Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarna Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarna Polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lipca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #128

 Z niniejszym Przeglądem się niespecjalnie śpieszyłem, bo postanowiłem poczekać kilka dni na „rozwój sytuacji” w kontekście fakapu prokuratury z immunitetem Romanowskiego. Ponieważ dalszy rozwój wypadków (póki co) nie nastąpił, pomyślałem sobie, że dość tego czekania, bo się mi znowu nawarstwią tematy.


Wstęp tego Przeglądu został osadzony w kontekście sprawy Romanowskiego, trzeba więc będzie ten kontekst wyjaśnić. Afera związana z traktowaniem Funduszu Sprawiedliwości jak prywatnej skarbonki Ziobrystów cięgnie się za Suwerenną Polską (a wcześniej za Solidarną Polską) od dłuższego czasu. Ponieważ „przez osiem ostatnich lat” łapę na prokuraturze trzymał Ziobro, nie było mowy o tym, żeby prokuratura zajęła się tym konkretnym wałem (nie zajmowała się również innymi, ale teraz skupiamy się na FS). Zawsze, ale to zawsze wyglądało to tak, że w którymś medium pojawiał się artykuł na temat tego, że pieniądze z FS są źle wydatkowane i na tym się sprawa kończyła, bo przecież o żadnym „prawnym” ciągu dalszym nie mogło być mowy. 15 października się było pozmieniało.

Potem zaś było tylko gorzej, bo okazało się, że Mraz nagrywał swoich kolegów i koleżanki (równolegle współpracując z prokuraturą). Od momentu, w którym nagrania zaczęły docierać do opinii publicznej wiadomo było, że część z SuwPolowców już niebawem będzie sobie mogła śpiewać piosenkę „Czarny chleb i czarna kawa”. Głównym bohaterem nagrań studia Mraz był Marcin Romanowski. Kwestią czasu było to, kiedy Romanowskiemu zostanie uchylony immunitet. Równie oczywiste było to, że będzie wniosek o areszt tymczasowy dla Romanowskiego, bo na nagraniach „Marcin i Przyjaciele” ustalali wspólne zeznania (khe khe, mataczenie, khe khe).


Gdy pojawiły się zapowiedzi pozbawienia Romanowskiego immunitetu, pojawiły się również informacje o tym, że Romanowski posiada drugi immunitet, albowiem jest członkiem Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy (PACE). Gdy tylko pojawiły się informacje o tym drugim immunitecie, zaczęła się dyskusja pt. „czy ten drugi immunitet faktycznie będzie działał”. W przysłowiowym międzyczasie Prokuratura Krajowa ogłosiła, że wszystko jest ogarnięte, oni mają dwie opinie prawne, z których wynika, że ten immunitet to jednak nie działa. Chyba nie trzeba dodawać, jaka była pointa tej historii, prawda?

Przyznam się szczerze, że miałbym więcej wyrozumiałości do prokuratorów, gdyby po prostu nie zdawali sobie sprawy z tego drugiego immunitetu. Ok, to nadal byłby fakap, ale jednak znacznie mniej spektakularny od tego, który nam prokuratura sprezentowała. Okazało się bowiem, że to fakap piętrowy. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, że prokuratura ogarnęła sobie opinie prawne na temat tego, że ten immunitet PACE to wcale nie obowiązuje i pyk, pora na CS-a. Potem wyszło na to, że było jeszcze „zabawniej” (zabawne by to było, gdyby nie kontekst). Otóż, polskie przedstawicielstwo przy PACE od czerwca wiedziało o tym, że Romanowski ma immunitet. Ja tam prawnikiem nie jestem i wydaje mi się, że w takim momencie jedynym sensownym wyjściem z sytuacji jest zwrócenie się do PACE po to, żeby ten immunitet uchylić. Gdybym tym prawnikiem był, pewnie bym doszedł do wniosku, że lepiej jest ogarnąć sobie jakieś opinie prawne, z których będzie wynikało, że ten wniosek nie jest potrzebny (PK miała opinie, które były niejednoznaczne [a z jednej z nich wprost wynikało, że orzecznictwo w takich sprawach jest liche, tak więc „na dwoje babka wróżyła”]). Prokuratorzy chyba zapomnieli o tym, że takie opinie nie są wiążące dla nikogo (a już na pewno nie są wiążące dla „zagranicy”). 

W tym miejscu poczynię pewną dygresję. Gdy tylko okazało się, że mamy do czynienia z fakapem, Roman Giertych (o którym jeszcze będzie w tym odcinku) wycofał się na z góry upatrzone pozycje i wyprodukował wpis, z którego wynikało, że on (razem z otoczeniem swoim) setki godzin pracował nad FS, a potem prokuratura wszystko zawaliła. Otóż, setki godzin (o ile nie więcej) nad tą aferą pracowali zwykli urzędnicy, którzy musieli ogarnąć całą tę stajnię Augiasza i odsiać rzeczy, które nie były wałami, od rzeczy, które wałami były. Jeżeli ktoś jest zdania, że to wszystko ogarnął Giertych, który nie spał nocami, bo przewalał tony dokumentów, byle tylko dorwać „tych złych”, to ja takiej osobie na drodze do szczęścia stać nie będę. Nawiasem mówiąc, nie zazdroszczę tym urzędnikom. Siedzieli nad tym nie wiadomo ile, a potem się okazało, że póki co (o tym też za moment) Romanowski będzie sobie po wolności chodził, bo się prokuraturze nie chciało ogarnąć tego, co ogarnąć powinna.

Zaraz po tym, jak zrobiło się głośno o tym fakapie, pojawiły się teorie spiskowe, z których wynikało, że, na ten przykład, pewnie jacyś prokuratorzy Ziobry tam w tym maczali palce. No i wszystko fajnie, ale z tą konkretną teorią spiskową jest jeden drobny problem. Wiemy o tym, że w MS był kret (a konkretnie, krecica), który wynosił informacje. Jednakowoż było również tak, że informacja o tym, że Mraz nagrywa swoich kompanów nie dotarła do tychże kompanów (bo gdyby dotarła, to nie byłoby żadnych nagrań, bo nikt z Mrazem by nie chciał rozmawiać). Gdyby przy tej sprawie kręcili się prokuratorzy od Ziobry, to posypałaby się ona znacznie wcześniej. Tzn. nadal byłyby całe tony dokumentów, które byłyby obciążające, ale nie byłoby stenogramów, na których towarzystwo od Funduszu Sprawiedliwości martwi się tym, że sprawa się rypnie.

Pojawiły się również wzmianki o tym, że tam coś nie do końca dobrze z tym PACE jest, bo ktoś tam list napisał, a oni szybko odpowiedzieli. Ok, ja to rozumiem, ale do tej sytuacji doszło tylko i wyłącznie dlatego, że prokuratura dała ciała. To zaś doprowadziło do sytuacji, w której Zjednoczona Prawica jest w swoim żywiole i może tłumaczyć, że to nie jest tak, że mamy typa, na którym ciążyć będzie 11 zarzutów i udział w zorganizowanej grupie przestępczej, nie nie nie, nic z tych rzeczy, to jest po prostu kolejny spór prawny i nic poza tym (dokładnie takiej samej argumentacji ZP używała gdy przejmowała Trybunał Konstytucyjny).  Co się zaś tyczy samego Romanowskiego, to w dużym uproszczeniu kupił sobie (w sumie to prokuratura mu kupiła) trochę czasu i nic więcej.

Na sam koniec tych rozważań Romanowskich zostawiłem sobie wzmianki humorystyczne (które byłyby znacznie bardziej zabawne, gdyby nie kontekst). Otóż, Romanowski i jego prawnik (który, cóż za przypadek, jest z Ordo Iuris) złapali wiatr w żagle i zapowiadają całe sterty pozwów (dla Bodnara ,dla Tuska, dla tego, kto zlecił wykonanie opinii prawnych [to jest najzabawniejsze moim zdaniem]/etc.). Prawnik Romanowskiego (Bartosz Lewandowski) rozpędził się tak bardzo, że zaczął opowiadać o tym, że jego klientowi to już nic nie grozi praktycznie, bo drugi raz nie można osoby zatrzymywać za to samo/etc. (pod wpisem wywiązała się dość długa dyskusja na ten temat, w trakcie której tłumaczono Lewandowskiemu, że trochę się zagalopował i że to nie będzie zbrodnia doskonała). Tenże sam Lewandowski nieco wcześniej na Eloneksie wrzucił argumentację, z której wynikało, że wszyscy się tak skupiają na tych paru nieprawidłowościach, a przecież poza tym Fundusz Sprawiedliwości działał dobrze. Jeżeli mam być szczery, to gdybym kiedyś popadł w kłopoty prawne, to chyba bym nie chciał, żeby mój adwokat musiał mnie bronić używając takiej argumentacji.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwererna!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

No dobrze, skoro jeden z istotniejszych tematów mamy za sobą, to możemy przejść do drugiego, którym jest utrącenie w Sejmie ustawy depenalizującej pomocnictwo w terminacji ciąży. Zabrakło bardzo niewiele głosów, ale jednak ustawa przepadła. Jednym z głosów, którego brakło, był głos Giertycha (o którym za moment będzie), ale skupianie się tylko i wyłącznie na nim jest cokolwiek bezsensowne. Prawda jest bowiem taka, że równie dobrze ustawę mógł poprzeć jakiś fajno-PiSowiec, których ponoć nie brakuje (a tak przynajmniej twierdzi alt-left). Przecież sam Morawiecki nie tak dawno temu opowiadał o tym, że on to w sumie był za tzw. „kompromisem aborcyjnym” i że jego zdaniem decyzja trybunału (czytaj: Kaczyńskiego) była błędem. Żaden z fajnoPiSowców się nie objawił w trakcie głosowania. Ustawy nie poparli również, ahem, „wolnościowcy” z konfy (do nich wrócimy nieco dalej, ale już w innym temacie). PSL również się nie popisał (acz było tam parę wyjątków). Cała Lewica poparła ustawę i prawie cała KO. Wyjątki w KO były trzy. Dwóch polityków, których nieobecność na głosowaniu była uzasadniona (jeden w szpitalu, drugi na wyjeździe służbowym) i Roman Giertych.

Giertych po prostu nie wziął udziału w głosowaniu (nie wsunął karty do czytnika). Mój podkastowy współprowadzący (otagował bym tu Doniesienia, ale nie mam pojęcia jak  algorytmy na to zareagują, więc się powstrzymam) stwierdził, że Giertych po prostu wbił Tuskowi nóż w plecy. Mnie ta teoria nie do końca grała, bo o ile jestem świadomy tego, że Giertych lojalny względem nikogo prócz siebie nie będzie, to cóż on miałby do ugrania na tej konkretnej zdradzie? Jeżeli Giertych ma plany ministerialne (a plotek cała masa jest o tym, że ma), to powinien raczej z Tuskiem żyć dobrze. Zamiast tego podpadł okrutnie, bo Tusk ręczył za niego własnymi słowami. Poza tym Giertych powinien doskonale zdawać sobie sprawę z tego, czym się kończy konflikt z Tuskiem (sporo polityków się o tym mogło przekonać. Np Rokita, Schetyna, albo Gowin).

Dopiero w trakcie pisania niniejszego przeglądu spłynęło na mnie olśnienie, acz stało się tak dlatego, że we łbie mi rezonowały słowa współprowadzącego, który mówił, że członkowie KO liczyli na to, że wystarczająco dużo PSL-owców się wstrzyma i ustawa przejdzie. Moim zdaniem na to samo liczył Roman Giertych. Obstawiał, że ustawa przejdzie bez jego głosu. Owszem, nadal byłoby to jechanie po bandzie (i wyłamywanie się z dyscypliny partyjnej), ale pretensje do niego byłyby bez porównania mniejsze niż te, z którymi mierzy się teraz. Sam Giertych zrobił to, co Giertych umie robić najlepiej, czyli po całej sprawie zaczął tłumaczyć, że tak właściwie to nic takiego się nie stało, bo... ustawa była źle skonstruowana (zezłomowały go za to prawniczki z FEDERY, które ze szczegółami opisały to, czemu Giertych [cóż za szok] mija się z prawdą). Gdyby ustawa faktycznie była wadliwa, to Giertych byłby pierwszym politykiem z klubu KO, który zwróciłby na to uwagę. Dzięki temu mógłby zapunktować u Tuska i opóźnić głosowanie nad ustawą, której popierać nie chciał. Jeżeli chodzi o Giertycha, to w tym miejscu mogę zapowiedzieć, że niebawem nagrywać będziemy odcinek poświęcony temu jegomościowi, (a ze swej strony mogę dodać link do mojej notki pt. „Nice Guy Roman”, którą napisałem w sierpniu 2023). Jeżeli zaś chodzi o samą ustawę, to Lewica i KO zapowiadają, że Sejm będzie nad nią głosował ponownie, a PSL zapowiada, że ponownie jej nie poprze. Innymi słowy: business as usual.

Przed momentem wspomniałem, że poruszę kwestię naszych swojskich „wolnościowców”. Otóż, konfiarze postanowili przyłączyć się do jednej z frakcji powstałych w Europarlamencie. Traf chciał, że jest to frakcja założona przez AfD. Warto w tym miejscu wspomnieć, że niecała konfa do nich przystąpiła. Przyłączyli się do nich tzw. Mentzenowcy. Nie przyłączyli się narodowcy (i Braun, którego nikt tam nie zaprosił). Jest to o tyle ciekawe, że jeszcze nie tak dawno temu to właśnie Bosak tłumaczył, że AfD w sumie nie jest wcale takie złe, bo tam są źli politycy, ale są też tacy, którzy są ok i że on się nie będzie wypowiadał źle o AfD bo to może źle wpłynąć na negocjacje. Jeżeli mam być szczery, to nie bardzo wiem, co się tam odBosakowało. Jeżeli Bosak nie chciał współpracować z AfD, to po co w ogóle były jakiekolwiek negocjacje? No chyba, że od początku było tak, że Bosak nie chciał, ale był dogadany z Uśmiechniętym Panem z Tik Toka, że nie będzie hejtował tej partii, żeby nie psuć mu negocjacji. W tym miejscu pragnę zauważyć, że przyjemnie się ogląda rozłamy i kłótnie na prawicy.

Ciekawi mnie natomiast to, jaki ta współpraca będzie miała wpływ na poparcie dla konfy. Z jednej bowiem strony, Mentzenowcy mogą się lansować i tłumaczyć, że dzięki temu, iż są w tej europartii mogą mieć wpływ na to, co dzieje się w europarlamencie (z racji tego, jak niewielka jest ta partia [25 europoslów], wpływ ten będzie raczej niewielki). Z drugiej jednakowoż strony w AfD nie brakuje rewizjonistów, którym się, na ten przykład, ta „nowa” granica na Odrze nie za bardzo podoba. Nie brakuje tam również ludzi, którzy z łezką w oku wspominają SS (Wehrmachtem się jarali już wcześniej) i mówią o tym, że przecież nie wszyscy SS mani byli źli. Jakoś tak się mi wydaje, że to może być dla konfy obciążenie wizerunkowe, bo nawet ciężkie szury mogą niezbyt przychylnym okiem zerkać na relatywizowanie działań pewnego austriackiego akwarelisty i jego podwładnych (którzy, jak powszechnie wiadomo, jedynie wykonywali rozkazy). Nie pomoże tu gadanie o tym, że w konfie są różne frakcje, no bo jakoś tak się składa, że wszystkie te frakcje startują z tego samego komitetu. Czas pokaże, jak to będzie wyglądało.

