Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaja Godek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaja Godek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 marca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #111

Zacznę od tematu, o którym ostatnio było dość głośno. Otóż obecny capo di tutti capi Kościoła, identyfikujący się jako „papież Franciszek”, z uporem godnym lepszej sprawy dba o to, żeby jego pontyfikat był utożsamiany z onucą. Parę miesięcy po wybuchu wojny stwierdził, że w sumie to tak do końca nie wiadomo, kto tam jest winny z tą wojną, bo NATO szczekało u drzwi Rosji. Swoją drogą, znamienne jest to, że onuce zawsze patrzą na to z jednej strony. To nigdy nie jest tak, że Rosja robi coś złego – wszystkiemu winne jest zawsze NATO. A przecież równie dobrze można by było powiedzieć, że to Rosja szczeka u drzwi NATO. Znamienne jest również to, że żadna z tych osób nie wystosowuje odezw do Rosji i nie tłumaczy, że no Władimirze Władimirowiczu, Rosja nie ma szans w starciu z państwami NATO, nie powinieneś mówić i robić rzeczy, które to NATO (nieśmiało przypominam, że w rosyjskich narracjach Pakt Północnoatlantycki jest bardzo, ale to bardzo agresywny) prowokować! No, ale to dygresja. Parę dni temu Franciszkowi udało się podbić stawkę i tym razem niemalże wprost wezwał Ukrainę do poddania się. Co ciekawe, nie wystosował takiej samej odezwy do Rosji i nie zwrócił się do niej z apelem o to, że może by się tak jednak wycofała z tej Ukrainy albo coś w ten deseń. Ciekaw jestem, czy te apele biorą się stąd, że Franciszek jest po prostu prorosyjski, czy mają swoją genezę w skrajnej naiwności człowieka, któremu się wydaje, że jak się przed Rosją ktoś cofnie, to Rosja to uszanuje. Śmiem twierdzić, że raczej chodzi o bramkę numer jeden, bo ciężko po aneksji Krymu (i „ciągu dalszym”) wierzyć w dobrą wolę Putina. Co zrozumiałe, Franciszek został za swoje słowa (eufemizując) skrytykowany. A ja sobie myślę, że to by była bardo dobra pora na to, żeby sobie porozmawiać ze Stolicą Apostolską o zmianach w konkordacie, bo lepszej okazji niż papież-onuca chyba nie będzie.

Parę dni temu Wprost opublikował najnowszy sondaż zaufania do polityków. Moją uwagę zwrócił już sam tytuł, bo stało tam „wysoka pozycja Jakiego”. Jak wszyscy doskonale wiecie, Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny ma specjalne miejsce w moim serduszku, tak więc zacząłem się zastanawiać, „jak znaleźliśmy się w punkcie, w którym Jaki ma najwyższy słupek zaufania spośród wszystkich polityków Zjednoczonej Prawicy?” A potem się wczytałem w artykuł i oczęta me ujrzały nazwę sondażowni: CBM Indicator. Sondażowania ta jest mi (i zapewne sporej części z was) doskonale znana, bo to oni współtworzyli pewien „raport” o młodzieży, z którego wynikało, że młodzież się nam zrobiła bardzo, ale to bardzo konserwatywna. Jednakowoż, nie było to jedyne dokonanie tejże sondażowni, bo swego czasu „wychodziło” jej z badan, że Warchoł (Solidarna Polska) wygra wybory w Rzeszowie, Patryk Jaki może pogonić Trzaskowskiego w Warszawie, a Solidarna Polska (teraz Suwerenna Polska) może samodzielnie wejść do Sejmu. Eufemizując: tak wysoki słupek zaufania do Jakiego nie budzi mojego zaufania, jeżeli weźmiemy pod rozwagę wcześniejsze dokonania tej konkretnej sondażowni.

Skoro zaś poruszony został temat sondażowni, to przejdziemy do innego sondażu. Dosłownie kilka dni temu „Do Rzeczy” wrzuciło w internety sondaż na temat poparcia Polaków dla UE, który opatrzyli tytułem „coraz więcej Polaków chce Polexitu”. I znowuż, najpierw sobie zacząłem dumać nad tym, że to pewnie trochę z powodu protestów przeciwko Zielonemu Ładowi, ale zaraz po tym sobie pomyślałem, że sondaże poparcia dla protestów też momentami były dość spektakularne (o jednym z nich za chwilkę będzie więcej). Tyle, że według sondażowni słupek poparcia dla wyjścia z UE w stosunku do takiego samego słupka sprzed sześciu miesięcy jest dwukrotnie większy (z 10% do 20%). Nie bardzo mi się chciało wierzyć w aż tak duże tąpnięcie i pozwoliłem sobie zerknąć na nazwę sondażowni. Tym razem był to panel Ariadna. Nazwa nie była mi obca, bo pamiętałem doskonale, że była to jedna z pierwszych sondażowni, której zaczęło wychodzić z badań, że Jaki ma spore szanse na zwycięstwo w Wawie. Gwoli ścisłości, to było o wiele bardziej spektakularne, niżby się mogło zdawać, albowiem Ariadna zrobiła badania pt. „kto ma największe szanse na zwycięstwo”, ale nie przeprowadziła ich w Warszawie, ale na próbie ogólnopolskiej. Żeby nie przedłużać, pozwolę sobie na pewien eufemizm: moje zaufanie do tej sondażowni zostało w 2018 nielicho nadszarpnięte.

Ostatnim „sondażowym” tematem (przez moment się zastanawiałem nad wrzuceniem tego w Hejterski Przegląd Sondażowy, ale nie mam pojęcia na kiedy bym się z nim wyrobił, więc wrzuciłem to wszystko w HPC) będzie sondaż przeprowadzony przez CBM Indicator, który to sondaż miał (w teorii) badać poparcie społeczne dla protestów rolniczych. Kluczowym w poprzednim zdaniu jest „w teorii”, bo w praktyce pytanie badawcze „uszyto” tak, że na dobrą sprawę ten sondaż miał po prostu potwierdzić tezę. Brzmiało ono w sposób następujący: „Czy popiera pan/i protesty polskich rolników przeciwko wprowadzeniu rozwiązań znanych jako Europejski Zielony Ład, które mogą przynieść wzrost cen żywności”. A teraz zagrajmy w jedną z moich ulubionych gier pt. „ile błędów zawiera pytanie badawcze”. Ja naliczyłem trzy, ale jeżeli ktoś zobaczył coś więcej, to może się przyłączyć do zabawy. Po pierwsze, pytanie ma sugerującą treść („czy popiera pan/i”). Po drugie mamy tu tzw. „błąd znawstwa”, bo obstawiam, że większość respondentów może nie do końca wiedzieć o tym, czym tak właściwie jest Zielony Ład. Po trzecie, pytanie jest złożone, bo Genialny Badacz (czy też może Genialny Układacz) dopisał do niego jeszcze (na wypadek, gdyby respondent nie bardzo wiedział o co chodzi z tym Zielonym Ładem), że od tego Zielonego Ładu to żywność może zdrożeć. To zaś prowadzi mnie do punktu czwartego: skoro Genialny Badacz nie wie, czy ZL doprowadzi do wzrostu cen żywności (i stąd „dupochron”: „mogą przynieść”), to po co tak w ogóle o tym wspomina? Chyba tylko po to, żeby zasugerować respondentowi „właściwą” odpowiedź”. W tym samym sondażu badano to, co Polacy sądzą na temat wpływu ZL na polską gospodarkę (nie zgadniecie co wyszło z sondażu, prawda?). Zabawnym znajduję to, że poza błędem znawstwa (skąd ludzie mają wiedzieć jaki ZL będzie miał wpływ na gospodarkę? [31% respondentów „nie miało zdania”]) pytanie najprawdopodobniej („najprawdopodobniej”, bo tego akurat nie zacytowali) było skonstruowane w sposób nieco bardziej poprawny, niż to poprzednie. No ale, może ja po prostu jestem uprzedzony do polskich sondażowni.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Tematyka wychodzenia z Unii Europejskiej prowadzi nas do kolejnego tematu, którym jest założenie przez Roberta Bąkiewicza (którego wspierał finansowo [rzecz jasna publicznymi pieniędzmi] minister Piotr Gliński) eurosceptycznej partii o nazwie „Niepodległość”. Aczkolwiek warto zauważyć, że ten „eurosceptycyzm” to jest pewnie niedopowiedzenie, bo głównym celem tej partii ma być wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej. W pierwszym odruchu chciałem to jakoś skomentować, ale potem sobie pomyślałem, że o wiele lepszą pointą będzie powtórzenie w tym miejscu tego, że Bąkiewicz był wspierany finansowo przez rząd Zjednoczonej Prawicy.

Na Bąkiewiczu tematyka skarpetosceptyczna się nie kończy, albowiem ostatnio dała o sobie znać Kaja Godek, która przestrzegała Polaków przed kolejnym straszliwym zagrożeniem. Nie, tym razem nie chodziło, aborcję, gender, elgiebety, ani nic w tym rodzaju. Zagrożeniem, przed którym przestrzegała Polaków pani Kaja było zagrożenie ze strony Ukraińców, którzy zdaniem Pani Kai „prą do władzy w Polsce”. Dowodem na potwierdzenie tej tezy miało być zdjęcie częstochowskiej polityczki o nazwisku Tymoshenko. Internauci momentalnie zweryfikowali tę „łamiącą” informację i okazało się, że Tymoshenko to nazwisko, które polityczka przyjęła po ślubie (albowiem jej mąż jest Ukraińcem). Niezrażona tym faktem Kaja zaczęła potem tłumaczyć, że ona serdecznie pozdrawia wszystkich, którzy „relatywizują sytuację”. Jestem tak stary, że pamiętam, jak skrajna prawica straszyła wszystkich Żydami. No ale, czasy się zmieniają i teraz na topie jest, jak widać, straszenie Ukraińcami. Ponadto, jestem tak stary, że pamiętam, jak Kaja Godek dostała od PiSu stołek w Radzie Nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych (na którym siedziała od listopada 2015 do czerwca 2019). Pointę do tego wszystkiego dopisało życie. Otóż, fotka plakatu wyborczego wylądowała również na Eloneksowych kontach antyszczepów (cóż za przypadek, że akurat oni przestrzegają nas przed tym straszliwym zagrożeniem) i internautom udało się wynorać to, że fotka jest wykadrowanym screenem z czyjegoś telefonu. Cały wic polega na tym, że fotka musiała być wykadrowana, albowiem telefon, z którego pochodził screen był telefonem, z którego korzystał ktoś rosyjskojęzyczny (i na screenie było sporo bukw). Co prawda, Pani Kaja wrzuciła już nieco inny kadr, ale pochodził on z tego samego zdjęcia. Jest to o tyle zabawne, że z tego wprost wynika, że w jakiś sposób weszła w posiadanie fotki pochodzącej od kogoś rosyjskojęzycznego. Cóż za przypadek.

Wszechpolacy zwrócili się jakiś czas temu z apelem do Episkopatu, w którym to apelu domagają się tego, żeby ekskomunikować polityków, którzy zagłosują za ustawą liberalizującą prawo aborcyjne w Polsce. Ok, ja bym w tym miejscu wysunął kontrpropozycję: czy można to rozciągnąć na wszystkich, którzy popierają to prawo? Wydaje mi się, że wiele osób by się z tego ucieszyło, bo nie musieliby się babrać z apostazją.


Jeżeli komuś się wydawało, że kościelna drama pt. „religie nam zabierają” się skończyła, to mam dla takiej osoby wiadomość: mieliście rację, wydawało się wam. Tym razem głos zabrał niejaki Jędraszewski, który powiedział był (odstawić płyny): „Niedobre byłyby regulacje prawne obejmujące całą Polskę nieuwzględniające sytuacji w poszczególnych diecezjach. W południowej i wschodniej Polsce 90 procent dzieci chodzi na lekcję religii. W szkołach pracują liczni katecheci, którym groziłoby bezrobocie. To wielkie i skomplikowane sprawy, które wymagają wielkiej wrażliwości i bardzo mądrego spojrzenia - podkreślił arcybiskup Marek Jędraszewski w Łagiewnikach.”. Po pierwsze: zobaczymy jak dużo dzieciaków będzie chodzić na religię, gdy ocena z tejże wyleci ze średniej. Po drugie, gdyby nie kontekst, bardzo zabawne byłoby to, że o „wrażliwości i mądrym spojrzeniu” opowiada typ, który nazwał elgiebety zarazą.

W tym momencie możemy zmienić temat i przejść do problemów, które ostatnio ma Polska 2050. Takim problemem okazał się najmłodszy poseł (Adam Gomoła). który został nagrany gdy składał propozycję, która, ujmując rzecz oględnie: była nie do końca zgodna z prawem. Chodzi, rzecz jasna o próbę przehandlowania 1-ki do Sejmiku za 20 tysięcy zeta. Gomoła w trybie ekspresowym został wykluczony z partii. Uwaga natury ogólnej, Gomoła zapowiedział, że dziś (czwartek) o 19:30 pojawi się w „Faktach po faktach” i „opowie prawdę”. Co prawda mój tekst zostanie wrzucony już po tym fakcie, ale nie mam pojęcia co tam będzie opowiadane, tak więc będę sobie tutaj dywagował. Zacznę od tego, że tego rodzaju „przypały” mnie nie dziwią, bo są one immanentną cechą partyjnych ulepków w rodzaju Polski 2050. W każdym z takich ulepków (u Leppera, Palikota i Kukiza) znajdowały się osoby, których wrzucenie na listy wyborcze okazywało się z perspektywy czasu nie do końca trafną decyzją. Idźmy dalej. Gomoła bardzo długo czekał z tzw. „damage control”, a jego partyjni koledzy i koleżanki bardzo szybko się od niego odcięli. To niemalże wprost sugeruje, że sprawa jest delikatnie rzecz ujmując, ewidentna. Gdyby Gomoła nie miał sobie absolutnie nic do zarzucenia (czytaj: gdyby nagranie było zmanipulowane/etc.), to już byśmy o tym wiedzieli. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, że Gomoła może chcieć za sobą pociągnąć jeszcze kogoś (bo w nagraniu tłumaczył, że tego rodzaju deale się robiło wcześniej [ale znowuż, mogło być tak, że po prostu o tym opowiadał, żeby uspokoić swojego rozmówcę]) w ramach zemsty za to, że nikt się za nim nie wstawił. 

Na sam koniec zostawiłem sobie wątek humorystyczny. W dyskusji na temat pomysłu wprowadzenia w Polsce 4-dniowego tygodnia pracy nie mogło zabraknąć Konfederacji Lewiatan. Zanim przejdę do meritum, pozwolę sobie na odrobinę wspominek. Pamiętacie może, jaki był (i jest) naczelny argument padający zawsze, gdy się okazuje, że ten czy inny pomysł nie do końca podoba się przedsiębiorcom? Na wszelki wypadek odświeżę wam pamięć: praktycznie za każdym razem, gdy takowy pomysł się objawia w debacie publicznej (to może być cokolwiek, bo uczucia przedsiębiorcze bardzo łatwo zranić) pojawiają się narracje, z których wynika, że „skoro tak, to polscy przedsiębiorcy przeniosą się za granicę”. Czemu o tym wspominam? Ano temu, że tym razem podobny argument padł w zupełnie innym kontekście. Konfedreacja Lewiatan na swoim Eloneksowym koncie tłumaczyła, że jeżeli ten 4-dniowy tydzień pracy zostanie wprowadzony, to ambitni pracownicy mogą przez to wyjechać za granicę. Ponieważ praktycznie od razu wywołało to dyskusje, zaczęli potem tłumaczyć, że chodzi im o to, że (odstawić płyny): „W przypadku ustawowego skrócenia czasu pracy (i w konsekwencji obniżenia dochodów) osoby szczególnie pracowite i ambitne będą bardziej skłonne do emigracji do państw, które nie utrudniają mieszkańcom drogi do dobrobytu”. Ponieważ we Francji testowanie 4-dniowego tygodnia pracy idzie dość dobrze (i nikt nie ucieka) do tego się Konfedracja Lewiatan również odniosła: „Francuzi po skróceniu czasu pracy nie emigrowali masowo, bo trudno im było znaleźć kraj oferujący lepsze warunki życia, ale Polacy mogą wybierać, bo w wielu krajach standard życia jest wyższy”. Ciekaw jestem, jak można pisać takie rzeczy i nie być w stanie połączyć kropek. No ale, być może po prostu czegoś nie rozumiem, bo jestem zwykłym lewakiem i gdzie mi do soli tej ziemi...   


Źródła:

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1247717%2Cpapiez-wyjasnil-slowa-o-szczekaniu-nato-uslyszal-od-jednego-z-szefow

https://tvn24.pl/swiat/papiez-franciszek-o-ukrainie-mowi-o-bialej-fladze-msz-wezwalo-nuncjusza-apostolskiego-st7815600

https://www.wprost.pl/polityka/sondaze/11617879/sondaz-zaufania-na-czele-rankingu-holownia-trzaskowski-i-duda.html

Tu link do mojej notki poświęconej temu nieszczęsnemu raportowi i sondażowni, która za niego odpowiada:

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/04/zrobmy-sobie-raport.html

https://dorzeczy.pl/unia-europejska/561375/coraz-wiecej-polakow-chce-polexitu-nowy-sondaz.html

https://dorzeczy.pl/kraj/62846/jaki-z-najwieksza-szansa-na-zwyciestwo-w-warszawie.html

https://wiadomosci.wp.pl/warszawa/pis-postawilo-na-patryka-jakiego-slusznie-sondaz-dla-wp-6245319368689281a

https://dorzeczy.pl/kraj/561519/robert-bakiewicz-zalozyl-partie-polityczna-chce-wyjscia-polski-z-ue.html

https://oko.press/fundusz-patriotyczny-nowe-dotacje-dla-organizacji-bakiewicza-i-kolegow-nasz-news

https://twitter.com/TOrynski/status/1767931281411567739

https://twitter.com/TOrynski/status/1767902593215279575

https://wiadomosci.onet.pl/poznan/mlodziez-wszechpolska-pisze-do-biskupow-chca-ekskomuniki-dla-politykow/ez9lkk3

https://www.se.pl/krakow/arcybiskup-jedraszewski-boi-sie-o-bezrobocie-ksiezy-w-polsce-to-skomplikowane-sprawy-aa-4Vof-EkBL-MM2C.html?

https://nto.pl/tasmy-posla-adama-gomoly-lewa-kasa-na-wybory-ujawniamy-mechanizm-finansowania-kampanii-polski-2050/ar/c1-18366873

https://twitter.com/Konf_Lewiatan/status/1767525316681953657

https://twitter.com/Konf_Lewiatan/status/1767568566788731341

środa, 10 listopada 2021

Kaja Godek nie spadła z nieba

Na wstępie niniejszej notki lojalnie bym was chciał uprzedzić, że będzie w tejże notce niewiele źródeł, a więcej gawędzenia (oraz jeden, bardzo długi cytat).

Wydaje mi się, że idealnym wstępem do niniejszej notki będzie obszerny cytat z wystąpienia Mariana Turskiego, które wygłosił na 75 obchodach wyzwolenia obozu w Auschwitz-Birkenau:


„Przenieśmy się na chwilę myślami, wyobraźnią we wczesne lata 30. do Berlina. Znajdujemy się prawie w centrum miasta. Dzielnica nazywa się Bayerisches Viertel, Bawarska Dzielnica. Trzy przystanki od Kudammu, ogrodu zoologicznego. Tam, gdzie dziś jest stacja metra, jest Bayerischer Park – Park Bawarski. I oto jednego dnia w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć: nieprzyjemne, nie fair, to nie jest OK, ale w końcu jest tyle ławek dookoła, można usiąść gdzieś indziej, nie ma nieszczęścia. Była to dzielnica zamieszkała przez inteligencję niemiecką pochodzenia żydowskiego, mieszkali tam Albert Einstein, noblistka Nelly Sachs, przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych Walther Rathenau. Potem w pływalni pojawił się napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni”. Można znów powiedzieć: nie jest to przyjemne, ale Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać, tyle jezior, kanałów, prawie Wenecja, więc można gdzieś indziej.


Jednocześnie gdzieś pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych”. No to co? Chcą śpiewać, muzykować, niech zbiorą się oddzielnie, będą śpiewali. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno bawić się z dziećmi niemieckimi, aryjskimi”. Będą się bawiły same. A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17”. To już jest utrudnienie, bo jest mniejszy wybór, ale w końcu po godzinie 17 też można robić zakupy.


Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać do myśli i do idei, że ta mniejszość, która wydała Einsteina, Nelly Sachs, Heinricha Heinego, Mendelssohnów, jest inna, że może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, że to są ludzie, którzy roznoszą zarazki, epidemie. To już jest straszne, niebezpieczne. To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić.”


Dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o historii (ale nie o „prawicowej historii”) to, co powiedział Turski, to oczywiste oczywistości. Holocaust nie był osadzony w próżni. Ja wiem, że to będzie określenie cokolwiek nieadekwatne, ale można by powiedzieć, że holocaust „dojrzewał” całymi latami. Przez wiele lat politycy skrajnej prawicy szczuli Niemców na mniejszość żydowską (przy każdej możliwej okazji opowiadając o tym, że tak naprawdę to w tym wszystkim chodzi o ochronę obywateli niemieckich przed „zagrożeniem” [cudzysłów użyty z rozmysłem, albowiem nie było żadnego realnego zagrożenia]). Robili to tak długo i byli w swoich działaniach tak skuteczni, że w pewnym momencie byli już panami życia i śmierci tej mniejszości. Zaczęło się od tego, że Żydom nie wolno było siadać na niektórych ławkach, a skończyło na działalności Einsatzgruppen i komorach gazowych.


Można w tym miejscu podnieść argument, że w sumie to nikt nie mógł mieć pojęcia o tym, że to, co robili naziści, skończy się w taki, a nie inny sposób. No bo owszem, czystki etnicznie i różne takie się wydarzały już wcześniej, ale nigdy na taką skalę. W 2021 taki argument jest cokolwiek absurdalny. Innymi słowy, nie można udawać, że nie wiadomo, czym może się skończyć to, co robi od dłuższego czasu Zjednoczona Prawica i to czym zajmuje się (między innymi) Kaja Godek. Mimo tego, że mamy 2021 rok, polski Sejm zajmuje się projektem ustawy, który można przyrównać chyba tylko i wyłącznie do pewnych ustaw z 1935 roku? Jak to się stało, że w 2021 roku w Sejmie padają słowa tak ohydne, że nie powinno się ich cytować (znajoma mi osoba, która oglądała to wszystko z bliska powiedziała, że to, co tam widziała, to było „czyste zło w ludzkiej postaci”)? Jak to w ogóle, kurwa, możliwe, że w 2021 w Sejmie „na poważnie” dyskutowany jest projekt ustawy, pozbawiający praw cześć polskiego społeczeństwa? Odpowiedzi na to pytanie udzielił Turski. To nie spadło z nieba. To był długotrwały proces. Proces, który na pewno nie skończy się na tym projekcie ustawy. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Ktoś może bowiem podnieść argument, że w sumie to Sejm nie miał wyjścia, bo skoro zebrano podpisy, to trzeba procedować. Takiemu komuś chciałbym zadać pytanie: kurwa, serio? Czy jeżeli ktoś zebrałby kilkaset tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, której autorzy domagaliby się pozbawienia polskiego obywatelstwa członków Zjednoczonej Prawicy (oraz ich rodzin), to taki wniosek też byłby procedowany? Myślę, że wątpię. No, ale to tylko dygresja.


Proces, o którym mowa powyżej trwa od dłuższego czasu, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że ostatnimi czasy przyśpieszył za sprawą Kościoła, który panicznie stara się przykryć to, czym się zajmuje część duchownych (krzywdzenie dzieci) i to, że całymi latami proceder ów był ukrywany przed wymiarem sprawiedliwości i opinią publiczną. Do tego wątku wrócimy jeszcze w dalszej części, teraz musimy się cofnąć w czasie. Co prawda to, co teraz napiszę to tzw. „anecdata”, ale wydaje mi się, że nie będzie to jakoś specjalnie odosobniony przypadek. Otóż, będąc kaszojadem, oglądałem byłem „Dynastię”. Pamiętam doskonale to, że syn głównego bohatera, który to syn miał na imię Steven, był gejem. Pamiętam też, że nie rozumiałem, czemu głównemu bohaterowi się to nie podobało. No spotykał się ten Steven z jakimś chłopem innym i co w tym złego? Bardzo niedługo potem razem z innymi rówieśnikami wyzywaliśmy się od „Stevenów”. Nie jestem w stanie wskazać punktu „zwrotnego”, w którym doszedłem do wniosku, że to, co wcześniej uważałem za coś normalnego, nagle przestało mi się wydawać normalne.


Można by w tym momencie rzec „sorry, taki mieliśmy klimat” i byłoby w tym sporo prawdy. Równie sporo prawdy byłoby w tym, że elgiebety żyły sobie wtedy w szafach (z przyczyn, jak mniemam oczywistych). Była jednakowoż jedna różnica. Polska polityka była wtedy mniej zjebana. Tzn. była zjebana, ale w inny sposób. Prawica stara się nas wszystkich przekonać do tego, że jest prześladowana, bo kiedyś to było, a teraz to już nic nie można powiedzieć. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment książki „My” Torańskiej. Ten konkretny fragment odnosić się będzie do rozmowy, którą Torańska przeprowadziła z Janem Krzysztofem Bieleckim: „„Tak. Szybkie podejmowanie decyzji przecina wszystkie deliberacje. Przekonałem się już przy Kaperze, wiceministrze zdrowia, którego, jak pamiętasz, zwolniłem natychmiast po jego słynnej telewizyjnej wypowiedzi, iż AIDS jest chorobą grzechu, a homoseksualiści są dew**ntami, za co do dzisiaj spotykam się z wyrazami uznania.” (uwaga natury ogólnej: gwiazdki wrzuciłem do tego słowa, coby mnie prawaki nie zrzuciły z rowerka). Przyjrzyjcie się tej wypowiedzi i zastanówcie nad tym, o ile gorzej jest teraz. Wypowiedź ta, choć skandaliczna, nie umywa się w najmniejszym stopniu do tego, co teraz odpierdalają politycy prawicy.


Czy nie zdarzały się wtedy żadne ohydne wypowiedzi? Owszem, zdarzały się, ale ich autorzy i autorki funkcjonowali na marginesie debaty publicznej, zaś „większym graczom” jakieś „skrajniejsze” wypowiedzi wcale nie przysparzały sympatyków. Znamienne (chyba nadużywam tego słowa, ale jakoś z tym będziemy musieli żyć) jest to, że te skrajne wypowiedzi praktycznie zawsze padały ze środowisk związanych z Kościołem. Przyznam się szczerze, że dużo czasu zajęło mi dojście do tego, czemu tak właściwie Kościół szczuje wiernych na mniejszości seksualne. Przez dłuższy czas wychodziłem z założenia, że może chodzić o to, że Kościół po prostu potrzebuje wroga, żeby móc wmawiać wiernym, że tylko on (ten Kościół znaczy się) jest w stanie ich obronić przed tymże zagrożeniem. Dopiero w trakcie pisania niniejszego tekstu dotarło do mnie, że intensyfikacja szczucia, zupełnym przypadkiem, zbiegła się w czasie z tym, że bardzo głośno zrobiło się o pewnym księdzu z niewielkiej miejscowości (Tylawa), który molestował dziewczynki. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o kilku rzeczach związanych z tą sprawą.


Po pierwsze, na samym początku Kościołowi wydawało się, że sprawie będzie się dało ukręcić łeb i Kościół zrobił to, co umie robić najlepiej: zaczął szczuć wiernych na rodziny ofiar księdza. Po drugie, istotną rolę w tej sprawie odegrał pewien czerwony prokurator, który po 89 wymienił „czerwonych na czarnych”. Chodzi, rzecz jasna o Stanisława Piotrowicza. Zupełnym bowiem przypadkiem prokuratura, którą w ówczesnym czasie zawiadywał, umorzyła postępowanie. Co prawda, nigdy nie dowiemy się tego, z jakich przyczyn prokuratura to umorzyła (warto pamiętać o tym, że potem inna prokuratura wznowiła postępowanie, a ksiądz został skazany), ale można bezpiecznie założyć, że w procesie decyzyjnym, który doprowadził do umorzenia sprawy, rączki maczali wysoko postawieni funkcjonariusze Kościoła. Już samo to pokazuje wyraźnie, że polski Kościół dawno temu wypracował sobie mechanizmy „radzenia” sobie z takimi sytuacjami. Jednakowoż tym razem się nie udało, bo sprawa zrobiła się „medialna”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby nie zainteresowanie mediów, to sprawa pozostałaby umorzona, no ale to dygresja.


W przeciągu paru lat od tej pierwszej „głośnej” sprawy szczucie na mniejszości seksualne nabrało rozpędu. Rzyganiem na wyżej wymienione mniejszości zajmowały się między innymi takie ówczesne tuzy, jak Roman Giertych i Wojciech Wierzejski (ten drugi był znacznie bardziej jadowity od samego Giertycha). Bardzo istotne jest w tym momencie to, że Liga Polskich Rodzin (partia Giertycha) dostawała się do Sejmu tylko i wyłącznie dlatego, że miała poparcie Rydzyka i jego rozgłośni (która, co zrozumiałe, też zajmowała się szczuciem na mniejszości). Jak już wspomniałem przed momentem, teraz jest to dla mnie oczywiste, ale te naście lat temu nie było. Kościół się po prostu zabawił w prestidigitatora: zaczął szczuć wiernych na mniejszości seksualne, żeby odwrócić uwagę od tego, że sam stanowi gigantyczne zagrożenie dla dzieciaków. Kolokwialnie rzecz ujmując, w pewnym momencie „formuła się zaczęła wyczerpywać” i Kościół musiał bardzo szybko znaleźć sobie innego wroga. Mniej więcej po roku 2010 bardzo głośno zaczęło się robić o „ideologii gender” (jednym z przejawów tej „ideologii” miało być, of korz, bycie elbegietem). Kościół (ani nikt inny) nie potrafił w żaden sposób zdefiniować tego pojęcia, ale wszyscy fundamentaliści religijni byli przekonani o tym, że owa ideologia jest śmiertelnym zagrożeniem. W tym przypadku Kościół i prawica potknęli się o własne nogi, bo o ile fundamentalistyczny beton narracje o zagrożeniu gęgerem łykał z przejęciem, to już reszta suwerena niekoniecznie i ludzie zaczęli mieć bekę z gadających głów, które z poważnymi minami opowiadały o straszliwym zagrożeniu, ale nie potrafiły powiedzieć o tym, czego ono dotyczy. Gdy okazało się, że szczucie gęgerem działa tylko w bańce prawicowej, wrócono do szczucia na mniejszości i wymyślono sobie kolejną ideologię. Tym razem chodził o „ideologię LGBT”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w pewnym momencie Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny wystosował odezwę do kolegów i koleżanek z prawicy, żeby nie mówili o „ideologii LGBT”, ale o „ideologii gender”. Mniej więcej w tym samym czasie Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny popełnił swój „naukowy” tekst, w którym dowodził, że skoro istnieje „ideologia gender”, to musi istnieć „ideologia LGBT”.


Znamienne (tak, robię to celowo) jest to, że w momencie, w którym Kościół zaczął walczyć ze „śmiertelnie groźną ideologią gender” praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na to, że Kościół się trochę późno zabrał za tę walkę. Prawda jest bowiem taka, że gender studies były obecne w Polsce jeszcze w latach 90-tych. Jak to się stało, że Kościół zaczął „bronić wiernych” dopiero kilkanaście lat później? Przecież to nie była żadna nowinka, bo na Zachodzie gender studies pojawiły się znacznie wcześniej. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jednym z „punktów zapalnych” była prawicowa narracja, w której stało, że gdzieś tam „zmuszano chłopców do zakładania sukienek”. To, że taka sytuacja nie miała miejsca nie przeszkodziło Doktorowi Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny bredzić na ten temat przy każdej możliwej okazji (np. po tym, jak przegrał wybory w Warszawie).


Równolegle do szczucia na mniejszości, Kościół zaczął walczyć z innym śmiertelnym zagrożeniem. O ile wcześniej używałem tego określenia ironicznie, to tym razem używam go całkiem na serio. Z tą różnicą, że tym razem chodzi o śmiertelne zagrożenie dla polskiego Kościoła. Zagrożeniem tym były standardy w edukacji seksualnej WHO. W tym przypadku „punktem zapalnym” były bzdurne narracje, w których stało, że ta edukacja seksualna zła, bo będą uczyć dzieci masturbacji. Dzięki temu kościelnym spindoktorom i prawicy (niestety skutecznie) udało się odwrócić uwagę opinii publicznej od tego, że w tych standardach było sporo antypedofilskich wytycznych. Co zrozumiałe, ilekroć w trakcie dyskusji z jakimś prawicowym dronem cytowałem te wytyczne, tylekroć prawicowy dron dostawał piany na klawiaturze. Biorąc pod rozwagę te antypedofilskie wytyczne (między innymi chodziło w nich o nauczaniu dzieci o istnieniu pewnych zagrożeń i nauczaniu ich tego, że jeżeli coś złego się stanie, to powinny o tym porozmawiać z kimś komu ufają/etc.) nikogo nie powinna dziwić wściekłość Kościoła (i polskiej prawicy, która walczy o to, żeby Kościół ją popierał).


Kościół zrobił w Polsce wiele złego, byle tylko odsunąć od siebie uwagę opinii publicznej. Niemniej jednak, siła sprawcza Kościoła nie byłaby tak wielka, gdyby nie to, że był on wspomagany przez media. Gwoli ścisłości, nie chodzi mi tu o media, które oficjalnie miziały się z Kościołem, bo te, paradoksalnie, są mniej groźne od tzw. „wolnych mediów”. To one całymi latami promowały ciężką szurię w pogoni za „wejściami na stronę”. No, ale, jak to mawia Wołoszański: nie uprzedzajmy faktów.


Żeby opisać mechanizm, z którym mamy do czynienia w przypadku „wolnych mediów” pozwolę sobie na przytoczenie pewnej historii. W 2013 jeden z funkcjonariuszy kościoła (Michalik) był łaskaw wyprodukować wypowiedź, która wkurwiła sporą część suwerena. Otóż, ów przemiły pan stwierdził w pewnym momencie, że z tą pedofilią w Kościele no to jest problem, ale prawda jest taka, że to w sumie wina rodziców. No bo to jest tak, że jak się rodzice rozwodzą, to dzieci zaczynają szukać miłości i wciągają „drugiego człowieka” (w domyśle: księdza) w cały ten niecny proceder. Sama wypowiedź jest w tym przypadku tłem. Istotne jest, że tak to ujmę „kontekst medialny”, który opiszę przy użyciu anecdaty. Ja na wypowiedź Michalika trafiłem zupełnym przypadkiem. Robiłem sobie akurat prasówkę i na Interii trafiłem na artykuł o tym, że Episkopat się zebrał i radzi, co tu robić z pedofilią i że w trakcie tego spędu Michalik powiedział to, co powiedział. Wypowiedź Michalika nie była w żaden sposób wyróżniona. Redaktor, który umieścił ją w artykule nie opatrzył jej żadnym komentarzem. Potem zaś wydarzyło się kilka rzeczy. Skandaliczna wypowiedź została rozpowszechniona via media społecznościowe. W owym czasie FB jeszcze nie ścinał zasięgów, tak więc nawet treści publikowane na niewielkich fanpejdżach mogły docierać do olbrzymiej liczby odbiorców (teraz też by mogły, ale trzeba by było na to wydać miliony monet).


(Edycja. Już po napisaniu tego kawałka doszedłem do wniosku, że zrobię jeden wyjątek i w tekście pojawi się jeden link źródłowy. Tym linkiem będzie (nie, nie Albert Einstein) link do artykułu, który opisałem przed momentem. Co prawda musiałem się przekopać przez przepastną zawartość mojego fanpejdża, ale udało mi się go wygrzebać (całe szczęście, że w owym czasie już linkowałem teksty źródłowe). Znalazłem ten tekst i jest gorzej, niż to zapamiętałem. Wypowiedź Michalika była pierdolonym leadem artykułu i nie doczekała się żadnego komentarza w tekście.)


Wypowiedź Michalika docierała do coraz większej liczby osób i nagle stał się cud. Artykuł „inicjalny” zniknął z głównej strony na Interii (ale sam artykuł nie został skasowany). Jego miejsce zajął inny, którego tytuł donosił o skandalicznej wypowiedzi arcybiskupa. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że po tym, jak wypowiedź Michalika zaczęła „trendować” i pochyliła się nad nią prawica, największym problemem pewnego redaktora, który od jakiegoś czasu zawiaduje TVP Info, było to, że „wypowiedź jest nie do obrony” (czy w kontekście powyższego kogokolwiek dziwi to, jak wygląda portal rządowy zawiadywany przez tę osobę?). Reakcja suwerena najwyraźniej zaskoczyła kościelne korpo i Michalik był zmuszony wystosować non-apology (swoją wypowiedź nazwał lapsusem językowym). Kilka dni później tenże sam funkcjonariusz stosował się już karnie do kościelnej strategii i opowiadał o tym, że no co prawda księża molestują dzieci, ale wszystkiemu winne feministki, które walczą o to, żeby w przedszkolach „wygaszać w dzieciach poczucie wstydu”. Tak więc widzicie, może i księża gwałcą dzieci, ale dzieje się to ze względu na „czynniki zewnętrzne”. To jest typowa narracja kościelna. Osoba, której nazwisko pojawiło się w tytule notki opowiadała kiedyś o tym, że pedofilia w Kościele to wina „rewolucji seksualnej” (to, że księża gwałcili dzieci już wcześniej umknęło jej zapewne przez przypadek).


Ktoś może powiedzieć, no dobrze, z tym Michalikiem to był srogi przypał, ale to przecież pojedynczy przypadek. Tylko, że nie. Polskie media (w tym „wolne”, te nie mające zbyt wiele wspólnego z prawicą) do perfekcji opanowały umiejętność cytowania największych bzdur (teraz widać to przy okazji szczepień) bezrefleksyjnie – tzn. praktycznie nie obudowując ich żadnym komentarzem. Korzystają z tego ludzie pokroju Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny i jemu podobni. To są ludzie, którzy produkują niesamowite wręcz ilości nieprawdziwych wypowiedzi, a media je potem rozrzucają i legitymizują jako „normalne głosy w debacie publicznej”. Politycy (nie tylko wyżej wymieniony, ale praktycznie wszyscy) nie są rozliczani ze swoich wypowiedzi. Ok, czasem zdarzają się pojedyncze sytuacje, takie jak ta, w której Agnieszka Dziemianowicz-Bąk spostponowała Wawrzyka przy użyciu jego własnych słów, ale to są wyjątki. I znowuż, ktoś może powiedzieć, że zadaniem mediów nie jest wartościowanie, ale przekazywanie informacji. I wszystko pięknie, ale w obecnych czasach to jest bzdura. Tak się bowiem składa, że cytowanie homofobicznych, nacjonalistycznych, rasistowskich/etc. bzdur w ramach „informowania” i nie opatrywanie ich komentarzem jest formą wartościowania. Jeżeli bowiem media o czymś informują to znaczy, że uznały, że to, o czym informują jest na tyle istotne, że jest godne uwagi.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

W tym miejscu pora na kolejną anecdatę. Dawno temu czytałem sobie byłem książkę pt. „Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi”. Tytuł książki jest z gatunku self explanatory. Tak sobie to czytałem i trafiłem na rozmowę z Pawłem Jakubowiczem (który był, delikatnie rzecz ujmując, łukaszystą). Na „tytułowej” stronie tej rozmowy znalazł się następujący przypis: „W rozmowie tej znalazł się szereg krzywdzących opinii i niewątpliwie tendencyjnych interpretacji faktów dotyczących innych osób będących dziś w opozycji do reżimu Aleksandra Łukaszenki. Nie jest naszą intencją powielanie tych opinii. Chcemy jednak pokazać pewien sposób myślenia i argumentacji.”. Pamiętam doskonale, że jak to przeczytałem, to zacząłem się zastanawiać nad tym, czy aby na pewno to konieczne? No przecież typ chwali Łukaszenkę, tak więc oczywiste dla każdego czytelnika będzie to, że nie można mieć zaufania do tego, co ten typ opowiada. Teraz wiem, że te moje ówczesne rozkminy były po prostu durne. Nie, nie ma innej metody, a tego rodzaju wypowiedzi trzeba opatrywać komentarzem. Gdyby media w Polsce wychodziły z tego samego założenia, co autorzy książki (Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń), to być może nie bylibyśmy dzisiaj w miejscu, w którym jesteśmy.


Można w tym miejscu podnieść argument, że z dodawaniem takich „komentarzy wstępnych” wiąże się ryzyko. No bo przecież ktoś w redakcji musiałby zająć się „rozpoznawaniem” tego, czy informację/wiadomość można po prostu zacytować, czy też trzeba będzie ją komentarzem jakimś obłożyć. Tym samym, mogłoby się okazać, że komentarzami obkładane byłyby te treści, które nie podobają się redaktorom naczelnym/etc. Tyle, że to dzieje się już teraz (robi to większość mediów), zaś do debaty publicznej wprowadziła to (na skalę masową) prawica. Pora na kolejną anecdatę. Dawno temu, udzielałem się na pewnym forum (było to w czasach preblogowych). Kiedyś stało się tak, że do jednej dyskusji jakiś prawicowy dron wrzucił link do filmiku pt. „jakiś tam typ (nie wiem, jakie to było nazwisko, pewnie bym to nawet był w stanie wygrzebać w archiwum forum, ale jest to średnio istotne) ZMASAKROWAŁ Grzegorza Napieralskiego”. Przyznać się wam muszę do tego, że oglądając ten filmik czekałem na to, aż ktoś temu Napieralskiemu jebnie. Co zrozumiałe, nic takiego nie miało miejsca. Na filmiku była po prostu wymiana zdań, której ów „masakrujący” wcale nie wygrał. Tyle, że nie miało to żadnego znaczenia, bo gdy taki filmik trafi na kogoś „zaangażowanego”, to ten ktoś od razu będzie wiedział, „kto wygrał”. Potem się to wszystko twórczo rozwinęło i to, czy dana wypowiedź zostanie opisana jako „skandaliczna”, czy też „ostra, ale uzasadniona” zależy w głównej mierze od tego, czy mówi to „ktoś od nas”, czy też „ktoś od nich”.


Wróćmy na moment do kwestii tego, o czym informują nas media. Do pewnego momentu było tak, że o tym, czy dana informacja jest warta rozpowszechnienia decydowali sobie redaktorzy naczelni/etc. Wiązała się z tym cała masa patologicznych działań (na ten przykład, cenzurowanie treści, które były niezgodne z linią redakcyjną). Teraz zaś jest znacznie gorzej, bo do tej patologii doszła kolejna. Media informują o tym, co wygrzebały z internetu. Nie chodzi tu o jakieś ciekawostki, ale o to, co akurat „trendowało” w mediach społecznościowych. Skoro bowiem coś „trenduje”, to znaczy, że ludzie w to klikają. Skoro klikają, to będą wejścia. I tak jakoś się to kręci. Najgorsze w tym podejściu jest to, że redaktorzy, którzy wrzucają te wszystkie treści, zupełnie pomijają ten drobny fakt, że jeżeli ktoś dysponuje odpowiednimi zasobami (farmy trolli, influencerskie konta/etc.) to sobie może sam wyprodukować trend w mediach społecznościowych. Skoro zaś można sobie wyprodukować praktycznie dowolny trend, to można w ten sposób znacznie zwiększyć prawdopodobieństwo pojawienia się „wytrendowanych” treści na portalach mainstreamowych.


Ponieważ portale biją się o to „kto będzie pierwszy” redaktorzy nie zawracają sobie głowy weryfikacją treści, które są wyciągnięte ze społecznościówek. Z tym zaś wiąże się kolejna, moim zdaniem największa, patologia. Otóż, od dłuższego czasu „wolne media” zajmują się promowaniem skrajnej prawicy. Przedstawiciele skrajnej prawicy (wszelkiej maści Doktory Chłopaki z Biedniejszej Rodziny, Sebastiany Kalety, Rafały Ziemkiewicze, Bosaki) zorientowali się, że jeżeli powiedzą/napiszą coś wystarczająco chujowego, żeby zdenerwowała się na nich odpowiednia liczba osób, to media potem z przyjemnością to potem zreferują. Co zrozumiałe, nie zrobią tego w sposób rzetelny. Nic z tych rzeczy. Po prostu poinformują suwerena o tym, że doszło do wymiany zdań, w której na ten przykład „Bosak powiedział to, a inni ludzie powiedzieli co innego” i puszczą to w obieg bez żadnych zbędnych wyjaśnień w kwestii tego, kto się w danej wymianie zdań mijał z prawdą/etc. A potem suweren sobie na to patrzy i traktuje Bosaka jak zwykłego uczestnika debaty publicznej. Mowa tu o człowieku, który po ataku terrorystycznym na redakcję „Charlie Hebdo” tłumaczył, że Francja powinna się ogarnąć, wziąć przykład z Polski i wprowadzić sobie do prawodawstwa kary za „obrazę uczuć religijnych”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że niektóre media wyrobiły się już do tego stopnia, że nawet nie czekają na to, aż jakaś wypowiedź tego, czy innego skrajniaka zacznie „trendować”, tylko wrzucają ją w ciemno (rzecz jasna, bez żadnego sensownego komentarza), no bo skoro ten, czy inny coś powiedział/napisał, to wiadomo, że „będzie się działo”.


