poniedziałek, 19 października 2020

Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 6 – chaos

Z napisaniem tej konkretnej notki czekałem do momentu, w którym rząd Zjednoczonej Prawicy ogarnie się na tyle, żeby w ogóle jakoś zareagować na rekordowe skoki w liczbie potwierdzonych zachorowań. Miałem świadomość tego, że prędzej czy później rząd jakoś zareaguje (i nie mam tu na myśli szczucia na lekarzy [o którym w dalszej części notki wspomnę]). Osobną kwestią jest to, że chciałem zebrać myśli na tyle, żeby poniższy tekst miał ręce i nogi (a jest sporo rzeczy do ogarnięcia).


Muszę przyznać, że zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że rząd tak bardzo zjebał przygotowania do tego, co się teraz dzieje. Nie zrozumcie mnie źle, moja opinia na temat Zjednoczonej Prawicy jest niezmienna: ci ludzie potrafią zjebać wszystko za co się wezmą. Niemniej jednak skala zjebania jest przytłaczająca. Na pierwszy bowiem rzut oka wygląda to tak, jakby obecne władze świadomie olały to, że może dojść do drugiej fali (tak, wiem, ciężko mówić o drugiej fali, bo pierwsza sobie nie poszła tak do końca). Jednakowoż widać wyraźnie, że władze zaczynają panikować. Ostatni tydzień upłynął pod znakiem hejtowania lekarzy, pielęgniarek i całego personelu medycznego (gwoli ścisłości, używam tego określenia jako zamiennika dla „pracowników ochrony zdrowia”). Zaczęło się od Sasina, który powiedział był, że: „Niestety występuje taki problem, jak brak woli części środowiska lekarskiego – chcę to podkreślić wyraźnie, części. Oczywiście bardzo wielu lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego z wielkim poświęceniem wykonuje swoje obowiązki, ale część tych obowiązków wykonywać nie chce”. Bardzo szybko okazało się, że to obowiązująca narracja, do której przyłączyły się rządowe media. Największy rządowy rozrzutnik treści, TVP Info zaczął klarować, że: „Wojewoda wysłał 88 lekarzom wezwania do walki z COVID. Pracę podjęło trzech”, a potem pochylono się nad problemem ludzi, którzy nie mogą się dopchać do lekarzy: „Covidowa „spychologia”. Dziesiątki telefonów, prośby o test i niedziałający system”. Dzień później pociągnięto temat i były minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł (który wsławił się, między innymi, powoływaniem się na dane z Instytutu Danych z Dupy w trakcie dyskusji o „potrzebie przywrócenia recept na pigułki dzień po”) opowiadał o tym, że: „Praktycznie nie ma osób, które same zgłaszają się do pracy przy zwalczaniu epidemii – mówił o sytuacji na Mazowszu wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł. Podkreślił, że sytuacja wygląda też „bardzo źle”, jeśli chodzi o stawiennictwo osób odgórnie skierowanych do takiej pracy. (…) Jest mi bardzo niezręcznie o tym mówić, zwłaszcza że sam jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że mamy do czynienia z przewagą lęku – ocenił.”. Zanim odniosę się do tych narracji, pozwolę sobie na dygresję. Na samym początku tejże zaznaczam, że od momentu, w którym zacząłem rozumieć to i owo, nie zdarza mi się dywagowanie na temat tego „co bym zrobił gdybym był na miejscu tej, czy innej osoby”. Tym razem zrobię wyjątek, bo jestem absolutnie pewien tego, że gdybym był lekarzem, pielęgniarzem, albo inszym personelem medycznym i jakiś spasiony kutas chciałby mnie skierować na pierwszą linię frontu, to znalazłbym pierdylion sposobów na to, żeby nie musieć się stosować do tego skierowania. Rzygać mi się chce, kiedy widzę upasione ryje (które niczym, of korz, nie ryzykują) opowiadające  o tym, że lekarze i pielęgniarki, dupa cicho i do roboty bo przysięga Hipokratesa.


Przypomina mi się jedno z haseł z pierwszego Czarnego Protestu „martwa nie urodzę”, które można sparafrazować „martwi nie będziemy leczyć”. To, co się dzieje warto osadzić w kontekście, którym było nieprzygotowanie państwa do pierwszej fali zachorowań. Chyba każdy pamięta o tym, że bardzo dużo zachorowań odnotowano wśród personelu medycznego, który nie został należycie zabezpieczony (bo brakowało środków ochrony indywidualnej). Zamiast środków ochrony indywidualnej personel medyczny dostał zakaz wypowiadania się na temat braków pod rygorem wypierdolenia z roboty. Wspominałem kiedyś o „podziemiu antywirusowym”, które zaopatrywało lekarzy w środki ochrony. Robiono to „po kryjomu”, bo personel medyczny nie mógł oficjalnie poprosić o te środki. Nie mógł, ponieważ taka prośba byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem, że są braki w zaopatrzeniu. Reasumując, personel medyczny ryzykował zdrowiem i życiem pracując bez odpowiednich środków ochrony dlatego, że ktoś najpierw zjebał przygotowania do pierwszej fali zachorowań, a potem zabronił o tym mówić. Czy kogokolwiek w tym kontekście dziwi to, że część personelu medycznego nie chce wchodzić na pole minowe, w które zamieniono ochronę zdrowia? Nieśmiało przypominam, że „za pierwszym razem” mieliśmy do czynienia ze znacznie niższymi liczbami zakażonych. I na tym zakończę przydługą dygresję. Owszem, zdarzają się sytuacje takie, jak ta, do której doszło w moim rodzinnym mieście, w którym trzeba było napierdalać kijem w parapet celem uzyskania skierowania. Tego rodzaju, ekhm, „eventy”, to woda na młyn dla zjebów, którzy teraz opowiadają o tym, że lekarzom, pielęgniarkom/etc. się w dupach poprzewracało. Niestety pamięć ludzka jest ulotna i znacznie więcej ludzi pamięta o tym kiju, a znacznie mniej o tym, jak bardzo personel medyczny miał przesrane na wiosnę (za tą krótką pamięć należy podziękować mediom).


Zrzucanie odpowiedzialności za swoje fuckupy na „kogoś innego” ma w Zjednoczonej Prawicy długą tradycję (nie pamiętam już czy prekursorką była Beata Kempa, która twierdziła, że założenie chujowych opon w limuzynie Prezydenta [co doprowadziło do spektakularnego wylecenia z drogi] to wina poprzedników). W pewnym momencie technika ta została nieco zmieniona. Kiedy nie dało się przykryć tego, że „jest niedobrze”, Zjednoczona Prawica (wraz z rządowymi mediami i internetowymi dronami) zaczynała tłumaczyć, że może i jest chujowo, ale za rządów PO-PSL było chujowiej. Przykład? Na samym początku pandemii, kiedy liczba ofiar śmiertelnych była stosunkowo niewielka, tłumaczono, że w sumie za PO więcej osób zmarło z powodu świńskiej grypy. Rzecz jasna, w pewnym momencie narracje te się urwały (z przyczyn oczywistych). No, ale to dygresja. Jeszcze inną metodą (która wyewoluowała z „winy poprzedników”) jest budowanie narracji, z których wynika, że odpowiedzialność za ewidentne fuckupy władz ponoszą wyłącznie „inni”. W przypadku nieprzygotowania kraju na drugą falę – padło na pracowników ochrony zdrowia. Gdyby ta nagonka była elementem jakiegoś szerszego planu, to trwałaby już od jakiegoś czasu (chłopcy i dziewczęta od Samuela z przyjemnością wygrzebaliby z mediów społecznościowych „łamiące informacje” o tym, że lekarze zamiast leczyć jedzą kanapki). Ponieważ zaś zaczęło się ona nagle, dowodzi to moim zdaniem paniki w obozie rządzącym. Niestety, w tym konkretnym przypadku panika partii rządzącej oznacza, że my również powinniśmy zacząć panikować. Zjednoczona Prawica wielokrotnie udowadniała, że ludzka śmierć ma dla niej wymiar stricte wizerunkowy. Nie inaczej jest tym razem. Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy wiedzą doskonale, że jeżeli dojdzie u nas do „wariantu włoskiego” (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Lombardia miała ochronę zdrowia na znacznie wyższym poziomie niż nasz kraj), to nie będzie się tego dało w żaden sposób przykryć. Nie oznacza to, rzecz jasna, że rządowe drony nie będą szukać porównań na zasadzie, no „może i u nas zmarło tyle i tyle osób, ale w USA, albo (tu wstaw dowolny kraj) jest znacznie gorzej”, ale ten przekaz, moim zdaniem, trafi tylko i wyłącznie do najtwardszego elektoratu (o ile temu elektoratowi ktoś się nie wyloguje z powodu brakującego respiratora). [Edycja]: już po napisaniu tekstu okazało się, że jestem trochę jak ten od śniegu, co to nic nie wiedział. W dniu, w którym odnotowaliśmy ponad 8.500 zachorowań (zaś w mediach zaczęły się pojawiać informacje o tym, że w niektórych regionach brakuje respiratorów i już teraz trzeba „wybierać”), Konstanty Radziwiłł oznajmił, że: „Polska w porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej wypada lepiej” 


[Edycja] Już po napisaniu powyższego kawałka, w mediach pojawiła się niniejsza wiadomość: „Nie żyje kierowca karetki zakażony koronawirusem. Szpitale odmawiały przyjęcia przez brak miejsc (…) Mężczyzna nie otrzymał pomocy w szpitalach zakaźnych z powodu braku miejsc. Gdy w końcu został przyjęty do Szpitala Powiatowego w Garwolinie, zmarł w karetce w drodze do placówki". Choć nie jestem lekarzem/kierowcą karetki, to chciałbym w tym miejscu złożyć serdecznie życzenia pierdolenia się na ryj każdej gnidzie, która z bezpiecznej pozycji „wojownika klawiatury” opowiada o „przysiędze Hipokratesa” i narzeka na pracowników ochrony zdrowia.


Na uwagę zasługują również „zaproszenia do współpracy”, które partia rządząca wysyła opozycji (przy jednoczesnym „mieniu wyjebane” na pomysły opozycji [projekty ustaw etc.]). I tu również mieliśmy do czynienia z przekazem dnia. Najpierw wpadł mi w oczy ćwit Michała Dworczyka: „Trzeba w trudnych czasach być razem, pokazać społeczeństwu, że w obliczu zagrożenia nie liczą się barwy polityczne a walka o obronę życia i gospodarki. Zapraszamy @bbudka do współpracy! nie wykorzystujcie pandemii do walki politycznej”, potem zaś ćwit Jadwigi Emilewicz: „Czas pandemii to nie czas na polityczną wojnę. Rolą opozycji jest pozwolić działać rządowi i solidarnie wspierać społeczeństwo w przestrzeganiu zasad. Rozliczanie skuteczności zostawmy na wakacje 2021. Zapraszamy @bbudka do współpracy.”. Tego rodzaju wpisów i komentarzy było zapewne znacznie więcej, ale te dwa nam całkowicie wystarczą. Zanim przejdę do pastwienia się nad tymi wpisami, krótką dygresję poczynię. Nie pamiętam już, która partia została przyłapana jako pierwsza na używaniu przekazów dnia. Taki przekaz dnia, to wygodna sprawa, bo minimalizuje się ryzyko tego, że politycy zaczną mówić „to, co myślą” i np. się narracje rozjadą. Problemem (acz zupełnie nie wykorzystywanym przez opozycję) Zjednoczonej Prawicy jest to, że stosuje ona tę metodę z takim zapamiętaniem i tak często, że czasem dochodzi do „czołowych zderzeń narracyjnych” (których nie da się wytłumaczyć tzw. „wielonarracją”, którą Zjednoczona Prawica zapożyczyła od Trumpa). Innym problemem z przekazami dnia jest to, że czasem realizujący te przekazy nie mają czasu ani chęci, żeby doszlifować ten przekaz i zapewne przeklejają to, co dostali (czy to smsem, czy to w mailu). Nie inaczej było w przypadku cytowanych ćwitów. Po pierwsze „zaproszenie do współpracy” (Dworczyk dodał jedynie wykrzyknik). Po drugie jestem się w stanie założyć o wiele, że totalnie randomowa data, którą w ćwicie wrzuciła Emilewicz, nie była jej pomysłem. Zapewne spindoktorzy uznali, że skoro na wakacjach 2020 liczba zachorowań utrzymywała się nie niezbyt wysokim poziomie (w porównaniu do tego, co dzieje się teraz), to w trakcie kolejnych wakacji łatwiej się będzie bronić przed rozliczeniami. Nieśmiało przypominam, że skrajnie idiotyczna wypowiedź Premiera Tysiąclecia o „wirusie w odwrocie” padła na wakacjach właśnie. Po trzecie prośba o niewykorzystywanie pandemii do walki politycznej. To jest moim zdaniem najbardziej absurdalny fragment. Do momentu, w którym liczba dziennych stwierdzonych zachorowań utrzymywała się na jako takim poziomie, były zapewnienia, że Poland Stronk, a opozycja dupa cicho, bo najlepszy rząd RP sobie poradził najlepiej ze wszystkich. 15 września 2020 ministra funduszy i polityki regionalnej Małgorzata Jarosińska-Jedynak opowiadała w Radiu PiK o tym, że: „Polska poradziła sobie z pandemią najlepiej ze wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej.” Teraz zaś, ponieważ sytuacja epidemiczna jest w Polsce taka, a nie inna, nagle okazuje się, że nie wolno rozliczać władzy z tego, jak (nie)przygotowała Polski do jesiennej fali zachorowań, bo to by było „wykorzystywanie pandemii do celów politycznych”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Wcześniej wspomniałem o „czołowym zderzeniu narracyjnym”. Ofiarą tego zderzenia padła Jadwiga Emilewicz, która najpierw napisała „Borysie Budko, pomusz”. Potem zaś w trakcie przepychanki z Vincentem Rostowskim (który słusznie zwrócił uwagę na to, że w sumie to władza miała kilka miechów, żeby przygotować kraj, ale jakoś tak się nie złożyło [może gdyby koronawirus miał tęczowe kolory, Zjednoczonej Prawicy byłoby łatwiej?]), napisała: „Panie Ministrze, wiosną Pana partia rekomendowała wybory jesienią. My mówiliśmy o drugiej fali. Nie licytujmy się.”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że narracja „hurr durr opozycja chciała wyborów na jesieni”, pojawiła się już jakiś czas temu, albowiem 7 października 2020 Łukasz Schreiber usiłował pompować balonik wizerunkowy Premiera Tysiąclecia: „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Bardzo szybko został sprowadzony na ziemie komentarzami, w których stało, że skoro współczesne wcielenie Nostradamusa przewidziało „nawrót koronawirusa”, to czemu owo wcielenie nie zadbało o to, żeby przygotować Polskę do tegoż nawrotu? Aczkolwiek to tylko dygresja była, a nam trzeba wracać do Jadwigi Emilewicz. Zastanawia mnie to, jak bardzo leniwym człowiekiem trzeba być, żeby nie zastanowić się nad tym, że trochę kiepsko będzie wyglądać „zaproszenie do współpracy”, jak się zaraz po tym zaproszeniu zacznie jebać zapraszanego za to, że zdaniem zapraszającego jest głupi. Nie można również pominąć tego, że równolegle z zaproszeniem wystosowanym do Budki prawy sektor (z politykami Zjednoczonej Prawicy na czele) grzał na ćwitrze hashtag o obłudzie platformy, żeby udowodnić, że PO niby chce walczyć z pandemią, ale jednak wcale nie walczy/etc.


Oba wyżej opisane działania (szczucie na pracowników ochrony zdrowia i „zaproszenie do współpracy) miały charakter mocno doraźny. Abstrahując bowiem od tego, że jeszcze miesiąc temu tłumaczono, że Polska sobie poradziła najlepiej ze wszystkich krajów (ciekawe, czy Zjednoczona Prawica kiedyś przestanie wzorować się na retoryce Trumpa), do bardzo niedawna próbowano innej narracji, z której wynikało, że (zapnijcie pasy) Polska jest zajebiście przygotowana do „drugiej fali”. 12 października, tak więc w czasie, w którym liczba potwierdzonych „dziennych” zachorowań oscylowała w okolicy 4-5 tysięcy, Terlecki powiedział był, że rząd się „świetnie” przygotował „na drugą fazę pandemii”. Aczkolwiek może ja to po prostu źle zrozumiałem i może Terleckiemu chodziło o to, że rząd jest świetnie przygotowany, bo dla rządowych VIPów nie zabraknie łóżek i respiratorów? Chwilę potem okazało się, że „ochrona zdrowia = chuje” i zaczęły się odezwy do opozycji. Tym samym, Zjednoczona Prawica zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, że jest źle i najprawdopodobniej będzie tylko gorzej.


Wspomniałem wcześniej o tym, że przez dłuższy czas zastanawiałem się nad tym, czemu tak właściwie Zjednoczona Prawica tak bardzo zjebała te przygotowania. Czemu doprowadziła do sytuacji, w której po ogłoszeniu, że znowu trzeba będzie zasłaniać usta i nos w przestrzeni publicznej, dyrektor z instytutu, o którym nie można mówić, wiecie czego, wyszedł cały na foliarsko i zaczął opowiadać o tym, że w sumie to rząd se może apelować o te maski, ale nie ma „prawnego” obowiązku zasłaniania nosa i ust. Potem wywiązała się prawnicza przepychanka, bo część prawników tłumaczyła, że owszem, takowy obowiązek istnieje. Jednakowoż, gdyby w ramach przygotowań do drugiej fazy (tych, które rządowi poszły tak dobrze) przegłosowano jakąś ustawę (albo poprawkę), w której by stało, że w takim, a takim przypadku maski trzeba nosić, choćby chuj na chuju stawał, to teraz foliarze i putinoidy nie mogliby tłumaczyć, że HURR DURR MAM PRAWO ZARAŻAĆ! Jeżeli nie ogarnięto nawet takiej (dość podstawowej) kwestii, to chyba nie ma specjalnego sensu zastanawianie się nad tym „jak rząd poradził sobie z bardziej złożonymi kwestiami”, prawda? Jeżeli kogoś interesuje to, co można było zrobić w ramach przygotowań, to w Źródłach podrzucam link do ćwiterowego wątku autorstwa jednego z lekarzy, który się w soszjalach udziela. Jak do tego doszło? Moim zdaniem stało się tak dlatego, że pierwszą fale zachorowań przeszliśmy (w porównaniu do innych krajów) stosunkowo bezproblemowo. Owszem, pracownicy ochrony zdrowia mieli przejebane, ale nie brakło ani łóżek, ani respiratorów. W pewnym momencie w mediach społecznościowych zaczęły się pojawiać opinie, że PiS zjebał przygotowania do drugiej fali dlatego, że „uwierzył w swoją propagandę”. Częściowo się z tym zgodzę, ale przyczyną, dla której PiS w to swoje pierdolenie „kto jest najlepszym rządem? MY JSETEŚMY NAJLEPSZYM RZĄDEM!” uwierzył, była stosunkowo niewielka liczba zachorowań. Z tejże liczby Zjednoczona Prawica wysnuła wniosek taki: skoro na wiosnę było tak, a nie inaczej, to teraz będzie tak samo. Skoro zaś będzie „tak samo”, to nie trzeba będzie się jakoś specjalnie spinać z przygotowaniami, prawda? W przysłowiowym międzyczasie doszło do zdominowania debaty na tematy pandemiczne przez foliarstwo, które wykręcało coraz większe zasięgi w internetach. Acz w sumie nie tylko w internetach, bo mediom rządowym zdarzało się dość często zapraszać kretynów, którzy opowiadali, że z tą pandemią, to tak nie do końca, bo (i tu wstaw dowolną foliarską teorię).


