sobota, 4 kwietnia 2015

Fundamentalizm religijny w służbie pedofilii

Według badań przeprowadzonych przez Millward Brown (na zlecenie Fundacji Dzieci Niczyje), tylko połowa rodziców rozmawia z dziećmi o zagrożeniach związanych z przemocą seksualną. Z kolei z analizy rezultatów badań przeprowadzonych w krajach europejskich wynika, że co piąte dziecko mogło paść ofiarą przemocy seksualnej (w/g rzecznika praw dziecka w Polsce ofiarą mogło być co siódme dziecko). Ponieważ (eufemizując) dane te nie napawają optymizmem, Fundacja Dzieci Niczyje zorganizowała kampanię społeczną, dotyczącą problemu wykorzystywania seksualnego dzieci (kampania GADKI).

Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów z artykułu dot. kampanii:

„Rodzice będą mogli dowiedzieć się, jak w prosty i naturalny sposób przekazać dziecku informacje o niebezpiecznych sytuacjach i adekwatnych sposobach reagowania.

„Ponad połowa rodziców (56 proc.) uważa, że taka rozmowa z dzieckiem może być trudna lub bardzo trudna. Niemal połowa (46 proc.) z tych, którzy nie rozmawiają z dziećmi o zagrożeniach, jest przekonana, że ich dzieci nie są narażone na przemoc seksualną.”

„Przekaz kampanii koncentruje się wokół akronimu GADKI, zbudowanego z pierwszych liter pierwszych słów każdej ze wskazówek: Gdy mówisz "nie", to znaczy "nie"; Alarmuj, gdy potrzebujesz pomocy; Dobrze zrobisz, mówiąc o tajemnicach, które Cię niepokoją; Koniecznie pamiętaj, że Twoje ciało należy do Ciebie; Intymne części ciała są szczególnie chronione.”

W normalnym kraju tego rodzaju kampanię powinny poprzeć wszystkie środowiska (od lewa do prawa). Nasz kraj jest od dłuższego czasu częściowo nienormalny, więc część środowisk skrytykowała tę kampanię i zarzuciła jej autorom próbę przeprowadzenia „zamachu na rodzinę”. Ujmując rzecz innymi słowy – próba uchronienia dzieci przed przemocą seksualną jest w opinii tych ludzi „zamachem na rodzinę”. No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów, oddajmy głos naszym ukochanym fundamentalistom religijnym:

Cytaty będą pochodziły z Radia Maryja, albowiem inne artykuły były mniej lub bardziej zmienioną wersją artykułu, który ukazał się na stronie rozgłośni Tadeusza Rydzyka. 

Na ulicach Warszawy pojawiły się kontrowersyjne bilbordy, sugerujące jakoby co piąte dziecko było molestowane.

Dobór słów jest w tym przypadku znamienny. Dla zwykłego człowieka informacja, wg której co piąte dziecko mogło paść ofiarą przemocy seksualnej, będzie po prostu szokująca. Co jest szokujące dla fundamentalisty? Fakt, że ktoś miał czelność tym głośno powiedzieć. I trudno się fundamentalistom dziwić – trąbią oni bowiem na lewo i prawo o tym, że Polska to wspaniały kraj, w którym nie ma przemocy wobec kobiet i że w innych krajach (w tych, w których „gender” jest) sytuacja kobiet jest znacznie gorsza. A tu nagle okazuje się, że w kraju, który jest rajem dla kobiet – 20% dzieciaków mogło paść ofiarą przemocy seksualnej. Normalny człowiek zastanowi się nad tym, jak to zmienić i jak chronić dzieci. Fundamentalista ma dzieci w dupie. Jego jedynym zadaniem jest dbanie o dobre imię organizacji, którą reprezentuje. A ponieważ ta organizacja twierdzi, że dzięki niej w Polsce problem przemocy seksualnej nie istnieje – tego rodzaju kampania społeczna stanowi dla tej organizacji problem.

Fundacja twierdzi, że przed molestowaniem może uchronić rozmowa rodziców z dzieckiem o przemocy seksualnej.

I trudno z tym polemizować. Tylko że tego rodzaju „analiza” to spłycenie kampanii. Tam chodzi również o to, że w momencie, w którym dziecko zostanie skrzywdzone, musi wiedzieć, że znajdzie oparcie w swoim otoczeniu i że może z kimś porozmawiać o tym, co się stało. Tym samym w akcji chodzi również o to, żeby osobom, które krzywdzą dzieci, wdrukować w łby, że nie mogą tego robić bezkarnie, bo dziecko nie będzie „dochowywało tajemnicy”. Nie są w stanie tego zrozumieć ludzie pokroju Mariusza Dzierżawskiego (autor projektu „stop pedofilii”, który to projekt, gdyby wszedł w życie, niesamowicie ułatwiłby życie pedofilom), Krystyny Pawłowicz/etc. Ludzie ci twierdzą, że dzieci przed przemocą seksualną chroni „bariera wstydu, której chce ich pozbawiać edukacja seksualna”. Jest to argument wybitnie debilny, ale nie można ignorować ludzi, którzy się nim posługują (tzn. niby można, ale ludzie ci są w stanie zebrać kilkaset tysięcy podpisów pod swoimi projektami „obywatelskimi”). Beneficjentami tej „bariery wstydu” nie są dzieci, tylko pedofile. Dlaczego? Dlatego, że ta ukochana przez przeciwników edukacji seksualnej „bariera wstydu” chroni pedofila przed konsekwencjami jego czynów. Dziecko zawstydzone tym, co się stało, z nikim na ten temat nie porozmawia.
 
(Fundacja)Zaleca rodzicom – tak jak WHO – mówienie już pięciolatkom m.in. o tzw. „ochronie miejsc intymnych”.

Powyższe zdanie to majstersztyk propagandy. Wszyscy chyba zetknęli się z bzdurami na temat tego, że „WHO zaleca, aby w szkołach uczyć masturbacji 4-letnie dzieci”. Każdy, kto zadał sobie trud i znalazł oryginalną wersję zaleceń (nie kawałki zdań powycinane przez prawicowców, które zalały internet), wie, że w zaleceniach nie o to chodziło. Warto również wspomnieć o tym, że zalecenia WHO zawierały sporą dawkę zaleceń anty-pedofilskich, np. to, żeby małe dzieci uczyć tego, że ich ciało należy do nich, a nie do dorosłych. Prawica tak bardzo skupiła się na masturbacji, że zupełnie pominęła resztę tych zaleceń. Ale to tylko dygresja. Autor artykułu użył etykietki WHO po to, żeby zasugerować, że kampania anty-pedofilska „to to samo, co WHO chciało robić, a oni przecież chcieli uczyć dzieci masturbacji!” (jest to jeden z chwytów erystycznych tzw: „nienawistna kategoria pojęć”).

Co się zaś tyczy „ochrony miejsc intymnych” – pozwolę sobie na przytoczenie wypowiedzi autorów kampanii:

A to, że zachęcamy rodziców, by mówili dzieciom, co to są intymne części ciała? To fundamentalna wiedza o świecie. Tak jak opowiadamy im, gdzie są ręka, brzuszek, uszko, tak samo mają prawo wiedzieć, które to są intymne części ciała. I czemu w niektórych przypadkach muszą być szczególnie chronione. Sprowadzanie tego do seksualizacji jest oburzające.

Ponadto, ciekaw jestem, dlaczego autor artykułu uważa, że 5-latkom nie powinno się przekazywać wiedzy na temat tego, że nikt nie powinien ich krzywdzić?

Według niektórych ekspertów i organizacji prorodzinnych to przygotowanie podłoża pod „seksedukację”.

I tu dochodzimy do sedna. Czort z tym, że kampania społeczna FDN mogłaby uchronić mnóstwo dzieciaków przed przemocą seksualną. Ważne jest to, że to „może przygotowywać grunt pod seksedukację”. O tym, że dla polskiej prawicy edukacja seksualna to „demoralizowanie młodzieży”, nikogo nie trzeba przekonywać. I tutaj mamy bardzo ciekawą wypowiedź, z której wynika, że nawet jeśli kampania poprawiłaby sytuację (ergo – mniej dzieci padłoby ofiarami przemocy seksualnej), to nie warto tego robić, bo tego rodzaju kampania może być wstępem do demoralizowania dzieci. Ujmując rzecz innymi słowy – prawica woli dzieci gwałcone od zdemoralizowanych.

Dyrektor Human Life International, Ewa Kowalewska (organizacja zrzeszająca przeciwników prawa do aborcji, przeciwników in vitro i przeciwników edukacji seksualnej)  twierdzi, że

„Chodzi o to, żeby wejść między rodziców a dzieci i pozbawić rodziców prawa do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami.”

Właśnie z tego powodu cytowałem FDN i fragmenty artykułu dotyczącego kampanii GADKI. W którym konkretnie miejscu owa kampania „pozbawia rodziców prawa do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami”? Czy akcja FDN była przymusowa? Czy kogokolwiek wysłano do obozów reedukacyjnych? Nie. Chodziło o akcję informacyjną i uświadomienie rodzicom problemów, z których istnienia mogli sobie nie zdawać sprawy. I znowuż: z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą walczyć z przemocą seksualną wobec dzieci, a z drugiej ludzi, którzy bredzą coś o „pozbawianiu rodziców praw”. No chyba, że pani Ewa miała na myśli prawo rodziców (rodzin/etc) do seksualnego wykorzystywania dzieci. Jeśli tak, to mam dla pani Ewy bardzo złą wiadomość – tego rodzaju „prawa” odebrał rodzicom dawno temu kodeks karny.

Widzimy to na co dzień. Są coraz większe akcje, żeby zmienić przedmiot wychowania w rodzinie, ponieważ trzeba wychowywać seksualnie, a nie do rodziny.

Tu w pełnej krasie widać odklejenie od rzeczywistości. Ta wypowiedź nie ma nic wspólnego z kampanią FDN. I to do ciężkiej cholery chce „wychowywać seksualnie”? Co to w ogóle za potworek argumentacyjny?

Rodzice się sprzeciwiają – trzeba więc powiedzieć, że rodzice krzywdzą dzieci.

Pani Ewa uderza w dramatyczny ton „rodzice sprzeciwiają się edukacji seksualnej więc zwolennicy tejże edukacji oskarżają rodziców o to, że rodzice krzywdzą dzieci”. Tylko, że jest to kolejny przykład ukochanego przez prawicę argumentum ad zdupum. Co prawda z badań, na które powoływał się FDN wynika, że w 80% napaści seksualnych na dzieci dokonują ludzie, których dzieci znają, ale nikt nie powiedział, że sprawcami są wyłącznie rodzice (choć tego rodzaju sytuacje też się na pewno zdarzają).

Tymczasem to właśnie te programy krzywdzą dzieci.

Okazuje się, że dziecko asertywne, które umie powiedzieć „nie”, które nie będzie się bało powiedzieć komuś o tym, że padło ofiarą napaści seksualnej, to w opinii prawicowej konserwatystki „dziecko skrzywdzone”. Brawo.

Antypedofilska kampania Fundacji Dzieci Niczyje "to kolejny punkt „walenia” w rodzinę, ponieważ w tej chwili tego typu pomysłów i decyzji władz mamy coraz więcej"

Tak po prawdzie wdzięczny jestem fundamentalistom za tę istną powódź mądrości. Konkretnie zaś za to, że po raz kolejny padło sakramentalne oskarżenie o „atak na rodzinę”. Dziwnym trafem tego rodzaju oskarżenie pada ZAWSZE w przypadku, w którym prawica chce coś skrytykować.

