Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antykoncepcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antykoncepcja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lutego 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #105


Ostatnio prawica przeżywa wzmożenie na tle pigułek „dzień po”. Konkretnie zaś chodzi o to, że rządząca koalicja chce, żeby antykoncepcja awaryjna była dostępna bez recepty (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że przez pewien czas była, ale potem PiS uznał, że głosy, które jest mu w stanie zagwarantować Kościół, są warte więcej niż głosy kobiet). Prawicowi influencerzy zaśmiecają debatę publiczną swoimi narracjami, w myśl których to jest zły pomysł, bo: taka pigułka to praktycznie to samo, co aborcja, to w ogóle nie jest antykoncepcja, bo „działa po, a nie przed”, pigułki mogą być nadużywane, nikt w ogóle nie myśli o przyroście naturalnym, po co taka pigułka bez recepty, skoro są inne środki antykoncepcyjne. W telegraficznym skrócie: prawica recyklinguje praktycznie wszystkie narracje, których używała wtedy, gdy po raz pierwszy zaczęła się dyskusja o dostępności antykoncepcji awaryjnej bez recepty (początek 2015). O tym, jak bardzo prawica poszła w stronę recyklingu niech zaświadczy to, że jednym z „autorytetów”, które się na ten temat wypowiadały, był Bogdan Chazan. Ponieważ koalicja chce to ogarnąć poprzez ustawę, może się okazać, że z tą dostępnością pigułek „dzień po” bez recepty będzie jeden problem. Problem ten nazywa się Andrzej Duda, który, co prawda, wcześniej podpisał ustawę o in vitro (i kilka innych), ale może się okazać, że tej nie podpisze. Kwestią otwartą jest również to, co zrobi w takiej sytuacji koalicja. Obstawiam, że może to spróbować ogarnąć poprzez rozporządzenie/etc.

Temat antykoncepcji awaryjnej wymaga drugiego akapitu, albowiem jeden z bardzo znanych dziennikarzy postanowił zabłysnąć. Mowa tu, rzecz jasna, o Robercie Mazurku. Robert Mazurek rozmawiając z Dariuszem Wieczorkiem (Lewica) postanowił podzielić się swoimi przemyśleniami. Ja was bardzo przepraszam za przydługi wstęp do tego akapitu, ale musiałem się zebrać wewnętrznie, żeby móc to napisać. Otóż, Robert Mazurek zauważył, że coś jest chyba nie tak, bo skoro tzw. „energetyki” są dostępne dopiero od 18 roku życia, to czemu antykoncepcja awaryjna jest dostępna od 15-go? Wieczorek starał się uzyskać od Mazurka odpowiedź na pytanie „co ma jedno z drugim wspólnego”, ale sensownej odpowiedzi się nie doczekał. Po co w ogóle Mazurek ten temat wyciągnął? Bo jest konserwą i to taką dość srogą. Ja sobie ten kawałek rozmowy obejrzałem parę razy i co prawda nie jestem Calem Lightmanem (czy tam Paulem Ekmanem), ale nawet ja zwróciłem uwagę na to, jakim tonem Mazurek wypowiadał kwestię „będziemy żyli w kraju, w którym środki antykoncepcyjne jak to się mówi antykoncepcji awaryjnej”. Aczkolwiek pewnie bym na to nie zwrócił uwagi, gdyby nie to, że w dalszej części Mazurkowi przydarzyła się Freudowska pomyłka i prawie mu się udało powiedzieć, że chodzi o tabletki wczesnoporonne (co prawda się poprawił w trakcie, ale nie ma najmniejszych wątpliwości w kwestii tego, co chciał powiedzieć). Podsumowując: dla ludzi pokroju Mazurka antykoncepcja awaryjna to praktycznie to samo, co aborcja, tak więc będą oni na siłę szukać jakichś (niezwykle mądrych) porównań. Dlatego też nie należy traktować poważnie ich argumentacji (bo siłą rzeczy będzie ona cokolwiek żenująca).

Jednym z bohaterów niniejszego Przeglądu będzie Mariusz Błaszczak, który ostatnimi czasy zalicza jedną spektakularną wypowiedź po drugiej. Otóż, kilka dni temu Mariusz Błaszczak chciał jakoś skomentować działania obecnej władzy i zaczął opowiadać o tym, że to, co się teraz dzieje, to w ogóle komuna i „skok na bogactwo”. Taką  technikę argumentacyjną nazywamy „autograbiami”. Nieco zaś bardziej na serio, to się zacząłem zastanawiać nad tym, czy to jest kwestia jego osobistej odklejki, czy też może kwestia tego, że jeszcze się nie przestawił na to, że jego partia już nie dysponuje ogólnopolskimi mediami o zasięgu TVP i raczej ciężko będzie przekonać do takich narracji kogokolwiek, poza partyjnym betonem. Nie da się w inny sposób wytłumaczyć opowiadania o „skoku na bogactwo” przez członka partii, która z dojenia publicznej kasy zrobiła praktycznie swoją religię (skali tego rozdawnictwa jeszcze tak po prawdzie nie znamy).

Kolejną genialną wypowiedzią Błaszczaka była ta, w której skrytykował to, że po zmianie władzy wojsko znowu wspiera WOŚP. Stwierdził, że jest tym zniesmaczony. Ciekaw jestem, co by powiedział Mariusz Błaszczak gdyby któraś z partii wykorzystywała wojsko w charakterze słupa ogłoszeniowego i robiła sobie tym wojskiem kampanię wyborczą. A nie, czekajcie, nic by nie powiedział, bo przecież dokładnie do tego wykorzystywano Wojsko Polskie i jakoś tak się złożyło, że tym Błaszczak zniesmaczony nie był. Nawiasem mówiąc, warto w tym miejscu zauważyć, że samo WP znacznie lepiej wychodzi (w wymiarze wizerunkowym) na pomaganiu WOŚPowi, niż na ogarnianiu PR-u Zjednoczonej Prawicy, no ale to tylko dygresja.

Skoro poruszyłem temat WOŚP, to możemy przejść do wypowiedzi Stanisława Janeckiego, który stwierdził, że WOŚP nigdy nie zastąpi Ochrony Zdrowia (a potem miał dłuższy strumień nieświadomości na temat inżynierii społecznej/etc.). Przyznam szczerze, że muszę się z Janeckim zgodzić w kwestii tego, że WOŚP nie zastąpi OZ. Jednakowoż od razu dodam, że nikt poza skrajnymi liberałami gospodarczymi nie opowiada tego rodzaju dyrdymałów. Choć (jak już stwierdziłem w tym Głośnym Akapicie mojego Głośnego Tekstu) muszę się z Janeckim zgodzić, to nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że ta jego wypowiedź brzmiałaby o wiele lepiej, gdyby nie jeden mały (ale to taki bardzo malutki) szczegół. Otóż. Janecki zdaje się zapominać (albo udaje, że zapomniał), co jego Partia Matka wyczyniała, gdy w 2017 rezydenci zorganizowali strajk i jednym z postulatów było zwiększenie nakładów na Ochronę Zdrowia. Na wypadek, gdyby Janecki zapomniał, to ja uprzejmie przypominam, że jego Partia Matka poszczuła na rezydentów rządowe media i wszelkiej maści PiSowskich influencerów, byle tylko nie zwiększać (w stopniu wystarczającym) tych nakładów. Podsumowując: Janecki powinien wiedzieć, kiedy wypadałoby siedzieć cicho.

Gdy tak sobie siedziałem i pisałem poniższy tekst, okazało się, że Prezydent Andrzej Duda co prawda podpisał ustawę budżetową, ale skierował ją do Trybunału Przyłębskiego, żeby ten wyjaśnił, czy z tą ustawą jest wszystko w porządku. Chodzi, rzecz jasna, o to, że prezydent się martwi tym, że może nie być, bo przecież jego dwóch kolegów skazańców nie mogło wziąć udziału w głosowaniu (zupełnie umknęły mu przyczyny, dla których nie mogli uczestniczyć w tym głosowaniu). Czemu o tym wspominam? Ano temu, że to jest ten moment, w którym zamierzam się chwalić swoją pamięcią. Otóż, w trakcie nagrywania odcinka o symetryzmie przypomniała mi się jedna z PiSowskich narracji, która została odpalona w czasie, w którym PiS właśnie rozjeżdżał Trybunał Konstytucyjny walcem. Chodzi o narrację, którą Genialny Strateg streścił w tej oto wypowiedzi: „Chodziło o to, żeby powstała trzecia izba parlamentu, która bez żadnej legitymizacji powstrzymywałaby wszelkie reformatorskie działania naszej strony. (...) Żeby władza nie mogła nic zmienić i się skompromitowała.” Tłumacząc to z Kaczyńskiego na polski: PO chciało powołać sędziów „nadmiarowych”, żeby PiSowi uniemożliwić rządzenie, ale na szczęście Kaczyński przejrzał ten diaboliczny (nieistniejący) plan i temu zaradził (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że po Kaczyńskim narracje „TK uznałby, że 500+ jest niekonstytucyjne” powtarzali inni członkowie Zjednoczonej Prawicy).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

(Pozwoliłem sobie to rozbić na dwa akapity, żeby nie robić jednego wielkiego bloku tekstu). A teraz przyjrzyjmy się temu, co się dzieję. Otóż. Prezydent kieruje do Trybunału Przyłębskiego (który w myśl ETPCz nie jest sądem, czyli, używając retoryki Kaczyńskiego: jest „trzecią izbą parlamentu bez żadnej legitymizacji”) ustawę budżetową. Jeżeli ktoś się w miarę uważnie przyglądał reakcji Tuska&co na to, jak Duda zawetował ustawę okołobudżetową, to taki ktoś wie, że narracja koalicji rządzącej była mniej więcej taka: „prezydenckie weto zabrało pieniądze nauczycielom/etc.”. Generalnie rzecz ujmując, narracja była taka, że Duda celowo blokuje pieniądze. Teraz zaś Duda co prawda podpisał ustawę (tak więc pieniędzy sam nie blokuje), ale skierował ja do trybunału, który może uznać, że ustawa budżetowa jest niezgodna z konstytucją (tym samym będzie to próba „powstrzymania wszelkich działań reformatorskich”). Podsumowując, Jarosław Kaczyński (i jego otoczenie) w 2016 przestrzegał wszystkich przed samym sobą. Warto w tym miejscu zauważyć, że to było wtedy dość sprytne zagranie z jego strony. No bo z jednej strony byłyby te prawnicze elity, które (w uproszczeniu) nie chciałyby, żeby suweren dostał 500+, a z drugiej strony „reformatorzy z PiSu”, którzy z tymi elitami walczą. Teraz zaś PiS sam siebie (razem z TP) ustawia w roli tych elit.

Ja bym już z chęcią ten temat skończył, ale trzeba tu wspomnieć o jednej rzeczy. Gdy tylko pojawiły się wzmianki o tym, że Andrzej Duda może skierować ustawę budżetową do Trybunału Przyłębskiego (ze względu na uniemożliwienie jego skazanym ziomeczkom udziału w debacie i głosowaniu), równolegle pojawiały się narracje, które sugerowały, że jeżeli Andrzej Duda to zrobi, to spektakularnie (po raz kolejny) grane będą autograbie. Chodzi, rzecz jasna, o „obrady w Sali Kolumnowej”, w których nie mogła wziąć udziału praktycznie cała opozycja. A czemu nie mogła? Bo jej to fizycznie uniemożliwiono (i w przeciwieństwie do kolegów Andrzeja Dudy, nie chodziło o skazańców). Czy wtedy Wielki Strażnik Konstytucji miał jakieś zastrzeżenia do tego, w jaki sposób procedowano ustawę budżetową? A gdzie tam. To jest, swoją droga, dość zabawne, bo gdyby wtedy ktoś złożył wniosek do trybunału, to Julia Przyłębska ochoczo by stwierdziła, że wszystko było w porządku. No, ale to dygresja. Tak sobie dumam, że Andrzejowi Dudzie się będzie reszta kadencji dłużyła i upłynie ona pod znakiem autograbi.