W tym miejscu pozwolę sobie na kolejną dygresję i tym razem będzie to dygresja anecdatyczna. Otóż część wakacji spędziłem z familią w domku na całkiem przyjemnym (czytaj – było tam bardzo mało ludzi) zadupiu w górach. Większą część czasu spędzaliśmy na łażeniu po górach (czy też innych lasach). Czasami zdarzało się nam przejeżdżać przez nieco większe miejscowości turystyczne, które (z racji zakazu wyjazdów zagramanicznych) przeżywały istne oblężenie. Wszędzie wyglądało to podobnie: od zajebania ludzi, którzy mają w dupie zachowywanie dystansu/etc. Jak się nam zdarzyło poruszać wodnym środkiem lokomocji zbiorowej, to byliśmy jedynymi osobami, które zasłaniały usta i nosy. Ktoś może powiedzieć, ok, ale to otwarte przestrzenie, albo dobrze wentylowane pomieszczenia, tam się trudniej zarazić. Po pierwsze „trudniej” nie oznacza, że się nie da, a po drugie – to wszystko sprawiało, że coraz więcej ludzi zaczynało mieć coraz bardziej wyjebane na „całą tę pandemię”. Wakacje minęły, pogoda przestała sprzyjać ciągłemu wietrzeniu siebie samych (i pomieszczeń, w których się przebywa), a przyzwyczajenia z olewaniem zaleceń i reżimów sanitarnych zostały. Tak więc, to się nie mogło dobrze skończyć. Tak swoją drogą, ktoś jeszcze pamięta, jak w trakcie kampanii prezydenckiej organizowano gigantyczne spędy, na których mało kto przejmował się jakimikolwiek zaleceniami antykoronawirusowymi? Fajnie było sobie jebać fotki z suwerenem, ale nikt nie pomyślał o tym, że to wszystko się może zemścić w nieodległej przyszłości. Potem zaś było coraz gorzej, bo foliarstwo przekonywało do swoich „postulatów” coraz większą liczbę ludzi. Docierało do mnie coraz więcej historii ludzi, którzy opowiadali, że jakieś jebane dzbany zwracały im uwagę na to, że „noszą kagańce”. Mnie osobiście się taka przygoda nie przydarzyła, ale to pewnie ze względu na moją aparycję podkarpackiego intelektualisty. Nie chce mi się w tym miejscu wspominać o tym, jak to foliarstwo sobie ostatnio pourządzało spędy, których policja nie ogarnęła mimo, że powinna (acz domyślam się, że to po części dlatego, że nikt tam nie miał tęczowych flag). Tak, wiem, poszło trochę mandatów i trochę wniosków do sądów, ale ci ludzie zostali bardzo lajtowo potraktowani, jak na to, że ich zachowanie zagraża życiu i zdrowiu innych ludzi.


Tak swoją droga, przyznać muszę, że trochę zajęło mi ogarnięcie tego, co tak właściwie dał nam lockdown wiosenny. Rzecz jasna, poza ograniczeniem transmisji wirusa. Otóż, lockdown pozwolił nam (jako państwu) kupić sobie trochę czasu na przestawienie kraju w tryb reżimu sanitarnego, który to reżim powinien być przestrzegany do momentu, w którym koronawirus nie będzie już stanowił zagrożenia (czytaj: szczepionka, albo jakiś sensowny lek). U nas zaś skończyło się to tak, że wprowadzono lockdown, a potem w mocno nieprzemyślany sposób ściągano kolejne obostrzenia. Ukoronowaniem (pun intended) tych działań była decyzja o tym, że szkoły powinny nauczać w trybie stacjonarnym. Zjawiskowa była zajadłość, z którą tłumaczono (głównie przy użyciu dronów internetowych) suwerenowi, że wszystko będzie ok, bo nawet jak dziecko złapie koronę, to przeca jest ona dla niego niegroźna. Tłumaczącym umknął ten drobny (równie drobny, co 70 baniek przejebanych przez Sasina) szczegół, że ok, bombelek sobie przejdzie koronę bezobjawowo, ale tak się składa, że przy okazji może zarazić w chuj ludzi, którzy mogą nie mieć tyle szczęścia, żeby się nie załapać na bezobjawowość. Reasumując, to co udało się nam zyskać przy użyciu wiosennego lockdownu, zostało potem rozjebane (równie spektakularnie, co 70 baniek przez Sasina[to już ostatni, obiecuję]) przez rząd.


Ponieważ do niemiłościwie nam panujących dotarło, że „coś trzeba zrobić”, wprowadzono kolejny, częściowy, lockdown. Częściowy, bo całkowitego nasza gospodarka mogłaby najprawdopodobniej nie udźwignąć. Znamienne jest to, że rząd po raz kolejny zrobił coś „z partyzanta” i nie kłopotał się z tym, żeby jakoś wcześniej z obywatelami o tym porozmawiać. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Wprowadzenie pierwszego lockdownu było słuszną decyzją, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby wcześniej poinformowano ludzi o tym, że rząd myśli nad taką ewentualnością, to przynajmniej część osób byłaby się w stanie do tego przygotować. Niemniej jednak rozumiem, że sytuacja była nagła i trzeba było podjąć błyskawicznie taką, a nie inną decyzję. Tylko, że nie można powiedzieć tego samego o późniejszych decyzjach o ściąganiu obostrzeń. Po prostu ogłaszano, że ściągnięte zostanie takie, a nie inne obostrzenie i taki, czy inny podmiot będzie mógł działać, ale w reżimie sanitarnym. To zaś, jak powinien ten reżim wyglądać, było „wymyślane w biegu”. Nikogo, kurwa, nie obchodziło to, że np. przygotowania przedszkola do przyjęcia dzieci nie da się ogarnąć w kilka godzin. Wyjątkowo wkurwiające dla sporej części obywateli musiało być to, że częściowy lockdown wprowadzono po tym, jak przez dłuższy czas przekonywano wszystkich do tego, że „Już Dwunasta i Wszystko Jest W Porządku”. Ponownie będę musiał użyć argumentum ad siłownium, bo z tego, co zaobserwowałem po wyjściu ze swojej bańki, decyzja o zamknięciu tychże przybytków jest dla sporej liczby ludzi cokolwiek niezrozumiała. Owszem, było kilka przypadków, w których siłownie były ogniskami zachorowań, ale o ile mnie research nie myli, to żaden z nich nie zdarzył się w Polsce. Mieliśmy kupę ognisk na weselach i przynajmniej jedno (ale za to w chuj duże) na pogrzebie. Było „koronabierzmowanie” (acz nie wiem, czy skończyło się ono powstaniem ogniska). Obstawiam, że brak ognisk „siłowniowych” mógł się wziąć stąd, że przestrzegano tam reżimu sanitarnego, a uczęszczających do tych przybytków było znacznie mniej, niż przed pierwszym lockdownem. Osobną kwestią jest to, że sytuacja mogłaby się szybko zmienić w momencie, w którym wietrzenie niektórych „fitnessów” byłoby utrudnione ze względu na temperaturę panującą na zewnątrz. Czemu wspomniałem o tym, że nie było ognisk na siłowniach? Bo jestem się w stanie założyć o wiele, że obserwowali to również właściciele tych przybytków i na podstawie swoich obserwacji oceniali ryzyko pojawienia się kolejnego lockdownu fitnessowego. Dla porównania, jeżeli ktoś robił w branży weselnej, to mógł być prawie pewny tego, że prędzej, czy później rząd pochyli się nad tymi konkretnymi ogniskami. W przypadku „fitnessów” nikt z nimi nie rozmawiał o tym, że „no wiecie, może i nie ma ognisk na siłowniach, ale trochę przesrane się robi z tymi zachorowaniami i dlatego liczcie się z tym, że możemy was znowu zamknąć na jakiś czas”. Gwoli ścisłości, o ile pierwszy lockdown „fitnessy” przetrwały, to spora część z nich może nie przetrzymać tego drugiego (chyba, że rząd im jakoś sensownie pomoże). Jak już wcześniej zauważyłem, na siłowniach było mniej ludzi niż przed lockdownem, co przekładało się na niższy zysk (od którego trzeba było odjąć koszty utrzymywania reżimu sanitarnego). Nawet jeżeli komuś rezerwy pomogły przetrwać pierwszy lockdown, to szczerze wątpię w to, żeby udało mu się coś odłożyć w przeciągu paru miesięcy, które upłynęły między lockdownami.


Osobną kwestią, nad którą, niestety, trzeba się zastanowić, jest to, jak skuteczny będzie kolejny lockdown (i czy rządzący zrozumieją, że jest to po prostu kupowanie czasu na to, żeby przygotować się do kolejnego pandemicznego pierdolnięcia). Poprzednim razem społeczeństwo współpracowało, tym razem może być z tym bardzo różnie z przyczyn, które już opisywałem (foliarstwo) i tych, o których nie chciało mi się wspominać (olewanie obostrzeń przez rządzących i nieponoszenie przez nich konsekwencji [bo, kurwa, Premiera Tysiąclecia bardzo by zabolało, gdyby przeprosił i zapłacił karę za nienoszenie maseczki, prawda?]). Wspomnę jedynie o tym, jak bardzo wkurwiające musiało być dla wielu ludzi to, co odjebał Czarnek ze swoją wizytą w szpitalu, w sytuacji, w której wielu ludzi nie miało możliwości pożegnania swoich bliskich. Chciałem tutaj podrzucić przykład tego, jakie podejście do obostrzeń miał np. premier Holandii, który nie odwiedził umierającej w domu opieki matki (bo był zakaz odwiedzin), ale przy okazji będę mógł wam pokazać to, jak wygląda jebany tupolewizm. Otóż grzebiąc za linkiem trafiłem na artykuł TVP info: „Procedury były ważniejsze. Premier Holandii Mark Rutte nie odwiedził swojej matki, która umierała w domu opieki. Podporządkował się rozporządzeniom wydanym przez swój rząd.” Czy to „procedury były ważniejsze” było potrzebne? Nie, nie było, ale tylko i wyłącznie w ten sposób można było pokazać, że premier Holandii jest złamasem kutanym, dla którego ważniejsze od rodziny były procedury. Kurwa, typ zrobił to, co powinien, ale dronom z TVP to nie pasuje. To idealnie pokazuje mentalność obecnej władzy, która uważa, że co prawda zasady obowiązują, ale tylko i wyłącznie suwerena, bo elity są ponadto. Warto zaznaczyć, że olewanie zaleceń (połączone z kretyńskimi tłumaczeniami), było u wierchuszki Zjednoczonej Prawicy nagminne. Nic więc dziwnego, że foliarskie narracje „nie ma covidu, bo gdyby był, to oni by się go bali, a skoro zachowują się tak, a nie inaczej, to znaczy, że się nie boją” zdobywały coraz większą popularność. W tym miejscu poczynię jeszcze bardziej kolejną dygresję. Ciekaw jestem, czy dożyjemy rządów, w trakcie których nasi zawiadowcy będą mieli świadomość tego, że ich działania mają wpływ na działania społeczeństwa. Nie mam tu na myśli prawodawstwa/etc. (bo tu wpływ jest raczej oczywisty), ale po prostu o zachowanie (czytaj: o dawanie dobrego przykładu).


W jednym ze swoich pierwszych tekstów odnoszących się pandemii (konkretnie zaś do tego, jak ją ogarniają nasze władze) wystosowałem taki „apel blogerski” do naszych władz, który zaczynał się niniejszymi słowy: „chciałbym skierować odezwę blogerską do naszych ukochanych władz: uważam was za pierdolonych nieudaczników, ale trzymam za was kciuki. Jeżeli jesteście w stanie nie spierdolić choćby jednej, jedynej rzeczy, to walka z epidemią jest właśnie tą rzeczą.”. Niestety pół roku po tym apelu (fun fact, tamtą notkę opublikowałem 19 marca 2020) nikt (poza betonem) nie może mieć najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, że nasi rządzący zjebali to, czego zjebać nie powinni. Ostatnią mądrą decyzją naszych władz było wprowadzenie lockdownu w marcu. Cała reszta była połączeniem jebałpiesizmu z tupolewizmem (a wszystko to podlane sosem propagandy sukcesu). Nie mam ochoty na straszenie kogokolwiek, ale mam również świadomość tego, że, niestety, mamy zamaszyście przejebane. Kwestią otwartą jest jedynie to, jak bardzo.


Źródła:

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1493365,sasin-o-lekarzach-czesc-tych-obowiazkow-wykonywac-nie-chce-prezes-nrl-pana-wypowiedz-jest-policzkiem-wymierzonym-calemu-srodowisku.html

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/521777-lekarze-ignoruja-wezwania-do-stawienia-sie-w-szpitalach

https://www.tvp.info/50311903/wojewoda-wyslal-88-lekarzom-wezwania-do-walki-z-covid-prace-podjelo-trzech

https://www.tvp.info/50311903/wojewoda-wyslal-88-lekarzom-wezwania-do-walki-z-covid-prace-podjelo-trzech

https://www.tvp.info/50310607/covidowa-spychologia-dziesiatki-telefonow-prosby-o-test-i-niedzialajacy-system

https://www.tvp.info/50322626/koronawirus-rekord-zachorowan-brakuje-lekarzy-opieki-medycznej-problem-z-personelem-medycznym-radziwill-bardzo-niezreczni-mi-o-tym-mowic-wieszwiecej

https://oko.press/podziemie-antywirusowe-dlaczego-musieli-konspirowac/

https://twitter.com/michaldworczyk/status/1317412092669009920

https://twitter.com/JEmilewicz/status/1317499009683103744

https://twitter.com/JEmilewicz/status/1317532112493436928

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

http://www.radiopik.pl/5,88093,minister-polska-poradzila-sobie-z-pandemia-najle

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-terlecki-rzad-swietnie-przygotowal-sie-na-druga-faze-pandemi,nId,4788227

Wątek lekarski pt „co można było zrobić”:

https://twitter.com/kosik_md/status/1316360395658067968

https://www.tvp.info/48241504/premier-holandii-nie-odwiedzil-matki-umierajacej-w-domu-opieki

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26388073,kaczynski-wreczyl-nagrode-wildsteinowi-bez-maseczek-i-dystansu.html

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,26389941,kaczynski-i-wildstein-razem-na-scenie-bez-maseczek-dworczyk.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1317897139322834945



