wtorek, 26 czerwca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #32

Ryszard Czarnecki uchylił rąbka tajemnicy w temacie tego, w jaki sposób polskie władze chcą udoskonalać wolność  mediów: „Nie chodzi o to, by zabierać komukolwiek jego własność. Ale zagraniczni wydawcy muszą dostosować się do reguł. W grę wchodzi odkupienie od tych wydawców ich mediów. Ale nie może być to po jakichś kosmicznych cenach. Gazety przeżywają przecież kryzys”. Ciekaw jestem, jak zareagowałby na pomysł, w myśl którego partia rządząca przegłosowuje ustawę, na mocy której Czarnecki będzie miał obowiązek odsprzedać państwu swoje nieruchomości, ale nie po jakichś kosmicznych cenach, tylko za tyle, ile państwo będzie gotowe zapłacić, bo przecież rynek nieruchomości przeżywa teraz kryzys. Nieco zaś bardziej na serio, Czarnecki po raz kolejny udowodnił, że PiS-owscy spindoktorzy powinni skasować jego adres z list mailingowych, które wykorzystują do rozsyłania przekazów dnia. Śmiem twierdzić, że tak wyglądał ów przekaz dnia „w stanie surowym”. Sam pomysł uPRLowienia mediów nieszczególnie mnie dziwi, bo obecne władze wpadają w histerię, ilekroć media dokopią się do czegoś, do czego nie powinny (na ten przykład, nieistniejąca notatka MSZ o amerykańskim wkurwie, za której to ujawnienie straszono Onet konsekwencjami prawnymi). Ponieważ PiS nie jest w stanie „uszczelnić” sam siebie i partia ta woli doprowadzić do sytuacji, w której, po pierwsze, żadne duże medium nie będzie szukało przecieków (no chyba, że w ramach walki frakcyjnej w PiS), a po drugie, nawet jeżeli jakiś przeciek się zdarzy, to żadne duże medium się nad nim nie pochyli (chyba że w ramach walki frakcyjnej w PiS). Tym, co zupełnie umyka naszym orełom jest fakt, że wprowadzenie takiej ustawy może mieć dość spektakularne konsekwencje. Jakie? Ano takie, że po tym, jak PiS wejdzie cały na biało i zmusi zagraniczne podmioty do odsprzedania mediów (udziałów w tychże/etc.) przy pomocy ustawy (of korz, odsprzedania za grosze, bo pozycja negocjacyjna tych podmiotów [które MUSZĄ sprzedać udziały] będzie żadna), mało który podmiot zagraniczny będzie chciał w cokolwiek w Polsce inwestować. Bo jaką gwarancję będzie miał taki inwestor, że w pewnym momencie rządowi znowu nie odpierdoli i nie zrobi kolejnej „ustawy polonizacyjnej”, która zmusi go do sprzedania firmy za przysłowiowy psi chuj? Czy ktokolwiek z partii rządzącej pomyślał (taki tam żarcik) o tym, że upierdolenie zagranicznych podmiotów w Polsce może mieć negatywny wpływ na to, jak polskie firmy są traktowane „zagranico”? O to, czy ktokolwiek skupił się na tym, że „dekoncentracja” może bardzo źle wpłynąć na naszą i tak już chujową pozycję na arenie międzynarodowej, pytać nie zamierzam, bo nasze władze mają totalnie wypierdolone na politykę zagraniczną (tak więc odpowiedź na to pytanie byłaby raczej oczywista: „tzo?”). Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że wkurw zagranicy to coś, na co nasze oreły liczą. No bo jak się zagranica wkurwi, to PiS-owscy spindoktorzy rach-ciach ułożą narrację pt. „Słyszycie jak wyją? To dlatego, że już nie będą mogli wami manipulować, a polskie media so wreszcie wolne od obcych wpływów!”


