem, niespecjalnie Mikołaja Pawlaka obchodzi (którego w listopadzie 2022 RPD „bronił przed hejtem”).


Tak samo, jak los 8 letniego Kamila nie obchodzi polityków prawicy, którzy po prostu wykorzystują tę tragedię. Można by było zrobić coś, żeby spróbować zapobiec takim sytuacjom, ale najwyraźniej są ważniejsze sprawy. A poza tym, jak już dojdzie do takiej tragedii, to Ziobro może napisać kolejnego tweeta o tym, jak to on wydał takie, a nie inne polecenie prokuratorom (dobrze, że nie dołącza do wpisów zdjęcia gwiazdy szeryfa) i męczyć wszystkich jakimiś bzdurami na temat tego, że w sumie to wielka szkoda, że w Polsce nie ma kary śmierci. Mógłby w tym miejscu napisać jeszcze coś na temat tego, że zamiast zajmować się realnymi zagrożeniami dla dzieciaków (takimi jak przemoc) Zjednoczona Prawica woli zajmować się ochroną dzieci przed nieistniejącymi zagrożeniami (vide „przebieranie chłopców za dziewczynki”), ale jakoś tak mi się nie chce.


Źródła:

https://www.rmf24.pl/regiony/slaskie/news-smierc-8-letniego-kamilka-nowe-szczegoly-ws-dramatu-dziecka,nId,6766495#crp_state=1

https://twitter.com/KotulaKat/status/1655479935127920642

https://www.facebook.com/anna.krawczak.7/posts/pfbid06DLEtRudfFF4g47n1dQRDckLrYxANVdpStwbYoxzoxg5gx7B2cjQ6yJLqzi3F3a8l

https://oko.press/autor/anna-krawczak

https://twitter.com/mwojcik_/status/1655675636617191427?

https://twitter.com/ZiobroPL/status/1655520797996331011

https://twitter.com/MariaKurowskaPL/status/1655518280054964225

https://wiadomosci.radiozet.pl/polska/8-letni-kamil-z-czestochowy-nie-zyje-michal-wojcik-za-to-powinna-byc-kara-smierci

https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art37787081-sondaz-zwolennicy-pis-w-sprawie-kary-smierci-mysla-tak-jak-premier

https://dorzeczy.pl/kraj/39790/jaki-broni-swojego-wpisu.html

https://twitter.com/DoRzeczy_pl/status/902108647819497472

https://twitter.com/PatrykJaki/status/901820706002018305

https://opinie.wp.pl/patryk-jaki-dla-wp-nie-jestem-za-przywroceniem-tortur-moje-rozwazania-byly-teoretyczne-6160026790594177a

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/600476,zabojstwo-mrowiny-kara-smierci-ziobro-kosciol.html

https://www.fakt.pl/polityka/zbigniew-ziobro-kara-smierci-ma-racje-bytu-ziobro-za-kara-smierci/elcbhpg

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2196258,1,wyborcza-kara-smierci-pis-budzi-najgorsze-instynkty.read

https://tvn24.pl/polska/pis-chce-przywrocic-kare-smierci-ra191938-3532154

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/pis;ponownie;w;sprawie;kary;smierci,59,0,65851.html

https://www.donald.pl/artykuly/8uJHGhCC/rzecznik-praw-dziecka-broni-21-letniego-oskarka-z-tiktoka