piątek, 9 marca 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #25/#26

Zanim przejdę do właściwych hejtów, chciałbym napisać kilka słów o powodach, dla których niniejszy przegląd miał delikatny (niczym muśnięcie stepowego motyla) poślizg. Chyba każdy miał do czynienia ze zjawiskiem, jakim jest „fuckup w pracy”. Niestety, nie mogę się podzielić szczegółami tego, który mi zafundowano, ale postaram się wam przybliżyć jego skalę. Tak więc wyobraźcie sobie, że dzwonią do Was „z pracy” i informują, że właśnie wyjebało w powietrze pół budynku, w którym pracujecie, bo prezes nacisnął olbrzymi przycisk z napisem „naciśnięcie skończy się wyjebaniem w powietrze połowy budynku” (o tym, że ów napis został na przycisku umieszczony przez tegoż samego prezesa, nie warto wspominać) i że fajnie by było, gdybyście coś na to poradzili. Myślicie sobie „nic to, zawsze mogło być gorzej, bo została jeszcze druga połowa” i zbieracie się do roboty, wymyślając sposoby na poskładanie do kupy tej rozjebanej połowy. Idąc do pracy, mijacie Czterech Jeźdźców Apokalipsy, którzy oznajmiają Wam, że przed momentem byli u Was w robocie i usiłowali zmierzyć poziom fuckupu (bo myśleli, że to może być początek Armageddonu), ale zabrakło im skali, więc profilaktycznie wolą się w to nie mieszać. W tym momencie zdajecie sobie sprawę z tego, że być może będziecie mieli do czynienia z czymś znacznie gorszym od Festiwalu Piosenki Smoleńskiej, bądź też „Toksyny” autorstwa Sławomira Jastrzębowskiego. Kiedy już docieracie na miejsce i próbujecie pozbierać tę rozjebaną połowę, słyszycie rumor, bo oto okazuje się, że jeden z przybocznych prezesa, mając do wyboru dwa przyciski – jeden z napisem „może pomóc, a już na pewno nie zaszkodzi” oraz drugi, z napisem „wciśnięcie grozi rozjebaniem wszystkiego do reszty”, wcisnął ten drugi. Przyboczny prezesa przez dłuższy czas wpatrywał się w gruzowisko intensywnie, niczym Antoni Macierewicz w brzozę, po czym powiedział „odnoszę wrażenie, że nie mam odpowiednich kwalifikacji, lepiej będzie, jak ktoś mnie zastąpi”. W momencie, w którym zaczyna się Wam wydawać, że najgorsze już minęło, nagle ktoś mówi „potrzymaj mi piwo”. Tyle tytułem wstępu, ponieważ zaś przerwa była dość długa – niech Was nie dziwi to, że część „newsów” będzie dość mało newsowa.

Zazwyczaj staram się w hejtowaniu zachować chronologię, jednakże tym razem zrobię wyjątek, bo w przeciwnym wypadku pół Przeglądu będzie zajebane nowelizacją ustawy o IPN. Ponieważ zaś o tej nowelizacji (jej efektach/etc.) można by było napisać książkę, ograniczę się do trzech najbardziej spektakularnych spraw. Po pierwsze, urzekająca była narracja rządu i rządowych mediów, z której wynikało, że w sumie to nie wiadomo czemu się „zagranica” czepia tej ustawy, bo przeca wcześniej nikt się tym nie interesował. Po jakimś czasie okazało się, że w sumie to zagranica interesowała się tą ustawą i nawet odbyło się w tej sprawie spotkanie, które zostało podsumowane w notatce. Co się stało z tą notatką? Ugrzęzła w MSZ. Po drugie, Reduta Dobrego Imienia (jeżeli nie wiecie, co to za twór, to szczerze Wam zazdroszczę), podpierając się nowelizacją (która miała być „zamrożona” do momentu, w którym Trybunał Przyłębski się do niej nie odniesie), pozwała jeden z argentyńskich portali za to, że ”artykuł o zabijaniu przez polskich sąsiadów polskich Żydów w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku zilustrował zdjęciem zabitych przez UB „wyklętych” zrobionym w 1950 roku” (jeżeli kogoś interesują szczegóły, to podrzucam w źródłach link do Oko Press). Efekt pozwu był następujący: „Media argentyńskie wyrażają solidarność z portalem „Pagina 12” i publikują na swych niedzielnych portalach artykuł zamieszczony przez „Pagina 12” w dniu 18 grudnia 2017 wraz ze zdjęciem.” Po trzecie, przysłowiową cebulą na torcie było to, co rządzący (wspierani przez rządowe media) odjebali w przeciągu ostatnich dni. Przedwczoraj (Przegląd zacząłem pisać 8-go) na Onecie pojawił się artykuł, w którym stało, że w MSZ jest notatka o tym, że (upraszczając) USA sugeruje Polskiemu rządowi, żeby się, kurwa, ogarnął. Reakcja rządu i rządowych mediów (oraz „niezależnych internautów”, którzy „demaskowali fejka Onetu”) była łatwa do przewidzenia: „gówno prawda, to fejk nius!”. Onet się wkurwił i ujawnił fragment tej „nieistniejącej notatki”. W tym momencie wchodzi MSZ, cały na biało, i oznajmia, że ktoś tu chyba będzie miał problemy prawne, bo „Dokument opisany przez Onet.pl ma charakter niejawny”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) to napisałbym, że dziennikarze Onetu mogą mieć problemy z powodu ujawnienia nieistniejącego dokumentu. Podsumowując tę (nie bójmy się tego słowa) gównokalipsę: Rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do konfliktu dyplomatycznego ze Stanami Zjednoczonymi, forsując ustawę, którą w najlepszym wypadku można określić mianem „chujowej”, o czym może zaświadczyć pierwsza próba przywalenia tą ustawą argentyńskiemu portalowi. Tak zupełnie bez związku z całą sprawą, ktoś może wie, jak po rosyjsku będzie „wstawanie z kolan”?

Oskarżany o korupcję senator Stanisław Kogut „wpłacił na konto prokuratury w Katowicach milion złotych kaucji. Część pieniędzy zebrano od anonimowych darczyńców, którzy chcieli wspomóc Koguta”. Mam nadzieję, że wyżej wymienieni darczyńcy nie byli bezdomni, bo może się to dla nich źle skończyć...

Założona przez Tomasza Sakiewicza Fundacja Niezależne Media (doskonały żart, który można porównać chyba jedynie z paskiem „Samuel Pereira – dziennikarz”) miała otrzymać 6 baniek z UE na projekt o nazwie „puszcza.tv” (chodziło o portal). We wcześniejszym zdaniu kluczowe jest słowo „miała”, albowiem okazało się, że jednak nie dostanie. Wszystko bowiem szło dobrze (tzn. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska  klepnął wniosek) do momentu, w którym kasa została zablokowana przez Europejski urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. Jedno wszczęte przez NFOŚ dochodzenie później, Niezależne Media wycofały wniosek o dofinansowanie. Sytuacja ta jasno pokazuje, że bycie niepokornym nie popłaca... Nawiasem mówiąc, dziwi mnie to, że ministerstwo (pod wodzą ministra Szyszki) zgodziło się na to, żeby portal miał nazwę „puszcza.tv”. Po Szyszce spodziewałbym się promowania nazwy „wycinka.tv” i domagania się tego, żeby na portalu zamieścić symulator Harvestera. 

Mimo zapewnień rządu Prawa i Sprawiedliwości, że Polacy nie ucierpią na Brexicie, są już pierwsze jego ofiary. W Guardianie pojawił się artykuł, w którym (w skrócie) stało, że Rafał Ziemkiewicz może nie zostać wpuszczony na teren Wielkiej Brytanii. Ziemkiewicz zareagował na to w sposób, którego można się było spodziewać po atencjuszu o bardzo wrażliwym ego, czyli zapadł na biegunkę słowną. No bo, co prawda, Ziemkiewicz twierdzi, że każde państwo powinno móc kontrolować to, kto do tego państwa wjeżdża, ale mechanizm ten, co zrozumiałe, nie powinien dotyczyć Ziemkiewicza. W trakcie swojej biegunki, Ziemkiewicz oburzył się na brytyjską posłankę za to, że nazwała go skrajnie prawicowym mówcą (w oryginale było „far right speaker”) i odćwierknął „jak śmiesz mnie tak nazywać” („How dare You call me like that?”). Potem przeszedł do kontrataku i napisał „list do Guardiana” (acz nie wiem, czy ten „list” wysłał, czy też ograniczył się do opublikowania go na swoim koncie na FB), w którym to (trzymajcie się czegoś) hejtował Guardiana za to, że nikt tam nie zrobił poprawnego riserczu o nim, bo jak oni mogą pisać, że jest „far-right”, skoro napisał dużo książek i niektóre z nich się bardzo dobrze sprzedają. Później nastąpił foch i Ziemkiewicz oznajmił, że odwołuje swoją wizytę na Wyspach (po czym nastąpiło jeszcze kilka artykułów o jego moralnym zwycięstwie). Jeden z drugoplanowych bohaterów „Czasu apokalipsy” twierdził, że „uwielbia zapach napalmu o poranku”, ja zaś lubię obserwować naszych rodzimych królów bajeru/mistrzów autokreacji, którym zdarza się przypierdolić w ścianę z napisem „rzeczywistość”. Ujmujące jest to, że Ziemkiewicz chyba na serio uważa, że w jego wpisach/wypowiedziach nie można znaleźć nic, co sugerowałoby jego przynależność do skrajnej prawicy. Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu wspomnieć, że moim zdaniem Ziemkiewicz nie ma absolutnie żadnych poglądów. Robi to, co robi, bo trafił mu się taki a nie inny segment rynku (przygłupia prawica). Gdyby okazało się, że na byciu lewakiem można zarobić więcej kasy, to Ziemkiewicz próbowałby się zapisać do partii Razem i zacząłby chodzić na manifestacje antyfaszystowskie (zaś swoich dotychczasowych „kolegów po poglądach” zacząłby nazywać chorymi zjebami).

Mniej więcej w połowie lutego zmarło się reżyserowi Antoniemu Krauze. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie to, że w sprawie tej wypowiedział się Wielki Filmoznawca, Jarosław Kaczyński: „Jestem przekonany, że to jest jeden z tych ludzi, którzy odeszli przedwcześnie - a mogliby żyć może wiele lat - właśnie dlatego, że byli przedmiotem ataku, dyfamacji, (...) hejtu”. Rzecz jasna, Wielki Filmoznawca miał na myśli to, że nie wszystkim podobał się „Smoleńsk”. Parafrazując klasyka, jestem przekonany, że gdyby „Smoleńsk”, nie był propagandowym gniotem, który był tak chujowo nakręcony, że nawet Tommy Wiseau, stwierdziłby, że to przesada, to mało kto by ten film (a co za tym idzie, jego reżysera) hejtował. Tak nieco bardziej na poważnie, ja „Smoleńsk” obejrzałem (albowiem, jak już wcześniej wspominałem, jestem koneserem chujni). To, że film był źle nakręcony (zagrany/etc.), to jedno. Tym, co nieco mnie osłabiło, była propaganda. Wyobraźcie sobie, że ktoś Wam wrzuca do mieszkania cegłę (razem z szybą okienną, ma się rozumieć) owiniętą w kartkę z napisem „W Smoleńsku był zamach, ty tępy chuju”. „Smoleńsk” był znacznie mniej subtelny.

