wtorek, 14 marca 2023

Król w Rzułci

Tytuł notki jest z gatunku selfexplanatory, ale na wszelki wypadek: tak, ta notka będzie o Karolu Wojtyle, czyli o człowieku, który identyfikował się jako Jan Paweł II. W zeszłym tygodniu doszło do „drugiego zamachu na Karola Wojtyłę”. Tak, chodzi o tego samego, który zmarł 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21:37 (tym czterem cyfrom przypadła w niniejszej notce funkcja Strzelby Czechowa).


Jak to więc możliwe, że doszło „drugiego zamachu”? Otóż, w telegraficznym skrócie: Karol Wojtyła, jeszcze jako Karol Wojtyła wiedział o tym, że w Kościele grasują sobie pedofile, ale nic sobie z tego nie robił. Tzn. w sumie to takie lekkie niedopowiedzenie, bo zdarzało mu się ich również wspierać. Tak samo rzecz się miała, gdy Wojtyła zaczął (obiecuję, że to już ostatni raz) się identyfikować jako Jan Paweł drugi. Ktoś może powiedzieć: no dobrze, ale jaki to ma związek z „drugim zamachem”? To bardzo proste: dziennikarze mieli czelność zbierać na ten temat materiały, a następnie zrobić o tym program, który wyemitował TVN.


Na pierwszy rzut oka to, co działo się później (nadal się dzieje i będzie się działo jeszcze przez jakiś czas), wygląda jak efekt zetknięcia się kultu jednostki z informacjami, które stawiają ową jednostkę w złym świetle. Po części jest to prawda. Po części, bo to wzmożenie, które obserwujemy jest wywołane głównie tym, że Zjednoczona Prawica nadal szuka „politycznego złota”. Można bezpiecznie założyć, że spindoktorzy partii rządzącej mają do Wojtyły pretensję o to, że swego czasu opowiadał o kremówkach, a nie o wołowych stekach.


Takim politycznym złotem miały być dla PiSu narracje o „jedzeniu robaków”, ale temat nie wyszedł poza beton partyjny, tak więc chwilowo wspominają o nim głównie członkowie Solidarnej Polski i Marek Suski. Nie powinno więc dziwić nikogo, że praktycznie zaraz po wyemitowaniu „Franciszkańskiej 3” na prawicy zaczęła wzbierać rzułta fala (niestety nie mogę obiecać, że to ostatni suchar).


Gdybym chciał zebrać wszystkie te narracje, które w przeciągu tygodnia wyprodukowała polska prawica, musiałbym pewnie napisać książkę, tak więc zrobimy tu wielkie tl;dr: atakują nam Papieża Polaka, opierając się na „ubeckich kwitach”. To jest stosunkowo zabawne, bo „ubeckie kwity” osiągnęły stan kwantowy. Otóż, te kwity, w których stało, że Wałęsa to „Bolek” są wiarygodne, ale te, w których stało coś, co stawiało Wojtyłę w złym świetle, są już absolutnie niewiarygodne „bo ubecja by nimi wcześniej zagrała”. Rzecz jasna, autorzy tych ostatnich wypowiedzi nie zastanowią się nawet przez chwilę nad tym, że „granie” takimi kwitami w tamtych czasach byłoby bezsensowne, bo ten temat wtedy w Polsce praktycznie nie istniał. Na ćwitrze mignęła mi nitka całkiem sensownych wpisów na ten temat (w Źródłach będzie), których autor przytomnie zauważył, że gdyby służby chciały „zagrać kwitami” za czasów PRL-u, to prawie wszyscy pomyśleliby, że kwity są spreparowane, bo służby „chcą zniszczyć Papieża Polaka”.


Taką dygresję tu popełnię. Niech mnie ktoś skoryguje, ale mnie pamięć podpowiada, że pierwsza „głośna” sprawa duchownego pedofila w Polsce, to była sprawa księdza z Tylawy. Nie jestem w stanie tego oźródłować, ale pamiętam, że w obronie księdza pedofila stanęła wtedy spora część parafian, którzy tłumaczyli, że to wszystko jakieś wymysły, a ksiądz dobry jest (coś mi to przypomina, ale nie wiem co). Sprawę tę na samym początku umorzyła prokuratura pod wodzą Stanisława Piotrowicza (tak, chodzi o obecnego sędziego Trybunału Przyłębskiego), który bagatelizował to, co robił ksiądz. Dzięki interwencji ministra sprawiedliwości sprawą zajęła się inna prokuratura i efekt końcowy był taki, że ksiądz pedofil dostał wyrok w zawieszeniu. Jestem się w stanie założyć o bardzo wiele, że gdyby ta sprawa nie nabrała rozgłosu, to pozostałaby umorzona (a potem by się przedawniła). Trzeba przyznać, że reakcja Kościoła błyskawiczna, bo na wyżej wymienionego księdza nałożono zakaz odprawiania mszy z udziałem wiernych. Aha, zapomniałem dodać, że ów zakaz nałożono na niego 16 lat po tym, jak został skazany.


No dobrze, wracajmy do meritum. Ponieważ działania rządowej machiny propagandowej są doskonale zaplanowane, nikt tam w tych ich narracjach nie zwraca uwagi na to, że te „ubeckie kwity” to jedno, ale oprócz tychże kwitów są zeznania pokrzywdzonych/świadków, a w Małopolsce są wsie, na których nadal żyją ludzie pamiętający to, co robili księża i to, że nie spotkały ich za to żadne konsekwencje.


Już samo to, w jaki sposób prowadzone są działania propagandowe w celu obrony Króla w Rzułci pokazuje, że rządzący wiedzą, że to wszystko prawda, ale liczą na to, że wystarczająca część społeczeństwa nadal nie wyleczyła się z kultu jednostki. Rzecz jasna chodzi o to, żeby ta część społeczeństwa była wystarczająca do tego, żeby PiS rządził trzecią kadencję z rzędu.


Jak się w Polsce ma kult tej konkretnej jednostki? Odpowiem filozoficznie „to zależy”. Nie mam żadnych danych na ten temat, więc będzie to tylko i wyłącznie moja anecdatyczna publicystyka, ale śmiem twierdzić, że wszystko zależy od wieku. Im starsza osoba, tym większe prawdopodobieństwo tego, że taka osoba właśnie przeżywa katusze, obserwując „ataki na Papieża Polaka”. Nawiasem mówiąc, Kościół doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kult jednostki może mieć „ograniczenia wiekowe” i próbował z tym walczyć. Wymyślono nawet określenie „Pokolenie JP2”. W pewnym sensie to określenie było dość trafne, bo to właśnie to pokolenie zalało internety memami z papieżem, ale wydaje mi się, że nie o to chodziło ludziom, którzy wymyślili to pojęcie.


Nie wiem, czy ktokolwiek przeprowadzał jakiekolwiek badania na temat tego, skąd się wzięło w polskim internecie zatrzęsienie rzułtych (ok, to już był ostatni) memów i gifów (jeżeli ktoś jest ciekawy, jak dużo ich jest, to niech sobie np. w messengerze kliknie w wysyłanie gifów i wpisze tam 2137 [swoją drogą, nowe gify cały czas powstają]), ale można bezpiecznie założyć, że w pewnym momencie Wojtyła był dosłownie wszędzie i strach było otworzyć lodówkę. Żart „kto jest Twoim ulubionym bohaterem i dlaczego Lenin”, zastąpiony został przez „kto jest Twoim ulubionym bohaterem i dlaczego Jan Paweł II”. Powiedzieć, że temat został przegrzany to tak, jakby powiedzieć, że na powierzchni słońca bywa trochę ciepło.


Znacznie większym problemem jest dla Kościoła (i prawicy, która na fali wiadomego koloru chce wjechać po raz trzeci do ław rządowych) nie jest jednak „pokolenie JP2”, ale te młodsze. Czemu to problem? Ano temu, że tego „starszego” pokolenia, które miało bekę z Wojtyły, można było używać jako złego przykładu (no wiecie, zgnilizna moralna z Zachodu i te sprawy). Z młodszym rzecz się ma inaczej. To młodsze pokolenie, jak słusznie zauważył Zandberg (ok, przyznaję, że napisałem to słusznie dlatego, że sam to napisałem na ćwitrze zaraz po tym, jak się prawica zaczęła wzmagać): „Na miejscu ludzi, którym bliska jest przyszłość Kościoła Katolickiego zastanowiłbym się nad tym, jak to się stało, że przez ostatnie lata w Polsce z roku na rok przyspiesza sekularyzacja. Zastanowiłbym się, dlaczego dla większości młodych ludzi Karol Wojtyła to jest po prostu zabawny, starszy pan z memów, z "rzułtą" (tym razem to był cytat!) twarzą, a nie najwyższy autorytet moralny”  


Nawiasem mówiąc, ta prawicowa histeria na tle Papieża, może mieć dla prawicy i dla samego kultu jednostki katastrofalne skutki. No bo jest sobie to młodsze pokolenie, które nie do końca wie, kto to był ten Wojtyła i co robił (nie, to nie jest przytyk, tylko stwierdzenie faktu, sam bym chciał nie wiedzieć, kto to). Teraz zaś prawica przegrzewa temat do tego stopnia, że owo młodsze pokolenie może się tą tematyką zainteresować. Może się więc okazać, że pan ze śmieszną żółtą twarzą (obiecałem, że tamten suchar będzie ostatni i słowa dotrzymałem) nie był taki śmieszny, bo brał udział w tuszowaniu pedofilii. Ja wiem, że prawica nie wybiega tak daleko w przyszłość (bo przed nimi najważniejsze w ich życiu wybory), ale dziwi mnie to, że oni tam sobie nie zdają sprawy z tego, jakie ich działania mogą mieć konsekwencje. Jeżeli ktoś ma wątpliwości odnośnie tego, czym się skończy ta kolejna próba przeprowadzenia w Polsce wojtylizacji młodzieży na siłę, to ja bym chciał nieśmiało przypomnieć, że jeżeli chodzi o „odwracanie się” od Kościoła, to młodzież w tym „odwracaniu się” króluje. Jestem przekonany o tym, że próba wmówienia młodzieży tego, że ma traktować Wojtyłę, jako autorytet moralny, skończyć się może tylko i wyłącznie dobrze. Rzecz jasna dobrze z punktu widzenia kogoś, kto ma do Kościoła podejście takie, jak ja.


Po prawej stronie nie brakło również fanów myślenia życzeniowego. Niestety nie zachowałem sobie linków, a teraz nawet przy użyciu husarskiego konta na ćwitrze nie jestem w stanie tego znaleźć. Chodziło o to, że panom komentatorom się uwidziało, że (w skrócie) „ponieważ mainstream teraz krytykuje papieża, to młodzież może zacząć go uznawać za autorytet moralny”. Co zrozumiałe, refleksja na temat tego, że prawica zaanektowała spory kawałek mainstreamu im do głów nie zawitała. Obstawiam, że do momentu, w którym przekonają się o tym, że (znowu) nie mieli racji, już zapomną o swoich snach o potędze.


Swoją drogą, czytając to, co na temat Jana Pawła II mają do powiedzenia jego obrońcy, można dojść do wniosku, że Karolowi Wojtyle udało się osiągnąć stan kwantowy. Z jednej bowiem strony był niemalże wszechwiedzącym geniuszem, który „pomógł obalić komunizm”, a z drugiej strony był takim nie do końca rozgarniętym człowiekiem, który nie miał pojęcia o tym, co się dzieje w jego własnej organizacji. Obstawiam, że właśnie z powodu tej drugiej narracji, wyznawców zabolała ta „Franciszkańska 3”. Ciężko bowiem byłoby uwierzyć w to, że biskup Wojtyła wiedział o tym, że w Kościele grasują pedofile, a Jan Paweł II już o tym nie wiedział, „bo mu nie powiedzieli”.


UWAGA! Szkalowanie papieża sponsorowane przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Gdyby działania Zjednoczonej Prawicy ograniczały się wyłącznie do histerycznych narracji o „ataku”, to byłoby pół biedy. Gorzej, że ci ludzie zakiwali się tak bardzo, że ich postępowanie jest po prostu groźne dla Polski. Zacznijmy od kontekstu, który wygląda tak, że za wschodnią granicą trwa wojna wywołana przez Rosję. Rosja, o czym można się było przekonać jakiś czas temu, planowała podbicie Ukrainy w kilka dni, a potem planowała ataki rakietowe na Polskę. Dla wszystkich (poza papieżem Franciszkiem) oczywiste jest to, kto w tej wojnie jest napastnikiem. Dla wszystkich, poza częścią zachodniej lewicy i skrajnej prawicy (w tym skrajnej prawicy polskiej) oczywiste jest to, do czego doprowadziłoby zwycięstwo Rosji. Również dla wszystkich oczywiste jest to, że teraz bezpieczeństwo Polski zależy w głównej mierze od NATO, którego to NATO największym członkiem są Stany Zjednoczone. W telegraficznym skrócie, nasze (Polaków) bezpieczeństwo zależy w olbrzymim stopniu od Stanów Zjednoczonych.


I w takich to okolicznościach przyrody, Zjednoczona Prawica w pogoni za politycznym złotem, oskarża USA o prowadzenie przeciwko Polsce wojny hybrydowej:


„W związku z działaniami jednej ze stacji telewizyjnych, będącej inwestorem na polskim rynku, MSZ zaprosiło ambasadora Stanów Zjednoczonych.


