Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Public Relations. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Public Relations. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 grudnia 2012

Witajcie w Tarnobrzegu – mieście, którego prezydent cieszy się 97% poparciem.

Tarnobrzeg ma nowego prezydenta. Tzn. „nowego”, bowiem od dwóch lat go mamy. Poprzedni rządził pełne trzy kadencje (12 lat), a i chyba wcześniej miał jakiś epizod „prezydencki”. Ale był to okres, w którym prezydent miasta nie był wybierany w wyborach bezpośrednich.

Nasz nowy prezydent w kampanii nieco za dużo naobiecywał. Obiecywał między innymi to, że zawsze będzie się kierował dobrem mieszkańców, będzie ich słuchał, będzie się z nimi spotykał i tego rodzaju dyrdymały standardowe w trakcie kampanii wyborczej. Jego problem polega na tym, że wybory wygrał, a jakoś nie bardzo się kwapił do tego, żeby wywiązywać się z obietnic dotyczących tego, ile czasu będzie miał dla mieszkańców. Stracił też „słuch społeczny”, który mu pomógł wygrać wybory. Podjął kilka bardzo niepopularnych decyzji, nie konsultując ich ze społecznością Tarnobrzega. Zdarza mu się powiedzieć o kilka słów za dużo - może to nie ta sama skala co Jarosław Kaczyński, ale społeczności tarnobrzeskiej się to za bardzo nie podoba. Podsumowując – jest nielubiany, co widać na forach internetowych i ogólnie „w internetach”. Ujmując rzecz innymi słowy, jakiekolwiek public relations, rozumiane jako budowanie pozytywnych relacji z otoczeniem, nie istnieje.

Nie tak dawno temu odbył się plebiscyt „echa dnia”, w którym mieszkańcy powiatów oceniali za pomocą wiadomości SMS (płatnych) to, czy dany polityk rządzi dobrze czy też źle. Żeby nie utrudniać – były tylko dwie możliwości odpowiedzi.

Rezultat plebiscytu pokazuje, że (delikatnie rzecz ujmując) ktoś przy nim majstrował. Nasz obecnie urzędujący prezydent cieszy się bowiem bardzo wysokim poparciem społecznym! 97% ludzi ocenia go pozytywnie, a jedynie 3% negatywnie. Biorąc pod rozwagę nastroje, jakie panują w mieście – wynik nierealny. Nawet 50:50 byłoby ciężko osiągnąć. Dwie możliwości pozostają. Albo obecnie urzędujący prezydent „wspomagał demokrację” albo też psikusa zrobiła mu opozycja.

Jeśli majstrował przy tym prezydent – jego motywacji tłumaczyć nie trzeba. Ot, chciał sobie dopomóc. Wyszło jednakże niezupełnie tak jak trzeba, bo ktoś nieco przedobrzył.

Czemu miałaby majstrować przy tym opozycja? Ano temu, że nasz obecnie urzędujący prezydent określany jest przez niektórych mianem Łukaszenki, a jego metody rządzenia jako Białoruskie. Abstrahując już od tego, że mnie osobiście tego rodzaju porównania drażnią z racji tego, że statystyczny polak wie o Białorusi tyle: „że Łukaszenka”. Abstrahując również od tego, że tego rodzaju retoryka w wykonaniu opozycji obnaża jej miałkość argumentacyjną. Tego rodzaju porównania są kontekstem, w którym obraca się nasz obecnie urzędujący prezydent. Popsucie wyników plebiscytu idealnie zlewa się z retoryką opozycji. No, jak Łukaszenka sobie pomógł w wyborach, tak prezydent sobie pomógł w plebiscycie. Aczkolwiek jest to mało prawdopodobne, bo mało kto spośród opozycji Tarnobrzeskiej wpadłby na tego rodzaju pomysł.

Tym niemniej, zupełnie zaskoczyła mnie reakcja prezydenta na ten wynik. Zasadnym byłoby obrócenie rezultatu w żart. No, maszyna licząca się popsuła, zabrakło przecinka między 9 a 7 albo coś w tym stylu. Co zrobił prezydent? Zadziałał jego zmysł „pablik rilejszyn”. Ze śmiertelną powagą wiejącą z każdego zdania, podziękował za poparcie udzielone mu przez głosujących. Mało tego - napisał, że jest również wdzięczny za głosy negatywne, bo są one dla niego ważne.

Nie za bardzo wiem jaki cel przyświecał prezydentowi, który te słowa napisał. No chyba, że faktycznie nikt nie majstrował przy wynikach (i nie organizował pospolitych ruszeń wśród znajomych), a prezydent wierzy w reprezentatywność rezultatów plebiscytu. Tylko, że biorąc pod rozwagę sytuację w Tarnobrzegu, wynik nie jest żadną miarą reprezentatywny. Nawet w Gdyni prezydent zdziwiłby się, gdyby uzyskał takie poparcie w plebiscycie (choć jego poparcie w wyborach oscyluje w granicach 90%).

Z punktu widzenia PR, zachowanie prezydenta to dopraszanie się o problemy. Tego rodzaju reakcja antagonizuje elektorat „negatywny”. Sprawia, że „niezdecydowani” zaczynają niespokojnie się wiercić, bo nikt nie lubi jak się go robi w wała (za przeproszeniem) i sugeruje ludziom popierającym prezydenta, że ich wybraniec chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak wygląda otaczająca go rzeczywistość.


Zachowanie prezydenta jest dziwne w kontekście tego, co spotkało jego poprzednika. Poprzednik zadufany w sobie i wspierany przez cała masę klakierów, zupełnie „olał” kampanię wyborczą (co było jedynie przedłużeniem olewania mieszkańców w trakcie kadencji). Ludzie byli źli i nie bardzo widzieli go w roli prezydenta na 4 kadencje. W pewnym momencie w trakcie kampanii pojawiły się jakieś sondaże, które dawały nielubianemu prezydentowi ponad 70% poparcie. Nie trzeba geniusza socjotechniki żeby odgadnąć, czym się to skończyło – nastąpiła mobilizacja elektoratu negatywnego i urzędujący przerżnął pierwszą, a potem drugą turę. Obecny prezydent powinien bardzo dobrze pamiętać to zdarzenie. W tym momencie historia się powtarza. Choć to nie czas wyborów, to firmowanie tak absurdalnych rezultatów własnym nazwiskiem jest czymś w rodzaju PR-owego samobójstwa.


czwartek, 4 października 2012

„O Adrianie, co kocha kobiety (ponoć wszystkie:)” - PromÓjmy sję cz. 3

Bywają kampanie i reklamy różne – jedne dobre (kiedyś napiszę kilka słów o mojej ulubionej reklamie społecznej – coby nie wyjść na skończonego hejtera), inne złe (jak Wypiekacz do mózgów). Jeszcze inne mają potencjał, ale z jakichś przyczyn ów potencjał jest marnowany. Reklamie firmy Adrian bardzo mało brakło do rewelacyjnej reklamy. Niestety owo mało sprawiło, że reklama mocno spolaryzowała odbiorców.

Co tak mocno zszokowało część odbiorców? Na jednym z billboardów (jak na razie kampania obejmuje dwa) mamy kobietę o wymiarach plus size ubraną w dobrze dopasowaną bieliznę i pończochy. Na billboardzie widnieje hasło „Adrian kocha wszystkie kobiety”. Na drugim billboardzie widnieje Monika Kuszyńska (przyznaje, że musiałem poczytać kto zacz) – ubrana elegancko. Na sobie ma rajstopy (zapewne firmy Adrian). Hasło to samo, co na poprzednim. No i jeszcze jeden szczegół – Monika Kuszyńska siedzi na wózku inwalidzkim.

Zacznę od tego, że reklama (a może i kampania) oparła się na dobrym zamyśle – wybicie odbiorcy z rutyny. Outdooru mamy wszędzie do cholery – jeśli chcemy się wypromować, musimy się wyróżniać. Kobieta o bujnych kształtach i kobieta na wózku są mocno niestandardowymi elementami reklamy (nie, nie traktuje nikogo przedmiotowo – piłka jest krótka, jesteś „twarzą” reklamy – jesteś jej elementem). Być może billboardy z Kuszyńską wymyślono na fali oporu przeciwKorwinowego, poza tym niedawno miała miejsce paraolimpiada.


Sznurki do reklam:





Dodatkowo reklamy te łamią schemat do którego odbiorcy są przyzwyczajeni. Schematem tym jest wrzucanie w reklamy (outdoor słynie z tego szczególnie – reklamy roznegliżowanych panienek leżących na podłodze połączone hasłem „na gołym betonie” to standard, gwoli ścisłości nie pamiętam czego akurat to była reklama, ale chyba jakiejś farby bezpodkładowej) kobiet, które odpowiadają aktualnym wzorcom tego „co uznaje się za atrakcyjne” - a konkretnie tego, co większość uznaje za atrakcyjne, pociągające.

Wydaje mi się, że w tym przypadku – tzn. tej konkretnej reklamy, zachodzi coś co od biedy można określić mianem efektem „Monty Pythona” - humor Pythonów albo jest bardzo lubiany, albo bardzo nielubiany, nie występuje w tym przypadku szara strefa pt.: „no nawet fajne”. Przez co dyskusja zwolenników reklamy z jej przeciwnikami przeważnie kończy się popularnym internetowym flame-warem.

Czym ta reklama tak podzieliła ludzi? Przecież hasło jest w sumie niezłe (w końcu kocha wszystkie) – a modelki zwracają uwagę. O co więc chodzi? O połączenie hasła z wizerunkami modelek. Nie zrozumcie mnie źle – to hasło w połączeniu z pojedynczą modelką zawsze będzie miało duży potencjał zniechęcania. I to z dowolną modelką.

Krótki eksperyment myślowy – zostawiamy hasło – ale modelką wklejamy taką z rozkładówki Playboya. Części odbiorców by to odpowiadało (i to zapewne bardzo), a część by pomyślała, że ”no tak - niby wszystkie kocha, ale nas zwykłych to już nie” (atrakcyjna kobieta w starciu z Playboyowskimi tworami – podrasowanymi Photoshopem – zawsze będzie się czuła przegrana).

Zbyt przejaskrawiony przykład? No to niech weźmy to samo hasło + „zwyczajna kobieta”. Jeśli będzie to brunetką ze śniadą cerą, to blondynki z jasną karnacja mogą poczuć dyskomfort – tak samo to działa w drugą stronę. Jeśli będzie to kobieta z dużym biustem – kobiety z biustem małym mogą poczuć się niekomfortowo. I tak dalej, i tak dalej. Gdyby reklama była skierowana do mężczyzn – na billboardzie widniałby dobrze zbudowany model – efekt byłby dokładnie taki sam (polaryzacja odbiorców) Jeśli ktoś nie wierzy w męską „obrażalskość”, to zachęcam do pogrzebania w internecie i wyszukania skargi złożonej do Komisji Etyki Reklamy – na reklamę z czarnoskórym modelem (nie wiem czy Afroamerykanin jest teraz odpowiednią nazwą – poprawność polityczna zmienną jest) na koniu. Skarżący uznał, że reklama narusza godność zwykłych mężczyzn.

Cały problem „Adriana” polega na tym, że niestety hasło w połączeniu z modelkami sugeruje, że coś jest z nimi nie w porządku – ale Adrian je kocha. Aczkolwiek to nie jedyny problem tej reklamy. Ponieważ z twarzy Monika Kuszyńska nie była mi znana – pomyślałem, że chyba kogoś pogięło, żeby modelkę sadzać na wózku inwalidzkim. Nie uważam się za osobę jakoś specjalnie niedoinformowaną, więc część odbiorców mogła mieć z tą reklamą podobny problem.

Te same billboardy z hasłem „Adrian kocha kobiety” miałyby zupełnie inny wydźwięk. W końcu kobieta na wózku to też kobieta. Kobieta o kształtach plus size to kobieta. Słowo „wszystkie” sprawia, że odbiorca zaczyna się zastanawiać nad tym dlaczego akurat tę konkretną z billboardu.

Aczkolwiek nawet hasło „Adrian kocha wszystkie kobiety” miało potencjał. Wyobraźmy sobie billboard na którym znajduje się kilkanaście siedzących na fotelach kobiet. Wysokie, niskie, szczupłe, plus size, opalone, o jasnej karnacji, a pomiędzy nimi siedzi na wózku inwalidzkim Monika Kuszyńska. W takim przypadku słowo „wszystkie” miałoby odzwierciedlenie na billboardzie. No wszystkie, bo dużo ich tam i to bardzo różnie wyglądających. A że wszystkie by siedziały, to wózek nie rzucałby się tak bardzo w oczy. No a Adrian kocha je wszystkie – tak samo – skoro je tam umieścił.

Podsumowując – pomysł fajny, bardzo dobry – ale wykonanie już nieco gorsze, bowiem niektórzy mogą się zniechęcić do marki. I nic firmie Adrian nie przyjdzie z tego, że nie będą potrafili zwerbalizować przyczyn swojej niechęci. Z dysonansem poznawczym jeszcze nikt nie wygrał :)