Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sondaże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sondaże. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2025

Ostatni dzwonek

  Uwaga natury ogólnej (a w sumie to trzy). Po pierwsze, pierwotnie ten tekst miał nosić tytuł „Musimy porozmawiać o polskich sondażowniach”, ale potem się rozrósł w inne strony i tytuł już nie pasował za bardzo (choć o sondażowniach będzie sporo). Po drugie, ten „ostatni dzwonek” nie odnosi się do zbliżającej się drugiej tury, ale do nieodległej przyszłości. Po trzecie, w tej notce będzie bardzo mało optymizmu (You have been warned). Tyle tytułem wstępu.

Zanim zaczniemy się pastwić nad wynikami wyborów, pozwolę sobie na krótki trip down the memory lane. Dawno dawno temu, gdy byłem jeszcze dużo młodszy, studiowałem sobie socjologię. Na jednym z kursów (o czym pewnie już wspominałem wielokrotnie w ramach pastwienia się nad sondażami), dostaliśmy do czytania tekst poświęcony sondażom właśnie. Wnioski z tekstu były takie, że nie powinniśmy się sugerować sondażami, bo one badają to, co się dzieje, no cóż, w momencie, w którym są przeprowadzane. Może być więc tak, że jakaś sondażownia zrobi swoje badania, dajmy na to, w piątek, a w sobotę ludzie będą mieli na badany temat już zupełnie inne zdanie.


W tym tekście się pojawiła taka trochę zabawna teza, że z tymi sondażami to jest tak, że one są przeważnie traktowane jako dupochrony dla CEO, w momencie, w którym się okazuje, że jakaś decyzja poszła nie po ich myśli. No bo jeżeli taki CEO podejmie złą decyzję i ktoś będzie go chciał za to rozliczyć (a ktoś na pewno będzie chciał), to taki CEO wtedy wyciąga cały wagon sondaży i pokazuje, że on swoją decyzję oparł na dostępnych informacjach/etc.

A teraz wróćmy z tej wycieczki w przeszłość Piknika do czasów obecnych. Te czasy obecne wyglądają tak, że gdziekolwiek i kiedykolwiek pojawi się jakikolwiek sondaż, na którym kandydat X będzie miał pik poparcia, to środowisko, z którego się  kandydata X wywodzi, tenże właśnie sondaż wrzuci na swoje SM-y i zacznie się tym chwalić (rzecz jasna, równocześnie przekonując, że to właśnie ich zasługa, że to poparcie jest tak wysokie).

Dodajmy do tego taki drobny szczegół jak to, że polskie sondażownie mają długą historię, ahem, fawyrozowania różnych kandydatów i partii. Z tego też powodu od dłuższego czasu zerkam praktycznie wyłącznie na średnią sondażową, bo ona, w przeciwieństwie do pojedynczych sondaży, potrafi pokazać jakiś trend (nawet przy założeniu, że sondażownia X przeszacuje jednego polityka, a sondażownia Y drugiego). To właśnie ze średniej sondażowej, na ten przykład, wynikało, że PiS będzie miał problemy w 2023.

No ale teraz mamy rok 2025 i okazuje się, że średnią sondażową również można sobie wsadzić tam, gdzie PSL ma: prawa kobiet, sytuację mieszkaniową w Polsce, prawa elgiebetów/etc. Weźmy takiego np. Brauna. Wynik wyborczy miał lepszy od jakiegokolwiek sondażu. Ktoś może powiedzieć „może ludzie się wstydzili”, no ale jeżeli tak, to nie wszyscy i nie zawsze, bo 5% z hakiem mu się zdarzało. Podobnie z Mentzenem. O ile w przypadku Brauna było widać wzrost poparcia w ostatnich sondażach (ale znowuż, 6% to on w żadnym nie oglądał), to Mentzenowi poparcie sondażowe spadało. Albo Karol Nawrocki, który w okolicach 30% słupka sondażowego bywał bardzo rzadko. A nawet jeżeli już tam bywał, to Rafał Trzaskowski zawsze miał nad nim bezpieczną 5-6% przewagę.

Wiecie, to jest ten moment, w którym ludzie zaczynają wierzyć w teorie spiskowe. No bo jak to możliwe, że według średniej sondażowej prawica powinna mieć w wyborach (pi razy oko) 8-10% niższe poparcie? Ok, rozumiem, można po prostu spieprzyć sondaż. No ale można (o czym pisałem parokrotnie) ten sondaż celowo zrobić tak, żeby był, „towarem zgodnym z zamówieniem”. W takim momencie bardzo łatwo by było dojść do wniosku, że albo wszystkie sondażownie dały ciała (i to literalnie wszystkie, bo nawet amerykańska sondażownia dawała Nawrockiemu zwycięstwo (o 0,3 pp, niemniej jednak), ale tam Mentzen miał 12,7pp, a Braun w ogóle nie był brany pod rozwagę.

Czyli wszystkie sondażownie się pomyliły? Ktoś może powiedzieć „no ale może było tak, że respondenci się wstydzili mówić na kogo głosują?”. Przepraszam bardzo, ale znajduję ten argument zabawnym. Okazuje się bowiem, że co prawda ktoś chce, żeby, na ten przykład, Braun był prezydentem RP, ale wstydzi się przyznać, że na niego głosuje. Poza tym, co jakiś czas pojawiały się sondaże, z których wynikało, że np. Braun ma 5%. Czyli jak? Raz się wstydzą, a raz nie? No dobrze, to może to było celowe działanie? W tym wyjaśnieniu jest jeszcze mniej sensu. No bo niby jak by to miało przebiegać? Jacyś mityczni „oni” dotarli do wszystkich sondażowni i kazali im zmienić wyniki sondaży? W jakim celu?

No dobrze, skoro więc nie chodziło ani o spisek, ani o jakiś piętrowy fuckup, to co się tak właściwie stało? Obstawiam, że mogło chodzić o fuckup nieco innego rodzaju. Chodzi mi o frekwencję. Do pewnego momentu wysokiej frekwencji bał się PiS. Doskonale pamiętam, jak przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2019 (które PiS wygrał), gdy spłynęły pierwsze dane o frekwencji, to się jeden z okołoPiSowskich speców od sondaży niemalże załamał, bo mu prognozy inne wychodziły. A potem się okazało, że wyższa frekwencja PiSowi nie zaszkodziła. Zaszkodziła mu dopiero w 2023, bo okazało się, że (uproszczę teraz) PiSowskie regiony odpuściły, a antyPiSowskie dowiozły.

Moim zdaniem, nie ma sensu w porównywaniu frekwencji z 2025 z tą z 2020. O wiele lepszy obraz uzyskamy, gdy porównamy frekwencję z pierwszej tury z tą, z którą mieliśmy do czynienia w 2023 roku (zaraz wyjaśnię dlaczego). Frekwencja w 2023 wyniosła 74,38% uprawnionych do głosowania, w zeszłą niedzielę do urn poszło 67,31% uprawnionych do głosowania. A teraz przyjrzyjmy się temu, jak głosowali wyborcy w kategorii wiekowej 18-29. W 2023 wyglądało to tak: KO 28,3%, Nowa Lewica 17,7%, Trzecia Droga: 16,9%. Konfa 16,9%, PiS 14,9%. Frekwencja w tej kategorii wiekowej wyniosła wtedy 68,8%. A jak to wyglądało w niedzielę? Mentzen: 36,1%, Zandberg 19,7%, Trzaskowski 12,2%, Karol Nawrocki 10%, Biejat i Braun po 5,1% a Hołownia 4%. Co ciekawe, frekwencja w tej kategorii wiekowej była wyższa niż ta „ogólna”, albowiem wynosiła 72,8%

Zanim sobie omówimy te wyniki, wyjaśnię czemu moim zdaniem lepiej porównywać wyniki wyborów z 2025 z tymi sprzed dwóch lat, a nie sprzed 5. Otóż, co prawda na pierwszy rzut oka, lepiej porównywać wybory prezydenckie do wyborów prezydenckich, ale na drugi rzut oka (cytując jednego z bohaterów mojego ulubionego filmu pt. „Smoleńsk”) „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Żeby nie przedłużać, od 2020 roku minęło już tyle czasu, że prawie połowa tej kategorii wiekowej przeskoczyła do kolejnej. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że widziałem genialne redakcje, które porównywały wynik Trzaskowskiego w tej kategorii wiekowej do wyniku Komorowskiego. To, że od tamtej pory minęło 10 lat i to są już zupełnie inni ludzie, genialnym redakcjom umyka.  O wiele lepszy ogląd będziemy mieli, gdy odkopiemy sobie 2023 rok, bo od tamtych wyborów minęło nieco ponad 1.5 roku. Czyli w dużej mierze mamy do czynienia z tymi samymi ludźmi, którzy w 2023 roku pomogli wygrać wybory obecnej koalicji rządzącej.

Gołym okiem widać, że najmniej w najmłodszym elektoracie stracił PiS, a najwięcej partie biorące udział w koalicji. Kluczowa dla naszych rozważań będzie ta „elektoratowa” strata koalicji rządzącej. Biorąc pod rozwagę frekwencję i fakt, że od tamtych wyborów minęło te 1.5 roku można dojść tylko i wyłącznie do jednego wniosku. Ci sami ludzie, którzy zagłosowali wtedy na koalicję – teraz gremialnie poparli Mentzena i Zandberga.

Z niecierpliwością czekałem na erupcję mądrości i tłumaczenia, że młodzi są głupi i że oni nie wiedzą, co czynią. Z tymi młodymi to jest tak, że oni zawsze jak głosują „na nas”, to są mądrzy i dobrzy, ale jak zagłosują na „onych”, to się nagle zamieniają w bandę idiotów, którym się w dupach poprzewracało od dobrobytu (wydaje mi się, że to dobry moment, żeby wspomnieć o tym, że kiedyś nawet na ten temat popełniłem ścianę tekstu pt. „A poza tym sądzę, że z młodzieżą należy rozmawiać”, którą wrzucę w Źródłach). Nie inaczej było tym razem. Bo wiecie, te durne gówniarze zagłosowały na Mentzena, zamiast na Trzaskowskiego, ale dajemy im szanse w drugiej turze. Muszę przyznać, że to daleko idąca łaskawość. Od siebie dodam, że gdybym był młodzieżą (jeszcze bardzo dobrze pamiętam, jak to jest) i ktoś by do mnie wystartował z takim iście koncyliacyjnym przekazem, to bym się mu odwdzięczył tym samym hasłem, na które konserwatyści się oburzali zaraz po tym, gdy Zjednoczona Prawica zaostrzyła prawo aborcyjne w 2020 roku.

No dobrze, ale jak to się stało, że ta piękna i mądra młodzież nagle zgłupiała i zbrzydła tak straszliwie? (przepraszam, musiałem). Jak to możliwe, że te same młode ludzie, które głosowały na KO, TD i NL nagle zagłosowały na Mentzena (swoją drogą, Mentzen z Braunem w tej kategorii wiekowej mają razem ponad 40%). No ok, ale jak do tego doszło? Może chodzi o wykrzywienie algorytmów (choćby na Eloneksie), które premiują skrajnie prawicowe treści, no ale z drugiej strony – Zandbergowi się jakoś udało przebić. Bańki informacyjne, w których wszyscy siedzimy – i znowuż, Zandbergowi się jakoś udało do nich przebić. Może więc przyczyn należy szukać gdzie indziej?

Młodzi ludzie, którzy w 2023 zagłosowali tak, a nie inaczej, zagłosowali za zmianą (status quo w postaci Zjednoczonej Prawicy nie mogło się pochwalić zbyt dobrym wynikiem), którą im obiecano. No i jakoś tak się złożyło, że ta obiecana zmiana nie nastąpiła.

To może jednak przyczyna jest nieco inna i jest nią np. to, że nowa władza, w czasie, w którym była w opozycji, naobiecywała wszystkim wszystkiego po kokardę, a potem po prostu nie dowiozła? Może chodzi o to, że młodzi spodziewali się, że nowa władza (dla odmiany) będzie z nimi prowadziła jakikolwiek dialog? Tak swoją drogą to mam niejasne przeczucie, że młodzi mieli teraz mniej więcej takie same odczucia, jak starszaki z kategorii wiekowej 18-29 w 2007 roku. Obiecywano nam wtedy zmianę. Opozycja z lat 2005-2007 zwracała uwagę na emigrację zarobkową (na którą, dla odmiany PiS uwagi nie zwracał, bo mu to było nie na rękę), na to, że państwo średnio działa, a powinno działać lepiej i tak dalej, i tak dalej. A potem było w sumie tak, jak teraz. To, że w 2011 PO udało się po raz drugi wygrać wybory, partia Tuska zawdzięcza w głównej mierze PiSowi, który nie miał na siebie pomysłu. A potem zaczął się zjazd (co prawda na początku powolny, ale przyśpieszył w okolicach kampanii wyborczych w 2015). Teraz jest w sumie tak samo, tylko że nawet bardziej, bo cała koalicja szła do wyborów z w miarę progresywnymi obietnicami (ktoś jeszcze pamięta o tym, że przed wyborami Kosiniak-Kamysz był zwolennikiem związków partnerskich?), a potem nic z tego nie dowieziono. Gwoli ścisłości, to nie jest tak, że tylko młodzi ludzie się, eufemizując, zniechęcili do rządów obecnej koalicji, ale jakoś tak się złożyło, że w tej kategorii wiekowej jest to bardzo, ale to bardzo widoczne.

Jeżeli miałbym w tym miejscu wskazać jednego, głównego winowajcę i hamulcowego, to wskazałbym na PSL. Związki partnerskie? No może i tak, ale lepiej u notariusza, a jeżeli już w USC, to nikt się ma nie cieszyć (i znowuż, nawet na to się nie zdecydowali w trakcie swoich rządów), liberalizacja prawa aborcyjnego? A gdzie tam. No to może chociaż ogarnięcie jakiegoś spójnego programu mieszkaniowego? (Uwaga, będzie capslock grany), TAK, ALE TYLKO I WYŁĄCZNIE WTEDY, GDY DEWELOPERZY BĘDĄ MOGLI NA TYM ZAROBIĆ. Zrobienie porządku z funduszem kościelnym? TOŻ TO ATAK NA POLSKOŚĆ! Jestem tak stary, że pamiętam, jak PSL zrobiło całkiem sensowną akcję o tłustych kotach z PiS, które się pasą na Spółkach Skarbu Państwa. No i nie zgadniecie, co zrobił ten sam PSL, gdy tylko miał możliwość dorwania się do tych samych SSP.

I ja wiem, że może się zdziwicie moim zdziwieniem, ale to ostatnie mnie akurat dziwi. Jeżeli idziesz do wyborów z hasłami o tym, że ze SSP trzeba wywalić partyjnych nominatów, a potem wpychasz swoich partyjnych nominatów na miejsce „onych”, to pchasz się w gips, bo ktoś może zwrócić uwagę na tę drobną niekonsekwencję. To właśnie dzięki temu konfiarze mogą bajerować swój elektorat tym, że „oni by tego nie zrobili”. Co prawda zrobiliby to bez mrugnięcia okiem, ale teraz mogą udawać, że jest inaczej i pokazywać palcem, że wszyscy inni są po jednych pieniądzach.

Ok, zatrzymajmy się tu na moment i pomyślmy, co tak właściwie ta nowa władza robi. Rozumiem, że pewnych rzeczy nie może robić, albowiem Andrzej Duda zadba o to, żeby ich robić nie mógł. Niemniej jednak, cóż by stało na przeszkodzie, żeby mu wrzucić na biurko ustawę o związkach partnerskich? No tak, Kosiniak-Kamysz i jego samobójcze tendencje w polityce. Ze 100 konkretów zrealizowano bardzo niewiele, a nad resztą zapadło milczenie. Tak, poradzono sobie bardzo ładnie z TVP i z prokuraturą (którą Zjednoczona Prawica próbowała zabetonować za pięć dwunasta i chyba wszyscy mają świadomość tego, że próbowali to zrobić po to, żeby ludzie pokroju Romanowskiego, nie musieli prosić o azyl u gulaszowego dyktatora). Co prawda w TVP nie ma już standardów PiSowskich, ale są „momenty” i nikomu tam jakoś specjalnie nie zależy na niezależności/etc.

Rozliczenia ruszyły, ale jeżeli ma się je zrobić poprawnie (a nie przy pomocy trybunałów ludowych), to to wszystko musi trwać (a na samym końcu okaże się, że jeżeli wybory wygra niejaki pan Batyr, to każden jeden „prześladowany” zostanie ułaskawiony w glorii i chwale). No ale te rozliczenia mają drugą twarz, którą są komisje. Te komisje działają zaś tak, jak gdyby obecnej władzy niespecjalnie zależało na tym, żeby to było fachowo ogarnięte. Mnie to przypomina komisję, na której Jaki i Kaleta wyszli na błaznów, którzy nie wiedzą, jaka jest różnica między świadkiem, a podejrzanym, co ma tę dodatkową warstwę żenady, że Kaleta ukończył studia prawnicze z wyróżnieniem. Z tymi rozliczeniami to jest poza tym tak, że nawet gdyby wszystko (łącznie z komisjami) szło jak należy, to  z tego i tak nie wynika, że ludziom to wystarczy. I co prawda nie zgodzę się z Adrianem Zandbergiem, który jakiś czas temu opowiadał o tym, że nowa władza to na rozliczenia ma rok (bo na miłość nieistniejącego bytu transcendentnego, niby jak on sobie to wyobraża? Sądy 24-godzinne dla Mateckiego i Romanowskiego?), to jednak zgadzam się z tym, że wypadałoby robić coś poza tymi rozliczeniami.

Nowa władza, nie ma żadnej „wielkiej narracji”, czegoś na miarę PiSowskiego 500+. Obecna władza po prostu zarządza krajem i tyle. Żeby jeszcze było to dobre zarządzanie, ale mamy np. takie kwiatki, jak obniżka składki zdrowotnej (którą zawetował Duda) i równoległe narracje, z których wynika, że w sumie to w Ochronie Zdrowia od cholery pieniędzy, więc można tam szukać oszczędności. Wcześniej wymieniona łupanka w temacie dopłat dla deweloperów też się w to wpisuje. I wydaje mi się, że to nawet nie jest problem tego, że koalicja jest dość szeroka (od Kosiniaka do Biejat), ale o to, że spora część polityków tejże koalicji mentalnie żyje w roku 2007, czyli w tym momencie naszej historii, w którym mogło się wydawać, że partię Jarosława Kaczyńskiego już niebawem trafi szlag. A nawet jeżeli nie trafi, to obywatele się już na niej „poznali” i partia ta nie będzie stanowić żadnego zagrożenia w przyszłości.

Żeby w pełni zrozumieć mindset wielkich wygranych z 2007, trzeba mieć również na uwadze to, że poza PiSem, jedyną opozycją był LiD (SLD+SDPL+PD+UP). Ponieważ SLD z przybudówkami zbierał się po porażce, którą były jego rządy w latach 2001-2005 (fun fact, PSLowi, który wtedy współrządził, to praktycznie w żaden sposób nie zaszkodziło) i trudno było oczekiwać, że to będzie to samo SLD, które w latach 1997-2001 niemiłosiernie chłostało ówczesną koalicję rządzącą. Nietrudno więc odgadnąć, dlaczego koalicja rządząca była przekonana, że będzie rządzić do końca świata i o jeden dzień dłużej. Można więc choć po części zrozumieć, czemu rządzący niespecjalnie liczyli się z opinią suwerena (no bo na kogo ten suweren miał głosować? Na PiS? Wolne żarty!) i uznali, że jeżeli chodzi o wygrywanie wyborów, to trud ich skończon.

Nie da się w żaden sposób zrozumieć takiego podejścia po przejęciu władzy w 2023. Wiadomo było, że po tej porażce wybory prezydenckie w 2025 będą dla PiSu grą o wszystko. Choć już pod koniec parlamentarnej kampanii wyborczej towarzystwo zjednoczono prawicowe wzięło się za łby, to oczywistą oczywistością było to, że przed wyborami prezydenckimi zewrą szeregi niezależnie od wewnętrznych napięć. Wiadomo było również, że zrobią absolutnie wszystko, żeby wygrać te wybory, bo utrzymanie Pałacu Prezydenckiego jest dla nich kluczowe, żeby w 2027 móc zawalczyć o powrót do władzy. Mógłbym tak dalej wymieniać te wszystkie oczywiste oczywistości, ale trochę mi się nie chce. Prawda jest taka, że wiedzieć o tym musieli również obecnie rządzący, a mimo tego zachowywali się tak, jak gdyby nie mieli się czego obawiać, a same wybory prezydenckie były formalnością. A teraz ta formalność wygląda tak, że na dwa dni przed wyborami nie mamy zielonego pojęcia, jak się te wybory skończą.

Wyniki pierwszej tury były sporym zaskoczeniem. O ile bowiem wynik Trzaskowskiego pokrywał się (mniej lub więcej) z tym, co w sondażach się pojawiało (tak samo, jak wyniki Biejat i Zandberga), to już wyniki Mentzena, Brauna i Nawrockiego ni cholery. Cała trójka była niedoszacowana. I być może była to kwestia tego, że prawica miała bardziej zmotywowany elektorat, ale jeżeli tak, to może wypadałoby zacząć uwzględniać kwestię frekwencji (w poszczególnych elektoratach) w trakcie robienia sondaży? Odpowiedź brzmi: Nie wiem, choć się domyślam.

No dobrze, skoro dotarliśmy do prawicy, to warto się pochylić nad wynikiem wyborczym Grzegorza Brauna i Sławomira Mentzena. Jak już wcześniej wspomniałem, w przypadku Brauna im bliżej było wyborów, tym większe poparcie dawały mu sondaże, to już w przypadku Mentzena wyglądało to zupełnie inaczej, albowiem jemu poparcie sondażowe sukcesywnie spadało. Zacznijmy od Brauna. To, że Braun ma tak wysokie poparcie, moim skromnym zdaniem, świadczy o tym, że państwo całkowicie sobie nie radzi z dezinformacją i to z dezinformacją na dowolny temat, bo Grzegorz Braun kolekcjonuje wszelkie możliwe teorie spiskowe i implementuje je potem do swojej „ogólnej teorii wszystkiego”. W zdobywaniu rozpoznawalności pomagają Braunowi media, które opisując jego wyczyny zachowują się tak, jak gdyby nic na jego temat nie było wiadomo. Ok, czasem ktoś napisze, że to prorosyjski polityk, ale ponieważ przeważnie brakuje szczegółów ktoś, kto jest fanem Brauna, może dojść do wniosku, że skoro tych szczegółów nie ma, to Braun prorosyjskim politykiem wcale nie jest.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Popularność skrajnej prawicy (tzn. w sumie skrajniejszej) bierze się stąd, że Zjednoczona Prawica non stop schyla się po jej narracje i postulaty. Bardzo wyraźnie widać to było w trakcie pandemii, kiedy to w pewnym momencie skrajniejsze skrzydło Zjednoczonej Prawicy powtarzało na temat covidu i szczepień te same brednie, które wcześniej opowiadali konfiarze. Zamierzenie, rzecz jasna, było takie, żeby tej skrajniejszej prawicy odebrać tlen, ale w praktyce oznaczało to znacznie większe rozpowszechnienie szurskich antynaukowych teorii, efektem którego był skok poparcia dla partii i polityków, które w swoim szurstwie były konsekwentne.

Tym, co mnie martwi jest fakt, że choć PiS stracił poparcie zarówno w stosunku do wyniku wyborczego z 2020, jak i z 2023, to jednak nie oznacza to nic dobrego, bo poparcie to zostało zagospodarowane przez Brauna i Mentzena. Dla porównania w 2020 roku Bosak dostał 6,78% głosów. Teraz Braun z Mentzenem dostali ponad 20%. O tym, co dzieje się w „najmłodszej” kategorii wiekowej już wspominałem i nie wygląda to dobrze.

Jeżeli zaś już jesteśmy przy Mentzenie, to warto się pochylić nad jego wynikiem. Ten wynik to olbrzymi sukces. Nie zrozumcie mnie źle, nawet gdyby dowiózł „jedynie” 10% to byłby sukces, bo prócz niego w tych wyborach startował Grzegorz Braun. Nawet te 10% byłoby lepsze od wyniku Bosaka i od wyniku konfy z 2023. Tyle, że zamiast 10-12% Mentzen dostał głosów 14,81%. Innymi słowy „nie jest dobrze”. Nie jest dobrze, a mogło być znacznie gorzej. Tak się bowiem składa, że w pewnym momencie Mentzen miał w jednym sondażu 22% poparcia (to był najwyższy wynik, ale inne dawały mu wtedy np. 19%).

Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że choć na finiszu kampanii był niedoszacowany, to i tak nie dowiózł swojego najwyższego poparcia. I choć to samo w sobie powinno nas cieszyć, to jednak jesteśmy w takim miejscu, że musimy sobie zadać pytanie „a co by było, gdyby”. Tak więc, co by było, gdyby zamiast Mentzena konfa znalazła kogoś, kto potrafi w sprzeczki z dziennikarzami i kogo nie trzeba by było przed nimi chować? Co by było, gdyby konfa znalazła kogoś, kto nie byłby obciążony wcześniejszymi działaniami i wypowiedziami tak, jak Mentzen? Co by było, gdyby konfa miała lepszy timing i pik poparcia wypadł jej akurat w trakcie pierwszej tury wyborów? Druga tura by była, i tak do końca nie wiadomo, czy przypadkiem do drugiej tury taki kandydat nie wszedłby z pierwszego miejsca.

Wartym nadmienienia jest fakt, że pospolite ruszenie (rozumiane jako opór przeciwko konfie) w 2023 roku sprawiło, że konfa w sondażach spadła (w porównaniu do sondażowych pików) 10 oczek w dół. Tym razem było to niecałe 7 oczek przy znacznie wyższym poparciu. I to jest alarmujące dlatego, że to nie jest tak, że te informacje (np. przypominanie wcześniejszych działań,  wypowiedzi) nie dociera do konfiarskiej bańki. To tam jak najbardziej dociera, ale coraz większej części elektoratu to nie obchodzi.

I właśnie dlatego ta notka nosi takie, a nie inny tytuł. Już teraz jest źle, ale niestety, wszystko wskazuje na to, że może być znacznie gorzej. O ile bowiem całkiem realny jest scenariusz, że po kolejnych wyborach parlamentarnych rządzić będzie PiS z konfą (tak, wiem, Sikorski powiedział, że nie da się wykluczyć koalicji konfy z PO, ale żeby do tego doszło KO musiałoby dać konfie więcej, niż jest jej teraz gotów dać PiS), to jednak trzeba się liczyć z tym, że jeżeli wszystko będzie szło tak, jak idzie do tej pory, to scenariusz może być taki, że głównym rozgrywającym w koalicji nie będzie Kaczyński, a Mentzen. I jeżeli mam być szczery, nie do końca mi się taka perspektywa podoba.

Ten scenariusz jest realny niezależnie od tego, kto wygra wybory. Aczkolwiek, jeżeli mam być szczery, to widzę to tak, że dla konfy lepiej by było, gdyby Nawrocki wybory przegrał, bo wtedy w PiSie może dojść do powyborczych rozliczeń (do których nie doszło w 2023, ponieważ kolejne wybory były na horyzoncie) i może dojść do mniejszego bądź większego rozłamu, a części polityków Zjednoczonej Prawicy do konfy bardzo blisko (na ten przykład, praktycznie cały SuwPol). Śmiem twierdzić, że na taki scenariusz po cichu liczy Mentzen, który ostatnio miał kilka zagrań, które sugerują, że albo się (niestety) wyrabia jako polityk, albo (również niestety) ma ogarniętych doradców.

Chodzi mi o sytuację, do której doszło po rozmowie z Trzaskowskim, a konkretnie zaś po słynnym już piwie. Gdy tylko pierwsza fotka wpadła w soszjale (za sprawą Sikorskiego), Zjednoczona Prawica zaliczyła incydent kałowy i zaczęła Mentzena flekować. Ten się odciął i zaczął tłumaczyć, że to nie jest tak, że on musi być w koalicji z PiSem i że chce budować „zdolność koalicyjną”. No bo tak po prawdzie, jeżeli wszyscy wiedzą, że konfa jest skazana na PiS, to wie to również PiS i miałoby to niebagatelny wpływ na negocjacje koalicyjne. I to nie jest tak, że ja sobie to wymyśliłem, bo Mentzen napisał to wprost. Z tego zaś wynika wniosek taki, że jeżeli wybory pójdą po myśli konfy i partia znajdzie się w sytuacji, w której będzie mogła być koalicjantem zarówno dla PiSu, jak i Koalicji Obywatelskiej, to właśnie konfa będzie prowadzić negocjacje z pozycji siły. Bo zawsze pozostanie jej argument „jeżeli nie dacie nam tego i tego, to dadzą nam to ci drudzy”.

Powyższa notka nosi tytuł „ostatni dzwonek” również dlatego, że nawet jeżeli okaże się, że wybory wygra Trzaskowski, a wykluczyć się tego nie da (za moment trochę więcej na ten temat będzie) To reszta kadencji będzie musiała upłynąć pod znakiem ogarnięcia (przez koalicję) siebie samej i swoich działań. Bo chyba dla każdego, kto nie jest hardkorowym fanem Tuska oczywiste jest to, że tak dalej być nie może. Tzn. w sumie może, ale skończy się to dla nas wszystkich źle.  

Przyznam się wam szczerze, że mam flashbacki z 2015 roku. Z jednej bowiem strony od tamtej pory sondażownie nie rozjeżdżały się aż tak z wynikami wyborów, ale z drugiej strony, trzeba było brać taki scenariusz pod rozwagę. Od tamtej pory bardzo ostrożnie formułowałem jakieś prognozy, bo pamiętam, że wtedy byłem przekonany o tym, że nie ma takiej możliwości, że Komorowski te wybory przegrał. A potem Komorowski je przegrał i to mnie nauczyło pokory. Mimo tego wszystkiego i tak uwierzyłem w sondaże, z których wynikało, że, ni mniej, ni więcej Karol Nawrocki jest dla PiSu niestrawny (a co za tym idzie, w szerszej perspektywie – niewybieralny).

Co prawda gdzieś tam z tyłu głowy cichy głosik mi mówił: „mordo, a co jeżeli znowu będzie to samo co w 2015 roku”, ale ten głosik zignorowałem. Na swoją obronę mam to, że gdyby ktoś  mi wcześniej powiedział, że kandydat, który ma znajomych gangusów (w tym tych, którzy są zakochani w spuściźnie po pewnym austrackim akwareliście), który najprawdopodobniej zrobił wał z mieszkaniem (+ według kwitów, poświadczył nieprawdę u notariusza), który jest tak silnie uzależniony od nikotyny, że musi (nawet na wizji) ładować do gęby torebki z nikotyną i który generalnie ma vibe typa pobierającego od przechodniów haracz za to, że przechodzą koło jego blok) będzie miał realną szansę na wygranie wyborów w Polsce. To chyba jednak bym w to nie uwierzył. Gwoli ścisłości, celowo nie wspomniałem w tej krótkiej wyliczance o tym, że ów jegomość brał udział w ustawkach (innymi słowy: spotykał się z innymi nakoksowanymi ziomeczkami i lał się z nimi po mordach), bo to jest stosunkowo świeża sprawa.

Kronikarski obowiązek każe wspomnieć, że zaraz po tym, jak wspomniano, że Nawrocki lubił się prać po pyskach z kolegami pod lasem, politycy Zjednoczonej Prawicy nagle zaczęli się prześcigać w opowiadaniu o tym, że w sumie to takie ustawi to nic takiego, bo ni też, hehehe, lubili się prać po pyskach w młodości. A poza tym, skoro się jakieś ziomeczki umówiły pod lasem, to czy to naprawdę jest takie złe? Gwoli ścisłości, miałem o Andrzeju Dudzie zdanie jak najgorsze, ale nawet po takim jegomościu nie spodziewałbym się wygadywania aż takich idiotyzmów. Tak samo jak wygadywania tego, że takie ustawki, to normalna sprawa, bo jak młodzi mężczyźni są bardziej krewcy to im to jest po prostu potrzebne. Gdyby przyznawano nobla w kategorii „psychologia rozwojowa”, to Andrzej Duda na pewno by go wygrał.

Ja wiem, że poświęcam temu więcej czasu niż trzeba, ale nie dajmy sobie wmówić, że ustawka to normalna sprawa. Nie dajmy sobie wmówić, że jeżeli ktoś kiedyś brał udział w „solówce”, to to jest to samo, co regularna bitwa w wykonaniu ziomberdiady pocącej się omką i deką. Nie dajmy sobie wmówić, że to kiedykolwiek było normalne zachowanie. Największym absurdem jest to, że Andrzej Duda i inni (w tym Jarosław Kaczyński) wiedzą, że bronią przegranej sprawy i wiedzą, że normalizują bandytyzm, bo nie są aż tak głupi, żeby tego nie dostrzegać. Jednakowoż, tak jak to zwykle w Zjednoczonej Prawicy bywa: wszystko podporządkowane jest jednemu celowi, którym jest dbanie o wizerunek partii. Skoro zaś partia zdecydowała się na takiego kandydata, to znaczy, że jest to przyzwoity człowiek (aż by się chciało rzec „kryształ”). Skoro ten przyzwoity, kryształowy człowiek chodził na ustawki, to znaczy, że ustawki siłą rzeczy też muszą być dobre. Aż dziw bierze, że żaden z tych geniuszy nie zaproponował jeszcze depenalizacji ustawek. No bo skoro to takie dobre i potrzebne, to czemu państwo miałoby tego zakazywać...  Taka jedna myśl mi się jeszcze po łbie kołacze w tym kontekście. Gdyby Nawrocki powiedział, że „no ok, miałem w życiu taki epizod, byłem wtedy młody i głupi, żałuję tego/etc.”. Tyle, że nic takiego się nie stało. Mało tego, nasz być może przyszły prezydent się tym szczyci.

I taki kandydat ma realne szanse na wygraną w wyborach. Jeżeli to wszystko skończy się jego wygraną, to już nigdy nie pozbędziemy się z debaty publicznej narracji o „genialnym strategu” z Żoliborza, no ale to tylko dygresja.

Wydaje mi się, że to odpowiednia pora na eksperyment myślowy: jak zareagowałaby Zjednoczona Prawica, gdyby się okazało, że to KO wystawiła takiego kandydata? Jak szybko podnosiłaby argumenty (całkiem słuszne), że jest to upadek obyczajów i że nie może być tak, że ktoś z takimi powiązaniami i taką historią zostanie prezydentem RP? Ponieważ zaś kandydat jest ich: trzeba tego wszystkiego bronić. I choć tym razem może uda się sprawić, że taka osoba nie zostanie prezydentem, to jednak nie można zapominać o tym, że PiS w ten sposób wyznaczył nowy standard. Przy całej mej niechęci do Mentzena i Bosaka, to nawet ci dwaj panowie razem wzięci nie mieli tak bogatej przeszłości, jak Karol Nawrocki. Niestety, tego nie da się w żaden sposób „cofnąć”. Nawet jeżeli Nawrocki przegra, nawet jeżeli w 2027 roku PiS i konfa nie będą miały wystarczającej liczby głosów do tego, żeby utworzyć koalicje, to nadal będziemy żyli w tej niewłaściwej nogawce czasu, w której mainstreamowa partia może (jeżeli będzie chciała) wystawić w wyborach typa z taką przeszłością.

Jeżeli chodzi zaś o samą drugą turę, to ja nadal po cichu liczę na to, że jako społeczeństwo nie zagramy karty „potrzymaj mi piwo” i jednak nie zdecydujemy się na to, żeby naszym prezydentem został taki jegomość. Niestety oznacza to (po raz pierdylionowy) głosowanie na „mniejsze zło”. Różnica pomiędzy tym głosowaniem, a poprzednimi polega na tym, że teraz to większe zło jest naprawdę złe. I ja sobie tak szczerze nie wyobrażam sytuacji, w której oddałbym głos na kogoś takiego. I trochę mnie dziwi to, że elektorat PiSu (nie chodzi mi o beton) nie traktuje tej kandydatury jak splunięcia w twarz. Najprawdopodobniej powodem, dla którego elektorat się nie buntuje nie jest to, że kocha Nawrockiego, ale to, że mamy bardzo silną polaryzację (jestem tak stary, że pamiętam, jak uczeni w mowie i piśmie tłumaczyli, że te wybory to początek końca silnej polaryzacji), to właśnie dzięki tej polaryzacji, a może raczej przez nią dochodzi do sytuacji, w której całkiem sporo ludzi rozumuje w sposób następujący: nawet jeżeli to gangus, to przynajmniej jest to nasz gangus.

Już po napisaniu powyższego tekstu oczy me ujrzały kolejny wiekopomny tekst Rafała Wosia, w którym tłumaczył on, że to całe krytykowanie Nawrockiego, to (werble) klasizm. To jest technika, którą Woś opanował do perfekcji. Nie chodzi mi o używanie klasizmu, jako pałki (nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o tym, że wybitnie klasistowskie jest spinanie klasy społecznej z gangusiarską przeszłością [tak, jak gdyby gangusami, kibolami/etc. zostawali tylko i wyłącznie przedstawiciele tej konkretnej klasy społecznej), ale o to, że Woś od momentu, w którym Zjednoczona Prawica straciła władzę i zaczęła ponosić konsekwencje swoich działań, opisuje te konsekwencje tak, jak gdyby były one osadzone w próżni. Bo wiecie, to nie tak, że PiS robił sobie jaja z prawa wyborczego i pompował publiczna kasę w kampanię (na co są twarde dowody) i za to utrącono mu część subwencji. Nic z tych rzeczy: PiSowi utrącono subwencję w ramach politycznej zemsty. Z Mateckim było podobnie, to nie tak, że on poszedł do aresztu dlatego, że brał udział w procederze, który na nagraniach uwiecznił Mraz. Nic z tych rzeczy: Matecki został zatrzymany dlatego, że jest posłem opozycji. I w przypadku Nawrockiego mamy do czynienia z dokładnie takim samym mechanizmem: to nie tak, że typ jest krytykowany za bardzo mętną przeszłość, dziwne powiązania, „problemy mieszkaniowe” (przepraszam, musiałem) i w wieku 26 (mając żonę, dziecko i robotę) prał się po pyskach na ustawkach. Nie nie, to nie tak. On jest krytykowany za to, że jest z tej „gorszej” klasy społecznej. Jestem całkowitym brakiem zaskoczenia Jacka. No ale dosyć tych dygresji, albowiem trzeba tę ścianę tekstu kończyć.

Jak wspomniałem już wielokrotnie, nie wiadomo „co to będzie”. Nawet jeżeli suweren jednak dojdzie do wniosku, że Jarosław Kaczyński nie miał racji decydując się na takiego kandydata, to jeżeli nic się nie zmieni w postępowaniu rządzącej koalicji (i np. nikt nie wytłumaczy PSLowi, żeby trochę zbastował, bo właśnie idziemy całym państwem na ścianę), to pewne rzeczy jedynie odsuną się w czasie. Natomiast, i o tym wspominałem raptem w poprzednim akapicie, tego co zrobił Kaczyński wystawiając Nawrockiego, nie da się już w żaden sposób „anulować”. Sorry, taki mamy klimat. 

Ja sobie zdaję sprawę z tego, że od dawna nie popełniłem tak bardzo pesymistycznego tekstu, ale zdaję sobie również sprawę z tego, że nawet w najmniejszym stopniu nie jest to moja wina. I tym (bardzo pesymistycznym akcentem) zakończę powyższą ścianę tekstu.


Źródła:

https://wybory.gov.pl/prezydent2025/pl/frekwencja/pl

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2023_roku

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/9323015,wybory-2023-jak-glosowali-mlodzi-exit-poll.html

(nigdy nie przestanie mnie bawić to, że wybory, które się odbyły w 2020 są „drugie”.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_prezydenckie_w_Polsce_w_2020_roku_(drugie)

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_prezydenckie_w_Polsce_w_2025_roku

https://tvn24.pl/polska/wybory-prezydenckie-2025-jak-doszlo-do-piwa-z-mentzenem-wiadomo-coraz-wiecej-st8481862

https://x.com/SlawomirMentzen/status/1926668244435243197

https://x.com/PiknikNSG/status/1928192738744209458

https://wydarzenia.interia.pl/wybory/prezydenckie/news-nowe-informacje-ws-ustawki-70-na-70-jest-komentarz-prokuratu,nId,21823068

czwartek, 11 kwietnia 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #115

W tym Przeglądzie będzie sporo tematów wyborczych, ale zanim do nich przejdziemy, zaczniemy od czegoś innego. Mianowicie zaś od tego, że zdaniem redaktorów pewnego bezstronnego tygodnika („Do Rzeczy”) praktycznie każdy może zostać autorytetem (rzecz jasna, autorytetem bezstronnym). Idealnym przykładem jest to, co zrobili ostatnio przy okazji zbliżających się debat na temat aborcji. Otóż oczęta me zostały uraczone takim wpisem na Eloneksie: „Stosunek Polaków do aborcji. Socjolog wskazuje na powszechną dezinformację”. Ponieważ nie urodziłem się wczoraj, domyśliłem się, że coś musi być srogo nie tak z tym socjologiem, bo we wpisie nawet nie wspomniano o tym, jak się nazywa. Po otwarciu artykułu okazało się, że tym socjologiem jest człek, który się zwie „Antoni Szymański”. Redakcja wspomniała o tym, że kiedyś był senatorem. Z jakiej opcji? O tym już nie wspomniano.


Zapewne już się domyślacie jaki będzie ciąg dalszy. Nie trzeba się było jakoś specjalnie spinać, wystarczyło wejść na stronę wiki traktującą o tym jegomościu. Okazało się, że tam jest samo gęste. To, że dwukrotnie wybierano go do Senatu z list PiS (i kilka razy startował w innych wyborach z list tej formacji) to oczywista oczywistość. Z artykułu możemy się dowiedzieć również tego, że co prawda skończył socjologię, ale ma w niej jedynie tytuł magistra (tak więc od teraz możecie cytując mnie wpisywać zajawkę „socjolog wskazuje” to i owo). Ale poczekajcie, na tym się sprawa nie kończy. Otóż, pan Antoni skończył socjologię najprawdopodobniej jeszcze w czasach PRLu (nie podano konkretnej daty, ale z racji tego, że urodził się w 1952 roku, jest to raczej pewne). O tym, jak bardzo bezstronnym ekspertem jest pan „socjolog” świadczyć może to, że był członkiem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Prócz tego był „członkiem Komisji do Spraw Rodzin przy Episkopacie Polskim”, oraz „pełni funkcje wiceprezesa Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia”. Na tym wyliczankę przerwę, bo o tej jego bezstronności można by było napisać cały tekst. Czemuż więc, ach czemuż „Do Rzeczy” nie wspomniało o tym kim był i jest ten pan i skupiło się na tym, że jest „socjologiem”? Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że być może chcieli łopatologicznie wytłumaczyć wszystkim na czym polega dezinformacja. Ponieważ złośliwy nie jestem, poproszę was o skierowanie się w stronę dalszej części tekstu.


Nie możemy jeszcze skończyć tematu „Do Rzeczy”, albowiem okazało się, że (zaraz będziecie bardzo zaskoczeni) nazwa tego tygodnika pojawiła się w kontekście ciągu dalszego tzw. „Russiagate”. Jakiś czas temu głośno zrobiło się o tym, że w ramach walki z rosyjskimi wpływami „ustrzelono” portal „Voice of Europe”, który okazał się (no dobrze, postarajcie się udawać choć trochę zaskoczonych) rosyjską tubą propagandową. Sprawa ma ciąg dalszy, rosyjską tubą propagandową okazał się również węgierski „Wisegrad post”. No dobrze, ale jaki to ma związek z „Do Rzeczy”? Ano taki, że tygodnik jest partnerem tamtego portalu. Jest nim również portal powiązany z „Do Rzeczy” o nazwie Sovereignty.pl. Ten drugi portal zajmuje się w praktyce „donoszeniem na Polskę”, a współtworzą go np. takie tuzy, jak Rafał Ziemkiewicz. Nadmienię tylko, że ów portal (którego prawie nikt nie oglądał) był finansowany przez (kolejny raz przyjdzie wam udawać zdziwienie) Fundusz Sprawiedliwości. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jakiś czas po zmianie władzy, Rafał Ziemkiewicz rozpaczał w mediach w temacie tego, że na ogarnianie wyżej wymienionego portalu może już piniendzy nie starczyć. No, ale to dygresja tylko. Ja wiem, że ktoś może w tym miejscu (tzn. ktoś, komu bardzo by na tym zależało) próbować bronić takich tworów, jak „Do Rzeczy” i tłumaczyć, że cóż z tego, że gdzieś tam czyimś partnerem byli. No przecież z tego wcale nie musi nic wynikać. No i owszem, z tego wcale nie musi, ale jeżeli dodamy do tego to, że tygodnik ów z lubością wpisuje się w rosyjskie dezinfo i np. z lubością publikował bzdury na temat szczepień, to z połączenia tego wszystkiego „coś” już musi wynikać. Abstrahując, rzecz jasna, od tego, że może się niebawem okazać, że w sprawie powiązań pojawią się jakieś „paragony”.

 
No dobrze, teraz możemy sobie przejść do tematów wyborczych. Zacznijmy od kolejnego Wielkiego Zwycięstwa PiSu. To, że PiS w wyborach samorządowych wypadnie „w miarę dobrze”, było raczej oczywiste. Co prawda nie dla każdego (bo niektórzy wieszczyli 20% poparcia max), ale jednak raczej mało kto się spodziewał tego, że te wybory to będzie „koniec PiSu”. Może inaczej to ujmę: ja bym się wcale nie obraził za te 20% maks, ale naprawdę nic na to nie wskazywało (no chyba, że ktoś w ogóle nie zwracał uwagi na sondaże). No dobrze, ale czemu tak właściwie PiS ma teraz tak wysokie poparcie? Przecież nie ma już mediów rządowych, stracił Polskę Press/etc. Moja robocza teoria jest taka, że póki co, elektorat PiSu jest jeszcze bardzo mocno zmotywowany. PiSowi się póki co udaje podtrzymać „wysoką temperaturę”, a usłużni mediaworkerzy rozsiewają narracje, z których wynika, że nowy rząd to nam zaprowadza w Polsce dyktaturę (sprawdzić, czy nie Woś). To jest w sumie dość ciekawa sprawa, bo ci sami ludzie, którzy teraz rozpowszechniają takie narracje, w latach 2015-2023 całkiem słusznie zwracali uwagę na to, że ówczesna opozycja momentalnie wystrzelała się z najcięższych argumentów, skutkiem czego w chwili, w której faktycznie zadziało się coś, do opisania czego wypadałoby użyć jakichś ostrych sformułowań, okazywało się, że tych już od jakiegoś czasu brakuje. PiS i jego medialne przybudówki idą dokładnie tą samą drogą, bo przecież przeszukanie u Ziobry określano już mianem Stalinowskich Represji.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Nie da się zbyt długo „jechać” na wzmożeniu. Tzn .może inaczej: jak się miało media o gigantycznym zasięgu, to można było dość skutecznie indukować to wzmożenie. Niemniej jednak, nawet to miało swoje granice, o czym wszyscy mogliśmy się przekonać obserwując histeryczne próby znalezienia politycznego paliwa przed wyborami 2023 (a to jedzenie robaków, a to obrażanie papieża, a to opowiadanie o tym, że za PO to chciano pół Polski oddać Rosjanom/etc./etc.). PiSowi udało się wtedy skutecznie popsuć „machinę wzmożeniową”. Teraz ta machina złapała drugi oddech, ale siła jej oddziaływania (z przyczyn, jak mniemam, oczywistych) jest już bez porównania mniejsza od tego, które miała przed październikiem 2023. Poza tym, warto zwrócić uwagę na to, że części PiSowskiego komentariatu wydaje się, że PiS sobie jeszcze jakoś poradzi. Pamiętam, jak straciłem trochę czasu (który równie dobrze mogłem spożytkować na gapienie się w ścianę) na obejrzenie rozmowy Stanowskiego z Pereirą. Pereira tam kilkukrotnie opowiadał o tym, że z tymi mediami (ich likwidacją/etc.) to wcale nie jest jeszcze wszystko przesądzone i że oni tam mają plan. On tego nie mówił do Stanowskiego. On to mówił do wyborców PiSu.


Ci ludzie nadal „wierzą”. Tę wiarę było widać już wielokrotnie. Gdy zliczano głosy po wyborach w 2023 i najpierw (jak zawsze) spływały dane z małych ośrodków, część PiSowskiego komentariatu (z Rafałem Ziemkiewiczem na czele) poszła w narracje, że chyba się zaraz wszyscy zdziwią i chyba przestaną tak bezrefleksyjnie wierzyć w Exit Poll. Nieco później, gdy Andrzej Duda powierzył misję powołania rządu Mateuszowi Morawieckiemu, ta sama część komentariatu (acz już bez Ziemkiewicza) zaczęła przekonywać siebie nawzajem, że Morawieckiemu się uda ten rząd powołać (w domyśle: uda się kupić część zwycięskiej koalicji). Takich przykładów było jeszcze mnóstwo, ale te dwa (dość spektakularne) nam wystarczą całkowicie. No dobrze, ale co z tego wynika? Ano to, że w pewnym momencie ta wiara się skończy. Jeżeli stanie się to przed wyborami prezydenckimi to może się to skończyć spektakularną porażką PiSowskiego kandydata (kimkolwiek by on nie był).


No dobrze, podygresjowaliśmy sobie, teraz pora wrócić do wyborów samorządowych. Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której PiSowi poszło całkiem nieźle (all things considered). Otóż, moim zdaniem PiS skupił się na wyborach do sejmików. Ktoś może powiedzieć, mordo, ale wcześniej chyba też się skupiali. I taki ktoś będzie miał rację, tyle że tym razem skupiono się bardziej, niż robiono to wcześniej. Ten sam ktoś może powiedzieć „mordo, ale gdzie są paragony?”. Jest ich całe mnóstwo. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak PiSowi poszły wybory w dużych miastach.


Owszem, PiSowi zawsze źle szło w miastach, ale teraz poszło mu bez porównania gorzej. Zacznijmy od Warszawy. Tamże okazało się, że po raz drugi wszystko rozstrzygnęło się w pierwszej turze. I znowuż, w 2018 roku dało się to jakoś wytłumaczyć silną polaryzacją. PiS wystawił Patryka Jakiego, za którym ciągnęły się jego wcześniejsze wypowiedzi i działania i który ewidentnie nie nadawał się na kandydata na prezia Wawy. Dodajmy do tego fakt, że usłużne sondażownie produkowały wyroby sondażopodobne, z których wynikało, że nie tylko Jaki wejdzie do drugiej tury, ale w tej drugiej turze może nawet zawalczyć o zwycięstwo. To wywołało zrozumiały opór wśród mieszkańców stolicy, a to przełożyło się na pospolite ruszenie. Teraz zaś PiS oddał Warszawę walkowerem. Tobiasz Bocheński był tragicznym kandydatem (acz komentariat PiSowski tłumaczył sam sobie, że on na pewno wygra z Trzaskowskim, bo na ten przykład, chodzi na siłownię), którego kampania była po prostu żenująca. Ja wiem, że w PiSie od zawsze jest problem z kandydatami, ale Bocheński to był po prostu wybitny okaz. To zupełnie tak, jak gdyby wystawiono kogoś takiego po to, żeby jego porażka nie wpłynęła w żaden sposób na wizerunek partii (wcześniej stawiano na sprawdzonych żołnierzy, vide Sasin i Jaki). Choć o wyniku lewicy napiszę na samym końcu, to w tym miejscu chciałbym wspomnieć o tym, że nie mogę odżałować tego, że Biejat nie przeskoczyła Bocheńskiego.


No dobrze, teraz przenieśmy się w inne miejsce geograficzne i udajmy się w podróż do byłej stolicy. O ile w przypadku Warszawy spadek poparcia dla kandydata PiSu nie był za bardzo widoczny, to w Krakowie mieliśmy do czynienia z katastrofą. W 2018 roku Małgorzata Wasserman otrzymała 31.88% głosów i weszła do drugiej tury. W 2024 roku kandydat PiSu Łukasz Kmita uzyskał jedynie 19.79%. Gołym okiem widać więc, że „coś nie pykło”. No dobrze, ale jak to się właściwie stało, że kandydatką w wyborach nie była Małgorzata Wasserman? Informacje na ten temat pojawiły się już w listopadzie 2023. Równolegle do nich pojawiły się inne, z których wynikało, że PiS ma problem z tym, żeby w ogóle jakiegoś kandydata w Krakowie wystawić. Rzecz jasna, plotek na temat przyczyn nie brakowało i jedna z nich mi utkwiła w pamięci: PiS ponoć zapowiedział, że nie będzie się jakoś specjalnie spinał ogarnianiem kampanii w Krakowie (w domyśle, chodziło o pieniądze). No i ok, ale czemu tak właściwie PiS nie chciał wydawać kasy na wybory? Otóż, moim zdaniem chciał, ale nie na te, bo (również moim zdaniem) czynniki decyzyjne najprawdopodobniej uznały, że to jest bezsensowne działanie i że lepiej skupić się na wyborach do sejmików, bo to „słupki wyborcze” z tych właśnie wyborów są najszerzej komentowane. Na temat wyników wyborów „prezydenckich” jakoś tak niechętnie się wypowiadano. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że było parę wyjątków (np. w Częstochowie, w której kandydatka z ramienia PiS weszła do drugiej tury i w Łodzi, w której co prawda wszystko rozstrzygnęło się w pierwszej turze, ale kandydatka z PiSu dostała prawie tyle samo głosów, co kandydat z tej partii w 2018), ale przeważnie wyglądało to tak, że mieliśmy do czynienia ze spadkami (tak stało się np. w Gdyni [o której jeszcze za moment], Wrocławiu i wielu innych miejscach).


Miało być o Gdyni i będzie o Gdyni. Otóż, w tym mieście doszło do srogiego przemeblowania. Wojciech Szczurek, który wygrywał do tej pory wszystkie kolejne wybory samorządowe (i to w pierwszej turze) tym razem nie wszedł nawet do drugiej. Kejs Szczurka pokazuje, że do zmiany władzy w mieście wcale nie była konieczna dwukadencyjność (którą PiS wprowadził tylko i wyłącznie dlatego, że politykom tej formacji wydawało się, że dzięki temu uda im się odbić miasta). Do zmiany władzy wystarczy wkurzenie mieszkańców (ja to obserwowałem dwukrotnie w moim rodzinnym mieście, ale to wkurzenie nigdy nie osiągnęło tak spektakularnych rozmiarów, jak w Gdyni).


Na sam koniec zostawiłem sobie jeszcze inny kawałek tematu wyborczego. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o to, że wynik wyborczy Lewicy to (wy już wiecie jaka) porażka. W trakcie wieczoru wyborczego Włodzimierz Czarzasty mówił o tym, że te wybory zawsze były trudne dla lewicy i teraz też się takie okazały. I wiecie, ja to rozumiem, ale skoro wiadomo, że te wybory są trudne, to może, no nie wiem (uwaga będzie CAPS) TRZEBA WZIĄĆ TO POD ROZWAGĘ I SIĘ DO NICH NALEŻYCIE PRZYGOTOWAĆ? Moim skromnym zdaniem (całkiem sporo tych moich teorii w tym odcinku) było tak, że Czynniki Decyzyjne w lewicy liczyły na wspólny start z PO i żodyn nie spodziewał się tego, że trzeba będzie startować osobno (aż mi się przypomniał pewien niezwykle zabawny dowcip o partii Razem, ale wam go nie opowiem!). A potem się okazało, że jednak trzeba startować samodzielnie i mieliśmy do czynienia z czymś, co się fachowo nazywa „przypałem”.


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że mieliśmy spektakularne próby wyjaśnienia „jak do tego doszło” i np. Maciej Gdula napisał na Eloneksie, że to wszystko przez to, że młodzi nie zagłosowali. Ja się tam nie znam, ale wydaje mi się, że zamiast marudzić na młodych, może warto by było ich wcześniej zachęcić do głosowania. Pojawiły się również opinie, z których wynikało, że warto by było wyciągnąć wnioski z tego, co się stało (posłanka Kotula o tym wspominała), ale bardzo szybko okazało się, że do rozliczeń nie dojdzie, bo przecież wybory (Gawkowski). Ja bym nie chciał być złym prorokiem, ale wydaje mi się, że jeżeli żadne wnioski nie zostaną wyciągnięte, a wybory do PE skończą się tak, jak te do sejmików (czego sobie, wam i lewicy nie życzę), to na Lewicy może się zagotować, a ostatnia rzecz, której nam teraz trzeba to podziały po lewej stronie. Tak, wiem pojawiły się głosy, z których wynikało, że to dobry moment na to, żeby Lewica opuściła koalicję, ale odnoszę wrażenie, że autorzy tych opinii nie do końca sobie zdają sprawę z tego, jakie mogłyby być konsekwencje takiego „wyjścia”. A mogłyby być one dla Lewicy bardzo złe, bo gdyby w efekcie tego „wyjścia” doszło do upadku rządu, to mogłoby się to skończyć przedterminowymi wyborami, a Lewica byłaby uznana za główną winowajczynię takiego stanu rzeczy. To zaś oznaczałoby grzanie 24/7 narracji „lewica współpracuje z PiSem”. Śmiem twierdzić, że prowadzenie kampanii w takich warunkach byłoby cokolwiek problematyczne. Gwoli ścisłości, o tym, że Lewica ma potencjał niech zaświadczy wynik Magdy Biejat, który był znacznie lepszy od wyniku wszystkich kandydatów wystawionych w 2018 przez lewicowe komitety. Kwestią otwartą jest to, co się z tym potencjałem zrobi.


Źródła:

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1778085922082279696

https://pl.wikipedia.org/wiki/Antoni_Szyma%C5%84ski_(polityk)

https://oko.press/polskie-watki-w-aferze-russiagate

https://wyborcza.pl/7,75398,29736211,obrona-polskosci-za-pieniadze-od-ziobry-serwis.html

https://www.donald.pl/artykuly/VhwPfcgj/niecale-dwa-miesiace-po-zmianie-wladzy-ziemkiewicz-prosi-o-wsparcie-dla-tygodnika-do-rzeczy-i-przekaz-po-angielsku

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-samorzadowe-2024/news-wyniki-w-krakowie-aleksander-miszalski-i-lukasz-gibala-zmier,nId,7438635#crp_state=1

https://dzienniklodzki.pl/wyniki-wyborow-samorzadowych-2018-oficjalne-wyniki-wyborow-na-prezydenta-lodzi-i-do-rady-miejskiej-w-lodzi-wybory-samorzadowe/ar/13612292

https://lodz.naszemiasto.pl/sprawdz-wyniki-glosowania-w-wyborach-2024-do-rady-miasta-i-na-prezydenta-w-lodzi/ar/c1p1-26187683

https://www.newsweek.pl/polska/wyniki-wyborow-samorzadowych-2018-kto-wygral-w-wojewodztwach/gb3x80w

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2024-04-08/wybory-samorzadowe-2024-kto-wygral-w-gdyni-zaskoczenie-po-26-latach/

https://www.wybory.gov.pl/samorzad2024/pl/wbp/okregi/226200

https://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,24078119,znamy-sklad-gdynskiej-rady-sa-juz-oficjalne-wyniki.html

https://www.wroclaw.pl/dla-mieszkanca/jacek-sutryk-prezydentem-wroclawia-wyniki-wyborow-samorzadowych-2018

https://www.wroclaw.pl/dla-mieszkanca/wyniki-wyborow-samorzadowych-2024-wroclaw-kto-wygral-frekwencja-prezydent-druga-tura


https://twitter.com/KotulaKat/status/1777323334599954546

https://twitter.com/tvn24/status/1777412014609928296

https://twitter.com/m_gdula/status/1777091517670121490

https://twitter.com/MpKaminski_/status/1777101479435771929



poniedziałek, 23 października 2023

Po wyborach o wyborach #2

Tak, jak obiecałem w poprzednim odcinku, zaczniemy niniejszą notkę od bardzo istotnej dla wyniku wyborów kwestii, którą była bardzo, ale to bardzo wysoka frekwencja. Śmiem twierdzić, że absolutnie nikt nie spodziewał się rekordu frekwencyjnego. Gdy przed wyborami temat frekwencji pojawiał się w debacie publicznej (i np. w dyskusjach w SM-ach), to praktycznie zawsze chodziło o to, że w tym czy innym sondażu frekwencja jest zawyżona. W przeważającej większości przypadków komentarze te odnosiły się do sondaży, w których prognozowana frekwencja była wyższa, niż 60%, albowiem konsensus się taki w debacie publicznej ukonstytuował, że frekwencja w wyborach parlamentarnych 2023 będzie niższa, niż ta w 2019.

Nie mam pojęcia, skąd się wziął ten konsensus, ale jak tak sobie teraz myślę o tym na spokojnie, to mógł być efekt działania rządowej machiny propagandowej. Nie twierdzę, że piszący i mówiący o tej niższej frekwencji ludzie byli „w zmowie” z PiSem. Chodzi mi o to, że to mogły być mimowolne ofiary PiSowskich narracji o „wewnętrznych sondażach i badaniach”, z których wynikało, że zdaniem suwerena opozycja się potyka o własne nogi i non stop denerwuje i zniechęca do siebie swój własny elektorat. Poza tym, dość istotną rolę w tym odegrała sama kampania, która była cholernie męcząca dla odbiorcy. Nie dziwi mnie więc to, że ktoś mógł dojść do wniosku, że efekt końcowy tych działań będzie taki, że frekwencja będzie niższa. Beneficjentem takiej obniżonej frekwencji byłaby partia Jarosława Kaczyńskiego, która z jednej strony prowadziła działania „antyfrekwencyjne” (mające na celu zniechęcenie elektoratu opozycji), a z drugiej swój przekaz kierowała do swojego żelaznego elektoratu.

A potem przyszedł dzień wyborów i praktycznie od momentu, w którym pojawiły się pierwsze dane frekwencyjne, „wyszło na to”, że frekwencja będzie rekordowa. Się wam przyznam, że mnie też to zaskoczyło. Owszem, frekwencja na marszach opozycji była bardzo wysoka, ale to wcale nie musiało się przełożyć na frekwencję wyborczą. Poza tym, miałem świadomość tego, że PiS stara się zniechęcić do głosowania elektorat opozycji i nie miałem pojęcia czy i w jakim stopniu te działania okażą się skuteczne.

Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że te wszystkie działania PiSowi szły tak doskonale, że to właśnie jemu zawdzięczamy frekwencję najwyższą od 1989 roku. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę w skrócie „jak do tego doszło” (moim zdaniem rzecz jasna). PiS w trakcie swojej drugiej kadencji (oczywiście, już po wyborach prezydenckich) traktował wszystkich z buta. Swoich oponentów wyzywał od zdrajców, wrogów ojczyzny i tak dalej, i tak dalej. Zdaniem obywateli się w najmniejszym stopniu nie przejmował (a to i tak eufemizm). Partia Kaczyńskiego nie przejmowała się również tym, że bardzo często z sondaży (nie mam tu na myśli sondaży wyborczych) wychodziło, że suweren się dość krytycznie odnosi do różnych decyzji i działań ówczesnej władzy. Tych sondaży było całkiem sporo i dotyczyły różnych tematów, ale łączyło je to, że mniej więcej stały odsetek obywateli popierał decyzje/działania PiSu (było to przeważnie trochę więcej niż 30% respondentów). Co ciekawe, praktycznie zawsze przy okazji tych sondaży w SM-ach zaczynały się dyskusje,w których pojawiała się pointa „im te 30 (z hakiem) procent wystarczy do wygrania wyborów”. Można bezpiecznie założyć, że PiSowscy spindoktorzy wychodzili z tego samego założenia.

W trakcie kampanii to „traktowanie z buta” weszło na jeszcze wyższe obroty. Do tego doszła jeszcze pełna arogancji i zarozumiałości retoryka działaczy PiSu, którzy opowiadali 24/7 o tym, że choćby nie wiadomo, co się stało, to oni i tak wygrają wybory. Ponadto (co było znamienne) PiS (przeważnie ustami Kaczyńskiegio) obiecywał zaostrzenie kursu: zaoranie sądownictwa, „repolonizację” mediów (swoją drogą, ta konkretna „obietnica” wprost idealnie zgrała się z decyzją Orlen Pressu o tym, żeby odmówić publikacji materiałów kampanijnych opozycji). Ten przekaz był wprost idealnie skrojony pod partyjny beton. Problem (PiSu) polegał na tym, że choć beton się z tego przekazu cieszył, to tam chyba nikt do końca nie przemyślał tego, jaki będzie miało wpływ to „zaostrzenie kursu” na umiarkowanego wyborcę partii Kaczyńskiego.

Nie wykluczam, że mogło być tak, że ktoś tam kalkulował w sposób następujący „skoro podniesiemy sobie frekwencję u „własnego” elektoratu, to wygramy te wybory samym betonem partyjnym”. Niezależnie od tego, jak przebiegał proces decyzyjny, PiS (na nasze szczęście) popełnił katastrofalny błąd. Z jednej bowiem strony odstraszył część umiarkowanego elektoratu PiSowskiego, a z drugiej strony, to „zaostrzenie kursu” na finiszu kampanii jeszcze bardziej zmotywowało (już i tak zmotywowany) elektorat opozycyjny.

W poprzednim tekście zasygnalizowałem, że pochylę się nad pewnym wałem, który Zjednoczona Prawica miała w zanadrzu. Ten konkretny wał był kwintesencją schyłkowej Zjednoczonej Prawicy, albowiem wszystko było przeprowadzane jak najbardziej jawnie. Chodzi mi, rzecz jasna, o zmiany w kodeksie wyborczym i o ich wpływ na głosowanie za granicą. W ramach zmian w tymże kodeksie, wszyscy członkowie komisji muszą obejrzeć głos, żeby się upewnić, że jest on ważny. No i wszystko fajnie, ale to wydłuża proces liczenia głosów, co mogło stanowić problem w komisjach zagranicznych, które mają 24 godziny na podliczenie głosów (bo jeżeli się nie wyrobią w tym terminie, to głosowanie w tych komisjach uważa się za niebyłe). W maju Senat zaproponował zmianę w tej kwestii (wydłużenie czasu), ale ówczesna większość sejmowa się tym nie przejęła. Znamienne jest to, że pod koniec marca organizacja Polonia Głosuje przeprowadziła eksperyment, z którego wynikło, że (po zmianach w kodeksie wyborczym) mogą być problemy ze zmieszczeniem się w limicie czasowym. To nie była żadna tajemnica, a większość sejmowa mogła bezproblemowo wprowadzić zmianę w kodeksie wyborczym (i chyba każdy zgodzi się z tym, że byłaby to, że tak to ujmę, „dobra zmiana”). Jednakowoż jakoś tak się złożyło, że tego nie zrobiła.

No dobrze, ale czemu tak właściwie Zjednoczonej Prawicy zależało na tym, żeby głosy z zagranicy wpadły w niszczarkę? Ano temu, że „zagranica” nie przepada za partią Kaczyńskiego. Moim skromnym zdaniem, ten konkretny wał miał zabezpieczyć Zjednoczoną Prawicę przed przegraną w przypadku, w którym głosy z zagranicy miałyby zadecydować o tym, że Zjednoczona Prawica straci większość parlamentarną (bo np. po ich przeliczeniu okazałoby się, że partii Kaczyńskiego brakło jednego, albo dwóch mandatów).

Ktoś może powiedzieć, „no dobrze, ale przecież komisje się wyrobiły z liczeniem głosów, więc nie bardzo wiadomo, czemu mają służyć te dywagacje”. A ja takiemu komuś odpowiem: owszem, komisje zagraniczne się wyrobiły, ale warto popatrzeć na to, co działo się potem. Protokoły z USA (czyli z miejsca, w którym PiS zawsze wypada lepiej od innych) zostały przyjęte, a z protokołami z innych miejsc (cóż za przypadek) był problem. Problem na tyle duży, że media się nad tym pochyliły i zaczęto grillować PKW (której członkowie nie byli w stanie sensownie odpowiedzieć na pytanie, skąd się ten problem wziął). PKW przyciśnięta do muru oznajmiła, że jeżeli komisje złożyły te protokoły (tzn. „próbowały”) w odpowiednim terminie, to głosy zostaną uwzględnione.

Moja robocza teoria jest taka, że te „problemy” z przyjęciem protokołów to było dodatkowe zabezpieczenie (na wypadek, gdyby głosy się udało przeliczyć). Jestem się w stanie założyć o bardzo wiele, że gdyby Zjednoczonej Prawicy miało braknąć (do utrzymania samodzielnej większości) jednego, bądź dwóch mandatów, to tych protokołów z zagranicy pewnie by nie przyjęto, a winę zwalonoby na zagraniczne komisje. Równolegle w rządowych mediach grana by była narracja, z której by wynikało, że była próba sfałszowania wyborów, ale na szczęście się nie powiodła. Co prawda, nie da się przewidzieć do końca reakcji społeczeństwa na coś takiego, ale z drugiej strony PiS miał już długą tradycję „przetrzymywania” protestów, tak więc mogli sobie tam kalkulować tak, że ludzie trochę poburczą, a potem się rozejdą do domów (a oni sobie w międzyczasie spróbują dobrać posłów więcej, żeby sobie większość zabezpieczyć).

Ponieważ okazało się, że różnica w mandatach jest tak duża, że te zagraniczne głosy absolutnie niczego nie zmienią, „ludzcy panowie” z PiSu zmienili zdanie i „problemy” w komisji się skończyły.  Można to wszystko rzecz jasna uznać za przypadek, ale trochę tych przypadków (w kontekście zagranicznych komisji) za dużo.


No dobrze, skoro tematy frekwencyjne mamy już za sobą, to można przejść do wyników wyborczych poszczególnych partii (rzecz jasna, w tej wyliczance pominę partię Jarosława Kaczyńskiego, bo o niej już wystarczająco dużo było).

Zaczniemy od Koalicji Obywatelskiej, która uplasowała się na drugiej pozycji. Tutaj jakoś specjalnie rozpisywać się nie trzeba. KO miała bardzo skuteczną kampanię. Rzecz jasna, wpadki się partii Tuskowej zdarzały, ale potrafiono się jakoś z nich wyplątać (w przeciwieństwie do partii, która miała pierwsze miejsce, albowiem ona udawała, że wpadki się nie wydarzyły).  Partii Tuska udało się zaangażować w kampanii bardzo dużo ludzi. Nie chodzi mi tu o działaczy partyjnych, ale o zwykłych obywateli, których aktywność w SM-ach sprawiła, że PiS był w tej kampanii w mediach społecznościowych średnio widoczny (a gdy już był, to pod wpisami polityków Zjednoczonej Prawicy nieodmiennie dochodziło do demolki w komentarzach). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, jak to po jego powrocie do polskiej polityki, część komentariatu tłumaczyła, że teraz to PiS będzie miał ułatwione zadanie, bo Tusk będzie obciążeniem dla całej opozycji. Po raz kolejny okazało się, że komentariat potrafi się spektakularnie rozminąć z rzeczywistością ze swoimi prognozami. Żeby nie przedłużać, nie jestem, nie byłem i raczej nie będę fanem Donalda Tuska, ale muszę przyznać, że jest on politykiem skutecznym.

Teraz możemy się pochylić nad Trzecią Drogą. O ile nieco dziwić może to, że TD ugrało aż tak dobry wynik, to nie dziwi mnie to, że koalicja ta weszła do Sejmu. Od bardzo wielu lat jedna rzecz w polskiej polityce się nie zmienia (uwaga, będzie capslock): PSL JEST ZAWSZE NIEDOSZACOWANY W SONDAŻACH. Ileż to już razy można było przeczytać teksty o tym, że „no teraz to PSL już na pewno nie wejdzie do Sejmu”, a oni jak wchodzili, tak wchodzą. Można domniemywać, że TD swój wynik zawdzięcza pospolitemu ruszeniu obywateli i temu, że na finiszu kampanii (w wymiarze sondażowym) to, czy wejdą do Sejmu pozostawało wielką niewiadomą. Suweren był świadom tego, co się stanie, jeżeli TD się wywali przed progiem (sam PiS o to zadbał, rozrzucając przez swoich redaktorów narracje o tym, że mają wewnętrzne sondaże, z których wynika, że TD się wywala, a oni dzięki temu mają samodzielną większość) i najwyraźniej suwerenowi się ta perspektywa nie spodobała.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Teraz pora na przedostatnie miejsce (rzecz jasna, chodzi mi o partie „wchodzące”). Jak już wspomniałem w poprzednim tekście, nie byłem za bardzo ukontentowany wynikiem wyborczym Nowej Lewicy. Lewica miała „momenty” (np. Anna Górska, która zdemolowała PiSowskiego wojewodę w okręgu 63), ale „zgubienie” prawie 500.000 głosów pomimo znacznie wyższej frekwencji ciężko uznać za sukces wyborczy. Kampania lewicy była bardzo nierówna (i stąd np. przeskakiwanie „lokomotyw” przez osoby z dalszych miejsc). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że od jakiegoś czasu było widać, że w NL zapieprzają głównie Razemki. Znalazło to odzwierciedlenie w zwiększeniu „stanu posiadania” przez Razemy pomimo tego, że NL jako całość miała znacznie gorszy wynik, niż w 2019. Nie mam pojęcia, co się tam „zadziało”, ale mam nadzieję, że jakieś wnioski zostaną wyciągnięte przed wyborami samorządowymi.

Teraz czas na miejsce ostatnie. Lojalnie uprzedzam, że moje wymądrzanie w tym miejscu wejdzie na wysokie obroty. Jakoś tak się złożyło, że w ciągu ostatniego tygodnia część komentariatu zaczęła się bić w piersi i tłumaczyć, że no z tymi ich przewidywaniami o konfie (o której w czasie jej „zwyżek” mówili, że jest „niedoszacowana” i że „mogą na nią zagłosować kobiety”) to nie do końca wyszło. Przyznam szczerze, że bardzo dobrze się bawię patrząc na to „bicie się w piersi”, bowiem ja akurat się w nic bić nie muszę z tej prostej przyczyny, że moje przewidywania odnośnie konfy się sprawdziły. Swój Głośny Tekst o konfie napisałem na początku kwietnia, kiedy to wszędzie panowało przekonanie o tym, że konfa to dopiero pokaże, na co ją stać. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że szef jednej z sondażowni jeszcze w czerwcu wieszczył 15% i 60 mandatów dla konfy, a szef innej jeszcze w połowie września tłumaczył, że te spadki konfy to mogą być efektem celowego działania i że jak konfa zintensyfikuje swoje działania na finiszu kampanii, to może się jeszcze odbić w sondażach. 

W owym (kwietniowym) Głośnym Tekście napisałem o tym, że nie ma szans, żeby konfa „dowiozła” zwyżki sondażowe do wyborów i wskazałem główne problemy, z którymi będzie się musiała mierzyć. Na ten przykład, zwróciłem uwagę na to, że jak na listach znajdą się szury, to konfa będzie miała problem. Odniosłem się również do tego, że konfa będzie miała problem ze względu na wcześniejszą strategię komunikacyjną (zwracanie na siebie uwagi za wszelką cenę). Kolejnym problemem, z którym konfa się miała mierzyć, był ten wynikający z faktu, że praktycznie cała komunikacja konfy z jej elektoratem odbywała się za pomocą interneto, w którym jednakowoż sporo było krytycznych komentarzy i opinii na temat tej partii. W czerwcu popełniłem drugi (równie Głośny) tekst na temat konfy i tam z kolei zwróciłem uwagę na to, że gdyby spojrzeć na konfę przez pryzmat sondaży, to można by było odnieść wrażenie, że partia ta jest praktycznie teflonowa i nic nie jest jej w stanie zaszkodzić. 

Nieco później nastąpiła „korekta sondażowa” i poparcie konfy zaczęło spadać. Jej członkowie zareagowali na to tak, jak można się było tego spodziewać i po prostu zaczęli opowiadać o tym, że z tymi sondażami to coś nie tak jest na pewno (wcześniej, gdy mieli wysokie słupki, jakoś im sondaże nie przeszkadzały). Potem zaś przyszły wybory i okazało się, że partia, która w opinii bardzo wielu osób miała być „niedoszacowana”, była przeszacowywana w praktycznie każdym przedwyborczym sondażu.

Jednej rzeczy przewidzieć mi się nie udało. Nie wiedziałem bowiem, jak zareaguje ciężka szuria na zmianę strategii komunikacyjnej konfy i zastanawiałem się nad tym, czy aby nie będzie tak, że się od konfy odwrócą. Jednakowoż okazało się, że szury były niezachwiane (w przeciwieństwie do osób, które przez jakiś czas przychylnie patrzyły na partię uśmiechniętego Pana z Tik Toka) i nawet udało im się zwiększyć reprezentację w Sejmie. Istotne jest tutaj to, że elektorat szurski stanowi mniej więcej stałą część społeczeństwa i podwyższenie frekwencji przełożyło się na to, że więcej ludzi o takich, a nie innych poglądach udało się do Komisji Wyborczych. To, w połączeniu z faktem, że Mentzenowi i JKM udało się na finiszu skutecznie odstraszyć elektorat umiarkowany (no wiecie, tych, którzy chcieli niskich podatków, dwóch samochodów grilla/etc.) sprawiło, że Braunowców teraz w Sejmie będzie więcej.

Co prawda niezbyt mnie cieszy to, że konfa ma teraz więcej posłów, niż miała w 2019 roku, ale z drugiej strony bardzo, ale to bardzo cieszy mnie to, że pomimo „sondażowej magii” wylądowała na ostatnim miejscu (choć przecież pozycjonowano ją na trzecim miejscu). Wynik ten cieszy jeszcze bardziej, gdy sobie człowiek przypomni, że „poważne sondażownie” robiły sondaże, w których (jeszcze w lipcu) wychodziło, że konfa ma ponad 15% poparcia.  


I na tym zakończymy niniejszy odcinek. W następnym poruszone zostaną już kwestie aktualne (znaczy się „powyborcze”) i będzie sobie można pozwolić na pogdybanie „co to będzie, co to będzie”. Aczkolwiek, biorąc pod rozwagę fakt, że we wtorek mają liderzy opozycji konferencję organizować, to pewnie na temat pewnych kwestii już nie trzeba będzie gdybać


Źródła:

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/04/moze-i-maja-kontrowersyjne-poglady-ale.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/06/hejterski-przeglad-sondazowy-1.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/07/hejterski-przeglad-sondazowy-2.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/08/czy-mozemy-wam-wywrocic-to-panstwo.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/08/hejterski-przeglad-sondazowy-3.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/09/hejterski-przeglad-cykliczny-90.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/09/hejterski-przeglad-cykliczny-91.html

czwartek, 21 września 2023

Hejterski Przegląd Cykliczny #91

Jakiś czas temu KO zaliczyła wpadkę, wypuszczając w internety generator memów, który momentalnie został użyty, że tak to ujmę „niezgodnie z przeznaczeniem” (został strollowany). Jeżeli mam być szczery, to ciekaw jestem, jak to możliwe, że ktoś się zdecydował na coś takiego. Bo to nie jest tak, że to jest w moim wykonaniu mądrość post factum. Niepisaną zasadą układania przekazu (haseł/etc.) jest to, żeby nie były zbyt proste do przerobienia. Rzecz jasna, nie da się przekazu całkowicie zabezpieczyć przed przerabianiem, ale można się choć trochę postarać. Szczerze mówiąc, nie była to jakaś spektakularna wpadka i pewnie bym o niej nie wspomniał, gdyby nie to, że praktycznie zaraz potem PiS (którego influencerzy mieli bekę z platformerskiej wpadki) powiedział „myślicie, że to jest wpadka? To potrzymajcie nam piwo”.

Chodzi mi, rzecz jasna, o spot z Jarosławem Kaczyńskim, który został nakręcony tak nieudolnie, że był odpowiednikiem opublikowania w internecie zdjęcia, na którym ktoś trzyma białą kartkę. Co prawda, zrobienie mema jest łatwiejsze od zmontowania filmiku, ale mnogość „telefonów do Kaczyńskiego” pokazuje, że nie było to jakoś specjalnie trudne. I znowuż, PiS złamał tę samą zasadę, co PO wrzucając do internetów coś, co w praktyce było gotowym szablonem. Nawiasem mówiąc, o ile wcześniej PiS usiłował zreanimować (tzn. w sumie nadal to robi) narracje i kampanię z 2015, to spot z telefonem był jeszcze bardziej spektakularnym zastosowaniem nekromancji. W 2007 roku Platforma Obywatelska przywaliła w Prawo i Sprawiedliwość spotem, którego najistotniejszym elementem był „telefon do prezydenta” (link w Źródłach będzie). Jestem się w stanie założyć o wiele, że ten spot powstał tylko i wyłącznie dlatego, że chciał tego Jarosław Kaczyński. Potencjał memiczny tego spotu przykrył bowiem taką drobnostkę, jak to, że „kanclerz Niemiec” nie zadzwonił ani do Morawieckiego, ani do Dudy, tylko do Jarosława Kaczyńskiego. No ale to tylko dygresja.

Skoro zaś już jesteśmy przy wpadkach kampanijnych, to warto się pochylić nad jedną z najbardziej spektakularnych kampanijnych wpadek. O którą wpadkę chodzi? O tą, która nazywa się Sławomir Mentzen. W telegraficznym skrócie: kampania wyborcza przerosła Mentzena i teraz sprowadza się do tego, że uśmiechnięty pan z Tik Toka porusza się ruchem jednostajnie przyśpieszonym od jednej wpadki do drugiej. Zaczęło się od słynnego wywiadu, w którym poruszony został temat „100 Mentzena” (czy jak tam się to nazywało), z którego wywiadu mogliśmy się dowiedzieć, że wyżej wymieniony tak właściwie to nie pamięta o co chodzi, ale to nie on układał te ustawy i w sumie to ich już nie ma, bo mu zginęły (a poza tym hosting wygasł!). A potem było już tylko gorzej. Do pewnego momentu Mentzena chroniły wysokie słupki sondażowe (którymi konfa się chwaliła na prawo i prawo), na wszelkie słowa krytyki można było bowiem odpowiadać, że może i komuś się tam nie podobają wypowiedzi Pana Sławka, ale elektoratowi konfy najwyraźniej się podoba, a przecież to jest najważniejsze. Później zaś słupki zaczęły spadać (skończyło się gadanie o „stabilnym dwucyfrowym poparciu”) i atmosfera się zaczęła robić nerwowa. Jednym z ostatnich dokonań uśmiechniętego Pana z Tik Toka było to, że (używając prawicowego języka) został „mocno zmasakrowany” przez Petru na swoim własnym wiecu. Ponieważ Mentzen nie był przygotowany do jakiejkolwiek dyskusji, próbował „zaorać” Petru cytatami z filmu „Chłopaki nie płaczą” (za co został zjechany na eloneksie przez część własnego elektoratu). Tak sobie myślę, że o wiele bardziej na miejscu byłyby cytaty z „Psów”, ale mogę się mylić.

Motto konfy w ostatnich tygodniach powinno brzmieć „jak nie idzie, to nie idzie”. Jakiś czas temu konfa pozwała w trybie wyborczym Magdę Biejat za to, że w odniesieniu do tej partii użyła określenia „brunatna siła”. Ponieważ Biejat (tzn. pewnie reprezentujący ją prawnicy, ale to akurat didaskalia) przyszła do sądu z „paragonami” (tzn. z całym naręczem cytatów z konfiarskich tuzów), sąd uznał, że Biejat miała prawo do użycia takiego, a nie innego określenia. Zastanawiałem się nad tym, czy konfa się będzie odwoływać od wyroku (co jest w sumie standardem w takich sytuacjach), a potem na eloneksa wpadła wiadomość, że wyrok się uprawomocnił, bo pełnomocnik konfy zawalił przy dostarczaniu zażalenia i termin przepadł. Gwoli ścisłości, mógłbym to spróbować jakoś zweryfikować (i popytać znajomych lewaków), ale ponieważ mowa tu o partii, która najczęściej posługuje się „chłopskim rozumem”, to ja też wolałem ten chłopski rozum zastosować. A ten chłopski rozum mi podpowiada, że skoro się nie odwoływali, to znaczy, że ktoś coś zawalił, amen.  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Jedna z moich ulubionych sondażowni przeprowadziła ostatnimi czasy sondaż, w trakcie którego badano to, czy Polacy będą chcieli brać udział w wyrobie referendopodobnym, który nam władza zaserwuje 15 października. Z sondażu wynikło, że w referendum chce wziąć udział mniej więcej połowa osób, które deklarują, że wezmą udział w wyborach. Tak, ja wiem, że PiS ma wynik referendum w wielkim poważaniu i że chodzi tylko i wyłącznie o próbę „podbicia” sobie frekwencji, ale przyznam szczerze, że taki wynik sondażu mnie cieszy.

Skoro zaś jesteśmy przy temacie sondażowni, to CBOS ostatnio wjechał cały na biało ze swoimi słupkami. Nie będę ich tu cytował (no bo szanujmy się) i pochylę się jedynie nad spektakularną frekwencją, którą „wysondażował” CBOS. Otóż „z badań” im wyszło,o że wyniesie ona 83%. Całe szczęście, że do wyborów nie zostało już dużo czasu, bo jeszcze kilka sondaży i CBOS mógłby dobić do 100%  Aczkolwiek, biorąc pod rozwagę to, jak długo CBOS przeprowadza sondaż (ogarnięcie ostatniego zajęło im 10 dni), mogliby się nie wyrobić przed wyborami.  

 
Od momentu, w którym medialnie rozkręciła się afera wizowa, PiS (razem ze swoimi mediami) w trybie 24/7 stara się przekonywać wszystkich dookoła, że nie było żadnej afery i że afery to były za PO. W momencie, w którym piszę ten kawałek, Ziobro się odgraża, że on opowie o tym, jak to wyglądało za czasów Platformy Obywatelskiej (jakie były wtedy prowadzone śledztwa/etc.). Nie mam pojęcia, co on tam wywlecze, ale prawda jest taka, że choćby tam były jakieś straszne rzeczy, to prawie całe internety są zarzucone danymi dotyczącymi przyznawania wiz i nie jest możliwe, żeby to, co działo się wcześniej, miało większą skalę niż to, co działo się za czasów PiS. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że my tak naprawdę nie wiemy o jakich liczbach wiz mówimy, bo z jednej strony mamy narracje o 250 tysiącach, a z drugiej o tym, że to było kilkaset wiz. Obie są równie mało prawdopodobne. Gdyby to było ćwierć miliona lewych wiz, to już dawno by się sprawa rypła. Z drugiej zaś strony, gdyby to było kilkaset wiz, to Zjednoczona Prawica już dawno by się pochwaliła „walką z korupcją”. 

Jeden z moich ulubionych polityków, Janusz Kowalski, jest specjalistą ds. ochrony Polski przed wyimaginowanymi zagrożeniami. Nikogo więc nie powinno dziwić, że tematyka (nieistniejących) zagrożeń zaczęła się pojawiać w trakcie kampanii, którą Kowalski prowadzi. W zeszłym tygodniu Janusz opowiadał o tym, że jak już Zjednoczona Prawica wygra, to wprowadzi ustawę, która ma chronić język polski. Przed czym? Tym razem poszło o feminatywy. Mógłbym w tym miejscu pożartować sobie na temat tego, że po wprowadzeniu tej ustawy antyfeminatywowej, będziemy mogli przeczytać, że Edward Szydło jest mężem byłego Premiera RP, ale trochę mi się nie chce. Warto natomiast zwrócić uwagę na to, że największym zagrożeniem dla języka polskiego jest prawicowa interpunkcja, pisownia i stylistyka. Ciekaw jestem, jak zareagowałby Janusz Kowalski, gdyby ktoś z opozycji zapowiedział wprowadzenie ustawy mającej na celu ochronę języka polskiego przed tym zagrożeniem. |

Jestem tak stary, że pamiętam artykuły i komentarze, w których tłumaczono nam, że start Romana w tym samym okręgu, w którym startuje Jarosław Kaczyński to genialne posunięcie, bo obaj panowie mają porachunki do wyrównania i Roman będzie wyprowadzał z równowagi Jarosława. Od tamtej pory to „wyprowadzanie z równowagi” wyglądało tak, że Roman napisał już tonę wpisów na Eloneksie, w których to wpisach zwraca się do „Jarka”. Póki co, nie przyniosło to żadnego efektu, ale być może stało się tak dlatego, że Jarosław nie ma konta na portalu u Elona.

Parę dni temu, w ramach kampanii wyborczej PiS wrzucił do spotu odtajniony kawałek dokumentu, przy pomocy którego usiłowali tłumaczyć, że zły Donald Tusk oddałby Rosji pół Polski, gdyby nas ta Rosja zaatakowała. Po pierwsze, nie ma drugiej (poza konfą) partii, która tak bardzo gardziłaby swoimi wyborcami (nie oszukujmy się, używając w tym przypadku takiej, a nie innej retoryki PiS traktuje swoich wyborców jak idiotów). Po drugie, niech ktoś wytłumaczy Błaszczakowi, że obrona kraju w trakcie wojny to nie jest granie w Starcrafta, gdzie (grając w kampanię) dało się przeciwnika zatrzymać w miejscu, jeżeli tylko zbudowało się w tym miejscu odpowiednio dużo bunkrów/wieżyczek i dorzuciło się do tego odpowiednią liczbę jednostek. Po trzecie, to jest działanie, o którym wspominałem w swoich Głośnych Tekstach. Chodzi, rzecz jasna, o ujawnianie kawałków dokumentów z pełną świadomością tego, że oponent nie jest się w stanie przed tym w żaden sposób obronić. No bo co niby ma zrobić Tusk? Powiedzieć „ej, no skoro tak krytycznie podchodzicie do tego planu, to może pokażcie te, które sami teraz ogarnęliście?”. Toć przecież zaraz by machina propagandowa zaczęła tłumaczyć, że Tusk to zdrajca, bo domaga się ujawnienia tajemnicy państwowej, a przecież Rosja tylko czeka na takie informacje. Po czwarte, używanie takich metod świadczy o tym, że PiS stawia wszystko na jedną kartę. No bo prawda jest taka, że ci ludzie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ktoś może użyć tych samych metod przeciwko nim (przy założeniu, że uda się ich odspawać od władzy) i raczej nie wyjdą na tym dobrze.

Krzysztof Brejza wrzucił do internetów zdjęcia dokonań komendanta Szymczyka, który w zeszłym roku postanowił odświeżyć wnętrze komendy przy pomocy granatnika. Generalnie (a raczej komendancko) rzecz biorąc, bagieciarnia z tej komendy miała ogromne szczęście, że nikt wtedy nie zginął. Poza tym każdy, kto zobaczył te zdjęcia, mógł się przekonać o tym, że absolutnie wręcz niemożliwe było to, żeby komendant pomylił ten granatnik z czymkolwiek innym (aczkolwiek dobrze by było, gdyby jego koledzy z komendy skontrolowali mieszkanie komendanta i sprawdzili, czy nie podpiął sobie granatników do kina domowego). Nie było również możliwe to, żeby sobie ta rura sama wystrzeliła. Wniosek z tego płynie taki, że jeżeli Zjednoczona Prawica powie Szymczykowi, że ten ma zacząć skakać, to Szymczyk zapyta jedynie o to, „jak wysoko”.  

 

Źródła:

https://wiadomosci.wp.pl/po-stworzyla-generator-memow-wkrotce-go-usunela-6938877385812576a

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,30180749,spot-pis-z-kaczynskim-o-co-w-nim-chodzi-nie-merkel-nie-kazala.html

https://www.youtube.com/watch?v=f0-UbgCaP1k

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1701158638151196685

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,143907,30195585,petru-wyszedl-na-scene-na-wiecu-mentzena-czekal-cale-zycie.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,30162958,polityk-konfederacji-pozwal-poslanke-lewicy-w-trybie-wyborczym.html

https://twitter.com/GrzegorzKepka/status/1701174116844281859

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-parlamentarne-2023/news-sondaz-polacy-podzieleni-ws-pazdziernikowego-referendum,nId,7019161#crp_state=1

https://wyborcza.pl/7,75398,30194490,nowy-sondaz-cbos-ko-z-dwukrotnie-mniejszym-poparciem-niz-pis.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,30190601,janusz-kowalski-chce-chronic-jezyk-polski-przed-feminatywami.html

https://natemat.pl/511117,blaszczak-odtajnil-dokument-zeby-uderzyc-w-po-szok-u-bylych-wojskowych

https://tvn24.pl/polska/eksplozja-granatnika-w-komendzie-glownej-policji-senator-krzysztof-brejza-pokazal-zdjecia-wykonane-tuz-po-wybuchu-7348590

poniedziałek, 11 września 2023

Hejterski Przegląd Cykliczny #90

Joanna Senyszyn chciała kandydować do Senatu w okręgu 45. Zupełnym przypadkiem, w tym samym okręgu w ramach paktu senackiego startuje Magda Biejat. Główna zainteresowana opowiadała o tym, że ona wcale nie chce startować przeciwko paktowi senackiemu. Gdy zacząłem zastanawiać się nad tym, czy Senyszyn nie zacznie opowiadać o tym, że tak właściwie to pakt senacki wystawił kandydatkę przeciwko niej, okazało się, że moje rozważania są bezprzedmiotowe, bo Senyszyn nie udało się zebrać wymaganej liczby podpisów.


PiS zaczął opowiadać o „konkretach”. Jednym z takich konkretów była wzmianka o tym, że na osiedlach z wielkiej płyty brakuje miejsc parkingowych. Gdy zaczęto (dość przytomnie) zauważać, że w sumie to nie bardzo jest gdzie te parkingi stawiać (no chyba, że się chce wyasfaltować zieleń, która znajduje się na osiedlach), jedna z PiSowskich twarzy w social mediach (Paweł Rybicki) zaczęła tłumaczyć, że przecież istnieje coś takiego, jak parkingi podziemne. I wszystko fajnie, ale temu geniuszowi (w sumie pomysł nie był jego, on to jedynie rozpowszechnia) umknął taki szczegół, jak to, że żeby parkingi podziemne, wykopywane pod już istniejącymi osiedlami były bezpieczne, musiałyby być, eufemizując, cholernie drogie. Z chęcią obejrzałbym rozmowę jakiegoś PiSowca z kandydatem opozycji mieszkającym na osiedlu z wielkiej płyty, który to kandydat zadawałby kandydatowi PiSu pytania o to, ile będzie kosztować zrobienie takiego parkingu pod jego osiedlem. No bo przecież skoro to jest doskonale przemyślany program, to wszystko już policzone jest, prawda? (tylko że niezupełnie, bo jak wytknął jeden z dziennikarzy Interii, PiS na swoje „przyjazne osiedle” chce wydać mniej, niż na niezrealizowaną obietnicę termomodernizacji osiedli [kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że termomodernizacja ma być jednym z elementów „przyjaznego osiedla”]).


Jeszcze innym pomysłem był „dobry posiłek”. Chodziło, rzecz jasna, o posiłki w szpitalach. No i wszystko fajnie, bo pożywienie w szpitalach urąga Rozumowi i Godności Człowieka (i to od dawna). Tyle, że PiSowi zdaje się umykać ten drobny szczegół, że to nie jest tak, że to pożywienie w szpitalach jest złe, bo zły personel szpitala wydaje pieniądze przeznaczone na to pożywienia na koks (względnie: inwestuje je w kryptowaluty). Ochrona Zdrowia jest chronicznie niedofinansowana i jednym z efektów tegoż niedofinansowana jest właśnie takie, a nie inne żarcie. Jeżeli ktoś będzie chciał „poprawić posiłki” bez równoległego dofinansowania OZ, to skończy się to tak, że przeciętny obywatel (od pewnego czasu używanie określenia „statystyczny Kowalski” jest cokolwiek problematyczne) będzie co prawda czekał kilka miesięcy dłużej na jakiś zabieg/operację, ale jak się już doczeka, to przynajmniej będzie mógł sobie pojeść w szpitalu.  


KO ostatnio zarzuciło spotem poruszającym problematykę migracji. Spot był równie subtelny, co Rewolucja Październikowa. Ja się tam co prawda nie znam, bo ze mnie prosty bloger, ale wydaje mi się, że te narracje dotyczące migracji można by było „poprowadzić” tak, żeby nie były fear-mongeringiem. Można, na ten przykład, skupiać się na szpagacie Zjednoczonej Prawicy. Jestem tak stary, że pamiętam, jak to w 2015 roku prawica opowiadała Polakom, że ci ludzie, co to mieliśmy ich przyjąć kilka tysięcy (w porywach do kilkunastu), to nie są żadni uchodźcy, tylko (przedcapslockowe werble): MIGRANCI EKONOMICZNI. Teraz zaś okazuje się, że migranci dzielą się na tych dobrych (ekonomicznych, którzy chcą do Europy przybyć „do pracy”) i tych złych, którzy (cytuję z pamięci) „przybywają w sposób nielegalny”. Po co przybywają ci „źli”? Tego nie wiadomo, bo tego nie obejmują przekazy dnia. Nie zrozumcie mnie źle, ja uważam, że człowiek to człowiek (dla polityków Zjednoczonej Prawicy decydujący jest najprawdopodobniej kolor skóry). Niemniej jednak znajduję absurdalnym (tzn. prawicowym) to, że w 2015 migranci ekonomiczni byli źli, a teraz są dobrzy (a szczególnie ci, którzy zapłacą 5 koła baksów łapówki). Równie absurdalne jest to, że w 2015 (i później, w kontekście wydarzeń na granicy Polsko-Białoruskiej) straszono tym, że „nie wiadomo, co to za ludzie są” (ale wiadomo, że migranci ekonomiczni) i że nie da się tego zweryfikować, ale w przypadku osób, które starają się o wizy pracownicze, ten problem nie istnieje.


W zeszłym tygodniu wylądował sondaż Kantaru, który wywołał incydent kałowy wśród części komentariatu (co zrozumiałe, prawicowy komentariat się cieszył). Okazało się bowiem, że Zjednoczony PiS (przprszm, musiałem) zaliczył w nim skok poparcia o 6 punktów procentowych. Komentariatowi nie chciało się przyjrzeć innym danym z tego sondażu. O które dane chodzi? O te, w których stoi ile osób odpowiedziało na pytanie o preferencje partyjne. W najnowszym sondażu Kantaru na 1000 zapytanych odpowiedzi udzieliło 732 respondentów. Innymi słowy, wyszła im 73% frekwencja (i 7% niezdecydowanych). Dla porównania w czerwcu 2023 było to (po przeliczeniu na %) 63.5% i 9% niezdecydowanych. W marcu 2023 – 66,6% i 14% niezdecydowanych, a w lutym 67% i 12% niezdecydowanych. Pamiętam, jak przy okazji wakacyjnych spadków konfiarzy pewien właściciel sondażowni opowiadał o tym, że ten sondażowy spadek to może być tzw. „outlier”. Czekałem na jego wypowiedzi, dotyczące tego konkretnego sondażu, bo mamy w nim zarówno skok frekwencji jak i spadek (i to spory) odsetka niezdecydowanych. Mnie to wygląda na jakiegoś „outliera”, ale nie jestem szefem sondażowni, więc się nie znam. Nawiasem mówiąc, nie twierdzę, że Kantar „skręcił” sondaż. Mogli zrobić wszystko poprawnie i uzyskać takie, a nie inne dane.

 
UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Na swoim spędzie Prezes opowiadał o tym (co potem było powtarzane przez polityków jego formacji w programach publicystycznych), że z tymi sądami to jest skandal, że one „nie podlegają kontroli społecznej”. O ile brak reakcji krytycznej na jego własnym spędzie mnie nie dziwi (bo przecież nie po to nie pozwala się zadawać prezesowi pytań), to już brak reakcji w programach publicystycznych (zarówno ze strony prowadzących, jak i współuczestników) mnie cokolwiek (eufemizujac) irytuje. Prawda jest bowiem taka, że już teraz wiemy, czym się skończyło „objęcie kontroli społecznej” nad prokuraturą. Idealnym przykładem będzie sytuacja związana z jednym z bliskich współpracowników Ziobry. Otóż w 2019 potrącił kobietę na pasach (potrącił ze skutkiem śmiertelnym). Co ciekawe, nawet na TVP Info dopisali, że prokuratura nadzoruje śledztwo, dorzucili konkretny artykuł i paragraf (art. 177 par 2) i dodali, że sprawcy wypadku grozi od 6 miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności. Pointa jest rzecz jasna taka, że do grudnia 2022 (kiedy o sprawie napisało Oko Press) sprawcy nie postawiono zarzutów, a prokuratura zajmowała się głównie szukaniem nowych biegłych. Podsumowując, gdy prezes i jego akolici opowiadają o potrzebie wprowadzenia „kontroli społecznej” nad czymkolwiek, to mają na myśli całkowite przejęcie kontroli nad tym czymś. Wydaje mi się, że kampania wyborcza jest odpowiednim czasem do przypominania takich oczywistości.


Również na tym samym spędzie prezes (jak to on ma w zwyczaju) przywalił srogim bon motem. Prezes poruszył bowiem kwestię opieki zdrowotnej nad kobietami w ciąży. Dobra, żartowałem. Tak naprawdę, to prezes po prostu chciał sobie popełnić (kolejną w swej karierze) zygotariańską tyradę. Tyle, że w trakcie jej popełniania, przypomniał sobie o kobietach i wyszło tak, jak wyszło. Przyznam szczerze, że po tym, jak mnie trafiła ta wypowiedź po raz pierwszy, pomyślałem sobie, że zaraz się pewnie zacznie lament, że „wyrwane z kontekstu” i postanowiłem sobie ten „kontekst” znaleźć. A potem się okazało, że, owszem, można powiedzieć, że ta wypowiedź została „wyrwana z kontekstu”, tylko, że razem z tym kontekstem brzmi to jeszcze gorzej. Bo (tak jak napisałem wcześniej) wygląda to tak, że prezes sobie to zdanie o kobietach (które „też mają pełne prawo do życia”) tam dopisał na siłę i dlatego brzmiało to tak, a nie inaczej.


Na swojej konwencji Lewica ogłosiła szokujący postulat. Otóż okazuje się, że zdaniem lewicy ludziom powinno się płacić za wykonywaną pracę, ale to nie wszystko! Roszczeniowa lewica chce, żeby pracodawca ponosił finansowe konsekwencje spóźnionej wypłaty. Jako osoba, która kiedyś otrzymała wypłatę z niemalże miesięcznym opóźnieniem muszę przyznać, że zupełnie nie wiem, o co chodzi tym lewakom.

 

Ostatnia kwestia, którą tu poruszę, nie jest co prawda związana bezpośrednio z partią polityczną, ale zbliżające się wybory będą (między innymi) dotyczyły podejścia do takich kwestii. Wiele razy już zdarzyło mi się napisać o tym, że partia (absolutnie wszystko) traktuje jako problem natury wizerunkowej. Tak było w przypadku ostatniej omyłki prezesa, któremu netto pomyliło się z brutto (przyznam, że też czasami muszę się przez moment zastanowić and tym które białe jest białe, ale mnie wolno, bo to nie ja chciałem być emerytowanym zbawcą narodu i to nie ja ręcznie steruję praktycznie całym państwem). Tak też było w przypadku jednej z telewizyjnych „twarzy” Zjednoczonej Prawicy. Parę dni temu na Onecie pojawił się artykuł, w którym opisano to, że Adamczyk brutalnie pobił swoją partnerkę (pobił ją dlatego, że ta nie chciała się już z nim spotykać). Partyjna machina propagandowa momentalnie rzuciła się do obrony Adamczyka. Ci sami ludzie, którzy swego czasu informowali na temat problemów z prawem, które miał syn Adama Bodnara, nagle zaczęli opowiadać o tym, że wspominanie przeszłości Adamczyka to skandal, bo to przecież jego życie prywatne. Znamienne było to, że do obrony Adamczyka rzucił się jeden (być może więcej, ale tego jednego widziałem) z sędziów PiSowskich, który tłumaczył, że tak właściwie to sąd wcale nie uznał, że Adamczyk był winny. Ja się staram pisać w dość wyważony sposób, ale jestem przekonany o tym, że jeżeli PiSowi udałoby się „objąć kontrolą społeczną” sądy, to tego rodzaju sprawy (gdyby sprawcą był „swój”) kończyłyby się po prostu uniewinnieniem (a i to przy założeniu, że „objęta kontrolą społeczną” prokuratura w ogóle by taki temat ruszyła). Jeżeli ktoś chciałby mi w tym momencie odpowiedzieć, że „nie no, do tego by się nie posunęli”, to ja takiej osobie odpowiem: a co by ich powstrzymało? Oni już pokazali, że są w stanie przeczekać dowolnie liczne protesty (a jak trzeba, to jeszcze poszczują na protestujących nafuranych karków z policji).  



Źródła:

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,30167807,chcieli-walczyc-o-senat-polegli-na-etapie-zbierania-podpisow.html

https://twitter.com/Rybitzky/status/1698594888588095876?

https://wydarzenia.interia.pl/raport-wybory-parlamentarne-2023/news-pis-powtarza-niespelniona-obietnice-sprzed-czterech-lat-mini,nId,7013068

https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu/koalicja-obywatelska-przed-zjednoczona-prawica-najnowszy-sondaz-partyjny-dla-faktow-tvn-i-tvn24-7163826

https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu/poparcie-dla-zjednoczonej-prawicy-wzroslo-najnowszy-sondaz-dla-faktow-tvn-i-tvn24-ra1139917-6851227

https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu/koalicja-obywatelska-przed-pis-najnowszy-sondaz-partyjny-dla-faktow-tvn-i-tvn24-ra1135780-6782468

https://www.rp.pl/wybory/art39065901-nowy-sondaz-kantar-prawo-i-sprawiedliwosc-mocno-zyskalo-przez-wakacje-znow-jest-przed-koalicja-obywatelska

https://oko.press/zbigniew-ziobro-artur-dziadosz-smiertelnie-potracil-na-pasach

https://www.tvp.info/46293970/zastepca-dyrektora-generalnego-sluzby-wieziennej-potracil-kobiete-na-pasach-wieszwiecej

https://tvn24.pl/wybory-parlamentarne-2023/wybory-2023-temat-praw-kobiet-donald-tusk-o-zadaniu-numer-jeden-i-wypowiedzi-jaroslawa-kaczynskiego-7336889

https://natemat.pl/509194,onet-michal-adamczyk-z-wiadomosci-tvp-brutalnie-pobil-kobiete