poniedziałek, 2 marca 2020

Hejterski Przegląd Cykliczny #67

Z racji tego, że przeważnie nie śpieszę się z opisywaniem różnych zjawisk i sytuacji, które nawiedzają naszą scenę polityczną (acz nie tylko polityczną), bo czekam sobie spokojnie na rozwój wypadków, zaobserwowałem dość ciekawą prawidłowość (uwaga, anecdata będzie grana). Nie wiem, czy ktokolwiek mierzył „czas połowicznego rozpadu newsa” w Polsce, ale chyba nikt nie ma wątpliwości odnośnie tego, że ów czas jest raczej krótki. W przeważającej większości przypadków, uwaga mediów skupia się na tych tematach, które generują jak największą liczbę wejść na stronę/etc. (clickbaitoza wiecznie żywa). Jeżeli liczba wejść generowanych przez temat spada – praktycznie przestają się nim zajmować. Są, rzecz jasna, wyjątki. Doskonałym przykładem będzie tu Onet i to, jak ów portal pochylał się nad tym, co działo się w kontekście Fundacji Otwarty Dialog. Na Onecie było od cholery follow-upów w tej sprawie, a każdy z nich był napisany przez kogoś, kto ogarniał temat (a, jak wiadomo, nie jest to norma). Niemniej jednak, zazwyczaj wygląda to tak, że temat jest „grzany”, a potem się go olewa. Zapewne część z was sobie pomyślała w tym momencie „dude, to miała być ta „prawidłowość”? Przecież to wiedza powszechna”, tak więc śpieszę z wyjaśnieniami: nie, nie chodziło o to co robią media, ale o to, jak reagują na to odbiorcy. Chodziło mi o to, że te wszystkie tematy (choć media je olewają) sobie spokojnie „trwają” w pamięci odbiorców i czekają na „swój moment”. Nie inaczej było z tematem Krzysztofa Suwarta, który co prawda był łamiącą wiadomością, ale bardzo szybko okazało się, że ponieważ nikogo nie da się tym obalić, można to olać (był jeden wyjątek, o którym za moment). Co ciekawe, kiedy Wirtualna Polska „pożyczyła” sobie ode mnie research/etc. z notki o jednym takim „znikniętym” koncie kampanijnym z 2015, na ćwitrze praktycznie momentalnie pojawiły się komentarze odnoszące się do Suwarta (było ich trochę). I tak sobie wtedy pomyślałem, że to nie jest tak, że pięć minut po tym, jak się jakiś temat zrobi „medialny”, ludzie mają go w dupie. Tzn. owszem, może i tematy generują mniej kliknięć, ale nadal budzą zainteresowanie, po prostu media mają na te tematy wyjebane, a przeciętny obywatel raczej nie ma szans na to, żeby sobie samemu przeprowadzić śledztwo dziennikarskie. No dobra, to był tylko przydługi wstęp/dygresja do kawałku Przeglądu, który będzie traktował właśnie o Suwarcie. Konkretnie zaś, będzie się odnosił do „wywiadu”, który nieistniejący Krzysztof Suwart przeprowadził z żoną kandydata na prezydenta Warszawy, który to kandydat, jak wiemy, pochodził z biedniejszej rodziny i do wszystkiego doszedł dlatego, że pracował dwa razy ciężej od innych (bo „bez pracy nie ma kołaczy”). Nie wszystkie media olały temat i dziennikarze z GW zapytali Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny o to, jak to było z tym Suwartem i wywiadem. To, że Człowiek z Marketingu będzie się tłumaczył przy pomocy „alternatywnych faktów” (copyright Kellyanne Conway), było oczywistą oczywistością. Niemniej jednak muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem: „Pytam Patryka Jakiego, czy wywiad Krzysztofa Suwarta z jego żoną dla wp.pl to tekst sponsorowany. Zapewnia, że nie. - Zadzwonił do niej ktoś z Wirtualnej Polski. Zapytał, czy może przeprowadzić wywiad. Moja żona z nim porozmawiała i tyle. Moja żona nie odróżnia nazwisk dziennikarzy pracujących dla portalu - zapewnia. - To portal bierze odpowiedzialność za tekst.”. To jest bardzo krótka wypowiedź, ale jest w niej tyle dobra, że miałem problem z tym, „od czego zacząć”. Po głębszym namyśle uznałem, że zacznę od rozgrzewki. Na użytek moich dywagacji załóżmy, że Krzysztof Suwart istniał naprawdę i faktycznie przeprowadził wywiad z Anną Jaki. Ciekawi mnie to, w jaki sposób zdobył jej prywatny numer telefonu. Tak, wiem, dziennikarze potrafią w takie rzeczy, ale wiem również, że czasami mają problemy ze zdobyciem numerów (prywatnych) czynnych polityków. Anna Jaki nieczęsto rozmawia z mediami, tak więc szczerze wątpię w to, że jej numer jest ogólnodostępny. No, ale to tylko takie moje czepialstwo, bo skoro nieistniejący Krzysztof Suwart był w stanie pisać artykuły, to na pewno byłby w stanie również zdobyć numer telefonu Anny Jaki i przeprowadzić z nią wywiad, prawda? Skoro sobie już pożartowaliśmy, to teraz można na poważnie. Jeżeli sobie popatrzymy na datę publikacji „wywiadu”, to sobie zobaczymy, że doszło do niego mniej więcej w najgorętszym okresie kampanii. Praktycznie cały komentariat wieszczył wtedy, że „Jaki ma spore szanse”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nawet gdyby ktoś nie bardzo sobie potrafił przełożyć datę na to, co się wtedy działo w kampanii, to zapoznanie się z pierwszym „pytaniem”, które padło w „wywiadzie” momentalnie odświeżyłoby wspomnienia. Pytanie było bowiem bardzo podchwytliwe: „Czy czuje pani dumę z rosnących szans męża w kampanii wyborczej na prezydenta Warszawy?”. Ponieważ był to taki, a nie inny etap kampanii, ciśnienie w sztabie Chłopaka z Biedniejszej Rodziny musiało być gigantyczne, bo ów sztab na pewno wierzył w to, że ich kandydat „da radę”. Ponieważ w sztabie panowały takie, a nie inne nastroje, musiano się tam liczyć z tym, że „wrogowie” będą chcieli zrobić wszystko, żeby zdyskredytować kandydata. Można mieć pewność co do tego, że otoczenie kandydata zostało pouczone „co robić w sytuacji, w której ktoś chce z nami w wywiad”. Równie pewne jest to, że gdyby ktokolwiek „nie swój” chciał przeprowadzić wywiad z Anną Jaki, to kazano by mu spierdalać. Kolejną bzdurą jest to, że Anna Jaki nie wie, komu udzieliła wywiadu. Serio, kurwa? Bezczelność Jakiego jest raczej powszechnie znana, ale próba wytłumaczenia PR-owego fuckupu przez robienie z żony nieogara, to kolejny poziom bezczelności. Gdyby wersja wydarzeń opowiedziana przez Człowieka z Marketingu Politycznego była prawdziwa, to w skrócie wyglądałoby to tak: ktoś zadzwonił do jego żony i zapytał o to, czy może udzielić wywiadu. Nie wiemy, kim był ów ktoś, bo, albo się nie przedstawił, albo się przedstawił, ale Anna Jaki „zapomniała”. Wywiad musiał zostać przeprowadzony „z miejsca”. Tzn. ktoś zadzwonił do Anny Jaki i zapytał, „czy można w wywiad”, a ona jebnęła wszystkim i udzieliła go od razu. Rzecz jasna, wywiad nie był autoryzowany (no chyba że Anna Jaki dostała maila z adresu dziennikarz.z.wirtualnej.polski@wp.pl). Ktoś mógłby w tym miejscu powiedzieć, no dobra, ale skoro ktoś do niej zadzwonił, to przecież można było oddzwonić na ten numer, prawda? Już tłumaczę: najprawdopodobniej zadzwoniono do niej z numeru „prywatnego” (bo Krzysztof Suwart bardzo dbał o swoje incognito). Potem zaś (co za przypadek) okazało się, że ów wywiad jest ulotką wyborczą na sterydach. Wszystko to brzmi o wiele bardziej wiarygodnie od naciąganego tłumaczenia, w myśl którego, nie było żadnego wywiadu, zaś treść tekstu została wcześniej przygotowana przez sztabowców (a na portalu pojawiła się w ramach szeroko pojętej współpracy z resortem, ekhm, „sprawiedliwości”). Wypowiedź Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny jest piętrową bzdurą, ale skonstruowaną tak, że nie da się jej zweryfikować. Tak się bowiem składa, że nikomu z głównych zainteresowanych nie zależy na tym, żeby opowiedzieć o tym, jak było naprawdę, bo główni zainteresowani mogliby na tym jedynie stracić. Czy z tego wynika, że sprawa jest beznadziejna i nie da się niczego wyjaśnić? Odpowiem po filozoficznemu: to zależy. Jeżeli ktoś chciałby ów temat wyjaśnić przy pomocy pytań, podobnych do tych, które dziennikarze GW zadawali Jakiemu, to sprawa jest raczej beznadziejna, bo tańczącemu z narracjami nie powinno się zadawać pytań, które pozwalają mu uciekać w ogólniki. Sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby ktoś go na serio zgrillował i zadawał mu nieco bardziej szczegółowe pytania i np. skupił się na tym, jak to możliwe, że nieistniejący człowiek przeprowadził wywiad z żoną kandydata na prezydenta Wawy i nikt na ten fakt nie zwrócił uwagi. Skupianie się na tym, czy tekst był sponsorowany, czy też nie, jest cokolwiek bezsensowne, bo nie da się tego w żaden sposób udowodnić. No chyba, że nagle do mediów zgłosi się jakiś człowiek i powie, że to on jest Brianem z Naza, errr, znaczy się Krzysztofem Suwartem z Wirtualnej Polski, ale wydaje mi się, że taki scenariusz jest raczej mało prawdopodobny (byłby prawdopodobny, gdyby Zjednoczona Prawica zaczęła tonąć). Mógłbym ten kawałek Przeglądu zakończyć pointą, w której po raz kolejny podkreśliłbym to, jak chujowe mamy w Polsce media, ale zamiast tego proszę was o skierowanie się w stronę kolejnego kawałka Przeglądu, w którym opiszę to, jak chujowe mamy w Polsce media.