piątek, 9 października 2020

Hejterski Przegląd Cykliczny #72

Przyznam szczerze, że niniejszy Przegląd miałem zacząć od pastwienia się nad Borysem Budką, ale dzisiejszy, kolejny z rzędu (dziś to już 4000+) rekord potwierdzonych zachorowań na koronę sprawił, że wyżej wymienionym jegomościem zajmę się w drugiej kolejności. Nawiązując do pewnej anegdoty na temat zespołu muzycznego o wdzięcznej nazwie „przejebane”: nie jest dobrze. Do tej pory, jako państwo mieliśmy farta gargantuicznych wręcz rozmiarów, ale to jest już czas przeszły dokonany. Rzecz jasna, wszelkiej maści foliarstwo tłumaczy, że wcale nie m tylu zachorowań, bo te testy, co to się je robi, to mają bardzo niską skuteczność/etc. Zastanawia mnie to, czy foliarze będą mówić to samo, jak już nam braknie miejsc pod respiratorami (na co się, kurwa, niestety zanosi, jeżeli trend wzrostowy się utrzyma). Wydaje mi się, że cokolwiek bezsensowne są dywagacje w temacie tego „how the fuck did we get here”, bo wszyscy patrzyliśmy na to, jak partia rządząca krok po kroku nas do tej sytuacji doprowadziła. Ostatnią sensowną decyzją polskiego rządu (chodzi, rzecz jasna, o decyzję związaną z pandemią) było wprowadzenie lockdownu (acz nawet przy okazji sensownej decyzji nie obyło się bez absurdów w rodzaju zakazu wstępu do lasów). Niestety, wraz z wprowadzeniem lockdownu zaczęło się autoośmieszanie państwa. Przykładem (pierwszym lepszym z brzegu) była gorliwość, z którą odsyłano ludzi na kwarantanny. Owszem, ktoś kto wracał z zagranicznego wojażu jak najbardziej powinien się poddać kwarantannie, ale ktoś, kto polazł w góry i przypadkowo przekroczył w lesie granicę już tak, kurwa, nie bardzo. Nawet jeżeli były to przypadki jednostkowe, to było o nich na tyle głośno, że spora cześć ludzi mogła dojść do wniosku, że „rząd sobie jaja robi”. Swoją rolę w autoośmieszaniu państwa odegrały również niedoprecyzowane wytyczne. Przykładowo, w oparciu o te wytyczne nie można było ustalić, czy biegać można „na legalu”, czy też należy się za to mandat. Znajomy prawnik (biegacz) wytłumaczył mi, że „to zależy”. Jeżeli trafi się na sensownego policmajstra, to wtedy bieganie jest legalne, ale jeżeli trafi się na upierdliwca, który lubi wystawiać mandaty, to wtedy z tą legalnością może być różnie. Potem mieliśmy cała masę idiotycznych wypowiedzi odnośnie tego, że w sumie z tymi maskami, to bardziej takie sugestie, że skoro można iść do sklepu, to można iść głosować, że wirus się skończył etc. Wypowiedzi te idealnie wpasowywały się w kompletnie zjebaną politykę informacyjną władz odnośnie koronawirusa. Wyżej wymieniona polityka informacyjna wyglądała tak, że społeczeństwo było informowane głównie o tym, że zostanie o czymś poinformowane za jakiś czas, jak się ministerstwa namyślą. Dla Zjednoczonej Prawicy jest to standardowe działanie (vide, to co się działo przy okazji kłótni o kasę i stołki, kiedy to media były 24/7 informowane o tym, że decyzje zostały podjęte, ale o tym, co to są za decyzje, to was poinformujemy za kilka dni [a następnie o niczym nikogo nie informowano]). Jest jednakowoż zajebiście duża różnica między informowaniem o tym, kto zostanie wyjebany z rządu za to, że chciał się bardziej nażreć, a tym, jak powinien wyglądać reżim sanitarny w przedszkolach, które zostaną otwarte za kilka dni. Bicie rekordów w liczbie potwierdzonych przypadków zachorowań sprawiło, że odezwały się głosy, z których wynikało, że to wszystko wina społeczeństwa. Ludzie, którzy piszą takie rzeczy, mylą skutki z przyczynami. Owszem, społeczeństwo zaczęło mieć (masowo) wyjebane na obostrzenia, ale to nie stało się z dnia na dzień. Nieśmiało przypominam, że kiedy wjechał lockdown i wprowadzono nakaz zakrywania ust i nosa (lub, jak kto woli „zalecenie”), to praktycznie wszyscy przestrzegali tego nakazu (podobnie było z dystansem w sklepach/etc.). Gdyby wszystkiemu było winne społeczeństwo, to moim skromnym zdaniem, miałoby ono na to wszystko wyjebane od samego początku. Winę za to, że ludzie „przestali się przejmować” ponosi rząd, który olewając politykę informacyjną, oddał pole wszelkiej maści foliarstwu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część mediów rządowych zajmowała się publikowaniem foliarskich idiotyzmów. Na ten przykład, na początku sierpnia tygodnik „Sieci” walnął na okładkę hasło: „szokująca teza, CZY TO FAŁSZYWA PANDEMIA?”. W okładkowym artykule można było przeczytać, że w sumie to druga fala pandemii nie nadchodzi, ale za to mamy histerię, którą chcą wykorzystać koncerny farmaceutyczne i niektórzy politycy. Nieśmiało przypominam, że gdyby „Sieci” nie dostały zielonego światła od Zjednoczonej Prawicy, to ten artykuł by się tam, kurwa, nie pojawił. W mediach społecznościowych sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Żeby to zobrazować muszę się posłużyć anecdatą. Jakiś czas temu dostałem (na swoim prywatnym koncie FB) zaproszenie do znajomych od pewnej członkini mojej rodziny, z którą kontakt ograniczał się głównie do pogrzebów rodzinnych. Bardzo szybko okazało się, że owa członkini lubi udostępniać foliarskie wrzutki w temacie korony. Ponieważ jestem z natury ciekawski, popatrzyłem na to, kto wrzucał na FB wrzutki udostępniane przez moją odległą kuzynkę. Okazało się, że to jakieś totalnie randomowe osoby. Ich randomowość nie przeszkodziła im w wykręcaniu olbrzymich zasięgów (kilkanaście tysięcy udostępnień miała każda z tych wrzutek). Potem sobie popatrzyłem na to, co wrzucają osoby produkujące te wrzutki i u jednej z nich znalazłem wpis o tym, że jeszcze sto lat temu, alzheimera (i wiele innych chorób) leczono muchomorem czerwonym. Reasumując, polski rząd prowadząc taką, a nie inną politykę informacyjną, doprowadził do sytuacji, w której jakaś część społeczeństwa uznaje te idiotyczne wrzutki za w pełni wiarygodne. To jest, swoją drogą, cokolwiek zjawiskowe. Zjednoczona Prawica doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak działają tego rodzaju wrzutki, bo w 2015 sama używała ich na potęgę (szczując na uchodźców), równocześnie legitymizując skrajnie prawicowych pato-influencerów. Tym samym, spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy musieli być świadomi zagrożenia, a mimo tego nie zrobiono absolutnie nic, żeby im w jakikolwiek sposób przeciwdziałać, zamiast tego jeszcze je wzmacniali. Odnoszę wrażenie, że do partii rządzącej pomału zaczęło docierać to, że sytuacja robi się poważna, albowiem (pozwolę sobie zacytować jednego ze znajomych ćwiterian): „o debil z Ministerstwa Zdrowia wreszcie dostał maseczkę” (edycja – już po napisaniu tekstu okazało się, że debil został pochwalony zbyt wcześnie, bo znowu olewa maseczki). Jak już wspomniałem, zaczęło to do nich docierać pomału, bo części z nich nadal się wydaje, że sprawa nie jest na tyle poważna, żeby jej nie wykorzystywać do pompowania balonika wizerunkowego. Na ten przykład, jeden z dronów z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Łukasz Schreiber uznał, że warto pochwalić Premiera Tysiąclecia i przyjebać się do opozycji:  „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Wydaje mi się, że gdyby Premier Tysiąclecia „zdał test na polityczną odpowiedzialność”, to nie pierdoliłby o tym, że „wirus jest w odwrocie” i postarał się przygotować państwo do tego, co dzieje się teraz (nie, kupowanie niewidzialnych respiratorów się, kurwa, nie liczy). Osobną kwestią jest to, że wypowiedzi o wirusie będącym w odwrocie nie da się w żaden sposób obronić, bo wirus byłby w odwrocie w przypadku, w którym mielibyśmy skuteczną szczepionkę (względnie, lek). Ponieważ tak nie było, można było mówić o chwilowym spadku w dziennych przyrostach potwierdzonych zachorowań. Jeżeli mam być szczery, to się wam w tym miejscu przyznam, że niby człowiek ma trochę nadziei na to, że to jednak nie pierdolnie, ale mam świadomość tego, że to raczej niemożliwe.


Teraz pora na temat, który został wypchnięty z pierwszego miejsca (w rolach głównych: Borys Budka). Bardzo niedawno temu okazało się, że szefem MEN ma zostać fundamentalista religijny o skrajnych (nawet jak na Zjednoczoną Prawicę) poglądach. Nie będę bawił się w cytowanie jego wypowiedzi, bo są one powszechnie znane. Co zrozumiałe, zapowiedź oddania MEN komuś takiemu wywołała spory odzew wśród suwerena. Powinien to być wyraźny sygnał dla opozycji, że ma zielone światło do napierdalania w kogoś, kogo nie można nazwać talibem tylko i wyłącznie dlatego, że wyznaje nieco inną religię, niż wyżej wymienieni. I w tym momencie wchodzi Borys Budka, cały na biało: „Blisko 2 tys. nowych zachorowań, rekordowy deficyt, kryzys gospodarczy. Ale wszyscy będą zajmować się jednym ministrem-homofobem, który w dodatku dopuszcza kary cielesne wobec dzieci? Przecież właśnie o to chodzi #Kaczyński.emu. O kolejną wojnę ideologiczną. Hipokryta.” Jeżeli ktoś jeszcze nie wie w czym rzecz, to już tłumaczę: chodzi o coś, co część polityków i komentariuszy nazywa „tematem zastępczym”. Część komentariatu i polityków wychodzi z założenia, że jeżeli ktoś mówi „kurwa mać, skąd oni wytrzasnęli tego oszołoma”, to ten ktoś automatycznie przestaje dostrzegać problem koronawirusa. Zjeba, którą Budka dostał na ćwitrze sugeruje, że suweren ma odmienne zdanie na ten temat. Wydaje mi się, że kiedyś już się produkowałem w kwestii nieistniejących „tematów zastępczych”, ale Borys Budka wkurwił mnie tak bardzo, że uznam, że coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: opowiadanie o „tematach zastępczych, to jest jakaś porażka”. Mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy w pewnych momentach wyciągają kartę „temat zastępczy”, traktują to jako coś w rodzaju karty „wychodzisz wolny z więzienia”, bo np. nie chce im się wypowiadać w jakiejś kwestii. Przykładowo – temat aborcji jest problematyczny dla największej partii opozycyjnej (ze względu na to, że jej członkowie mają różne poglądy w tej kwestii). Tym samym, nietrudno zgadnąć dlaczego komentariat każdą informację o tym, że Zjednoczona Prawica może chcieć zaostrzyć prawo aborcyjne, określają mianem „tematu zastępczego”, który PiS „wyciąga” po to, żeby ukryć jakieś inne tematy. Zastanawia mnie jedno. Czy komentariat składa się z kretynów, czy też z wyrachowanych cyników. Prawda jest bowiem taka, że gdyby w 2016 suweren uznał, że zygotariański projekt autorstwa Ordo Iuris jest „tematem zastępczym” i nie doszłoby do masowych protestów, to od paru lat ten projekt byłby obowiązującym prawem. PiS nie cofnął się wtedy dlatego, że „taki był plan”, ale dlatego, że spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy zdali sobie sprawę z tego, że zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w absolutnej mniejszości. Nawiasem mówiąc, kwestie aborcyjne były kolejnym, niewykorzystanym przez opozycję argumentem, którego można było użyć w trakcie kampanii wyborczej 2019 (i prezydenckiej 2020). Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja uważam, że to czy w Polsce prawo aborcyjne zostanie zaostrzone to kwestia tylko i wyłącznie „polityczna”, ale chyba zgodzicie się ze mną jeżeli napisze, że jest to również kwestia polityczna i temat ten jak najbardziej należało wyciągać w trakcie kampanii. No, ale to dygresja jest tylko (zaś do tematu zaostrzania prawa aborcyjnego wrócę jeszcze w tym Przeglądzie). Jeżeli kogoś nie przekonuje to, że komentariat mianem „tematów zastępczych” określa to, co sprawia problem największej partii opozycyjnej, to takiemu komuś mam do powiedzenia jedynie tyle, że LGBT. Ponieważ to, co PiS odpierdala w kwestii mniejszości seksualnych (instytucjonalne szczucie przy wsparciu organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości) jest problemem (niby o tym wspominają, ale bardzo rzadko ktoś wprost powie/napisze, że chodzi o elbagiety), komentariat każdy PiSowski wysryw, mający na celu uprzykrzenie życia mniejszościom seksualnym – nazwie tematem zastępczym, względnie, w ogóle nie będzie się wypowiadać, a jeżeli już, to będzie opowiadać o tym, że winne są dwie strony bo Margot/etc. Ciekawe, czy komentariat jest świadomy tego, że za jakiś czas ktoś może uznać, że próby uPRLowienia wszystkich mediów w Polsce to też „temat zastępczy”, bo przecież PiS by tego na pewno nie zrobił i że na pewno stara się coś ukryć.


Skoro zaś poruszyłem (przy okazji dygresji) tematy okołoaborcyjne, to trzeba się będzie pochylić nad tym, co się będzie działo 22 października 2020. Otóż, Trybunał Przyłębski ogłosi wtedy wyrok w sprawie tego, czy w Polsce legalna powinna być terminacja ciąży w przypadku, w którym badania prenatalne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.  Jeżeli mam być szczery, to nie mam pojęcia „co to będzie”. Media zainteresowane tą tematyką (których to mediów nie ma tak znowu zbyt wiele) twierdzą, że Trybunał Przyłębski najprawdopodobniej zaostrzy prawo aborcyjne, ale ja nie jestem tego taki pewny. Argumenty za zaostrzeniem „bo do wyborów jeszcze sporo czasu” nie do końca mnie przekonują, bo jakoś tak w 2016 też było daleko do wyborów, a jednak PiS się nie zdecydował na zaostrzenie prawa aborcyjnego. Jednakowoż z drugiej strony, tamten projekt zakazywał aborcji całkowicie, a ten zniósłby „tylko” (cudzysłów użyty z rozmysłem) jeden wyjątek. Z trzeciej zaś strony, jeżeli ktoś pamięta to, co działo się po tym, jak Chazan (zwany również „pięćsetką”) odjebał to, co odjebał, to taki ktoś wie, że w przypadku tego „wyjątku” zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (i nie zmienią tego nawet pierdyliony zdjęć z uśmiechniętymi dziećmi z zespołem downa), a zaostrzenie prawa aborcyjnego oznaczałoby sporo takich przypadków, z których każdy generowałby gigantyczny wkurw (nie, dla ludzi nie miałoby znaczenia to, że teraz „zgodnie z prawem” można kazać spierdalać kobiecie, która nosi płód z bezmózgowiem). Z czwartej strony Zjednoczona Prawica może się zdecydować na zaostrzenie prawa aborcyjnego przy użyciu trybunału, bo wizerunkowe obciążenie dla partii będzie mniejsze, niż gdyby zrobiono to przy pomocy ustawy. Tyle, że z piątej strony wszyscy (łącznie z betonem, który to chwali) mają świadomość tego, że trybunał zrobi to, czego sobie zażyczą Czynniki Decyzyjne (aka Jarosław Kaczyński), tak więc wina za to, co się stanie spadnie na Zjednoczoną Prawicę, niezależnie od sposobu, w który zaostrzy ona prawo aborcyjne. Z szóstej strony, PiS może usiłować zajść Solidarną Polskę z prawej strony, bo partia ta już od jakiegoś czasu pozycjonuje się „po prawej stronie” PiSu. Jednakowoż z siódmej strony, równie dobrze PiSowi może chodzić o to, żeby zdystansować się od Solidarnej Polski. Gdyby trybunał uznał, że ten konkretny wyjątek jest zgodny z Konstytucja, to PiS wysłałby wyraźny sygnał do suwerena „ok, może jesteśmy pojebami, ale nie aż takimi jak Solidarna Polska”. Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, ale już tych kilka (tak, siedem to też kilka) punktów wystarczy, żeby dostrzec złożoność sprawy. Zresztą, o tym, że to nie jest dla PiSu prosta decyzja, niech zaświadczy to, że wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy (czy jak to się tam nazywa) złożono prawie trzy lata temu i jakoś tak Trybunał Przyłębski się nie śpieszył z rozpoznaniem sprawy (dla porównania sprawa „Drukarza z Łodzi” została ogarnięta w półtora roku [o tym również będzie w Przeglądzie]). Jeżeli PiS zdecyduje się na zaostrzenie prawa aborcyjnego, to za cenę kupienia sobie chwili spokoju od upierdliwych zygotarian (którzy przeca nie odpuszczą pozostałym wyjątkom od zakazu aborcji), zafundują sobie otwarcie frontu, którego nie uda się zamknąć niezależnie od tego, kiedy będą kolejne wybory. Gdyby bowiem zaostrzono prawo, to nawet nieogarnięta największa partia opozycyjna musiałaby wreszcie zająć jakieś stanowisko (i raczej byłoby to stanowisko „trzeba zliberalizować prawo aborcyjne) i nie unikać tematu (komentariatowi byłoby przykro, bo nie mógłby już mówić o temacie zastępczym). Ponieważ zaś liberalizacja prawa aborcyjnego wymagałaby zmian w Konstytucji, opozycja miałaby „paliwo wyborcze” w postaci argumentu, że no spoko, my to możemy zmienić, ale musicie zrobić tak, żeby partie opozycyjne miały większość konstytucyjną, bo prawicowy szuriat na to nie pozwoli. Nie mam pojęcia, jaka będzie ostateczna decyzja, ale wiem jedno: trzeba zachowywać się i działać tak, jak gdyby pewne było, że prawo zostanie zaostrzone. Część komentariatu twierdziła, że no ok, protesty to mogą być, ale łatwiej wpływać na polityków, niż na sędziów trybunału. Czy Ty jesteś, kurwa, poważny komentariacie? Może i sędzia będzie miał w dupie protesty, ale jego polityczni przełożeni już niekoniecznie. Jeżeli zaś protestów nie będzie, a suweren będzie siedział cicho, to Zjednoczona Prawica uzna to za zielone światło do zmian.  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Chyba wszyscy pamiętają to, jak bardzo Zjednoczona Prawica (i pewien instytut, o którym nie można mówić wiecie czego) była dumna z tego, że Trybunał Przyłębski uznał, że karanie kogoś za odmowę wykonania usługi jest niekonstytucyjne (czym w praktyce wprowadzono „klauzulę sumienia dla przedsiębiorców”). Bardzo szybko okazało się, że (cóż za brak zaskoczenia) w całej sprawie nie chodziło o to, żeby przedsiębiorcy mogli odmawiać komuś wykonania usługi, ale o to, żeby fundamentaliści religijni mogli gnoić ludzi, których nie lubią. W związku z powyższym doszło do absurdalnej sytuacji, o której już wspominałem, ale się powtórzę. Kiedy Empik zapowiedział, że jeżeli „Gazeta Polska” nie zmieni zdania i dołączy do swojej gadzinówki naklejki ze strefą wolną od części Polaków, to Empik wycofa nakład i nie będzie u siebie sprzedawał tego numeru, Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris „pękał z dumy”, że Empik to może zrobić zgodnie z prawem. Trzy miesiące później, wiadomy instytut wydalił z siebie „ekspertyzę”, z której wynikało, że to, co zrobił Empik to cenzura prewencyjna/etc. Innymi słowy, było to zgodne z prawem, ale jednak nie było to zgodne z prawem. Na początku września na ćwitrze pojawił się wpis jednego z kapelanów Twittera, w którym stało, że jakaś tam parafia się remontuje i chce sobie zamówić beton, ale już trzy firmy kazały jej spierdalać (po tym, jak dowiedziały się kto zamawia ów beton). Ksiądz był na tyle oburzony, że szukał pomocy u Ordo Iuris (nie wiem, czy sprawa miała ciąg dalszy). Tenże sam ksiądz jarał się, rzecz jasna, wyrokiem TK w sprawie „Drukarza z Łodzi”. Nieco później (acz również we wrześniu) prawy sektor zatrząsł się z oburzenia, bo w jednej z sieciowych restauracji odmówiono obsłużenia zygotarian. Ponieważ w nagonkę na sieć włączyły się rządowe mendia, sieć przeprosiła za całe zajście, mimo że jej pracownicy nie zrobili niczego, co byłoby niezgodne z prawem. Warto w tym miejscu nadmienić, że bezczelność rządowych mendiów bierze się stąd, że przypominaniem o wyroku Trybunału Przyłębskiego zajmują się głównie użytkownicy mediów społecznościowych, bo żadnemu „większemu” graczowi się nie chce. Nie chce się dużym mediom, nie chce się politykom. Dzięki czemu rządowe media mogą tworzyć narracje o „prześladowaniach” zygotarian mimo, że wcześniej tłumaczyły, że Drukarz z Łodzi, który odmówił wykonania usługi i został za to zjebany „padł ofiarą prześladowań”. Również dzięki temu rządowe mendia, mogły udawać, że wcale nie jarały się wyrokiem Trybunału Przylębskiego w „sprawie Drukarza z Łodzi”.