Czy w kontekście powyższego kogokolwiek powinno dziwić to, że część prawicowych cwaniaczków wykorzystuje media do promowania siebie samych? Przykładowo, ilekroć Ziemkiewiczowi mają wydać jakąś książkę, tylekroć stara się on narobić dużo szumu dookoła siebie samego. Chyba wszyscy pamiętają jego bardzo wysmakowane żarty z gwałtu (za które został wywalony z Onetu). Kiedy po jego żarcie wybuchła gównoburza, Ziemkiewicz zasrał przestrzeń publiczną swoimi wynurzeniami na temat tego, że on w sumie nie rozumie tego oburzenia, ale wydaje mu się, że to się bierze stąd, że krytycy muszą mieć „ponure życie seksualne”. Nieco później był łaskaw napisać felieton pt. „Życie seksualne lemingów”, a potem wydano mu zbiór felietonów o tym samym tytule. Innym razem (taka tam gra słów) Ziemkiewicz wydalił z siebie hejterski wpis odnoszący się do zamachu w Monachium, a potem dorzucił drugi ćwit, że skoro już się ludzie zainteresowali jego kontem, to niech pamiętają, że on prowadzi program w telewizorni i zaprasza wszystkich przed telewizory o tej i o tej godzinie. Nie inaczej było w przypadku wyjebania Ziemkiewicza z UK. Zupełnym przypadkiem okazało się, że akurat niebawem wydawana zostanie jego kolejna książka. Nawiasem mówiąc w tym konkretnym przypadku Ziemkiewicz się wysypał i praktycznie przyznał na ćwitrze, że robi to, co robi po to, żeby było o nim głośno, bo dzięki temu zarabia. Takich osób jest po prawej stronie ogrom. Czasem (aczkolwiek bardzo rzadko) zdarzają się sytuacje, w których tego, czy innego prawicowca poniesie do tego stopnia, że sprawa kończy się w sądzie (vide, sprawa Michalkiewicza), ale w przeważającej większości przypadków kończy się to jedynie na tym, że ten czy inny prawicowiec po prostu dociera ze swoim (eufemizując) gówno-przekazem do coraz większej liczby osób. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ta sama prawica non stop drze mordę i tłumaczy, że jest cenzurowana i że to skandal (spisek lewicowych elit/etc.).


Pochylę się teraz nad pewną kwestią, związaną z prawicowymi strategiami „autopromocyjnymi”. Od czasu do czasu przy okazji kolejnych wypowiedzi prawicowców pojawiają się narracje, w których stoi, że w sumie to po co komentować te wypowiedzi? Stop making stupid people famous/etc. Z narracji tych wynikałoby tyle, że gdyby ludzie nie reagowali na wypowiedzi skrajnej prawicy, to ta byłaby mniej popularna, tak więc w starciu z tym, co robią prawicowcy trzeba po prostu „godnie milczeć”. I wszystko fajnie, tylko że to bzdura. To nie jest tak, że te wypowiedzi są wyciągane spod kamieni przez ludzi, którzy się na te wypowiedzi (słusznie) oburzają. Te wypowiedzi pojawiają się w przestrzeni publicznej i brak jakiejkolwiek reakcji na nie miałby tylko i wyłącznie ten efekt, że kredens przesuwałby się jeszcze szybciej na prawo. Skoro bowiem nikt nie reaguje na taką, czy inną wypowiedź, to znaczy, że jej autor „musi mieć trochę racji, prawda?”. Taki byłby efekt „godnego milczenia”. Przejawem skrajnej naiwności jest również wiara w to, że gdybyśmy nie komentowali wypowiedzi skrajnej prawicy, to ta w pewnym momencie dałaby sobie spokój. Ja tam może prosty bloger jestem, ale śmiem twierdzić, że „godne milczenie” doprowadziłoby tę prawicę do produkowania jeszcze bardziej przegiętych treści (w tle zaś znowu widzielibyśmy przesuwający się w prawo kredens), zaś te „mniej przegięte” zostałyby po prostu  znormalizowane. Skoro bowiem nikt na nie nie reaguje w żaden sposób, to pewnie ich autorzy mają trochę racji...


Sporo osób podnosi argument, że skrajna prawica powinna mieć „no platform” w mediach. Przyznam się szczerze, że nie jestem do końca przekonany o tym, że to dobry pomysł. O ile jakieś 20 lat temu podpisałbym się pod tym wszystkimi kończynami, to teraz sprawa jest nieco bardziej złożona. Czemu? Ano temu, że żyjemy w dobie wszędobylskich mediów społecznościowych. Co z tego, że skrajna prawica nie będzie zapraszana do telewizorni, skoro może sobie bezproblemowo pozakładać konta na YT, albo rozpowszechniać treści na ćwitrze, Facebooku (i inszych portalach społecznościowych)? Mało tego. Zbanowanie ich w telewizorni sprawi, że będą mogli sobie sami przypiąć odznakę „ocenzurowanych za mówienie prawdy” (rzecz jasna, jeszcze bardziej niż teraz). Taki ban, żeby być skuteczny, musiałby obejmować również media społecznościowe (i to wszystkie), a to jest praktycznie niemożliwe (nie, jeden Trump z banem na ćwitrze i FB wiosny nie czyni). Nie wspominając już o tym, że w naszych realiach taki ban jest, no cóż, nierealny, bo gdyby nawet „wolne media” nie chciały zapraszać do siebie wszelkiej maści Bosaków i Bąkiewiczów, to zrobią to skrajnie prawicowe rządowe media.


Czy z tego, co napisałem wyżej wynika, że powinno się tych wszystkich skrajniaków zapraszać do mediów i pozwalać im na narzucanie narracji? Absokurwalutnie nie. To jest po prostu kolejna patologia „wolnych mediów”. Zaprasza się do programów ludzi, którzy w najlepszym wypadku wygadują bzdury, a w najgorszym rzeczy, które zapewne można by było znaleźć w periodykach wydawanych w latach 30-tych XX wieku w pewnym państwie (nieśmiało przypominam, że Godwin stwierdził, że w przypadku osób, które używają nazistowskiej retoryki i symboliki jego prawo nie ma zastosowania). Ujmujące jest to, że „dziennikarze”, którzy zapraszają skrajnych prawicowców, słuchają tych ich gówno-narracji i robią mądre miny (tak jakby faktycznie słuchali jakichś wartościowych wypowiedzi). Równie ujmujące jest to, że część z zapraszających bawi się potem w arbitrów elegancji i krytykuje, na ten przykład, wulgarne hasła na protestach przeciwko zamordystycznym przepisom antyaborcyjnym. Niektórzy z nich idą o krok dalej i stawiają znak równości między skrajnie prawicową retoryką (czyli wzywaniem do wieszania zdrajców, stawiania ludzi przed plutonami egzekucyjnymi i generalnie jaraniem się przemocą), a tymi paroma wulgarnymi hasłami. Jednakowoż skalę żenady wypierdala wtedy, gdy tytani intelektu twierdzą, że, na ten przykład, w sprawie związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych „z jednej i z drugiej strony padają skrajne opinie”. Bo wiecie, jak z jednej strony ktoś mówi, że ci drudzy są chorzy i trzeba ich leczyć, a poza tym to trzeba ich „nawracać na bycie heterykiem”, bić i „wypalać żywym ogniem”, to to jest praktycznie to samo, co postulat o wprowadzeniu małżeństw jednopłciowych i adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. No po prostu, kurwa, nie ma między tymi wypowiedziami żadnej różnicy, prawda?


No dobrze, to co w takim razie robić ze skrajną prawicą? Uważam, że powinno się tych ludzi zapraszać do programów i orać ich tak długo, aż sami nie będą chcieli do tych programów przychodzić. Już w trakcie programów należałoby „debunkować” wypowiedzi. Należałoby robić to w sposób, który uniemożliwiłby ludziom pokroju Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny wycinanie jego wypowiedzi z programu celem pokazania, że „zaorał” (nie, nie ma tu żadnego znaczenia to, czy on robi to sam, czy też jakiś jego przydupas). Jednakowoż najważniejsze jest to, że należałoby się do takich „odwiedzin” przygotowywać merytorycznie. Być może wtedy uniknęlibyśmy przykrego widoku tej, czy innej osoby dziennikarskiej wpatrującej się tępym wzrokiem w kogoś, kto opowiada jakieś straszliwie brednie, która to osoba dziennikarska nie potrafi w żaden sposób zareagować na te brednie. Sprawa kolejna, należałoby prawicowców grillować. Doskonale pamiętam, jak to Jacek Nizinkiewicz odpytywał Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (tak, wiem, sporo o nim dzisiaj, ale prawda jest taka, że jest to jeden z wielu polityków, którzy całą swoją karierę polityczną zawdzięczają „wolnym mediom” i ich jebałpiesizmowi w kwestii tego, o czym informują suwerena), co ów Doktor miał na myśli, gdy hejtował mniejszości seksualne (Patryk Jaki co prawda skasował stary ćwit, ale było to już o pierdylion screenów za późno). Odpytywanie wyglądało tak, że Nizinkiewicz zadał to pytanie bodajże dwa razy i za drugim razem dał się zbyć formułką „no ja nie wiem, czy coś takiego było, ale jak było to pewnie był element szerszej dyskusji”. Pamiętam również, jak Krzysztof Bosak zapytany o to, czy spalenie tęczy ze Zbawixa było przestępstwem stwierdził, że w sumie to trzeba się zastanowić, bo ona tam stała nielegalnie. Rzecz jasna, osoba dziennikarska, która z nim rozmawiała ni cholery się do tego nie odniosła i nie dopytała, co autor miał na myśli.


Merytoryczne przygotowanie (a raczej jego brak) wszelkiej maści redaktorów jest zmorą polskich mediów (być może niepolskich również, ale tutaj pochylamy się nad naszymi rodzimymi problemami). Dlatego też olbrzymim problemem mogłoby być dla mediów wcześniej wzmiankowane przygotowywanie „komentarzy wstępnych” do artykułów, które traktowałyby o wypowiedziach/działaniach tego, czy innego skrajnego prawicowca. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. To nie jest tak, że ja uważam, że prostować należałoby jedynie te bzdury, które serwuje nam skrajna prawica. Prostować należałoby wszystkie. Niemniej jednak teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której debata publiczna zdominowana jest przez prawicę, która używa bardzo agresywnej retoryki. Skrajna lewica w wymiarze politycznym w Polsce nie istnieje, a co za tym idzie, nie stanowi dla nikogo żadnego zagrożenia (w przeciwieństwie do skrajnej prawicy). Z tego właśnie powodu skupiam się na tym, że powinno się prostować bzdury z tego, a nie innego bieguna politycznego.


No, ale to dygresja. Wróćmy do kwestii pisania „komentarzy wstępnych". Tak sobie myślę, że do tworzenia sensownych „komentarzy wstępnych” potrzebni by byli ludzie z ogromną wiedzą interdyscyplinarną. Co prawda można by było używać „gotowców” i np. na początku każdego artykułu o radży researchu  (aka Rafał Ziemkiewicz) wrzucać coś w rodzaju: „autor wypowiedzi był wielokrotnie przyłapywany na mijaniu się z prawdą [i tu np. link do jakiejś sub-strony, na której byłoby szczegółowo opisanych kilkaset przypadków, w których Ziemkiewicz ściemniał], został objęty zakazem wjazdu do UK, ponadto został zwolniony z jednej z redakcji za żarty z gwałtów, a z innej za tekst o potrzebie strzelania do elbegietów”), ale prócz takiego gotowca trzeba by było również dorzucać jakiś debunk odnoszący się do cytowanych wypowiedzi, a to (biorąc pod rozwagę biegłość w oszczędnym gospodarowaniu prawdą przez Ziemkiewicza) wymagałoby sporej wiedzy. Dla redakcji problemem nie byłoby znalezienie takich osób, ale to, że trzeba by im było zapłacić, bo pewnie nie chciałyby zapierdalać za „do portfolio”.  Jeszcze większym problemem jest to, że redakcje „wolnych mediów” zatrudniają na stanowiskach stricte dziennikarskich osoby, które potrafią opowiadać idiotyzmy o tym, że w sumie to Konfederacja może i ma kontrowersyjne pomysły, ale jej członkowie przynajmniej znają się na gospodarce (szkoda, że nigdy nie doprecyzowują, o jaką gospodarkę chodzi, bo bredni wygadywanych przez konfiarzy nie dałoby się zastosować nawet w przeciętnym 4X na najprostszym poziomie trudności [tzn. dałoby się, ale potem trzeba by było zaczynać od początku]).


Niestety, kredens jest przesunięty tak bardzo na prawo, że nawet wdrożenie tego, o czym tu sobie napisałem na początku, przynosiłoby niewielkie efekty. Niestety, skrajnie prawicowe narracje wżarły się nam w społeczeństwo. Dla mnie to ma wymiar, można by rzec, osobisty, bowiem żyje sobie już trochę wiosen i patrzałem na to, jak spora część moich znajomych (nie tylko znajomych, bo odnosi się to też do członków mojej rodziny) w pewnym momencie dostaje pierdolca i nawraca się na wyznawanie Bosaka, Matek Kurek, wszelkiej maści narodowców, Ziębów/etc. Skrajnie prawicowe narracje przeorały tym osobom głowy do tego stopnia, że praktycznie niemożliwa jest jakakolwiek dyskusja. Nie chodzi tu o rozmowy via komunikatory, ale te zwykłe, w trakcie których ludzie konwersacyjnym tonem wtrącają, na ten przykład, skrajnie rasistowskie teksty, albo jakieś antyszczepionkowe bzdury. W momencie, w którym ktoś zwraca im na to uwagę, włącza się im mentorski ton i rzucanie hasłami w rodzaju „mówisz TVN-em”.


Ciekawostką (o ile w ogóle można w takim kontekście mówić o ciekawostkach) jest to, że osoby te mają różne wykształcenie, są, ujmując rzecz kolokwialnie „na różnym poziomie oczytania”, mają bardzo różną wiedzę, są wśród nich zarówno osoby wierzące, jak i ateiści. Łączy ich natomiast to, że w pewnym momencie dali się zbajerować skrajnej prawicy i teraz zachowują się jak fanatycy. Mocno dyskusyjne jest to, czy zwalczanie skrajnej prawicy (która, nie oszukujmy się, stanowi zagrożenie dla nas wszystkich) wywarłoby na te osoby pozytywny wpływ. Zapewne spora część z tych osób odebrałaby takie działania jako „walkę z wolnością słowa”, „atak na prawdę”/etc. Niemniej jednak, jeżeli nic nie zostanie zrobione, będzie tylko gorzej.


Wielu komentariuszy ulega pokusie zwalenia winy za to, co się teraz dzieje, na obecne działania Zjednoczonej Prawicy. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Uważam, że to, co Zjednoczona Prawica robi naszemu społeczeństwu, jest zbrodnią. Tyle, że oni tego nie zaczęli. Proces ten (jak to już wspomniałem) trwa w najlepsze od dłuższego czasu. Biorą w nim udział wszystkie media. Czasem odnoszę wrażenie, że te „wolne” są o wiele bardziej niebezpieczne. Jeżeli bowiem ktoś w 2021 roku ogląda TVP Info (i nie jest betonem), to zdaje sobie sprawę z tego, że kanał ten (tak samo jak i portal) jest, delikatnie rzecz ujmując, cokolwiek mało wiarygodny. Ten sam człowiek (nie będący człowiekiem z betonu) czytając mainstreamowe portale może odnieść wrażenie, że niejaki pan Bąkiewicz, to w sumie musi być jakiś zwykły typ. No bo skoro jego „apele” są wrzucane na główne strony portali, to chyba nie może być z nim aż tak źle, prawda? To, że większość mediów ma wręcz absolutnie wyjebane na to, że ich działania mogą mieć opłakane konsekwencje, widać choćby po tym, że nawet w temacie szczepień nie potrafią powstrzymać się od clickbaitozy. Przykładem niech będzie to, co ostatnio widziałem na Interii. Tytuł artykułu zamieszczonego na głównej stronie bije po oczach hasłem o zgonach po szczepieniach. Z tekstu zaś możemy się dowiedzieć, że chodzi o to, że zaszczepionym na covid osobom też zdarza się zemrzeć na tę chorobę, ale dotyczy to praktycznie wyłącznie osób, które miały poważne problemy ze zdrowiem (oraz były w wieku, że tak to ujmę, bardzo zaawansowanym). Czy media publikując tego rodzaju rzeczy są współodpowiedzialne za katastrofę, którą skończył się Narodowy Program Szczepień? A i owszem. Czy kogokolwiek z medialnych decydentów to obchodzi? Ni chuja. Wracając do meritum. To nie PiS „ośmielił” skrajną prawicę. Ona była ośmielona już dawno temu. Czy PiS przegina? Owszem, ale gdyby nie to, że „wolne media” całymi latami promowały szurię (w pogoni za sensacją), PiS nie mógłby sobie pozwolić na aż takie przeginanie (w wymiarze medialnym, rzecz jasna), bo jego działania nie trafiałyby na podatny grunt. Może inaczej: być może PiSowi udałoby się osiągnąć to, co teraz, ale na pewno zajęłoby mu to znacznie więcej czasu i byłoby znacznie trudniejsze. Porównywalnie trudne, jak próby odkręcenia tego, do czego doprowadziły „wolne media” latami uprawiając radosny jebałpiesizm. Można się, rzecz jasna, oszukiwać i wmawiać sobie, że jak PiS przegra wybory to wszystko się samo naprawi, ale prawda jest taka, że ludzie z przeoranymi głowami nie znikną w momencie, w którym PiS straci władze. Można się oszukiwać i nie robić nic, a potem dziwić się, jak to możliwe, że projekty Kai Godek wjeżdżają do Sejmu, a spora część polityków tłumaczy, że nie ma w tym fakcie nic zdrożnego. Gwoli ścisłości, ta wzmianka o „nic nie robieniu”, nie jest przytykiem do zwykłych obywateli, bo my, obywatele, możemy, za przeproszeniem gówno zrobić. Ponieważ zaś nic nie wskazuje na to, żeby media zamierzały się ogarnąć jedyne, co nam w tym momencie pozostaje, to zapięcie pasów, bo będzie trzęsło jeszcze bardziej niż trzęsie teraz. Ani Kaja Godek, ani jej projekt, ani też skrajna prawica (Bosaki, Bąkiewicze, Kalety/etc.) nie spadły z nieba. Skrajna prawica wielokrotnie udowadniała, że jest zdolna do ohydnych czynów, tak więc skrajną naiwnością byłoby wychodzenie z założenia, że projekt, o którym mowa będzie najgorszą rzeczą, którą zafunduje nam skrajna prawica, żeby przypodobać się Kościołowi.

Źródło (sztuk jeden):

https://wydarzenia.interia.pl/religia/news-episkopat-obraduje-m-in-o-postepowaniu-w-przypadkach-pedofil,nId,1038835




piątek, 12 czerwca 2020

Instytut

Pierwotnie mój zamysł był taki, że tekst ten miał się pojawić w kawałkach w Przeglądzie, ale w trakcie zbierania materiałów wsadowych zdałem sobie sprawę z tego, że tego jest po prostu za dużo i dlatego też instytutowi, o którym nie wolno mówić, że już wy dobrze wiecie co, poświęciłem osobną ścianę tekstu. Na samym początku muszę zaznaczyć, że tekst nie będzie się opierał na jakichś (cudem pozyskanych) tajnych informacjach, które udało mi się uzyskać z narażeniem życia. Tekst będzie się opierał na ogólnodostępnych informacjach. Gdyby zaś stało się tak, że przyplącze się tu jakiś tańczący z pozwami stażysta z Ordo Iuris, to takowego stażystę lojalnie uprzedzam, że wszystko tutaj będzie oźródłowane, tak więc szkoda zachodu. Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że chyba niezbyt roztropne było użycie w poprzednim zdaniu słowa „zachód”, bo co prawda nie jest to „Zachód” pisany wielką literą, ale to i tak instant-trigger dla ludzi z Ordo Iuris...


Czym zajmuje się ów instytut? Prawniczym bullyingiem. Ponieważ prawo mamy takie, a nie inne, toteż działalność Ordo Iuris jest całkowicie zgodna z obowiązującymi przepisami. Działalność tego instytutu pokazuje, że jak się chce, to można prawie wszystko. Na ten przykład, w kraju, w którym praktycznie wszystkie kluczowe stanowiska „trzymają konserwatyści” (a Minister Sprawiedliwości razem z kolegami zachowują się jak fundamentalista religijny), można zrobić karierę na tłumaczeniu konserwatystom (i wszelkiej maści religiantom), że są uciskani i prześladowani. Rzecz jasna, instytut (którego troskę o dzieci można przyrównać chyba jedynie do troski, którą przejawiał „Instytut” z książki Stephena Kinga) zajmuje się również innymi rzeczami. Między innymi, próbą wprowadzenia w Polsce religijnej urawniłowki (o czym za moment), tworzeniem nikomu niepotrzebnych analiz prawnych, z których (zawsze) wynika, że racje mają konserwatyści. O miłości instytutu do mniejszości seksualnych wspominać chyba nie trzeba, prawda?


Zacznijmy od tematu wprowadzania religijnej urawniłowki. W 2016 doszło w Polsce do pierwszego (za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy) protestu, którego władza się autentycznie przestraszyła. Chodzi mi, rzecz jasna o Czarny Protest, który odbył się 3 października 2016. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nikt nie przypuszczał, że protest będzie miał aż taką skalę. Zjednoczona Prawica była tak bardzo pewna swego, że na samym początku protestu pluszaki władzy (pełniące obowiązki dziennikarzy/publicystów) usiłowały go wyśmiewać. Idealnym przykładem będzie Marcin Makowski, który na swoim ćwitrze opublikował zdjęcie, na którym widać było niewielką grupkę ludzi i opatrzył je komentarzem: "„Piknik strajkowy" Czarnego Protestu w Krakowie. Tłumów nie ma..". Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że dzień później dostałem od niego bana za to, że wyśmiałem ten wpis razem z jego autorem. Czemu w ogóle doszło do tego protestu? Bo istniało realne ryzyko wprowadzenia w Polsce jednej z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych na świecie. Projekt ustawy został skonstruowany w sposób, który zostawiał olbrzymie pole do interpretacji. Moim zdaniem napisano go tak, żeby jego autorzy mogli tłumaczyć, że „krytycy się pomylili, bo my mieliśmy co innego na myśli”. Przykładowo: krytycy całkiem sensownie podnosili argument, że po wejściu w życie, kobiety będą mogły być karane za poronienia. Autorzy projektu tłumaczyli, że wcale nie, bo: „Poronienia samoistne są zjawiskiem pozostającym poza zainteresowaniem prawa karnego. Nasz projekt jasno stwierdza, że również te poronienia, które są efektem niezachowania należytej staranności przez matkę nie będą karane”. Tylko, że to ma niewielki związek z zawartością projektu, w którym stało, że co prawda: „w przypadku nieumyślnego czynu, matka nie podlega karze.”. Niemniej jednak, ktoś musiałby najpierw ocenić, czy wyżej wymieniony czyn był umyślny, czy też nieumyślny. Osobną kwestią jest to, że najpierw ktoś musiałby ocenić, czy poronienie było samoistne. Podsumowując, autorzy (w mediach) swoje, a projekt swoje. Wspominam o tym projekcie dlatego, że jego autorami byli członkowie Ordo Iuris. Nawiasem mówiąc, Jerzy Kwaśniewski w ramach bronienia projektu powiedział był coś, co zacytuję w tym miejscu, albowiem przyda się nam to w dalszej części: „Karanie kobiet za aborcje to światowy standard” (takim tytułem był opatrzony artykuł w RzePie). Zapamiętajcie sobie to zdanie (bo przyda się nam ono w dalszej części).


Już po napisaniu powyższego kawałka rozmawiałem sobie z jednym znajomym, który dowiedziawszy się o tym, że zamierzam się produkować w temacie OI zapytał, czy tego co, oni robią, nie dałoby się aby podciągnąć pod SLAPP. Przyznać muszę, że nie wiedziałem o co chodzi, więc musiałem odpalić guglarkę. Po odpaleniu tejże okazało się, że SLAPP to „strategic lawsuit against public participation -› praw. pozew sądowy mający na celu zastraszenie i uciszenie krytyków przez zaangażowanie ich w obronę prawną, której kosztów mogą nie udźwignąć." Ów znajomy podrzucił mi również link do odcinka „Last Week Tonight”, w którym John Oliver się produkował w temacie tegoż zjawiska. W odcinku opisano to zjawisko nieco szerzej i okazało się, że w SLAPP chodzi w głównej mierze o to, żeby kogoś przeczołgać w sądzie. Po co? Żeby przeczołgany był przykładem dla innych: podskocz mi to spotka cię to samo. Ekipa z LWT nakręciła trochę wcześniej program poświęcony jednemu z „baronów węglowych” (aka Bob Murray). Ponieważ nie spodobał mu się program, zostali pozwani. Ponieważ zadbali o to, żeby wszystko, o czym mówili miało pokrycie w faktach (czytaj: ich researcherzy nie uczyli się swojego fachu od Ziemkiewicza), pozew został odrzucony. Wygrana sądowa batalia kosztowała ich kilkaset tysięcy dolarów. A teraz sobie wyobraźmy, że tę samą robotę wykonał ktoś, za kim nie stoi korporacja. Sprawę by wygrał, ale przy okazji musiałby pewnie zaciągnąć kilka kredytów na opłacenie prawników. W odcinku wspomniano również o Trumpie, który pozwał jednego typa (domagał się 5 miliardów dolarów). Po przegranej w sądzie Trump powiedział, że pozwał tego typa tylko i wyłącznie po to, żeby mu uprzykrzyć życie i że w sumie to mu się udało, więc jest szczęśliwy.


Czy działalność OI można „podciągnąć” pod polską wersję SLAPP? Pozwólcie, że opowiem wam o przygodach pewnych studentów. Jakiś czas temu, grupka studentów Uniwersytetu Śląskiego złożyła skargę na jedną z wykładowczyń: „Studenci twierdzą, że zamiast wiedzy prezentowała im swój światopogląd radykalno-katolicki, homofobiczny, nienaukowy (rodzina to mężczyzna i kobieta, antykoncepcja równa się aborcja).”. Potem sprawy potoczyły się tak, że rzecznik dyscyplinarny UŚ wnioskował o ukaranie wykładowczyni naganą, a ta się sama katapultowała z uczelni. Zanim przejdę dalej, pozwolę sobie na dłuższą dygresję. W tej konkretnej sprawie wierzę w stu procentach w to, co wykładowczyni zarzucali studenci. Czemu? Bo się wychylili. Na uczelniach (tak jak wszędzie) pracują ludzie różni, w tym tacy, którzy nieco się minęli z powołaniem i używają swojej pozycji do siania propagandy (względnie, do opowiadania straszliwych bredni [a czasem oba naraz]). Studenci się do tego przyzwyczajają, bo niby co mogą zrobić? Co prawda, można złożyć skargę, ale człowiek nigdy nie ma pewności, czy prowadzący, który przegina pałę, nie jest aby dobrym przyjacielem Kogoś Wysoko Postawionego. W takiej sytuacji złożenie skargi mogłoby się bardzo źle skończyć dla skarżących. Osobną kwestią jest to, że czasem po skardze (nawet ustnej), można się nadziać na grupkę fanatyków jakiegoś prowadzącego. Pamiętam bardzo dobrze jednego wykładowcę z mojej Alma Mater. Wykładowca miał ogromną wiedzę, ale absolutnie nie potrafił jej przekazać. Ponadto, jego wykłady miały bardzo niewielki związek z programem danego kursu (praktycznie cała kadra była tego świadoma). Jakoś się z nim przemęczyłem, ale ktoś z niższych roczników nie wytrzymał i kilka osób poszło na skargę, do dziekana bodajże (pamiętam nazwisko, ale nie pamiętam funkcji, którą pełnił ów jegomość wtedy). Potem wydarzyły się dwie rzeczy. Poinformowano decyzyjną osobę o tym, że wykłady prowadzącego nie mają związku z przedmiotem kursu/etc. (tak więc, powiedziano to, o czym wszyscy wiedzieli). Skargę przekazano prowadzącemu, ale zanonimizowano osoby, które z nią przyszły. Okazało się, że decyzja o zanonimizowaniu była trafna, bo okazało się, że nie wszystkim się ta skarga podobała. Pierwszą grupą byli jacyś Przewodniczący Czegoś Tam (bodajże samorząd studencki), którzy poczuli się dotknięci tym, że ktoś śmiał złożyć skargę i nie przyszedł do nich najpierw. Obrazili się również Fanatycy Prowadzącego, którzy zajmowali się hejtowaniem skarżących na forum wydziałowym, no bo „skoro oni rozumieją i szanują prowadzącego, to inni też powinni”. Ja wiem, że to, co napisałem powyżej to anecdata, ale nie wydaje mi się, żeby to był odosobniony przypadek. Jeżeli dzieciakom (uczniom/etc.) wpaja się, odkąd tylko potrafią odbierać komunikaty, że jeżeli chodzi o autorytety, to mają ich słuchać i jak im się coś nie podoba, to mogą zamknąć mordy, to raczej trudno, żeby ktoś po takiej tresurze się wychylił i powiedział „prowadzący przegina”. Obecnie studiujące pokolenia (trochę staro się czuję pisząc takie rzeczy), są ukształtowane już nieco inaczej i pewne sytuacje (skargi) zdarzać się mogą częściej. Niemniej jednak, złożenie skargi na prowadzącego zajęcia zawsze będzie ryzykowne, a studenci są tego świadomi. Poza tym, w skardze było zbyt dużo konkretów (link do artykułu na Oko Press, w Źródłach), żeby komukolwiek chciało się to wymyślać. Poza tym, bądźmy poważni, po co student miałby wymyślać jakieś bzdury i w oparciu o te bzdury pisać skargę? Wychylanie się w słusznej sprawie to (niestety) spore ryzyko, a wychylenie się w sprawie niesłusznej, to praktycznie „studenckie” samobójstwo.