In vitro - Atak na rodzinę, a poza tym dziecko jest „sztucznie poczynane”.
Prawo do aborcji - Atak na rodzinę, bo „dzieci są mordowane”.
Edukacja seksualna - Atak na rodzinę, bo rodzice mają prawo do etc.
Pigułka dzień po - Atak na rodzinę, bo młodzież nie będzie słuchać rodziców.
Antykoncepcja – Atak na rodzinę, bo to „zamykanie się na życie”.
Związki partnerskie - Atak na rodzinę, bo konstytucja.
Konwencja antyprzemocowa – Atak na rodzinę "bo gender"
Gender studies – Atak na rodzinę, bo płeć kulturowa.
Sklepy czynne w niedzielę – atak na rodzinę.

A teraz przyszedł czas na „oczywistą oczywistość”. Wszystkie wymienione przeze mnie punkty łączy jedno. Cóż takiego? Ano to, że Kościół katolicki je zaciekle zwalcza. Śmiem twierdzić, że hasło „atak na rodzinę” zostało ukute przez naszych purpuratów. Wymyślili oni (całkiem słusznie), że część wierzących chętniej stanie w „obronie rodziny” (bo w domyśle swojej też będą bronić), niż w „obronie Kościoła”. Poza tym, dzięki temu hasłu, Kościół może się wtrącać dosłownie we wszystko, w co mu się podoba. Gdyby ktoś się jakiegoś biskupa zapytał: „no ale, księże biskupie, czemu robicie to, co robicie?”; purpurat odpowie „ja tylko bronię rodziny, synu!”. To nie tak, że Kościół się wtrąca do ustawodawstwa w kraju! Nic z tych rzeczy – Kościół jedynie staje w „obronie rodziny”. Jeśli ktoś ma inne (niż Kościół) zdanie na jakiś temat, to nie krytykuje Kościoła – o nie, on „atakuje rodzinę”. Genialne w swojej prostocie i cholernie skuteczne. A że ów argument brzmi debilnie? Kogo to obchodzi. Przecież chodzi o to, żeby wbić wiernym w głowy jakieś nośne hasełka z nadzieją, że żaden z nich nie siądzie i nie pomyśli „no ale cholera jasna, o co chodzi z tym in vitro? Przecież to, że Kowalscy mają dzieciaka z in vitro nie jest atakiem na rodzinę – to tę rodzinę wspiera!”. Rzecz jasna, jeśli wierny siądzie, przemyśli i uzna, że Kościół przegina pałę, to się nagle okazuje, że „popierając in vitro stawia się poza Kościołem”. Z niecierpliwością czekam na kolejne punkty, które Kościół dopisze do listy rzeczy „atakujących rodzinę”.

Co się zaś tyczy fanatyków religijnych, którzy krytykują kampanię społeczną Fundacji Dzieci Niczyje. Ja wiem, że na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby Kościół za pomocą swoich dronów usiłował torpedować akcję anty-pedofilską, ale biorąc pod rozwagę poziom intelektualny tych ludzi, brzmi to jak wyjątkowo nieśmieszny żart. Najprawdopodobniej przyczyną, dla której zaczęli ujadać i krytykować tę kampanię jest ich wrodzona (bądź też wyuczona) głupota. Głupota, która nie pozwala im zrozumieć tego, że swoim postępowaniem szkodzą tylko i wyłącznie dzieciom. Fanatyzm religijny nie pozwala im pojąć tego, że w Polsce katolickiej dzieci padają ofiarami przemocy seksualnej i że wałęsowska metoda „nie chcesz Pan mieć gorączki, stłucz Pan termometr” (która w tym przypadku sprowadza się do niemówienia o przemocy seksualnej) – jest cokolwiek nieskuteczna. Warto również na przyszłość zapamiętać sobie to, że ludzie, którzy (za przeproszeniem) najczęściej wycierają sobie mordy „dobrem dzieci” w tym konkretnym przypadku stanęli po stronie pedofilów.

Źródła:

http://www.radiomaryja.pl/informacje/kontrowersyjne-bilbordy-na-ulicach-warszawy/

http://wyborcza.pl/1,91446,17581870,GADKI___rusza_kampania_FDN_dot__wykorzystywania_seksualnego.html#ixzz3WFr3VSgT

http://wyborcza.pl/1,75478,17701242,Kampania_o_wykorzystywaniu_seksualnym_dzieci_sola.html#ixzz3WGH46zDC

Informacje o kampanii (strona FDN)

http://www.fronda.pl/a/fundacja-dzieci-niczyje-probuje-uderzac-w-rodzine,49073.html

czwartek, 2 kwietnia 2015

Kaja Godek – kafar Episkopatu

Kilka dni temu portal Wyborcza.pl opublikował list Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian" pt. „Kaja Godek nie ma skrupułów, miażdży godność dzieci w ideologicznym celu. A publiczna TV jej na to pozwala”.

Po przeczytaniu wspomnianego listu, wygrzebałem w internecie odcinek programu „Bez retuszu”, do którego się odnosił (oglądania programu nie polecam osobom o słabych nerwach). Dość powiedzieć, że wypowiedzi Kai Godek były w 100% zgodne z biskupią narracją (pełną pogardy dla metody in vitro, rodziców, którzy zdecydowali się na skorzystanie z tej metody i samych dzieci „z bruzdami”). Rzecz jasna, list „Naszego Bociana” spotkał się z reakcją Kai Godek i właśnie o tym będzie niniejsza notka.

„Gazecie Wyborczej” i jej ideowym kolegom składam serdecznie podziękowanie za nagłośnienie problemu krzywdzenia dzieci pochodzących z zapłodnienia in vitro” - odezwała się osoba, która wraz z kolegami z Episkopatu i tuzami w rodzaju księdza Oko usiłuje doprowadzić do tego, żeby ludzie się brzydzili dzieciakami z in vitro (bo wiadomo, że wraz z obrzydzeniem przyjdzie nienawiść). A to „bruzda dotykowa” (Longchamps de Bérier), a to „twory frankensteina”(Pieronek), a to „poczynanie na szkle” i „zwierzęca metoda”.

Kaja Godek: „Uwadze wielu osób umyka jednak fakt, że samo powołanie do życia metodą in vitro jest uwłaczające dla poczynającego się w ten sposób dziecka”.

No, a poza tym te bruzdy...

„W klinikach sztucznego rozrodu istnieją tzw. „pokoje M”, czyli „pokoje dla panów”, gdzie pośród stosu pisemek pornograficznych przyszli ojcowie oddają do plastikowego pojemnika materiał genetyczny, z jakiego mają powstać ich dzieci”.

Nie żaden „materiał genetyczny” tylko dzieci niepoczęte! Obsesja na punkcie cudzych genitaliów i tego co, kto i gdzie z nimi robi to wizytówka Kościoła i jego świeckich pomocników.

„Klucz do takich pokoi otrzymuje się na 20 minut, po tym czasie należy przekazać pracownikowi kliniki pobrane nasienie, które poddawane jest kolejnym laboratoryjnym procedurom i w końcu łączone z komórkami jajowymi uzyskanymi od kobiety. W ten sposób powołuje się do istnienia dziecko (a najczęściej kilkoro dzieci)”.

Plemniki łączy się z komórkami jajowymi... Potworność...

„Zdarza się, że z takiego pokoju trzeba korzystać kilkakrotnie zanim materiał uda się pobrać – upokorzenie rodzi stres, a to nie ułatwia klientom ‘pobrania’”.

I w tym miejscu nawet bez specjalistycznej wiedzy widać, że pani Kaja pisze wierutne bzdury. Bo jakby to wyglądało w praktyce? „Panie Henryku, ma pan 20 minut, bo potem w kolejce jest pan Łukasz. Jeśli się pan nie wyrobi, to będzie pan musiał poczekać aż się zrobi okienko po panu Stefanie”. Gdyby w klinikach faktycznie był taki ruch, że "okienko" dla mężczyzny miało by 20 minut, to w jaki niby sposób można by było z tego pokoju "korzystać kilkakrotnie zanim materiał uda się pobrać"?

Poza tym jest jeszcze jedna sprawa, o której pani Kaja nie ma pojęcia (swoją drogą - pasowałoby uzupełnić wiedzę przed zabieraniem głosu na dany temat). Mężczyzna, który przyszedł z partnerką do kliniki in vitro prawie na pewno ma za sobą badanie nasienia (wbrew twierdzeniom przeciwników in vitro – nie jest to metoda, na którą ludzie decydują się bez uprzednich badań). I niech pani Kaja zgadnie, w jaki sposób pobiera się od mężczyzny próbki do badania? Skoro sobie taki Kowalski poradził z oddawaniem nasienia w celach diagnostycznych, to poradzi sobie też w klinice in vitro.

„Promotorzy sztucznego rozrodu zapierają się, że dzieci z in vitro to dzieci z miłości”.

Rodzice dzieciaków z in vitro mają dokładnie takie samo zdanie na ten temat.

„Wypada zapytać: z miłości do kogo? Czy do rozebranej modelki z pornogazety w pokoju dla panów?”

Czy tylko mnie się wydaje, że gdyby kliniki in vitro wprowadziły zarządzenie „masturbacji w celu pobrania nasienia należy dokonywać tylko i wyłącznie w trakcie myślenia o swojej partnerce”, pani Kaja zapałałaby gorącą miłością do tej metody?

„Jakie poczucie funduje się dziecku poczętemu tą metodą?”

A co to w ogóle za argument? Skoro nie można było dziecka „począć” inną metodą, to jaki wybór miała para? Niech się pani Kaja zapyta jakiegoś dzieciaka z in vitro o to, czy „trudno mu się żyje ze świadomością, że jego ojciec masturbował się w klinice in vitro”. Śmiem twierdzić, że najłagodniejszą odpowiedzią, z którą zetknęłaby się pani Kaja, byłoby „czy panią już do szczętu poje***ło?”

„Czy ciężar świadomości, że jego życie rozpoczęło się w opisany powyżej sposób to dla lobbystów in vitro naprawdę czysta abstrakcja?”

To JEST czysta abstrakcja. Nikt, komu propaganda fanatyków religijnych nie wyżre mózgu, nie będzie się zastanawiał nad takimi pierdołami. Rzygać się chce od retoryki ludzi, którzy na wszelkie możliwe sposoby próbują wykazać, że dzieciaki z in vitro są „gorsze”. Pani Kaja zachowuje się jak gówniarz, który biega za innym dzieciakiem i wrzeszczy na niego, że był „adoptowany”, tylko po to, żeby poczuć się lepiej.

„Czy kogoś dziwi, że w chwili, gdy opisuje się przebieg procedur sztucznego zapłodnienia, siedzące w telewizyjnych studiach osoby uwikłane w ten biznes dostają histerii? Że nie przechodzi im długo po programie?”

Dziwi mnie to, że kogoś takiego w ogóle zaprasza się do studia tylko po to, żeby ział nienawiścią do wszystkiego, co „inne”. Ponadto, nie jest histerią sytuacja, w której ktoś jest tak bardzo zszokowany zbydlęceniem swojego rozmówcy, że nie jest w stanie wypowiedzieć słowa (względnie – jest w stanie wypowiedzieć ich wiele, ale prawie wszystkie są niecenzuralne). Mało kto jest w stanie dyskutować z osobami pokroju Kai Godek. Tak samo, jak mało kto wytrzymałby sytuację, w której jakiś obcy człowiek wlazł mu do mieszkania, zdemolował wszystkie pomieszczenia, wysmarował ściany fekaliami, podarł album ze zdjęciami bliskich i na końcu powiedział, „ok, przyszedłem do pana, żeby porozmawiać moich zastrzeżeniach do metody in vitro”.

„Dostają jej z pewnością z co najmniej dwóch powodów.”