Mniej więcej w połowie września trafiłem na informację, która była tak bardzo absurdalna, że gdyby nie to, że wiem do czego zdolna jest Zjednoczona Prawica, to pewnie uznałbym to za fejka. Żeby nie trzymać was dłużej w niepewności, już tłumaczę, o którą informację chodziło: „Kinga Duda została powołana na doradcę społecznego prezydenta RP”. Ponieważ informacja nie była fejkiem, na głowę państwa (nie no, żartuje, nikt nie miał o to pretensji do Jarosława Kaczyńskiego) posypały się gromy. Co zrozumiałe, Prezydentowi RP zarzucano nepotyzm. Zarzut ten jest w stu procentach słuszny, tak więc z niecierpliwością czekałem na to, w jaki sposób media rządowe (i politycy partii rządzącej) będą bronić córki Prezydenta RP (tak, w tym miejscu należy przypominać o tym, że to rodzina Prezydenta RP, bo gdyby nie była jego córką, to nie dostała by tej fuchy). Jeden z prezydenckich dronów nie czekał na przekaz dnia i zaczął tłumaczyć, że „prezydent chce umożliwić dalszy rozwój zawodowy swojej córce”. Dodatkowo tłumaczył, że w sumie to córka Prezydenta RP jest wyedukowana i zna się na tym i owym. Czy z tego, że córka Prezydenta RP skończyła takie, a nie inne studia i praktykowała tam gdzie praktykowała wynika, że w Polsce nie znalazłby się nikt o lepszych kwalifikacjach? Oczywiście, że, kurwa, nie wynika. Tyle że Dera wytłumaczył, że chodziło o to, że ojciec chciał zadbać o dalszy rozwój zawodowy córki, więc jeżeli ktoś ma jakieś pretensje, to niech spierdala. Jak się Zjednoczona Prawica ogarnęła z przekazem dnia, to się okazało, że tu nie ma mowy o żadnym nepotyzmie, bo chodzi o doradcę społecznego, który za swoje doradzanie nie bierze szekli. Ta argumentacja jest tak idiotyczna, że aż się prosi o suchar „w Polsce bezrobocie jest takie niskie, że nikt nie chciał doradzać Prezydentowi RP za darmo i dopiero jego córka się poświęciła”. Potem zaś okazało się, że może być jeszcze bardziej śmiesznie i jeszcze bardziej bezczelnie. Okazało się bowiem, że córka Prezydenta RP będzie zajmować się reformą wymiaru sprawiedliwości. Ponieważ Zjednoczona Prawica jara się Trumpem, warto w tym miejscu poczynić spostrzeżenie, że to zajmowanie się „reformą wymiaru sprawiedliwości” wygląda tak, jak oddelegowanie zięcia Trumpa do tego, żeby zrobić coś, żeby wreszcie był pokój na Bliskim Wschodzie. Tak swoją drogą, to jest zjawiskowe, jak bardzo zuchwała jest Zjednoczona Prawica. Tzn. ja rozumiem, że obecny Prezydent RP ma już na wszystko wyjebane, bo to jego ostatnia kadencja, ale partia rządząca raczej chciałaby sobie jeszcze porządzić pewnie, a takie rzeczy jej szkodzą. Tzn. w sumie powinny, bo jeżeli jest coś pewnego to to, że w chwili obecnej opozycja nie jest w stanie wykorzystywać absolutnie żadnych sytuacji, których dostaje od Zjednoczonej Prawicy całe pierdyliony. To trochę tak, jakby opozycja nie potrafiła skupiać się na kilku tematach jednocześnie. CZEKAJCIE! Chyba już wiem o co chodzi z tymi tematami zastępczymi! I nie, to nie jest tak, że jak do wyborów jest kawałek, to można sobie odpuszczać. Tzn., owszem, można, ale potem okazuje się, że jest to prosta droga do przejebywania wyborów za wyborami.


Jakiś czas temu dywagowałem sobie w temacie tego, co dalej będzie na linii Zachód (odnosiło się to do UE, ale, nie oszukujmy się, dla obecnych władz UE to „zgniły Zachód”) – Polska w kwestii gnojenia mniejszości seksualnych przez władze naszego kraju. Wszystko bowiem wskazywało na to, że Zachód pójdzie „na zwarcie”. Zaczęło się od obcięcia części z funduszy, które miały z UE uzyskać gminy, które uznały, że one chcą być wolne od jednej takiej nieistniejącej ideologii. Potem wszedł oberprokurator, cały na biało, i powiedział, że on im wyrówna straty. Tylko,S że nieco później okazało się, że potrzeba będzie więcej wyrównywania, bo gminom ujebano również tzw. „fundusze norweskie”, a to, (za Oko Press): „Dla samego Kraśnika oznacza to utratę od 3 do 10 mln euro”. Radni z Kraśnika uznali, że mają to w dupie i w trakcie głosowania nad uchyleniem wiadomej uchwały zagłosowali za tym, żeby uchwała u nich została (tak chodzi o ten sam Kraśnik, w którym nie chcą ideologii 5G). Minęło trochę czasu i w mediach głośno zrobiło się o liście pięćdziesięciu ambasadorów. O liście pierwsza wspomniała ambasadorka USA (która od jakiegoś czasu napierdala się z polskimi władzami przy użyciu konta ćwiterowego): „Prawa człowieka to nie ideologia - są one uniwersalne. 50 ambasadorów i przedstawicieli się z tym zgadza - napisała w swoim poście.”. Prawy sektor zareagował na to w sposób zrozumiały (czytaj: dokonał zesrania się) i zaczęto tłumaczyć, że ambasadorowie mają chuja do gadania, a w ogóle to w niektórych z tych krajów, co to z nich ambasadorowie są, to elbagiety mają gorzej etc. W przysłowiowym międzyczasie, do kwestii stref wolnych od wiadomo czego, odniósł się kandydat na prezia USA, Joe Biden, który napisał na ćwitrze, że jeżeli chodzi o wiadome strefy, to nie ma na nie miejsca ani w UE, ani w ogóle na świecie. Na reakcję polskiej dumbasady w USA nie trzeba było czekać. Dumbasada wytłumaczyła, że Biden to se może pospierdalać, bo w Polsce nie ma takich stref, więc lewaki dupa cicho. Nawiasem mówiąc, mniej więcej w tym samym czasie, w mendiach rządowych można było zaobserwować znacznie więcej proTrumpowych wrzutek, niż wcześniej. O tym, że polska dyplomacja stawia na to, że Trump wygra, bo, jak można było przeczytać w piśmie, (którego teraz nie oźródłuje, bo nie jestem w stanie go wygrzebać) co prawda może on przegrać, ale już tyle zainwestowano w dobre kontakty z nim, że nie warto nawet myśleć o tym, co będzie, jeżeli Trump przegra (tak, to był legitny dokument i tak to są aż tacy kretyni), wiadomo od dłuższego czasu. Niemniej jednak teraz w działania polskich władz wkradła się pewna nerwowość (która ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak działają rządowe media). Z nerwowości tej można wywnioskować tyle, że polskie władze obawiają się zwycięstwa Bidena (a media rządowe zachowują się tak, jak zachowywały się w trakcie wyborów w Polsce, bo nie potrafią inaczej reagować). Nie dziwie im się, bo, po pierwsze zwycięstwo Bidena oznaczałoby powrót części administracji Obamy, która to administracja mogłaby niezbyt przychylnym okiem patrzeć na to, co odjebują polskie władze (a wszyscy wiemy, że polskie władze w kontaktach z USA od dyskutowania do wypełniania poleceń dzieli jedno tupnięcie nogą ambasadora/innej figury amerykańskiej). Po drugie to, że Biden zwrócił uwagę na te zasrane strefy pokazuje, że jeżeli wygra wybory, to jego administracja może się pochylić nad tymi kwestiami (bo to nie jest Trump napierdalający ćwitami 24/7, bo nikt nie ma nad tym żadnej kontroli). Moje pojęcie na temat amerykańskiej polityki nie pozwala mi na jakiekolwiek prognozy wyniku wyborów, ale moje obserwacje polskiej polityki pozwalają na stwierdzenie, że polskie władze są zesrane.


Dawno nie pochylałem się nad moim ulubionym politykiem, Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny, tak więc teraz trzeba nadrobić zaległości. Dzień po tym, jak o liście pięćdziesięciu ambasadorów zrobiło się głośno, temat poruszył wyżej wymieniony jegomość: „Apeluje do konserwatystów, aby przestali używać terminu „ideologia LGBT” , który nie jest używany i zrozumiały na świecie. A do tego łatwo nim manipulować. Chodzi o neomarksistowską ideologię „Gender”. Jej autorzy wprost piszą o niszczeniu tradycyjnego modelu rodziny (…) A my mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek jej bronić. Bo tak mówi nasza ustawa zasadnicza. Tu pisze o tym, że mówiąc o „ideologii LGBT” tak naprawdę chodzi o „ideologie Gender” (…) Sam się łapałem na tą semantykę i potem w PE i tak musiałem przechodzić z „Ideologii LGBT” na bardziej zrozumiałe Gender. Język ma znaczenie”. Jednocześnie Patryk Jaki przypomniał swój wiekopomny tekst, do zrozumienia którego wystarczy tytuł artykułu z „w Polityce”: „Patryk Jaki: Czy ideologia LGBT istnieje? "Skoro nie ma takiej ideologii, to czego uczą na całym świecie katedry gender?"” Jestem pierwszą osobą, która byłaby skłonna do nabijania się z DChzBR, ale w tym momencie muszę przyznać, że jako pierwszy z przedstawicieli prawicowego szuriatu zorientował się, że pieprzenie o ideologii LGBT przyciąga problemy jak magnes i wywołuje konflikty na linii Polska – (szerokopojęta) zagranica. Przypominam, że Jaki jest człowiekiem, który był skłonny bronić współtworzonej przez siebie gównoustawy nawet po tym, jak wywołała ona ostre spięcie dyplomatyczne na linii Polska – Izrael + USA. Jeżeli tego rodzaju myśliciel zwrócił na coś uwagę, to znaczy, że jest to, kurwa, bardziej niż ewidentne. Tym niemniej sposób, w który Patryk Jaki chce „wybrnąć” z całej sytuacji pokazuje, jak bardzo nieogarniętym politykiem jest (mimo swojego ponadprzeciętnego cwaniactwa). Prawda jest bowiem taka, że „straszenie genderem” było obiektem tak wielu kpin ze strony niePiSowskiego otoczenia, że najprawdopodobniej była to jedna z przyczyn, dla których partia rządząca zaczęła szczuć na mniejszości seksualne i przestała w kółko napierdalać o „genderze”. Mało prawdopodobne jest więc to, że ktokolwiek (może poza partyjnymi ziomkami i ziomkiniami Patryka Jakiego) przejmie się jego „apelem”. Ponieważ Patryk Jaki nie zasługuje na dwa osobne wątki, pozwolę sobie dopisać do tego kolejny temat. Kiedyś grzebałem na wikipedyjnej stronie Jakiego (celem poznęcania się nad wyżej wymienionym) i trafiłem tam (w podzakładce „poglądy”) kurwa, na szczere złoto: „Patryk Jaki deklaruje się jako zwolennik kary śmierci za najcięższe przestępstwa, w stosunku do których nie ma żadnych wątpliwości co do winy sprawcy”. Jeżeli ktoś popełnił ten błąd, że zaczął się zastanawiać nad tym „o chuj tu chodzi”, to już tłumaczę. Zwolennicy kary śmierci od pewnego czasu odbijają się od kontrargumentu, którego w żaden sposób nie są w stanie sensownie podważyć. Otóż, przeciwnicy kary śmierci (do których zalicza się niżej niepodpisany) tłumaczą, że wszystko fajnie, ale wymiar sprawiedliwości jest omylny, a to oznaczałoby skazywanie na śmierć niewinnych ludzi. I w tym miejscu pojawia się Patryk Jaki, który tłumaczy, że, owszem, on popiera karę śmierci, ale tylko wtedy, gdy winny jest winny (bo do tego się sprowadza jego „argumentacja”). Warto sobie (albowiem Patrykowi Jakiemu nie warto) zadać pytanie „jak nazywamy osobę, w przypadku której są wątpliwości odnośnie tego, czy jest winna”. Jeżeli odpowiedzieliście „taką osobę nazywamy „niewinną””, to muszę wam pogratulować – do Solidarnej Polski by was z takimi poglądami nie przyjęli. Ja wiem, że mogę sobie tylko pomarzyć, ale chciałbym, żeby któryś z dziennikarzy dopytał Jakiego w temacie tego, co należy robić z osobami, w przypadku których są wątpliwości odnośnie tego, czy są winne i grillował Jakiego, aż do uzyskania odpowiedzi (ciekaw jestem, jak bardzo Jaki by się spocił w trakcie udzielania tejże). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że człowiek wygadujący tego rodzaju bzdury był (uwaga Capslock będzie grany) WICEMINISTREM SPRAWIEDLIWOŚCI.


Na sam koniec zostawiłem sobie temat, o którym jest dość cicho, a o którym powinno się napierdalać 24/7. O tym, że Zjednoczonej Prawicy nie podobało się to, co działo się w Muzeum Drugiej Wojny Światowej (do momentu przejęcia kontroli nad tymże muzeum) pochylałem się dawno temu. Pochylałem się również nad kretyńskimi analizami (wykonanymi na zlecenie partii rządzącej), z których wynikało, że ekspozycja w MIIWŚ jest chujowa, bo pokazuje jedynie negatywną stronę wojny (tak, to zostało napisane na serio) również. Teraz zaś przyszedł czas, coby pochylić się nad tym, co serwuje się w Jedynie Słusznym Muzeum. Estera Flieger z Oko Press napisała była tekst pt. „Karol Marks: Jak rozpętałem drugą wojnę światową. Recenzujemy wystawę w przejętym przez PiS muzeum”. Potem był lead, z którego jasno wynikało, że tytuł nie był clickbaitem: „Za wybuch wojny odpowiedzialni są Marks, Engels i Nietsche, bo ich prace filozoficzne zaprzeczały istnieniu Boga. Taką wersję historii najnowszej prezentują autorzy wystawy w przejętym przez PiS Muzeum II Wojny Światowej”. Teraz zapnijcie pasy, bo zafunduje wam cytat z pierdolnięciem: „Dyrektor Karol Nawrocki w nagraniu promującym wystawę mówi: „U jej fundamentów położyliśmy szeroką refleksję o antychrześcijańskich prądach filozoficznych, które zaprzeczały istnieniu Boga (…) Słowa zapisane przez takich myślicieli jak Marks, Engels czy Nietzsche, wypaczone potem w niektórych aspektach przez polityków i twórców sowieckiego komunizmu i niemieckiego nazizmu, a w innych wprost oddające to, co myśleli filozofowie o nadczłowieku, wojnie i terrorze doprowadziły w końcu do wybuchu II wojny światowej””. W tym miejscu pora na kolejne wyznanie z mojej strony. Otóż, muszę się przyznać do tego, że przez bardzo długi czas nie interesowałem się historią. Tzn. interesowałem się na tyle, na ile mi to było do czegoś potrzebne. Jednakowoż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że, niestety, bez znajomości historii człowiek jest narażony na to, że będzie robiony ordynarnie w chuja przez ludzi, którzy może i sami się nie znają na historii (np. Ziemkiewicz), ale inni nie znają się bardziej, tak więc nie będą mogli zweryfikować tego, czy są robieni w chuja. Zacząłem się dokształcać w miarę możliwości, a potem mnie wciągnęło. Gdybym ten wysryw zobaczył jakieś dziesięć lat temu, to co prawda bym w niego nie uwierzył, ale nie byłbym w stanie udowodnić, że to bzdura (polska prawica do perfekcji opanowała rzucanie bzdurnych teorii [których nie popiera żadnymi argumentami] i oczekiwanie od oponenta, że ów udowodni, że prawicowiec się pomylił). Jak tak sobie czytałem różne pozycje o II Wojnie Światowej, to sobie tam wypatrzyłem, że wśród tych historyków, których czytałem, panuje zgodność odnośnie tego, że II WŚ była konsekwencją pierwszej między innymi zaś tego, jak potraktowane zostały Niemcy (nie żeby sobie na to nie zapracowały) i tego, że porażka Niemiec była traktowana przez niektórych obywateli tego kraju, jako (w uproszczeniu) „zdrada elit”, bo żołnierze sobie doskonale radzili, a elity polityczne mimo tego poddały kraj (to, że Niemcy gospodarczo nie udźwignęłyby dalszego prowadzenia wojny, nie miało znaczenia, bo nie pasowało do tezy). Na takich fundamentach zbudowano narrację o hańbie, którą można zmyć praktycznie tylko i wyłącznie w jeden sposób (Uczynić Niemcy Wielkimi Raz Jeszcze). Jeżeli zaś chodzi o ZSRR, to ciekaw jestem, czy mózgi, które skupiły się na Marksie i Engelsie, w ogóle zwróciły uwagę na fakt, że powstał ów związek również przez to, że Rosja zaangażowała się w pierwszą wojnę światową, a jej gospodarka sobie średnio radziła (przez co w Rosji było generalnie przejebane). Obstawiam, że ten szczegół mógł umknąć mózgom z MIIWŚ, bo średnio im to pasowało do tezy. Jeżeli bowiem zwalamy winę za wszystko na Marksa i Engelsa, to nie możemy tłumaczyć, że bolszewicy (którzy spierali się z mienszewikami między innymi w kwestii podejścia do tego, co napisał Marks [zgadnijcie, kto miał do tego podejście raczej luźne i dlaczego tym kimś byli bolszewicy]) doszli do władzy w głównej mierze w efekcie pierwszej wojny światowej. Nie spięłoby się to ni chuja z tezą, którą sobie wymyślili zawiadowcy MIIWŚ. Na domiar złego musieliby wspomnieć coś na temat tego, dlaczego wybuchła pierwsza wojna światowa, a tego już ni chuja nie da się zrzucić na Marksa i Engelsa. Nawiasem mówiąc, jeżeli kogoś interesuje temat pt. „jak doszło do pierwszej wojny światowej”, to polecam „1914. Rok końca świata” Paula Hama (w pewnym momencie głośno zrobiło się o książce pt. „Lunatycy Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, ale mnie bardziej do gustu przypadła książka Hama). W telegraficznym skrócie, do wojny doszło dlatego, że przywódcy części krajów zakładali, że inne kraje będą chciały atakować ich kraje, tak więc zaczynali wykonywać działania, które inni przywódcy odczytywali jako zapowiedź ataku/etc. A potem wszyscy zaczęli się radośnie napierdalać, a wojna, która miała potrwać kilka miesięcy, trwała cztery lata z hakiem. Generalnie rzecz ujmując, to wszystko są złożone kwestie i ostania rzecz, której potrzebujemy, to banda kretynów, która albo nie zna historii, albo zna, ale usiłuje ją napisać od nowa. Ignorowanie faktu, że do obu wojen doszło ze względu na nacjonalizm (który po pierwszej wojnie wszedł na znacznie wyższe obroty) i tłumaczenie, że to „Wina Marksa”, to groźny idiotyzm. Z tego zaś z kolei wynika, że w Zjednoczoną Prawicę powinno się za to napierdalać non stop i (słusznie) zarzucać jej pisanie historii od nowa. Tym powinni się zajmować politycy partii opozycyjnych i media o dużym zasięgu, bo to jest (w kontekście zjednoczonoprawicowej napinki „trzeba nauczać historii”) samograj. Niestety, zajmują się tym jedynie pasjonaci (nie, nie mam tu na myśli samego siebie, ale np. autorkę tekstu na Oko Press, której się chciało przebijać przez ten bullshit, który zawiadowcy MIIWŚ nazywają „historią”). Aczkolwiek, zapewne się mylę, a pisanie historii od nowa, to kolejny „temat zastępczy”.


Źródła:

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

https://twitter.com/bbudka/status/1311588964403417088

https://tvn24.pl/polska/aborcja-eugeniczna-trybunal-konstytucyjny-zajmie-sie-wnioskiem-wsprawie-przerwania-ciazy-ze-wzgledu-na-ciezkie-wady-plodu-4694924

https://www.newsweek.pl/polska/aborcja-eugeniczna-pis-zakaze-aborcji-za-pomoca-tk/r8dhqfp

https://lodz.wyborcza.pl/lodz/7,35136,22829271,odmowil-uslugi-dla-organizacji-lgbt-sprawa-zajmie-sie-trybunal.html

https://wpolityce.pl/polityka/452504-minister-ziobro-ten-wyrok-to-swieto-wolnosci

https://twitter.com/jerzKwasniewski/status/1153356510640189447

https://twitter.com/OrdoIuris/status/1174984529506971653

https://twitter.com/PanZolty/status/1304146437966622720

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1309241416879665155

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradczynia-spoleczna-prezydenta-kim-jest-corka-prezydenta-jakie-ma-doswiadczenie-4694301

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradca-prezydenta-andrzeja-dudy-andrzej-dera-chce-umozliwic-dalszy-rozwoj-zawodowy-swojej-corce-4695215

https://www.donald.pl/artykuly/WRggRFFA/fakt-kinga-duda-jako-doradczyni-prezydenta-zajmie-sie-reforma-wymiaru-sprawiedliwosci?

https://oko.press/gminy-wolne-od-lgbt-bez-funduszy-norweskich/

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/7833136,lgbt-lgbti-list-ambasador-mosbacher-prawo-ideologia.html

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-biden-krytykuje-strefy-wolne-od-lgbt-ambasada-rp-odpowiada,nId,4746816

https://www.tvp.info/50240185/nie-bede-na-to-tracil-czasu-trump-odmowil-wirtualnej-debaty-z-bidenem

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1310529158527807488

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26349431,patryk-jaki-apeluje-zeby-juz-nie-mowic-ideologia-lgbt-jezyk.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Patryk_Jaki

https://oko.press/recenzujemy-wystawe-w-przejetym-przez-pis-muzeum/

piątek, 25 września 2020

Wielka wojna dzbanów

Z napisaniem notki na temat bijatyki wewnątrz „Zjednoczonej” Prawicy chciałem poczekać, aż wszystko się skończy, ale gdzieś tak w środę wieczorem uznałem, że chuj wie, ile ten tasiemiec jeszcze potrwa, bo jedyne czego się można dowiedzieć, to tego, czego się będzie można dowiedzieć i kto nam to powie (potem zaś wychodził ten czy inny rzecznik i informował, że w sumie to niczego się nie dowiemy). Media zaś, z uporem godnym lepszej sprawy, informowały nas 24/7 o tym, że (na ten przykład): „W środę wieczorem doszło do kolejnego spotkania prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego z szefem Solidarnej Polski Zbigniewem Ziobro - poinformowały media. Wcześniej tego dnia odbyło się spotkanie kierownictwa PiS, a także posiedzenie zarządu Solidarnej Polski”. Zaś 33 minuty później mogliśmy się dowiedzieć, że: „W środę wieczorem zakończyło spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Doszło do niego w należącej do Kancelarii Prezydenta willi przy ul. Bacciarellego, tej samej, w której politycy spotkali się w poniedziałek wieczorem. Wcześniej odbyły się niezależne narady obu partii.”. Media sprowadziły się do roli przekaźników między kłócącymi się koalicjantami. Przy pomocy mediów PiS przekazał Solidarnej Polsce, że jak się członkowie tej drugiej partii nie ogarną, to oni mają już pierdylion chętnych na miejsce Zbigniewa Ziobry. Ziobro zaś przekazał PiSowi, że jak się nie dogadają, to on z przyjemnością opowie o nieznanych faktach/etc. Oczywiście, przekazywali to sobie przy pomocy „źródeł zbliżonych do partii”/etc.  


Tak na dobrą sprawę w momencie, w którym zacząłem dłubać przy tym tekście, pewna jest w sumie tylko jedna rzecz: ta napierdalanka była na serio. Ponieważ zaś była na serio, w trakcie trwania tejże napierdalanki można było się sporo dowiedzieć, trzeba było tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. Nie chodzi mi, rzecz jasna o to, co dostarczały nam media (bo to podsumowałem we wstępie), ale o to, co się wymykało napierdalającym się działaczom partyjnym (którym zdarzały się chwile rozbrajającej szczerości) i tym, których przeraziło widmo rozpadu koalicji. Przykładowo, na ćwitrze można było trafić na influencerskie „prawe” konta, które klęły na PiS po tym, jak Suski oznajmił, że w sumie to koalicji już nie ma. Można było przeczytać np. o tym, że jak będą wybory, to oni już nie zagłosują na PiS ni cholery. Wierzę w to, że ci ludzie pisali prawdę. Czemu? Bo byłbym się gotów założyć, że konta te prowadzą ludzie, którzy dostali jakieś stołki w ramach koalicji. Jeżeli taki ktoś dostał stołek (bo był, na ten przykład, z Solidarnej Polski), to wyleciałby z niego, gdyby koalicja się rozpadła i głosowanie na PiS w przedterminowych wyborach nie miałoby dla takiej osoby sensu (bo stołek by od tego nie wrócił). Gdyby partie opozycyjne (albo np. jakieś media) zajmowały się (na serio) monitorowaniem tego, co dzieje się w sieci, to w ciągu 24 godzin po tym, jak Suski powiedział to, co powiedział, mogłyby ogarnąć sobie praktycznie kompletną siatkę powiązań kont influencerskich z konkretnymi partiami (bądź politykami). Ponieważ zaś to, co dzieje się w soszjalach #nikogo, szansa została zaprzepaszczona. Być może będzie kolejna (jeżeli towarzystwo się faktycznie rozpadnie [na co się w środę wieczorem nie zanosiło], albo zejdzie i potem znowu zacznie napierdalać o kasę i stołki).


Starając się samemu doinformować w temacie tego „co się dzieje”, śledziłem sobie wymiany uprzejmości między działaczami Zjednoczonej Prawicy i trafiłem na taką, którą można uznać za żyłę złota. Patryka Jakiego (aka Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny) nikomu przedstawiać nie trzeba. Wojciech Wybranowski jest być może mniej znany (tworzy [Edycja: tworzył, bo parę miesięcy temu sobie poszedł] w „Do Rzeczy”, jara się Narodowymi Siłami Zbrojnymi i jest jednym z wielu medialnych cyngli Zjednoczonej Prawicy). Między tymi dwoma milusińskimi wywiązała się dyskusja, którą przytoczę w całości, a potem skupię się na tym, czego można się było dowiedzieć z tej wymiany zdań. Wszystko zaczęło się od wpisu Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny:


„Czytam, że Gowin zostaje a Ziobro leci, bo jako Prokurator Generalny nie chciał się zgodzić na ustawę o bezkarności. Słuchajcie, to musi być #FakeNews ZP musi przetrwać dla (w tym miejscu była polska flaga)”


Wybranowski odpisał mu tak: „To rzeczywiście jest fejk nius. W pewnym sensie Wiewiórki ćwierkają bowiem, że Ziobro się zgadzał na ustawę covidowa. A później uległ młodym współpracownikom z resortu, którym wydawało się, że umieją w politycznego pokera. Zalicytowali i skończyło się jak w 2011”

Patryk Jaki: Byłem przy rozmowie dotyczącej tej ustawy. Więc proszę nie udawać, że wie Pan więcej o rozmowie niż jej uczestnik.

Wybranowski: Proszę nie udawać, że jest Pan w tej sprawie bezstronnie rzetelny. Swoją drogą myślałem, że od 2011 roku w SolPolu wyleczyliście się z mocarstwowych mrzonek Pati. A jednak nie.

PJ: Nawet nie wiem jak Panu odpisać. Pan coś pisze o tym co ktoś Panu powiedział - a ja brałem udział we wszystkich rozmowach, są dokumentu pokazujące kto co ws. tej ustawy więc z sympatii do Pana proszę, aby Pan nie brnął.

W: I to jest właśnie ten sam problem, który ciągnie się za Panem od 2011 roku, od akcji ze słynnym sondażem, z którego wynikało, że SolPol się nikomu z niczym nie kojarzy. Do momentu, w którym ZZ nie uświadomiono, że bez ustawy ma bata na ludzi premiera i Mario, był za.

PJ: O roku 2011 i SP możemy porozmawiać osobo. To kwestia oceny. Ostatni raz jak SP startowała sama miał 4%. Natomiast co do ustawy każdy kolejny Pana wpis (i tu była emotka sugerująca, że Jaki załamał się tak, jak autor niniejszej notki, kiedy po raz pierwszy przeczytał wysrywy Jakiego o tym, że ów był pochodził z biedniejszej rodziny)

W: Panie Europośle trochę za daleko zabrnął Pan w swoich manipulacjach. "Kiedy SolPol startowała oddzielnie miała 4 proc" - pisze Pan. SolPol nigdy nie startowała oddzielnie do Sejmu. A żeby porównywać wybory do PE z krajowymi to trzeba (tu były 3 heheszkowe emotki)

PJ: Pisałem o „ostatnich wyborach, w których startowała samodzielnie” a nie „do sejmu” . Więc nie wiem, gdzie tu manipulacja. Pozdrawiam

W: Manipulacja w porównywaniu warunków wyborczych do PE w 2014 i sejmowych.”

 
(uwaga natury ogólnej, w powyższej wymianie zdań poprawiłem literówki, bo mnie za bardzo wkurwiały).


Wymiana ćwitów zaczęła się od czegoś, co Patryk Jaki opanował do perfekcji. Otóż, ilekroć ów przemiły jegomość się z kimś skonfliktuje, bądź też po prostu chce kogoś przeczołgać medialnie – tylekroć zaczyna się produkować w „soszjalach”. Bywają też sytuacje, w których np. zalicza wtopę w trakcie jakiegoś wywiadu (co nie jest specjalnie trudne, wystarczy, że dziennikarz zacznie go odrobinę grillować) i do akcji wkraczają „zaprzyjaźnieni” influencerzy, którzy z wywiadu wyciągają jakiś krótki fragment, po czym wrzucają go z komentarzem „Jaki zaorał”, ale to tylko dygresja. Standardową metodą stosowaną przez Jakiego jest próba ośmieszenia kogoś, kogo obrał na swój cel. Przykładowo, gdy Adam Bodnar (który działał tak, jak powinien działać Rzecznik Praw Obywatelskich) upomniał się o typa, którego policja potraktowała tak, żeby w mediach można było pokazać, że Zjednoczona Prawica się nie pierdoli w tańcu z mordercami, Jaki postanowił ośmieszyć Bodnara, wrzucając „prześmiewczą” listę „pomysłów Bodnara”.  Innym razem „zażartował” sobie z TVNu i tłumaczył, że stacja ta nie jest bezstronna, bo nie robią materiałów o Soku z Buraka, a o Małej Emi mówili dużo. Rzecz jasna, każda z tych wrzutek wykręcała duży zasięg, dzięki czemu Jaki mógł pielęgnować swój wizerunek „ulubieńca suwerena”. Co prawda, te duże zasięgi były wykręcane głównie dzięki wsparciu rządowych dronów/influencerów, ale to nie miało znaczenia, bo przecież nikt do tych jego wpisów nie dołączał statystyk „tyle i tyle % polubień zapewniła strona rządowa”. Poza tym, trudno się dziwić temu, że sporo ludzi wierzyło w to, że te zasięgi są oddolne, skoro w swą „potęgę” internetową uwierzył również Patryk Jaki. Zanim ktoś zapyta „ale skąd wiesz, że uwierzył”, odpowiem: bo usiłował zastosować tę samą metodę w starciu z Prawem i Sprawiedliwością i napisał „prześmiewczy” ćwit, z którego wynikało, że przecież to nie może być prawda, że chcą wywalić Zbyszka, bo on się jedynie nie chciał zgodzić na „ustawę o bezkarności”. Gdyby dotychczasowe zasięgi Patryk Jaki zawdzięczał zapatrzonemu weń suwerenowi, to jego wpis zebrałby pewnie więcej favów niż te, które produkował w takcie „Bitwy Warszawskiej”. Ponieważ zaś nie są to „oddolne” zasięgi, wpis cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem (obstawiam, że mógł liczyć na wsparcie tylko i wyłącznie „swoich” internautów). Na uwagę zasługuje niemierzalna bezmyślność i zarozumiałość Jakiego, który próbował swojego popisowego numeru w tym konkretnym starciu. Jeżeli bowiem popatrzymy na to z nieco innej perspektywy, to wyjdzie na to, że Patryk Jaki usiłował bawić się w przepychanki z PiSem w mediach społecznościowych mimo tego, że to PiSowi zawdzięcza lwią część swoich zasięgów.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Niemniej jednak to, co napisałem powyżej to jedynie przygrywka, bo prawdziwą bombę atomową zdetonował Wojciech Wybranowski, który w pewnym momencie napisał, że: „Do momentu, w którym ZZ nie uświadomiono, że bez ustawy ma bata na ludzi premiera i Mario, był za.”. W tym momencie poczynię pewną dygresję. Kiedy trafiłem na tę wymianę ćwitów i na to konkretne zdanie, od razu zrobiłem sobie screeny, bo uznałem, że jak się obaj panowie ogarną, to cała ta dyskusja zostanie wypierdolona z ćwitra. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że do tej pory się nie ogarnęli. Czemu to zdanie jest tak bardzo istotne? Z wielu przyczyn, które z przyjemnością wam wymienię.


Po pierwsze, jeżeli ktoś zastanawiał się nad tym, czy rządowi mediaworkerzy wierzą w to, że ich pracodawcy są kryształowi, zaś wszystkie krytyczne materiały medialne na ich temat są po prostu wytworem wyobraźni pracowników „polskojęzycznych mediów”, czy też po prostu kłamią w żywe oczy, wiedząc o tym, że ich pracodawcy robią gigantyczne wały, to taki ktoś może się już przestać zastanawiać. Oni to wszystko wiedzą, a bełkot o „niepolskich mediach, które krytykują najlepszy rząd”, jest, no cóż, zasłoną dymną i niczym więcej. Żeby w pełni zrozumieć, jak bardzo Wybranowski się wysypał, trzeba najpierw zastanowić się nad tym, co się musi stać, żeby Ziobro miał „bata” na kogokolwiek. Zacznę od tego, że funkcja Ziobry, jako capo di tutti capi prokuratury jest przeceniana, bo co prawda może on umarzać postępowania, ale gdyby chciał poszczuć prokuratorów na „swoich” (którzy nic nie zrobili), to pewnie z miejsca zostałby wypierdolony, a postępowania zostałyby umorzone (to, czy przez prokuratorów Ziobry, czy też przez tych, którzy zajęliby ich miejsca, jest w tym miejscu bez znaczenia). Próba ruszenia niewinnego „swojaka” mogłaby się również skończyć dla niego i jego podwładnych (biorących w tym udział) zarzutami za fabrykowanie dowodów/etc. (nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej, ale na pewno są na to jakieś paragrafy). Owszem, mogłoby to pociągnąć za sobą rozpad koalicji i ponowne wybory, ale póki co PiS i tak jest na prowadzeniu, tak więc partia ta na pewno brałaby udział w powoływaniu kolejnego oberprokuratora. Ziobro, owszem, może przeczołgać kogoś, kogo jedyną przewiną było to, że wkurwił kogoś ze Zjednoczonej Prawicy, ale tylko pod warunkiem, że jest to ktoś z zewnątrz (przeczołgać „swojego” może tylko wtedy, gdy dostanie zielone światło od Najważniejszych Czynników Decyzyjnych). Prawdziwa siła oberprokuratora polega na tym, że może on (niebezpośrednio, of korz) umarzać postępowania. Ponieważ zaś nie wolno mu ruszać swoich, którzy niczego nie zrobili, chodzi o te postępowania, w trakcie których ucierpieć mogliby „swojacy”, mający swoje za uszami. Co zrozumiałe, postępowania sobie można umarzać, ale czasem można go też nie umorzyć, bo np. do mediów trafi przeciek, który rzuci na sprawę tyle światła, że ciężko by to było umorzyć nie ryzykując wkurwienia suwerena. Podsumowując, ów „bat” Ziobro ma tylko i wyłącznie wtedy, gdy mamy do czynienia z realnymi wałami. Gdyby przepchnięto ustawę bezkarnościową, Ziobro nie miałby nic do gadania i nie byłby potrzebny do umarzania śledztw. Nawiasem mówiąc, ta ustawa byłaby kartą „wychodzisz wolny z więzienia” praktycznie dla każdego znajomego królika, bo biorąc pod rozwagę dotychczasowe podejście Zjednoczonej Prawicy do prawa – okazałoby się pewnie, że praktycznie każdy wał miał związek z „walką z covidem”, tak więc Zbyszku, dupa, cicho, twoje usługi są niepotrzebne. Warto również mieć na uwadze to, że gdyby ustawa weszła w życie, to media mogłyby sobie pisać do usranej śmierci (albo innej repolonizacji) o wałach, bo „nie ma wału, jak ktoś walczy z covidem”.


Po drugie, mamy potwierdzenie tego, że w przypadku, ekhm, „walki z covidem” dochodziło do wałów. Nie mam pojęcia, czy mediom udało się już wykopać wszystko w temacie tych wałów, ale biorąc pod rozwagę rozmach Zjednoczonej Prawicy, można bezpiecznie założyć, że może nas czekać jeszcze parę „niespodzianek”. Osobną kwestią jest to, że ustawa bezkarnościowa nie miałaby „daty ważności”, więc w praktyce jej wejście w życie oznaczałoby możliwość robienia jeszcze większych wałów, tym razem już w świetle jupiterów, bo „chuja nam zrobicie”.


Po trzecie, czarno na białym (czy jakie tam komu się kolory na ćwitrze wyświetlają) mamy napisane, że prokuratura jest wykorzystywana do walki politycznej. Niby nie powinno to nikogo dziwić, ale przypominam, że to jest rządowy mediaworker. Gdyby napisał to jakiś polityk opozycyjny, albo dziennikarz niePiSowski, to miałoby to znacznie inną wagę, bo byłyby to tylko podejrzenia. Rządowy mediaworker nie musi niczego podejrzewać, bo on to po prostu wie.


Po czwarte, w Zjednoczonej Prawicy panuje olbrzymie napięcie wewnętrzne. Co prawda, to było jasne od dawna (dla każdego, kto interesuje się politykę na tyle, żeby wiedzieć, że w polityce żadna partia/koalicja nie jest monolitem), ale teraz zostało to potwierdzone przez „czynniki wewnętrzne”. Napięcie to jest na tyle duże, że prokuratura jest wykorzystywana do wewnątrzkoalicyjnych rozgrywek. Wydaje mi się, że opozycja mogłaby próbować jakoś rozgrywać te napięcia, ale zapewne się mylę, bo nie jestem politykiem opozycji, tylko blogerem z Podkarpacia.  


Po piąte, dla obu panów to, o czym rozprawiali, to są takie oczywiste oczywistości, że Patryk Jaki nawet nie próbował zachowywać pozorów i w jakikolwiek sposób zaprzeczyć. Odniósł się jedynie do tego, że to wcale nie tak z tą ustawą, ale nie zaprzeczył temu, że prokuratura jest wykorzystywana do walki politycznej. Panowie byli ze sobą szczerzy i chyba zapomnieli, że czytają ich inni ludzie.


Nie mam pojęcia o tym, ile tego rodzaju złotonośnych dyskusji przetoczyło się przez ćwitra, ale jestem się w stanie złożyć o wiele, że ta nie była jedyna. Tekst kończyłem pisać w czwartek wieczorem i (co za brak zaskoczenia) nadal nie było wiadomo „co dalej”. Jakieś plotki o tym, że być może Prezes Polski wejdzie do rządu, że chyba się dogadali, ale bez gwarancji miejsc na listach (co byłoby bardzo dobrym rozwiązaniem dla PiSu – wykorzystać głosy przystawek, a potem wyciąć członków SP i Porozumienia za pięć dwunasta, żeby nie wyrobili się z rejestracją własnych list). Media nadal zapierdalają za każdym politykiem ze Zjednoczonej Prawicy, byle tylko móc zreferować, że „w sumie to się chyba dogadali, ale trzeba poczekać, tak więc nic nie wiadomo na pewno”.


Tak na sam koniec pozwolę sobie na dywagowanie na temat tego „co to będzie” i „dlaczego”. Część komentariatu (na początku politycznego tasiemca, który funduje nam Zjednoczona Prawica) twierdziła, że jak Solidarna Polska wyleci z koalicji, to w sumie nic się nie stanie, bo po pierwsze rząd mniejszościowy może hulać (tylko, że nie, bo opozycja nawalałaby jednym wotum nieufności za drugim [tak jak w 2007]), a taka, na ten przykład, Solidarna Polska to jest już na tyle rozpoznawalna, że sobie bezproblemowo przekroczy próg wyborczy w przypadku wyborów. Moim zdaniem, Solidarna Polska miałaby czysto „matematyczne szanse” na to, żeby samodzielnie przekroczyć próg wyborczy. Czemu? Bo ok, teraz może i łapią jakieś 3-4% w sondażach, ale rozpad koalicji skończyłby się dla nich tym, że napierdalałaby w nich machina propagandowa, z której usług teraz sami korzystają. W internecie też by specjalnie nie poszaleli, ze względu na to, że ich dotychczasowi koalicjanci zaczęliby ich zwalczać (i skończyłyby się duże zasięgi). Kolejnym problemem byłoby to, że Solidarna Polska musiałaby walczyć o skrajny elektorat z Konfederacją, którą ciężko przebić jeżeli chodzi o poziom oszołomstwa (nawet ziobroidom byłoby ciężko). Ktoś (np. jakiś „dziennikarz”) może powiedzieć „no ale Ziobro ma haki i nie zawaha się ich użyć”. Tylko, że to działa w dwie strony. Jeżeli normą w Zjednoczonej Prawicy było używanie prokuratury do rozgrywek wewnętrznych, to nie uwierzę w to, że PiS nie ma haków na Solidarną Polskę. Chciałbym również nieśmiało przypomnieć o tym, że tych umorzonych postępowań było sporo, a bohaterami części z nich byli politycy Solidarnej Polski, ja zaś naprawdę wątpię w lojalność prokuratorów od Ziobry, którzy w razie rozpadu koalicji zostaliby bez kryszy. Warto również pamiętać o tym, co już zasygnalizowałem wcześniej. Gdyby Zjednoczona Prawica się rozpadła, to Solidarna Polska zostałaby bez mediów. Haki zebrane przez Ziobrę na niewiele by się zdały, bo nie docierałyby one do ich elektoratu (dlatego, że ich publikowaniem zajmowałyby się jedynie media niePiSowskie, zaś te PiSowskie tłumaczyłyby, że to ściema). Prawda jest taka, że jedyną kartą przetargową Solidarnej Polski są głosy, które SP wnosi do Zjednoczonej Prawicy. Wiadomo było, że po tym, jak SP powiększyła stan posiadania w Sejmie (kosztem PiSu) ziobroidy będą się domagać większego kawałka koryta. Ponieważ liczba stołków nie jest nieskończona (mimo starań Zjednoczonej Prawicy) musiało się to skończyć konfliktem. Wybranowski napisał, że do konfliktu doszło, bo Ziobro posłuchał swoich młodych podwładnych, którym wydawało się, że potrafią w politykę. Wydaje mi się, że to tak właśnie było. Te młode typy nie mają zbyt dużo doświadczenia w polityce i najprawdopodobniej uwierzyli w to, że ich wizerunki, pompowane przez rządowe media przekładają się na ich siłę sprawczą (casus Jakiego, który próbował przepychanek z PiSem to potwierdza). Młode Dzbany wiedzą, że bez ich głosów PiS sobie nie poradzi, ale zupełnie umknęło im to, że jeżeli wkurwią Zakon PC, to ten jest w stanie zaryzykować samodzielny start w wyborach, byle tylko pozbyć się z koalicji ludzi, którym „zerwało beretki”. Nie wiadomo jak skończy się ten konflikt, ale jeżeli efekt końcowy będzie taki, że PiS dogada się z przystawkami i elementem tej umowy nie będą „gwarancje miejsc na listach”, to raczej ciężko będzie to uznać za zwycięstwo Zbigniewa Ziobry i jego młodych przydupasów. Jak już wspomniałem wcześniej, ten konkretny konflikt, w trakcie którego dotychczasowi koalicjanci lali się sztachetami po mordach w mediach społecznościowych, był idealnym momentem na obserwację. Co w międzyczasie robiła największa partia opozycyjna? Złożyła wniosek o wotum nieufności dla Zbigniewa Ziobry. Pozwolę sobie tego nie skomentować, bo chyba wyczerpałem limit wulgaryzmów przysługujących mi na jedną notkę (co prawda nie mam takowego, ale brzmi to lepiej niż kolejne „to jest dramat, kurwa”).


Źródła:

https://fakty.interia.pl/polska/na-zywo-waza-sie-losy-zjednoczonej-prawicy-przelomowy-dzien,nzId,246,akt,232106

https://www.se.pl/wiadomosci/polityka/ruszyla-gielda-nazwisk-w-sprawie-nowego-ministra-sprawiedliwosci-kto-za-ziobre-aa-ihYi-eDBb-7gHP.html

https://twitter.com/JNizinkiewicz/status/1307565145120485376

https://twitter.com/miko_ala/status/1306914154385674242

https://wpolityce.pl/polityka/451735-patryk-jaki-drwi-z-pomyslow-bodnara

https://dorzeczy.pl/kraj/136994/patryk-jaki-kpi-z-tvn-fajna-stacja-super-sa-tam-wywiady.html

https://twitter.com/wybranowski/status/1307792576691437569

https://dorzeczy.pl/kraj/154723/rmf-fm-solidarna-polska-i-porozumienie-bez-gwarancji-ws-list.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26329032,zbigniew-ziobro-reaguje-na-zapowiedz-wniosku-o-wotum-nieufnosci.html


piątek, 18 września 2020

Hejterski Przegląd Cykliczny #71

Ponieważ zaliczyłem spory poślizg z Przeglądami (można powiedzieć, że są to hejterskie poślizgi cykliczne), pozwolę sobie zacząć od wstępu, który poprzedzi kolejny wstęp, coby naświetlić czemu tenże poślizg się mi przydarzył. Otóż, ilekroć siadałem do pisania o opozycji (której poświęciłem spory kawałek Przeglądu), tylekroć (eufemizując) przechodziła mi ochota. Co prawda (uwaga, spoilery) w pewnym momencie potwierdziło się coś, o czym wiedziałem od dość dawna, ale nie dało rady o tym pisać, bo były to anecdaty, jednakowoż jakoś tak, kurwa, niespecjalnie mnie to ucieszyło (i was pewnie też średnio będzie to cieszyć).


Niniejszy Przegląd zacznę od tematu poruszanego przeze mnie już pierdylion razy, czyli od totalnego nieogarnięcia opozycji. Przyznać muszę, że temat ten wywołuje u mnie mieszane uczucia, albowiem z jednej strony wkurwia mnie on straszliwie, a z drugiej nuży. Idealnym przykładem tego, jak bardzo opozycja nie umie w bycie opozycją, było głosowanie w sprawie podwyżek (dla posłów, ministrów/etc.). Nad samym pomysłem (i tym, że opozycja w ogóle ów pomysł poparła) się pastwiłem, tak więc nie będę się powtarzał, bo pewnie czytaliście uważnie. Po tym fuckupie opozycji czekałem już tylko na sondaże, z których wyniknie, że cała ta sprawa odbije się najbardziej na słupkach opozycji, a Zjednoczonej Prawicy to w ogóle nie zaszkodzi. Kiedy te sondaże się pojawiły, byłem zszokowany swoim brakiem bycia zszokowanym takimi, a nie innymi rezultatami. I nie, nie jest to mądrość post factum (no bo przeca wcześniej nie napisałem, że tak będzie, to może sobie dorabiam ideologię do tego teraz?). Spodziewałem się takich, a nie innych słupków dlatego, że przez ostatnie pięć lat przyzwyczaiłem się do tego, że Zjednoczona Prawica może robić co jej się podoba, a słupki sondażowe (które potem przekładały się na wygrane wybory) na to praktycznie nie reagują. Było kilka sondaży (i to prawilnych, nie zaś CBOSowych albo innych Social Changesowych),  w których „było blisko”, ale partia rządząca zawsze potrafiła to ogarnąć. Ktoś pamięta jeszcze o tym, że kiedyś była taka partia jak „Nowoczesna”? Otóż, pod koniec roku 2015 (który w wymiarze politycznym był dla Polski takim małym rokiem 2020), Nowoczesna najpierw dogoniła PiS w sondażach, a potem go przegoniła. Idealną pointą do tych sondaży będzie pytanie: gdzie jest teraz Nowoczesna i Ryszard Petru? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że spora część komentariatu wieszczyła wtedy rychły „koniec PiSu”. W tym miejscu warto sobie zadać pytanie: ile razy myślałem/łam, że ta, czy inna afera/sytuacja/etc., to będzie „koniec PiSu”? Jeżeli odpowiedź na to pytanie brzmi: sporo, to nie powinniście mieć do siebie pretensji najmniejszych. Zjednoczona Prawica przetrwała pierdylion sytuacji, które zdmuchnęłyby każdą władzę, która nami zawiadywała po roku 1989. Przypominam, że na ten przykład SLD zostało zmiecione przez „aferę Rywina”. Gdyby podobna sytuacja zdarzyła się teraz (i gdyby umoczeni w nią byli członkowie partii rządzącej), to rządowe media zrobiłyby z Rywina bohatera (pewnie dostałby jakiś medal od oberprokuratora za wspieranie polskiej gospodarki), zaś słupki sondażowe PiSu nawet by nie drgnęły. Dlatego też, kiedy (na ten przykład) usłyszałem o tym, jak to sobie oberprokurator umorzył (tak, wiem, on tylko „nadzorował”) postępowanie we własnej sprawie, to sobie pomyślałem, że pewnie #nikogo. W telegraficznym skrócie wygląda to wszystko tak, że Zjednoczona Prawica może sobie pozwolić na praktycznie wszystko. Jak to możliwe? Po części dlatego, że obecne władze „może i kradną, ale się dzielą” (z narzucenia tej narracji bardzo cieszyły się rządowe drony), po części dlatego, że ludzie głosują na PiS, bo to dla nich „mniejsze zło”. Część wyborców to beton, który głosowałby na swoją ukochaną partię nawet, gdyby usiłowała zalegalizować pedofilię, ale nie jest to większość wyborców partii rządzącej, tym samym, nie można „betonem” tłumaczyć wysokich słupków. Czym więc można? Chujowością opozycji, która nie potrafi wykorzystywać fuckupów partii rządzącej. Nie chce się tu bawić w jakieś psychologizowanie, ale wydaje mi się, że politycy opozycji doszli do wniosku, że oni się nie będą przemęczać. Nie będą, bo przecież afery Zjednoczonej Prawicy na pewno doprowadzą do tego, że słupki im same spadną. Ja bym takie podejście rozumiał gdzieś tak przed półmetkiem pierwszej kadencji Zjednoczonej Prawicy i Prezydenta RP, bo wtedy słupki potrafiły skakać jak pojebane i można było z tego wyciągnąć wniosek taki, że jeżeli dojdzie do wyborów, to suweren będzie już na tyle wkurwiony, że wykopie Zjednoczoną Prawicę. Tylko, że potem słupki były już takie, a nie inne i powinna się opozycji zapalić lampka alarmowa. Wyniki wszystkich wyborów (poza Senatem) od 2015 nie pozostawiają złudzeń odnośnie tego, czy się ta wyżej wymieniona lampka zapaliła. Nie lubię głowologizowania, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że proces decyzyjny u przeciętnego polityka opozycji wygląda mniej więcej tak: O! Kolejna afera Zjednoczonej Prawicy, tym razem na pewno się ludzie na nich wkurwią, dzięki czemu mojej partii uda się wygrać wybory, tak więc nie muszę nic robić. Ufff, bycie w opozycji to ciężki kawałek chleba”. Nie wrzucenie przed wyborami listy pierdyliona afer, której to listy nikt nie będzie chciał czytać, bo jest, kurwa, za długa, nie wystarczy. Tak, wiem, po 1989 nie było w Polsce władzy, która stosowałaby tak agresywną retorykę i to na tak wielką skalę. Tyle, że temu to się można było dziwić na początku bytności Pereirów i innych prawicoidów w mediach rządowych, potem była to już sytuacja zastana. Zastana, czyli taka, którą należało wkalkulować w swoje plany polityczne (kampanijne, przedkampanijne/etc.). Jeżeli bowiem się tego w swoich planach nie uwzględnia, to równie dobrze można sobie te plany wsadzić tam, gdzie partia rządząca ma zdanie opozycji. Poza tym, warto pamiętać o tym, że PiS przed 2015 nie zawiadywał mediami o takim zasięgu, a jednak potrafił się przebić ze swoim przekazem. Obecna opozycja nawet nie próbuje przebić się ze swoim. Ponieważ nieogarnięcie opozycji zaczyna wywoływać spory dysonans po tej stronie elektoratu, która, eufemizując, nie przepada za Zjednoczona Prawicą, ludzie starają sobie to jakoś wytłumaczyć. Na ten przykład, spotkałem się wielokrotnie w rozmowach z narracją „opozycja nie chciała wygrać, bo wie, że budżet jest w złym stanie i że w ogóle będzie przejebane”. Z tą narracją jest jeden, spory problem. Gdyby opozycja faktycznie „planowała” przejebanie wyborów, to kierownictwo w PO by się nie zmieniło. No bo ok, przejebaliśmy wybory, ale przecież taki był plan, więc nie ma podstaw do zmiany kierownictwa. Ponieważ zaś kierownictwo zostało zmienione...


Temat się rozrósł mi był, więc go podzieliłem. W tym kawałku pochylę się nad tym, co zasygnalizowałem we wstępie, czyli na anecdatach, które się potwierdziły. Otóż, anecdaty te były spójne i trafiały do mnie praktycznie od 2015. W skrócie chodziło w nich o to, że do największej partii opozycyjnej dobijali się spece od marketingu politycznego, PR-u/etc., którzy widzieli, że „źle się dzieje” i oferowali swoją pomoc (całkowicie nieodpłatnie). Scenariusz był zawsze taki sam: spec dowiadywał się od jakiegoś działacza, że w sumie to wszystko fajnie, ale oni mają to ogarnięte, więc niech sobie jednak pospierdala (kronikarski obowiązek każe wspomnieć w tym miejscu, że anecdaty nie odnosiły się tylko do PO, ale o nich było tych anecdat najwięcej). W teorii, można było o tym napisać, ale w praktyce, ciężko oźródłować anecdatę. I w tym momencie wchodzi Rafał Trzaskowski, cały na biało (mimo, że to już po drugiej aferze Czajki) i publikuje na swoim FB coś takiego: „Kiedy PiS uruchomił stronę z licznikiem ścieków, które w ostatnich dniach zmuszeni jesteśmy kierować do Wisły - sugerując, że to strona mojego nowego ruchu - dostałem tysiąc pomysłów w jaki sposób na to odpowiedzieć. Najmocniejszy z nich zakładał uruchomienie strony, na której pokazalibyśmy licznik ze ściekami, które lały się do Wisły w trakcie kadencji Lecha Kaczyńskiego. Nawet wyliczono mi ile litrów ścieków wpłynęło do Wisły w tym czasie.  Oczywiście kusząca propozycja. Pewnie jeszcze klika lat temu ochoczo bym na to przystał. Przecież nie ma większej satysfakcji w polityce niż się odwinąć. Uderzają w Ciebie ściekami, obrzuć ich tym samym. I tak od lat. I tak bez końca. (...) Ale ja nie dam rządzącym tej satysfakcji. Nie wejdę w polityczną walkę na poziomie ścieków. Oni marzą o tym, żeby ściągnąć mnie do tego poziomu i wykończyć doświadczeniem, ale ja wiem, że nie warto kłócić się z głupcem, bo po jakimś czasie ktoś, kto się temu przygląda, czyli nasz wyborca, przestanie dostrzegać między nami różnice.” Chciałbym w tym miejscu podziękować Rafałowi Trzaskowskiemu za to, że swoim wpisem potwierdził wszystkie te anecdaty. Nawiasem mówiąc, jeżeli zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy politycy czytają wasze komentarze (z jakimiś np. poradami) albo wpisy na blogach, albo jakiekolwiek litery, w których ktoś proponuje jakieś rozwiązania, to właśnie uzyskaliście odpowiedź: owszem, czytaja, ale mają to w dupie, bo „wiedzą lepiej”. To jest na serio, kurwa, zjawiskowe. Elektorat Trzaskowskiego oczekuje od niego tego, żeby wreszcie się odwinął, a ten ma to w dupie, bo wie lepiej. Przypomina mi to pewną historię z wyimaginowanego miasta nad akwenem. Otóż, wyobraźcie sobie sytuacje taką. Dzieją się wybory na prezydenta miasta i urzędujący prezydent praktycznie na pewniaka idzie po reelekcję (a miejscowi komentatorzy twierdzą, że wygra dlatego, że „nie ma z kim przegrać”). Zarozumiałość i pycha skończyły się tym, że do drugiej tury wszedł z drugiego miejsca (i naprawdę niewiele brakło, żeby typ, który zajął trzecie miejsce „na pudle” go minął). Jak na to zareagował urzędujący prezydent? Otóż, doszedł on do wniosku, że to nie jest tak, że mieszkańcy już nie chcą, żeby był prezydentem. Nic z tych rzeczy. Po prostu ten elektorat dał mu „żółtą kartkę” w pierwszej turze. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zaklinanie rzeczywistości skończyło się dla prezydenta wyimaginowanego miasta nad akwenem srogą porażką w drugiej turze. Wpis Trzaskowskiego sugeruje podobne oderwanie od rzeczywistości. Wiem, że się powtarzam, ale JEGO WŁASNY ELEKTORAT sugeruje mu rozwiązania (bo ma dosyć patrzenia na to, jak Zjednoczona Prawica wyciera posadzki kolejnymi osobami), ale on wie lepiej. Generalnie różnica między partią rządzącą, a opozycją polega również na tym, że Zjednoczona Prawica potrafi rozkręcić inbę z byle powodu, zaś opozycja nie potrafi rozkręcić inby w ogóle (nawet jeżeli są po temu zajebiste powody). Idealnym przykładem rozkręcania inby z byle powodu niech będzie oburzenie prawego sektora na to, że Trzaskowski domagał się zmiany muzyki imprezując w jakimś klubie. Rządowe media i rządowe drony internetowe domagały się, między innymi, dymisji Trzaskowskiego, zarzucały mu to, że Czajka rozpierdolona, a ten se imprezuje. Jeden z rządowych mediaworkerów, Wojciech Biedroń, zaczął się martwić, no bo co by było, gdyby w Wawie coś się stało, kiedy prezydent miasta był najebany w klubie? To ostatnie mnie szczególnie urzekło. Primo, widać w tym, jak bardzo medialna ekipa Zjednoczonej Prawicy ma zryte banie. Oni już tak długo tkwią w systemie wodzowskim (jedna osoba decyduje o wszystkim), że nie potrafią inaczej patrzeć na rzeczywistość. Nawet niewielkim miastem (takim, jak wyimaginowane miasto nad akwenem) nikt nie będzie rządził samojeden. Po pierwsze ma zastępców, po drugie, nawet gdyby ich nie miał, to ma odpowiednie wydziały/referaty, które zajmują się konkretnymi sprawami. Nie jest więc tak, że jak prezydent/burmistrz dostanie grypy żołądkowej i coś się w tym samym czasie stanie w mieście, to miasto jebnie, bo nikt nie będzie mógł niczego zrobić bez zgody Tej Najważniejszej Osoby. Innymi słowy, miasta nie działają tak, jak Zjednoczona Prawica. Gwoli ścisłości, wodzowski system partii był pewnie jedną z przyczyn, dla których kandydaci Zjednoczonej Prawicy nie cieszyli się zbyt dużym poparciem w wyborach na prezydentów/burmistrzów miast. Prawda jest bowiem taka, że taki włodarz nie byłby samodzielny, bo nawet gdyby sobie coś tam wymyślił, to musiałoby to przejść przez wyższe szarże. Gdyby zaś okazało się, że Najwyższy Czynnik Decyzyjny chciałby, żeby coś się w danym mieście zadziało, to włodarz miałby wyjebane na opinie obywateli. No, ale to tylko dygresja w dygresji. Druga sprawa, na miejscu rządowych mediaworkerów nie skupiałbym się na tym, że ktoś tam był nawalony, bo ktoś mógłby (zupełnie bez związku ze sprawą) przypomnieć, jak to korespondent mediów narodowych w Berlinie, najebany w trzy dupy (typ się zataczał i bełkotał walcząc ze szczękościskiem) wyszedł przed kamery, żeby relacjonować to, co się działo po zamachu terrorystycznym. No ale, jak mniemam te sytuacje są nieporównywalne, bo korespondent chlał dla Polski, a prezio Wawy imprezował, bo nie szanuje ojczyzny. Generalnie rzecz ujmując, w Trzaskowskiego rzucano wszystkim, czym się dało. Gdyby Polska odpowiedź na Równinę Dzbanów (aka Solidarna Polska) nadal lansowała się na reprywatyzacji (jakoś tak wszystko ucichło ostatnio w tym temacie, prawda?), to pewnie wspomniano by o tym, że Trzaskowski imprezuje w mieście, w którym działali czyściciele kamienic, tak więc wstyd w chuj. Ja rozumiem, że ktoś może mi w tym momencie napisać, że no ok, ale jak opozycja będzie się napierdalać z partią rządzącą, używając tych samych metod, to będzie źle, bo debata publiczna. No więc, jak już wielokrotnie to hejtowałem, debata publiczna w Polsce ma niemierzalne poziomy, bo żadne urządzenia pomiarowe nie są w stanie dotrzeć tak głęboko. Ponadto, niestety napierdalanka jest jedynym sposobem na to, żeby nawiązać równorzędną walkę z partią, która ma po swojej stronie dwa molochy zajmujące się propagandą (pierwszym są rządowe media, drugim Kościół), które to molochy działają w myśl zasady kto nie z Mieciem, tego zmieciem. Nie da się ignorować rzeczywistości. Tzn. da się, ale efekt będzie ten sam: przejebywane wybory + obiecywanie sobie, że „następnym razem się uda” i czekanie na to, że Zjednoczona Prawica się rozleci sama z siebie. Jak to powiedział klasyk, „to jest dramat, kurwa”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


W jednym z poprzednich Przeglądów pastwiłem się nad kwestią podwyżek. W trakcie pastwienia się, wspomniałem o tym, że tłumaczenia „musimy płacić więcej, żeby do rządu chcieli przyjść fachowcy”, są, jak to się mawiało za czasów mojej młodości „o kant chuja rozbić”. Nikomu bowiem nie będzie zależało na zatrudnianiu fachowców, bo taki fachowiec będzie miał swoją opinię i nie będzie się bał jej wyartykułować. Minęło trochę czasu i zastępca rzecznika prasowego Prawa i Sprawiedliwości potwierdził to, co napisałem. Zjednoczona Prawica (po raz kolejny) była grillowana za obsadzanie Spółek Skarbu Państwa członkami rodzin, znajomymi/etc. Radosław Fogiel uznał, że tak dalej być nie może i postanowił uciąć wszelkie spekulacje: „Z podobnym problemem mierzyliśmy się, kiedy sprawowaliśmy władzę w latach 2005-2007. Wtedy poszliśmy w kierunku eksperckim, w kierunku otwartych konkursów. Wtedy do zarządów spółek trafiali eksperci z rynku, osoby z tytułami naukowymi. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i o zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Tłumacząc to z rzecznikowego na polski: obsadzamy stołki rodzinami, bo fachowcy uważają nas za kretynów. Trzeba przyznać, że Fogiel jest kolejną po Beacie Mazurek osobą, która wprost idealnie nadaje się do pełnienia funkcji. Gdyby Fogiel był strażakiem, gasząc pożar klatki schodowej w bloku przy okazji zburzyłby całe osiedle. Nie dość bowiem, że ni chuja nie wyjaśnił dlaczego Zjednoczona Prawica bawi się w nepotyzm, to jeszcze otworzył drugi front „fachowcy się z nami nie zgadzają”. Powinniśmy być wdzięczni za te nieliczne chwile szczerości działaczy Zjednoczonej Prawicy. Żeby nie było tak różowo w ramach pointy dodam od siebie, że opozycja i tak nie będzie w stanie tego wykorzystać w żaden sposób.


Czytelników uprasza się o założenie odzieży ochronnej, gdyż przyjdzie nam teraz pochylić się nad Rzecznikiem Praw Skrajnej Prawicy (wcześniej: Rzecznik Praw Dziecka), który jest spektakularnym przypadkiem skrajnie prawicowego foliarstwa. Będzie trochę achronologicznie, albowiem chciałem zacząć do najbardziej efektownego tematu. Otóż, RPSP w trakcie rozmowy z dziennikarzem wyraził swoją opinię na temat edukacji seksualnej: „Panie redaktorze, a czy pan zagwarantuje, że wpuścimy edukatorów seksualnych do 20 tysięcy szkół i oni będą wprowadzali takie treści, jak chociażby w Poznaniu, gdzie wychwytują dziecko gdzieś rozchwiane, zaniedbane, i któremu dają ci edukatorzy, z tych środków [finansowych - red.], jakieś środki farmakologiczne, żeby zmieniać jego płeć? Bez wiedzy jego rodziców i lekarzy!” Co zrozumiałe, wypowiedź ta została potraktowana tak, jak powinna być, czyli jako przykład foliarstwa. Pawlak bazował bowiem na artykule z jednej z rządowych gadzinówek, który to artykuł bazował na zapisie czatu. Ponieważ Pawlak został wyśmiany, zgłosił całą sprawę do prokuratury (jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby jego wypowiedź spotkała się z innym przyjęciem, darowałby sobie prokuraturę). Ponieważ sprawa nie chciała przyschnąć, RPSP zaczął się bronić: „Dobro naszych dzieci, które są naszą przyszłością, jest ważniejsze. Dzieciom trzeba pokazywać prawdziwe wartości i ja to będę robić (…) chodzi o istniejący w zamkniętym, hermetycznym środowisku proceder nakłaniania dzieci do zażywania leków hormonalnych i ich nielegalną sprzedaż, poza kontrolą lekarską”. - Nigdzie nie powiedziałem, że to się dzieje w szkołach”. To drugie jest typowym dupochronem. Bo owszem, Rzecznik nie powiedział, że dzieje się to w szkołach, ale jego intencje były raczej, kurwa, jednoznaczne, bo słowa te padły w trakcie rozmowy o edukacji seksualnej. To po pierwsze. Po drugie zaś, wypowiedź była raczej jednoznaczna: „Panie redaktorze, a czy pan zagwarantuje, że wpuścimy edukatorów seksualnych do 20 tysięcy szkół i oni będą wprowadzali takie treści, jak chociażby w Poznaniu, gdzie (...)”. Z tego co prawda nie wynika, że Rzecznik powiedział, że to „dzieje się w szkołach”, ale że „nie da się wykluczyć, że do tego nie będzie w szkołach dochodzić”. To jest kolejny przykład tego, jak dobrze przeszkoleni są przedstawiciele skrajnej prawicy. Gdyby Rzecznik powiedział, że do tego doszło w szkole, musiałby podać jakieś konkrety (bo np. ktoś ze szkoły by mu zasugerował, że albo powie o chuj chodzi, albo może się nadziać na pozew). Ponieważ zaś powiedział, że „nie da się wykluczyć, że”, no cóż. Sprawa miała ciąg dalszy, bo tego rodzaju tłumaczenia przekonać mogły jedynie Solidarną Polskę i jej wyznawców, tak więc Rzecznik Praw Skrajnej Prawicy postanowił wytłumaczyć się raz jeszcze. Tym razem powiedział, że: „wypowiedź w takim ferworze z redaktorem Piaseckim jest skrótowa” i dodał, że: „Dzieciom sprzedaje się środek farmakologiczny będący syntetycznym odpowiednikiem estradiolu, czyli hormonu, który działa za pośrednictwem swoistych receptorów na narządy płciowe, gruczoł sutkowy, podwzgórze, przysadkę warunkując drugo- i trzeciorzędne cechy płciowe”. Moim zdaniem byłoby to lepsze, bo w pierwotnej wypowiedzi mamy wzmiankę o tym, że coś się dziecku daje, a tutaj jest wzmianka o sprzedawaniu. Przyznacie chyba, że to spora różnica. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, czy gdyby Rzecznik opowiadał tę historię nie mając na twarzy maseczki, to czy na jego twarzy dałoby się dostrzec rumieniec w momencie, w którym wypowiadał słowo „sutkowy”? Nieco później Mikołaj Pawlak po raz pierdylionowy usiłował się wytłumaczyć ze swoich słów: „Chodzi o środek farmakologiczny, estrogen. Moje zgłoszenie miało miejsce na podstawie zgłoszenia rodzica. To, czy dotyczy to transaktywistów, czy edukatorów, bada prokuratura. Podobnie jak to, z jakich serwerów korzystali i w jaki sposób dzieciom te środki [na zmianę płci] pakowali. Widziałem takie plecaki z tymi środkami - odpowiedział Pawlak.”. Od czego by tu zacząć? Może od tego, że Pawlak twierdzi, że widział „plecaki”, potem zaś dopowiada, że zgłoszenie miało miejsce na podstawie zgłoszenia rodzica. Ileż plecaków miała latorośl tego rodzica i jak dużo piguł mu tam „pakowali”? Poza tym, w chuj wiarygodnie brzmi wersja o „pakowaniu” środków do plecaków, w kontekście tego, że dwa dni wcześniej RPSP mówił, o tym, że dzieciom się te środki sprzedaje (jak pamiętamy, było to dla niego trudne, bo musiał publicznie użyć słowa „sutkowy”). Nie znam się na cenach leków, ale wydaje mi się, że nawet gdyby dzieciakowi napakowali do plecaka (plecaków?) aspiryny, to nie byłaby to tania impreza. Na koniec rozbijania tego cytatu na części składowe, zostawiłem sobie fragment, w którym Mikołaj Pawlak powiedział: „To, czy dotyczy to transaktywistów, czy edukatorów, bada prokuratura.”. I wszystko pięknie, tyle że w swojej inicjalnej wypowiedzi Pawlak stwierdził, że byli to edukatorzy. Jak to więc możliwe, że Pawlak mówił o edukatorach, skoro dopiero prokuratura będzie to wyjaśniać? Ktoś złośliwy zapewne powiedziałby, że Pawlak kłamał, ale zapewne chodziło o to, że on po prostu przedstawiał „alternatywne fakty”.


Ponieważ trochę się rozpisałem w temacie Rzecznika, konieczne było podzielenie wątków. W tym pochylimy się nad jego ćwiterową twórczością. Zapewne nikt nie będzie zaskoczony tym, że człowiek o mentalności foliarza (który czerpie swoją wiedzę z filmików z żółtymi napisami) na ćwitrze publikuje kłamliwe i agresywne wpisy. Pod koniec sierpnia doszło do wymiany ćwitów między Sylwią Spurek i oficjalnym kontem Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy (nie wiem, czy on to prowadzi sam, czy nastąpił outsourcing i konto obsługuje mu jakiś inny foliarz). Zacytuję wam tę wymianę ćwitów. Sylwia Spurek napisała była: „Rzecznik Praw Dziecka usprawiedliwia dawanie dzieciom klapsa, jest przeciw edukacji seksualnej w szkołach. Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Traktowania kwestionuje prawa człowieka. Czy tak powinny wyglądać standardy sprawowania urzędów publicznych?” (ćwit ten był komentarzem do wypowiedzi pełnomocniczki ds. równego traktowania, która ochoczo przyłączyła się do hejtowania mniejszości seksualnych przez rząd). Na koncie rzecznika pojawiła się następująca odpowiedź: „Pani kłamie! Tak wyglądają standardy lewackiego europarlamentarzysty”. Ten wpis doczekał się odpowiedzi Sylwii Spurek: „Panie Rzeczniku, a co jest nieprawdą w tym, co napisałam? Nie występował Pan przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, nie tłumaczył dawania klapsów dzieciom? Zamiast się oburzać, proszę się zająć realną obroną praw dzieci, a nie tylko pewnej ideologii.”. I w tym momencie mogliśmy (po raz pierdylionowy) zaobserwować typowo prawicową techniką obrony, czyli tłumaczenie, że nie powiedziało się tego, co się powiedziało: „Pani kłamie w każdym zdaniu. W wywiadzie dla DGP powiedziałem: „Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni”. Edukacja seksualna jest w szkole, nie chcę seksedukatorów LGBT. Pełnomocnik rządu walczy o prawa wszystkich. Pani to skrajna lewica, czyli lewak”. Nie będę się pochylał nad wypocinami odnoszącymi się do edukacji seksualnej (bo o tym traktował wcześniejszy kawałek Przeglądu), skupię się na cytacie. Owszem, prawdą jest, że Mikołaj Pawlak powiedział, że „Absolutnie nie wolno bić dzieci”. Zapomniał jedynie wspomnieć o tym (co zostało mu przypomniane w ćwitach pod wpisem), że zacytował wybiórczy fragment wywiadu. Zacytuję cała wymianę zdań między nim a dziennikarką (bo jest krótka):

„Magdalena Rigamonti: Może to był tylko klaps. Pan jest za klapsem?

Mikołaj Pawlak: Klaps nie zostawia wielkiego śladu.

MR: Skąd pan wie? A jaki ślad zostawia?

MP: Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie.

MR: A da się rozróżnić?

MP: Wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.

MR: Pytam pana o klaps, a nie podniesienie głosu.

MP: Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni.”


Czy Pawlak powiedział, że dzieci nie należy bić? Owszem. Jednakowoż powiedział również, że „trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Z tego zaś z kolei wynika tyle, że zdaniem Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy klaps biciem nie jest. Można się czepiać tego, że Spurek powiedziała, że Pawlak „zachwalał” dawanie klapsów, jednakowoż moim zdaniem, jeżeli ktoś pełniący taką, a nie inną funkcję, bawi się w rozróżnianie klapsów od bicia, to wypowiedź Spurek była uprawniona. Reasumując, Pawlak (bądź też osoba obsługująca oficjalne konto urzędu) kłamał. Tak swoją drogą, miarą upadku wszelkiej maści państwowych urzędów pod wodzą Zjednoczonej Prawicy jest to, że na oficjalnym koncie Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy pojawiają się wpisy godne tępego trolla internetowego, który wszystko, co nieprawilne, będzie wyzywał od „lewactwa”. Tak sobie myślę, że po pięciu latach zamieniania państwa z tektury w państwo z odchodów nie powinno mnie to dziwić, ale jednak trochę dziwi. Powołanie osoby, która wypowiada się publicznie w ten, a nie inny sposób, byłoby samobójcze dla praktycznie każdej władzy. Praktycznie, bo tej to zapewne ni chuja nie zaszkodzi, albowiem opozycja musiałaby zacząć coś robić. I nie, nie chodzi o to, żeby składać glejty o odwołanie RPSP, bo o ile PiS nie będzie chciał odwołać tego człowieka, to coś mi mówi, że takowe odwołanie się raczej nie uda. Chodzi o doprowadzenie do takiej sytuacji, w której PiS sam z siebie złożyłby takowy wniosek. Dałoby się to osiągnąć, gdyby opozycja w ogóle, kurwa, kontaktowała się ze społeczeństwem w sensowny sposób. Ponieważ zaś opozycja jest taka, a nie inna...  