Rzecz jasna, praktycznie od razu odezwał się prawicowy klub „co by było gdyby”. Na ten przykład, Sławomir Cenckiewicz na swoim ćwitrze napisał był: „Gdyby sytuacja była odwrotna (a zdarza się b. często): że wykładowca propaguje lewicowe poglądy a nawet lży prezydenta, rząd i polityków prawicy, to studenci o innych przekonaniach byliby bezradni a ich protest stałby się początkiem ich własnych kłopotów!”. Nie czas i nie miejsce na to, żeby zastanawiać się co Cenckiewicz rozumie poprzez „lewicowe poglądy” i dlaczego (zapewne) chodzi o antropogeniczność globalnego ocieplenia, krytykę skrajnie prawicowych organizacji (Cenckiewiczowi zdarzyło się bronić Sebixów obwieszonych celtykami metodą „Na wyspach brytyjskich faszyści z ONR i MN stawiali swoje znaki już w V wieku...” ze zdjęciem Wysokiego Krzyża [tak, ten człowiek ma stopień naukowy])/etc. Za to i czas i miejsce na to, by wspomnieć, że Cenckiewicz wymyśla sobie nieistniejący problem, żeby jakoś usprawiedliwić to, co spotkało studentów. A spotkało ich to, że w cała sprawę wmieszało się Ordo Iuris. Nawiasem mówiąc, już sam fakt zaangażowania się w sprawę wyżej wymienionego instytutu jest wyraźną sugestią, że wykładowczyni jest skrajną konserwatystką. To zaś bardzo uprawdopodobnia wersję studentów. No dobrze, w sprawę wmieszało się Ordo Iuris. Co było dalej? Ano dalej jest to, że studenci są teraz przesłuchiwani w charakterze świadków: „Przesłuchano już siedmioro. Na pierwszych przesłuchaniach studenci byli sami. Mają niewiele ponad 20 lat i to ich pierwszy kontakt z organami ścigania. Każda taka wizyta w komisariacie trwała od czterech do sześciu godzin. Treści pytań nie możemy ujawniać, bo to jest wstępne dochodzenie. Zdarzyło się, że było ich ponad 70, większość zadała przedstawicielka Budzyńskiej, czyli Ordo Iuris. Tak wynika z informacji od pełnomocników studentów. Gdy weszli do gry, na 80 procent pytań studenci odpowiadali: nie wiem.”. Wiadomo również, że: „Ordo Iuris chce, żeby studenci byli przesłuchiwani przez prokuratora i nagrywani”. W sprawie wypowiedziała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka: „Inicjowanie postępowań karnych w sprawach skarg studentów korzystających z przysługujących im praw może wywołać efekt mrożący i powstrzymywać przed sygnalizowaniem uczelni dostrzeżonych nieprawidłowości”. Muszę się w tym miejscu przyznać, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo byłbym zestresowany tym, gdyby przez kilka godzin maglowano mnie na komisariacie kiedy miałem tyle lat, co wyżej wymienieni studenci. Domyślam się, że po kilkudziesięciu minutach przyznałbym się do wszystkiego, z zabójstwem Kennedy'ego włącznie, ponadto wskazałbym miejsce, w którym ukryłem Bursztynową Komnatę i Złoty Pociąg. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić tego, jaki efekt wywrą na studentach kilkugodzinne przesłuchania. Choć w sumie, kilkugodzinne przesłuchanie nie wywarłoby wrażenia chyba tylko i wyłącznie na kimś, kto ma spore doświadczenie w tych sprawach, albo stać go na sztab prawników, który go będzie reprezentował. Dla przeciętnego obywatela to będzie traumatyczne przeżycie.  Nie uwierzę w to, że ktoś, kto układał listę pytań, nie miał świadomości tego, że odpytywanie świadka potrwa kilka godzin (i tego, jaki to będzie miało wpływ na świadka). Tym samym, nie wydaje mi się, żeby było to przypadkowe zagranie ze strony Ordo Iuris. Skoro więc nie był to przypadek, to o co chodziło? O SLAPP. Wydaje się wam, że możecie podskoczyć konserwatystom? No to popatrzcie na to, co się dzieje i zastanówcie się nad tym, czy aby na pewno warto.


W tym miejscu pora na kolejną dygresję, bo, moim zdaniem, konieczne jest poruszenie tematu, który łączy się wręcz nierozerwalnie z działalnością Ordo Iuris. Tematem tym jest szeroko pojęte „obrażanie”, konkretnie zaś to, w jaki sposób nauczyła się to robić skrajna prawica. Ostatnio głośno było o Kai Godek, której obrońcy (bądź obrońca) domagał się od pozywających Kaję, żeby udowodnili, że kiedy ich klientka opowiadała brednie o homoseksualistach (nie będę ich tu cytował), to miała na myśli akurat tych, którzy ją pozwali. To jest metoda, którą skrajna prawica opanowała do perfekcji i stosuje ją od dawna (o czym za moment). Owszem, co jakiś czas zdarza się jakiś Ziemkiewicz, który zwyzywa kogoś używając personaliów, ale to są raczej wyjątkowe sytuacje. Ktoś może w tym miejscu poprosić o dowody, no bo skoro stawiam tezę, że oni to opanowali do perfekcji, to pasowałoby takowe przestawić. W 2015 roku napisałem notkę poświęconą Kai Godek. W tekście pochyliłem się nad retoryką pani Kai, która hejtując in vitro powiedziała: „Tak jak Wanda Nowicka brała pieniądze od biznesu aborcyjnego, tak owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki”. Opatrzyłem to swoim komentarzem, którego fragment brzmiał następująco: „Nawet jeśli jakieś koncerny faktycznie płacą tym stowarzyszeniom, to co z tego?”. Bodajże dzień po publikacji pod notką pojawił się wpis kogoś, kto najprawdopodobniej pracował w stowarzyszeniu „Nasz Bocian” (wynikało to z treści komentarza). Zacytuję tutaj kilka fragmentów tego komentarza: „stowarzyszenia pacjenckie działające na rzecz osób niepłodnych są dwa- jedno to Nasz Bocian, a drugie to katolickie stowarzyszenie wspierające niepłodne małżeństwa.” Nietrudno więc odgadnąć, w którą stronę skierowana była wypowiedź o koncernach płacących stowarzyszeniom/etc. W komentarzu stało również, że: „nasz bocian nie przyjmuje darowizn od klinik ani firm farmaceutycznych, jednym wyjątkiem może być darowizna rzeczowa (np. zestawy do wykonania badań genetycznych) pod warunkiem, że zostaną przekazane na rzecz pacjentów w celu konkursu. Z tego powodu rzucenie konkretnego oskarżenia pod naszym adresem (nie: "owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki.”, ale z podaniem nazwy) skończyłoby się procesem, który z przyjemnością byśmy założyli, jako że jego finał jest najzupełniej jasny” (…) I również dlatego pani Godek nie sprecyzuje adresata swoich insynuacji, ponieważ prawdopodobnie jest świadoma powyższego i woli poprzestawać na wrzucaniu gówna w wentylator, co oszczędza jej potem kompromitacji w sądzie, gdyż oczywiście nie możemy jej pozwać, skoro nie zostaliśmy wskazani z nazwy." Kilka dni później Anna Dryjańska potykała się w programie „Tak czy Nie” z Mariuszem Dzierżawskim (Kaja Godek z nim wtedy współpracowała, a dopiero potem założyła własną fundację). Niestety, nie będę mógł oźródłować programu, bo po przescrollowaniu praktycznie całej zakładki z archiwum Polsatu, dojechałem do późniejszych programów. Ten, o którym mowa wrzucono na antenę 9 kwietnia 2015. W trakcie programu Mariusz Dzierżawski zaczął opowiadać o dziennikarzach i publicystach sponsorowanych przez wiadome koncerny. Anna Dryjańska poprosiła go o to, żeby podał jakieś konkretne nazwiska. Jak się zapewne domyślacie, nie podał ich z powodów, dla których Kaja Godek opowiadała o „stowarzyszeniach” i nie wymieniła żadnej nazwy. Druga strona (tzn. niefundamentalistyczna) nie opanowała tej metody. Dlatego też Marta Lempart nie może przez rok powtarzać wiecie czego, o wiadomo którym instytucie. Gwoli ścisłości, temat Kremla zostanie poruszony w tej notce i będziecie się mogli przekonać, że można było powiedzieć to samo, ale innymi słowami. To niedostosowanie otoczenia do walki ze skrajnymi konserwatystami, to wprost idealne warunki dla Ordo Iuris, który czepiając się nieprecyzyjnych wypowiedzi może udowadniać, że w sumie to konserwatyści są prześladowani, albowiem są pomawiani i rzuca się w nich oszczerstwami/etc. 


Przez dłuższy czas Ordo Iuris było traktowane jako grupka w sumie niegroźnych fanatyków, którymi nie trzeba się przejmować, bo mają bardzo niewielką siłę sprawczą. Znamienne jest to, że nadal można się natknąć na takie opinie, mimo że od dłuższego czasu wiadomo, że siła sprawcza Ordo Iuris nie powinna być przedmiotem żartów. Niewiele brakło, a Ordo Iuris zafundowałoby nam drakońskie prawo antyaborcyjne. Nieco później Ordo Iuris stało za projektem nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Co miała zmienić nowelizacja? Np. definicję przemocy: „z definicji mówiącej, że przemoc to „jednorazowe albo powtarzające się umyślne działanie lub zaniechanie naruszające prawa lub dobra osobiste” wykreślone zostało słowo „jednorazowe”” oraz  „procedurę zakładania Niebieskiej Karty – wprowadza konieczność uzyskania zgody ofiary na „wszczęcie procedury monitorowania przemocowej rodziny przez policję i pracowników socjalnych”.” Projekt został wynorany przez Piotra Kupsia  (zawiadowca „To Nie Przejdzie”), bo jak się pewnie domyślacie, wszystko było robione po cichu, gdyż Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej jakoś tak się nim nie chciało chwalić. Po tym, jak o projekcie zrobiło się głośno, wydarzyło się kilka rzeczy. Jedną z nich było to, że Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris bronił tegoż projektu (ale to chyba nie powinno nikogo dziwić). Drugą było to, że Mateusz Morawiecki uwalił ten projekt. Trzecią rzeczą było to, że z pełnienia swojej funkcji zrezygnowała wiceministra z wyżej wymienionego ministerstwa (Elżbieta Bojanowska), która powiedziała, że: „taka wersja projektu nie powinna wyjść poza mury tego resortu, ale takie zapisy nie powinny pojawić się nigdy, nawet w wersji roboczej”. Ja mam w tym miejscu jedno pytanie: skoro te zapisy nie powinny się pojawić, to czemu tak właściwie się pojawiły? To nie była zapisana serwetka, którą personel sprzątający znalazł w męskiej toalecie, to był projekt nowelizacji, który pojawił się na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że skoro projekt nie przeszedł, to może to OI nie jest takie mocne? Tyle, że było na tyle mocne, że ten projekt się w ogóle pojawił i że nikt nie uznał, że wprowadzanie tego rodzaju zmian to średni pomysł. 


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Rzecz jasna, Ordo Iuris nie złożyło broni i zeszło o oczko niżej, do samorządów/ Sejmików Wojewódzkich, w których zaczęli lansować tzw. „Samorządowa Kartę Praw Rodzin”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że w projekcie chciano zmienić również nazwę (tytuł?) ustawy z „ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie”, na „ustawę o przeciwdziałaniu przemocy domowej”. Bo wiecie, w rodzinie nic złego nie może się nikomu stać, prawda? Nie powinno to nikogo dziwić, bo dla skrajnie konserwatywnych i fundamentalistycznych organizacji i polityków pojęcie „rodziny” jest pojęciem kluczowym. Z jednej strony, przekonują wszystkich, że „jak co złego”, to na pewno nie rodzina. Z drugiej strony, ilekroć gdzieś pojawi się jakiś konserwatywny dokument z „rodziną” w nazwie, tylekroć można mieć pewność, że dokument będzie czymś w rodzaju matrioszki. Na wierzchu będzie, rzecz jasna, rodzina, ale w środku prawie na pewno pojawią się hejty na „niekonserwatystów”. Co zrozumiałe, hejty będą przeprowadzone przy użyciu wielu mądrze brzmiących określeń wydmuszek w rodzaju „ideologii LGBT”, albo „marksizmu kulturowego” (sprawdzić, czy nie bolszewizm kulturowy). Przykłady? Samorządowa Karta Praw Rodzin, albo „Karta Rodziny”, której podpisaniem ostatnio chwalił się obecny Prezydent RP. W tej podpisanej przez Prezydenta RP stało, że rodzina jest ważna/etc, ale, rzecz jasna, wrzucono tam idiotyzmy o walce z „ideologią LGBT”. Jeżeli chodzi o tę konkretną wydmuszkę pojęciową, to jej utworzenie było kolejnym majstersztykiem prawicy. Ową „ideologię” można obwiniać o wszystko, a jeżeli jakiś przedstawiciel mniejszości seksualnej się poczuje dotknięty i pójdzie do sądu, to przecież nie udowodni, że chodziło o niego, prawda? Z drugiej strony, ta część suwerena, która jest podatna na retorykę zrównującą (między innymi) homoseksualizm z pedofilią i tak będzie „wiedziała, o co chodzi”. Wróćmy na moment do tzw. „Samorządowej Karty Praw Rodzin”. Tam udało się połączyć dwie kwestie. Po pierwsze, hejtowanie „ideologii”, a po drugie, no cóż, sami popatrzcie (ale przed lekturą zapnijcie pasy, bo będzie trzęsło). Gotowi?  No to jedziemy: „Samorządowe programy profilaktyczne, które mają na celu przeciwdziałanie przemocy i pomoc jej ofiarom, przeciwdziałanie alkoholizmowi i narkomanii oraz realizację celów polityki zdrowotnej, powinny uwzględniać zasadę poszanowania integralności rodziny, która może zostać uchylona tylko w sytuacjach wyjątkowych, jak zagrożenie życia lub zdrowia jej członków. Tylko w ten sposób uda się uniknąć patologicznych sytuacji, gdy dochodzi do nieproporcjonalnej ingerencji w życie rodzin, w tym nawet odbierania dzieci, która nie jest uzasadniona jakimikolwiek poważnymi przesłankami.”. Zastanawiam się nad tym, ilu radnych (którzy przegłosowywali tę kartę w swoich samorządach) przeczytało ten dokument i zadało sobie trud zrozumienia tego, co przeczytali. Po pierwsze, fragment ów został raczej nieprzypadkowo skonstruowany nieprecyzyjnie. Jak bowiem należałoby interpretować „zagrożenie życia lub zdrowia”? Wbrew pozorom definicja ta jest wybitnie wybiórcza. Jeden z członków rodziny pobił swoje dziecko, albo swojego partnera? Jeżeli pobicie nie było ciężkie, a co za tym idzie „zdrowie nie było zagrożone”, to ważniejsza będzie integralność rodziny. Rodzic jest alkoholikiem/narkomanem i wynosi z domu różne przedmioty, celem spieniężenia ich? O ile nie sprzeda czyjejś pompy insulinowej – ciężko udowodnić, że to zagrożenie dla życia lub zdrowia. Co z przemocą psychiczną? Ano nic, bo fundamentaliści w nią nie wierzą. Prawda jest taka, że, jak wspomniałem, definicja jest wybiórcza i nie mieści się w niej bardzo dużo patologicznych zachowań, które są szkodliwe, ale „nie są poważnymi przesłankami”, które pozwoliłby naruszyć „integralność rodziny”. Generalnie rzecz ujmując, ten zapis powinien wywołać podobny skandal, jak wcześniejsza próba nowelizacji Ustawy o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie, ale go nie wywołał, bo nikomu (z radnymi, którzy nad tym głosowali na czele) najprawdopodobniej nie chciało się przeczytać dokumentu.