MSZ uznaje, że potencjalne skutki tych działań są tożsame z celami wojny hybrydowej mającej na celu doprowadzenie do podziałów i napięć w polskim społeczeństwie.

W związku z tym, MSZ zaprosiło Ambasadora Stanów Zjednoczonych, aby poinformować o zaistniałej sytuacji i jej konsekwencjach w postaci osłabienia zdolności Rzeczypospolitej Polskiej do odstraszania potencjalnego przeciwnika i odporności na zagrożenia.”


(fun fact: najpierw było „wezwało”, ale potem zmieniono to na „zaprosiło”).


Od tamtej pory praktycznie cała Zjednoczona Prawica produkuje narracje, w myśl których ten reportaż to były „działania wymierzone przeciwko Polsce” i przeciwko „bezpieczeństwu Polski”. Jestem tak stary, że pamiętam, co się działo, gdy Bart Staszewski wrzucił na ćwitra filmik z Kaczyńskim („nic nie powiedział”). Filmik tak bardzo zabolał Zjednoczoną Prawicę, że minister Stanisław Żaryn, Pełnomocnik Rządu ds. Bezpieczeństwa Przestrzeni Informacyjnej RP był łaskaw oświadczyć, że: „Zaproszony na przemówienie prezydenta USA znany w PL prowokator przypisuje słowa J. Kaczyńskiemu, których on nie powiedział, i nadaje im fałszywą interpretacje. W ten sposób próbuje: destabilizować relacje PL-USA, atakować politycznie J. Kaczyńskiego, polaryzować społeczeństwo w PL”.


Ta narracja o „destabilizowaniu relacji PL-USA” została momentalnie podchwycona przez rządowy agitprop. Co robi pan minister od Bezpieczeństwa Przestrzeni Informacyjnej RP w momencie, w którym nasz największy (w wymiarze militarnym) sojusznik jest oskarżany o prowadzenie wojny hybrydowej przeciwko Polsce? Zajmuje się „czymś innym”. No ale, jak mniemam, w jego opinii wpis twitterowy Barta Staszewskiego ma znacznie większy „impact factor”, niż działania Ministerstwa Spraw Zagranicznych i twitterowe wpisy pierdyliona członków Zjednoczonej Prawicy.


Pomijając już opisany wcześniej kontekst, czego się te dzbany spodziewają? Że powiedzą ambasadorowi, że TVN „szkaluje papieża”, a ten im obieca, że on dopilnuje tego, żeby TVN o Wojtyle mówił tylko i wyłącznie dobrze albo wcale? Ja wiem, że ci ludzie się przyzwyczaili do ręcznego sterowania mediami, ale mogliby przynajmniej dopuścić do siebie taką myśl, że tego rodzaju działania nie są normą w zbyt wielu krajach.


No dobrze. Zmierzając ku wnioskom końcowym (spokojnie, na Strzelbę Czechowa jeszcze przyjdzie czas) warto się zastanowić nad tym, czy PiSowi faktycznie udało się teraz trafić na „polityczne złoto” i czy syndrom oblężonego papie..., znaczy się oblężonej twierdzy, pomoże im wygrać wybory? Co prawda, nie mam kryształowej kuli, ale myślę, że wątpię. Tego rodzaju akcje (wywoływanie wzmożenia) mają sens, jeżeli uruchamia się je bardzo blisko wyborów. Ok, można je uruchamiać wcześniej, ale jeżeli się je uruchomi, to potem trzeba działać na tyle subtelnie, żeby temat się nie przejadł (to jest prosta głowologia: jeżeli będziemy kogoś bombardować komunikatami o tej samej treści, to ten ktoś w pewnym momencie przestanie na nie zwracać uwagę).


Wiele można powiedzieć o działaniach Zjednoczonej Prawicy, ale nie to, że są one subtelne. Temat „papieżowy” został przegrzany praktycznie na samym starcie. Co prawda „symetryści” (czytaj: PiSowcy, którzy udają bezstronnych) tłumaczyli, że to „druga strona przegrzała temat” (bo wiecie, jeden reportaż to „przegrzanie”), ale to jest po prostu próba zaczarowania rzeczywistości. Nie mam pojęcia, co musiałaby zrobić „druga strona”, żeby „przegrzać temat”, ale obstawiam, że musiałoby to być przynajmniej wrzucanie memów z papieżem w czasie najwyższej oglądalności. Poza tym, jeżeli o tym, że ten temat jest dobry dla PiSu mówią takie tuzy, jak Roman Giertych, to można być pewnym, że jest odwrotnie.


Można bezpiecznie założyć, że (jeżeli chodzi o wpływ na wynik wyborczy), to będzie on zerowy. Nie dlatego, że te działania będą nieskuteczne w wymiarze propagandowym, ale dlatego, że będą one rezonowały tylko i wyłącznie w elektoracie, który i tak by na PiS zagłosował. Chodzi mi, rzecz jasna, o tzw. beton, który zagłosowałby na PiS niezależnie od wszystkiego. Gdyby Jarosław Kaczyński przed wyborami obiecał, że zbuduje na granicach polski mur i zasypie cała Polskę kruszywem, to beton opowiadałby o tym, że może i będzie trochę niewygodnie, ale przynajmniej to kruszywo zabezpieczy nas przed zgnilizną moralną z Zachodu. Owszem, fanbaza Karola Wojtyły nie ogranicza się do PiSowskiego betonu partyjnego, ale prawda jest taka, że jeżeli ktoś nie chciał głosować na PiS przed „papieską inbą”, to nie zachce mu się głosować na partię Kaczyńskiego nawet po tej inbie.


Teraz zaś dochodzimy do momentu, w którym da o sobie znać Strzelba Czechowa. Najpierw kilka słów kontekstu. Mój 10-letni syn (co pewnie nie będzie dla nikogo niespodzianką) nie uczęszcza na zajęcia z religii. Od jakiegoś czasu tłumaczymy mu, że z tą religią (a raczej z tymi religiami) to jest tak, że jedni wierzyli w Thora i Odyna, inni w Zeusa, jeszcze inni w Jezusa, a jeszcze inni nie wierzą sobie w żadne z tych bóstw. Wydaje nam się, że to nasze nauczanie odnosi skutek, bo kiedyś nam pociecha zakomunikowała, że jedna z jego nowych koleżanek w klasie również nie chodzi na religię, bo ona chyba wierzy w innego boga (powiedziane to zostało tonem informacyjnym, ot po prostu tak, jak gdyby nam pociecha komunikowała, że ktoś przyszedł do szkoły w zielonej koszulce). Pociecha moja ma więc mocno ograniczony kontakt z religią i sprowadza się on w praktyce do tego, co tam tej naszej pociesze „sprzeda” grupa rówieśnicza.


Skoro kontekst jest już znamy, to teraz przechodzimy do sedna. Razu pewnego w szkole były jakieś testy sprawnościowe. Ponieważ wiedzieliśmy o tych testach z wyprzedzeniem, po powrocie ze szkoły dopytywaliśmy się „jak mu poszło”. Syn nam powiedział, że jeżeli chodzi o jedno ćwiczenie, to on miał czas 21 sekund i 28 setnych i od razu dodał, że w sumie to żałuje, że nie było tych setnych sekund 9 więcej. Zachowując pokerowe twarze (bo przeca wiedzieliśmy, jaka będzie pointa) zaczęliśmy dopytywać, czemu brakowało akurat 9 setnych. „No bo wtedy to byłoby 21 sekund i 37 setnych”. Drążyliśmy więc dalej „no ale czemu akurat tyle?” „No bo o 21:37 zmarł papież i teraz koledzy sobie z tego żartują”. I tak oto, moja pociecha dowiedziała się o 2137. Niezwykle bawi mnie to, że dowiedział się o tym od swoich wierzących (a przynajmniej uczęszczających na religię) kolegów, którzy ewidentnie mają z tego bekę.


I tym optymistycznym akcentem zakończę notkę na temat żółtej ofensywy Zjednoczonej Prawicy.


Źródła:

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1634305576887787520

https://tvn24.pl/go/programy,7/czarno-na-bialym-bielmo-odcinki,880782/odcinek-12,S00E12,1010607

https://twitter.com/WronaAwek/status/1634222443173670916

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1766354,1,stanislaw-piotrowicz-kryl-ksiedza-pedofila-z-tylawy.read

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26181707,skazany-za-pedofilie-ksiadz-z-tylawy-z-zakazem-odprawiania-mszy.html

https://wiadomosci.radiozet.pl/Gosc-Radia-ZET/adrian-zandberg-szkoly-podstawowe-im-jana-pawla-ii-to-cos-nie-na-miejscu-dla-mlodych-ludzi-wojtyla-to-zabawny-starszy-pan-z-memow-9032023

https://wiadomosci.wp.pl/mlodziez-odwraca-sie-od-kosciola-prymas-polski-to-sa-liczby-wrecz-dewastujace-6721625716030432a

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2023-03-05/wyciekly-tajne-plany-putina-pojawia-sie-w-nich-polska/

https://www.gov.pl/web/dyplomacja/komunikat-w-zwiazku-z-wezwaniem-ambasadora-stanow-zjednoczonych-do-msz

https://dorzeczy.pl/obserwator-mediow/408556/fake-news-ws-slow-kaczynskiego-zaryn-staszewski-to-prowokator.html

niedziela, 12 marca 2023

Duklanowskiego wojna z rzeczywistością

To w zamierzeniu miała być krótka notka, ale jak się zacząłem wczytywać w „wywiad”, którego udzielił Duklanowski, to się zorientowałem, że „trochę mi to zajmie”. Nie zamierzam kupować GPC, więc będę bazował na krótkim fragmencie wrzuconym na „Niezależną”.


„Sugerowano, że w ogóle Twoja publikacja była zbędna. Że jest polityczną nagonką. Te same media, które dziś apelują o zgłaszanie się ofiar pedofilów w sutannach sprzed pół wieku, także tych dawno temu skazanych przez sądy, w tym przypadku zaczęły podważać sens ujawniania prawdy. Mimo że chodziło o osobę publiczną, sprawującą państwowy urząd.”


Zacznę od końca. Tym, co spindoktorowi, który ułożył to pytanie umyka (tzn. wcale nie umyka, ale po prostu próbuje zakłamywać rzeczywistość), że w przypadku Krzysztofa F. sprawa wygląda tak, że on został skazany i siedzi w pierdlu. Nie można tego powiedzieć o sporej części duchownych pedofilów, którzy załapali się na przedawnienia dzięki temu, że ich kościelni przełożeni nie informowali organów ścigania o ich dokonaniach. Zamiast tego przenosili ich z parafii do parafii.


„Problem polega na tym, że w przypadku nagłaśniania pedofilii wśród księży nie ma żadnej taryfy ulgowej.”


Być może ma to jakiś związek z tym, że Kościół miał (i nadal ma) problem z systemowym ukrywaniem pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości?


„Te przykłady wymienione w „Gazecie Polskiej” i na Niezależnej, które opisują, jak informacje dziennikarskie pozwalają identyfikować ofiary księży pedofilów, to jest coś, co w żaden sposób nigdy nie było podnoszone”.


Gdyby Duklanowski albo ktokolwiek z osób z Niezależnej i GPC miał cokolwiek wspólnego z dziennikarstwem, to wiedziałby, że w opisywanych przypadkach (na liście była np. sprawa księdza pedofila z Tylawy) nikt nie ujawniał danych wbrew woli ofiar. Przecież często ci ludzie sami zgłaszali się do mediów, bo mieli świadomość tego, że jeżeli media nie nagłośnią ich spraw, to szanse na to, że ktokolwiek poniesie jakiekolwiek konsekwencje, są znikome.


„Ujawnienie tej sprawy było problemem dla Platformy i szerzej – środowiska medialnego, które buduje taki przekaz, że pedofilia to tylko problem Kościoła”.


Nikt nie buduje takiego przekazu. Przekaz, który jest budowany wygląda tak: Kościół, jako jedyna organizacja działająca w Polsce ukrywał (i nadal ukrywa) swoich członków przed wymiarem sprawiedliwości. Nie było żadnych organizacji murarskich, które murarza-pedofila przenosiły na inną budowę. Tak więc, owszem, systemowe tuszowanie pedofilii to „tylko problem Kościoła”.


„Przykład Krzysztofa F. pokazuje, że ten problem nie dotyczy jednego środowiska.”.



Nieśmiało przypominam, że Platforma Obywatelska nie przeniosła tego typa do innego okręgu i o ile mi wiadomo, to PO nie zafundowało temu typowi obrońcy (Kościół ma w zwyczaju wspieranie „swoich” pedofilów).


„Kościół mniej lub bardziej skutecznie od wielu lat stara się te kwestie rozwiązać. Wprowadził procedury, które uniemożliwiają działalność pedofilów w tych strukturach”


Nie, Kościół (przynajmniej polski, bo zagranicą został do tego zmuszony gigantycznymi odszkodowaniami) nie ma żadnych procedur. O tym, jak bardzo ich nie wprowadził, mogliśmy się przekonać oglądając „Tylko nie mów nikomu”. Jednym z „bohaterów” tego filmu był ksiądz, który prowadził zajęcia z dziećmi, pomimo „nałożonego przez sąd dożywotniego zakazu wykonywania działalności związanej z wychowywaniem, edukacją i opieką nad dziećmi”.


Jak mogło do tego dojść? Ano tak: „Ks. Przemysław Śliwiński przyznał, że księża organizujący rekolekcje dla dzieci mogli nie wiedzieć o obowiązku sprawdzania w rejestrze pedofilów duchownych, którzy prowadzą takie rekolekcje. Zapewnia, że to się zmieni i duchowni prowadzący rekolekcje dla dzieci też będą sprawdzani w rejestrze.”.  


Tak więc, wychwalane przez Duklanowskiego kościelne procedury w ogóle nie działały. Gdyby nie to, że Sekielski zrobił o tym materiał, to ksiądz-pedofil pewnie nadal by prowadził te zajęcia (na których opowiadał dzieciakom, że teraz księża mają spore problemy, bo są oskarżani o wszystko, co najgorsze).


„Ale inne środowiska, nawet w tym krytykowanym przez media niedostatecznym ich zdaniem stopniu, się nie oczyściły.”



I znowuż: pedofil z PO został skazany i usunięty z partii (nie wiem, jaka była kolejność). Jeżeli to nie jest oczyszczanie się w „niedostatecznym stopniu”, to nie mam pojęcia, jakiego określenia użyć w kontekście tego, jak w takich sytuacjach postępuje Kościół.


„Ten problem dotyczy m.in. celebrytów, polityków czy aktorów.”


Nikt tego nie neguje.


„Pokazanie informacji o F. rozbijało narrację, która jest budowana od lat w mediach lewicowo-liberalnych, że to problem tylko Kościoła.”.


Wiem, że się powtarzam, ale: żadna inna organizacja nie ma tak spektakularnych dokonań w zakresie chowania pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości, jak Kościół.


„Być może uznano, że osłabi to siłę kolejnych publikacji na temat Kościoła.”.


Ciekaw jestem, czy Duklanowski wie, że właśnie przyznał się do tego, że w jego publikacji nie chodził o „pokazywanie prawdy”, ale o to, żeby Kościół nie ponosił już „medialnej” odpowiedzialności za swoje działania.


UWAGA! Grillowanie Duklanowskiego sponsorowane przez Suwerena:

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


„Działacze PO kilkakrotnie zawieszali buciki na kościołach w Zachodniopomorskiem, zwracając uwagę na problem pedofilii wśród księży. Ale gdy pedofilia pojawiła się w ich środowisku, nastąpiła zmowa milczenia. Nikt nie wieszał bucików na siedzibie PO”.



Być może nie wieszano tych bucików dlatego, że Platforma Obywatelska (w przeciwieństwie do Kościoła) nie wspierała tego pedofila i bardzo szybko się „oczyściła”? Co się zaś tyczy „zmowy milczenia”, to to jest wprost wybitnie kretyński argument. Narracja, którą Duklanowski i jego przełożeni chcą zbudować, wygląda następująco: w PO pojawił się problem pedofilii, ale nikt o tym nie wspomniał, bo w mediach zapanowała zmowa milczenia.


Tym, co Duklanowski (a raczej spindoktor, który układał treść „wywiadu”) zupełnie pomija, jest taki drobny szczegół jak to, że prawicowe media są teraz częścią mainstreamu. Jeżeli przez moment założymy, że faktycznie doszło do jakiejś „zmowy milczenia”, to z tego by wynikało, że w tej zmowie brały udział również media rządowe (warto w tym miejscu wspomnieć, że te media pewnie dowiedziały się o wszystkim jako pierwsze ze względu na taśmociąg prokuratura – rządowe media).


Gdyby nie kontekst, nawet zabawne byłoby to, że rządowe media rozpowszechniają narrację, z której wynika, że brały udział w „zmowie milczenia”, bo jakoś tak się składa, że nie informowały na bieżąco o tym, co się dzieje, tylko sobie poczekały na „odpowiedni moment”.


Na sam koniec zostawiłem sobie prawdziwą perełkę:


„Nie podjęto też żadnych działań, by wyjaśnić, czy było więcej ofiar Krzysztofa F. On funkcjonował w wielu środowiskach i miał kontakt z dziećmi. Nie podjęto takich działań w urzędzie, w którym pracował. Nikt niczego nie wyjaśniał i nie wprowadził procedur, aby zapobiegać takim przypadkom w przyszłości”.


Ten argument jest tak idiotyczny, że spindoktor, który to wymyślał, musiał mieć gorszy dzień. No bo, tak po prawdzie, kto miał prowadzić „działania, by wyjaśnić, czy było więcej ofiar Krzysztofa F.”? Duklanowski (a raczej spindoktor, który to wymyślił) twierdzi, że to jest problem „środowisk”. Prawda jest jednakowoż taka, że tym powinien zająć się wymiar sprawiedliwości. Z tego, co powiedział Duklanowski wynika zaś, że prokuratura i policja zawiodły na całej linii i nie wywiązały się ze swoich obowiązków. Przecież na tej podstawie można by wystosować jakieś zapytania do prokuratury o to, „czemu nie sprawdzono, czy ofiar nie było więcej” i powołać się na Duklanowskiego


Duklanowski opowiada o tym, że nie wprowadzono żadnych procedur w urzędzie, w którym pracował. Ok. przez moment załóżmy, że to zostało powiedziane na serio. Ja mam w tym miejscu pytanie: czy urzędy marszałkowskie, zarządzane przez Prawo i Sprawiedliwość, wprowadziły takie procedury? Ja wiem, że to się nie wydarzyło u nich, ale chyba można takie procedury ułożyć na wszelki wypadek, prawda? Czemu więc tych procedur nie ułożono (gdyby takowe powstały w tych PiSowskich urzędach marszałkowskich, to dowiedzielibyśmy się o tym 5 minut po tym, jak Duklanowski opublikował swój „artykuł”).


Idźmy dalej: w jaki sposób miałyby wyglądać takie procedury? Krzysztof F. nie był wcześniej karany za pedofilię, tak więc przeszedłby przez każde „sito”, mające na celu odsianie osób, które nie powinny pracować z dziećmi (no wiecie, chodzi o takie „sito”, przez które nie przeszedłby skazany ksiądz-pedofil, o którym traktował film „Tylko nie mów nikomu”). Ja wiem, że to jest mowa trawa (taki wypełniacz, który ma sprawić wrażenie, że w tym wszystkim rację miał Duklanowski), ale to są bzdury. I mam szczerą nadzieję, że media, które będą relacjonowały wypowiedzi, będą punktować te jego bzdury, zamiast bezrefleksyjnie je powielać, a potem zastanawiać się nad tym, jak to jest, że Duklanowskiemu ktokolwiek wierzy.


Tak sobie myślę, że jeżeli w niewielkich fragmentach tego „wywiadu” jest tyle bzdur, to do sprostowania wszystkich zawartych w wywiadzie potrzebna by pewnie była kilkusetstronicowa książka.


Źródła:

https://dorzeczy.pl/opinie/415597/duklanowski-odpiera-zarzuty-ws-ujawnienia-danych-dziecka-filiks.html

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1547077%2Ctomasz-duklanowski-nie-ujawnilem-danych-osobowych-ofiar-pedofila.html

poniedziałek, 6 marca 2023

Czyste zło

Disclaimer nr 1: To nie będzie tekst dla ludzi o słabych nerwach.

Disclaimer nr 2: Od jakiegoś czasu staram się ograniczać stosowanie wulgaryzmów, ale przy tej okazji jebią mnie konwenanse.


Zacznę od wyświechtanego sloganu: „Wydawało mi się, że ci ludzie nie są mnie już w stanie niczym zaskoczyć”. Ja wiem, że przy okazji rządów tej konkretnej partii tego rodzaju tekstów używa się przeważnie raz w tygodniu i nieco straciły one na znaczeniu, ale... no właśnie „ale”.


Wydawało mi się, że w tej całej sprawie z Duklanowskim i efektami jego „pracy” nic mnie już ze strony rządowych opiniomatów nie zaskoczy. Okazało się, że nie miałem racji. Nie miałem jej i to, kurwa, bardzo. W pewnym momencie po stronie odnowionej moralnie prawicy zaczęły pojawiać się narracje, w myśl których doszło do ustawki.


Ktoś może w tym momencie zadać sobie pytanie „o jaką znów, kurwa, ustawkę chodzi?” Już tłumaczę. Otóż, zdaniem prawicowych kont (każde z tych kont jest followowane przez całe mnóstwo polityków Zjednoczonej Prawicy), posłanka celowo opóźniała pogrzeb. A na dodatek Tusk napisał tweeta o tym wszystkim, co się stało, więc mamy do czynienia z ewidentną ustawką.


I znowuż, ktoś może w tym momencie zadać bardzo przytomne pytanie: na czym ta jebana ustawka miała polegać? Nikt, łącznie z autorami tych gównowpisów, nie jest w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Kolejne pytanie, które ktoś może sobie zadać w kontekście tych narracji, brzmi następująco: Czy te jebane hieny na serio zbudowały narrację, w myśl której ktoś czekał z pogrzebem po to, żeby ktoś inny mógł potem napisać tweeta? Przecież to jest jakaś jebana bzdura i nawet jeżeli weźmiemy pod rozwagę to, że ci ludzie nie są orłami intelektu, to ta narracja nadal pozostaje niezrozumiała. No ale, pamiętać należy o tym, że jeżeli dzieje się coś, co zdaniem rządowych opiniomatów może zaszkodzić dobremu imieniu partii, to albo mamy do czynienia ze spiskiem, albo z ustawką (albo z ustawką, która jest efektem spisku).


Gdyby chodziło tylko i wyłącznie o tę jedną, idiotyczną i jadowitą narrację, to pewnie darowałbym sobie wpis, bo przecież w poprzednim wpisie sam wspominałem o tym, że ci ludzie teraz w pocie czoła szukają czegoś, co pozwoli zrzucić winę za to, co się stało na „kogoś innego” (najlepiej na Tuska i Platformę Obywatelską).


Niestety, potem było znacznie gorzej. Na anonimowych kontach (które są powiązane z obecną władzą, bo każde z nich jest followowane przez kilkudziesięciu polityków/działaczy Zjednoczonej Prawicy), zaczęły się pojawiać informacje, z których wynikało, że, na ten przykład, ten dzieciak już wcześniej próbował zrobić to, co mu się ostatecznie, niestety, udało zrobić. Na innym koncie pojawiły się informacje o tym, kiedy odbyła się sekcja zwłok. Powtarzam: te konta są followowane przez olbrzymią liczbę polityków/mediaworkerów Zjednoczonej Prawicy.


To nie jest tak, że ktoś sobie pomyślał, że będzie się bawił we wrzucanie jakichś idiotyzmów po to, żeby się zabawić cudzym kosztem (w internetach nie takie rzeczy się dzieją). To są polityczne konta agitacyjne, które realizują wolę swoich zleceniodawców. Z tego zaś wynika, że czynniki decyzyjne Zjednoczonej Prawicy doszły do wniosku, że najlepszym wyjściem z sytuacji, do której sami doprowadzili, jest dalsze szczucie na rodzinę posłanki. Ja nie szafuję tutaj dramatyzmem, ale moim skromnym zdaniem, to jest czyste zło, które powinno zostać wypalone żywym ogniem.


Gwoli ścisłości, te wpisy to jest jednak jazda na ostrym kole. Pomijając już samo szczucie na posłankę, tam dochodzi jeszcze inna kwestia. Gdyby te informacje były prawdziwe, to wynikałoby z nich, że właśnie sobie wyciekają informacje z toczącego się postępowania. Specem nie jestem, ale wydaje mi się, że to tak nie do końca legalne postępowanie i chyba wiązałoby się ono z koniecznością ustalenia, kto puścił taki przeciek. Osobną kwestią jest to, że gdyby prawdą była ta informacja o wcześniejszych próbach, to Duklanowski byłby jeszcze bardziej winny, bo wiedząc o tym naraził tego dzieciaka na kolejną traumę. To jest swoją drogą znamienne, że ci ludzie próbując wybielić swojego cyngla sprawili, że część osób może mieć o nim jeszcze gorsze zdanie, niż miało w sobotę.


Niemniej jednak zakładam, że to są po prostu zwykłe bzdury. Partia do perfekcji opanowała technikę dezinformowania społeczeństwa. Im więcej „niewiadomych” w danej sytuacji, tym większe prawdopodobieństwo, że społeczeństwo straci zainteresowanie tematem, bo po prostu nie będzie wiedziało, o co w takiej sprawie chodzi. W tym konkretnym przypadku wina Duklanowskiego i osób, które potem brały udział w nagonce na rodzinę posłanki, jest ewidentna. Trzeba więc spróbować udowodnić społeczeństwu, że z tą winą to tak do końca nie wiadomo jak było.


Na sam koniec niniejszego tekstu zostawiłem sobie jeszcze jedno. Ulubioną strategią komunikacyjną Zjednoczonej Prawicy, która musi mierzyć się z krytyką, jest nieodmiennie „whataboutism”. Tak więc, po tym, jak działania Duklanowskiego (i wszystkich tych Szafarowiczów i Mateckich), doprowadziły do tragedii, partyjne opiniomaty zaczęły tłumaczyć, że Duklanowski nie zrobił niczego złego, bo wszyscy inni opisują takie sytuacje dokładnie tak samo (w domyśle chodzi o to, że robi się to w sposób, który sprawia, że zidentyfikowanie ofiar jest równie proste, co w przypadku artykułu Duklanowskiego).