Zanim zacznę przejdę do meritum, chciałbym zaznaczyć, że podjąłem wiekopomną decyzję i postanowiłem podzielić sobie materiał „wsadowy” tak, żeby kwestie niepowiązane z kampanią prezydencką 2020 (bądź te raczej luźno powiązane) poruszać w zwyczajnych przeglądach, a nad tymi stricte kampanijnymi pastwić się w Hejterskich Przeglądach Wyborczych (i wcale wam nie sugeruję, że możecie się spodziewać takowego Przeglądu już całkiem niebawem). Jednakowoż, żeby nie było wam przykro, że tak znienacka wyciąłem z Przeglądów kampanię, pozwolę sobie opisać jeden wyimek z kampanii, który to wyimek nawiązywać będzie do mojego własnego tekstu o znikniętym koncie kampanijnym. Chciałbym w tym miejscu podsumować reakcje medialne na zniknięcie tegoż konta. Zaczęło się od tego, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Potem pojawił się mój tekst. Następnie część mediów zwróciła na to uwagę. Potem zaś temat umarł, bo nikomu się go nie chciało pociągnąć dalej. Na uwagę zasługuje również to, że część mediów zastosowała dupochrony. Owszem, opisali to, że konto zniknęło, ale kiedy przyszło do opisywania przyczyn, to praktycznie wszędzie stało, że „zdaniem blogera” to dlatego, że (...)”. Jest to o tyle zabawne (acz przyznaję, że to wisielczy humor), że wystarczyłoby poczytać te ćwity, żeby wypracować sobie własną opinię na temat tego „dlaczego to konto zniknęło akurat teraz”. Nikt nie zrobił żadnego follow upu, nikt nie próbował się dobijać do otoczenia Prezydenta RP (ani też do sztabu) z konkretnymi pytaniami (nie, nie takimi w rodzaju „czemu konto skasowano”, ale „czy Prezydent podtrzymuje swoją opinię z 2015, kiedy to mówił, że (...)”). Wydawać by się mogło, że takie podejście to podstawy podstaw, ale jak mawiał bohater jednego z filmów, znanych każdemu koneserowi chujni („Smoleńsk”): „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. W kontekście powyższego cieszy mnie to, że temat w ogóle został odnotowany. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że sztaby wyborcze na to również praktycznie nie zareagowały (poza kilkoma wypowiedziami polityków), acz nie można wykluczyć, że któryś sztab rozgrzebie ten temat i go pociągnie na dalszym etapie kampanii. O ile ewentualne „przyczajenie się” sztabów można jakoś zrozumieć (bo to polityka), to reakcję mediów można podsumować jednym słowem: jebałpiesizm. W tym kawałku nie mogło zabraknąć wzmianki o Wirtualnej Polsce. O tym, że ów portal sobie ode mnie pożyczył trochę rzeczy do swojego artykułu, na pewno wiecie, bo inbiłem w tym temacie. Jednakże na tym się sprawa nie skończyła. Dzień później, na tym samym portalu pojawił się tekst (innego autorstwa), w którym stało, że konto zniknęło i że pierwszy się nad tym pochylił niżej podpisany. I wszystko byłoby spoko, gdyby nie to, że ten stary, w którym stoi, że to Wirtualna Polska się dowiedziała o tym, nadal wisi na ich portalu. Nie bardzo wiem, jak należy to interpretować, ale domyślam się, że zapewne chodzi o stan kwantowy.  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Dumałem nad tym, czy pisać cokolwiek na temat koronawirusa, bo, jak się zapewne domyślacie, tak trochę średnio się znam na chorobach/epidemiologii/etc. Najpierw uznałem, że może lepiej nie tykać tego tematu, żeby nie wyjść na Typowego Polskiego Publicystę, któremu się wydaje, że się zna na wszystkim, ale potem poczytałem sobie wpisy polityków Zjednoczonej Prawicy (oraz rządowych influencerów) i przysłowiowy chuj mnie strzelił, albowiem po raz kolejny mamy do czynienia z tupolewizmem w stanie czystym. Różnica polega na tym, że tym razem te jebane nieogary mogą nas wszystkich zabrać na przejażdżkę. No ale, jak to mawiał Wołoszański: „nie uprzedzajmy faktów”. Wpisem, który doprowadził mnie do stanu wkurwienia był wpis Sebastiana Kalety, który komentował (całkiem sensowny[all things considered]) wpis Małgorzaty Kidawy Błońskiej: „To kwestia czasu, aż koronawirus pojawi się w Polsce. Jakie działania podjął polski rząd? Potrzebujemy natychmiastowych rzetelnych informacji o stanie przygotowań Polski na pierwszy przypadek niebezpiecznego wirusa.”. Ów wpis bardzo nie spodobał się Sebastianowi Kalecie, który stwierdził, że: „Ton tego tweeta kandydatki, oraz jej sztabowców (Bartosz Arłukowicz i Sławomir Nitras) brzmią jak oskarżenie wobec rządu za szerzenie się koronawirusa w sytuacji gdy jeszcze nie dotarł do Polski. Opanujcie się. Wczoraj przedmiotowo traktowaliście temat onkologii, dzisiaj epidemię.”  Ja się przyzwyczaiłem do tego, że w sytuacji, w której polityk Zjednoczonej Prawicy nie jest w stanie się odnieść do meritum, postawi chochoła, z którym następnie tańczy (czyli wymyśli sobie argument, z którym potem będzie dzielnie walczył), ale muszę przyznać, że chochoł Kalety to jest, kurwa, klasa sama w sobie. W ćwicie jak wół stoi, że „no elo, napiszcie, czy i jak się przygotowaliście”, ale Kaleta dzielnie walczy z tym, że Zjednoczonej Prawicy zarzuca się to, że wirus się szerzy. Kluczowy jest, moim zdaniem, fragment wpisu Kalety, w którym stoi: „w sytuacji, gdy jeszcze nie dotarł do Polski”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że wpis Kalety pojawił się na ćwitrze zanim zaczęły się przepychanki na linii dziennikarze-Ministerstwo Zdrowia (dziennikarze twierdzą, że w Polsce są już przypadki koronawirusa, Ministerstwo twierdzi, że ich nie ma). Czemu uznałem, że wzmianka o tym, że wirus jeszcze nie dotarł, jest kluczowa? Już tłumaczę. Gdyby powyciągać z tej wymiany ćwitów wszystkie ozdobniki, wyglądałoby to tak MKB: „ej, co zrobiliście, żeby zabezpieczyć kraj przed koronawirusem? SK: „no przecież tego wirusa jeszcze w Polsce nie ma”. Nie wiem, jak was, ale mnie to w chuj uspokoiło. Cebulą na torcie była końcówka wpisu, w której członek Zjednoczonej Prawicy zarzucał komuś „przedmiotowe traktowanie” jakiegoś tematu. Zupełnie bez związku z całą sprawą przypominam to, co odjebywała Zjednoczona Prawica w kontekście kryzysu migracyjnego. Konkretnie zaś chodzi o wypowiedź ówczesnego kandydata na Prezesa Polski: „Imigranci mogą przynieść nieznane choroby” (wypowiedź była dłuższa, ale w takiej formie po internetach rozrzucały ją drony i mediaworkerzy Dobrej Zmiany). Jak mniemam, wtedy to nie było „przedmiotowe traktowanie” epidemii, bo mowa była o tym, że „być może” jakieś choroby się u nas pojawią. W sytuacji, w której praktycznie pewne jest, że koronawirus do nas dotrze prędzej, czy później (ze względu na to, że okres inkubacji wirusa waha się od 2 do 24 dni), nagle okazuje się, że zadawanie pytań o to, czy aby się nasze państwo do tego przygotowało, to „przedmiotowe traktowanie epidemii”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nawet jeżeli okaże się, że koronawirus nas ominie (co jest mocno wątpliwe), to z tego, kurwa, nie wynika, że można ten temat olać i nic nie robić, bo „może akurat się uda”. Jeszcze jedna sprawa mi się po łbie kołacze. Eksperci tłumaczą, że zagrożenie epidemią biblijnych rozmiarów jest niewielkie, bo co prawda wirus pojawia się w różnych miejscach, ale kraje UE sobie radzą dobrze i choroba się jakoś za bardzo nie rozprzestrzenia/etc. Tylko, że to mnie jakoś tak średnio uspokaja, bo mam podejrzenie, że szybkie ogarnianie kwestii koronawirusa w tych krajach bierze się stąd, że ochrona zdrowia działa w tych krajach (eufemizując) nieco lepiej, zaś władze tych krajów nie mają wyjebane? Ja tu się nie chcę bawić w fearmongering. Tylko, że mam jakieś takie przeczucie graniczące z pewnością, że jeżeli koronawirus wpadnie do nas z gospodarską wizytą, to będziemy mieli do czynienia z jebaną paniką. Paniką, której można by było uniknąć, gdyby prowadzono jakąś sensowną politykę informacyjną. Zamiast takowej, mamy do czynienia z radosną twórczością rządowych dronów. Na jednym z kont ćwiterowych (nazwę zmilczę), które dzielnie wspiera Zjednoczoną Prawicę pojawił się taki wpis: „Wczoraj opozycja zaczela wrzucac tweety o koronawirusie, dzis TVN24 od rana grzeje temat, juz sa eksperci, lekarze i madre glowy, wszyscy oczywiscie o tym ze rząd nie przygotowal Polski na koronawirusa. „Nagle” to zauwazyli jednoczesnie .Tak sie tworzy tematy”. Być może „tworzenie tematu” bierze się stąd, że ludzi ten temat interesuje, a władze (przynajmniej do momentu, w którym ten tekst sobie pisałem) były nieszczególnie zainteresowane informowaniem. Edycja: już po napisaniu tego kawałka okazało się, że Zjednoczona Prawica jednak chce w politykę informacyjną odnośnie koronawirusa. Zaczęło się spektakularnie, albowiem Wicemarszałek Senatu wystąpił w filmiku, w którym pokazał, że Marszałek Senatu źle umył ręce. Jesteśmy, kurwa, w dobrych rękach.


Ponieważ sytuacja rozwija się dość dynamicznie, musiałbym do poprzedniego kawałka dowalić jeszcze kilka edycji, tak więc sobie pomyślałem, że po prostu dopiszę kolejny. Wydaje mi się, że wiem, dlaczego polityka informacyjna Zjednoczonej Prawicy w tym konkretnym przypadku jest tak bardzo chujowa. Niestety, będziemy musieli (po raz kolejny) nawiązać do osoby Patryka Jakiego, acz w tym przypadku będzie on tylko tłem. Jeżeli ktoś przyglądał się uważnie Bitwie Warszawskiej 2018, to prawdopodobnie zauważył pewną prawidłowość. Patryk Jaki jest mistrzem „one-linerów”, wszelkiej maści point i przypierdalania się do oponentów. Jego wystąpienia są do siebie bardzo podobne pod tym względem, że praktycznie w każdym z nich (czy to konferencja prasowa, czy to wywiad) stara się naprodukować całą kupę tych „one-linerów”, nawet jeżeli nie mają one nic wspólnego z przedmiotem konferencji/wywiadu. Po co mu to? Ano na wypadek, gdyby wywiad/konfa poszła niezbyt dobrze. W takim przypadku uruchamia się armia dronów, która tnie wywiad/konfę na kawałeczki na tyle drobne, żeby znaleźć ten kawałek, w którym Jaki walnął jakimś tekstem, który „ma potencjał”. Potem się taki filmik wrzuca w internety z komentarzem, że „zaorał” dziennikarzy/opozycję/etc. Jest to metoda bardzo skuteczna (o czym świadczy popularność tego polityka). Wcześniej wzmiankowana prawidłowość polegała na tym, że do momentu, w którym Jaki mógł się ograniczać do hejtowania oponentów szło mu dobrze, ale kiedy trzeba było zmontować jakiś pozytywny przekaz, wszystko się mu rozjeżdżało. Idealnym przykładem może być konwencja wyborcza Jakiego (22-09-2018), w trakcie której wyżej wymieniony przez bardzo długi czas coś opowiadał. Coś – tzn. usiłował budować pozytywną narrację (z rzadka tylko przypierdalając się do Trzaskowskiego), ale praktycznie nikt tego nie oglądał, bo było to zbyt długie i zbyt nudne. Ze Zjednoczona Prawicą jest dokładnie tak samo. Do momentu, w którym w przekazie można się do kogoś przypierdolić, Zjednoczonej Prawicy idzie dobrze. Jednakże, kiedy trzeba sieknąć jakimś pozytywnym przekazem, Zjednoczona Prawica łapie zadyszkę. Warto zwrócić uwagę na to, że do tej pory, praktycznie każdy problem Zjednoczonej Prawicy był rozwiązywany (przez rządowe media) w bardzo prosty sposób: kogoś flekowano. Protest nauczycieli? Nieroby. Strajk rezydentów? Nieroby. Walka o TK? Nieroby. Flekowanie sędziów? Komuniści i nieroby. I tak dalej i tak dalej. Jeżeli zaś chodzi o to, jak Zjednoczonej Prawicy idzie robienie czegoś „pozytywnego” (w sensie narracyjnym), do podsumowania jej dokonań wystarczą trzy litery: PFN. Największym problemem Zjednoczonej Prawicy w kontekście koronawirusa jest to, że nie da się nikogo flekować. Czy to znaczy, że rządowe media (i politycy Zjednoczonej Prawicy) nic nie robią? A gdzie tam. Obecnie budowana jest narracja, w myśl której, po pierwsze nic się nie dzieje, a po drugie opozycja jest be, bo „gra epidemią”. Rzecz jasna, jeżeli akurat Prezydent RP chwali się tym, że w PrezydentoBusie pojawił się płyn antybakteryjny, to nie jest granie pod publiczkę, tylko bycie odpowiedzialnym. Sensownej polityki informacyjnej, póki co, nie uświadczyliśmy. Gwoli ścisłości przez „sensowną politykę informacyjną", rozumiem taką, dzięki której Polacy mogliby się dowiedzieć tego: na jakie symptomy należy zwracać uwagę, gdzie należy się zgłosić w przypadku wystąpienia powyższych, które przybytki medyczne dysponują testami, jak długo trzeba czekać na wyniki badań, jaka procedura będzie wdrażana, jeżeli okaże się, że ktoś zapadł na koronawirusa. Na tym przerwę wyliczankę, ale w telegraficznym skrócie, chodzi o informacje, których rozpowszechnianie zminimalizowałoby ryzyko wystąpienia paniki w momencie, w którym koronawirus się u nas oficjalnie zamelduje. Zamiast takowych informacji, rządowe media i politycy Zjednoczonej Prawicy opowiadają nam o tym, że „są bardzo przejęci”, „informują Polaków na bieżąco”/etc. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jak się już jakaś informacja istotna pojawi, to się człowiekowi włos na głowie jeży. Przykładem niech będzie informacja, którą zamieszczono na ćwiterowym koncie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: „Minister Michał Dworczyk w #KPRM: Dzisiaj wyleciał rządowy samolot, będziemy mieli więcej testów do badania osób potencjalnie zarażonych. Mimo że nie ma w Polsce osób zarażonych koronawirusem, chcemy być przygotowani na każdą sytuację.” Tak więc widzicie, byliśmy doskonale przygotowani, ale teraz chcemy się przygotować jeszcze bardziej doskonale. Nawiasem mówiąc, nie dziwi mnie to, że ten konkretny wpis sprawił, że ludzie zaczęli się zastanawiać nad tym, czy aby to nie było tak, że w Polsce mógł się już wyżej wymieniony wirus pojawić, ale nikt o tym nie wiedział, bo brakowało narzędzi diagnostycznych. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o nonszalancji części komentujących, którzy „uspokajają”, że w sumie ten wirus to nie jest taki groźny bo wylogowują się z jego powodu „starsi ludzie”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) napisałbym, że być może jest to jakiś zakamuflowany sposób na odciążenie systemu emerytalnego. Żeby już nie przedłużać tego wątku, poruszę jeszcze tylko jedną kwestię. Kilka dni temu rządowe media zachwycały się sondażem IBRISu, który badał: „Co Polacy myślą o działaniach rządu ws. koronawirusa?”. Byłaby wielka szkoda, gdyby okazało się, że media proposujące ten sondaż, po prostu ordynarnie ściemniają, prawda? Najpierw pomyślałem sobie, że rządowi mediaworkerzy po prostu nie potrafili poprawnie odczytać tego sondażu, ale potem okazało się, że, owszem, potrafili, ale postanowili go trochę poprawić. Jedynym wyjątkiem było „Do Rzeczy”. No ale, przejdźmy (khe, khe) do rzeczy. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu: „Na pytanie, czy w ostatnim czasie spotkał się Pan/Pani lub słyszał o działaniach rządu na rzecz przeciwdziałania zagrożeniu koronawirusem, ponad połowa ankietowanych, 53 proc., odpowiedziało, że tak. 38 proc. stwierdziło, że nie słyszało o takich działaniach, a 8,1 proc. udzieliło odpowiedzi: "nie wiem". Niemal połowa badanych, dopytywanych, jak oceniają te działania, stwierdziło, że "dobrze". Takiej odpowiedzi udzieliło 49,7 proc. Źle działania rządu w tej kwestii ocenia jedynie 9,1 proc. Neutralny stosunek do ruchów podejmowanych przez rząd ws. koronawirusa wyraziło 37,1 proc. ankietowanych.” I teraz się zastanówmy, czy z tego, co tu napisano wynika, że (jak twierdzi, między innymi, TVP) „Blisko połowa Polaków dobrze ocenia działania rządu ws. koronawirusa”? Absokurwalutnie nie wynika. Co prawda, ja tę swoją socjologię kończyłem dawno temu, ale o ile ją skończyłem dobrze, to wydaje mi się, że kluczowe jest we fragmencie dorzeczowym to, że respondenci byli dopytywani „jak oceniają działania”. Jest to kluczowe o tyle, że dopytywać można było jedynie tych spośród respondentów, którzy zetknęli się z działaniami rządu, bo pytanie o to, tych, którzy się z nimi nie zetknęli, nie miałoby najmniejszego sensu. Ujmując rzecz mądremi słowy, pytanie o to, czy respondent się „zetknął” było tzw. pytaniem filtrującym, no ale to tylko dygresja. Co więc wynika z tego sondażu? Ano to, że 49.7% spośród 53% respondentów „dobrze ocenia działania rządu”. Ja tam co prawda nie mam doktoratu ze statystyki, ale wydaje mi się, że media, które twierdzą, że „blisko połowa Polaków dobrze ocenia działania rządu ws koronawirusa” delikatnie rzecz, kurwa, ujmując „nieco” mijają się z prawdą, bo mnie wychodzi jakieś 26,3%, a to jest wynik bardzo mocno chujowy. Tłumaczy on również to, dlaczego taką furorę robią maski, które absolutnie nie chronią przed zarażeniem (jedynie przed zarażaniem) i dlaczego ludzie wykupują nawet maski przeciwpyłowe ze sklepów budowlanych.