Bardzo możliwe, że wypowiedzi Kaczyńskiego (o Krauze) były sprostowaniem wypowiedzi rzeczniczki rządu, która tego samego dnia powiedziała, że jeżeli chodzi o katastrofę smoleńską to: „Mówimy o śmierci 96 osób i ja nie znajduję tu miejsca na politykę, na upolitycznienie”. Rzeczniczka powinna się mieć na baczności. Poprzedniczce Premiera Tysiąclecia, której nazwisko zaginęło w pomroce spinów i narracji (albowiem na niebie nie mogą świecić dwa słońca), zdarzyło się powiedzieć, że „nie widzi potrzeby rekonstrukcji rządu”. Wiadomo, jak się to potem dla niej skończyło... 

Wicepremier Jarosław Gowin (jedna z największych zagadek współczesnej ortopedii) nie krył oburzenia decyzją sądu, który odmówił zarejestrowania partii „Porozumienie” (sąd uznał, że nazwa jest zbyt podobna do już istniejącego „Porozumienia Polskiego”). Muszę przyznać, że mnie też oburza postawa sądu. Gdzie w tym wszystkim miejsce na konstruktywną krytykę? Czemu sędzia nie zaproponował innej, bardziej adekwatnej nazwy? Przecież gdyby sędzia zaproponował Gowinowi nazwę taką, jak „rotacyjność”, to Gowin na pewno by się na to zgodził. Zwłaszcza, że mógłby taką partię zarejestrować pod „pełniejszą” nazwą: Rotacyjność Jarosława Gowina.

Minister Joachim Brudziński zwrócił się z prośbą do premiera o powołanie Międzyresortowego Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Propagowaniu Faszyzmu i Innych Ustrojów Totalitarnych oraz Przestępstwom Inspirowanym Nienawiścią na Tle Różnic Narodowościowych, Etnicznych, Rasowych, Wyznaniowych albo ze względu na Bezwyznaniowość.
Pewnie nie uwierzycie, ale wystarczy w tej nazwie zmienić kilka liter i wyjdzie „kurwa, chyba trochę przesadziliśmy ze szczuciem Polaków na uchodźców i teraz musimy jakoś z tego wybrnąć wizerunkowo, mam nadzieję, że Tarczyński i Pięta nie dowiedzą się o istnieniu tego zespołu, bo mnie zwyzywają od lewaków i powiedzą, że roznoszę choroby”.
 
Jeden z prezydenckich doradców, Andrzej Zybertowicz, znalazł sposób na poprawę wizerunku Polski: „Podobnie jak wydajemy miliardy na modernizację wojska, trzeba wydawać nie miliony, ale setki milionów na ochronę naszego wizerunku”. Biorąc pod rozwagę dotychczasowe dokonania Dobrej Zmiany w zakresie „ochrony wizerunku Polski”, lepiej byłoby ograniczyć im budżet „wizerunkowy” do zera. Choćby dlatego, że mało komu chciałoby się robić taki rozpierdol w polityce zagranicznej w czynie społecznym.

W tym miejscu będzie kawałek na poważnie, więc jeżeli ktoś się nie chce wkurwiać, to niech przeskoczy do kolejnego akapitu, bo niniejszy kawałek może go striggerować. Ordo Iuris jest tworem na tyle rozpoznawalnym, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Przywykłem do tego, że członkowie tej organizacji jarają się konserwatywnymi idiotyzmami, ale muszę przyznać, że jeden z ich tweetów, wpędził mnie w nielichą zadumę. Otóż jakiś dr hab. chuj wie kto, z uczelni chuj wie gdzie, był łaskaw powiedzieć „Jeszcze w latach 60 i 70, dla każdego było oczywiste jak pielęgnować niemowlę – dziś rodzice studiują poradniki i przeżywają udrękę „czy ja dobrze to robię?”. Niepewność w relacji do świata jest charakterystyczna dla ponowoczesności”. Większość prawicowo-konserwatywnych narracji(które sprowadzają się głównie do hejtowania osób homoseksualnych, in vitro, aborcji, związków partnerskich/etc./etc.) to narracje, które jakoś tam się ze sobą wzajemnie łączą. Tzn. czasem łączą się tylko w głowach prawicowych-konserwatystów,  ale jeżeli ktoś się postara (i nie obawia się nabywania kolejnych Punktów Obłędu), to jest w stanie prześledzić to, w jaki sposób, na ten przykład, dzielna konserwa połączyła in vitro z aborcją. Wziąwszy to pod rozwagę, nie mam, kurwa, pojęcia, co trzeba mieć w głowie, żeby hejtować rodziców, którzy martwią się o to, czy dbają o swoje dziecko tak, jak powinni. W teorii mógłbym to jeszcze jakoś skomentować, ale w praktyce nie chciałbym wyczerpać limitu wulgaryzmów przed końcem Przeglądu.

Zdobywanie wiedzy nie zawsze odbywa się bezboleśnie. Tzn. może inaczej, czasem dowiedzenie się czegoś sprawia, że macie ochotę wydłubać sobie ten kawałek mózgu, w którym owa informacja została zapisana. Podobnie było ze mną, kiedy dowiedziałem się o tym, że Sławomir Jastrzębowski (aka „Triceps dla Wyklętych”) napisał książkę. Książką tą zachwycił się Rafał Ziemkiewicz i był łaskaw napisać o niej na swoim FB. Pozwolę sobie zacytować fragment: „Trochę się obawiam, że dla przeciętnego czytelnika ta książka może okazać się zbyt literacka, zbyt elitarna i wysublimowana - a wielka szkoda, bo jest w niej wiele głębokiej prawdy o naszej żmudnej, dziennikarskiej robocie.”  (linkuję całość recenzji, bo jest jeszcze bardziej wartościowa niż cytaty z „Toksyny”, wrzucone przez „Asz Dziennik”). Zacznę od tego, że doceniam upór Ziemkiewicza, który uznał, że to, że nauczył się w dzieciństwie pisać, oznacza, że wszyscy powinni go uważać za dziennikarza. Co prawda, to trochę tak, jakbym ja chciał, żeby ludzie uważali mnie za żołnierza jednostki GROM, tylko dlatego, że kiedyś miałem wojskowe buty, ale nie czepiajmy się szczegółów. Urzekło mnie natomiast to, co Ziemkiewicz napisał o przyczynach, dla których książka może się ludziom nie spodobać. Urzekło mnie to na tyle, że prawie się spierdoliłem z krzesła ze śmiechu (mam nadzieję, że powyższy opis jest wystarczająco literacki, elitarny i wysublimowany). Nieco zaś bardziej na serio, nieodmiennie bawi mnie u Ziemkiewicza to, że z jednej strony gardzi on „salonem” i „elitami”, z drugiej zaś potrafi się tak zagalopować w swoich tyradach, że nawet te „elity” uznałyby go za snoba. Ziemkiewicz nie mógł poprzestać na tym, że książka się mu podobała. Musiał jeszcze dodać, że suweren może być zbyt głupi, żeby ją zrozumieć. Z niecierpliwością czekam na moment, w którym w jednym z tekstów RAZ-a padnie „być może nie zrozumieliście tej książki/wypowiedzi/etc., ale to nie wasza wina, nie wszyscy mogą być Ziemkiewiczami.

Pod koniec lutego okazało się, że poprzedniczka Premiera Tysiąclecia (nie pamiętam, czy była to Beata Morawiecka, czy też Mateusz Szydło?) przyznała sobie nagrodę w wysokości 65 tysięcy złotych. Biorąc pod rozwagę to, jak skończyło się jej premierowanie, te 65 tysięcy można spokojnie uznać za nagrodę pocieszenia. 

Dzień po newsie o nagrodzie dla poprzedniczki Morawieckiego (obiecuję, że przed następnym przeglądem zrobię risercz i postaram się ustalić jej imię i nazwisko) Jarosław Gowin postanowił podzielić się ze społeczeństwem swoją traumą związaną z ubóstwem. Okazało się, że w czasach, w których był on ministrem sprawiedliwości, zarabiał tak mało (w przybliżeniu 17 tysięcy miesięcznie), że nie starczało mu do pierwszego. Niestety, wypowiedź ta nie spotkała się ze zrozumieniem i do traumy związanej z ubóstwem, Gowinowi doszła jeszcze trauma związana z przepraszaniem za ubóstwo. Nawiasem mówiąc, swego czasu zastanawiałem się nad tym, czemu Gowin poświęcał tyle uwagi zarodkom. Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na to pytanie i tą odpowiedzią jest dysleksja. Dyslektykom (do których zalicza się niżej niepodpisany) zdarza się czasem pomylić litery w środku wyrazu. Najprawdopodobniej tak właśnie było z Gowiniem, który dawno temu usłyszał krzyk zamrażanych zarobków, a potem wstyd mu się było przyznać do pomyłki. W tym miejscu pozwolę sobie na napisanie czegoś „na serio”. Wkurwia mnie okrutnie utyskiwanie na to, że „ministrowie i wiceministrowie zarabiają niewiele”. Jeszcze bardziej zaś wkurwia mnie tłumaczenie, że na tych ludziach spoczywa olbrzymia odpowiedzialność i to powinno mieć jakieś odzwierciedlenie w zarobkach. Może ujmę to inaczej, gdyby ministrami i wiceministrami zostawali fachowcy, to ja bym się do tej retoryki przychylił. Tyle że w sytuacji, w której ministrami/wiceministrami zostają „fachowcy” w rodzaju Gowina (który mógłby być ministrem czegokolwiek), Ziobry, Jakiego, Szyszki, Waszczykowskiego, Kownackiego etc. etc., to całe to gadanie o „fachowcach” jest po prostu idiotyczne. Jeżeli komukolwiek należałyby się podwyżki, to szeregowym pracownikom ministerstw, którzy pchają wszystko do przodu pomimo tego, że ich szefami są wyżej wymienieni.