Skoro poruszony został przeze mnie temat środowisk skarpetosceptycznych, to trzeba wspomnieć o tym, kto pojawił się na odsłonięciu pomnika Rzezi Wołyńskiej w Domostawie. Sam pomnik reprezentuje Polską Szkołę Pomników w rodzaju surfującego na fali Karola Wojtyły, bądź też pomnika Karola Wojtyły z twarzą Mariusza Pudzianowskiego. Od tamtych różni się tym, że jest eufemizując nieco zbyt dosłowny (nie będę opisywał tego, co tam jest z obawy przed J.E, Algorytmem). O ile nie dziwi mnie chęć upamiętnienia Rzezi Wołyńskiej, to dziwi mnie to, że zdecydowano się na taki akurat pomnik. No, ale to tylko estetyczna dygresja. Na odsłonięciu pojawiła się większość polskich skarpetosceptyków, którzy potraktowali to jako okazje to robienia sobie śmiesznych fotek z gaśnicami. Ci sami ludzie, którzy doskonale się tam bawili, będą nas przekonywać do tego, że upamiętnianie Rzezi Wołyńskiej to dla nich Bardzo Ważna Sprawa. Ciekaw jestem, czy zdają sobie sprawę z tego, że swoim zachowaniem przypominają nastolatków, którzy robili sobie śmieszne fotki w piecach krematoryjnych w jednym z obozów zagłady. O ile nastolatków można jeszcze zrozumieć (bo nie każdy w tym wieku musi ogarnąć łbem to czym były wyżej wymienione obozy), to dorosłych ludzi, którzy zachowują się jak onuce pozujące do tych zdjęć, zrozumieć jest trudniej. Ich zachowanie jest o tyle durne, że sami w ten sposób pokazują, że temat Rzezi Wołyńskiej nie jest dla nich jakoś specjalnie istotny i że jest to po prostu kolejna okazja do lansowania się i pogadania ze znajomymi.

W przeciwieństwie do uśmiechniętych skarpetosceptyków, Ryszard Czarnecki nie miał zbyt wielu powodów do zadowolenia. Okazało się bowiem, że (nareszcie) spotkać go mogą prawne konsekwencje wyłudzenia z Europarlamentu 200 tysięcy euro. Tak, chodzi o sprawę kilometrówek. Ponieważ wraz z pierwszym posiedzeniem Parlamentu Europejskiego Czarnecki przestał być europosłem, zostaną mu przedstawione zarzuty. Sam Czarnecki miał na ten temat do powiedzenia tyle, że w sumie to nie wiadomo o co w tym chodzi, bo przecież on te pieniądze oddał, a poza tym pomylili się jego asystenci. Miejcie to w głowie, gdy będziecie czytać fragment z artykułu opublikowanego na Oko Press (sprzed trzech lat):


PO ZWRÓCENIU się do posła o wyjaśnienia, PE podjął decyzję o odzyskaniu nienależnie wydanych pieniędzy (wydatki na zwrot kosztów podróży nie są zgodne z wewnętrznymi przepisami dotyczącymi wykorzystania dodatków). Europoseł został powiadomiony o decyzji i przystąpił do zwrotu kosztów" - poinformował Parlament Europejski 10 kwietnia 2021 w odpowiedzi na zapytanie TVN24.

Ryszard Czarnecki - europoseł Prawa i Sprawiedliwości od 2004 roku - miał przekazywać PE sprawozdania finansowe, w których wykazywał m.in. podróże służbowe między Brukselą a Jasłem. Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) ustalił, że europoseł nie mieszkał w Jaśle, a w Warszawie. Kilometrówkę - dodatek na podróże - miał zatem każdorazowo powiększać o 340 km.


Śledczy OLAF oprócz kilometrówek zbadali liczne przejazdy Czarneckiego samochodami, które nie należały do niego. Właściciele aut zaprzeczyli, by pożyczali je posłowi.”

Ja rozumiem, że któryś asystent mógł nie ogarniać geografii Polski i mu się mogło pomylić Jasło z Warszawą (dobrze, że nie mieliśmy do czynienia z odwrotną sytuacją, bo gdyby poseł dojeżdżał do PE z Jasła, a zwracano by mu kasę za dojeżdżanie z Warszawy, to przecież byłby na tym stratny i musiałby dokładać do tego interesu). Ale nie bardzo rozumiem, jak to jest, że mylili się całymi latami. No dobra, pożartowałem sobie, a teraz na serio. Nie ma szans na to, żeby ktokolwiek pomylił się aż tyle razy. Ok, raz czy dwa można by się było pomylić (o ile wypełniałoby się dokumenty „na małpę”), ale żeby wyciągnąć 200 tysięcy euro, to się już trzeba było „mylić” bardzo często.  


Aczkolwiek nawet te nadmiarowe setki kilometrów (przy każdym przejeździe) bledną przy jeździe cudzymi autami. To już na odległość śmierdzi wałem, bo gdyby ktoś się pomylił, to przecież taka pomyłka oznaczałaby to, że wpisał nie to auto, co trzeba. Gdyby doszło do takiej omyłki, to przecież bezproblemowo by się dało ją udowodnić (czytaj: nie jechałem tym autem, tylko innym, o numerze rejestracyjnym/etc./etc.). Przypomnijmy sobie w tym momencie, jak wyglądało to „wyjaśnianie omyłki” przez Czarneckiego: Czarnecki nie próbował niczego wyjaśniać tylko oddał pieniądze. Ja tam co prawda nie jestem europosłem, ale wydaje mi się, że gdyby było tak, że coś było efektem pomyłki, to wolałbym pomyłkę wyjaśnić, zamiast bulić 200 tysięcy euro.

Już samo to, że pieniądze zostały zwrócone, było (de facto) przyznaniem się do winy. W kraju nie rządzonym przez Zjednoczoną Prawicę, Czarneckim zainteresowałaby się prokuratura. No ale Polska była krajem rządzonym przez partię Kaczyńskiemu, więc Czarneckiemu włos z głowy nie spadł. Dla Ziobry była to kolejna karta przetargowa, której mógł użyć w trakcie negocjacji z Kaczyńskim. A teraz przyjdzie pora za to odpowiedzieć przed sądem. Prokurator zapowiedział, że to, że Czarnecki zwrócił pieniądze na pewno będzie miało wpływ na wymiar wnioskowanej kary. Niemniej jednak, jakąś karę Czarnecki wyłapie.


I tym optymistycznym akcentem zakończę powyższy Przegląd.


Źródła:

Romanowski:

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2024-07-15/marcin-mastalerek-w-gosciu-wydarzen-7/

https://wyborcza.pl/7,75398,31145313,zatrzymanie-romanowskiego-pokazowa-akcja-nie-byla-do-niczego.html

https://oko.press/co-dalej-z-marcinem-romanowskim-zarzuty-drugi-immunitet

https://x.com/Gruca_Radoslaw/status/1813548417899024853

https://x.com/GiertychRoman/status/1813333753072378167

Obrońca Romanowskiego:

https://x.com/BartoszLewand20/status/1813476666540163349

Złomowanie Giertycha:

https://x.com/FEDERApl/status/1812177944493916392

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2023/08/nice-guy-roman.html

https://dorzeczy.pl/opinie/611442/rozlam-w-konfederacji-bosak-nie-jestem-z-tego-zadowolony.html

https://www.dw.com/pl/bulwersuj%C4%85ce-s%C5%82owa-o-ss-afd-zrywa-z-g%C5%82%C3%B3wnym-liderem/a-69149404

https://oko.press/unijni-sledczy-podejrzewaja-ze-ryszard-czarnecki-wyludzil-pieniadze-z-parlamentu-europejskiego

https://oko.press/unijni-sledczy-podejrzewaja-ze-ryszard-czarnecki-wyludzil-pieniadze-z-parlamentu-europejskiego

https://oko.press/czarnecki-musi-zwrocic-parlamentowi-europejskiemu-nawet-100-tys-euro

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-ryszard-czarnecki-uslyszy-zarzuty-nowe-informacje-rmf-fm,nId,7653218#crp_state=1

czwartek, 11 lipca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #126-127

Niniejszy (podwójny ze względu na obsuwę spowodowaną prozą życia) Przegląd zaczniemy od tematu, który jest obiektywnie dość zabawny. Otóż, samodzielną większość w sejmiku małopolskim zdobył w ostatnich wyborach PiS (co w sumie dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem). Wydawać by się mogło, że w takich okolicznościach przyrody wybór marszałka województwa będzie czystą formalnością. Tak, wiem, w międzyczasie PiS stracił sejmik podlaski, ale tam „punkt wyjścia” był nieco inny, bo po wyborach okazało się, że PiS nie ma samodzielnej większości (a potem się okazało, że PiSowi zrobiono Kałużę à rebours). W sejmiku małopolskim sytuacja była zupełnie inna, bo PiS ma w nim 21 z 39 mandatów.

Jak się zapewne domyślacie wspominam o tym dlatego, że o tymże sejmiku było ostatnio bardzo, ale to bardzo głośno. Okazało się bowiem, że pomimo posiadania samodzielnej większości, PiS nie był w stanie (mimo wielokrotnych prób) powołać marszałka. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że kandydatem był wskazany przez Jarosława Kaczyńskiego Łukasz Kmita.  Po wielu próbach PiSowi udało się wreszcie (przypominam, mieli samodzielną większość) wybrać marszałka, ale nie był nim Jarosławowy nominat, został nim Łukasz Smółka.

Piotr Gliński całą tę sprawę skomentował w następujacy sposób : „Jarosław Kaczyński ograł Donalda Tuska w MałoPOLSCE! Zgodnie z wolą wyborców. Gratulacje dla obu Łukaszów!”. W tym miejscu należy się wam odrobina wyjaśnienia. Gdy o małopolskim sejmiku zrobiło się głośno, media zaczęły snuć rozważania na temat tego, czy tam przypadkiem nie dojdzie do zmiany warty (tak, jak to miało miejsce w sejmiku podlaskim). Ja się wam przyznam, że gdy tylko zobaczyłem artykuł Kamili Baranowskiej, w którym tłumaczyła ona, że „Tusk ma plan”, to nabrałem pewności w kwestii tego, że PiS marszałka wybierze. O ile jestem w stanie uwierzyć w to, że „druga strona” mogła zwęszyć okazję i próbować coś ugrać, to pewnie robiono to bez specjalnego przekonania (tl;dr gdyby udało się kogoś PiSowi podebrać, to pewnie wszystko rozstrzygnęłoby się błyskawicznie, tak jak w sejmiku podlaskim).

No dobrze, to czemu tak w ogóle Gliński napisał coś takiego? Ano temu, że to jest przekaz skierowany do betonu partyjnego. Betonowi jakoś trzeba było wyjaśnić przyczyny, dla których PiS nie mógł sobie sam wybrać marszałka (i niewiele brakło, a doprowadziłby do przedterminowych wyborów do sejmiku [gdyby nie udało się ogarnąć kwestii marszałka do 9 lipca, to tak by się to właśnie skończyło]). Prawdy betonowi nie można było powiedzieć (pożarliśmy się ze sobą i był przypał), bo nawet beton mógłby po czymś takim mieć chwile zwątpienia. O wiele lepiej było wrzucić narrację „to nie nasza wina, to Tusk mieszał” (grunt pod narrację przygotowywał między innymi artykuł Baranowskiej), bo taką narrację beton przyjmie bezproblemowo, albowiem beton jest wyuczony tego, że jeżeli nie wiadomo czemu coś się stało, to pewnie się stało dlatego, że Tusk (albo Niemcy, Bruksela, oszalałe lewactwo/etc.).

Teraz zaś przejdziemy do tematu, który zabawny żadną miarą nie jest. Otóż, jakiś czas temu okazało się, że PSL to może i poprze ustawę o związkach partnerskich, ale jeżeli nawet, to nie ma być mowy o zmianie nazwisk, przysposobieniu dzieci i jakichkolwiek uroczystościach w USC. Zanim przejdę do meritum, pozwolę sobie na krótką dygresję. Z tymi związkami partnerskimi to jest tak, że ten zamysł powstał dlatego, że mamy w naszym kraju spór w doktrynie w kwestii tego, czy w konstytucji zapisano nam to, że małżeństwa mogą być jedynie heteryckie, czy też mogą być również jednopłciowe. Co prawda, najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby ogarnięcie tego wpisu w konstytucji, ale tego, bez większości konstytucyjnej (bądź też bez referendum) ogarnąć się nie da. W naszych zaś okolicznościach przyrody oznacza to tyle, że nie da się tego ogarnąć w dającej się przewidzieć przyszłości.

Ponieważ mamy ten spór w doktrynie i ponieważ mamy również „polski konserwatyzm” (nie mylić z konserwatyzmem), pojawił się pomysł, że jeżeli nie będzie się tego nazywać małżeństwami, to jakoś się to ogarnie. No i się z tym tematem bujamy już od paru kadencji (z przyczyn takich, że polski konserwatyzm). No dobrze, wróćmy do PSLu. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że zapewne kolejnym ich krokiem będzie zadbanie o to, żeby przy okazji każdej nie-uroczystości w USC, w trakcie której zawierany będzie związek partnerski (nieheterycki, rzecz jasna), obecny był ktoś z PSLu, kto będzie mógł splunąć na podłogę i powiedzieć „to nie po chrześcijańsku”. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że nie do końca rozumiem proces decyzyjny, który stał za taką, a nie inną „strategią komunikacyjną”. Z punktu widzenia prawicowego betonu głosowanie za związkami partnerskimi to zdrada Polski/etc., nie ma tu znaczenia to, że Kosiniak-Kamysz co prawda będzie za tym głosował, ale nie będzie się cieszył (albowiem zdrada, to zdrada, Stregoborze...). Jedyne, co w ten sposób PSL osiągnął to to, że z jednej strony będzie krytykowany przez prawicowy beton, a z drugiej przez prawie każdego, kto ma choć odrobinę RiGCzu. O ile w przypadku betonu to nie jest specjalny problem (bo choć PSL się do niego mizdrzy, to ów beton nigdy na PSL nie zagłosuje), to już denerwowanie potencjalnego elektoratu wydaje się być przedsięwzięciem cokolwiek nieprzemyślanym.

Skoro już przy temacie małżeństw jesteśmy to przeskoczymy na moment w rejony tych, które można w Polsce zawierać. Otóż, ponoć powstał zamysł, który ma sprawić, że w przypadku rozwodu bez orzeczenia o winie (i o ile dobrze zrozumiałem artykuł RzePy, w grę nie wchodzi kwestia opieki nad dziećmi) będzie można taki rozwód przeprowadzić u notariusza lub w USC. Wydawać by się mogło, że jest to dobry pomysł, ale Umiarkowani Konserwatyści z Klubu Jagiellońskiego mają inne zdanie na ten temat i już przestrzegają przed tym projektem i tłumaczą, że taki projekt to o wiele większe zagrożenie od projektu o związkach partnerskich. Po pierwsze, zabawnym znajduję fakt, że zwolennicy wolności (na płaszczyźnie deklaratywnej rzecz jasna) wychodzą z założenia, że obywatel jest na tyle durny, że jeżeli będzie chciał się rozwieść, to trzeba mu ten rozwód maksymalnie utrudnić. Po drugie, ciekaw jestem jakież, ach jakież są te długofalowe konsekwencje rozwodów, bo choć KJ wspomina o tym, ekhem, „zagrożeniu”, to jakoś tak się nie złożyło, żeby wspomnieli o co tak właściwie chodzi. Po trzecie, nigdy dość przypominania, że Klub Jagielloński przez jakiś czas był uznawany za „tych rozsądnych Konserwatystów”.

UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Od tematu „tych rozsądnych konserwatystów” możemy przejść do tych, o których od początku było wiadomo, że rozsądni nie są, czyli do Ordo Iuris. Jakie Ordo Iuris jest każdy widzi, jednakowoż po lekturze artykułu na ich zaprzyjaźnionym portalu „Do Rzeczy” odniosłem wrażenie, że szorowanie po dnie przez Ordo Iuris jest teraz znacznie bardziej spektakularne, niźli było wcześniej. Ale, jak to mawiał Wołoszański, „nie uprzedzajmy faktów”. Na wyżej wymienionym portalu pojawił się artykuł o łamiącym tytule: „Ordo Iuris: Genderowa umowa przyjęta przez Sejm”. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu, żeby wyjaśnić kontekst tegoż:


„Sejm zdecydowaną większością głosów zadecydował o przyjęciu ustawy, w której zawarto zgodę na ratyfikację Umowy o partnerstwie między Unią Europejską a Organizacją Państw Afryki, Karaibów i Pacyfiku, znaną jako umowa Post–Kotonu. Jest to traktat dotyczący współpracy gospodarczej i handlowej, mający zastąpić wcześniejsze porozumienie, przyjęte w 2000 roku.”. Ktoś może powiedzieć, „no dobrze, ale gdzie tu gender? I ja takiej osobie odpowiem kolejnym cytatem: „Umowa zawiera szereg kontrowersyjnych ideologicznych postanowień odnoszących się m.in. do ideologii gender (...)”

Zanim przejdę do gęstego wspomnę jeszcze o tym, że za ratyfikacją tej umowy zagłosował praktycznie cały PiS. Ok, skoro tę konkretną dygresję mamy już za sobą, idźmy dalej. W tym miejscu potrzebny jest disclaimer: odstawcie płyny, albowiem nie jesteście przygotowani na to, co za moment nastąpi. Gdy doszedłem do genderowego fragmentu w artykule „Do Rzeczy”, uznałem, że ja to muszę zobaczyć „u źródła”, bo brzmiało to po prostu zbyt absurdalnie. Ja wiem, że jak się jest prawicowcem, to się można zafiksować na „genderze” w stopniu znacznym, ale nawet mając to na uwadze (uwaga capslock) NIE BYŁEM PRZYGOTOWANY:

„Termin gender pojawia się w tekście umowy ponad 60 razy w wielu różnych konfiguracjach, takich jak m.in. „równość genderowa” (gender equality), „perspektywa genderowa” (gender perspective), „przemoc i dyskryminacja oparta na gender” (gender-based violence and discrimination), „uprzedzenie ze względu na gender” (gender bias) czy „stereotypy oparte na gender” (gender stereotypes). Na mocy art. 1 ust. 3 pkt a, celem porozumienia jest „propagowanie, ochrona i przestrzeganie praw człowieka, zasad demokracji, praworządności i dobrych rządów, zwracając szczególną uwagę na równość genderową” (gender equality).”

Ja tam co prawda specjalistą ds. języka angielskiego nie jestem, ale wydaje mi się, że słowo „gender” czasem bywa przetłumaczalne (np. gender equality – równość płciowa), a czasem nie (gender studies). Tutaj mamy do czynienia z tą pierwszą kategorią. Skąd o tym wiem? Ano stąd, że jak się znajdzie tę umowę po polsku, to tam słowo „gender” nie występuje. Innymi słowy, Ordo Iurisy wynorały sobie anglojęzyczną wersję tej umowy, podliczyli „gendery” i straszą. Jeżeli zaczęliście się zastanawiać nad tym, jak to możliwe, że na temat tej umowy było tak cicho, to już wam tłumaczę: za jej ratyfikacją głosował prawie cały PiS, tak więc publikatory należące do tej partii nie wrzucały w debatę publiczną genderowych chochołów. Niestety, nie możemy zatrzymać karuzeli śmiechu, bo jeżeli sobie sprawdzimy poprzednie „analizy prawne” OI dotyczącej tej konkretnej umowy, to tam jakoś się dało tę równość płciową po polskiemu napisać. Tak na lewacki rzut oka wygląda to trochę tak, jak gdyby Ordo Iuris szukało tematów na siłę.

Ponieważ poruszyłem kwestię „szukania tematów na siłę”, to naturalną konsekwencją będzie udanie się w stronę najnowszych prawicowych narracji, z których wynika, że w Polsce stosowane są tortury. Póki co, mamy do czynienia z dwiema ofiarami. Pierwszą z nich miał być ksiądz Olszewski (egzorcysta salcesoniarz), a drugą jedna z urzędniczek zajmujących się Funduszem Sprawiedliwości. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że służby mundurowe (i nie tylko mundurowe) w naszym kraju mają tendencję do srogiego przeginania. I ja nawet byłbym skłonny uwierzyć w to, że ktoś mógł tego księdza źle potraktować (aczkolwiek późniejsze zamieszanie narracyjne i tłumaczenie „co ksiądz miał na myśli”, sugeruje, że była to nie do końca przemyślana strategia komunikacyjna), ale po tym, jak się okazało, że „torturowano” kolejną osobę, związaną z wałami z Funduszem Sprawiedliwości, jakoś tak niespecjalnie mi się chce wierzyć w te prawicowe narracje. Wygląda to tak, jak gdyby Zjednoczona Prawica szykowała podkładkę pod martyrologiczną strategię komunikacyjną pt. „prześladują nas”.

Jednym z elementów tej martyrologicznej strategii komunikacyjnej było np. budowanie narracji, z której wynikało, że może by i księdza salcesoneusza wypuścili z aresztu tymczasowego, ale posiedzenie odwoławcze (czy jak to tam się nazywa) prowadził sędzia, który dawno temu był wiceministrem w rządzie Tuska. Podobnym tropem poszli autorzy narracji budowanych dookoła cierpiącej urzędniczki: prokuratura złożyła wniosek o przedłużenie AT, a jej tego nie dostarczono i nie zdążyła się do tego odnieść przed posiedzeniem sądu. I wszystko fajnie, ale w Polsce to jest tak, że jak już komuś to AT przypną, to odwołania są skuteczne w jakichś 4.2% przypadków (dane z 2022 roku). Gwoli ścisłości: pretensji do adwokata tej urzędniczki (bo to on o tych łamiących rzeczach opowiadał) mieć nie można: on robi to, co powinien robić adwokat. Niemniej jednak może mnie zniesmaczać to, że prawicowcy porównywali Olszewskiego do Poczobuta. Jeżeli tak dalej pójdzie, to po pierwszym wyroku skazującym zaczną wyroki skazujące na więzienie (a pewnie z takimi będziemy mieli do czynienia) porównywać do mordów sądowych z czasów stalinowskich.

Warto w kontekście księdza i tej urzędniczki (siedzą w AT za to samo) wspomnieć o tym, że cała ta inwestycja była na tyle śmierdząca, że na nagraniach Mraza mogliśmy usłyszeć (albo przeczytać ze stenogramów), że Marcin Romanowski zastanawiał się głośno nad tym, jak tu się wymiksować z tej całej sprawy.

Tematyka ponoszenia konsekwencji swoich własnych czynów prowadzi nas do kolejnego, tym razem zbiorczego tematu, który opiszę bardzo skrótowo. Chodzi o uchylanie immunitetów. Pod koniec czerwca Michał Woś stracił immunitet (sprawa zakupu Pegasusa). Również pod koniec czerwca okazało się, że prokuratura chce uchylenia immunitetów sędziowskich sędziom-hejterom (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w zależności od tego, w którym medium się przeczyta news, albo jest ich dwóch, albo czterech [ale Piebiak występuje w każdej z tych konfiguracji]). Wspominałem już o tym, że z immunitetem pożegnać się może również Marcin Romanowski. Teraz można zrobić mały follow up: prokuratura twierdzi, że ów przemiły jegomość miał świadomość działania w zorganizowanej grupie przestępczej. To są, moi drodzy, zupełnie inne paragrafy, niż jakaś tam niegospodarność (jeżeli ktoś chce, to może sobie wyszukać posiedzenie komisji, na której prokuratura mówiła te rzeczy i obserwować to, jak bardzo niepewną minę miał wtedy Romanowski). Takich sytuacji będzie moim zdaniem coraz więcej, bo jak się przez osiem lat systemowo unikało odpowiedzialności za zachowania nie-do-końca-zgodne-z-prawem, to się ich trochę nazbierało. Póki co, odpowiedzialność spotyka osoby powiązane z partią Ziobry, ale jak się zacznie kopanie przy PFN/etc., to zrobi się tam na pewno bardziej Zjednoczono-Prawicowo. Edycja: już po napisaniu tego kawałka okazało się, że jeżeli chodzi o immunitety sędziów, to są dwie osobne sprawy. Pierwsza była związana z „sędziami hejterami”, a druga z ukrywaniem dokumentów/etc. 

Na sam koniec tego (podwójnego, choć upakowanego tematami) Przeglądu zostawiłem sobie dwie kwestie. Obie związane z rynkiem nieruchomości. Pierwszą z tych kwestii będzie wypowiedź ministra Krzysztofa Paszyka, który w trakcie wywiadu na temat rynku nieruchomości powiedział był: „Dysponujemy badaniami, z których wynika, że respondenci główny problem widzą w braku zdolności kredytowej, a nie w cenie metra kwadratowego mieszkania”. Ja tam co prawda specjalistą ds. rynku nieruchomości nie jestem, ale odnoszę wrażenie, że to, czy ktoś ma wystarczającą zdolność kredytową, żeby sobie kupić mieszkanie może mieć jakiś związek z ceną za metr kwadratowy tegoż.

O ile w przypadku wyżej wymienionej wypowiedzi mogliśmy mieć do czynienia z nie do końca przemyślaną próbą przemycenia narracji, z której by wynikało, że pomysł wpompowania pieniędzy  w banki (czytaj „kredyt 0%”) wcale nie jest taki zły (no bo jeżeli nawet się ceny zwiększą, to przecież nam tu pan minister wytłumaczył, że to żaden problem), to druga kwestia jest o wiele poważniejsza. Sejm (głosami KO [przeciw odrzuceniu głosowali: Nowacka, Sterczewski i Tracz] i TD i konfy) odrzucił tzw. ustawę antyflipperską. Jeżeli ktoś nie wie, co to takiego ten flipper, to ja już w skrócie wyjaśniam: to taki jegomość, który skupuje mieszkania sporo poniżej ich wartości, a potem (czasem po jakimś bieda-remoncie) sprzedaje je z zyskiem. Przeważnie wykorzystuje się w ten sposób niewiedzę sprzedających w kwestii tego, ile może kosztować mieszkanie. Ale na tym się sprawa nie kończy. Nawet, jeżeli sprzedający trochę ogarnia, to się mu zaczyna tłumaczyć, że panie, tutaj to trzeba remont zrobić taki jak stąd do Ameryki, to pan musisz spuścić z ceny.


W ustawie, którą uwalono stało, że co prawda ktoś taki może sobie w krótkim czasie zbyć mieszkanie, ale zapłaci od tego podatek. Okazało się, że tego rodzaju projekt ustawy to zbyt wiele. Na uwagę zasługuje fakt, że w trakcie debaty nad tym projektem wypowiadała się na jego temat posłanka Jachira, która tłumaczyła, że to, że ludzie handlują mieszkaniami to wina PiSu, bo to przez rządy partii Jarosława Kaczyńskiego w doszło w Polsce do tego, że jedyną bezpieczną inwestycją są mieszkania. Aż by się chciało sparafrazować klasyka: bardzo pani dziękuję za tę garść bezcennych informacji ale..  


Źródła:

https://x.com/PiotrGlinski/status/1808939090844528880

https://wydarzenia.interia.pl/malopolskie/news-opozycja-wykiwala-pis-zwrot-w-malopolsce,nId,7622097

https://oko.press/na-zywo/na-zywo-relacja/zwiazki-partnerskie-wedlug-psl-bez-przysposobienia-bez-wspolnego-nazwiska-bez-uroczystosci

https://dorzeczy.pl/kraj/608148/psl-poprze-ustawe-kotuli-kosiniak-kamysz-zmienia-zdanie.html

https://www.rp.pl/prawo-rodzinne/art40645171-rozwod-u-notariusza-lub-przed-urzednikiem-usc-resort-bodnara-ma-smialy-plan

Wzmożenie KJ:

https://www.facebook.com/story.php?story_fbid=862048429299793&id=100064839306733&rdid=DMtw8xtxym3G1PzS

https://dorzeczy.pl/kraj/606393/ordo-iuris-genderowa-umowa-przyjeta-przez-sejm.html

https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/genderowa-umowa-przyjeta-przez-sejm

https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/czesc-krajow-organizacji-panstw-afryki-karaibow-i-pacyfiku-odmowila-podpisania

https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/genderowa-umowa-przyjeta-przez-rade-ue-polska-w-obronie-prawa-do-zycia-i

Tu sobie można wszystkie „analizy prawne” OI wyszukać na temat tej umowy:

https://ordoiuris.pl/search/node?keys=kotonu

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-sluzba-wiezienna-ostrzega-po-publikacjach-o-ks-olszewskim-kr,nId,7631866

https://gpcodziennie.pl/824978-urzedniczki-zatrzymane-razem-z-ksiedzem-tez-byly-torturowane.html

https://x.com/sjkaleta/status/1784822314816713185

https://www.gov.pl/web/prokuratura-krajowa/sprawozdania-i-statystyki

https://tvn24.pl/polska/nowe-tasmy-tomasza-mraza-i-marcina-romanowskiego-dotycza-fundacji-profeto-st7933385

https://tvn24.pl/polska/nowe-tasmy-tomasza-mraza-i-marcina-romanowskiego-dotycza-fundacji-profeto-st7933385

https://oko.press/pilne-zarzuty-dla-piebiaka-i-radzika-za-afere-hejterska

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,31129134,prokuratura-chce-uchylenia-immunitetu-czterem-sedziom-chodzi.html

https://www.money.pl/banki/burza-w-sieci-po-slowach-ministra-cena-mkw-nie-jest-glownym-problemem-7044388426885952a.html

https://www.rp.pl/regulacje-prawne-i-przepisy/art40731521-sejm-odrzucil-projekt-ustawy-antyfliperskiej-czy-to-konczy-temat

poniedziałek, 17 czerwca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #124

Co prawda zapowiadałem ten Przegląd na sobotę, ale zachowawczo użyłem słowa „najprawdopodobniej”, tak więc wszystko jest w porządku. Z góry uprzedzam, że w niniejszym Przeglądzie nie będę poruszał kwestii wyborów do Europarlamentu, albowiem uznałem, że wybory te zasługują na oddzielny tekst, który postaram się napisać i opublikować przed następnymi wyborami do Europarlamentu. Jeżeli jest coś, co odróżniało te wybory od praktycznie wszystkich poprzednich to to, jak bardzo Zjednoczona Prawica nie przejmowała się ciszą wyborczą (agitacją zajmowała się nawet Kancelaria Prezydenta). To napisawszy, pozwolę sobie przejść do tematów niezwiązanych z wyborami.

Jakiś czas temu Prezydent Andrzej Duda po raz kolejny zabłysnął byciem Prezydentem Andrzejem Dudą i zawetował ustawę, dzięki której język śląski zostałby uznany za język regionalny. W związku z powyższym wetem wywiązała się w debacie publicznej dyskusja i jeżeli mam być szczery, to argumenty, które mają przemawiać za wetem są (przynajmniej dla mnie) całkowicie nieprzekonujące. Andrzej Duda twierdzi, że on nie może tego podpisać, bo jakby podpisał, to potem przedstawiciele innych grup regionalnych też by mogli chcieć, żeby ich języki zostały uznane za języki regionalne. I tak sobie myślę, że prezydentowi warto by było w kontekście powyższej wypowiedzi zadać jedno, bardzo ważne pytanie: i co w związku z tym? Co by się stało, gdybyśmy w Polsce mieli więcej zarejestrowanych (czy tam „uznawanych”) języków regionalnych? Współczynnik Poland Stronk by nam spadł? Równie alternatywnie mądry był komentarz Sellina, który stwierdził, że gdyby język śląski uznano za język regionalny, to używający języka kaszubskiego mogliby się poczuć dotknięci, bo przecież coś takiego jak język śląski nie istnieje. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że z punktu widzenia Polaków deprecjonujące dla naszego języka jest to, że Sellin używa go do wygadywania bzdur. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o udanie się w stronę dalszej części tekstu.

Ten kawałek przeglądu (poświęcony pewnemu wyrobowi sondażopodobnemu) miałem zacząć od zagadki „ja wam opiszę sondaż, a wy postarajcie się odgadnąć, która sondażownia go wyprodukowała”, ale szczerze mówiąc nie bardzo mi się chce, bo wszyscy i tak od razu będą wiedzieć, że chodzi o IBRIS. No ale, dosyć już tych wstępów, przejdźmy do meritum. Kilka dni temu na Eloneksowym koncie Państwowej Agencji Prasowej pojawił się wpis (będący przy okazji tematem artykułu na ich stronie): „Wojsko ma strzelać do migrantów? Wyniki sondażu są jednoznaczne”. Przyznam się wam szczerze, że gdy tylko zobaczyłem ten wpis i słowo „sondaż”, od razu wiedziałem, kto ów produkt sondażopodobny wytworzył. To trochę jak z Interiowymi artykułami Kamili Baranowskiej, które jestem w stanie rozpoznać po jednej nutce, znaczy się po tytule.

No dobrze, ale jakież to wiekopomne pytanie badawcze zostało zadane w sondażu? „Czy żołnierze Wojska Polskiego stacjonujący na wschodniej granicy powinni móc używać broni w sytuacji prób siłowego pokonania granicy przez migrantów” (za moment będzie ciekawostka związana z treścią pytania). Od czego by tu zacząć? Może od błędów metodologicznych? Po pierwsze, pytanie ma sugerującą treść.  Po drugie, pytanie zostało celowo (za moment do tego wrócimy) skonstruowane w sposób nieprecyzyjny. Skąd respondent ma wiedzieć, czym jest „siłowe pokonanie granicy”? Chodzi o atakowanie żołnierzy? Przechodzenie przez ogrodzenie? Demontowanie płotu?  Po trzecie, nie jest to, co prawda, błąd pytania, ale błędem było przeprowadzanie sondażu zaraz po wydarzeniach, które wywołały silne emocje, bo równie dobrze można by było przeprowadzić sondaż w sprawie dopuszczalności kary śmierci po jakimś brutalnym morderstwie. Wiadomo jakie wtedy będą odpowiedzi i jedyna przyczyna, dla której ktoś mógłby się zdecydować na przeprowadzenie takiego sondażu, to udowodnienie swojej tezy.

Po czwarte, ta nieprecyzyjność pytania jest zabiegiem celowym, którego dokonano po to, żeby słupek był jak najwyższy. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zupełnie odwrotnie IBRIS zadał pytanie badając podejście Polaków do tego, kto jest odpowiedzialny za nieprawidłowości w wydawaniu pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości. Otóż w tym sprawiedliwościowym sondażu respondenci mogli wybierać spośród kilku odpowiedzi. No i wszystko fajnie, ale trzy z tych odpowiedzi oznaczały w sumie jedno i to samo (Suwerenna Polska, Zjednoczona Prawica, urzędnicy [Suw Pol był częścią ZP, a urzędnicy sami się na swoje stanowiska nie powołali, prawda]). No ale, w tamtym sondażu chodziło o to, żeby się słupki porozbijały na mniejsze, a w tym chodziło o to, żeby słupek był jak najwyższy.

No dobrze, nieco wcześniej wspomniałem o tym, że będzie jeszcze o treści pytania. Pozwolę sobie jeszcze raz zacytować pytanie zadane przez IBRIS i zestawić je z tym, jak treść pytania zacytował PAP, a wy pobawcie się w „znajdź różnicę”.

IBRIS:  „Czy żołnierze Wojska Polskiego stacjonujący na wschodniej granicy powinni móc używać broni w sytuacji prób siłowego pokonania granicy przez migrantów”

PAP: „Czy żołnierze wojska polskiego stacjonujący na wschodniej granicy powinni używać broni w przypadku prób siłowego przekroczenia granicy przez migrantów?”


Moim skromnym zdaniem jest zasadnicza różnica między „powinni móc używać broni”, a „powinni używać broni”. Nie jestem do końca pewny, czy ten zabieg był celowy (to by sugerowała treść wpisu na Eloneksie), bo pytanie na Rzepie było na obrazku (i trzeba było je ręcznie przepisać). Niemniej jednak, gdyby to była pomyłka, to pewnie ktoś by się zorientował i ją poprawił.

Kilka dni temu głośno zrobiło się o tym, że funkcjonariusz Służby Więziennej został brutalnie pobity przez grupę nieletnich (zmarł kilka dni po pobiciu, bo lekarzom nie udało się uratować jego życia). Z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością wydarzenie to skomentował Krzysztof Bosak: „Funkcjonariusz SW nie żyje. Pobity na śmierć na publicznym wydarzeniu przez grupę nastolatków, podobno w obecności swojej narzeczonej. Dotychczas takie historie słyszeliśmy głównie z innych państw. Robi się w Polsce coraz bardziej „europejsko” niestety...”.

I znowuż muszę się pobawić w wyliczankę, bo w tej wypowiedzi mamy bardzo dużo do „rozpakowania”.  Po pierwsze, jeżeli jakiś 40-latek wmawia wam, że kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów (jeżeli chodzi o przemoc, pobicia/etc.), to albo był wychowywany pod kloszem (elitariusz, którego rodzice wszędzie wozili autem/etc.), albo ordynarnie kłamie. W przypadku Bosaka obie te odpowiedzi są prawdziwe. Bosak jest niecały rok młodszy ode mnie i nawet biorąc pod rozwagę to, że jest przedstawicielem elit, to na pewno nie raz i nie dwa dotarło do niego to i owo. Zanim napiszę to, co mam napisać, pozwolę sobie na krótką zapowiedź: to nie jest historia w rodzaju „myśmy mieli ciężko, a teraz to mają lepiej”. Skoro wstęp mamy za sobą, mogę przejść do tego, co chciałem napisać. Przemoc pod koniec lat 90 (i na początku XXI wieku) była na polskich ulicach tak bardzo powszechna, że praktycznie nie zwracało się na nią uwagi. Moim skromnym zdaniem sporą rolę odegrało w tym to, że wtedy wyż demograficzny wchodził w dorosłość. Przecież to właśnie w tamtych czasach kibole prowadzili regularne bitwy z policją. Ja wiem, że to, co ja tu teraz napiszę, to jest anecdata (ok, będą dwie), ale ja bym tymi anecdatami mógł zapełnić całą książkę, a i tak by tego sporo zostało, tak więc nie wydaje mi się, żeby to były odosobnione przypadki.

Anecdata nr 1: W szkole średniej zaprzyjaźniłem się z jednym ziomeczkiem, który był kibolem (w pełnym tego słowa znaczeniu). Jeździł na meczę, tłukł się z innymi kibolami, a jak trzeba było to i z policją. Kiedyś zaaferowany opowiedział mi o tym, że gdy pojechali na mecz do Lublina i doszło do przepychanek z policją, to policja tłukła ich pałkami w innym kolorze niż zazwyczaj. Dobra, muszę się tu przyznać, że miałem kolejne zdanie skonstruować nieco inaczej, ale gdy już napisałem zdanie, w którym w bliskiej odległości od siebie było słowa takie jak „kolorowe” oraz „pały” uznałem, że to jednak przesada, tak więc: nie wiem czy policja miała wtedy akcesorium w różnych kolorach, ale mój znajomy (który tym akcesorium wtedy oberwał) miał w tej kwestii dość jednoznacznie zdanie.

Anecdata 2: O tym mogłem już kiedyś wspominać przy okazji notek poświęconych kibolom. Jechaliśmy kiedyś z ojcem do rodziny naszym poldkiem. Traf chciał, że mniej więcej w okolicach dworca PKP w Sandomierzu jechaliśmy za autobusem. Obok dworca był przystanek, na którym stało kilkudziesięciu kiboli. Gdy ich mijaliśmy, jadący autobusem ludzie zaczęli do nich machać szalikami. Kolejny traf chciał, że zaraz potem jest skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną i wszyscy stanęliśmy na „czerwonym”. Ponieważ byliśmy zajęci rozmową nie wiem, w którym momencie zwróciłem uwagę na to, że „coś się dzieje”, prawdopodobnie zaalarmowało mnie to, że samochody jadące drugim pasem się nagle zatrzymały. Zaraz potem zorientowałem się, że praktycznie tuż obok nas stoją kibole (zrobili sobie przebieżkę od przystanku) i rzucają w autobus cegłami, kamieniami (może leciały też brukowce, tego już nie pamiętam). Kilka cegieł trafiło w auta stojące na drugim pasie (w nas nic nie trafiło na szczęście). Potem światła się zmieniły i pojechaliśmy. Po jakimś czasie wyczytałem w którejś z regionalnych gazet, że (o dziwo) policji udało się zatrzymać kilku sprawców. O ile mnie pamięć nie myli, autobusem nie jechali kibice piłki nożnej. Na szczęście nic nikomu się nie stało (co było o tyle niespodziewane, że cegieł poleciało w stronę autobusu całkiem sporo).

Wiecie, co było (z perspektywy czasu) najbardziej absurdalne? Że te wydarzenia nie przyciągały za bardzo uwagi opinii publicznej. Tak, wiem, nie było wtedy internetów, ale z drugiej strony, gdy w Sandomierzu skini wybili oko ciemnoskórej licealistce (pobili ją przy użyciu kastetu), to jednak się o tym głośno zrobiło.

Skoro wspomniałem o skinach, to możemy przejść do punktu drugiego. Po drugie: gdyby nie kontekst zabawne byłoby to, że na temat „kiedyś to było” wypowiada się człowiek, który (uwaga, będzie capslock) BYŁ PREZESEM MŁODZIEŻY WSZECHPOLSKIEJ. Ja wiem, że teraz MW stara się zachowywać pozory i udawać, że są po prostu zwykła organizacją zrzeszającą (to określenie tu idealnie pasuje) narodowców i „patriotów”. Na szczęście jestem na tyle stary, że pamiętam, jak to wtedy wyglądało w moim rodzinnym mieście. Otóż, owszem mieliśmy komórkę MW. Z perspektywy czasu można by tych ludzi nazwać zwykłymi bandytami, którzy zajmowali się głównie pobiciami. Była to wiedza na tyle powszechna, że praktycznie każdy młody człek w owym czasie wiedział, które części osiedli należy omijać, celem zminimalizowania ryzyka dostania po mordzie za to, że skinheadzi mieli akurat zły dzień, albo po prostu się nudzili. Bosak szefem MW był w latach 2005-2006, tak więc doskonale wiedział czym zawiaduje. Zawiadywał organizacją, w której było od cholery skinów; skinów, którzy w swoich własnych zinach chwalili się morderstwami, dewastowaniem żydowskich cmentarzy/etc. Dlatego też nie jestem w stanie w pełni wyrazić pogardy dla dziennikarzy, którzy znormalizowali Bosaka przez to, że zapraszali go do programów i nawet nie próbowali go rozliczać z jego (nie tak znów odległej) przeszłości.

Idźmy do punktu ostatniego. Jestem się w stanie założyć o wiele, że Bosak celowo kłamie, „łowiąc” w ten sposób „młody” elektorat. Młodzi ludzie praktycznie nie mają możliwości zweryfikowania tego, kim był Bosak na początku swojej przygody politycznej. Media zaś wcale im tych informacji nie dostarczają. Poza tym młodzi ludzie są, no cóż, młodzi, tak więc nie mogą pamiętać tego, jak w latach 90-tych wyglądała rzeczywistość, do której tak bardzo tęskni Bosak. Nawiasem mówiąc, nie dziwi mnie to, że były szef MW tęskni do czasów, w których członkowie organizacji, której szefował, „kozaczyli” na ulicach. Oni „rozdawali karty”, a on był ich szefem. To musiało zostawić trwały ślad we łbie. Tak nawiasem mówiąc, to nie jest tak, że MW się ucywilizowała. MW została ucywilizowana dlatego, że mniej więcej na początku XXI wieku trochę się zmieniło podejście policmajstrów do „łysych” i do kiboli. Teraz już nierealny jest scenariusz, w którym w centrum miasta zatrzymuje się autobus, z którego wybiegają kibole i zaczynają bić ludzi (teraz się spotykają na autostradach). W związku z powyższym wszelkiej maści obrońcy kiboli wciskają teraz wszystkim ciemnotę tłumacząc, że kibole to po prostu niezrozumiani są, a nie agresywni (celowo przy tym „gumkując” to, czym się państwo kibolstwo zajmowało nie tak dawno temu).

No dobrze, bo wątek Bosakowy mi się rozrósł, wracając do meritum sprawy. Bosaki tego świata chcą nam wszystkim wmówić, że „kiedyś to było” (i tłumaczyć nam, że wszelka przemoc to do nas przyjechała z Zachodu) i tak sobie myślę, że wypadałoby, żebyśmy jednakowoż sobie tego nie dali wmówić. A teraz przejdźmy dalej.

UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Dalej, ale nie tak znów daleko od Bosaka, bo nadal zostajemy po prawej stronie. Warto obserwować na Eloneksie co bardziej nieudolnych spindoktorów Zjednoczonej Prawicy. Po czym poznać takiego nieudolnego spindoktora? Ano po tym, że jak już dostanie wytyczne, to realizuje je 1:1 i nawet nie próbuje dodać nic od siebie (a jeżeli już próbuję coś dodać, to robi to na tyle prymitywnie, że bezproblemowo można ustalić, jaki przekaz dnia/narrację dostał od kolegów z partii i co nam próbuje wcisnąć). No dobrze, nie będę was już dłużej trzymał w niepewności, ten kawałek Przeglądu poświęcony będzie redaktorowi Wosiowi i jego koleżeństwu z Tysola. Tak się bowiem złożyło, że dzięki redaktorowi Wosiowi (i wyżej wymienionemu koleżeństwu) wiemy, jaki będzie (tzn. w sumie już jest, ale pewnie jest to sprawa rozwojowa) damage control Zjednoczonej Prawicy, mający na celu „wyjaśnienie” suwerenowi, jak to z tymi aferami było.

Redaktor Woś zacytował ostatnio na Eloneksie fragment artykułu Mariusza Staniszewskiego (artykuł, of korz, dla Tysola napisany): „Ekipa Tuska za wszelką cenę chce udowodnić, że PiS kradło tak samo jak PO, a wszyscy politycy są tacy sami. To jednak kłamstwo, bo afery Platformy całkowicie różnią się od afer partii Jarosława Kaczyńskiego.”. 

Na pierwszy plan wysuwa się przestawienie wajchy. PiSowski agitprop przez całe lata tłumaczył nam wszystkim, że afery to były w trakcie rządów PO-PSL, a w czasie rządów Zjednocznoej Prawicy afer nie było. Dziennikarze coś tam. co prawda. pisali i mówili, ale wiadomo, że to tylko polskojęzyczne media, zaprzańcy i w ogóle banda kłamców, no bo przecież (uwaga, kiepski żart w moim wykonaniu): niezależna prokuratura niczego się nie doszukała, no to chyba afer nie było, co nie?

15 października powiał wiatr zmian. Ów wiatr sprawił, że prokuratura nie będzie już z automatu umarzać wszelkich możliwych postępowań i (co gorsza [dla partii Kaczyńskiego]) stare śledztwa będą przez prokuraturę odkopywane. Z tego zaś wynikła (dziejowa) konieczność znalezienia narracji, które pozwolą jakoś wybrnąć z tej sytuacji. W tym miejscu poczynię pewną dygresję (aczkolwiek uprzedzam, że mogłem o tym już wspominać n-krotnie). Partia Kaczyńskiego sama sobie na łeb ściągnęła te problemy. Gdyby prokuratura działała w latach 2015-2023 tak, jak powinna, to PiSowskich afer byłoby pewnie mniej (no bo jednak politycy Zjednoczonej Prawicy byliby mniej bezczelni wiedząc, że nic ich nie uchroni przed odpowiedzialnością karną). Dodatkowo, ta mniejsza liczba afer byłaby rozłożona w czasie. Ponieważ Zjednoczona Prawica rządziła tak, jak rządziła, teraz spojrzało jej w oczy widmo bycia rozliczanym (w błysku fleszy) z pierdyliona afer. Trzeba więc było coś wymyślić.

No i wymyślono. Otóż afery, co prawda były, ale na pewno nie takie, jak za PO-PSL (no, a poza tym, było ich bez porównania mniej i to jest oczywista oczywistość). Ta narracja obronna została wprost idealnie skompilowana we fragmencie artykułu, który wam teraz zacytuję:

Dziennikarze rozgrzewają emocje – swoje i czytelników – w oczekiwaniu aż dostaną od zaprzyjaźnionych funkcjonariuszy kompromitujące nagrania. Gdy wreszcie to się dzieje, następuje konsternacja. Nic wielkiego tam nie ma. Trzeba się mocno nagimnastykować, by skręcić z tego tekst, który chociaż udawałby śledczy. Ale przecież skoro napięcie zostało zbudowane, trzeba w to brnąć. 


Tak wygląda kreowanie afer mających udowodnić, że PiS kradnie. W przypadku ścigania polityków PO wyglądało to zgoła inaczej. Najpierw policja, CBA czy prokuratura gromadziły całkiem spory materiał dowodowy. Do prasy przeciekały niewielkie fragmenty. Potem następowało zatrzymanie, wniosek do sądu o aresztowanie i ujawnienie szczegółowych zarzutów. Opinia publiczna mogła się szybko przekonać o rodzaju i skali przestępstwa. Najczęściej chodziło o korupcję, pranie brudnych pieniędzy czy wyłudzenia.

Zapewne macie już trochę dosyć wyliczanek, ale będziecie musieli przeżyć jeszcze jedną. Zacznijmy od tego, że primo: niezwykle zabawnym znajduję fakt krytycznego wypowiadania się na temat dziennikarzy, rozgrzewających emocje „w oczekiwaniu aż dostaną od zaprzyjaźnionych funkcjonariuszy kompromitujące nagrania”. Od momentu, w którym Zjednoczona Prawica przejęła media publiczne i zamieniła je w partyjne media, służyły one (niezmiennie) do rozpowszechniania informacji, które PiSowscy mediaworkerzy dostawali od służb, prokuratury i policji. Czasami było to wręcz komiczne. Przykładowo, raz było tak, że Tusk został wezwany przed komisję ds. Amber Gold (eh, te czasy, w których komisje śledcze były git) i zezłomował tam PiSowców, którzy chcieli zezłomować jego (historia lubi się powtarzać, to samo stało się, gdy politykom koalicji ubzdurało się, że rozjadą Jarosława Kaczyńskiego). Ponieważ sprawa nie wyglądała dobrze (z punktu widzenia wizerunku Zjednoczonej Prawicy), tego samego wieczora w TVP odpalono kolejne taśmy od „Sowy i Przyjaciół”. O tym, rzecz jasna ani autor (ani tym bardziej redaktor Woś) nie wspomniał w swoim wiekopomnym artykule.

Secundo. Fragment „Gdy wreszcie to się dzieje, następuje konsternacja. Nic wielkiego tam nie ma”, jest jeszcze bardziej spektakularny. Na nagraniach, co prawda można usłyszeć, jak to członkowie Suwerennej Polski uzgadniają zeznania i szukają strategii obronnych, mających na celu wyciągnięcie ich z kłopotów (prawnych), bo wiedzą, że ustawianie konkursów było po prostu łamaniem prawa, ale Staniszewski wie lepiej. Aż dziw bierze, że nie sparafrazował Najmana: „Ludzie, przecież tu nic nie ma!”. Warto wspomnieć o tym, jak to Matecki chwalił sam siebie i swoje koleżeństwo, zwracając uwagę na to, że na nagraniach z Sowy bluzgi były, a na nagraniach Mraza to pełna kulturka. O ile mnie pamięć nie myli, to zaraz po tym do mediów wpadło nagranie, w którym jedna pani dywagowała nad tym „kto się rozpruje” (i to słowo padało tam wielokrotnie). Bluzg to co prawda nie jest, ale jest to lingo, które pani pewnie zobaczyła oglądając „Symetrię” i uznała, że jest bardzo adekwatne. Zastosuje tu tzw. „chłopski rozum”: gdyby SuwPol nie miał się czego obawiać (w domyśle: nie byłoby żadnych wałów), to nikt by się nie martwił tym, że ktoś się „rozpruje”.

Tertio, cały drugi akapit to małe dzieło sztuki. Zaczyna się od „kreowania afer, że PiS kradnie”. Gdyby faktycznie było tak, że te afery musiałyby być „kreowane”, to autor artykułu nie musiałby go pisać. Gdyby nie kontekst, dość zabawny byłby opis tego, jak to wszystko działało w przypadku polityków PO. Choćby ze względu na to, jak to w partyjnych mediach karierę zrobiły zmanipulowane wiadomości Brejzy, którymi promowano dętą aferę. Jednakże nie to jest tu najzabawniejsze (tak, teraz to już zabawne, bo PiS  już nie trzyma łapy na prokuraturze). Najzabawniejsze jest to, że autor artykułu zupełnie pomija to, jak wyglądało za rządów ZP zajmowanie się aferzystami z tejże partii. Otóż, jak doskonale wiemy, w ogóle nie wyglądało. Co jest o tyle interesujące, że sam autor przyznaje (zapewne towarzyszył temu straszliwy ból jestestwa), że nie wszystko było w porządku.

W dalszej części artykułu autor tłumaczy, że PO kradło, a z PiSem to było tak, że tam to złe decyzje urzędnicze były, bo covid, bo to, bo tamto. Wspomina również o tym, że z tym Funduszem Sprawiedliwości to było tak, że to było np. na wozy strażackie i „dla ludzi”. O tym, że sam Romanowski powiedział, że w FS brakuje pieniędzy dla ofiar, autor już nie wspomniał. Tak samo jak o tym, że SuwPol chciał wpompować 100 milionów złotych na medialne centrum księdza od salcesonu (któremu ostatnio przypięto zarzuty prania pieniędzy). Autor (chwaląc PiS za to, że korupcji nie było takiej, jak za PO) zupełnie zapomniał wspomnieć o sprawie związanej z typem od Red is Bad, która była na tyle spektakularna, że CBA za czasów Zjednoczonej Prawicy się nad nią pochyliło.

Podsumowując ten przerośnięty wątek: mamy do czynienia z mutacją wcześniejszej narracji: może i kradną, ale przynajmniej się dzielą. O przepalaniu setek milionów złotych (aczkolwiek można bezpiecznie założyć, że jak się ktoś pochyli nad Funduszem Narodowym i innymi tego rodzaju sprawami, to pewnie będzie mowa o miliardach) i pompowaniu nimi portfeli zaprzyjaźnionych polityków, Zjednoczona Prawica chce jak najszybciej zapomnieć, a jeszcze bardziej chce, żeby zapomniał o tym suweren. Czy takie narracje będą skuteczne? Będziemy się o tym mogli przekonać.

Teraz zaś przechodzimy do przedostatniego tematu, którym jest niezrozumiała dla mnie decyzja większej części większości parlamentarnej o wypatroszeniu ustawy o sygnalistach. Okazało się bowiem, że ustawa spoko, ale po co w niej mają być jakieś rzeczy, dzięki którym ustawa obejmowałaby również osoby zgłaszające naruszenia prawa pracy. Z sensownym wytłumaczeniem się jeszcze nie spotkałem. Było natomiast dużo szumu wyprodukowanego przez konta i osoby, które sygnalistów nazywały „donosicielami”. Część polityków koalicji tłumaczyła, że to w ogóle niepotrzebne, bo pracownicy są w Polsce wystarczająco chronieni. Po mojemu, gdyby było tak, że mielibyśmy do czynienia z dublowaniem się przepisów, to bardzo łatwo byłoby te przepisy wskazać, prawda? No a jakoś tak się składa, że chwaląca poprawę (patroszącą ustawę o sygnalistach) Konfederacja Lewiatan w swoim oświadczeniu napisała na ten temat jedynie tyle, że pracownicy są wystarczająco dobrze chronieni, to se można zmieniać ustawy o związkach zawodowych i Państwowej Inspekcji Pracy, a nie jakieś tam ustawy o sygnalistach.

Zapewne to, co teraz napiszę, nie będzie jakoś specjalnie odkrywcze, ale pewnie było tak, że mieliśmy do czynienia z efektami lobbingu. Obstawiam, że przeprowadzono cichaczem badania, z których wynikało, że poza niewielkimi wyjątkami to #nikogo i przekalkulowano, że straty wizerunkowe będą niewielkie. Na tyle niewielkie, że nie zaszkodzi głosowanie ramię w ramię z konfą (lewica, rzecz jasna, była przeciwko tej poprawce). Czy te kalkulacje okażą się słuszne? To zależy. Od czego? Od tego, czy, na ten przykład, nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego przypału, któremu zapiec mógł sygnalista. Wtedy PiS z przyjemnością przypomni koalicji jej głosowanie (a Lewica będzie miała problem, bo z jednej strony głosowała tak, jak głosowała, ale z drugiej jest w koalicji rządzącej, więc trochę głupio tak siebie samych krytykować [Razem pod tym względem jest w innej sytuacji, ale znowuż – jest ono częścią Lewicy, która jest częścią koalicji rządzącej]). Zanim przejdę do ostatniego tematu, napiszę jedynie tyle, że gdyby wszystko było ok (a pracownicy byliby tak dobrze chronieni, jak nas Konfederacja Lewiatan przekonuje), to nikt by nie lobbował w tej sprawie. Ja zaś mając do wyboru z jednej strony organizację taką, jak Watchdog, a z drugiej Konfederację Lewiatan, jakoś tak bardziej wierzę tej pierwszej.

Na koniec zostawiłem sobie jeszcze bardziej spektakularny przejaw walki z pracownikami. Otóż pojawił się pomysł podniesienia stopy zasiłku chorobowego  (wspomniała o tym ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk). Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem to, że wyżej wymieniony pomysł (eufemizując) nie wszystkim się spodobał. Bardzo nie spodobał się Tomaszowi Lasockiemu z Katedry Prawa Ubezpieczeń Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, który, zupełnym przypadkiem jest również ekspertem Federacji Przedsiębiorców Polskich. Lasocki używał całej palety argumentów. Zaczął od takich na dość wysokim poziomie ogólności (że jak ktoś chory, to nie pobiera wynagrodzenia, tylko mamy do czynienia z „zabezpieczeniem społecznym”, bo praca nie jest wykonywana). Wspomniał, że nigdzie nie ma mowy o tym, że zasiłek ma rekompensować w 100% utratę wynagrodzenia.

Potem przeszedł do innych argumentów i zaczął tłumaczyć, że skoro ktoś chce podnieść ten zasiłek, to najpierw powinien wykazać, że jak ktoś pobiera 80% (tak jak dzisiaj), to faktycznie jest mu gorzej/etc. Tłumaczył też, że to podniesienie zasiłku to postulat polityczny, a nie niezbędna systemowa konieczność. Ujmując rzecz innymi słowy: mamy do czynienia z argumentami, które nie są, co prawda, jakoś specjalnie szkodliwe, ale z drugiej strony, jeżeli ktoś jest specjalistą w jakiejś dziedzinie, to takie argumenty brzmią w jego ustach cokolwiek mało poważnie.

Gdyby w tym wywiadzie było tylko tyle, to bym się nad tym nie pochylał, bo nie byłoby sensu. Niestety, na moje i wasze nieszczęście, po tych argumentach nastąpił spektakularny ciąg dalszy, zajeżdżający korwinizmem na kilometr. Otoż, dziennikarka (Monika Krześniak-Kajewicz) zapytała Lasockiego o to, czy przypadkiem nie będzie tak, że jak się podniesie ten zasiłek, to się nie okaże, że nadużycia się zaczną (podała przykład policjantów, którzy po obniżce zasiłku ze 100% do 80% rzadziej szli na L4 [nie wiem, czy to prawda i szczerze mówiąc nie chce mi się tego researchować]). Lasocki na to odpowiedział tak: „Na pewno będzie taka grupa, która będzie skłonna często korzystać ze zwolnień, nawet jeśli będzie dotychczasowa 80-procentowa odpłatność. Ale mogą być też sytuacje, w której ktoś, kto jest chory mimo wszystko pójdzie do pracy, bo nie będzie chciał "stracić" tych 20 proc.”.

Czyli tak. Dziennikarka zapytała o nadużycia, a Lasocki wszedł już na zupełnie inny poziom i wprost napisał, że ponieważ odpłatność 80% a nie 100%, to ktoś chory (powtarzam z capslockiem: CHORY), tak więc mowy nie ma o jakimkolwiek nadużyciu, pójdzie do pracy, żeby nie tracić tych 20%. Wygadywanie tego rodzaju bzdur nawet przed covidem byłoby kiepskim pomysłem, ale teraz to jest po prostu gargantuicznych rozmiarów idiotyzm.


Lasocki się pewnie zorientował, że palnął głupotę, bo zaraz potem dodał: „Z drugiej strony przychodzenie w trakcie choroby do pracy również nie jest zjawiskiem, które powinniśmy ignorować. W przypadku poważnych chorób zakaźnych mamy przepisy, które zakazują kontaktów z innymi. Będący na kwarantannie, który nie pracuje, otrzyma 80 proc. zarobku, no chyba, że będzie pracował - wówczas dostanie wynagrodzenie. Jeśli te "brakujące 20 proc." zmotywuje kogoś do wykonania pracy, to chyba dobrze jeśli nie będzie ku temu przeciwwskazań. Choroby sezonowe to inna sprawa. Nie interesują one sanepidu, ale mogą rozprzestrzeniać się po zespole. Niemniej, w interesie samego zatrudniającego jest to, by jego zespół nie zarażał się wzajemnie, więc ma motywację, by zwalczać takie zjawisko”.  


O tym, jak bardzo ta wypowiedź (pierwsza jej część) była nieprzemyślana, niech zaświadczy to, że Lasocki z jednej strony powiedział, że w sumie to dobrze, że jest 80%, bo ktoś nie będzie chciał stracić 20% wynagrodzenia i po prostu pójdzie do roboty, ale zaraz potem dodał, że no w sumie jak ktoś chory i może zarażać, to chyba nie powinien do tej pracy chodzić. Pozwolę sobie zacytować tutaj tekst ze zmemizowanego kadru z jednego z programów telewizyjnych: TO KTÓRY JEST OJCEM KTÓREGO? Przecież to jest bezsensowna wypowiedź, z której wynika, że pracownik może chcieć przyjść do roboty, ale pracodawca go może nie chcieć wpuścić, bo pozaraża zespół. Lasockiemu umyka jeden drobny szczegół. Jeżeli pracownik nie będzie miał zaświadczenia lekarskiego, to na jakiej podstawie mógłby zostać „zniechęcony” do przychodzenia do pracy? I tak oto, nie do końca mądre pytanie dziennikarki sprawiło, że specjalista ds. ubezpieczeń społecznych się zapętlił.

Co do samej propozycji, to wydaje mi się ona o tyle sensowna, że jeżeli spadek dochodu miałby kogoś zachęcać do tego, żeby jednak szedł do roboty (i zarażał wszystkich dookoła), bądź też szkodził sam sobie, to chyba jednak warto by było choćby rozważyć możliwość podniesienia tego zasiłku, prawda?


I tym, nie wiem jakim akcentem, zakończę powyższy Przegląd.


Źródła:

https://businessinsider.com.pl/prawo/prezydent-zawetowal-ustawe-o-jezyku-slaskim-tak-to-uzasadnil/nt64vzw

https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art40538151-jaroslaw-sellin-jezyk-slaski-to-byloby-deprecjonowanie-jezyka-kaszubskiego

https://www.pap.pl/aktualnosci/wojsko-ma-strzelac-do-migrantow-wyniki-sondazu-sa-jednoznaczne

https://x.com/PiknikNSG/status/1801564350416589142

https://x.com/PiknikNSG/status/1801286669699838215

Romanowski o tym, że pieniędzy brakuje na pomoc psychologiczną:

https://oko.press/ziobro-rydzyk-roksana-wegiel-fundusz-sprawiedliwosci

Przypowieść o rozpruwaniu się:

https://wyborcza.pl/7,75398,31018133,my-sie-do-tego-zabieramy-jakbysmy-dalej-byli-u-wladzy-stenogram.html

https://siecobywatelska.pl/ustawa-o-sygnalistach/

https://lewiatan.org/sygnalista-nie-zglosi-naruszen-z-zakresu-prawa-pracy/

https://biznes.interia.pl/praca/news-stopa-zasilku-chorobowego-wzrosnie-z-80-do-100-procpostulat,nId,7570004


piątek, 7 czerwca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #123

Jeżeli chodzi o początek niniejszego Przeglądu, to niespodzianek nie będzie: pochylę się nad jedną z najnowszych afer, czyli nad tym, jak to właściciel pewnej marki odzieżowej się był dorobił. Chodzi rzecz jasna o Pawła Szopę i markę „Red is Bad”. Przyznam się wam szczerze, że wydawało mi się, że ciężko będzie przeskoczyć to, co Ziobroidy zrobiły z Funduszem Sprawiedliwości. Kluczowym słowem w powyższym zdaniu jest „wydawało mi się”. Okazało się bowiem, że jak się chce, to można zlecić komuś zakup agregatów prądotwórczych i zrobić to tak, że zleceniobiorca (tak wiem, to nie było zlecenie) kupi agregaty za 69 baniek, a jemu się za te agregaty zapłaci 350 baniek. Innymi słowy: pan Szopa dorobił się srogo na marżach.


Współpraca na linii rząd – Szopa była tak spektakularna, że jeszcze za poprzedniej władzy pochyliło się nad tym CBA (dzięki czemu mamy teraz „wycieknięte” stenogramy z nagrań [albowiem Szopa i jego otoczenie byli podsłuchiwani]). Nie wiadomo, czy sprawa miałaby ciąg dalszy, gdyby nie doszło do zmiany władzy. Ok, doszło do przeszukań/etc., ale prawda jest taka, że gdyby PiS jakoś się doczołgał do trzeciej kadencji, to wszystkie ustalenia poczynione w ramach śledztwa mogłyby po prostu służyć Ziobrze jako karta przetargowa. A miał się o co targować, bo wisiało nad nim ryzyko utrącenia rozporządzenia (dzięki któremu mógł sobie bez konkursowo pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości rozdawać) przez Trybunał Przyłębski. No ale – doszło do zmiany władzy i pewne śledztwa/postępowania (jak zwał tak zwał) doczekują się ciągu dalszego.  


W artykule na temat działań założyciela Red is Bad mogliśmy przeczytać między innymi to, że nieco się obawiał wyniku wyborów i usiłował się przenieść do Hiszpanii (razem z pieniążkami), no ale to tylko dygresja (która przyda się nam w dalszej części tekstu). Co zrozumiałe, pan Szopa się broni przed zarzutami. W jaki sposób się bronił? Ano w taki, że te wszystkie zarzuty to pic na wodę i fotomontaż, bo te marże na pewno nie były tak duże, jak się to w mediach opisuje. W podobnym tonie wypowiedział się były prezes Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (to ta agencja prowadziła interesy z Szopą). Stwierdził on, że te marże to na pewno nie były takie duże, ale dodał, że tak właściwie to on takich szczegółów to nie pamięta. Tym z was, którzy uważnie pochylali się nad doniesieniami medialnymi o Funduszu Sprawiedliwości, zapewne zapaliła się w tym momencie lampka w głowie i pojawiła się tam myśl „czej, ale czy przypadkiem w stenogramach z nagranych rozmów SuwPolowców nie dało się wyczytać, że oni sobie wymyślili strategię obronną pt. „nie pamiętam”? Rzecz jasna, nie siedzę w głowie u pana Michała Kuczmierowskiego, ale wydaje mi się, że wydatkowanie tak dużych kwot raczej by zapamiętał.

Czemu wspomniałem o tym, że obaj panowie twierdzą, że tych pieniędzy to wcale tak dużo nie było? Ano temu, że w dniu, w którym na Onecie pojawił się artykuł poświęcony RiB w tej samej sprawie wypowiedziała się Prokuratura Krajowa. W jej oświadczeniu mogliśmy przeczytać, że w toku śledztwa prokurator już w grudniu 2023 dokonał blokady rachunków bankowych i zabezpieczył środki finansowe w łącznej kwocie 117 milionów złotych. Możemy bezpiecznie założyć, że te pieniądze zostały zabezpieczone na kontach pana Szopy. Teraz zaś zastosujmy ulubiony przez prawicę „chłopski rozum”. Skoro te marże nie były tak duże, jak to opisały media, to skąd się na kontach pana Szopy wzięło te 117 baniek? Ze sprzedaży koszulek? A może pan Szopa dysponuje Kamieniem Filozoficznym?

O ile zaskakująca była skala, na którą łupiono publiczne pieniądze (znajduję ironicznym to, że na publicznej kasie upasł się typ, który założył markę [uwaga capslock] RED IS BAD), to sam fakt nawiązania współpracy (całkowicie zbędnej i nieopłacalnej z punktu widzenia budżetu państwa) absolutnie mnie nie zaskakuje. Ci z was, którzy czytają mnie od dłuższego czasu, być może pamiętają, że w maju 2017 poświęciłem marce Red is Bad osobną (krótką) notkę. Bardzo głośno w owym czasie zrobiło się o pewnej kooperacji. Okazało się bowiem, że producent wody mineralnej Staropolanka wypuścił limitowaną edycję butelek z etykietą, która powstała we współpracy z Red is Bad. Z punktu widzenia producenta wody taka współpraca jest bezsensowna, bo wizerunkowo (i nie tylko) ów producent mógł na tym tylko i wyłącznie stracić. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy sobie chwilę pogrzebałem w internetach i się okazało, że (werble) Staropolanką zarządza państwowa spółka, którą zaczęli nieco wcześniej zawiadywać politycy Prawa i Sprawiedliwości.

Wspominam o tym dlatego, że w temacie RiB wypowiedział się, the one and only Sławomir Mentzen, który napisał był: „Rząd PiS dostępem do publicznych pieniędzy zdemoralizował porządnych ludzi i całe środowiska. Red is Bad to kolejny smutny przykład, jak państwowa kasa niszczy ludzi. Dobrzy ludzie, jeśli zaczynają kraść, przestają być dobrzy. Stają się tacy jak ci, z którymi kiedyś walczyli.”. Z tego, co napisał Mentzen, można by było wywnioskować, że zawiadowca Red is Bad to był dobry ludź, ale w pewnym momencie go popsuli PiSowcy (którzy zapewne rzucali w niego pieniędzmi, a on nie miał się jak bronić). Tyle, że to jest absolutnie bezsensowna wypowiedź. Prawda jest bowiem taka, że pan od Red is Bad publicznymi pieniążkami nie gardził od dawna. Co prawda wcześniej nie gardził nimi na bez porównania mniejszą skalę, ale jednak. Innymi słowy, o tym, że Szopa „przestał być dobry” (copyright Mentzen) wiadomo od ponad siedmiu lat. Czemuż, ach czemuż Mentzen się dopiero teraz krytycznie wypowiedział na temat RiB? Ano temu, że ziomberiada chodząca w ciuchach Red is Bad, to w przeważającej większości elektorat Konfederacji.

Na tym się problemy Pana Szopy nie kończą, albowiem gdzieś w tle jest podejrzenie o to, że dokonał zamknięcia fundacji Red is Bad (miała się zajmować pomocą Powstańcom Warszawskim), eufemizując, nie do końca lege artis, to po pierwsze. Po drugie, są również podejrzenia o to, że pieniądze „fundacyjne” wydawał na jakieś swoje prywatne sprawy. No cóż, jak nie idzie, to nie idzie.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


No dobrze, skoro już się poznęcaliśmy nad RiB, to teraz można przejść do kolejnych tematów. Z naszym Prezydentem to jest tak, że zdarza mu się milczeć (lub jeździć na nartach) w momentach, w których milczeć nie powinien (i nie milczałby, gdyby był prezydentem kogoś więcej niż tylko Zjednoczonej Prawicy). Jednakowoż czasem bywa tak, że Prezydent RP się odezwie i wtedy wszyscy zaczynają tęsknić do czasów, w których jeździł na nartach i się nie odzywał. Andrzej Duda postanowił zabrać głos w sprawie afery związanej z wydatkowaniem środków z Funduszu Sprawiedliwości. O tym, że Ziobroidy robią wałki z Funduszem wiadomo było od roku 2017, bo wtedy pojawił się pierwszy artykuł na ten temat. Od tamtej pory artykułów było cały zylion, ale nic z nich nie wynikało, bo przecież prokuratura podległa Ziobrze nie będzie prowadziła postępowań, które mogłyby realnie zaszkodzić jego partii.

Po zmianie władzy się trochę wzięło i pozmieniało w tej kwestii i prokuratura się tym tematem zajęła. Parę osób wylądowało w Areszcie Tymczasowym (W tym pewien ksiądz, o którym będzie za moment). Prócz tego, okazało się, że niejaki Tomasz Mraz (były dyrektor Funduszu Sprawiedliwości) nagrywał swoich kolegów i koleżanki przez dłuższy czas, z nagrań wynika, że oczywiście, że robili wały i obawiali się konsekwencji (ustali nawet wspólne zeznania). Podsumowując: na to, że Ziobroidy robiły wały są już paragony i każdy mógł się z tym zapoznać. Najwyraźniej każdy poza Panem Prezydentem, który ostatnio skomentował tę cała sprawę i powiedział, że wiadomo, że wszędzie się trafią złe ludzie, ale dodał również, że skoro tam się coś złego działo, to niech mu ludzie, którzy o tym mówią „pokażą dowody”. Najwyraźniej Andrzej Duda (doktor prawa) nie zdaje sobie sprawy z tego, że w Polsce ustawianie konkursów jest niezgodne z prawem. Aczkolwiek może ja go po prostu źle go oceniam, bo jestem uprzedzony. Może chodzi o to, że on w te doniesienia uwierzy w momencie, w którym zobaczy glejt (potwierdzony notarialnie), na którym SuwPolowcy przyznają się do kręcenia lodów (ja, niżej podpisany przyznaję się do(...)).

Dzień po tej wiekopomnej wypowiedzi okazało się, że księdzu O. (Salcesonowy Egzorcysta) dołożono dwa dodatkowe zarzuty (pranie pieniędzy). Zbieżność jest pewnie przypadkowa, ale ja tam wolę sobie myśleć, że to nasz Prezydent RP ma taką moc sprawczą, że swoją wypowiedzią zachęcił prokuraturę do dalszych działań.


Jakiś czas temu głośno zrobiło się o tym, że w Ministerstwie Sprawiedliwości działał SuwPolowy kret (konkretnie zaś krecica). Przez trzy miesiące po przejęciu władzy przez koalicję rządzą, jedna z urzędniczek wynosiła ziobrystom kwity z ministerstwa. Między innymi wynosiła im informacje o tym, jak się miewają działania Funduszu Sprawiedliwości. Po pierwsze, ciekawe ile jeszcze takich osób zostawiła po sobie ustępująca władza. Po drugie, to jest bardzo ciekawy kejs, bo z tego wynika, że zespół prokuratorski (czy tam „śledczy”), który został utworzony w celu ogarnięcia tego, co nawywijali Ziobryści z Funduszem Sprawiedliwości, był całkowicie szczelny i nie wyszło z niego nic, co wyjść nie powinno. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że gdyby ten zespół „przeciekał”, to wyciekłoby z niego również to, że Mraz chce „iść w koronę”. Nic takiego nie wyszło, bo gdyby tak było, to SuwPolowcy nie daliby się Mrazowi nagrać w marcu 2024. 