A teraz opowiem Wam bajkę o dobrej wolności słowa i złej wolności słowa. W rolach głównych Instytut Na Rzecz Dostarczania Lolcontentu - Ordo Iuris: „Organizacja Ordo Iuris złożyła skargę ws. jednego z odcinków popularnej bajki "Harmidom". W kreskówce występuje jednopłciowa para z dzieckiem”. Nieco później to samo Ordo Iuris wystosowało petycję, w której możemy przeczytać, że: „W niemal każdym tygodniu trafiają do nas informacje, że treści patriotyczne, konserwatywne i chrześcijańskie usuwane są z portali społecznościowych bez ostrzeżenia i bez realnej możliwości odwołania się przez ich autorów. Właściciele tych stron uzurpują sobie prawo do swobodnego interpretowania swoich regulaminów, często łamiąc przepisy o ochronie konsumentów oraz naruszając prawne gwarancje wolności słowa”. Dobra wolność słowa jest wtedy, gdy trzeba bronić rasizmu, antysemityzmu/etc. (bądźmy, kurwa, poważni, prawackie fanpejdże nie spadały z rowerka za to, że pisano na nich „jestem zaniepokojony kryzysem migracyjnym”, bądź też „jestem zaniepokojony reakcją Izraela na nowelizację ustawy o IPN”). Zła wolność słowa (z którą trzeba walczyć) jest wtedy, gdy geje.


Najbardziej rozpoznawalny Wnuk Wyklęty, Dominik Tarczyński, oznajmił jakiś czas temu, że nie jest posłem zawodowym i nie pobiera uposażenia poselskiego. Kiedy zwrócono mu uwagę na to, że w oświadczeniu majątkowym za 2017r. stoi, że jednak pobierał, stwierdził, że owszem, ale w 2018r. przestał. W związku z powyższym, portal Wp.pl zgłosił się do Centrum Informacji Sejmowej z zapytaniem, jak to jest z tym Tarczyńskim. Okazało się, że (co za szok) Tarczyński nadal pobiera uposażenie. Kiedy Wnuka Wyklętego zapytano o tą drobną nieścisłość, ów odpowiedział „Zasada posłów niezawodowych jest taka, że jeśli mają przychody [poza tymi wynikającymi ze sprawowania mandatu posła - przyp. red.], ich uposażenie jest umniejszane o te przychody lub po uzyskaniu poziomu uposażenia [poselskiego] nie jest wypłacane. Ja do tej pory takiego poziomu przychodów nie uzyskałem, więc uposażenie jest mi wypłacane”. Innymi słowy: co prawda biorę kasę, ale nie kłamałem kiedy powiedziałem, że nie biorę, bo jak biorę to się z tego nie cieszę.


Gwiazdor prorządowego mediaworkingu, Krzysztof Ziemiec, spotkał się ze studentami i rozmawiał z nimi o dziennikarstwie. W pewnym momencie powiedział, że „Jeśli jest to stacja komercyjna, prywatna, to też szef ma jakąś linię, ma jakieś interesy, które są do załatwienia "na plus" i do załatwienia "na minus". Więc nie ma dziś niezależnego dziennikarstwa”. W trakcie tego samego spotkania powiedział również, że „pracujący w TVP dziennikarze mają różne poglądy, inaczej jest w przypadku prywatnych telewizji, gdzie szefowie redakcji narzucają linie.”. Rzecz jasna, ta druga wypowiedź miała na celu sprawdzenie czujności widowni, bo w TVP nie pracują żadni dziennikarze. Again, musimy na poważnie, bo i tematyka mało, kurwa, śmieszna. To, że wszystkie media mają jakąś „linię programową”, jest proste jak budowa cepa. Tyle, że jeżeli porównamy TVN z TVP, to ci pierwsi mają „linię programową”, a ci drudzy mają pierdoloną linię frontu, za którą stoją komisarze ludowi. Zgodzę się z Ziemcem w tym, że dziś już praktycznie nie ma niezależnego dziennikarstwa. Tyle że, w przeciwieństwie do Ziemca, mnie to akurat wkurwia straszliwie. Bo w takim układzie najbardziej przejebane mają zwykli obywatele, którzy z założenia nie powinni wierzyć jakimkurwakolwiek mediom/dziennikarzom (a już w szczególności tym, które podkreślają na każdym kroku, jak to one piszą prawdę i jakie to one są, kurwa, niezależne). Ziemcowi bym dał jedną radę. Jak będzie chciał się ponownie udzielać na spotkaniu ze studentami, to niechże powie wprost „ok, robimy was w chuja, ale inni też, więc nie powinniście mieć do nas pretensji”.  