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że próbował tego sam Duklanowski praktycznie zaraz po tym, jak wydalił z siebie wiadomy artykuł. Ktoś zrobił szybki fact-checking dwóch z dziesięciu przypadków i wyszło na to, że jeden z opisywanych przez Duklanowskiego przypadków miał miejsce w latach 80-tych, a w kolejnym ofiara występowała pod swoim nazwiskiem i imieniem (sprawdzanie reszty sobie ta osoba odpuściła, bo już na pierwszy rzut oka widać było, że Duklanowski się poślizgnął na rzeczywistości).


W większości przypadków w tym konkretnym whataboutismie brały udział partyjne konta agitacyjne. Jednakowoż, trafiłem na jeden wyjątek, który jest bardzo, ale to bardzo spektakularny. Tym wyjątkiem jest Sędzia Nawacki, który na swoim koncie Twitterowym opublikował screen z OKO Press i opatrzył ten screen komentarzem „Nie podaję celowo linku... artykuł zawiera obszerne dane osobowe pozwalające na identyfikację dziecka”.


Gdyby nie kontekst, to wpis Nawackiego byłby po prostu komiczny. Tak się bowiem składa, że pan sędzia nie zadał sobie trudu i nie zapoznał się z treścią artykułu. Obstawiam, że ktoś mu przysłał screen i napisał „co trzeba opublikować”, a sędzia Nawacki polecenie wykonał i nawet sobie nie zdawał spawy z tego, że opisywana przez Oko Press sytuacja absolutnie nijak się ma do tej opisanej przez Duklanowskiego.


Skąd takie, a nie inne wnioski? Po pierwsze, do zdarzenia, o którym traktuje artykuł doszło, gdy ofiara miała 14 lat. Do tego momentu wszystko się zgadza, bo mamy do czynienia z dzieckiem. Tyle, że do tego zdarzenia doszło w 2016 roku, więc „dziecko”, o którym pisze Nawacki miało w czasie, w którym artykuł został opublikowany 20 lat.


Po drugie, w przeciwieństwie do tego, co odjebał Duklanowski, dziennikarz z Oko Press zadbał o to, żeby identyfikacja ofiary nie była prosta. Sprawca był bowiem opiekunem na wyjazdach, w których brała udział duża liczba dzieciaków (czy dla kogoś specjalnym zaskoczeniem jest to, że tak właśnie było?). Po trzecie, istotne jest to, dlaczego w ogóle ten artykuł powstał. Otóż, (uwaga za moment będziecie zaskoczeni swoim brakiem zaskoczenia) ksiądz się co prawda przyznał rodzicom ofiary do tego, co zrobił i ich przeprosił, ale potem mu się odwidziało się i zaczął się domagać uniewinnienia. Nie zgadniecie, kto go reprezentuje i że jest to prawnik związany z Ordo Iuris.  


Po czwarte, z artykułu wynika, że sprawca ma znajomości, które mogą mu pomóc w uniknięciu odpowiedzialności. Po piąte, ksiądz swego czasu nękał rodzinę ofiary telefonami. Swoją drogą, ów ksiądz był na tyle bezczelny, że uznał, że skoro przeprosił, to sprawa jest załatwiona i po tym, jak prokuratura zaczęła prowadzić postępowanie (uwaga capslock będzie) WYSŁAŁ DO RODZINY OFIARY LIST, W KTÓRYM PROSIŁ O TO, ŻEBY RODZINA MU ODPUŚCIŁA. Po szóste, ksiądz w trakcie rozmów z rodziną ofiary przechwalał się swoimi koneksjami (np. znajomością komendanta głównego policji)/etc. I na tym skończę wyliczankę, choć dałoby się dopisać jeszcze kilka punktów. Czy opisywana przez Oko Press sprawa jest w jakikolwiek sposób podobna do tej opisanej przez Duklanowskiego? Eufemizując, ni chuja nie jest podobna. Czemu więc Nawacki to opublikował? Bo miał takie, a nie inne wytyczne. Aczkolwiek, jeżeli sędzia Nawacki będzie twierdził, że on tak sam z siebie to zrobił (tzn. nie przeczytał artykułu, ale napisał, że wie co w nim jest), to ja sędziemu Nawackiemu uwierzę na słowo.


Mało tego, jestem przekonany, że jest całkowicie bezstronnym sędzią, a jego polityczne afiliacje nie mają żadnego wpływu na jego, że tak to ujmę „życie zawodowe”. Nawacki po prostu bronił rzetelnego dziennikarza. Jestem w stanie się założyć o to, że Nawacki jest równie rzetelnym sędzią, co Duklanowski rzetelnym dziennikarzem. Znamienne jest to, że ten konkretny sędzia widząc, co się dzieje, doszedł do wniosku, że najważniejsze w tej całej sytuacji jest to, żeby pomóc bronić Duklanowskiego.  


Rozmawiałem sobie dzisiaj na ten temat z jednym znajomym. Pozwolę sobie zacytować to, co ów znajomy napisał: „Krótko mówiąc konkluzja jest jedna. Mogli po jego śmierci chociaż zamknąć mordę, ale nie zrobili nawet tego. Na przeprosiny nie ma co liczyć, ale mogli chociaż udawać, że ich nie ma”. Problem w tym (tzn. niestety jest to problem nas wszystkich), że oni nie mogli zamknąć mordy. Ci ludzie zabrnęli tak daleko, że zwykłe ludzkie odruchy im się nie przydarzają. Oni są po prostu złymi ludźmi.


Nawiasem mówiąc, to że króluje u nich doktryna „ani kroku w tył” sprawia, że sami sobie szkodzą. Przez moment sprowadźmy całą tę kwestię do czystego pragmatyzmu politycznego. Paradoksalnie, najlepszym z punktu widzenia tego pragmatyzmu zachowaniem byłoby przeproszenie za to, co się stało i ukaranie winnych (choćby i na chwilkę, przecież mogli ich wszystkich schować i kazać zamknąć mordy do wyborów, a potem obiecać stołki w SSP). Tyle, że oni są już tak głęboko w króliczej jamie, że tam nikt nie myśli takimi kategoriami. Partia nie może być niczemu winna, winne jest zawsze otoczenie (i „wrogowie”).


Tak na sam koniec. Wspominałem już o tym, że konta, o których wzmiankowałem, które to konta sączą jad i szczują partyjny beton ma posłankę, która straciła dziecko, są followowane przez całe mnóstwo polityków Zjednoczonej Prawicy (nie tylko przez polityków, ale przez nich głównie). Żaden z polityków nie zareagował na to rzyganie jadem. Biorąc pod rozwagę ich zachowanie, można dzisiaj postawić tezę, że nie ma kogoś takiego, jak „dobry PiSowiec”. To nie jest tak, że ja generalizuję. Oni sami dokonali „autogeneralizacji” stojąc po stronie szczujni. I nie ma tu znaczenia to, czy zachowali się tak dlatego, że im „kazano”, czy też dlatego, że w sytuacji, w której szczucie doprowadziło do tragedii, sumienie (ulubione prawicowe słowo, którego to słowa prawicowcy nie rozumieją) każe im stać po stronie sprawców, a nie po stronie ofiar.  


Edycja

W momencie, w którym miałem wrzucać ten tekst doleciały do mnie kolejne „odpryski” obronnych narracji. I znowuż, jestem, kurwa, pod wrażeniem. Otóż tym razem chodzi o to, że rządowe opiniomaty, próbując wybronić Duklanowskiego, wrzucają w internety screeny z innych portali, na których opisywana jest sprawa. Co w tym oburzającego? No nie wiem, może taki drobny szczegół, że screeny są przerabiane? Ze screenów wywalane są wzmianki o tym, że media powołują się na Radio Szczecin. Ale czekajcie, bo może być jeszcze bardziej spektakularnie. Żeby udowodnić, że to wcale nie jest wina Duklanowskiego i jego artykułu, rządowe konta agitacyjne wrzucają screeny, na których zmieniają daty publikacji artykułów. Ja wiem, że się powtórzę, ale: to nie jest samowolka, to jest koordynowana akcja dezinformacyjna.


Tak na sam koniec jeszcze jednak kwestia. To co odjebał Duklanowski było doskonale przemyślane. Gdyby inne media nie podchwyciły tematu i o nim nie napisały, to zapewne cała rządowa machina propagandowa grzmiałaby z oburzenia, bo przecież byłby to dowód na to, że w liberalnych mediach panuje zmowa milczenia. Można bezpiecznie założyć, że na to „milczenie” liczył Duklanowski i jego przełożeni.



Źródła:

https://twitter.com/Plague_MarinePL/status/1632464396617150465

https://twitter.com/Maciej_Nawacki/status/1632311957054259200

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1632699087081332736

https://oko.press/wplywowy-ksiadz-skazany-za-molestowanie-dziecka-bronia-go-arystokraci-moj-tekst-roku

niedziela, 5 marca 2023

Słów kilka o hienach

Zastanawiałem się nad tym, czy ten temat poruszać, bo w takich sytuacjach zawsze człek ma gdzieś z tyłu głowy to, że może lepiej jednak pomilczeć trochę. Działania rządowej machiny propagandowej sprawiły, że jednak tym razem sobie nie pomilczę.


Jakiś czas temu, jeden z rządowych propagandystów (Tomasz Duklanowski, [mam szczerą nadzieję, że kiedyś będzie to Tomasz D.]) opisał sprawę jednego pedofila (Krzysztofa F.). Dlaczego akurat zainteresował go ten konkretny pedofil? Ano dlatego, że w przeszłości był członkiem Platformy Obywatelskiej. Cała sprawa została przez rządową machinę propagandową opakowana w narracje o „tuszowaniu pedofilii przez PO” i o tym, że „PO ukrywała prawdę o tym, co się działo”.


Znamienne jest to, że o żadnym tuszowaniu nie było mowy (nie, Krzysztofa F. nie przeniesiono do innego miasta), bo typ został usunięty z PO. Nikt go również nie ukrywał przed wymiarem sprawiedliwości. Typowi przedstawiono zarzuty, zasiadł na ławie oskarżonych i został skazany. W momencie, w którym Duklanowski opisywał całą sytuację, typ od jakiegoś czasu siedział już w więzieniu.


Skoro pedofil poniósł odpowiedzialność za swoje czyny i nikt nie próbował tam niczego ukrywać, to czemu tak właściwie Duklanowski o tym wszystkim napisał? Czemu zbudowano jakąś idiotyczną narrację, w myśl której to jest jakaś „afera”? Pozwólcie, że zacytuję wam tytuł artykułu z Tysola (niegdyś „Tygodnik Solidarność”): „„Afera pedofilska”. To wstrząśnie jutro opinią publiczną?”. Jeżeli ktoś sobie pomyślał o tym, że chyba chodził o paliwo kampanijne dla Zjednoczonej Prawicy, to taki ktoś sobie bardzo dobrze pomyślał.


Ponieważ Duklanowskiemu (i jego kolegom z mediów rządowych) chodziło o to, żeby mieć „paliwo”, sprawę opisano tak, żeby było wiadomo, że na pewno chodzi o dzieci jednej z posłanek z PO. Żeby nikt nie miał problemu z identyfikacją posłanki, Duklanowski informację o tym, że chodziło o „dzieci znanej parlamentarzystki” zawarł już w leadzie swojego tekstu (w leadzie podał również wiek tych dzieciaków). Na tym jednakowoż nie poprzestano. Akcja była tak dobrze skoordynowana, że Dariusz Matecki zaczął potem po prostu wrzucać w internety zdjęcia posłanki, żeby absolutnie nikt nie miał problemów z ustaleniem o kogo chodzi.


Praktycznie od razu po „opisaniu afery” zwrócono uwagę na to, że sposób, w który to zrobiono sprawia, że bardzo łatwo jest zidentyfikować ofiary. I nie, to nie było moje lewackie zdanie, uwagę na to zwracali tacy ludzie, jak Tomasz Terlikowski, Błażej Kmieciak i wielu wielu innych. Ponieważ „polityczne złoto” zaczęło Zjednoczoną Prawicę parzyć w ręce, rządowa machina propagandowa ruszyła z odsieczą i zaczęto tłumaczyć, że Duklanowski jedynie opisywał aferę, a inni ją chcieli zamieść pod dywan/etc.


Rozpędzone opiniomaty poszły jednak o krok dalej (jeżeli ktoś ma słabe nerwy, to lepiej niech sobie odpuści ten akapit i przejdzie do kolejnego). Otóż, zaczęto budować narracje, w myśl której w tym spisku, który miał na celu zamiecenie całej sprawy pod dywan brała udział ta posłanka, bo postawiła dobro partii ponad dobro swoich dzieci. Gwoli ścisłości, to była jedna z delikatniejszych narracji.


Na to, że to wszystko może się źle skończyć (ze względu na wtórną wiktymizację ofiar) rządowy agitprop (a w szczególności osoby z opisami „babies lives matter” w ćwiterowych bio) nie zwracali uwagi. Niestety, działalność Duklanowskiego i jego kolegów/koleżanek z rządowych mediów miała straszne (i to nie jest dramatyzm) konsekwencje. Posłanka poinformowała wczoraj (tj. w piątek) o śmierci swojego 15-letniego syna.