Jednym z nich jest Pani bezmyślność, a drugim to, że daje im Pani odczuć to, że bezgranicznie nimi pani gardzi.

„Uświadomienie sobie, że własnemu dziecku zrobiło się krzywdę, musi potwornie boleć.”

Przypomnijmy – tą krzywdą jest fakt, że ojciec dziecka masturbował się w klinice in vitro.

„Dyskomfort rodzi się też być może z tego, że grupy oficjalnie podające się za miejsca wsparcia rodziców korzystających z in vitro to de facto tajna broń przemysłu sztucznego rozrodu”

Dlatego, że nie tłumaczą rodzicom, że ich dziecko będzie gorsze od dzieci pani Kai Godek?

„Zajmują się naganianiem klientów i robieniem pijaru klinikom.”

Wydaje mi się, że każdy, kto nie mówi „in vitro to szatan, zło i zniszczenie”, w opinii pani Kai „robi pijar klinikom”.

„Tak jak Wanda Nowicka brała pieniądze od biznesu aborcyjnego, tak owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki.”

Nawet jeśli jakieś koncerny faktycznie płacą tym stowarzyszeniom, to co z tego? A skoro już jesteśmy przy pieniądzach - ciekaw jestem, czy pani Kaja Godek, będąca członkiem zarządu fundacji „pro prawo do życia” (od dnia 28-05-2014, o ile dobrze odczytuję dane z KRS), za swoją „pracę” w fundacji (tj. próby wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, zakazu edukacji seksualnej i obwożenie po Polsce zdjęć pokawałkowanych płodów) otrzymuje jakieś wynagrodzenie, czy też działa na zasadzie pro publico bono?

„Gazetę Wyborczą i jej pomagierów proszę jedynie o niewykręcanie kota ogonem. To wy lobbujecie za tym, aby poczynanie ludzi w sposób im uwłaczający zostało zalegalizowane stosowną ustawą. Atakujecie osoby, które pokazują ciemną stronę in vitro, bo jesteście przerażeni tym, co sami propagujecie…”

Wyobraźmy sobie sytuację, w której jakiś człowiek – nazwijmy go pan Iksiński – zostaje zaproszony do studia TV w celu wzięcia udziału w dyskusji na jakiś temat. Program się rozpoczyna, dyskusja toczy się na żywo, nagle pan Iksiński wstaje i wymiotuje kolejno na każdego uczestnika. Obrzygani przez Iksińskiego ludzie nie są z tego zadowoleni i dają temu wyraz w rozmowie z dziennikarzami jednej z gazet. Gazeta opisuje całe zajście oraz dodaje komentarz „obrzyganych”. Iksiński czyta uważnie artykuł w gazecie i nagle wzbiera w nim słuszny gniew: „No przecież ja tylko dyskutowałem i przestawiałem swoje argumenty. Jesteście przerażeni tym, co sami propagujecie!”

Retoryka Kościoła, który od upadku PRL szuka sobie kolejnego „wroga klasowego” (wokół walki z którym mógłby znowu skupić wiernych), staje się coraz bardziej histeryczna. Coraz więcej w niej nienawiści do bliźniego. Coraz więcej pogardy dla „innych”. Dlatego właśnie kościelnymi agentami wpływu są ludzie pokroju Tomasza Terlikowskiego i Kai Godek. Nie chodzi o dyskusję z ludźmi o odmiennych poglądach – chodzi o to, żeby tych ludzi pognębić. Zamiast wierzących intelektualistów i filozofów do rozmów z „niewiernymi” posyła się kafary, których jedynym zadaniem jest „zmiażdżenie heretyków”. 

Kościół mógłby, co prawda, po prostu oświadczyć: „nam się metoda in vitro nie podoba, ale rozumiemy, że nie wszyscy są wierzący i nie wszyscy muszą nas słuchać”. Zamiast tego mamy do czynienia ze skrajnym przypadkiem dehumanizacji dzieciaków z in vitro. Co prawda, ktoś tam kiedyś powiedział „będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”, ale dla Kościoła dzieciaki z in vitro nie są „bliźnim”, bo „nie poczęły się w sposób naturalny” - zostały „wyprodukowane na szkle” za pomocą „zwierzęcej metody”. Sam Kościół twierdzi, że nie wyklucza nikogo, tyle że wypowiedzi hierarchów (oraz usłużnych w rodzaju ks. Oko, Tomasza Terlikowskiego etc.) stoją w jawnej sprzeczności z tymi deklaracjami. Tym samym - „przykazanie miłości” (cytowane wcześniej) zostało zamienione na przykazanie nienawiści, które brzmi mniej więcej tak „będziesz nienawidził tego, kogo ci wskażemy”.

sobota, 28 lutego 2015

Andrzej Duda – człowiek z amnezji

Źródło: Materiał wyborczy Andrzeja Dudy


Zastanawiam się nad tym, czy sztabowcy Andrzeja Dudy są niedoinformowani, czy też liczą na krótką pamięć społeczeństwa. Powoływanie się na olane przez PO projekty obywatelskie (z których niektóre były obywatelskie tylko z nazwy, ale o tym dalej) to lekka kpina. Choćby dlatego, że PiS pod tym względem nie różnił prawie w ogóle od PO.

Ktoś pamięta może 140 tysięcy podpisów pod wnioskiem o odwołanie Romana Giertycha z funkcji Ministra Edukacji Narodowej? Ja pamiętam. Pamiętam również to, jak PiS-owcy (za przeproszeniem) rżnęli głupa twierdząc, że oni żadnych podpisów nie widzieli.

Ktoś może pamięta, jak chciano zorganizować referendum, w którym Polacy mieliby się wypowiedzieć w temacie tego, czy chcą tarczy antyrakietowej w Polsce? Jarosław Kaczyński (ówczesny premier) powiedział wtedy, że „nie widzi żadnej możliwości zorganizowania referendum w tej sprawie”. Tłumacząc z Kaczyńskiego na polski – mam was i waszą opinię w dupie.

Pod tym względem PO - którą cenię sobie mniej więcej tak bardzo jak PiS- jawi się jako ta ostoja demokracji, bo odrzucane projekty były chociaż poddane pod głosowanie i nikt nie rżnął głupa udając, że „o nich nie słyszał”.

Swoją drogą, jestem wdzięczny kandydatowi Dudzie za to, że się postanowił oflagować i powiedzieć wprost, że jest zwolennikiem zakazu aborcji i przeciwnikiem edukacji seksualnej (bo choć projekt nazywał się „stop pedofilii”, to w praktyce skupiał się on na wyrugowaniu zalążków edukacji seksualnej, którą to edukację Kościół zwalcza zawzięcie odkąd do szkół weszła religia).

I tu dochodzimy do sedna. Ani projekt „stop pedofilii”, ani też projekt, którego autorzy domagali się zakazu aborcji, nie były projektami obywatelskimi (nie były inicjatywami oddolnymi). Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że za autorami projektów stoją protektorzy w postaci purpuratów. Nie jest bowiem w naszym kraju możliwe, aby jakieś organizacje (składające się z fanatyków religijnych w rodzaju Mariusza Dzierżawskiego i Kai Godek) działały niezależnie od Kościoła. Kościół po prostu uznał, że „obywatelskie” projekty są wygodniejsze. Biskupi przekonali się bowiem o tym, że jeśli domagają się czegoś jako Kościół – spotyka się to z większym oporem, niż gdyby domagali się czegoś za sprawą „obywatelskich projektów ustaw”. Takie projekty obywatelskie to świetny sposób na maskowanie. Jeśli projekt przejdzie – Kościół będzie się cieszył (bo wreszcie będzie tak, jak sobie tego życzą purpuraci), jeśli projekt nie przejdzie – to znaczy, że „władza wystąpiła przeciwko społeczeństwu”. Teraz w tę retorykę („władza przeciw obywatelom”) wpisuje się kandydat Duda, który zapewne liczy na kilka milionów głosów, którymi w naszym kraju dysponuje Kościół katolicki.

Fajnie by było, gdyby ktoś kandydata Dudę zapytał co sądzi o tym, że po wejściu w życie ustawy o planowaniu rodziny (wprowadzenie tzw. ustawy antyaborcyjnej), olano gdzieś tak 1.200.000 podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie (z tego co mi się po łbie kołaczę – nawet tego pod głosowanie nie poddano). Czy wtedy władza również „nie słuchała Polaków”? I czy „Prezydent Duda” będzie słuchał również tych Polaków, z którymi się nie zgadza? 

Źródło:

czwartek, 29 stycznia 2015

Janusza Palikota walka z samouwielbieniem

Kiedy Janusz Palikot stworzył swoją partię, mało kto traktował go poważnie. Ot, kolejny wyskok ekscentrycznego posła specjalizującego się w trollingu na masową skalę, znienawidzonego przez prawicę (głównie tę spod znaku krzyża). Pomysł, że polityk ten cokolwiek w wyborach 2011 ugra, wielu komentatorom wydawał się wręcz komiczny. Najgłośniej śmiali się działacze SLD, którzy uważali, że co jak co, ale lewica parlamentarna jest w Polsce zabetonowana. Wyniki wyborów były dla wielu sporym zaskoczeniem. Nietęgie miny mieli zwłaszcza działacze SLD, gdy okazało się, że Palikot ze swoim „śmiesznym projektem” wszedł do parlamentu z 3 miejsca, a SLD z 5-go. Udała się mu bardzo trudna rzecz – wprowadził do polskiego parlamentu nową partię. Dotychczasowe „nowe partie” (takie jak PO i PiS) składały się z polityków, którzy masowo ewakuowali się ze swoich partii macierzystych (po tym, jak udało się im je rozpieprzyć – AWS, UW, PC i inne). Wcześniej do parlamentu dostał się Roman Giertych ze swoją Ligą Polskich Rodzin, ale udało się mu to tylko i wyłącznie dlatego, że promował go Tadeusz Rydzyk (o czym LPR-owcy boleśnie przekonali się w 2007 roku, kiedy to przerżnęli wybory parlamentarne, bo miłość „Ojca Dyrektora” przeniosła się na PiS).


Od politycznego sukcesu Janusza Palikota minęło niecałe 3,5 roku. W partii, która zmieniła nazwę na „Twój Ruch”, mało kto został. 2014 był rokiem, w którym polityk poniósł dwie klęski wyborcze. Pierwsza – w wyborach do Europarlamentu, w których wynik wyborczy Europy+ był gorszy od wyniku partii założonej przez Zbigniewa Ziobrę. Klęską skończył się również start TR w wyborach samorządowych. W międzyczasie klimat polityczny wokół Palikota zmienił się do tego stopnia, że w wyborach samorządowych TR nie udało się zarejestrować list wyborczych we wszystkich województwach. Innymi słowy - nie było chętnych do startowania. Po porażce w eurowyborach Janusz Palikot zapowiadał „wyciągnięcie wniosków z tego, co się stało”. Nie za bardzo wiadomo jakie to były wnioski, bo obszernego wywiadu udzielił na łamach Dużego Formatu dopiero po drugiej klęsce wyborczej. I muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem tego, jak bardzo mylnie ocenił on przyczyny katastrofy politycznej, w którą zmienił się eksperyment o nazwie „Twój Ruch”. W moim mniemaniu, przyczyną tejże katastrofy było i jest ego Janusza Palikota. Pozwolę sobie zacytować:


„Nie będę walczył z wiarą i tylko tyle się zmieniło, bo nadal jestem antyklerykalny. Zażądaliśmy od ludzi zbyt dużego wysiłku. Społeczeństwo, które chrzci i oddaje dzieci na lekcje religii, by mieć święty spokój, dostało od nas zbyt wysoką poprzeczkę.”


Przyznam szczerze, że ten fragment czytałem kilkukrotnie. Nie byłem bowiem w stanie uwierzyć w to, że szef TR jest aż tak zarozumiały. Okazuje się bowiem, że to nie Palikot zawiódł społeczeństwo, tylko społeczeństwo zawiodło Palikota. Społeczeństwo, które po prostu nie dorosło do tego, co chciał zrobić. Pomijając już fakt, że tego rodzaju wypowiedzi, stawiają go w jednym rzędzie z Jarosławem Kaczyńskim (do którego geniuszu społeczeństwo polskie nie dorosło [dorósł za to „naród”]), jest to diagnoza bardzo mylna. Właśnie ci ludzie, którzy (z przymusu) „chrzczą dzieci i oddają je na lekcje religii”, głosowali na Palikota. Po co? Właśnie po to, żeby mieć spokój i nie musieć już uczestniczyć w tego rodzaju jasełkach bez ryzyka ostracyzmu społecznego. Kościelne drony opowiadają na lewo i prawo o tym, jak to w Polsce „katolików się prześladuje”. Prawda jest jednak taka, że nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, w którym para katolików nie wzięłaby ślubu kościelnego (nie ochrzciła dziecka itp.) tylko i wyłącznie dlatego, że otoczenie im tego zabroniło. Tak samo, jak nie spotkałem się z sytuacją, w której ktoś posłał dziecko na etykę tylko dlatego, żeby dzieciak nie miał problemów z rówieśnikami. Faktycznie, Kościół jest w Polsce bardzo prześladowany.


Ludzie w Polsce nie są idiotami i spora ich część widzi, że jeśli już ktoś komuś życie utrudnia w naszym kraju, to raczej Kościół niewierzącym niż niewierzący Kościołowi. I dlatego głosowali na kogoś takiego jak Palikot. Kogoś, kto w ich opinii „miał jaja”, żeby się postawić funkcjonariuszom kościelnym. Ludzie ci liczyli na to, że jawnie antyklerykalna partia pomoże nieco unormować sytuację w kraju, w którym - w mieście mającym 48 tysięcy mieszkańców - proboszcz największej parafii może pełnić rolę „kadrowego” w Urzędzie Miejskim. Aczkolwiek w tym przypadku ciężko mieć pretensje do proboszcza, skoro praktycznie wszystkie stołki w UM-ach są rozdawane z klucza partyjnego – ksiądz chciał po prostu wyrównać szanse na rynku pracy.


Wyborcy głosowali na Palikota dlatego, że mieli dość sytuacji, w której grupki nawiedzeńców sterowanych przez Kościół usiłują do polskiego prawodawstwa wprowadzać rozwiązania rodem z państwa wyznaniowego (całkowity zakaz aborcji, penalizacja edukacji seksualnej etc., etc.). Janusz Palikot twierdzi, że „społeczeństwo nie było gotowe”. Na co? Na to, żeby potępić indywiduum w rodzaju profesora Chazana, który uznał, że jemu wolno łamać prawo i mieć wszystko w dupie, bo „jest wierzący”? Czy Palikot chce wszystkich przekonać do tego, że w przeciągu tych kilku lat, które dzieliły jego sukces wyborczy od porażek, sytuacja w Polsce zmieniła się tak bardzo, że nie ma żadnego zapotrzebowania na partie, które nie kryją się ze swoim antyklerykalizmem i chcą, aby Polska była krajem świeckim? Czy ktoś chce mi wmówić, że nikogo już nie wkurza, gdy przed kamery wychodzi kolejny dron katolicki i twierdzi, że „katolik nie musi przestrzegać prawa w Polsce, jeśli kłóci się ono z prawem naturalnym”? Rzecz jasna, owo „prawo naturalne” to zlepek, który ma być rodzajem karty „wychodzisz wolny z więzienia”.


Ostatnie kilka lat to okres radykalizacji Kościoła (a co za tym idzie - radykalizacji retoryki usłużnych polityków i dziennikarzy). Ponieważ niniejszy blog i fanpage prowadzę od końcówki roku 2012, jestem w stanie w telegraficznym skrócie przypomnieć retorykę i działania organizacji, którymi (czasem wprost) steruje Kościół:


1) Dwie próby zaostrzenia prawa aborcyjnego (obie dotyczyły odebrania kobietom prawa do terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu).
2) Próba wprowadzenia zakazu edukacji seksualnej.
3) Szczucie ludzi na dzieciaki z in vitro i demonizowanie tej metody.
4) Walka z edukacją seksualną (piętnowanie pracy, którą wykonuje np. Ponton).
5) Próby wytłumaczenia, że 11-13 letnie dziewczynki są gotowe do macierzyństwa (mowa tu, rzecz jasna, o ofiarach gwałtu).
6) Sprawa profesora Chazana.
7) Szczucie ludzi przeciwko idei związków partnerskich, adopcji dzieci przez osoby homoseksualne itd.
8) Stygmatyzacja osób homoseksualnych.
9) Wielokrotne próby zrzucenia odpowiedzialności za przypadki pedofilii w Kościele na jej ofiary.
10) Walka z gender studies (czyli po katolicku - z „ideologią gender”).
11) Walka z europejską konwencją antyprzemocową.
12) Łańcuchowe pozwy o „obrazę uczuć religijnych”. 


I na tym poprzestanę, choć lista mogłaby być znacznie dłuższa. Każda z wyżej wymienionych sytuacji wywołała olbrzymi shitstorm i oburzenie sporej części społeczeństwa. Z tego natomiast wniosek płynie taki, że partia antyklerykalna miała pole do popisu i do zwiększenia poparcia.


Chciałbym ponadto przypomnieć Januszowi Palikotowi, że jedną z przyczyn zwycięstwa SLD w 2001 były obietnice zbudowania świeckiego państwa (towarzysz ministrant Leszek Miller zmienił zdanie w tej materii, ale dopiero po wyborach). Czemu Palikotowi i jego partii nie udało się odnaleźć w takich sprzyjających warunkach? Najprawdopodobniej dlatego, że za nośnymi hasłami „walka o świeckie państwo” nie stało nic. Była to po prostu pusta retoryka, którą wyborcy TR bardzo szybko przejrzeli. Aby nie być gołosłownym. Pochyliłem się swego czasu nad dwiema debatami sejmowymi. Jedna z nich dotyczyła zaostrzenia prawa aborcyjnego, druga penalizacji edukacji seksualnej (o drugim projekcie można przeczytać tutaj) . Zanim zacząłem oglądać debaty, przeczytałem dokładnie uzasadnienia autorów tych projektów. Obydwa były po prostu idiotyczne. W jednym można było przeczytać, że „letalna wada płodu nie musi być śmiertelna, bo może się samoistnie cofnąć”. Poza tym „medycyna tak szybko idzie do przodu, że nie można orzec, która wada jest nieuleczalna!”. W drugim przypadku (w projekcie, który miał w zamierzeniu „chronić dzieci przed pedofilią”) w uzasadnieniu był jeden wielki hejt na edukację seksualną i „demoralizację dzieci” - co to miało wspólnego z „ochroną przed pedofilią”? Tego nie wiem.


Argumentacja autorów tych projektów była kolejnym przykładem „argumentum ad zdupum”. W takiej sytuacji przeciwnicy tych projektów (a do takich zaliczali się przecież posłowie i posłanki partii Janusza Palikota) powinni dokładnie przeczytać uzasadnienia tych projektów, a potem „rozjechać” ich autorów z mównicy sejmowej. Zważywszy na idiotyzmy, które powypisywano w tych uzasadnieniach, byłoby to dziecinnie łatwe (poza tym pokazałoby społeczeństwu, że fanatycy religijni są całkowicie oderwani od rzeczywistości). Nikt z partii Palikotowej nie odniósł się słowem choćby do tych uzasadnień. Zamiast tego w sejmie nastąpiło zwyczajowe pokrzykiwanie. Czemu nikt nie skomentował słowem tych idiotyzmów? Zapewne dlatego, że nikomu nie chciało się przeczytać kilkustronicowego uzasadnienia projektu. Owszem – posłom i posłankom z SLD również nie chciało się tego przeczytać, ale to Palikot i jego świta mieli być „nową, lepszą lewicą”.


Parafrazując Palikota, jego koledzy partyjni sami sobie podnieśli poprzeczkę zbyt wysoko i nie byli gotowi na tak „duży wysiłek”, jakim jest merytoryczna krytyka fanatyzmu religijnego, który non stop podnosi łeb w naszym kraju. Jeśli Janusz Palikot tego nie widzi, to znaczy, że nie wyciągnął żadnych wniosków z porażki wyborczej (PEU 2014) i nadal uważa, że zrobił wszystko dobrze, ale społeczeństwo nie doceniło. I nawet jeśli w dalszej części wywiadu twierdzi, że „jesteśmy świadomi błędów”, to „hejt” na społeczeństwo (że wysoko poprzeczka podniesiona etc.) nieco się kłóci z tą pełną pokory deklaracją. Diagnoza Janusza Palikota dotycząca przyczyn porażek wyborczych jest raczej słabo zakotwiczona w rzeczywistości. Gdyby Palikot miał rację i gdyby faktycznie społeczeństwo „nie było gotowe” na antyklerykalną partię, to jakim cudem Palikot w ogóle dostał się do parlamentu w 2011 roku?


Drugi i ostatni fragment wywiadu, który zacytuję, jest uzasadnieniem tytułu niniejszej notki:


„Nie chcę przegrać. Stworzyłem partię od zera i nie mogę zaakceptować, że przy moich talentach miałbym przegrać z liderami obecnych partii, z kimś takim jak Piechociński czy Kopacz.”


Trzeba mieć w sobie spore pokłady samouwielbienia, żeby powiedzieć coś takiego. Janusz Palikot powinien sam sobie zadać pytanie: „jak to się stało, że w kraju, w którym liderami partii są ludzie pokroju Kopacz, Piechocińskiego, Kaczyńskiego i Millera (który jest właśnie w trakcie dobijania SLD), to właśnie moja partia poniosła sromotną klęskę dwa razy z rzędu?” Wydaje mi się, że przyczyn upadku Palikota (nie wiadomo, czy jest on ostateczny, ale póki co sporo na to wskazuje) należy szukać właśnie w jego przeświadczeniu o swojej (przepraszam za wyrażenie) zajebistości.


Nie bez znaczenia jest też to, że posłowie i posłanki z jego partii zamiast ciężkiej pracy bawili się w trolling (nierzadko prymitywny). Społeczeństwo, owszem, lubi się pośmiać, ale bez przesady. W końcu taki przeciętny Kowalski pomyśli sobie: „no dobra, żarty żartami, ale weźcie się, kurwa, do jakiejś roboty wreszcie, bo nie jesteście kabaretem”.

Źródła:

Duży Format nr 2/1113 15 I 2015

niedziela, 11 stycznia 2015

Wolność zabijania vs wolność słowa

7 stycznia doszło do masakry w siedzibie paryskiego tygodnika Charlie Hebdo. Już w pierwszy doniesieniach prasowych twierdzono, że masakry dokonali islamiści. Czemu akurat Charlie Hebdo? Dlatego, że na łamach tej właśnie gazety drwiono z islamu. Po przeczytaniu kilku artykułów na temat tego, co się wydarzyło, czekałem na zalew mądrości prawicowców (spod znaku krzyża), dla których ten akt terroru będzie kolejnym dowodem na rosnące zagrożenie „islamizacją Europy” (której, rzecz jasna, przeciwstawić się może jedynie silny kościół katolicki).

Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pierwsze prawicowe komentarze skupiały się na tym, że ofiary masakry „obrażały ludzi wierzących”. Przez moment zastanawiałem się nad powodem takiego stanu rzeczy. Kolejne komentarze wszystko wyjaśniły. Otóż – redakcja Charlie Hebdo nabijała się nie tylko z islamu, ale również z chrześcijaństwa. Tomasz Terlikowski zwrócił na ten fakt uwagę z właściwą swej kondycji intelektualnej delikatnością:

„Przypomnijmy, że panowie z Charlie Hebdo dali na okładkę Trójcę Świętą w homoseksualnym stosunku. Taki to żart i takie poczucie humoru.”

Redaktor Terlikowski nie zdaje sobie, rzecz jasna, sprawy z tego, że równie dobrze mógł napisać „no ok, zamordowano ich z zimną krwią, ale nie zapominajmy o tym, że obrażali Trójcę Świętą, więc nie byli bez winy”.

Sam zainteresowany tłumaczył się później w następujący sposób:

„Jasne, choć może tak nie było, wydawało mi się także przypomnienie o tym, jakie okładki publikował tygodnik „Charlie Hebdo”. Współczucie dla ofiar i ich rodzin nie powinno bowiem przesłaniać faktu, że z nieszczęsnych zabitych trudno uczynić ikony cywilizacji. No chyba, że uznamy,  że europejska cywilizacja opiera się na nienawiści do religii, brutalnego kpienia z Jezusa Chrystusa czy Trójcy Świętej.”

Wtórował mu Tomasz Pałasz z Ruchu Narodowego:

„Niestety, ale to, co reprezentuje sobą pismo Charlie Hebdo, którego redakcja została zaatakowana, to bynajmniej nie jest korzystanie z wolności słowa i ekspresji. To ordynarne i rynsztokowe obrazoburstwo. To deptanie i mieszanie z błotem wszystkiego, co święte. Rysunki na okładkach tego pisma dotykały nie tylko muzułmanów, ale także chrześcijan. Nie będę wam polecał szukania tych obrazków w internecie - nie róbcie tego, są skrajnie obrzydliwe."
 

"Redakcja tego pisma korzystała z panoszącego się w naszej cywilizacji przyzwolenia na gnojenie tego, co dla nas święte. Przyzwolenia na wyśmiewanie korzeni i fundamentów całej naszej cywilizacji. To nie jest wolność słowa i ekspresji, to jest najgorszy sort obrazy i rynsztokowej obrzydliwości.”

Kolejny geniusz prawicy (Marek Magierowski) próbował podważać to, że masakra w redakcji paryskiego tygodnika miała cokolwiek wspólnego z próbą ograniczenia wolności słowa:

„Sprowadzanie rzezi w Charlie Hebdo do "walki o wolność słowa" to infantylne spłycanie tematu. Jeśli jutro wybuchnie bomba w paryskim metrze, będziemy twierdzili, że to "walka o wolność podróżowania"?”

Dodał również, że ludziom solidaryzującym się z redakcją ChH na pewno nie chodzi o obronę wolności słowa, albowiem nikt nie bronił francuskiego tygodnika „Minute”, kiedy został on ukarany karą 7 tysięcy euro za antygejowską okładkę. Zadumałem się nad słowami redaktora Magierowskiego. Ciekawi mnie to, czy wolałby, aby jego redakcja („Do Rzeczy”) została ukarana za jakąś okładkę karą finansową, czy też żeby do jej siedziby wpadło kilku jegomościów z bronią palną i rozstrzelało kilkunastu kolegów pana Magierowskiego.

W miarę pojawiania się kolejnych komentarzy można się było dowiedzieć, że wszystkiemu zawiniły: liberalizm, multikulturowość, laicyzacja Europy, wolność obrażania uczuć religijnych etc. Praktycznie każdy komentarz wyglądał podobnie: „nie popieram ataków terrorystycznych, ale to pismo przesadzało”. Inne były o wiele bardziej bezpośrednie: „po tym, jak zobaczyłem te okładki, popieram islamistów - dobrze zrobili!”. Dość powiedzieć, że można było uświadczyć w tych komentarzach bardzo niewiele współczucia dla ofiar i ich rodzin (a jeśli już się ono pojawiało, było wstępem do „zasłużyli sobie”). 

Radykalizm nasz powszedni

Reakcja polskich fanatyków i radykałów pokazuje bardzo wyraźnie, że nie różnią się oni praktycznie w ogóle od ludzi, którzy zlecili dokonanie masakry w redakcji Charlie Hebdo. Przesadzam? Niestety nie. Chyba każdy pamięta kościelno-prawicową histerię, która wybuchła w trakcie „sprawy Chazana”? Tak samo, jak każdy pamięta to, że nasi „obrońcy kościoła” z pianą na ustach darli się: „prawo boskie ponad prawo stanowione!”. Mordercy, którzy dokonali egzekucji na redaktorach z Charlie Hebdo wyszli z tego samego założenia. Ktoś może powiedzieć „no, ale gdzie Rzym, a gdzie Krym, przecież nasi jedynie jazgotali, a tamci dokonali mordu”. Odpowiadam tedy – nie chodzi o samą sytuację, a o mechanizm. Jeśli ktoś w pewnym momencie uzna, że może łamać prawo (demolowanie centrów miast, gwałty, pobicia, podpalenia etc.) w imię swojej religii (lub w imię wyznawanych wartości, jakiekolwiek by one nie były) droga od tego do mordowania niewiernych (albo „wieszania zdrajców narodu” - to taki wyimek z retoryki Ruchu Narodowego) nie jest wcale daleka. A jeśli odpowiednio długo będzie się ludziom sączyć jad do łbów, ktoś wreszcie może wpaść na pomysł, że „trzeba się poświęcić dla dobra kraju!” i postanowi zamordować kilka osób (bo są „zdrajcami ojczyzny”, „sługami Putina” itp.).

Wolność słowa

Problematykę wolności słowa pięknie podsumował Krzysztof Bosak na swoim mikroblogu:

„Wolność słowa jest wartością, ale zawsze ma swoje granice. Jestem przeciwny akceptacji czy prawnej dopuszczalności bluźnierstw przeciw temu co święte w chrześcijaństwie i czuję pewną solidarność z przedstawicielami innych wielkich religii, którzy również są urażeni bluźnierstwami przeciw ich religii.”

Wypowiedź godna kacyka partyjnego, który na zjeździe KC, przed kamerami próbuje uzasadniać potrzebę wprowadzenia cenzury. Wolność słowa albo jest, albo jej nie ma. Albo mamy wolność słowa, albo mamy cenzurę. Zastanawiam się, czy Krzysztof Bosak nie widzi tego, jak bardzo idiotyczna jest jego wypowiedź (kiedy osadzi się ją w kontekście naszego polskiego piekiełka), czy też po prostu celowo nie zwraca na to uwagi? Jakiż to kontekst? Ano taki, że ludzie, którzy najgłośniej domagają się karania „obrazy uczuć religijnych”, tak samo głośno drą ryje: „cenzura, cenzura!”, kiedy nie pozwala się im nazywać gejów „pedałami” (a próby wyrugowania burackiego słownictwa z debaty publicznej nazywają „homoterrorem”). Inną częścią składową tego  szerszego kontekstu jest fakt, że w Polsce art. 196 jest traktowany, jako idealny środek do promowania własnej osoby (vide - Andrzej Jaworski, który pozywał Adama „Nergala” Darskiego przy okazji każdych wyborów). Czasem też próbuje się za pomocą tego artykułu usunąć niewygodnych ludzi ze stanowisk (tak jak w przypadku komendanta radomskiej policji).

Wypowiedź Krzysztofa Bosaka sprowadza się do prostej rzeczy - „mnie, jako katolikowi, ma być wolno więcej niż niekatolikom”. Pragnę zwrócić uwagę pana Krzysztofa na to, że ludzie, którzy zlecili egzekucję w redakcji Charlie Hebdo, wyszli z tego samego założenia. Oni też uznali, że im wolno więcej. A skoro nikt nie chciał słuchać ich utyskiwań na to, że „rysunki nas obrażajo”, postanowili zamordować kilkanaście osób, żeby pokazać, jak bardzo czuli się obrażeni.

Zabić rysownika!


Wszystkim prawicowym komentatorom, którzy boleją nad „laicyzacją Europy” i nad tym, że rysownicy z Charlie Hebdo „obrażali uczucia religijne”, należałoby przybliżyć znaczenie słowa „dysproporcja”. Z jednej bowiem strony mamy rysowników, którzy potrafili na okładkę pisma wrzucić Trójcę Świętą uprawiającą seks analny – z drugiej zaś strony mamy wyszkolonych morderców, którzy dokonali egzekucji na tych rysownikach.

Być może trzeba to napisać prościej – kilkanaście osób zamordowano dlatego, że komuś nie spodobały się jakieś rysunki.

Ja wiem, że jakiś zabłąkany prawicowiec, który przez przypadek trafił na ten blog, właśnie zbiera się do napisania „no, ale na tych rysunkach było(...)”. I takiemu prawicowcowi odpowiadam – gówno mnie obchodzi, co na tych rysunkach było. To były TYLKO rysunki. Nawet, jeśli te rysunki raniły czyjeś „uczucia religijne”, to nadal pozostawały TYLKO rysunkami i niczym więcej. Polskiej prawicy, która nagle zapałała uczuciem do islamskich fundamentalistów (bo ci to potrafią bronić swoich „uczuć religijnych!”), przypominam, że dla tychże fundamentalistów „obrazą uczuć religijnych” jest również to, że ktoś nie jest muzułmaninem (albo nim jest, ale nie dość hardkorowym).

Cudza wiara, jako narzędzie

Przekaz, który płynie z prawej strony w Polsce jest prosty: „wszystkiemu jest winna laicyzacja!”. Ci bardziej hardkorowi prawicowcy, przebąkują coś na temat pomysłu, że gdyby w Europie było więcej nacjonalizmu, nie istniałby problem radykalnego islamu. Tym wszystkim ludziom chciałbym przypomnieć, że nagły przypływ nacjonalizmu w pierwszej połowie XX wieku skończył się kilkudziesięcioma milionami ofiar i zdemolowaniem większej części kontynentu. Czy to znaczy, że Europa nie ma problemu? Owszem, ma. Nie jest nim jednak islam jako taki (bo trzeba być niespełna rozumu, żeby każdego muzułmanina traktować jak potencjalnego mordercę, który wprost rwie się do założenia pasa szahida i wysadzenia się na jakimś dworcu kolejowym). Problemem jest to, że Europa nie potrafi sobie poradzić z ludźmi, którzy traktują cudzą wiarę jako narzędzie. Przywódcy fundamentalistów islamskich są przez ogół uznawani za świrów religijnych, którzy są gotowi umrzeć za wiarę. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to czemu sami nie zakładają pasów szahida i nie wysadzają się w centrach miast? Czemu do tego (jakże „chlubnego”) zadania oddelegowują innych ludzi (z mózgami wypranymi bredniami o życiu wiecznym za mordowanie niewiernych)? Dlatego, że mają całą tę wiarę w głębokim poważaniu. Potrafią, co prawda, cytować Koran z pamięci i wytłumaczyć maluczkim, dlaczego to oni powinni ginąć za wiarę, ale nie oznacza to, że sami są gotowi do takiego poświęcenia.

Jaki cel przyświeca radykałom islamskim? Moim zdaniem, przejęcie władzy nad Europą i zamiana jej w "Kalifat Europa", którym straszył nas niedawno redaktor Terlikowski, jest niemożliwe. Najprawdopodobniej chodzi więc o wzmocnienie antagonizmów międzyreligijnych i międzyrasowych. Mechanizm jest dość prosty – wysyłamy kilku egzekutorów do redakcji jakiegoś pisma. Media huczą o kilkunastu ofiarach śmiertelnych, winą obarcza się, co prawda, radykalnych islamistów, ale kto by tam odróżnił zwykłego muzułmanina od radykalnego?

Każda tego rodzaju akcja to woda na młyn dla wszelkiej maści ruchów nacjonalistycznych, które zaczynają głośno mówić o tym, że islam trzeba wywalić z Europy (w domyśle: wywalić z niej wszystkich muzułmanów, bo przecież nie wiadomo, który jest radykałem, a który nie). Co bardziej krewcy nacjonaliści mogą zacząć samodzielnie wymierzać sprawiedliwość (i tłuc każdego kto „wygląda na Araba”, tak jak jeden z przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej w moim rodzinnym mieście – bił każdego, kto „wyglądał na Żyda”). Im więcej będzie przypadków pobić i innych aktów przemocy, tym więcej radykalni islamiści będą mieli argumentów, żeby „zabijać niewierne psy, które uciskają muzułmanów”. Rzecz jasna, zabijać będą pionki, król się przecież nie poświęci. W ten mechanizm idealnie wpisuje się retoryka polskiej skrajnej prawicy, która twierdzi, że „rozwiązaniem problemu byłaby ponowna chrystianizacja Europy, nacjonalizm i zwalczanie islamu”. To, co proponują polscy prawicowcy, jest niczym więcej, jak dolaniem (sporej ilości) oliwy do ognia.

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że radykalne organizacje islamskie mają swoich sponsorów, którzy łożą na „obronę islamu” niemałe kwoty. Dzięki tym „datkom” przywódcy radykalnych organizacji (chodzi mi o te, które zagnieździły się na Zachodzie) mogą sobie bardzo wygodnie żyć. Ich sytuacja jest bez porównania lepsza od szefostwa organizacji, które siedzą sobie w krajach arabskich, bo tam zawsze jest ryzyko wizyty oddziału izraelskich komandosów (względnie – odwiedzin amerykańskiego drona uzbrojonego w pociski AGM-114 Hellfire). Na Zachodzie taki boss żyje sobie całkiem wygodnie, nie robiąc nic ponad szczucie jednych ludzi na innych. Im bardziej zaogniona jest sytuacja, tym więcej datków od arabskich miliarderów „zaniepokojonych prześladowaniami muzułmanów w Europie” i tym większa zawziętość „pionków”, których bossowie potrzebują, bo przecież sami się nie będą wysadzać w powietrze (wiara wiarą, ale kasa kasą). Pusty śmiech budzić może „analiza” Krzysztofa Bosaka, który stwierdził, że sytuację może poprawić wprowadzenie do francuskiego kodeksu karnego penalizacji „obrazy uczuć religijnych”. Tak, panie Krzysztofie. Mamy do czynienia z cynicznymi graczami, którzy wszystko potrafią sprowadzić do poziomu wiary (zupełnie, jak nasi rodzimi fundamentaliści) – dajmy im jeszcze amunicję w postaci prawa chroniącego ich „uczucia religijne”. Ciekawe, jak długo trzeba by czekać na pierwsze pozwy za to, że „niewierna była wyzywająco ubrana, czym zraniła moje uczucia religijne”. Walka z fundamentalizmem islamskim na płaszczyźnie religijnej jest walką, której wygrać się nie da. Dlatego, że stan wojny religijnej jest motorem napędowym tych organizacji. Tym samym wszystkie rady o „chrystianizacji Europy” można spiąć klamrą z podpisem „jak w prosty sposób wywołać wojnę religijną w Europie”.

Wydaje mi się, że pierwszym krokiem na drodze do celu, jakim jest uporanie się z fundamentalizmem islamskim jest zmiana postrzegania tych organizacji (a konkretnie ich przywódców). Im nie chodzi o „zwycięstwo islamu” (bo to można włożyć między bajki). Im chodzi o pieniądze i o wygodne życie. Gdyby ci ludzie byli tępogłowymi fanatykami, za jakich się ich uważa, nie byliby w stanie kierować żadną organizacją. Dla nich zarówno wiara, jak i prawdziwi fanatycy religijni są zwykłymi narzędziami. I właśnie dlatego egzekucji w Charlie Hebdo nie dokonał żaden z przywódców organizacji fundamentalistycznych, tylko szeregowi jej członkowie, których odpowiednio przeszkolono.


Źródła:










poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wyborczy armagedon

Z napisaniem tego tekstu chciałem poczekać do momentu, w którym na stronie PKW pojawią się ostateczne wyniki wyborów. Po miesiącu uznałem, że te dane zapewne wrzucą na stronę zbiorczo, razem z wynikami Wyborów Prezydenckich 2015 (20 grudnia, na stronie PKW nadal nie można zobaczyć wyników z 1 tury wyborów np. z Warszawy).


Kiedy szedłem sobie spokojnie do komisji wyborczej, 16 listopada, przez myśl mi nie przeszło, że wybory samorządowe zakończą się gigantycznym shitstormem powyborczym. Tzn. wiedziałem, że PiS na pewno uzna wybory za sfałszowane (bo przecież każdy wynik, mniejszy niż 100% poparcia kolektywu dla Prawa i Sprawiedliwości, musiał być wynikiem oszustwa), ale to już jest świecka tradycja (przywykliśmy do tego). Nawiasem mówiąc to, w jakim stopniu PiS było przygotowane do „maszerowania w obronie demokracji” 13 grudnia sugeruje, że ten marsz odbyłby się niezależnie od wyników wyborów i tego, czy wszystko w PKW zadziałałoby tak, jak trzeba.


Jako prowincjusz, wyniki wyborów prezydenckich (i do Rady Miasta) poznałem dość szybko. Wynikami wyborów do sejmiku średnio się interesowałem, bo jestem mieszkańcem Podkarpacia i wiedziałem, że gdzie jak gdzie, ale „u nas” PiS na pewno weźmie sejmik.


Państwowa Katastrofa Wyborcza



W poniedziałek „powyborczy” okazało się, że na stronie PKW nadal można zobaczyć, jaka frekwencja była w niedzielę o 17:30 (przez następne półtora tygodnia to była „najświeższa” aktualność na tej stronie). Oficjalnych wyników nie było (na te trzeba było jeszcze poczekać). PiS błyskawicznie wykorzystał sytuację i na wszelki wypadek zaczął mówić o fałszerstwach. No bo to przecież jasna sprawa – skoro wyniki wyborów się opóźniają, to znaczy, że „ktoś te wyniki fałszuje”. Do PiS-u dołączył Leszek Miller (jako największy przegrany tych wyborów – klęsce SLD poświęcę osobny tekst, toteż nie będę się tutaj nad biednym Leszkiem pastwił). Kiedy Ruch Narodowy zorganizował spęd pod siedzibą PKW (który to spęd przekształcił się później w okupację), wiadomo było, że będzie „wesoło”. A od czego się zaczęło? Od typowo polskiego podejścia do zmian. PKW uznało, że trzeba zainwestować w nowy system zliczania głosów, który miał w zamyśle usprawnić działanie Komisji. Za cholerę nie wiem, po co ten system zmieniano? Jedyne, co mi przychodzi do głowy to to, że ten stary nie spełniał norm emisji dwutlenku węgla. A tak nieco bardziej na poważnie – stary system (przynajmniej od strony „zaglądacza” na stronę PKW) był bardzo przejrzysty i można było za jego pomocą uzyskać bardzo szczegółowe dane. Obserwowałem wybory 2010 i śmiem twierdzić, że „stary” system nie mógł być jakoś specjalnie niewygodny (trudny w obsłudze/etc), bo wyniki wyborów samorządowych błyskawicznie się na stronie PKW pojawiły. Mam więc przeczucie, że system zmieniono po to, żeby zmienić system. Ponieważ tu jest Polska, a Polska to kraj, którym od dłuższego czasu rządzą debile – wybrano najtańszą ofertę w przetargu (no bo po cholerę zrobić coś dobrze, skoro można zrobić to tanio?). Nie wiem, kto „stawiał” nowy system, ale wiem, że „nowe” wypieprzyło się 16 listopada wraz z pojawieniem się danych o frekwencji z godziny 17:30. Z punktu widzenia „typowego wyborcy”, za publiczne pieniądze zmieniono dobrze działający system na system niedziałający. Lepszego prezentu Jarosławowi K. nie można było zrobić. Bo skoro coś nie działa, to można gawiedzi wciskać kit o „fałszerstwach na masową skalę”.


Narodowy agraryzm



Prawdziwa bomba wybuchła w momencie, w którym okazało się, że PSL uzyskał znacznie lepsze wyniki (rzecz jasna mowa tu o wyborach do sejmików), niżby to wynikało z sondażu exit poll (o sondażach przedwyborczych nie wspominając). Histeria „niepokornych” i „niezależnych” dziennikarzy osiągnęła apogeum. Czemu? Bo dobry wynik PSL oznaczał klęskę PiS. Ponieważ system PKW się wywalił, można było już wszystkich dookoła tłuc młotkiem z napisem „fałszerstwa wyborcze”. Ponieważ „dziennikarze” nie byli w stanie w żaden sposób udowodnić, że doszło do fałszerstw, czepili się tego, że wynik PSL to wina „książki do głosowania” oraz tego, że PKW wprowadziło wyborców w błąd, bo „kazano stawiać krzyżyk na każdej karcie do głosowania, a to przecież była książeczka, która miała wiele stron!”. Tu przekaz był nieco łagodniejszy – może i nie sfałszowano wyborów, ale wyniki były zafałszowane. Czemu zafałszowane? Bo PSL miał 1 miejsce na liście i ludzie mogli na niego głosować niechcący. Co za tym idzie, ludzie mówili, że głosowali na PiS (i chcieli głosować na PiS!), a oddali głos na PSL. Owszem, tego rodzaju omyłka jest możliwa, ale tylko i wyłącznie w momencie, w którym ktoś jest tak bardzo wytresowany, że nie patrzy na żadne nazwiska i po prostu głosuje na 1-kę. Dla nikogo nie jest tajemnicą to, że najskuteczniej wytresowany elektorat ma PiS (dzięki współpracy z dyrektorem Radia Zła Żmija). Zwycięstwo PSL w drugim bastionie PiS-owskim (Świętokrzyskie) sugeruje, że tak właśnie mogło być. Tadeusz Rydzyk kazał głosować, ale nie powiedział, na którą listę i radiomaryjne drony zagłosowały na 1. Co prawda książeczki do głosowania mogły sprawiać ludziom problem, ale chyba można się było zapytać kogoś z komisji „jak to się robi”?


Oszukali!


Bezrefleksyjność, z jaką ludzie łykają bzdury wypisywane przez „niezależnych” i „niepokornych”, jest zatrważająca. Aczkolwiek nie ma się czemu dziwić. Wyznawcy tego rodzaju dziennikarstwa nie mają w zwyczaju sprawdzania czegokolwiek, co im serwują ich idole. Skoro napisano, że wybory zostały sfałszowane, to znaczy, że ktoś je sfałszował, amen. Gdyby wyznawcy nie byli tak zaślepieni, zastanowiliby się nad tym, czemu sfałszowano jedynie wybory do sejmików? Ok, sejmiki dzielą pieniądze, ale w hipotetycznej sytuacji- w której sejmik jest PiS-owski, a praktycznie wszystkie samorządy (w województwie) przypadły innym partiom (i niezrzeszonym nieprzytulonym do PiS-u) – zwycięstwo w wyborach zamienia się w klęskę. Poza tym, każdy człowiek, który choć odrobinę interesował się tym, jak działają samorządy, wie, że prawdziwa władza to Rady Miejskie i włodarze miast. Dysponowanie gruntami miejskimi, bawienie się warunkami zabudowy to tylko niektóre z rzeczy, o które biją się w wyborach samorządowcy. Nawet na moim zadupiu rodzinnym „swój prezydent” oznacza dla sponsorów milionowe zyski. W świecie, w którym żyją ludzie pokroju Ewy Stankiewicz, sfałszowanie wyborów na włodarza prowincjonalnego powinno być dziecinnie łatwe. W sytuacji, w której o wygranej/przegranej może decydować kilkaset głosów - „dosypanie” takiej ilości nie powinno być problemem. Czemu więc „dziennikarze” skupiają się na wynikach wyborów do sejmików, zamiast tropić fałszerstwa na prowincjach? Dlatego, że na wyniki wyborów do sejmików trzeba było czekać, a wybory do Rad Miasta (szczególnie na prowincjach) zostały w miarę szybko podliczone. Dla „niepokornych” coś takiego jak „fakty” nie ma znaczenia. Znaczenie mają wydarzenia, które można odpowiednio „zinterpretować”. Retoryka „niepokornych” jest następująca: „PKW długo nie mogło podać oficjalnych wyników wyborów? To znaczy, że wybory zostały sfałszowane, bo jakby nie zostały sfałszowane, to oficjalne wyniki podano by szybciej!” I żaden z niepokornych nie zastanowi się nad tym, że sfałszowanie wyników wyborów (w skali kraju) jest w dzisiejszych czasach praktycznie niemożliwe.


Fałszowanie wyborów „nie tylko dla orłów”



Usłużni PiS-owscy dziennikarze i wszelkiej maści tropiciele spisków, próbują nas przekonać do tego, że sfałszowanie wyborów w Polsce to dziecinna igraszka. Czy tak jest w rzeczywistości? Niezupełnie. Sfałszowanie wyników wyborów na skalę krajową wymagałoby sporych zasobów, bo w Polsce mamy około 27 tysięcy obwodowych komisji wyborczych. Jeśli próba fałszerstwa miałaby się powieść, fałszerz musiałby mieć co najmniej jednego zaufanego człowieka (a najlepiej po 2) w każdej z komisji. Czemu? Bo fałszowanie wyborów na tak ogromną skalę nie może się opierać na przywiezieniu wywrotki kart do głosowania do jakiejś obwodowej komisji. Dosypywanie kart do głosowania (unieważnianie głosów/etc) musiałoby być przeprowadzone w sposób niebudzący podejrzeń. I nie chodzi tu o niebudzenie podejrzeń bandy nawiedzeńców, dla których każdy wynik niższy, niż 100% poparcia dla PiS to dowód na fałszerstwo, tylko o ludzi, którzy od czasu do czasu włażą sobie na strony PKW. Albo ludzi, którzy bawią się w data-mining i którzy nagle stwierdziliby kilkudziesięcioprocentowy skok frekwencji w niektórych komisjach (bo jak dosypywać to spektakularnie). Innymi słowy, fałszowanie wyników wymagałoby udziału około 40 tysięcy ludzi na najniższym szczeblu, do tego trzeba dodać koordynatorów, planistów etc. etc. Takie fałszowanie trzeba bowiem odpowiednio zaplanować, żeby nie okazało się, że na partię fałszującą zagłosowało 90% wyborców (nawet Łukaszenka w 2010 roku miał „jedynie” 85% poparcia). Przez moment załóżmy, że komuś się to wszystko udało. Tzn., że dysponuje kilkudziesięcioma tysiącami ludzi, którzy wynik wyborów dostosują do jego woli. Prawdopodobieństwo tego, że przy tak gigantycznej liczbie ludzi (zaangażowanych w niecny proceder fałszowania wyborów) nikt się nie wysypie (nie przyzna, nie „nawróci” etc.), jest równe 0. Cóż stałoby na przeszkodzie komuś, kto pomyślałby „a pieprzę to, wyjeżdżam na zachód, tam opiszę wszystko, co się tutaj działo i zarobię na tym kupę kasy”? Być może jestem naiwny, ale wydaje mi się, że fakt, że nie było jeszcze wysypu „skruszonych”, którzy opisaliby proceder fałszowania wyborów w Polsce, można wytłumaczyć tylko w jeden sposób. W Jaki? W taki, że w Polsce wyborów się nie fałszuje, bo takie fałszerstwo jest praktycznie niemożliwe.


Marsz w Obronie 1/3 Demokracji (i Wolności Mediów)



PiS-owcy od samego początku PKWgate budują narrację, która jest tak bardzo idiotyczna, że nie dziwi mnie wcale to, że „Marsz w obronie demokracji”, który odbył się 13 grudnia w Warszawie, cieszył się raczej małym zainteresowaniem. Według owej narracji, wybory zostały częściowo sfałszowane. Tzn. sfałszowano wybory do sejmików, natomiast resztę (wybory włodarzy i rad miejskich/etc.) zostawiono w spokoju (czyli sfałszowano 1/3 wyborów). W związku z powyższym, doprecyzowałem nazwę Marszu PiS-owskiego. Nie był to bowiem marsz w obronie całej demokracji (bo wg narracji PiS-owskiej 2/3 demokracji jest w porządku), tylko marsz w obronie 1/3. Jest coś pociesznego w postępowaniu polityków z PiS. Z jednej bowiem strony głośno darli japy „sfałszowano wybory”, a z drugiej nie mieli żadnych oporów przed startem w wyborczej dogrywce, 30 listopada. Skoro „zbliżamy się do Białorusi”, to po cholerę brać udział w farsie, za którą „niepokorni” i PiS-owcy uważają wybory? Po co wydawać gigantyczne kwoty na kampanię, skoro „i tak wygra PO”? Czy ktoś jeszcze pamięta Wybory Prezydenckie w 2005 roku? Włodzimierz Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania dlatego, że (eufemizując) nie odpowiadało mu to, w jaki sposób jego konkurent (Donald Tusk) prowadzi kampanię. W roku 2014 mamy cała kupę kandydatów, którzy co prawda opowiadają wszystkim dookoła o tym, że „wybory się u nas fałszuje”, ale i tak biorą w nich udział. Czemu kandydują? Dlatego, że żaden z PiS-owców (prócz tych z najbardziej wypranymi mózgami, których stosunkowo niewielu jest, reszta to wyrachowani, cyniczni gracze) nie wierzył w fałszerstwa.


Narracja 1/3 sfałszowanych wyborów była co prawda idiotyczna, ale tylko taką można było budować. Łatwo jest bowiem wmawiać ludziom, że „w Polsce sfałszowano wyniki wyborów”, nie precyzując rzecz jasna tego, gdzie je sfałszowano (parafrazując Bronisława Komorowskiego: „kiedy pytają mnie gdzie sfałszowano wybory, odpowiadam „w Polsce”, a kiedy zapytają „a konkretnie w jakiej części Polski?”, odpowiadam „konkretnie to w całej Polsce”). Trudniej byłoby wmówić ludziom, że wybory (na prezydenta miasta, do rady miasta/etc) sfałszowano w ich mieście (nie przedstawiając na to żadnych dowodów). I właśnie dlatego retoryka PiS-owców zręcznie omijała temat wyborów na prezydentów miast/radnych miejskich/etc. Z tego samego powodu żaden z PiS-owskich „przegrańców” (chodzi o drugą turę wyborów) nie powiedział, że „przegrał, bo wybory sfałszowano”.


„Uczciwy, jak polityk”



Chciałbym jedną rzecz bardzo wyraźnie zaznaczyć. Fakt, że duszoszczypatielne teksty różnej maści „niepokornych” o tym, że „oszukali i teraz to już tylko Majdan”, uważam za kretyństwo, nie wynika z tego, że wierzę w uczciwość naszych polityków (która to uczciwość miałaby sprawić, że żadnemu z nich nawet przez myśl nie przejdzie sfałszowanie wyborów). Nic z tych rzeczy. O polskich elitach politycznych zdanie mam jak najgorsze. Wielu z nich z chęcią zdjęłoby z barków społeczeństwa ten przykry obowiązek, jakim są wybory (o ile rzecz jasna miało by to oznaczać, że to właśnie oni będą rządzić). Wielu z nich na pewno zastanawiało się nad tym, jak by tu „poprawić” wolę społeczeństwa i nie musieć się przejmować czymś tak przyziemnym, jak porażka wyborcza. Wydaje mi się, że najchętniej uczyniłby to Jarosław Kaczyński, którego geniuszu nie dostrzega durne, „przypadkowe” społeczeństwo (nie mylić z Narodem). Czemu więc żaden z wodzów naszych partii politycznych nie próbował takiego zamysłu wprowadzić w życie? Dlatego, że niezależnie od tego, jak bardzo nasi politycy nami gardzą, to jednak nieco się nas boją. Boją się tego, że gdyby próbowali sobie poprawić wyniki i sprawa by się rypła (a rypłaby się na pewno, bo tu jest Polska i tu nic nie może się do końca udać [nawet socjalizm się nie udał]), to zostaliby wyniesieni z Wiejskiej na butach. I nie byłoby mowy o „Majdanie”, bo ani policja, ani wojsko, ani żadna ze służb nie chciałaby nadstawiać karku za jakiegoś debila, który próbował sfałszować wybory, dał się na tym złapać, a teraz usiłuje się chować za plecami „silnych kolegów”.


Nie wierzę w fałszerstwa (poważniejsze, niż kupowanie głosów za wódkę, bo tego rodzaju sytuacje zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać), wierzę w to, że w Polsce od dłuższego czasu mamy do czynienia z czymś, co można nazwać „burdelem systemowym” (nonszalancja PKW w sprawie „zmian w systemie informatycznym” i późniejsze tłumaczenia „no powinno działać, ale nie działa, sorry, taki mamy klimat”, są jednym z elementów tegoż burdelu). Nie wiem, czy i kiedy uda nam się ten burdel uprzątnąć, ale tak długo, jak ów burdel będzie u nas panował, tak długo w naszej polityce będzie miejsce dla polityków, którzy są cwaniaczkami, którzy swoją pozycję (w świecie polityki) zawdzięczają umiejętności głośnego darcia ryja. 

sobota, 15 listopada 2014

Zakaz pedofilowania!

Dnia 23-07-2014  katowicki sąd uznał, że graficzny znak „zakaz pedałowania” ma charakter rysunku obraźliwego i prezentowanie go w miejscu publicznym jest wykroczeniem. Czy decyzja ta była słuszna? Zastanówmy się nad tym. „Zakaz pedałowania” był nieodzownym elementem prawicowych kontrmanifestacji (ilekroć przez jakieś miasto miał przejść Marsz Równości, tylekroć młodzieńcy z podwyższonym poziomem testosteronu „manifestowali” z flagami, na których był ów znak). Czemu w ogóle protestowali? Bo radykalna prawica nie istnieje jako twór sam w sobie – jej istnienie opiera się na „wrogach”. Dla wszelkiej maści sierot po Dmowskim wrogami są mniejszości narodowe (głównie Żydzi – vide „judeosceptycyzm” Artura Zawiszy). Ponieważ mniejszości narodowych w Polsce jest niewiele i nie za bardzo jest czym straszyć ludzi, radykalna prawica znalazła sobie innych wrogów – mniejszości seksualne i różnej maści lewicowe organizacje. Retoryka zagrożenia (my „Prawdziwy Polacy” was obronimy!) jest warunkiem sine qua non istnienia radykalnej prawicy. Sami prawicowcy chyba nie do końca zdają sobie sprawę z realiów i nie dostrzegają tego, jak bardzo idiotycznie brzmi ich retoryka.


W trakcie zaborów wielkim zagrożeniem dla Polaków było wynarodowienie (germanizacja i rusyfikacja). Wróg (zaborca) był jak najbardziej realny. Polakom nie trzeba było mówić „hej, widzicie Rosjan? Widzicie Prusaków? Oni są be! Trzeba z nimi walczyć”. Gwoli ścisłości – nie tylko prawica walczyła z zaborcami, aczkolwiek mam świadomość tego, że przeciętny „nowoczesny endek” prędzej się (za przeproszeniem) zesra, niż przyzna, że Piłsudski (a  PPS w szczególności) zrobił cokolwiek dobrego dla Polski. W czasach zaborów prawica broniła Polaków przed realnym zagrożeniem. Dzisiaj narodowcy, pod wodzą Krzysztofa Bosaka i Roberta Winnickiego, „bronią Polski” przed Kazimierą Szczuką, Magdaleną Środą i Robertem Biedroniem.


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że „obrona Polski przed homoseksualizmem” nie zaczęła się od Ruchu Narodowego (który, choć składa się głównie z członków Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego, jest tworem nowym)- zaczęła się od organizacji o nazwie NOP (Narodowe Odrodzenie Polski). Nie będę się wdawał w szczegółowe opisy tego, czym jest NOP – dość powiedzieć, że nawet ONR-owcy w swoich prywatnych rozmowach (z którymi można było się zapoznać via Holochergate) twierdzili, że w NOP-ie tylko trochę „mądrych ludzi jest”, a reszta to świry i oszołomy. Skoro nawet ONR-owcy przyjaźniący się z ludźmi z organizacji Blood and Honour (członkowie B&H sami o sobie mówią, że są neonazistami) twierdzą, że z NOP-em jest coś mocno nie w porządku, to chyba o czymś świadczy.


NOPowcy wymyślili sobie „zakaz pedałowania”, który, w ich opinii, miał być symbolem walki „z homoseksualizmem”. Znamienne jest to, że w opinii wielu narodowców największym zagrożeniem dla Polski jest dwóch mężczyzn uprawiających seks analny (najwidoczniej „w Polsce nie może być zgody na to, żeby dwóch mężczyzn uprawiało ze sobą seks analny!”). Wydaje mi się, że symbolika związana z seksem jest nieprzypadkowa. Prawica (pod wpływem kościelnym) już dawno sprowadziła relacje damsko-męskie do relacji stricte genitalnych. Siedział sobie pewnie ten biedny narodowiec (któremu kazali wymyślić „symbol walki z homoseksualizmem”), siedział i dumał „co też ci homoseksualiści robią, jak już są razem?” Myślący człowiek wie o tym, że związek dwojga ludzi ma wiele płaszczyzn. Wie również, że czynności, które można wspólnie wykonywać nie ograniczają się do seksu (narodowcom podpowiadam – można rozmawiać, czytać książki, chodzić do kina, chodzić na spacery, oglądać filmy/seriale etc.). Narodowiec o tym nie wie. Dla narodowca związek dwojga ludzi (tzn kobiety i mężczyzny, bo to w końcu Polska jest, a nie Bruksela!) sprowadza się do uprawiania seksu. Jeśli osadzimy „zakaz pedałowania” w tym kontekście, nietrudno dostrzec, że miast „symbolu walki z homoseksualizmem”, był on symbolem prymitywizmu radykalnej prawicy.


Ponieważ polski wymiar sprawiedliwości nie potrafi sobie poradzić z wesołą gromadką „patriotów”, którzy czczą Polaków poległych w trakcie II Wojny Światowej „salutem rzymskim”(chodzi rzecz jasna o nazistowskie pozdrowienie), toteż w pewnym momencie owa grupka przeholowała z bezczelnością. W roku 2011 NOP chciał, aby „zakaz pedałowania” stał się jego oficjalnym symbolem. Sąd rejestrowy bez mrugnięcia okiem klepnął ten znak (25-ego października 2011r.). Dopiero wiadra pomyj, wylane na głowy ludzi, którzy podjęli tę decyzję  sprawiły, że dostrzegli oni niestosowność tejże (decyzja sądu została uchylona). Po co NOP chciał zarejestrować„zakaz pedałowania” (NOP chciał zastrzec również inne symbole, ale nie o nich mowa)? Po to, żeby móc pozywać ludzi, którzy „znieważają” ten symbol. To mniej więcej tak, jakby narodowiec narobił Robertowi Biedroniowi na wycieraczkę, a następnie pozwał Biedronia za to, że ten sprzątnął kupę.


Historia „zakazu pedałowania” skończyłaby się wraz z wyrokiem sądowym, gdyby nie to, że polska „umiarkowana prawica” od jakiegoś czasu cierpi na problemy tożsamościowe i w ramach łatania własnej tożsamości, wspiera radykalną prawicę. O tym, że zdaniem większości prawicowych publicystów, kibole demolujący miasta nie są bandytami, tylko „współczesnymi AK-owcami” powszechnie wiadomo. Tym samym nikogo nie powinno dziwić to, że prawica rzuciła się do obrony „zakazu pedałowania” przed „lewacką cenzurą”. 


„Co oznacza zakaz „zakaz pedałowania”? Ten mało estetyczny symbol „przestaje być tylko demonstracją niechęci do homoseksualistów: staje się wyrazistą deklaracją w obronie wolności przeciw gejowskiemu totalizmowi. (…) Stosunek do homoseksualizmu jest dziś jądrem całej lewackiej ideologii” – pisze Dominik Zdort.(...)



Niedawna decyzja sądu o zakazie „zakazu pedałowania” nie jest, jak zaznacza publicysta Rz wyrazem dbałości o publiczne obyczaje – skoro tyle nieobyczajnych reklam i symboli zaśmieca naszą publiczną przestrzeń (!), ale dobitnie świadczy ona o cenzurze w imię politycznej poprawności.  



Na czym polega ów „gejowski totalizm” oraz „cenzura w imię politycznej poprawności”?  W skrócie na tym, że prawicowcom nie wolno publicznie nazywać homoseksualistów „pedałami”. Gdyby pan Zdort rozkręcił się bardziej, zapewne okazałoby się, że owo prawo gwarantuje mu Konstytucja.  Przeciętny Kowalski wie, że słowo „pedał” (jako określenie człowieka) ma pejoratywny wydźwięk, prawica potrzebowała wyroku sądu, bo sama nie była w stanie tego zrozumieć. Rzecz jasna, na decyzji sądu „lewackie szykany” się nie kończą! W jaki jeszcze sposób lewactwo prześladuje prawicowców?


Wreszcie drobne szykany wobec tych, którzy nie chcą się dostosować do wyznaczonej przez lewaków poprawności – takie jak choćby blokowanie krytyków na Facebooku” – wylicza Dominik Zdort w ostatnim PlusMinus.  



Nie wiem, czy pan Zdort ordynarnie łże (co wcale nie byłoby jakąś specjalną nowością, w końcu prawicowiec to prawicowiec), czy po prostu nie wie o czym pisze. Aczkolwiek może być i tak, że zdaniem pana Zdorta, ludzie, którzy domagają się usunięcia z FB mojej strony (na co najmniej kilku fanpejdżach prawicowych pojawił się link wraz z prośbą o zgłaszanie) to lewacy, którzy uznali, że moja lewacka strona „nie jest dostosowana do wyznaczanej przez lewaków poprawności”.


Motorem napędowym dzisiejszej prawicy jest oskarżanie lewicy (której praktycznie nie ma, przynajmniej w wymiarze politycznym, w wymiarze publicystycznym dopiero się konstytuuje) o własne grzechy. Skąd się wziął ów „gejowski totalizm”? Ano, jakoś trzeba było przykryć to, że Kościół, broczący wiernymi,  popadł w histerię i usiłuje ich odzyskać poprzez narzucanie wszystkim jedynie słusznego światopoglądu (w czym wychowani za PRL-u purpuraci nie widzą nic zdrożnego). Prawica nigdy nie posiadała własnego kręgosłupa i od zawsze opierała się na kościelnym, toteż purpuraci i reszta funkcjonariuszy kościelnych od zawsze może liczyć na wsparcie prawicy. Pamiętam doskonale, jak po słowach abp. Michalika (dzieci wciągające dorosłych w pedofilię) prawicowcy zaczęli budować narrację „on na pewno tego nie powiedział, ja chce zobaczyć nagranie”. W pewnym momencie (kiedy nagranie zobaczyli) w ich wypowiedziach można było dostrzec przejawy rezygnacji. Znamienna była wypowiedź jednego z „niepokornych”, Samuela Pereiry, który napisał na Twitterze: „Odsłuchałem całej wypowiedzi. PAP dobrze zacytował abp Michalika. Zdanie owszem w szerszym kontekście, ale nie do obrony. Niedopuszczalne.”  Domyślam się, że największym problemem S.P. nie było to, co powiedział Michalik, tylko to, że cytat był dosłowny i że nie mógł się wykazać „broniąc” abp. Słowo „niedopuszczalne” pewnie ledwie mu przeszło przez klawiaturę.


Zdaniem Kościoła: aborcja, antykoncepcja, związki partnerskie, małżeństwa jednopłciowe, in vitro, homoseksualizm, ateizm i cała masa innych rzeczy to zło. Zdanie prawicy, dziwnym trafem, pokrywa się w całej rozciągłości ze zdaniem Kościoła. Co za tym idzie, wszystkie próby wpłynięcia przez purpuratów na ustawodawstwo Polskie(w celu zwalczania „zła”), spotykają się z ciepłym przyjęciem prawicy. Natomiast jakakolwiek próba zmiany prawa, która nie podoba się Kościołowi, jest odsądzana od czci i wiary przez prawicę. Przykład? Próba wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji (chyba nikt nie wierzy w to, że ludzie sami z siebie ten projekt napisali i że Kościół nie miał z tym nic wspólnego) bardzo spodobała się prawicy. Natomiast próba zalegalizowania związków partnerskich – co to to nie. Toż to gejowski totalizm! Prawicowcy są tak bardzo zaczadzeni kadzidłem, że nie dostrzegają absurdu swoich zarzutów. Jeśli przejawem totalizmu jest to, że dwie kobiety, które się kochają, chcą mieć prawo do zawarcia związku uznawanego przez państwo, to przejawem czego jest domaganie się całkowitego zakazu aborcji tylko dlatego, że zdaniem Kościoła „aborcja to zło”?  Ujmując rzecz inaczej – totalizm lewicy polega na tym, że lewica nie chce żyć tak, jak sobie tego życzy prawica. Prawica, dyktująca wszystkim dookoła „jak trzeba żyć”, z totalizmem nie ma nic wspólnego.


W opinii prawicy wszystko, co robią jej przedstawiciele jest „formą obrony przed lewicowym totalitaryzmem”. „Zakaz pedałowania”, wymyślony przez jakiegoś biednego człowieka ze sporymi deficytami emocjonalnymi, również jest formą obrony. W narracji prawicy to, co robią prawicowcy nie umywa się nawet do „lewicowego przemysłu pogardy”. Skoro tak, to czemu żadna z antyklerykalnych „lewackich bojówek” (od których ponoć roi się w naszym kraju) nie wpadła na pomysł zarejestrowania jednego z poniższych symboli?


          Ilustracja wykonana przez Wiewiórkę Chaosu
         Ilustracja wykonana przez Wiewiórkę Chaosu
                    Ilustracja wykonana przez Wiewiórkę Chaosu


 Źródła:

http://www.fronda.pl/a/zakaz-pedalowania-bronil-wolnosci-od-gejowskiego-totalizmu,40239.html