Polskie Radio było łaskawe zrobić „sondę” z pytaniem: „Czy sąsiedzi homoseksualiści mi przeszkadzają?”. Wydaje mi się, że ktoś powinien zrobić sondę z zapytaniem: „Czy przeszkadzają mi sąsiedzi, będący pracownikami Polskiego Radia?”. Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu napisać dwie rzeczy. Primo, porównanie osób homoseksualnych do pracowników Polskiego Radia może zostać źle odebrane, bo w przeciwieństwie do tych drugich, ci pierwsi nie robią nic złego (chyba, że, np., są pracownikami Polskiego Radia). Secundo, za sformułowanie „pytania badawczego” w sposób, w jaki zrobiło to Polskie Radio, opierdol dostałby student pierwszego roku socjologii, albowiem pytanie jest obarczone błędem metodologicznym (ma sugerującą treść).


Prezydent RP od dawna planował swoje referendum i mniej więcej w połowie czerwca ogłosił (no bo przeca nie „ujawnił”) 15 (słownie PIĘTNAŚCIE) pytań referendalnych. Moim zdaniem pytań jest stanowczo za mało. Powinno być ich 100, albowiem w tym roku mamy setną rocznicę odzyskania niepodległości. W teorii mógłbym to jakoś na poważnie skomentować, ale lektura pytań w rodzaju „Czy jest pan/pani za uchwaleniem nowej konstytucji RP, bądź zmian w obowiązującej konstytucji?” sprawia, że czuję jak umierają mi szare komórki. No bo, kurwa, jeżeli organizujesz referendum, w którym pytasz o to, czy suweren chce, żeby w konstytucji znalazły się takie a takie NOWE zapisy, to po chuj pytasz, czy chcą tę konstytucję zmieniać? Jeżeli chcą, to odpowiedzą „tak” na pytania o zapisy, jeżeli nie chcą, to odpowiedzą „nie”. No chyba, że to pytanie będzie „pytaniem filtrującym”, ale jeżeli tak, to należałoby tam dodać „jeżeli Twoja odpowiedź jest przecząca, to odłóż kartkę i spierdalaj do domu”. Aczkolwiek może chodzi o to, ze jak Gajowy przepierdolił ileś tam baniek na referendum JOW-owe, to obecny prezydent nie chce być gorszy.


Arcybiskup Hoser podzielił się swoimi przemyśleniami na temat antykoncepcji (które to „swoje przemyślenia” wyczytał w czyjejś tam encyklice) i powiedział, że jej stosowanie „otworzy szeroką i łatwą drogę zarówno niewierności małżeńskiej, jak i ogólnemu upadkowi obyczajów”. W ramach komentarza chciałbym przypomnieć scenę z jednego z polskich filmów, pt. „Demony wojny według Goi”. W scenie tej żołnierz, grany przez Bogusława Lindę, rozmawia z prokuratorem wojskowym, granym przez Olafa Lubaszenkę. Panowie przerzucają się argumentami i w pewnym momencie Linda zaczyna grać Lindę: „Panie prokuratorze, niech pan spierdala”


Chwilę temu słychać było potężną erupcję „po prawej”, albowiem Sąd Najwyższy oddalił kasację Zbigniewa Ziobry w sprawie drukarza (tego, który uznał, że ludzie gorszej kategorii nie zasługują na to, żeby móc skorzystać z jego usług). Chwilę później erupcja nastąpiła również w innym miejscu, albowiem Grzegorz Sroczyński (to trochę inna odmiana redaktora Wosia) zaczął bić na alarm: „Zły wyrok na drukarza. Czy jesteśmy gotowi drukować antysemickie treści?”. Równie dobrze redaktor Sroczyński mógłby zadać pytanie: „Czy jesteśmy gotowi drukować treści propagujące ustroje totalitarne?”. Odpowiedź na oba te pytania brzmi: Kodeks karny. Żaden „liberalny drukarz” nie musi być „gotowy do drukowania antysemickich treści”, bo propagowanie tychże jest (póki co) nielegalne (aczkolwiek różnie bywa ze ściganiem, bo przeca sarkazm, ironia i symbol szczęścia i pomyślności) . Czemu więc redaktor Sroczyński zrównał drukowanie „antysemickich ulotek” z drukowaniem materiałów promocyjnych organizacji LGBT? Bo chciał się trochę powymądrzać. Gdyby na serio zależało mu na dyskusji, to zadałby pytanie: „czy fani drukarza są gotowi na to, że jakiś przedsiębiorca ich pogoni, ze względu na ich poglądy/wyznanie/orientację seksualną?”. Pytanie to mógłby skierować bezpośrednio do Ordo Iuris, które lansuje się na tej całej sprawie i non stop nawija o „klauzuli sumienia”. Śmiem twierdzić, że gdyby ktoś pogonił Ordo Iuris i stwierdził, że nie wydrukuje im tego i tego, bo są organizacją religijną, to 5 minut po „pogonieniu” prokuratura zostałaby poinformowana o możliwości popełnienia przestępstwa, bo „obraza uczuć religijnych”, a prawicowy internet wyłby wniebogłosy, bo „atakujo wolność słowa!”. Cały tekst Sroczyńskiego polecam jedynie ludziom o mocnych nerwach, a tutaj się popastwię nad dwoma fragmentami: „Po pierwsze, wiem, jaki ten wyrok będzie miał psychologiczny efekt: drukarz poczuje się potraktowany niesprawiedliwe przez „lobby gejowskie i sądy” i w swoich poglądach stanie się jeszcze bardziej zapiekły. Podobnie inne osoby o zbliżonych do niego poglądach. Przymus nie jest najlepszym narzędziem do szerzenia tolerancji.”. Chuj mnie, kurwa, obchodzi to, że wyrok zranił uczucia drukarza. Znacznie ważniejsza jest ochrona tej części społeczeństwa, którą drukarz (oraz jego fani) uznają za ludzi gorszego gatunku (bo „choroba” i te sprawy). Redaktor tego raczej nie zrozumiał, bo nieco później walnął „Trzeba przyjąć do wiadomości, że żyją w Polsce ludzie, dla których organizacje LGBT są tak samo obce i wstrętne, jak dla nas antysemita Bubel”. Zapiszę sobie to zdanie i będę go używał jako odpowiedzi na pytanie „dlaczego uważasz symetryzm za odmianę nowotworu”. Nieco zaś bardziej na serio, argumentacja Sroczyńskiego jest powalająca. Ponieważ w Polsce są ludzie pokroju Leszka Bubla, którzy uważają, że część społeczeństwa jest „gorsza” i trzeba ją zwalczać, powinniśmy zagwarantować „drukarzom”, prawo do traktowania części społeczeństwa, jako „gorszej” i do zwalczania jej, poprzez utrudnianie dostępu do różnych usług. Mnie to jakoś, kurwa, nie przekonuje.


Zastanawiałem się nad tym, czy jakoś skomentować negatywne zaopiniowanie ustawy o związkach partnerskich przez KRS, ale chyba nie ma to sensu, bo tak naprawdę zebrał się zespół kolesi, którzy bronią obecnej władzy.  


Krzysztof Bosak po raz kolejny podzielił się swoimi głębokimi przemyśleniami z użytkownikami Twittera: „Masz na to jakieś badania?”-ta fraza zaczyna paraliżować normalną dyskusję w obdarzonej inteligencją młodszej części społeczeństwa. Ludzie w wieku +-20 lat zaczynają pozować na znawców nauki,a zarazem przestają samodzielnie używać rozumu. Roztropność i zdrowy rozsądek w odwrocie”. Ta wypowiedź ma dla mnie wymiar sentymentalny, albowiem parę lat temu dostałem od Bosaka bana za to, że miałem czelność zapytać go o to, czy ma jakieś badania na poparcie swojej tezy. Rozpaczliwy ton tego ćwita sugeruje, że Bosak już nie wyrabia z banami. Z tego z kolei wynika, że coraz więcej osób stara się jakoś weryfikować „roztropność i zdrowy rozsądek” wszelkiej maści Bosaków. Nie ukrywam, że mnie to cieszy.


Nie chciało mi się pisać o mundialu, ale wypowiedź jednego z rządowych mediaworkerów jest na tyle wyborna, że muszę się nią z wami podzielić. Powitajcie oklaskami Wojciecha Biedronia „Centrum Warszawy. Syci i zadowoleni POLACY, z zaciśniętymi pięściami, kibicują Niemcom. W Warszawie, gdzie kilka metrów dalej Niemcy mordowali rannych powstańców. Ja wiem, że to inne czasy, żę turniej, piłka i emocje. Tego jednak zrozumieć nie mogę. Nie oceniam. Stwierdzam...” Tak, to jest na serio. Nie, też nie mam, kurwa, pojęcia co ja właśnie przeczytałem. Nie, nie wiem, czemu w tym tweecie nie poruszono tematu reparacji.


Chwilę temu odbył się Kongres Kobiet. Po kongresie rozpętała się mała gównoburza, albowiem okazało się, że taki kongres to fajna sprawa, bo jak się jest ochroniarką, to można stać przez cały czas (i ćwiczyć silną wolę, bo obok stoi krzesło-kusiciel). Dobrego imienia Kongresu broniła Magdalena Środa, która stwierdziła, że w sumie to chujowo, że ochroniarka stała, ale po pierwsze – pewnie miała takie coś w umowie, a po drugie, to Magdalena Środa też była dwa dni na nogach. Odnośnie tego pierwszego, może warto by było zwracać uwagę na to, jak „podwykonawca” traktuje podwładnych (szczególnie w sytuacji, w której organizuje się taki, a nie inny event)?  Tzn. naprawdę wszyscy mieli tak bardzo w dupie tę ochroniarkę, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że non stop sterczy obok tego krzesła i na nim nie siada? Ja wiem, że kiedyś było tak, że dobra służba nie zwracała na siebie uwagi (i można było np. lokaja przegapić), ale te czasy już chyba, kurwa, minęły? Do utyskiwań Środy na to, że „W sali VIP było bardzo mało krzeseł, więc na ogół musiałyśmy stać” chyba nie ma sensu się odnosić.


HAHA! Myśleliście, że w tym Przeglądzie nie będzie zblokowanych tematów?! Nawet mi Was nie żal! A na serio, to na koniec zostawiłem dwa obszerniejsze kawałki tekstu. Zacznijmy od tematu, który łaził za mną od pewnego czasu i którym jest nadużywanie, określenia „skrajna lewica” przez prawicowych mediaworkerów/polityków. Wydaje mi się, że najlepszym przykładem będzie tu wypowiedź Patryka Jakiego: „Jeżeli zostanę prezydentem Warszawy, jedną z najważniejszych zasad, jaką będzie wyznawał samorząd, będzie wolność. Wszyscy będą mieli prawo manifestować, bez względu na to, czy to będzie organizacja skrajnie lewicowa, czy skrajnie prawicowa.” Szkoda, że nikt nie zapytał Patryka Jakiego o to, co rozumie pod pojęciem „skrajna lewica”. Nie chodzi mi o jakieś podręcznikowe cytaty, ale o kilka wymagań, które trzeba spełnić, żeby być „skrajną lewicą”. Nieco światła rzuca na to wypowiedź jednego z posłów KUKIZ'15, która była komentarzem do wypowiedzi Rafała Trzaskowskiego: „Trzaskowski: Chętnie udzielę ślubu parze homoseksualnej (...) Tomasz Rzymkowski:  Politycy PO poprzez kwestie światopoglądowe szukają głosów wyborczych. (…) To próba zgarnięcia skrajnie lewicowego elektoratu”. W myśl tej retoryki - „skrajnie lewicowi” są ludzie, którzy są zwolennikami legalizacji związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to przypomniałbym o tym, że w Wielkiej Brytanii małżeństwa jednopłciowe zalegalizowała Partia Konserwatywna. Ponieważ zaś nie jestem złośliwy, zwrócę jedynie uwagę na fakt, że zwolennikiem legalizacji małżeństw jednopłciowych może być osoba o skrajnie liberalnych poglądach ekonomicznych. W myśl narracji budowanej w pocie czoła przez prawicę, taka osoba ma „skrajnie lewicowe” poglądy. Można spokojnie założyć, że „skrajną lewicą” są wszyscy, którzy mają „nieprawicowe” poglądy w kwestiach takich jak: aborcja, in vitro, związki partnerskie/etc. Wydaje mi się, że „skrajna lewica” is the new „lewak”, ponieważ „lewak”, jako obelga trochę się zużył. No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że w Polsce „skrajnej lewicy” z prawdziwego zdarzenia ni chuja nie ma. Nie ma bowiem „lewicowego” odpowiednika Młodzieży Wszechpolskiej, ONR, NOP, Ruchu Narodowego/etc. No zaraz, a Antifa? No nie bardzo, albowiem Antifa zajmuje się głównie Sebixami z wcześniej wymienionych organizacji. Mnie chodzi o organizację, która używałaby skrajnie lewicowej retoryki. Na ten przykład domagałaby się wywłaszczania posiadaczy (nie, postulowanie wprowadzenia 75% podatku na zarobki powyżej 500 tys/rok) uśmiercania wrogów prekariatu/etc. Skrajna lewica organizowałaby eventy, na których wieszano by kukły finansistów/etc. Nawiasem mówiąc, nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego, w jaki sposób na takie hasła/eventy zareagowaliby komentatorzy/politycy, którzy uważają, że „skrajnie lewicowa” (neokomunistyczna/etc) jest partia, która nie wyraża zgody na to, żeby zgodne z prawem było dymanie pracowników (i płacenie im, np., 3 złotych za godzinę pracy [BO PRZECIEŻ FIRMA PO PROSTU NIE MA Z CZEGO WIĘCEJ PŁACIĆ!!!]). Śmiem twierdzić, że gdyby się taka lewica pojawiła, to mogłoby dojść do „wyjebania skali” i jestem się gotów założyć o wiele, że taką na serio skrajnie lewicową organizacją momentalnie zajęłyby się wszystkie możliwe służby (i nie byłoby taryfy ulgowej, jak w przypadku skrajnej prawicy, która musi odjebać naprawdę srogą inbę, żeby ktoś się nad nią pochylił [np. grozić śmiercią agentowi ABW, albo konsumować Wunderwaffel]). Zachęcałbym wszystkich do tego, żeby każdego polityka/dziennikarza, który zacznie nawijać coś o „skrajnie lewicowych organizacjach” zapytać o to, jakie konkretnie organizacje ma na myśli i co sprawiło, że akurat te. Aczkolwiek uprzedzam, że zapytany może się zdenerwować i poczęstować banem (tak jak Krzysztof Bosak za pytania o badania potwierdzające jego wypowiedzi).


Na Codzienniku Feministycznym pojawił się artykuł opisujący kolejnego przemiłego jegomościa (Krzysztofa Wołodźkę), który postanowił rozsyłać kobietom sex-wiadomości za pośrednictwem Facebooka. Nie trzeba chyba dodawać, że wiadomości te, były, eufemizując „niezamówione”, zaś jegomość nie reagował na sygnały sugerujące mu, że mógłby pospierdalać. Za każdym jebanym razem po opisaniu takiej historii mamy do czynienia z wysypem dzbanów, które, niestety, są nietłukące. Moim zdaniem, tym razem najjaśniej zabłysnęła gwiazda Wojciecha Engelkinga, nad którego ćwiterową twórczością (odnoszącą się do tej sprawy) się pochylę. Zaczęło się w sposób „klasyczny”, albowiem Engelking napisał: „Słuchajcie, młode pokolenie polskich feministek odkryło, że podrywanie jest molestowaniem.” Pozwolę sobie w tym miejscu na parafrazę: Słuchajcie, młode pokolenie polskich pisarzy nadal nie odkryło, że molestowanie nie jest podrywaniem”. Potem wywiązała się dyskusja. Ze względu na oszczędność miejsca, będę cytował jedynie wypowiedzi Engelkinga (jeżeli ktoś ma ochotę wydłubać sobie oczy, linki będą w źródłach). „Nikt przecież nie mówi, że zachowanie KW jest jakoś wybitnie przyzwoite. Podryw w złym smaku, w stylu "ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić", też jest jednak podrywem, a nie molestowaniem.” Młode pokolenie pisarzy, po raz kolejny udowadnia, że molestowanie jest dlań formą podrywu. Zdradzę młodemu pokoleniu pisarzy, że cytowany tekst (o ruchaniu i chodzeniu) był idiotycznym żartem, który opowiadano sobie w męskim gronie w czasach, w których starsze pokolenie blogerów chodziło do liceum. Kiedy paniczowi Engelkingowi zwrócono uwagę na to, że odbiorczynie sobie nie życzyły tych wiadomości, panicz stwierdził, że „Nie powiedziałbym, żeby to był sprzeciw wprost i żeby to było nękanie, to raz. Dwa: tak, będąc z kimś, ma się ustalony kod zachowań, bo się kogoś zna i jest się przez kogoś znanym w sferze intymnej. Podrywając kogoś - nie ma się tego kodu, bo się tak danej osoby nie zna.”. Zacznijmy od fragmentu tekstu: „W końcu, po dwóch miesiącach od pierwszego kontaktu, w tym dwóch tygodniach ciszy, spytał mnie nagle, czy może powiedzieć mi „bardzo frywolny komplement”. Odmówiłam, uzasadniając to tym, że nie chciałabym, aby wpłynęło to negatywnie na nasz późniejszy kontakt.” To chyba ten moment, w którym powinienem napisać, że „młode pokolenie pisarzy nie potrafi rozpoznać sprzeciwu”. Równie spektakularna jest próba tłumaczenia molestowania tym, że jak się rozmawia z nowo poznaną osobą, to się jej nie zna (ergo, nie wiadomo „na ile sobie można pozwolić” [bo zapewne o to chodziło Engelkingowi]). Nie należę do młodego pokolenia pisarzy, więc nie przemawia do mnie ta argumentacja. Bo jak mam to rozumieć? Że jeżeli ktoś podrywa nowo poznaną