Wielokrotnie zdarzało mi się wspominać o tym, że dla partii rządzącej wszystko (i to literalnie) podporządkowane jest „potrzebom wizerunkowym”. Cokolwiek się stanie, najważniejsze jest „dobre imię partii”, bo to ma przełożenie na słupki. Jeżeli popatrzy się na ich działania nieco z boku, to wygląd to po prostu absurdalnie.


Bo oto, partia, która opowiada często i gęsto o tym, że chce „chronić dzieci”, praktycznie przez cały dzień nie reagowała na film Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”. Nie reagowali na to rządowi mediarworkerzy i rządowe opiniomaty (czy tam „konta agitacyjne”). Ten temat praktycznie nie istniał. Potem się okazało, że dlatego nikt się nie odzywał, bo taki był odgórny zakaz. Terlecki później tłumaczył, że chodziło o „ujednolicenie przekazu” i o to, żeby „nie każdy mógł mówić, co my przyjdzie do głowy”.


Co prawda, to już nie zostało dopowiedziane, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że w tym drugim przypadku chodziło o to, żeby przypadkiem nikt nie powiedział/napisał paru słów za dużo, bo to mogłoby popsuć sojusz tronu z ołtarzem. No bo jeszcze by się znalazł jakiś „dobry PiSowiec”, który powiedziałby, co sądzi na temat ukrywania pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości (albo dopuszczaniu skazanego pedofila do pracy z dziećmi) i cała partia musiałaby się potem z tego tłumaczyć. Chyba nikt się nie wyłamał z tego zakazu.


Czemu o tym wspominam? Ano dlatego, że teraz jest podobnie. Nieco, bo w momencie, w którym pisałem te słowa (sobotnie popołudnie) ten temat po „prawej stronie” praktycznie nie istniał. Niestety (zaraz jasnym będzie, czemu użyłem tego sformułowania) tym razem rządowa machina działa inaczej, niż w przypadku „Tylko nie mów nikomu”. Teraz stosowana jest inna metoda. O jakiej metodzie mowa? Otóż, wygląda to tak, że choć tuzy (poza paroma rządowymi mediaworkerami) milczą, to wypowiadają się w internetach konta agitacyjne. Konta te wrzucają narracje, z których wynika, że winę za to wszystko ponosi matka, a biedny Duklanowski tylko „ujawniał aferę”.


Nawiasem mówiąc, w pewnym momencie pojawiła się kolejna „narracja obronna”, którą była próba pokazania, że ofiarą jest kto inny. O kogo chodzi? O Oskara Szafarowicza (to jedna z twarzy „Okiem Młodych”). Od pewnego momentu konta agitacyjne zaczęły tłumaczyć, że ludzie chcą zniszczyć Szafarowicza i że urządzono na niego nagonkę. Rzecz jasna, żadne z tych kont nie wspomni o tym, że Szafarowicz brał udział w nagonce na posłankę i na jej rodzinę i robił to równie obrzydliwie, co Matecki. O tym jego obrońcy nie wspomną, bo ciężko by było wtedy tłumaczyć, że Szafarowicz jest „ofiarą”.


(Edycja) Tekst był gotowy do wrzucenia, ale wtedy okazało się, że rządowe opiniomaty znalazły kolejną ofiarę całej tej sytuacji. Tą ofiara są rządowe media i ich pracownicy. Bo wiecie, stała się tragedia, a opozycja tę tragedię „wykorzystuje do atakowania mediów publicznych”. Ktoś może powiedzieć, no ale zaraz, czy przypadkiem nie było tak, że to działania rządowych mediów, które połączyły siły z Mateckimi i Szafarowiczami doprowadziły do tragedii, a teraz po prostu ludzie głośno o tym mówią? Owszem, było tak, ale to są fakty, a jeżeli fakty mogą zaszkodzić dobremu imieniu partii, to tym gorzej dla faktów.    


I nie, to nie jest żadna samowolka. Te wszystkie konta w pocie czoła starają się znaleźć jakąś narrację, która zostanie dobrze odebrana przez partyjny beton. Te konta piszą te przerażające rzeczy, a spece od internetów siedzą nad programami do mierzenia/ważenia ruchu internetowego i sprawdzają, jak reaguje na to beton. Bo wiecie, co prawda dziecko nie żyje, ale babies live matters i „chrońmy życie od poczęcia” tylko i wyłącznie wtedy, gdy partia na tym może zyskać.


Bardzo bym chciał, żeby winni ponieśli konsekwencje, ale mam świadomość tego, że jest to bardzo mało prawdopodobne. Gdyby bowiem podwładni Ziobry chcieli ruszyć Duklanowskiego, to musieliby zainteresować się, na ten przykład, Mateckim, a to przecież jest nierealny scenariusz, prawda?


Ci sami ludzie, którzy oburzali się w 2015 roku na program Tomasza Lisa, w którym Karolak odczytał ćwit z fejkowego konta Kingi Dudy, teraz milczą. Ci, którzy domagali się wtedy przeprosin (które to przeprosiny miały miejsce, bo Lis przeprosił za to, co się stało w programie) i twierdzili, że to nie wiadomo jaka krzywda była, teraz milczą. Milczą, bo spindoktorzy jeszcze nie wpadli na to, w jaki sposób powinni zareagować. Wiecie, w sytuacji, w której dosłownie każdy przyzwoity człowiek wie, co należałoby zrobić, oni czekają na to, co im powiedzą spece, bo przeraża ich to, że zachowując się przyzwoicie, mogliby działać na szkodę partii.


I nie, nie warto zastanawiać się nad tym, czy ktokolwiek z nich w ogóle zastanowił się nad tym, jakie konsekwencje mogą mieć ich działania. Dla nich to była jedynie szansa na dowalenie Odwiecznemu Wrogowi. Cel uświęca środki. I każdy, ale to dosłownie każdy obywatel może się w pewnym momencie stać takim „środkiem do celu”.


Choć nie podejrzewam Duklanowskiego o to, że posiada jakiekolwiek uczucia wyższe, to jednak zastanawiam się nad tym, czy odczuwa mrowienie na karku, gdy myśli sobie o tym, czego życzy mu teraz większość osób. Ja ze swej strony życzę Duklanowskiemu i wszelkiej maści Mateckim, Szafarowiczom i innym Rachoniom tego, żeby kiedyś ponieśli konsekwencje swoich działań.



Źródła:

https://www.tysol.pl/a97009-afera-pedofilska-to-wstrzasnie-jutro-opinia-publiczna

https://radioszczecin.pl/1,450144,pelnomocnik-marszalka-geblewicza-ds-uzaleznien-s

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/magdalena-filiks-zmarl-syn-krytyka-tomasz-duklanowski-radio-szczecin

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/tylko-nie-mow-nikomu-ryszard-terlecki-wysyla-sms-y-do-poslow-pis/q9r1cpr

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/szef-panstwowej-komisji-ds-pedofilii-krytykuje-dziennikarza-radia-szczecin-sakiewicz-zawiadomi-prokurature












piątek, 17 lutego 2023

Jarosław w krainie TikToka

Ten tekst miał być pierwotnie kawałkiem Hejterskiego Przeglądu Cyklicznego, ale trochę za bardzo mi się rozrósł (bo w trakcie pisania pojawił się artykuł, nad którym bardzo, ale to bardzo chciałem się poznęcać), tak więc postanowiłem go wrzucić osobno.


Niniejszy tekst zaczniemy od „ciągu dalszego” akcji „Okiem młodych”. To, że ta cała akcja skończy się spektakularną klapą, było wiadomo od początku. Od początku było też wiadomo, że zaczęła się ona dlatego, że Genialny Strateg zapowiedział „ofensywę smartfona”. Co zrozumiałe, osoby, które tej akcji dawały twarz twierdziły, że to jest inicjatywa oddolna i PiS nie ma z nią nic wspólnego. Potem zaś wydarzyło się kilka rzeczy. Najpierw jedna z twarzy tej akcji wygrała konkurs historyczny organizowany przez TVP. Nie mam pojęcia czy ta „twarz” to wygrała legitnie, czy też nie, bo nie ma szansy na to, żeby to zweryfikować. Niemniej jednak, w kontekście działalności prowadzonej przez tę twarz, owo zwycięstwo wyglądało cokolwiek wieloznacznie.


Na tym się jednakowoż „przypadki” związane z tymi twarzami nie kończą. Otóż, 7 lutego w trakcie robienia prasówki trafiłem na taką oto historię: „Oskar Szafarowicz, jeden z twórców profilu "Okiem młodych", dostał właśnie pracę w Krajowym Zasobie Nieruchomości - donosi wp.pl. 22-latek znany jest z promowania PiS i jego polityków w mediach społecznościowych oraz ostrej krytyki opozycji.”. Gdzieś mi mignęła wymiana ćwitów, w trakcie której główny zainteresowany (a raczej główny obdarowany) tłumaczył (komuś, kto napisał, że ten stołek mu się po prostu należał), że jedyne, co mu się należało, to zwycięstwo w konkursie, bo się do niego bardzo dobrze przygotował, a co do stanowiska, to najwyraźniej najlepiej wypadł w procesie rekrutacyjnym.  


Przyznam szczerze, że zastanawiałem się przez chwilę nad tym, czy ten konkretny stołek dla tej konkretnej osoby dowodzi tego, że PiSowcy są pewni swojej trzeciej kadencji i ich zdaniem nic nie jest w stanie im zaszkodzić, czy też może gdy go obdarowywali, to powiedzieli „masz, młody i korzystaj, bo nie wiadomo, co będzie po październiku”. Jeszcze innym przypadkiem, związanym z twarzami wiadomej akcji było to, że: „Ubiegłoroczna marszałek Sejmu Dzieci i Młodzieży, dziś została nową pełnomocnik okręgową Forum Młodych PiS okręgu 52, obejmującego Opole oraz powiat ziemski. Wiktoria Mielniczek będzie aktywizować młodych i zachęcać do współpracy, w - jak mówi - trudnym roku wyborczym.”.


Ja sobie tu heheszkuję trochę, ale mam świadomość tego, jak bardzo PiSowi zależy na tym, żeby w internetach cokolwiek jeszcze znaczyć. Gdy pomału docierało do nich to, że to „Okiem młodych” jednak nie ma sensu, postanowili „nawiązać współpracę” z jednym z influencerów. Zrobiono to bardzo subtelnie. Otóż, pewnego razu typ zaczął praktycznie cytować TVP Info. Powiedzieć, że zostało to nieszczególnie dobrze przyjęte, to jak nic nie powiedzieć.


Zastanawiałem się nad tym „co będzie dalej”, bo oczywiste było dla mnie to, że PiS tych internetów nie odpuści. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy dzisiaj przeczytałem news: „PiS chce odwojować internet i wchodzi na TikToka. Poręba do młodych: “Alternatywa, którą wam się próbuje wtłoczyć w głowy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, my dotrzymujemy słowa”. Ujmując rzecz innymi słowy: „Słuchajcie, głąby! Dajecie sobą manipulować i dajecie się okłamywać. Poza tym chyba sobie zapomnieliście, że w tym kraju to my mamy monopol na prawdę!”.


Po pierwsze, brawa dla Poręby za to, że przynajmniej jest szczery. Po drugie, jak tak sobie obserwuję te internetowe poczynania PiSu, to mi się przypomina taka dość stara gra, którą był Far Cry 3. Tam główny antagonista (Vaas) podzielił się z bohaterem gry swoją definicją szaleństwa/niepoczytalności, w której to definicji chodziło o to, że mamy do czynienia z szaleństwem wtedy, gdy ktoś robi cały czas to samo oczekując, że za którymś razem to, co robi, będzie miało inny rezultat. Moim zdaniem, pisowscy spindoktorzy wychodzą z założenia, że z ich przekazem jest wszystko w porządku, a cały problem polega na tym, że ten przekaz po prostu nie dociera do młodzieży. Na to, że ten przekaz, owszem, dociera, ale młodzież w najlepszym przypadku będzie się z niego śmiała, jeszcze nie wpadli. Jestem na serio ciekaw, jakie będą kolejne pomysły PiSu na „odzyskanie internetu”. Ciekawi mnie również, ile razy już trzeba było Kaczyńskiemu tłumaczyć, że Obajtek nie jest w stanie kupić TikToka, ani Facebooka.


Już po napisaniu powyższego kawałka oczom mym ukazał się artykuł, w którym Kamila Baranowska (wcześniej produkowała się w zupełnie bezstronnym tygodniku „Do Rzeczy”), zaczęła tłumaczyć, o co tak właściwie chodzi w tej Tik Tokowej kampanii PiSu. Pozwolę sobie zacytować cały lead artykułu: „PiS wystartowało z kampanią skierowaną do młodych na TikToku. Partia chce, by jak najwięcej jej polityków założyło tam konta. Stojąca za tym kalkulacja zaskakuje. PiS wie, że młodych nie przekona, chce ich więc... zdemobilizować. Interia dotarła do wewnętrznych badań PiS, które stoją za tą strategią. Jeśli się powiedzie, może przesądzić o wyniku jesiennych wyborów.”


No dobrze, przez moment załóżmy, że to wszystko jest na poważnie. Co tam wychodziło w badaniach temu PiSu? Zapnijcie pasy, bo będzie zabawnie: „Jak ustaliła Interia, PiS dysponuje własnymi, wewnętrznymi badaniami, przeprowadzonymi na dużej grupie 3 tysięcy respondentów, które pokazują, że młodzi są nie tyle antyPiSowscy, co słabo zorientowani, obojętni lub całkiem niezainteresowani polityką. Można by ich określić mianem pokolenia "whatever”.


Bardzo, ale to bardzo chciałbym dotrzeć do metodologii tych badań. Mam bowiem przeczucie graniczące z pewnością, że albo ta metodologia srogo kuleje, albo badania dotyczyły czegoś zupełnie innego niż wnioski, które z tych badań zostały wyciągnięte przez „mędrców” z PiSu.


Jeżeli zaś chodzi o samo zaangażowanie „w politykę”, to ja, czytając te wynurzenia, mam takie jakieś wewnętrzne odczucie, że się symulacja zacięła. Ja wiem, że dla specjalistów od narracji bieżących to są „zamierzchłe czasy”, ale doskonale pamiętam, jak to się prawica wzmagała w 2020 roku, kiedy to po zaostrzeniu prawa aborcyjnego na ulice wyszła ogromna liczba ludzi. W tym ogromie, ku skrajnemu przerażeniu prawicy było bardzo, ale to bardzo dużo ludzi młodych. Nie, nie przesadzam z tym skrajnym przerażeniem. Prawica liczyła wtedy na bierność młodzieży i była absolutnie wręcz nieprzygotowana na to, co się działo (nie, nasyłanie na młodzież nafuranych karków z pałkami teleskopowymi nie jest dowodem na „przygotowanie”). Czemu prawica była nieprzygotowana? Ano temu, że liczyła na bierność młodych ludzi. No bo skoro nie protestowali przeciwko przejęciu TK (nie stykało tym mędrcom we łbach, że 4 lata wcześniej ci ludzie mogli być jeszcze zbyt młodzi na protesty), to pewnie się już nigdy nie ruszą z domów, prawda?


Z badań, które wtedy przeprowadzano, wynikało, że młodzież właśnie ostro skręca w lewo. Rzecz jasna, polska lewica parlamentarna postanowiła w ogóle nie zwracać uwagi na te wyniki badań. A nie, przepraszam, pochwalono się tymi sondażami i nie zrobiono absolutnie nic, żeby ten skręt wykorzystać do zdobycia większego poparcia. No, ale to dygresja jedynie. Cofnijmy się parę lat od tego 2020. Wtedy bowiem, na „bierną młodzież” narzekała opozycja parlamentarna. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że był (dość krótki) okres, w którym PiS (oraz rządowi mediaworkerzy) wychwalali młodzież, bo ta głosowała na partię Kaczyńskiego. Jeżeli ktoś chciałby nieco więcej o tym poczytać, to w komentarzach wrzucę link do mojej ściany tekstu na ten temat.


Jestem zagorzałym przeciwnikiem generalizacji, ale generalnie rzecz ujmując, na młodzież narzeka każdy, komu nie podoba się to, co robi (bądź też czego nie robi) młodzież. Jedynym punktem stałym jest w tym wszystkim Jarosław Kaczyński, bo on młodzieżą po prostu gardzi. Gardzi nią niezależnie od tego, czy młodzież głosuje na PiS, czy też przeciwko PiSowi. No ale, to znowuż była dygresja.


Mamy rok 2023. Na własne oczy widzieliśmy to, jak bardzo młodzież jest zainteresowana polityką i tym, jaki wpływ ta polityka może mieć na jej życie. Dlatego we łbie mi się nie chce zmieścić to, że ktoś mógł przeprowadzić poważne badania, w których wyszło coś innego. Chyba, że ktoś je źle przeprowadził i zamiast zaangażowania młodzieży i jej zainteresowania tym, co się dzieje dookoła badano to, jakie podejście młodzież ma do PiSu. Nawet, jeżeli ktoś chciał przebadać tę drugą kwestię, to najprawdopodobniej źle do tego podszedł. Nie powinno się bowiem w tych badaniach sprawdzać „antyPiSowości”, ale to, jakie młodzież ma zdanie w kwestiach, w których PiS deklaruje dość jednoznaczne stanowiska. Chodzi mi o takie kwestie, jak podejście do elgiebetów, praw reprodukcyjnych, mniejszości etnicznych, zmian klimatycznych, Kościoła i tak dalej i tak dalej. Gdyby badania przeprowadzono w ten sposób, PiSowska wierchuszka miałaby doskonały wgląd w to, jak bardzo PiS rozjechał się z młodzieżą.


Pozwolę sobie to ująć jeszcze inaczej. Ja nie wykluczam tego, że jak oni badali podejście do samego PiSu, to im mogło wyjść, że część młodzieży miała na temat partii zdanie takie, że #nikogo. Jednakowoż jestem przekonany o tym, że gdyby badano podejście do biologicznego rasizmu, siania nienawiści względem elgiebetów (i podniecanie się określeniami takimi, jak „zaraza”), dbania o to, żeby Kościół (od którego młodzież odwraca się bardzo, ale to bardzo szybko) miał wpływ na życie obywateli naszego kraju i tak dalej i tak dalej, to uzyskano by nieco lepszy ogląd sytuacyjny.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Nie, nie możemy jeszcze zatrzymać karuzeli śmiechu, bo trzeba wziąć na tapetę kolejny fragment. Wydaje mi się, że z tego właśnie fragmentu wywnioskowano, że „młodzież jest bierna”: „W przedziale wiekowym 18-24 poparcie dla PiS zadeklarowało 15 proc. wyborców. Dla porównania poparcie dla PO wyniosło 19 proc., dla Polski 2050 Szymona Hołowni 19 proc. Nowa Lewica może liczyć na 11 proc., a Konfederacja 10 proc. Najwięcej, bo 26 proc. młodych, na pytanie, na kogo chciałoby głosować, odpowiedziało: "Nie wiem".” Czy można z tego wywnioskować, że młodzieży jest wszystko jedno? Owszem, można, tyle że będzie to tzw. „wiosek niewynikający”. Te 26 proc. młodych nie powiedziało, że im „wszystko jedno”. Oni powiedzieli, że nie wiedzą na kogo zagłosują. Wniosek z tego płynie taki, że jeżeli „dostaną” od którejś partii odpowiednią „ofertę” programową, to poprą tę właśnie partię. W kontekście powyższego strategia „będziemy ich zniechęcać” może się okazać dla PiSu samobójcza (czego sobie i wam życzę).


Przyznam szczerze, że na samym początku myślałem sobie, że (ze względu na autorkę artykułu) jest to po prostu kolejny artykuł pt. „genialny PiS znalazł jeden prosty sposób”. Potem jednakowoż do mnie dotarło, że gdyby tak było, to w artykule nie byłoby żadnych „kawałków” badań. Te „kawałki” dowodzą tego, że to nie redaktor Baranowska sobie wymyśliła ten bardzo sprytny plan. Ten plan został wymyślony na Nowogrodzkiej, która śmiertelnie obraziła się na młodzież (o panu z Żoliborza już wspominałem, więc teraz nie trzeba).


I znowuż, przez moment potraktujmy to wszystko poważnie. Niech tam będzie, że PiS ma taki, a nie inny plan. Partia Kaczyńskiego udowodniła, że jeżeli coś jest w stanie dobrze robić, to tym czymś jest prowadzenie wojny informacyjnej ze społeczeństwem. Każda sytuacja, w której PiS coś zawalił, jest momentalnie „zaciemniana” zylionem narracji po to, żeby przeciętny obywatel, który nie ma czasu na jakieś tam pogłębione researche, bardzo szybko doszedł do wniosku, że „wszyscy oni po jednych pieniądzach”. Przez moment załóżmy, że zastosowanie tej konkretnej strategii komunikacyjnej jest sensowne (o tym, czemu nie jest, będzie za moment) i że to „może się udać”. Po co, na litość nieisitniejącego bytu transcendentnego o tym opowiadać? Ok, gdybyśmy byli mniej więcej w „połowie” tej ich akcji „zaciemniania” i gdyby zaczynało się to odbijać na sondażach, to „chwalenie się” tym można by było zrozumieć (tzn. nadal byłaby to głupota, ale znacznie mniejszego kalibru). Na czym Poręba chce budować zasięgi? Na artykułach, w którym PiSowcy tłumaczą, że te filmiki to tylko po to, żeby zniechęcić młodzież do udziału w wyborach? Czy nikt tam nie wpadł na to, że, no nie wiem, młodzież umie czytać i może trafić na te artykuły i się nieco zirytować na to, że PiS bawi się z nią w wojnę informacyjną?


Miało być o tym, czemu ten plan jest, eufemizując, nie za mądry. PiS bawi się w wojnę informacyjną ze społeczeństwem od początku swoich samodzielnych rządów. Co za tym idzie, ta strategia „zniechęcania” jest stosowana od dawna. Cały ten szum informacyjny dociera do młodzieży już teraz. Innymi słowy, robienie jakichś dodatkowych akcji internetowych jest pozbawione sensu, a na dodatek może być przeciwskuteczne. Może się bowiem okazać (czego sobie i wam życzę), że PiS wjeżdżając wszędzie z tymi swoimi bieda akcjami jeszcze bardziej zantagonizuje młodzież. Potem pewnie będzie płacz i zgrzytanie zębów, jak im z kolejnych (równie genialnie przeprowadzonych) badań wyjdzie, że po tych wszystkich akcjach młodzi reaguję alergicznie już nie tylko na te wcześniej wymienione „punkty zapalne” (biologiczny rasizm/etc.), ale też na sam PiS. Ponadto, może się okazać, że te akcje zachęcą młodzież do głosowania (na zasadzie „każdy, byle nie te namolne matoły, przez które strach lodówkę otworzyć”).


Poza tym, jest jeszcze jedna, drobna, kwestia. PiS się z tym swoim „podbojem” TikToka spóźnił. O ile? O jednego Patryka Jakiego i jedną Solidarną Polskę. Praktycznie niemożliwe jest wpasowanie się tam z jakimś „umiarkowanym” przekazem w sytuacji, w której już od ponad półtora roku produkuje się tam jeden z najbardziej toksycznych polityków Zjednoczonej Prawicy, który to polityk do perfekcji opanował znajomość algorytmów sterujących „dużymi” platformami społecznościowymi (serio, typ jest na Instagramie, Facebooku, Twitterze i Tiktoku) i który (razem ze swoją partią) 24/7 epatuje skrajnie antyunijnymi narracjami. Nie jest więc tak, że PiS usiłuje wypełnić jakąś próżnię. PiS próbuje wejść do medium społecznościowego,  którego „podział” dokonał się już jakiś czas temu. Co ciekawe, umknęło to chyba wszystkim, którzy niezdrowo emocjonowali się tym „wejściem PiSu na TikToka”.


Na sam koniec zostawiłem sobie kwestię ostatnią. Zastanawiające jest to, po co PiSowcy chwalą się tym swoim „sprytnym planem” na wygraną w wyborach poprzez zniechęcanie młodzieży do udziału w głosowaniu. To chwalenie się jest bezsensowne z przyczyn, które wcześniej opisałem. No to czemuż, ach czemuż się tym chwalą (wiedząc doskonale, że rok 2015 i ich dominacja w internecie się już raczej nigdy nie powtórzy)? Żeby pokazać, że nie odpuszczają i że „coś robią”. Żeby pokazać, że jednak chcą walczyć o tę „trzecią kadencję”. Tak w temacie tej trzeciej kadencji, to dziwię się temu, że nikt z opozycji nie zrobił PiSowi tego, co PiS robi wszystkim i nie zaczęły się próby „zaciemniania”. No bo przecież to jest trzecia kadencja PiSu, czyżby nie zależało im na wygraniu kolejnych wyborów (tak, wiem, że pewnie chodzi o samodzielne rządy, ale, no cóż, nigdzie nie jest to wyszczególnione).


Całe to ogłaszanie z wielką pompą akcji, której założenia powinny być schowane przed publiką (ja mam o naszej opozycji zdanie takie, a nie inne, ale nawet nasza opozycja może wpaść na pomysł wrzucenia narracji „czołem, młodzieży! PiS nawet nie kryje się z tym, że chce was zniechęcać do głosowania, jak myślicie, czy robi to dlatego, że wprowadzane przez tą partię pomysły będą wam służyć, czy też nie?”, albo czegoś w tym rodzaju) to próba przekazania własnemu elektoratowi (który też już pewnie średnio wierzy w kolejną kadencję), że tu się cały czas coś dzieje! Poza tym jest to próba przekonania własnego obozu do tego, że „wszystko idzie zgodnie z planem”. Czy z tego wynika, że część aktywu partyjnego wierzy w to, że uda się wygrać wybory poprzez „zniechęcenie” młodzieży? Pewnie tak. Nieśmiało przypominam, że mowa tu o ludziach, którzy wierzyli w to, że tupolew został wysadzony w powietrze, tak więc pokłady wiary są tam dość spore. Jednakowoż szczerze wątpię w to, że wierzył, na ten przykład, Tomasz Poręba, bo gdyby wierzył w takie brednie, to jego kariera polityczna już dawno by zgasła.



Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,29441725,media-wychwalal-pis-bronil-czarnka-22-latek-z-ciepla-posadka.html

https://twitter.com/Szafarowicz2001/status/1623037192753844224

https://opole.tvp.pl/66012131/bedzie-aktywizowac-mlodych-wiktoria-mielniczek-nowa-pelnomocnik-forum-mlodych-pis?

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/filip-zabielski-tiktok-pis-pochwala

https://twitter.com/300polityka/status/1625781327759802370

https://www.google.com/search?client=firefox-b-d&q=definition+of+insanity+vaas

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-drugie-dno-ofensywy-pis-na-tiktoku-dotarlismy-do-wewnetrznyc,nId,6601560

Narzekanie na młodzież w 2018:

https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,163229,23758052,wszystko-wam-jedno-obudzicie-sie-gdy-przestanie-dzialac-netflix.html

Moja ściana tekstu w temacie „młodzieżowym” z 2020 roku.

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2020/11/a-poza-tym-sadze-ze-z-modzieza-nalezy.html















czwartek, 9 lutego 2023

Równi i równiejsi

Siedziałem sobie i grzecznie pisałem krótki tekst o rosyjskiej dezinformacji, aż tu nagle kilka osób wysłało mi link do artykułu o moim ulubionym polityku z Opola.


Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że ojciec Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (Ireneusz Jaki, który wcale, a wcale nie był opolskim notablem w czasach, o których Patryk Jaki twierdził, że się wtedy w domu „nie przelewało”) ma problemy natury zawodowej i opisałem te problemy w telegraficznym skrócie (jeżeli ktoś przegapił, to link w źródłach znajdzie). Teraz okazało się, że sprawa ma spektakularny ciąg dalszy.


Artykuł, który mi podrzuciło kilka osób, ma tytuł z gatunku selfexplanatory: „Patryk Jaki interweniował w sprawie ojca w inspekcji pracy”. Ja w tym miejscu poczynię krótką dygresję. Myśmy się już przyzwyczaili do rządów Zjednoczonej Prawicy tak bardzo, że tego rodzaju tytuł nie robi na nas wrażenia. No bo czego innego spodziewać po ludziach, którzy non stop nadużywają tego, że ich opcja polityczna jest akurat przy władzy.


Tak się składa, że w normalnych okolicznościach przyrody, artykuł o takim tytule traktowałby o tym, że Patrykowi Jakiemu właśnie się skończyła kariera polityczna. Ponieważ okoliczności przyrody normalne nie są, jest po prostu jeden z bardzo wielu artykułów o zbliżonej tematyce, który to artykuł przeszedł praktycznie bez echa.


No dobrze, od czego zaczniemy? Ano może od tego, co na temat swojej „interwencji” miał do powiedzenia Patryk Jaki: „- To żadna tajemnica. Byłem w tej instytucji i wszędzie, gdzie się da. Nagłaśniam sprawę, robię konferencje, ja i ojciec wysyłamy oficjalne pisma do PIP i innych  instytucji. Mówiłem o tym publicznie”. Z tego by wynikało, że bezproblemowo można by było się dowiedzieć tego, w jaki sposób przebiegały te „interwencje” prawda?


Otóż nie do końca, o czym świadczy końcówka artykułu z Interii: „Chcieliśmy się dowiedzieć czegoś o wizytach Patryka Jakiego w Głównym Inspektoracie Pracy bezpośrednio od PIP, ale nie uzyskaliśmy odpowiedzi na nasze pytania w tym zakresie.”. Innymi słowy wszystko było tak bardzo jawne, że aż nie można się dowiedzieć, co tak właściwie się tam działo.


Tu w sumie dochodzimy do pierwszej, eufemizując, „niejasności” związanej z tą „interwencją” (tzn. w sumie z tymi „interwencjami”, bo wizyt było sporo). No bo tak właściwie, to o co chodzi z tą interwencją? Czy każdy obywatel może w ten sposób „interweniować”? Czy każdy obywatel może sobie iść z interwencją do PIP, jeżeli nie będą mu się podobały ustalenia Państwowej Inspekcji Pracy? Choć Patryk Jaki stara się być bardzo przekonujący, to ja mu jakoś nie wierzę. Coś mi się wydaje, że to wszystko opiera się na tym, że jeżeli chodzi o prawo, to są ludzie równi i równiejsi.


No bo tak na poważnie: gdyby przeciętny Kowalski (nie mylić z nieprzeciętnym Januszem Kowalskim) chciał się bawić w taką interwencję, to osiągnąłby jedynie tyle, że narobiłby problemów sobie i osobie, której chciał „pomóc”. Prawda jest taka, że „interwencja” Jakiego mogła zadziałać tylko i wyłącznie dlatego, że jego partyjny kolega jest Ministrem Sprawiedliwości. Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, że gdy dziennikarka pisała o sprawie Ireneusza Jakiego, to Patryk zaprosił ją na rozmowę, do Ministerstwa Sprawiedliwości właśnie. Aczkolwiek z tym MS to może tylko moja złośliwość. Może Patryk Jaki nie mógł zaprosić dziennikarki gdzie indziej, bo pochodzi z biedniejszej rodziny i po prostu było mu wstyd?


W tym miejscu krótka dygresja będzie, bo Patryk Jaki z uporem maniaka o miejscu pracy swojego ojca mówi, że to „firma”. Na litość nieistniejącego bytu transcendentnego: to nie jest żadna „firma”, tylko spółka miejska. Czemu więc Jaki to robi? Fachowo nazwać to można „przemyślaną strategią komunikacyjną". Gdy swego czasu Jaki został przyciśnięty przez dziennikarzy przyznał, że owszem, pomógł ojcu „odzyskać” pracę, ale to tylko dlatego, że ten ojciec został „dekadę wcześniej” niesłusznie zwolniony. W żadnej z wypowiedzi (z którymi miałem styczność, a jak się pewnie domyślacie, było ich sporo) Jaki nie nazwał spółki miejskiej – no cóż, spółką miejską. To zawsze jest „firma”, albo „miejsce pracy”. Czemuż, ach czemuż tak się dzieje? Bo gdyby przyznał, że to spółka miejska, to nikogo by nie obchodziło to, że mu tego ojca z tej spółki zwolnili, że ta spółka sobie „dobrze radzi”.


W spółkach miejskich stołki kierownicze dostaje się (i się je traci) z woli politycznej (tak samo, jak w Spółkach Skarbu Państwa). Sprawa jest prosta, jak budowa cepa (wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od żartu o panu Marku): Jaki dostał stołek od ówczesnego prezia Opola i ten prezio go potem stołka pozbawił. Nie ma znaczenia to, czy zdaniem Jakiego było to ”słuszne”, czy też „niesłuszne” (suwerena to nie obchodzi, tak samo, jak nie obchodzi go karuzela z nazwiskami w SSP). Dlatego też Patryk Jaki opowiada o „firmie”.


Idźmy dalej. Zastanawiam się nad tym, czy nadejdzie kiedyś moment, w którym Patryk Jaki nie będzie ordynarnie kłamał. Być może kiedyś, ale „nie dzisiaj”. Przykładowo, Patryk Jaki twierdzi, że jego ojciec został „bezprawnie zawieszony”. I wszystko pięknie, ale sąd uchylając decyzję o zawieszeniu, nie zrobił tego ze względu na naruszenie jakichś procedur, czy też złamanie prawa. Sąd stwierdził, że „zawieszenie Ireneusza Jakiego w obowiązkach prezesa WiK stanowiło dla niego "dotkliwy uszczerbek" z uwagi na "niemożliwe lub bardzo ograniczone możliwości podjęcia zatrudnienia i pozyskania środków do życia"”. Gdzie tu jakaś wzmianka o „bezprawnym zawieszeniu”? W tym samym miejscu, w którym Patryk Jaki ma równość obywateli wobec prawa.


No dobrze, idźmy dalej. Jaki w swoich wypowiedziach buduje narrację, z której wynika, że Ireneusz Jaki po prostu padł ofiarą spisku zawiązanego przez prezydenta Opola, który to prezydent jest „bliski PO”. To jest na serio zjawiskowe. Tak się bowiem składa, że gdyby nie to, że preziem Opola został człowiek, o którym teraz Jaki mówi, że jest „bliski PO”, to Ireneusz nie dostałby stołka w wodociągach. Ja wiem, że ja wymagam zbyt wiele, ale czy dziennikarze nie mogliby w takich przypadkach pytać polityka o to, czy mógłby doprecyzować parę spraw? Np. to, czemu wcześniej popierał Wiśniewskiego, skoro Wiśniewski jest „bliski PO”?


Na czym ten spisek miał polegać? Otóż, Ireneusz Jaki znalazł był jakieś wały w tych Opolskich Wodociągach, a potem zaczęto się na nim mścić. Państwowa Inspekcja Pracy pochyliła się nad tym, co się działo w opolskich wodociągach i raport końcowy tejże kontroli bardzo się Jakiemu nie spodobał. Pozwolę sobie na cytat z artykułu:


„Europoseł Solidarnej Polski stwierdził, że w związku z oskarżeniami to Ireneusz Jaki zwrócił się z prośbą o kontrolę do PIP. Ta miała być jednak odwlekana. - Kiedy się pojawiła, za późno, bo ojciec bezprawnie został zawieszony (Ireneusz Jaki wrócił do pracy decyzją sądu - red.), okazało się, że pod jego nieobecność nagrody otrzymali ci pracownicy, którzy zeznawali przeciwko niemu - tłumaczy Interii Jaki. - Ci, co nie zeznawali, zostali pominięci. Według mnie to oczywista korupcja i prokuratura już prowadzi śledztwo w tej sprawie”.


Jeżeli chodzi o kwestię nagród, to znajduję to nieco zabawnym. Tak się bowiem składa, że o wiele bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym nagród nie dostali ludzie związani z Ireneuszem Jakim i właśnie taki był „klucz”, według którego te nagrody przyznawano. Osobną kwestią jest to, że w tym przypadku znamy jedynie wypowiedź Patryka Jakiego, który, eufemizując, bardzo oszczędnie gospodaruje prawdą. Tym samym równie dobrze wszyscy mogli dostać te nagrody, ale Patryk Jaki powiedział, że było inaczej, bo mu to pasowało do narracji. To, że prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie nie ma najmniejszego znaczenia, albowiem tak się składa, że prokuratura będzie prowadziła śledztwo w dowolnej sprawie, bo szefem wszystkich szefów w prokuraturze jest bliski kolega Patryka, niejaki Zbigniew Ziobro.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Cebulą na torcie jest to, że jeżeli Patryk Jaki zna dane świadków i wie jak oni zeznawali, to zna je również Ireneusz, którego Patryk nie pozwoli odwołać. Jestem przekonany o tym, że nie zachodzi najmniejsze prawdopodobieństwo tego, że takie informacje mogłyby zostać wykorzystane.

 
Ktoś może powiedzieć, no dobrze, ale czy z tego wynika, że ponieważ Patrykowi Jakiemu nie spodobało się to, co wyszło z kontroli PIP, kontrola będzie przeprowadzona po raz kolejny? Ależ oczywiście, że tak właśnie jest. Pozwolę sobie na kolejny cytat (będzie trochę pocięty):


„Formalnie pierwsza kontrola w WiK zakończyła się we wrześniu. Na podstawie ustaleń z protokołu inspektorzy stwierdzający nieprawidłowości powinni zdecydować, co dalej. Na przykład czy skierować sprawę do sądu. Zazwyczaj dzieje się to niezwłocznie, jednak w tym przypadku tak się nie stało. Jak wynika z naszych ustaleń, ta decyzja ma być blokowana przez okręgową inspektor pracy w Opolu. (…) Na 300 zatrudnionych osób w badaniach wzięło udział 76 proc. pracowników. (…) Protokół, którego udostępnienia odmówiono Interii, ma również zawierać błędy rzeczowe dotyczące stanowisk, dat czy nazwisk.”.


Zacznijmy od końca. Kurcze, ale niesamowity przypadek. Ten sam protokół, do którego Patryk Jaki miał bezproblemowy dostęp, nie został udostępniony Interii. Tak swoją drogą, wyguglałem sobie, że ten kwit to informacja publiczna, więc gdyby komuś się chciało (np. jakiemuś dziennikarzowi), to można złożyć wniosek stosowny i PIP będzie miał obowiązek udostępnić ten kwit (rzecz jasna z tego absolutnie nie wynika, że go udostępni, ale jeżeli tego nie zrobi, to sprawa będzie jeszcze bardziej ewidentna, niż teraz). Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał, że warto by było, żeby ktoś ten protokół ogarnął, zanim powstanie kolejny, bo wtedy może się okazać, że w jakiś magiczny sposób tamten pierwszy protokół zniknie (skoro mogły znikać całe tomy akt, może zniknąć i protokół).


Swoją drogą, gdy się zacząłem pochylać nad tą sprawą, nie miałem pojęcia, co się tam mogło „zadziać” w tych wodociągach. Jednakowoż działania Patryka Jakiego przekonały mnie do tego, że działo się tam bardzo źle. No bo tak na ten ulubiony przez prawicę chłopski rozum. Załóżmy, że Patryk Jaki ma rację i że tam faktycznie jakiś spisek został zawiązany. Gdyby tak było, to Patryk olałby ten protokół i pozwolił na to, żeby został on rozjechany w sądzie. Skoro bowiem były tam „ewidentne błędy”, to byłyby one równie ewidentne dla sądu. Świadkowie, którzy zeznawaliby w sądzie, mieliby świadomość tego, czym grozi składanie fałszywych zeznań. Przy odrobinie szczęścia na takiej rozprawie posypałby się cały „spisek”.