Robert Bąkiewicz w ramach protestu przeciwko temu, że jego chlebodawcy nie utrzymali się przy władzy, zdecydował się na performance, w ramach którego nabazgrał na fasadzie Ministerstwa Klimatu i Środowiska znak Polski Ualczącej (nie, to nie jest literówka z mojej strony, ten typ po prostu nie wiedział jak wygląda znak Polski Walczącej [co nie powinno  szczególnie dziwić w przypadku prawicowego „patriotyzmu”]). Żeby było śmieszniej, namalował ją źle dwa razy z rzędu.  Żeby było jeszcze śmieszniej, sam wrzucił w internety filmik, na którym bazgrze po fasadzie zabytkowego budynku. Sprawą się zajęła policja i prokuratura, a ponieważ czas Ziobrokratury dobiega końca, może się to skończyć dla Bąkiewicza jakimiś konsekwencjami.

Skoro zaś już poruszyłem temat prawicowców, którzy pchają się w gips, to warto wspomnieć o Oskarze Szafarowiczu, który w swoim wpisie na Eloneksie najprawdopodobniej ujawnił poufne dane z banku, w którym pracował. Czemu napisałem „prawdopodobnie”? Nie dlatego, że chciałem użyć dupochornu, ale dlatego, że sam bank twierdzi, że Szafarowicz na stanowisku, które pełnił, nie powinien mieć dostępu do takich informacji (chodzi o zysk PKO BP). Rzecz jasna, wszyscy wiemy, że w podmiotach zarządzanych przez ludzi Zjednoczonej Prawicy wszelkie procedury były mocno umowne, tak więc nie zdziwiłbym się, gdyby jednakowoż się okazało, że Szafarowicz dostęp do tych danych miał. To jest, swoją drogą, dość ciekawy „kejs”, bo albo się okaże, że Szafarowicz nakłamał we wpisie (i nic mu nie będzie), albo się okaże, że napisał prawdę (i wtedy pewnie nie tylko on dostanie po łapach, bo ktoś mu te dane udostępnił wcześniej). Nawiasem mówiąc, ujawnienie tych konkretnych danych wiąże się ze srogimi konsekwencjami (można wyłapać 2 bańki kary albo do 4 lat więzienia, albo obie te rzeczy naraz). Ironią losu byłaby sytuacja, w której Szafarowicz tym (eufemizując) nieprzemyślanym wpisem sam by się wywalił ze studiów.

O tym, że Wiktor Orban nie pała miłością do Ukrainy nikogo nie trzeba przekonywać. Tak samo, jak do tego, że nie pali się do pomagania Ukrainie i Ukraińcom. Dziwić więc nikogo nie powinno to, że gdy tylko może, stara się utrudniać międzynarodową pomoc skierowaną w stronę nielubianego przez siebie sąsiada. Parę dni temu głośno zrobiło się o tym, że Węgry planują zawetować utworzenie funduszu pomocowego dla Ukrainy (chodziło o 50 mld euro). Reakcja UE była (według Financial Times) taka, że gdyby Węgry się na to zdecydowały, to słono by za to zapłaciły i mogłoby się to bardzo źle skończyć dla ich gospodarki. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji, nikt nie będzie miał problemów z ustaleniem tego, kto jest w tej układance tym złym (i dlaczego chodzi o typa, który przez wielu komentatorów uznawany jest za putinowskiego agenta). I w tym momencie wchodzi Sebastian Kaleta, cały na głupio i zaczyna budować narrację, w myśl której zła Unia Europejska chce zniszczyć gospodarkę węgierską. Gdy mu uprzejmie zwrócono uwagę na przyczyny, dla których UE chce zastosować takie, a nie inne metody, Sebastian Kaleta był łaskaw napisać, że to nie prawda, bo państwa UE mogłyby sobie tę pomoc dla Ukrainy inaczej przemyśleć i że tu chodzi o przełamanie weta. Innymi słowy: zdaniem Kalety jeden z najbardziej proputinowskich polityków w UE może sobie bezkarnie wetować pomoc dla Ukrainy, a cała UE powinna chodzić dookoła tegoż polityka na paluszkach, żeby przypadkiem nie zranić uczuć Kaletowych. Epilogiem tej całej sytuacji było to, że Orban jednak niczego nie zawetował i śmiem twierdzić, że stało się tak dlatego, że miał świadomość tego, że nikt się nie będzie z nim cackał.




Źródła:

https://niezalezna.pl/polityka/rzad/pigulka-dzien-po-dla-dzieci-i-bez-recepty-prof-chazan-dla-niezalezna-pl-nieszczescie-gotowe/509740

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114628,30635482,redaktor-mazurek-dopytuje-o-pigulke-dzien-po-tabletki-antykoncepcyjne.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1751566346909802714

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,30638669,blaszczak-zniesmaczony-udzialem-wojska-w-wosp-zolnierze-beda.html#s=BoxOpImg1

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1751269580058615937

https://wyborcza.biz/biznes/7,147582,30653652,prezydent-podpisal-ustawe-budzetowa-ale-i-tak-kieruje-ja-do.html

https://oko.press/trybunal-zablokuje-500-plus-kaczynski-tylko-straszy

https://twitter.com/pomaska/status/1752964858260197400

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,30633165,teraz-nauczymy-ich-polskosci-bakiewicz-nasprejowal-na-fasadzie.html

https://oko.press/na-zywo/dzien-na-zywo-najwazniejsze-informacje/oskar-szafarowicz-ujawnil-poufne-dane-pko-jest-reakcja-banku

https://twitter.com/sjkaleta/status/1751724004849721347

https://wyborcza.pl/7,75399,30656090,szczyt-ue-orban-odblokowal-pomoc-dla-kijowa.html

piątek, 18 maja 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #29/#30

Świecką tradycją staje się to, że niektóre tematy podlegają „zblokowaniu”. Tym razem padło na Żywiołaka Marketingu Politycznego – Patryka Jakiego. Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało bowiem, że Patryk Jaki będzie kandydował w wyborach samorządowych na prezydenta Warszawy. Dzięki tej decyzji Warszawa ma szansę stać się prawdziwym Sebastionem Prawicy. Oczyma wyobraźni widzę taką scenkę: Patryk Jaki oprowadza Ireneusza Jakiego po wodociągach warszawskich i mówi „Patrz tato, kiedyś to wszystko będzie Twoje”. W tym miejscu pozwolę sobie na bardzo długi rant na temat tegoż polityka, który to rant zainauguruję cytatem: „Od pierwszego dnia, kiedy jestem kandydatem na prezydenta miasta stołecznego Warszawy, różne media zamieniły się w sztab Trzaskowskiego”. O tym, że wypowiedź ta padła w TVP.info, wspominać chyba nie trzeba (bo to oczywista oczywistość). W tym przypadku o wiele bardziej interesujące jest nie to, „co” powiedział Jaki, ale „dlaczego” to powiedział. Przyczyny są dwie. Pierwsza z nich to fakt, że do tej pory Jaki stosował retorykę, która pozwalała mu zagospodarować elektorat Sebixowy (skrajna prawica, narodowcy/etc.). Tak więc, na ten przykład, hejtował mniejszości seksualne. Wszystko było dobrze do momentu, w którym ktoś zdecydował, że Jaki wystartuje w Wawie (najprawdopodobniej chciano go w ten sposób wynagrodzić za wywołanie dyplomatycznej gównoburzy przy pomocy nowelizacji ustawy o IPN). Tak się bowiem składa, że do zwycięstwa w wyborach prezydenckich w stolicy nie wystarczą same Sebixy i Jaki musi się jakoś dogadać z wyborcą centrowym. Na drodze do szczęścia mogą mu stanąć jego wcześniejsze wypowiedzi/wpisy na Twitterze, które prawie na pewno będą się pojawiać w mediach. Przykładem niech będzie jeden z jego tweetów z 2013 roku, odnoszący się do homoseksualizmu, w którym Jaki zastosował argumentum ad chorobum. Zapytany przez Nizinkiewicza o ten wpis, najpierw stwierdził, że „to był chyba element szerszej dyskusji na ten temat”, a ponieważ Nizinkiewicz drążył, Jaki w pewnym momencie wypalił: „Pytanie czy w ogóle coś takiego było, a ja nie wiem, bo to pewnie jest jakaś stara sprawa”. W ten sposób to ja bym mógł odpowiedzieć na pytanie „Ej, Piknik, a czy to prawda, że 16 lat temu, w trakcie juwenaliów, siedziałeś w Bursie Jagiellońskiej na schodach i byłeś najebany jak trzonek od szpadla, to powiedziałeś to i to?” Przysłowiową cebulą na torcie był fakt, że Jaki nie odciął się od tego wpisu. Nie mógł tego zrobić, bo wtedy mógłby zniechęcić do siebie homofobów, do których wcześniej puszczał oko. Drugą przyczyną, dla której Patryk Jaki postanowił prewencyjnie napierdalać w media, jest jego obawa przed grillowaniem go przez te media w sprawach „samorządowych”. Do tej pory Jaki miał w dupie to, że, na przykład, usiłowano go grillować za obsadzanie ziomkami stołków w Opolu. Tzn., może inaczej, owszem, był z tego „rozliczany medialnie”, ale na pół gwizdka. Jaki się do tego przyzwyczaił i potrafił zajebiście nonszalancko odpowiadać na pytania dziennikarzy. Przykładem niech będzie sprawa Ireneusza Jakiego, który- co za szok- dostał fuchę w miejskich wodociągach w Opolu po tym, jak ziomek Jakiego wygrał tam wybory prezydenckie. W 2016 roku Patryk Jaki, wypytywany przez dziennikarza o ojca, stwierdził, że jego ojciec po wyborach „wrócił na swoje, wrócił do tej firmy”. Trzeba, kurwa, wybitnej bezczelności, żeby spółkę miejską nazwać „firmą” i dodać, że ojciec tam wrócił „na swoje”. Co zrozumiałe, Patryk Jaki tłumaczył, że nie miał z fuchą dla Ireneusza Jakiego absolutnie nic wspólnego. Jest to o tyle ciekawe, że rok później, w trakcie dyktowania ulotki wyborczej tygodnikowi „Sieci” (nie, nie nazwę tego tekstu „wywiadem”), wiceminister sprawiedliwości powiedział coś zupełnie innego: „po ponad dekadzie od tego zdarzenia sprawiłem, że tata mógł wrócić do pracy, z której go niesłusznie wyrzucono”. Tak więc narracja „ja nic nie załatwiałem” zamieniła się w narrację „owszem, załatwiłem, ale to była sprawiedliwość dziejowa”. Gdyby Jaki wygrał wybory w Wawie, mogłoby się okazać, że „sprawiłem, że tata mógł zostać zatrudniony w wodociągach warszawskich, w których go niesłusznie nigdy wcześniej nie zatrudniono”. Człowiek z Marketingu Politycznego doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak dużym obciążeniem są dla niego wcześniejsze wypowiedzi. Zdaje sobie również sprawę z tego, że akcja „przypomnimy to panu hurtowo” zbliża się wielkimi krokami. Postanowił więc prewencyjnie uderzyć w media i tłumaczyć ludziom, że będą go atakować, żeby „bronić układu”.

