Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #118-119

Mimo tego, że ten odcinek będzie podwójny, to jednakowoż nie będzie z tego raczej ściany tekstu (tak więc tematów będzie nie za wiele), albowiem jeszcze do niedawna dłubałem przy przygotowaniach do podkastowego odcinka o Terlikowskim i teraz trzeba się będzie sprężać, żeby nie przekładać Przeglądu na kolejny termin.

Zaczniemy od tematu, który jest tak bardzo absurdalny, że gdyby ktoś napisał scenariusz na podstawie tych wydarzeń, to zostałby wyśmiany za to, że wydarzenia przedstawione w filmie są wybitnie wręcz nierealistyczne. Chodzi, rzecz jasna, o spółkę córkę Orlenową (OTS), która wtopiła 1.6 mld PLNów (z czego ponoć uda się odzyskać jakieś 300 milionów). Po tym, gdy zrobiło się o tej sprawie głośno, Daniel Obajtek bronił się przed zarzutami tak, że w sumie to czego się ludzie go czepiają, on już nie jest szefem przecież. A potem nastąpił ciąg dalszy i okazało się, że jest jeszcze bardziej spektakularnie. Otóż, szefem OTS został jeden taki pan, co do którego istnieją podejrzenia, że może mieć związki z Hezbollachem. O tych podejrzeniach Obajtek wiedział, bo ostrzegał go przed tym orlenowski dział bezpieczeństwa. Obajtek te ostrzeżenia zignorował, bo wiedział lepiej. Reszta historii jest znana: 1.6 mld PLNów wpłacono w ramach zaliczki jakiemuś 25-latkowi, który sobie założył spółkę w Dubaju. No dobrze, ale jak Obajtek zareagował na informacje o tym, że postanowił być sprytniejszy od ludzi, których zadaniem było dbanie o bezpieczeństwo Orlenu? Zareagował, jak to Obajtek. Po prostu powiedział, że nowe władze szukają afer tam, gdzie ich nie ma.

Na moment przeniesiemy się za naszą zachodnią granicę. Der Spiegel jakiś czas temu, ujmując rzecz kolokwialnie, zezłomował AfD określając ich mianem zdrajców. Okazało się bowiem (będziecie zaraz bardzo zdziwieni swoim brakiem zdziwienia), że manifest tejże partii powstał (zapuśćcie sobie dźwięk werbli dla lepszego efektu) w Moskwie. Tenże sam manifest był cytowany niemalże słowo w słowo przez niektórych członków AfD. Ale czekajcie, jest jeszcze lepiej. Petr Bystron ostatnio spotkał się z zarzutami przyjmowania kasy od Rosjan. Tłumaczył wtedy, że to wszystko ściema. Gdy się okazało, że czeski wywiad dysponuje nagraniami, na których Bystron bierze paczki z kasą, tenże przemiły pan zmienił nieco narrację. Po pierwsze zaczął tłumaczyć, że ok, jakieś tam paczki wziął, ale wcale nie było w nich pieniędzy. Po drugie zaś, to wszystko, co go spotyka, to efekt ATAKU NATO. Pewnie sobie myślicie, że to już koniec. Nic z tych rzeczy, albowiem jakiś czas temu jeden z asystentów europosła Maksymiliana Kraha został aresztowany pod zarzutem współpracy z chińskim wywiadem. Zapewne bardzo zdziwi was to, że Krahowi często zdarzało się produkować prochińskie wypowiedzi. Tak sobie myślę, że niebawem łatwiej będzie wskazać wywiady, z którymi akurat członkowie AfD nie współpracowali. Kwestią otwartą pozostaje to, czy te ustalenia będą miały jakiekolwiek przełożenie na poparcie wyżej wymienionej partii.

Swego czasu bardzo głośno zrobiło się o tym, jak to pewien ksiądz znany z tego, że dokonywał egzorcyzmów przy użyciu salcesonu (ja wiem, że my sobie z tego robimy bekę, ale w Polsce mieszka grono ludzi, które w to wierzy i znajduję to lekko przerażającym) z racji tego, że był umoczony w wydawanie pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości, załapał się na areszt tymczasowy. Pod koniec kwietnia Eloneksowe konta polityków Suwerennej Polski eksplodowały z oburzenia, albowiem okazało się, że zażalenie na AT będzie rozpatrywał sędzia, który kilkanaście lat temu był wiceministrem w rządzie Donalda Tuska. Bo wiecie, z tego, że tak dawno temu był wiceministrem musi wynikać, że nie będzie bezstronny. Per analogiam, z tego, że duet Piotrowicz i Pawłowicz do TK wszedł praktycznie z Sejmu (to jest o tyle zabawne, że Piotrowiczowi dali tę fuchę, bo się nie dostał do Sejmu, a Pawłowicz, o ile mnie pamięć nie myli, nie kandydowała po prostu na kolejną kadencję) wynikało, że będą bezstronni. Tak samo, jak bezstronni byli ci wszyscy sędziowie powiązani z Suwerenną Polską i ze Zjednoczoną Prawicą.