Czemu więc Patryk Jaki zdecydował się na „interwencję” (czytaj: na użycie swoich koneksji politycznych do powtórzenia już raz przeprowadzonej kontroli tylko i wyłącznie dlatego, że nie spodobało mu się to, co wyszło w pierwszej”)? Moim zdaniem stało się tak dlatego, że Jaki niespecjalnie wierzył w to, że w sądzie okaże się, że to wszystko kłamstwa, pomówienia i spisek. Po za tym zrobił to dlatego, że mógł. Znamienne jest to, że osoba, która tak dużo miała do powiedzenia na temat pookrągłowostołowych elit, które nadużywają swojej władzy – robi dokładnie to samo, co w jej mniemaniu robiły owe elity.


Wróćmy na moment do tego „spisku”. Przecież, żeby coś takiego mogło dojść do skutku, to musiałby być w to zamieszany również inspektor z PIP. Mam uwierzyć w to, że ktoś zatrudniony w instytucji podlegającej partyjnym kolegom Patryka Jakiego uznałby, że warto tak bardzo ryzykować? Najprawdopodobniejszy scenariusz w moim mniemaniu wyglądał tak, że w wodociągach działo się źle i to właśnie wykryła kontrola z PIP. Kontroler nie mógł zignorować zeznań świadków, bo gdyby to zrobił, to mógłby mieć problemy. Czy kontroler nie był świadomy tego, że taki, a nie inny protokół ściągnie mu na głowę gniew „walczącego z elitami” Patryka Jakiego? Musiał ją mieć, dlatego, że każdy wiedział o tym, że Ireneusz Jaki dostał robotę w wodociągach dlatego, że załatwił mu ją Patryk. Szczerze przyznam, że nie zazdroszczę kontrolerowi sytuacji, w której się znalazł.


Jeżeli ktoś jest ciekawy tego, jak to się stało, że słuch po pierwszym protokole (tym, który sobie czytał Jaki, ale dziennikarzowi Interii już nie było wolno), to ten cytat jest dla was: „Pytaliśmy m.in. dlaczego dotąd nie udało się "wydać środków prawnych", jak to jest określane w przepisach. W niepodpisanej nazwiskiem odpowiedzi Biura Informacji GIP czytamy, że ani Katarzyna Łażewska-Hrycko, ani okręgowi inspektorzy pracy nie mogą wpływać na inspektorów prowadzących kontrolę. Z kolei przepisy "nie określają wiążącego terminu skierowania do pracodawcy środków prawnych". Jeżeli mam być szczery, to ta końcówka „przepisy nie określają”, to coś w rodzaju „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi”. To jest kolejny dowód na to, że w polskim prawie nie powinno być tego rodzaju zapisów, bo zawsze, ale to zawsze znajdzie się ktoś, kto potraktuje to jak furtkę.  


Nie byłem fanem rządów PO-PSL (z bardzo wielu przyczyn), ale mam świadomość tego, że gdyby do tej sytuacji doszło w latach 2007-2015, i polityk partii rządzącej zrobiłby to, co teraz Jaki, to oburzenie byłoby ogromne. To, że PiS domagałby się powołania komisji śledczej w celu sprawdzenia, czy tego rodzaju sytuacje nie zdarzały się wcześniej, jest oczywistą oczywistością. Tyle, że na tym by się nie skończyło, bo ciśnienie „społeczne” byłoby olbrzymie. No wyobraźmy sobie, że jakiś polityk PO zostaje złapany na tym, że wykorzystuje koneksje do tego, żeby „zniknąć” problemy członka swojej rodziny (któremu to członkowi rodziny wcześniej załatwił robotę i jeszcze się tym chwalił). Dopytywany przez dziennikarzy odpowiada, że tak, to on jest na tropie poważnej afery, więc on niczego nie ukrywa. Wyobraźmy sobie, że instytucja, którą nawiedzał ten polityk, indagowana przez dziennikarzy robi uniki (w wymiarze prawnym), a dokumentów, do których miał wgląd ów polityk nie chce pokazać nikomu innemu. Jak duże problemy miałby taki platformers (w tym problemy natury prawnej) i jak szybko skończyłaby się jego kariera?


Teraz mamy rok 2023 i PO-PSL nie rządzi od dłuższego czasu, a Zjednoczona Prawica, której rządy (uwaga, odstawić płyny) miała przynieść „odnowę moralną”, ma na swoim koncie tyle dokonań o różnym kalibrze, że ta konkretna sytuacja przeszła praktycznie bez echa. I tak sobie tutaj żyjemy.  

piątek, 3 lutego 2023

Kierowniku, poratuj willą!

Czytałem sobie trochę o tym, jak to niemiłościwie nam panująca Zjednoczona Prawica rozdawała pieniądze jakimś fundacjom-krzakom. Jedna z tych fundacji, na ten przykład, powstała na kilka dni przed zakończeniem terminu zgłoszeń. Przyznam szczerze, że takie działania nie są dla mnie najmniejszym zaskoczeniem.


Prawda jest bowiem taka, że Zjednoczona Prawica nie ma teraz absolutnie nic do stracenia. Jeżeli kolejne wybory uda się wygrać, to będzie jeszcze więcej pieniędzy do przemielenia. Jeżeli zaś się ich wygrać nie uda (tzn. nie uda się utrzymać przy korycie), to przynajmniej „swoi” będą mieli środki, które im się przydadzą w trakcie potencjalnej posuchy.  


Najmniejszym zaskoczeniem było również to, że najpierw sprawę bagatelizowano (o czym za moment), potem zaś tłumaczono, że nic się nie stało, a w ogóle to Czarnek na medal zasługuje. Ponieważ niewiele to dało, sięgnięto po sprawdzoną metodę, zwaną „aboplatforma”. Otóż, znaleziono fundację o nazwie Kolegium Europy Wschodniej, która w 2014 dostała zamek od Ministerstwa Skarbu. Dodatkowo, w radzie fundacji zasiadają politycy PO. Tak więc widzicie, może i Zjednoczona Prawica robi wały i daje kasę fundacjom-krzakom, które zajmują się niczym, ale wcześniej inna fundacja dostała zamek, więc nie ma o czym mówić. Do łez rozbawiły mnie narracje (wrzucane przez rządowe opiniomaty) o tym, że takie rzeczy się bardzo często działy „za platformy” i żeby to przykryć przeprowadzany jest teraz wściekły atak na Czarnka.


No i wszystko pięknie, ale tym razem „aboplatformę” zrobiono wyjątkowo niechlujnie. Po pierwsze, mowa tu o organizacji, która powstała kilkanaście lat przed tym, jak została czymkolwiek obdarowana. Po drugie, w skład rady poza politykami PO wchodzą również przedstawiciele rządu (o czym, rzecz jasna, „aboplatformiarze” z TVP Info na czele, już nie wspomnieli). Po trzecie, możecie być pewni, że zaraz po tym, jak głośno się zrobiło o Czarnkowym programie Willa+ cała masa rządowych dronów zaczęła szukać argumentów za tym, że „wcześniej było to samo”. To, że znaleziono cały jeden przypadek, który na dodatek w ogóle nie pasował do tej tezy, świadczy o tym, że, jakby to ująć, wcześniej jednak „nie było tak samo”.


Po czwarte, na ćwitrze ludkowie zwrócili uwagę na to, że kadencja rady z tymi strasznymi politykami PO zaczęła się już po tym, jak fundacja otrzymała zamek, tak więc rada mogła co najwyżej oddać ten zamek z powrotem. Po piąte i tu już będzie wątek niemalże humorystyczny, jednym z polityków „związanych z PO”, o których napisało TVP Info, jest Paweł Kowal. No i wszystko pięknie, ale on w tej radzie „zasiadł” 3 października 2007 roku, gdy był członkiem PiSu (z którego wystąpił 22 listopada 2010). Być może czegoś nie rozumiem, ale wydaje mi się, że nie został członkiem rady dlatego, że miał powiązania z Platformą. TVP Info straszyło również nazwiskiem Dulkiewicz. Tutaj jest kolejna śmiesznostka, bo z kolei ona została członkinią rady19 czerwca 2019, tak więc pięć lat po tym, jak fundacja dostała zamek. Po szóste (i to już mniej humorystyczne). W przypadku Kolegium Europy Wschodniej – decyzję o przekazaniu zamku podjął, jak już wspomniałem, Minister Skarbu, nie zaś minister ds. edukacji. Tak, wiem, to niby kosmetyczna różnica, ale jednak. Teraz zaś dochodzimy do punktu siódmego. W Artykule Justyny Sucheckiej i Piotra Szostaka możemy przeczytać o tym, że Czarnek mógł zrobić to, co zrobił tylko dlatego, że w 2022 Zjednoczona Prawica wprowadziła sobie takie, a nie inne przepisy, bo: „Nigdy dotąd minister edukacji nie fundował w ten sposób siedzib organizacjom pozarządowym.”.


Sam Czarnek na swoją obronę miał do powiedzenia tyle, że wszystko jest zgodne z prawem (rzecz jasna, nie wspomniał o tym, że to prawo sobie sami zmienili niedawno), a poza tym: „Jednostki szkodliwe i lewackie żadnych pieniędzy z MEiN nie otrzymają.”.  Co zrozumiałe, Czarnek nie wyjaśnił tego, co to są te „lewackie jednostki”, ale biorąc pod rozwagę dotychczasowe narracje Zjednoczonej Prawicy, pewnie chodzi o tych, którzy się nie zgadzają z Czarnkiem (a to bardzo, ale to bardzo pojemna kategoria). Innymi słowy „dajemy swoim i nie interesujcie się tym dlaczego, bo dostaniecie kociej mordy”.


Jeżeli chodzi o reakcję Premiera Tysiąclecia (aka Mateusz Morawiecki), to ona (wychwalanie Czarnka) nie powinna nikogo dziwić. On nie mógł powiedzieć niczego innego. No bo, przez moment załóżmy, że powiedział głośno „jak było” (rozdawanie gigantycznych pieniędzy „swojakom” poprzez fundacje krzaki). Przecież taka deklaracja musiałaby pociągnąć za sobą jakieś konsekwencje. Jeżeli ktoś chciałby w tym miejscu powiedzieć „no, ale Sasin”, to przypominam takiej osobie, że w przypadku Sasina narracje rządowe były spójne, „on działał zgodnie z prawem”.


Autorzy niektórych artykułów na temat akcji Willa+ zastanawiają się nad tym, czy aby nie było tak, że decyzje o tym, żeby sobie rozdać te pieniądze, podejmowano w trakcie dołku sondażowego i czy aby nie będzie tak, że to PiSowi zaszkodzi. Gdyby chodziło o jakikolwiek inny rząd, to takie dywagacje byłyby zasadne, ale przypominam o tym, że PiSowi jak do tej pory nie zaszkodziła żadna afera (zaszkodziło natomiast i to bardzo zaostrzenie prawa aborcyjnego). Tym samym nikt tam raczej nie kalkulował „no dobra, ale co będzie jak damy sobie te pieniądze i się ludzie dowiedzą?”. Moim skromnym zdaniem, te decyzje zapadały całkowicie „na zimno” i wyglądały nieco inaczej: „do tej pory żadna afera nam nie zaszkodziła, a co będzie, jak sobie tych pieniędzy nie rozdamy, a wybory i tak przegramy? Kto nam potem te pieniądze odda?”. Gdybym był złośliwy (a jestem), to niniejszą notkę zakończyłbym straszliwym sucharem: strach pomyśleć, ile pieniędzy rozdawaliby „swojakom” ministrowie Zjednoczonej Prawicy, gdyby w 2018 roku Jarosław Kaczyńskie nie zdecydował o tym, że „będzie znacznie skromniej niż dotychczas”.


PS

Zbieram na willę

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Źródła:

https://www.tvp.info/66003909/zamek-na-wodzie-w-wojnowicach-w-2014-roku-trafil-do-fundacji-kolegium-europy-wschodniej

https://twitter.com/michalprotaziuk/status/1621150951959851008

https://twitter.com/BDStanley/status/1621151883078533121

https://www.kew.org.pl/rada-fundacji-iv-kadencji/

https://rejestr.io/krs/13264/kolegium-europy-wschodniej-im-jana-nowaka-jezioranskiego-we-wroclawiu

https://tvn24.pl/polska/willa-plus-pieniadze-od-czarnka-dla-organizacji-zwiazanych-z-pis-justyna-suchecka-jadczak-o-konkursie-i-skladanych-wnioskach-6721719

https://tvn24.pl/premium/willa-plus-dotacje-ministra-przemyslawa-czarnka-na-zakup-nieruchomosci-6709936

https://tvn24.pl/opinie/perspektywa-piaseckiego-willa-plus-felieton-pis-miedzy-mala-smuta-a-krucha-nadzieja-6723475

https://wyborcza.pl/7,75398,29425931,willa-plus-budzila-opor-nawet-u-ekspertow-czarnka-opozycja.html

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/jaroslaw-kaczynski-bedzie-znacznie-skromniej-niz-dotychczas/50nxls5