Ponieważ od ostatniego przeglądu minął miljon czasu, nie obędzie się bez „archeologii newsowej”. Wypowiedź Anny Marii Anders, w której oznajmiła ona, że nie będzie latała klasą turystyczną do USA, bo ma swoje lata (i dlatego lata klasą biznesową), zrobiła furorę w internetach. Media rządowe mają w zwyczaju ignorowanie pomniejszych wtop swoich przełożonych, ale czasem jakaś wypowiedź robi się na tyle głośna, że „coś” trzeba napisać. Portal wPolityce wyszedł z tej próby obronną ręką. Z artykułu (króciutkiego) internauci mogli się dowiedzieć, że tłumaczenia senator Anders były „osobliwe”, zaś na samym końcu autorzy artykuliku napisali „Nie zdziwi nas jeżeli słowa senator zostaną wykorzystane przez totalną opozycję do walki z rządem.”. Gdyby Patryk Jaki zaglądał na portal wPolityce – miałby gotową strategię obronną przeciwko mediom cytującym jego wcześniejsze wypowiedzi: „Nie zdziwi mnie jeżeli moje słowa zostaną wykorzystane przez media do walki ze mną”.


Ministerstwo Zdrowia wydało prawie 10 baniek na program „edukacyjny”, z którego można się będzie dowiedzieć między innymi tego, że antykoncepcja jest zła, a prezerwatywy powodują raka. Mądrościami tymi „edukatorzy” będą się dzielić z młodzieżą szkolną. Po tym, jak media opisały przekłamania zawarte w filmikach wyprodukowanych w ramach programu „w stronę dojrzałości”, suweren się wkurwił i dał temu wyraz w internecie. Zupełnym przypadkiem filmiki momentalnie zniknęły ze strony programu. Usunięcie filmików nie oznacza, że te idiotyzmy nie trafią do szkół. W związku z powyższym opowiem wam pewną historię. Dawno, dawno temu (najprawdopodobniej trwał wtedy Prekambr, ale łusek bym na to nie postawił), kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, mieliśmy zajęcia z jakiejś mutacji Wychowania Do Życia W Rodzinie. Przemiła pani, pytana przez uczniów o najskuteczniejszą metodą antykoncepcji, odpowiedziała „szklanka wody zamiast”, a chwilę potem zaczęła opowiadać o tym, że prezerwatywa w ogóle nie chroni przed zarażeniem wirusem HIV, bo wirusy mogą się przedostawać przez mikropory/etc./etc. W domu pochwaliłem się nowo nabytą wiedzą. Muszę w tym miejscu pochwalić moich rodziców, bo pomimo tego, że oboje ukończyli studia chemiczne, żadne z nich nie powiedziało „o, kurwa”. Zamiast tego moja rodzicielka, z kamienną twarzą, powiedziała mi, że jeżeli w szkole będą jeszcze jakiekolwiek zajęcia z tego gatunku, to mam z nich po prostu wyjść.


Szef MON, Mariusz Błaszczak, odbywając wizytę gospodarską w TVP, opowiadał o tym, że, jego zdaniem, po katastrofie smoleńskiej „Komorowskiemu bardzo się śpieszyło, żeby przejąć władzę”. Najprawdopodobniej Mariusz Błaszczak ma do Komorowskiego pretensje o to, że nie poczekał z przejęciem władzy do zakończenia prac Zespołu Macierewicza. Nieco zaś bardziej na serio, obecny szef MON, hejtując Komorowskiego za „pośpiech”, pokazuje, że ma wyjebane na procedury i jest wielkim fanem państwa teoretycznego.


Na początku kwietnia PiS wszedł w fazę pt. CHWD Sondażom. Faza ta potrwała bardzo krótko, bo okazało się, że według sondażu przeprowadzonego przez CBOS, na PiS chce głosować 46% Polaków. Nie wiem, jak wy, ale ja nabrałem ochoty na posłuchanie kawałka Iron Maiden pt „Thin line between love and hate”.
 

W połowie kwietnia Jarosław Gowin pokazał, że jest wart każdej złotówki, którą zarabia jako polityk. Zaproponował rewolucyjne rozwiązanie, jakim miałoby być głosowanie rodzinne. Na czym miałoby ono polegać? Na tym, że rodzice dysponowaliby nie tylko swoimi głosami, ale mogli by również głosować „w imieniu” swoich niepełnoletnich dzieci. Jednym z argumentów, który zdaniem Gowina przemawia za takim rozwiązaniem był fakt, że w Niemczech już dwukrotnie nie zdecydowano się na jego wprowadzenie. Nie jestem pewien, czy Gowin sam wpadł na ten pomysł, czy też usłyszał go, wsłuchując się w krzyk zamrażanych zarodków. Jeżeli zaś jesteśmy przy zarodkach, to biorąc pod rozwagę fakt, że zdaniem prawicy zarodek=dziecko, to największą liczbą głosów będą dysponowali właściciele klinik in vitro.


Trochę zdziwiło mnie zdziwienie części Polaków na to, że narodowcy (aka Putinicanis) pielgrzymują sobie na Jasną Górę, za przyzwoleniem tamtejszych duchownych. Zdziwiło mnie to dlatego, że wychowałem się w dość niewielkim mieście, w którym kościół prężnie wspierał skinheadów, i to w czasach, w których skini łazili poobszywani w swastyki i inne memoHitlerobilia. Osobną kwestią jest fakt, że po raz pierwszy zetknąłem się z jadowitym antysemityzmem na lekcjach religii, kiedy to ksiądz opowiadał nam o tym, żebyśmy przekonywali rodziców do tego, żeby nie głosowali na Kwaśniewskiego ze względu na jego pochodzenie (rzecz się działa w trakcie drugiej tury wyborów prezydenckich w 1995r.). Ksiądz dobrodziej był tak bardzo zacietrzewiony, że na pytanie jednej koleżanki z klasy „czy ksiądz ma coś przeciwko Żydom?” udzielił bardzo wyczerpującej odpowiedzi, której nie zacytuje, bo nie jestem fanem cytowania Leszka Bubla. 


Rzecznik jednego ze skrajnie prawicowych ugrupowań (prywatnie wielki fan Leona Degrelle), w rozmowie z Onetem, tłumaczył się z haseł o szukaniu kija na czyjś ryj (nie będę się bawił w cytowanie haseł, bo narodowcy z przyjemnością by mnie za to zrzucili z rowerka): „Niektóre nasze hasła są rzeczywiście wyraziste, ale nie przesadzałbym, że jest to jakaś mowa nienawiści. To jest po prostu mocna retoryka i konfrontacyjne hasło”. Muszę przyznać, że mam teraz wyrzuty sumienia. Do tej pory myślałem, że „łysi” to troglodyci napierdalający ludzi, z którymi się nie zgadzają (bardzo szeroka kategoria obejmująca wszystkich „nie-łysych”). Wypowiedź rzesznika uświadomiła mi błąd w moim rozumowaniu. To na nie jest żadne tam „napierdalanie”, tylko prowadzenie ożywionej dyskusji z elementami agresji.


Prof. Bogdan Chazan został konsultantem ds. ginekologii i położnictwa w woj. świętokrzyskim. Będzie odpowiadał m.in. za "poprawę jakości leczenia". Biorąc pod rozwagę fakt, że prof. Chazan nie potrafił postawić trafnej diagnozy* w głośnej sprawie, po której (całkiem słusznie) został wypierdolony z warszawskiego szpitala, tę „poprawę jakości leczenia” można traktować albo jako wyjątkowo nieśmieszny żart, albo jako groźbę. *Chazan, publicznie twierdził, że „dziecko kobiety opisywanej przez media może żyć długo, są propozycje operacji i rokowania nie są złe.”


21 kwietnia odbyła się manifestacja nauczycieli, którzy domagali się między innymi podwyżek. Rządowi mediaworkerzy momentalnie zaczęli klarować, że (w skrócie) chuj wie, o co chodzi tym nauczycielom, bo przeca zarabiają bardzo dobrze. Trochę mnie ta narracja zaskakuje, bo spodziewałbym się raczej czegoś w rodzaju „ten protest to wycie elit odrywanych od koryta”, względnie „wściekły atak nadzwyczajnej kasty nauczycielskiej na rząd tysiąclecia”, albo „po 1989 roku środowisko nauczycieli nie zostało oczyszczone i nauczaniem dzieci nadal zajmują się ludzie, którzy strzelali do żołnierzy wyklętych”.  


Tematyka wyklętych kojarzy się nierozerwalnie z Dominikiem Tarczyńskim, którego twitterowe wpisy sugerują, że gdyby przystąpił do testu Turinga, to większość sędziów uznałaby go za uszkodzony program, który na każde zadane pytanie odpowiada „żołnierzami wyklętymi”. Jakiś czas temu okazało się, że program Dominik Tarczyński popsuł się jeszcze bardziej i, w trakcie twitterowego flejma z Bartoszem Wielińskim, w pewnym momencie napisał: „nie pouczaj wnuka Wyklętego.” Tzn. mam nadzieję, że to był efekt uszkodzonego programu, bo jeżeli nie, to może się okazać, że niebawem będziemy w Polsce obchodzić narodowy dzień Wnuków Wyklętych.


26 kwietnia Facebook oświadczył, że dwa polskie, skrajnie prawicowe ugrupowania (ONR i NOP), których fanpejdże jakiś czas temu spadły z rowerka – spadły z niego definitywnie. W tym samym oświadczeniu przestrzeżono fanów tych organizacji, że „niedozwolone jest odwoływanie się do zakazanych organizacji, takich jak ONR i NOP, oraz stosowanie ich symboliki w celu ich propagowania.” W tym miejscu warto zacytować jednego z bohaterów filmu „Fanatyk”: „I bardzo, kurwa, dobrze”. 
 

Pod koniec kwietnia Rafał Ziemkiewicz napisał na FB, że Projekt „Endecja” okazał się fiaskiem. „Jednych to martwi, innych może cieszy – dla mnie jest powodem do wstydu. Zaangażowałem się w budowę stowarzyszenia, widząc szansę na powstanie siły społecznej na prawo od PiS (…).” Czym miała się zajmować Endecja? W trakcie konferencji „inauguracyjnej” wyjaśnił to Ziemkiewicz „Chcemy stworzyć fabrykę elit dla nowej Polski”. I teraz sobie tak dumam, czy to społeczeństwo nie dorosło, czy też taśma produkcyjna się popsuła... Nieco zaś bardziej na serio. Ja rozumiem, że ego Ziemkiewicza potrafiłoby swoją wielkością zawstydzić sferę Dysona, ale trzeba wybitnego „intelektualisty”, żeby wpaść na pomysł zakładania kolejnego prawicowego nowotworu politycznego w naszym kraju.


Skoro zaś jesteśmy przy prawicowych nowotworach politycznych, to Adam Andruszkiewicz zapowiedział uruchomienie nowej inicjatywy politycznej, która ma być skierowana do młodych osób. Jeszcze nie wiadomo, jaką nazwę będzie miała, ale mam nadzieję, że założyciel zdecyduje się na jakąś niemieckojęzyczną. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Prawo Godwina nie ma zastosowania w takich przypadkach.


Rząd, który od początku swojego istnienia podkreśla, jak ważne jest to, żeby inne kraje respektowały jego „politykę wewnętrzną” i „decyzje władzy wybranej w demokratycznych wyborach”, dostał słownej biegunki w momencie, w którym burmistrz Jersey City, Steven Fulop, postanowił przenieść pomnik katyński z miejsca na miejsce. Argumenty członków Prawa i Sprawiedliwości (i rządowych mediaworkerów) można skrócić do „ten pomnik jest polski, tak więc burmistrz Jersey City nie ma prawa go ruszać, bo to byłoby równoznaczne z wpierdalaniem się w wewnętrzne sprawy Polski!”. 


Kilka dni temu Ryszard Petru opuścił Nowoczesną. „Opuszczam partię ze smutkiem i żalem. Nowoczesna to swego rodzaju moje dziecko, ale które dziś już podąża swoją własną drogą”. Pewnie mi nie uwierzycie, ale kiedy czytałem tę wiadomość, płakałem kredytami we franku.


Mateuszk Kijowski wydał od dawna zapowiadaną książkę pt. „Buntownik”. Zgodnie z moją wcześniejszą zapowiedzią, z przyjemnością jej nie przeczytam. Poza wszystkim innym, ciekaw jestem, czy kupując książkę, można poprosić o wystawienie faktury.


Pod koniec marca Kaja Godek (aka „Kafar Episkopatu”) była przepytywana w temacie tego, w jaki sposób znalazła się w Radzie Nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych. Jej pierwsza reakcja była bardzo rzeczowa, bo oto okazało się, że zdaniem Kai Godek, pytanie o jej kwalifikacje to próba zwolnienia jej z pracy. Wspominam o tym dlatego, że kilka dni temu Kaja Godek zaczęła zbierać podpisy pod petycją o wypieprzenie z roboty dwóch pracownic Biura Analiz Sejmowych. Co sprawiło, że Kaja Godek poszła na wojnę z dwiema pracowniczkami BAS? Opinia ich autorstwa, wydana na temat projektu ustawy jej autorstwa. W projekcie ustawy możemy znaleźć fragment (to się pewnie jakoś fachowo nazywa, ale nie chcę się mnie sprawdzać), z którego wynika, że zdaniem autorów „projekt ustawy nie pociąga za sobą obciążenia budżetu państwa lub budżetów jednostek samorządu terytorialnego”. Autorki analizy (tzn. jednej z analiz, bo dwie pozostałe się Kai Godek bardzo spodobały i nie chce za nie nikogo zwalniać), zwróciły, między innymi, uwagę na to, że zaostrzenie prawa aborcyjnego niesie za sobą koszty finansowe: „zwiększone nakłady na prowadzenie ciąż trudnych oraz późniejszą opiekę neonatologiczną noworodków z ciężkimi wadami; koszty związane ze specjalistyczną opieką i edukacją większej liczby dzieci niepełnosprawnych”. Z tego by wynikało, że wbrew temu, co napisali autorzy projektu, pociąga on za sobą obciążenia budżetu/etc. Kaja Godek postanowiła podjąć polemikę i z subtelnością właściwą swej kondycji intelektualnej stwierdziła, że zwracanie uwagi na koszty finansowe „to retoryka, którą stosowano w haniebnej Akcji T4 w nazistowskich Niemczech do uzasadnienia masowych mordów na chorych psychicznie i niepełnosprawnych intelektualnie”. Jeżeli mam być szczery, to nie dziwię się temu strumieniowi nieświadomości w wykonaniu Kai Godek. Wyobraźcie sobie, że jest jedna, jedyna rzecz, którą potraficie się zajmować i na której robicie karierę (w przypadku Kai Godek jest to taśmowe pisanie projektów ustaw zakazujących aborcji, zbieranie podpisów pod tymi projektami i wynikająca z tego celebrytoza [z własną fundacją w tle]). A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś się pochyla nad waszą „pracą” i zupełnym przypadkiem udowadnia, że nawet tę jedną rzecz potraficie spierdolić. To musi być straszne uczucie.


W Sejmie trwa protest opiekunów osób z niepełnosprawnościami. Ponieważ protest ten psuje naszej partii rządzącej wizerunek („wystarczy nie kraść i pieniądze się znajdą”), część obozu władzy zareagował skrajną histerią. Moim skromnym zdaniem, za każdym rzygiem, który wyprodukowały z siebie drony PiS-u i część polityków tej formacji, stoi człowiek, który panicznie boi się tego, że mu (albo komuś z rodziny), kurwa, odjedzie koryto. Wyszukiwanie zdjęć z wakacji, wycenianie odzieży, sugerowanie, że „przecież mogą pracować”, albo bełkotanie o tym, że „można znaleźć jakieś paragrafy na opiekunów” sugeruje, że, po raz pierwszy od dawna, część obozu władzy była tak bardzo zesrana, że nie zwróciła uwagi na płynący od czynników decyzyjnych wyraźny komunikat „w niczym nie pomagacie, zamknijcie ryje”. Tak więc część prawicowych dronów wyzywa opiekunów osób z niepełnosprawnościami od terrorystów i wzywa do siłowego usunięcia ich z Sejmu. Mógłbym to jakoś skomentować, ale wyczerpałem limit wulgaryzmów. 

Źródła:

https://twitter.com/BezretuszuTVP/status/994479768807575552


Od 9-tej minuty:

http://www.rp.pl/RZECZoPOLITYCE/180519906-Patryk-Jaki---Warszawa-musi-byc-prawdziwa-swiatynia-wolnosci.html


https://wiadomosci.wp.pl/patryk-jaki-o-posadzie-dla-swojego-ojca-i-stanowisku-dla-asystenta-to-nieuczciwe-6062016370705025a


https://wiadomosci.wp.pl/patryk-jaki-przyznal-ze-to-dzieki-niemu-ojciec-zostal-prezesem-i-jeszcze-ma-sukcesy-6187350378874497a




http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23266866,wszystkie-badania-pokazuja-spadek-poparcia-dla-pis-ten-sondaz.html




http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23302181,prof-chazan-wojewodzkim-konsultantem-ds-ginekologii-i-poloznictwa.html

https://twitter.com/D_Tarczynski/status/989150692026863617




https://wpolityce.pl/polityka/393523-andruszkiewicz-zapowiada-powolanie-nowego-ruchu-ma-byc-skierowany-do-mlodych


http://www.polskatimes.pl/fakty/polityka/a/ryszard-petru-odszedl-z-nowoczesnej-bo-stracil-nad-nia-kontrole-petru-nie-chce-wziac-odpowiedzialnosci-za-dzialania-nowoczesnej,13167864/


https://wiadomosci.wp.pl/nietypowa-promocja-ksiazki-kijowskiego-postawiono-na-literowki-6251659255944833a




http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018-05-14/kaja-godek-chce-zwolnienia-specjalistek-biura-analiz-sejmowych-za-opinie-o-zatrzymaj-aborcje/






czwartek, 8 czerwca 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #5

W trakcie dyskusji o miejskim programie in vitro poznańska radna PiS, oddelegowana do hejtowania tej metody, chciała zabłysnąć erudycją i stwierdziła, że jeżeli chodzi o in vitro, to „pierwsza była owieczka Dolly”. Nie powinniśmy jej za to krytykować, bo to nie jej wina, że klonowanie pomyliło się jej z in vitro. Lista rzeczy, których Kościół zabrania jest tak długa, że łatwo się w tym pogubić. Nawiasem mówiąc, byłem trochę rozczarowany. Liczyłem na to, że radna pójdzie za ciosem i zacznie opowiadać o tym, że naukowcy, którzy sklonowali owcę Dolly, powinni odpowiedzieć za obrazę uczuć religijnych, bo Baranek Boży.

Polska została niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. W związku z powyższym, Krzysztof Szczerski zapowiedział, że na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ zostanie poruszony temat katastrofy smoleńskiej. Odnoszę wrażenie, że Prawo i Sprawiedliwość usilnie stara się zrobić z Polski odpowiednik „Kaszlaka Henry'ego” ze Świata Dysku. Ponieważ nie każdy musi znać tę personę, już tłumaczę, kto zacz. Kaszlak Henry zarabiał na  imprezach/etc. Ludzie, którzy organizowali imprezy/wesela/etc wysyłali mu „antyzaproszenia” i płacili za to, żeby się na nich nie pojawiał. Aczkolwiek może właśnie o to chodzi. Tzn. o zabezpieczenie Polski na wypadek gdyby nam odebrano fundusze unijne. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której ONZ (albo dowolna inna międzynarodowa organizacja) dostaje od polskiego rządu liścik o treści „albo zapłacicie nam tyle i tyle, albo na to spotkanie wyślemy Witolda, który będzie opowiadał o katastrofie smoleńskiej”.

Na szkoleniach w MSZ dla przedstawicieli samorządów, którzy odpowiadają za kontakty z szeroko pojętą „zagranicą”, uczestnikom wręczano materiały, które zdaniem MSZ mogą się im przydać. Wśród tych materiałów była również książeczka „Ambasador Polskości”, wydrukowana przed Światowymi Dniami Młodzieży. Książeczki te otrzymywały rodziny goszczące pielgrzymów, którzy przybyli do Polski na ŚDM. Po pierwsze, nikogo nie powinno dziwić to, że zdaniem MSZ nastoletni pielgrzym, przybywający na ŚDM, nie różni się niczym od potencjalnego inwestora, który kontaktuje się z polskimi samorządami. Po drugie, nie ma się co wyzłośliwiać, bo pewnie wydrukowano tych książeczek o kilka milionów egzemplarzy za dużo i coś trzeba z nimi zrobić. Po trzecie, mogło być znacznie gorzej, bo mogli tym urzędnikom rozdać film „Smoleńsk” na DVD i zachęcać do rozdawania tych płyt zagranicznym gościom (względnie, do wysyłania ich zagranicznym swoim kontaktom). 

Grupka narodowców usiłowała zatrzymać Marsz Równości, który w ostatnią niedzielę przeszedł ulicami Warszawy. Do zdarzenia odniósł się rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej, który pochwalił swoich kolegów za to, że rozciągnęli w poprzek ulicy 70-kilogramowy łańcuch. Nie bardzo wiem czemu miała służyć ta „kontrdemonstracja”, ale nie zdziwiłbym się, gdyby jej uczestnicy krzyczeli „narodowiec i łańcuch – prawdziwa rodzina!”.

W ostatnim tygodniu sporo się mówiło o tym, że szefowa Kancelarii Prezydenta, Małgorzata Sadurska, ma zrezygnować z dotychczasowej fuchy i przejść do PZU. Ponieważ o sprawie zrobiło się bardzo głośno, wypowiedział się na ten temat Rzecznik Rządu, Rafał Bochenek, który powiedział między innymi, że „każdy polityk ma prawo do rozwoju zawodowego”. Aż dziw bierze, że pan rzecznik nie walnął z grubej rury „Prawo i Sprawiedliwość chce, żeby kobiety zarabiały tyle, ile zarabiają mężczyźni, więc o co wam chodzi?” No ale tak po prawdzie, to ile razy można powtarzać „Teraz, Kurwa, My”, żeby ludzie wreszcie przestali pytać o to samo?

Polski rząd obiecywał, że będzie inwestował w nowoczesne technologie i słowa dotrzymuje. Najpopularniejsza gra polecana przez Kościół – „Watykańska Ruletka” - doczeka się niebawem swojej internetowej wersji. Pojawi się ona, wraz z innymi atrakcjami, na portalu, za który Ministerstwo Zdrowia zapłaci 750 tysięcy złotych. Wszystko to w ramach „sprzyjaniu płodności”. Przynajmniej nikt już nie ukrywa, że „Watykańska Ruletka” ma służyć temu, żeby rodziło się jak najwięcej dzieci.

Rzecznik Rządu wypowiedział się w temacie zmian w ustawie o opłatach abonamentowych. Wypowiedź sprowadzała się głównie do tego, że „Każdy z nas ma obowiązek płacić” i że „takie uregulowania są w wielu krajach zachodniej Europy”. Powinniśmy być PiS-owi wdzięczni za to, że obowiązkowe będzie tylko i wyłącznie płacenie abonamentu. Mogło być bowiem znacznie gorzej i obowiązkowe mogło być również oglądanie TVP. Insza inszość to fakt, że Bochenkowi pomyliły się kierunki. To, w jaki sposób ludzie powiązani z rządem „robią telewizję publiczną”, nie przypomina „wielu krajów zachodniej Europy”, ale tereny położone na wschód od nas. 

Wojska Obrony Terytorialnej będą miały własnych kapelanów. Jeżeli zestawimy poziom wyszkolenia WOT z tym, jakie zadania dla nich przewiduje szef MON (np. zwalczanie specnazu), to łatwiej nam będzie zrozumieć „inwestowanie w modlitwy”.

W Sejmie złożono projekt ustawy (póki co w trybie petycji), która ma zapewnić farmaceutom prawo do stosowania „klauzuli sumienia”. Nie wiadomo co z tym projektem zrobi partia rządząca, ale może być bardzo różnie. W związku z powyższym proponowałbym, żeby apteka, w której nie będzie można kupić antykoncepcji, „bo sumienie”, była w odpowiedni sposób oznaczona. Takie oznaczenie ułatwi życie zarówno kobietom, jak i farmaceutom. Nie mogę się jednakże zdecydować, czy lepsze będzie „apteka objęta strefą szariatu”, czy też „strefa no-go dla kobiet”.

Prezydent RP na spotkaniu z kardiologami w Zabrzu oznajmił, że rzucił palenie. Złośliwi twierdzą, że rzucił je dlatego, żeby swoim paleniem nie dawać złego przykładu młodzieży gimnazjalno-licealnej, z którą rozmawia na Twitterze. Jednakże najprawdopodobniej chodziło o to, że bardzo ciężko było wywietrzyć dym z poczekalni na Nowogrodzkiej.

Źródła:




http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,probowali-zablokowac-parade-rownosci-interweniowali-policjanci,233625.html












niedziela, 19 czerwca 2016

Jak hartowała się ściema odc. 2: „Nagły atak głupoty”

Fragment artykułu Rafała Ziemkiewicza
 Rafał Ziemkiewicz był łaskaw popełnić artykuł o aborcji (link w źródłach). Gardłuje w nim na temat tego, że w sumie to kobiety są głupie, bo wcale nie muszą mieć prawa do aborcji, bo przecież mogą korzystać z antykoncepcji hormonalnej/etc. Jest to dość śmiała teza. Zwłaszcza w kontekście tego, że PiS uwalił niedawno sprzedaż pigułek „dzień po” bez recepty (zapewne w ramach ułatwienia kobietom dostępu do antykoncepcji). Abstrahując już zupełnie od faktu, że prawica najchętniej zakazałaby jakiejkolwiek antykoncepcji (w trosce o dzieci niepoczęte).

Ale to tylko dygresja. Skupimy się bowiem na jednej z największych ściem, która powtarzana była już tak często, że nie tylko tuzy researchu w rodzaju Ziemkiewicza powtarzają ją bez mrugnięcia okiem. Chodzi, rzecz jasna, o podkreślony fragment tekstu, w którym stoi, że „kompromis aborcyjny” wcale nie stworzył podziemia aborcyjnego. Na pierwszy rzut oka zweryfikowanie tego, ile aborcji (po wprowadzeniu zakazu w 1993 r.) dokonywano w podziemiu, jest prawie nierealne. Nikt nie prowadzi „oficjalnych statystyk”, w których uwzględnia się nielegalne zabiegi przerywania ciąży. Tyle, że można to zrobić okrężną drogą. Wystarczy porównać ilość żywych urodzeń w okresie przed i po wprowadzeniu zakazu. Jeśli rację mają prawicowcy i wprowadzenie zakazu aborcji nie stworzyło podziemia (innymi słowy – po wprowadzeniu zakazu kobiety nie dokonywały terminacji ciąży nielegalnie) powinno mieć to odzwierciedlenie w zwiększonej liczbie urodzeń żywych. Jak było w rzeczywistości?

1986 – 637.200
1987 – 607.800
1988 – 589.900
1989 – 564.400
1990 – 547.000
1991 – 547.700
1992 – 515.200
1993 – 494.300 (ustawa zakazująca aborcji weszła w życie bodajże 21 stycznia)
1994 – 481.300
1995 – 433.100

I na tym poprzestaniemy, bo w 1996 r. nieco zliberalizowano prawo aborcyjne (potem zostało to utrącone przez TK).

Warto mieć również na uwadze to, że od czasów baby-boomu z lat 1979-1984 ilość urodzeń żywych w Polsce sukcesywnie spadała. Ciężko ocenić, ile aborcji rocznie dokonywano przed wprowadzeniem zakazu, ale biorąc pod rozwagę wyniki badań CBOS („doświadczenia aborcyjne Polek”: od 4,1 do 5,8 miliona Polek przynajmniej raz w życiu dokonało terminacji ciąży), można bezpiecznie założyć, że mowa tu o liczbie znacznie wyższej niż 100 000 aborcji rocznie. Nawiasem mówiąc, sami purpuraci ubolewali nad tym, że w czasach PRL aborcji dokonywano „na skalę masową”. Abp Hoser twierdził, że czasem dokonywano 800 tys. aborcji rocznie. Ostrożniejsze szacunki (acz zastrzegam, że źródeł nikt nie podaje) mówiły o tym, że w latach 70. było to od 300 do 500 tysięcy aborcji rocznie.

Gdyby więc rację miało nasze prawactwo i gdyby zakaz aborcji nie doprowadził do rozkwitu podziemia aborcyjnego, to po wprowadzeniu tegoż zakazu, gwałtownie powinna wzrosnąć liczba urodzeń żywych ("pi razy oko" co najmniej o jakieś 60-70 tysięcy). Dane liczbowe pokazują, że prawactwo (co za szok), albo nie wie o czym mówi, albo ordynarnie rżnie głupa. Zakaz aborcji nie przełożył się bowiem na zahamowanie spadku liczby urodzeń żywych. Z czego wniosek płynie dość prosty – przed 1993 rokiem kobiety dokonywały aborcji legalnie, potem zaś „zeszły do podziemia”. Tym samym, każdy, kto twierdzi, że po 1993 r. podziemie aborcyjne nie rozkwitło, jest albo idiotą, albo kłamcą.

Źródła:

Erupcja intelektualna Ziemkiewicza:
(Uprzedzam, że rzyg na kobiety jest w tym tekście straszliwy [nawet, jak na pszenno-buraczany poziom polskiej prawicy]):

http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news-nagly-atak-idiotek,nId,2220398

Wikipedyjny link z danymi liczbowymi (ilość żywych urodzeń/etc):

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludno%C5%9B%C4%87_Polski

poniedziałek, 6 lipca 2015

Fanatyków wojna z aborcją, edukacją seksualną i badaniami prenatalnymi

3 lipca 2015 roku w Sejmie został złożony obywatelski projekt ustawy mającej na celu wprowadzenie w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Jednakże myliłby się ten, kto uznałby, że to jest standardowy wyskok fundacji Pro Prawo do Życia (która już po raz 4 usiłuje majstrować przy ustawie o „planowaniu rodziny”) i że chodzi tylko i wyłącznie o zakaz aborcji. Tym razem fundacja poszła o krok dalej. I jeśli komuś się wydaje, że nie ma nic gorszego, niż wprowadzenie zakazu aborcji, po przeczytaniu niniejszego tekstu będzie musiał zweryfikować swoją opinię.

A teraz przejdźmy do treści projektu ustawy (całość w źródłach). Niestety w niektórych miejscach będę musiał zacytować dłuższe fragmenty ustawy o planowaniu rodziny, ale bez tego nie da się omówić wspomnianego projektu fundacji PPdŻ.

"Dzieci poczęte"
„1. Każdy człowiek ma od chwili poczęcia przyrodzone prawo do życia.
  2. Życie i zdrowie dziecka od chwili jego poczęcia pozostają pod ochroną prawa.”


Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo „prolajfersko”. Mamy dziecko poczęte, którego życie i zdrowie podlega ochronie prawnej (a jakże) od poczęcia. Fragment dotyczący „ochrony zdrowia” dziecka poczętego przyda się nieco później.

W ustawie o "planowaniu rodziny" (tekst ujednolicony) mamy np. taki fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych są zobowiązane do zapewnienia kobietom w ciąży opieki medycznej, socjalnej i prawnej w szczególności poprzez:

Opiekę prenatalną nad płodem oraz opiekę medyczną nad kobietą w ciąży.”


Autorom projektu obywatelskiego nie spodobało się powyższe zdanie i chcą je zamienić na takie:

„Opiekę medyczną nad dzieckiem poczętym oraz kobietą w ciąży.”

Czemu autorzy zmienili „opiekę prenatalną” na „opiekę medyczną”? Wbrew pozorom nie chodzi o typowo „prolajferską” kosmetologię języka (tak, jak w przypadku zastąpienia słowa „płód” słowem „dziecko poczęte”). O co więc chodzi naszym milusim przyjaciołom zygot? Stanie się to jasne w momencie, w którym dotrzemy do fragmentu projektu ustawy odnoszącego się do badań prenatalnych. Teraz natomiast przejdziemy do kolejnego punktu, który „boli” katoprawicę.

Precz z nauką o rozrodczości człowieka!

Fundacja Pro Prawo do Życia swego czasu wydaliła z siebie projekt ustawy (będący straszliwym gniotem), który nosił nazwę „Stop pedofilii”. (Poświęciłem mu osobną notkę), ale tak w skrócie – chodziło o to, żeby pod płaszczykiem „ochrony przed pedofilią” wyrugować z polskich szkół edukację seksualną (która w opinii autorów projektu deprawuje dzieci, a one przez to częściej padają ofiarą pedofilów). Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że najnowszy projekt ustawy antyaborcyjnej również odnosi się do edukacji seksualnej i nauczania o rozrodczości człowieka.

Do fragmentu (ja wiem, że prawnikom od mojego nazywania artykułów „fragmentami” pewnie już krwawią oczy, ale jeśli zacznę stosować tu odwołania do artykułów, punktów i ustępów to oczy zaczną krwawić nieprawnikom, których jest znacznie więcej):

„Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji”

autorzy chcą dodać:

„Nauczanie w tym zakresie musi respektować normy moralne rodziców i wrażliwość uczniów. Udział w zajęciach wymaga pisemnej zgody rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

Powyższe zdanie jest bardzo groźne dlatego, że nie odnosi się ono li tylko do edukacji seksualnej. To zdanie odnosi się do CAŁEGO programu nauczania. No, a traf chciał, że na lekcjach biologii porusza się temat rozrodczości człowieka… (Nawiasem mówiąc, ciekawe, jak się ma ta troska o „wrażliwość” do podstawowej działalności członków fundacji, czyli wywieszania w centrach miast płacht z okrwawionymi strzępami mięsa?) Ale to tylko taka moja dygresja.