No, ale wróćmy do meritum. Czemu tak właściwie Ziobroidy się zaczęły burzyć? Tak, wiem, członkowie tej partii mają miliony powodów do zmartwień w związku z tym w jaki sposób używano Funduszu Sprawiedliwości, ale nie w tym rzecz. Otóż, chodzi po prostu o najzwyklejsze w świecie bicie piany. Dawno, dawno temu, widziałem statystyki dotyczące tego, w ilu przypadkach sąd uwzględnia zażalenie na Areszt Tymczasowy i to były jakieś „groszowe sprawy” (tzn. zażalenia uwzględniane są w maksymalnie kilku % spraw). Innymi słowy już sama statystyka gra na niekorzyść salcesonowego egzorcysty. Ponieważ takiego obrotu spraw spodziewały się Ziobroidy postanowiły trochę na tym ugrać. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że sąd nie uwzględnił zażalenia i wyżej wymieniony Wojownik Świętego Salcesonu pozostał w areszcie.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Okazało się, że w sumie to już nie trzeba się interesować aferą Pegasusa, bo ostoja niezależnego dziennikarstwa, Robert Mazurek, był łaskaw powiedzieć, że w sumie to nie było żadnej afery. Tzn. może i jakaś tam była, ale bardzo niewielka, bo w sumie to tylko kilkaset osób przez tyle lat inwigilowano, a w ogóle to nawet jeżeli, to wszystko odbywało się zgodnie z prawem, a poza tym, nie można zapominać o tym, że prokuratura i ABW Ziobrze do domu wjechały. Gdyby na olimpiadzie była dyscyplina „chłopski rozum”, to Mazurek byłby w tej dyscyplinie niekwestionowanym mistrzem. Po pierwsze o tym, dlaczego używanie Pegasusa było niezgodne z prawem, napisano już terabajty tekstów (chodzi między innymi o to, że inwigilowano x osób jednocześnie [ze względu na to, jak działał Pegasus], o to, że pozyskane dane były przechowywane zagranicą i tak dalej i tak dalej) . Po drugie, nawet jeżeli sędziowie wydawali na to zgody, to nie oznacza, że inwigilacja była zgodna z prawem (z przyczyn wymienionych przed momentem, sąd nie był w stanie tego w żaden sposób „ulegalnić”). Po trzecie, już samo to, kto był inwigilowany (ostatnie doniesienia mówią np. o Terleckim i Kuchcińskim [skoro Tusk odniósł się do tego na Eloneksie, to możemy być pewni, że to prawda]) pokazuje, że nie miało to żadnego związku z dbaniem o bezpieczeństwo. Po czwarte, Mazurek ma już swoje lata, a mimo tego, jest bardzo dobrze wygimnastykowanym akrobatą, albowiem szpagat, który wykonał, żeby połączyć Pegasusa z przeszukaniem u Ziobry był naprawdę imponujący.

No dobrze, skoro już jesteśmy przy temacie Pegasusa, to właśnie dzisiaj (czyli w czwartek) wydarzyło się coś, co (ja wiem, że to powtarzam, ale to nie moja wina, że non stop zachodzi taka potrzeba) gdyby nie kontekst, byłoby nawet zabawne. Otóż Trybunał Przyłębski wystosował pismo do komisji ds. Pegasusa, coby się ta komisja wstrzymała z działaniami do momentu, w którym Trybunał Przyłębski nie wypowie się w temacie tego, czy ta komisja to w ogóle ma prawo działać. Rzecz jasna, absolutnie nikogo to pismo nie obchodzi (tak, jak inne produkowane taśmowo przez podległy PiSowi twór, którym stał się niegdysiejszy Trybunał Konstytucyjny). Nawiasem mówiąc, myśmy wszyscy wiedzieli po co PiSowi było przejęcie sądownictwa (zabezpieczenie się przed jakimikolwiek prawnymi konsekwencjami swoich działań), ale zawsze miło jest przekonać się o tym, że człowiek miał rację. Osobną kwestią jest to, że (pomijając już to, że absolutnie nikogo nie obchodzi co teraz robi ten trybunał), to coś w rodzaju narracyjnych autograbi. No bo z jednej strony PiS tłumaczy, że nie było żadnej afery, a z drugiej strony nagle okazuje się, że próbuje uniemożliwić pracę komisji, która ma to wszystko wyjaśnić. Ja wiem, że PiS bardzo lubi bawić się w wielonarracje, ale tego się spiąć w żaden sposób nie da. Po co TP miałby blokować pracę komisji, skoro nie było żadnej afery? Przecież skoro jej nie było, to działania komisji to wykażą, prawda? Jedyne, co można osiągnąć przez działania tego typu to pewność, że trybunał w obecnym kształcie zostanie zaorany, posypany solą i nikt po nim nie zapłacze. 