W ciągu ostatnich nastu miesięcy, Tomaszowi Terlikowskiemu zdarzało się od czasu do czasu napisać coś, co sprawiało, że ludzie niezaznajomieni z jego twórczością, zaczynali go uważać za człeka o „umiarkowanych poglądach”. W związku z powyższym niżej podpisanego cieszy niezmiernie to, że Terlikowski nadal potrafi pokazać swoje prawdziwe, wyjątkowe (nawet jak na polskie standardy), oblicze. W zeszłym tygodniu jeden z polskich duchownych zamieścił na ćwitrze informację: „Arcybiskup Mediolanu zarządził od niedzielnego wieczoru odwołanie Mszy świętych w kościołach (...)”. W kontekście śmigającego sobie we Włoszech koronawirusa, decyzja ta była całkiem sensowna. I w tym momencie wchodzi Terlikowski, cały na biało: „Jakoś mnie nie przekonuje odwołanie Mszy świętych w kościołach z powodu koronawirusa. To właśnie wtedy potrzebujemy Eucharystii najbardziej, żeby nie umrzeć duchowo.” Wszystkim, którzy po przeczytaniu powyższego pomyśleli sobie „o ja pierdolę”, chciałbym powiedzieć, że to „typowy Terlik”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Terlikowski nie był jedynym fundamentalistą, którego oburzyło odwołanie mszy, jednakowoż jest on najbardziej rozpoznawalnym. Jeżeli zaś chodzi o samą wypowiedź, to od razu nadmieniam, że dywagacje pt. „jak bardzo trzeba mieć zryty łeb, żeby (...)”, nie mają sensu. To jest fundamentalizm religijny w stanie czystym. Religia ma tutaj wartość nadrzędną i wszystko inne należy tejże religii podporządkować. Wszystko ze zdrowiem włącznie. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Terlikowski był jedną z wielu osób, które „ostrzegały” Polaków przed przyjmowaniem uchodźców, bo to są jakieś obce kulturowe elementy i fundamentaliści, dla których najważniejsza jest religia.


Tematyka fundamentalizmu religijnego wiąże się nierozerwalnie z jedną z najbardziej rozpoznawalnych kuratorek oświaty, Barbarą Nowak. Do tej pory katowała wszystkich głównie wypowiedziami, które można (eufemizując) określić mianem homofobicznych rzygów, ale w przypływie szczerości chyba się jej zdarzyło wysypać i przez przypadek ujawniła przyczyny, dla których robi to, co robi. Na moim ukochanym portalu „wpolityce” pojawił się artykuł autorstwa pani kuratorki, która krytykowała edukację seksualną. Niby nic nowego, ale na uwagę zasługuje to, jakiej argumentacji użyła. Lojalnie was uprzedzam, że cytat, który zaraz wam zapodam przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla ludzi o mocnych nerwach (ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI). „Dziewczynki i kobiety są traktowane instrumentalnie. Mają być gotowe w razie, gdy ktokolwiek tylko ich zapragnie. Standardy WHO kładą nacisk na skupianie uwagi na budzeniu i zaspokajaniu popędu płciowego. Ogniskują zainteresowania człowieka od najmłodszych lat na własnej seksualności. Sztucznie rozbudzanie potrzeby muszą znaleźć gdzieś swoje zaspokojenie. Nic dziwnego, że ogromnie wiele dzieci szuka kontaktów seksualnych nie tylko z rówieśnikami. Jak wskazują dane policji na całym świecie, dochodzi do wykorzystywania tej gotowości na seks przez dorosłych przestępców seksualnych, czyli pedofili.” Już na pierwszy rzut oka zapowiadało się ciekawie, bo zaczęło się od hejtowania WHO (w typowo prawicowo-idiotyczny sposób). Jednakże potem pada argument, który do tej pory grała jedynie strona kościelna. Chodzi mi rzecz jasna o to, że: „Nic dziwnego, że ogromnie wiele dzieci szuka kontaktów seksualnych nie tylko z rówieśnikami.” Ktoś może pamięta „lapsus językowy” kościelnego funkcjonariusza, Józefa Michalika, który stwierdził, że dzieci wciągają dorosłych w pedofilię? (właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że pytanie o to, czy ktoś to pamięta jest zasadne, bo ten konkretny przejaw dzbanizmu miał miejsce w 2013 roku). To, co napisała Barbara Nowak, to praktycznie to samo, ale w nieco innym wydaniu. O ile Michalik zrzucał winę na „dzieci szukające miłości”, to kuratorka już wprost pisze o tym, że dzieciom chodzi o seks. Co prawda, wspomina o tym, że pedofile wykorzystują dzieci, ale przesłanie jest raczej jednoznaczne – gdyby dzieci „nie szukały”, to pedofile by ich nie mogli wykorzystywać. Wiem, że się powtórzę, ale uprzejmie przypominam, że pani Barbara Nowak jest kuratorką oświaty, która (w teorii) powinna zajmować się ochroną dzieci. Co znamienne, zamiast chronić dzieci, pani Barbara woli chronić księży przed antypedofilskimi wytycznymi WHO. Artykuł Barbary Nowak zasługuje na uwagę z wielu przyczyn. Jedną z nich jest fakt, że ta sama Barbara Nowak kilka dni wcześniej żaliła się mediom: „zrobiono ze mnie patologię.” Tak sobie myślę, że jeżeli patologią nie jest zwalanie na dzieci odpowiedzialności za pedofilię, to nie bardzo wiem, co nią jest.


31 stycznia 2020 Wielka Brytania katapultowała się z Unii Europejskiej. Ten wieloodcinkowy fuckup jest powszechnie znany pod nazwą Brexitu. Na początku lutego Donald Tusk powiedział, że gdyby Szkocja się odłączyła od Wielkiej Brytanii i chciała w UE, to UE chętnie by Szkocję przyjęła. W tym miejscu muszę popełnić dygresję. Nie jestem fanem Tuska (ze względu na srogie różnice światopoglądowe), tak więc jestem w chuj daleki od fanboyowania. Jednakowoż – nie wydaje mi się, żeby ta wypowiedź była „nieprzemyślaną wypowiedzią Tuska”. Obstawiam, że Tusk po prostu przekazał stanowisko wierchuszki UE. Co zrozumiałe, wypowiedź ta spotkała się z wkurwem ze strony szefa brytyjskiego MSZ,  spotkała się również z reakcją Zjednoczonej Prawicy. Reakcję tę idealnie skompilowano na ćwitrze Tommy'ego Wiseau dyplomacji, Witolda Waszczykowskiego, na którym pojawił się następujący wpis: „Jest obwiniany za Brexit. Dziś podżega do rozbicia W Brytanii, mocarstwa nuklearnego, członka NATO. Rozpad WB to cios dla bezpieczeństwa Europy i Polski. Aż tak nienawidzi własnego kraju? Kto służy interesom rosyjskim? Właśnie takie działanie!”. Ponieważ we wpisie tym jest bardzo dużo dobra, trzeba to po kawałku komentować. Primo. Witold Waszczykowski zapomniał wspomnieć o tym, że Tusk, owszem jest „obwiniany o Brexit”, ale głównie przez Zjednoczoną Prawicę (która oskarżyłaby go również o spowodowanie Herezji Horusa, byle tylko się przyjebać). Ten fragment wypowiedzi Waszczykowskiego zakorzeniony jest w idiotycznej narracji Zjednoczonej Prawicy, z której to narracji wynikało, że Tusk i UE po referendum brexitowym powinni iść „na rękę” Wielkiej Brytanii. Chodziło o to, żeby UE zgodziła się na wszystkie ustępstwa, byle tylko zatrzymać Wielką Brytanię. Ze mnie to nie jest szpec pokroju Waszczykowskiego, ale wydaje mi się, że tego rodzaju strategia miałaby opłakane skutki, bo gdyby UE okazała w tym momencie słabość, to mogłoby się okazać, że również inne przygłupy będą sobie organizować referenda, byle tylko wymusić na UE „coś dla siebie”. Moim zdaniem, taka strategia miałaby opłakane skutki, ale gdzie mi do najtęższych umysłów pokroju Waszczykowskiego (ludzi, którzy zrobili z niego szefa MSZ [chciałbym w tym miejscu pozdrowić obecnego Prezydenta RP]). Narracja „zły Tusk zrobił Brexit” zaczęła się jeszcze przed referendum. Wtedy Zjednoczona Prawica tłumaczyła, że gdyby „unijne elity” (i Tusk) poszli na rękę Wielkiej Brytanii, to ta w ogóle nie musiałaby organizować referendum. To, że tego rodzaju działanie ośmieliłoby kolejnych dzbanów, którzy usiłowaliby coś „wymóc” na UE przy pomocy groźby zorganizowania referendum, geniuszom ze Zjednoczonej Prawicy jakoś tak umyka. Swoja drogą, pocieszne jest to, że Zjednoczona Prawica winą za zorganizowanie referendum brexitowego obarcza wszystkich, prócz ludzi, którzy za to referendum odpowiadają (ktoś jeszcze pamięta fana świń, Davida Camerona?). Secundo, jakie, kurwa, znaczenie ma to, że Wielka Brytania jest mocarstwem nuklearnym? W czasach, w których głowice nuklearne mogły śmigać na niewielkie dystanse, można by było taki argument podnosić, choć nadal byłby on idiotyczny, bo „rozpad mocarstwa nuklearnego” nie oznaczałby wyparowania z tegoż mocarstwa głowic nuklearnych. Osobną kwestią jest to, że gdyby doszło do konfliktu nuklearnego, to czy Wielka Brytania byłaby w stanie się przyłączyć do organizowania autoexterminatusu, bo i tak wszystkich nas chuj strzeli (kwestią otwartą jest to, czy po wojnie nuklearnej walutą będą kapsle od nuka-coli, czy też naboje). Tertio, rozbawił mnie (rozbawił, bo wkurwianie się na Waszczykowskiego nie ma sensu), fragment o „aż tak nienawidzi własnego kraju”. Jest to o tyle zabawne, że w ten sposób Waszczykowski krytykował prounijne zachowanie Tuska. O ile mnie pamięć nie myli, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, Polska nadal jest w Unii Europejskiej, tak więc prounijne zachowania siłą rzeczy działają na naszą korzyść. Quatro, cebulą na torcie (to już druga, ale od nadmiaru cebuli na torcie jeszcze nikomu się nic nie stało) jest końcówka, w której stoi, że: „Kto służy interesom rosyjskim? Właśnie takie działanie!”. Urzekło mnie to pytanie „kto służy(...)”. Szczególnie w kontekście tego, że Zjednoczona Prawica od 2015 robi wszystko, byle skonfliktować nas z Unią Europejską (i „zgniłym zachodem”). Jak mniemam, to wcale nie jest działanie w interesie Rosji, albowiem ŻOŁNIERZE WYKLĘCI.