 Autorzy projektu ustawy celowo użyli bardzo nieprecyzyjnych określeń (bo kto mi powie, co to są „normy moralne rodziców” i jak zmierzyć „wrażliwość uczniów”?). O ile wymaganie pisemnej zgody rodziców na to, żeby ich pociechy mogły uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej, byłoby jedynie niewielkim utrudnieniem (chyba, że księża wyczytywaliby z ambon nazwiska rodziców, którzy posyłają swoje dzieci na „szatańską edukację’), to już niedoprecyzowanie „wrażliwości” otwiera furtkę do całkowitego wyrugowania jej ze szkół. Czemu? Bo o ile na „normy moralne rodziców” mogliby się powołać tylko rodzice, to nie bardo wiadomo, w czyjej gestii miałoby leżeć „respektowanie wrażliwości uczniów”. Coś mi się wydaje, że autorzy projektu ocenę „wrażliwości ucznia” pozostawiliby najchętniej księżom katechetom. A potem się okaże, że „wrażliwość ucznia” może zranić np. użycie przez nauczycielkę od biologii słów takich, jak „penis, pochwa, plemnik i macica”. Nie wspominając już o takiej abominacji, jak słowo „zarodek”, które trzeba by zastąpić słowem „dzieciątko poczęte”.

Badania prenatalne

W ustawie o planowaniu rodziny znajduje się następujący fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych, są zobowiązane zapewnić swobodny dostęp do informacji i badań prenatalnych, szczególnie wtedy, gdy istnieje podwyższone ryzyko bądź podejrzenie wystąpienia wady genetycznej lub rozwojowej płodu, albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu płodu.”

Powyższy fragment jest prosty jak budowa cepa – wszystkie kobiety mają mieć prawo do swobodnego dostępu do badań prenatalnych. W szczególności zaś te, w których przypadku istnieje podwyższone ryzyko wystąpienia wady rozwojowej płodu. Ten punkt brzmi sensownie. I zapewne dlatego autorzy ustawy antyaborcyjnej umieścili w swoim projekcie zapis, który uchyla ten artykuł.

Co prawda sami autorzy tłumaczą, że:

„Projekt zakłada derogację (uchylenie) wprowadzonego w 1996 r. art. 2 ust. 2a ustawy. (cytowany przeze mnie fragment) Sformułowanie tego przepisu wskazuje, że ma być on (i faktycznie jest) wykorzystywany przy aborcji eugenicznej. Badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka i matki będą, jako mieszczące się w pojęciu opieki medycznej (art. 2 ust. 1 pkt 1), powszechnie dostępne na dotychczasowych zasadach.”

I tu mamy do czynienia albo z ordynarnym kłamstwem, albo ze skrajną niewiedzą autorów projektu ustawy (jedno wcale nie musi wykluczać drugiego). Autorzy usiłują tłumaczyć, że wywalają fragment ustawy gwarantujący swobodny dostęp do badań prenatalnych dlatego, że „był on wykorzystywany przy aborcji eugenicznej”. Następnie rżną głupa i tłumaczą, że badania będą dostępne „na dotychczasowych zasadach”.

Problem polega na tym, że gdyby ustawę przegłosowano, to obowiązywałaby treść ustawy, a nie jej uzasadnienie. Tym samym – autorzy projektu znoszą obowiązek udzielania kobietom  swobodnego dostępu do badań prenatalnych i ów obowiązek zastępują obietnicami, że „będzie tak, jak było”. Dzisiaj kobieta, której lekarz lub szpital odmawia wykonania badań prenatalnych, może się powołać na ustawę o planowaniu rodziny. Po wejściu w życie gniota autorstwa fundacji PPdŻ nie będzie miała takiej możliwości.

Załóżmy na moment, że autorom projektu nie chodzi o utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i faktycznie usuwają ten artykuł tylko i wyłącznie dlatego, że im się źle kojarzy. I ja mam w tym momencie jedno pytanie – czemu ów artykuł nie kojarzył im się źle w 2013 roku, kiedy składali obywatelski projekt zaostrzający prawo aborcyjne (poprzez odebranie kobietom prawa do terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu)? W projekcie ustawy z 2013 (dołączony jako pdf w źródłach) nie ma słowa o uchyleniu tego artykułu. Mało tego – można było w nim przeczytać, że: „Wobec dynamicznego rozwoju medycyny nie sposób też wyrokować, że dana choroba jest nieuleczalna i na tej podstawie już tylko odstępować od leczenia, ale wręcz powodować śmierć dziecka” (brawurowa stylistyka jest dziełem autora poprzedniego projektu, nie mnie ją więc poprawiać). Cytowany fragment jest, co prawda, idiotyczny (bo wada letalna pozostaje wadą letalna, nawet jeśli jakiś niedouczony profesorzyna powie, że „rokowania są dobre i można operować”, ale autorzy przynajmniej usiłują udawać, że zależy im na „leczeniu dzieci poczętych”.

W uzasadnieniu najnowszego projektu napisano, że w projekcie ustawy „wyrażono ponadto normę nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia i życia dziecka poczętego” (chodzi o fragment, który radziłem czytelnikowi zapamiętać), ale utrudnienie (a czasem uniemożliwienie) kobietom dostępu do badań prenatalnych (i do informacji medycznej) stoi w jawnej sprzeczności z „normą nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia dziecka poczętego”. Bo jakoś tak się składa, że nie ma ochrony zdrowia bez diagnostyki. Nie można więc „chronić zdrowia dziecka poczętego” bez swobodnego dostępu do badań prenatalnych. Ten projekt jest przejawem dwójmyślenia przeciwników prawa wyboru. Z jednej bowiem strony odsądzają oni badania prenatalne od czci i wiary, „bo przez badania kobiety będą zabijać dzieci nienarodzone!” Z drugiej zaś strony wiedzą (a raczej – nie mogą udawać, że nie wiedzą), że dzięki badaniom prenatalnym można wykryć wady płodu, które można korygować (ergo: leczyć „dzieci nienarodzone”). Nie można więc zakazać badań prenatalnych, ale można utrudnić do nich dostęp. Zresztą – już samo uzasadnienie wskazuje na to, że dostęp do badań prenatalnych będzie ograniczony. Konkretnie zaś chodzi o fragment: „badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka” – wynika z niego bowiem, że z USG problemu nie będzie, ale np. z amniopunkcją już tak (bo nie dość, że można w ten sposób wykryć np. zespół Downa, to jeszcze jest to metoda inwazyjna i może doprowadzić do powikłań). Bo, w opinii obrońców zygot, amniopunkcja „zdrowiu dziecka poczętego” nie służy.

Na pierwszy rzut oka, uchylenie artykułu, który nakłada na państwo obowiązek umożliwienia kobiecie swobodnego dostępu do badań prenatalnych i informacji medycznej wydaje się być nieco bezsensowne. Nawet jeśli kobieta (robiąc badania prenatalne) dowie się o tym, że nosi w sobie płód z bezmózgowiem, to i tak nie będzie mogła dokonać legalnej terminacji ciąży (bo przecież w omawianym projekcie ustawy chodzi o wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji). Tylko że słowem kluczem w poprzednim zdaniu jest słowo „legalnej”. Bo, co prawda, w świetle prawa kobieta nie będzie mogła dokonać terminacji ciąży, ale jeśli będzie odpowiednio zdeterminowana (a w przypadku stwierdzenia wady letalnej – o determinację raczej łatwo), to sobie poradzi w sposób nielegalny. Skorzysta z turystyki aborcyjnej, względnie z podziemia aborcyjnego (do którego można również zaliczyć „załatwienie” sobie pigułek wczesnoporonnych od znajomych, którzy siedzą „na Zachodzie”). Autorzy projektu doskonale sobie z tego zdają sprawę i właśnie tutaj należy upatrywać przyczyn umieszczenia w projekcie zapisu „antyprenatalnego”. Po prostu uznano, że o wiele lepiej będzie (dla „dzieciątek poczętych”), żeby kobieta nie była świadoma tego, że np. urodzi dziecko z bezmózgowiem. Co prawda będzie się to wiązało z szokiem w trakcie porodu (kiedy okaże się, że wyczekiwane dziecko nie posiada mózgu), ale przynajmniej „dziecko poczęte” umrze „śmiercią naturalną”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że utrudnienie dostępu do badań prenatalnych przełoży się na wzrost liczby „naturalnych śmierci” już urodzonych dzieci. Niektóre wady wrodzone wymagają korekty zaraz po porodzie. Jeśli wada taka zostanie wykryta w trakcie ciąży, lekarz odbierający poród będzie przygotowany na to, że noworodkowi trzeba będzie udzielić specjalistycznej pomocy (np. chirurga). Jeśli wada będzie „niespodzianką” (zafundowaną kobiecie przez fundację PPdŻ), noworodek wymagający natychmiastowej operacji będzie miał znacznie mniejsze szanse na przeżycie. Wniosek z tego taki, że albo autorzy projektu nie przemyśleli tego, jakie będą efekty, albo uznali, że obniżenie liczby legalnych aborcji jest warte każdej ceny. W tym zwiększonej śmiertelności noworodków. 

Mistrzowie ściemy

Fundacja Pro Prawo do Życia z grupki nawiedzeńców (lubujących się w wywieszaniu krwawych strzępów w miejscach publicznych) zmieniła się w grupę wyrachowanych ludzi, którzy do perfekcji opanowali sztukę manipulowania Polakami. Projekt ustawy zakazujący terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu sami nazwali „projektem zakazującym zabijania dzieci z zespołem Downa”. W ramach prowadzenia swojej krucjaty w obronie zygot, wciskali ludziom ciemnotę i tłumaczyli im, że to nie jest tak, że wadę letalną można wykryć. Można jedynie podejrzewać, że płód tę wadę ma. Konsultowałem się z osobami, które na co dzień zajmują się badaniami prenatalnymi i zapytałem, jakie jest na ten przykład prawdopodobieństwo pomyłki w przypadku stwierdzenia bezmózgowia. Odpowiedź była jednoznaczna – bezmózgowie jest na tyle charakterystyczną wadą, że można je wykryć bez problemu i pomylić się w interpretacji USG (dla uściślenia – chodziło o zwykłe USG, nie zaś o USG 3D) może tylko lekarz idiota. To samo tyczy się większości wad letalnych płodu. Nie jest więc prawdziwa śpiewka prawicowców: „terminacji ciąży dokonuje się jedynie na podstawie podejrzenia o chorobie”.

