czwartek, 17 czerwca 2021

Nic się nie stało

Jakiś czas temu okazało się, że ktoś włamał się na skrzynkę mailową Michała Dworczyka (wjechano również na konta w mediach społecznościowych jego i jego bliskich). Sam Dworczyk przyznał, że nie ma pojęcia, kiedy doszło do włamania. Michał Dworczyk zapewnił, że nie wysyłał za pomocą tej skrzynki żadnych informacji, które „mogłyby stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa”. Co zrozumiałe, cała partyjna machina propagandowa zaczęła dwoić się i troić, żeby przekonać suwerena o tym, że „nic się nie stało” (innymi słowy, zaczęto siać dezinformację). Znając skuteczność tejże machiny można bezpiecznie założyć, że pewnie uda się jej narzucić narrację, choć stało się bardzo dużo i nie chodzi tu tylko i wyłącznie o to, że w październiku rząd zastanawiał się nad wysłaniem wojska przeciwko protestującym, aczkolwiek i nad tym tematem pochylę się w dalszej części tekstu (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że prawdziwość maila „o wojsku” została potwierdzona przez rządowe media). Narracja rządowej machiny propagandowej jest taka, że (w telegraficznym skrócie) najprawdopodobniej to rosyjscy hakerzy włamali się Dworczykowi na skrzynkę, tak więc cała akcja „pachnie wschodem”, tak więc nie powinno się pisać/mówić na temat tego, co zostaje opublikowane na Telegramie, bo jak ktoś będzie o tym pisał/mówił, to staje się narzędziem FSB, a ponadto należy pamiętać o tym, że nic strasznego się nie stało.


Ja bym w tym miejscu chciał zadać jedno pytanie: jeżeli faktycznie za tym włamaniem stoją rosyjscy hakerzy, to czemu Dworczyk nie został zdymisjonowany, a ludzie, odpowiedzialni za cyberbezpieczeństwo rządowych VIPów, wyjebani z roboty? Zanim opiszę przyczyny, dla których moim zdaniem Dworczyka&co powinno się wyjebać z rządu, pozwolę sobie na krótką dygresję. Otóż, część komentatorów (nie mylić z komentariatem) zastanawia się nad tym, czy aby na pewno Dworczyk został zhakowany przez Rosjan i czy przypadkiem nie było tak, że za całą tę akcję nie odpowiadają jego właśni koledzy partyjni. Ciśnienie wewnętrzne w Zjednoczonej Prawicy jest tak wielkie, że byłoby to całkiem prawdopodobne. Paradoksalnie, dla tenkraju byłby to znacznie lepszy scenariusz, niż ten z rosyjskimi hakerami, do którego to scenariusza rządowy agitprop (i cały rząd) ma bardzo nonszalanckie podejście.


Zgodnie z rządowymi narracjami wszystko przebiegało tak, że pan haker z Rosji włamał się na skrzynkę mailową Dworczyka, potem włamał się na konta (jego i jego rodziny) w mediach społecznościowych, a następnie spalił całą akcję, publikując na koncie FB Agnieszki Dworczyk wiadomość: „Sprawcami zostały skradzione dokumenty służbowe, które zawierają informacje niejawne i mogą być wykorzystane do wyrządzenia szkody bezpieczeństwu narodowemu RP, a także mogą być wykorzystane jako dowód rzekomej polskiej ingerencji w sprawy wewnętrzne Białorusi”. Komentariat związany z rządowymi mediami zaczął od razu tłumaczyć, że to jest „rosyjska składnia”. Warto na to zwrócić uwagę, albowiem usiłuje się nas przekonywać do tego, że część z maili publikowanych na Telegramie jest spreparowana. Innymi słowy, to by miała być jakaś głęboko zakrojona akcja, w trakcie której Rosjanie byli w stanie spreparować maile (tak więc, napisać je poprawną polszczyzną), ale nie potrafili zadbać o składnie w wiadomości na FB. Tak, to ma sens. No ale, skoro rząd twierdzi, że to rosyjscy hakerzy, to ja mu wierzę.


Dawno temu gadałem sobie przez jakiś czas z typem, który ogarniał tematy hakerskie (ja się na tym średnio znam [i nawet Mr Robot nadal czeka w kolejce na obejrzenie]). Typ ów, powiedział, że generalnie rzecz ujmując, jeżeli na skrzynkę mailową włamie się wam fachowiec, to macie zamaszyście przejebane. Czemu? Ano temu, że fachowiec jest w stanie wjechać wam na każde urządzenie, na którym skorzystacie z tej skrzynki (wymaga to trochę starań, ale, heloł, mówimy tu o fachowcu). Rzecz jasna, nie jest tak, że ktoś w ciągu jednej sekundy zrobi wam zrzut z całego dysku twardego (albowiem jest to niemożliwe ze względu na przepustowość łącza), ale jednak będzie sobie mógł tam spokojnie grzebać. Jak już wam taki fachowiec wyjdzie ze skrzynki na urządzenie, to może się dostać do innych skrzynek, z których korzystacie (o tym, że ogarnie wszystkie hasła [znajomy co się zna, mówi, że używa się do tego Keyloggera] wspominać nie trzeba). Fachowiec mógłby też dostać się na skrzynki mailowe waszych znajomych, dołączając skrypty do wysyłanych przez was wiadomości. Ów typ na sam koniec rozmowy mnie „pocieszył” i powiedział, że to nie jest tak, że żeby zostać zhakowanym, trzeba wejść na jakąś dziwną stronę, albo otworzyć jakiś chujowy link, albowiem jakiś złośliwy skrypt może zostać dołączony do obrazka, który ktoś wam przyśle. Reasumując: lepiej nie zostać zhakowanym przez fachowca.


Teraz wróćmy do narracji rządowych, w myśl których Dworczyka zhakowali Rosjanie, tak więc jedni z najlepszych fachowców na świecie. Z tych samych narracji wynika, że ci sami hakerzy byli tak uprzejmi, żeby włamać się jedynie na konta społecznościowe (poza skrzynką, rzecz jasna) i nie zrobili absolutnie nic więcej. Nie włamali mu się na żadne urządzenie, nie próbowali dostać się na inne skrzynki mailowe, na pewno nie przeglądali zawartości urządzeń i absolutnie na pewno nie próbowali się dostać na skrzynki mailowe innych idiotów z rządu, którzy mieli je pozakładane na gmailu. Ponieważ hakerzy byli uprzejmi, nie ma najmniejszego ryzyka, że mieli dostęp do jakichkolwiek informacji/materiałów poufnych, które znajdowały się na tych urządzeniach. Dobrze, że są na tym świecie uprzejmi rosyjscy hakerzy, bo w przeciwnym wypadku musielibyśmy się liczyć ze scenariuszem, w którym przez niewiadomy czas (dni? tygodnie? miesiące?) rosyjscy hakerzy mieli dostęp do materiałów i informacji niejawnych. Chciałbym w tym miejscu nieśmiało zwrócić uwagę na to, że za taki fuckup zwykły urzędnik (który miał dostęp do informacji poufnych, czy tam niejawnych [nie wiem, jaka jest poprawna nazwa]) wyleciałby na zbity pysk z roboty z zarzutami prokuratorskimi i musiałby potem przed sądem udowadniać, że jest kretynem i nie zrobił tego wszystkiego specjalnie. Ponieważ nie chodziło „zwykłego urzędnika”, ale o Szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów o jakichkolwiek konsekwencjach nie może być mowy, bo przecież nic się nie stało. Zapewne nikt nawet nie zastanowi się nad tym, czy aby na pewno taki człowiek powinien nadal mieć dostęp do materiałów/informacji poufnych. Warto pamiętać o tym, że rząd Zjednoczonej Prawicy ma doświadczenie w (eufemizując) nieostrożnym obchodzeniu się z informacjami niejawnymi. Bo swego czasu wysyłano je jakiemuś typowi, którego te dzbany „poznały przez internet” (aka „Piotr Niewiechowicz” [jeżeli kogoś to ominęło, to w źródłach znajdzie link]).


Skoro temat uprzejmych hakerów mamy już za sobą, teraz można przejść do tematu „wojska na ulicach”. Maila, w którym Wielki Zhakowany wyjaśniał dlaczego to zły pomysł, uwiarygodnił rządowy agitprop. Gdyby bowiem było tak, że mail jest po prostu fejkiem, to by to zwyczajnie powiedziano i nie bawiono się w „wielonarrację”. Zamiast tego wyglądało to tak, że co prawda część propagandystów tłumaczyła, że to dezinformacja, ale druga część tłumaczyła, że w sumie to w mailu stało, że wojska się nie powinno używać, więc o chuj w ogóle chodzi krytykom? Trzeba docenić lojalność ludzi, którzy robią z siebie idiotów, zarzekając się, że „rząd nie chciał użyć wojska”. Prawda jest bowiem taka, że gdyby czynniki decyzyjne nie chciały tegoż wojska użyć, to mail, w którym Wielki Zhakowany tłumaczy, czemu użycie wojska to zły pomysł, po prostu by nie powstał. Czemu? Ano temu, że nie byłoby po temu żadnych powodów. Co prawda, nie można wykluczyć, że Wielki Zhakowany lubi sobie w randomowych momentach wysyłać wiadomości, w których przekonuje kolegów z rządu do tego, że użycie wojska przeciwko protestującym to zły pomysł, ale śmiem w to wątpić. Gdyby w tym mailu było napisane coś w rodzaju „no a jeżeli chodzi o wojsko, to nie będziemy się w ogóle zastanawiać nad tym, czy nie użyć go w trakcie protestów, bo to jest bardzo zły pomysł”, to narracja „rząd nie chciał” miałaby trochę sensu. Tyle, że ten mail wygląda zupełnie inaczej. To jest cały arsenał drobiazgowo przygotowanych argumentów (podejście było wielopłaszczyznowe, bo z jednej strony tłumaczono, że wojsko jest nieprzygotowane, a z drugiej, że to wszystko mogłoby mieć zły wpływ na wizerunek wojska/rządu/etc.).


ВНИМАНИЕ! Artykuł sponsorowany przez wrogów państwa polskiego!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Pozwolę sobie w tym miejscu na coś w rodzaju „anecdaty", ale styl, w jakim mail został napisany rozpozna każdy, kto kiedykolwiek musiał w dyplomatyczny sposób przekonać swojego przełożonego do tego, żeby czegoś nie robił. Czasem bowiem bywa tak, że przełożony wymyśli sobie jakiś idiotyzm i nie można mu powiedzieć wprost, że to głupie (tzn. czasem można, ale tacy przełożeni należą do rzadkości). Nie można powiedzieć tego wprost, bo wtedy przełożony poczuje się jak idiota i praktycznie na pewno odreaguje to swoje „poczucie jak idiota” na tym, kto sprawił, że poczuł się tak, a nie inaczej. Tego rodzaju dokumenty tworzone są tak, że ładuje się do nich maksymalną liczbę argumentów w nadziei, że któryś z nich przekona przełożonego. Takich dokumentów nie tworzy się w pięć minut i takich dokumentów nie tworzy się „ot tak sobie”, bo byłaby to strata czasu. Jeżeli ten dokument powstał, to powstał tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś chciał wysłać wojsko na ulicę, a Wieki Zhakowany starał się dyplomatycznie, przy użyciu argumentów wytłumaczyć, czemu to bardzo zły pomysł. W kontekście powyższego trochę bawią te dupochronne tytuły „rząd rozważał wyprowadzenie wojsk podczas protestów?”. Coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: gdyby rząd tego nie rozważał, ten dokument by nie powstał.


Warto się zastanowić nad tym, kto był taki wyrywny i chciał nasłać żołnierzy na protestujących? Na pewno nie Mateusz „Bankier” Morawiecki, bo on ma to wszystko w dupie. Widać to wyraźnie praktycznie w każdej jego wypowiedzi, które są wklepane na pamięć (a sam Morawiecki nie pamięta pewnie ich treści pięć minut po zakończeniu wystąpienia). Na pewno nie był to nikt z „równych” Wielkiemu Zhakowanemu, bo gdyby tak było, to dokument byłby skonstruowany w zupełnie inny sposób. Gdy robiłem sobie poranną prasówkę, gdzieś mi mignął artykuł (teraz go oczywiście nie mogę znaleźć), w którym ktoś zwrócił uwagę na przedziwną zbieżność dat. Mail, w którym tłumaczono, czemu nie powinno się wysyłać wojska przeciwko protestującym, powstał w tym samym dniu, w którym Żoliborski Strateg (aczkolwiek tu bardziej adekwatne byłoby określenie „Żoliborski Generał”) był łaskaw wystosować odezwę do Polaków (aczkolwiek mail został wysłany kilka godzin później), której fragmenty pozwolę sobie zacytować (chciałbym w tym miejscu podziękować Oko Press za to, że byli chyba jedyną redakcją, która wrzuciła w net cały tekst tego strumienia nieświadomości):


„W szczególności musimy bronić polskich kościołów. Musimy ich bronić za każdą cenę. Wzywam wszystkich członków Prawa i Sprawiedliwości oraz wszystkich, którzy nas wspierają do tego, by wzięli udział w obronie Kościoła, w obronie tego, co dziś jest atakowane i jest atakowane nieprzypadkowo. Bardzo często w tych atakach widać pewne elementy przygotowania, być może nawet wyszkolenia. Ten atak jest atakiem, który ma zniszczyć Polskę. Ma doprowadzić do tryumfu sił, których władza w gruncie rzeczy zakończy historię narodu polskiego, tak jak dotąd go żeśmy postrzegali. Tego narodu, który jest naszym narodem, który mamy w naszych umysłach i w naszych sercach. Który jest przedmiotem polskiego patriotyzmu. Brońmy Polski, brońmy patriotyzmu i wykażmy tutaj zdecydowanie i odwagę. Tylko wtedy można tą wypowiedzianą, wprost wypowiedzianą, przez naszych przeciwników wojnę, wygrać (…) jest dziś czas, w którym musimy umieć powiedzieć “nie”, powiedzieć „nie” temu wszystkiemu, co może nas zniszczyć. Ale to zależy od nas, to zależy od państwa, od jego aparatu, ale przede wszystkim zależy od nas. Jeszcze raz to powtarzam. Od dalszej determinacji, naszej odwagi.”


W czasie, w którym te słowa padały, fragmenty o tym, że w atakach: „widać pewne elementy przygotowania, być może nawet wyszkolenia” i wzmianki o tym, że: „Ten atak jest atakiem, który ma zniszczyć Polskę”, brzmiały jak wytwór osoby, która straciła kontakt „z bazą”. No wyszedł se chłop przed kamery i pierdolił głupoty, bo ów chłop ma na tyle silną pozycję, że nikt nie jest w stanie go powstrzymać przed tym. Jednakowoż, jeżeli osadzimy te słowa w kontekście tego, że w przysłowiowym międzyczasie rząd zastanawiał się nad tym, czy aby nie wysłać wojska przeciwko protestującym, to zaczynają brzmieć jak wypowiedź, która miała przygotować suwerena na to, że protestujący spotkają się niebawem z wojskiem. Jeżeli bowiem mamy do czynienia z przygotowywanymi wcześniej i przeszkolonymi napastnikami, którzy chcą „zniszczyć Polskę”, to każda (dowolnie stanowcza) odpowiedź państwa będzie uzasadniona, prawda?


Tak okołotematowo, to nie było absolutnie żadnych podstaw do tego, żeby przeciwko protestującym wysyłać wojsko. Warto w tym miejscu nadmienić, że rząd zastanawiał się nad tym, nad czym się zastanawiał, na samym początku protestów. Tak więc zanim jeszcze zaczęto używać policji do zaogniania sytuacji. Pomimo tego, protestujący zachowywali się spokojnie (poza nielicznymi przypadkami). Wypowiedzi Kaczyńskiego o „przeszkoleniu i wcześniejszym przygotowaniu”, to najzwyklejsze w świecie brednie. Gdyby bowiem ktokolwiek się „przygotowywał do ataków”, to dla nawciąganych schabów z „wydziału chaos” (nie, nikt mnie nie przekona do tego, że ci ludzie nie byli pod wpływem środków odurzających, tego poziomu agresji nie da się wytłumaczyć samymi sterydami) ich gościnne występy, w trakcie których napierdalali ludzi pałkami teleskopowymi, skończyłyby się w najlepszym wypadku długim pobytem w szpitalu. Co prawda, najprawdopodobniej nigdy nie dowiemy się tego, kto w ogóle rzucił pomysł wysłania wojska przeciwko protestującym, ilu ktosiów go popierało i czemu byli tak bardzo zdeterminowani, że Wielki Zhakowany musiał wyprodukować (tzn. on, albo jego podwładni) wyżej opisywany dokument. Niemniej jednak można bezpiecznie założyć, że jedną z tych osób mógł być człowiek, który ma długą historię agresywnych zachowań, wydzierania się na posłów i obrażania się na suwerena (w sytuacjach, w których suweren zachowywał się niezgodnie z jego oczekiwaniami).


Rzecz jasna, nikt nie poniesie za to wszystko żadnych konsekwencji, bo przecież nic się nie stało.


Źródła:

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-dworczyk-o-wlamaniu-na-konto-mailowe-czesc-z-ujawnionych-inf,nId,5291110#crp_state=1

https://www.tvp.info/54366103/onet-i-wyborcza-powielaja-narracje-rosyjskich-hakerow-rzad-chcial-wyprowadzic-wojsko-na-ulice

https://wpolityce.pl/polityka/555029-rzad-nie-chcial-uzyc-wojskaopozycja-szyje-klamliwa-narracje

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-wlamano-sie-na-skrzynke-mailowa-michala-dworczyka-jest-oswia,nId,5284612#crp_state=1

https://www.energetyka24.com/zagadka-piotra-niewiechowicza--jak-wymyslony-ekspert-publikowal-teksty-zdobywal-niejawne-informacje-o-baltic-pipe-i-obnazal-slabosc-panstwa

https://oko.press/kaczynski-wzywa-do-wojny-z-kobietami-tekst-oswiadczenia/



środa, 16 czerwca 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #78

Ja wiem, że postanowiłem sobie nigdy nie obiecywać, że tekst pojawi się tego, a tego dnia, ale nie udało mi się dotrzymać tego postanowienia. Przegląd miał się pojawić w poniedziałek „jak pójdzie źle”. Czemu więc pojawił się dopiero teraz (żałuję, że nie pojawił się w sobotę, bo wtedy mógłbym napisać, że to dlatego, że „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”)? Ano temu, że nie uwzględniłem w swoich rachubach, że jak sobie pojadę poodpoczywać do niewielkiej miejscowości, to przyjdzie deszcz i sieć komórkowa pójdzie się kochać, a co za tym idzie dostęp do internetu będzie wyglądał tak, że jak się net pojawi na moment, to pingi będą miały po kilka sekund. Posypuję głowę obierkami cebuli, a was zapraszam do lektury, którą (jak to zwykle bywa) zdominowało kilka tematów. Od razu nadmieniam, że nie udało mi się wepchnąć w ten Przegląd tematu uczelni założonej przez Instytut, O Którym Nie Wolno Mówić Wiecie Czego oraz komisji, która miała walczyć z pedofilią (w powyższym zdaniu kluczowe jest słowo „miała”).


Początek niniejszego Przeglądu będzie sponsorowało angielskie słówko „cringe”. Niedawno doszło do najbardziej ambitnego crossoveru w historii, albowiem Jaś Kapela poszedł do programu prowadzonego przez Stanowskiego. Jeżeli ktoś zna obie te osobistości to wie, że taki crossover musiał być kwintesencją żenady. Jeżeli to oglądaliście, współczuję. Jeżeli tego nie zrobiliście, to nie róbcie tego. Zamiast tego obejrzyjcie sobie coś mniej żenującego, na ten przykład „The Room” Tommy'ego Wiseau. Wspominam o tym dlatego, że lewica w Polsce jest utożsamiana również z ludźmi pokroju osoby, która była gościem u Stanowskiego. Jest to o tyle spektakularne, że osoba owa jest najzwyklejszym w świecie atencjuszem. No chyba, że ktoś na serio uwierzy w to, że ktoś, kto utożsamia się z lewicą, będzie w internetach bronił prawa zygotarian do utrudniania życia ludziom organizującym legalne zgromadzenie. Zygotarianie stosowali sprawdzoną metodę „na modlitwę”. Jak wygląda ta metoda? To proste. Ktoś organizuje event, który nie podoba się najbardziej uciskanej grupie Polaków (czytaj: fundamentalistom religijnym). Załóżmy, że akurat nie ma pod ręką żadnych faszoli (a przepraszam, „prawdziwych patriotów”) i nie da się przy ich pomocy spuścić nikomu wpierdolu. Czy to oznacza, że najbardziej uciskana grupa Polaków ma związane ręce? Nic z tych rzeczy. Można stanąć obok takiego eventu i „modlić się przez megafon”.


Co prawda policja zabezpiecza legalne zgromadzenia/etc., ale przeca żaden bagieciarz nie powie najbardziej prześladowanej grupie Polaków, żeby przestała się modlić, bo skończyłoby się to kilkugodzinnym programem w TVP Info, w którym Pereira i spółka tłumaczyliby, że katolicy nie mieli tak źle nawet za czasów Stalina. Nie wspominając już o tym, że część bagieciarni utożsamia się z poglądami zygotarian (vide „wydział Chaos”). Dla każdego jasne jest to, że tego rodzaju eventy „modlitewne” są elementem agresji. Dla każdego, poza Jasiem Kapelą, który udaje, że tu przecież chodziło o modlenie się i nic poza tym. Warto w tym miejscu wspomnieć również o tym, że Jasiowi Kapeli nie podoba się to, że mianem zygotarian określa się środowiska, które swoich oponentów wyzywają od morderców i porównują terminację ciąży do Holocaustu. Pod względem atencjuszostwa Jaś Kapela może się śmiało mierzyć ze Stanowskim, który swego czasu wykopał fotkę Khalidowa pozującego z giwerą (chciałbym w tym miejscu zauważyć, że pozowanie do zdjęć z giwerami znajduję żenującym) i bóldupił na ćwitrze. Czemu bóldupił? Ano temu, że ISIS wtedy zamachy terrorystyczne uskuteczniało (no, a skoro Khalidow jest muzułmaninem, to powinien wiedzieć lepiej!). Potem się okazało, że odkopał zdjęcie sprzed roku, ale, jak sam stwierdził: „Nie zmienia to faktu, że niesmaczne”. Generalnie, Stanowski jest znany z tego, że wypowiada się na tematy nie związane ze sportem, o których to tematach ma niewielkie pojęcie (nie jestem w stanie ocenić jego komentarzy „sportowych”, bo się nie znam na sporcie). Warto wspomnieć o tym, że owo „niewielkie pojęcie" bardzo pomaga mu w wykręcaniu zasięgów w soszjalach (a te zasięgi zapewne pomagają mu w zarabianiu szekli).


Po wszystkim, Kapela skomentował to w sposób następujący: „Mogłem się lepiej przygotować (…)” (w dalszej części był komentarz odnośnie samego Stanowskiego). Owszem, mogłeś się, kurwa, lepiej przygotować. Poszedłeś do programu, którego prowadzący jest znany ze swojego antylewicowego nastawienia i z wpisów w rodzaju: „Czy ty uważasz, że posłanki Lewicy cokolwiek mogą merytorycznie skontrolować?” (ten wpis Stanowski wrzucił w trakcie ćwiterowej dyskusji z Mietczyńskim [to ten od kanału „Masochista”]). Jeżeli ktoś utożsamia się z lewicą i idzie pogadać z takim typem przed kamerami, to powinien się przygotować bardzo dobrze. Wiadomo bowiem, że typowi nie zależy na merytorycznej dyskusji, ale na nawalaniu „one-linerami”. Wiadomo, że typowi będzie chodziło o „obśmianie lewaka”. Wiadomo, że typ będzie się bawił w trolling. Jeżeli jednak ktoś idzie do takiego typa z nastawieniem „myślałem, że to będzie śmieszne”, to o czym tu, kurwa, mowa? Mam niejasne przeczucie, że to było tak, że Kapela sobie pomyślał, że Stanowski go zaprosił po to, żeby sobie z nim po kumpelsku pogadać i poszedł do tego programu z pewnością siebie polityka PiSu idącego do TVP Info. Gdyby było tak, że Kapela reprezentował u Stanowskiego Kapelę, to bym sobie i wam nie zawracał tym tematem czterech liter. Problem w tym, że on tam również lewicę reprezentował. Co prawda, nikt nie zrobił badań odnośnie tego, w jaki sposób Kapelowe atencjuszowanie wpływa na postrzeganie lewicy w Polsce, ale mam niejasne przeczucie, graniczące z pewnością, że ów wpływ nie jest raczej pozytywny. Jeżeli chodzi o ten konkretny program, to odbiór suwerena był taki, że Stanowski był arogancki i się przypierdalał, ale w sumie to nie musiał, bo Kapela się sam ośmieszał i nie potrafił sensownie uargumentować tego, o czym mówił. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Stanowskiemu bycie Stanowskim w niczym nie zaszkodzi, zaś performance lewaka, który sprawiał wrażenie, jak gdyby średnio ogarniał, może się (eufemizując) niekoniecznie przysłużyć lewakom i lewaczkom.


Po tym, jak ów program wylądował w internetach głośno zrobiło się na temat tego, że Kapela chciał, żeby Stanowski mu za udział w tymże programie zapłacił (tak też się stało). Wywiązała się z tego (kolejna) ćwiterowa napierdalanka i w pewnym momencie Kapela wrzucił screena z wymiany DM-ek, w której Stanowski tłumaczył, że: „nie płacimy gościom z zasady, nawet takim jak Quebo, który za koncerty biorą setki tysięcy jak nie miliony. Ale możemy skrócić program”. W którymś dniu inby Kapela zapytał Stanowskiego o to, ile zarobił na tym odcinku swojego programu. Stanowski odparł, że z samego Youtube wyciągnął 22 tysie. I tak sobie dumam, że w sumie to miło by było, gdyby Stanowski choćby symbolicznie dzielił się tymi szeklami z osobami, które zaprasza (a jak gość nie chciałby tej kasy, to można by to było wrzucić na jakiś cel charytatywny), bo prawda jest taka, że gdyby siedział przez te dwie godziny i pierdolił sam do siebie, to pewnie nieco mniej osób chciałoby to oglądać, a to przełożyło by się na mniejsze wpływy (a „koszty administracyjne, ludzkie, infrastruktura itd.”  byłyby takie same). Takie symboliczne „podzielenie się” byłoby o tyle wskazane, że to nie jest jakiś trzydziestominutowy podcast. Byłoby to wskazane również dlatego, że Stanowskiemu nie spodobała się słynna już „zbiórka na kompa” a potem się wyzłośliwiał na ćwiterowy wpis, w którym stało, że fajnie by było, gdyby praca nie musiała być koniecznością. Wspominam o tym dlatego, że jeżeli ktoś idzie do ponad dwugodzinnego programu, to musi się przygotować do tego (o ile nie jest Kapelą), a takie przygotowania można uznać za rodzaj pracy. Wydaje mi się, że Stanowski raczej stoi na stanowisku takim, że ludziom powinno się płacić za robotę. No chyba, że wychodzi z założenia, że praca powinna być koniecznością, ale nie powinno się za nią płacić. Aczkolwiek może jest też tak, że wyżej wymieniony jest centrystą i uważa, że co prawda praca powinna być koniecznością, ale nie wszystkim powinno się za nią płacić.


Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że udział w programie Stanowskiego to praca w trudnych warunkach. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, to mam taką odezwę-prośbę do każdego lewaka, któremu zdarzy się być zaproszonym do tegoż programu (pozwolę sobie użyć capsa): PRZYGOTOWUJCIE SIĘ, KURWA, DO TAKICH PROGRAMÓW. Zakładam, że takowe zaproszenia mogą się pojawić, bo zarabianie na YT wymaga klikalności i oglądalności, a tą zdobywa się między innymi poprzez zapraszanie nieprzygotowanych gości, celem ośmieszenia tychże (oraz reprezentowanych przez nich poglądów). Bo tak się składa, że jeżeli nie będziecie się przygotowywać, to suweren o tym, czego chce lewica, dowie się z TVP Info i od polityków Konfederacji. W tym miejscu popełnię uwagę natury ogólnej (niemającej związku z Kapelą, Stanowskim/etc.). Polskie lewaki zdają sobie sprawę z tego, że przyszło im działać w cokolwiek niesprzyjających warunkach. Z jednej strony bowiem są media sprzyjające liberałom, które, delikatnie rzecz ujmując, nie pałają miłością do lewicy i lewicowych postulatów. Z drugiej strony jest rząd i media prawicowe, które jeszcze bardziej lewicy nie kochają. Jeżeli chodzi o rządową część mediów prawicowych, to te mogą się od czasu do czasu nie przypierdalać do lewicy (jak to np. miało miejsce w okolicach ratyfikacji FO), ale to są wyjątki od reguły. Lewaki sobie z tego wszystkiego zdają sprawę, a mimo tego nie robią nic, żeby w jakiś sposób temu zaradzić.


Ponieważ staram się, żeby moje hejterstwo było konstruktywne, pozwolę sobie na podsunięcie pierwszego lepszego pomysłu: może by tak przygotowywać się dobrze do wizyt w mediach i wywiadów? Lewica potrafi od czasu do czasu przypierdolić temu, czy innemu pracownikowi mediów, ale kluczowe w tym zdaniu jest „od czasu do czasu”. Ja rozumiem, że Zandberg wypadł bardzo dobrze w debacie w 2015 i że równie dobrze wypadł po expose premiera i że zdarzyło mu się kilka razy, że tak to ujmę „zaorać”, ale to były pojedyncze przypadki, a tu potrzebna jest napierdalanka 24/7. Wypowiedzi, owszem, powinny być merytoryczne, ale powinny być również upakowane po brzegi one-linerami, którymi potem będzie można zarzucić soszjale (aczkolwiek, jeżeli one-linery będą dobre, to suweren sam z siebie to zrobi). Politykiem, który do perfekcji opanował budowanie krótkich wypowiedzi (którymi potem zarzucane są media społecznościowe), jest nie kto inny, jak Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny. Jest to człowiek, który nie jest w stanie sformułować długiej wypowiedzi tak, żeby miała ona ręce i nogi (spektakularną porażką zakończyła się konwencja, na której Patryk Jaki mówił bardzo długo, ale nikt tak do końca nie wie o czym, bo prawie nikt tego nie ogląda-chodzi mi o zasięgi „internetowe”, albowiem konwencja leciała na żywo w soszjalach). Co prawda, próbowano grać ulubioną narrację „hurr durr ten nasz wspaniały polityk to bez kartki mówi”, ale nikogo to nie obchodziło.


I teraz warto sobie zadać pytanie: czy nieumiejętność formułowania dłuższych wypowiedzi w czymkolwiek Doktorowi Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny przeszkadza? No nie bardzo. Nie przeszkadza mu nawet to, że nie jest najostrzejszym ołówkiem w piórniku i że zdarza mu się cholernie kiepsko wypaść w starciu z przeciętnymi dziennikarzami. Czemu? Ano temu, że nawet jeżeli Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny zrobi z siebie głąba, to i tak internety zostają zalane fragmentami powycinanymi z wywiadu, z których to fragmentów wynika, że „zaorał” tego, czy innego dziennikarza/polityka/etc. Patrykowi Jakiemu nie zaszkodziło nawet to, że w trakcie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego opowiadał mądrości o tym, że (w skrócie) on tam w tej Brukseli to będzie walczył z reprywatyzacją. Zapowiadał również: „Pierwsze, co zrobię w Parlamencie Europejskim, to wystawa o tym, jak wyglądała reprywatyzacja w Warszawie”. Jasno z tego wynikało, że Patryk Jaki nie ogarnia (tak samo, jak reszta jego partyjnych kolegów) czym tak właściwie europosłowie powinni się zajmować. Czy oponenci Jakiego zwrócili na to uwagę w trakcie kampanii? A gdzie tam. Czy sam Patryk Jaki zorganizował tę wystawę? A gdzie tam (no chyba, że takowa wystawa się odbyła i absolutnie nikt [łącznie z głównym zainteresowanym] o tym nie wspomniał). Czy to wszystko w jakikolwiek sposób „utrudnia” życie Doktorowi Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny? Ni cholery. Czemu miała służyć ta przydługa dygresja? Ano temu, żeby zwrócić uwagę na to, że lewica powinna zastanowić się nad tym, jak to jest możliwe, że prawica robi prawie wszystko chujowo, a mimo tego pozostaje u władzy. Jak to jest, że prawicowi politycy robią z siebie idiotów (nagminnie) i w niczym im to nie przeszkadza? Owszem, współodpowiedzialne za taki stan rzeczy są również media, ale skoro spora część dziennikarzy to nieogary, to może by tak nauczyć się to nieogarnięcie wykorzystywać dla własnych celów?


Może warto by było zawalczyć o coś więcej niż o (w porywach) kilkanaście procent poparcia w sondażach? Jestem się w stanie założyć o wiele, że kalkulacja na lewicy jest teraz mniej więcej taka: ok, PiS na bank przejebie kolejne wybory (czytaj: może i wjedzie do Sejmu na pierwszym miejscu, ale to dzisiejsza opozycja będzie rządziła, bo PiS straci większość), a z sondaży wychodzi, że choćby skały srały, lewica będzie współrządzić (u części lewicowego komentariatu widać już sny o potędze „lewica będzie współrządzić, tak więc będzie mogła wymuszać różne rzeczy na koalicjantach/etc.”). Skoro więc wiadomo, że lewica będzie współrządzić, to po cholerę się napinać w tej kadencji? Po co się męczyć, skoro władza sama przyjdzie do lewicy? Czy jest to scenariusz realny? Owszem. Czy z tego wynika, że lewica powinna dalej bawić się w jebałpiesizm? Nie. Bo z tego, że ów scenariusz jest realny nie wynika, że na pewno tak będzie. Po pierwsze, Zjednoczona Prawica/PiS może utrzymać samodzielną większość. Tak, wiem, w sondażach to różnie wygląda, ale PiS już wielokrotnie udowadniał, że potrafi odrabiać straty. Po drugie, wszystko może pójść w jeszcze inną stronę i może się okazać, że co prawda PiS przejebał wybory, ale lewica nie jest potrzebna do współrządzenia. I ja wiem, że część komentariatu pewnie zatarłaby ręce, bo przecież średnio dogadany i skonfliktowany wewnętrznie rząd pełen liberałów to wprost wymarzony punkt wyjścia do tego, żeby lewica się na tym wypromowała (bo wtedy można by było w tych liberałów napierdalać non stop). Tyle, że to są mrzonki, bo w opozycji byłby PiS, który byłby pierdylion razy bardziej skuteczny w krytyce rządu. Po trzecie, nawet jeżeli PiS padnie, a lewica będzie potrzebna do współrządzenia, to może się okazać, że jest na tyle słaba, że nie będzie w stanie wywierać zbyt dużego nacisku. Po czwarte (acz ma to związek z punktem trzecim), jeżeli lewica będzie słaba i będzie współrządzić, to może się po prostu rozpaść (nie tylko PiS potrafi wyciągać posłów z innych partii). Tych punktów mogło by być znacznie więcej, ale te cztery wystarczą w zupełności do tego, żeby raczej negatywnie ocenić plan „nic nie robimy, bo władza i tak do nas przyjdzie”. Nie jest to co prawda ten sam poziom co „i wtedy Jarosław Kaczyński wychodzi na mównicę (...)”, ale nie zmienia to faktu, że lewica potrzebuje lepszego planu. W przeciwnym wypadku o tym „co robi lewica i czym się zajmuje” suweren będzie się dowiadywał od polityków prawicy i mediów, które lewicy nie sprzyjają. Jak to powiedział zbawca, który oddał życie za połowę ludzkości: „not a great plan”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Skoro wspomniałem o tym, czego lewica mogłaby się uczyć od prawicy, dobrze by było, gdybym wspomniał o tym, czego nigdy nie powinna się uczyć. Tym czymś są poglądy. Skąd wiedzieliście, że ten kawałek będzie o Rafale Wosiu? Ja się w tym miejscu przyznam do tego, że moje zlewaczenie nie miało związku z czytaniem lewackiej bibuły, tak więc twórczość Wosia z czasów, w których jeszcze było w niej widać trochę wrażliwości społecznej, nie była mi znana. Tzn. wiedziałem, że jest sobie taki lewacki redaktor, ale to by było na tyle. Uwagę zwróciłem na niego dopiero w momencie, w którym puścił się poręczy i zaczął opowiadać o tym, że kibole są w Polsce uciskani. Nie załapałem się więc na dysonans, który stał się udziałem sporej części lewicowej banieczki. Dla tych ludzi sporym problemem było to, że typ, którego uważali za sensownego lewaka, nagle zaczął pisać i opowiadać bzdury, które bardzo trudno pogodzić z „byciem lewicowym” (nawet gdybyśmy zastosowali kryterium Korwina [wszyscy na lewo od niego = lewica], to pewne punkty wspólne są, bo Korwin też nie przepada za imigrantami). Dla mnie Rafał Woś od początku był typem, który pisze nie do końca mądre rzeczy. Zastanawiałem się nad tym, czy w przypadku Wosia nie chodzi o coś w rodzaju Ziemkiewiczowszczyzny, czyli pisanie dowolnych bzdur i obrażanie wszystkich dookoła, upieranie się, że to wszystko dlatego, że się „wkurza salon” (albo, jak u Wosia „wyprzedza mainstream o kilka lat”). Część komentariatu twierdzi, że to, co robi Woś, to zwykły trolling. Tylko, że gdyby to był „zwykły trolling”, to Woś nie poszedłby pracować do Tricepsa Dla Wyklętych (aka Sławomir Jastrzębowski). Z drugiej zaś strony nie uwierzę w to, że skrajnie prawicowy troll w rodzaju Jastrzębowskiego zatrudnił Wosia tylko i wyłącznie dlatego, że szanuje go za jego lewicowe poglądy i wcale, a wcale nie ma to związku z tym, że Woś od jakiegoś czasu tłumaczy, że lewica powinna się dogadać z PiSem (o tym za moment).


Tak, jak to przed momentem napisałem byłem, nie miałem dysonansu związanego z Wosiem, ale jednakowoż trochę dumałem nad tym, czemu on pisze aż takie brednie, jak te o kibolach. Potem zaś dotarło do mnie, że on sam tego nie wymyślił. To są kalki z prawicowych narracji. Do pewnego momentu panowała zgoda odnośnie tego, że kibole to bandyterka. Ta zgoda skończyła się w okolicach 2011 kiedy to PiS, który rozpaczliwie poszukiwał jakiegoś punktu zaczepienia dołując w sondażach, zaczął tłumaczyć, że kibole to w sumie nie są tacy źli, a Platforma Obywatelska ich źle traktuje (ktoś jeszcze pamięta, jak ochoczo część PiSowskiej nomenklatury podchwyciła hasło o Donaldzie, który ma Tolę?). W tym miejscu pora na dygresję i wyciągnięcie karty pt. „wiek”. Cieszy mnie to, że mam już swoje lata i że miałem sporo styczności z kibolami (w małym mieście prawie wszyscy znają prawie wszystkich). Oni sobie doskonale zdawali sprawę z tego, że dla suwerena są zwykłymi bandytami i ni cholery im to nie przeszkadzało (a część jarała się tym, że suweren się ich boi i jak ich widzi na chodniku, to przechodzi na drugą stronę ulicy). Polityką się kibole nie interesowali (czym różnili się od skinów). W pewnym momencie się to zmieniło i choć nie mam żadnych badań, które by to potwierdziły (nie wiem, czy ktokolwiek takowe przeprowadzał w ogóle) śmiem twierdzić, że stało się tak za sprawą Prawa i Sprawiedliwości, które zaczęło tłumaczyć, że kibole są ofiarą systemu/etc. Te idiotyzmy o ofiarach zaszły tak daleko, że hipster prawica w jednym z numerów „Frondy” tłumaczyła, że kibole to tacy współcześni AK-owcy (za cholerę tego nie oblinkuję, bo nie miałem tego numeru, a linki, w których były fragmenty z papierowego wydania już dawno odeszły w niebyt).


Choć specjalistą od głowologii kiboli nie jestem, ale wydaje mi się, że nietrudno zrozumieć jak doszło do tego, że subkultura, która jarała się tym, że suweren się jej boi tak ochoczo podchwyciła narrację, w myśl której jej przedstawiciele wcale nie są bandytami, oni są tak przedstawiani przez „wrogie media”. Ktoś może powiedzieć „no zaraz, ale przecież sam przed momentem napisałeś, że oni wcześniej wiedzieli, że są bandytami i część z nich się tym jarała”. Tu nie ma sprzeczności. Suweren nadal się ich boi, a część z nich nadal jara się tym, że są bandytami, ale teraz mają po prostu „lepszy PR”. Prawicowe narracje były tak skuteczne, że uwierzyła w nie nawet część ludzi, którzy je wyprodukowali. Miałem kiedyś na ćwitrze spięcie z pewnym redaktorem prawicowego tygodnika, który tłumaczył mi, że to nieprawda, że kibole coś jeszcze demolują i że to po prostu „absuralny spin” (ów pan redaktor został redaktorem naczelnym jednej z redakcji po tym, jak Obajtek przejął Polskę Press [na ten temat skrobnę coś więcej w kolejnym Przeglądzie]). Mniej więcej w takich okolicznościach przyrody należy osadzić narracje Wosia, który opowiada o tym, że kibole są uciskani. Coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: sam tego nie wymyślił, po prostu skorzystał z już istniejących spinów i narracji prawicowych.


Redaktor Woś jest bardzo skromny. Tak bardzo, że pod koniec swojego pierdylionowego tekstu o tym, że lewica powinna się dogadać z PiSem napisał:„Nie wiem jak będzie. Nikt nie wie. Koalicja PiSu i lewicy jest alternatywą. Bardziej realną niż kiedykolwiek. I nie mniej racjonalną od większości innych politycznych scenariuszy. Gdy się ziści i gdy ci, co dziś chwytają się za głowę, zaczną ją nazywać „oczywistą”, pamiętajcie gdzie przeczytaliście o niej po raz pierwszy.”. W tym samym tekście opisał przyczyny, dla których do takiego sojuszu powinno dojść, a ćwit, w którym wrzucił link do tekstu opatrzył takim komentarzem: „Trzy powody dla których PiSolew ma głeboki sens i dobre widoki na przyszłość. Czy potrafisz je obalić?”. Z czystej oszczędności miejsca pozwolę sobie na odniesienie się do jednego z tych powodów, który jest moim zdaniem najbardziej durny. Otóż. Woś tłumaczy, że lewica powinna dogadać się z PiSem, albowiem (zapnijcie pasy): „Powód trzeci, bo różnic jest mniej niż się wydaje”. To już nie może być trolling. To jest po prostu czysty spin, który ma pokazać, że partia rządząca nie jest taka zła, jak ją malują. Lista różnic jest bowiem tak długa, że pewnie dałoby się o nich napisać książkę. Pozwolę sobie wymienić kilka z nich, które wykluczają w mojej opinii możliwość koalicji lewicy z PiSem: biologiczny rasizm wyznawany przez część polityków Zjednoczonej Prawicy (widać to wyraźnie na przykładzie polityków udostępniających treści, z których wynika, że „biała rasa jest zagrożona”), szczucie na każdą grupę zawodową, która ma czelność domagać się podwyżek (no, prawie na każdą, bo jednak nikt nie lubi zapachu palonych opon), walka ze społeczeństwem obywatelskim i NGOsami, instytucjonalna homofobia (która ma uprzykrzyć życie elbegietom nie tylko w Polsce, ale i za granicą [vide, zesranko pt. „nie będziemy w Polsce uznawać jednopłciowych małżeństw zawartych za granicą]), używanie aparatu państwowego do niszczenia ludzi, którzy mają czelność nie zgadzać się z władzą (vide blamaż służb w sprawie Fundacji Otwarty Dialog), prowadzenie skrajnie antykobiecej polityki (przywrócenie recept na pigułki „dzień po”, zaostrzenie prawa aborcyjnego, walka z konwencją antyprzemocową/etc.), która jest efektem religijnego fundamentalizmu części polityków Zjednoczonej Prawicy (i spłacania długów wyborczych kościołowi), skrajny nacjonalizm i ksenofobia.


Choć mógłbym tak pisać i pisać (i wspomnieć np. o tym, jak to PiS upierdolił dotowanie in vitro, po to, żeby wydać pieniądze na jakiś szamanizm, a potem w ogóle olał wspomaganie rozrodczości), ale te wymienione różnice wystarczą do tego, żeby stwierdzić, że każdy, kto wie co dzieje się w Polsce od roku 2015 potrafiłby obalić te przyczyny, z wymienienia których Woś był tak bardzo dumny. Nawiasem mówiąc, warto wspomnieć o tym, że zdaniem Wosia, lewica powinna zastąpić w rządzie Gowinowców, bo najprawdopodobniej ultraprawicowi Ziobryści mu nie przeszkadzają w najmniejszym stopniu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że mądrości Wosia zostały podchwycone przez część liberalnego komentariatu, (która najwyraźniej kilka ostatnich lat przeleżała pod lodem i nie widziała, w jaki sposób lewaki reagują na wpisy Wosia), który zaczął opowiadać o tym, że Woś jest jednym z ideologów lewicy (cokolwiek miałoby to znaczyć) i snuć fantazje o tym, że jeżeli doszłoby do tej koalicji, to lewica się rozpadnie i potem powstanie prawdziwa lewica (nie pytajcie mnie o to, co autorzy mieli na myśli, bo nie mam pojęcia). Tak sobie dumam, że ten komentariat ma częściowo rację, bo gdyby faktycznie lewica utworzyła koalicję z PiSem, to pewnie jej poparcie można by mierzyć w skali od zera do Ogórek. Niemniej jednak budowanie narracji, w myśl których Woś miałby wskazywać lewicy drogę, jest cokolwiek mało poważne (ale to jest coś do czego komentariat nas zdążył przyzwyczaić).


Niestety, nie możemy zamknąć tematu Wosia, albowiem ostatnimi czasy kopiowanie prawicowych narracji zdarza mu się bardzo często. Kolejną (i przedostatnią, nad którą będę się pastwił) będzie ta, w której do uciskanych kiboli dołącza kolejna grupa: „Żyjemy w wieku XXI a nie XIX. We współczesnym społeczeństwie powiedzieć wierzę w Boga jest prawdziwym aktem buntu i nonkonformizmu. Ateizm to domyślna postawa mieszczaństwa współczesnego.”. Tak, dobrze widzicie. Kolejną uciskaną grupą w Polsce są katolicy (mógłbym co prawda pożartować o tym, że Woś nie wskazał, o którego boga chodzi, ale wpis Wosia nie jest wart nawet takiego suchara). Faktem jest, że laicyzacja w Polsce sobie raźnie postępuje, ale Woś zdaje się nie dostrzegać przyczyn, dla których tak się dzieje (trochę o tych przyczynach za moment będzie), to po pierwsze. Po drugie, opowiadanie o tym, ze przyznawanie się do wiary w boga to akt buntu, w państwie, w którym Kościół praktycznie współrządzi, to srogi idiotyzm przebijający nawet te o uciskanych kibolach. O tym, że Woś znalazł sobie kolejną kategorię społeczną, której się brzydzi („mieszczaństwo”) wspominać nie trzeba. Prawdą jest to, że w większych miastach laicyzacja postępuje szybciej, niż w mniejszych miejscowościach. Jednakowoż warto by było (jeżeli chce się uchodzić za poważnego publicystę [a wydaje mi się, że Woś ma takie aspirację]) zastanowić się nad tym, z jakich przyczyn Polska się laicyzuje i wspomnieć o tym, dlaczego laicyzacja postępuje wolniej w mniejszych miejscowościach.


To jest swoją drogą cokolwiek zjawiskowe, bo Woś jest niewiele młodszy ode mnie i siłą rzeczy dorastał w podobnych okolicznościach przyrody, w których dorastałem ja (miejscowość, z której pochodził jest mniejsza od Wyimaginowanego Miasta Nad Akwenem, tak więc pewne tendencje powinny być tam jeszcze bardziej dostrzegalne). O jakie tendencje chodzi? Ano o takie (jeżeli już o tym wspominałem, w którymś ze swoich Głośnych Tekstów, to przepraszam za ewentualne powtórzenie). Otóż, w pewnym momencie się zorientowałem byłem, że jeżeli chodzi o Kościół to tak, jakby (eufemizując) nie wszystko mi się podoba w tej instytucji. Ponieważ to było Podkarpacie (acz wtedy to było „tarnobrzeskie”), toteż niespecjalnie miałem z kim pogadać o tym, że mi z tą instytucją nie po drodze. Dopiero w liceum poznałem jednego nauczyciela, który był jawnie antyklerykalny i jednego człeka (z którym się byliśmy zaprzyjaźniliśmy), który nie był katolikiem. W owych czasach jawnie antyklerykalne poglądy nauczyciela pracującego na zadupiu, to był właśnie ten nonkonformizm i akt buntu. W sumie to też była ciekawa sprawa, bo jeżeli chodzi o marudzenie na Kościół, to miałem styczność z dorosłymi, którym od czasu do czasu zdarzało się powiedzieć coś niepochlebnego na temat wyżej wymienionej instytucji, ale wyglądało to tak, że z jednej strony marudzili, a z drugiej grzecznie chodzili do Kościoła i grzecznie słuchali tego, co ksiądz proboszcz ma do powiedzenia. Ten nauczyciel był o tyle inny, że tego rodzaju niespójności mu się nie zdarzały. Swoją drogą, ten jego antyklerykalizm był dla uczniów o tyle dobry, że zapewne również dzięki niemu ów nauczyciel z własnej inicjatywy zamieniał kilka godzin biologii w edukację seksualną, dzięki czemu mogliśmy się dowiedzieć tego, jak bardzo skuteczne są tzw. „naturalne metody planowania rodziny”, o skutecznej antykoncepcji (i o tym, jakie ma ona wady)/etc. Dla porównania, wcześniej w szkole podstawowej miałem jakieś, za przeproszeniem gówno-zajęcia, na których pewna bardzo mądra pani nam opowiadała, że najlepszy środek antykoncepcyjny, to, hehehe, szklanka wody zamiast, a prezerwatywy są złe, bo mają mikropory (na szczęście po usłyszeniu tych rewelacji rodzice powiedzieli, że jak jeszcze raz będą te zajęcia, to mam wyjść z sali, a oni mi to usprawiedliwią), tak więc różnica w podejściu była dostrzegalna.


Ktoś może powiedzieć, „no dobrze, ale to było kiedyś, teraz na pewno wygląda to inaczej”. I taki ktoś będzie miał trochę racji. Trochę, bo owszem, wygląda to inaczej, ale w większych miejscowościach. W małych nadal nagminne jest posyłanie dzieci na religię „dla świętego spokoju”. W małych miejscowościach duchowni potrafią doprowadzić, na ten przykład, do odwołania koncertu zespołu, który im się nie podoba (chciałbym w tym miejscu pozdrowić kolegę Marcina z Kolbuszowej, który mi o tym opowiedział był parę lat temu). Jeżeli zaś chodzi o moje rodzinne miasto (aka Wyimaginowane Miasto Nad Akwenem), to niewiele się zmieniło, bo od dawna już w każdą pierwszą sobotę miesiąca organizowane są procesje, których uczestnicy modlą się za niewierzących. W moim rodzinnym mieście kilka lat temu zmarło się pewnemu duchownemu, który był pewnego rodzaju klero-celebrytą. Pogrzeb zorganizowano z taką pompą, że ulica obok mnie została wyłączona z ruchu i przekształcona w parking (a miejska komunikacja jeździła inną trasą). Nigdzie wcześniej nie było informacji na ten temat (tzn. może były w kościele, ale jeżeli ktoś był „spoza wspólnoty” to nie mógł się o tym w żaden sposób dowiedzieć). Potem okazało się, że w sumie to zablokowany był wjazd do miasta (dowiedziałem się o tym czekając na busa, który spóźnił się jakieś 40 minut [bo, of korz, nikt nie poinformował przewoźników o tym, że mogą być jakiekolwiek utrudnienia w ruchu i że może by tak sobie trasę zmienili]). Jak mniemam, zdaniem Wosia, gdyby któryś z mieszkańców mojego rodzinnego miasta głośno przyznał, że wierzy w boga, to byłby to przejaw nonkonformizmu i akt buntu.


Po tym, jak skończyłem liceum i sobie wyjechałem do większego miasta (aka Kraków) celem studiowania, okazało się, że ludzi o poglądach nie do końca zbieżnych z linią kościelną jest więcej i większa liczba ludzi głośno mówi o tym, jakie ma w tej kwestii poglądy. I w tym moim zdaniem tkwi cały sekret tego, że w większych miastach laicyzacja postępuje szybciej, niż w małych. Im więcej „oficjalnych” antyklerykałów, tym mniejsze ciśnienie są w stanie wytworzyć zwolennicy kleru. Im więcej niewierzących, tym mniej osób będzie zapisywać dzieci na religię „bo tak wypada”. Gwoli ścisłości, ciekaw jestem, czy ktokolwiek bada religijność Polaków pod kątem tego, jak zachowują się migranci, którzy przenieśli się z małych miejscowości do dużych. Może być bowiem tak, że to są oni współodpowiedzialni za laicyzację w większych miejscowościach, bo niekoniecznie może im zależeć na tym, „żeby było tak, jak było”. Aczkolwiek to jest tylko i wyłącznie moje gdybanie, bo nie dysponuję żadnymi twardymi danymi. Na sam koniec dodam dowód anegdotyczny. Z okien mojego kwadratu widać jedną z główny arterii, którymi poruszają się procesje. Kilka lat temu zwróciłem uwagę na to, że choć na procesji było trochę ludzi, to były to głównie osoby starsze. Być może Woś zobaczył kiedyś taką procesję i wysnuł z tego wniosek, że „skoro jest tam mało młodych to znaczy, że katolicy mają w Polsce pod górkę”? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że to są bzdury i Woś musi o tym wiedzieć. Skąd więc mu się to wzięło? Biorąc pod rozwagę fakt, że te bzdury o uciskanych katolikach dominują w mediach rządowych i generalnie „po prawej stronie”, raczej sam tego nie wymyślił. Nawiasem mówiąc, z niecierpliwością czekam na moment, w którym w Wosiowym pisaniu pojawi się argument, w myśl którego laicyzacja przyszła do Polski z Zachodu, bo przecież nasz polski Kościół i rodzimi fundamentaliści nie mają z tą laicyzacją absolutnie żadnego związku.


Ostatnią kwestią Wosiologiczną, którą poruszę będzie ta odnosząca się do migracji. Okazało się bowiem (o czym pewnie już wiecie), że redaktor Woś jest zwolennikiem „moratorium na migrację”. Nie wiem, jak wam, ale mnie się to moratorium skojarzyło z tym, jak to część polskiej prawicy tłumaczyła, że oni nie są antysemitami, ale po prostu judeosceptykami. Z imigrantami jest podobnie. Można napisać, że po prostu się ich nie lubi i że się nie chce, żeby przyjeżdżali do naszego kraju, ale wtedy ciężko by było odpierać zarzuty o to, że się jest nacjolem. Można też napisać, że się jest za „moratorium na migrację” i wtedy brzmi to bardzo mądrze i uczenie i nadal można utrzymywać, że jest się poważnym publicystą. Nie będę rozbierał całego tekstu na czynniki pierwsze (bo mi się po prostu nie chce, albowiem nie warto), tak więc odniosę się jedynie do dwóch kwestii. Pierwszą z nich było to, że w myśl tekstu Wosia, imigranci psują rynek pracy. No bo przyjeżdżają, przez co jest nadpodaż pracowników, przez co wszelkiej maści chujowi pracodawcy mogą grozić (szczególnie tym gorzej wykształconym i gorzej wykwalifikowanym) pracownikom tym, że jeżeli ci zaczną podskakiwać, to jest dziesięciu takich, czy owakich na ich miejsce. Co prawda, można by było takie patologiczne sytuacje potraktować jako punkt wyjścia do dyskusji o tym, w jaki sposób należałoby zreformować rynek pracy, celem ochrony najsłabszych pracowników, ale to wymagałoby jakiegoś wysiłku intelektualnego, tak więc łatwiej jest sieknąć wnioskiem „potrzebne moratorium na migrację”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że właśnie z tego powodu tekst Wosia został pochwalony przez Krzysztofa Bosaka.


Druga i ostatnia kwestia to taka, że redaktor Woś okazał się wielkim fanem drenażu mózgów, albowiem był łaskaw napisać (pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment tekstu): „Po drugie, regulacja migracji nie znaczy oczywiście, że nie będzie żadnego dopływu, a granice zmienią się w nieprzekraczalne twierdze. Dobrze zorganizowane państwo wie (a właściwie powinno wiedzieć), jakiego typu pracowników mu naprawdę potrzeba. Studenci? Czemu nie. Specjaliści? Owszem tak. Ale przecież nie pracownicy niewykwalifikowani. Na import takiej siły roboczej powinno zostać nałożone w naszym kraju czasowe moratorium.”. Tak, można bezpiecznie założyć, że Woś nie był świadomy tego, że jego tekst jest wewnętrznie sprzeczny. Owszem, wspomniał o tym, że najgorzej mają niewykwalifikowani pracownicy, ale z tego wynikało wprost, że jego zdaniem nieregulowana migracja ma negatywny wpływ na cały rynek pracy (po prostu niektórzy mają przejebane mniej, a niektórzy bardziej). Cebulą na torcie jest to, że redaktor, który tak wiele liter poświęcił krytyce liberalizmu, jest zwolennikiem liberalnego podejścia do kwestii gospodarczych. Państwo może bowiem dbać o kształcenie własnych obywateli (dbać o to, żeby mieli takie, czy inne kwalifikacje), ale wiąże się to z kosztami. Państwo może również olewać kwestie kształcenia własnych obywateli i ściągać wykwalifikowaną kadrę (bądź też dobrze rokujących studentów) z innych krajów. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że pewnie niejeden nacjonalista ma dysonans po zapoznaniu się z takim postulatem, bo z jednej strony ściąga się migrantów, ale z drugiej strony dyma się przy okazji inne kraje, a to dla nacjoli przeca wartość dodana. No, ale to dygresja.


Chciałbym, żeby kiedyś doszło do debaty między Wosiem, a jakimś lewicowym politykiem, bądź też działaczem (generalnie rzecz biorąc: z kimś, kto ma gadane), w trakcie której to debaty rozmówca Wosia byłby się wstanie przebić przez papkę pojęciową, na której opiera się wyżej wymieniony redaktor i pokazać, że jest zasadnicza różnica między lewicą, a tym, czym jest, bądź też powinna być lewica w ujęciu Wosia. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jednym z propagatorów narracji, w myśl której PiS (i cała prawica) nie różni się zbytnio od lewicy, jest Wosiowe nemesis, czyli Leszek Balcerowicz.


Dobra, skoro mamy za sobą pastwienie się nad lewicą i lewicowymi publicystami, teraz można przejść dalej. Ponieważ wcześniej wspominałem o Kościele, pozwolę sobie pociągnąć temat dalej. Od jakiegoś czasu w działaniach i wypowiedziach kościelnych funkcjonariuszy można dostrzec pewną prawidłowość. Jakiś czas temu Episkopat wypowiedział się negatywnie na temat szczepionek (co prawda nie wszystkich, ale jednak). Okazuje się bowiem, że zdaniem Episkopatu: „technologia produkcji szczepionek firm AstraZeneca i Johnson&Johnson budzi poważny sprzeciw moralny”. Co prawda dodali, że są inne szczepionki, ale jeżeli komuś się wydaje, że stanowisko Episkopatu byłoby inne, gdyby dostępne były jedynie te „złe”, to ten ktoś chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak działa Episkopat. O tym, że Episkopat musiał zdawać sobie sprawę z tego, że te wypowiedzi będą miały negatywny wpływ na wyszczepialność wspominać nie trzeba, prawda? Praktycznie od początku funkcjonowania w naszym kraju tzw. „reżimów sanitarnych” kler bóldupił, że to złe, że ograniczenia złe, że msze w mediach są chujowe i że wierni powinni chodzić do kościołów, amen. W teorii reżimy sanitarne obowiązywały, ale w przypadku kościołów były one jak polskie państwo: teoretyczne. W praktyce bowiem policja praktycznie nie kontrolowała kościołów. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, ze redaktor Woś pewnie uznałby to za kolejny przejaw prześladowania katolików. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie, że ten brak doraźnych kontroli musiał mieć związek z symbiozą partii rządzącej z Kościołem. Co prawda nie wiadomo, w jakim stopniu kościoły przyczyniły się do rozprzestrzeniania się koronawirusa, ale można bezpiecznie założyć, że miały w tym swój udział. Warto mieć również na uwadze to, że duchowni praktycznie wzywali wiernych do olewania reżimów sanitarnych i nikt mi nie wmówi, że to olewanie ograniczało się potem tylko i wyłącznie do obostrzeń dotyczących kościołów. Nieostrożne zachowanie wiernych musiało mieć wpływ na rozprzestrzenianie się koronawirusa.


Kilka dni temu, Marek Jędraszewski (aka pierwszy jeździec apokalipsy) wypowiedział się krytycznie na temat terapii: „Myślę, że jedną z przyczyn, dla których kościoły w Zachodniej Europie opustoszały, jest to, że uwierzono w psychoanalizę, a nie w łaskę odpuszczenia grzechów i pojednania z Panem Bogiem”. Czy Jędraszewski zdaje sobie sprawę z tego, że terapia bardzo często może uratować czyjeś życie? Zapewne tak. Czy to ma dla niego jakiekolwiek znaczenie? Nie, bo jego zdaniem terapia odciąga ludzi od Kościoła, a to jest dla niego ważniejsze od ludzkiego życia. To kolejny przypadek (zaraz po walce ze szczepionkami i reżimem sanitarnym), w którym polski Kościół mając do wyboru działania mogące ratować życie wiernych bądź też działania mogące doprowadzić do ich śmierci, wybierają bramkę numer dwa. Dlaczego? Dlatego, że dla nich ważniejsza od ludzkiego życia jest religia (najważniejsze są pieniądze, ale to jest oczywista oczywistość). Warto o tym pamiętać za każdym razem, gdy członkowie episkopatu i całe duchowieństwo zaczyna opowiadać o tym, jak bardzo ważne jest dla nich życie ludzkie. Tak sobie myślę, że tego rodzaju działania idealnie wpisują się w coś, co sam Kościół określa mianem „cywilizacji śmierci”, ale mogę się mylić.


W zeszłą niedzielę w Rzeszowie (nie tylko tam, ale tam w sumie były one „największe”) odbyły się wybory prezydenta miasta, albowiem dotychczas urzędujący prezydent (Tadeusz Ferenc) zrezygnował z funkcji. Ja się wam od razu przyznam, że nie miałem zbyt dużego rozeznania w tym „how into Rzeszów” i dlatego konsultowałem się jakiś czas temu ze znajomym, który zrobił mi mikrowykład i spointował to tak, że jego zdaniem wygra Konrad Fijołek. Nie przyglądałem się jakoś specjalnie tym wyborom, docierały więc do mnie jedynie jakieś odpryski w rodzaju twórczości Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, który wyciągnął Fijołkowi jakiś komentarz z FB, albo (zdaniem „Do Rzeczy”) był dla kandydata opozycji „bezlitosny”, bo skrytykował jego wystąpienie na jakiejś debacie. W sumie to trochę budujące, że partia rządząca też nie potrafi wyciągać jakichkolwiek wniosków z wyborów samorządowych. W niedzielę okazało się, że mój znajomy miał rację. Okazało się również, że zwycięstwo Fijołka miało ten skutek uboczny, że zwolennicy Zjednoczonej Opozycji znowu zaczęli opowiadać o swoim, kurwa sprytnym, planie na obalenie rządu PiS. Ludzie ci w ogóle nie zwracają uwagi na to, że wybory do Sejmu to nie to samo, co wybory prezydenta miasta. Gdyby wybory do Sejmu odbywały się w ramach JOWów (do czego mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie), to byłbym gorącym zwolennikiem Zjednoczonej Opozycji, bo startowanie wielu partii „osobno” (przprszm, musiałem) jest w przypadku JOWów bezsensowne, albowiem w praktyce jest to oddawanie mandatów praktycznie walkowerem. Dlatego też, choć nie jestem fanem ZO, uważam, że „pakt senacki” był i jest sensownym przedsięwzięciem. Jeżeli chodzi o Rzeszów, to trzeba mieć na uwadze to, że rozbicie głosów prawicy nie miało wpływu na wynik wyborów (bo nawet zsumowane głosy kandydatów PiSu, Solidarnej Polski i Konfederacji nie sprawiłyby w magiczny sposób, że Fijołek spadłby poniżej 50%). Osobną kwestią jest to, że w przypadku wyborów prezydentów miast (przynajmniej na zadupiach) czynnikiem decydującym jest rozpoznawalność kandydata – znaczki partyjne mają raczej marginalne znaczenie (a czasem wręcz są w stanie zaszkodzić).


Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem to, że wynik wyborów w Rzeszowie bardzo, ale to bardzo nie spodobał się pewnej partii. Radna PiS (sejmik województwa zachodniopomorskiego), która jest jednocześnie przewodniczącą klubu PiS, doznała rozległego meltdownu i zaczęła klarować na ćwitrze, że: „Bezpośrednie wybory wójta/burmistrza/prezydenta to mordowanie samorządności w białych rękawiczkach. Gra na lidera, a następnie autorytarne rządy jednej osoby bez żadnego nadzoru i ze szczątkowymi kompetencjami radnych, zabija samorządność.”. Zapewne nie ma to związku z tym, że pani Jacyna-Witt startowała w wyborach prezydenckich w Szczecinie w roku 2010 i 2014. Za pierwszym razem dostała 11,28% głosów i nie weszła do drugiej tury. Za drugim razem (w roku 2014)  po wejściu do drugiej tury (w pierwszej uzyskała 17,73% poparcia) sromotnie przegrała z Piotrem Krzystkiem (stosunkiem głosów 71,93% do 28,07%). Zaraz się odniosę nieco bardziej na serio do tego „mordowania samorządności”, ale zanim to zrobię, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze dwa inne wpisy (o tym, w którym chwaliła wynik wyborów w Dobrzanach, gdzie wygrał kandydat popierany przez PiS, wspominać nie będę, bo za długo się wszyscy przyglądamy PiSowi, żeby spodziewać się jakiejkolwiek spójności w poglądach członków tej partii). W pierwszym z nich również odnosi się do wyborów w Rzeszowie: „Niestety, coraz więcej Polaków mieszka w dużych miastach, gdzie autorytarny sposób rządzenia prezydentów zwalnia ich z poczucia odpowiedzialności za wspólnotę. Są anonimowi. Jedyne wyjście - zmiana ordynacji wyborczej na pośrednią.”. W późniejszym wpisie zaś stwierdziła, że: „Gdyby wójt/burmistrz/ prezydent miasta/gminy był wybierany przez radnych, to radni rozliczaliby go z tego. A tak to rozlicza go sekretarz, którego on sam wybiera. #WyboryBezpośrednieToZło”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że radna Jacyna-Witt narzeka na to, że dla urzędujących prezydentów miast budżet miejski to środki, które niemalże są ich funduszem wyborczym, ale te same dwie kulki nie zderzają się jej w głowie, gdy patrzy na budżet krajowy i na to, co robi z nim Zjednoczona Prawica.


Ktoś mógłby w tym miejscu zapytać „czemu w ogóle powinniśmy się przejmować tym, co mówi/pisze jakaś tam radna?”. Ano temu, że, na ten przykład, pomysł zmiany ordynacji celem doprowadzenia do tego, żeby prezydentów/burmistrzów wybierała rada gminna, nie jest pomysłem pani Jacyny-Witt. Po raz pierwszy pomysł ów pojawił się w przekazach partyjnych pod koniec roku 2017 i nawet pastwiłem się nad nim w krótkiej notce. Co prawda, rzeczniczka partii (czy tam klubu, nie pamiętam) stwierdziła, że „nie planują takich zmian”, ale zanim doszło do tego zdementowania, członkowie Zjednoczonej Prawicy wychwalali ten pomysł stwierdzając, że: „Wybory pośrednie prezydentów miast to wzmocnienie wyborców i przywrócenie samorządności w Polsce, wreszcie...”. Zapewne nastąpiło wtedy mierzenie i ważenie opinii suwerena i PiS doszedł do wniosku, że ten pomysł może się jednak suwerenowi nie spodobać. Nie oznacza to, że PiS zmienił zdanie odnośnie poprawiania swoich szans w wyborach samorządowych, bo potem przecież wprowadzono ograniczenie kadencyjności burmistrzów/prezydentów miast. Nie powinno się zapominać o tym, że w pierwotnej wersji pomysł ograniczenia kadencyjności miał działać „wstecz” (co oznaczałoby uniemożliwienie startu w wyborach prezydentów z dwiema [lub więcej] kadencjami na koncie. Potem Zjednoczona Prawica złagodziła ton (bo suwerenowi się ten pomysł nie spodobał) i w ostatecznej wersji ustawy stało, że licznik będzie działał od kadencji, która zacznie się już po wejściu ustawy w życie. A potem się okazało, że ograniczenie kadencyjności może Zjednoczonej Prawicy nie pomóc specjalnie, albowiem casusy Warszawy, Wrocławia i teraz Rzeszowa (tak więc miast, których włodarze i włodarki zrezygnowali z kandydowania po paru kadencjach) pokazują, że suweren nie pała specjalnie gorącym uczuciem do kandydatów Zjednoczonej Prawicy.


To jest bardzo ciekawa kwestia, która raczej umyka wszystkim zwolennikom narracji, w myśl których suweren głosuje na PiS w wyborach ogólnopolskich, bo się wziął i „sprzedał za pincet złoty”. Gdyby tak było, to PiS wygrywałby wszystkie wybory łącznie z tymi, w których wybiera się burmistrzów/prezydentów. No bo skoro się suweren sprzedał, to przeca będzie bezrefleksyjnie głosował na każdego kandydata, którego podsunie mu Zjednoczona Prawica. Czemu więc nie głosuje? Nie ma innej przyczyny poza to, że wbrew temu, co opowiada bóldupiący komentariat, suweren w Polsce jest dość ogarnięty. Wspominałem o tym pewnie, ale będę musiał dokonać autoplagiatu: dla części elektoratu PiS jest mniejszym złem. Nie, nie chodzi mi o beton, bo beton będzie głosował na PiS niezależnie od tego, co zrobi partia Jarosława Kaczyńskiego. Tyle, że betonem wyborów się nie wygrywa. Gdyby tak było, to PiS już dawno rozjechałby sądownictwo do reszty, a zakaz aborcji zostałby wprowadzony w 2016, bo Zjednoczona Prawica miałaby wyjebane na protesty. Moim zdaniem wysokie słupki poparcia PiSu są po części efektem działań mediów rządowych, ale współodpowiedzialna jest też opozycja, która nie jest w stanie sformułować sensownego przekazu. O tym, jak bardzo nie była w stanie tego zrobić (a co za tym idzie, nawiązać równorzędnej walki z partią rządzącą w 2019) niech zaświadczy to, że partia Hołowni (czy tam ruch społeczno-polityczny), która pojawiła się na scenie politycznej pięć minut temu, wyprzedziła w sondażach Platformę Obywatelską. Gdyby inne partie opozycyjne potrafiły w politykowanie i w komunikację polityczną, taki scenariusz byłby nierealny.


No dobrze, ale czemu tak właściwie ten rozsądny suweren nie chce głosować na mniejsze zło w wyborach na prezydentów miast/burmistrzów? Bo w tych wyborach nie jest to mniejsze zło. Suweren zdaje sobie sprawę ze zinstytucjonalizowanej patologii, będącej nieodzownym elementem (chciałem napisać „immanentną cechą”, ale się powstrzymałem, żeby nie odebrano mi karty Podkarpacianina) rządów Zjednoczonej Prawicy. Suweren wie, że Zjednoczona Prawica chce przejmować miasta po to, żeby poobsadzać wszystkie stołki swoimi ludźmi, a nawet w niewielkich miastach w rodzaju Wyimaginowanego Miasta Nad Akwenem, to jest ogromna liczba miejsc pracy, którą można obdarować „swoich”. Przejęcie tych miejsc pracy może skłonić ludzi zatrudnionych na różnych stanowiskach do przyłączenia się do PiSu. Ciekaw jestem, jak wyglądała dynamika „zapisów” do PiSu po wyborach samorządowych 2019, w których partia ta przejęła trochę sejmików wojewódzkich (a co za tym idzie, dorwała się do kolejnej transzy stołków). Insza inszość to fakt, że porażki w wyborach prezydentów/burmistrzów sprawiają, że narracja „Polacy kochają Zjednoczoną Prawicę”, jest cokolwiek mało wiarygodna (ale, of korz, opozycja tego nie wykorzysta w żaden sposób). No, ale to dygresja.