Na sam koniec niniejszego Przeglądu (który rozrósł mi się tak bardzo, że kupa tematów została przesunięta do następnego [nie, nie tego o wyborach, bo ten będzie o wyborach]) zostawiłem sobie dwie sprawy, które są ze sobą powiązane. Jedną z nich będzie coś, co (jak na skalę problemu) przeszło praktycznie bez echa, drugą historia z wyimaginowanego miasta nad akwenem. Pierwszą sprawą jest to, co spotkało Kwaśniewskich, którzy oberwali rykoszetem sporu między byłymi najlepszymi przyjaciółmi (Agent Tomek vs Mariusz Kamiński/Wąsik/CBA). Agent Tomek poszedł do mediów i powiedział, że cała sprawa z „Willą Kwaśniewskich” była, eufemizując, chuja warta. Jak zareagowali jego byli funfle? Ujawnili prywatne rozmowy Kwaśniewskich (pozyskane w ramach prowadzenia tej gówno-akcji), żeby pokazać „jak bardzo winni byli”. Po ujawnieniu, prawy sektor ćwitra wypełnił się heheszkami z tego, o czym sobie Kwaśniewscy rozmawiali. Jeżeli zaś chodzi o to, czy rozmowy cokolwiek „wykazały”, to ja bym chciał uprzejmie zauważyć, że gdyby tam było cokolwiek obciążającego, to Kwaśniewscy poszliby siedzieć. Tak się jednakowoż składa, że w ich „sprawie” nie było nawet aktu oskarżenia (a bez niego, nawet w państwie rządzonym przez Zjednoczoną Prawicę ciężko o wyrok sądowy[rzecz jasna, póki co]). Warto w tym miejscu pochylić się nad sposobem, w jaki Zjednoczona Prawica tłumaczyła wjebanie komuś w internet życia prywatnego (z materiału nie wycięto niczego, nawet rozmów o chorobach), bo partia ta tłumaczy od 2015 (tzn. dłużej, ale po wygranych wyborach zaczęła bardziej), że zależy jej na „uzdrowieniu wymiaru sprawiedliwości”. Żeby ograniczyć liczbę cytatów, pozwolę sobie wrzucić tutaj ten, który wprost idealnie opisuje mindset Zjednoczonej Prawicy: „Nie my wywołaliśmy potrzebę ujawnienia materiałów, które znajdują się w dyspozycji prokuratury, tylko ci, którzy twierdzili, iż miały miejsce działania niezgodne z prawem”. Czy to, w jakikolwiek sposób usprawiedliwia to, co odjebano w tej sprawie? W najmniejszym, kurwa, stopniu, bo gdyby po prostu chodziło o coś „obciążającego”, to odtajniono by te właśnie fragmenty. No chyba, że prywatne rozmowy o chorobach miały jakiś związek z całą sprawą (nie jestem z CBA, więc „nie wydaje mje się”). Tym, co powinno zaalarmować każdego, kto nie należy do betonowego elektoratu Zjednoczonej Prawicy jest fragment: „nie my wywołaliśmy potrzebę ujawnienia(...)”. Po pierwsze dlatego, że owszem, oni to wywołali (konkretnie zaś działania ich byłego funfla [który popadł w niełaskę, jak Pancerny Marian]). Po drugie, nawet gdybyśmy założyli (na użytek tych dywagacji), że to nie oni „wywołali potrzebę”, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby następnym razem (kiedy ktoś uzna, że warto komuś wrzucić życie prywatne do sieci) któryś z PiSowskich tuzów : „tym razem to my wywołaliśmy potrzebę ujawnienia tych akt, ale stał za tym ważny interes publiczny” (którym to interesem publicznym będzie, na ten przykład, potrzeba zgnojenia oponenta politycznego). W tym miejscu chciałbym życzyć wszystkim zaangażowanym w ten proceder (oraz wszystkim, którzy bronili ujawnienia publicznych rozmów) tego samego. Tzn. żeby ktoś ich podsłuchiwał na podstawie gównianych przesłanek, a na samym końcu (kiedy okaże się, że niczego się nie da udowodnić) wrzucił cały materiał do sieci. Jeżeli Zjednoczona Prawica uważa, że wszystko, co zrobiono w sprawie Kwaśniewskich było zgodne z prawem, to moje życzenia powinny ich ucieszyć. Teraz przyszła pora na historię z wyimaginowanego miasta nad akwenem. Wyobraźmy sobie, że w (wyimaginowanym) mieście nad akwenem, rządził sobie włodarz, który w pewnym momencie mocno skonfliktował się z partią rządzącą. Wyobraźmy sobie, że konflikt na linii włodarz-regionalny bonzo z partii rządzącej był na tyle spektakularny, że wiedzieli o nim praktycznie wszyscy mieszkańcy. Teraz zaś wyobraźmy sobie, że razu pewnego CBA zatrzymuje włodarza chwilę po tym, jak przyjął on łapówkę od jednego z biznesmenów. Wyobraźmy sobie, że sprawa jest na pierwszy rzut oka ewidentna, bo włodarz został zdybany z pieniędzmi we własnym gabinecie. Ok, od tej pory przestanę pisać „wyobraźmy sobie” (bo musiałbym to powtarzać pierdylion razy), ale z tego absolutnie nie wynika, że historia, którą wam opiszę wydarzyła się naprawdę, bo gdyby tak było, to świadczyłaby ona nienajlepiej o naszym państwie, no ale to dygresja jedynie, „jedziemy dalej”. Włodarz nie posiadał zastępcy, tak więc po tym, jak został trafiony kartą „Areszt Tymczasowy” w mieście musiał pojawić się komisarz. Zamiast komisarza pojawił się „pełniący obowiązki”. Zapewne zarzucicie mi, że sprzedaje wam tu jakieś kiepskie political fiction, ale Pełniącym Obowiązki został wcześniej wymieniony regionalny bonzo, o którym było wiadomo, że ma być kandydatem partii rządzącej w zbliżających się wyborach samorządowych. Jedną z pierwszych decyzji Pełniącego Obowiązki było wyjebanie z roboty jednego z obrońców włodarza. Drugą było powołanie sobie zastępczyni. Po pewnym czasie włodarzowi uchylono Areszt Tymczasowy, ale zagrano kartę „zakaz pełnienia funkcji”. Jednakże mimo tego zakazu, wraz z uchyleniem Aresztu Tymczasowego, Pełniący Obowiązki przestał pełnić obowiązki (miało to jakiś związek z tym, w jaki sposób go powołano). W tym momencie Pełniącą Obowiązki została zastępczyni, którą powołał wcześniej regionalny bonzo. Pierwszą decyzji Pełniącej Obowiązki było powołanie regionalnego bonza na swojego zastępcę (bowiem ten był w kiepskiej sytuacji, żeby zostać P.O. złożył mandat radnego i zrezygnował z roboty [którą obdarowali go wcześniej koledzy z partii]). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że regionalny bonzo spektakularnie przejebał wybory na włodarza miasta (i to przejebał je w pierwszej turze). W przysłowiowym międzyczasie, po wyimaginowanym mieście nad akwenem rozeszły się plotki, z których wynikało, że sprawa może nie być tak ewidentna, bo podobnież „wręczający łapówkę” bardzo długo robił podchody do włodarza i oferował mu „pożyczkę”. Kiedy włodarz wyszedł z Aresztu Tymczasowego, zapowiedział, że będzie się starał o to, żeby w trakcie procesu zeznania „wręczającego łapówkę” były jawne. Sędzia w pierwszej chwili wyraził na to zgodę, ale potem CBA powiedziało: chuja tam, niczego nie ujawnimy, sędzia zaś się do tego przychylił. Jak skończyła się sprawa włodarza wyimaginowanego miasta nad akwenem? Dostał wyrok skazujący (sąd apelacyjny utrzymał go w mocy). Proces zaś wyglądał tak, że wszystko, co miało kluczowy związek ze sprawą (nagrania rozmów, przesłuchanie „głównego” świadka, mowy końcowe i uzasadnienie wyroku) zostało utajnione. Wyobraźmy sobie teraz, że skazany powiedział, że ma nadzieje na to, że kiedyś materiał dowodowy zostanie odtajniony, żeby wszyscy mogli się przekonać o tym, „jak było naprawdę”. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji, dla CBA/prokuratury ujawnienie materiału dowodowego nie powinno stanowić problemu, bo przecież stoi za tym ważny interes społeczny, a mieszkańcy wyimaginowanego miasta nad akwenem zasługują na to, żeby „poznać prawdę”. Gdyby nawet ujawniono jakieś tam prywatne rozmowy, to przecież zawsze można powiedzieć, że: „to nie my wywołaliśmy potrzebę ujawnienia tych materiałów”. Wiecie czego jeszcze brakuje w tej (całkowicie zmyślonej przeze mnie) historii? Żeby sędzia, który skazał włodarza w pierwszej instancji, odnalazł się na listach poparcia do KRS. Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko, ale wydaje mi się, że podobnie było z drugą instancją. Dobrze, że historia, którą wam opisałem jest w stu procentach zmyślona, bo gdyby tak nie było, to musielibyśmy się pogodzić z tym, że żyjemy w państwie, w które jest w stanie przeczołgać każdego. Bo wiecie, w tej wyimaginowanej sprawie, którą opisałem, mogło być tak, że włodarz faktycznie wziął w łapę, ale równie prawdopodobne (w kontekście tego ,gdzie się odnalazł wyimaginowany sędzia, który wydał wyrok skazujący, chyba nawet bardziej) jest to, że przeczołgano niewygodnego samorządowca przy użyciu prowokacji. Prowokacji przeprowadzonej na tyle chujowo, że na wszelki wypadek nikt nie odważył się na pokazanie materiałów suwerenowi (bo suweren mógłby zacząć zadawać jakieś pytania). Ktoś mógłby powiedzieć, no ale zaraz, przecież ten wyimaginowany włodarz mógł po skazaniu opowiedzieć „jak było”, bo przecież nie mogliby mu już nic więcej zrobić. Tylko, że to nieprawda. Gdyby bowiem włodarz opowiedział o tym, co znajduje się w materiałach niejawnych (i dlaczego zdecydowano o tym, żeby suweren ich nie poznał), to wymiar, khe khe, sprawiedliwości mógłby mu przyjebać zarzuty, bo o materiałach niejawnych nie wolno opowiadać. Z drugiej zaś strony mamy sytuację z Kwaśniewskimi. Ponieważ nie udało się ich przeczołgać sądownie, trzeba było ich przeczołgać w inny sposób. W jednym i w drugim przypadku (po raz kolejny przypominam, że ten drugi przypadek był całkowicie zmyślony i jakiekolwiek podobieństwo do jakichkolwiek/etc., etc.) mamy do czynienia z niejawnymi informacjami, którymi dysponowały te same służby i, co znamienne, podejście do tych niejawnych informacji w obu przypadkach było diametralnie różne. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że to, w jaki sposób władza podchodzi do niejawnych informacji, zależy od potrzeby chwili. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie, że jeżeli obecne władze dokończą „reformę” wymiaru sprawiedliwości, to przejebane będzie mógł mieć każdy. Wystarczy, że podpadnie jakiemuś partyjnemu kacykowi (albo np. kacykowi się będzie wydawało, że ktoś źle na niego spojrzał). I tym optymistycznym akcentem kończę niniejszy Przegląd.


Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Alternative_facts



Notka na temat fearmongeringu Zjednoczonej Prawicy (acz nie tylko ZP)










czwartek, 13 lutego 2020

Przypomnimy to panu hurtowo

Choć termin wyborów prezydenckich został ogłoszony zaledwie kilka dni temu, a co za tym idzie, mamy przed sobą praktycznie całą kampanię wyborczą (bo to teraz, to „prekampania” [termin, który wymyślono po to, żeby PKW się nie mogło doczepić do tego, że kandydaci nie czekają na ogłoszenie terminu wyborów]), komentariat jest praktycznie jednomyślny w temacie tego, jak się wybory skończą. Rzecz jasna, jednomyśl komentariatu sprowadza się do tego, że obecny Prezydent RP prawie na pewno wygra bo (…). Gdybym był złośliwy, to bym przypomniał, że pięć lat temu komentariat był zgodny co do tego, że wybory wygra ówczesny Prezydent RP (potem, of korz, niektórzy komentariusze zaczęli się wyłamywać). Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, po prostu podzielę się z wami pewnym „kejsem” (musiałem), który pokazuje dlaczego scenariusz reelekcyjny jest prawdopodobny, czyja to zasługa i dlaczego komentariatu i kontrkandydatów obecnego Prezydenta RP (skoro książkę o próbach kontaktu z obcą cywilizacją można było zatytułować „Fiasko”, to mnie wolno spoilerować wnioski końcowe na początku tekstu).


W styczniu bieżącego roku z ćwitra zniknęło konto @AndrzejDuda2015. Konto to (jak sama nazwa wskazuje) było kontem kampanijnym z 2015. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć, że konto nie wykręcało jakichś szczególnie dużych zasięgów (a jeżeli już, to głównie dzięki „niezależnym” internautom). Ponieważ było to konto kampanijne, działało sobie do końca kampanii, a potem już tylko sobie „było”. Aż tu nagle, pod koniec kadencji obecnego Prezydenta RP, konto zostało katapultowane. Co ciekawe, nie zostało tak po prostu usunięte, bo zmieniono mu nazwę i tzw. „handle” (czyli to co po @) na „@Duda2020Sztab”. Tak więc, na pierwszy rzut oka wygląda na to, że ktoś po prostu zamierza przerobić stare konto kampanijne na nowe. Tylko, że nie. Po pierwsze, znacznie łatwiej byłoby założyć po prostu kolejne konto. Po drugie, nawet gdyby ktoś uznał, że on sobie przerobi to stare, bo jest z nim związany emocjonalnie, to zmiana nazwy + dorzucenie innego avka (i zdjęcia w tle) to kilka minut roboty. Najwyraźniej sztabowcy obecnego Prezydenta RP potrzebują znacznie więcej czasu, bo konta nie ma już od paru tygodni. Po trzecie, zamiana nazwy na nową generuje problemy ze względu na to, że wpisy z konta (o których rozpiszę się później) były, co zrozumiałe, dostosowane do kampanii 2015. Te same wpisy wiszące na koncie o nazwie @Duda2020Sztab byłyby czymś, co jeden z ćwiternautów określa mianem autograbi, bo wyglądałoby to tak, jakby obecny Prezydent RP hejtował sam siebie za chujową prezydenturę (jak się pewnie domyślacie, te wpisy się nie zestarzały zbyt dobrze). W związku z powyższym, „aktualizacja” konta będzie się najprawdopodobniej wiązała z wywaleniem części (bądź też wszystkich) wpisów. Owszem, może się okazać, że sztab obecnego Prezydenta RP będzie miał na tyle odwagi cywilnej, żeby nie usunąć ani jednego wpisu, ale szczerze w to wątpię. Mam niejasne przeczucie, że w całej tej akcji nie chodziło o to, że sztabowi potrzebne jest konto (bo przecież mają konta Kancelarii Prezydenta, TVP Info i całe mnóstwo kont „niezależnych” ćwiternautów), ale o to, żeby mieć wymówkę do wywalenia starych wpisów. To moje niejasne przeczucie bierze się stąd, że konto zniknięto po tym, jak ludzie zaczęli robi retweety wpisów, które z lekka się kłóciły z tzw. „Lex Ardanowski” i ich przypomnienie mogłoby przysporzyć sztabowi trochę problemów.


Z Twitterem to jest tak, że polityczna odnoga tegoż jest bańką (sporych rozmiarów, tym niemniej jest to bańka). Czasem dochodzi do sytuacji, w których bańka ta zderza się z rzeczywistością (vide kilkukrotne wbiegnięcie prawicy w ścianę z napisem K-POP). Twitterowe wpisy zdobywają popularność poza bańką głównie wtedy, gdy są przejawem skrajnego dzbanizmu. Idealnym przykładem niech będzie radosna twórczość Trójokiej Wrony Researchu, Rafała Ziemkiewicza, który żartował sobie z gwałtów. Przeważnie jednak wygląda to tak, że to, co dzieje się na ćwitrze, zostaje na ćwitrze. Przykładowo, obecny Prezydent RP w czasach, w których nawet nie przypuszczał, że ktoś w ogóle zaproponuje mu start w kampanii, popełniał pocieszne wpisy, w których hejtował CBOS („O ile pamiętam CBOS jest instytucją podległą rządowi:)”), a to bawił się w denializm klimatyczny („Jak sobie pomyślę że płacimy za "globalne ocieplenie" i popatrzę za okno to mnie trafia szlag:/”), albo pochylał się nad stanem polskiego sportu („Stan polskiego sportu, zwłaszcza gier zespołowych, jest smutnym odzwierciedleniem stanu polskiego państwa. :(„). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ten ostatni wpis pojawia się dość często (nie zgadniecie w jakich okolicznościach i dlaczego przy okazji jakichś fuckupów w polskim sporcie). Jak już wspomniałem, wpisy te praktycznie nie wychodzą poza banieczkę, tak więc nadal sobie wiszą na koncie obecnego Prezydenta RP.


W tym miejscu część z was mogła sobie zacząć myśleć: „Typie, skoro sam napisałeś, że wpisy z kont ćwiterowych rzadko kiedy wychodzą poza bańkę, to po co ktokolwiek miałby kasować konto, skoro nikogo poza ćwitrem nie obchodziło by to, co na tym koncie stało?”. Problem sztabowców obecnego Prezydenta RP, którzy jak wiemy (dzięki Marcinowi Kędrynie) poprzednie wybory prezydenckie wygrali bo „pilnowali internetu”) polegał na tym, że zawartością konta @andrzejduda2015 nie była radosna twórczość internetowego śmieszka, która nie wychodziła poza Twitter. Na tym koncie publikowano wypowiedzi z debat, wystąpień publicznych, wywiadów telewizyjnych/etc. Innymi słowy – na koncie publikowano fragmenty wypowiedzi, z którymi styczność miała kupa ludzi. Przekładając z polskiego na bańkowy: w bańce publikowano wypowiedzi, które dobrze się sprawdzały poza bańką. To nie były wypowiedzi autorstwa kandydata na Prezydenta RP, ale wypowiedzi, nad którymi ślęczał sztab specjalistów, którzy wiedzieli gdzie uderzyć, żeby bolało. Kolejny problem sztabu wynika z tego, że, jak już wspomniałem, to były fragmenty debat/wystąpień, a co za tym idzie, za każdym takim wpisem stała wypowiedź kandydata Zjednoczonej Prawicy. Wypowiedź, którą można bez problemu znaleźć i przypomnieć suwerenowi. Wcześniej zasygnalizowałem, że wpisy z konta @andrzejduda2015 nie zestarzały się zbyt dobrze. To samo tyczy się więc publicznych wypowiedzi (które były szeroko komentowane). Z tego z kolei wynika tyle, że to konkretne konto kampanijne mogło być szwedzkim stołem dla kontrkandydatów obecnego Prezydenta RP. Ponieważ konto było „sztabowe”, nie brakowało tam również wpisów będących cytatami ze sztabowców (Beata Szydło, Marcin Mastalerek/etc.). Nie trzeba chyba dodawać, że te cytaty też się niezbyt dobrze zestarzały.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Zanim przejdę do samych wpisów, muszę się przyznać do tego, że przez moment wydawało mi się, że jeżeli chodzi o „zniknięcie” tego konta przez sztab, „jam to, nie chwaląc się, uczynił”. Jak to się stało, że sobie pomyślałem, że mam aż taką moc sprawczą? Otóż, na początku lutego zacząłem publikować ćwity z hashtagiem #PIKNIK2020. Ćwity te można było podzielić na dwie kategorie: pierwszą były cytaty (słowo w słowo) z konta @andrzejduda2015. Drugą kategorię stanowiły lekko zmienione wpisy (zmiany wprowadziłem po to, żeby dostosować wpisy do kampanii 2020). Trollowałem sobie chwilkę i w pewnym momencie postanowiłem z ciekawości odwiedzić tamto konto kampanijne. Na chęciach się skończyło, albowiem „handle” konta zmienił kolor z niebieskiego na czarny (a to oznacza „zniknięcie” konta). Pomyślałem sobie więc, że ktoś ze sztabu „pilnował internetu” i wywalił konto, żeby nikt nie mógł znaleźć oryginalnych wpisów, które były moją inspiracją. Cieszyłem się (wewnętrznie) swoją sławą dość krótko, bo trochę pogrzebałem i okazało się, że 18-go kilka osób wyciągnęło wpisy, w których stało, że kandydat na Prezydenta RP jest wielkim fanem zwierząt i (o ile mnie pamięć nie myli), to „na pohybel myśliwym”. Z kolei pod sam koniec stycznia ktoś zauważył, że konto zostało zniknięte. Tak więc, musiałem się pogodzić z myślą, że nie jam to, nie chwaląc się, uczynił. Kronikarski obowiązek (któryż to, ach któryż w tym tekście) każe wspomnieć o tym, że jeżeli konto @andrzejduda2015 faktycznie spadło 18-to stycznia, to miałem sporego farta, bo 17-go mnie naszło żeby porobić screeny. Nie screenowałem wszystkiego, ale wydaje mi się, że mam jakieś 90% ćwitów, które tam opublikowano. No dobrze, ale co tak właściwie tam stało w tych wpisach, że aż zacząłem podejrzewać, że sztab obecnego prezydenta RP wywalił konto, żeby nie ułatwiać pracy oponentom? Zapraszam was w podróż do, nie tak odległej, przeszłości. Od razu zaznaczam, że do każdego z cytatów dodam swój autorski komentarz, ale to raczej nie będzie dla was zaskoczeniem. Na wstępie zaznaczam, że będę tu cytował te wpisy, które odnosiły się do „głównych” narracji Zjednoczonej Prawicy 2015 (of korz, chodzi o wybory prezydenckie).


Zacznijmy od ostatniego wpisu (po którym konto sobie już tylko wisiało). Wpis ten był fragmentem dłuższej wypowiedzi. Prezydent elekt komentował wtedy roszady w rządzie PO-PSL, które były efektem drugiego oddechu złapanego przez aferę taśmową: „Najwyższy czas na to, aby skończyły się afery, aby skończyło się kompromitowanie Polski na arenie międzynarodowej”. Ciekawym, czy Prezydent RP pamiętał o swoich słowach, kiedy Zjednoczona Prawica produkowała afery jedna za drugą. Uczynny ćwiternauta, znany pod nickiem Stefan Skrupularny, zebrał je nawet do kupy w jednym ćwicie i wyszło ich kilkanaście (link w źródłach znajdziecie). Niemniej jednak, znacznie zabawniejsza jest odezwa „aby skończyło się kompromitowanie Polski na arenie międzynarodowej”. Mocne słowa jak na kogoś, kto potem powołał na Szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, a potem „poprawił” Jackiem Czaputowiczem. Tenże sam człowiek zamienił zagraniczne wyjazdy głowy państwa w obwoźny cyrk. I nie, nie przesadzam. Jednym z bardziej spektakularnych występów obecnego Prezydenta RP był performance, który odbył się nie tak dawno temu, w Davos. W trakcie poprzedniej kampanii, ówczesnego Prezydenta RP zestawiano z nowoczesnym kandydatem, który nie potrzebuje tłumacza na spotkaniach z zagranicznymi politykami. Choć sam kandydat Zjednoczonej Prawicy się w tym temacie nie wypowiadał, to influencerzy Zjednoczonej Prawicy grali ten temat do porzygania. Kandydat spotkał się z jakimś politykiem zagranicznym? Na ćwitrze pojawiał się pierdylion wpisów o zbliżonej treści „wiecie czego brakuje na tym zdjęciu? TŁUMACZA!!!”. Wizerunek Prezydenta Poligloty przyjebał w ścianę w Davos, bo Prezydent RP niemiłosiernie dukał po angielsku. Tylko, że to jedna strona medalu. Bo to nie jest tak, że Prezydent RP nie zna angielskiego. Obstawiam, że może szprechać całkiem poprawnie (acz nie uwierzę w to, że spotkania z politykami [takie, na których porusza się istotne tematy] odbywają się bez tłumacza, bo to nie ten poziom znajomości języka obcego). Poliglotyczny występ Prezydenta w Davos nie był spowodowany kiepską znajomością angielskiego, ale tym, że Prezydent po prostu nie przygotował się do spotkania i sam nie wiedział, co chce powiedzieć. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby Prezydent odpowiadał na pytania po polsku, to dukałby dokładnie tak samo, tylko że w ojczystym języku (tak więc różnica byłaby raczej kosmetyczna). Obstawiam, że Prezydent RP nie przygotował się do tego spotkania, „aby skończyło się kompromitowanie Polski na arenie międzynarodowej”.


Idźmy dalej. Tym razem zaprezentuje wam dwa tweety, które sztabowiec obsługujący konto kampanijne wyciągnął z wizyty ówczesnego kandydata Zjednoczonej Prawicy w TVP Info: „wydaje mi się, że wszyscy kandydaci są równi, a w ciągu ostatnich dni pokazywaliście tylko wystąpienia Komorowskiego”. Kolejny tweet był równie dobry: „szefowa mojego sztabu, Beata Szydło wysłała w tej sprawie pismo do KRRiTV. Nie traktujecie kandydatów równo". Chciałbym w tym miejscu nieśmiało przypomnieć, że media, które „nie traktują kandydatów równo” działały tak, że jak w programie Tomasza Lisa Karolak przydzbanił odczytaniem wpisu z fejkowego konta Kingi Dudy, to Tomasz Lis za to przeprosił (o oburzeniu na „atak na rodzinę” będzie za moment). Teraz media są już całkowicie bezstronne i dlatego można w nich oglądać takie dzieła, jak „Pucz” (jeden z najbardziej idiotycznych „dokumentów” w wykonaniu mediów rządowych). Pracownicy tych mediów są równie bezstronni. Jeden z nich, niepoprawny idealista (to kawałek jego bio), Samuel Pereira, pozwolił sobie ostatnio zacytować fragment wywiadu z Borysem Budką: „Borys Budka w GW: Jeśli opozycja będzie miała prezydenta i Senat, wtedy wszystko się odwróci. Będą polityczne procesy. Sądzony może być każdy.” Jakiż był mój brak zaskoczenia, kiedy okazało się, że lead wywiadu (na którym opierał swój wpis Pereira), brzmiał, no cóż, nieco inaczej: „Będą polityczne procesy. Sądzony może być każdy. Dlatego wybory prezydenckie są kluczowe. Jeśli opozycja będzie miała prezydenta i Senat, wtedy wszystko się odwróci.” Of korz, można argumentować, że skoro Budka powiedział, że „wszystko się odwróci”, to miał na myśli to, co napisał Pereira, ale bądźmy, kurwa, poważni. Cebulą na torcie było to, że Pereira tłumaczył swojego fejka podając screen z wywiadu z GW, z którego absokurwalutnie nie wynika to, co napisał „niepoprawny idealista”. Ja wiem, że to miało być o obecnym Prezydencie RP, ale to, co robi Pereira, to idealne egzemplum tego, co się teraz odjebuje w mediach rządowych. Tym samym warto by było przypomnieć wypowiedzi Prezydenta z czasów, w których krytykował media za brak pluralizmu i zapytać go o to, czy media, zamienione w spot wyborczy jednej opcji politycznej (i to spot działający w trybie 24/7), są aby na pewno lepsze od tych, z którymi mieliśmy do czynienia „za Peło”. Gdyby się Prezydent usiłował wić, to zawsze można go zapytać o to, co sądzi na temat pasków TVP (z których bekę mają nawet wyborcy partii rządzącej).


Miało być o atakach na rodzinę - będzie o atakach na rodzinę. Akcję z wpisem z fejkowego konta córki ówczesnego kandydata na Prezydenta opisywałem przed momentem. Tak więc, akcja posłużyła Zjednoczonej Prawicy do rozkręcenia swojej własnej narracji. Oddajmy głos sztabowcom ówczesnego kandydata na Prezydenta RP, zacznijmy od Beaty Szydło: „Brońmy rodziny, którą pierwszy raz starano się w tej kampanii naruszyć”, „W tej kampanii przekroczona została granica, której nikt nigdy nie przekroczył”. Teraz przejdźmy do Marcina Mastalerka: „Prezydent Bronisław Komorowski ma dziś twarz pana Karolaka. Jeżeli nie wyrzuci go natychmiast z komitetu poparcia, oznacza, że akceptuje ataki na Kingę Dudę”. Ponieważ nie chcę, żeby ten fragment tekstu miał objętość książki, nie będę w tym miejscu przytaczał przykładów na to, jak obecne media rządowe traktują rodziny oponentów politycznych, skupię się jedynie na kampanii. W sobotę (08-02-2020) w trakcie konwencji Solidarnej Polski (która to partia jest częścią Zjednoczonej Prawicy) Beata Kempa, z właściwą swej kondycji intelektualnej delikatnością, „zażartowała” partnera Roberta Biedronia, (Krzysztofa Śmiszka), stwierdzając, że jest on „kandydatką na pierwszą damę”. Potem tłumaczyła, że: „Ja się gubię, ja nie wiem, kto jest w formie żeńskiej, kto w formie męskiej. Mam do tego prawo”. Z której strony by na tę wypowiedź nie spojrzeć, Beata Kempa zaatakowała rodzinę jednego z kandydatów. Gównotłumaczenia fringe-prawicy, że „hehehe, Śmiszek to nie rodzina” stoją w jawnej sprzeczności z jej wypowiedzą. Gdyby bowiem Śmiszek nie był rodziną Biedronia, to Kempa nie nazwałaby go „kandydatką na pierwszą damę”. Ja wiem, że te sytuacje miały różny ciężar gatunkowy (wypowiedź Kempy nie była efektem fuckupu/etc.), ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku mamy do czynienia z atakiem na rodzinę kandydata na Prezydenta. Czy sztab obecnego Prezydenta odniósł się w jakikolwiek sposób do tego, co się stało? A gdzie tam. Obstawiam, że dla nich Śmiszek to taka „rodzina Shrodingera”. Tzn. Śmiszek jest rodziną Biedronia w momencie, w którym ktoś chce się na niego zrzygać (nie da się inaczej określić tego, co zrobiła Kempa). Tenże sam Śmiszek nie jest rodziną w momencie, w którym trzeba by było się jakoś ustosunkować do wypowiedzi Kempy, bo wtedy po prostu można „nie uznać” Śmiszka za rodzinę Biedronia (i nie trzeba reagować na czołganie członków rodziny kandydata na urząd prezydenta RP).


Jak to mawiał sztab Zjednoczonej Prawicy w trakcie wyborów parlamentarnych 2019: „Jedziemy dalej”. Kolejnym wątkiem, nad którym się pochylimy, będzie podejście ówczesnego kandydata na Prezydenta do referendów. Nie, nie będę się pastwił nad jego propozycjami zmiany Konstytucji tak, aby zebranie miliona podpisów pod wnioskiem o referendum oznaczało, że referendum zostanie zorganizowane „z automatu”, bo propozycja ta została „zastrzelona” przez kandydata Zjednoczonej Prawicy jeszcze w trakcie kampanii wyborczej. Jak do tego doszło? Ano tak, że kiedy media zaczęły go dopytywać o te referenda, powiedział, że: „Przede wszystkim uważam, że nie powinno być referendum w sprawach światopoglądowych”, potem zaś dodał, że: „Nie powinno być też referendów w sprawach np. podatkowych. Dzisiaj już nie ma takiej możliwości, żeby się odbywały w sprawach podatkowych”. Tak więc, wicie rozumicie, chcę żeby organizowano referenda, ale tylko w sprawach, w których chcę, żeby organizowano referenda. Rzecz jasna, z tego absolutnie nie wynika, że obecnego Prezydenta nie powinno się za to grillować (bo obiecał i nie dotrzymał słowa/etc.). Skupimy się tu nad czymś innym. Otóż, ówczesnego kandydata oburzało to, że rządy PO-PSL „mieliły” podpisy pod wnioskami o referenda. Sztab kandydata zorganizował nawet happening, w trakcie którego: „Szefowa sztabu Andrzeja Dudy wypominała Bronisławowi Komorowskiemu ignorowanie obywatelskich wniosków o referenda.”. Sam kandydat wypowiadał się w sprawie referendów w trakcie debaty wyborczej: „Wniosek o referendum w kwestii lasów państwowych leży u pana od roku. Dziś pan sobie przypomina o obywatelach”, potem zaś dodał: „Nasi widzowie i wyborcy ze zdziwieniem słuchają pańskich słów – pamiętają co się działo z wnioskami o referenda” (wyliczał również przypadki, w których podpisy trafiały do kosza). Od czego by tu zacząć? Myślę, że od leadu artykułu, który nie ma żadnego związku z całą sprawą: „Rodzice sprzeciwiający się reformie edukacji przyszli wczoraj do premier Beaty Szydło z apelem o referendum. Zostali zignorowani. W środę po raz kolejny zaprotestują.”. Równie bez związku ze sprawą będzie ten lead: „17 września mogło się odbyć referendum w sprawie reformy edukacji, ale posłowie PiS zagłosowali za odrzuceniem wniosku obywateli w tej sprawie.” Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że pod wnioskiem o referendum zebrano 910 tysięcy podpisów. Jak się pewnie domyślacie, obecny Prezydent RP zorganizował kilka konferencji prasowych, w których krytykował rząd Beaty Szydło za odrzucenie wniosku o referendum. Samą Beatę Szydło skrytykował zaś za to, że sama robiła to, za co krytykowała rządy PO-PSL oraz ówczesnego Prezydenta RP. Żartowałem – obecny Prezydent RP miał to w dupie. 


Ostatnią kwestią archeologiczna, nad którą się pochylę, będzie kwestia służby zdrowia, albowiem był to jeden z filarów kampanii obecnego Prezydenta RP. Twierdził on, między innymi, że „naprawy wymaga polska służba zdrowia”. Opowiadał również o tym, że: „nie może być tak, że ludzie miesiącami stoją w kolejce, czekając na pomoc, która im się należy”. Pochylał się również nad problemami pielęgniarek: „Pielęgniarek jest coraz mniej, to niebezpieczne dla Polaków. Zawód ten powinien być w należyty sposób wynagradzany”, dodał również: „Chciałbym uregulować ustawowo płacę dla pielęgniarek. Wypracować to w ramach Narodowej Rady Rozwoju”. O tym, jak pod koniec kadencji obecnego Prezydenta RP przedstawia się sytuacja „kolejkowa” wie każdy, więc nie ma sensu się nad tym jakoś specjalnie pastwić (bo wygląda to tak samo chujowo). Jeżeli zaś chodzi o pielęgniarki, to pozwolę sobie zacytować fragment artykułu: „Premier Mateusz Morawiecki, mówiąc o zarobkach pielęgniarek w Polsce, przyznał, że cały czas są one "istotnie niższe" niż w innych krajach, ale przekonywał, że są "kompensowane" przez niższe koszty życia”. Nie chciałbym wyjść na malkontenta, ale wydaje mi się, że chyba coś nie bardzo poszło z tymi pielęgniarkami, skoro Premier RP rzucił Prezydentowi RP betonowe koło ratunkowe w postaci swojej wypowiedzi.


Na tym zakończę wyliczankę, choć mogłaby ona trwać jeszcze bardzo długo. Każda z poruszanych przeze mnie kwestii była filarem kampanijnym obecnego Prezydenta RP. Za każdą z tych kwestii można by było go grillować, ale najwyraźniej nikomu na tym specjalnie nie zależy. O tym, że praktycznie nikt nie odnotował tego, że sztab obecnego Prezydenta RP schował konto, żeby nie ułatwiać pracy swoim oponentom, nie trzeba chyba wspominać. Pobawmy się w moją ulubioną zabawę pt. „wyobraźmy sobie, co by było gdyby”. Wyobraźmy sobie, co by było gdyby coś podobnego przydarzyło się kandydatowi, którego nie lubi obecna partia rządząca. Obstawiam, że mielibyśmy do czynienia artykułami pt. „kandydat skasował swoje stare konto, czy wstydzi się starych wpisów?”, względnie „co kandydat stara się ukryć przed opinią publiczną?” Potem zaś media zalałaby fala komentarzy Liderów Mądrej Opinii, którzy długo (zapewne do samych wyborów) dywagowaliby nad tym, dlaczego kandydat zrobił to, co zrobił i jak bardzo udowodnił w ten sposób, że nie szanuje wyborców, Polski, Powstańców Warszawskich, Obrońców Westerplatte i Świętego Wojciecha. Ponieważ zaś konto skasował sztab obecnego Prezydenta RP, nikt nie daje za to faka. Olewa to również komentariat, który jest za bardzo skupiony na szukaniu przyczyn, dla których obecny Prezydent RP jest niezwyciężony. Komentariatowi można by to jeszcze wybaczyć (bo przeca stara się uchodzić za bezstronny), ale kontrkandydatom i ich sztabom już, kurwa, nie bardzo. Obecny Prezydent powinien być „chłostany” słownie (cudzysłów użyty z rozmysłem, bo chuj wie, co przyszłoby do głowy rozgrzanemu sztabowcowi, który „pilnuje internetu” po przeczytaniu słowa „chłosta”) za zniknięcie tego konta. Gdyby konto wróciło, zawsze można by było powiedzieć, że to „dzięki presji”/etc. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że moim zdaniem obecny Prezydent mógłby przejebać wybory przez jedno, zasrane, konto sztabowe. Chodzi mi jedynie o to, że reakcja na „zniknięcie” konta powinna być niemalże natychmiastowa i automatyczna. Gdyby któryś sztab był bardziej kreatywny, to mógłby wykorzystać te wpisy w sposób nawiązujący do poprzedniej kampanii obecnego Prezydenta RP. Chodzi mi, rzecz jasna, o to, jak kandydat Zjednoczonej Prawicy czytał przed kamerą hejty na swój temat (jako pierwszy metodę tę zastosował, o ile mnie pamięć nie myli, Barack Obama). No to wyobraźcie sobie, że któryś kontrkandydat siada przed kamerą i zaczyna czytać stare wpisy „sztabowe” ze znikniętego konta. Sposobów na wykorzystanie tych wpisów jest od cholery i obstawiam, że tego (również) bali się sztabowcy obecnego Prezydenta, którzy „schowali”, konto. Brak reakcji na to, co się stało sugeruje, że sztabowcy bali się zupełnie niepotrzebnie.

Uwaga natury ogólnej: jeżeli kogoś interesuje zawartość znikniętego konta, to na samym początku „źródeł” znajdziecie imgurowy link do wszystkich screenów zebranych do kupy.


Źródła:

Link do zescreenowanych wpisów z konta sztabowego:

https://imgur.com/a/ynmufkB

Link do „odnowionego” konta @andrzejduda2015

https://twitter.com/Duda2020Sztab

(u mnie nie działa)

https://twitter.com/andrzejduda/status/382608319577587712




https://twitter.com/SamPereira_/status/1226085951941808128


https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-prezydenckie2020/najnowsze-fakty/news-kempa-nazwala-smiszka-kandydatka-na-pierwsza-dame-posel-odpo,nId,4320431


https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,143907,17907549,Wybory_2015__Duda_chce_referendow_na_wniosek_miliona.html


https://wyborcza.pl/7,75398,21782216,reforma-edukacji-rodzice-chca-referendum-premier-szydlo-ignoruje.html



https://tvn24.pl/polska/premier-mateusz-morawiecki-o-zarobkach-pielegniarek-w-polsce-on-w-ogole-nie-zna-zycia-nie-rozumie-co-to-bieda-3955556

Tytuł notki, to tytuł opowiadania Philipa K. Dicka 






piątek, 7 lutego 2020

Hejterski Przegląd Cykliczny #66

Zastanawiałem się nad tym, od czego zacząć ten Przegląd (bo znowu tematami obrodziło) i po dłuższym namyśle (kurde, „dłuższy namysł”, jak to dramatycznie i dumnie brzmi) doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie zacząć do tego, że Zjednoczona Prawica nie musi przejmować mediów w Polsce, żeby mieć media. Chodzi, rzecz jasna, o artykuł Oko Press, w którym stało, że Wirtualna Polska pompowała balonik wizerunkowy Ziobrystów, wychwalając Ministerstwo Sprawiedliwości/etc. Of korz, nie chodzi o to, że portal chwalił Ziobrystów, ale o to, że, według ustaleń Oko Press, nie robił tego za darmo. Po tym, jak o artykule i ustaleniach Oko Press zrobiło się głośno, Wirtualna Polska wystosowała oświadczenie, którego nie będę cytował, albowiem absolutnie nic z niego nie wynika. Oświadczenie jest typową sieczką słowną, którą czasem produkują działy Public Relations, którym daje się wiaderko wody i każe się nim ugasić pożary w Australii (jeżeli ktoś jest ciekaw tego oświadczenia, to linki w Źródłach znajdzie). No, ale to tylko dygresja. Balonik wizerunkowy pompowano na różne sposoby (na ten przykład dziennikarze mieli szlaban na krytykowanie Ziobry), ale skupimy się na tym najbardziej spektakularnym, czyli metodzie „na Krzysztofa Suwarta”. Krzysztof Suwart to fikcyjne nazwisko (tak samo, jak Krzysztof Major), których WP używało do pisania artykułów pochwalnych (ale, jak się przekonacie niebawem, były to nie tylko artykuły). Artykułów „pochwalnych” było od cholery, ale jednym z bardziej zjawiskowych popisów Wirtualnej Polski był, w mojej opinii, ten, w którym akurat nie wychwalano Ziobrystów. Otóż, nie wiem, czy wiecie, ale Krzysztof Suwart „napisał” dla Money.pl (właścicielem portalu jest Wirtualna Polska) artykuł pt.: „Dotyczy to już ponad połowy polskich internautów. To ofiary manipulacji lub dezinformacji”, w którym to artykule możemy przeczytać między innymi to, że: „Dezinformacja i manipulacja opinią publiczną to jedne z poważniejszych wyzwań współczesnego Internetu - od miesięcy przekonuje minister cyfryzacji Marek Zagórski. - Większość z nas nie potrafi odróżnić opinii od faktów. 70 proc. sporadycznie weryfikuje informacje znalezione w sieci”. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy ten artykuł zestawiony z nazwiskiem to przejaw poczucia humoru ludzi z Wirtualnej Polski, czy też przejaw bezczelności (czy też obu naraz), ale to tylko dygresja. Potem zaś okazało się, że jest jeszcze zabawniej. Otóż w trakcie kampanii samorządowej 2018, Krzysztof Suwart przeprowadził wywiad z żoną Patryka Jakiego, Anną Jaki. W trakcie tej samej kampanii Krzysztof Suwart napisał krótki artykuł o tym, jak to Patryk Jaki pojechał do Madrytu, żeby pokazać, że jak się chce, to się da metro szybko budować, a PO po prostu nie chce/nie umie. Tyle się mówi o tym, że w Polsce nie ma pracy, a Wirtualna Polska ma tyle wakatów, że aż sobie musi wymyślać nieistniejących dziennikarzy do przeprowadzania wywiadów (nie, nie przeproszę za tego suchara). Jak to możliwe, że nieistniejący Krzysztof Suwart przeprowadził wywiad? Obstawiam, że było to tak, że „wywiad” trafił do Wirtualnej Polski w formie gotowej do publikacji (wcześniej pewnie treść była długo szlifowana przez spindoktorów Chłopaka z Biedniejszej rodziny). Ponieważ „wywiad” miał taką, a nie inną treść („ale Pani jest zajebista, a Pani mąż, to tak samo zajebisty, albo jeszcze bardziej”), zapewne nikt się nie chciał pod tym podpisać swoim nazwiskiem. Zorganizowano więc losowanie, w którym Krzysztof Suwart wyciągnął najkrótszą słomkę (Krzysztof Major zapewne odetchnął z ulgą). Przyznam szczerze, że niniejszy kawałek Przeglądu by się zakończył pointą z Krzysztofem Majorem, gdyby nie to, że już po napisaniu tegoż kawałka coś mi się przypomniało. Jesienią 2017 prawie pewne było, że kandydatem na prezia Wawy będzie Patryk Jaki. Tzn. może inaczej – na początku jesieni Zjednoczona Prawica się ponoć „wahała” jeszcze, ale mimo tego „wahania”, machina propagandowa zaczęła bardzo intensywnie promować Jakiego. Wtedy też właśnie Patryk Jaki stał się „chłopakiem z biedniejszej rodziny”. Stało się tak dlatego, że antyPiS nie potrafił sensownie skrytykować Jakiego (co samo w sobie jest w chuj spektakularne, bo ów polityk non stop dostarcza amunicję swoim oponentom), więc ktoś z gazety.pl wpadł na pomysł genialnego spinu: „Dziś wiceminister i wróg Gronkiewicz-Waltz. A w młodości stał pod blokiem”. Ponieważ Patryk Jaki potrafi w kreowanie własnego wizerunku, momentalnie odpowiedział własnym spinem, z którego wynikało, że (w telegraficznym skrócie): tak, on stał pod blokiem, bo był biedny, a elity go hejtują, bo nie chcą, żeby motłoch rządził Polską. Narracja ta okazała się skuteczna, zaś Chłopak z Biedniejszej Rodzinny zaczął ją coraz bardziej rozbudowywać. Ponieważ pochylam się nad twórczością polityków/etc. od dłuższego czasu, toteż mało rzeczy jest mnie w stanie wkurwić. Patrykowi Jakiemu się to udało. Efektem wkurwu była notka blogowa, w której zestawiłem tę „bieda-narrację” z rzeczywistością. Zapewne tekst zostałby zignorowany przez (wtedy jeszcze nieformalny) sztab Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, ale na nieszczęście tegoż sztabu, ich własna narracja o „biedzie” nakręciła zasięg mojej notki. Postanowiono więc przedsięwziąć środki zaradcze. Zaczęły się do mnie przypierdalać drony, które opowiadały o tym, że Jaki to biedny był, bo oni go znają, a ja nie wiem, jaka sytuacja w domu była etc. Tym samym, było to zwyczajowe erystyczne pierdolenie, mające na celu rozmycie argumentacji oponenta i udowodnienie mu, że nie ma RiGCzu. Równolegle, sztab zaczął się bawić w budowanie innej narracji. Pozwólcie, że zacytuję wpis Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (który wprost idealnie wpasowuje się w działalność Krzysztofa Suwarta): „Wypraszam sobie! Nigdy nikomu nie płaciłem za pisane negatywnych tekstów na konkurentów. Niech bloger lub Oko napiszą kto im płaci.” Ponieważ Chłopak z Biedniejszej Rodziny mnie zbanował na Twitterze (za to, że w ferworze tego, co Zjednoczona Prawica odpierdalała z Trybunałem Konstytucyjnym, przypomniałem mu, że nie ma wykształcenia prawniczego), o istnieniu tej narracji dowiedziałem się po tym, jak mi ją znajomi ćwiternauci podrzucili. Narracja „płacą im” jest dla Zjednoczonej Prawicy normą, ale Sebastian Kaleta poszedł o krok dalej i napisał, że: „Warto dodać, że bloger wprost napisał, że tekst powstał na zlecenie”. Wpis Kalety był jednocześnie RT ćwiternauty o nicku „Pająk Pafnucy”, który komentował artykuł OKO press: „artykuł powstał na podstawie tekstu z bloga „Piknik na skraju głupoty” na który dostał zlecenie i wziął za to pieniądze. Od kogo? Można się tylko domyślać.” (co prawa Kaleta [po zjebie] usunął wpis i przeprosił, ale screeny nie płoną, tak więc w Źródłach będzie link do notki ze screenem]). Muszę przyznać, że to mnie trochę zainteresowało i pokopałem trochę w necie. Już wcześniej wiedziałem, że ktoś zajebał mi tekst i wrzucił na Wykop jako własny. Nie wiedziałem jednakże, że „autor” tekstu zaczął w pewnym momencie pisać o tym, że za napisanie tegoż tekstu wziął pieniądze. Nadal nie mam pojęcia „co autor miał na myśli”. Nie wiem, czy był to jakiś mitoman, czy też ktoś ze sztabu (bo np. sztab uznał, że notka i tak tam trafi, więc lepiej ją wrzucić samemu i dopisać, że ktoś pieniądze za to wziął). Ja wiem, że ta druga ewentualność brzmi mało sensownie, ale w trakcie beefu z Kaletą usiłowałem tłumaczyć „Pafnucemu”, że pierdoli głupoty, bo nie mam konta na Wykopie, ale ów „wiedział lepiej”. No, ale to tylko przydługa dygresja. Wróćmy do tego, co napisał Chłopak z Biedniejszej rodziny. Wydaje mi się, że nieprzypadkowo skonstruował wpis tak, a nie inaczej. Mógł przecież napisać, że nie płacił za teksty, ale napisał, że nie płacił za „pisanie negatywnych tekstów”. Skąd taki pomysł? Ano stąd, że w artykule z Oko Press stoi, że: „Z relacji naszych rozmówców wynika, że co najmniej od listopada 2017 roku (nasi rozmówcy wskazują, że wtedy byli świadkami pierwszych ingerencji w teksty) krytyczne artykuły dotyczące Ministerstwa Sprawiedliwości, Ziobry, Patryka Jakiego oraz obsadzanych ich ludźmi państwowych spółek, są blokowane, cenzurowane albo szybko zdejmowane ze strony głównej.” Jeżeli osadzimy w takim kontekście wpis Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, to zacznie on wyglądać, trochę jak dupochron. No bo z jednej strony chciał przyjebać w Oko Press i w „blogera” (pozdrawiam, Panie Europośle!), a z drugiej trzeba się było zabezpieczyć na wypadek, gdyby „się wydało”. Teraz zaś dochodzimy do stałego fragmentu gry pt. „gdybyśmy w Polsce mieli dziennikarstwo z prawdziwego zdarzenia”. Tak więc, gdybyśmy je mieli, to Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny byłby od dłuższego czasu grillowany za to, że nieistniejący dziennikarz przeprowadził wywiad z jego żoną (a z tego się raczej ciężko by było wytłumaczyć) oraz za to, że artykuł, który był niczym innym, jak reklamą wyborczą, nie został opisany w ten sposób. Grillowano by go w temacie tego, że zarzuca innym „pisanie za pieniądze”, mimo że to jego „strona” zleca takie pisanie i nawet nie płaci za to swoimi pieniędzmi, tylko kasą podatników (bo w tekście OP wyraźnie stoi, że chodziło o interesy z Ministerstwem Sprawiedliwości). Ponieważ zaś dziennikarstwo mamy takie, jakie mamy, o tym, że Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny produkował się w temacie „płacenia za teksty”, dowiadujecie się z bloga jakiegoś Podkarpacianina.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

(To dla Pana, Panie Europośle Doktorze z Biedniejszej Rodziny, żeby już Pan nie musiał pytać o to, kto mi płaci [acz nadal otwarta pozostaje kwestia: na czyje zlecenie piszę]).

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Jak już wspomniałem w poprzednim kawałku Przeglądu, jeżeli chodzi o politykę, to mało rzeczy jest mnie w stanie wkurwić. Niemniej jednak wkurw mi się czasem zdarza. Tym razem padło na Prezydenta RP. Aczkolwiek z góry zaznaczam, że wkurwiło mnie nie tyle to, co zrobił Prezydent RP, co kontekst, w którym należy osadzić to, co zrobił. W poprzednim Przeglądzie przypomniałem narracje, którą Zjednoczona Prawica budowała, kiedy postanowiła zakończyć dotowanie in vitro. Oddajemy głos ówczesnej rzeczniczce rządu: „Zdaniem rzeczniczki są inne potrzeby; są Polacy, którzy "są bardzo ciężko chorzy, którzy mają ciężko chore dzieci i którzy muszą je leczyć prywatnie, za swoje pieniądze”. Ten kawałek kontekstu mamy ogarnięty, pora na kolejny: rząd chce przeznaczyć 2 miliardy na swój sztab wyborczy (niegdyś Telewizja Publiczna). Z tego by wynikało, że stać nas już na wszystko i na nic już nie brakuje, prawda? No dobrze, skoro kontekst mamy ogarnięty, to teraz przejdźmy do tego, co zrobił Prezydent RP. Otóż udostępnił na swoim koncie link do zbiórki środków na leczenie dziewczynki cierpiącej na SMA. Terapia jest dostępna jedynie w USA (moje kontakty z BigPharmy twierdzą, że lek jest legitny i jest w trakcie rejestracji na terenie UE). Jednakowoż problemem w przypadku tego leku nie jest to, że trzeba lecieć do Stanów Zjednoczonych (choć taka wycieczka tania nie jest), ale to, że to tzw. „orphan drug”, więc jest kurewsko drogi. W tym przypadku chodziło o kwotę rzędu 8 milionów złotych. Być może gdyby nie to, że przy okazji researchowania do poprzedniego Przeglądu wygrzebałem wypowiedź ówczesnej rzeczniczki, nie striggerowało by mnie to tak bardzo. Ponieważ jednak striggerowało w chuj mi się uleje. Wypowiedź Elżbiety Witek datowana jest na 02-12-2015, tak więc ponad 4 lata temu. W tym czasie rząd mógł zrobić w chuj, żeby ludzie nie musieli organizować zbiórek internetowych, żeby ratować swoich bliskich (bo NFZ ma wyjebane). Prezydent RP w trakcie kampanii w 2015 opowiadał o tym, że sytuacja w służbie zdrowia jest chujowa (używał innych słów, ale generalnie do tego się to sprowadzało). Rząd też miał świadomość tego, że w służbie zdrowia brakuje pieniędzy. I co z tym zrobiono? Wszystko, byle tylko ukryć problem. Na jesieni 2017 doszło do strajku rezydentów, którzy domagali się przede wszystkim zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Co zrobił rząd? Poszczuł na nich Samueli, Bogdanów i innych Ziemowitów, żeby zbudowali narrację, w myśl której rezydenci to bananowe dzieci, które mają w chuj kasy, a chcą mieć jeszcze więcej. Pamiętam „sondę”, którą przeprowadzili pracownicy telewizji rządowej, dopytując ludzi, czy lekarze w Polsce za mało zarabiają. Na rezydentów szczuto również drony internetowe. Zrobiono bardzo wiele, żeby rezydentów zawrzeszczeć. Rzecz jasna po to, żeby do jak najmniejszej liczby ludzi dotarło to, dlaczego tak właściwie rezydenci strajkują. Potem co prawda obiecano zwiększenie nakładów na służbę zdrowia i trochę nawet zwiększono, ale, żeby sobie pomóc rząd zastosował kreatywną księgowość: „rząd uważa, że wszystko jest w porządku, ponieważ wielkość dotacji liczy nie według wielkości PKB z ostatniego roku, ale sprzed dwóch lat, kiedy był o wiele mniejszy.” W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że rzygać mi się, kurwa, chce jak słucham/czytam polityków, którzy traktują ciężkie choroby (albo generalnie to, że niektórzy ludzie mają przejebane) jako młotek, którym można komuś przyjebać. Of korz, po tym, jak już komuś tym młotkiem przyjebią (i np. wytną finansowanie in vitro z budżetu), nagle dopada ich amnezja i zapominają o ciężkich chorobach. Co ciekawe – zapominają tym bardziej, im bardziej potrzebują pieniędzy na szerokopojęte „co innego”. Trzeba było wyciąć in vitro (żeby spłacić dług wyborczy Kościołowi)? Użyło się „chorych dzieci”, jako argumentu. Ponieważ już nie trzeba hejtować in vitro, rząd ma to w dupie i lekką ręką wydaje 2 miliardy na swoją szczujnię, a ludzie nadal muszą organizować zbiórki, bo państwo z tektury nie jest w stanie o nich zadbać. Prezydent RP też się służbą zdrowia niespecjalnie przejmuje. No chyba, że w trakcie swojego urzędowania złożył w Sejmie projekt ustawy o podwyższeniu nakładów na służbę zdrowia, a ja po prostu to wyparłem, bo jestem stronniczy.


W przysłowiowym międzyczasie odbyły się wybory na szefa Platformy Obywatelskiej. Przed wyborami Grzegorz Schetyna oświadczył, że jemu już wystarczy i zrezygnował ze startu w wyborach. Ogłaszając decyzję o rezygnacji ze startu Schetyna dodał, że rekomenduje na to stanowisko Tomasza Siemoniaka. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że antyPiSowskiemu komentariatowi, który po każdej porażce wyborczej PO (pod wodzą Schetynatora) tłumaczył, że: „Dla wszystkich którym nie pasuje to co robi Schetyna. .Nie podoba się to wypierdalać!”, musiało być tak po ludzku przykro po tym, jak Schetynator zrezygnował. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, skupię się na tym, że rekomendowany przez Schetynę Siemoniak przejebał te wybory z Borysem Budką. Morał z tego taki, że chyba można już przestać udawać, że Grzegorz Schetyna: „co prawda, jeżeli chodzi o wybory, to mu nie szło ale był doskonałym organizatorem i mistrzem działań zakulisowych”. Gdyby tak bowiem było, to nowym szefem PO zostałby protegowany Schetyny.  Kronikarki obowiązek każe wspomnieć o tym, że Donald Tusk poparł był Borysa Budkę. W kontekście powyższego dumam sobie nad tym, czy Tusk był trendseterem, czy też poparł kandydata, który jego zdaniem miał największe szanse na zwycięstwo.   


Rozpierdol wymiaru sprawiedliwości w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy trwa w najlepsze. Nie będę się w tym miejscu wypowiadał w temacie tego, co się dzieję na linii SN vs. rząd+TK, bo po prostu się na tym, kurwa, nie znam. Tak nawiasem mówiąc, to już niebawem SN będzie spoko (tak ja TK), bo kadencja Małgorzaty Gersdorf na stanowisku prezeski Sądu Najwyższego kończy się 30 kwietnia 2020. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że znając dotychczasowe zapędy „antykomunistów” ze Zjednoczonej Prawicy, kolejnym prezesem SN zostanie Andrzej Kryże. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie, że niestety powyższego scenariusza nie można wykluczyć (vide Stanisław Piotrowicz). No dobra, czy z tego, że nie umiem w prawo wynika, że nie będę się wymądrzał w temacie „reformy” wymiaru sprawiedliwości? A pewnie, że będę się wymądrzał, tylko że z nieco innej perspektywy. Zjednoczona Prawica (wspierana przez rządowe media i drony internetowe) tłumaczy, że w tej reformie to chodzi o to, żeby sędziowie (którzy mają coś za uszami) nie byli już bezkarni. Na pierwszy rzut oka nie budzi to zastrzeżeń, prawda? Tylko, że zaraz po tym nadchodzi drugi rzut oka i się, na ten przykład, okazuje, że sędziów-stalkerów z Ministerstwa Szczucia nie spotkają żadne nieprzyjemności za to, co robili. Jest to o tyle, kurwa, zjawiskowe, że nawet symetryści (z bólem godnym prawdziwie bezstronnych komentatorów) przyznawali, że to, co się odjebywało w kontekście Małej Emi, to już kryminał, bo udostępniano jej poufne informacje, żeby mogła ich używać do szczucia. Muszę przyznać, że się przez jakiś czas zastanawiałem nad tym, dlaczego nie ukarano tych ludzi choćby na pokaz (żeby pokazać, że „nie ma świętych krów” i „nawet jak nasi coś źle zrobią, to ich ukarzemy”). Tak sobie dumałem, aż do mnie dotarło, że to pewnie dlatego, że chciano uniknąć kolejnej „Małej Emi”. Bo ok, nawet swojego sędziego można przeczołgać, ale jeżeli ktoś, kogo chcielibyśmy przeczołgać zbyt dużo wie, to lepiej tego nie robić, bo czołgany, nie mając nic do stracenia, pójdzie do mediów. Tym samym sędziowie-stalkerzy nie zostali ukarani. Czy jest to argument przemawiający za tym, że w rozpierdalaniu wymiaru sprawiedliwości nie chodzi o karanie winnych? Owszem. Czy opozycja powinna napierdalać o tym 24/7? Owszem. Czy to robi? Proszę o inny zestaw pytań. No dobrze, skoro więc w „reformie” nie chodzi o żadne tam karanie sędziów, którzy mają coś za uszami, to o co chodzi?  Casus sędziego Juszczyszyna jest wręcz idealnym egzemplum (ja pierdolę, właśnie użyłem słowa egzemplum... chyba się starzeję). Juszczyszyn jest właśnie czołgany przez Izbę Dyscyplinarną (twór utworzony przez Zjednoczoną Prawicę i obsadzony zaufanymi sędziami). Czemu jest czołgany? Bo wkurwił Dobrą Zmianę (bo np. chciał zobaczyć listy poparcia do KRS). Temu właśnie ma służyć ta cała zasrana „reforma”. Chodzi o czołganie sędziów, którzy wkurwią rząd. Zjednoczona Prawica najwyraźniej wyszła z założenia, że prokuratura nie może w nieskończoność umarzać śledztw (pozdrowienia dla Vlogera Dariusza). Nie można również w nieskończoność „losować” tych samych sędziów (pozdrowienia dla sędziny TK, Krystyny Pawłowicz). Tzn. w teorii można to wszystko robić i liczyć na to, że te „drobne” niespójności narracyjne zostaną zignorowane (jak wszystkie inne do tej pory), niemniej jednak zawsze istnieje ryzyko, że suweren się wreszcie wkurwi. W takiej sytuacji należy zacząć przeczołgiwać sędziów, którzy podpadli władzy i robić to tak długo, aż ci, którzy zostaną, będą już wiedzieli jak należy się zachowywać i jakie wyroki wydawać. Idealny dla Zjednoczonej Prawicy scenariusz to taki, w którym udałoby się zastraszyć większość środowiska. Gdyby to się udało, to wyroki „po myśli władzy” wydawaliby nie tylko „wylosowani” sędziowie (których w jakiś sposób można połączyć z władzą). Teraz pora na cebulę na torcie, którą jest fakt, że gdyby udało się zastraszyć większość, to kasyno zawsze by wygrywało. Zastraszony sędzia wydał wyrok uniewinniający jakiegoś partyjnego kacyka (albo kogoś z jego rodziny, albo dowolnego działacza partyjnego, który „ma telefon do Zbyszka”) i wszystko przeszło bez echa? Spoko, o taką reformę sądownictwa Zjednoczona Prawica walczyła. Zastraszony sędzia uniewinnił kogoś „partyjnego” i sprawa zrobiła się zbyt głośna (na tyle, że nawet rządowe media nie są w stanie narzucić swojej narracji)? Spoko, przeczołga się sędziego w Izbie Dyscyplinarnej za to, że wydał chujowy wyrok, bo o taką reformę sądownictwa Zjednoczona Prawica walczyła. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że ja naprawdę bym chciał, żeby to, co napisałem powyżej, było jakimś political fiction, ale biorąc pod rozwagę dokonania niezależnej prokuratury, raczej nietrudno się domyślić tego, po co Zjednoczonej Prawicy sądy.