Przy okazji kolejnego projektu o nazwie „stop pedofilii” usiłowano wprowadzić tylnymi drzwiami (udając, że chodzi „o ochronę dzieci przed pedofilią”) zakaz edukacji seksualnej. Tym razem członkowie fundacji PPdŻ poszli na całość i w jednej ustawie połączono zakaz aborcji, utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i jako bonus – uniemożliwienie prowadzenia zajęć z edukacji seksualnej w szkołach. Ostatniemu punktowi nie poświęcono nawet akapitu w „uzasadnieniu” projektu. I tu właśnie należy się dopatrywać prawdziwego kunsztu manipulatorskiego. Autorzy projektu wiedzą, że próba zakazania edukacji seksualnej w Polsce jest skazana na porażkę (projekt „stop pedofilii” wywołał ogromny opór społeczny [w momencie, w którym ludzie zorientowali się, że fundacja robi ich w wała i nie chodzi o żadną ochronę przed pedofilią], którego nie była w stanie przełamać nawet agresywna propaganda prokościelnych dziennikarzy). Nasi mistrzowie ściemy poszli więc po rozum do głowy i zamiast formalnego zakazu (na który społeczeństwo się nie zgodzi) wplatają w antyaborcyjną ustawę elementy, które, co prawda, nie są formalnym zakazem edukacji seksualnej, ale w praktyce uniemożliwią jej nauczanie.

A najbardziej absurdalne jest w tym wszystkim zachowanie dziennikarzy (nie mam tu rzecz jasna na myśli dziennikarzy prawicowych, bo u nich absurd to norma), którzy z uporem godnym lepszej sprawy opisują najświeższe dziecko („poczęte”) fundacji PPdŻ, jako ustawę „antyaborcyjną” i słowem żaden się nie zająknie o tym, że ustawa dotyczy również badań prenatalnych i edukacji seksualnej (przynajmniej ja nie trafiłem na taki artykuł). Jak widać, fundacja potrafi bajerować tak skutecznie, że dziennikarze się na ów bajer również załapali (mógłby jeden z drugim dziennikarz poczytać projekt ustawy, ale, jak widać, nikt nie odczuwa takiej potrzeby). Aż chciałoby się rzec – sorry, takich mamy dziennikarzy.

Źródła:

Nowy projekt ustawy (niestety nie ma linku bezpośredniego - trzeba sobie pobrać/otworzyć pdfa)

Ponieważ na bloggerze nie da się dodawać plików PDF - poprzedni projekt ustawy antyaborcyjnej muszę wrzucić w postaci JPG (na szczęście to tylko 4 strony)







wtorek, 16 września 2014

Wojna z edukacją seksualną

Kościelny projekt „Stop pedofilii” (mający na celu wyrugowanie edukacji seksualnej ze szkół), został odrzucony w pierwszym czytaniu. Prawicowe media eksplodowały oburzeniem i zaczęły tropić „manipulacje medialne”. Pozwolę sobie zacytować Samuela Pereirę (spin doktor PiS, który w swej własnej opinii jest „dziennikarzem”):

„Dziennikarz mówiący o projekcie "karania za edukację seksualną" albo świadomie kłamie, albo nie zna treści projektu.”

„Manipulacja medialna” miała polegać na tym, że ów projekt (w opinii rzetelnych, prawicowych dziennikarzy) w ogóle nie miał na celu rugowania edukacji seksualnej. On miał uchronić dzieci przed „rozbudzaniem seksualnym”! Tym samym, edukacja seksualna - owszem, ale taka, jakiej sobie życzy katolicki beton w postaci Mariusza Dzierżawskiego i Kai Godek, rzecz jasna. I znowu: prawica chciała dobrze, tylko media „zmanipulowały przekaz” i dlatego „słuszny i potrzebny projekt obywatelski” przepadł. Jak było w rzeczywistości? Pochylmy się nad jego treścią,  uzasadnieniem i wypowiedziami pomysłodawców.

Uzasadnienie projektu

Sprawdźmy, jak często pojawiały się w uzasadnieniu konkretne słowa (dobór słów - subiektywny):

Antykoncepcja (różnie odmieniana) - 19 razy
Demoralizacja (różnie odmieniana) - 11 razy
Pedofilia - 5 razy
Wykorzystywanie dzieci - 1 raz
Molestowanie - 1 raz
Przemoc - 1 raz
Gwałt - 0 razy

Już samo to pokazuje, na czym tak naprawdę zależało pomysłodawcom. Skoro „Stop pedofilii” miało za zadanie ochronę dzieci, to czemu tak mało miejsca poświęcono problemom takim, jak molestowanie i wykorzystywanie małoletnich? Dlatego, że wcale nie chodziło, by chronić ich przed czymkolwiek. W tekście występują 2 słowa klucze. „Antykoncepcja” (z którą Kościół wojuje od dawna) i „demoralizacja”. To właśnie występowanie tego drugiego pokazuje, o co tak naprawdę chodziło kościelnemu wasalowi – Mariuszowi Dzierżawskiemu. Chodziło o to, żeby nagiąć prawo do oczekiwań Kościoła. Nikt chyba nie ma wątpliwości co do tego, że przez „demoralizację” Mariusz Dzierżawski rozumie sprzeciwianie się zasadom, które fanatycy religijni chcą narzucić całemu społeczeństwu.

W ujęciu kościelnym przejawem demoralizacji jest stosowanie antykoncepcji, trwanie w związku niesakramentalnym, rozwodzenie się, stosowanie in vitro, homoseksualizm, terminacja ciąży etc., etc. W projekcie nie chodziło o ochronę dzieci (śmiem twierdzić, że były one w projekcie tylko tłem) – chodziło o zwalczanie zjawisk, których nie lubi Kościół. Edukacja seksualna (nie będąca katolicką odmianą wychowania do życia w rodzinie) jest z punktu widzenia Kościoła demoralizowaniem dzieci, bo w jej ramach dzieci mogą się dowiedzieć czegoś o antykoncepcji.

A teraz kilka fragmentów z uzasadnienia:

„Proponowana edukacja seksualna, przez przedwczesne rozbudzenie seksualne dzieci i banalizowanie aktów seksualnych, faktycznie ułatwia pedofilom wykorzystywanie dzieci. Obawy te potwierdzają publiczne wypowiedzi posłów na Sejm, postulujące obniżenie wieku legalnej inicjacji seksualnej do 12 roku życia.”
Nikt w Polsce nie postulował obniżenia wieku legalnej inicjacji seksualnej. Swego czasu zarzucano to Januszowi Palikotowi – skończyło się na wytoczeniu kilku procesów (które Janusz Palikot wygra bez problemu, wystarczy, że w sądzie odtworzy się program, w którym rzekomo miał to mówić). Autor uzasadnienia doskonale wie, że nikt w Polsce nie chce obniżenia wieku inicjacji i dlatego napisał „publiczne wypowiedzi posłów” (chcąc uniknąć pozwu ze strony Janusza Palikota).

„Projekt ustawy ma powstrzymać deprawatorów i w ten sposób wzmocnić konstytucyjną ochronę dzieci przed demoralizacją.

Wprowadzenie projektu w życie powstrzyma narastającą falę demoralizacji dzieci i młodzieży. Zmniejszy liczbę dzieci narażonych na zagrożenie ze strony pedofilów (obecnie mogą oni działać jako edukatorzy seksualni).

Przyjęcie projektu będzie realizacją konstytucyjnej normy ochrony dzieci przed demoralizacją.”


Trzeba być prawicowym dziennikarzem, aby po przeczytaniu uzasadnienia projektu nadal utrzymywać, że „wcale nie chodzi o zwalczanie edukacji seksualnej”. Pytanie tylko, czy owi dziennikarze kłamią (niezależnie od tego, czy za darmo, czy też za pieniądze), czy też po prostu nie rozumieją słowa pisanego

Walka z rzetelną edukacją

Prawicowe media, jak jeden mąż (tzn. jak związek mężczyzny i kobiety) twierdzą, że „w projekcie wcale nie chodziło o walkę z edukacją seksualną!” Oddajmy więc głos Kai Godek:

„Edukatorzy seksualni wchodzą do szkół za przyzwoleniem rady rodziców i dyrekcji po uprzednim przedstawieniu konspektów lekcji. W tych konspektach są oczywiście rzeczy, które brzmią bardzo niewinnie, na przykład profilaktyka chorób wenerycznych, profilaktyka AIDS, profilaktyka zachowań przemocowych... Ale już to, co się dzieje na lekcjach, jest zupełnie czymś innym! Często na koniec lekcji z ust edukatora pada zachęta, by dzieci zadawały dowolne pytania. Dzieci chętnie to wykorzystują, pytają o to, co gdzieś usłyszały... Mamy teraz do czynienia z czymś, czego nigdy wcześniej nie było. Jeśli nastolatki przekazywały sobie pewne informacje, to raczej pokątnie, było to przedmiotem wstydu. To było coś krępującego. A dziś podnosi się to do rangi przedmiotu lekcyjnego. Jest to usankcjonowane jako pewna wiedza, którą dzieci muszą otrzymać.

(...)Zresztą, przez tysiące lat istnienia ludzkości nie było edukacji seksualnej i ludzie mieli dzieci...”

Żałuję, że nie ma w okolicy żadnego prawicowego dziennikarza – wytłumaczyłby mi, jak mam rozumieć słowa Kai Godek. Bo na pewno nie chodziło o to, że edukacja seksualna jest niepotrzebna (przecież ludzie i tak mieli dzieci), że młodzież powinna się wstydzić rozmów o związanych z seksem, czy że odpowiadanie na pytania młodych ludzi to coś złego. Ja to po prostu źle zrozumiałem. Pewnie media mnie zmanipulowały.

Ludzie z kosmosu

Za profesorem Iwińskim (SLD) nie przepadam, ale w trakcie debaty powiedział:

„Mam wrażenie, że to jest sytuacja złożona z wielu elementów qui pro quo i inicjatorzy tej akcji przyjechali z Marsa.”

Bardzo mi się spodobały te słowa, bo doskonale oddają poziom wiedzy (oraz zorientowania w realiach) Mariusza Dzierżawskiego i jego kolegów/koleżanek. Do znudzenia powtarzali oni, jakie ryzyko niesie „rozbudzanie seksualności” u młodych ludzi. I jak tak słuchałem ich wypowiedzi, doszedłem do wniosku, że albo Mariusz Dzierżawski miał w młodości problemy hormonalne, albo nie pamięta okresu dojrzewania, albo jest aseksualny, albo po prostu łże. W żaden inny sposób nie da się zrozumieć bredni o „rozbudzaniu seksualnym”, które jest wywołane edukacją seksualną.

Pozwolę sobie na krótką opowieść z mojego życia. Urodziłem się w roku 1981. Całą swoją młodość (do czasu studiów) spędziłem w małej mieścinie zwanej Tarnobrzegiem. Gdybym powiedział, że panował tam zabity konserwatyzm, to tak, jakbym nic nie powiedział. Jedyna styczność młodych ludzi z „edukacją seksualną” polegała na tym, że przychodziła do nas na lekcje jakaś pani i tłumaczyła nam, że prezerwatywa nie chroni przed wirusem HIV, „bo mikropory”. Na pytanie kolegi „jaka jest najlepsza metoda antykoncepcyjna” pani odparła rezolutnie „szklanka wody zamiast”. Generalnie sprowadzało się to wszystko do straszenia seksem, piekłem i szatanem (acz te dwa ostatnie to siostra Krystyna i siostra Stanisława).

Jak więc to możliwe, że spora część młodych ludzi inicjację seksualną miała za sobą mniej więcej na poziomie 1 klasy szkoły średniej (teraz to by była 3 klasa gimnazjum)? Kto ich rozbudził seksualnie? Siostry zakonne? Panie, które straszyły dzieciaki tym, jaki to seks jest zły? Internetu nie było. Zanim ktoś powie „przecież ci, którzy się chwalili swoim pierwszym razem, mogli kłamać” - owszem, część z nich kłamała, ale nawet to nie zmienia faktu, że o seksie myśleli. Tym samym, „rozbudzenie seksualne” musiało się im przydarzyć dużo wcześniej. Pan Mariusz Dzierżawski zapewne zwaliłby wszystko na pornografię (chwalił się tym, że usiłował z nią kiedyś walczyć).  Tylko, że realia były wtedy nieco inne i dzieciaki nie miały masowego dostępu do pornografii (panu Mariuszowi podpowiadam – internetu nie było, a panie w kioskach jakoś tak niechętnie sprzedawały dzieciom świerszczyki).

Cały problem ludzi pokroju Mariusza Dzierżawskiego i Kai Godek polega na tym, że - ich zdaniem - coś takiego, jak „potrzeby seksualne”, samoczynnie włącza się dopiero po ślubie (rzecz jasna, mam na myśli ślub kościelny). Jeśli młody człowiek odczuwał je wcześniej (przed ślubem), to znaczy, że ktoś go „zdemoralizował” i „wepchnął do łóżka”. O czymś takim, jak „okres dojrzewania”, pomysłodawcy akcji „stop pedofilii” nie słyszeli. O tym, że młodzi ludzie sami z siebie zaczynają się interesować sferą seksualną, zapewne też nie słyszeli. Mądrzejsi od nich, wpadli na to, że skoro dzieciarnia zaczyna się interesować „tymi sprawami”, warto by było jakoś ją doinformować. Przynosi to efekty nawet w UK, które jest koronnym dowodem (prawicy) na to, że edukacja seksualna zwiększa liczbę ciąż u nastolatek. Dzięki uprzejmości jednego z czytelników dostałem roczniki statystyczne, z których wynikało, że w  Anglii i Walii w roku 2012 stosunek liczby ciąż u nastolatek (poniżej 18 roku życia) do ogólnej liczby ciąż był najniższy od 1969 roku. I nie da się tego wytłumaczyć dostępem do aborcji, bo chodzi o liczbę ciąż, które zakończyły się zarówno urodzeniem dziecka, jak i aborcją.

Źródło: Conceptions in England and Wales, 2012

Kościołowi seksualność ludzka sprawiała problemy od dawna, gdyż nie da się jej zamknąć w dogmatach. Ludzie mają (metaforycznie) w dupie „czystość” przedmałżeńską. Mało kogo obchodzi zdanie Kościoła w temacie antykoncepcji itd. Ponieważ instytucja ta nie może się pogodzić z faktem, że w tak ważnej dla siebie tematyce (co dziwne – związanej głównie z żeńskimi narządami rozrodczymi) ma coraz mniej do powiedzenia, próbuje działać za sprawą „obywatelskich” projektów ustaw”. Najpierw próbowano zakazać aborcji całkowicie (2011 rok), potem „tylko” terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia uszkodzenia płodu (2013). Teraz z kolei usiłowano walczyć z edukacją seksualną. Co będzie następne? Próba wprowadzenia penalizacji dojrzewania?

Mogę za darmo odstąpić projekt ustawy:

„Kto dojrzewa w wieku poniżej lat 15, lub naraża osobę poniżej 15-go roku życia na dojrzewanie, podlega karze ograniczenia wolności do lat 10.”

(bo 2 lata to za mało)

Źródła:

http://www.fronda.pl/a/kaja-godek-dla-frondapl-nam-chodzi-tylko-o-to-aby-nie-zachecac-dzieci-do-seksu,39139.html

Statystyki:

http://www.ons.gov.uk/ons/dcp171778_353922.pdf

Uzasadnienie projektu:

 http://www.stoppedofilii.pl/images/pliki/projekt_ustawy.pdf

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Deklaracja fanatyzmu lekarzy

W tygodniu powyborczym zrobiło się bardzo głośno w temacie „deklaracji wiary” lekarzy. Sprawa już jakiś czas temu rzuciła mi się w oczy, ale ponieważ nikt się nie wyrywał z podpisywaniem tejże, uznałem, że nie ma sensu się nad tym pochylać. Tym niemniej, w momencie, w którym ponad 3 tysiące lekarzy złożyło pod dokumentem swój podpis, chyba jednak trzeba się temu przyjrzeć i nieco na ten temat poczytać. Co zrozumiałe, masowe podpisywanie tej deklaracji fanatyzmu przyciągnęło uwagę mediów i sporej liczby ludzi. Komentarze były bardzo różne, ale generalnie rzecz ujmując, sygnatariuszy odsądzono od czci i wiary.

Rzecz jasna, kpiny z deklaracji (w pełni zasłużone) nie mogły pozostać bez odpowiedzi zainteresowanych. Na portalu Fronda.pl pojawił się list jednej z sygnatariuszek. Nie zamierzam odnosić się w tym miejscu do całej treści (bo to bez sensu), a jedynie do końcówki oświadczenia/listu lekarki, Marii Chodyry:

„Nade wszystko zbulwersowana faktem całej medialnej dyskusji polecam zapoznanie się z oryginalnym tekstem deklaracji wiary na stronie www.deklaracja-wiary.pl, następnie przemyślenie przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Co prawda nie jestem „mediami”, ale uznałem za stosowne zadośćuczynić tej prośbie. Bez problemu odnalazłem na linkowanej stronie oryginalny tekst. Po przeczytaniu tegoż (wiele tego nie było - 1 strona znormalizowanego tekstu) postanowiłem, że zacytuję go punkt po punkcie i będę się odnosił do poszczególnych fragmentów. Robię to „bez narzucania odpowiedzi z mediów”.

„Nam – lekarzom – powierzono strzec życie ludzkie od jego początku...”

I dlatego sprzeciwiamy się terminacji ciąży w przypadku, w którym ciąża stanowi zagrożenie dla życia kobiety.

„1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.”

Świadomość tego, że lekarze, którzy mają mnie leczyć, są kreacjonistami, niesamowicie mnie uspokaja.

„2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:
- ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,
- moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.

Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania
Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie,
eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.”

Jesteś kobietą i idziesz do lekarza po pigułki hormonalne, które ratują Twoje zdrowie? Nie dostaniesz recepty, bo - co prawda - dla Ciebie są one lekarstwem, ale dla lekarza to odrzucenie stwórcy. Jak widać, „primum non nocere” również może zostać podważone przez klauzulę sumienia. Inna sprawa – LEKARZ, który twierdzi, że używając prezerwatyw „odrzucam stwórcę”, powinien zostać przebadany przez specjalistów (takich, którzy nie podpisywali tej nieszczęsnej deklaracji).

„3 PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej (...)”

Z polskiego na nasze – gender to szatan.

„(...)Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia”(...)”

A ludzie, którzy nie mogą mieć potomstwa, nigdy nie będą „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” i - co zrozumiałe - powinni się czuć przez to gorsi.

„(...)powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.(...)”

Z polskiego na nasze - ludzie niezwiązani sakramentem ślubu nie mają prawa do uprawiania seksu. Domyślam się, że jeśli tacy ludzie dorobią się potomstwa, będzie ono gorsze od potomstwa ludzi mających ślub kościelny.

„4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.”

Czyli np. prawo do odmowy przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, prawo do odmowy przepisania kobiecie hormonów („bo, panie, te hormony to działajo jak antykoncepcja!”) i tak dalej, i tak dalej.

„5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim - aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji(...)”

Takim, jak zdobycze XXI-wiecznej medycyny.

„(...)potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.(...)”

Co zrozumiałe, klauzula sumienia obejmuje również „potrzebę stałego pogłębiania wiedzy”. Teologia ciała ogranicza się, rzecz jasna, do „teologii narządów płciowych”, na temat których Kościół ma bardzo wiele do powiedzenia.

„6. UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.”

Rozumiem, że zniechęcanie do przeprowadzania badań prenatalnych, okłamywanie kobiet w trakcie ich przeprowadzania, nieprzepisywanie antykoncepcji hormonalnej, nieprzepisywanie pigułek hormonalnych w przypadkach chorobowych, odmowa przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, ogłaszanie wszem i wobec, że in vitro to zło etc., etc. – to wszystko mieści się w „nienarzucaniu nikomu swoich poglądów”. I na tym deklaracja się kończy (ok, jest jeszcze fragment Humanae vitae Pawła IV, ale punktów jako takich więcej nie ma).

Artykuł na Frondzie.pl zatytułowano dramatycznie: „Zanim oczernisz lekarza z powodu jego wiary. Koniecznie przeczytaj!” W kontekście dokumentu, który podpisywali owi lekarze, nie za bardzo wiem, w jaki sposób można ich oczernić. Bo jak oczernić kogoś, kto twierdzi, że tylko małżonkowie (ślub kościelny, rzecz jasna) mają prawo do uprawiania seksu, że tylko małżonkowie mogą mieć dzieci, że stosowanie antykoncepcji to odrzucanie stwórcy, że eutanazja jest zła, bo jest niezgodna z jego sumieniem itd. Nie wiem, czy posiada sumienie ktoś, kto nie rozumie, czym jest eutanazja dla cierpiącego człowieka (takiego, który wie, że przestanie cierpieć dopiero wtedy, gdy umrze). Każdemu, kto twierdzi, że „cierpienie uszlachetnia” (oczywiście, cudze cierpienie), życzę tego, żeby w trakcie swojego życia miał bardzo dużo okazji do uszlachetnienia samego siebie.

Przeczytałem tę deklarację i wydaje mi się, że placówki medyczne, które zatrudniają sygnatariuszy tejże deklaracji, powinny informować o tym fakcie każdego pacjenta. Pozwoliłoby to kobietom na uniknięcie upokarzającego spotkania z ginekologiem, który poproszony o przepisanie pigułek hormonalnych, zacznie jej prawić kazania o tym, jakie to one są złe i w rezultacie ich nie przepisze. Publiczna informacja na temat sygnatariuszy (i innych lekarzy, którzy zasłaniają się klauzulą sumienia, jak się im coś nie podoba lub chcą więcej zarobić prywatnie – spora liczba klauzolowiczów opory przed antykoncepcją ma jedynie w publicznych placówkach) byłaby uczciwa wobec kobiet. Bo wbrew temu, co się może wydawać fanatykom religijnym, nie każda kobieta lubi półgodzinne kazania na temat szkodliwości antykoncepcji.

W całej tej zawierusze związanej z deklaracją fanatyzmu nikt nie zwrócił uwagi na jedno zagrożenie. Lekarze, którzy podpisali tę deklarację nie ukrywają, że będą postępować zgodnie z zaleceniami Kościoła. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której powstaje nowa metoda leczenia jakiegoś schorzenia, która nie spodoba się władzom kościelnym. Owe władze będą więc głośno protestować przeciwko temu rodzajowi leczenia. Co zrobią wtedy sygnatariusze? Zapewne pójdą za głosem Kościoła i oleją nową metodę. Pacjenci będą cierpieć w imię „klauzuli sumienia”, a lekarze - obserwować to cierpienie z dumą. Będą dumni z siebie i z tego, że „nie narzucają nikomu swoich poglądów i przekonań”.

Powróćmy na sam koniec do pytania zadanego przez lekarkę:

„Przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Odpowiem wprost – tak, chciałbym być leczony przez uczciwych, kształcących się na bieżąco lekarzy, do której to grupy nie zaliczają się, moim zdaniem, sygnatariusze deklaracji fanatyzmu.


Źródła: