niedziela, 5 marca 2023

Słów kilka o hienach

Zastanawiałem się nad tym, czy ten temat poruszać, bo w takich sytuacjach zawsze człek ma gdzieś z tyłu głowy to, że może lepiej jednak pomilczeć trochę. Działania rządowej machiny propagandowej sprawiły, że jednak tym razem sobie nie pomilczę.


Jakiś czas temu, jeden z rządowych propagandystów (Tomasz Duklanowski, [mam szczerą nadzieję, że kiedyś będzie to Tomasz D.]) opisał sprawę jednego pedofila (Krzysztofa F.). Dlaczego akurat zainteresował go ten konkretny pedofil? Ano dlatego, że w przeszłości był członkiem Platformy Obywatelskiej. Cała sprawa została przez rządową machinę propagandową opakowana w narracje o „tuszowaniu pedofilii przez PO” i o tym, że „PO ukrywała prawdę o tym, co się działo”.


Znamienne jest to, że o żadnym tuszowaniu nie było mowy (nie, Krzysztofa F. nie przeniesiono do innego miasta), bo typ został usunięty z PO. Nikt go również nie ukrywał przed wymiarem sprawiedliwości. Typowi przedstawiono zarzuty, zasiadł na ławie oskarżonych i został skazany. W momencie, w którym Duklanowski opisywał całą sytuację, typ od jakiegoś czasu siedział już w więzieniu.


Skoro pedofil poniósł odpowiedzialność za swoje czyny i nikt nie próbował tam niczego ukrywać, to czemu tak właściwie Duklanowski o tym wszystkim napisał? Czemu zbudowano jakąś idiotyczną narrację, w myśl której to jest jakaś „afera”? Pozwólcie, że zacytuję wam tytuł artykułu z Tysola (niegdyś „Tygodnik Solidarność”): „„Afera pedofilska”. To wstrząśnie jutro opinią publiczną?”. Jeżeli ktoś sobie pomyślał o tym, że chyba chodził o paliwo kampanijne dla Zjednoczonej Prawicy, to taki ktoś sobie bardzo dobrze pomyślał.


Ponieważ Duklanowskiemu (i jego kolegom z mediów rządowych) chodziło o to, żeby mieć „paliwo”, sprawę opisano tak, żeby było wiadomo, że na pewno chodzi o dzieci jednej z posłanek z PO. Żeby nikt nie miał problemu z identyfikacją posłanki, Duklanowski informację o tym, że chodziło o „dzieci znanej parlamentarzystki” zawarł już w leadzie swojego tekstu (w leadzie podał również wiek tych dzieciaków). Na tym jednakowoż nie poprzestano. Akcja była tak dobrze skoordynowana, że Dariusz Matecki zaczął potem po prostu wrzucać w internety zdjęcia posłanki, żeby absolutnie nikt nie miał problemów z ustaleniem o kogo chodzi.


Praktycznie od razu po „opisaniu afery” zwrócono uwagę na to, że sposób, w który to zrobiono sprawia, że bardzo łatwo jest zidentyfikować ofiary. I nie, to nie było moje lewackie zdanie, uwagę na to zwracali tacy ludzie, jak Tomasz Terlikowski, Błażej Kmieciak i wielu wielu innych. Ponieważ „polityczne złoto” zaczęło Zjednoczoną Prawicę parzyć w ręce, rządowa machina propagandowa ruszyła z odsieczą i zaczęto tłumaczyć, że Duklanowski jedynie opisywał aferę, a inni ją chcieli zamieść pod dywan/etc.


Rozpędzone opiniomaty poszły jednak o krok dalej (jeżeli ktoś ma słabe nerwy, to lepiej niech sobie odpuści ten akapit i przejdzie do kolejnego). Otóż, zaczęto budować narracje, w myśl której w tym spisku, który miał na celu zamiecenie całej sprawy pod dywan brała udział ta posłanka, bo postawiła dobro partii ponad dobro swoich dzieci. Gwoli ścisłości, to była jedna z delikatniejszych narracji.


Na to, że to wszystko może się źle skończyć (ze względu na wtórną wiktymizację ofiar) rządowy agitprop (a w szczególności osoby z opisami „babies lives matter” w ćwiterowych bio) nie zwracali uwagi. Niestety, działalność Duklanowskiego i jego kolegów/koleżanek z rządowych mediów miała straszne (i to nie jest dramatyzm) konsekwencje. Posłanka poinformowała wczoraj (tj. w piątek) o śmierci swojego 15-letniego syna.


Wielokrotnie zdarzało mi się wspominać o tym, że dla partii rządzącej wszystko (i to literalnie) podporządkowane jest „potrzebom wizerunkowym”. Cokolwiek się stanie, najważniejsze jest „dobre imię partii”, bo to ma przełożenie na słupki. Jeżeli popatrzy się na ich działania nieco z boku, to wygląd to po prostu absurdalnie.


Bo oto, partia, która opowiada często i gęsto o tym, że chce „chronić dzieci”, praktycznie przez cały dzień nie reagowała na film Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”. Nie reagowali na to rządowi mediarworkerzy i rządowe opiniomaty (czy tam „konta agitacyjne”). Ten temat praktycznie nie istniał. Potem się okazało, że dlatego nikt się nie odzywał, bo taki był odgórny zakaz. Terlecki później tłumaczył, że chodziło o „ujednolicenie przekazu” i o to, żeby „nie każdy mógł mówić, co my przyjdzie do głowy”.


Co prawda, to już nie zostało dopowiedziane, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że w tym drugim przypadku chodziło o to, żeby przypadkiem nikt nie powiedział/napisał paru słów za dużo, bo to mogłoby popsuć sojusz tronu z ołtarzem. No bo jeszcze by się znalazł jakiś „dobry PiSowiec”, który powiedziałby, co sądzi na temat ukrywania pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości (albo dopuszczaniu skazanego pedofila do pracy z dziećmi) i cała partia musiałaby się potem z tego tłumaczyć. Chyba nikt się nie wyłamał z tego zakazu.


Czemu o tym wspominam? Ano dlatego, że teraz jest podobnie. Nieco, bo w momencie, w którym pisałem te słowa (sobotnie popołudnie) ten temat po „prawej stronie” praktycznie nie istniał. Niestety (zaraz jasnym będzie, czemu użyłem tego sformułowania) tym razem rządowa machina działa inaczej, niż w przypadku „Tylko nie mów nikomu”. Teraz stosowana jest inna metoda. O jakiej metodzie mowa? Otóż, wygląda to tak, że choć tuzy (poza paroma rządowymi mediaworkerami) milczą, to wypowiadają się w internetach konta agitacyjne. Konta te wrzucają narracje, z których wynika, że winę za to wszystko ponosi matka, a biedny Duklanowski tylko „ujawniał aferę”.


Nawiasem mówiąc, w pewnym momencie pojawiła się kolejna „narracja obronna”, którą była próba pokazania, że ofiarą jest kto inny. O kogo chodzi? O Oskara Szafarowicza (to jedna z twarzy „Okiem Młodych”). Od pewnego momentu konta agitacyjne zaczęły tłumaczyć, że ludzie chcą zniszczyć Szafarowicza i że urządzono na niego nagonkę. Rzecz jasna, żadne z tych kont nie wspomni o tym, że Szafarowicz brał udział w nagonce na posłankę i na jej rodzinę i robił to równie obrzydliwie, co Matecki. O tym jego obrońcy nie wspomną, bo ciężko by było wtedy tłumaczyć, że Szafarowicz jest „ofiarą”.


(Edycja) Tekst był gotowy do wrzucenia, ale wtedy okazało się, że rządowe opiniomaty znalazły kolejną ofiarę całej tej sytuacji. Tą ofiara są rządowe media i ich pracownicy. Bo wiecie, stała się tragedia, a opozycja tę tragedię „wykorzystuje do atakowania mediów publicznych”. Ktoś może powiedzieć, no ale zaraz, czy przypadkiem nie było tak, że to działania rządowych mediów, które połączyły siły z Mateckimi i Szafarowiczami doprowadziły do tragedii, a teraz po prostu ludzie głośno o tym mówią? Owszem, było tak, ale to są fakty, a jeżeli fakty mogą zaszkodzić dobremu imieniu partii, to tym gorzej dla faktów.    


I nie, to nie jest żadna samowolka. Te wszystkie konta w pocie czoła starają się znaleźć jakąś narrację, która zostanie dobrze odebrana przez partyjny beton. Te konta piszą te przerażające rzeczy, a spece od internetów siedzą nad programami do mierzenia/ważenia ruchu internetowego i sprawdzają, jak reaguje na to beton. Bo wiecie, co prawda dziecko nie żyje, ale babies live matters i „chrońmy życie od poczęcia” tylko i wyłącznie wtedy, gdy partia na tym może zyskać.


Bardzo bym chciał, żeby winni ponieśli konsekwencje, ale mam świadomość tego, że jest to bardzo mało prawdopodobne. Gdyby bowiem podwładni Ziobry chcieli ruszyć Duklanowskiego, to musieliby zainteresować się, na ten przykład, Mateckim, a to przecież jest nierealny scenariusz, prawda?


Ci sami ludzie, którzy oburzali się w 2015 roku na program Tomasza Lisa, w którym Karolak odczytał ćwit z fejkowego konta Kingi Dudy, teraz milczą. Ci, którzy domagali się wtedy przeprosin (które to przeprosiny miały miejsce, bo Lis przeprosił za to, co się stało w programie) i twierdzili, że to nie wiadomo jaka krzywda była, teraz milczą. Milczą, bo spindoktorzy jeszcze nie wpadli na to, w jaki sposób powinni zareagować. Wiecie, w sytuacji, w której dosłownie każdy przyzwoity człowiek wie, co należałoby zrobić, oni czekają na to, co im powiedzą spece, bo przeraża ich to, że zachowując się przyzwoicie, mogliby działać na szkodę partii.


I nie, nie warto zastanawiać się nad tym, czy ktokolwiek z nich w ogóle zastanowił się nad tym, jakie konsekwencje mogą mieć ich działania. Dla nich to była jedynie szansa na dowalenie Odwiecznemu Wrogowi. Cel uświęca środki. I każdy, ale to dosłownie każdy obywatel może się w pewnym momencie stać takim „środkiem do celu”.


Choć nie podejrzewam Duklanowskiego o to, że posiada jakiekolwiek uczucia wyższe, to jednak zastanawiam się nad tym, czy odczuwa mrowienie na karku, gdy myśli sobie o tym, czego życzy mu teraz większość osób. Ja ze swej strony życzę Duklanowskiemu i wszelkiej maści Mateckim, Szafarowiczom i innym Rachoniom tego, żeby kiedyś ponieśli konsekwencje swoich działań.



Źródła:

https://www.tysol.pl/a97009-afera-pedofilska-to-wstrzasnie-jutro-opinia-publiczna

https://radioszczecin.pl/1,450144,pelnomocnik-marszalka-geblewicza-ds-uzaleznien-s

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/magdalena-filiks-zmarl-syn-krytyka-tomasz-duklanowski-radio-szczecin

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/tylko-nie-mow-nikomu-ryszard-terlecki-wysyla-sms-y-do-poslow-pis/q9r1cpr

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/szef-panstwowej-komisji-ds-pedofilii-krytykuje-dziennikarza-radia-szczecin-sakiewicz-zawiadomi-prokurature












piątek, 17 lutego 2023

Jarosław w krainie TikToka

Ten tekst miał być pierwotnie kawałkiem Hejterskiego Przeglądu Cyklicznego, ale trochę za bardzo mi się rozrósł (bo w trakcie pisania pojawił się artykuł, nad którym bardzo, ale to bardzo chciałem się poznęcać), tak więc postanowiłem go wrzucić osobno.


Niniejszy tekst zaczniemy od „ciągu dalszego” akcji „Okiem młodych”. To, że ta cała akcja skończy się spektakularną klapą, było wiadomo od początku. Od początku było też wiadomo, że zaczęła się ona dlatego, że Genialny Strateg zapowiedział „ofensywę smartfona”. Co zrozumiałe, osoby, które tej akcji dawały twarz twierdziły, że to jest inicjatywa oddolna i PiS nie ma z nią nic wspólnego. Potem zaś wydarzyło się kilka rzeczy. Najpierw jedna z twarzy tej akcji wygrała konkurs historyczny organizowany przez TVP. Nie mam pojęcia czy ta „twarz” to wygrała legitnie, czy też nie, bo nie ma szansy na to, żeby to zweryfikować. Niemniej jednak, w kontekście działalności prowadzonej przez tę twarz, owo zwycięstwo wyglądało cokolwiek wieloznacznie.


Na tym się jednakowoż „przypadki” związane z tymi twarzami nie kończą. Otóż, 7 lutego w trakcie robienia prasówki trafiłem na taką oto historię: „Oskar Szafarowicz, jeden z twórców profilu "Okiem młodych", dostał właśnie pracę w Krajowym Zasobie Nieruchomości - donosi wp.pl. 22-latek znany jest z promowania PiS i jego polityków w mediach społecznościowych oraz ostrej krytyki opozycji.”. Gdzieś mi mignęła wymiana ćwitów, w trakcie której główny zainteresowany (a raczej główny obdarowany) tłumaczył (komuś, kto napisał, że ten stołek mu się po prostu należał), że jedyne, co mu się należało, to zwycięstwo w konkursie, bo się do niego bardzo dobrze przygotował, a co do stanowiska, to najwyraźniej najlepiej wypadł w procesie rekrutacyjnym.  


Przyznam szczerze, że zastanawiałem się przez chwilę nad tym, czy ten konkretny stołek dla tej konkretnej osoby dowodzi tego, że PiSowcy są pewni swojej trzeciej kadencji i ich zdaniem nic nie jest w stanie im zaszkodzić, czy też może gdy go obdarowywali, to powiedzieli „masz, młody i korzystaj, bo nie wiadomo, co będzie po październiku”. Jeszcze innym przypadkiem, związanym z twarzami wiadomej akcji było to, że: „Ubiegłoroczna marszałek Sejmu Dzieci i Młodzieży, dziś została nową pełnomocnik okręgową Forum Młodych PiS okręgu 52, obejmującego Opole oraz powiat ziemski. Wiktoria Mielniczek będzie aktywizować młodych i zachęcać do współpracy, w - jak mówi - trudnym roku wyborczym.”.


Ja sobie tu heheszkuję trochę, ale mam świadomość tego, jak bardzo PiSowi zależy na tym, żeby w internetach cokolwiek jeszcze znaczyć. Gdy pomału docierało do nich to, że to „Okiem młodych” jednak nie ma sensu, postanowili „nawiązać współpracę” z jednym z influencerów. Zrobiono to bardzo subtelnie. Otóż, pewnego razu typ zaczął praktycznie cytować TVP Info. Powiedzieć, że zostało to nieszczególnie dobrze przyjęte, to jak nic nie powiedzieć.


Zastanawiałem się nad tym „co będzie dalej”, bo oczywiste było dla mnie to, że PiS tych internetów nie odpuści. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy dzisiaj przeczytałem news: „PiS chce odwojować internet i wchodzi na TikToka. Poręba do młodych: “Alternatywa, którą wam się próbuje wtłoczyć w głowy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, my dotrzymujemy słowa”. Ujmując rzecz innymi słowy: „Słuchajcie, głąby! Dajecie sobą manipulować i dajecie się okłamywać. Poza tym chyba sobie zapomnieliście, że w tym kraju to my mamy monopol na prawdę!”.


Po pierwsze, brawa dla Poręby za to, że przynajmniej jest szczery. Po drugie, jak tak sobie obserwuję te internetowe poczynania PiSu, to mi się przypomina taka dość stara gra, którą był Far Cry 3. Tam główny antagonista (Vaas) podzielił się z bohaterem gry swoją definicją szaleństwa/niepoczytalności, w której to definicji chodziło o to, że mamy do czynienia z szaleństwem wtedy, gdy ktoś robi cały czas to samo oczekując, że za którymś razem to, co robi, będzie miało inny rezultat. Moim zdaniem, pisowscy spindoktorzy wychodzą z założenia, że z ich przekazem jest wszystko w porządku, a cały problem polega na tym, że ten przekaz po prostu nie dociera do młodzieży. Na to, że ten przekaz, owszem, dociera, ale młodzież w najlepszym przypadku będzie się z niego śmiała, jeszcze nie wpadli. Jestem na serio ciekaw, jakie będą kolejne pomysły PiSu na „odzyskanie internetu”. Ciekawi mnie również, ile razy już trzeba było Kaczyńskiemu tłumaczyć, że Obajtek nie jest w stanie kupić TikToka, ani Facebooka.


Już po napisaniu powyższego kawałka oczom mym ukazał się artykuł, w którym Kamila Baranowska (wcześniej produkowała się w zupełnie bezstronnym tygodniku „Do Rzeczy”), zaczęła tłumaczyć, o co tak właściwie chodzi w tej Tik Tokowej kampanii PiSu. Pozwolę sobie zacytować cały lead artykułu: „PiS wystartowało z kampanią skierowaną do młodych na TikToku. Partia chce, by jak najwięcej jej polityków założyło tam konta. Stojąca za tym kalkulacja zaskakuje. PiS wie, że młodych nie przekona, chce ich więc... zdemobilizować. Interia dotarła do wewnętrznych badań PiS, które stoją za tą strategią. Jeśli się powiedzie, może przesądzić o wyniku jesiennych wyborów.”


No dobrze, przez moment załóżmy, że to wszystko jest na poważnie. Co tam wychodziło w badaniach temu PiSu? Zapnijcie pasy, bo będzie zabawnie: „Jak ustaliła Interia, PiS dysponuje własnymi, wewnętrznymi badaniami, przeprowadzonymi na dużej grupie 3 tysięcy respondentów, które pokazują, że młodzi są nie tyle antyPiSowscy, co słabo zorientowani, obojętni lub całkiem niezainteresowani polityką. Można by ich określić mianem pokolenia "whatever”.


Bardzo, ale to bardzo chciałbym dotrzeć do metodologii tych badań. Mam bowiem przeczucie graniczące z pewnością, że albo ta metodologia srogo kuleje, albo badania dotyczyły czegoś zupełnie innego niż wnioski, które z tych badań zostały wyciągnięte przez „mędrców” z PiSu.


Jeżeli zaś chodzi o samo zaangażowanie „w politykę”, to ja, czytając te wynurzenia, mam takie jakieś wewnętrzne odczucie, że się symulacja zacięła. Ja wiem, że dla specjalistów od narracji bieżących to są „zamierzchłe czasy”, ale doskonale pamiętam, jak to się prawica wzmagała w 2020 roku, kiedy to po zaostrzeniu prawa aborcyjnego na ulice wyszła ogromna liczba ludzi. W tym ogromie, ku skrajnemu przerażeniu prawicy było bardzo, ale to bardzo dużo ludzi młodych. Nie, nie przesadzam z tym skrajnym przerażeniem. Prawica liczyła wtedy na bierność młodzieży i była absolutnie wręcz nieprzygotowana na to, co się działo (nie, nasyłanie na młodzież nafuranych karków z pałkami teleskopowymi nie jest dowodem na „przygotowanie”). Czemu prawica była nieprzygotowana? Ano temu, że liczyła na bierność młodych ludzi. No bo skoro nie protestowali przeciwko przejęciu TK (nie stykało tym mędrcom we łbach, że 4 lata wcześniej ci ludzie mogli być jeszcze zbyt młodzi na protesty), to pewnie się już nigdy nie ruszą z domów, prawda?


Z badań, które wtedy przeprowadzano, wynikało, że młodzież właśnie ostro skręca w lewo. Rzecz jasna, polska lewica parlamentarna postanowiła w ogóle nie zwracać uwagi na te wyniki badań. A nie, przepraszam, pochwalono się tymi sondażami i nie zrobiono absolutnie nic, żeby ten skręt wykorzystać do zdobycia większego poparcia. No, ale to dygresja jedynie. Cofnijmy się parę lat od tego 2020. Wtedy bowiem, na „bierną młodzież” narzekała opozycja parlamentarna. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że był (dość krótki) okres, w którym PiS (oraz rządowi mediaworkerzy) wychwalali młodzież, bo ta głosowała na partię Kaczyńskiego. Jeżeli ktoś chciałby nieco więcej o tym poczytać, to w komentarzach wrzucę link do mojej ściany tekstu na ten temat.


Jestem zagorzałym przeciwnikiem generalizacji, ale generalnie rzecz ujmując, na młodzież narzeka każdy, komu nie podoba się to, co robi (bądź też czego nie robi) młodzież. Jedynym punktem stałym jest w tym wszystkim Jarosław Kaczyński, bo on młodzieżą po prostu gardzi. Gardzi nią niezależnie od tego, czy młodzież głosuje na PiS, czy też przeciwko PiSowi. No ale, to znowuż była dygresja.


Mamy rok 2023. Na własne oczy widzieliśmy to, jak bardzo młodzież jest zainteresowana polityką i tym, jaki wpływ ta polityka może mieć na jej życie. Dlatego we łbie mi się nie chce zmieścić to, że ktoś mógł przeprowadzić poważne badania, w których wyszło coś innego. Chyba, że ktoś je źle przeprowadził i zamiast zaangażowania młodzieży i jej zainteresowania tym, co się dzieje dookoła badano to, jakie podejście młodzież ma do PiSu. Nawet, jeżeli ktoś chciał przebadać tę drugą kwestię, to najprawdopodobniej źle do tego podszedł. Nie powinno się bowiem w tych badaniach sprawdzać „antyPiSowości”, ale to, jakie młodzież ma zdanie w kwestiach, w których PiS deklaruje dość jednoznaczne stanowiska. Chodzi mi o takie kwestie, jak podejście do elgiebetów, praw reprodukcyjnych, mniejszości etnicznych, zmian klimatycznych, Kościoła i tak dalej i tak dalej. Gdyby badania przeprowadzono w ten sposób, PiSowska wierchuszka miałaby doskonały wgląd w to, jak bardzo PiS rozjechał się z młodzieżą.


Pozwolę sobie to ująć jeszcze inaczej. Ja nie wykluczam tego, że jak oni badali podejście do samego PiSu, to im mogło wyjść, że część młodzieży miała na temat partii zdanie takie, że #nikogo. Jednakowoż jestem przekonany o tym, że gdyby badano podejście do biologicznego rasizmu, siania nienawiści względem elgiebetów (i podniecanie się określeniami takimi, jak „zaraza”), dbania o to, żeby Kościół (od którego młodzież odwraca się bardzo, ale to bardzo szybko) miał wpływ na życie obywateli naszego kraju i tak dalej i tak dalej, to uzyskano by nieco lepszy ogląd sytuacyjny.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Nie, nie możemy jeszcze zatrzymać karuzeli śmiechu, bo trzeba wziąć na tapetę kolejny fragment. Wydaje mi się, że z tego właśnie fragmentu wywnioskowano, że „młodzież jest bierna”: „W przedziale wiekowym 18-24 poparcie dla PiS zadeklarowało 15 proc. wyborców. Dla porównania poparcie dla PO wyniosło 19 proc., dla Polski 2050 Szymona Hołowni 19 proc. Nowa Lewica może liczyć na 11 proc., a Konfederacja 10 proc. Najwięcej, bo 26 proc. młodych, na pytanie, na kogo chciałoby głosować, odpowiedziało: "Nie wiem".” Czy można z tego wywnioskować, że młodzieży jest wszystko jedno? Owszem, można, tyle że będzie to tzw. „wiosek niewynikający”. Te 26 proc. młodych nie powiedziało, że im „wszystko jedno”. Oni powiedzieli, że nie wiedzą na kogo zagłosują. Wniosek z tego płynie taki, że jeżeli „dostaną” od którejś partii odpowiednią „ofertę” programową, to poprą tę właśnie partię. W kontekście powyższego strategia „będziemy ich zniechęcać” może się okazać dla PiSu samobójcza (czego sobie i wam życzę).


Przyznam szczerze, że na samym początku myślałem sobie, że (ze względu na autorkę artykułu) jest to po prostu kolejny artykuł pt. „genialny PiS znalazł jeden prosty sposób”. Potem jednakowoż do mnie dotarło, że gdyby tak było, to w artykule nie byłoby żadnych „kawałków” badań. Te „kawałki” dowodzą tego, że to nie redaktor Baranowska sobie wymyśliła ten bardzo sprytny plan. Ten plan został wymyślony na Nowogrodzkiej, która śmiertelnie obraziła się na młodzież (o panu z Żoliborza już wspominałem, więc teraz nie trzeba).


I znowuż, przez moment potraktujmy to wszystko poważnie. Niech tam będzie, że PiS ma taki, a nie inny plan. Partia Kaczyńskiego udowodniła, że jeżeli coś jest w stanie dobrze robić, to tym czymś jest prowadzenie wojny informacyjnej ze społeczeństwem. Każda sytuacja, w której PiS coś zawalił, jest momentalnie „zaciemniana” zylionem narracji po to, żeby przeciętny obywatel, który nie ma czasu na jakieś tam pogłębione researche, bardzo szybko doszedł do wniosku, że „wszyscy oni po jednych pieniądzach”. Przez moment załóżmy, że zastosowanie tej konkretnej strategii komunikacyjnej jest sensowne (o tym, czemu nie jest, będzie za moment) i że to „może się udać”. Po co, na litość nieisitniejącego bytu transcendentnego o tym opowiadać? Ok, gdybyśmy byli mniej więcej w „połowie” tej ich akcji „zaciemniania” i gdyby zaczynało się to odbijać na sondażach, to „chwalenie się” tym można by było zrozumieć (tzn. nadal byłaby to głupota, ale znacznie mniejszego kalibru). Na czym Poręba chce budować zasięgi? Na artykułach, w którym PiSowcy tłumaczą, że te filmiki to tylko po to, żeby zniechęcić młodzież do udziału w wyborach? Czy nikt tam nie wpadł na to, że, no nie wiem, młodzież umie czytać i może trafić na te artykuły i się nieco zirytować na to, że PiS bawi się z nią w wojnę informacyjną?


Miało być o tym, czemu ten plan jest, eufemizując, nie za mądry. PiS bawi się w wojnę informacyjną ze społeczeństwem od początku swoich samodzielnych rządów. Co za tym idzie, ta strategia „zniechęcania” jest stosowana od dawna. Cały ten szum informacyjny dociera do młodzieży już teraz. Innymi słowy, robienie jakichś dodatkowych akcji internetowych jest pozbawione sensu, a na dodatek może być przeciwskuteczne. Może się bowiem okazać (czego sobie i wam życzę), że PiS wjeżdżając wszędzie z tymi swoimi bieda akcjami jeszcze bardziej zantagonizuje młodzież. Potem pewnie będzie płacz i zgrzytanie zębów, jak im z kolejnych (równie genialnie przeprowadzonych) badań wyjdzie, że po tych wszystkich akcjach młodzi reaguję alergicznie już nie tylko na te wcześniej wymienione „punkty zapalne” (biologiczny rasizm/etc.), ale też na sam PiS. Ponadto, może się okazać, że te akcje zachęcą młodzież do głosowania (na zasadzie „każdy, byle nie te namolne matoły, przez które strach lodówkę otworzyć”).


Poza tym, jest jeszcze jedna, drobna, kwestia. PiS się z tym swoim „podbojem” TikToka spóźnił. O ile? O jednego Patryka Jakiego i jedną Solidarną Polskę. Praktycznie niemożliwe jest wpasowanie się tam z jakimś „umiarkowanym” przekazem w sytuacji, w której już od ponad półtora roku produkuje się tam jeden z najbardziej toksycznych polityków Zjednoczonej Prawicy, który to polityk do perfekcji opanował znajomość algorytmów sterujących „dużymi” platformami społecznościowymi (serio, typ jest na Instagramie, Facebooku, Twitterze i Tiktoku) i który (razem ze swoją partią) 24/7 epatuje skrajnie antyunijnymi narracjami. Nie jest więc tak, że PiS usiłuje wypełnić jakąś próżnię. PiS próbuje wejść do medium społecznościowego,  którego „podział” dokonał się już jakiś czas temu. Co ciekawe, umknęło to chyba wszystkim, którzy niezdrowo emocjonowali się tym „wejściem PiSu na TikToka”.


Na sam koniec zostawiłem sobie kwestię ostatnią. Zastanawiające jest to, po co PiSowcy chwalą się tym swoim „sprytnym planem” na wygraną w wyborach poprzez zniechęcanie młodzieży do udziału w głosowaniu. To chwalenie się jest bezsensowne z przyczyn, które wcześniej opisałem. No to czemuż, ach czemuż się tym chwalą (wiedząc doskonale, że rok 2015 i ich dominacja w internecie się już raczej nigdy nie powtórzy)? Żeby pokazać, że nie odpuszczają i że „coś robią”. Żeby pokazać, że jednak chcą walczyć o tę „trzecią kadencję”. Tak w temacie tej trzeciej kadencji, to dziwię się temu, że nikt z opozycji nie zrobił PiSowi tego, co PiS robi wszystkim i nie zaczęły się próby „zaciemniania”. No bo przecież to jest trzecia kadencja PiSu, czyżby nie zależało im na wygraniu kolejnych wyborów (tak, wiem, że pewnie chodzi o samodzielne rządy, ale, no cóż, nigdzie nie jest to wyszczególnione).


Całe to ogłaszanie z wielką pompą akcji, której założenia powinny być schowane przed publiką (ja mam o naszej opozycji zdanie takie, a nie inne, ale nawet nasza opozycja może wpaść na pomysł wrzucenia narracji „czołem, młodzieży! PiS nawet nie kryje się z tym, że chce was zniechęcać do głosowania, jak myślicie, czy robi to dlatego, że wprowadzane przez tą partię pomysły będą wam służyć, czy też nie?”, albo czegoś w tym rodzaju) to próba przekazania własnemu elektoratowi (który też już pewnie średnio wierzy w kolejną kadencję), że tu się cały czas coś dzieje! Poza tym jest to próba przekonania własnego obozu do tego, że „wszystko idzie zgodnie z planem”. Czy z tego wynika, że część aktywu partyjnego wierzy w to, że uda się wygrać wybory poprzez „zniechęcenie” młodzieży? Pewnie tak. Nieśmiało przypominam, że mowa tu o ludziach, którzy wierzyli w to, że tupolew został wysadzony w powietrze, tak więc pokłady wiary są tam dość spore. Jednakowoż szczerze wątpię w to, że wierzył, na ten przykład, Tomasz Poręba, bo gdyby wierzył w takie brednie, to jego kariera polityczna już dawno by zgasła.



Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,29441725,media-wychwalal-pis-bronil-czarnka-22-latek-z-ciepla-posadka.html

https://twitter.com/Szafarowicz2001/status/1623037192753844224

https://opole.tvp.pl/66012131/bedzie-aktywizowac-mlodych-wiktoria-mielniczek-nowa-pelnomocnik-forum-mlodych-pis?

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/filip-zabielski-tiktok-pis-pochwala

https://twitter.com/300polityka/status/1625781327759802370

https://www.google.com/search?client=firefox-b-d&q=definition+of+insanity+vaas

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-drugie-dno-ofensywy-pis-na-tiktoku-dotarlismy-do-wewnetrznyc,nId,6601560

Narzekanie na młodzież w 2018:

https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,163229,23758052,wszystko-wam-jedno-obudzicie-sie-gdy-przestanie-dzialac-netflix.html

Moja ściana tekstu w temacie „młodzieżowym” z 2020 roku.

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2020/11/a-poza-tym-sadze-ze-z-modzieza-nalezy.html















czwartek, 9 lutego 2023

Równi i równiejsi

Siedziałem sobie i grzecznie pisałem krótki tekst o rosyjskiej dezinformacji, aż tu nagle kilka osób wysłało mi link do artykułu o moim ulubionym polityku z Opola.


Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że ojciec Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (Ireneusz Jaki, który wcale, a wcale nie był opolskim notablem w czasach, o których Patryk Jaki twierdził, że się wtedy w domu „nie przelewało”) ma problemy natury zawodowej i opisałem te problemy w telegraficznym skrócie (jeżeli ktoś przegapił, to link w źródłach znajdzie). Teraz okazało się, że sprawa ma spektakularny ciąg dalszy.


Artykuł, który mi podrzuciło kilka osób, ma tytuł z gatunku selfexplanatory: „Patryk Jaki interweniował w sprawie ojca w inspekcji pracy”. Ja w tym miejscu poczynię krótką dygresję. Myśmy się już przyzwyczaili do rządów Zjednoczonej Prawicy tak bardzo, że tego rodzaju tytuł nie robi na nas wrażenia. No bo czego innego spodziewać po ludziach, którzy non stop nadużywają tego, że ich opcja polityczna jest akurat przy władzy.


Tak się składa, że w normalnych okolicznościach przyrody, artykuł o takim tytule traktowałby o tym, że Patrykowi Jakiemu właśnie się skończyła kariera polityczna. Ponieważ okoliczności przyrody normalne nie są, jest po prostu jeden z bardzo wielu artykułów o zbliżonej tematyce, który to artykuł przeszedł praktycznie bez echa.


No dobrze, od czego zaczniemy? Ano może od tego, co na temat swojej „interwencji” miał do powiedzenia Patryk Jaki: „- To żadna tajemnica. Byłem w tej instytucji i wszędzie, gdzie się da. Nagłaśniam sprawę, robię konferencje, ja i ojciec wysyłamy oficjalne pisma do PIP i innych  instytucji. Mówiłem o tym publicznie”. Z tego by wynikało, że bezproblemowo można by było się dowiedzieć tego, w jaki sposób przebiegały te „interwencje” prawda?


Otóż nie do końca, o czym świadczy końcówka artykułu z Interii: „Chcieliśmy się dowiedzieć czegoś o wizytach Patryka Jakiego w Głównym Inspektoracie Pracy bezpośrednio od PIP, ale nie uzyskaliśmy odpowiedzi na nasze pytania w tym zakresie.”. Innymi słowy wszystko było tak bardzo jawne, że aż nie można się dowiedzieć, co tak właściwie się tam działo.


Tu w sumie dochodzimy do pierwszej, eufemizując, „niejasności” związanej z tą „interwencją” (tzn. w sumie z tymi „interwencjami”, bo wizyt było sporo). No bo tak właściwie, to o co chodzi z tą interwencją? Czy każdy obywatel może w ten sposób „interweniować”? Czy każdy obywatel może sobie iść z interwencją do PIP, jeżeli nie będą mu się podobały ustalenia Państwowej Inspekcji Pracy? Choć Patryk Jaki stara się być bardzo przekonujący, to ja mu jakoś nie wierzę. Coś mi się wydaje, że to wszystko opiera się na tym, że jeżeli chodzi o prawo, to są ludzie równi i równiejsi.


No bo tak na poważnie: gdyby przeciętny Kowalski (nie mylić z nieprzeciętnym Januszem Kowalskim) chciał się bawić w taką interwencję, to osiągnąłby jedynie tyle, że narobiłby problemów sobie i osobie, której chciał „pomóc”. Prawda jest taka, że „interwencja” Jakiego mogła zadziałać tylko i wyłącznie dlatego, że jego partyjny kolega jest Ministrem Sprawiedliwości. Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, że gdy dziennikarka pisała o sprawie Ireneusza Jakiego, to Patryk zaprosił ją na rozmowę, do Ministerstwa Sprawiedliwości właśnie. Aczkolwiek z tym MS to może tylko moja złośliwość. Może Patryk Jaki nie mógł zaprosić dziennikarki gdzie indziej, bo pochodzi z biedniejszej rodziny i po prostu było mu wstyd?


W tym miejscu krótka dygresja będzie, bo Patryk Jaki z uporem maniaka o miejscu pracy swojego ojca mówi, że to „firma”. Na litość nieistniejącego bytu transcendentnego: to nie jest żadna „firma”, tylko spółka miejska. Czemu więc Jaki to robi? Fachowo nazwać to można „przemyślaną strategią komunikacyjną". Gdy swego czasu Jaki został przyciśnięty przez dziennikarzy przyznał, że owszem, pomógł ojcu „odzyskać” pracę, ale to tylko dlatego, że ten ojciec został „dekadę wcześniej” niesłusznie zwolniony. W żadnej z wypowiedzi (z którymi miałem styczność, a jak się pewnie domyślacie, było ich sporo) Jaki nie nazwał spółki miejskiej – no cóż, spółką miejską. To zawsze jest „firma”, albo „miejsce pracy”. Czemuż, ach czemuż tak się dzieje? Bo gdyby przyznał, że to spółka miejska, to nikogo by nie obchodziło to, że mu tego ojca z tej spółki zwolnili, że ta spółka sobie „dobrze radzi”.


W spółkach miejskich stołki kierownicze dostaje się (i się je traci) z woli politycznej (tak samo, jak w Spółkach Skarbu Państwa). Sprawa jest prosta, jak budowa cepa (wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od żartu o panu Marku): Jaki dostał stołek od ówczesnego prezia Opola i ten prezio go potem stołka pozbawił. Nie ma znaczenia to, czy zdaniem Jakiego było to ”słuszne”, czy też „niesłuszne” (suwerena to nie obchodzi, tak samo, jak nie obchodzi go karuzela z nazwiskami w SSP). Dlatego też Patryk Jaki opowiada o „firmie”.


Idźmy dalej. Zastanawiam się nad tym, czy nadejdzie kiedyś moment, w którym Patryk Jaki nie będzie ordynarnie kłamał. Być może kiedyś, ale „nie dzisiaj”. Przykładowo, Patryk Jaki twierdzi, że jego ojciec został „bezprawnie zawieszony”. I wszystko pięknie, ale sąd uchylając decyzję o zawieszeniu, nie zrobił tego ze względu na naruszenie jakichś procedur, czy też złamanie prawa. Sąd stwierdził, że „zawieszenie Ireneusza Jakiego w obowiązkach prezesa WiK stanowiło dla niego "dotkliwy uszczerbek" z uwagi na "niemożliwe lub bardzo ograniczone możliwości podjęcia zatrudnienia i pozyskania środków do życia"”. Gdzie tu jakaś wzmianka o „bezprawnym zawieszeniu”? W tym samym miejscu, w którym Patryk Jaki ma równość obywateli wobec prawa.


No dobrze, idźmy dalej. Jaki w swoich wypowiedziach buduje narrację, z której wynika, że Ireneusz Jaki po prostu padł ofiarą spisku zawiązanego przez prezydenta Opola, który to prezydent jest „bliski PO”. To jest na serio zjawiskowe. Tak się bowiem składa, że gdyby nie to, że preziem Opola został człowiek, o którym teraz Jaki mówi, że jest „bliski PO”, to Ireneusz nie dostałby stołka w wodociągach. Ja wiem, że ja wymagam zbyt wiele, ale czy dziennikarze nie mogliby w takich przypadkach pytać polityka o to, czy mógłby doprecyzować parę spraw? Np. to, czemu wcześniej popierał Wiśniewskiego, skoro Wiśniewski jest „bliski PO”?


Na czym ten spisek miał polegać? Otóż, Ireneusz Jaki znalazł był jakieś wały w tych Opolskich Wodociągach, a potem zaczęto się na nim mścić. Państwowa Inspekcja Pracy pochyliła się nad tym, co się działo w opolskich wodociągach i raport końcowy tejże kontroli bardzo się Jakiemu nie spodobał. Pozwolę sobie na cytat z artykułu:


„Europoseł Solidarnej Polski stwierdził, że w związku z oskarżeniami to Ireneusz Jaki zwrócił się z prośbą o kontrolę do PIP. Ta miała być jednak odwlekana. - Kiedy się pojawiła, za późno, bo ojciec bezprawnie został zawieszony (Ireneusz Jaki wrócił do pracy decyzją sądu - red.), okazało się, że pod jego nieobecność nagrody otrzymali ci pracownicy, którzy zeznawali przeciwko niemu - tłumaczy Interii Jaki. - Ci, co nie zeznawali, zostali pominięci. Według mnie to oczywista korupcja i prokuratura już prowadzi śledztwo w tej sprawie”.


Jeżeli chodzi o kwestię nagród, to znajduję to nieco zabawnym. Tak się bowiem składa, że o wiele bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym nagród nie dostali ludzie związani z Ireneuszem Jakim i właśnie taki był „klucz”, według którego te nagrody przyznawano. Osobną kwestią jest to, że w tym przypadku znamy jedynie wypowiedź Patryka Jakiego, który, eufemizując, bardzo oszczędnie gospodaruje prawdą. Tym samym równie dobrze wszyscy mogli dostać te nagrody, ale Patryk Jaki powiedział, że było inaczej, bo mu to pasowało do narracji. To, że prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie nie ma najmniejszego znaczenia, albowiem tak się składa, że prokuratura będzie prowadziła śledztwo w dowolnej sprawie, bo szefem wszystkich szefów w prokuraturze jest bliski kolega Patryka, niejaki Zbigniew Ziobro.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Cebulą na torcie jest to, że jeżeli Patryk Jaki zna dane świadków i wie jak oni zeznawali, to zna je również Ireneusz, którego Patryk nie pozwoli odwołać. Jestem przekonany o tym, że nie zachodzi najmniejsze prawdopodobieństwo tego, że takie informacje mogłyby zostać wykorzystane.

 
Ktoś może powiedzieć, no dobrze, ale czy z tego wynika, że ponieważ Patrykowi Jakiemu nie spodobało się to, co wyszło z kontroli PIP, kontrola będzie przeprowadzona po raz kolejny? Ależ oczywiście, że tak właśnie jest. Pozwolę sobie na kolejny cytat (będzie trochę pocięty):


„Formalnie pierwsza kontrola w WiK zakończyła się we wrześniu. Na podstawie ustaleń z protokołu inspektorzy stwierdzający nieprawidłowości powinni zdecydować, co dalej. Na przykład czy skierować sprawę do sądu. Zazwyczaj dzieje się to niezwłocznie, jednak w tym przypadku tak się nie stało. Jak wynika z naszych ustaleń, ta decyzja ma być blokowana przez okręgową inspektor pracy w Opolu. (…) Na 300 zatrudnionych osób w badaniach wzięło udział 76 proc. pracowników. (…) Protokół, którego udostępnienia odmówiono Interii, ma również zawierać błędy rzeczowe dotyczące stanowisk, dat czy nazwisk.”.


Zacznijmy od końca. Kurcze, ale niesamowity przypadek. Ten sam protokół, do którego Patryk Jaki miał bezproblemowy dostęp, nie został udostępniony Interii. Tak swoją drogą, wyguglałem sobie, że ten kwit to informacja publiczna, więc gdyby komuś się chciało (np. jakiemuś dziennikarzowi), to można złożyć wniosek stosowny i PIP będzie miał obowiązek udostępnić ten kwit (rzecz jasna z tego absolutnie nie wynika, że go udostępni, ale jeżeli tego nie zrobi, to sprawa będzie jeszcze bardziej ewidentna, niż teraz). Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał, że warto by było, żeby ktoś ten protokół ogarnął, zanim powstanie kolejny, bo wtedy może się okazać, że w jakiś magiczny sposób tamten pierwszy protokół zniknie (skoro mogły znikać całe tomy akt, może zniknąć i protokół).


Swoją drogą, gdy się zacząłem pochylać nad tą sprawą, nie miałem pojęcia, co się tam mogło „zadziać” w tych wodociągach. Jednakowoż działania Patryka Jakiego przekonały mnie do tego, że działo się tam bardzo źle. No bo tak na ten ulubiony przez prawicę chłopski rozum. Załóżmy, że Patryk Jaki ma rację i że tam faktycznie jakiś spisek został zawiązany. Gdyby tak było, to Patryk olałby ten protokół i pozwolił na to, żeby został on rozjechany w sądzie. Skoro bowiem były tam „ewidentne błędy”, to byłyby one równie ewidentne dla sądu. Świadkowie, którzy zeznawaliby w sądzie, mieliby świadomość tego, czym grozi składanie fałszywych zeznań. Przy odrobinie szczęścia na takiej rozprawie posypałby się cały „spisek”.


Czemu więc Patryk Jaki zdecydował się na „interwencję” (czytaj: na użycie swoich koneksji politycznych do powtórzenia już raz przeprowadzonej kontroli tylko i wyłącznie dlatego, że nie spodobało mu się to, co wyszło w pierwszej”)? Moim zdaniem stało się tak dlatego, że Jaki niespecjalnie wierzył w to, że w sądzie okaże się, że to wszystko kłamstwa, pomówienia i spisek. Po za tym zrobił to dlatego, że mógł. Znamienne jest to, że osoba, która tak dużo miała do powiedzenia na temat pookrągłowostołowych elit, które nadużywają swojej władzy – robi dokładnie to samo, co w jej mniemaniu robiły owe elity.


Wróćmy na moment do tego „spisku”. Przecież, żeby coś takiego mogło dojść do skutku, to musiałby być w to zamieszany również inspektor z PIP. Mam uwierzyć w to, że ktoś zatrudniony w instytucji podlegającej partyjnym kolegom Patryka Jakiego uznałby, że warto tak bardzo ryzykować? Najprawdopodobniejszy scenariusz w moim mniemaniu wyglądał tak, że w wodociągach działo się źle i to właśnie wykryła kontrola z PIP. Kontroler nie mógł zignorować zeznań świadków, bo gdyby to zrobił, to mógłby mieć problemy. Czy kontroler nie był świadomy tego, że taki, a nie inny protokół ściągnie mu na głowę gniew „walczącego z elitami” Patryka Jakiego? Musiał ją mieć, dlatego, że każdy wiedział o tym, że Ireneusz Jaki dostał robotę w wodociągach dlatego, że załatwił mu ją Patryk. Szczerze przyznam, że nie zazdroszczę kontrolerowi sytuacji, w której się znalazł.


Jeżeli ktoś jest ciekawy tego, jak to się stało, że słuch po pierwszym protokole (tym, który sobie czytał Jaki, ale dziennikarzowi Interii już nie było wolno), to ten cytat jest dla was: „Pytaliśmy m.in. dlaczego dotąd nie udało się "wydać środków prawnych", jak to jest określane w przepisach. W niepodpisanej nazwiskiem odpowiedzi Biura Informacji GIP czytamy, że ani Katarzyna Łażewska-Hrycko, ani okręgowi inspektorzy pracy nie mogą wpływać na inspektorów prowadzących kontrolę. Z kolei przepisy "nie określają wiążącego terminu skierowania do pracodawcy środków prawnych". Jeżeli mam być szczery, to ta końcówka „przepisy nie określają”, to coś w rodzaju „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi”. To jest kolejny dowód na to, że w polskim prawie nie powinno być tego rodzaju zapisów, bo zawsze, ale to zawsze znajdzie się ktoś, kto potraktuje to jak furtkę.  


Nie byłem fanem rządów PO-PSL (z bardzo wielu przyczyn), ale mam świadomość tego, że gdyby do tej sytuacji doszło w latach 2007-2015, i polityk partii rządzącej zrobiłby to, co teraz Jaki, to oburzenie byłoby ogromne. To, że PiS domagałby się powołania komisji śledczej w celu sprawdzenia, czy tego rodzaju sytuacje nie zdarzały się wcześniej, jest oczywistą oczywistością. Tyle, że na tym by się nie skończyło, bo ciśnienie „społeczne” byłoby olbrzymie. No wyobraźmy sobie, że jakiś polityk PO zostaje złapany na tym, że wykorzystuje koneksje do tego, żeby „zniknąć” problemy członka swojej rodziny (któremu to członkowi rodziny wcześniej załatwił robotę i jeszcze się tym chwalił). Dopytywany przez dziennikarzy odpowiada, że tak, to on jest na tropie poważnej afery, więc on niczego nie ukrywa. Wyobraźmy sobie, że instytucja, którą nawiedzał ten polityk, indagowana przez dziennikarzy robi uniki (w wymiarze prawnym), a dokumentów, do których miał wgląd ów polityk nie chce pokazać nikomu innemu. Jak duże problemy miałby taki platformers (w tym problemy natury prawnej) i jak szybko skończyłaby się jego kariera?


Teraz mamy rok 2023 i PO-PSL nie rządzi od dłuższego czasu, a Zjednoczona Prawica, której rządy (uwaga, odstawić płyny) miała przynieść „odnowę moralną”, ma na swoim koncie tyle dokonań o różnym kalibrze, że ta konkretna sytuacja przeszła praktycznie bez echa. I tak sobie tutaj żyjemy.  

piątek, 3 lutego 2023

Kierowniku, poratuj willą!

Czytałem sobie trochę o tym, jak to niemiłościwie nam panująca Zjednoczona Prawica rozdawała pieniądze jakimś fundacjom-krzakom. Jedna z tych fundacji, na ten przykład, powstała na kilka dni przed zakończeniem terminu zgłoszeń. Przyznam szczerze, że takie działania nie są dla mnie najmniejszym zaskoczeniem.


Prawda jest bowiem taka, że Zjednoczona Prawica nie ma teraz absolutnie nic do stracenia. Jeżeli kolejne wybory uda się wygrać, to będzie jeszcze więcej pieniędzy do przemielenia. Jeżeli zaś się ich wygrać nie uda (tzn. nie uda się utrzymać przy korycie), to przynajmniej „swoi” będą mieli środki, które im się przydadzą w trakcie potencjalnej posuchy.  


Najmniejszym zaskoczeniem było również to, że najpierw sprawę bagatelizowano (o czym za moment), potem zaś tłumaczono, że nic się nie stało, a w ogóle to Czarnek na medal zasługuje. Ponieważ niewiele to dało, sięgnięto po sprawdzoną metodę, zwaną „aboplatforma”. Otóż, znaleziono fundację o nazwie Kolegium Europy Wschodniej, która w 2014 dostała zamek od Ministerstwa Skarbu. Dodatkowo, w radzie fundacji zasiadają politycy PO. Tak więc widzicie, może i Zjednoczona Prawica robi wały i daje kasę fundacjom-krzakom, które zajmują się niczym, ale wcześniej inna fundacja dostała zamek, więc nie ma o czym mówić. Do łez rozbawiły mnie narracje (wrzucane przez rządowe opiniomaty) o tym, że takie rzeczy się bardzo często działy „za platformy” i żeby to przykryć przeprowadzany jest teraz wściekły atak na Czarnka.


No i wszystko pięknie, ale tym razem „aboplatformę” zrobiono wyjątkowo niechlujnie. Po pierwsze, mowa tu o organizacji, która powstała kilkanaście lat przed tym, jak została czymkolwiek obdarowana. Po drugie, w skład rady poza politykami PO wchodzą również przedstawiciele rządu (o czym, rzecz jasna, „aboplatformiarze” z TVP Info na czele, już nie wspomnieli). Po trzecie, możecie być pewni, że zaraz po tym, jak głośno się zrobiło o Czarnkowym programie Willa+ cała masa rządowych dronów zaczęła szukać argumentów za tym, że „wcześniej było to samo”. To, że znaleziono cały jeden przypadek, który na dodatek w ogóle nie pasował do tej tezy, świadczy o tym, że, jakby to ująć, wcześniej jednak „nie było tak samo”.


Po czwarte, na ćwitrze ludkowie zwrócili uwagę na to, że kadencja rady z tymi strasznymi politykami PO zaczęła się już po tym, jak fundacja otrzymała zamek, tak więc rada mogła co najwyżej oddać ten zamek z powrotem. Po piąte i tu już będzie wątek niemalże humorystyczny, jednym z polityków „związanych z PO”, o których napisało TVP Info, jest Paweł Kowal. No i wszystko pięknie, ale on w tej radzie „zasiadł” 3 października 2007 roku, gdy był członkiem PiSu (z którego wystąpił 22 listopada 2010). Być może czegoś nie rozumiem, ale wydaje mi się, że nie został członkiem rady dlatego, że miał powiązania z Platformą. TVP Info straszyło również nazwiskiem Dulkiewicz. Tutaj jest kolejna śmiesznostka, bo z kolei ona została członkinią rady19 czerwca 2019, tak więc pięć lat po tym, jak fundacja dostała zamek. Po szóste (i to już mniej humorystyczne). W przypadku Kolegium Europy Wschodniej – decyzję o przekazaniu zamku podjął, jak już wspomniałem, Minister Skarbu, nie zaś minister ds. edukacji. Tak, wiem, to niby kosmetyczna różnica, ale jednak. Teraz zaś dochodzimy do punktu siódmego. W Artykule Justyny Sucheckiej i Piotra Szostaka możemy przeczytać o tym, że Czarnek mógł zrobić to, co zrobił tylko dlatego, że w 2022 Zjednoczona Prawica wprowadziła sobie takie, a nie inne przepisy, bo: „Nigdy dotąd minister edukacji nie fundował w ten sposób siedzib organizacjom pozarządowym.”.