Bardzo istotnym elementem działalności Ordo Iuris są ich analizy prawne. Cóż takiego analizuje OI? O wiele łatwiej byłoby zapytać: „czego nie analizuje”. W skrócie, wygląda to tak, że praktycznie za każdą wypowiedzią kogokolwiek z Ordo Iuris, „stoi” analiza, którą wykonało Ordo Iuris. Nie jestem prawnikiem, więc nie będę się tu zajmował rozbiorem tychże analiz (tym powinni zająć się ludzie, którzy się na tym znają), ale biorąc pod rozwagę to, jakiej argumentacji używają członkowie Ordo Iuris, można bezpiecznie założyć, że punktem wyjściowym praktycznie każdej takiej analizy jest „konserwatyzm = dobrze” i „niekonserwatyzm = źle”. Skąd taki wniosek? Już tłumaczę. Pamiętacie, jak nieco wcześniej poprosiłem was o zapamiętanie sobie wzmianki o tym, że „karanie kobiet za aborcję, to światowy standard”? W czasie, w którym wypowiedź ta podbijała internety, odbyłem krótką (i bardzo kształcącą) dyskusję z jednym z członków Ordo Iuris, Olafem Szczypińskim. W jego bio na stronie OI stoi: „były koordynator Zespołu Analitycznego Centrum Analiz Legislacyjnych Instytutu Ordo Iuris”. Dyskusję zacytuję w całości:  

(Wtrąciłem się do dyskusji w momencie, w którym Pan Olaf zaczął nauczać kogoś, kto ostro skrytykował wypowiedź Jerzego Kwaśniewskiego):

Pan Olaf: proponuję najpierw zapoznać się z przepisami innych państw, a później komentować.

Lewacki Troll z Podkarpacia: Chodzi o te przepisy według których aborcja jest legalna?

PO: Np. art. 145 Hiszpańskiego Kodeksu karnego: (w tym miejscu był screen)

LTzP: Ty na serio starasz się udowodnić, że "karanie kobiet za aborcje to norma" powołując się na przykład kraju, w którym aborcja jest dostępna "na życzenie" (do 14 tygodnia)? Pytam bo chyba nie zrozumiałeś fragm. "outside cases allowed by Law"

PO: to jest właśnie istotą kary kryminalnej, a o tym tu mowa. Działanie w granicach prawa nie podlega karze.

LTzP: Czyli Twoim zdaniem nie ma różnicy między całkowitym zakazem aborcji a legalną aborcją na życzenie do 14 tygodnia ciąży? Jeśli nie ma różnicy, to może przepiszcie całe prawo aborcyjne od Hiszpanów?

PO: jeśli nie rozumiesz różnicy między penalizacją a bezkarnością, to nie mamy o czym rozmawiać. Dobrego weekendu!

LTzP: Jeśli nie rozumiesz różnicy między karaniem za nielegalną aborcję w kraju, w którym jest liberalne prawo aborcyjne a krajem w którym aborcja miała być całkowicie zakazana, to faktycznie nie mamy o czym rozmawiać, "prawniku".


Pan Olaf się już więcej nie odezwał, ale z drugiej strony, nie dostałem bana, więc nie poszło tak źle.


Z powyższej wymiany ćwitów można wywnioskować na czym Jerzy Kwaśniewski oparł swój wywód o „światowy standard”. Otóż, oparł go na tym, że w niektórych krajach kobiety są karane za (muszę capslocka uruchomić) NIELEGALNĄ aborcję. Niemniej jednak jest bardzo wielka różnica między karaniem za nielegalną aborcję w sytuacji, w której mają one dostęp do aborcji „na życzenie” do nastego tygodnia ciąży, a karaniem kobiet za nielegalną aborcję, w sytuacji, w której jest ona całkowicie zakazana. To jest tak oczywista oczywistość, że nawet prawnicy z Ordo Iuris musieli sobie zdawać z tego sprawę. Mimo tego, budowali swoją narrację, z której wynikało, że to „światowy standard”. Tego rodzaju fikołków jest znacznie więcej, ale pozwolę sobie zaprezentować wam jeszcze dwa. Tym razem w roli głównej wystąpi Jerzy Kwaśniewski. Pierwszy przypadek był na tyle spektakularny, że pan Jerzy wylądował na Asz Dzienniku, ale nie uprzedzajmy faktów. W październiku 2018 usiłowano (prawnie) zablokować Marsz Równości w Lublinie. Zaczęło się od tego, że wojewoda Przemysław Czarnek dokonał słownego zwymiotowania na mniejszości seksualne, a potem prezydent Lublina, Krzysztof Żuk wydał: „zakaz organizacji planowanego na 13 października Marszu Równości(...)”. Decyzja została uchylona przez sąd, zaś marsz się odbył. Bardzo nie spodobało się to nacjo-Sebixom, których musiała spacyfikować policja. Jerzy Kwaśniewski skomentował to w sposób następujący: „Na marginesie Marszu Równości w Lublinie.  Trzeba powiedzieć, że jego przebieg potwierdził obawy prezydenta Lublina i Wojewody Czarnka. Ustawa i Konstytucja pozwalają na zakaz manifestacji w imię bezpieczeństwa publicznego. Sąd Apelacyjny stworzył zagrożenie dla wielu osób”. W tym samym roku Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości (przyczyny, na które się powołała były podobne to tych, na które powołał się prezydent Lublina). Zakaz został uchylony przez sąd. Zanim sąd wydał taką, a nie inną decyzję, sprawę skomentował Jerzy Kwaśniewski: „Doszło do rażącego naruszenia Konstytucji. Zgromadzenie cykliczne odwołane przed jakimkolwiek naruszeniem prawa. Organ nadzoru nawet nie zweryfikował, jakie nadzwyczajne środki bezpieczeństwa planowało Stowarzyszenie Marsz Niepodległości”. Tak więc, rozumiecie: rażące naruszenie Konstytucji jest wtedy, gdy zakazuje się Marszu Niepodległości, bo jeżeli zakazuje się Marszu Równości, to wtedy „Ustawa i Konstytucja pozwalają na zakaz manifestacji w imię bezpieczeństwa publicznego”. Proste, prawda? W drugim przypadku szpagat był moim zdaniem niemniej spektakularny, ale tym razem zainteresowało się tym mniej osób. Chodzi o wyrok Trybunału Konstytucyjnego (który powinien zmienić nazwę na Trybunał Przyłębski, względnie Trybunał Kaczyński), który uchylił artykuł, w oparciu o który skazano Drukarza z Łodzi (za odmowę wykonania usługi „bo LGBT”). Drukarza, rzecz jasna, reprezentowało Ordo Iuris, tak więc po ogłoszeniu wyroku TK członkowie OI dość długo się poklepywali po plecach. Niecały miesiąc później (lipiec 2019) głośno zrobiło się o pewnej rządowej gadzinówce, która produkowała naklejki ze „strefami wolnymi od”. Po tym, jak Empik zdecydował, że jeżeli ta naklejka zostanie dołączona do gadzinówki, to nakład się w Empiku nie pojawi, Jerzy Kwaśniewski napisał na swoim ćwitrze: „Muszę przyznać, że pękam z dumy. Dzięki zaangażowaniu Ordo Iuris, dzisiaj szefostwo Empiku może cieszyć się wolnością gospodarczą w nieskrępowany sposób. Nie byłoby tej wolności, gdyby nie sprawa drukarza z Łodzi. A to jaki kto czyni ze swej wolności użytek, to już ich sprawa”. Pod spodem dopisał: „Oczywiście to trochę tak z poczuciem humoru ;) Nie znam okoliczności, w tym treści wiążącej umowy, ogólnych warunków (o ile takie funkcjonują), argumentacji Empiku. Rzecz w tym, że dzięki sprawie drukarza ten spór jest już tylko cywilny. Prawo karne nie ma już nic do niego”. Tutaj wszystko jest proste jak budowa cepa: dzięki Ordo Iuris Empik miał prawo „zbojkotować” Gazetę Polską i jeżeli wydawcy coś się nie podoba, to może iść do sądu cywilnego. Dwa miesiące później na portalu Ordo Iuris można było przeczyta artykuł pt.: „Cenzura prewencyjna w Empiku. Wycofanie „Gazety Polskiej” ze sprzedaży narusza Konstytucję”. Na końcu artykuł stało zaś, że: „Instytut Ordo Iuris analizuje możliwość podjęcia działań w związku z nagannymi praktykami Empiku m.in. na gruncie prawa prasowego oraz ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.”.  Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że OI nie chwali się, jak poszła ta walka z „nagannymi praktykami”, no ale to dygresja tylko. Wróćmy do meritum. Jak to możliwe, że najpierw Jerzy Kwaśniewski „puchł z dumy”, bo dzięki niemu Empik mógł zbojkotować Gazetę Polską, a dwa miesiące później okazało się, że to, co zrobił Empik było naruszeniem Konstytucji, cenzurą /etc.? Te pytania należy kierować do Ordo Iuris. To, że nikt (w domyśle, żadne medium) ich nie zadał, dobitnie świadczy o tym, że spora część ludzi nadal nie bierze na poważnie OI. Jest to cokolwiek absurdalne, bo mediom nie umknęło to, że w 2019 były założyciel Ordo Iuris dostał stołek w Sądzie Najwyższym. Nie wiem, jak wam, ale mnie się wydaje, że między pobłażliwym stosunkiem do OI (przez który żaden z członków instytutu nie został nigdy solidnie zgrillowany w mediach), a tym, że OI wchodzi sobie „gdzie chce”, jest jakiś związek. 


Gdzie jeszcze udało się dostać instytutowi? W miejsce, w którym żaden jego członek nie powinien się pojawić. W maju w mediach pojawiła się informacja, z której wynikało, że: „Rzecznik Praw Dziecka powołał pierwszego członka komisji ds. pedofilii. To ekspert z Ordo Iuris”. Decyzja ta spotkała się z oporem, ale ponieważ media mamy takie, a nie inne, poza lekkim oburzonkiem pt. „bo Ordo Iuris”, nikt nie dostarczył żadnego sensownego (tzn. takiego, który przemówiłby do suwerena) argumentu przeciw powołaniu „eksperta z Ordo Iuris” do tej komisji. Jak się zaraz przekonacie, takowy argument jest i będzie to argument z gatunku tych, po zapoznaniu się z którymi, człowiek mocno zaciska zęby. Wcześniej wzmiankowany zawiadowca profilu „To Nie Przejdzie” rzucił na ćwitra informacje, która była dla mnie tak absurdalna (w kontekście powołania „eksperta z Ordo Iuris” na takie, a nie inne stanowisko), że musiałem ją sam zweryfikować, bo choć mam zaufanie do tegoż zawiadowcy, to jednak ciężko mi było uwierzyć w to, co czytam. Weryfikacja nie zajęła mi zbyt dużo czasu, bo wystarczyła chwila z guglarką, żebym znalazł artykuł, po lekturze którego zachciało mi się rzygać (nie, „zrobiło mi się niedobrze”, to byłby eufemizm, a ja się nie będą bawił w eufemizmy). Artykuł nosił tytuł: „Polityk oskarża księdza, który go molestował w dzieciństwie. "Myślałem, że wykrztusi choć słowo: przepraszam””. W leadzie artykułu można było przeczytać: „To pierwsza taka sprawa w Polsce. Krystian Legierski, prawnik, lewicowy polityk, działacz LGBT i były radny warszawski, składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez księdza, który w dzieciństwie molestował go seksualnie. Oskarża go o składanie fałszywych zeznań w trakcie procesu o zniesławienie, który wytoczył mu duchowny. - On wciąż idzie w zaparte i kłamie w sądzie - mówi Onetowi Legierski.” Po przeczytaniu leadu momentalnie zacząłem się zastanawiać nad tym „ale o jaki proces o zniesławienie chodzi?”. W dalszej części tekstu znalazłem odpowiedź: „W międzyczasie ksiądz Jerzy, jako oskarżyciel prywatny, wytoczył proces Legierskiemu, zarzucając mu pomówienia i zniesławienie. Nie podobało mu się, że w swoich wpisach i wywiadach polityk określał go mianem "księdza-pedofila". Uznał też, że cała ta sprawa „poniżyła go w opinii publicznej oraz naraziła na utratę zaufania potrzebnego dla urzędu proboszcza parafii oraz posługi kapłana Kościoła katolickiego”. Co ciekawe, w tej sprawie reprezentował go prawnik Ordo Iuris (...)” Warto w tym miejscu zaznaczyć, że ksiądz Jerzy był na tyle winny, że nawet sąd diecezjalny uznał go winnym: „Postępowanie to na etapie diecezjalnym zakończyło się 8 czerwca 2017 r., uznaniem go za winnego popełnienia tych czynów. Duchowny złożył jednak odwołanie, w związku z czym sprawa została przekazana do Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie.” Nie wiem, jak się potoczyła sprawa odwołania, ale szczerze wątpię w to, żeby Watykan uchylił decyzję „miejscowych”. Jeżeli zaś chodzi o proces wytoczony Legierskiemu, to ksiądz-pedofil go przegrał. Podsumujmy to, co można wyczytać w artykule: Legierski opowiedział o tym, co go spotkało i nazwał swojego oprawcę pedofilem. W oprawcy wzburzyła się krew i uznał za stosowne pozwanie Legierskiego. W trakcie rozprawy reprezentował go członek Ordo Iuris. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie mnie oceniać, czy prawnik powinien brać sprawę księdza-pedofila pozywającego ofiarę. Niemniej jednak znamienne jest to, że reprezentował go członek skrajnie konserwatywnej organizacji, która stara się wszystkich przekonywać do tego, że duchowni, konserwatyści, ludzie wierzący/etc. są ofiarami nagonek. I znowuż, nie mnie oceniać, czy OI powinno reprezentować tego księdza. Jednakowoż, jeżeli instytut się na to zdecydował, to żaden z jego członków nie powinien mieć wstępu do jakiejkolwiek komisji, która będzie się zajmować walką z pedofilią. Co sobie bowiem pomyśli ofiara pedofilii, która zobaczy w takiej komisji uśmiechniętą twarz członka organizacji, która reprezentowała księdza pedofila, który (caps jest konieczny) POZWAŁ SWOJĄ OFIARĘ? Warto w tym miejscu wspomnieć, że jakiś czas temu „Do Rzeczy” wyprodukowało laurkę pod adresem Ordo Iuris, którą zatytułowano „adwokaci normalności”. No, ale to dygresja tylko. Czy tylko mnie się wydaje, że po tym, jak Rzecznik Praw Dziecka powołał do wcześniej wzmiankowanej komisji „eksperta z Ordo Iuris”, właśnie ta sprawa „pozwania” powinna pojawić się we wszystkich mediach, zaś RPD powinien się tłumaczyć z tego, czy wiedział o tym, kogo reprezentował jeden z prawników Ordo Iuris i miał to w głębokim poważaniu, czy też nie wiedział, bo nie sprawdził, choć był to jego obowiązek? Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Ordo Iuris powołało swój własny „Zespół ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży”. Powinienem to jakoś skomentować, ale chyba mi się nie chce, bo dopiero co jadłem.


Trochę wcześniej zasygnalizowałem, że w tekście zostanie poruszona kwestia Kremla. Nie jest tajemnicą to, że Ordo Iuris ma powiązania ze Światowym Kongresem Rodzin. Media wspominały o tym wielokrotnie i, o ile mnie pamięć nie myli, Ordo Iuris nikogo za to nie pozwało. Na stronie instytutu można przeczytać: „W ramach Światowego Kongresu Rodzin powstała inicjatywa sformułowania dokumentu programowego, który tworzyłby doktrynalny punkt odniesienia dla współpracy środowisk działających na rzecz rodziny. Jej efektem jest Światowa Deklaracja Rodziny. Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris został poproszony o dołączenie do grona organizacji, które poręczają treść tej deklaracji. Dokument jest już dostępny w internecie i każdy, komu zależy na wsparciu dla współczesnej rodziny, może go podpisać.”. Czemu wspominam o Światowym Kongresie Rodzin? Miło, że pytacie. Pozwolę sobie zacytować obszerny cytat książki Mashy Gessen pt. „Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji.”:


„Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy powstawał tam (w Moskwie) wydział socjologii, jego założyciele sięgali po kolegów po fachu z Zachodu, którzy znajdowali się z dala od liberalnego akademickiego mainstreamu. Jedną z tych osób był Allan Carlson, amerykański historyk, wykładający na ultrakonserwatywnym Hillsdale College w Michigan. Carlson był następcą Pitirima Sorokina, jednego z rosyjskich myślicieli wygnanych na Statku Filozofów w 1922. W jego bogatym dorobku znajdowało się apokaliptyczne ostrzeżenie o staczaniu się zachodniej cywilizacji i na tych właśnie ideach Carlson oparł swoje teorie. Napisał z pół tuzina książek, wszystkie ze słowem „rodzina” w tytule a w każdej twierdził, że rodzina to podstawa cywilizacji oraz jedyny klucz do przetrwania ludzkości. Carlson odwiedził Uniwersytet Moskiewski w 1995 roku, w którym nauki społeczne, ale także i wiele mediów zdominował kryzys demograficzny Rosji (…)


Wyjaśnienie Allana Carlsona było całkowicie odmienne – wczesna śmiertelność Rosjan jest pochodną osłabienia tego, co nazywał „naturalna rodziną”. W czasie swojej wizyty wraz z członkami wydziału socjologii postanowił zorganizować konferencję na temat tego, co Rosja oraz inne kraje mogą, żeby przetrwać atak na rodzinę prowadzony przez dekadencki Zachód. Konferencja, zorganizowana w Pradze w 1997 roku pod nazwą Światowy Kongres Rodzin, przyciągnęła prawie siedemset osób. Zachodni uczestnicy wywodzili się głównie z konserwatywnych organizacji religijnych, zmobilizowanych w walce przeciwko przyznawaniu większych praw gejom. Uczestnicy z Europy Wschodniej przybyli z nowo powstałych niezależnych państw narodowych – niektóre z nich były niewielkie, ale wszystkie borykały się ze zmianą kulturową i ekonomiczną – napędzała ich zatem egzystencjalna panika, Rosjan zresztą też.


Zainspirowani frekwencją, organizatorzy przekształcili Światowy Kongres Rodzin w trwała organizację poświęconą walce przeciwko prawom gejów, prawu do aborcji i przeciw studiom gender. Jej siedziba mieściła się w Illinois, jednak ośrodek duchowy był w Rosji, na wydziale socjologii Uniwersytetu Moskiewskiego. W ciągu następnej dekady, Rosjanie, którzy zaczęli jako uczniowie Carlsona, zostali w organizacji starszymi partnerami. Korzystając z poparcia rządu oraz Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, mogli dodać politycznego wsparcia całej strukturze.

(…)

W pierwszej dekadzie XXI wieku Światowy Kongres stworzył stanowiska dla osób, które nazwano ambasadorami – dla lobbystów przy różnych organizacjach międzynarodowych i europejskich, w tym USA Zajęcie to powierzono Rosjanom, którzy wykorzystywali powagę rosyjskiej delegacji, by organizować nieformalne koalicje domagające się antygejowskich inicjatyw oraz przeciwstawiające się poszerzaniu praw społeczności LGBT."



Tak okołotematowo. Polecam tę książkę każdemu, kto jest zainteresowany tym, co działo się w Rosji, ale uprzedzam, że książka jest momentami bardzo „ciężka”. Nietrudno w niej znaleźć odniesienia do naszej rzeczywistości. W Rosji przez moment zapanowało coś na kształt „obyczajowej odwilży”, ale owa odwilż się bardzo szybko skończyła, zaś „wszystkiemu winni byli geje”. Gessen opisuje to, co wyczyniają w Rosji bojówki skrajnie prawicowych organizacji (i robią to za przyzwoleniem władz). Nie będę się wdawał w szczegóły i napiszę jedynie, że punktem wyjściowym tego, co robią owe organizacje, było zrównanie homoseksualizmu z pedofilią. W Polsce owa odwilż trwa już od jakiegoś czasu, a społeczeństwo jest bez porównania bardziej tolerancyjne względem osób homoseksualnych, ale z tego wynika jedynie to, że fundamentalistyczne organizacje znacznie silniej starają się „uwstecznić” ten znienawidzony przez siebie postęp. Retoryka, której używają dziś polskie władze, odnosząc się do mniejszości seksualnych, nie różni się praktycznie w ogóle od retoryki, której używają władze Rosji. Wracając zaś do meritum. Wydaje mi się, że cytat nie wymaga specjalnego komentarza (ani żadnej „analizy prawnej”), bo jest on raczej z gatunku self-explanatory i wyjaśnia skąd się nagle wzięła cała kupa organizacji, które „walczą o dobro rodziny”.


Ja wiem, że rządy Zjednoczonej Prawicy mogą potrwać jeszcze jakiś czas, ale mam nadzieję, że po tym, jak przyjdzie jakaś „lepsza zmiana” odpowiednie służby, które trzeba będzie najpierw odbudować (proces ów pewnie trochę potrwa) pochylą się nad polskimi organizacjami, mającymi powiązania ze Światowym Kongresem Rodzin, bo na tym, że ustawiają nas one na kursie kolizyjnym z Zachodem zyskuje tylko i wyłącznie Kreml. Kilka dni temu, Krzysztof Bosak, powielający rosyjskie „dezinfo”, z którego wynikało, że Antifa organizuje zadymy w USA, grzmiał (na ile, rzecz jasna, Krzysztof Bosak może „grzmieć”), że powinno się wprowadzić: „zakaz zagranicznego finansowania lewicy”. Zażartowałem sobie na ćwitrze, że ciekaw jestem, jak Bosak zareagowałby na postulat zakazu zagranicznego finansowania prawicy i czy aby przypadkiem nie wzburzyłyby się w nim Krew i Honor. Czemu o tym wspominam? Ano temu, że służby powinny się również przyjrzeć skrajnie prawicowym organizacjom finansowanym z zagranicy oraz tym, które mają powiązania z zagranicznymi organizacjami neonazistowskimi i faszystowskimi (te organizacje same się tak określają, więc potencjalnych zwolenników prawdopośrodkizmu proszę o nie wzmaganie się). 


To, że państwo powinno chronić swoich obywateli przed działalnością fundamentalistycznych organizacji jest dla mnie oczywiste. Niemniej jednak nastąpi to nieprędko, a taki, na ten przykład Instytut Ordo Iuris działa już teraz. Czy można coś z tym zrobić? Owszem, można, ale wymagałoby to sporych nakładów finansowych, a mimo prawicowych narracji, w myśl których lewica (rozumiana, jako „wszystko co nie jest konserwatywną prawicą”) dysponuje nieograniczonymi finansami „bo Soros”, nie jest to prawda. Dawno temu napisałem, że lewica potrzebuje „swojego” Ordo Iuris. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że takiej organizacji potrzebują wszyscy obywatele, bo każdy może stanąć po „złej stronie” tej, czy innej analizy prawnej autorstwa Ordo Iuris. Poza ochroną obywateli takie Obywatelskie Ordo Iuris powinno zajmować się bullyingiem (rzecz jasna, całkowicie zgodnym z prawem), który wymierzony by był w tych, którzy teraz uprawiają bullying. Powinno produkować swoje własne analizy prawne, które rozbierałyby na czynniki pierwsze twórczość Ordo Iuris. Powinno monitorować działalność i wypowiedzi członków OI pod kątem możliwości popełnienia przestępstwa i pod kątem możliwości pozywania ich „na drodze cywilnej”. Do tej pory Ordo Iuris czuło się w sądach bardzo dobrze, ale to zmieniłoby się w momencie, w którym instytut zostałby zepchnięty do defensywy. Każda organizacja ma skończone moce przerobowe i to samo odnosi się do Ordo Iuris. Gdyby udało się doprowadzić do „zapchania się” Ordo Iuris, to organizacja ta stanęłaby przed wyborem: albo robi to, co teraz i zaniedbuje obronę samej siebie, albo odpuszcza część dotychczasowej działalności i skupia się na obronie  (dzięki czemu część obywateli nie musiałaby się obawiać Ordo Iurisowych SLAPPów). Fajnie by było, gdyby Obywatelskie Ordo Iuris zafundowało Instytutowi na Rzecz Kultury Prawnej to samo, co ów instytut zafundował studentom z UŚ, czyli wielogodzinne przesłuchania (powód by się na pewno znalazł i na pewno byłby zgodny z prawem). Co prawda ryzyko, że jakiś nieszczęsny stażysta/praktykant z OI, który zaczął czytać niniejszy tekst dotrwał do tego momentu, jest niewielkie, ale nie jest ono zerowe. Tym samym chciałbym takiej osobie przekazać, że jeżeli uważa, że to, co moim zdaniem powinno stać się udziałem Ordo Iuris (czyli bycie po przeciwnej stronie SLAPPów) jest niefajne, to niech się taki praktykant/stażysta zastanowi nad tym, czy fajne jest to, co robi jego organizacja.


Na sam koniec muszę się z wami podzielić swoimi dywagacjami w temacie tego, po co w ogóle PiSowi jest Ordo Iuris. Organizacja ta niemalże bez przerwy ściąga PiSowi na głowę problemy wizerunkowe. Czarny Protest, który spadł na głowy polityków Zjednoczonej Prawicy, był efektem działalności Ordo Iuris. Oburzenie na próby nowelizacji Ustawy o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie również. Takich przypadków było więcej (rzecz jasna nie były równie spektakularne co Czarny Protest, niemniej jednak były), a mimo tego PiS cały czas trzyma się Ordo Iuris i pozwala się rozpychać tej organizacji w przestrzeni publicznej. Tak wiem, część polityków Zjednoczonej Prawicy to fundamentaliści i oni traktują te wszystkie analizy OI, jak prawdę objawioną. Tak, wiem, część z nich to koniunkturaliści, którzy byliby gotowi przekonywać, że „Protokoły Mędrców Syjonu”, to autentyczny dokument i to, co w nim stoi, to szczera prawda. Owszem, ci ludzie tam są, ale jest tam na pewno trochę ludzi, którzy potrafią używać mózgu i na pewno dostrzegają to, do czego prowadzi działalność OI (i jemu podobnych organizacji). Na pewno dostrzegają to, że nie jest to kierunek, w który powinniśmy kierować kraj. Na pewno część z tych ludzi jest świadoma tego, że Prezydent RP wygaduje jakieś „duginowskie” brednie i że jest to retoryka bliźniaczo podobna do tej, którą raczy swoich obywatelki rząd rosyjski. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest apel do tych „rozsądnych” polityków Zjednoczonej Prawicy, bo ci już dawno temu udowodnili, że nie przeszkadza im kurs obrany przez „ciało decyzyjne”. Po prostu dziwi mnie to, że król jest tak bardzo nagi, bo ci ludzie obudzą się kiedyś z ręką w nocniku i nie będą mogli udawać, że „o niczym nie wiedzieli”. Tzn. udawać będą mogli, ale nic im z tego nie przyjdzie.



https://www.rp.pl/Plus-Minus/311039915-Szef-Ordo-Iuris-Karanie-kobiet-za-aborcje-to-swiatowy-standard.html

https://www.youtube.com/watch?v=UN8bJb8biZU












Link do mojej dyskusji z Panem Olafem z Ordo Iuris:

https://twitter.com/PiknikNSG/status/794573113614860289

Bio Pana Olafa:

https://ordoiuris.pl/olaf-szczypinski




https://www.tvp.info/43233459/karanie-za-odmowe-wykonania-uslugi-niekonstytucyjne-jest-wyrok-tk-w-glosnej-sprawie

https://twitter.com/jerzKwasniewski/status/1153362434935185409


https://oko.press/zalozyciel-ordo-iuris-wchodzi-do-sadu-najwyzszego-to-juz-drugi-aktywista-tej-formacji-w-sn/


https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/skuteczna-pomoc-ofiarom-naduzyc-seksualnych-ordo-iuris-uruchamia-zespol-ds

https://oko.press/od-anti-choice-do-pro-family-religijni-fundamentalisci-na-niebiesko-rozowo-swiatowy-kongres-rodzin/

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1756232,1,religijni-radykalowie-cwicza-w-polsce.read

Masha Gessen „Będzie to, co było – Jak totalitaryzm odradza się w Rosji”