O tym, co w praktyce oznaczałaby zmiana ordynacji, wymądrzałem się byłem dawno temu (na wypadek gdyby ktoś chciał poczytać, link w źródła wrzuciłem), tak więc nie będę się teraz nad tym jakoś specjalnie pastwił. Napiszę jedynie, że gdyby te zmiany zostały wprowadzone, to wyborcy straciliby jakąkolwiek kontrolę nad tym, kto będzie burmistrzem/prezydentem miasta. Co prawda, kandydaci na radnych mogliby w trakcie kampanii „obiecywać” kto zostanie prezydentem/burmistrzem miasta, w którym kandydują, jeżeli wygrają/etc., ale w praktyce nie byłoby żadnego mechanizmu, który mógłby zmusić ich do dotrzymania słowa. Kronikarski obowiązek (któryż to już raz w tym Głośnym Tekście) każe wspomnieć o tym, że Zjednoczona Prawica ma bardzo długą historię łamania obietnic, że tak to ujmę „personalnych” (Gowin już został szefem MON, czy jeszcze nie?). Zmiana ordynacji oznaczałaby to, że prezydent/burmistrz byłby przywożony w teczce. Taki włodarz byłby bytem absolutnie niesamodzielnym (z przyczyn oczywistych), a kadencje takich włodarzy byłyby zależne w głównej mierze od „czynników decyzyjnych” w partii i od tego, kto komu w trakcie kadencji podbierze radnych.


Jednym z zabawniejszych argumentów pani Jacyny-Witt był ten, przy pomocy którego starała się wytłumaczyć, dlaczego włodarz wybierany przez radę gminy jest lepszy. Otóż, dlatego, że gdyby był wybierany, to rada miejska rozliczałaby go z tego, co robi, a teraz „rozlicza go sekretarz” (cokolwiek miałoby to znaczyć, bo nie wiem, czy radna zdaje sobie sprawę z tego, że sekretarz nie jest w stanie odwołać prezydenta). Tym, czego pani radna nie dopowiedziała było to, że co prawda wtedy rozliczałaby prezydenta/burmistrza rada gminna, ale teraz z jego działań rozliczają go wyborcy, a to jest o wiele skuteczniejsze narzędzie nadzoru. I ja wiem, że mogą tu paść argumenty, że ten, czy inny włodarz jest chujem, a mimo tego ludzie go wybierają, ale w tym miejscu mogę zagrać kartę mieszkańca Wyimaginowanego Miasta Nad Akwenem, w którym to mieście rządził sobie pewien prezydent kilka kadencji, aż wreszcie wkurwił suwerena, przegrał wybory i przestał rządzić. Jego następca, który w trakcie kadencji traktował mieszkańców z buta i mimo gigantycznych środków przeznaczonych na kampanię, przegrał w drugiej turze. Ja wiem, że to jest dowód anecdotyczny zadupiariusza (dawno nie było słowotwórstwa), ale może po prostu jest tak, że ci wieloletni włodarze i włodarki rządzą tak długo dlatego, że nie wkurwiają mieszkańców? Ja wiem, że pani Jacynie-Witt wydaje się, że ona by była lepszą prezydentką Szczecina niż kandydaci, z którymi przepierdalała wybory, ale suweren miał insze zdanie na ten temat. Ja wiem, że pani Jacynie-Witt i jej partyjnym kolegom (oraz koleżankom) nie podoba się to, że nie mogą wygrać wyborów, ale tak jak powyżej: suweren ma insze zdanie na ten temat. Zjawiskowe jest to, że opozycja, która dostaje prezenty w rodzaju tych od pani Jacyny-Witt nie jest w stanie ich wykorzystać. Gdyby role były odwrócone (PO rządzi, PiS w opozycji, ale wygrywa wybory w miastach, zaś PO chce zmiany ordynacji), to PiS już od paru dni trąbiłby na lewo i prawo o tym, że Platforma chce odebrać prawo głosu milionom Polaków, bo nie potrafi się pogodzić z wynikami wyborów. Opozycja zaś ma to w dupie. Mimo tego, że podkładką pod shitstorm mogłyby być harcownictwo z roku 2017 i późniejsze grzebanie przy kadencyjności.

 
Wielokrotnie pastwiłem się nad polską polityką zagraniczną, ale na szczęście nigdy nie napisałem, że „głupiej się nie da”. Jeżeli bowiem dokonania polskiej dyplomacji do czegoś mnie przyzwyczaiły to do tego, że zawsze może być głupiej. Zacznę od zacytowania nagłówka, odnoszącego się do polskiej polityki zagranicznej i wprost idealnie oddającego zjebanie tejże polityki: „Joe Biden nie skonsultował z Polską decyzji o wycofaniu sankcji na konsorcjum budujące Nord Stream 2. Nie spotka się też z Andrzejem Dudą przed szczytem z Władimirem Putinem 16 czerwca – ujawnia „Rzeczpospolitej” szef polskiej dyplomacji prof. Zbigniew Rau.”. Później było już tylko lepiej, ale mnie osobiście urzekł ten fragment:


"Jędrzej Bielecki: Polska mocno zaangażowała się w zablokowanie budowy Nord Stream 2. Jednak 19 maja Joe Biden zrezygnował z nałożenia sankcji na konsorcjum budujące gazociąg. Projekt może zostać bez przeszkód zakończony. Jak się Pan o tym dowiedział?


Prof. Zbigniew Rau: Z mediów. Sojusznicy amerykańscy nie znaleźli czasu na konsultacje z najbardziej narażonym na skutki tej decyzji regionem świata."


Trzeba przyznać, że polityka kadrowa Zjednoczonej Prawicy jest jedyna w swoim rodzaju. Okazuje się, że szefem polskiej dyplomacji jest koleś, który chyba nawet nie wie o tym, że jest szefem dyplomacji. No bo, kurwa, serio, typ opowiada o tym, że Amerykanie źli, bo nie znaleźli czasu, bo nie skonsultowali, bo to, bo tamto i sramto i zupełnie umyka mu ten drobny szczegół, że do jego pierdolonych obowiązków należy dbanie o to, żeby Amerykanie mieli czas i chęć na konsultacje. Tego rodzaju narracje mogłyby (i powinny) wychodzić ze strony opozycji, bo opozycja jak najbardziej ma prawo do krytykowania poczynań polskiej dyplomacji w sytuacji, w której ta coś zjebie. Tutaj mamy zaś sytuacje, w której Rau dokonuje spektakularnego aktu samopodpierdolenia się i najwyraźniej nie ogarnia, że go dokonał. Szczególnie rozbawiło mnie (bo przeca nie będę się wkurwiał, bo to nie zdrowo) to jego utyskiwanie, że dowiedział się o rezygnacji z nałożenia sankcji na konsorcjum budujące gazociąg „z mediów”. To znaczy, że kontakty dyplomatyczne na linii USA – Polska istnieją (a jakże) tylko teoretycznie. W tym miejscu chciałbym szczerze pogratulować Rauowi tego, że udowodnił, że jeżeli chodzi politykę zagraniczną da się ją robić znacznie głupiej, niż robił to Waszczykowski. Tamten co prawda przyznał, że w ogóle nie brali pod rozwagę porażki Clinton i dopiero po wygranej Trumpa nawiązywali kontakty z Trumpem (potem Waszczykowski tłumaczył, że to nie prawda, bo oni już trakcie kampanii kontaktowali się z Trumpem, ale się tym nie chwalili, żeby ich nikt nie posądził o stronniczość). Niemniej jednak po tym, jak Trump wygrał, to jakoś te kontakty ogarnęli. Obecna dyplomacja nie potrafi nawet tego.


Ponieważ zahaczyłem o Trumpa, wrzucę tu coś w charakterze ciekawostki. Za wielką wodą zbadano i zważono zasięgi, jakie obecnie wykręcają wypowiedzi Trumpa i porównano je z tymi, jakie wykręcał zanim dostał bana. Gdyby racje mieli nasi rodzimi obrońcy „wolności słowa”, którzy twierdzili, że media społecznościowe są złe, bo cenzurują wypowiedzi Trumpa i że to się na pewno nikomu nie spodoba (tak więc „dobra nowina” głoszona przez Trumpa powinna się rozprzestrzeniać choćby „na złość” złym cenzorom, bo przecież jego wyznaw, znaczy się, zwolennicy będą jego wypowiedzi rozrzucali niezależnie od tego, czy znajdą je na jego oficjalnym koncie, czy w jakichś artykułach/etc.). Pewnie będziecie tym zaskoczeni, ale okazało się, że co prawda Trump dalej opowiada swoje, ale zasięgi są bez porównania mniejsze (niektóre wrzutki podchwycone przez prawicowe rozrzutniki osiągają zbliżone zasięgi, ale wcześniej to była norma dla każdego jego wpisu). W komentarzach do artykułu pojawił się jeden, który utkwił mi w pamięci. W telegraficznym skrócie, chodziło w nim o to, że gdyby Trump dostał bana wcześniej (prosiła o to Kamala Harris), to być może udałoby się ocalić życie tysięcy amerykanów (albowiem Trump rozsiewał dość skutecznie foliarstwo). Ten konkretny casus jest złożoną sprawą. Z jednej bowiem strony, jeżeli banem oberwał prezydent USA, to widać wyraźnie, że media społecznościowe nie biorą jeńców. Z drugiej strony, Trump dostawał pierdyliony ostrzeżeń od administracji, które to ostrzeżenia olewał (a konta prowadzone w ramach eksperymentu, które to kona publikowały to samo co on, spadały z rowerka bez ostrzeżenia). Z trzeciej strony nikt nie zagwarantuje, że tego rodzaju działania nie będą prowadzone w ramach jakichś międzynarodowych przepychanek (względnie, w ramach przepychanek na linii korporacje-państwa). Z czwartej strony, gdyby zbanowano go wcześniej, ocalono by od cholery ludzi. Z piątej strony – być może jest to jakiś sposób na walkę z fake newsami? Z szóstej strony, jakoś tak tej walki nie widać i całe media społecznościowe są zajebane fake newsami odnośnie pandemii, szczepień/etc. Z siódmej strony, jak człek popatrza na to, co proponują matoły z partii rządzącej w Polsce, to dochodzi do wniosku, że może to i lepiej, że kontrolowaniem tego, kto spada z rowerka zajmuje się jakieś zagramaniczne korpo, bo gdyby miały decydować o tym polskie władze, to media społecznościowe momentalnie zamieniłyby się w TVP Info.


Na sam koniec Przeglądu zostawiłem sobie jeszcze inszą ciekawostkę. Otóż, jakiś czas temu pojawiły się informacje odnośnie tego, że koncerty owszem, będą się odbywać, ale uczestniczyć w nich będą mogli jedynie zaszczepieni. Kult zapytany o to, czy to prawda, wydalił z siebie idiotyzm w rodzaju „hurr durr, my nie dzielimy ludzi, hurr durr koncerty dla wszystkich, bo jak nie, to to będzie apartheid”. W tym miejscu popełnię parafrazę i pozwolę sobie napisać: kto porównuje walkę z pandemią do apartheidu jest kutasem i niech spierdala - po dwakroć!".



Źródła:

https://twitter.com/AdriannaPalus/status/1308005539763367936

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1307985478973632512

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1318837222204985344

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1308364475481894914

https://twitter.com/SlawekRojewski/status/712958097866801152

https://www.wp.pl/?s=https%3A%2F%2Fksiazki.wp.pl%2Fjas-kapela-dal-popis-za-700-zl-stanowski-powiedzial-mu-jaki-ma-dochod-6648160694229664a&nil&src01=f1e45&src02=isgf

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jas-kapela-wzial-700-zl-krzysztof-stanowski-cham-opinia

https://twitter.com/Lukasz_Najder/status/1377947667037360129

https://twitter.com/JasKapela/status/1398368355472523266

https://twitter.com/K_Stanowski/status/1401846527866322950

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1785578,1,patryk-jaki-chce-w-brukseli-bronic-lokatorskich-praw-po-co.read

https://polskatimes.pl/hipster-prawica-rosnie-w-sile-kim-sa-ludzie-ktorzy-przejeli-kwartalnik-fronda/ar/920295

https://twitter.com/PiknikNSG/status/599294662369746944

https://twitter.com/RafalWos/status/1402282262457204738

https://twitter.com/PiknikNSG/status/909452905182248960

https://www.salon24.pl/newsroom/1141461,trzy-powody-dla-ktorych-przyszla-koalicja-pisu-i-lewicy-ma-gleboki-sens-i-dobre-widoki-na-przyszlosc-czy-potraficie-je-obalic,2

https://twitter.com/RafalWos/status/1395293701757353984

https://biznes.interia.pl/praca/news-rafal-wos-dlaczego-potrzebujemy-moratorium-migracyjnego,nId,5281989#

https://www.rp.pl/Konfederacja/191129371-Korwin-Mikke-Imigranci-moga-pracowac-nie-moga-miec-praw-politycznych.html

https://twitter.com/krzysztofbosak/status/1402204482377859074

https://cowzdrowiu.pl/aktualnosci/post/episkopat-krytykuje-szczepionki-dwoch-firm-dlaczego

https://wiadomosci.wp.pl/abp-gadecki-wyslal-list-do-premiera-podziekowal-w-nim-za-lagodzenie-obostrzen-6649270379457408a

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,26922135,komendant-glowny-policji-limity-osob-w-kosciolach-nie-mamy.html

https://wiadomosci.wp.pl/psychoterapeuta-abp-jedraszewski-powinien-skorzystac-z-terapii-jego-slowa-szkodza-wiernym-wywiad-6648486492638080a

http://sejmik.wzp.pl/cb-profile/133-malgorzata-jacyna-witt.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1404320335340650502

https://twitter.com/JacynaWitt/status/1404170571542315009

https://twitter.com/JacynaWitt/status/1404346232928194565

https://wybory2010.pkw.gov.pl/geo/pl/320000/326201.html#tabs-6

https://samorzad2014.pkw.gov.pl/360_Wybory_Burmistrza_-_I_tura/0/3262.html

https://samorzad2014.pkw.gov.pl/361_Wybory_Burmistrza_-_II_tura/0/3262.html

link do notki na temat zmiany ordynacji wyborczej:

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1843026945764654&id=424617787605584

https://www.rp.pl/Dyplomacja/210619958-Rau-Biden-decyduje-ponad-naszymi-glowami.html

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/witold-waszczykowski-nie-bedzie-nord-stream-ii/c7lpjm

https://twitter.com/sheeraf/status/1401950838524837888

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/2121477,1,kult-przeciw-szczepieniom-kazik-strzela-sobie-w-stope.read

środa, 26 maja 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #77

Na samym początku niniejszego Przeglądu przyjdzie mi posypać głowę obierkami z cebuli. W poprzednim tekście napisałem byłem, że Prezydent RP, który wystąpił z partii, w sumie nikomu łaski nie robił, bo i tak musiał, bo tak stoi w Konstytucji. Znajomy prawnik wytłumaczył mi potem, że „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Innymi słowy: nie, Prezydent RP nie ma obowiązku występowania z partii. Z perspektywy czasu patrząc, być może nie powinienem bezrefleksyjnie wierzyć w to, że treści zamieszczane na stronie obsługiwanej przez Kancelarię Prezydenta są na pewno prawdziwe. W trakcie posypywania głowy obierkami cebuli pocieszało mnie to, że podwładni Prezydenta RP potrafią zjebać wszystko. Nie potrafili nawet podkreślić tego, że ich pracodawca „spełnił obietnicę, choć nie musiał”. Aczkolwiek, może to po części dlatego, że to „wystąpienie z partii” było pustym gestem, bo partia nigdy nie wystąpiła z Prezydenta RP. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że o ile w przypadku Prezydenta RP mi się „nie udało”, to w kwestii RPO się nie pomyliłem (RPO nie może być ani posłem, ani członkiem partii). Już po napisaniu powyższego zacząłem się zastanawiać nad tym, „co by było, gdyby RPO został ktoś ze Zjednoczonej Prawicy i po wyborze olał obowiązek złożenia mandatu i wystąpienia z partii”. W teorii bowiem musi to zrobić (bo tak stoi w Konstytucji), ale w praktyce kto miałby to wyegzekwować?


Przy okazji wielkiego meltdownu na tle poparcia przez Lewicę ratyfikacji Funduszu Odbudowy pojawiły się narracje, w myśl których Lewica była już tak bardzo dogadana z PiSem, że miała poprzeć w Senacie kandydaturę Bartłomieja Wróblewskiego na urząd RPO. Spindoktorzy ze Zjednoczonej Prawicy wymyślili sobie jakiś czas temu narrację „nasz kandydat jest kandydatem dialogu” i Wróblewski dostał przekazy dnia, w których stało, że ma opowiadać, że jak już zostanie tym RPO, to powoła sobie na zastępców kandydatów wskazanych przez opozycję. W tym samym czasie zaczął się produkować w trakcie wywiadów, że on to by Ikonowicza widział jako swojego zastępcę. Ta deklaracja była o tyle zabawna, że gdyby Zjednoczonej Prawicy faktycznie zależało na samym Ikonowiczu, to przecież jej posłowie mogli poprzeć jego kandydaturę na RPO. Tak, wiem, zastępca to nie to samo, co sam RPO, niemniej jednak mało subtelnie wyglądały te próby tłumaczenia, że oni to by go w sumie chcieli wciągnąć „do pomocy” zaraz po tym, jak ujebano jego kandydaturę. Dla każdego, kto ma jakiekolwiek rozeznanie w polskiej polityce oczywiste było to, że Lewica nie poprze kandydatury Wróblewskiego, bo nie było żadnego powodu, dla którego mogłaby to zrobić. Zabawne było to, że gdy Magdalena Rigamonti z przejęciem opowiadała o tym, że Lewica może poprzeć Wróblewskiego, wspominała również o tym, że to by było samobójcze działanie, bo to fundamentalista religijny, który był mocno zaangażowany w zaostrzenie prawa aborcyjnego w Polsce/etc. Było to o tyle zabawne, że moim zdaniem nie mieliśmy do czynienia z jakimiś manipulacjami. Ci ludzie (w tym Rigamonti) autentycznie uwierzyli w to, że dojdzie do jakiegoś sojuszu Lewicy ze Zjednoczoną Prawicą.