Komisja Europejska stwierdziła ostatnio, że ryzyko naruszania praworządności przez Polskę jest już niezbyt duże, a to z kolei jest podstawą do skancelowania artykułu 7, który to artykuł przypięto naszemu krajowi w grudniu 2017 (w efekcie działań mających na celu przejęcie sądownictwa przez Zjednoczoną Prawicę). Cała masa proPiSowskich opiniomatów rzuciła się do komentowania tej decyzji i tłumaczenia, że decyzja KE była polityczna i że tam wcale nie chodziło o żadną praworządność. Cieszy mnie to, że istnieją takie opiniomaty, bo bez nich byłbym gotów pomyśleć, że może ta decyzja ma jakiś związek z tym, że jakoś tak się złożyło, że obecnym władzom nie zależy na ręcznym sterowaniu sądownictwem i nie próbują one rozjechać tegoż sądownictwa walcem. Owszem, obecne władze jadą po bandzie (vide, odbicie prokuratury, odebranie kluczyków do TVP/etc.), ale w KE nie siedzą jacyś idioci i ci ludzie doskonale zdają sobie sprawę z tego, skąd biorą się takie, a nie inne decyzje.

Przedostatnim tematem, nad którym się pochylimy będzie temat recyklingu narracji. W trakcie wyborów w 2023 ten recykling było widać bardzo dobrze i już wtedy się on był nie sprawdził. Wspominam o tym dlatego, że w kampanii do PE również się ów recykling pojawił. Marcin Warchoł zaczął tłumaczyć wyborcom, że jeżeli nie uda się zatrzymać Zielonego Ładu (w domyśle: jeżeli PiS przegra), to zamiast kiełbasy na grillach będziemy mieli robaki. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie pomyślał: na litość nieistniejącego bytu transcendentnego, czy ten typ na serio odkopał narracje, które nie zażarły nawet wtedy, gdy były jeszcze świeże? To ja takiej osobie mogę odpisać jedynie tyle: A i owszem.

No dobrze, teraz dochodzimy do ostatniego tematu, który będzie tematem najbardziej obszernym i wielowątkowym. Jak się pewnie domyślacie, tym tematem będzie niedawna rejterada sędziego Szmydta, który doszedł do wniosku, że wszędzie dobrze, ale u Baćki najlepiej. Wydaje mi się, że idealnym początkiem tego kawałka Przeglądu będzie rzucenie truizmu: to jest sytuacja bez precedensu. Ok, zdarzyło się do Białorusi uciekł jakiś żołnierz, ale tym razem chodzi o sędziego, który miał dostęp do informacji niejawnych, miał dojścia do władz. W telegraficznym skrócie doszło do sytuacji, do której dojść nie powinno. Zaraz po tym, jak o ucieczce Szmydta zrobiło się głośno (o ucieczce i o tym, że będzie się starał na Białorusi o azyl polityczny) opiniomaty Zjednoczonej Prawicy wykonały synchroniczny fikołek z prędkością, której mogłaby im pozazdrościć niejedna ultrawirówka. Momentalnie okazało się, że choć Szmydt był jednym z sędziów zamieszanych w aferę hejterską (jego żoną była wtedy „Mała Emi”) i generalnie był mocno związany z Ziobroidami, to tak naprawdę ten sędzia to był jakiś TVNowski i GazWybowy człowiek.

Te same opiniomaty zaczęły budować narracje, z których wynikało, że po pierwsze Szmyd nie miał żadnych związków z PiSem, a po drugie, to np. Komorowski powołał go do WSA (prawie 12 lat temu), a w ogóle to on był w stowarzyszeniu sędziów Themis. I tak dalej i tak dalej. Tę strategię PiS stosował do porzygu, ilekroć w trakcie swoich 8-letnich samodzielnych rządów musiał się mierzyć z krytyką. Strategia ta polega na maksymalnym zaciemnieniu rzeczywistości po to, żeby przeciętny obywatel dał sobie spokój z ustaleniem tego „jak było naprawdę”. Polega ona również na tym, że się obywatelowi tłumaczy, że może i PiS zrobił coś nie tak, ale wcześniej PO zrobiło coś bardziej nie tak, a w ogóle to wszystko wina Tuska/PO/Brukseli. Na nasze szczęście (i nieszczęście PiSu) partia Kaczyńskiego straciła kluczyki do mediów publicznych (i do Polski Press), tak więc efekty takich działań mogą być raczej mizerne. Szczególnie w kontekście tego, że po Eloneksie latają skany dokumentów, w których Ziobroidy powołują Szmydta tu i ówdzie.

Muszę się wam do czegoś przyznać (nie, nie piszę do was z Białorusi), ale zanim się przyznam, pozwolę sobie na odrobinę kontekstu. Ja się zajmuje już od x lat grzebaniem za informacjami i opisywaniem polskiej polityki. Do polskich dziennikarzy mam mniej więcej tyle samo zaufania, co do polityków (czyli go nie mam). Jednakowoż przyznać się muszę, że we wtorek nabrałem się na ewidentnego fejka. Autorem tegoż fejka był Andrzej Gajcy, który wyprodukował artykuł na temat Szmydta. Pozwolę sobie na zacytowanie leadu tegoż artykułu: "Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego od kilku miesięcy wiedziała o związkach sędziego Tomasza Szmydta z białoruskimi służbami — wynika z nieoficjalnych informacji Onetu. Miał on być nawet rozpracowywany przez polski kontrwywiad, a działania polskich służb zmierzać miały do jego zatrzymania za szpiegostwo. Na finiszu operacji coś poszło jednak nie tak.” 