Zanim przejdziecie do lektury kolejnego kawałka Przeglądu, proszę o założenie strojów ochronnych, albowiem będzie o mediach rządowych. W trakcie obchodów 75 rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz jeden z byłych więźniów, Marian Turski, wygłosił wykład, który nie spodobał się stronie rządowej. Ponieważ stronie rządowej nie wypadało flekować byłego więźnia, zajął się tym Samuel Pereira, który we wpisie ćwiterowym (którego nie zamierzam cytować) zasugerował, że Turski „zaraził się złem” będąc więźniem Auschwitz (nie, kurwa, tego się nie da inaczej interpretować). Co zrozumiałe, wpis Pereiry został skrytykowany (niektórzy komentujący nie przebierali w słowach [co mnie, kurwa, nieszczególnie dziwi]). Samuel Pereira zrozumiał, że przesadził, skasował swój wpis i za niego przeprosił. No dobra, żartowałem. Oczywiście, że wpis nadal wisi, a Pereira opowiadał o tym, że padł ofiarą hejtu. Tak, dobrze czytacie – typ, który zrzygał się na byłego więźnia Auschwitz twierdzi, że to on jest ofiarą, bo ludzie pisali nieprzyjemne rzeczy na jego temat. W całej tej sprawie dziwi mnie tylko jedna rzecz. Konkretnie zaś to, że część ludzi zdziwiło to, że pracownik rządowych mediów zhejtował byłego więźnia Auschwitz. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że ja trochę zazdroszczę ludziom, którzy się temu dziwią, bo z tego zdziwienia wynika, że ludzie ci uważają, że są granice przyzwoitości, których nikt nie powinien przekraczać. Owszem, nikt nie powinien ich przekraczać, ale, niestety, pracownicy rządowych mediów wielokrotnie udowadniali, że ich te ograniczenia nie obowiązują. Zazwyczaj unikam głowologizowania i anecdat, ale tym razem zrobię wyjątek. Nie wiem ilu z moich czytelników oglądało „Diunę” Lyncha (1984). W filmie tym padło zdanie, które odnosiło się do tzw. „melanżu”: „the spice must flow” (tl;dr + uproszczenie: melanż był substancją, która dawała ludziom nadludzkie umiejętności). Gdyby ktoś nakręcił film o pracownikach mediów rządowych, to pewnie któryś by w pewnym momencie powiedział „Zjednoczona Prawica musi rządzić”. Każde działanie rządowych mediów jest podporządkowane celowi, którym jest przedłużenie (dokąd się da) rządów Zjednoczonej Prawicy. Teraz pora na anecdatę. Dawno temu, doleciały do mnie plotki o tym, że w mediach rządowych urządza się coś w rodzaju korpo-gadek. Jeżeli ktoś miał kiedyś jakieś szkolenie w korpo (które było skonfliktowane z innym korpo), to pewnie był świadkiem żenującego spektaklu pt. „dlaczego my jesteśmy od nich zawsze lepsi, a oni zawsze gorsi od nas”. Tylko, że w przypadku mediów rządowych te pogadanki miały ponoć wyglądać jak połączenie korpo-gadek z sekciarstwem i wojskowym planowaniem. Przyznam szczerze, że „dawno temu” wydawało mi się, że osoba, która mi to opowiedziała trochę koloryzuje. Teraz mam niemalże stuprocentową pewność, że to nie było koloryzowanie. Misją rządowych mediów nie jest informowanie kogokolwiek o czymkolwiek, ale prowadzenie wojny ze wszystkimi, którzy zdaniem partyjnych bonzów zagrażają Zjednoczonej Prawicy. Od tej reguły nie ma wyjątków. Strajk rezydentów? Patrzcie, jeżdżą na zagraniczne wycieczki i jeszcze im, kurwa, mało! Protest opiekunów osób z niepełnosprawnościami? Patrzcie, „ciamajdan na kółkach” (copyright Ziemkiewicz). Sędziowie się nie chcą podporządkować? Patrzcie, fioletowe ludziki (na wypadek gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi – to nawiązanie do „Zielonych Ludzików”, czyli rosyjskich prowadzących działania w ramach prowadzenia wojny hybrydowej).  W narracji rządowych mediów każdy może zostać Zdrajcą, Targowicą, Ubekiem (w dowolnym pokoleniu) /etc. Wyliczankę można by ciągnąć przez kilka stron, bo rządowe media lubią obraźliwe określenia tak, jak Lovecraft lubił przymiotniki. Tym samym fakt, że ich pracownik zhejtował byłego więźnia Auschwitz, nie powinien nikogo dziwić. Ponieważ Turski powiedział coś, co zostało odebrane jako „atak na Zjednoczoną Prawicę” (mimika Prezydenta RP, który w trakcie wykładu miał minę pt. „obraza majestatu”, nie pozostawiała wątpliwości odnośnie tego, jak Zjednoczona Prawica „odbierze” ten wykład), rządowy mediaworker postanowił pokazać mu „gdzie jego miejsce”. Jeżeli ktoś zastanawia się nad tym „jak tak można”, to taka osoba powinna sobie uświadomić, że dla rządowych mediaworkerów kwestia tego, czy Zjednoczona Prawica będzie rządzić, czy też nie – to być, albo nie być. Bo niby gdzie ci ludzie znajdą ciepłe posadki w razie porażki ZP? Owszem, część „nawróconych” (którzy, rzecz jasna, będą opowiadać, jak to się sobą brzydzili, kiedy robili to, co robili) zostanie przygarnięta przez różne media, ale medialnych pretorian Zjednoczonej Prawicy tego rodzaju amnestia raczej nie obejmie. Poza tym, wydaje mi się, (acz mogę się mylić), że część z tych ludzi ma tak sprane banie, że oni święcie wierzą, że to, co robią jest słuszne, tak więc nie będą widzieli powodów do „nawrócenia” po ewentualnej porażce Zjednoczonej Prawicy.


Wydaje mi się, że idealnym przykładem (jedno użycie słowa „egzemplum” na Przegląd wystarczy) tego, jak działają rządowe media będzie follow up historii „ataku na Magdalenę Ogórek” (cudzysłów jest tu bardzo istotny). Dla przypomnienia. Pozwolę sobie zacytować wypowiedzi pracowników rządowych mediów, którymi to wypowiedziami raczyli nas zaraz po tym incydencie. Wojciech Biedroń napisał był: „„Przegrali wybory samorządowe, a ustawki z taśmami onetu, nagraniami Wyborczej i wściekłość dekanek nie poruszyły sondażami. Efekt? Agresja podszyta frustracją i próba fizycznej eliminacji oraz atak na Magdalenę Ogórek .Obrońcy demokracji spuszczeni ze smyczy i bez kagańców.” Krzysztof Ziemiec powiedział: „Jest o włos od wielkiej tragedii. Emocje są ogromne, trzeba powiedzieć stop (…)"  W tym miejscu muszę w dygresję (tak samo, jak w Przeglądzie, w którym zajmowałem się tą sprawą „na świeżo”). Wypowiedź Ziemca o tym, że „jest o włos od wielkiej tragedii” padła 3 tygodnie po tym, jak zamordowany został Paweł Adamowicz. Marzena Nykiel oświadczyła, że: „Atak na Magdalenę Ogórek to ostatni sygnał ostrzegawczy. Działania PO prowadzą do rozlewu krwi” (Pani Marzena Nykiel, tak jak Krzysztof Ziemiec, żyje w rzeczywistości, w której Paweł Adamowicz nie został zamordowany). Na sam koniec cytatów „z przeszłości” zostawiłem sobie Marka Suskiego, który z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością oznajmił: „opozycja próbuje rozhuśtać nastroje, to niebezpieczne”. Uprzejmie proszę o zapamiętanie słów o rozhuśtywaniu nastrojów. Przewińmy teraz wszystko do przodu. Konkretnie zaś do momentu, w którym Magdalena Ogórek zeznawała w sądzie. Zeznając zaś miała świadomość tego, że sędzia może nie być przedstawicielem zreformowanego wymiaru sprawiedliwości, a ona składa zeznania jako świadek, tak więc „kreowanie rzeczywistości”, bądź też opowiadanie (jak to mawiała jedna z doradczyń Trumpa) alternatywnych faktów, może mieć przykre konsekwencje natury prawnej. Cóż więc zeznała niedoszła ofiara „próby fizycznej eliminacji”? (Tak, wiem, że w ćwicie Wojciecha Biedronia "próbę fizycznej eliminacji" od Magdaleny Ogórek oddzielało "oraz", ale jego komentarz odnosił się do incydentu pod TVP, więc słowo "oraz" było dupochronem) Osoby o słabych nerwach uprzedzam, że będzie to opowieść mrożąca krew w żyłach: „Zeznając Ogórek przyznała także, że nie doszło ani razu do kontaktu fizycznego między nią a demonstrującymi. Nie widziała także nikogo, kto by pluł na jej auto, choć po chwili zastanowienia dodała, że wcześniej w ciągu dnia widziała zaschniętą ślinę na karoserii.” Zaraz po zdarzeniu Magdalena Ogórek twierdziła, że jej auto zostało porysowane. Co potem powiedziała w sądzie. Otóż: „Miałam wrażenie, że niszczony jest samochód, słyszałam odgłosy, to było takie walenie w auto”. Ogórek powróciwszy do domu, oddała samochód rodzinie, by ta zrobiła przegląd. Z zeznań prezenterki wynikało, że jeszcze tego dnia dowiedziała się, że auto nie zostało zniszczone”. Kiedy zapytano ją o to, czemu nie sprostowała swoich słów, odparła, że miała na głowie ważniejsze rzeczy. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że wypowiedzi i wpisy rządowych mediaworkerów po raz kolejny rozminęły się z rzeczywistością. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że zgadzam się z komentarzami, w których stoi, że to, co wtedy odjebały media rządowe, tzn. niby-atak na pracowniczkę TVP (nad którym to „atakiem” czuwał przebieraniec z pyty.pl, który usiłował szczuć ludzi), miało służyć temu, żeby odciągnąć uwagę suwerena od politycznego mordu, którego ofiarą padł Paweł Adamowicz. Chodziło więc o to, żeby (jak to powiedział Suski) rozhuśtać nastroje społeczne. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie pomyślał „ja pierdole, co to za, kurwa, dno” to chciałbym taką osobę pouczyć: to po prostu media rządowe. Co zrozumiałe, po upublicznieniu fragmentów zeznań niedoszłej ofiary „próby fizycznej eliminacji”, absolutnie, kurwa, żaden z pracowników mediów rządowych nie sprostował swoich wcześniejszych wypowiedzi/wpisów. Jeżeli wydaje się wam, że rządowi mediaworkerzy poprzestali na tym, że mieli wyjebane na to co wcześniej mówili/pisali, to macie racje, wydaje się wam, bowiem rzeczywistość jest bardziej spektakularna. Jej prawa do wypisywania bzdur (i nieprostowania ich) bronił jej redakcyjny kolega Daniel Liszkiewicz: „Był Pan kiedyś pod TVP? Był Pan traktowany jak trąd i choroba? Był Pan odsądzany od czci i wiary tylko za to, że pracuje Pan w miejscu gdzie pracuje? Nie. Nie był Pan. Po tym co spotkało Magdę miała pełne prawo do emocjonalnej oceny tego z czym się zetknęła.”. Tak więc widzicie: może i opowiadała bzdury, ale i tak jest ofiarą. Ja wiem, że już jesteście najedzeni, ale to nie wszystko. Niektórzy z was mogą kojarzyć Daniela Liszkiewicza, albowiem po tym, jak Sebixy napierdalały uczestników białostockiego Marszu Równości, pan Liszkiewicz „analizował” filmik. Jak to zrobił? Ano tak, że spowolnił filmik do tego stopnia, że nawet, jakby na nagraniu był jakiś nokaut w wykonaniu Mike'a Tysona (z jego najlepszych lat), to i tak wyglądałby on na ustawkę. Jakiż jest mój brak zdziwienia faktem, że człowiek, który z prawdziwego pobicia usiłował robić „ustawkę” z „ustawki” pod TVP usiłuje robić „prawdziwy atak”. Nie dziwi mnie to, bowiem to, co działo się w Białymstoku, mogło zaszkodzić władzom, bo te bawiły się [i nadal to robią] w nagonkę na mniejszości seksualne. Tak więc trzeba było wytłumaczyć suwerenowi, że pobicia, to nie pobicia. Z drugiej zaś strony kwestia „ataku na Magdalenę Ogórek” Zjednoczonej Prawicy się przyda (żeby pokazać, że oponenci władzy są agresywni), tak więc to MUSIAŁA być prawda i coś takiego, jak fakty, nie ma tu najmniejszego znaczenia.


O tym, że sondaży nienawidzę bardziej niż Ziemkiewicz researchu wspominałem już wielokrotnie. W jednym z poprzednich Przeglądów przytaczałem artykuł Onetu, w którym zestawiono finałowe sondaże przedwyborcze z wynikami wyborów. Na czele stawki (w konkursie na sondaż, który najbardziej odbiegał od wyniku wyborów) był, rzecz jasna CBOS. Zaraz po CBOSie znalazła się sondażownia o nazwie Social Changes. Po tym, jak sobie poczytałem artykuł onetowy, przyglądałem się „sondażom” (cudzysłów użyty z rozmysłem) tejże firmy i (co za brak szoku) okazywało się, że wyniki sondażów zawsze były korzystne dla władz. Raz nawet zrobili „sondaż”, w którym zapytali respondentów o to, czy ich zdaniem marszałek Grodzki brał łapówki. W kontekście powyższego kwestią czasu było to, kiedy ktoś się pochyli nad tą sondażownią. Padło znowu na Onet, któremu udało się ustalić, że prezes Social Changes jest również prezesem Fundacji Mamy i Taty. Coś wam świta, ale nie do końca wiecie co? To przypomnijcie sobie jedną z najbardziej idiotycznych kampanii antyspołecznych pt. „nie zdążyłam zostać matką”. Fundacja wyprodukowała również kampanię mającej na celu: "promocję małżeństwa jako optymalnej formy profilaktyki przestępczości". W przypadku tej drugiej kampanii zleceniodawcą było: „Ministerstwo Sprawiedliwości, które zapłaciło za to 1,5 mln zł.” Jeżeli odnieśliście wrażenie, że sondaże, z których zawsze wynika coś dobrego dla władzy, mogą mieć związek z tym, że władza zleca fuchy drugiej firmie prezesa Social Changes, to odnieśliście mylne wrażenie, bowiem : „szef Social Changes twierdzi, że nie jest to związane z działalnością jego firmy.”, bowiem: „to dwa zupełnie różne podmioty prawne”. Nie wiem, jak was, ale mnie przekonał. 


Z racji tego, że się rozpisałem, nie udało mi się ogarnąć wszystkich tematów (ale do tego, się pewnie już przyzwyczailiście), tak więc będę się nad nimi pastwił w następnym Przeglądzie. Chciałbym również w tym miejscu zapowiedzieć, że we wtorek powinna się pojawić notka nie-Przeglądowa. Nie będę spoilerował o czym będzie, ale od razu zaznaczam, że nie będzie to notka „transformacyjna”, ale na tę również przyjdzie pora.

Źródła:

Uwaga natury ogólnej: stare Przeglądy (i notki) linkowałem dlatego, żeby trochę ograniczyć liczbę wklejanych linków źródłowych (bo i tak ich od cholery jest). Niemniej jednak wszystko (tak jak wcześniej) jest oźródłowane.

https://oko.press/wirtualna-polska-ziobro-machala/




Potyczka z dronem sztabowym:



Link do notki o strajku rezydentów:


https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-budka-nowym-szefem-po-kidawa-blonska-mozemy-zajac-sie-kampan,nId,4290583



Wykład Turskiego:



https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rafal-ziemkiewicz-felietonista-faktu-grzedzinski-protestuje-to-postac-pogardzajaca-slabszymi


Przegląd, w którym komentowałem (na świeżo) „próbę fizycznej eliminacji” Magdaleny Ogórek:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2019/03/hejterski-przeglad-cykliczny-47.html


https://twitter.com/WBiedron/status/1092327108733517825


Przegląd, w którym pochylałem się nad narracjami dotyczącymi białostockiego Marszu Równości

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2019/07/hejterski-przeglad-cykliczny-54.html