W kontekście powyższego nie możemy uznać ich za zwykłych kłamców. Aczkolwiek to nic nie szkodzi, bo jest cała gama innych określeń. Bardzo dobrym jest inna nazwa naczynia gospodarczego o szerokim zastosowaniu, zwykle służącego do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich. Co zrozumiałe, żaden z propagatorów narracji „Lewica idzie z PiSem”, nie przeprosił potem za te brednie. Wydaje mi się, że to dobry moment na przypomnienie super duper wspaniałego planu obalenia rządu. Lewicy oberwało się bowiem za to, że przez jej poparcie FO rząd nie upadł, a przecież tak niewiele brakowało do powołania premiera technicznego. Część osób pewnie nadal sobie zadawała pytanie o to, ile to było to „tak niewiele”. Odpowiedzi na to pytanie udzielił Sławomir Nitras, który stwierdził: „Nawet przez sekundę nie wierzyłem w możliwość rządu technicznego”. Znamienne jest to, że komentariat, który przez wiele dni przeżywał wzmożenie na tle „zdrady Lewicy” (która „ocaliła rząd Zjednoczonej Prawicy”) jakoś tak nieszczególnie przejął się tym, że polityk największej partii opozycyjnej powiedział to, co powiedział.


W tym miejscu muszę popełnić edycję, albowiem już po napisaniu tego kawałka z Nitrasem w roli głównej, zostałem trafiony tekstem z „Newsweeka”, który to tekst sprawił, że po raz kolejny wyjebało skalę na moim osobistym żenadometrze: „Plan był taki: pozbawiony głosów ziobrystów, eurosceptycznych konfederatów i wsparcia zjednoczonej opozycji Jarosław Kaczyński przegrywa kluczowe głosowanie nad ratyfikacją Krajowego Planu Odbudowy, nie wytrzymuje, wpada na sejmową mównicę, zaczyna krzyczeć i dochodzi do przesilenia – słyszymy od wysoko postawionego polityka opozycji.”. Ta zajawka tekstu latała wczoraj po soszjalach i budziła żywe zainteresowanie (czytaj: wszyscy mieli z tego bekę). Mnie te reakcje nie dziwią ni cholery, bo jeżeli mam być szczery, to nie widziałem jeszcze bardziej idiotycznego planu. Ten, kto ów plan wymyślił, ma na temat polityki pojęcie znacznie mniejsze, niż komisja Macierewicza na temat tego, w jaki sposób należy badać katastrofy lotnicze. To jest tak bardzo głupie, że tego się nie da skomentować sensownie. Ale wiecie co? Potem jest jeszcze weselej, bo ten cytat ma ciąg dalszy, który nie zmieścił się w zajawce. Ta zajawka skończyła się na tym, jak to Kaczyński wychodzi na mównicę, zaczyna się wydzierać i „dochodzi do przesilenia”. Co miało się dziać potem? Otóż: „Rządząca koalicja się rozpada, PiS ma dwa wyjścia – albo wrócić do rozmów z całą opozycją i spełnić wszystkie jej warunki, albo ryzykować konstruktywne wotum nieufności. Wtedy opozycja idzie do znienawidzonego przez PiS Gowina, proponuje mu stanowisko marszałka Sejmu i jeśli Gowin się zgadza, wspólnie obalają rząd Premiera Tysiąclecia i powołują gabinet techniczny, który ma doprowadzić do przedterminowych wyborów.”


Chyba najbardziej rozbawił mnie fragment „Wtedy opozycja idzie do znienawidzonego przez PiS Gowina, proponuje mu stanowisko marszałka Sejmu i jeśli Gowin się zgadza (...)”. Innymi słowy: ten plan był tak bardzo „dopracowany”, że nikt nie miał pojęcia o tym, jak zachowa się Gowin. Tak swoją drogą, to ciekaw jestem, co też miałaby ta opozycja do zaproponowania Gowinowi. Tak, wiem, „stołek marszałka”. Tylko, że założenie planu było takie, że on tym marszałkiem to sobie będzie niezbyt długo, bo przecież chodziło o doprowadzenie do przedterminowych wyborów. I co dalej? Ktoś zaprosiłby Gowina na listy wyborcze? Bo jakoś tak mi się nie wydaje, żeby Gowin sam z siebie zrezygnował z bycia czynnym politykiem, zaś jego ugrupowanie z zarabiania dość dużych pieniędzy w ramach „bycia w koalicji”. Ciekawym, czy autorzy tego planu w ogóle się zastanawiali nad takimi drobnostkami. Bo nad tym, że PiS mógłby ratyfikować FO nie mając większości, jakoś tak się nie zastanowili. Sporo o tym już napisano (a ja o tym wspominałem w jednym se swoich Głośnych Tekstów), ale tak w telegraficznym skrócie: PiS mógł obejść brak większości w Sejmie na kilka sposobów. Część komentatorów (nie chodzi o komentariat) stwierdziła, że co prawda byłyby one niezgodne z Konstytucją, ale tę zgodność badałaby Julia Przyłębska z kolegami i koleżankami, tak więc na pewno by się okazało, że z żadną niezgodnością nie mamy do czynienia. Zamiast myśleć nad realnymi scenariuszami, autorzy planu woleli myśleć o tym, że jak Kaczyński zacznie się drzeć na mównicy, to się od tego koalicja rozleci. Oczyma wyobraźni widzę te setki (o ile nie tysiące) działaczy wraz z rodzinami, którzy słuchając Kaczyńskiego mówią: dobra, chuj tam z robotą, ze stołkami i pieniędzmi, tak dalej być nie może! Rozpierdalamy koalicję!


Pragnę w tym miejscu uprzejmie przypomnieć, że to flekowanie Lewicy za to, że „zdradziła” (ile to już trwa? Miesiąc?) bazowało na tym właśnie planie. Na planie, którego realizacja była równie realna jak to, że Adam Darski może zostać kolejnym papieżem (wystarczy, że doprowadzi do tego, że Franciszek wyjdzie przed kamery, zacznie krzyczeć i wtedy dojdzie do przesilenia!). Wydaje mi się, że znacznie gorsze od samego planu było to, że spora część polityków w niego uwierzyła. Skąd wiem, że uwierzyła? Ano stąd, że ta zajadłość, z którą napierdalano w Lewicę nie była udawana. Ci ludzie na serio uwierzyli w to, że niewiele brakowało do tego, żeby obalić rząd i zorganizować przedterminowe wybory. Ponieważ Lewica nie potrafi w komunikację polityczną, wszyscy byli skazani na „domyślanie się” o co chodziło (próżnię informacyjną momentalnie wykorzystał komentariat, który nawijał o tym, że będzie koalicja PiSu z Lewicą/etc.). Ja sobie gdybałem, że mogło być tak, że Lewica olała te rozmowy i „obalanie rządu”, bo uznała, że plan jest bezsensowny. Teraz okazuje się, że chyba jednak miałem trochę racji. Cieszy mnie to, że Lewica nie brała udziału w tej jebanej farsie. Niemniej jednak nie byłbym sobą, gdybym się do czegoś nie przypierdolił, tak więc niniejszym to czynię: nie jestem w stanie zrozumieć tego, czemu nikt z Lewicy nie wyszedł przed kamery i nie opowiedział o tym, jak wyglądał „plan obalenia rządu”, w którym Lewica nie chciała uczestniczyć.


Zacząłem tekst od przyznania się do błędu, teraz zaś przyszła pora na temat, w którym bardzo chciałbym się pomylić, ale niestety „miałem rację”. Otóż, w jednym ze swoich głośnych tekstów wspomniałem o tym, że być może Narodowy Program Szczepień idzie rządowi tak, jak większość innych narodowych rzeczy (czytaj: chujowo). O tym, że idzie średnio, powiedział (acz nie wprost) sam Dworczyk, który tak argumentował otwarcie rejestracji dla młodszych roczników (tak, chodzi o to „otwarcie”, które skończyło się spektakularnym fuckupem z terminami): „Spadła dynamika umawiania się na szczepienia i dlatego zdecydowaliśmy się uruchomić tę grupę ze stycznia w wieku 40-60 lat”. Gdyby ktoś zadał sobie trud przetłumaczenia tego zdania z Dworczykowego na polski, to brzmiało by ono mniej więcej tak: „skończyli się chętni ze starszych roczników”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w tym samym tekście zastanawiałem się nad tym, czy w KPRM ktokolwiek myśli o tym, jak zachęcić ludzi do szczepień i dodałem, że moim zdaniem kolejny spot z Pazurą może nie wystarczyć. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy w telewizorni zobaczyłem, że jednym z elementów „strategii”, mającej na celu zachęcanie Polaków do szczepień jest, między innymi, a jakże, kolejny spot z Pazurą.


Przez jakiś czas sobie dumałem nad tym, czy partia rządząca zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli chodzi o szczepienie, to idzie nam to tak trochę „nie bardzo”. A potem okazało się, że przegapiłem pewien złotonośny wywiad, którego Dworczyk udzielił DGP (Dziennika Gazeta Prawna). Gdy w trakcie wywiadu został zapytany o to, czy po zaszczepieniu wszystkich chętnych nabędziemy odporność zbiorową, odpowiedział: „Czym właściwie jest ta zbiorowa odporność? Profesor Grzegorz Gielerak mówi, że nabędziemy ją po zaszczepieniu 70 proc. populacji. Prof. Andrzej Horban oraz prof. Gut mówią o 50–60 proc., Francuzi – o 40 proc. Co mam powiedzieć jako polityk? W tej sprawie powinni wypowiadać się naukowcy, a nie politycy.”. Dzwonki alarmowe powinny się rozdzwonić każdemu czytającemu ten wywiad już w trakcie czytania fragmentu „Czym właściwie jest ta zbiorowa odporność”. Tak się bowiem składa, że to jest dość dobrze zdefiniowane pojęcie. Na tyle dobrze, że nawet członek Zjednoczonej Prawicy, który został oddelegowany do zawiadywania programem szczepień powinien być w stanie się tejże definicji nauczyć. Poza tym, nie oszukujmy się, gdyby wszystko ze szczepieniami szło dobrze, to Dworczyk nie zaczynałby odpowiedzi na pytanie o odporność zbiorową od jakichś filozoficznych rozważań w zakresie tego, czym tak właściwie jest ta odporność, bo takowe rozważania są w tym przypadku bardziej zbędne niż prostownik grzbietu u Gowina. Warto również zwrócić uwagę na końcówkę, w której Dworczyk twierdzi, że zdaniem Francuzów do osiągnięcia odporności zbiorowej (czymkolwiek ona jest) wystarczy 40% zaszczepionych.


Ktoś mógłby w tym momencie zacząć argumentować, że może ja tutaj nadinterpretuję wypowiedź Dworczyka, bo może on o tych Francuzach wspomniał w ramach ciekawostki, żeby pokazać, że naukowcy to się w sumie nie zgadzają za bardzo w kwestii tego, jak dużą część społeczeństwa trzeba zaszczepić, żeby dojechać do odporności zbiorowej. Tyle, że Dworczyk wspomniał o tym przynajmniej dwukrotnie. Za pierwszym razem w wywiadzie dla DGP, a za drugim w trakcie konferencji prasowej, która odbyła się 12 kwietnia 2021: „To są pytania, które powinno kierować się do naukowców i lekarzy, mogę powtarzać tylko informacje przekazywane przez nich. Te opinie są zróżnicowane. Francuscy naukowcy twierdzą, że wystarczy 40% populacji, żeby społeczeństwo nabrało odporność, w Polsce prof. Gut mówi o 50%, namawiam, żeby dyskusje tego typu prowadzić z naukowcami.”. Ponieważ jestem upierdliwy z natury, toteż sobie wpisałem w przeglądarkę angielską frazę „french scientists herd immunity”. Dosłownie pierwszy artykuł, który mi wyskoczył w tejże przeglądarce walił po oczach tytułem: „Covid-19: Why France needs to vaccinate 90 percent of adults” („dlaczego Francja musi zaszczepić 90% dorosłych”). Okazało się, że francuscy naukowcy po przeanalizowaniu sobie tego, co wyczyniał brytyjski wariant, doszli do takich, a nie innych wniosków. Cebulą na torcie jest to, że artykuł ów opublikowano 8 kwietnia 2021, tak więc cztery dni przed tym, jak Dworczyk opowiadał o „francuskich naukowcach” na konferencji prasowej.


Ja z góry przepraszam za to, że tak bardzo czepiam się tych 40%, ale wrzucenie tych 40% w debatę publiczną (powinniście być ze mnie dumni, tyle razy napisałem o tych procentach i nie rzuciłem ani jednym dowcipem nawiązującym do wódki), było po prostu kretyńskie. Wyobraźmy sobie bowiem taką hipotetyczną sytuacje, w której wyszczepiamy 40% pełnoletnich. Potem zaś przychodzi czwarta fala (bo oczywiście, że by przyszła) i foliarstwo spod znaku Konfederacji i innych fanklubów koronawirusa dostaje gigantyczną ilość paliwa, albowiem oni przeca już od dawna mówili, że szczepienia są takie i owakie, nikt im nie uwierzył, a teraz się okazuje, że „mieli racje”. Jednym z problemów, z którymi boryka się nasz kraj, jest pandemia. Niestety, nie mniej groźnym problemem jest tępa władza, która nie traktuje tej pandemii poważnie i uznaje ją za problem natury stricte wizerunkowej. Szczepienie idzie nam nie tak, jak trzeba? To sobie poszukamy takiej narracji, w myśl której jednak „wygrywamy”. Starsze roczniki nie chcą się rejestrować? To otworzymy rejestrację dla młodszych, żeby nikt się nie przypierdalał.


Na uwagę zasługuje również to, że Dworczyk z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczył, że no on to jest tylko politykiem i pytania o odporność zbiorową należałoby kierować do naukowców. I wszystko pięknie, ale ten Dworczyk chyba zapomniał, że może i jest jedynie politykiem, ale przy okazji jest pełnomocnikiem rządu ds. narodowego programu szczepień ochronnych przeciwko wirusowi SARS-CoV-2. Skoro zaś jest zawiadowcą programu, to powinien mieć styczność z naukowcami i raportami ich autorstwa, to po pierwsze. Po drugie, nieśmiało przypominam, że fanklub Dworczyka tłumaczył, że Dworczyk zbudował system szczepień „od zera” i porównywał to do operacji Overlord. Tak sobie myślę, że gdyby operację Overlord ogarniał jakiś Dworczyk, to pewnie by się nie odbyła, bo nikt nie wiedziałby jaką liczbę żołnierzy należy przetransportować przez kanał La Manche, celem przełamania niemieckiej obrony (aka Wał Atlantycki [kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie chodzi o wał w ujęciu Zjednoczono Prawicowym]), zdobycia przyczółków/etc. Warto też w tym miejscu nadmienić, że w pewnym momencie Dworczykowi się jednak odmieniło i zaczął opowiadać o tej odporności zbiorowej (być może dlatego, że w międzyczasie został naukowcem? Tego się nigdy nie dowiemy.), ale jak to mawia Wołoszański „nie uprzedzajmy faktów”.


W tym miejscu przyznam się wam do tego, że napisałem prawie cały, dość długi akapit tekstu, a potem, po wnikliwej analizie tegoż akapitu uznałem, że jest on cokolwiek niemądry. W tym kawałku mądrzyłem się na temat tego, że przeca z każdym projektem jest tak (a NPSz jest projektem), że jak się go tworzy, to wyznacza się jakieś cele. Wyznacza się również jakieś daty graniczne, po dojechaniu do których powinny zostać osiągnięte cele „cząstkowe”. Jeżeli zaś tych celów się nie osiągnie, to jest wyraźny sygnał, że trzeba jakieś strategie naprawcze wdrażać. Jak tak skończyłem pisać ten kawałek, to w głowie mej pojawiła się myśl „typie, piszesz o Zjednoczonej Prawicy, tam nikt nie wyznaczał żadnego celu, bo nikt niczego nie ogarnia”. Gdyby bowiem ktokolwiek czymkolwiek tam zarządzał, to pewnie zostałyby wyznaczone odpowiednie odsetki osób z konkretnych przedziałów wiekowych, które powinny się zarejestrować do tego, a tego dnia. Równolegle ktoś opracowałby jakieś strategie „zapasowe”, na wypadek, gdyby nie udało się osiągnąć zamierzonych celów. Ja przepraszam za katowanie was moją odmianą korpomowy (mam nadzieję, że docenicie to, że nie piszę o targetach). Jedyną „strategią zaradczą” Zjednoczonej Prawicy było otworzenie rejestracji dla młodszych roczników, bo dzięki temu udało się na jakiś czas przykryć to, że jeżeli chodzi o szczepienie starszych roczników to „nie jest dobrze”. Już po napisaniu powyższego dotarło do mnie, że to nie do końca prawda z tą jedną strategią zaradczą/naprawczą. Zjednoczona Prawica ma bowiem jeszcze jedną: niezależnie od tego, co się akurat zjebało, wszystkiemu winna jest Unia Europejska.


Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy są przyzwyczajeni do tego, że mogą wymyślać dowolnie idiotyczne narracje, bo opozycja i tak nie będzie w stanie ich w żaden sposób skontrować. Niemniej jednak to, co odjebali w ramach przykrywania fuckupu związanego z niewystarczającym zainteresowaniem szczepieniami w Polsce, to jest (cytując klasyka) jakieś, kurwa nieporozumienie. Otóż, wpadli na pomysł, żeby całą tę sytuację przedstawić jako dowód na wyższość polskiego narodowego programu szczepień, nad tymi z innych krajów. Wszystko zaczęło się od tego, że na portalu Deutsche Welle pojawił się artykuł o tytule z gatunku selfexplanatory: „Polacy w Niemczech. Po szczepionkę do Polski”, potem był lead „W Niemczech dopiero otwarto szczepienia dla osób poniżej 60. roku życia. Dla wielu młodych Polaków z Niemiec Polska stała się celem turystyki szczepionkowej.”. W artykule można było przeczytać wypowiedzi Polaków, którzy tłumaczyli, że: „Niemiecki system grup priorytetowych jest zbyt sztywny – ocenia Kamila, która pojechała z koleżankami na szczepienie do Krosna Odrzańskiego. Oczywiście, że trzeba chronić najbardziej zagrożonych – uważa – ale jeżeli chętnych w tych grupach jest mniej niż szczepionek, należy też pozwolić szczepić się ludziom spoza grup.”. Co zrozumiałe, zostało to momentalnie podchwycone przez media rządowe: „W Niemczech bez szans na szczepionkę, więc przyjeżdżają do Polski. Tu niemal od ręki” (to tytuł artykułu z portalu TVP Info).


W tekście na TVP Info można było przeczytać: „Wielu Polaków mieszkających w Niemczech jeździ do Polski na szczepienie przeciw COVID-19. Za Odrą dopiero otwarto szczepienia dla osób od 60. roku życia. W Polsce mogą się już rejestrować wszyscy dorośli. Niemieccy krewni i znajomi zazdroszczą im polskiego PESEL-u. – Nasza biurokracja nas wykończy – mówią.”. Tak więc widzicie. Niemcy ogarniają temat szczepień tak źle, że z pomocą Polakom mieszkającym w Niemczech musi iść Kapitan Polska, który wszystko ogarnia doskonale, albowiem #PolandStronk. Tyle, że te narracje mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nie mam w tym miejscu pretensji do Polki, która obserwując to, co dzieje się w Polsce (młodsze roczniki mogą się szczepić) uznała, że w Niemczech też by mogły, gdyby tylko im na to pozwolono, bo chętnych ze starszych roczników na pewno brakuje. Pretensji nie mam również do DW, bo oni jedynie cytowali to, co powiedzieli im Polacy. W chuj pretensji można mieć do ściemniaczy z mediów rządowych. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli porównamy dane odnośnie szczepień z Polski i Niemiec, to będziemy mogli w pełni docenić skalę kolejnego sukcesu, który poniesiemy razem z rządem Zjednoczonej Prawicy. Gdyby rację miała Polka, która twierdzi, że w Niemczech brakuje chętnych ze starszych roczników i można by było spokojnie szczepić młodych, to liczba przyjętych dawek na 100 obywateli powinna być niższa w Niemczech niż w Polsce. W rzeczywistości wygląda to tak, że w Niemczech jest to 53,4 dawki na 100 obywateli, zaś w Polsce jest to 47,1 dawki na 100 obywateli (dane są aktualizowane na bieżąco, ale obstawiam, że w momencie, w którym tekst „Niemców już nie ma” święcił triumfy w rządowych narracjach, wyglądało to podobnie). Żeby w pełni docenić to, o ile jesteśmy „lepsi od Niemców” trzeba mieć na uwadze to, że Niemcy dopiero na początku maja „otworzyły” rejestrację dla osób poniżej 60 roku życia.


Nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się, że w kontekście powyższego można bezpiecznie poczynić założenie, że Niemcy będą miały znacznie wyższy poziom wyszczepienia (czy jak się to tam fachowo nazywa) w grupach priorytetowych, niż nasz kraj. W związku z tym narracje rządowej machiny propagandowej, w których to narracjach Polska radzi sobie lepiej od Niemców, to jest jeden wielki jebany absurd. Gdyby w naszym kraju starsze roczniki szczepiły się tak samo chętnie, jak w Niemczech, to młodsze też czekałyby na swoją kolej. Ja, na ten przykład, mam spory dysonans. Z jednej bowiem strony cieszę się bardzo z tego, że zaszczepiłem się pierwszą dawką, że niebawem druga, że jak sobie odczekam trochę od tej drugiej będę mógł iść na siłownię i nie dostawać zawału za każdym razem, gdy ktoś na sali zakaszle. Jednakowoż z drugiej strony mam świadomość tego, że zaszczepiłem się tylko i wyłącznie dlatego, że starsze roczniki nie miały na to ochoty.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Nieco wcześniej pojechałem Wołoszańskim w temacie tego, jak to Dworczyk opowiadał, że w sumie to on jest politykiem i że o odporności zbiorowej to lepiej naukowców pytać/etc. Kilka dni  temu (19-05-2021) w mediach pojawiła się informacja, że jeżeli zsumujemy wszystkich zaszczepionych pierwszą dawką i tych, którzy się zarejestrowali na szczepienie, to będzie 48%. No i tak sobie myślę, że Michał Dworczyk powinien się z tego cieszyć, bo przecież mówił, że francuscy naukowcy stwierdzili, że wystarczy 40% zaszczepionych, żeby odporność zbiorowa wjechała na białym koniu. Jakiż był mój brak zdziwienia gdy się okazało, że wyżej wymieniony jegomość (chodzi o Dworczyka, nie o białego konia) skomentował to tak, że: „48 proc. zaszczepionych Polaków to zbyt mało, żebyśmy uzyskali odporność zbiorową”. W teorii, powinniśmy się wszyscy cieszyć z tego, że do rządzących nami tytanów intelektu dotarło, że mamy problem i że trzeba coś z tym zrobić. W praktyce z tej ich świadomości nic nie wynika, bo nie mają pojęcia „co dalej”. Nie mają pojęcia tak bardzo, że pełnomocnik rządu ds. narodowego programu szczepień ochronnych przeciwko wirusowi SARS-CoV-2, reagując na wpis trollicy internetowej (której popularność zbudowały rządowe media, powielając brednie jej autorstwa na temat Hiszpanii/etc.), która to trollica napisała (tym razem całkiem słusznie), że szczepienia w Polsce mogą „stanąć” na 50% zaszczepionych, napisał: „jak zwykle celnie - niestety nie jest to nieprawdopodobny scenariusz (w tym miejscu była smutna emotka)  jakieś sugestie?”. Ponieważ został za ten wpis zjebany na funty, zaczął tłumaczyć (w tłumaczenia włączył się też profil „szczepimy się”), że on tylko jest otwarty na sugestie, więc lewaki dupa cicho!
 

I wszystko byłoby super z tym słuchaniem sugestii, gdyby nie to, że to nie jest jakaś pierdolona komedia. Już nawet nie chce mi się wspominać o tym, że wrzucenie do tego wpisu smutnej emotki i tekstu, że to „realny scenariusz” przez pełnomocnika sugeruje, że ów ma to w dupie i nie dociera do niego, że jest, kurwa, odpowiedzialny za to, ilu Polaków się zaszczepi, bo jest (uwaga capslock) PEŁNOMOCNIKIEM RZĄDU DS. NARODOWEGO PROGRAMU SZCZEPIEŃ. Typ, który ma do dyspozycji praktycznie cały aparat państwowy, prosi o sugestie na Twitterze. W kraju, którego władze wywaliły w błoto 70 baniek na wybory, które się nie odbyły nikt nie wpadł na to, że może by tak, na ten przykład wydać trochę grosza na jakieś badania? No wiecie, żeby sprawdzić, ile osób się zaszczepi, a ile nie chce tego robić. Potem zaś dorzucić jakieś badania jakościowe i sprawdzić, z jakich przyczyn jedni chcą się szczepić, a drudzy nie chcą. Gdyby się takowe informacje miało, to można by było sobie zaplanować jakieś działania, dzięki którym można by było spróbować przekonać „nieprzekonanych” (a do tego, wzmocnić postawy u tych, którzy chcą się szczepić, bo, śmieszna sprawa, takie postawy mogą ulegać zmianie). Potem można by to było potraktować ewaluacją i badać, jak się to zmienia z miesiąca na miesiąc. Jeżeli władzy szkoda pieniędzy, to można było poprosić o pomoc instytuty socjologii, psychologii i innych logii, w ramach studiowania których studenci zajmują się badaniami społecznymi. Te instytuty z przyjemnością by pomogły, a studenci biorący udział w projektach wreszcie mogliby mieć świadomość uczestnictwa w czymś, co ma sens (nie żeby robienie badań jakiemuś panu doktoru w ramach obozów badawczych nie miało sensu. W życiu bym czegoś takiego nie napisał!). No, ale kto by się tam zajmował takimi pierdołami, skoro można mieć cały ten program szczepień w dupie. W razie jakichkolwiek problemów rządowe media i tak powiedzą, że u nas jest lepiej i wszyscy nam wszystkiego zazdroszczą. Co prawda, fuckup ze szczepieniami może doprowadzić do kolejnych fal zachorowań, ale nasi rządzący mają ważniejsze sprawy na głowie. Jakież to sprawy? Ano np. takie, żeby przekonywać wszystkich dookoła, jak to wszystko dobrze idzie i jak nam tego wszystkiego zazdroszczą wszyscy dookoła. Aż dziw bierze, że w TVP nie było jeszcze paska „Niemcy wściekli na polski program szczepień!”


Zjednoczona Prawica jest momentami cholernie niespójna w swoich działaniach, ale jest jedna płaszczyzna, na której praktycznie nie ma odstępstw od normy. Tą płaszczyzną jest absolutny wręcz brak poczucia odpowiedzialności za swoje własne działania. Dla obecnej władzy najważniejsze nie jest to, żeby zrobić coś dobrze, ale żeby przekonać wszystkich dookoła, że wszyscy inni na jej miejscu zrobiliby to znacznie gorzej. Rządzący nie dopuszczają do siebie myśli „pomyliliśmy się”. Tę „nieomylność” było widać, gdy minister Niedzielski opowiadał o tym, że co prawda otwarcie szkół w trybie stacjonarnym przyczyniło się do rozwoju drugiej i trzeciej fali (żodyn się tego nie spodziewał), ale, na ten przykład, otwarcia szkół w styczniu nie można traktować w kategoriach błędu, ale w kategoriach takich, że „jesteśmy po bardzo długim zamknięciu szkół”. Tu warto sobie zadać pytanie odnośnie tego, „do czego doprowadziło otwarcie szkół” i dlaczego tym czymś było, między innymi, ponowne ich zamknięcie. Teraz pora na moją ulubioną zabawę „co by było, gdyby”. Tak więc, wyobraźmy sobie, co by było, gdyby role były odwrócone (ktokolwiek inny by rządził, a PiS był w opozycji). Coś mi mówi, że pięć minut później PiS zrobiłby pierwszą konferencję prasową na tle cmentarnej bramy. W trakcie tej konferencji Jarosław Kaczyński opowiadałby o tym, że słowa szefa MZ powinny zostać zbadane, bo jeżeli ów twierdzi, że otwarcie szkół przyczyniło się do rozwoju pandemii, ale nie było błędem, to znaczy, że doprowadzenie do śmierci kilkudziesięciu tysięcy ludzi było zaplanowane. Pięć minut po konferencji w Sejmie złożono by pierwsze wnioski o powołanie komisji śledczych w tej sprawie.


Czy chciałbym takiej samej reakcji ze strony obecnej opozycji? Szczerze mówiąc, nie wiem. Wiem natomiast, że chciałbym jakiejkurwakolwiek reakcji. Teraz bowiem wygląda to tak, że PiSowi udaje się zwalać winę za to, co się stało „na nieprzewidywalnego wirusa” (mimo, że od cholery osób mówiło o tym, że otwarcie szkół może się źle skończyć). I nie, tu nie chodzi o surfowanie na trumnach analogiczne do tego, które uprawiał PiS po katastrofie smoleńskiej, jest bowiem szerokie spektrum zachowań pomiędzy „wyjebane”, a „spisek i trotyl, dejcie Antka z jego komisją!”. Brak działań opozycji sprawia, że Genialny Strateg może w trakcie wywiadu opowiadać o tym, że: „Z powodu COVID-19 i z powodu innych okoliczności zmarło w Polsce przeszło 100 tys. ludzi. Można powiedzieć, że była to prawdziwa zaraza.”. Nie chodzi o to, że Kaczyński nie ma racji, mówiąc o tym ile osób zmarło, ale jakoś tak zupełnie pomija to, że jego partia się bardzo, ale to bardzo przyczyniła do tego. A opozycja i dziennikarze na to pozwalają.


Na koniec tematów covidowych zostawiłem sobie wybitne osiągnięcie polskiego parlamentaryzmu: „Powstał Parlamentarny Zespół ds. Sanitaryzmu. Do jego zadań należeć będzie m.in. monitorowanie i analizowanie problemów związanych z poszanowaniem i ochroną konstytucyjnie gwarantowanych praw i wolności obywatelskich w obliczu wyzwań dot. bezpieczeństwa sanitarno-epidemiologicznego oraz podejmowanie interwencji”. Założycielką tego zespołu jest Anna Siarkowska zaś: „Obok Siarkowskej, która objęła funkcję przewodniczącej, w zespole zasiadają również: Mariusz Kałużny (wiceprzewodniczący, Solidarna Polska), Małgorzata Janowska (sekretarz, PiS), Agnieszka Górska (PiS), Sławomir Zawiślak (PiS) oraz Janusz Kowalski (Solidarna Polska).”. Tak, jeżeli czegoś w Polsce potrzebujemy, to parlamentarnego zespołu, który będzie zwalczał reżim sanitarny. I znowuż, Zjednoczoną Prawicę należałoby bezlitośnie chłostać medialnie za to, że nie wypierdoliła ze swoich szeregów osób odpowiedzialnych za powstanie tego „zespołu”. Tak swoją droga, bardzo „prawicowe” jest to, że każda z osób, zasiadających w tej komisji, w innych okolicznościach bardzo chętnie opowiadałaby o tym, jak to „trzeba chronić życie od momentu zapłodnienia komórki jajowej, aż do śmierci”. Te same osoby bez mrugnięcia okiem podejmują działania, które mogą doprowadzić do śmierci wielu osób (bo tym się właśnie kończy walka z obostrzeniami). I nie, nie wierzę w to, żeby tego rodzaju twór powstał bez wiedzy i przyzwolenia zawiadowców Zjednoczonej Prawicy. Obstawiam, że jest to subtelny plan walki o elektorat z Konfederacją.


Wielokrotnie produkowałem się już w temacie „wielonarracji”, którą stosuje PiS (tej metody nauczyli się od Trumpa). W telegraficznym skrócie, w „wielonarracji” chodzi o to, żeby zawalić odbiorców maksymalną liczbą narracji, które mogą być ze sobą sprzeczne, bo w ostatecznym rozrachunku nie będzie to miało najmniejszego znaczenia (dlatego, że właściwe narracje trafiają do właściwych odbiorców, że tak to ujmę „pojedynczo”). W przypadku pandemii PiS stosuje dokładnie tę samą metodę. Tyle, że w tym konkretnym przypadku problem polega na tym, że powielane są również skrajnie antynaukowe i foliarskie narracje. Choć samej Zjednoczonej Prawicy to nie szkodzi, to jednak szkodzi nam wszystkim, bo przez te narracje ludzie mogą nie chcieć się szczepić (no bo skoro nawet politycy partii rządzącej mówią o czymś, to pewnie musi być prawda, co nie?). Ponieważ dla partii rządzącej w naszym kraju pandemia jest problemem stricte wizerunkowym, nikt się tam szczególnie nie przejmuje tym, że w efekcie powielania tych, czy innych narracji umrze więcej Polaków. Władza z jednej strony toleruje (i wspiera) działania takie, jak powołanie takiego gówno zespołu parlamentarnego, a z drugiej strony tworzy narracje, w których tłumaczy się suwerenowi, że to, że się ludzie nie chcą szczepić, to jakieś niemalże nienaruszalne prawo natury (albo jakaś fizyczna stała), z którą nic się nie da zrobić, tak więc władza nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. A w tle tego wszystkiego jest opozycja i dziennikarze, którzy nadal, kurwa, nie mają żadnego pojęcia o tym, dlaczego PiS ma takie, a nie inne słupki sondażowe (nie, nie chodzi o to, że ktoś się „sprzedau za pincet złoty”).   


Nieco wcześniej zacytowałem fragment wywiadu z Genialnym Strategiem. W tym wywiadzie padło wiele zajebistych wypowiedzi, ale moim zdaniem, najbardziej spektakularna była ta, w której Żoliborski Arystokrata Rozumu odniósł się do kwestii aborcji: „Ale też wiem, że są ogłoszenia w prasie, które każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej.”. Jakiż był mój brak zaskoczenia, gdy okazało się, że ten wysryw nie spotkał się z żadną krytyką ze strony tej części komentariatu, który opowiadał brednie o tym, że PiS jest lewicowy, że wrażliwość społeczna, że to, że tamto, że sramto. Gdy okazuje się, że prawo wprowadzane przez partię Jarosława Kaczyńskiego uderza w głównej mierze w biednych (bo jak ktoś ma pieniądze, to może mieć na to prawo wypierdolone), w kręgach, które wcześniej wychwalały „lewicowość PiSu”, zapada taka niezręczna cisza. Ktoś mógłby powiedzieć, że gdyby te osoby miały odrobinę RiGCzu, to posypałyby głowę kawałkami podartych ulotek wyborczych Zjednoczonej Prawicy. Tyle, że gdyby te osoby miały tę odrobinę RigCzu, to nigdy nie opowiadałyby bredni o „lewicowości” PiSu.


Kaczyński jest człowiekiem, który bardzo, ale to bardzo stara się wszystkim udowodnić, że jest intelektualistą. Stara się to robić po to, żeby machina propagandowa mogła potem opowiadać o tym, jaka to intelektualna przepaść dzieli go od liderów innych formacji. Temu mają służyć te wszystkie „mądre słowa”, które Jarosław Kaczyński na siłę upycha w praktycznie wszystkich swoich wypowiedziach. Mechanizm jest zawsze taki sam. Najpierw Arystokrata Rozumu wrzuca kilka „trudnych słów” w wypowiedziach, potem jego kamaryla (owszem, musiałem), zaczyna się tym jarać, a następnie drony zaczynają to rozrzucać po soszjalach. Tym razem, co prawda, nie było „trudnych słów”, ale były przemyślenia Genialnego Stratega w temacie tego, jak działa prawo:


- Czy pan uważa, że wiceambasador, który interweniował w Czechach, żeby nie ułatwiano Polkom przerywania ciąży, zachował się właściwie? Polska teraz będzie interweniowała w krajach ościennych w tej sprawie?


-To jest pytanie o to, czy prawo ma charakter terytorialny czy personalny. Kiedyś miało charakter personalny, szło za człowiekiem. Później zwyciężył pogląd, że prawo ma charakter terytorialny. Jako prawnik mogę powiedzieć, że to jest spór, którego tutaj nie rozstrzygniemy.


- Nie chcemy tego rozstrzygać. Zastanawiamy się tylko, czy inni ambasadorzy będą podejmowali takie same inicjatywy?


- Nie sądzę, ale to jest ich decyzja. Obawiam się, że zasada terytorialna będzie dzisiaj decydowała.


Primo: tak, na pewno było tak, że ten wiceambasador tak sam z siebie wyskoczył z tą interwencją i nikt w Zjednoczonej Prawicy o tym nie wiedział (wszak pod rządami Zjednoczonej Prawicy samodzielność polskich placówek dyplomatycznych jest legendarna). Secundo: jak podesłałem ten fragment znajomym prawnikom, to mi powiedzieli, że wszystko spoko, ale Arystokrata Rozumu pierdoli głupoty i podrzucili mi taką ściągę, z której wynikało, że Dohtor Prawa tak trochę nie bardzo się zna na prawie. Tertio, gdybym był złośliwy, to bym napisał, że jakiś czas temu podobne rozkminy na temat „zasady terytorialnej” zapewne prowadziła Arystokracja Rozumu z południowych stanów, której stany północne uniemożliwiały polowanie na niewolników, którzy uciekli „na północ”. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o przejście do kolejnego punktu. Quatro, to zabawne, że akurat Jarosław Kaczyński wspomina o tym, że „obawia się, że zasada terytorialna będzie dzisiaj decydowała” (czymkolwiek by ta „zasada terytorialna” nie była w rozumieniu Jarosława Kaczyńskiego), albowiem to jego własna partia cierpi na straszliwe zesrańsko, ilekroć ktoś podnosi argument, że może by tak Polska uznawała małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą: „Uznawanie małżeństw jednopłciowych zawartych w innych krajach powinno być zastopowane na drodze ustawowej. Powinniśmy się także bronić przed adopcją dzieci przez pary jednopłciowe - mówi w wywiadzie dla DGP Michał Wójcik, minister w KPRM.”. To jak to jest z tą „zasadą terytorialną”? Dobra? Zła? Trochę się pogubiłem. Quinto, w te rozważania Arystokraty Rozumu idealnie wpasowuje się to, że Polska nie chciała dołączyć do Prokuratury Europejskiej. Tutaj jakoś tak ta „zasada terytorialna” jest spoko, bo dzięki niej można chronić „swoich” (jak tam sprawa Czarneckiego? Już wyjaśniona?). Sexto, nie, ja tu nie chcę zaczynać dyskusji o prawie, bo nie znam się na nim ni chuja (tak więc znam się na nim lepiej od Sebastiana Kalety, ale to bardzo nisko zawieszona poprzeczka). Chodzi mi jedynie o wykazanie idiotyzmu w wypowiedzi Genialnego Stratega, który usiłuje swoim quasiintelektualnym pierdoleniem bronić decyzji i działań, których nie da się w żaden sposób obronić. Aż dziw bierze, że Kaczyński nie ograniczył się do stwierdzenia, że wiceambasador zrobił to, co zrobił, ze względu na „imperatyw moralny”, albo nie powiedział, że Czechy się bezczelnie wtrącają w wewnętrzne sprawy Polski.  
 

Na końcu poprzedniego Przeglądu wspomniałem o tym, że dwa tematy mi się nie zmieściły i że pochylę się nad nimi w następnym Głośnym Tekście. Pierwszym z tych tematów był nieudany reenacting Smoleńska. „W lipcu 2020 samolot z prezydentem Andrzejem Dudą przez cztery minuty leciał bez formalnej kontroli z ziemi, w przestrzeni dostępnej dla każdego statku powietrznego.”. Czemu lecieli bez formalnej kontroli z ziemi? Ano temu, że kontroler pracuje do konkretnej godziny i o tej konkretnej godzinie ma skończyć robotę, amen. Co zrozumiałe, w kraju, w którym mienie wyjebane na wszelkiej maści procedury to powód do dumy, coś takiego, jak brak kontrolera, nie mogło nikogo powstrzymać przed startem. Równie zrozumiałe jest to, że absolutnie nikogo nie obchodziło to, że taki samolot „bez kontroli” mógł doprowadzić do katastrofy lotniczej i po prostu przyjebać w inny samolot. Zastanawiam się nad tym, jakim kretynem trzeba być, żeby w takich sytuacjach wywierać naciski na pilotów. Bo to nie jest sytuacja w rodzaju „a chuj, pojadę se bez biletu, najwyżej zapłacę mandat”, tylko „a chuj, polecę se bez kontrolera, najwyżej zginę w katastrofie lotniczej, YOLO!”. W trakcie postępowania doszło do prawdziwego nieszczęścia, przez które władza nie będzie mogła udowodnić wszystkim niedowiarkom, że ktokolwiek naciskał na pilotów w sprawie startu. Otóż: „W niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły nagrania z kokpitu maszyny, którą leciał prezydent”. Strasznie pechowa ta nasza władza... Potem było jeszcze ciekawiej, bo Wirtualna Polska dotarła to stenogramów rozmów, które po tym nieudanym reenactingu finałowego odcinka drugiego sezonu Breaking Bad („ABQ”),prowadziły ze sobą pewne Ważne Osoby. Jedną z nich był Marcin Horała, który doradzał innym Ważnym Osobom „co robić”: „Instytucje powinny trzymać taki profesjonalny przekaz"- pisze na grupie Marcin Horała. I dodaje: "Natomiast politycy to IMHO powinni iść na ostro: kolejna wrzutka Laska, próba puszczenia szczura na ostatniej prostej kampanii, źródło niewiarygodne, mimo wszystko nie lekceważymy, sprawdzimy, ale na spokojnie po wyborach”. Of korz, żadnego „sprawdzania po wyborach” nie było. Miałem w tym miejscu napisać o tym, że Smoleńsk nie nauczył tych kretynów niczego, ale to nie byłaby prawda. Smoleńsk nauczył ich tego, że odpowiedzialność za wszystko można zwalać na innych. Dla przypomnienia osoba, która organizowała lot do Smoleńska poniosła takie konsekwencje, że aż miała okazję przejebać 70 baniek organizując wybory, które się nie odbyły. Smoleńsk nauczył ich tego, że wszystko można „zespinować” i wszystko można wykorzystać do walki politycznej.  Dla nich kolejna katastrofa lotnicza byłaby jeszcze jednym tematem do spinów i karmienia ludzi narracjami o tym, że „to pewnie kolejny zamach”. Idealną pointą do tego kawałka Przeglądu będzie wypowiedź Pawła Solocha, który jest szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego: „Samolot znajdował się poza kontrolą przez kilka minut? To niesmaczne. Kwestię sprzed ponad roku podniesiono w kontekście katastrofy smoleńskiej. To niegodziwe”.  


No dobra, jeden z zaległych tematów mamy za sobą, teraz pora na drugi. Tematowi temu media poświęciły trochę uwagi, ale potem o nim zapomniały. Chodzi o mizianie Zjednoczonej Prawicy z kolejnym proputinowskim politykiem europejskim, Matteo Salvinim. Gwoli ścisłości, jest to kolejny przykład na to, jak bardzo skuteczna jest Zjednoczona Prawica w narzucaniu swoich narracji i jak słabi są polscy dziennikarze (pewnie spodziewaliście się tego, że w tym miejscu będzie coś o opozycji) oraz opozycja (nie pomyliliście się) w zwalczaniu tych narracji. Fidesz Orbana odszedł z Europejskiej Partii Ludowej. Przyczyna odejścia była taka, że gdyby Fidesz tego nie zrobił, to pewnie zostałby z EPL wywalony (albo zawieszony). Pod koniec marca w Budapeszcie doszło do spotkania Premiera Tysiąclecia z Viktorem Orbanem i Matteo Salvinim. Spotkanie to zostało obkomentowane, albowiem komentariat (tym razem całkiem przytomnie [co nie jest normą dla komentariatu]) zwracał uwagę na miłość do Putina, którą pałają rozmówcy Premiera Tysiąclecia. Zamiast odpowiadać na słuszne zarzuty, Zjednoczona Prawica po raz kolejny wrzuciła do debaty publicznej swój przekaz: "Cała europejska niby-chadecja trzęsie portkami, że w Parlamencie Europejskim powstaje prawicowa siła, która ją zepchnie do opozycji". Autorem tych słów był Ryszard Terlecki. Nieco później pociągnął temat stwierdzając, że spotkanie w Budapeszcie: „wywołało prawdziwą panikę w brukselskich salonach liberalnej lewicy, ale także u naszej zaściankowej opozycji”. Jak dodał: "powodem wcale nie jest krytyka unijnych działań dotyczących szczepionek, ale zapowiedź politycznego przełomu we władzach UE i w Parlamencie Europejskim. (…) Jest oczywiste, że taka zmiana układu sił, tym bardziej że w grudniu tego roku, czyli w połowie kadencji, wybrane zostaną nowe władze i obsady wielu unijnych instytucji i biur, może spowodować w Brukseli prawdziwe trzęsienie ziemi”.


Narracje te śmigały sobie spokojnie po Zjednoczono Prawicowych soszjalach i absolutnie, kurwa, nikomu nie chciało się tego wszystkiego prostować. Przez moment załóżmy, że dojdzie do porozumienia i Liga Północna (28 europosłów) oraz Fidesz (12 europosłów) dołączą do Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (63 europosłów). W tym miejscu pora na krótką dygresję. Po raz pierwszy miałem problem z ustaleniem liczby posłów jakiejś formacji. Ryszard Terlecki twierdzi, że ECR ma 63 europosłów. Według wikipedyjnej strony ECR (w języku polskim) ugrupowanie to ma europosłów 61, zaś według anglojęzycznej jest ich 62. Na wikistronie Europarlamentu (polskojęzycznej) stoi, że ECR ma 61 członków, jeżeli zaś przeskoczymy sobie na język angielski, to się okazuje, że jest ich 73. Jeżeli wejdziemy sobie na stronę ECR, to tam z kolei przeczytamy, że tych członków jest 70 (aczkolwiek tutaj z kolei jest ten problem, że nie są to dane z obecnej kadencji). W takich chwilach zaczynam rozumieć Szacha Researchu, albowiem zamiast się, za przeproszeniem, pierdolić z tymi stronami, łatwiej byłoby wrzucić tu dowolną liczbę. No, ale to dygresja tylko. Wróćmy do meritum. Zakładamy, że wszystko pójdzie tak, jak tego chce Zjednoczona Prawica Fidesz i Liga Północna (która obecnie jest w ugrupowaniu „Tożsamość i Demokracja") dołączą do ECR. W sumie da nam to ugrupowanie, które ma 103 europosłów.  Terlecki twierdzi, że takie ugrupowanie jest w stanie zatrząść Parlamentem Europejskim i że to właśnie (a nie mizianie się z proputinowskimi politykami) jest przyczyną, dla której Zjednoczona Prawica jest krytykowana. Czy tak jest w rzeczywistości? No oczywiście, kurwa, że nie. Wszystkich eurodeputowanych jest 705. Europejska Partia Ludowa (tu znowu był, kurwa, problem z ustaleniem liczby) ma ich 187, Partia Europejskich Socjalistów 145. Co prawda ECR ze swoimi 103 członkami byłby trzecią partią w Europarlamencie, ale to nadal nie zmieniłoby układu sił w tymże. Owszem, Fidesz odszedł z Europejskiej Partii Ludowej, ale to było tylko 12 europosłów, więc raczej niewiele zmienia to w ogólnym rozrachunku.  


Na temat kondycji intelektualnej Terleckiego mam zdanie takie, a nie inne, ale nawet on musi wiedzieć, że te transfery nie są w stanie w żaden sposób wpłynąć na Parlament Europejski. Terlecki musi wiedzieć, że nikt w Brukseli nie boi się tego, że ECR może powiększyć stan posiadania z 63, do 103 eurodeputowanych (kosztem Tożsamości i Demokracji). Czemu więc wygadywał te bzdury? Żeby przykryć to, że jego partia mizia się z politykami o jawnie proputinowskich poglądach. Czy mu się to udało? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że ponieważ nikt nie prostował tych kretynizmów o „przerażeniu Brukseli” i nie zestawił wypowiedzi Terleckiego z liczbami, ta narracja mogła być częściowo skuteczna. Na pewno nie zaszkodziłoby odpytanie Terleckiego z tego, ilu eurodeputowanych mają poszczególne ugrupowania w Europarlamencie i w jaki sposób wyobraża sobie zepchnięcie do opozycji partii, które mają większość w europarlamencie. Co prawda nie przepadam za Terleckim, ale odpowiedzi na takie pytanie z przyjemnością bym posłuchał.


Znowuż się rozpisałem i znowuż nie zmieściły mi się w tekście wszystkie tematy, które chciałem do niego wrzucić. Tak więc na temat Instytutu, O Którym Nie Można Mówić Wiecie Czego, a konkretnie zaś o uczelni założonej przez tę organizację, będzie w kolejnym odcinku. Wspomnę w nim również o tym, jak doskonale sobie radzi pewną komisja, powołana przez Zjednoczoną Prawicę po to, żeby nikt nie mógł zarzucić partii, której szef darł mordę „wara od naszych dzieci” tego, że ma wyjebane na problem instytucjonalnego tuszowania pedofilii przez Kościół.


Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,27082075,bartlomiej-wroblewski-nie-bedzie-nowym-rpo-marszalek-grodzki.html

https://www.wprost.pl/kraj/10439249/piotr-ikonowicz-nie-bedzie-rpo-borys-budka-tlumaczy-brak-poparcia-ko.html

https://dorzeczy.pl/kraj/183195/awantura-po-slowach-dziennikarki-ostra-reakcja-lewicy.html

https://www.wprost.pl/kraj/10447875/fundusz-odbudowy-nitras-nie-wierzyl-w-rzad-techniczny.html

https://www.newsweek.pl/polska/polityka/jak-lewica-dogadala-sie-z-pis-kulisy-spisku/fv048hc

https://oko.press/ratyfikacja-funduszu-odbudowy-ue-rozbije-rzad-pis/

https://www.money.pl/gospodarka/szczepienia-deklarowales-chec-w-styczniu-jesli-masz-co-najmniej-40-lat-zaraz-cie-zaszczepia-6624301619395520a.html

https://www.gazetaprawna.pl/magazyn-na-weekend/artykuly/8129340,dworczyk-szczepionki-to-nie-problem-wywiad.html

Coby nie być gołosłownym, pierwsza lepsza definicja odporności zbiorowiskowej:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Odporno%C5%9B%C4%87_zbiorowiskowa

https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-konferencja-prasowa-michala-dworczyka-nowe-informacje-ws-szczepionek-6628231546558593a

https://www.france24.com/en/europe/20210408-covid-19-why-france-needs-to-vaccinate-90-percent-of-adults-to-return-to-normal-life

https://twitter.com/PSzrot/status/1378044409145614337

https://www.dw.com/pl/polacy-w-niemczech-po-szczepionk%C4%99-do-polski/a-57468204

https://www.tvp.info/53761761/turystyka-szczepionkowa-polacy-z-niemiec-przyjezdzaja-do-kraju-na-szczepienie-przeciw-covid-19

Jeżeli kogoś interesuje to, jak wygląda poziom wyszczepienia w różnych krajach, to polecam stronę:

https://ig.ft.com/coronavirus-vaccine-tracker/?areas=eue&cumulative=1&populationAdjusted=1

Tekst o „zdradzie lewicy” jest za paywallem (ale może to i lepiej, bo po jego lekturze doszedłem do wniosku, że im mniej osób go przeczyta, tym lepiej):

https://www.newsweek.pl/polska/polityka/jak-lewica-dogadala-sie-z-pis-kulisy-spisku/fv048hc

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,27101491,michal-dworczyk-mamy-48-proc-zaszczepionych-albo-zapisanych.html

https://twitter.com/michaldworczyk/status/1395237441582272516

https://twitter.com/PanZolty/status/1395448828363517954

https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/niedzielski-otwarcie-szkol-przyczynilo-sie-do-rozwoju-pandemii/8xey4n8

https://fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/adam-niedzielski-otwarcie-szkol-przyczynilo-sie-do-rozwoju-epidemii,1059918.html

https://www.wprost.pl/kraj/10449780/jaroslaw-kaczynski-dla-wprost-kazdy-moze-zalatwic-aborcje-za-granica.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,27097475,poslowie-znalezli-kolejna-ideologie-przed-ktora-chca-nas-bronic.html

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/koronawirus-niedzielski-o-szczepieniach-dochodzimy-do-punktu-przesilenia/hhpnj6p

https://wiadomosci.wp.pl/ujawniamy-oto-jak-tuszowano-incydent-z-udzialem-prezydenta-dudy-6630853453376352a

Krótka notka o Sasinie:

https://www.facebook.com/PutiniSatyra/posts/173220204645556

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8081518,wojcik-powinnismy-ustawowo-blokowac-uznawanie-malzenstw-jednoplciowych-wywiad.html

https://oko.press/pis-nie-przystapi-do-prokuratury-europejskiej-boi-sie-nadzoru-ue-nad-sledczymi-ziobry/

https://twitter.com/Gosc_RadiaZET/status/1385133985240698880

https://wpolityce.pl/swiat/541526-fidesz-oficjalnie-opuszcza-epl

https://tvn24.pl/polska/ryszard-terlecki-o-spotkaniu-premiera-morawieckiego-w-budapeszcie-cala-europejska-niby-chadecja-trzesie-portkami-5057388

https://wpolityce.pl/polityka/546369-jak-zareaguje-bruksela-terlecki-po-spotkaniu-w-budapeszcie

https://en.wikipedia.org/wiki/European_Conservatives_and_Reformists

https://pl.wikipedia.org/wiki/Liga_P%C3%B3%C5%82nocna

https://pl.wikipedia.org/wiki/Fidesz

https://pl.wikipedia.org/wiki/Parlament_Europejski

https://www.europarl.europa.eu/elections-2014/pl/political-groups/european-conservatives-and-reformists-group