osobę, to może robić dosłownie wszystko, bo „przecież nie zna tej drugiej osoby, więc nie wie, jakie są jej oczekiwania” (rzecz jasna, myślenie takimi kategoriami zupełnie wyklucza to, że podrywana osoba może, kurwa mać, nie mieć żadnych oczekiwań po prostu, bo nie ma ochoty na bycie podrywaną, amen). Budowanie narracji „alarm! Oni uważają, że podryw to molestowanie!” jest skrajnie absurdalne. Bo jakoś sobie nie jestem w stanie wyobrazić, żeby zapytanie „czy dałbyś/dałabyś się zaprosić na kawę/piwo/do kina/ do księgarni/na polowanie na Ogary Tyndalla” zostało uznane za molestowanie. W dalszej części dyskusji mamy znowu „klasyczny” argument: „to jest grząski grunt i nie chcę Pani urazić, ale naprawdę nigdy nie usłyszała/wypowiedziała Pani "nie" znaczącego "tak"? Bo ja wielokrotnie. I słyszałem/wypowiadałem też "nie" znaczące "nie", żeby nie było.” (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zapytana przez Engelkinga kobieta odpowiedziała „Nie”[aż dziw bierze, że Engelking nie stwierdził, że jego zdaniem to „nie” brzmiało jak „tak”]). To jest coś, co mnie wkurwia straszliwie. Tzn. budowanie narracji (a raczej sprawianie, że owa narracja nie może umrzeć), w myśl której kobiety, to jakieś magiczne stwory, które mówiąc „nie” – chuj wie co mają na myśli, bo na pewno nie chodziło o „nie”. Owszem, Engelking zaznaczył w swojej wypowiedzi, że to wypowiadanie „nie”, które wcale nie znaczy „nie”, przydarzało się również jemu, ale skoro można uznać, że „nie” znaczy „tak”, to można również uznać, że Engelkingowi chodziło o kobiety, a siebie tam dodał tylko po to, żeby ktoś mu nie zarzucił, że „zawsze się trochę nie słucha „nie”, nieprawdaż?”. Dyskusja była znacznie dłuższa i w pewnym momencie Engelking zaczął opowiadać o tym, że kobiety go podrywały wysyłając mu zdjęcia biustów, choć on wcale nie miał ochoty ich oglądać (oczywiście, że mu wysyłały, jestem o tym przekonany, bo mnie wysyłano znacznie gorsze rzeczy: zdjęcia 6-wymiarowych hipersześcianów, sefliki Shub-Niggurath, a nawet fotosy Sfery Dysona [w skali 1:1]), tak więc darujemy sobie resztę.


Źródła:

https://dorzeczy.pl/kraj/66457/Media-z-obcym-kapitalem-odkupimy-Byle-nie-za-drogo.html



http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23507871,beczek-trojka-pyta-czy-przeszkadzaja-nam-homoseksualisci.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23537686,referendum-prezydenta-z-16-pytaniem-misiewicz-proponuje-cos.html





https://twitter.com/krzysztofbosak/status/1008650130965323776





O przygodach Sebixów, którzy uznali, że grożenie agentowi ABW to super pomysł, możecie poczytać w książce Kąckiego „Biała siła, czarna pamięć”




https://twitter.com/W_Engelking/status/1009022689548423168



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz