poniedziałek, 2 czerwca 2014

Deklaracja fanatyzmu lekarzy

W tygodniu powyborczym zrobiło się bardzo głośno w temacie „deklaracji wiary” lekarzy. Sprawa już jakiś czas temu rzuciła mi się w oczy, ale ponieważ nikt się nie wyrywał z podpisywaniem tejże, uznałem, że nie ma sensu się nad tym pochylać. Tym niemniej, w momencie, w którym ponad 3 tysiące lekarzy złożyło pod dokumentem swój podpis, chyba jednak trzeba się temu przyjrzeć i nieco na ten temat poczytać. Co zrozumiałe, masowe podpisywanie tej deklaracji fanatyzmu przyciągnęło uwagę mediów i sporej liczby ludzi. Komentarze były bardzo różne, ale generalnie rzecz ujmując, sygnatariuszy odsądzono od czci i wiary.

Rzecz jasna, kpiny z deklaracji (w pełni zasłużone) nie mogły pozostać bez odpowiedzi zainteresowanych. Na portalu Fronda.pl pojawił się list jednej z sygnatariuszek. Nie zamierzam odnosić się w tym miejscu do całej treści (bo to bez sensu), a jedynie do końcówki oświadczenia/listu lekarki, Marii Chodyry:

Nade wszystko zbulwersowana faktem całej medialnej dyskusji polecam zapoznanie się z oryginalnym tekstem deklaracji wiary na stronie www.deklaracja-wiary.pl, następnie przemyślenie przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Co prawda nie jestem „mediami”, ale uznałem za stosowne zadośćuczynić tej prośbie. Bez problemu odnalazłem na linkowanej stronie oryginalny tekst. Po przeczytaniu tegoż (wiele tego nie było - 1 strona znormalizowanego tekstu) postanowiłem, że zacytuję go punkt po punkcie i będę się odnosił do poszczególnych fragmentów. Robię to „bez narzucania odpowiedzi z mediów”.

Nam – lekarzom – powierzono strzec życie ludzkie od jego początku...”

I dlatego sprzeciwiamy się terminacji ciąży w przypadku, w którym ciąża stanowi zagrożenie dla życia kobiety.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.”

Świadomość tego, że lekarze, którzy mają mnie leczyć, są kreacjonistami, niesamowicie mnie uspokaja.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:
- ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,
- moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.

Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania
Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie,
eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.”

Jesteś kobietą i idziesz do lekarza po pigułki hormonalne, które ratują Twoje zdrowie? Nie dostaniesz recepty, bo - co prawda - dla Ciebie są one lekarstwem, ale dla lekarza to odrzucenie stwórcy. Jak widać, „primum non nocere” również może zostać podważone przez klauzulę sumienia. Inna sprawa – LEKARZ, który twierdzi, że używając prezerwatyw „odrzucam stwórcę”, powinien zostać przebadany przez specjalistów (takich, którzy nie podpisywali tej nieszczęsnej deklaracji).

3 PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej (...)”

Z polskiego na nasze – gender to szatan.

(...)Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia”(...)”

A ludzie, którzy nie mogą mieć potomstwa, nigdy nie będą „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” i - co zrozumiałe - powinni się czuć przez to gorsi.

(...)powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.(...)”

Z polskiego na nasze - ludzie niezwiązani sakramentem ślubu nie mają prawa do uprawiania seksu. Domyślam się, że jeśli tacy ludzie dorobią się potomstwa, będzie ono gorsze od potomstwa ludzi mających ślub kościelny.

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.”

Czyli np. prawo do odmowy przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, prawo do odmowy przepisania kobiecie hormonów („bo, panie, te hormony to działajo jak antykoncepcja!”) i tak dalej, i tak dalej.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim - aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji(...)”

Takim, jak zdobycze XXI-wiecznej medycyny.

(...)potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.(...)”

Co zrozumiałe, klauzula sumienia obejmuje również „potrzebę stałego pogłębiania wiedzy”. Teologia ciała ogranicza się, rzecz jasna, do „teologii narządów płciowych”, na temat których Kościół ma bardzo wiele do powiedzenia.

6. UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.”

Rozumiem, że zniechęcanie do przeprowadzania badań prenatalnych, okłamywanie kobiet w trakcie ich przeprowadzania, nieprzepisywanie antykoncepcji hormonalnej, nieprzepisywanie pigułek hormonalnych w przypadkach chorobowych, odmowa przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, ogłaszanie wszem i wobec, że in vitro to zło etc., etc. – to wszystko mieści się w „nienarzucaniu nikomu swoich poglądów”. I na tym deklaracja się kończy (ok, jest jeszcze fragment Humanae vitae Pawła IV, ale punktów jako takich więcej nie ma).

Artykuł na Frondzie.pl zatytułowano dramatycznie: „Zanim oczernisz lekarza z powodu jego wiary. Koniecznie przeczytaj!” W kontekście dokumentu, który podpisywali owi lekarze, nie za bardzo wiem, w jaki sposób można ich oczernić. Bo jak oczernić kogoś, kto twierdzi, że tylko małżonkowie (ślub kościelny, rzecz jasna) mają prawo do uprawiania seksu, że tylko małżonkowie mogą mieć dzieci, że stosowanie antykoncepcji to odrzucanie stwórcy, że eutanazja jest zła, bo jest niezgodna z jego sumieniem itd. Nie wiem, czy posiada sumienie ktoś, kto nie rozumie, czym jest eutanazja dla cierpiącego człowieka (takiego, który wie, że przestanie cierpieć dopiero wtedy, gdy umrze). Każdemu, kto twierdzi, że „cierpienie uszlachetnia” (oczywiście, cudze cierpienie), życzę tego, żeby w trakcie swojego życia miał bardzo dużo okazji do uszlachetnienia samego siebie.

Przeczytałem tę deklarację i wydaje mi się, że placówki medyczne, które zatrudniają sygnatariuszy tejże deklaracji, powinny informować o tym fakcie każdego pacjenta. Pozwoliłoby to kobietom na uniknięcie upokarzającego spotkania z ginekologiem, który poproszony o przepisanie pigułek hormonalnych, zacznie jej prawić kazania o tym, jakie to one są złe i w rezultacie ich nie przepisze. Publiczna informacja na temat sygnatariuszy (i innych lekarzy, którzy zasłaniają się klauzulą sumienia, jak się im coś nie podoba lub chcą więcej zarobić prywatnie – spora liczba klauzolowiczów opory przed antykoncepcją ma jedynie w publicznych placówkach) byłaby uczciwa wobec kobiet. Bo wbrew temu, co się może wydawać fanatykom religijnym, nie każda kobieta lubi półgodzinne kazania na temat szkodliwości antykoncepcji.

W całej tej zawierusze związanej z deklaracją fanatyzmu nikt nie zwrócił uwagi na jedno zagrożenie. Lekarze, którzy podpisali tę deklarację nie ukrywają, że będą postępować zgodnie z zaleceniami Kościoła. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której powstaje nowa metoda leczenia jakiegoś schorzenia, która nie spodoba się władzom kościelnym. Owe władze będą więc głośno protestować przeciwko temu rodzajowi leczenia. Co zrobią wtedy sygnatariusze? Zapewne pójdą za głosem Kościoła i oleją nową metodę. Pacjenci będą cierpieć w imię „klauzuli sumienia”, a lekarze - obserwować to cierpienie z dumą. Będą dumni z siebie i z tego, że „nie narzucają nikomu swoich poglądów i przekonań”.

Powróćmy na sam koniec do pytania zadanego przez lekarkę:

Przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Odpowiem wprost – tak, chciałbym być leczony przez uczciwych, kształcących się na bieżąco lekarzy, do której to grupy nie zaliczają się, moim zdaniem, sygnatariusze deklaracji fanatyzmu.


Źródła:




czwartek, 29 maja 2014

Jezus Maria! Korwin!

Tytuł niniejszej notki chyba najlepiej oddaje reakcje sporej części społeczeństwa na fakt, że „wieczny kanapowiec” Korwin „Krul” Mikke dostał się do Europarlamentu. Mam świadomość tego, że reakcje były nieco bardziej żywiołowe, a fraza, która była najczęstszym komentarzem do tej sytuacji, składała się z dwóch, nieco innych słów. Jednakże uznałem, że swojskie „Jezus, Maria” wystarczy. Gwoli wyjaśnienia - niniejszy tekst odnosi się do wyników wyborów, nie zaś tylko do wyniku Krula, aczkolwiek sporo będzie o JKM. Głównie dlatego, że jego „wejście” do PUE było dla wielu niespodziewane.

Ja się przyznać muszę, że również nie wierzyłem w sukces Korwina. Wykoncypowałem sobie, że skoro tyle partii prawicowych startuje w wyborach, to się głosy rozbiją (Polska Razem, Solidarna Polska, PiS, Ruch Narodowy i Partia JKM) i plankton się rozbiegnie znowu. Stało się inaczej. Jedna znajoma lewaczka (jak widać - mądrzejsza ode mnie) tłumaczyła mi, że moje prognozy mogą się nie sprawdzić i że JKM się jednak może dostać, ale ja przez cały czas liczyłem na wyższą frekwencję. Wydawało mi się, że sondaże, w których JKM miał poparcie bardziej niż wystarczające do tego, aby wejść do PEU, zmotywują ludzi do głosowania. Z drugiej jednakże strony, elektorat był już tak wkur**ny na polityków wszelkiej maści, że pokazał partiom środkowy palec (dopisał za to betonowy elektorat Korwina). Niska frekwencja, na którą liczyli również politycy Ruchu Narodowego i Solidarnej Polski, spowodowana była zwyczajowym polskim „je**ałpiesizmem” politycznym („bo co mnie to obchodzi”) oraz tym, że politycy wszystkich opcji – jeśli chodzi o o poziom kampanii wyborczej – zachowywali się tak, jakby uważali wyborców za jakieś bezrozumne bydło, któremu można rzucić byle ochłap albo obiecać pełną michę („damy wam żreć, jak nas wybierzecie!”), a rzeczone bydło i tak zagłosuje. Poziom kampanii wyborczej był tak niski, że ciężko ją do czegokolwiek przyrównać. O tym, jak był niski, niech zaświadczy to, że nawet sondaże dające JKM szanse na wejście do PUE zostały olane, a ludzie zostali w domach. Ponieważ przez media przewala się teraz fala komentarzy na temat wyborów i tego, „co będzie dalej” postanowiłem również napisać kilka słów na temat: „co lewacki bloger sądzi w sprawie wyników wyborów”.

Jezus Maria! Korwin-Mikke!

Zacznę od tego, że nie boję się Korwina. Tzn. nie obawiam się tego, że „obecne wybory to dopiero początek, nic już nie zatrzyma marszu Nowej Prawicy (dowodzonej przez „nowego” 70-kilku-latka). To są bzdury, którymi karmi się korwinowy, betonowy elektorat. Zdaniem niektórych przedstawicieli tegoż elektoratu, teraz już będzie tylko lepiej, a w następnych wyborach (w domyśle – do PUE) będzie ich jeszcze więcej! Ktoś wrzucił w internety zestawienie wyniku, jaki uzyskał JKM w trakcie wyborów prezydenckich 2010 z wynikiem do PUE. W 2010 roku Korwin uzyskał 416 898 głosów (2,48%), 2014 (bo przecież KNP to Korwin Mikke) – 505 586 głosów (7.15%). Jak widać, różnica między liczbą głosów nijak się ma do tej wyrażonej w procentach (a właśnie procentami podnieca się beton spod znaku JKM prorokując, że „teraz to będzie już tylko lepiej). Ktoś może przytomnie zauważyć, że „może i to nie jest jakiś specjalnie wielki wzrost poparcia, ale jednak jest! Co będzie dalej?” Nic nie będzie. Nikomu nie chciało się zerknąć do innych danych. W wyborach 2011 partia JKM uzyskała 151 837 głosów (1,06%). Rok po tym, jak na JKM zagłosowało ponad 400 000 ludzi, jego poparcie poleciało na pysk. Teraz, co prawda. udało mu się „odrobić straty”, ale o tym, czy teraz już tak będzie przez cały czas, zadecydują wybory parlamentarne 2015, w których 500 000 głosów nie gwarantuje wejścia do sejmu, a jakoś tak nie chce mi się wierzyć w to, żeby za rok głosować na JKM chciało ponad 1 000 000 Polaków (bo mniej więcej taka liczba głosów jest „bezpieczna”, niezależnie od frekwencji).

W tym miejscu chciałbym zauważyć, że o ile nie rozumiem paranoi niektórych ludzi, to doskonale rozumiem rozgoryczenie kobiet, które tak jakoś nie bardzo lubią człowieka mówiącego publicznie o tym, że zawsze się je trochę gwałci, są głupsze od mężczyzn, przejmują poglądy swoich partnerów (no, bo przecież skoro są głupsze, to nie mogą mieć własnych poglądów!), powinno się im odebrać prawa wyborcze etc., etc. Na szczęście sam Krul nigdy nie będzie miał szansy na to, żeby swoje poglądy wprowadzić w życie. Ogromna większość społeczeństwa, delikatnie rzecz ujmując, nie utożsamia się z poglądami Korwina. Toteż, jeśli ktokolwiek powinien się obawiać „siły, której nie da się zatrzymać”, to raczej Korwin, który przy okazji kolejnych wyborów najprawdopodobniej boleśnie otrze się o drzwi sejmu.

Gwoli ścisłości – dla mnie Korwin Mikke nie jest politykiem. To najzwyklejszy w świecie showman, który przez całe życie zarabiał robiąc szum wokół własnej osoby. Pobyt w PUE potraktuje pewnie jako kolejne źródło dochodu. Inna sprawa, że Wódz Kuców, może mieć spore problemy. To, co uchodziło na sucho „kanapowcowi”, politykowi na sucho już nie ujdzie. Choćby dlatego, że pies z kulawą nogą nie interesuje się tym, co wykrzykuje jakiś klaun-estradowiec stojący na postumencie zmontowanym ze skrzynek po pomidorach. Jednakże te same słowa wykrzyczane z mównicy sejmowej, przed kamerami, przez europosła, mają już zupełnie inny kaliber gatunkowy. Tego, że JKM może nam przynieść wstyd (i pewnie przyniesie), nie chce mi się nawet pisać. Dodam jedynie od siebie, że nie on pierwszy (wszak ojciec Romana Giertycha kiedyś w ławach PUE zasiadał był) i nie on ostatni.

POPiS

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński to pierwszy przykład politycznego związku partnerskiego w naszym kraju. Ci dwaj politycy nie mogą bez siebie żyć. Sama bytność w polityce jednego z nich nagania wyborców drugiemu. I na dobrą sprawę nie warto marnować więcej miejsca na opisywanie tych panów i ich partii.

Wielki Przegrany

Janusz Palikot dostał w tych wyborach solidnego kopa od swoich wyborców. Choć może raczej należałoby powiedzieć – od wyborców, których wcześniej „ukradł” SLD (bo chyba nikt nie ma złudzeń co do tego, że zły wynik SLD w wyborach parlamentarnych 2011 był rezultatem wejścia Ruchu Palikota na scenę polityczną) oraz efektem tego, że ludzie mieli nieco dosyć bezbarwnego Grzegorza Napieralskiego i jego świty równie bezbarwnych kolegów. Sam Palikot ponoć się teraz głowi nad tym, co poszło nie tak. Głowią się też nad tym niektórzy publicyści. Przyczyna tej porażki jest, moim zdaniem, dość prosta (aczkolwiek jestem tylko człowiekiem-z-blogiem, więc mogę się mylić). Janusz Palikot liczył na elektorat lewicowy (jeśli komuś się wydaje, że bardziej mu zależało na elektoracie liberalnym, to niech sobie zerknie na Twittera i na to, jak się tam ładnie gnoją nawzajem politycy SLD i TR – gdyby bazowali na różnych elektoratach, nie żarliby się aż tak bardzo). Liczył na niego bardzo zawzięcie, tylko że nie ma mu absolutnie nic do zaoferowania. Taki typowy lewak, jak ja, nie wie nawet, jakie poglądy ma Janusz Palikot. Wiem, że kiedyś miał mocno prawicowe, a potem się mu „odmieniło”. Casus Jarosława Kaczyńskiego, który „zmienił się” w trakcie kampanii wyborczej 2010 pokazuje, że politycy nigdy się nie zmieniają. Chyba, że chcą, aby elektorat (czy „ciemny lud”, jak to o nas powiedział Kurski) myślał, że się zmienili. Swoista bezpoglądowość Palikota (i otaczanie się milionerami pokroju Łukasza Gibały, którzy tłumaczą, że okres ochronny dla ludzi w wieku przedemerytalnym to socjalizm i trzeba go koniecznie usunąć z kodeksu pracy) sprawiła, że ludzie go, delikatnie rzecz ujmując, olali. Nie uratowali sytuacji kandydaci, o których Palikot zabiegał i którymi zapełnił listy wyborcze. Tak samo, jak nie uratowały jej antyklerykalne spoty wyborcze. Ok – ja jestem antyklerykałem, ale nie zamierzam oddawać głosu na jakąś partię tylko dlatego, że jej przedstawiciele chwalą się publicznie tym, jak bardzo „nie lubią Kościoła” - nie tędy droga.

Przyszły Wielki Przegrany

SLD uzyskało trzeci wynik w wyborach, co - rzecz jasna - w świcie Leszka Millera zostanie na pewno odebrane jako rezulat jego błyskotliwej polityki. I zapewne w kolejnej kampanii SLD „da dupy”, podobnie jak to miało miejsce przy okazji wyborów parlamentarnych 2011. Wtedy SLD kompletnie zawaliło kampanię, bo uwierzono w to, że to „genialny” PR sztabowców Sojuszu wypracował dobry wynik Grzegorza Napieralskiego w wyborach 2010 (trzeci wynik). Ludzie glosowali na Napieralskiego, bo żywcem nie mieli na kogo - drażniła ich dominacja POPiSu. SLD zrewanżowało się swoim wyborcom całkowitym olaniem tychże. Zapewne sztabowcy SLD wyszli z założenia, że nie warto się pochylać nad elektoratem, bo ów i tak zagłosuje. Teraz będzie zapewne tak samo. SLD miało kampanię równie żenującą jak inne partie. Jedyny powód, dla którego Sojusz osiągnął tak dobry wynik, to fakt, że ludzie zdenerwowali się pajacowaniem niektórych polityków z otoczenia Janusza Palikota. Poza tym – na kogoś ten nasz totalnie ignorowany elektorat lewicowy musi głosować (o ile w ogóle pójdzie do urn). Ja się przyznam bez bicia do tego, że głosowałem na SLD. Nawiasem mówiąc, gdyby pani z komisji wyborczej, która była dla mnie uprzejma (po tym jak poinstruowałem komisję o tym, że tego mojego „zaświadczenia o prawie do głosowania” to oni mi raczej nie powinni już oddawać) trzymając w wyeksponowanym miejscu najnowszy numer „W Sieci”, wiedziała na kogo głosuję, pewnie przyłożyła by mi urną. Głosowałem na partię Leszka Millera, bo chciałem spełnić „obywatelski obowiązek”, a żywcem k**wa (za przeproszeniem) nie miałem na kogo oddać głosu. Śmiem twierdzić, że spora część głosów SLD pochodzi od ludzi, którzy co prawda nie lubią Towarzysza Millera, ale na kogo mieli głosować?

Odwołane „przebudzenie narodowe”

Nie poświęcałbym zbytniej uwagi planktonowi politycznemu, jakim jest Ruch Narodowy, gdyby nie to, że swego czasu dziennikarska brać wywołała narodową histerię tylko dlatego, że prasa chciała pisać o RN, ale nie za bardzo jej się chciało myśleć nad tym, co pisze. Straszono nas „nazistami”, którzy nas wszystkich pozabijają, powywieszają na latarniach etc. Tych „nazistów” popierało – zdaniem dziennikarzy – w cholerę ludzi. Ja swego czasu popełniłem wpis na FB na temat tego, że ja się tam niespecjalnie obawiam członków RN, bo w sumie jedyne, co mogą mi zrobić, to ewentualnie obić mi mordę. Zagrożenia w wymiarze politycznym RN nie stanowi i raczej nie będzie stanowił (no chyba, że Kościół udzieli mu poparcia, tak jak swego czasu udzielał macierzystej partii Krzysztofa Bosaka – Lidze Polskich Rodzin). Jak się skończyły wybory dla Ruchu Narodowego? Eufemizując – bardzo źle. Rzecz jasna, „politycy” z RN po raz kolejny udowodnili, że jaja mają tylko wtedy, gdy otacza ich grupa silnych kolegów, a w świecie, w którym problemu nie da się rozwiązać za pomocą koktajlu Mołotowa/cegły/etc., nie potrafią się odnaleźć. W czym się przejawia ten brak jaj? W tym, że żaden z „polityków” RN nie powiedział „daliśmy dupy i dlatego przegraliśmy”. Nie, nie – RN jest moralnym zwycięzcą, bo miał najmniej pieniędzy na kampanię. Inni mieli lepiej i w ogóle to prawie na pewno jakieś fałszerstwa były, bo tam gdzie głosowano na RN, 0 głosów mieli!

Mało tego - aby zamaskować to, jak bardzo RN poległ, jego członkowie użyli „matematyki narodowców” (zwanej również dwójmyśleniem). Swego czasu głośno chwalili się tym, że grubo ponad 100 000 ludzi przyszło na MN („A media nie pokazały! Media kłamio!”). Przy okazji omawiania wyników wyborów geniusze matematyczni z RN stwierdzili, że „wstępne wyniki nie są satysfakcjonujące, ale jednocześnie pokazują, że udało nam się pozyskać zaufanie grupy wyborców wyraźnie wykraczającej poza struktury naszych organizacji czy uczestników Marszów Niepodległości.” Ja, co prawda, orłem z matematyki nie byłem, ale wydaje mi się, że 86 tysięcy to nie jest liczba „wyraźnie” większa od „ponad 100 000 uczestników MN”. Ciekawym, jak wynik wyborczy RN skomentują ci ludzie, którzy swego czasu pompowali balon histerii „nazistowskiej”

Ludowy aksjomat polityczny

PSL dostał się, bo PSL zawsze się załapuje na mandaty, niezależnie od sondaży. To powinien być aksjomat polityczny.

W krainie planktonu

Wszelkiej maści „wykopanym” z macierzystych partii (i takim, którzy sami odeszli, zanim ktoś ich zdążył wykopać) społeczeństwo pokazało środkowy palec. Solidarna Polska i Polska Razem zasłużenie przerżnęły wybory. I to chyba jedyny komentarz, na który zasługują te partie.

Tak na samo zakończenie powyższych wywodów chciałbym jeszcze napisać jedną rzecz. Mam nadzieję, że będzie mi kiedyś dane pójść do urny i głosować bez odruchu wymiotnego. Innymi słowy – fajnie by było, jakbym kiedyś miał na kogo głosować.




Źródła



czwartek, 22 maja 2014

Korwin wyrwany z kontekstu

Jako dziecko sporo grywałem z moją familią w grę o nazwie Eurobusiness (polska odmiana Monopoly). Gra była fajna, choć nieco frustrująca ze względu na czynnik losowy. Zdarzało się, że gracz „szedł do więzienia” (co przekładało się na straty finansowe). W trakcie gry, można było natrafić na kartę „wychodzisz wolny z więzienia” (w Monopoly - „wyjdź bezpłatnie z więzienia”), której można było użyć w dowolnym momencie, niezależnie od tego, z jakich przyczyn gracz znalazł się we wspomnianym areszcie.

Po cóż męczyłem cię, drogi czytelniku, tą skróconą instrukcją do gry planszowej? Żeby pokazać na prostym przykładzie, jaką rolę pełni w polskiej debacie publicznej fraza „moja wypowiedź została wyrwana z kontekstu”. Osobom, które wypowiadają się publicznie (a ich wypowiedzi są transmitowane przez jakiekolwiek medium), zdarza się powiedzieć coś niemądrego. Przyzwoity człowiek, któremu się taki epizod przytrafi, przeprosi za swoją wypowiedź i postara się unikać tego rodzaju sytuacji w przyszłości. Ponieważ w polskiej debacie publicznej ludzie przyzwoici się nie pojawiają, toteż mamy do czynienia z zupełnie innymi sytuacjami. Zazwyczaj wygląda to tak: Polityk czy publicysta mówi lub pisze coś tak durnego, że po zetknięciu się z tą wypowiedzią trzeźwo myślącemu człowiekowi prostują się zwoje mózgowe, a jego kora mózgowa wygładza się na podobieństwo kuli bilardowej. Media uwielbiają tego rodzaju wpadki, toteż wypowiedź taka momentalnie obiega różnego rodzaju portale i stacje telewizyjne. Co robi „typowy polski polityk” w sytuacji, w której jego wypowiedź bije rekordy popularności? Przeważnie twierdzi, że została ona wyrwana z kontekstu.

Swego czasu tak właśnie było z rzecznikiem SLD, Mariuszem Jońskim. Telewizja „Superstacja” pokazała kawałek wywiadu z tymże politykiem, w którym powiedział on, że skoro minister sportu (nie, nie chce mi się używać określenia „ministra”) jest w ciąży (takie plotki wtedy krążyły), to może powinna sobie darować bycie ministrem i zająć się dzieckiem. Spotkało się to z negatywną reakcją ludzi, którzy w przeciwieństwie do rzecznika SLD faktycznie mają lewicowe poglądy. Ponieważ Mariusz Joński zorientował się, że palnął głupotę, wydał oświadczenie, w którym padło sakramentalne „moja wypowiedź została wyrwana z kontekstu”. Na reakcję Superstacji nie trzeba było długo czekać – wrzucono do sieci cały, dość krótki wywiad, w którym wypowiedź była „osadzona w kontekście”, a mimo to nadal była „niefajna”. Ponieważ część ludzi domagała się jakiegoś komentarza od SLD w tej sprawie (w tym niżej podpisany za pomocą fanpejdża i część fanów tegoż). Zapewne nie byliśmy jedynymi ciekawskimi, bo rzecznik SLD na drugi dzień przeprosił za swoje słowa. I tak to mniej więcej wygląda. Osoba publiczna mówi jakąś bzdurę, media to podchwytują, osoba używa karty „wychodzisz wolny z więzienia” i dopiero potem (ewentualnie) przeprasza. Niezbyt dobrze to świadczy o kondycji intelektualnej naszych polityków, którzy nie są w stanie sami z siebie domyślić się tego, że kogoś obrazili czy powiedzieli coś bzdurnego i dopiero oburzenie opinii publicznej jest im to w stanie uświadomić.

Ponieważ demokracja u nas dopiero raczkuje i nie za bardzo wiemy na kogo, jak i dlaczego głosować, toteż mamy (jako naród) tendencję do trzymania się pazurami raz podjętego wyboru. Tak samo będziemy zębami i pazurami bronić polityków, na których głosowaliśmy. Bardzo nas więc boli to, że czasami nasi wybrańcy/idole/guru publicznie mówią idiotyzmy. Ale nic to – zawsze przecież można powiedzieć o tym, że „słowa zostały wyrwane z kontekstu”.

Mistrzami tego rodzaju retoryki są wyznawcy (zaraz wyjaśnię, czemu używam właśnie takiego określenia) zjawiska politycznego, jakim jest Janusz Korwin-Mikke. JKM nie ma zwolenników - on ma wyznawców. Bo tylko wyznawca uważa, że intelekt jego guru nie ma sobie równych, a każde wypowiedziane przez niego słowo jest prawdą objawioną. Guru nigdy nie może się mylić – mylą się tylko ci, którzy go nie rozumieją (no, a nie rozumieją, bo „nie dorośli” jeszcze do tego). Guru korwinistów powiedział był kilka dni temu:

Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci. (…) One zawsze trochę udają, że się stawiają. Trzeba wiedzieć, kiedy można, a kiedy nie można…”

Co zrozumiałe, tego rodzaju wypowiedź przyciągnęła uwagę nas wszystkich, którzy nie rozumieją geniuszu Korwina i których delikatnie rzecz ujmując nieco w****wia tego rodzaju retoryka. Korwiniści nie pozwolili na siebie długo czekać. Najpierw jeden napisał (na moim fanpejdżu), że „Korwin i tak szanuje kobiety bardziej niż ci, którzy pozwalają na aborcję”. Potem drugi dodał, że „no może i ma takie poglądy, ale to nic, bo ma pomysły na gospodarkę”. Rzecz jasna, „wypowiedź wyrwana z kontekstu” też padło.

Ponieważ domyślam się, że niniejsza notka może przyciągnąć uwagę wyznawców JKM, tedy mam do nich prośbę. Jeśli już, jaśnie oświecony wyznawco, twierdzisz, że coś tam wyrwałem z kontekstu, to łaskawie mi ten kontekst nakreśl. Bo w tym konkretnym przypadku dobrze podsumowała to inna osoba na mojej stronie: „Doprawdy, nie wiem, jaki musiałby być kontekst, żeby uratować tę wypowiedź.” Jak się tak człek nieco bardziej pochyli nad argumentacją obrońców JKM, nietrudno dojść do wniosku, że dla nich samo cytowanie Korwina jest wyrywaniem jego wypowiedzi z kontekstu.

Paradoksalnie, wyznawcy JKM uważają się za jedynych ludzi w Polsce, którzy „myślą niezależnie”. Nie za bardzo wiem, na czym owo samodzielne myślenie ma polegać. Na bezrefleksyjnym powtarzaniu tego, co wydalił z siebie ich guru? Na traktowaniu go jako jakiejś nadistoty, która nigdy się nie myli (wskazówka – zwykli ludzie, niezależnie od poziomu intelektualnego, mylą się. Skoro Korwin się nie myli – ergo – nie jest człowiekiem)? Na wmawianiu każdemu, kto ma inne zdanie, że jest: głupi/nie rozumie/jest bolszewikiem/nie dojrzał do zrozumienia geniuszu JKM/etc.? Czy może na przyklaskiwaniu każdej kretyńskiej wypowiedzi JKM (takiej, jak zacytowana w tekście)? A może na twierdzeniu, że „no, może ma takie poglądy dziwne, ale jeśli chodzi o gospodarkę, to ma rację (bo jest Korwinem, więc musi mieć)”? Gdzie w tym ślepym posłuszeństwie jest miejsce na jakiekolwiek myślenie (o samodzielnym nie wspominając już nawet)?

W trakcie pisania niniejszej notki mój kawałek internetu został nawiedzony przez kolejnego wyznawcę Korwina, który (usiłując bronić cytowanej przeze mnie wypowiedzi swojego guru) napisał był:

"trzeba wyczuć tę subtelną różnicę, na ile sobie można pozwolić" - tego już szanowni redahtorzy "zapomnieli" dodać...

Pamiętaj, drogi czytelniku, że rozmawiając z fanatykiem JKM, rozmawiasz z kimś, komu wydaje się, że „trochę gwałcenie kobiet” jest fajne, bo one zawsze „trochę udają i się stawiają” i trzeba „wyczuć tę subtelną różnicę”. Szkoda tylko, że żaden z obrońców JKM nie słucha tego, co mają na ten temat do powiedzenia kobiety. No, ale ciężko rozmawiać z kobietami, które mają rozszerzenia jpg. 


wtorek, 20 maja 2014

PiS-owski profesor straszy Szwecją

17 maja, na portalu „Rzeczpospolita” ukazał się wywiad, który z PiS-owskim profesorem Ryszardem Legutką przeprowadziła Eliza Olczyk. Jak każdy człowiek, który został politykiem najprawdopodobniej z łapanki, PiS-owski profesor (R.L. na takie miano zasłużył) nie ma, co prawda, wyborcom nic do zaoferowania, ale za to pięknie opowiada o zagrożeniu „ideologią gender”.

Sam wywiad nie byłby wart wzmiankowania (wszak nasza nadęta prawica na walce z „dżęderę” już od dawna usiłuje zbić kapitał polityczny) gdyby nie to, że pośród swoich rojeń PiS-owski profesor pozwolił sobie na wypowiedzenie takich słów:

Szwecja już się stała Arabią Saudyjską politycznej poprawności. Tam, jeżeli ktoś nie pójdzie na coroczną paradę homoseksualistów, będzie miał wielkie nieprzyjemności. Zupełnie jak u nas za czasów PRL, gdy ktoś nie poszedł na pochód pierwszomajowy.”

Ponieważ już na pierwszy rzut oka widać, że jest to totalna bzdura, zastanawiałem się, co z tym fantem zrobić. Znajoma lewaczka, ukrywająca się pod pseudonimem Neko, podsunęła mi pomysł - „A może by tak napisać do ambasady Szwedzkiej?” Pomysł mi się bardzo spodobał, toteż popełniłem byłem na fanpejdżu krótki wpis, w którym zapraszałem innych internautów do wysłania do ambasady Szwedzkiej dwóch pytań:

Czy:

1) Uczestnictwo w marszach równości jest w Szwecji obowiązkowe?
2) Jakie konsekwencje prawne niesie ze sobą niepojawienie się na takim marszu?

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Na blogu ambasadora Szwecji Staffana Herrströma, pojawił się wpis (chciałbym w tym miejscu podziękować ambasadzie za podesłanie linku do bloga), w którym ambasador odniósł się do słów Legutki.

Today we have received some e-mails from people asking i.a. if participation in these kinds of parades are mandatory in Sweden. The answer is of course simple: No.”

Tzn. (uprasza się o nie rzucanie burakami za ewentualnie niedokładny przekład):

Dzisiaj otrzymaliśmy trochę e-maili, w których ludzie pytali o to, czy uczestnictwo w tego rodzaju paradach jest w Szwecji obowiązkowe. Odpowiedź jest, oczywiście, prosta: Nie.”

Mam nadzieję, że nie przyczyniłem się do zaspamowania ambasady Szwedzkiej. Chodziło mi jedynie o uzyskanie jakiegoś komentarza do wypowiedzi PiS-owskiego profesora. Dlaczego? Dlatego, że tego rodzaju nieprawdziwe wypowiedzi należy prostować. A któż nadawałby się do tego bardziej niż ambasador Szwecji? Owszem – można założyć, że „wszyscy wiedzą, że Legutko bredzi”, ale to jest moim zdaniem błędne założenie. Głównie dlatego, że nie każdy, kto zetknie się z tą wypowiedzią, musi wiedzieć, że jej autorem jest PiS-owski profesor. Ktoś może zasugerować się tytułem naukowym (nawiasem mówiąc - straszliwie nam podupadły te nieszczęsne elity naukowe) i po prostu w to uwierzyć. Nawet jeśli ktoś chciałby zweryfikować tę informacje – jak to zrobić? Szukać w internecie stron, na których Szwecja (tzn. urzędnicy, politycy etc.) udowadnia, że nie jest wielbłądem i nikt tam nikogo nie zmusza do chodzenia na jakiekolwiek marsze i parady? Skąd Szwedzi mają wiedzieć, że ktoś w ogóle ich o coś takiego posądza? Domyślam się, że dla wielu osób, które już dawna zajmują się nienawidzeniem Szwecji w celach zarobkowych (chodzi mi głównie o prawicowo-konserwatywnych polityków i publicystów), słowa ambasadora nie mają znaczenia. Bo taki polityk i tak wie lepiej. O publicystach, którzy przed napisaniem artykułu nawet sobie nie zaprzątają głowy czymś takim jak research, nie warto wspominać.


Powróćmy do naszego PiS-owskiego profesora, który przyrównał Szwecję do Arabii Saudyjskiej. Na czym opierał swój wywód? Czy zrobił jakikolwiek research? Czy Ryszard Legutko (który nie tak dawno temu musiał przepraszać licealistów za nazwanie ich rozwydrzonymi smarkaczami) w ogóle wie cokolwiek na temat Szwecji? Być może cała jego wiedza pochodzi z jakichś partyjnych instrukcji dla kandydatów? Nawet jeśli, to wydaje mi się, że ktoś, kto jest profesorem belwederskim, mógłby się łaskawie zastanowić nad tym, czy jego słowa mają jakiekolwiek pokrycie w faktach. Choćby przez wzgląd na to, że publicznie wygadując bzdury, rozmienia na drobne swój tytuł naukowy. Nie wspominając już o wstydzie, jaki tego rodzaju zachowanie przynosi uczelni, która zrobiła z takiego człowieka naukowca.


PiS-owskiemu profesorowi ktoś chyba powinien wytłumaczyć, że nie jest menelem spod budki z piwem i że w przeciwieństwie do słów wykrzyczanych (względnie – zwymiotowanych) przez menela, słowa profesora mają swoją wagę. Nie wspominając już o tym, że gdyby R.L. wypowiedział je jako np. minister, to wszystko mogłoby się skończyć skandalem dyplomatycznym. I prawie na pewno by się tym skończyło. Jeśli coś wiemy na pewno o PiS-owskim profesorze to fakt, że bardzo dużo mówi, ale nie lubi ponosić za to konsekwencji.


Źródła:




czwartek, 8 maja 2014

Konserwatywna histeria na tle tęczowym



Temat „tęczy z Placu Zbawiciela” został już chyba na wszelkie możliwe sposoby opisany. Tym niemniej, choć sporo napisano, prawie nikt nie zwrócił uwagi na wyjątkową bezczelność ludzi (zarówno dziennikarzy, jak i „zwykłych” obywateli), którym owa tęcza przeszkadza.

Nie, nie chodzi o sam fakt podpalania tej instalacji (bo to akurat nie jest bezczelność tylko zwykły bandytyzm, który część naszych rodaków myli z bohaterstwem) lecz o to, w jaki sposób zachowują się ci biedni, uciskani (przez „lewactwo”) przeciwnicy „ideologii dżęder” - (czymkolwiek by nie była). Warto również pochylić się nad retoryką „uciskanych przez tęczę”. Zacznijmy od zachowania. Tęcza płonęła kilka razy. Ostatnie podpalenie było o tyle spektakularne, że doszło do niego w trakcie Marszu Niepodległości. Wtedy po raz kolejny mogliśmy się przekonać o tym, że większość środowisk prawicowo-konserwatywno-katolickich cierpi na przypadłość zwaną dwójmyśleniem. Bo oto okazało się, że „wreszcie ktoś spalił tę tęczę! Dobrze, że to się stało na Marszu Niepodległości!”, ale „to na pewno nie byliśmy my!” Mało tego. Dowodem na niewinność narodowców miała być fotografia publikowana przez niektóre prawicowe portale. Na tejże fotografii (wykonaną pod odpowiednim kątem), widać było płonącą tęczę (dopiero zaczynała się palić) i „zero narodowców dookoła!” Dowód ten utrzymał się mniej więcej do momentu, w którym ktoś nie wrzucił na YT filmiku, na którym widać spory tłumek wymachujący biało-czerwonymi flagami, który głośno kibicuje podpalaczowi.

Teraz mamy do czynienia z identycznym zachowaniem. Ruch Narodowy, niemalże całą swoją kampanię medialną opiera na tej nieszczęsnej tęczy. Działacze RN próbowali zablokować jej odbudowę. Tzn. w sumie chodziło bardziej o to, żeby Krzysztof Bosak miał fotki, na których policjanci prowadzą go do radiowozu. Gdyby Narodowcy bali się faktycznie jakiejś „brutalnej akcji policji”, nie byłoby na tej „blokadzie” Krzysztofa Bosaka, który jakoś tak nie bardzo mi się kojarzy z kimś, kto na serio chciałby się szarpać z policją (od tego RN ma wszak „mięśnie” z ONR). Zdjęć z policją pozazdrościł Bosakowi jego partyjny kolega, Robert Winnicki, który dał się spisać policji tylko po to, żeby klubowi koledzy strzelili mu kilka fotek.

Ruch Narodowy wykupił prawa autorskie do słynnej już fotografii, na której „prawdziwy patriota” macha flagą na tle płonącej tęczy. Witold Tumanowicz (kandydat na europosła z ramienia RN) ubolewał na swoim profilu FB, że „3 maja to (podpalenie tęczy) nie nastąpiło ale liczę, że zdarzy się już wkrótce.” Jeśli ktoś zadałby sobie trud i poczytał komentarze na fanpejdżach „narodowych”, wyczytałby tam, że chłopaki aż się rwą do podpalania instalacji. O tym, że narodowcy są na tęczę cięci, wie nawet ich "niepokorny" patron Rafał Ziemkiewicz, który na swoim profilu twitterowym napisał był, żeby się spieszyć z oglądaniem tęczy, póki ta jeszcze stoi. Gwoli ścisłości - nie tylko RN jest cięty na ten obiekt. Cała prawa strona internetu oburza się na niego i na to, że jeszcze stoi!

W kontekście tego, co napisałem powyżej, można chyba bezpiecznie założyć, że jeśli tęcza spłonie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa sprawcą będzie jakiś narwany narodowiec? Względnie ktoś, komu prawicowo-konkserwatywno-bóg-wie-jakie poglądy podpowiedziały, że jego „obywatelskim obowiązkiem” jest podpalenie tęczy?

A gdzie tam! Fronda już ma gotowy scenariusz, na wypadek kolejnego podpalenia!

Ledwie co, dzięki hojnej prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz, została odrestaurowana, a tu już kolejny chuligan (zapewne zaraz mainstream okrzyknie, że narodowiec, albo nawet szerzej – prawicowiec!)”

Widzicie więc, szanowni czytelnicy. To nie tak, że narodowcy/prawicowcy chcą podpalić tęczę! Tzn. może i chcą, ale jeśli ją ktoś to zrobi, to na pewno nie będzie narodowiec/prawicowiec! Tęczę podpalą „nieznani sprawcy”, a ten cholerny mejnstrim znowu oskarży o to niewinnych...

I tak się zastanawiam nad tym, czy pisanie takich rzeczy wynika z dwójmyślenia, czy też jest to najzwyklejsza w świecie bezczelność? Przecież sam Krzysztof Bosak doskonale wiedział, kogo należy winić za ostatnie podpalenie tęczy. Zapytany o to, czy był to akt bandytyzmu, odparł, że „raczej nie, bo tęcza tam stała nielegalnie”. Gdyby podpalił ją faktycznie ktoś inny (np. niemiecka antifa, policyjny prowokator, służby specjalne), po cholerę KB miałby się bawić w erystykę? Przecież mógłby powiedzieć „tęcza się nam, co prawda, nie podobała, ale jej podpalenie to bandytyzm”. No, ale nazwanie bandytą kolegi z własnej organizacji to coś, co KB nie przejdzie przez gardło.

Jedna sprawa mnie jeszcze ciekawi. Czy gdyby tęczę podpalił osobiście Krzysztof Bosak (w biały dzień, przy wielu świadkach), to czy Fronda (i inne portale) nadal utrzymywałyby, że to na pewno nie był narodowiec/prawicowiec? Kronikarski obowiązek nakazuje mi wspomnieć o tym, że Krzysztof Bosak wzywał do "nie podpalania tęczy" (gdzieś tak w okolicach polowy kwietnia Gazeta.pl o tym wspomniała). Tylko że nijak się to ma do retoryki takiego np Witolda Tumanowicza i Artura Zawiszy, którzy wręcz zachęcają swoich fanów do tego aby ci - podpalili instalację.

Tęczowy” artykuł na Frondzie nie pojawił się znikąd. Był on odpowiedzią na artykuł z Gazety Wyborczej (Ponad 60 proc. warszawiaków zatęczą. Jej niszczenie oburza i zawstydza). Artykuł GW dotyczył sondażu przeprowadzonego przez PBS dla Fundacji Batorego i Funduszu Mediów. Frondę zabolało to, że większość ankietowanych była pozytywnie nastawiona do instalacji z Placu Zbawiciela. Ponieważ „dziennikarze” z Frondy są mistrzami w zaklinaniu rzeczywistości, nie mogli sobie darować i spróbowali zakląć ją raz jeszcze:

Warszawiacy, ci ankietowani, niby się cieszą, ale jednak… ktoś wciąż tęczę zniszczyć próbuje.”

Ciekawym, jak autor tego tekstu zareagowałby na hipotetyczną sytuację, w której ktoś napisałby:

Polaków, tych ankietowanych, niby cieszą pomniki JP II, ale jednak... ktoś wciąż te pomniki zniszczyć próbuje...”


Źródła:


poniedziałek, 10 lutego 2014

„Niepokorni” w służbie PiS

Czy można określać samego siebie mianem „dziennikarza niepokornego” i jednocześnie bez najmniejszych skrupułów włazić w cztery litery konkretnej opcji politycznej? Czy można być dziennikarzem i jednocześnie nie mieć pojęcia o tym, czym jest research? Można – należy się jedynie nazywać Cezary Gmyz.


Cezary Gmyz to człowiek, od którego zaczęła się histeria „trotylowa”. Najprawdopodobniej został „wypuszczony” przez jakiegoś informatora i napisał artykuł (Trotyl na wraku tupolewa), za który wyleciał z „Rzeczypospolitej”. Z miejsca okrzyknięto go dziennikarzem „niepokornym” (tzn. zrobili to inni „niepokorni”, bo większość ludzi uznała C.G. za frajera nie potrafiącego zweryfikować informacji przed napisaniem artykułu). W mojej opinii C.G. frajerem nie jest. Jest natomiast wyrachowanym manipulatorem, który liczy na to, że nikomu nie będzie się chciało weryfikować tego, co napisał. Gwoli ścisłości – w ten sam sposób działa cała reszta „niepokornych”. Ktoś może powiedzieć – nihil novi sub sole – przecież wszyscy o tym wiedzą! Pełna zgoda. Tyle, że czasem człowiek czytając tekst czuje się tak, jakby dziennikarz (publicysta/whatever) dał mu po mordzie.


I ja się poczułem w ten sposób czytając artykuł pt. „Czy to jeszcze są wolne wybory?” Tekst zamieszczono na „Niezależnej”, a dotyczy on w głównej mierze przekrętów w finansowaniu kampanii wyborczych PSL. I z tym nie zamierzam w żaden sposób polemizować. O tym, w jaki sposób działa PSL, wiedzą chyba wszyscy, którzy mieli nieszczęście zainteresować się polityką.


Przyczyna tych przekrętów jest stosunkowo prosta. Jakiś mało rozpoznawalny polityk albo ten, który obawia się, że elektorat może o nim zapomnieć (bo zbyt rzadko pojawia się w telewizyjnym okienku) postanawia przypomnieć się wyborcom. W myśl prostej zasady rozpoznawalność równa się wybieralność. A rozpoznawalność to gęba plus nazwisko.”


Z powyższym cytatem zgadzam się w całej rozciągłości. Przytaczam go tu jedynie ze względu na podkreślony fragment. Ów fragment będzie dość istotny w dalszej części tekstu. Teraz zaś skupmy się na dwóch innych wycinkach:


PSL, a w szczególności tzw. układ podlaski (skupiony wokół byłego szefa resortu rolnictwa Marka Sawickiego) do perfekcji opanował prowadzenie kampanii wyborczej bez jej formalnego rozpoczynania. Pomysł prosty i sprawdzony w praktyce. Otóż kandydaci nie promują programu swojej partii lecz jakiś inny, bardziej czy mniej istotny, cel. Np. nowoczesne rolnictwo.”


Nie jest jednak tak, że PSL jest monopolistą w tego typu sztuczkach. Główna partia koalicyjna, czyli Platforma Obywatelska stosuje też identyczne, choć niekiedy bardziej wyrafinowane i subtelne metody. Przypomnimy marszałka województwa dolnośląskiego. Człowiek z wyglądu podobny zupełnie do nikogo był słabo rozpoznawalny jako gospodarz swojego regionu. Nie namyślając się wiele, oblepił całe województwo billboardami ze swoim wizerunkiem. Oczywiście za pieniądze podatnika.”


Z tego rodzaju działaniami zetknął się chyba każdy. Albo w połowie kadencji, albo na kilka miesięcy przed rozpoczęciem kampanii wyborczej pojawiają się na ulicach billboardy, którymi „reklamują się” politycy. Taka „przedwczesna kampania” jest całkowicie legalna, bo – jak to napisał Cezary Gmyz – przekaz jest tak skonstruowany, że polityk pojawia się na billboardzie „niby” przy okazji. Wiadomym jest również to, że politycy, kiedy tylko mogą, reklamują się używając kasy innej niż partyjna (bo tę trzeba zostawić na właściwą kampanię wyborczą). Dzieje się tak dlatego, że na kilka miesięcy przed kampanią nie wiadomo jeszcze kto będzie na listach (w niektórych regionach walki o miejsca „biorące” toczą się aż do ostatniego dnia, w którym można rejestrować listy kandydatów). Tym samym, z punktu widzenia partii bezsensowne jest wspieranie kandydata, który być może nie znajdzie się na liście.


I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że wspaniały dziennikarz śledczy Cezary Gmyz zupełnie pominął jeden drobny szczegół. Partia, której tubą propagandową jest „Niezależna” robi dokładnie to samo, co wszystkie inne. Politycy PiS również do mistrzostwa doprowadzili prowadzenie „przedwczesnej kampanii”. Aby nie być gołosłownym – wrzucam zdjęcie, które wykonałem w niedzielę (09-02-2014).

"Wcale nie kampania Tomasza Poręby"


Na pierwszy rzut oka billboard jest zwykłą informacją. Jakiś tam Tomasz Poręba załatwił w Brukseli staże kilkudziesięciu ludziom. Materiały (czyli billboardy) zostały sfinansowane ze środków Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (program staży Tomasza Poręby dla podkarpackiej młodzieży uruchomiony w 2009 roku).


Tylko, że potem następuje drugi rzut oka. Na cholerę jakimś konserwatystom europejskim billboardy w Tarnobrzegu (moja rodzinna wieś – 48 tys. mieszkańców)? Odpowiedź jest prosta i udzielił jej Cezary Gmyz. Przytoczę ją w całości: „Jakiś mało rozpoznawalny polityk albo ten, który obawia się, że elektorat może o nim zapomnieć.”


Tomasz Poręba jest europarlamentarzystą z ramienia PiS. 1995 głosów oddano na tego pana w Tarnobrzegu w ostatnich wyborach do Europarlamentu. Choć ów pan ma (a przynajmniej miał jakiś czas temu) biuro poselskie w moim rodzinnym mieście, to jest jakoś nieszczególnie rozpoznawalny. Dostał „1”, to na niego zagłosowali. Ponieważ ludzie nie bardzo go tu znają, trzeba było rzucić jakiś billboard przed kampanią, żeby się ludziom gęba opatrzyła. Wszystko jest, rzecz jasna, zgodne z prawem. Domyślam się, że Tarnobrzeg nie jest jedyną miejscowością, którą „ozdobiły” te billboardy.


Czemu więc „dziennikarz śledczy” nie napisał o tym w swoim artykule? Skoro uznał, że tego rodzaju praktyki są naganne, powinien chyba wspomnieć coś na temat tego, że posłowie największej partii opozycyjnej robią dokładnie to samo. Tyle, że wtedy nie byłby już dziennikarzem „niepokornym”. Wtedy byłby dziennikarzem rzetelnym, a dla takich miejsca po „niepokornej” stronie jest niewiele – przecież zły to ptak, co własne gniazdo kala. W teorii Cezary Gmyz mógł o akcji Poręby nie wiedzieć (jak to świadczy o dziennikarzu śledczym, to już insza inszość), jednakże w praktyce – nawet jeśli nie wiedział, to powinien założyć, że PiS też tego rodzaju działalność prowadzi. Szczególnie, że Prawo i Sprawiedliwość ma ogromne doświadczenie w tego rodzaju „przedwczesnych kampaniach”.


W trakcie rządów PiS, korzystając z dobrobytu i miliardów nowych miejsc pracy (które PiS zapewnił!), jak przystało na studenta kierunku humanistycznego na wakacjach, zajmowałem się skuwaniem tynków, układaniem płytek etc. Zasiadłem sobie którejś soboty przed telewizorem i oczy me ujrzały takie oto dzieło:


                                          "Wcale nie kampania wyborcza PiS"

Przepraszam za niską jakość – filmik pochodzi z moich zbiorów, bo na stronie PiS już go nie ma. Co prawda, do wyborów było jeszcze kilka miesięcy („rzucili” to na wakacjach, a samorządowe wybory miały się odbyć 12 listopada 2006), ale PiSowi to nie przeszkadzało i rozpoczął „przedwczesną kampanię”. PiS wyprodukował przed kampanią jeszcze kilka podobnych filmików utrzymanych w duchu PRL-owskiej „Kroniki Filmowej”. Innymi słowy – mechanizm „kampanii przed kampanią” zastosowano.


Rzecz jasna „bardziej dziennikarz niż publicysta” (cytat z jego Twittera) nie wspomniał o tym w swoim tekście. Możliwości są trzy. Albo nie umie robić researchu (i do tego ma sklerozę – nie pamięta „Kroniki Filmowej” w wydaniu PiS), albo ewidentnie kłamie, albo też chciał napisać o PiS, ale naczalstwo mu zakazało. Innymi słowy – albo jest łajzą, albo kłamcą, albo „usłużnym”, który boi się wychylić. Dość powiedzieć, że niezależnie od przyczyn, dla których popełnił ów tekst, powodów do dumy ma raczej niewiele.

Źródła:



wtorek, 4 lutego 2014

O tym, jak to polscy konserwatyści wspierają islamskich fundamentalistów

Tym, że do Polski przyjdzie islam i nas wszystkich zje, konserwatyści straszą już od jakiegoś czasu. Rzecz jasna – jedynymi osobami, które dostrzegają to straszliwe zagrożenie islamem są dziennikarze „niepokorni” i wszelkiej maści inne konserwy. Prócz tego obronić nas przed nim mogą tylko narodowcy i mili panowie w szalikach, którzy w oczekiwaniu na islamskie zagrożenie leją się nawzajem po mordach. Owe środowiska, w swoim mniemaniu, robią wszystko, żeby „uchronić Polskę przed zagrożeniem islamskim”. Owo „wszystko” to wypisywanie idiotyzmów w internecie i lajkowanie stron w rodzaju „NIE dla islamizacji Europy” (ponad 107 tysięcy fanów – głównie z Warszawy, w wieku 18-24 lata). No walczą z tym islamem „jak cholera”.

Jeśli chodzi o moje osobiste zdanie na temat tej religii (islamu), to nie jestem fanem. Głównie dlatego, że nie jestem fanem żadnego wyznania. No dobrze – ktoś powie – ale fundamentalistów islamskich to ty chyba nie lubisz? Ano nie lubię. Ale tak samo nie lubię fundamentalistów katolickich, takich jak Tomasz Terlikowski, Krystyna Pawłowicz, ks. Longchamp de Berier etc. „Nasi” fundamentaliści różnią się od islamskich tylko tym, że tamci mają większy wpływ na politykę (w krajach arabskich), a „nasi” chcieliby go mieć. Jakby wyglądał świat marzeń „naszych” fundamentalistów? Całkowity zakaz aborcji (połączony z karami dla kobiet, które dokonały aborcji), zakaz rozwodów, zakazana antykoncepcja (to pomysł księdza „od bruzd”), zakazane in vitro, obligatoryjne "leczenie" osób homoseksualnych, likwidacja wszelkiej maści sex shopów, klubów go-go, ustanowienie religii państwowej (wiadomo jakiej), cenzura filmów (oraz czasopism etc.), cenzura internetu, wyższe kary za „obrazę uczuć religijnych” i... może na tym przerwę wyliczankę. Dość powiedzieć, że „nasi” fundamentaliści, gdyby tylko dostali taką szansę, wprowadziliby u nas porządki, które niewiele różnią się od realiów panujących w krajach arabskich (rzecz jasna tych, w których fundamentalizm gra pierwsze skrzypce).

Warto w tym miejscu nadmienić, że walka konserwatystów z religijnym fundamentalizmem ogranicza się jedynie do „zwalczania” tego islamskiego (pewnie dlatego, że nam nie zagraża). Katolicki fundamentalizm konserwatystom nie przeszkadza i jest przez nich wspierany. Ponieważ walczą oni ze wszystkim dookoła (bo wiele rzeczy im się nie podoba), to nawet nie zauważają tego, że przez swój ośli upór zaczęli pełnić rolę pożytecznych idiotów, którzy (jestem się w stanie założyć o wiele, że nieświadomie) wspierają islamski fundamentalizm.

W jaki sposób ów fundamentalizm wspierają? Ano, choćby głośno protestując przeciwko Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”. Zdaniem konserwatystów najlepiej by było, gdyby ta konwencja nigdy nie została ratyfikowana i gdyby zawarte w niej przepisy nigdy nie zostały wprowadzone w życie. Łukasz Warzecha nazwał ją „Durnotą wymyśloną przez lewackich dżenderysto-elgiebetystów”. Inni „mądrzy” krytykują konwencję za to, że „uderza w rodzinę” i tak dalej, i tak dalej. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że najwięksi krytycy fundamentalizmu islamskiego są również najbardziej zajadłymi krytykami owej konwencji. Gdyby ludzie ci zadali sobie odrobinę trudu (choć dla niektórych byłoby to więcej niż odrobina) i przeczytali ten tekst, być może zdaliby sobie sprawę z tego, jak bardzo absurdalne (w kontekście „wojowania z islamem”) są ich protesty przeciwko konwencji.

Aby pokazać, o co mi chodzi, pozwolę sobie zacytować dwa fragmenty konwencji:

Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn.”

Strony gwarantują, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja czy tzw. „honor" nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy objętych zakresem niniejszej Konwencji.”

Przypomnijmy, że nasze rodzime konserwy jazgoczą na lewo i prawo o tym, że:
- islam to agresywna religia,
- kobiety są w islamie źle traktowane,
- przemoc wobec kobiet jest immanentną cechą islamu i tak dalej.

Innymi słowy – zdaniem konserw islam jest bardzo brutalną religią, na którą trzeba uważać i której należy się sprzeciwiać. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, jak bardzo durnym człowiekiem trzeba być, aby „walcząc z islamem” jednocześnie zwalczać konwencję, której zapisy uderzają w pierwszej kolejności w islamski fundamentalizm? Zapisy tej konwencji piętnują akty przemocy, które fundamentaliści tłumaczą „względami religijnymi, tradycją, honorem etc.” To zachowanie jest tak bezsensowne, że ciężko je zrozumieć. Z jednej strony – produkują tony tekstów, w których podkreślają to, jak bardzo brutalną religią jest islam, a z drugiej – krytykują projekt systemowego zwalczania fundamentalizmu religijnego. Innymi słowy, nasi konserwatyści (z dziennikarzami „niepokornymi” na czele) pełnią rolę pożytecznych idiotów i poprzez swoją histerię (którą wywołała konwencja) wspierają islamski fundamentalizm.

Rzecz jasna, przeciwnicy konwencji (będący jednocześnie przeciwnikami „islamizacji Europy”) nie dostrzegają w swym zachowaniu żadnych sprzeczności. Jest to o tyle żenujące, że ci sami ludzie krytykują UE za „pobłażliwość względem fundamentalizmu islamskiego”. Wszystkim „walczącym z islamskim zagrożeniem”, którzy jednocześnie krytykują Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet, proponuję zakup koszulki z napisem „Zwalczam islamski fundamentalizm tak bardzo, że aż go wspieram”.