Sam Czarnek na swoją obronę miał do powiedzenia tyle, że wszystko jest zgodne z prawem (rzecz jasna, nie wspomniał o tym, że to prawo sobie sami zmienili niedawno), a poza tym: „Jednostki szkodliwe i lewackie żadnych pieniędzy z MEiN nie otrzymają.”.  Co zrozumiałe, Czarnek nie wyjaśnił tego, co to są te „lewackie jednostki”, ale biorąc pod rozwagę dotychczasowe narracje Zjednoczonej Prawicy, pewnie chodzi o tych, którzy się nie zgadzają z Czarnkiem (a to bardzo, ale to bardzo pojemna kategoria). Innymi słowy „dajemy swoim i nie interesujcie się tym dlaczego, bo dostaniecie kociej mordy”.


Jeżeli chodzi o reakcję Premiera Tysiąclecia (aka Mateusz Morawiecki), to ona (wychwalanie Czarnka) nie powinna nikogo dziwić. On nie mógł powiedzieć niczego innego. No bo, przez moment załóżmy, że powiedział głośno „jak było” (rozdawanie gigantycznych pieniędzy „swojakom” poprzez fundacje krzaki). Przecież taka deklaracja musiałaby pociągnąć za sobą jakieś konsekwencje. Jeżeli ktoś chciałby w tym miejscu powiedzieć „no, ale Sasin”, to przypominam takiej osobie, że w przypadku Sasina narracje rządowe były spójne, „on działał zgodnie z prawem”.


Autorzy niektórych artykułów na temat akcji Willa+ zastanawiają się nad tym, czy aby nie było tak, że decyzje o tym, żeby sobie rozdać te pieniądze, podejmowano w trakcie dołku sondażowego i czy aby nie będzie tak, że to PiSowi zaszkodzi. Gdyby chodziło o jakikolwiek inny rząd, to takie dywagacje byłyby zasadne, ale przypominam o tym, że PiSowi jak do tej pory nie zaszkodziła żadna afera (zaszkodziło natomiast i to bardzo zaostrzenie prawa aborcyjnego). Tym samym nikt tam raczej nie kalkulował „no dobra, ale co będzie jak damy sobie te pieniądze i się ludzie dowiedzą?”. Moim skromnym zdaniem, te decyzje zapadały całkowicie „na zimno” i wyglądały nieco inaczej: „do tej pory żadna afera nam nie zaszkodziła, a co będzie, jak sobie tych pieniędzy nie rozdamy, a wybory i tak przegramy? Kto nam potem te pieniądze odda?”. Gdybym był złośliwy (a jestem), to niniejszą notkę zakończyłbym straszliwym sucharem: strach pomyśleć, ile pieniędzy rozdawaliby „swojakom” ministrowie Zjednoczonej Prawicy, gdyby w 2018 roku Jarosław Kaczyńskie nie zdecydował o tym, że „będzie znacznie skromniej niż dotychczas”.


PS

Zbieram na willę

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Źródła:

https://www.tvp.info/66003909/zamek-na-wodzie-w-wojnowicach-w-2014-roku-trafil-do-fundacji-kolegium-europy-wschodniej

https://twitter.com/michalprotaziuk/status/1621150951959851008

https://twitter.com/BDStanley/status/1621151883078533121

https://www.kew.org.pl/rada-fundacji-iv-kadencji/

https://rejestr.io/krs/13264/kolegium-europy-wschodniej-im-jana-nowaka-jezioranskiego-we-wroclawiu

https://tvn24.pl/polska/willa-plus-pieniadze-od-czarnka-dla-organizacji-zwiazanych-z-pis-justyna-suchecka-jadczak-o-konkursie-i-skladanych-wnioskach-6721719

https://tvn24.pl/premium/willa-plus-dotacje-ministra-przemyslawa-czarnka-na-zakup-nieruchomosci-6709936

https://tvn24.pl/opinie/perspektywa-piaseckiego-willa-plus-felieton-pis-miedzy-mala-smuta-a-krucha-nadzieja-6723475

https://wyborcza.pl/7,75398,29425931,willa-plus-budzila-opor-nawet-u-ekspertow-czarnka-opozycja.html

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/jaroslaw-kaczynski-bedzie-znacznie-skromniej-niz-dotychczas/50nxls5
















wtorek, 31 stycznia 2023

Krótka przypowieść o polityce i algorytmach

Od jakiegoś czasu na Twitterze (acz od razu zastrzegam, że działo się to już w czasach pre-Muskowych) mam zatrzęsienie wszelkiej maści rządowych opiniomatów (mediaworkerzy, politycy, rządowi influencerzy/etc.). Najpierw sobie pomyślałem, że coś się im tam zbugowało w tym ćwitrze, ale potem zauważyłem, iż zasada jest taka, że do tego, by się wyświetlił dany ćwit na TL wystarczy, żeby osobę autorską followował ktoś, kogo ja followuję.


Rzecz jasna, w ten sposób wyświetlały mi się praktycznie wyłącznie wpisy kont prawicowych. Ponieważ jestem ciekawy z natury, postanowiłem sprawdzić, jak to będzie wyglądało na koncie husarskim (używam go do obchodzenia banów, którymi obrywałem od zwolenników prawicowej wolności słowa). Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że na husarskim koncie nie ma żadnego parytetu i wjeżdżają mi tam wyłącznie prawicowe wpisy.


Doszedłem do wniosku, że „tak to już będzie” i nie bardzo mi się chciało dociekać przyczyn takiego stanu rzeczy. Już jakiś czas temu mierzący i ważący internety ustalili, że ćwiterowy algorytm pompuje zasięgi prawicowym treściom, tak więc uznałem, że to pewnie następny krok w ewolucji. Potem zaś przeczytałem wywiad Sroczyńskiego z człowiekiem, który się zajmuje internetami i przyjrzałem się nieco uważniej tym opiniomatom.


Po tym, jak się przyjrzałem okazało się, że wcześniej nie zwróciłem uwagi na skład tychże opiniomatów. Żeby nie przedłużać: okazało się, że królują wśród nich opiniomaty z Solidarnej Polski. Tak na pierwszy rzut oka jest to nieco dziwne, bo przecież PiS ma znacznie więcej członków (co za tym idzie, ma też znacznie większą stajnię „niezależnych internautów”). Jak to więc możliwe, że stosunkowo niewielka partia totalnie zdominowała partię, która ma 10-krotnie więcej posłów i znacznie więcej członków (z porównywaniem liczby członków jest problem, bo dane dotyczące PiSu są z 2021 roku, a te dotyczące SolPolu z 2012). Odpowiedzią na to pytanie jest słówko sponsorujące niniejszy tekst: „algorytmy”.  


Przyznam szczerze, że w ogóle bym nie zwrócił uwagi na to, ile jest cukru w cukrze, to znaczy, ile jest PiSu, a ile Solidarnej Polski w tych internetach, gdyby nie wywiad, o którym wspomniałem. Rozmówca Sroczyńskiego (Michał Fedorowicz) opowiadał o tym, że PiSowska bańka została zdominowana przez Solidarną Polskę. W telegraficznym skrócie, przyczyn dominacji Solidarnej Polski w PiSowskiej bańce Fedorowicz upatruje w bierności polityków PiSu, którzy jego zdaniem są w internetach całkowicie bierni. No i jak się tak trochę przyjrzałem temu, co się tam dzieje na ćwitrze (Fedorowicz opowiadał również o FB), to wyglądało to tak, że Solidarna Polska produkuje zasięgi, a jedynym „walczącymi” po stronie PiSu są osoby pokroju Radosława Poszwińskiego (bo większość polityków PiSu produkuje straszliwie generyczne suchary, które same z siebie zasięgów nie zrobią).


Fedorowicz wskazał jeden wyjątek w Pisie, którym to wyjątkiem jest Morawiecki. Tyle, że Morawiecki co prawda robi zasięgi, ale przeważnie dostaje straszliwy łomot. Przykładowo, gdy Premier Tysiąclecia chciał sobie pojajcować z Tuska i wrzucił w internety okładkę książki pt. „The Tusk that did the damage” udało mu się, co prawda, zebrać jakieś 2.5 tysiąca favów, ale suchar tygodnika „NIE”, który był komentarzem do tego wpisu zebrał ich 4 razy więcej. O tym, że Morawiecki nie bardzo wiedział o czym jest książka wspominać chyba nie trzeba, prawda?


Fedorowicz opowiadał też o algorytmach. Na ten przykład, na FB działają one tak, że podrzucają nam głównie to, co nas denerwuje i oburza. Jeżeli więc rzucamy gdzieś reakcję z wkurzoną buźką albo wdajemy się w długie dyskusje (algorytmy potrafią już od jakiegoś czasu analizować tzw. „sentyment”, tak więc są w stanie rozróżnić to, czy coś jest pogawędką, czy też inbą), to algorytmy potem zadbają o to, żebyśmy dostali jeszcze więcej treści, które nas wkurzają, żebyśmy się jeszcze bardziej angażowali, a co za tym idzie, spędzali więcej czasu w socialach.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Ja się przez długi czas zastanawiałem nad tym, czemu Solidarna Polska aż tak bardzo jedzie po bandzie ze swoimi przekazami. Wydawało mi się, że robią to głównie po to, żeby spróbować odebrać elektorat Konfederacji (w trakcie pandemii przekazy obu tych partii się niespecjalnie różniły). Z tego wywiadu wyłania się nieco inny obraz: Solidarna Polska jedzie po bandzie, bo to właśnie najbardziej lubią algorytmy. O tym, że Solidarna Polska umie w zasięgi wiadomo nie od dziś. Każdy, kto pamięta wybory samorządowe 2018 pamięta również to, że Patryk Jaki był wtedy wszędzie. To też było jedną z przyczyn, dla których te wybory przegrał. Jego sztab nie potrafił ukierunkować tych zasięgów i efekt końcowy był taki, że co prawda były kosmiczne, ale „wykręcano” je w całej Polsce. Hitem był, przynajmniej moim zdaniem, sondaż, w którym Polaków zapytano o to, kto zostanie prezydentem Warszawy. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie pomyślał „no zaraz, ale czy przypadkiem nie powinno się o to zapytać warszawiaków?”, to taki ktoś sobie dobrze pomyślał.


No dobrze, ale z tą Warszawą to taka dygresja była. Wydaje mi się, że jedną z przyczyn, dla których PiS tak bardzo ulega Zjednoczonej Prawicy jest to, że PiSowska bańka jest zdominowana przez tę drugą partię. Tak, główną przyczyną jest to, że mimo hurraoptymizmu, wylewającego się z narracji o „trzeciej kadencji”, raczej mało kto w tę trzecią kadencję wierzy, ale konflikt na linii PiS – Sol Pol, który byłby wywołany wywaleniem tej drugiej partii z koalicji, jeszcze bardziej pogorszyłby sytuację PiSu. Tak, PiS trzyma media, ale Solidarna Polska trzyma PiSowskie internety. Już teraz wyborca PiSu, który obserwuje grupy prorządowe, ma problem z ogarnięciem tego, co się tak właściwie dzieje, bo z jednej strony Morawiecki opowiada o tym, że trzeba się dogadać z KE, a z drugiej strony Solidarna Polska opowiada o tym, że UE nas okrada i że tak właściwie to my do tego interesu dopłacamy/etc. Gdyby Ziobryści zostali wywaleni z koalicji, to w PISowskich grupach wsparcia doszłoby do internetowej wojny domowej, którą pewnie wygrałaby Solidarna Polska. Co prawda, niewiele by im to pomogło (no chyba, że dogadaliby się z Konfederacją w sprawie startu w wyborach), ale na pewno bardzo zaszkodziłoby to PiSowi.


Ciekawi mnie w tym momencie jedna kwestia. Skoro Fedorowicz dysponuje danymi, z których wynika, że Solidarna Polska kręci całymi PiSowskimi internetami, to takie same dane muszą mieć spindoktorzy PiSowscy. Jak to więc możliwe, że umknęło to PiSowskim spindoktorom? Gwoli przypomnienia, w 2015 roku ci ludzie udowodnili, że rozumieją internety i potrafią się nimi bardzo dobrze posługiwać. Owszem, od tamtej pory trochę się pozmieniało (polskie internety urosły + pojawił się np. Tik Tok, którego PiS absolutnie nie rozumie [vide akcja „Okiem Młodych”] albo, ekhm, „współpraca” z influencerami), niemniej jednak PiS dostaje od Solidarnej Polski łupnia w tych mediach społecznościowych, dzięki którym wygrywał wybory.


Wydaje mi się, że ta dominacja narracji Solidarnej Polski bierze się stąd, że partia ta jest „stała w uczuciach”. Odkąd zaczęli powtarzać w kółko to samo (UE = zło) i produkować zyliony narracji na ten sam temat, ani razu nie zmienili zdania. PiS w międzyczasie również produkował zyliony narracji, ale w tych narracjach raz UE jest dobra i daje pieniądz, a raz jest zła, bo zabiera ten pieniądz. Moim zdaniem PiS się właśnie spektakularnie przejechał na swojej własnej ulubionej strategii komunikacyjnej, którą jest tzw. „wielonarracja” (czyli produkowanie bardzo dużej liczby narracji, które potrafią być ze sobą sprzeczne). Z tego by wynikało, że na tę wielonarrację jest sposób: przeciwstawianie temu spójnej narracji. Rzecz jasna, to nie zadziała od razu, ale po jakimś czasie pewnie dałoby się dostrzec efekty.


No dobrze, ale czy na takie algorytmy nie pomogłoby, na ten przykład, niekomentowanie i niereagowanie na te produkty (przykładowo) Solidarnej Polski? W teorii, tak być powinno, ale w praktyce ci ludzie dysponują „swoimi” internetami (adminami fanpejdży), którzy dbają o to, żeby na samym początku wpis/status dostał liczbę reakcji odpowiednią do tego, żeby algorytm go „podał dalej”. Ten algorytm był wykorzystywany przez PiS w 2015 roku, kiedy to cały internet był zawalony „świadectwami” osób, które „co prawda nie popierają PiSu, ale ten Duda/Kaczyński, to jednak mądrze gada i chyba jednak na ten PiS zagłosują”. W kwestii zaś tych komentarzy krytycznych, to warto zwrócić uwagę na to, że Zjednoczona Prawica jest teraz niemiłościwie chłostana w mediach społecznościowych. Fedorowicz stwierdził, że to taki 2015 rok, tylko że w drugą stronę. Czy przełoży się to na wynik wyborów? Tego nie wiadomo, ale wiadomo, że na pewno nie pomaga to Zjednoczonej Prawicy.


Jeżeli zaś chodzi o same algorytmy, to ciekaw jestem, czy kiedyś ktoś wpadnie na to, że być może wymagają one poprawy. No bo fajnie jest mieć dochód z „zaangażowania”, ale, tak się jakoś składa, że nie wszystkie treści powinny być rozpowszechniane. Zanim do tego dojdzie, wszyscy będziemy cierpieć oglądając internety. Mnie, na ten przykład, ćwiter ostatnio (niezmordowanie) katuje wpisami pewnej pani z Zachodu, która stara się przekonać wszystkich dookoła do tego, że atak Rosji na Ukrainę, to wina (a jakże) USA i NATO. Cebulą na torcie jest to, że ta sama pani w lutym 2022 (przed wybuchem wojny) chciała, żeby jej jakiś inny ćwiterianin obiecał, że jak już będzie marzec i nie dojdzie do inwazji, to żeby ten ktoś zaczął oglądać inne media. Pani jest na tyle bezrefleksyjna, że ten jej ćwit nadal wisi. Jedyne, co mnie z tą osobą „łączy” na ćwitrze, to to, że followują ją dwie osoby, które z kolei followuję ja. Cała reszta to algorytm, który (w uproszczeniu) doszedł do wniosku, że jak mi wrzuci rosyjskie dezinfo na TL, to pewnie mnie to striggeruje do jakiejś reakcji. Póki co, nie zareagowałem, ale ponieważ wcześniej zdarzało mi się reagować na inne onucarstwo, algorytm się nie poddaje. Tak, wiem, mógłbym konto tej pani zbanować, ale algorytm zapewne uraczyłby mnie kolejnymi onucami.


Źródła:


https://www.theverge.com/2021/10/22/22740703/twitter-algorithm-right-wing-amplification-study

https://blog.twitter.com/en_us/topics/company/2021/rml-politicalcontent

https://pl.wikipedia.org/wiki/Solidarna_Polska

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_i_Sprawiedliwo%C5%9B%C4%87

https://wiadomosci.wp.pl/polacy-przekonani-ze-to-jaki-wygra-w-warszawie-nasze-badanie-6289579188872833a

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/okiem-mlodych-tiktok-koniec-kiedy-wroci

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/popularny-influencer-chwali-pis-i-uderza-w-tuska-klip-rozpalil-internautow/qc9b9ng

https://twitter.com/gwopgood/status/1493076658290663435




piątek, 20 stycznia 2023

Żeby było tak, jak było

Wielokrotnie zdarzała mi się sytuacja, w której siedziałem nad rozgrzebaną do połowy ścianą tekstu i wtedy, cały na biało wpadał mi do głowy jakiś temat, który nijak nie pasował do ściany tekstu (bo był za długi). W teorii z takim tematem można sobie poczekać, aż się skończy pisać ścianę tekstu, ale przeważnie jest tak, że momentalnie zaczynam odczuwać silną, wewnętrzną potrzebę opisania właśnie tego tematu. Tak więc na kolejną ścianę tekstu będziecie musieli jeszcze chwilę poczekać, a w przysłowiowym międzyczasie zapraszam was do Opola. Z tym Opolem to jest teraz tak, że jedna partia bardzo chce, żeby było tak, jak było.


Zacznę od przyczyn, dla których w ogóle ten tekst powstaje. Otóż zaglądałem sobie ostatnio na ćwitra z husarkiego konta (dzięki któremu mogę zerkać na to, co tworzą rządowi mediaworkerzy/politycy, którzy w ramach walki o wolność słowa byli łaskawi mnie zbanować) i oczy me ujrzały wpis posła, który w ostatnim czasie zyskał miano chodzącego mema (takiego nieintencjonalnie śmiesznego). Tak, wiem, to jest bardzo szeroka kategoria, tak więc będę musiał doprecyzować o kogo chodzi. Posłem tym był Janusz Kowalski, zaś wpisem, któremu zawdzięczacie powstanie tego tekstu, był ten wpis (pisownia będzie oryginalna pozamieniam jedynie nicki na imiona i nazwiska) : „Przemiło spotkać w rodzinnym Opolu szanowną poseł Marcelinę Zawiszę i posła Adriana Zandberga. Dziś krytykują prezydenta Opola, Arkadiusza Wiśniewskiego - liberała od Trzaskowskiego - za antyspołeczną politykę w obszarze komunikacji miejskiej. W tej sprawie jesteśmy RAZEM! Cel jest jasny: uwolnić od Wiśniewskiego!” Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że o przyczynach, dla których dostałem od Kowalskiego bana [i musiałem użyć konta husarskiego] wyjaśnię przy okazji innej, krótkiej, notki).


Przyznam szczerze, że na samym początku skupiłem się na tym, co to w ogóle było za spotkanie (o tym będzie w dalszej części), a dopiero potem dotarło do mnie, że przecież mowa tu o Opolu, które jest rodzinnym miastem mojego ulubionego Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (aka, Patryk Jaki). Patryk Jaki w wyborach 2014 poparł Wiśniewskiego. Po tym, jak ów wygrał, Opole zamieniło się w paśnik dla kolegów Patryka Jakiego. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Patryk Jaki załatwił również pracę swojemu ojcu. Co ciekawe, najpierw udawał, że nie miał z tym nic wspólnego, ale potem sam przyznał: „Sprawiłem, że tata mógł wrócić do pracy, z której niesłusznie go zwolniono i ma tam duże sukcesy”. No i wszystko pięknie, ale mowa tu o pracy w spółce miejskiej, a Jaki powiedział to tak, jak gdyby chodziło niemalże o odzyskanie firmy rodzinnej (przyznaję się w tym miejscu, że w trakcie wyborów w Wawie 2018 chciałem się dowiedzieć tego, czy po wygranej Jaki zatrudni swojego ojca w wodociągach, ale nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na to pytanie).


Z tym zwolnieniem Ireneusza Jakiego było tak, jak ze wszystkim, co opowiada Jaki. To „nie do końca była prawda”, Patryk Jaki tłumaczył, że ówczesny prezydent praktycznie szantażował jego ojca. Szantaż miał polegać na tym, że Ireneusz Jaki miał skłonić syna (który był wtedy radnym) do poparcia uchwały budżetowej. Prezydent miał zapowiedzieć Ireneuszowi, że jeżeli Patryk nie zagłosuje za tą ustawą, to on Ireneusza wywali z roboty. Ireneusz nic Patrykowi nie powiedział, Patryk zagłosował przeciwko uchwale i Ireneusz został zwolniony, zaś po dziesięciu latach Patryk pomógł tacie odzyskać pracę. Ja się już nad tym głosowaniem pastwiłem (wynorałem wyniki głosowań z rady miejskiej i okazało się, że w głosowaniu, o którym opowiadał Patryk Jaki, jego głos nie miał żadnego znaczenia). No dobrze, to jak to z tym Ireneuszem było? Szczegółów nie poznamy nigdy, bo to stare dzieje, ale warto osadzić to zwolnienie w kontekście.


Zacznijmy od tego, że miejskie spółki bardzo często są takimi miejskimi odpowiednikami Spółek Skarbu Państwa. Prezesem w takim miejscu nie zostaje się przez przypadek. Dokładnie tak samo rzecz się ma w przypadku wywalania kogoś z tych spółek. Tam się zatrudnia zaufanych ludzi. Nie uwierzę w to, że prezydent miasta stracił zaufanie do swojego wieloletniego współpracownika tylko i wyłącznie dlatego, że jego syn zagłosował tak, a nie inaczej. Trzeba też wspomnieć o tym, że dzięki koneksjom Jakiego seniora, Jaki junior dostał miejsce na listach do rady miejskiej (i to w okręgu, w którym lokomotywą wyborczą był ówczesny prezydent). Żeby nie przedłużać, najprawdopodobniej wyglądało to tak, że doszło do konfliktu pomiędzy Ireneuszem Jakim i ówczesnym prezydentem Opola. Konfliktu na tyle poważnego, że prezydent go wywalił z roboty. (Jeżeli ktoś chce sobie poczytać coś więcej na temat Patryka Jakiego, to w źródłach wrzucam moją trylogię notkową na jego temat). Z moich obserwacji (można powiedzieć, że obserwacji wieloletnich) tego, jak to w tych Jednostkach Samorządu Terytorialnego wszystko wygląda, mogę jedynie wysnuć wniosek taki, że panowie się pewnie o jakiś stołek pożarli (może o stołek dla Jakiego juniora?). Konflikt jakich wiele, ale to by trochę źle wyglądało, tak więc lepiej opowiadać o tym, że komuś ojca zwolniono dlatego, że „zachował się jak trzeba”, prawda?


Na te wspominki wzięło mnie dlatego, że wpis Kowalskiego należało osadzić w kontekście (owo osadzanie się jeszcze nie skończyło, tak gwoli ścisłości). Choć sam, przy okazji ogarniania notek o Jakim, przeglądałem sobie to, co się w tym Opolu działo, to jednak przegapiłem prawdziwą perełkę. Otóż, Janusz Kowalski był w latach 2014-2015 wiceprezydentem Opola. Tak więc był zastępcą tego „neoliberała od Trzaskowskiego” (tak, wiem, Trzaskowski nie był jeszcze wtedy preziem Wawy, ale dajcie się mi się nacieszyć tym, jakże mądrym, tekstem Kowalskiego). Swoją drogą, dopiero teraz trafiłem na piękny artykuł z NTO, w którym opisano to, co się działo w Opolu po wyborach 2014. Generalnie działo się tak, że Jaki razem z Kowalskim mieli bardzo dużo do powiedzenia w kwestii tego, kogo i gdzie zatrudnić. I znowuż, jak to możliwe, że współpracowali z paskudnym neoliberałem?


Szczerze przyznam, że mnie w tym wszystkim najbardziej interesuje to, dlaczego na linii Wiśniewski – Solidarna Polska (konkretnie zaś chodzi o otoczenie Jakiego i Kowalskiego) doszło do konfliktu. Oficjalną wersję wydarzeń przestawia jeden z portali regionalnych (Opolska 360):


„Można powiedzieć, że to było spotkanie po latach. Janusz Kowalski był bowiem zastępcą Arkadiusza Wiśniewskiego od końcówki 2014 roku do końca 2015 roku. Po wygranej wyborczej obozu prawicy rozpoczął karierę w spółkach skarbu państwa.


Panowie współpracowali m.in. podczas budzącego ogromne emocje procesu powiększenia Opola. Ich relacje zaczęły się jednak psuć przy okazji głośnego festiwalu z 2017 roku. Wtedy to – po bojkocie imprezy przez szereg mających na nich wystąpić artystów – Arkadiusz Wiśniewski wyprosił z amfiteatru ekipę TVP.


Od tego czasu Arkadiusz Wiśniewski i Janusz Kowalski stronili od siebie. Jeśli dochodziło między nimi do jakichś starć, to w mediach społecznościowych (...)”


Tak swoją drogą, szanuję redaktora za to, że napisał, że Kowalski „rozpoczął karierę w Spółkach Skarbu Państwa”. A skoro już jesteśmy przy dygresjach, to ja tu kolejną popełnię. Zastanawiałem się nad tym, czemu przegapiłem tego Kowalskiego w trakcie grzebania za informacjami na temat otoczenia Jakiego. I dotarło do mnie, że było tak dlatego, że w czasach, w których Kowalski był tym wiceprezydentem Opola, był praktycznie nierozpoznawalny. W wymiarze medialnym Kowalski wtedy praktycznie nie istniał. Owszem, wspominano o nim, ale robiły to głównie regionalne portale i jak ktoś „z zewnątrz” na to patrzył, to ten Kowalski (w przeciwieństwie do innych ludzi z otoczenia Jakiego) jakoś tak się „chował”. Jak to się więc stało, że w pewnym momencie zrobiło się o nim bardzo głośno? Ano tak się stało, że Kowalski (tak jak cała reszta Solidarnej Polski) zaczął lansować się wszędzie w sposób, w który lansuje się Patryk Jaki. No ale, jak wspomniałem, to jedynie dygresja.


Zapewne nie będzie dla was żadnym zaskoczeniem to, że średnio mi się chce wierzyć w tę oficjalną wersję. Prawda jest bowiem taka, że dla ekipy Jakiego, Opole mogło być kołem ratunkowym, gdyby coś im nie poszło w „dużej” polityce. Wpływy mieli tam ogromne i byli w stanie wstawić „swoich” na dowolny stołek. Mam uwierzyć w to, że zrezygnowaliby dobrowolnie z tego wszystkiego tylko i wyłącznie dlatego, że doszło do „zranienia uczuć TVP”? No nie bardzo. Czemu więc doszło tam do konfliktu? I znowuż, zapewne się tego nigdy nie dowiemy, ale można w ciemno założyć, że pewnie poszło o jakieś stołki. Może chodziło o to, że prezydent Opola, kupując mieszkania w TBS-ach nie pomyślał o swoich kolegach, którzy też pewnie z przyjemnością zaopiekowaliby by się takowymi mieszkaniami? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Faktem jest natomiast to, że konflikt w Opolu nie jest udawany. Gdyby był udawany, to władze miasta nie rozpoczęłyby ping-ponga, w którego grają z sądem. O co chodzi w tym ping-pongu? Ano o to, że Rada Nadzorcza (czytajcie: prezydent, który powołuje członków rady) zawiesza i odwołuje Jakiego ze stanowiska (tak, nadal chodzi o pracę w wodociągach), a sąd go na to stanowisko przywraca.


Zastanawiałem się nad tym, na jakiej podstawie sąd może uchylić decyzje rady nadzorczej (przy założeniu, że nie ma żadnych dziur w procedurach). Potem zaś sobie pogrzebałem w internetach i trafiłem na artykuł z GW, po lekturze którego już się przestałem zastanawiać. Otóż, za pierwszym razem sąd unieważnił decyzję rady nadzorczej dlatego, że (werble): „Według sądu zawieszenie Ireneusza Jakiego w obowiązkach prezesa WiK stanowiło dla niego "dotkliwy uszczerbek" z uwagi na "niemożliwe lub bardzo ograniczone możliwości podjęcia zatrudnienia i pozyskania środków do życia". Przyznam szczerze, że spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, że sąd uznał, że uchyli decyzję rady nadzorczej ponieważ w „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z wykształceniem Ireneusza Jakiego”. Gdybym był złośliwy, napisałbym, że być może sąd uznał, że ponieważ Patryk Jaki przegrał w Warszawie, nie będzie w stanie załatwić ojcu pracy w tamtejszych wodociągach. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że mam nadzieję, że sądy równie chętnie stają po stronie innych pracowników. No wiecie, chodzi mi o takich pracowników, których członkowie rodzin nie są bliskimi współpracownikami osób powołujących prezesów sądów.



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Warto kilka słów poświęcić temu, od czego (i znowuż) „oficjalnie” zaczęła się sprawa Ireneusza. Zaczęła się od tego, że oskarżono go o mobbing (Ireneusz Jaki zaś tłumaczył, że w tym wszystkim chodzi o zemstę, bo wykrył jakiś wał w wodociągach). W teorii mamy teraz słowo przeciwko słowu (bodajże pięć różnych postępowań jest prowadzonych w sprawie tego, co działo się w tych wodociągach). W praktyce Patryk Jaki zadbał o to, żeby wszystkich przekonać do tego, że z tym mobbingiem to jednak coś jest na rzeczy. W jaki sposób to uczynił? Ano w taki, że zadzwonił do dziennikarki, która się zajmowała tym tematem, zaprosił ją do Ministerstwa Sprawiedliwości (w którym już nie pracuje) i zaczął opowiadać o tym, że ta sprawa z wodociągami to jest bardzo złożona i lepiej, żeby go dziennikarka posłuchała, bo on nie chce jej ciągać po sądach. Jeżeli dodamy do tego taki drobny szczegół, jak to, że prokuratura pod wodzą Ziobry ma bardzo długą historię bronienia ludzi związanych z obecną władzą, to dojdziemy do wniosku, że sytuacja, w której znaleźli się pracownicy opolskich wodociągów jest (eufemizując) nie do pozazdroszczenia.


Miałem już skończyć ten temat wodociągów, ale wtedy natrafiłem na opis tego, w jaki sposób powołuje się tam (i odwołuje) prezesów. Ta konkretna rada nadzorcza ma 9 członków. W teorii wystarczy więc 5 głosów do tego, żeby odwołać/powołać prezesa. W praktyce, w tej konkretnej radzie wygląda to inaczej, bo jeden z członków jest powoływany przez Fundusz Inwestycji Samorządowych (rząd tą instytucją zawiaduje). Innymi słowy, nawet gdyby wszyscy pozostali członkowie rady chcieli odwołania prezesa, to bez zgody FIS mogą sobie chcieć.


No dobrze, bo miało być krótko, a wychodzi jak zwykle. O co tak właściwie chodzi Januszowi Kowalskiemu, który się teraz wzmaga w temacie Opola? No na pewno nie chodzi mu o to, że ceny biletów będą wyższe i część połączeń będzie likwidowana. Prawda jest bowiem taka, że gdyby koleżeństwo Jakiego i Kowalskiego nadal mogło w Opolu rozdawać karty, to Kowalski byłby pierwszym do krytykowania nierobów, którym nie chce się pracować i chcą jeździć autobusami za pół darmo (zapewne powiązałby ten temat z elgiebetami i Niemcami). Kowalskiemu (i tej części SolPola, która się pasła wcześniej w Opolu) zależy tylko i wyłącznie ma tym, żeby było tak, jak było (i żeby nadal można było się paść w Opolu). Czy to oznacza, że nie powinno się zwracać uwagi na to, gdy samorządy podnoszą ceny biletów i likwidują połączenia? Ależ oczywiście, że się powinno na to zwracać uwagę. Niemniej jednak, gdy robi to ktoś, dla kogo jest to po prostu środek do celu (którym jest rozdawanie miejskich stołków znajomym),to nawet trzeba o tym mówić.

 
No dobrze, miało być o lewicy, to będzie o lewicy. Nie trzeba być geniuszem, żeby odgadnąć, jak ten jego ćwit (połączony ze zdjęciem) został odebrany i że może to zostać wykorzystane przez te opiniomaty, które non stop opowiadają o tym, jak to Lewica chce z PiSem współpracować. Gwoli ścisłości, też mnie to trochę zirytowało, ale potem sobie poszperałem w internetach, bo coś mi mówiło, że może być tak, że nie było żadnego „zaplanowanego” spotkania, tylko Kowalski przyszedł sobie na konfę lewicy, żeby się podpiąć pod nią i pokazać, że dla niego komunikacja miejska w Opolu to też bardzo ważna sprawa (swoją droga, ciekaw jestem, kiedy Kowalski po raz ostatni korzystał ze zbiorkomu). Po przejrzeniu ćwiterowego konta Zandberga (bo posłanka Zawisza się nie udziela zbytnio na ćwitrze [to nie jest przytyk, jedynie stwierdzenie faktu]) miałem już pewność, że tak właśnie było. Adrian Zandberg dwukrotnie poruszał temat tego „spotkania”, a w ćwicie, odnoszącym się do konferencji prasowej przypomniał, z kim wcześniej się przyjaźnił prezydent Opola (ding ding ding: Jaki i Kowalski).


Z tym właśnie wiąże się moja (przyjacielska) porada dla lewicy. Jeżeli organizujecie gdzieś jakąś konfę/spotkanie z mediami, to musicie liczyć się z tym, że może tam do was przyjść któryś z łaknących zasięgów i narracji polityków prawicowych. Jeżeli tak będzie i jeżeli ten ktoś (tzn. raczej asystent tej osoby) będzie robić fotki z takiego „spotkania”, to można mieć pewność, że prawicowiec będzie usiłował wrzucić w soszjale jakąś „swoją” narrację. Nie inaczej było w tym przypadku. Tu wjechanie na konfrerencję lewaków skończyło się tym, że co prawda Kowalski usłyszał kilka słów, które pewnie mu się nie spodobały, ale potem i tak usiłował tłumaczyć, że to było spotkanie „bo prezydent to neoliberał”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że to użycie hasła „neoliberał” nie było przypadkowe. Kowalski (tak samo, jak Jaki i cały SolPol) doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak działa ich własny elektorat. Z tym betonowym sprawa wygląda tak, że wystarczy rzucić jakieś hasło (Tusk, Niemcy, elgiebety, gender/etc.) i elektorat zaczyna się wzmagać. Kowalski doszedł do wniosku, że jak napisze o tym „neoliberale”, to lewicowy elektorat zacznie mu bić brawo (spoiler alert: lewicowych braw nie było).


Wracając do porady. Jak już się do was przywlecze ten, czy inny prawicowiec, to, no nie wiem, może nagrywajcie te rozmowy? Wyobraźcie sobie sytuację, w której Kowalski opowiada o tym, jak to miło było, a w odpowiedzi dostaje filmik, na którym Potężny Duńczyk wyciera nim podłogę (rzecz jasna, chodzi o wycieranie podłogi w sensie metaforycznym) i przypomina mu „jak to wcześniej było”. Osobną kwestią jest to, że jeżeli jakiś prawak przylazł, to lepiej nie czekać, aż ów zacznie opowiadać „jak było”, tylko samemu o tym wspomnieć (od tego w końcu są te soszjale). Gwoli ścisłości, nie mam pretensji do Zandberga i Zawiszy o to, że pojawił się na ich spotkaniu Kowalski (bo to trochę tak, jakbym miał pretensję do kogoś o to, że na ulicy minął go jakiś typ wykrzykujący dziwne hasła, a potem ten typ opowiadał o tym, jak to miło było się spotkać). Jedyne pretensje (to jest zbyt grube określenie, ale niech już będzie), mam za „soszjalową niefrasobliwość”. Wybory się zbliżają (najpierw parlamentarne, potem samorządowe) i trzeba się w związku z powyższym pilnować znacznie bardziej, niż do tej pory.


Źródła:

https://twitter.com/JKowalski_posel/status/1614925048296673280

https://www.24opole.pl/15386,Patryk_Jaki_popiera_Arkadiusza_Wisniewskiego_w_walce_o_prezydenture,wiadomosc.html

Notka o tym, jak to Patryk Jaki sobie wymyślił swoją biedę:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2017/11/patryki-jaki-czyli-bieda-urojona.html

Notka o tym, jak to Patryk jaki sobie wymyślił siebie samego:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2017/11/patryk-jaki-czowiek-z-marketingu.html

Notka o tym, z jakich przyczyn Patryk Jaki zaczął się potykać o własne nogi w trakcie wyborów samorządowych 2018

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2018/10/dyzma.html

https://opolska360.pl/arkadiusz-wisniewski-kontra-janusz-kowalski-nie-wygrasz-w-2024-roku/

https://tvn24.pl/polska/europosel-patryk-jaki-broni-ojca-oskarzanego-o-mobbing-politycy-komentuja-5783825

Tu Zandberg odnosi się do komentarzy „abo Kowalski był”
https://twitter.com/ZandbergRAZEM/status/1615044710212550656

https://twitter.com/ZandbergRAZEM/status/1615076723086827521

Tutaj zaś opisuje konfę:

https://twitter.com/ZandbergRAZEM/status/1615044710212550656

piątek, 30 grudnia 2022

Hejterski Przegląd Cykliczny #89

Tym razem nie obędzie się bez martyrologii. Wielokrotnie podkreślałem, że nie jestem osobą przesądną (bo nie jestem) i wielokrotnie wspominałem o tym, że rachunek prawdopodobieństwa robi wszystko, żebym taką osobą został. Przykładowo: miałem rozgrzebany tekst i chciałem go skończyć tak, żeby między Przeglądami nie było zbyt długiej przerwy? I w tym momencie wchodzi rachunek prawdopodobieństwa cały na biało i mówi: wiesz co? Mam dla Ciebie doskonałą grypę. Przyznam szczerze, że zmiotło mnie z planszy bardziej, niż w trakcie korony. No, ale insza inszość, to fakt, że nie zdążyłem się na grypę zaszczepić (shame on me).


Niniejszą ścianę tekstu zainauguruję dość świeżym tematem, którym jest inba na temat służby wojskowej. Zaczęło się od tego, że trochę osób dostało wezwania na szkolenia. Ponieważ nasze władze (zajęte władzowaniem) nie zadbały o jakąkolwiek politykę informacyjną (eufemizując), zrobił się nam w debacie publicznej lekki szum informacyjny. Zanim wyjaśnione zostało to, kto i kiedy będzie miał to przeszkolenie, w praktyce było już po inbie. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że wykopywaniem informacji na temat tych szkoleń zajmowali się głównie dziennikarze (bo rządowi propagandziści mieli ważniejsze sprawy na głowie).


Czego dotyczyła inba? Punktem wyjścia było to, czy w ogóle powinno się takie (obowiązkowe) ćwiczenia organizować (w domyśle, ćwiczenia dla ludzi, którzy raczej nie chcą mieć nic wspólnego z wojskiem). Potem zaś inba wyewoluowała i tematem było to, czy powinno się przywrócić obowiązkową służbę wojskową. Nieco zabawnym znajdowałem fakt, że część osób, które popierały zarówno ćwiczenia, jak i obowiązkową służbę wojskową to osoby, które nigdy nie dostałyby żadnego wezwania (kiedyś się to nazywało „kategoria E”). No ale, to tylko dygresja. Cała ta dyskusja o obowiązkowej służbie wojskowej mnie również rozbawiła, bo najaktywniejsi w tej dyskusji byli ludzie mniej więcej z mojego pokolenia (okolice rocznika 1981). Rozbawiło mnie to, że ja doskonale pamiętam, jak bardzo wszyscy wtedy starali się uniknąć OSW. Były to czasy preinternetowe, a mimo tego sporo było „wirali” na temat tego, co ludzie starali się robić, byle tylko nie trafić „do woja” (najbardziej popularne było symulowanie zaburzeń psychicznych [czasem ktoś nawet przynosił zaświadczenie lekarskie i kończyło się to np. utratą prawa jazdy]). Ujmując rzecz innymi słowy: służba wojskowa nie cieszyła się wśród moich rówieśników specjalnym „wzięciem”. Ciekawe jest również to, że obowiązkową służbę wojskową popierają Ci, którzy w wojsku nie byli (jestem kompletnym brakiem zaskoczenia Jacka), czyli, „migali się”. Jeżeli zaś chodzi o anecdaty, to pamiętam, jak nasi miejscowi skinheadzi, a przepraszam, „młodzież patriotyczna”, zwiała przed obowiązkową służbą wojskową za granicę, potem zaś każden jeden z nich miał na FB w polubionych „jestem za przywróceniem obowiązkowej służby wojskowej”. No ale, jak mniemam to była (tzn. to ich uciekanie przed OSW) wyjątkowa sytuacja, tak więc niepotrzebnie się czepiam.


Na tym niestety „debata” o służbie wojskowej się nie zakończyła i potem było już tylko bardziej żenująco. Zaczęło się od tego, że kilkoro elgiebetów napisało było, że oni się średnio poczuwają do umierania za tenkraj. Wywołało to masową obrazę uczuć wyklętych. O ile prawica (ta sama, która wcześniej debatowała nad tym, czy elgiebety w ogóle powinny w wojsku służyć) ani jej argumenty (hurr durr, dlaczemu ludzie z tęczowymi nakładkami na profile nie chco się strzelać) nie były najmniejszym zaskoczeniem, to już o lekkim zaskoczeniu można było mówić w przypadku osób, które twierdzą, że one tak w ogóle to popierają te elgiebety. Gwoli ścisłości, to zaskoczenie odnosi się jedynie do tego, jakie argumenty padały. W telegraficznym skrócie wyglądało to tak, że „no co sobie te elgiebety myślą, chcą mieć prawa, ale nie chcą mieć obowiązków”.


Tak, dobrze przeczytaliście, część komentariuszy uznała, że ta argumentacja jest całkiem sensowna.  Umknęło im dosłownie tylko kilka drobnostek. Po pierwsze, kluczowe w tych ich narracjach (co najwyraźniej przegapili) było to, że elgiebety „chcą” mieć pełnie praw. Chcą, bo jej nie mają i z punktu widzenia prawa w naszym kraju, są obywatelami drugiej kategorii. Po drugie, mniejszości seksualne przyrównuje się w Polsce do zarazy. Po trzecie, rządowe media prowadzą nagonkę na mniejszości seksualne. Po czwarte, część rządowych mediów i polityków partii rządzącej robiła wrzutki na temat tego, że warto się zastanowić, jakich zawodów nie powinny wykonywać elgiebety. Mógłbym tę wyliczankę ciągnąć dalej, ale wydaje mi się, że tych kilka punktów całkowicie wystarczy do tego, żeby stwierdzić, że ta narracja „zwolenników” (cudzysłów użyty z rozmysłem) jest cokolwiek (eufemizując) durna. No chyba, że ci ludzie na serio podnoszą argument „jak odpowiednia liczba elgiebetów zginie w trakcie prowadzenia działań wojennych, to wtedy będziemy mogli porozmawiać o wprowadzeniu małżeństw jednopłciowych i adopcji dzieci przez pary jednopłciowe”. Jeżeli faktycznie o to chodziło, to ja bardzo przepraszam, ale po raz kolejny nie doceniłem geniuszu komentariatu.


Tak na sam koniec tych dywagacji związanych ze służbą wojskową. Moim skromny zdaniem zmuszanie kogokolwiek do tego, żeby „szedł w kamasze”, jest nie do końca przemyślaną strategią, chyba, że chce się mieć problem z dezercją. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że bardzo nie dawno (rzec by można „na fali” wzmożenia) przeprowadzono sondaż, z którego wynikało, że jeżeli chodzi o przywrócenie Zasadniczej Służby Wojskowej, to postulat ów cieszy się 37% poparciem (47% badanych było przeciw, a 16% odpowiedziało, że „trudno powiedzieć”). Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że wrzeszczący i wzmożony komentariat nie reprezentuje (wbrew temu, co mu się wydaje) woli suwerena. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że ciekaw jestem, jakby to wyglądało, gdyby te procenty zwolenników rozbić na kategorie wiekowe.


W swoim poprzednim Głośnym Tekście wspominałem o tym, że coś się na Twitterze porobiło (w czasach pre-Elonowych, a teraz się to pogorszyło jeszcze) i praktycznie non stop mi na TL wpadają prawicowe opiniomaty, których absolutnie nie followuję (od zerkania w otchłań to ja mam konto z husarzem). Co prawda, od czytania tych prawicowych mądrości rośnie mi liczba Punktów Obłędu, ale to Twitterowe przesunięcie w fazie ma też swoje dobre strony. Wielokrotnie zdarzało mi się opisywać to, w jaki sposób Zjednoczona Prawica testuje narracje, którymi potem karmi suwerena poprzez rządowe media. W praktyce wygląda to tak, że najpierw się te narracje wrzuca w soszjale (głównie na Twitterze, bo jest znacznie bardziej dynamiczny od Facebooka), sprawdza które „zażrą” i dopiero potem się je rozrzuca w rządowych mediach. Na Twitterze jest więc mnóstwo (nie bójmy się tego słowa) rządowych kont, które zajmują się tylko i wyłącznie wrzucaniem (taśmowo) kolejnych narracji. Potem odpowiednie oprogramowanie do mierzenia/ważenia soszjali sprawdza, które narracje się przyjęły (a ciąg dalszy już znacie). Ponieważ liczba narracji nie jest nieskończona, jeżeli się odpowiednio długo obserwuje te konta (a ja je obserwuję, bo algorytmy Twittera sprawiają, że nie mogę ich nie obserwować [no chyba że bym zbanował cały „prawy” Twitter]), to można dostrzec powtarzalność. Skąd się ta powtarzalność bierze? Ano stąd, że czasem tematy są dość istotne, a narracja nie chce „zażreć”. Ponieważ temat jest istotny, nie można go odpuścić, tak więc trzeba testować kolejne narracje, bo może za którymś razem się uda.


Takim bardzo ważnym dla Zjednoczonej Prawicy (rzecz jasna, ważnym ze względu na to, że suweren się tym przejmuje) jest temat drożyzny i szeroko pojętego kryzysu. Dla każdego, kto nie zarabia milionów monet, raczej oczywiste jest to, że „nie jest dobrze”. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Mam świadomość tego, że to nie jest tak, że ta drożyzna w sklepach to się nam wzięła przez Zjednoczoną Prawicę. Świadomość tę ma również Zjednoczona Prawica, ale absolutnie nic z tego nie wynika. Tak się bowiem składa, że odkąd pamiętam, drożyzna w sklepach zawsze była „winą rządzących”. Starsi z was pamiętają zapewne słynne zakupy, które zrobił Kaczyński. Te zakupy wyglądały trochę tak, jak gdyby Kaczyński po raz pierwszy w życiu był w sklepie (sam tam nie poszedł, bo zakupy do toreb pakowała mu Beata Szydło). Zakupy te były słynne dlatego, że po pierwsze Kaczyński poszedł do osiedlowego sklepu (dosłownie każdy wie, że w tych sklepach jest drożej), a po drugie zapytany o to, czemu nie poszedł do Biedry, stwierdził (czym położył cały swój „event”), że Biedronka to sklep dla najbiedniejszych. Zakupy te Kaczyński zrobił w 2011 i miały one dowieść tego, że „za Tuska” wszystko podrożało.


Cofnijmy się o kolejne cztery lata. W 2007 odbyła się debata Tusk vs. Kaczyński, w trakcie której Tusk wytarł prezesem PiS podłogę. Jednym z tematów (a jakże) była kwestia drożyzny w sklepach. O ile mnie pamięć nie myli, Tusk wrzucił ten temat tak, że najpierw odpytał prezesa z cen podstawowych produktów. Na tym pytaniu wywaliłby się pewnie każdy, kto nie ma fotograficznej pamięci, ale prezes wywalił się jeszcze bardziej, bo on praktycznie od początku swojej kariery politycznej był odklejony od rzeczywistości, tak więc gdyby podjął się odpowiedzi na pytanie „ile kosztuje kurczak”, to mógłby się pomylić o rząd wielkości. Wydaje mi się (aczkolwiek jest to tylko moje gdybanie), że ten temat (władza odpowiada za ceny) ciągnie się od czasów, w których faktycznie władza mogła regulować ceny w sklepach (tak więc od czasów PRLu). Potem zaś (już w czasach III RP) było tak, że jak się było w opozycji, to był to wygodny argument, którym można było przyatakować władze. No, ale to dygresja.


Faktem jest, że dla Zjednoczonej Prawicy drożyzna jest problemem. Tzn. (jak już wspomniałem) nie sama drożyzna, ale to, że suweren jest skłonny obarczyć władze winą za tą drożyznę, a to może się przekładać na słupki sondażowe. Efekt tego przejmowania się drożyzną i kryzysem jest taki, że praktycznie non stop na Twitterze testowane są narracje „kryzysu nie ma”. Przeważnie zajmują się tym anonimowe konta agitacyjne, ale temat musi być bardzo „palący” i zajmują się nim również osoby z „krwi i kości”, które te swoje niemądre narracje firmują własnymi imionami i nazwiskami. Zanim przejdę do szczegółów pozwolę sobie stwierdzić, że te narracje „antydrożyznowe” siłą rzeczy muszą być po prostu durne. Żeby te narracje „zażarły”, prawicowemu komentariatowi musiałoby się udać wmówić ludziom, że nie ma żadnej drożyzny. To jest niemożliwe (niezależnie od tego, ile miliardów zostanie przeznaczonych na rządowe media). Nie da się bowiem suwerenowi wmówić, że (na ten przykład) olej, który jest ponad dwa razy droższy niż 2020 roku, tak naprawdę to wcale nie zdrożał, a nawet jeżeli, to przecież nie ma żadnego znaczenia. Mimo tego, rządowy komentariat dzielnie próbuje. Co zrozumiałe, narracje te „rezonują” jedynie wśród innych kont agitacyjnych, tak więc gdyby ktoś był zainteresowany ustaleniem tego, jak wyglądają siatki tych kont, to obserwowanie narracji „antydrożyznowych” idealnie się do tego nadaje.


No dobrze, skoro wstęp mamy za sobą, to teraz możemy przejść do konkretów. Konta agitacyjne (te anonimowe) pozwalają sobie na bardzo spektakularne narracje. Jedno z nich (uwaga natury ogólnej, w źródłach będą jedynie linki do „prawdziwych” kont, bo nie chce mi się przekopywać przez zyliony ćwitów na kontach agitacyjnych) opowiadało historie, w myśl której ktoś robił badania o drożyźnie w Polsce, ale z tych badań wyszło, że ludzie żadnej drożyzny nie widzą, tak więc o tych badaniach nikt nie opowie (na pytania o to „skąd konto wie o badaniach, skoro nikt o nich nie mówi”, konto nie odpowiadało). Innym razem, to samo konto opowiedziało łamiącą historię o staruszce, która popłakała się w sklepie, bo „po raz pierwszy od dawna mogła sobie kupić karpia na święta” (rzecz jasna, padło tam sakramentalne „TVN tego nie pokaże”). Konta ze stajni Tarczyńskiego non stop wrzucają narracje o tym, że w sklepach mnóstwo ludzi, no a skoro ludzie robią zakupy, to znaczy, że nie ma kryzysu, prawda?