Zdzisław Krasnodębski został Pełniącym Obowiązki Ryszarda Czarneckiego w Parlamencie Europejskim. Lepszej osoby do tej roboty nie dałoby się znaleźć, albowiem swego czasu Krasnodębski klarował na swoim koncie Twitterowym, że „Jeśli politycy EU nadal będą działać z takim taktem politycznym i znajomością rzeczy,wkrótce i w Polsce staniemy przed koniecznością referendum”. W tym miejscu znowu muszę napisać coś „na serio”. Świeżo upieczony wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego oświadczył, że „Gdyby nie sygnały i wiadomości płynące z Polski, oczerniające nasz kraj, to nigdy by nie doszło do takiej sytuacji jak uruchomienie art. 7”. Na pierwszy rzut oka ta wypowiedź jest dość standardowa, jak na przedstawiciela Dojnej Zmiany. Według narracji budowanej przez rząd i rządowe mendia, cały problem z EU (KE i tak dalej) wziął się stąd, że „określone środowiska donoszą na Polskę”. Innymi słowy, ta wypowiedź jest typowym przekazem dnia. Tylko, że to, niestety, nie jest przekaz dnia. Ci ludzie wierzą w to, co mówią i to jest, kurwa, trochę straszne. W olbrzymim uproszczeniu, kontakty między państwami wyglądają tak, że z jednej strony władze państw wysyłają sobie „oficjalne przekazy” (takim „oficjalnym przekazem” mogą być również nieformalne kontakty, o których opinia publiczna nie jest informowana). Z drugiej strony te same władze mają ludzi, którzy starają się ustalić, czy ten „oficjalny przekaz” ma jakieś pokrycie w rzeczywistości, czy też jest to blef/ściema. I nie chodzi tu nawet o kwestie wywiadowcze (choć to też jest dość istotny element), ale o analizowanie ogólnodostępnych informacji. W tym miejscu jakiś zabłąkany DobroZmianowicz może zakrzyknąć „ha!, a więc jednak winna jest „Wyborcza” i jej artykuły!”. No więc niezupełnie. To nie jest tak, że „Wyborcza” napisze artykuł, a rozgrzana Komisja Europejska momentalnie zaczyna glanować Polski Rząd. Ów artykuł jest analizowany i ci sami ludzie, którzy przebijają się przez „oficjalne przekazy”, starają się ustalić, czy mamy do czynienia z histerią redaktora, czy też redaktor opisuje stan faktyczny. W przypadku zmian w sądownictwie weryfikacja była dość prosta, bo wystarczyło przeanalizować konkretne ustawy i ich potencjalny wpływ na sądownictwo w Polsce. A teraz sobie wyobraźcie, jak „oficjalny przekaz” polskich władz „nic się nie dzieje, suweren nas wybrał, wprowadzamy zmiany, które uzdrowią sądownictwo” był odbierany przez władze, po tym, jak analitycy z tych państw przekopali się przez te wszystkie ustawy. Zapewne mniej więcej tak: „władze Polski robią nas w chuja”. No to teraz sobie wyobraźcie, że w EU jest państwo, którego władze mają w dupie „przebijanie się przez oficjalne przekazy”, zaś informacje o innych państwach czerpią z mediów. Na swoje nieszczęście, czerpią je z mediów, którymi sterują. Jak się zapewne domyślacie, tym krajem jest Polska. I nie, to nie jest tak, że przeczytałem wpis Krasnodębskiego i wyciągnąłem swoje wnioski z przysłowiowej dupy. Pod koniec grudnia zeszłego roku, ówczesny szef MSZ był łaskaw powiedzieć: „Chcemy docierać do poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej, by otrzymywały informację na temat Polski z pierwszej ręki, a nie tylko za pośrednictwem Komisji Europejskiej”. Coś takiego mógł powiedzieć człowiek, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że państwa mają swoje własne metody pozyskiwania informacji i niekoniecznie muszą się sugerować opinią Komisji Europejskiej. Jeżeli ten człowiek jest szefem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to zasadne byłoby zacytowanie fragmentu „Seksmisji”: „Ciemność, widzę ciemność”, bo to oznacza, że jesteśmy w czarnej dupie.

Adam Bielan postanowił pójść w ślady Jarosława Gowina: „Piątkowym gościem Konrada Piaseckiego był Adam Bielan, który został zapytany wprost o swoje zarobki. Polityk zdradził, że "na rękę" zarabia około 10 tys. złotych. Jego zdaniem są to dobre pieniądze, lecz - jak mówi - gdyby żona nie zarabiała, przy dwójce dzieci byłoby już gorzej, w Warszawie, bo koszty życia w Warszawie są większe(...).  Puentą do tej wypowiedzi niech będzie fragment oświadczenia majątkowego Adama Bielana (za rok 2016): Środki pieniężne zgromadzone w polskiej walucie 760 tysięcy PLN. Papiery wartościowe: fundusze inwestycyjne i obligacje na kwotę 600 tysięcy PLN.

Źródła:















https://www.wprost.pl/kraj/10107229/premie-dla-beaty-szydlo-przyznala-beata-szydlo-pseudonagrody-wyplacono-na-gebe.html



https://twitter.com/zdzkrasnodebski/status/720293817652391936





sobota, 10 lutego 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #24

W literaturze i kinematografii można bez problemu odnaleźć utwory, których bohaterowie mają problemy z ustaleniem, czy otaczająca ich rzeczywistość jest (upraszczając) „rzeczywista”. Można w tym miejscu wymienić „Kongres Futurologiczny” Stanisława Lema, „Ubika” Philipa K. Dicka, czy choćby pierwszą część trylogii „Matrix”. Wspominam o tym dlatego, że na Twitterze istnieje pewien byt zwany Jackiem Piekarą, któremu wydaje się, że jest bohaterem jednej ze swoich książek i że może pisać wszystko, bo to przecież „nie jest naprawdę”. Jego twitterowa twórczość obejmuje między innymi dywagacje na temat tego, że w sumie w Sejmie to mogłyby się ostać jeno PiS i KUKIZ (łaskawie dorzuciłby jeszcze „kilkunastu KORWINowców, by pokazać inne spojrzenie na gospodarkę”). Tym niemniej, spora część jego wpisów mogłaby być podpisywana sygnaturą „uprzejmie proszę o pozwanie mnie” (główny zainteresowany zdawałby sobie z tego sprawę, gdyby nie to, że rozminął się z rzeczywistością). Pan Jacek oddalił się od rzeczywistości tak daleko, że chyba nawet wyrok sądu w sprawie Wellman vs Piekara nie pomoże mu odnaleźć drogi powrotnej. 

Nadzwyczajna kasta, przed którą przestrzegają nas politycy Prawa i Sprawiedliwości, po raz kolejny dała o sobie znać i sprzeciwiła się aresztowaniu senatora Stanisława Koguta z Prawa i Sprawiedliwości.

Muszę przyznać, że byłem zaskoczony reakcją prawicowych tuzów na „Superwizjer”, z którego wynikało, że są w Polsce ludzie, którzy obchodzą urodziny Adolfa Hitlera. Urodziny, jak to urodziny, nie mogły się obejść bez tortu. Ten konkretny tort był nieco niestandardowy, bo ułożono na nim swastykę z wafelków. Dzięki tym wafelkom zwykły tort zamienił się w Wunderwaffel. No, ale to tylko dygresja, bo tu chodzi o reakcję prawicowych tuzów. Po Marszu Niepodległości, na którym pojawiła się ziomberiada obwieszona tzw. „celtykami”, Sławomir Cenckiewicz (który podobnież ma coś wspólnego z historią) wrzucił na swojego Twittera zdjęcie tzw. „Wysokiego Krzyża” i dodał, że „na Wyspach Brytyjskich faszyści z ONR i MN stawiali swoje znaki już w V wieku...”. Zdziwiło mnie to, że tenże sam Cenckiewicz nie stanął w obronie swastyki, bo przeca młodzieńcy ułożyli jedynie „azjatycki symbol szczęścia” z wafelków, a ludzie się do nich przypierdalają... 

Materiał „Superwizjera” zmotywował do działania rządowych mediaworkerów. Efektem był artykuł (zamieszczony na TVP.Info) pt. „Nie tylko nazizm problemem. Na Facebooku promują komunizm”. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie zadaje pytanie: „w jaki sposób udało im się połączyć neonazistów z komunizmem”, to mam mu do powiedzenia tylko trzy słowa: pakt Ribbentrop Mołotow.

Na Wuderwaffel zareagował również Patryk „żywiołak marketingu politycznego” Jaki, który stwierdził, że „gdyby PO zrobiła porządek z radykalnymi nacjonalistami, dziś nie musiałby się tym zajmować”. To był follow up, bo dzień wcześniej oznajmił: „Jest wniosek od delegalizację neonazistów. Prokuratura właśnie zatrzymała 3 mężczyzn (w tym Mateusza S., przewodniczący stowarzyszenia). Wszystko w ponad 48 h. Tak działa sprawne państwo”. Gdybym był złośliwy (a przecież nie jestem), to poprawiłbym tę wypowiedź i brzmiała by ona tak: „Gdybym zrobił porządek z radykalnymi nacjonalistami już na początku swojego ministrowania, to dziś nie musielibyśmy się tym zajmować”. Prawda jet bowiem taka, że, owszem, to, o czym wspomniał Jaki, zajęło 48 godzin, ale zainteresowano się tym tylko i wyłącznie dlatego, że kupa ludzi zobaczyła „Superwizjer” i rząd nie mógł udawać, że w Polsce nie ma żadnego problemu z radykałami. Kluczowe w poprzednim zdaniu jest słowo „udawać”, bo przez 2 lata udawano, że problem nie istnieje i że to wszystko są młodzi patrioci, których hejtuje lewactwo etc., etc. Aczkolwiek, Jaki ma trochę racji – albowiem żaden z poprzednich rządów (w tym rząd Premier Tysiąclecia ver. 1.0) nie zajął się na poważnie radykałami. 

Do całej sprawy odniosło się też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (Oddział Warszawski), które powinno zmienić nazwę na „Stowarzyszenie Spindoktorów Prawa i Sprawiedliwości”. Wystosowało pytania do TVN24. Najbardziej urzekło mnie to, które zacytuję w całości: „Odnośnie szczegółów śledztwa dziennikarskiego – jakie czynności podjęła Redakcja, jakie były etapy śledztwa i czego dotyczyły, ile osób prowadziło śledztwo, jakie kwalifikacje dziennikarskie reprezentują pracownicy wydelegowani do tych prac i kto nadzorował produkcję całego reportażu”. Po przetłumaczeniu na język polski brzmiałoby to tak: „Czy moglibyście ujawnić nazwiska ludzi, którzy zinfiltrowali organizacje neonazistowskie, żeby ich członkowie wiedzieli, komu należy podpalić drzwi w mieszkaniu/zdemolować auto/powybijać szyby?” Nieco zaś bardziej na serio, to, ja pierdolę – ktoś, kto zadaje tego rodzaju pytania, ma raczej niewiele wspólnego z dziennikarstwem.

Zabłysnąć starał się również wiceszef MSWiA, który stwierdził, że „jeśli dziennikarze przeniknęli do osób, które przejawiały zachowania oburzające nas wszystkich, to ich obowiązkiem było poinformowanie organów ścigania - wtedy, w maju, a nie dzisiaj”. Oczyma wyobraźni widzę taką scenkę: las, urodziny Hitlera, wszyscy raczą się wunderwafflem. W pewnym momencie odzywa się jeden z uczestników: „Przepraszam, jestem dziennikarzem TVN, czy ktoś mógłby pożyczyć mi na moment telefon? Chciałem zadzwonić na policję”.

W tej sprawie nie mogło zabraknąć również głosu szefa MSWiA, Joachima Brudzińskiego. Tutaj pozwolę sobie na zacytowanie nieco dłuższego fragmentu: „W wypadku nazizmu to przecież, szanowni państwo, tak jak narodowosocjalistyczna partia Niemiec, są to ruchy o korzeniach i charakterze lewicowym. (Głos z sali: Jakie to ma znaczenie?) Duże, bo bardzo dużym błędem logicznym jest określanie osób czy ruchów, które odwołują się do tych zbrodniczych totalitaryzmów, jako prawicowców czy ruchów prawicowych, czy nawet skrajnej prawicy”. Pełna zgoda, panie ministrze! Nazizm to lewica i właśnie dlatego powiązania z zagranicznymi organizacjami neonazistowskimi mają polskie, lewicowe organizacje, nieprawdaż? Przecież wystarczy zamienić kilka liter w nazwie „Krytyka Polityczna”, żeby otrzymać „Hakenkreuz”!

Spektakularnym sukcesem wizerunkowym skończyły się pracę nad nowelizacją ustawy o IPN. Wiadomym było, że o nowelizacji będzie głośno, bo jednym z jej autorów był Patryk Jaki. "Żywiołak marketingu politycznego” tak ciężko pracował nad tą nowelizacją, że (z powodu przepracowania) nie do końca pamięta, jakie zapisy się w niej znajdują. W jednym z wywiadów opowiadał, że karane będzie jedynie umyślne wspominanie o obozach (mógłbym napisać o jakich, ale co 3 lata, to 3 lata). Kiedy dziennikarz zwrócił mu uwagę na to, że w ustawie stoi, że „jeżeli sprawca czynu określonego w ust. 1 działa nieumyślnie, podlega grzywnie lub karze ograniczenia wolności”, Patryk Jaki odpowiedział, że prokurator na pewno weźmie pod rozwagę to, że działanie było nieumyślne. Wydaje mi się, że w tym miejscu powinna się pojawić jakaś zabawna pointa, tak więc: Patryk Jaki jest wiceministrem sprawiedliwości.

Nowelizację ustawy skrytykował Departament Stanu USA, ale został on bardzo szybko „zaorany” przez rzeczniczkę prasową klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości, Beatę Mazurek: „Oświadczenie Departamentu Stanu USA ws. ustawy o IPN opiera się na nieporozumieniu. Ustawa bowiem chroni Polaków przed pomówieniami i chroni prawdę. Departament Stanu jest w błędzie co do treści tej ustawy”. Ktoś mógłby w tym miejscu zadać pytanie: „Dlaczego Beata Mazurek sugeruje, że Departament Stanu nie zrozumiał ustawy?” Odpowiedź jest dość prosta: Skoro Patryk Jaki nie rozumie swojej własnej ustawy, to niby czemu mieliby ją zrozumieć Amerykanie?

Narodowcy chcieli urządzić manifestację pod ambasadą Izraela. Nie doszło do niej, bo została zablokowana przez MSWiA i Wojewodę Mazowieckiego (tzn. zablokowano okolice ambasady dla ruchu pieszego i kołowego). Narodowcy, co prawda, zrezygnowali z tej konkretnej manifestacji, ale odbili to sobie potem pod pałacem prezydenckim, kiedy przynieśli transparenty zachęcające prezydenta RP do podpisania nowelizacji ustawy o IPN: „Zdejmij jarmułkę i podpisz ustawę”. Sygnał od władz był dość zrozumiały - „wasz antysemityzm nam nie przeszkadza, ale nie łaźcie pod ambasadę Izraela, bo będziemy mieli problem wizerunkowy, a usługi Polskiej Fundacji Narodowej nie są tanie”.

Czytając komentarze odnoszące się do tej ustawy (konkretnie zaś hejtujące państwa, które ją krytykowały), można było odnieść wrażenie, że gdyby nagle ISIS ogłosiło, że „popiera tę nowelizację”, to tzw. „Państwo Islamskie” zostałoby kolejnym strategicznym partnerem Polski.

Ponieważ sytuacja robiła się coraz bardziej nieciekawa, zainterweniował Premier Tysiąclecia ver. 2.0, Mateusz Morawiecki, który najpierw „wystąpił” w języku polskim, a potem w języku angielskim. Oba wystąpienia były równie spektakularne, acz z różnych przyczyn. W pierwszym ustawiono automatycznie tłumaczenie, z którego wynikało, że premier powinien dostać 3 lata (bo te obozy, to polskie były). Drugie wystąpienie było jeszcze lepsze. W pewnym momencie Morawiecki powiedział, że w Katyniu polskich oficerów wymordowali Niemcy. Mógłbym to, co prawda jakoś skomentować, ale to by było coś takiego, jak próba „poprawienia” Monty Pythona.

Beata Szydło doszła do wniosku, że jej następca potrzebuje pomocy i wystosowała „twitterową odezwę do narodu”: „Dzisiaj nie można kierować się ambicjami i politycznymi sympatiami. Nieważne czy jesteś z obozu rządzącego, czy opozycji. Ważne czy bronisz Polski. Polska-nasz wspólny obowiązek. Nasza wspólna historia, teraźniejszość i przyszłość. Walczymy o prawdę. Wspieramy rząd Mateusza Morawieckiego”. Już kiedyś widziałem podobną odezwę: „Ratujcie mnie! Niemcy mnie biją! Proszę państwa, jesteście Polakami, ratujcie mnie!”

TVP.info zatrudniło internetowego trolla (aka Radosław Poszwiński, aka Bogdan07). Jeżeli kogoś zaskoczyła taka polityka kadrowa, to przypominam, że szefem portalu TVP.info jest inny internetowy troll (aka Samuel Pereira).

Źródła:


Moja wrzutka o Piekarze i jego marzeniach sejmowych:





http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1099983,zielinski-nt-neonazistow-dziennikarze-powinni-powiadomic-sluzby-od-razu.html


Link do stenogramów (wynurzenia Brudzińskiego znajdują się na 26 stronie)

http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter8.nsf/0/18A94DB8D7778264C12582210013D7FF/%24File/57_a_ksiazka.pdf

Żywiołak nie umie w ustawę


Od 6 minuty



https://www.wprost.pl/kraj/10102248/niestosowne-hasla-na-demonstracji-narodowcow-przed-palacem-prezydenckim-zdejmuj-jarmulke-podpisz-ustawe.html

https://dorzeczy.pl/kraj/55031/Niemcy-mordowali-w-Katyniu-Fatalna-wpadka-Morawieckiego.html


https://twitter.com/BeataSzydlo/status/960277468073680899


https://www.tvn24.pl/wideo/z-anteny/bija-mnie-niemcy-ratujcie-mnie-jan-rokita-w-samolocie,1547915.html?playlist_id=24603





czwartek, 18 stycznia 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #23

Zacznijmy od lekkiej rozgrzewki, czyli od serialu „Korona królów”. Do zapoznania się z tym serialem zachęcam każdego, kto uważa się za prawdziwego konesera chujni (autor tej definicji jest mi nieznany, ale chylę przed nim czoła). Jeżeli ktoś jest fanem takich arcydzieł, jak „The Room”, „Smoleńsk”, albo serial „Wiedźmin”, to „Korona królów” jest dla niego stworzona. Jest tam wszystko, czego dusza zapragnie. Brawurowy scenariusz, dzięki któremu serial przypomina skrzyżowanie wcześniej wymienionego „Wiedźmina” z „Dlaczego ja?”. Gra aktorska jest równie brawurowa i wydaje mi się, że część aktorów musiała pobierać lekcję u Tommy'ego Wiseau. A jak w serialu jest z realiami historycznymi? Tak samo, jak w piątej części „Transformerów”, z której można się było dowiedzieć (uwaga, spoilery!), że w jednej z bitew Królowi Arturowi pomógł gigantyczny trójgłowy transformer (którego kontrolował najebany Merlin). Tak nieco bardziej na poważnie, to nie pochylałbym się na tym serialem, gdyby po prostu nazwano go telenowelą, a nie serialem historycznym. Prawda jest bowiem taka, że, w przeciwieństwie do „Klanu”, ktoś może potraktować „Koronę królów” jako źródło wiedzy historycznej.

Marcin Dubieniecki, zachęcony sukcesem studia nagrań „Sowa&Przyjaciele”, postanowił założyć własne. Ostatnio pochwalił się swoimi pierwszym dziełem, tzn. nagraniem rozmowy z przesłuchującym go prokuratorem. Wspominam o tej sprawie ze względu na pewną, hm, ciekawostkę. Otóż w artykule na portalu Gazeta.pl już na wstępie możemy przeczytać o tym, że „Prokuratura komentuje, że "rejestracja takiej rozmowy (bez wiedzy rozmówcy) jest bezprawna". Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć „no ale przeca to oczywista oczywistość”. Taki ktoś byłby w błędzie. Gdyby to była oczywistość, to wzmianka na ten temat znalazłaby się w artykule o Dubienieckim, który opublikowano na portalu TVP.INFO. Jestem przekonany, że brak tejże wzmianki nie ma nic wspólnego z tym, że owoców pracy studia nagrań „Sowa&Przyjaciele” mogliśmy wcześnie słuchać za sprawą TVP.INFO.

W poprzednich przeglądach zdarzyło mi się poruszyć sprawę Sieć Obywatelska Watchdog vs MSZ, w której to sprawie Watchdog domagał się od MSZ ujawnienia ekspertyz, na które powoływał się   Witold Waszczykowski twierdząc, że Donalda Tuska wybrano na Przewodniczącego RE nielegalnie. Na początku MSZ kazał Sieci Watchdog pospierdalać, ale okazało się, że nie dość, że Watchdog nie pospierdalał, to jeszcze poszedł do sądu i wygrał. Wojewódzki Sąd Administracyjny nakazał MSZ ujawnienie ekspertyz. 4 stycznia 2018 MSZ odwołało się od tego wyroku do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Witold Waszczykowski pewnie sobie teraz siedzi i myśli „no przecież byłem tylko szefem MSZ! Skąd mogłem wiedzieć, że to, co mówię może mieć dla kogoś jakiekolwiek znaczenie...”.

Wiceminister Patryk Jaki, który w latach swej młodości cierpiał na bardzo poważny przypadek „biedy urojonej”, udzielił ostatnio wywiadu. W trakcie tegoż wywiadu został zapytany o to, „Ile z blokersa tkwi jeszcze w Patryku Jakim?” Dla każdego, kto zna Patryka Jakiego, jego odpowiedź nie była zaskoczeniem „Na pewno zostało mi twarde chodzenie po ziemi. Przekonanie, że bez pracy nie ma kołaczy i tylko kiedy pracujesz więcej niż inni, osiągniesz sukces (...)” Ciężkiej pracy Patryka Jakiego poświęciłem dość obszerną notkę (link w źródłach), ale w skrócie przypomnę, jak wyglądała jego „droga do sukcesu”. W 2006 roku Patryk Jaki wystartował w wyborach do rady miasta Opola z list PO. Dostał miejsce w okręgu, w którym kolega jego ojca (ówczesny prezydent Opola), był lokomotywą wyborczą (tak więc był to okręg „biorący”). Pod koniec 2006r. Patryk Jaki  pracował więcej niż inni i przeszedł z PO do PiS. W efekcie tego transferu osiągnął sukces i jako 22-letni student zarabiał w 2007r ponad 5 tysięcy złotych miesięcznie. Z tych 5 tysięcy – 1700 zarabiał jako radny a prawie 3.5 tysiąca dzięki partyjnym kolegom, którzy załatwili mu fuchy w Urzędzie Wojewódzkim, biurze poselskim i biurze senatorskim. Po zmianie władzy Jaki zarabiał trochę mniej (bo mu się fucha w Urzędzie Wojewódzkim urwała), ale koledzy z partii nie pozwolili mu biedować i zawsze mógł liczyć na jakaś fuchę w biurze poselskim/etc. W 2011r. roku Jaki został posłem (tak więc o pieniądze się już martwić nie musiał) i jest nim od tamtej pory. Wszystkie te sukcesy Patryk Jaki osiągnął dlatego, że stanie pod blokiem nauczyło go ciężkiej pracy. Nie miało to nic wspólnego ze znajomościami jego ojca, które umożliwiły mu wejście w politykę i z partyjnymi kolegami, którzy załatwiali mu fuchy, a potem dali mu miejsce na liście w wyborach parlamentarnych. A wy co? Nadal nie jesteście posłami na Sejm? Nawet mi was nie żal, nieroby.

Na warszawskiej Ochocie ciężko pobita została 14-letnia Turczynka. Napastnik miał do niej krzyczeć „Polska dla Polaków”. Ówczesny szef MSW, Mariusz Błaszczak, stwierdził, że „Media przedstawiają tę dziewczynkę jako ciemnoskórą. To jest nieprawda”, potem dodał, że nie do końca wiadomo, czy napastnik krzyczał „Polska dla Polaków”. Muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowany. Po Mariuszu Błaszczaku spodziewałbym się nieco bardziej żywiołowych reakcji – np. stwierdzenia, że media kłamią, bo to pewnie było tak, że 14-letnia Turczynka została pobita w samoobronie, bo usiłowała islamizować warszawską Ochotę. Mógłbym w tym miejscu napisać coś  o tym, że Błaszczak (eufemizując) pieprzył głupoty, bo gdyby ofiara nie wyglądała „obco”, to do pobicia by raczej nie doszło (bo przeca coś musiało zwrócić uwagę Polskiego Krzyżowca), ale wydaje mi się, że to nie ma sensu. Błaszczak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie było podłoże pobicia, ale nie mógł wprost napisać o rasizmie, bo momentalnie przypomniano  by mu jego wcześniejsze wypowiedzi. Na ten przykład tę, w której twierdził, że Brytyjczycy biją Polaków dlatego, że są wkurwieni na uchodźców z Afryki, ale poprawność polityczna nie pozwala im ich bić, więc odreagowują na Polakach.

Jeszcze bardziej spektakularnym komentarzem, odnoszącym się do pobicia na Ochocie, był wpis Marzeny Paczuski, która napisała, że „Najgorsze jest to, że łatwiej oburzyć tłumy atakiem na kolor skóry, niż atakiem za poglądy. PiSowcy zbierają w plecy bo są biali, tak?”. Nie zamierzam tego komentować, bo doskonałość ma to do siebie, że nie powinno się jej próbować poprawić.

Ryszard Petru ogłosił, że zakłada stowarzyszenie Plan Petru. Wydaje mi się, że równie istotne było oświadczenie Janusza Palikota, który 31 grudnia 2017 roku ogłosił, że odchodzi z polityki. 

Jeżeli zaś już jesteśmy przy wydarzeniach bez najmniejszego znaczenia, to w zeszłym tygodniu doszło o rekonstrukcji rządu. Część komentatorów dziwiła się temu, że na uroczystości powoływania nowych ministrów (nie było Jarosława Kaczyńskiego?), ale wydaje mi się, że nie bardzo jest się czemu dziwić, bo przecież dowódca sił powietrznych nie musi osobiście doglądać startu każdego drona.

10 stycznia odbyła się 93 miesięcznica smoleńska. W trakcje tejże miesięcznicy, Jarosław Kaczyński powiedział: „Chwała tym, którzy walczyli o prawdę, na czele z Antonim Macierewiczem.”. Tydzień później Antoni Macierewicz w programie „O co chodzi” wyjawił, że „O tym, że to jest dymisja, dowiedziałem się od pana ministra Szczerskiego, gdy przyjechałem do Pałacu”. W związku z powyższym doszedłem do wniosku, że w wypowiedź Kaczyńskiego wkradła się literówka. Powinno być „Wała tym, którzy walczyli o prawdę, na czele z Antonim Macierewiczem”. Ze swej strony dodam tyle, że proszę o więcej, bo mam jeszcze spory zapas popcornu.

W poprzednim przeglądzie trochę miejsca poświęciłem decyzji Krajowej Rady Radia Maryja i Telewizji Trwam, która nałożyła na TVN karę za to, że materiały na temat protestów pod Sejmem (tych z końcówki 2016 roku), nie miały pasków z TVP.INFO. Do tej decyzji odniósł się Departament Stanu USA, który, używając dyplomatycznego języka, zasugerował polskiej stronie, że może by tak pospierdalała z tą karą. Nieco później Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam oznajmiła, że „no to my może pospierdalamy” i uchyliła karę dla TVN. Zapewne członkowie wyżej wymienionej rady do tej pory zastanawiają się nad tym, „po chuj Amerykanie bronili niemieckiej telewizji?”

Na początku stycznia Ryszard Czarnecki oznajmił, że „Podczas wojny mieliśmy szmalcowników, dziś mamy Różę Thun”. Bardzo szybko okazało się, że Czarnecki może za te słowa polecieć ze stołka Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Czarnecki przyjął to na klatę i stwierdził, że próba odwołania go ze stanowiska „to dalszy ciąg ataku na Polskę.”, dzięki czemu od teraz możemy to tytułować Ludwikiem XIV. Czarnecki doszedł do wniosku, że to może nie wystarczyć i postanowił w jakiś sposób przekonać do siebie europarlamentarzystów i w tym momencie geniusz dyplomatyczny Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego objawił się w pełnej krasie. Czarnecki uznał bowiem, że zaspamowanie skrzynek mailowych europosłów będzie idealnym narzędziem perswazyjnym (tak, wiem, oficjalnie tę „oddolną akcję” zorganizowała Niezależna.pl, ale bądźmy poważni, zielone światło musiał dać Ludwik XIV). Niestety, europosłowie nie dorośli do poziomu Ryszarda Czarneckiego i został on poproszony o nierozsyłanie spamu, bo ten jest cokolwiek przeciwskuteczny. Parafrazując klasyka – ta prośba to dalszy ciąg ataku na Polskę.

O sukcesie opozycji, która dała dupy przy okazji głosowania nad obywatelskim projektem ustawy Ratujmy Kobiety, słyszeli już wszyscy. Tym niemniej dwie próby „wytłumaczenia” tego fuckupu zasługują na miejsce w tym Przeglądzie. Szefowa Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer, fuckup swojej partii tłumaczyła tym, że „Ja przypomnę, że my jesteśmy ugrupowaniem, które jest nowe i bardzo wielu naszych posłów, nie mając doświadczeń wcześniej w polityce, nie zdaje sobie bardzo często sprawy, że nie głosują za danym projektem tylko, tak jak tutaj, głosują za skierowaniem do komisji”. To trochę tak, jakby szef firmy transportowej tłumaczył się po karambolu spowodowanym przez kierowców swojej firmy tym, że „Ja przypomnę, że my jesteśmy firmą, która jest nowa i bardzo wielu naszych kierowców, nie mając doświadczeń wcześniej w jeździe, nie zdaje sobie bardzo często sprawy, że nie powinno się wjeżdżać na skrzyżowanie na czerwonym świetle, tylko tak, jak inni kierowcy – na zielonym”. Porównywalną brawurą wykazała się Małgorzata Kidawa-Błońska, która oznajmiła, że w sumie to ludzie powinni się czepiać PiS-u, bo nie wszyscy posłowie tej partii poparli skierowanie projektu ustawy do prac w komisji, a przecież PiS obiecywał w kampanii, że żadnego projektu obywatelskiego PiS nie odrzuci w pierwszym czytaniu. Tutaj już od razu „na serio” będzie. Bo prawda jest taka, że Kidawa-Błońska miała częściową rację. Tzn., owszem, PiS obiecywał, że żaden projekt obywatelski nie padnie w pierwszym czytaniu. Tyle że obietnica ta została złamana przy okazji poprzedniego głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety, więc teraz PiS miał to już po prostu w dupie. Tego rodzaju tłumaczenie, tzn. „wina PiS-u”, byłoby prawilne, gdyby to był pierwszy uwalony projekt obywatelski. Odnoszę wrażenie, że posłowie PO wyparli z pamięci to poprzednie głosowanie i dla nich to ostatnie było „pierwsze”.

Ponieważ PO musiało coś zrobić po tym fuckupie, z partii wywalono trójkę posłów. Nad trójką wyrzuconych pochylił się Stanisław Karczewski: „Szczerze współczuje politykom Platformy Obywatelskiej, bo nie chciałbym być w takiej partii, w której nie można mówić tego, co się chce, nie można wyrażać swego światopoglądu”. Być może na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, ale ta wypowiedź oznacza, że Stanisław Karczewski najprawdopodobniej opuści Prawo i Sprawiedliwość. O ile, rzecz jasna, ktoś opowie mu o pośle Łukaszu Rzepeckim, który wyleciał z PiS-u za to, że „mówił co chciał” i poparł wniosek o uchylenie immunitetu Dominikowi „Jenotowi” Tarczyńskiemu.  

Idol polskich zygotarian, Bogdan Chazan (zwany również „pięćsetką”), ostatnio się rozmarzył i opowiadał o tym, że za aborcję należy karać lekarza, położną i taksówkarza, który przywozi kobietę. Nie wiem czemu Chazan poprzestał na tak krótkiej liście. Przecież ukarać należałoby również egzaminatora, u którego taksówkarz zdawał egzamin na prawo jazdy, właścicieli stacji diagnostycznej, która dopuściła taksówkę do ruchu i pracowników stacji benzynowej, na której zatankowano taksówkę. Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że praktycznie wszyscy komentujący skupili się na tym „karaniu taksówkarza”, a mało kto zwrócił uwagę na fragment, który poprzedzał marzenia Chazana „Jeżeli ktoś przekracza obowiązujące prawo, powinien być karany”.  Jest to bardzo piękne zdanie, które po przetłumaczeniu z Chazanowego na polski brzmi: „mnie nie spotkała żadna kara, bo ja skrobałem na legalu, więc się odpieprzcie”.


Źródła:







Notka o człowieku, który pracował na swój sukces dwa razy ciężej niż inni:






http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22874084,szef-pis-jaroslaw-kaczynski-nie-pojawil-sie-na-zaprzysiezeniu.html





https://www.tvn24.pl/polska-i-swiat,33,m/polska-i-swiat-prawo-aborcyjne-w-sejmie,805986.html



https://www.wprost.pl/kraj/10080695/Posel-Lukasz-Rzepecki-wyrzucony-z-PiS-dolaczy-do-nowego-klubu-parlamentarnego.html


https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/prof-bogdan-chazan-w-sprawie-kar-za-zabiegi-aborcyjne,806554.html






czwartek, 11 stycznia 2018

404 opozycja not found

Wczorajsze głosowanie nad odrzuceniem w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu ustawy „Ratujmy Kobiety” zakończyło się upokorzeniem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Większość newsów na ten temat można skompilować do zdania: „Projekt przepadł 9 głosami, za skierowaniem go do dalszych prac głosowało prawie 60 posłów PiS, a na sali brakowało 29 posłów PO i 10 posłów N”. Komentarze w internetach są utrzymane w podobnym tonie. Z tą różnicą, że zawierają sporą dawkę wulgaryzmów (bo się ludzie, eufemizując, wkurwili na Platformę i Nowoczesną). Obu tym partiom nie pomógł fakt, że część posłów, którzy nie brali udziału w głosowaniu, była na sali, ale wyciągnęła karty z czytników.


Gdyby sprawa sprowadzała się do jednego spieprzonego głosowania, to nie zawracałbym wam głowy (jeno shejtowałbym obie partie w kolejnym Przeglądzie Hejterskim sugerując, że „they cannot into opozycja”). Ale, jak to powiedział jeden z bohaterów filmu „Smoleńsk”, „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Prawda jest bowiem taka, że Platforma i Nowoczesna wczorajszym głosowaniem udowodniły, że jak się człowiek uprze, to da radę wejść dwa razy do tej samej rzeki. Tym samym, nasza opozycja zawstydziła Heraklita, który twierdził, że to niemożliwe.


23 września 2016 w Sejmie odbyło się głosowanie nad tym, czy odrzucić w pierwszym czytaniu obywatelski projekt ustawy „Ratujmy Kobiety”. Pastwiłem się nad tym głosowaniem (link w źródłach podrzucam), ale coby nie trzeba było skakać między tekstami, pozwolę sobie na telegraficzny skrót tego, com tam napisał. PiS zarzekał się (przed głosowaniem), że nie uwalą obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu, jednocześnie zapewniając, że projekt i tak nie ma szans na wejście w życie. W trakcie głosowania PiS zaczął robić jakieś wygibasy, albowiem 176 posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu, a 43 przeciwko (w tym kierownictwo). Zwróciło to moją uwagę, bo w poprzednim głosowaniu „światopoglądowym” PiS zachował się zupełnie inaczej. W trakcie głosowania nad skierowaniem do komisji projektu „Świecka szkoła” 229 posłów PiS wstrzymało się od głosu. Projekt poszedł do prac w komisji, a PiS nadal mógł się szczycić tym, że (w przeciwieństwie do PO-PSL) nie uwala obywatelskich projektów w pierwszym czytaniu. Czemu więc w głosowaniu nad „pierwszą edycją” projektu „Ratujmy Kobiety” nie zastosowano sprawdzonej metody? Bo Prawo i Sprawiedliwość usiłowało winę za uwalenie projektu zrzucić na opozycję. Nie przewidziano jednak tego, że część posłów PO i N (odpowiednio 21 i 5) oleje głosowanie, a część zagłosuje za odrzuceniem projektu (13 posłów PO i 2 posłów N). W efekcie czego różnica głosów była zbyt duża, żeby dało się zwalić winę na partie opozycyjne: 230 głosów „za odrzuceniem” vs 173 głosy „przeciwko odrzuceniu”. Mimo tego, część internetowych dronów Prawa i Sprawiedliwości usiłowała klarować, że „przecież kierownictwo PiSu głosowało za projektem, a to, że projekt padł, jest winą lewaków z PO i N” (co zrozumiałe, dronom bardzo szybko „zaktualizowano” przekaz dnia i ta narracja została „wygaszona”). 


Z głosowania nad „pierwszą edycją” projektu „Ratujmy Kobiety” opozycja mogła wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, trzeba się pilnować w głosowaniach „światopoglądowych”, bo PiS już raz usiłował „rozegrać” opozycję i może spróbować po raz kolejny. Po drugie, próba „rozegrania” opozycji (poprzez kolejne wygibasy w głosowaniu) była o tyle prawdopodobna, że PiSowi już nie zależało na wizerunku partii, która „dba o projekty obywatelskie” (bo wizerunek ów „padł” po tym, jak ujebano pierwszy projekt). Po trzecie, to, że posłowie PiS głosowali za skierowaniem projektu do prac w komisji, rozwiązało ręce „kościelnym wydygańcom”, którzy nie chcieli popierać tego pomysłu, bojąc się, że ksiądz im to z ambony wypomni. Skoro bowiem klęcząca przed Episkopatem wierchuszka PiSu (wraz z częścią posłów) poparła skierowanie projektu do prac w komisji, to nikt prócz Terlikoidów nie hejtowałby za to opozycji.


Wynik wczorajszego głosowania (202 głosy za odrzuceniem vs 194 głosy przeciwko odrzuceniu) w połączeniu z faktem, że 39 posłów PO+N nie wzięło udziału w głosowaniu, pokazał, jak bardzo opozycja miała je w dupie. W przeciwieństwie do opozycji, Prawo i Sprawiedliwość odrobiło lekcje i udoskonaliło „wygibasy”. Za odrzuceniem projektu zagłosowało 166 posłów tej formacji (10 mniej niż poprzednim razem), zaś przeciwko odrzuceniu zagłosowało ich 58 (15 więcej niż poprzednim razem). Liczby te pozmieniano tylko i wyłącznie po to, żeby zmniejszyć różnicę głosów (no chyba, że ktoś chce mnie przekonać do tego, że Krystyna Pawłowicz doznała „lewackiego objawienia” i sama z siebie poparła projekt „Ratujmy Kobiety”).


Gdyby PiSowi ta akcja (uwalenie projektu przy pomocy opozycji) wyszła za pierwszym razem, opozycja miałaby znacznie mniej przejebane. No, bo tak po prawdzie, nie dało się wtedy „wyprognozować” tego, że PiS zamiast wstrzymać się od głosu (tak jak w głosowaniu nad „Świecką szkołą”), zacznie się bawić w „kreatywne głosowanie”. Ponieważ akcja się nie udała, PiS zaliczył wpadkę i wszyscy skupili się na tym, że 176 posłów partii rządzącej, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, zagłosowało za odrzuceniem projektu obywatelskiego w pierwszym czytaniu. Tym razem za odrzuceniem projektu zagłosowało 166 posłów PiS (dla porównania PO + N miały wczoraj 162 posłów), a wina za ten stan rzeczy spadła praktycznie wyłącznie na Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Prawda jest taka, że gdyby PiSowi zależało na tym, żeby projekt „Ratujmy Kobiety” przebrnął przez pierwsze czytanie, to posłowie tej partii zagłosowaliby tak, jak w głosowaniu nad antyaborcyjnym projektem zygotarian, kiedy to 231 posłów było przeciwko odrzuceniu. Tym niemniej, w niczym nie umniejsza to winy opozycji, której posłowie nie zastanowili się nad tym, czemu PiS poprzednio bawił się w „kreatywne głosowanie”. I nie, wczorajsza sytuacja to nie była zwykła pomyłka (o czymś takim moglibyśmy mówić, gdyby PiSowski „gambit” wyszedł za pierwszym razem), ale jedno z bardziej spektakularnych upokorzeń politycznych. O tym, że opozycja dała się upokorzyć w sytuacji, w której nie powinna sobie pozwolić nawet na drobne potknięcie,  nawet mi się już, kurwa, nie chce wspominać.


Źródła


Trailer „Smoleńska” (cytowana wypowiedź 01:03):
https://www.youtube.com/watch?v=huveY6NEa2Q

Link do starej notki:

Pierwsze głosowanie nad projektem „Ratujmy Kobiety” (2016):

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=17

Głosowanie nad skierowaniem do komisji projektu „Świecka szkoła”:


Głosowanie nad „drugą edycją” projektu „Ratujmy Kobiety”:

http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=55&NrGlosowania=9


Głosowanie nad zygotariańskim projektem:

http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=55&NrGlosowania=10

Link do konta Tt jednego z posłów PiS (polecam przescrollowanie wczorajszych Retweetów tego pana):

https://twitter.com/WasikMaciej/status/951242152100749314



czwartek, 28 grudnia 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #22

Prokuratura Okręgowa w Opolu umorzyła śledztwo w sprawie wypadku z udziałem samochodu BOR, którym jechał Prezydent RP: „Zdarzenie miało charakter losowy". Nieco później, Prezydent RP ogłosił, że tym razem nie ma zastrzeżeń do ustaw o SN i KRS po czym je podpisał.

Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że Beata Szydło (wtedy jeszcze Pełniła Obowiązki Premiera) udała się na konsultacje okulistyczne do Jarosława Kaczyńskiego. Konsultacje były konieczne dlatego, że „nie widziała potrzeby rekonstrukcji rządu”. Niestety, wada wzroku, którą odkrył u Beaty Szydło Wielki Okulista uniemożliwiła jej dalsze Pełnienie Obowiązków Premiera.

Na stanowisku Osoby Pełniącej Obowiązki Premiera Beatę Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki. Złośliwi twierdzili, że to zwykła „wymiana pionków”, która niczego nie zmieni. Mateusz Morawiecki już na samym początku udowodnił, że złośliwi nie mają racji. W jednym z pierwszych wywiadów, po objęciu stanowiska, powiedział: „chcemy przekształcać Europę, rechrystianizować ją„. Jest to zasadnicza zmiana w polityce zagranicznej, bo przecież nie tak dawno temu, Beata Szydło krzyczała z mównicy „Europo, powstań z kolan!”
 
13 grudnia 2017 roku doszło do sytuacji, która może rzucić cień na rządy Prawa i Sprawiedliwości. Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych nie zaopiniowała pozytywnie kandydatury Barbary Stanisławczyk-Żyły na stanowisko ambasadora RP w Izraelu. Z punktu widzenia polityki kadrowej Prawa i Sprawiedliwości, ta kandydatura była wręcz idealna, albowiem, pani Barbara nie posiadała odpowiednich kwalifikacji do tego, żeby objąć stanowisko ambasadora. Pomimo tego – jej kandydaturę uwalono.

Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam nałożyła na TVN  karę w wysokości niemalże 1.5 miliona złotych za to, że w trakcie relacjonowania ubiegłorocznych grudniowych protestów pod Sejmem – prezentowane przez TVN24 materiały nie zostały opatrzone paskami z TVP INFO.

Nałożenie kary na TVN spotkało się z reakcją  Departamentu Stanu USA: „Stany Zjednoczone są zaniepokojone decyzją Polski, by ukarać grzywną prywatnego nadawcę telewizyjnego TVN za rzekome stronnicze relacjonowanie demonstracji przed parlamentem w grudniu minionego roku(...) Ta decyzja zdaje się podważać niezależności mediów w Polsce, kraju będącym naszym bliskim sojusznikiem (...). Wolne i niezależne media są nieodzowne dla funkcjonowania silnej demokracji” Tłumacząc to z języka dyplomatycznego na zwykły: „a może byście tak pospierdalali z tą karą?”

Krajowa Rada Radia Maryja i Telewizji Trwam odniosła się do wypowiedzi Departamentu Stanu USA. Teresa Brykczyńska, która jest rzecznikiem prasowym wyżej wymienionego podmiotu stwierdziła, że kara jest „odwracalna”: „ Można ją naturalnie znieść, anulować w drodze ugody, ale jedynie w sposób przewidziany przepisami: po ewentualnym złożeniu przez TVN odwołania do sądu oraz po pozytywnym rozpatrzeniu tegoż odwołania”. Innymi słowy – wysłano do Departamentu Stanu USA sygnał „ok, postaramy się pospierdalać, ale  TVN musi nam w tym pomóc”.
 
Jarosław Gowin, któremu giętkości kręgosłupa mógłby pozazdrościć sam Mr Fantastic, opowiedział ostatnio porażającą historię: „Nigdy nie zapomnę wizyty pewnego ważnego polityka w gabinecie ministra sprawiedliwości, którego to gabinetu byłem wtedy gospodarzem. Był to okres, kiedy starałem się skonsolidować sądy. Ów polityk położył mi na stole kartkę z listą sądów i powiedział: “Tych sądów nie ruszaj, bo tam są nasi prezesi”. Natychmiast po jego wyjściu wrzuciłem tę kartkę do niszczarki”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że Gowin nie wspominał o tej historii przez 4-5 lat, bo tyle czasu zajęło mu składanie do kupy kartki, którą wrzucił do niszczarki. Ponieważ nie jestem złośliwy, napiszę jedynie tyle, że Gowin milczał, bo bał się konsekwencji swojego czynu. Nie, nie chodzi o to, że wrzucił kartkę do niszczarki, ale o to, że najprawdopodobniej wrzucił do niej również Pewnego Ważnego Polityka. Skąd ten pomysł? A niby czemu nie wymienił tej osoby z imienia i z nazwiska?

Komisja Europejska uruchomiła artykuł 7 wobec Polski. Decyzję tę skomentował Patryk „reprezentuję biedę” Jaki, który stwierdził, że KE wcale nie chodzi o żadną praworządność, ale (w skrócie) o to, że Polska zaczyna zarabiać pieniądze i to się nie podoba UE. Wydaje mi się, że wiem, w jaki sposób można zaorać tych podłych eurokratów! PiS powinien zastosować się do zaleceń Komisji Europejskiej (odnoszących się do sądownictwa) a wtedy MASKI OPADNĄ! 

Jacek Saryusz-Wolski postanowił zabrać głos w temacie działań Komisji Europejskiej „Zwracając się do KE można zacytować Kmicica „Kończ waść wstydu oszczędź”” Kurde, spodziewałem się tego, że UE może „kupić” Orbana, ale nawet nie przypuszczałem, że pójdzie im tak szybko...

Minister Zbigniew Ziobro chce, aby Trybunał Konstytucyjny zdecydował, czy w Polsce można odmówić wykonania usługi powołując się na zasadę wolności sumienia i wyznania. Dawno nie widziałem tak brutalnego ataku na Magdalenę Ogórek...

Jeżeli zaś już jesteśmy przy Trybunale Konstytucyjnym, to jego prezes Julia Przyłębska została Człowiekiem Wolności Tygodnika „Sieci” (przyznanie jej tej nagrody idealnie współgra z tytułem tygodnika). Wieść gminna niesie, że Człowiekiem Wolności miał zostać Stanisław Piotrowicz, ale ponoć powiedział, że wystarczy mu Brązowy Medal Zasługi, który otrzymał w 1984 roku.

Portal wPolityce ogłosił powstanie Instytutu Badań, który ma prowadzić badania w obszarze biotechnologii. Premier Morawiecki powiedział zaś: „Będziemy produkować nowoczesne leki, które będą w najlepszy możliwy sposób leczyć naszych obywateli. Zdrowie jest dla nas priorytetem, ale też szansą rozwojową; w Polsce 70 proc. leków, które kupujemy pochodzi z zagranicy i tę zależność chcemy zmienić; chcemy, aby leki były coraz tańsze i coraz częściej polonizowane”. Instytut będzie dysponował budżetem rzędu 500 milionów złotych. W USA wprowadzenie jednego leku na rynek to koszt rzędu 3-4 miliardów dolarów. W Polsce zaś, 500 baniek wystarczy na co najmniej kilka leków! To się nazywa wstawanie z kolan.


Źródła:

https://wpolityce.pl/polityka/370709-sledztwo-ws-wypadku-prezydenta-dudy-umorzone-zdarzenie-mialo-charakter-losowy











http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/565458,ziobro-kieruje-sprawe-druku-plakatow-lgbt-do-trybunalu-konstytucyjnego.html


Tak, wiem, że „historia Ogórek” była zwykłą bzdurą, ale link źródłowy podrzucić muszę:



https://wpolityce.pl/polityka/373740-500-mln-zl-na-polskie-leki-rzad-powoluje-instytut-badan-majacy-prowadzic-badania-w-obszarze-biotechnologii-morawiecki-leki-maja-byc-tansze




https://cen.acs.org/articles/92/web/2014/11/Tufts-Study-Finds-Big-Rise.html



piątek, 22 grudnia 2017

Walka z akcją #MeToo, czyli „zawsze się troszeczkę broni molestowania”

Jakiś czas temu popełniłem tekst o tym, jak to się redakcja „Do Rzeczy” odniosła do akcji #MeToo. Okładkowy artykuł miał bardzo neutralny tytuł: „Lewacy znów wpadli w amok. Molestowanie – nowa obsesja”. Był on autorstwa Łukasza Warzechy, tak więc z góry było wiadomo, jaki będzie miał wydźwięk. Biegunka argumentacyjna Seby z prawicowo-konserwatywnego salonu była spektakularna. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że ktoś może uznać za „obsceniczne” przepuszczenie kobiety w drzwiach. Tym niemniej, jak już wcześniej wspomniałem, treść tekstu nie była dla mnie zaskoczeniem. Nie było nim również to, że dla Seby nie istnieje coś takiego, jak „odmowa”. Tzn. jeżeli Seba zaprasza kobietę na randkę, a ona odmawia, to wcale nie znaczy, że nie chce się z nim spotkać – po prostu chce być zdobywana. Po jakimś czasie okazało się, że dla tygodnika „Do Rzeczy” molestowanie to nie jest „amok” i „obsesja lewactwa”. Powodem tej nagłej zmiany był artykuł pt. „Papierowi Feminiści”, który pojawił się na „Codzienniku Feministycznym”. No bo, skoro okazało się, że sprawcami przemocy seksualnej nie są tylko i wyłącznie czytelnicy tygodnika „Do Rzeczy” (tak, wiem, przesadzam, ale nie bardziej niż Seba od „obscenicznego przepuszczania kobiet w drzwiach”), to można pójść na kompromis i uznać, że CZASEM mamy do czynienia z sytuacją, w której kobieta jest ofiarą. Niestety, ten sam artykuł sprawił, że podobna „zmiana” (choć o przeciwnym „zwrocie”) dokonała się u ludzi z drugiego bieguna. 


Części z was nie trzeba „przedstawiać” Agnieszki Graff, ale niektórzy mogą nie wiedzieć kto zacz. Pozwolę więc sobie na zacytowanie kawałka „bio” z Wikipedii: „Polska pisarka, nauczycielka akademicka, tłumaczka i publicystka związana z ruchem feministycznym. Członkini zespołu "Krytyki Politycznej" oraz rady programowej stowarzyszenia Kongres Kobiet” (…) „Współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, wraz z którym organizuje coroczne Manify.” 


Pamiętajcie o tym w trakcie dalszej lektury.


Agnieszka Graff była gościem radia Tok FM i w trakcie audycji „Wieczór – Tomasz Stawiszyński” (12-12-2017) rozmawiała z wyżej wymienionym o „szerokich konsekwencjach akcji #metoo”. Ponieważ audycja była dość długa (prawie 30 minut), skupię się jedynie na wybranych fragmentach. Jeżeli ktoś będzie chciał posłuchać całości, link znajdzie w źródłach.


Agnieszka Graff: „Kolejna cecha to zlewanie i zamazywanie różnic między różnymi przekroczeniami. To znaczy, ja wiem, że jest ciągłość molestowania seksualnego, ale jest zasadnicza różnica między gwałtem a powiedzeniem czegoś niestosownego. Można powiedzieć, że jedno i drugie jest częścią kultury gwałtu (...)”.


Nie tyle „można”, co „należy” to powiedzieć. Bo to jest tak, że zarówno za gwałtem, jak i za „mówieniem czegoś niestosownego” (rzecz jasna, chodzi o „coś niestosownego” związanego z seksem) stoi ten sam mechanizm. W uproszczeniu, chodzi o ignorowanie sygnałów „wysyłanych” przez osobę, która np. nie chce słuchać „niestosownych uwag” lub nie ma ochoty na to, żeby ktoś jej dotykał. Z kolei to ignorowanie płynnie przechodzi w przełamywanie oporu. Jeżeli bowiem ktoś „wyuczył” się tego, że kobieta „nie wie czego chce”, to w pewnym momencie może uznać, że może też nie wiedzieć, że ma ochotę na seks. Zgadzam się z Graff w tym, że gwałt to nie to samo co „powiedzenie czegoś niestosownego”, ale jestem również świadom, że większość gwałcicieli „zaczynała” od mówienia „niestosownych rzeczy” i ignorowała to, że kobietom to nie odpowiada.


Agnieszka Graff: „Ale w momencie, w którym mamy konkretną osobę, która jest oskarżona z jednej strony o gwałt, a z drugiej o to, że powiedziała, że jej się podobają seksowne policjantki bo mają pałki i jedno i drugie ma wywoływać podobne oburzenie i mamy wierzyć tym opowieściom w oparciu o to co mówi ofiara, której wierzymy z założenia, no to to już jest atmosfera paniki moralnej, w której człowiek oskarżony o wykroczenie jest całkowicie bezradny, on nie ma jak się bronić.”


Po pierwsze, Agnieszka Graff pomyliła redaktorów. Ten od policjantek „z pałami” nie był oskarżony o gwałt. Po drugie, nawet gdyby tak było, to nie bardzo rozumiem, o co chodzi w „jedno i drugie ma wywoływać podobne oburzenie”. To trochę tak, jakby usiłowano nam tłumaczyć, że gdyby nie oskarżenie o gwałt, to nikt by się nie przejął tymi tekstami o policjantkach. Po trzecie, obaj panowie mieli bardzo dużo na sumieniu. Jeden z nich postanowił iść do sądu i jego ziomki momentalnie zbudowały wokół tego narrację „próbowano go zlinczować”. On sam zaś tłumaczył, że:


„Rozmawiałem także z jedną z osób, które później podpisały się pod artykułem w "Codzienniku Feministycznym". Stwierdziła, że co prawda ona sama nie ma mi nic do zarzucenia, ale w związku z tym, że chcą uderzyć w inną osobę - jak się okazało w Michała Wybieralskiego - to mnie również się oberwie.” (rzecz jasna, musimy mu uwierzyć na słowo, że taka rozmowa w ogóle miała miejsce) 


Wszystkim wspierającym tę „ofiarę linczu” umyka to, że JD poszedł do sądu, żeby udowodnić, że nie jest gwałcicielem. Tak, był to najpoważniejszy z zarzutów, ale jednocześnie jeden z wielu, które mu w tekście postawiono (rzecz jasna, nie chodzi o zarzuty w sensie prawnym). Temat pozostałych został poruszony w tej samej rozmowie, której fragment zacytowałem:


„Janusz Schwertner: W tekście "Codziennika Feministycznego" zostałeś oskarżony nie tylko o gwałt, lecz także o seksistowskie zachowania.


Jakub Dymek: Chcę powiedzieć bardzo wyraźnie: wszystkie osoby, które potraktowałem w sposób seksistowski, arogancki, napastliwy, przykry, poniżający - szczerze przepraszam. Każdą z osobna. Jako osoba, która przyznaje się do lewicowego światopoglądu, powinienem tym bardziej trzymać się wysokich standardów, i to także w życiu prywatnym. Jak widać, nie trzymałem się ich.


JS: Pamiętasz sytuacje opisane przez autorki artykułu?