Mniej więcej na początku Przeglądu zasygnalizowałem, że jeszcze się nam przyda wzmianka o tym, że pewien milioner z prawicowego nadania chciał się katapultować za granicę. Okazało się, że jeden już się katapultował. Chodzi mi rzecz jasna o Daniela Obajtka. Obajtek był ostatnio bardzo aktywny w mediach społecznościowych i właśnie ta aktywność sprawiła, że ziomeczki z Frontstory ustaliły, że najczęściej nadawał on z kraju Orbana, a część filmików, które wrzucał, nagrano w apartamencie należącym do spółki biznesmenów powiązanych z zięciem Viktora Orbana. Tak swoją drogą przyznam, że zdarzyło mi się w trakcie dwóch kadencji Zjednoczonej Prawicy myśleć sobie, że jeżeli partia Kaczyńskiego straci władzę, to pewnie część z jej polityków/działaczy będzie się salwowała ucieczką za granicę, ale myślałem sobie również o tym, że to jednak byłoby srogie przegięcie, bo przecież byłby to wizerunkowy problem dla całej formacji. Okazało się, że ich po prostu nie doceniłem. Nie mam pojęcia, czy Obajtek tam siedzi 24/7 (wiem, że nie dotarł na debatę „jedynek” w okręgu, w którym startuje do PE), ale nawet jeżeli w Polsce się pojawia, to jednak znamienne jest to, że siedzi sobie w gościnie u Orbana. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Obajtek się już z tego apartamentu zawinął (obstawiam, że stało się to 5 minut po tym, gdy zobaczył, że na Eloneksie go zdoxxowali).

Dawno, dawno temu (jeszcze w czasach pierwszej kadencji Zjednoczonej Prawicy) głośno zrobiło się o tym, że przy Ministerstwie (uwaga, nieśmieszny dowcip) Sprawiedliwości działała sobie sędziowska grupa hejterska, która, na ten przykład zajmowała się „wyciekaniem” informacji poufnych. Głośno zrobiło się o tym dlatego, że jedna z osób, które się tym zajmowały, Emilia Szmydt (pseudonim „Mała Emi”) została sygnalistą. Ponieważ były to rządy Zjednoczonej Prawicy, a pieczę nad prokuraturą sprawował Ziobro, „Mała Emi” była jedyną osobą, która doczekała się zarzutów w związku z tą konkretną aferą. Ziobrokratura nie pochyliła się nad tym, że choćby nie wiem co, Mała Emi nie uzyskałaby dostępu do informacji z tzw. „zielonych teczek” (wewnętrzne dokumenty personalne sędziów), gdyby jej nie pomogli umoczeni w aferę sędziowie. Ponieważ kontakty odbywały się za pomocą grupy na Signalu, sędziowie od Ziobry tłumaczyli, że oni nie mają z tym nic wspólnego. Prokuratorzy, rzecz jasna, dali im wiarę i na wszelki wypadek nie spróbowano ustalić, czy aby na pewno żaden z nich na tej grupie nie działał (nie wiem, czy sprawdzono im telefony, ale nawet jeżeli tak, to pewnie na długo po tym, jak pousuwali z nich co trzeba [albo po prostu je porozwalali i zakupili nowe]). Teraz okazuje się, że sprawa będzie miała jednak ciąg dalszy i najprawdopodobniej będzie on spektakularny. Tak się bowiem złożyło, że prokuratura (nad którą nie stoi już Zbyszek Ziobro) weszła w posiadanie 200 tysięcy maili, które wymieniali między sobą sędziowie-hejterzy. Z obszernego artykułu na OKO Press można wyczytać, że materiału wsadowego jest tam wystarczająco dużo, żeby postawić zarzuty paru sędziom.

W zeszłym tygodniu przez dość krótki czas mogliśmy się wszyscy cieszyć perspektywą tego, że PKW będzie sprawdzało sprawozdanie finansowe Prawa i Sprawiedliwości. Podstawą do tej kontroli miało być to, że SuwPol w trakcie kampanii wspierał się środkami z (werble) Funduszu Sprawiedliwości. Potem na ten temat wypowiedziała się Dr Anna Frydrych-Depka (specjalistka ds. prawa wyborczego), która powiedziała między innymi: „jest ogólna zasada w Kodeksie wyborczym, że to ze źródeł komitetu wyborczego powinna być prowadzona kampania wyborcza, ale jeśli dochodzi do prowadzenia tej kampanii wyborczej ze środków spoza źródeł komitetu wyborczego w taki sposób, jak tu ma miejsce, przy nadużywaniu zasobów publicznych, to nie ma określonego przepisu, że automatycznie powodowałoby to odrzucenie czy nakazywałoby to Państwowej Komisji Wyborczej odrzucić sprawozdanie finansowe”. Tl;dr nasze prawo wyborcze nie jest dostosowane do tego, co teraz robią partię (np. bawienie się w „prekampanię”, na którą można wydawać kasę z dowolnego źródła) i jeżeli nikt z SuwPolu się nie walnął i nie wpłacił na konto komitetu kasy z Funduszu Sprawiedliwości, to raczej PiSowi nic się nie stanie (tj, nie straci subwencji).


I na tym skończę powyższy przegląd i udam się w stronę przygotowywań do nagrywania podkastowego odcinka poświęconego Dariuszowi Mateckiemu.


Źródła:

https://tvn24.pl/biznes/z-kraju/rars-red-is-bad-komunikat-prokuratury-krajowej-st7949284

https://www.gov.pl/web/prokuratura-krajowa/slaski-pion-pz-prokuratury-krajowej-zabezpieczyl-ponad-117-milionow-zlotych-w-sledztwie-dotyczacym-rzadowej-agencji-rezerw-strategicznych

Stara notka o Staropolance:

https://www.facebook.com/kreatywnehejterstwo/posts/pfbid02vn5cU1QaVvPHWMyGAU3ihkkztnQzArjBtwC1kaBhXJeaq7tmi9PxS6rtG2GBsM5Jl

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/fundacja-red-is-bad-i-lapowka-za-jej-zamkniecie-nowe-kulisy-operacji-cba/c4hvhvv

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/pol-miliarda-od-pis-i-niebotyczne-marze-tak-zarabial-tworca-red-is-bad/dnnv0jv

Wąteczek o tym, jak to się politycy prawicy lansowali z RiB:

https://x.com/SzwedekM/status/1797643597267022268

Mentzen rozpacza nad upadkiem obyczaj. Znaczy się nad Red is Bad.

https://x.com/Rozmowa_RMF/status/1797878307222081832

https://tvn24.pl/tvnwarszawa/najnowsze/dodatkowe-zarzuty-dla-ksiedza-michala-o-i-bylej-wicedyrektorki-funduszu-sprawiedliwosci-st7948935

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/szok-w-ministerstwie-sprawiedliwosci-adam-bodnar-mial-u-siebie-kreta/pyk28l1

https://x.com/MariuszGierszew/status/1798293641192243280

https://x.com/FRONTSTORY_PL/status/1798296475429994798

https://oko.press/afera-hejterska-prokuratura-ma-200-tys-maili

https://tvn24.pl/polska/fundusz-sprawiedliwosci-pytania-o-sprawozdanie-finansowe-komitetu-pis-anna-frydrych-depka-o-mozliwych-konsekwencjach-st7942818


piątek, 24 maja 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #121

Niniejszy Przegląd zacznę od rantu, który nie będzie w żaden sposób oźródłowany. Oźródłowanie nie będzie konieczne, bo wszyscy będziecie wiedzieli o kogo chodzi. Od razu zastrzegam, że może mi się ulać.


Będzie o ostatnich mądrościach, pewnego człowieka, który identyfikuje się jako „popularyzator nauki”. Tak nawiasem mówiąc, zjawiskowe jest to, jak spektakularny zjazd zaliczył ten człowiek. Jeżeli ktoś obserwował jego twórczość u jej zarania to pamięta, że było tam sporo pożytecznej działalności (np. nawalanie się z oszustami, którzy sprzedawali ludziom strukturyzatory wody). To było kiedyś (w 2016 roku). Teraz zaś człowiek ów zachowuje się tak, jak zachowywali się ludzie, z którymi w owym czasie walczył. Nie będę się tu bawił w dywagacje na temat tego „co się stało”. Nie jest bowiem istotne to czy temu człowiekowi coś się „zadziało” przez to, że zbyt długo spoglądał w otchłań, czy też z nudów, czy też dlatego, że po prostu chce generować zasięgi.

Istotne jest to, że treści, które się pojawiają na jego soszjalach są po prostu szkodliwe. Bo mogą np. zniechęcać ludzi do pójścia do speców, którzy by ich poprawnie zdiagnozowali (albo np. nie poślą do speców swoich dzieci). Jak się pewnie domyślacie, chodzi mi o najnowszy produkt naszej krynicy mądrości, która to krynica mądrości na celownik wzięła osoby z ADHD i osoby ze spektrum. W telegraficznym skrócie, wyżej wymieniony jegomość napisał był, że kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów, bo ludzie są w stanie zbyt łatwo uzyskać diagnozę (i że diagnozuje się ich w przeważającej większości źle), a ci ludzie wcale nie są ze spektrum i nie mają ADHD, tylko po prostu mają „słabości i zaległości charakteru”.


Przyznam szczerze, że gdy tylko zobaczyłem ten (niezwykle mądry) wpis, to od razu mi się przypomniało to, co jeszcze nie tak dawno temu można było usłyszeć na temat osób z dysleksją (posiadam) i dysgrafią (również posiadam). Otóż, można było usłyszeć po pierwsze to, że hehehe, za moich czasów to się nazywało „debil”, a po drugie, w pewnym momencie zaczęło się opowiadanie o tym, że te diagnozy to w ogóle o kant wiadomej części ciała potłuc, bo tera to łatwo je uzyskać. Tak szczerze mówiąc, to anecdat na temat tego, że „ło panie, tera to każdy dyslektyk” było dużo, ale przecież nikt nie był w stanie przedstawić żadnych twardych danych na ten temat (bo przecież nikt się nie przyzna do tego, że uzyskał lewą diagnozę [tak samo jak nikt nie przyzna się do tego, że wystawił lewe zaświadczenie]). Nie wiadomo więc jak duża była skala tego problemu. Można natomiast bezpiecznie założyć, że deprecjonowanie diagnoz mogło mieć wpływ na rodziców, którzy przeczytawszy/usłyszawszy taką mądrość mogli nie posłać dziecka do poradni, co z kolei może mieć (eufemizując) niezbyt dobry wpływ na rozwój dziecka. Ja się na swoją diagnozę załapałem praktycznie pod koniec szkoły średniej, tak więc nie pomogła mi ona w niczym (poza tym, że na maturze pisemnej nie zwracali uwagi na błędy [gdyby zwracali, to pewnie bym jej nie zdał]). Polonistka zaś już wcześniej była na tyle wyrozumiała, że po wypracowaniu zapraszała mnie do biurka (po tym, jak wszyscy wyszli z sali) i prosiła żebym jej odczytał swoje wypracowanie (bo przeważnie nie była wstanie odcyfrować moich gryzmołów). Insza inszość to fakt, że nawet gdybym tę diagnozę dostał wcześniej, to pewnie też na niewiele by się ona zdała.

No, ale to tylko dygresja była. Wróćmy do meritum. Prawdą jest, że ludzie się teraz diagnozują, ale jakoś tak mi się wydaje, że nie ma w tym fakcie nic złego. U poprawnie zdiagnozowanego dzieciaka można wdrożyć jakieś procedury, które pomogą mu jakoś ogarnąć rzeczywistość, która go pod pewnymi względami przerasta i z którą nie potrafi sobie poradzić. Poprawnie zdiagnozowanemu dorosłemu diagnoza pozwoli zaś zrozumieć, dlaczego pewne rzeczy w jego życiu działy się tak, jak się działy. Poprawna diagnoza może też być wstępem do terapii, dzięki której nawet dorosła osoba ma szansę na poprzestawianie pewnych rzeczy, które wcześniej uznawała za nieprzestawialne. Rzecz jasna, nie zawsze jest to możliwe, ale dzięki diagnozie wiadomo przynajmniej jakie są przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy.


Ja wiem, że łatwiej jest tłumaczyć sobie i innym, że ktoś, kto ma jakieś problemy, jest po prostu leniem, który ma „zaległości charakteru”. Jest to łatwe o tyle, że część osób ze spektrum ma np. problemy z uczeniem się pewnych rzeczy (i są to blokady, których bez specjalistycznej pomocy nie da się samemu obejść), a z innymi radzą sobie znacznie lepiej od praktycznie całego otoczenia. No to skoro ktoś się jednej rzeczy jest w stanie nauczyć, to drugiej chyba też powinien, a skoro się nie uczy, to jest po prostu leniem, co nie? Jak sobie ktoś chce poczytać o tym, jak to wygląda na spektrum, to np. znajdzie sobie coś na temat tego, że takie osoby potrafiły się bardzo wcześnie nauczyć czynności, których opanowanie rówieśnikom zajmowało znacznie więcej czasu. W praktyce najgorsze, co mogło spotkać taką osobę, to to, że została uznana za „bardzo uzdolnione dziecko”, bo potrafiło to rodzić gigantyczną frustrację w momencie, w którym taka osoba docierała do jakiejś „blokady” i nie była w stanie opanować np. materiału szkolnego, z którym rówieśnicy radzili sobie bezproblemowo. Ale to tylko jedna płaszczyzna. Na innej są problemy z nawiązywaniem relacji społecznych (szczególnie spektakularne jest to w przypadku osób, które gdy już relację „zaczną”, to doskonale sobie z nimi radzą. Ich główny problem polega na tym, że nie potrafią ich „zacząć”, bo bardzo dużo czasu zajmuje im zastanawianie się nad tym, jak to w ogóle zrobić).

Mógłbym tak jeszcze przez naście stron opowiadać o tym, z jakimi problemami się muszą mierzyć takie osoby, ale to, co napisałem powyżej, całkowicie wystarczy do tego, żeby poprawnie ocenić twórczość Wielkiego Popularyzatora Nauki. Jeżeli ja o tym wszystkim wiem, to tym bardziej powinien o tym wiedzieć Pan Popularyzator. I jestem się w stanie założyć o wiele, że o tym wie, ale go to nie obchodzi. Nie obchodzi go to dlatego, że zasięgi muszą płynąć, a najlepiej na zasięgi robi inba. I wiecie, gdyby było tak, że to jest jakiś typ z niewielkimi zasięgami, to nie warto by się było nad tym pochylać. Ale to jest człowiek, którego twórczość dociera do bardzo wielu osób i ta jego twórczość może być autentycznie niebezpieczna. Nie dla jakiejś wyimaginowanej „ideologii łołk”, której ostatnio poświęca bardzo wiele czasu (i którą [jako pojęcie], tak jak cała reszta prawicowych publicystów, zaimportował z Zachodu), tylko dla zwykłych ludzi. Tak na koniec mam dla tej osoby jedną radę. Jeżeli nie chcesz, żeby ludzie pochylali się nad Twoją twórczością, to zmień nazwę bloga na „To Tylko Prawicowa Publicystyka” i nie zapomnij dodać, że masz doktorat z Uniwersytetu Chłopskiego Rozumu. Wtedy będziesz przynajmniej szczery.