Zasygnalizowałem wcześniej to, że niektóre narracje „antykryzysowe” są sygnowane imionami i nazwiskami. Idealnym przykładem będzie tu Radosław Poszwiński (aka Bogdan607), który w pierwszej połowie listopada zafundował followersom (i niewinnym ofiarom Twitterowych algorytmów) dziennikarskie śledztwo: „Jestem w komisie samochodowym pod Warszawą. Takim dużym maja ok 600 aut. Jest tutaj w sprawie kupna/zamiany auta ok 30 osób. To gdzie ten kryzys?”. Po świętach wspominał o tym, że u niego przy stole nikt nie rozmawiał o inflacji, bo on miał „normalne święta”. Aczkolwiek wydaje mi się, że hitem jest to, że 27-go grudnia wrzucił na ćwitra zdjęcie cenówki karpia i opatrzył to wpisem: „O masz. Prąd i gaz w domu pewnie też macie. I jest ciepło bo jest węgiel. Wystarczy nie słuchać propagandy antyrządowej opozocji w TVN c'nie?”.


Pan Radosław i jego (wybitne) narracje zasługują na uwagę dlatego, że pan Radosław jest przedstawicielem obecnych elit. Nie wiem, ile mu w TVP płacą jego koledzy z Twittera, ale obstawiam, że będzie to między naście, a dziesiąt tysięcy miesięcznie. Tak więc panu Radosławowi powiewa to, że jakieś tam oleje podrożały, albo inne masła, bo pana Radosława będzie na nie stać, niezależnie od tego, o ile jeszcze podrożeją. Tak samo rzecz się ma w przypadku cen paliw, rachunków za cokolwiek. Wbrew temu, co kiedyś napisał redaktor Rafał Woś (który mądrzył się w temacie tego, że inflacja to jedynie rentierów boli), kryzys uderza w biednych, a nie w Poszwińskich. Poszwiński twierdzi, że miał „normalne święta”. W domyśle, chodziło o to, że nikt tam nie gadał o drożyźnie. I ja w to wierzę. Przecież Poszwiński nie zadaje się z biedotą, tylko z innymi przedstawicielami elit. Poszwiński twierdzi, że był w komisie i tam dużo ludzi chce auta wymienić. No i wszystko pięknie, tylko takie jedno pytanie mam: kto tam te auta wymienia? Suweren, czy też może ludzie pokroju Poszwińskiego, dla których zmieniające się „realia ekonomiczne” nie mają żadnego znaczenia?


Casus Poszwińskiego jest o tyle ciekawy, że on co jakiś czas przypomina o tym, jak to było za Tuska i np. wspomina o tym, że wtedy to on zarabiał jakieś 5 zetów za godzinę. Ciekaw jestem, jak zareagowałby Poszwiński, gdyby ktoś mu wtedy zaczął tłumaczyć „no ale, panie Radku, ja zarabiam 30 złotych za godzinę, to o jakich niskich stawkach pan opowiada?”. To jest dokładnie ten sam rodzaj argumentacji, którego teraz używa Poszwiński. Przyznam szczerze, że się zastanawiam nad tym, czy to jest tak, że on się w tak ekspresowym tempie odkleił od realiów dzięki swoim nowym zarobkom (i nowym kolegom, którzy też biedy nie cierpią), czy też on jest świadomy tego, jak źle to wszystko teraz wygląda z punktu widzenia suwerena, ale po prostu, w ramach pełnionych obowiązków, ma to w głębokim poważaniu i będzie publicznie twierdził, że nie ma żadnego kryzysu, bo to wszystko sobie TVN wymyślił. Niezależnie od tego, czy twórczość Poszwińskiego jest efektem jego odklejenia, czy też wyrachowania, jest ona przejawem niezmierzonej pogardy dla suwerena. Tak swoją droga, to chyba nie było w post-PRLowskiej historii Polski władzy, która gardziłaby suwerenem w takim stopniu, w jakim robi to Zjednoczona Prawica. Bywała u nas władza, która się w ogóle nie przejmowała suwerenem (vide sposób, w który przeprowadzano transformację), to fakt. Ale nie było władzy, która robiła to, co robi teraz partia Kaczyńskiego. UPRL-owienie sądownictwa, które sprawi, że będzie ono w 100% podległe woli rządzących, opakowywane jest w złotko pt. „od teraz suweren będzie miał większą kontrolę nad sądownictwem”.


Przecież trzeba mieć obywatela za skończonego durnia, żeby grzać taką narrację. Szczególnie po tym, do czego wykorzystuje się prokuraturę (taśmowe umarzanie postępowań przeciwko członkom Zjednoczonej Prawicy, na ten przykład). Opowiadanie o jakimś mitycznym układzie w sytuacji, w której samemu się taki układ buduje. Opowiadanie o „groźnej kaście” gdy samemu się jest przedstawicielem praktycznie nietykalnej (no chyba, że pozew cywilny i akurat maszyna losująca sędziego zawiedzie) jak najbardziej „nadzwyczajnej kasty”. Kwestią otwartą jest to, czy i kiedy suweren sobie zda sprawę z tego, jakie mniemanie ma o nim partia Kaczyńskiego. Tak sobie dumam, że jeżeli wybory pójdą bardzo nie po myśli Nowogrodzkiej, to suweren się może dowiedzieć o tym, że „nie dorósł” do mądrości PiSu bardzo, ale to bardzo szybko.



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Skoro się już zacząłem pastwić nad narracjami jako takimi, to pociągniemy ten temat dalej. Zastanawia mnie (od pewnego czasu) to, jak bardzo nieogarnięci potrafią być rządowi spindoktorzy. Z jednej bowiem strony po mistrzowsku potrafią rozgrywać różne sytuacje (i z dowolnie błahej sytuacji zrobić wielką aferę), a z drugiej zachowują się tak, jak gdyby nie mieli zielonego pojęcia o podstawach głowologii. Otóż, spindoktorom tym wydaje się, że społeczeństwo potrafi przyjąć każdą narrację (w momencie, w którym jest to dla rządu wygodne) i zaraz potem (również w momencie, w którym jest to dla rządu wygodne), o tych narracjach zapomnieć. Czemu w ogóle o tym wspominam? Ano temu, że mamy od pewnego czasu w Polsce problem związany z uchodźcami z Ukrainy. Na czym polega ów problem? Otóż, pozwólcie, że zacytuję fragment wywiadu, który w połowie listopada Grzegorz Sroczyński przeprowadził z socjologiem Przemysławem Sadurą (fragment będzie obszerny):


„Grzegorz Sroczyński: Opowieści-chwasty?


Przemysław Sadura: To określenie wziąłem od socjologa Kacpra Pobłockiego. Chodzi o takie opowieści, które funkcjonują jak plotka, ale jednak różnią się od tradycyjnej plotki tym, że zostały wzięte z mediów społecznościowych. Klasa ludowa nie ma za grosz zaufania do mediów mainstreamowych, na przykład wyborcy PiS uważają, że z głównych mediów nie dowiedzą się, jak jest.


GS: Ale zaraz? Z TVP Info też się nie dowiedzą?

PS: Absolutnie. Oni tak samo wiedzą, że pisowskie media naciągają rzeczywistość. To jest grupa, która ma najbardziej zdywersyfikowane źródła informacji.


GS: Wyborcy PiS?


PS: Pokazały to nasze poprzednie badania. Nawet jeśli propaganda TVP im się podoba, to jednocześnie uważają, że informacji trzeba szukać gdzieś indziej. Trzeba na przykład sięgnąć do mediów społecznościowych, bo tam - na Fejsie czy TikToku - ludzie mówią prawdę bez cenzury. I tam właśnie szerzą się opowieści-chwasty o Ukraińcach. Naliczyliśmy kilkanaście wariantów.


GS: Cytat: "Taka Ukrainka ma w Polsce wszystko za darmo i nie musi płacić za fryzjera". O to chodzi?


PS: To jeden z wariantów, które intensywnie teraz krążą. Oto Ukrainka weszła do fryzjera albo zrobiła sobie manicure i nie zapłaciła, bo "jej się wszystko należy za darmo".


GS: "Nawet u mnie jedna znajoma powiedziała, że wszystko Ukraince zrobiła, i ona później powiedziała, że ona nie zapłaci, bo to za darmo. Już po fakcie. I wyszła sobie".


PS: Tak. Są też powracające historie, że ktoś stracił miejsce w kolejce do operacji przez Ukraińca, a ktoś inny miejsce dla dziecka w przedszkolu. Wszystkie te opowieści zostały wzięte z mediów społecznościowych, ale opowiadane są tak, jakby dotyczyły kogoś z rodziny lub znajomego.


GS: Ludzie nie mówią, że "czytałem na Fejsie taką historię"?

PS: Nie. Mówią: "Moja znajoma mi opowiadała taką historię". Albo: "U mojego fryzjera było takie wydarzenie, że jedna Ukrainka nie zapłaciła".


GS: A czytał to na Fejsie?


PS: Tak. Badani twierdzili, że chodziło o ich fryzjerkę albo o ich szkołę, chociaż nie była to prawda.


GS: Dlaczego tak się dzieje?

PS: Na tym polegają opowieści-chwasty. One tak dobrze pasują do naszych lęków, że zaczynamy je uważać za własne. Tego typu treści były celowo wpuszczane do sieci przez rosyjskie trolle i doskonale trafiały w nasze nasilone lęki: brak wiary w państwo oraz strach przed wypchnięciem z kolejki.”


(Jeżeli kogoś zainteresował ten fragment, to link do wywiadu znajdzie w źródłach)


No dobrze. Od czego by tu zacząć? Może od tego, że te opowieści-chwasty nie pojawiły się u nas w momencie, w którym pojawili się uchodźcy z Ukrainy. Tzn. może inaczej. Opowieści-chwasty odnoszące się do uchodźców, owszem, pojawiły się razem z uchodźcami, ale opowieści-chwasty, jako zjawisko, towarzyszą nam od dawna. U zarania dziejów to były jakieś brednie o czarnej wołdze. Potem zaś pojawiły się internety i te opowieści weszły na zupełnie inny poziom. Do pewnego momentu te opowieści były niegroźne, bo były to jakieś „łańcuszki szczęścia” dotyczące, na ten przykład tego, że jeżeli ktoś tam udostępni jakiś status, to będzie miał prawa do swoich zdjęć (i tak dalej). Ciężko znaleźć moment graniczny, po przekroczeniu którego opowieści te stały się bronią w wojnie informacyjnej, ale moim zdaniem w przypadku naszego kraju nad Wisłą, był to rok 2015, gdy rozpoczął się tzw. „kryzys migracyjny” (celowo używam określenia „tzw.”, bo w trakcie całego tego straszliwego kryzysu do [uwaga CAPS] CAŁEJ UNII EUROPEJSKIEJ wjechało znacznie mniej uchodźców, niż do samej Polski w roku 2022). Ponieważ Zjednoczona Prawica usiłowała znaleźć cokolwiek, do czego mogłaby się przyczepić (i czym mogłaby atakować ówczesny rząd), jej politycy (i cała masa „niezależnych/logicznych” fanpejdży) rozpowszechniały praktycznie każdą bzdurę, którą tylko udało się znaleźć w internetach.


Polskie soszjale zaroiły się nagle od specjalistów ds. islamu, którzy tłumaczyli, że to nie są żadni uchodźcy, tylko migranci ekonomiczni i że to w ogóle nie jest tak, że oni przed czymś uciekają, ale to jest celowe działanie, bo chcą (a jakże) islamizować Unię Europejską (i Polskę, rzecz jasna). Gdybym chciał tu nawet pobieżnie opisać to, co działo się w internetach, musiałbym pewnie poświęcić temu kilkanaście Przeglądów, tak więc musi nam wystarczyć potraktowanie tego tematu bardzo pobieżnie. Narracje mutowały niemalże momentalnie. Z jednej strony tłumaczono, żeby do UE wpuszczać same kobiety z dziećmi, ale z drugiej opowiadano o tym, że lepiej nie, bo jak się taką kobietę z dzieckiem przyjmie, to potem przyjedzie do UE jej cała (rzecz jasna OGROMNA) rodzina i że właśnie o to chodzi, żeby ci ludzie tu przyjechali i żyli z socjalu (jednocześnie, ci sami ludzie będą odbierać pracę białym europejczykom). O zylionie „świadectw” autorstwa ludzi, którzy „mieszkali zagranicą i swoje widzieli” wspominać chyba nie trzeba, prawda? Prawicy (która pełniła wówczas rolę pożytecznego idioty) udało się wtedy nastraszyć suwerena. O ile wcześniej (mądrzyłem się o tym w tekście „moderatorzy strachu – siewcy histerii) baliśmy się, jako społeczeństwo, jedynie masowej migracji z rejonów ogarniętych wojną [o ironio], to po 2015 obawialiśmy się już praktycznie wyłącznie nie białych uchodźców.


Ponieważ Zachód poradził sobie z ISIS (Jeżeli ktoś jest zainteresowany tematem, to polecam „Pokolenie Dżihadu” Petry Ramsauer) i prawica nie miała już paliwa (czytaj: nie było zamachów terrorystycznych, po których ludzie pokroju Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny mogli pisać o tym, że teraz to go mogą wszyscy zwolennicy przyjmowania uchodźców zacząć przepraszać), antyuchodźcze narracje przestały generować zasięgi i trzeba było sobie dać z nimi spokój (potem przerzucono się na lekarzy-rezydentów, nauczycieli, elgiebety, opiekunów osób z niepełnosprawnościami, protestujące kobiety i tak dalej i tak dalej). Warto w tym miejscu zauważyć, że metoda szczucia była praktycznie niezmienna i idealnie obrazuje ją „zapłakana kuzynka” (która to płakała przez strajkujących nauczycieli). Te historie były dokładnie takie same (taksówkarz, czyjś znajomy, kuzyn/etc.) różniły się jedynie „podmiotem”, na który się szczuło.


Co się zaś tyczy samych narracji antyuchodźczych, sama ich mnogość i skuteczność (bali się praktycznie wszyscy) sprawiła, że nie mogło być mowy o tym, żeby ludzie o nich zapomnieli. Ktoś może powiedzieć „no dobrze, ale przecież przed chwilą sam wspomniałeś o tym, że ludziom się te narracje „przejadły” i że Zjednoczona Prawica sobie odpuściła”. I tu nie ma żadnej sprzeczności. Nie da się na ludzi oddziaływać non stop przy użyciu tego samego bodźca, bo w pewnym momencie się ludzie do niego przyzwyczają. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, w pewnym momencie praktycznie nikt już nie zwracał uwagi na to, że gdzieś tam doszło do zamachu (rządowi spindoktorzy byliby pewnie w stanie podać nawet konkretną datę, po której ich narracje przestały działać). Narracje przestały działać, ale nie zniknęły. Czy ktoś się może zastanawiał nad tym, skąd się konfiarskim szurom wzięło hasło „stop ukrainizacji Polski”? Przecież już na pierwszy rzut oka to hasło jest durne i nie ma mowy o tym, żeby stało się nośne. Skąd więc wzięło się to hasło? Ano stąd, że w 2015/2016 bardzo nośne było inne hasło: „stop islamizacji Europy”, albo „stop islamizacji Polski”.


Znamienne jest to, że te idiotyczne hasła wywodzą się głównie z prorosyjskich kręgów. Dokładnie tak samo było w przypadku haseł o islamizacji, tyle że tamte (z powodu działalności ISIS) były o wiele bardziej chwytliwe i nośne, tak więc zaraz po tym, jak były wrzucane przez rosyjskie farmy trolli – były rozrzucane po internetach. Teraz hasła o „ukrainizacji” rezonują jedynie wśród elektoratu konfiarskiego. O ile w przypadku haseł o ukrainizacji okazało się, że suweren jest na nie odporny (co nie powinno nikogo specjalnie dziwić), to tenże sam suweren okazał się zupełnie nieodporny na opowieści-chwasty. Trzeba je było po prostu trochę pozmieniać (i wywalić wszystko, co dotyczy terroryzmu). Tak więc zamiast uchodźców-terrorystów mamy teraz opowieści o uchodźcach, którzy są bogaci (ktoś może pamięta, jak „prawi” wypominali uchodźcom syryjskim to, że mają [uwaga, to może być szokujące] smartfony?). Do części ludzi nie dociera bowiem to, że przed bombami i rakietami lecącymi na głowy uciekają wszyscy, bo rakiecie wystrzelonej prze orka wszystko jedno, czy spadnie na blok, czy też na jakiś domek jednorodzinny. Ilekroć jakiś szur trafił w Polsce (acz nie tylko, bo część zdjęć pochodziła z zagranicy) na jakieś droższe auto na ukraińskich blachach, zaraz wrzucał to w soszjale, celem pokazania „jak bardzo bogaci są ci ludzie”.


Czasem ludzie po prostu pisali głupoty, celem nabicia sobie zasięgów. Idealnym przykładem będzie tu Stanisław Żerko (pozwolę sobie zacytować jego wikipedyjne bio: „polski historyk, niemcoznawca, profesor nauk humanistycznych, pracuje w poznańskim Instytucie Zachodnim oraz w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni”), który na swoim koncie na twitterze 5 marca 2022 napisał był: „Pisze mi kolega: "Wczoraj długa rozmowa z kuzynką ze Lwowa. Tamtędy się przetacza fala uchodźców. Chętnie bym opublikował jej opinię ile procent tych ludzi naprawdę potrzebuje azylu w Polsce, ale by mnie chyba zlinczowali. :D"”. Znamienne jest to, że ów przemiły jegomość musiał (i nadal musi) być z swojego wpisu bardzo dumny, bo nadal go nie usunął. Takich osób było znacznie więcej, i a rosyjskie dezinfo momentalnie załapało, że choć nie da się straszyć ukraińcem-terrorystą (choć próby były, bo o Banderze i Wołyniu wspominano zylion razy), to jednak postraszyć Polaka Ukraińcem, który z jednej strony przyjechał tu po socjal, a z drugiej po pracę (którą to pracę odbierze miliardom Polaków) już można. Tak samo, jak można Polaka straszyć tym, że go Ukrainiec wygoni z kolejki (czy to do specjalisty, czy to z kolejki w sklepie), a potem jeszcze za to nie zapłaci, albo zapłaci mniej (tak jak Ukrainiec z historii opowiadanej przez Mentzena).


Przemysław Sadurski twierdzi, że rząd powinien zajmować się przeciwdziałaniem tym narracjom/etc. I wszystko pięknie, ale nasz rząd w żadnym wypadku się za te opowieści-chwasty nie weźmie. Załóżmy bowiem przez moment, że udałoby się na tyle skutecznie „zaszczepić” suwerena, że przestałby bezrefleksyjnie wierzyć w te opowieści. Z punktu widzenia RiGCzu, byłaby to bardzo dobra sytuacja. Jednakowoż, z punktu widzenia spindoktorów Zjednoczonej Prawicy byłaby to klęska, bo nagle straciliby możliwość oddziaływania na suwerena przy pomocy własnych opowieści-chwastów. Co gorsza (rzecz jasna z ich punktu widzenia), gdyby wyjaśnić suwerenowi to, skąd się biorą te wszystkie historie (i że są one „wzmacniane” przez Rosjan), to ktoś mógłby temu suwerenowi przypomnieć o tym, że praktycznie identyczne narracje cieszyły się olbrzymim powodzeniem u prawicy w latach 2015/2016. Od tego zaś jest już bardzo niewielki krok do tego, żeby suweren sobie wykoncypował, że Zjednoczona Prawica w latach 2015/2016 aktywnie wspierała Rosję w wojnie informacyjnej prowadzonej przez ten kraj z Zachodem. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że niechęć Zjednoczonej Prawicy do robienia czegokolwiek z rosyjskim dezinfo nie przejawia się jedynie w tym, że absolutnie nic nie robi się celem zwalczania opowieści-chwastów, dotyczących Ukraińców. Tak samo rzecz się miała w przypadku rosyjskiego dezinfo dotyczącego pandemii i szczepień. Żadna onuca z Solidarnej Polski, która rozpowszechniała rosyjskie dezinfo, nie poniosła z tego tytułu najmniejszych konsekwencji. No ale, takie były efekty oddania praktycznie całej debaty publicznej, odnoszącej się do pandemii, foliarstwu spod znaku konfederacji i pozwolenia na to, żeby opowieści-chwasty o szczepieniach i pandemii wykręcały gigantyczne zasięgi.


W latach 2015/2016 Zjednoczona Prawica i jej media z lubością czytała doniesienia o przestępstwach dokonywanych na Zachodzie i zasypywała polskie soszjale wzmiankami o przestępstwach, których sprawcy byli, a jakże, uchodźcami. Wspominam o tym dlatego, że dokładnie to samo dzieje się teraz, z tą różnicą, że uchodźcę z Syrii zastąpił uchodźca z Ukrainy. Co prawda, rządowe media już się w to nie bawią, ale internety są pełne „świadectw” o tym, że ten, czy inny Ukrainiec dokonał tego, czy innego przestępstwa, a „media milczo”, a „policja nic z tym nie robi”. W tym miejscu pozwolę sobie na kolejną anecdatę, albowiem tak się zdarzyło, że jedna z historii o Ukraińcu, który dokonał przestępstwa trafiła do mnie w trakcie spędu rodzinnego. Członkowie rodziny opowiadali o tym, że ich znajomy kierowca autobusu (like srsly, gdyby ktoś coś takiego napisał w soszjalach, to zostałby wyśmiany) im mówił, że gdzieś tam była zadyma i ktoś (wiadomo kto) kogoś innego nożem potraktował i że generalnie to nigdzie o tym się nie mówi. Gwoli ścisłości, dla mnie to, że Ukraińcy będą popełniali u nas przestępstwa, było oczywiste. Przyjechało ich do nas bardzo dużo i już samo to, ilu ich jest sprawia, że muszą wśród nich być, że tak to ujmę „nie-do-końca-dobrzy-ludzie”. To jest oczywista oczywistość. Problem polega na tym, że jeżeli media będą pisać o każdym takim przestępstwie (tak, jak prawica jarała się każdym przestępstwem dokonanym przez muzułmanina) i wymieniać narodowość sprawcy, to rosyjskie dezinfo momentalnie tak to rozdmucha, że z punktu widzenia suwerena będzie to wyglądało tak, że w Polsce nikt, poza Ukraińcami, nie popełnia przestępstw. Przyczyna tego jest prosta, jak budowa cepa. Ten „Ukrainiec” przykuje uwagę znacznie bardziej od „mieszkańca takiego, czy innego powiatu”.


Reasumując, mamy teraz olbrzymi problem (który najprawdopodobniej będzie się robił coraz bardziej problematyczny) i zawdzięczamy to w głównej mierze temu, że obecne władze przez całe lata pełniły zaszczytną funkcję pożytecznych idiotów. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie tak dawno temu sprawdziłem, czy minister Wąsik nadal followuje pewno rosyjskie konto dezinformacyjne (treści, które są tam publikowane i które odnoszą się do wojny Rosji z Ukrainą nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, kto i po co prowadzi to konto). Jakiś czas temu wypomniałem ministrowi followowanie tego konta, a ów przemiły jegomość mnie za to zbanował. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że „sekretarz Kolegium do Spraw Służb Specjalnych” nadal nie widzi nic zdrożnego w obserwowaniu tego konta (które, a jakże, nazywa się „stop praniu mózgów”). Do tych ludzi nigdy nie dotrze, że własnymi nazwiskami i funkcjami uwiarygodniają to, co się publikuje na kontach, które obserwują i z którymi wchodzą w interakcje.


Mniej więcej w połowie grudnia okazało się, że Solidarna Polska przejmuje się pandemią. Jak do tego doszło? Ano tak, że Dariusz Rosati przyszedł na głosowanie do Sejmu mając „koronę”. Nie chciałbym być źle zrozumiany: jeżeli ktoś ma koronę to powinien siedzieć na czterech literach w domu i nie zarażać innych. Niemniej jednak tak się złożyło, że w myśl obowiązujących przepisów, Rosati sobie mógł pójść do Sejmu i nikt mu nie mógł za to nic zrobić. I w tym momencie, cali na biało wjechali politycy Solidarnej Polski. Najgłośniej gardłował Janusz Kowalski (członek „Parlamentarnego Zespołu ds. Sanitaryzmu", który był przeciwko kwarantannie,  przeciwko lockdownom etc., etc.). Nagle okazało się, że to się nie godzi, żeby chory na koronę człowiek przychodził do roboty, bo naraża innych. Gdzieś tu pewnie jest jakaś ironia, ale nie jestem w stanie jej dostrzec. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w trakcie tej konkretnej inby okazało się, że onuce z Solidarnej Polski nie obrażają się na to, że nazywa się je onucami.


Ostatnio mogliśmy się przekonać, że w Polsce można wystrzelić z nielegalnie posiadanego granatnika przeciwpancernego na komendzie policji, porobić trochę dziur w sufitach i ścianach i na samym końcu zostać uznanym za ofiarę. Przyznam szczerze, że zastanawiałem się nad tym, co też nasza ukochana włada zrobi z komendantem, bo sprawa jest tak bardzo ewidentna, że bronienie typa, który coś takiego zrobił można porównać tylko i wyłącznie do wdepnięcia na grabie (i to wdepnięcia na te same grapie przynajmniej kilkanaście razy). Tak się bowiem składa, że tu żadne tłumaczenia nie mają sensu. Szef policji jest obyty z bronią i powinien się z nią umieć obchodzić (zwykły policjant, któremu broń wystrzeliła na komendzie miał z tego tytułu olbrzymie problemy). Nie było również możliwości takiej, żeby to bydle (w tym momencie mam na myśli granatnik) wystrzeliło przypadkiem, bo tak się składa, że żeby z tego wystrzelić, trzeba wykonać całkiem sporo czynności (listę tych czynności opisał jeden z moich followersów). No dobrze, ale może było tak, że ten granatnik to był prawie-gotowy-do strzału i potem biedny komendant-ofiara sobie go przestawił, a to bydle samo wystrzeliło? No i wszystko fajnie, ale nieśmiało chciałbym przypomnieć, że jeżeli tak było, to pan komendant powinien dostać jakieś zarzuty za to, że wiózł ten prawie-gotowy-do-strzału granatnik w bagażniku przez pół Polski, przecież gdyby Zosia Samosia, tzn. granatnik wystrzelił „sam z siebie” w tym bagażniku, to głowica mogłaby się zdążyć uzbroić i narobić więcej szkód, niż skaleczenie ucha Pana Komendanta Kochanego. Poza tym, otwarta pozostaje kwestia tego, że ten granatnik został przewieziony przez granicę. I na tym przerwę tę wyliczankę. Dość powiedzieć, że z punktu widzenia „obrońców” komendanta to jest taka matrioszka z grabiami. W momencie, w którym wydaje im się, że „ogarnęli” jeden zarzut – wchodzą na kolejne grabie (tzn. wybucha im w twarz kolejny zarzut, który powinno się postawić komendantowi). Czemu więc go bronią? Bo ten człowiek ma teraz świadomość tego, że jeżeli im podskoczy, to go zgaszą jak peta. Musi być całkowicie lojalny względem nich, a oni doskonale o tym wiedzą. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że gdyby do takiej sytuacji doszło w trakcie rządów Platformy Obywatelskiej, to PiS momentalnie domagałby się powołania komisji śledczej i wyprodukował zylion spotów, w których tłumaczono by, że ten granatnik przeciwpancerny to po prostu po kryjomu przewieziono, żeby w razie porażki wyborczej sympatycy platformy mogli ostrzelać przy jego pomocy kolumnę rządową (względnie, samochód prezydencki).


Nastąpił (dość niespodziewany) follow up w sprawie kolegi Zbyszka Ziobry, który śmiertelnie potrącił kobietę na pasach. Wydawało mi się, że ziomberiada z Solidarnej Polski będzie w tej sprawie milczeć, ale okazało się, że po raz kolejny nie doceniłem tego, kim są ci ludzie. Michał Wójcik był odpytywany z tego, co się dzieje i jego wypowiedzi miały taki kaliber, że pozwolę sobie sparafrazować klasyka „oni nie są równi ludziom normalnym”. Otóż, okazało się, że pan Wójcik w tej całej sprawie to się solidaryzuje ze sprawcą wypadku. Tak, dobrze przeczytaliście. Czemu się z nim solidaryzuje? Ano temu, że media się od razu rzuciły na tego biednego człowieka, a dla niego to, co się stało, to była olbrzymia trauma. Gdy przypomniano mu o tym, że była to również trauma dla córki ofiary stwierdził, że no on to wszystko rozumie, ale trzeba też zrozumieć tego biednego sprawce, który (co było powtarzane wielokrotnie) jest fachowcem i bardzo dobrym człowiekiem. Po raz kolejny można się było przekonać o tym, że polscy dziennikarze nie potrafią się przygotować do wywiadów. Wójcik opowiadał bowiem o tym, że no ta sprawa to jest bardzo skomplikowana i że w takiej sprawie to się czeka na ekspertyzy długo. Zapomniał jedynie dodać (a Lubecka była ewidentnie nieprzygotowana), że choć prokuratura czeka na ekspertyzę, to to jest któraś z rzędu ekspertyza, bo prokuratura ma już kilka. Cebulą na torcie jest to (o czym chyba wspominałem w poprzednim Głośnym Tekście), że gdy indagowano prokuraturę na jakiejś komisji, to prokuratura (czy też ktoś, kto ją reprezentował) stwierdziła, że ma już zgromadzony cały materiał dowodowy. Potem zaś okazało się, że „to skomplikowane”. W tym miejscu podrzucę kolejną anecdatę. Jak sobie ogarniałem kwestię tego „ile czeka się na ekspertyzy”, to się skonsultowałem ze znajomym adwokatem karnistą i zapytałem, czy te trzy lata to aby nie za długo. Ów stwierdził, że owszem, wygląda to trochę średnio poważnie. Kiedy mu dopowiedziałem, że prokuratura ma już kilka ekspertyz, opowiedział mi, że miał kiedyś taką sprawę, w której prokuratura, zapewne przez pomyłkę, najpierw zleciła sporządzenie ekspertyzy uczciwemu biegłemu i potem musiała szukać kolejnego, bo ta pierwsza ekspertyza to średnio po myśli prokuratury była. Tutaj mamy pewnie do czynienia z podobną sytuacją.


Na sam koniec zostawiłem sobie prawdziwą perełkę. Jakiś czas temu służby pochwaliły się tym, że zatrzymały współpracownika rosyjskiego wywiadu, który to współpracownik pracował w Warszawskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Nie trzeba chyba wspominać o tym, jakie narracje produkowały wtedy rządowe opiniomaty, prawda? Osoby związane ze służbami opowiadały o tym, że sprawa jest rozwojowa i tak dalej i tak dalej. Pół roku później okazało się, że wszystkim tym ludziom, którzy mieli do powiedzenia bardzo dużo na temat tego konkretnego agenta, umknął jeden drobny szczegół: „Zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji Tomasz L. był w przeszłości członkiem komisji likwidacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych - ustalili dziennikarze TVN24. Należał do wąskiego grona współpracowników Antoniego Macierewicza, które otrzymało dostęp do wszelkich tajemnic likwidowanego wojskowego wywiadu i kontrwywiadu: danych informatorów i agentów, szczegółów finansowania najtajniejszych operacji prowadzonych także poza granicami kraju.”. Powiedzieć, że po prawej stronie wystąpił incydent kałowy, to jak powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych było ostatnio raczej chłodno. Praktycznie cały rządowy agitprop został rzucony do udowadniania, że ten agent to „wina Platformy” (bo wiecie, Sikorski był wtedy w rządzie PiS, a potem przeszedł do Platformy Obywatelskiej, więc oczywiste jest to, czyja to wina prawda?).


Tłumaczono, że w sumie to TVN nie opowiedział niczego nowego, bo o tym wszystkim służby polskie wiedziały i nie ma mowy o tym, żeby to, że ten typ był w tej, czy innej komisji było jakimkolwiek problemem. No i to jest moim zdaniem całkiem zabawne (tzn. byłoby, gdyby nie kontekst), albowiem gdyby faktycznie było tak, że to nie był żadne problem (albo, że była to wina Sikorskiego), to dowiedzielibyśmy się o tym zaraz po tym, gdy tego szpiega zatrzymano. Ponieważ zaś o tym w ogóle nie wspomniano, można sobie dopowiedzieć przyczyny, dla których tak się stało. Rządowy agitprop nie porusza tematów, które mogą być szkodliwe dla rządu (tzn. nie robi tego sam z siebie). Skoro zaś nie poruszył tego konkretnego tematu, to można podejrzewać, że raczej nie zrobił tego dlatego, że wszystkiemu winien był Sikorski, prawda? No ale, co ja się tam znam. To jest po prostu kolejny „zbieg okoliczności” związany z osobą Antoniego Macierewicza.



I na tym zakończę niniejszą ścianę tekstu.


Źródła:

https://polityka.se.pl/wiadomosci/nie-chcemy-obowiazkowej-sluzby-wojskowej-aa-1KTL-Chdx-Rw2z.html

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kaczynski;w;sklepie;naznaczyl;polakow,49,0,799281.html

https://twitter.com/bogdan607/status/1591432489012269056

https://twitter.com/bogdan607/status/1607288806369103872

https://twitter.com/bogdan607/status/1607768297616859140

Wywiad Sroczyńskiego:

https://next.gazeta.pl/next/7,151003,29136111,cala-polska-kocha-ukraincow-sa-juz-sondaze-tak-zle-ze-nie.html
?

https://mobile.twitter.com/StZerko/status/1500176725753352198

https://konkret24.tvn24.pl/polityka/mentzen-ukrainiec-zaplacil-za-swiadczenie-medyczne-mniej-niz-polak-sprawdzamy-6465979


Nitka ze screenami z folarskimi wypowiedziami Kowalskiego:

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1603005055904382976

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1602955939186937861

https://mobile.twitter.com/JKowalski_posel/status/1602930958855962624

Co trzeba zrobić, żeby „przypadkiem wystrzelić z granatnika”:

https://twitter.com/PMPiotrowski/statua/1603519503786283008

Od 20:30

https://www.youtube.com/watch?v=v44bGNFumuU

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,28251828,szpieg-w-urzedzie-stanu-cywilnego-abw-zatrzymala-polaka-szpiegujacego.html

https://www.tvp.info/59194152/polowanie-na-rosyjskich-szpiegow-zatrzymano-mezczyzne-ktory-kopiowal-i-przekazywal-swr-bardzo-cenne-informacje

https://tvn24.pl/premium/tomasz-l-z-komisji-likwidacyjnej-wsi-tajemnica-urzednika-stolecznego-ratusza-6413600