Twórczość Gajcego (nie wiem, czy jego nazwisko się odmienia, ale mało mnie to obchodzi) jest mi znana i znane są również jego afiliacje polityczne (tzn. ok, nie widziałem, żeby miał legitymację partyjną, ale jeżeli się odpowiednio długo patrzyło na to, co ów pan produkuje, to nietrudno było się domyśleć tego, że w jego przypadku bezstronność jest mocno przekrzywiona w prawą stronę). Dziennikarze, których znam, na temat Gajcego mieli do powiedzenia tyle, że jest po prostu PiSowskim cynglem, który potrafi długo udawać bezstronnego, ale gdy obowiązek wezwie, to zawsze wyciągnie do PiSu pomocną dłoń.


Mimo tego wszystkiego uwierzyłem w to, co napisał w artykule. Doszedłem bowiem do wniosku, że sprawa jest na tyle gruba, że nikomu poza PiSowskim opiniomatem nie będzie zależało na tym, żeby tę sprawę „zaciemniać” i żeby rozpowszechniać nieprawdziwe informacje na jej temat. Na swoją obronę mogę jedynie zacytować fragment pewnego internetowego komiksu: człowiek to jednak debil. Do wrzutki Gajcego odniósł się Tomasz Siemoniak, który był łaskaw zrównać ten artykuł z ziemią.

Niemniej jednak o wiele istotniejsza była reakcja innego polityka, który artykułu użył w charakterze trampoliny. Politykiem tym jest Zbigniew Ziobro, który oznajmił, że służby pod rządami nowej koalicji, to w ogóle nie działają, nowa władza prześladuje opozycję, a w ogóle to on Szmydta nie znał (a ten Szmydt to był od Themis!) i wie o nim tyle, że on był zamieszany w aferę hejterską. Do skanów dokumentów z własnym podpisem, które nie do końca wpisywały się w narracje o „nieznajomości” Szmydta się już nie odniósł w żaden sposób (tak samo, jak nie odnoszą się do nich PiSowskie opiniomaty).

Szczerze mówiąc, to właśnie reakcja Ziobry sprawiła, że w głowie mi się alarm rozdzwonił, bo dotarło do mnie, że jakoś tak dziwnym trafem Ziobro milczał przez cały dzień i wypowiedział się na temat tej sprawy dopiero wtedy, gdy w eter wrzucony został wytwór Gajcego. Reakcja Siemoniaka była już jedynie potwierdzeniem tego, czego się zacząłem domyślać.

Skoro się już na tę narrację nabrałem, to pozwolę sobie ją rozbić na atomy. Primo, jako damage control była ona cokolwiek kiepskawa (i była to jedna z przyczyn, dla których w nią uwierzyłem), bo nawet jeżeli byłoby tak, że służby rozpracowywały Szmydta i po prostu dały ciała na finiszu, to ciężko mieć o to pretensję do obecnych władz. Nowe władze nie zachowały się bowiem jak Macierewicz z Kaczyńskim, którzy swego czasu zaorali służby i budowali je od zera przy pomocy kilkunastogodzinnych kursów oficerskich. Zmiany kadrowe wymagają czasu. No chyba, że chce się je robić metodą polityka, który zadbał o to, żeby raport  WSI został przetłumaczony na język rosyjski.

Secundo, nawet gdyby udało się jakoś przekonać wszystkich do tego, że służby dały ciała, to nie zmienia to faktu, że Szmydt był człowiekiem ze stajni Ziobry. Z tego zaś wynika, że wyjaśnienia będą wymagać wszelkie jego powiązania i relacje z tymi politykami. Tak samo, jak wyjaśnienia będzie wymagało to, od kiedy współpracował z białoruskimi służbami. To, że musiał z nimi współpracować od dłuższego czasu, jest raczej oczywiste. No chyba, że ktoś jest skłonny uwierzyć w to, że Szmydt nawiał do Mińska na zupełnym spontanie.

Tertio, histeryczna reakcja PiSowskich opiniomatów (i części „zaprzyjaźnionych” z PiSem sędziów) sugeruje, że (eufemizując) nieco się oni obawiają tego, co się będzie działo, gdy służby się zajmą wyjaśnianiem powiązań Szmydta. Już samo to sugeruje, że jakiekolwiek fikołki narracyjne są po prostu bezsensowne, bo czekać je będzie zderzenie z „twardymi” dowodami. I znowuż, jeżeli ktoś chce wierzyć w to, że Szmydt sobie tam siedział u tych Ziobroidów i absolutnie nikt się z nim nie kontaktował i nikt go nie znał, to ja takiej osobie na drodze do szczęścia nie będę stał.

Quatro i tu muszę na moment zastosować chłopski rozum. Gdyby faktycznie było tak, że Szmydt byłby pod lubą służb, to obstawiam, że nie udałoby mu się wyjechać z Polski. Tzn. do innego kraju Shengen pewnie by wyjechał, ale do Białorusi by mu się uciec nie udało i jego eskapada skończyłaby się na kontroli paszportu przy próbie pokonania granicy Polsko-Białoruskiej.

Tak na sam koniec pozwolę sobie sparafrazować klasyka. Reakcja polskich władz na to, co się stało (i np. fakt, współpracy polskich służb z Czeskimi w trakcie złomowania Voice of Europe) sugeruje, że jeżeli chodzi o podejście do aktywności agentów „ze Wschodu”, mamy do czynienia z pewnymi dostrzegalnymi zmianami. Jeżeli chodzi o spolegliwość polskich służb względem „wschodniej” agentury, to można powiedzieć, że Nie ma już Kaczyńskiego i te zwyczaje się skończyły. Czego sobie i wam życzę.




Źródła:

https://wiadomosci.wp.pl/afera-w-spolce-orlenu-w-tle-czlowiek-wspolpracujacy-z-hezbollahem-7022035679022016a

https://fakty.tvn24.pl/fakty-o-swiecie/kolejne-klopoty-afd-maximilian-krah-w-opalach-jego-asystent-mial-szpiegowac-dla-chin-st7886109


https://fakty.tvn24.pl/fakty-o-swiecie/der-spiegel-o-afd-zdrajcy-manifest-partii-mial-zostac-napisany-na-kremlu-st7893977

https://www.radiomaryja.pl/informacje/ks-michal-olszewski-pozostanie-w-areszcie/

https://www.prawo.pl/prawnicy-sady/areszty-w-polsce-nadal-przewlekle-raport-hfpc,523138.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1784864542201164064

https://wpolityce.pl/polityka/690029-to-trzeba-zobaczyc-mazurek-rozprawia-sie-z-afera-pegasusa

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2024-05-09/media-prezes-tk-wyslala-pismo-do-przewodniczacej-komisji-ds-pegasusa/

https://tvn24.pl/polska/artykul-7-wobec-polski-jest-komunikat-komisji-europejskiej-st7901400

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1787539235903316279

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/sedzia-szmydt-od-dawna-byl-na-celowniku-abw-szokujace-ustalenia/dm6ytp3?utm_campaign=cb

https://twitter.com/TomaszSiemoniak/status/1787942834873467345

środa, 29 marca 2017

Polska polityka zagraniczna, czyli „niekończąca się żenada”

W poniedziałkowy ranek Witold Waszczykowski (aka „Disaster Artist”) po raz kolejny zabłysnął w mediach:

„Mamy ekspertyzy, że Donald Tusk został wybrany na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego.”
To, że został za to wyśmiany, pewnie nie zrobiło na nim wrażenia (wszak, jako „self made mem”, musiał się przyzwyczaić do tego, że mało kto go traktuje poważnie). Zrobiły je natomiast pytania o to, „kto przygotował te ekspertyzy”. Nasz urodzony dyplomata wyjaśnił więc, o co mu chodziło:
 
„Nawiązywałem dzisiaj rano do wypowiedzi opublikowanych chociażby w tygodniku „Do Rzeczy” prof. Jacka Czaputowicza, który nawiązywał do m.in. jednego z artykułów traktatu, zgodnie z którym, gdyby go zastosowano, to wybór powinien wyglądać inaczej.”

Tak więc, „merytoryczną” podstawą, na której oparł się Waszczykowski (kiedy mówił o „ekspertyzach”), była wypowiedź opublikowana w tygodniku, który ciężko podejrzewać o bezstronność. Trudno o nią również podejrzewać autora tejże wypowiedzi, który w 2014 r. został członkiem rady programowej Prawa i Sprawiedliwości. Co prawda, w dalszej części wypowiedzi twierdził, że „są wypowiedzi naukowców, znawców prawa europejskiego (...)”, ale jakoś tak się złożyło, że jedyne źródło, które zostało wymienione z nazwy/nazwiska było „Do Rzeczy” i prof. Czaputowicz. Ujmując rzecz prostymi słowy, minister Waszczykowski poszedł na pełen retard i wygadywał bzdury licząc na to, że nikt nie powie „sprawdzam”. Jest coś lekko przerażającego w tym, że człowiek odpowiedzialny za dyplomację non stop wygaduje (nazywajmy rzeczy po imieniu) większe i mniejsze debilizmy. W dodatku za każdym razem jest zdziwiony, że jego słowa docierają do kogoś więcej niż tylko do pani/pana z mikrofonem i tego ziomka, który stoi z tyłu i trzyma na ramieniu lub w ręku takie urządzenie ze szkiełkiem.

Równie przerażająca jest nonszalancja, z jaką MSZ (wspierany między innymi przez marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego) podchodzi do jednego ze swoich największych fuckupów. Chodzi mi o niedawne „mizianki” z Aleksandrem Łukaszenką. W ich trakcie część polityków PiS wspierana przez legiony Szefernakera usiłowała przekonywać Polaków do tego, że Łukaszenka to nie jest wcale taki zły koleś. Klarowano również, że to nie może być tak, że mamy się wiecznie kłócić z sąsiadem i że polityka poprzedników względem Białorusi była szkodliwa. W kontekście tego, co „Łuka” robi z demonstrantami, można powiedzieć, że polska polityka zagraniczna po raz kolejny przypierdoliła z gracją w ścianę. I jest to najmniejsze zaskoczenie świata.

Witold Waszczykowski z właściwym swej kondycji intelektualnej wdziękiem usiłował jakoś wytłumaczyć, to co się stało:

„Na pytanie "czy Polska nie zgrzeszyła naiwnością wobec Łukaszenki" Waszczykowski odpowiedział, że "to była koncepcja całej Unii Europejskiej (…) Łukaszenka w ubiegłym roku dał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej - powiedział minister. - Uznaliśmy, że należy skorzystać z tej otwartości i sprawdzić - dodał.”

Stwierdził również, że:

„Klucze do dalszej współpracy Białorusi z Unią Europejską i z Polską leżą w Mińsku w tej chwili. To od nich zależy. Oczywiście jeśli oni wycofają się z tych represji - a pewne sygnały mamy, że chcą - to wrócimy do rozmowy”

Zacznijmy od tego drugiego fragmentu. Wstawka o tym, że MSZ „ma sygnały, że oni chcą się wycofać z represji”, ma pewnie takie same podstawy „merytoryczne”, jak poniedziałkowy odpał pt. „Tuska wybrano nielegalnie, mamy ekspertyzy”. Może inaczej to ujmę. Jeżeli ktoś skierował do Łukaszenki (albo któregoś jego drona) pytanie, w którym stało (upraszczając): „Czy zamierzacie nadal napierdalać ludzi na ulicach?”, to trzeba by białoruskiego odpowiednika Waszczykowskiego, żeby na takie pytanie padła odpowiedź: „Tak, owszem, zamierzamy ich dalej napierdalać”.

Co się zaś tyczy tego, że „ Łukaszenka w ubiegłym roku dał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej”, sprawa jest dość prosta. Nie, kurwa, nie dawał. Po prostu was ograł jak dzieci, a wy nawet sobie z tego nie zdajecie sprawy, bo nadajecie się do polityki zagranicznej jak Wojska Obrony Terytorialnej do walki ze Specnazem.

Do tego, żeby nabrać się na teatrzyk urządzany przez kogoś kto sam siebie określa mianem (uwaga, załączam Capslocka) OSTATNIEGO DYKTATORA EUROPY, trzeba być wybitnym frajerem. Ale frajerstwo to nie największy grzech Misiewiczów polityki zagranicznej. Największym grzechem było olanie jednego zasadniczego faktu. Jakiego? Ano mianowicie takiego, że Łuka ten teatrzyk urządza nie pierwszy raz. Przed wyborami Łukaszenki w 2010 roku było dokładnie tak samo. Dobry Baćka wypuścił z pierdli kilku opozycjonistów, obiecywał UE i generalnie „dawał wiele przykładów, sygnałów otwartości, gotowości do odwilży politycznej”. Odwilż i otwartość skończyła się przy okazji wyborów. Najpierw nachodzono sztaby wyborcze opozycyjnych kandydatów, a potem, już po ogłoszeniu wyników (zgadnijcie kto wygrał), spuszczono wpierdol opozycji. Jednego z kontrkandydatów (Niaklajeua) pobito do nieprzytomności, zaś po tym, jak wylądował w szpitalu, został zeń porwany (zgadnijcie przez kogo). Wątpię w to, żeby po takim „evencie” ktokolwiek w UE uwierzył w jakiekolwiek „sygnały otwartości”. Tzn. ktokolwiek poza Waszczykowskim i innymi Misiewiczami polityki zagranicznej.

O tym, że Dojna Zmiana łyknęła teatrzyk „Łuki”, zaświadczyć mogą choćby mądrości, którymi podzielił się z Polakami marszałek Senatu, Stanisław Karczewski:

„Pytany o prezydenta Białorusi, Karczewski mówił, że jest on "człowiekiem ciepłym". - Widać, że bardzo zależy mu na Białorusi. Gołym okiem widać, że jego kraj się zmienia – ocenił marszałek polskiego Senatu.”

Tenże sam Karczewski nieco później (27 marca 2017) „zaapelował do przewodniczącego białoruskiej Rady Republiki Zgromadzenia Narodowego o zaprzestanie stosowania przemocy i zwolnienie protestujących”.

No dobrze, ktoś może powiedzieć, ale może faktycznie cała UE się dała nabrać? Problem z tą „linią obrony” jest taki, że Waszczykowski jak zwykle nie podał żadnego argumentu potwierdzającego stawianą przez niego tezę. Najprawdopodobniej chodziło mu o to, że UE nie poszło na zwarcie z „Łuką” w trakcie „wyborów Łukaszenki” w 2015 roku. Tyle, że takie „wygładzenie” polityki wschodniej przez UE było całkowicie zrozumiałe i (uwaga, znowu muszę załączyć capslocka) NIE MIAŁO NIC WSPÓLNEGO Z SAMYM ŁUKASZENKĄ. O co więc chodziło? Najprawdopodobniej o wojnę hybrydową, która trwała w tym samym czasie na Ukrainie. Nie ma pewności, czy Wołodia nie skorzystałby z okazji, którą dałby mu konflikt dyplomatyczny na linii UE – Białoruś i czy Zielone Ludziki nie pojawiłyby się nagle na Białorusi. I nie chodziło tu zapewne o troskę o Ostatniego Dyktatora Europy, ale o to, że nikomu w UE nie zależało na destabilizacji kolejnego regionu. Ale z tego absolutnie nie wynika, że ktokolwiek w UE (poza polskimi dyplomatami) uwierzył w to, że „Łuka się chce zmienić”.