No dobrze, skoro rant mam już za sobą, to teraz mogę przejść do spraw znacznie bardziej przyziemnych. Zacznę od przepięknego fikołka, który wykonał ostatnio Karnowski. Dosłownie przed paroma dniami Giertych wrzucił w internety granat i napisał o tym, że jeżeli chodzi o Fundusz Sprawiedliwości, to jeden pan bardzo chętnie opowiada o tym, jak to wszystko wyglądało (o ustawianych konkursach/etc.). Zjednoczona Prawica ruszyła do obrony Suwerennej Polski, albowiem wybory za pasem, a sprawa jednakowoż bardzo śmierdzi. Ponieważ artykuł, o którym za moment będzie, pojawił się na „wPolityce”, to można bezpiecznie założyć, że sygnał do obrony dał nie kto inny, a Jarosław Kaczyński. Na czym polegał ów fikoł? Ano na tym, że Karnowski napisał, że w sumie może i te konkursy i wszystko było ustawione, ale to przecież dobrze, bo gdyby tak nie było, to pieniądze z FS dostawać by mogli przypadkowi ludzie. Czemu to napisał (poza tym, że jest Karnowskim)? Ano temu, że nie dało się w żaden sposób zanegować tego, co się działo i pozostało mu tylko tłumaczenie betonowi partyjnemu, że to wszystko było dla dobra Suwerena. Śmiem wątpić w skuteczność tej konkretnej narracji, ale z drugiej strony, nie jestem specjalistą od mieszania betonu (owszem, musiałem), tak więc może się po prostu nie znam. Osobną kwestią jest to, że Suwerenna Polska zaspamowała soszjale wszelkiej maści oświadczeniami, z których wynika, że tego typa, który teraz zeznaje, to tak naprawdę nikt w SuwPolu nie zna (jeżeli ktoś ma skojarzenia z tym, jak SuwPol zareagował na kejs Szmydta, to taki ktoś ma skojarzenia poprawne, bo to ta sama strategia). Edit: już po napisaniu powyższego kawałka okazało się, że „narracje obronne” w przypadku świadka, który opowiada o Funduszu Sprawiedliwości, zdezaktualizowały się jeszcze szybciej niż te, które stosowano w przypadku Szmydta (a tam nastąpiło to błyskawicznie, bo momentalnie w internetach pojawiły się skany pism, z których wynikało, że SuwPolowcy to jednak znali Szmydta i nawet go wciskali tu i ówdzie). Okazało się bowiem, że pan świadek nagrywał kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości przez dwa lata. To można skomentować w jeden tylko sposób: chwilo, trwaj.

Idźmy dalej. Powstanie w naszym kraju komisja, która ma zająć się badaniem rosyjskich i białoruskich wpływów. Już same zapowiedzi jej powołania sprawiły, że podniosły się symetrystyczne głosy, które tłumaczyły nam wszystkim, że (uwaga, włączam capslocka) HOHOHO, WIDZICIE? ONI ROBIĄ TO SAMO, CO POPRZEDNICY. Symetryści w swoich narracjach skrzętnie pomijają to, że, no cóż, ta komisja z tą poprzednią wspólny ma tylko kawałek nazwy. Wyrób komisjopodobny, który PiS wyprodukował przed wyborami, żeby uniemożliwić Tuskowi (i paru innym politykom) objęcie jakiegokolwiek stanowiska, był niekonstytucyjny do tego stopnia, że gdyby PiS wygrał wybory i trzeba by było zastosować taktyczną Przyłębską, to pewnie nawet ona (przed wykazaniem, że komisja jak najbardziej była konstytucyjna) powiedziałaby „ojej”. Ta konkretna komisja nie ma być szopką i ma zajmować się pracą analityczną, a nie organizowaniem konferencji prasowych. Jeżeli komisja ustali, że ten czy inny osobnik (bądź też osobniczka) działał na rzecz rosyjskiego, bądź też białoruskiego wywiadu, to stworzony zostanie raport, a potem polecą wnioski do prokuratury. Wyrób komisjopodobny (made by Zjednoczona Prawica) nie przejmował się czymś takim, jak sądy/etc.  - tamten wyrób mógł kogoś po prostu zbanować z polityki (a żaden uczestnik komisji nie mógł za swoje działania zostać pociągnięty do odpowiedzialności). Rzecz jasna, nie wiadomo jeszcze, jak to wszystko się potoczy z tą Nową Lepszą Komisją, ale praktycznie każdy, kto Przez Osiem Ostatnich Lat interesował się polityką wie, że materiału wsadowego do analizy ta komisja będzie miała po kokardę.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Skoro zaś już mowa o komisjach, to warto wspomnieć o tej, która zajmuje się badaniem kwestii tzw. wyborów kopertowych. Tutaj jakoś specjalnie się nie będę rozpisywał. Napiszę jedynie tyle, że atmosfera się coraz bardziej zagęszcza. Oczywistą oczywistością już na tym etapie jest to, że ktoś za to wszystko beknie. O tym, że takiego scenariusza obawia się Zjednoczona Prawica niech zaświadczy to, że tak, jak w przypadku komisji ds .Pegasusa i przy okazji wcześniej wzmiankowanej komisji zagrano kartę „Taktyczna Julia Przyłębska”, a jej tresowany trybunał wystosował pismo, z którego wynikało, że w przypadku wyborów kopertowych wszystko było ok, a rząd Zjednoczonej Prawicy jak najbardziej mógł działać w oparciu o przepisy, które jeszcze nie obowiązywały. Można? Można! Swoją drogą, zjawiskowe jest to, że na tę konkretną minę Zjednoczona Prawica weszła z pełną premedytacją (licząc na to, że nie straci władzy i nikt jej z tego nie rozliczy). Prawda jest bowiem taka, że w 2020 roku ZP obawiała się tego, jak potoczą się wybory prezydenckie i chciała je załatwić nawet działając bezprawnie (bo to oni byli od orzekania tego, czym jest prawo). Gdyby Zjednoczona Prawica się nie obawiała o wynik wyborów, to po prostu wprowadzono by Stan Wyjątkowy (i nikt poza ciężką szurią by tejże prawicy za to nie skrytykował).

Jakiś tydzień temu odbyło się publiczne wysłuchanie w sprawie czterech projektów zmieniających prawo aborcyjne (gdyby nie projekt Trzeciej Drogi, to nazwałbym je „liberalizuącymi”, ale powrót do tzw. „kompromisu” [między prawicą, a Kościołem] liberalizacją nie jest w mojej skromnej opinii). Wysłuchanie było spektakularne, bo pojawiła się tam cała masa zygotarian (w tym jeden typ z NOPu obwieszony w symbolikę wiadomo-jakiej-dumy i celtyki), którzy opowiadali to, co zawsze opowiadają zygotarianie. Potem zaś okazało się, że ustawy będą procedowane gdzieś tak na jesieni. Na jesieni, na której pewnie z kopyta ruszy już kampania prezydencka, tak więc można być prawie pewnym tego, że będziemy mogli zaobserwować działania, mające na celu przedłużenie procedowania tak dłuto, żeby przypadkiem nikomu w kampanii to nie zaszkodziło. Aczkolwiek to jest w sumie takie trochę bezprzedmiotowe gdybanie, bo nawet jeżeli dojdzie do głosowania, to ustawy przepadną. Jeżeli zaś nie przepadną (bo np. Trzeciej Drodze wyjdzie z sondaży, że opłaca się je poprzeć [to jest polska polityka, tu wszystko jest możliwe]), to Andrzej Duda to na pewno zawetuje. W przypadku aborcji sprawa jest prosta jak budowa (tu wstaw nazwisko nielubianego polityka, który nie grzeszy rozumem): żeby aborcja w Polsce została zliberalizowana potrzebny jest inny prezydent i parlament o innym składzie, bo jeżeli chodzi o to, jak to wygląda teraz, to pozwolę sobie zacytować pointę pewnego dowcipu z brodą: „nie jest dobrze”.

Pozwolę sobie w tym miejscu na pociągnięcie tematu, który zacząłem w zeszłym tygodniu i który wywołał niewielką dyskusję. Chodzi mi, rzecz jasna, o kwestię dotacji, której nie dostał „Nowy Obywatel”. Pojawił się w tej dyskusji argument, który mnie, delikatnie rzecz ujmując, wyrwał z butów. Okazało się bowiem, że może i Remigiusz Okraska jest „zadymiarzem na Twitterze”, ale nie powinno się przez ten pryzmat postrzegać całego pisma. Otóż, nie. Każde pismo w Polsce (of korz, nie tylko w Polsce, ale my się tutaj teraz skupiamy na naszym własnym podwórku) jest postrzegane przez pryzmat rednacza. No chyba, że ktoś chce mi powiedzieć, że takie nazwiska jak Michnik, Karnowscy, Sakiewicz, Węglarczyk, Lisicki/etc. nic mu nie mówią. Równie prawdopodobne jest to, że takim osobom nic nie będzie mówiła taka nazwa, jak na ten przykład „Lisweek”. Nawet gdyby Okraska bawił się w swoją (bardzo spektakularną) działalność przy pomocy swojego facebookowego konta i nie mieszał w to „Nowego Obywatela”, to i tak ciężko by to było jakoś wybronić. Jednakowoż on (jak już wspominałem) poszedł o krok dalej i bluzgał na ludzi z konta „Nowego Obywatela” (a w wolnych chwilach rozsiewał przy pomocy tego konta dezinfo). Do tego tekstu dorzucę screen z jednej sytuacji, w której u RedNacza NO wystąpił incydent kałowy, bo jedna z ćwiterianek napisała, że u niej w domu na bułkę tartą (dodawaną do fasolki szparagowej) mówiło się „okraska” (tak, użył do tego konta „NO”). Co prawda wpis dokumentujący incydent został w miarę szybko usunięty, ale nie dość szybko, żeby nie został uwieczniony na screenie. Pozwolę sobie ten temat uprościć tak bardzo, jak tylko się da: gdy się jest twarzą jakiegoś przedsięwzięcia, to warto zwracać uwagę na to, co się robi. Jeżeli zaś się na to nie uważa, to trzeba się liczyć z konsekwencjami.

Na sam koniec zostawiłem sobie temat, który należy czytać przy otwartym oknie. Otóż, pewien profesor (jeden z tych, którzy sprawiają, że mam ochotę swój dyplom socjologa wrzucić w niszczarkę i nigdy nie przyznawać się do tego, jakie studia skończyłem) był łaskaw ostatnio wypowiedzieć się na temat Prawdziwego Zagrożenia dla Polskiej Suwerenności (uwaga natury ogólnej, nie mam pojęcia, czy to była reakcja na jakieś próby grillowania profesora przez internautów. Wygląda to na jego reakcję na czyjąś wypowiedź, ale ponieważ brak jest kontekstu, będę tę wypowiedź traktował jako wypowiedź „stand alone”): „Tak, Drodzy Państwo, nadal uważam, że zagrożenie naszej suwerenności z zachodniej strony jest większe - dlatego, że natura tego zagrożenia sprawia, iż przekracza ono zdolność pojmowania i percepcji wielu Polaków, że intelektualnie, gospodarczo i organizacyjnie nie jesteśmy mu w stanie sprostać”.

Tak, dobrze przeczytaliście, prawdziwe zagrożenie dla Polski nie leży na Wschodzie, ale na Zachodzie, ale zdaniem profesora problem Polski i Polaków polega na tym, że ci drudzy są zbyt tępi, żeby to zrozumieć. Zacznę może od tego, że gdyby taka wypowiedź padła ze strony „niePiSu”, to momentalnie by się komentariat rozgadał na temat tego, że to jest pogarda dla zwykłego człowieka i że to jest kolejna wypowiedź przedstawiciela elit, który jest oderwany od rzeczywistości. Ponieważ tutaj mamy odklejonego od rzeczywistości przedstawiciela elit, który jest PiSowcem, tego rodzaju głosy jakoś tak się nie przebijają.

Idźmy dalej. Ta wypowiedź jest tak przerażająco durna, że nie można mieć najmniejszych wątpliwości w kwestii tego, że Krasnodębski w to wierzy. On wie, że to jest bzdura. Po co więc wypisuje bzdury? Bo ktoś uznał, że do partyjnych narracji najlepiej pasują tego rodzaju antyzachodnie bzdury. Obstawiam, że Krasnodębski zdaje sobie również sprawę z tego, że opowiadając tego rodzaju bzdury zachowuje się jak pożyteczny idiota Putina, ale najwyraźniej nie spędza mu to snu z powiek. Nawiasem mówiąc, jak bardzo nie zdziwi was to, że ta idiotyczna wypowiedź była chwalona, między innymi przez Sebastiana Kaletę? Co się zaś tyczy samej wypowiedzi, to bym bardzo chciał, żeby któryś dziennikarz zapytał Krasnodębskiego o to, czy on na serio wierzy w to, że Zachód jest dla nas większym zagrożeniem, niż agresywny reżim ze Wschodu, który non stop straszy NATO konfrontacją zbrojną, grozi (między innymi) Polsce głowicami nuklearnymi, miesza przy wyborach, próbuje rozbić jedność krajów zachodnich (etc./etc.). Chciałbym również, żeby dziennikarz po zadaniu tego pytania nie pozwolił Krasnodębskiemu uciec w jakieś ogólniki. Tak, wiem, zbyt dużo wymagam.



I tym (roszczeniowym) akcentem zakończę powyższy Przegląd.


Źródła:

https://businessinsider.com.pl/polityka/zbigniew-ziobro-i-fundusz-sprawiedliwosci-miazdzace-zeznania-dyrektora/1sy2q59

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ujawniamy-tasmy-ziobrystow-informator-prokuratury-nagrywal-ich-przez-dwa-lata/trxkhk2

https://x.com/katarynaaa/status/1793547540408713644

https://www.gov.pl/web/premier/komisja-ds-badania-wplywow-rosyjskich-i-bialoruskich-powolana

https://wyborcza.pl/7,75398,30966701,trybunal-konstytucyjny-z-pomoca-morawieckiemu-znalazla-sie.html

link do artykułu, w którym zebrano dotychczasowe ustalenia komisji ds wyborów kopertowych:

https://oko.press/slodka-zemsta-grodzkiego-na-pis-nawet-nie-wiedzieliscie-coscie-uchwalili-wybory-kopertowe

https://kobieta.wp.pl/z-sejmu-wyprowadzono-mezczyzne-nie-ma-i-nie-bedzie-naszej-zgody-na-rasizm-7028250675399232a

https://x.com/PiknikNSG/status/1793719117687759186