23 sierpnia w Katowicach odbył się spęd skrajnej prawicy. Jeden z uczestników spędu hajlował sobie stojąc kilka metrów od policjantów ładujących się do bagietowozu. Być może nic by mu się nie stało (zapowiadało się na to, albowiem hajlujący nie został zatrzymany na gorącym uczynku), gdyby nie to, że jego performance został uwieczniony na zdjęciach, które doczekały się reakcji (między innymi) oficjalnego konta Muzeum Auschwitz. Ponieważ sprawa zaczęła bardzo śmierdzieć, nacjo-sebix został zatrzymany następnego dnia, zaś wiceminister MSWiA, Paweł Szefernaker, (aka „tańczący z dronami”) powiedział, że w sumie to bagiety zareagowały jak trzeba, a jak ktoś je krytykuje, to niech przestanie bo nie tak było: „Prosiłbym, żeby nie komentować i nie szafować argumentami, że policja powinna tak czy inaczej zachować się w pewnej sytuacji, dlatego że nie wiemy, jak było na miejscu, ilu było funkcjonariuszy w tym dokładnym momencie, czym oni się zajmowali (…) być może w momencie, w którym ta osoba wykonywała ten gest, nie było takiej ilości policjantów". Zupełnie bez związku z całą sprawą przypomniało mi się, jak na lokalnym forum w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem (forum również było wyimaginowane), dawno temu pojawił się wpis wkurwionego mieszkańca. Mieszkaniec opisał sytuację, w której blisko jakiegoś placu zabaw chlała sobie spora grupa kiboli, która to grupa zachowywała się bardzo głośno. Komentujący napisał, że kontaktował się z właściwymi służbami, ale jedyną reakcją było przyjęcie zgłoszenia (kibole zaś pochlali sobie jeszcze kilka godzin i rozeszli się do domów). Momentalnie odezwał się inny użytkownik forum, który zaczął tłumaczyć, że pewnie było tak, że bagiety tam po kryjomu przyjechały i narobiły zdjęć i pewnie potem zatrzymali wszystkich, tak więc wszystko odbyło się tak, jak trzeba. Ponieważ jego wpis spotkał się z negatywnym odbiorem, zaczął tłumaczyć, że policjanci nie zatrzymali nikogo na miejscu, bo pewnie nie chcieli doprowadzić do „eskalacji”/etc. Moim skromnym zdaniem to jest po prostu dupochron, którego używają mundurowi. Prawda jest bowiem taka, że argumentu o tym, że ktoś nie chciał, żeby „doszło do eskalacji” można użyć nawet, jeżeli mamy do czynienia z jednym pijanym typem. Bo to wiadomo na kogo się trafi? Sam kiedyś widziałem, jak na osiedlu (nadal mówimy o wyimaginowanym mieście) pięciu policjantów ledwie sobie poradziło z jednym pijanym typem, którego cudem udało im się zapakować do bagietowozu. Przeca gdyby było ich mniej, to po prostu by ich sprał i poszedł do domu trzeźwieć. Jeżeli, na ten przykład, ktoś dzwoni po bagiety i mówi im, że gdzieś siedzi tylu, a tylu kiboli, to bagiety powinny wybrać się na miejsce dysponując odpowiednimi, że tak to ujmę, siłami. Czemu tak być powinno? Bo od tego, kurwa, są bagiety. Już mi się nawet nie chce pisać o tym, że gdyby w opisywanej przeze mnie sytuacji ktoś faktycznie najebał zdjęć tym chlejącym kibolom, to gówno by im zrobiono, bo kibol mógłby powiedzieć, że no co prawda miał butelkę, ale tam nie było alkoholu/etc. Żyję już trochę lat na tym łez padole i napatrzyłem się na to, kiedy bagiety są wyrywne, a kiedy nie są. W telegraficznym skrócie, wyrywne są wtedy, gdy trzeba się zająć ludźmi, których się nie boją (bo jak się boją, to wtedy „nie chcą doprowadzić do eskalacji”). Nie wspominając już o tym, że służby mundurowe mają tendencję do przypierdalania się do ludzi bez powodu, w myśl zasady, że może się takowy powód znajdzie. Przyznam szczerze, że w czasach, w których byłem młodszy o jakieś 20 kilogramów i nie miałem jeszcze wyglądu typowego podkarpackiego intelektualisty (+ miałem długie włosy) byłem „spisywany” pierdylion razy, przeważnie za to, że było ciemno, a ja gdzieś szedłem. Raz spisano mnie (i trójkę znajomych) za to, że byliśmy nietrzeźwi i znajoma (trzeźwa) nas odwoziła autem do domu. Bagieciarnia była tak sumienna, że nawet sprawdzili ile mam punktów karnych (nie wiem tylko po chuj, bo siedziałem na tylnym siedzeniu [nie pytałem po co to robili, bo już wtedy byłem nauczony tego, że dociekliwość, szczególnie kiedy jest się nietrzeźwym, może się źle skończyć]). Of korz kierowczyni nie musiała dmuchać, więc równie dobrze mogła być najebana jak szpadel (i po prostu wyglądać na trzeźwą). Tego rodzaju interakcji z mundurowymi miałem naprawdę w chuj i do tej pory nie wiem, czemu miały one służyć. Rozpisałem się trochę, bo wkurwia mnie tego rodzaju zachowanie, szczególnie w kontekście bierności mundurowych w sytuacjach, w których wypadałoby jednakowoż jakoś zareagować. Taką sytuacją jest, na ten przykład, hajlujący kilka metrów od policjantów nacjo-Sebix. Jedyny powód, dla którego ten człowiek nie został zatrzymany na miejscu to taki, że policjantom nie chciało się go zatrzymywać. Nawiasem mówiąc o tym, że tacy ludzie mogą liczyć na pobłażliwość organów ścigania, może zaświadczyć to, jak sprawa się dalej potoczyła: „mężczyzna jest podejrzany o publiczne propagowanie faszyzmu, usłyszał już zarzut z art. 256 par.1 kk, przyznał się, wyraził skruchę i dobrowolnie poddał karze”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że hajlujący „wyraził skruchę” dlatego, że ktoś mu zasugerował, że tak będzie lepiej. Nie, nie wierzę w to, że ktoś na tyle, że tak to ujmę, sprytny, żeby hajlować stojąc kilka metrów od bagietowozu, był na tyle przebiegły, żeby samemu wpaść na to, że jak wyrazi skruchę, to sprawa się może po kościach rozejść.


Jeszcze przed rekonstrukcją rządu doszło do wymiany na stołku szefa MSZ, albowiem Czaputowicz katapultował się z rządu. Jego następcą został Zbigniew Rau. Ciężki przypadek, który w trakcie kampanii rzygał na Zachód, bredził o cywilizacji śmierci/etc. Ciekawiło mnie to, jak na ten wybór zareagują drony. Wszedłem więc na prawe konto i w sumie to narracja dronów była spójna. Można ją streścić w sposób następujący „może i Rau się nie nadaje, ale w sumie chuj tam z polityką zagraniczną, najważniejsze, że lewactwo boli dupa” (pozwolę sobie nie linkować tych wysrywów w Źródłach). Po tym, jak Czaputowicz przestał być ministrem powiedział, co sądzi na temat MSZ: „Na poziomie ministra i wiceministrów nie ma obecnie w MSZ nikogo, kto przeszedł przez szkołę dyplomatyczną, szczeble kariery czy był choćby na jakiejś placówce.”. Wspominał również o tym, że on to w sumie chciał czasami coś podziałać, ale mu nie pozwolili. Większość komentarzy odnoszących się do tych wypowiedzi można by skompresować do „skoro było mu tak chujowo, to czemu tam siedział?” Ja również wychodzę z podobnego założenia. Jeżeli bowiem ktoś tkwił w jakimś układzie, który mu ewidentnie nie odpowiadał, to, no cóż, po co w nim tkwił? Warto również pamiętać o tym, że Czaputowicz został kiedyś srogo przeczołgany. Działo się to w październiku 2018, kiedy to polskie władze szarpały się z TSUE, a oberprokurator stwierdził, że on pierdoli TSUE i że Trybunał Przyłębski (niegdyś Trybunał Konstytucyjny) ma stwierdzić, czy te traktaty unijne to w ogóle są zgodne z Konstytucją. MSZ przyjebało wtedy dość boleśnie w to, co wyprodukował z siebie Ziobro: „Trybunał Konstytucyjny nie bada konstytucyjności unijnych Traktatów", "tylko Trybunał Sprawiedliwości UE może decydować o swoich kompetencjach", "SN miał prawo zawiesić stosowanie ustawy”. Kilkanaście dni później Czaputowicz oznajmił: „W pełni popieram wniosek Zbigniewa Ziobry do TK”. Gdyby Czaputowicz nie cierpiał na Gowinozę, to primo, nie dałoby się go zmusić do publicznej rejterady, względnie oznajmiłby, że „ok, podpiszę to gówno, ale potem stąd spierdalam i bawcie się sami”. Znamienne było to, że dokument, w którym MSZ pastwiło się nad bzdurami Ziobry, miał 12 stron i było w nim sporo rzeczowych argumentów. Trzeba być człowiekiem pozbawionym RiGCzu, żeby potem to wszystko zanegować przyznając racje komuś, kto jej, kurwa, ewidentnie nie miał i nie ma. Być może Czaputowicz faktycznie miał jakieś inne pomysły na polską dyplomację, ale nieszczególnie dało się to odczuć, on zaś doskonale wiedział na co się pisze, albowiem, do kurwy nędzy, jego poprzednikiem był Witold Waszczykowski, który powiedziałby i napisał wszystko, czego tylko zażyczyłyby sobie Najwyższe Czynniki Decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy.


Wspominałem kiedyś o tym, że bardzo długo wzbraniałem się przed uwierzeniem w to, że praktycznie wszystkie wyskoki polskiego Kościoła, który przyłączał się do nagonki na mniejszości seksualne, biorą się stąd, że Kościół stara się odwrócić uwagę od tego, że nie radzi sobie z pedofilią wśród duchownych. 28 sierpnia KEP opublikował wysryw, w którym stało między innymi, że w sumie to Kościół popiera „leczenie” osób homoseksualnych (ciekawym, czy zwolennicy tego zabobonu uwierzyliby, gdyby ktoś im powiedział, że odpowiednią terapią można kogoś „wyleczyć” z heteroseksualizmu). Coś mi zaświtało w głowie i odpaliłem przeglądarkę. Jakiż był mój brak zdziwienia, kiedy okazało się, że kilka dni wcześniej: „Diecezja tarnowska przyznaje się do zaniechań ws. księdza pedofila. Przerzucany do innych parafii, krzywdził kolejne dzieci”. Co prawda diecezja przyznała się do tego naście lat za późno, niemniej jednak przyznała. Nikogo więc nie powinno dziwić to, że kilka dni później biskupi opublikowali to, co opublikowali. Praktycznie każdy tego rodzaju wysryw poprzedzony jest jakąś „problematyczną” sytuacją, w której opinia publiczna była zapoznawana z dokonaniami jakiegoś duchownego pedofila. Ponieważ po filmach Sekielskiego atmosfera wokół Kościoła zaczęła się zagęszczać, Kościół zaczął bardzo zajadle i zapamiętale gnoić mniejszości seksualne. Ze względu na to, że ludzi to nieszczególnie przekonuje, Kościół popada w coraz cięższą duginozę (a razem z nim praktycznie cała polska prawica). W kontekście tego, jak bardzo gnojone są teraz mniejszości seksualne małą pociechą jest to, że Kościół prędzej czy później poniesie konsekwencje swoich działań.


Już po napisaniu Przeglądu dowiedziałem się tego, że Zjednoczona Prawica pożarła się o stołki na tyle bardzo, że Metatron Najważniejszych Czynników Decyzyjnych, Ryszard Terlecki oznajmił, co następuje: „Prezes odniósł się do sytuacji negocjacji z naszymi koalicjantami, stwierdzając, że w tej sytuacji nie mają one sensu, skoro nasi czasowi koalicjanci występują z innym programem i pomysłami niż cały klub - dodał Terlecki.". Zaznaczył też, że: "jeżeli sytuacja do tego zmusi, rekonstrukcja rządu nastąpi bez uzgodnień z koalicjantami. Podkreślił, że rząd mniejszościowy jest niemożliwy, ale jeżeli zajdzie taka sytuacja, to PiS pójdzie do wyborów sam.”. Najważniejsze Czynniki Decyzyjne miały również grozić wypierdoleniem ze stołka każdemu, kto złamałby dyscyplinę partyjną w trakcie głosowań. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że scenariusz ten przypomina trochę to, co się działo w trakcie pierwszych rządów PiSu, kiedy to PiS (w trakcie prowadzenia rozmów koalicyjnych) postraszył LPR i Samoobronę tym, że albo się dogadają, albo będą przedterminowe wybory. Ironia losu polegała na tym, że LPR i Samoobrona do koalicji weszły, a przedterminowe wybory i tak się odbyły (acz odbyły się później). Ciekaw jestem, jak potoczy się cała ta sprawa. Prawdą bowiem jest, że Ziobro coraz bardziej się panoszy po prawej stronie (powoływanie ciężkich przypadków foliarstwa na wysokie stanowiska tego dowodzi). Niemniej jednak widać wyraźnie, że panu Zbyszku mało i chciałby więcej. Z drugiej jednakowoż strony PiS nie może się cofać w nieskończoność. Oznaczałoby to bowiem odstąpienie stołków Ziobrystom, a to może wkurwić doły partyjne. Poza tym, na tego rodzaju „cofaniu się” cierpi kult Prezesa. Coraz trudniej bowiem będzie tłumaczyć suwerenowi, że Kaczyński jest Genialnym Strategiem i że on sobie to wszystko zaplanował. Z trzeciej zaś strony, przystawki zdają sobie doskonale sprawę z tego, że co prawda bez nich nie ma samodzielnych rządów, ale bez PiSu w Sejmie nie będzie przystawek. Gdyby bowiem doszło do rozłamu i przedterminowych wyborów, to rządowe media rozjechałyby swoich niedawnych koalicjantów (którzy to koalicjanci nie dysponowaliby żadnym wsparciem medialnym). Jeszcze inną kwestią jest to, że nie wiadomo na ile lojalni okazaliby się stołkobiorcy z przystawek. Mogło by się bowiem okazać, że zupełnym przypadkiem nastąpiłyby transfery personalne z przystawek do PiSu. Z czwartej strony, Ziobro naprawdę wkurwia Najważniejsze Czynniki Decyzyjne i może się okazać, że Prezes zaryzykuje te wcześniejsze wybory, byle tylko odegrać się na Ziobrze. Nie mam pojęcia jak to się dalej potoczy. Do tej pory Zjednoczonej Prawicy udawało się dogadywać. Do spięć dochodziło, ale nie były one tak poważne jak to, które możemy obserwować teraz.


Tak na sam koniec chciałbym wystosować krótki apel do polityków i działaczy opozycji: OGARNIJCIE SIĘ (Would you kindly).


Źródła:

https://www.newsweek.pl/polska/sondaz-ibris-poparcie-dla-partii-nowoczesna-wyprzedza-pis/2mjp0hf

https://tvn24.pl/polska/zbigniew-ziobro-nadzorowal-sledztwo-w-sprawie-wlasnej-partii-zostalo-umorzone-4676709

https://www.facebook.com/rafal.trzaskowski/posts/10158285202676091?__tn__=K-R

https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/rafal-trzaskowski-nagranie-z-klubu-w-warszawie-miasto-jest-moje-mowi-do-dj/66l91zz

https://twitter.com/WBiedron/status/1305415235852029953

https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26287138,ludzie-pis-w-radach-spolek-fogiel-w-kuriozalny-sposob-wyjasnil.html

https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/edukatorzy-seksualni-daja-dzieciom-srodki-na-zmiane-plci-twierdzi-rzecznik-praw-dziecka-nie-ma-dowodow,1028522.html?

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26257060,rzecznik-praw-dziecka-edukatorzy-seksualni-podaja-dzieciom.html

https://tvn24.pl/polska/rzecznik-praw-dziecka-mikolaj-pawlak-o-lgbt-i-margot-4680086

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1489899,rpd-zawiadomienie-do-prokuratury-leki-wspomagajace-zmiane-plci.html

https://www.rp.pl/LGBT/200909735-Rzecznik-praw-dziecka-Mozecie-mnie-atakowac-obrazac-krzyczec-protestowac-i-zadac-odwolania-Nie-ustapie.html

https://wyborcza.pl/7,82983,26289564,senat-wznowil-obrady-informacja-rzecznika-praw-dziecka.html

https://twitter.com/RPDPawlak/status/1298908132534616064

https://twitter.com/RPDPawlak/status/1299004940745166848

https://edgp.gazetaprawna.pl/e-wydanie/56824,19-czerwca-2019/69110,Dziennik-Gazeta-Prawna.html/697438,Nazwa-mnie-katorzecznikiem.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-24/pawel-szefernaker-w-programie-graffiti-ogladaj-od-745/

https://www.polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2569893,Mezczyzna-hajlujacy-w-Katowicach-przyznal-sie-do-winy-Dobrowolnie-poddal-sie-karze

https://wyborcza.pl/7,75398,26238227,czyim-czlowiekiem-jest-nowy-minister-spraw-zagranicznych-zbigniew.html

https://www.rp.pl/Polityka/308309973-Jacek-Czaputowicz-Premier-strona-w-sporze-z-Ziobra.html

https://oko.press/czaputowicz-sie-wychylil-tlumaczy-ziobrze-jak-dziala-prawo-ue-i-poucza-go-o-autonomii-sadow/

https://fakty.interia.pl/raporty/raport-unia-europejska/polska-w-ue/news-czaputowicz-wniosek-ziobry-do-tk-jest-bezzasadny,nId,2651594

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/584356,czaputowicz-ziobro-wniosek-tk-rozbieznosci-minister-sprawiedliwosci-szef-msz.html

https://oko.press/biskupi-chca-leczyc-z-homoseksualnosci-siegaja-po-niebezpieczna-pseudonauke/

https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,26238691,diecezja-tarnowska-przyznaje-sie-do-zaniechan-w-sprawie-ksiedza.html

Uwaga, spoilery do pierwszego Bioshocka:

https://bioshock.fandom.com/wiki/Would_You_Kindly