Tak sobie dumam, że jeżeli Waszczykowski miałby za coś wylecieć, to nie za wygadywanie idiotyzmów o San Escobar, ekspertyzach, wegetarianach (i cyklistach) etc. Powinno się go wywalić za totalną ignorancję w zakresie polityki „wschodniej” i za totalne frajerstwo w kontaktach z Łukaszenką. Aczkolwiek mam świadomość tego, że Waszczykowski jest praktycznie niezatapialny. A przynajmniej do momentu, w którym Genialny Strateg z Żoliborza uzna, że narzędzie o nazwie „Waszczykowski” się zużyło i że trzeba je wymienić.

Źródła:

Waszczykowski i ekspertyzy:

http://300polityka.pl/live/2017/03/27/waszczykowski-o-tusku-naukowcy-przekonuja-nas-ze-ten-wybor-byl-niewlasciwy/

Waszczykowski o fuckupie białoruskim:

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/waszczykowski-o-bialorusi,726925.html

Wikipedyjny artykuł o wyborach Łukaszenki w 2010:
(wrzucam wersję angielską, bo jest znacznie lepsza od polskiej)

https://en.wikipedia.org/wiki/Belarusian_presidential_election,_2010

Wikipedyjny artykuł o pobitym i porwanym ze szpitala byłym kontrkandydacie Łuki

https://pl.wikipedia.org/wiki/U%C5%82adzimir_Niaklajeu

„Ostatni dyktator Europy”

http://belsat.eu/pl/news/11257/

Karczewski chwali Łukaszenkę:

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/polityk-pis-alaksandr-lukaszenka-to-cieply-czlowiek/ndxg72

http://www.newsweek.pl/opinie/stanislaw-karczewski-marszalek-chwali-lukaszenke-i-bialorus,artykuly,401710,1.html

Karczewski wysyła list na Białoruś:

https://twitter.com/StKarczewski/status/846303088260591616




poniedziałek, 24 września 2012

Zawody strzeleckie dla niewidomych czyli polska polityka zagraniczna względem Białorusi.

Kolejne „wybory” na Białorusi zakończone. Białoruś ma kolejny nowy/stary parlament. Ludzie namaszczeni przez Łukaszenkę nadal rządzą i mają się dobrze. Nawiasem mówiąc nawet gdyby wygrali (jakimś cudem) opozycjoniści (choć to by było dość trudne z powodu bojkotu wyborów przez sporą część opozycji) to i tak decydujący głos miałby Baćka.

Polska dyplomacja i „spece” od polityki zagranicznej zapewne nie mogą wyjść ze zdziwienia. No przecież groźnie patrzyliśmy, no przecież wysłaliśmy obserwatorów, no przecież głośno mówimy, że Łukaszenka jest zły. Gdzie popełniamy błąd?!?! Czasem odnoszę wrażenie, że kolejni ministrowie spraw zagranicznych (Polski rzecz jasna – UE chyba nie do końca wie co to jest Białoruś) spodziewają się, że na Baćkę wystarczy groźnie popatrzeć. A ten – speszony nagle powie „Przepraszam, jestem złym człowiekiem, dziękuje wam za to, że mi to uzmysłowiliście – odchodzę”. O ile rzecz jasna wiedzą (ci ministrowie) gdzie leży Białoruś (minister Fotyga w rządzie PiSu miała raczej za mało czasu na to aby się dowiedzieć, Minister Sikorski chyba już wie, ale do tego ogranicza się jego wiedza). I ku niemożebnemu wręcz skonfudowaniu ministrów – Baćka nie odchodzi, Baćka ma się dobrze.


Białoruś? A to tam ktoś prócz Łukaszenki mieszka?

Przeciętny Kowalski wie na temat Białorusi tyle, że Łukaszenka jest zły. Że chyba jest tam bieda i kojarzy mu się Białoruś z ZSRR. Zapewne spora liczba Kowalskich podejrzewa, że na Białorusi zamiast tramwajów jeździ się rydwanami zaprzęgniętymi w białe niedźwiedzie ale Kowalski wie co to poprawność polityczna i się z tym elementem swojej wiedzy na temat wschodu – nie obnosi.

Pretensji do Kowalskiego mieć nie można. Media temat Białorusi poruszają – przy okazji wyborów (bo jak prezydenckie to znowu ktoś dostanie łupnia, pałowanie zawsze ładnie klikalność zwiększa) no i jak coś złego się stanie (katastrofa lotnicza, zamach, etc) Kowalski jest zajęty walką z Polską przaśną rzeczywistością – więc nie za bardzo ma czas na zgłębianie tematyki powiązanej z Białorusią. Co media „rzucą” - to Kowalski będzie wiedział.

Ktoś może zadać w tym momencie pytanie – kiego cholery piszesz o Kowalskim skoro miało być o polityce zagranicznej? Ano napisałem o tem bo podejrzewam, że wiedza „ekspertów od wschodu” zajmujących się układaniem strategii postępowania z Białorusią jest mniej więcej zbliżona do wiedzy Kowalskiego. Rzecz jasna w kontekście efektów działań podejmowanych przez MSZ i pomysłów polskich polityków na to jak sobie radzić z Ostatnim Dyktatorem Europy (Łukaszenka sam się tak tytułuje czasem). Czasem uda się „trafić” z jakimś dobrym pomysłem ( mniej więcej tak często jak niewidomemu strzelcowi w cel) ale nawet jak się już uda – nie potrafimy tego spożytkować. Pojawił się pomysł darmowych wiz dla Białorusinów. Te darmowe wizy – nas w wymiarze państwowym – nie kosztowałyby niemalże nic – dla Białorusinów byłby to przyjazny gest. Ale nie – lepiej zabronić Łukaszence wjazdu do UE – to na pewno pomoże!

Cały czas robimy to samo, cały czas robimy to źle i nadal nie wiemy czemu to co robimy nie działa...

To powinno być motto „ekspertów od wschodu” i kolejnych ministrów. Aczkolwiek znowuż – jak można mieć pretensje do ekspertów i ministrów? Nie mają skąd czerpać informacji. Ośrodki naukowe Białorusią się nie interesują (bo wiadomo czy jak człowiek pojedzie i zrobi badania to wróci?), think tanki – tematykę Białorusi mają w głębokim poważaniu, wpółczesnych książek „naukowych” na temat Białorusi jak na lekarstwo (a jak już się pojawiają to głównie o Łukaszence), książek publicystycznych też niewiele (i najczęściej o Łukaszence). No to skąd taki ekspert ma wiedzieć o czym myśli Iwanou? (To taki Białoruski odpowiednik „Kowalskiego”)

Gdyby wiedział o czym Iwanou myśli – może potrafiłby jakąś sensowną strategie postępowania ułożyć? Być może mógłby wtedy ekspercina jeden z drugim doradzić coś białoruskiej opozycji? I nie – nie chodzi o to, że Białoruska opozycja – to jakaś kongregacja idiotów i trzeba ich za rączkę prowadzić – tylko oto żeby zrozumiała (ta opozycja), że bez poparcia zwykłych ludzi – nic nie zdziała. Solidarność w Polsce w okresie rozkwitu – to w przybliżeniu 10.000.000 (słownie dziesięć milionów) ludzi z bardzo różnych środowisk. Zrozumiałym jest, że te 10 milionów to nie byli sami intelektualiści, twórcy, ludzie sztuki, etc. Zwykli ludzie mieli dosyć. 10 milionów Kowalskich zasugerowało władzy, żeby poszła sobie gdzie indziej. Władza sobie poszła. Tylko, że potem się okazało, iż nie bardzo było wiadomo co dalej. I być może tego „co dalej” obawiają się Białorusini? Mogli wszak obserwować początek i koniec „pomarańczowej rewolucji”. Jakoś specjalnie dobrze się ta rewolucja nie skończyła dla Ukrainy. Dotychczasowe działania Polski względem naszego wschodniego sąsiada – sugerują, że ekspertów mających strategie postępowania opracowywać- dobiera się mniej więcej podle takiego klucza:

-Stefan – zostaniesz ekspertem „od Białorusi”
-Od czego?
-Od Białorusi, to taki kraj na wschodzie
-Ale ja nawet nie wiem gdzie to jest? Czemu ja?
-A kto w barku ma butelkę wódki z etykietą „Stolichnaya”
-Ale to przecież Rosyjska wódka!
-No widzisz, nadajesz się! Nawet wiesz która wódka jest Rosyjska!
-Ale czy Białoruś to nie jest inne Państwo?
-Hmmm, jak tak zapytałeś to sam nie wiem, niby „Ruś” w nazwie -to pewnie to samo co Rosja, tylko, że mniejsze, i chyba bliżej Polski.
-A to nie jest gdzieś w okolicach Kamczatki? Tam podobno białe niedźwiedzie...
-Stefan – ktoś musi, ja nie mogę bo nie pijam wódki.
-No dobra – ale robię to tylko dlatego, że ładnie poprosiłeś.
-O widzisz! Zuch chłopak!
-To ja może pójdę po tę wódkę, może jak wypije to się bardziej ekspercko poczuje...


Aby to zmienić – potrzeba kilku lat ciężkiej pracy i trochę bardziej rozgarniętych ludzi na odpowiedzialnych za politykę „wschodnią” stanowiskach. No chyba, że zwieńczeniem strategii „anty Łukaszenkowskiej” - jest oczekiwanie na to aż Baćka ze starości umrze...Stalin w końcu sam umarł...