JD: To mogły być historie z barów, z imprez, z prywatnych rozmów w pracy. Przepraszam za wszystkie niewłaściwe zachowania czy odzywki. Bezcelowe jest wnikanie, czy np. latem 2016 roku, na jednej z imprez, odezwałem się do kogoś w ten czy inny sposób. Bez znaczenia jest teraz to, jak ja pamiętam jakieś sytuacje - ważne, że ktoś inny poczuł się tym skrzywdzony. Za to muszę przeprosić.”


Pod koniec swojego wywodu Agnieszka Graff stwierdziła, że w atmosferze paniki moralnej „człowiek oskarżony o wykroczenie jest całkowicie bezradny, on nie ma jak się bronić”. Jak się ta „bezradność” ma do sytuacji JD, który poszedł do sądu broniąc się przed oskarżeniem o gwałt, ale jednocześnie przyznał się do całej reszty zarzutów? Swoją drogą, urzekło mnie to, że JD nawet nie pamięta tych sytuacji i „przeprosił” za nie zbiorczo. Nie jest więc tak, że „celem” był Wybieralski, a Dymek oberwał jedynie „rykoszetem”. Warto również zaznaczyć, że argument odnoszący się do „atmosfery paniki moralnej” praktycznie niczym nie różni się od tytułu artykułu z „Do Rzeczy”. Tylko że tam nikt nie bawił się w ładne słówka i nazwano to amokiem i lewacką obsesją.


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że 21-12-2017 „wewnętrzna komisja w Agorze zarekomendowała zarządowi spółki bezzwłoczne rozwiązanie umowy o pracę z Michałem Wybieralskim z Wyborcza.pl, któremu zarzucono mobbingowanie podwładnych”. Decyzja komisji niespecjalnie mnie dziwi, szczególnie w kontekście tego, że „całkowicie bezradny” Wybieralski był łaskaw (nazywajmy rzeczy po imieniu) wyjebać z dyńki swojej partnerce. Szczęście w nieszczęściu tej kobiety polegało na tym, że zrobił to przy świadkach. Dzięki temu przynajmniej nikt nie zacznie bredzić o tym, że „mamy wierzyć tym opowieściom w oparciu o to co mówi ofiara, której wierzymy z założenia”. I tu dochodzimy do kolejnej „perełki”, którą do tej pory mogliśmy najczęściej obserwować po „prawej” stronie. Chodzi o podważanie wiarygodności ofiar molestowania/przemocy. Bardziej absurdalne od „prawicowej narracji”, która pojawia się po „lewej” stronie, jest to, że tego quasi-argumentu użyto w kontekście akcji #metoo, w czasie której pierdylion polskich kobiet, które były ofiarami molestowania i przemocy opisywało swoje doświadczenia, nie wymieniając sprawców z imienia i nazwiska. Sytuacje, w których sprawcy nie pozostali anonimowi, były wyjątkiem, a nie normą. I w tym momencie wchodzi Agnieszka Graff, cała na biało, zaczynając się zastanawiać nad tym, czemu my tak właściwie wierzymy tym ofiarom


Tomasz Stawiszyński: „No, ja też mam takie wrażenie, przy pełnej zgodzie co do wagi społecznej akcji #metoo, że to narracja, w której mowa o tym, że a priori bezwzględnie ofiara ma zawsze rację. Co oznacza w praktyce, że ofierze musimy zawsze bezwzględnie wierzyć i że właściwie nie można sobie wyobrazić takich warunków, pod którymi jej świadectwo zostałoby sfalsyfikowane. No, bo ani sąd ani inne procedury, prowadzące do tego, żeby ustalić jak było rzeczywiście, nie są tutaj relewantne.”


Być może, gdyby Stawiszyński nieco mniej czasu spędzał nad słownikiem wyrazów obcych, a więcej czasu poświęcał na research, wiedziałby, że jego wypowiedź nijak się ma do „polskiego” #metoo. Dywagacje na temat tego. że „zawsze wierzymy ofiarom” są w kontekście tego, jak wyglądała „polska edycja” #metoo irrelewantne (użyłem tego słowa na wypadek, gdyby redaktor zabłądził na mój fanpejdż – tzn. żeby łatwiej mu było zrozumieć, o co mi chodzi).


Agnieszka Graff: „To też zachęca do osobistych (nie dokończyła myśli) do zemsty, to jest zemsta dziewczyn.”


Nie chce misię, kurwa, po raz trzeci powtarzać, że to praktycznie nie ma żadnego związku z „polskim” #metoo. Tym niemniej, zachęcam do eksperymentu. Wpierw należy przeczytać artykuł „Papierowi Feminiści” (z którego usunięto wzmianki o gwałcie). Następnie proponowałbym poczytanie „przeprosin” Dymka i decyzji wewnętrznej komisji Agory. A na końcu wypowiedzi Graff, która opowiada o „zemście dziewczyn”. „No, ale przecież Dymek się procesuje” - tak, procesuje się, ale to nadal jest jednostkowy przypadek, z którego Graff wyciąga wnioski odnoszące się do całej akcji (która, do kurwy nędzy, wyglądała zupełnie inaczej).


Tomasz Stawiszyński: „Ale tworzą jakąś taką sytuację niewywrotnych struktur, których nie sposób obalić, że właściwie kiedy się pojawia takie oskarżenie, to nic nie można zrobić, to koniec.”


Tak, ten koniec widać szczególnie w przypadku Dymka, który poszedł do sądu. 


Agnieszka Graff: „Pytanie, czy da się przeprowadzić tę rewolucję bezkrwawo, nie niszcząc po drodze ludzi, albo dbając o to, żeby ci, którzy zostają oskarżeni, to byli Weinsteinowie tego świata, a nie koledzy z pracy.”


Urocza jest troska Agnieszki Graff o sprawców przemocy seksualnej, którzy są kolegami z pracy i nie są „Weinsteinami tego świata”. „Ale może miała co innego na myśli”? No, nie bardzo. Tu nie chodzi bowiem o to, żebyśmy „nie niszczyli życia niesłusznie oskarżonym ludziom”, ale o to, że nie o każdym przypadku molestowania seksualnego należy głośno mówić, bo nie każdy sprawca jest „Weinsteinem tego świata”. Swoją drogą, doceniam kreatywność Agnieszki Graff - używała ona kwiecistego słownictwa (vide „panika moralna”) zamiast powiedzieć wprost: „Odpierdolcie się od Jakuba, bo on jest z mojej redakcji”.


Wiem, że prawdopodobnie w tym momencie wydaje się wam, że „chyba widziałem już wszystko”, ale zapewniam was, że najbardziej spektakularny fragment rozmowy zostawiłem na sam koniec. Ponieważ jednak jest to dość „złożony” fragment, podzielę go na nieco mniejsze.


Agnieszka Graff: „Zwolenniczki akcji #metoo uważają, że sprawa jest bardzo prosta: albo ktoś dał przyzwolenie na seksualne zaloty i wtedy nie ma molestowania, albo nie dał tego przyzwolenia i wtedy mamy do czynienia z przemocą.”


W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że w 100% zgadzam się ze „zwolenniczkami akcji #metoo”, choć osobiście wolałbym nazwę „przeciwniczki molestowania/przemocy seksualnej/gwałtów”.


„Otóż ja uważam, że w seksie to nie jest takie oczywiste.”


Jestem już na tym etapie, że niczego innego się po Agnieszce Graff nie spodziewałem.


„Żyjemy w kulturze patriarchalnej, w której kobiety są od stuleci socjalizowane do niemówienia jednoznacznie czego chcą”


Jest to tak zwana półprawda, bo owszem, kobiety bardzo długo socjalizowano do „nie mówienia jednoznacznie czego chcą”, ale socjalizowano je również do siedzenia cicho w momencie, w którym robiono im coś, czego „jednoznacznie nie chciały”, bo „mężczyzna wie lepiej”. O tym, że akcja #metoo (o której Agnieszka Graff miała tak dużo do powiedzenia) była próbą „popsucia” tego drugiego elementu (którym było i jest zmuszanie kobiet do „siedzenia cicho”), raczej nie trzeba wspominać.


„w związku z tym, jeżeli im każemy mówić, że chcą teraz tu, teraz tam, a punkt G to mam tu, to do bardzo skądinąd udanych stosunków nigdy by nie doszło. I to jest problem. Po prostu nie można się domagać od kobiet tej pozytywnej, entuzjastycznej zgody. I też trzeba sobie powiedzieć, że ludzie proponują sobie nawzajem seks, a tamci odmawiają, a potem się zgadzają - różnie w życiu bywa, w róże gry ludzie grywają”


Czy czegoś wam te słowa nie przypominają? Bo mnie owszem:


„Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci. (…) One zawsze trochę udają, że się stawiają. Trzeba wiedzieć, kiedy można, a kiedy nie można…”



Słowa te wypowiedział Janusz Korwin-Mikke. Poza warstwą stricte językową, między jego wypowiedzią, a wypowiedzią Agnieszki Graff nie ma praktycznie żadnej różnicy. Tak się bowiem składa, że oboje wychodzą z założenia, że kobieta może po prostu nie wiedzieć, że ma ochotę na seks. Tzn. nawet, jeżeli twierdzi, że nie ma, to po prostu się jej wydaje. Wiecie, co jest w tej sytuacji najbardziej absurdalne? Nie, nie to, że Agnieszka Graff „mówi Korwinem” (choć to swoją drogą). Największym absurdem jest fakt, że Graff była jedną z sygnatariuszek „Oświadczenia w sprawie nienawistnych wypowiedzi Janusza Korwin Mikkego”, które odnosiło się do cytowanej przeze mnie wypowiedzi JKM. Pozwolę sobie zacytować fragment tego oświadczenia: „Janusz Korwin-Mikke przedstawił punkt widzenia gwałcicieli, zgodnie z którym kobieta nie potrafi wyrażać zgody na stosunek seksualny, a zmuszanie do niego jest naturalne”.


I na tym zakończę pastwienie się nad tą rozmową. Była ona znacznie dłuższa i zawierająca większą liczbę podobnych „kwiatków”. Na ten przykład, zaraz po tym, jak Agnieszka Graff pojechała Korwinem, zaczęła opowiadać, że „molestowanie seksualne pierwotnie było definiowanie wyłącznie w relacjach władzy”, a potem „definicja molestowania została poszerzona na wszystkie relacje międzyludzkie” i że to się jej „wydaje absurdalne”. Mógłbym się pochylić nad cała tą rozmową i rozgrzebać ją „akcja po akcji”, ale niniejsza notka jest już i tak wystarczająco długa.


Kiedy szukałem w Guglach wikipedyjnej strony Agnieszki Graff (nie było to specjalnie skomplikowane, po prostu wpisałem w przeglądarkę jej imię i nazwisko), na drugim miejscu wyskoczył mi wywiad sprzed 3 lat, który nosi tytuł „Agnieszka Graff: Świat lekceważy kobiety, a z dziewcząt pogardliwie się nabija”. Wydaje mi się, że ów tytuł jest najlepszą pointą dla tego tekstu.


Źródła:

http://audycje.tokfm.pl/podcast/O-szerokich-konsekwencjach-akcji-metoo/57028



http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/michal-wybieralski-po-zgodzie-zwiazkowcow-ma-zostac-natychmiast-zwolniony-z-agory


https://wpolityce.pl/polityka/196363-awantura-w-tvn24-korwin-mikke-do-kowala-gdyby-pan-sie-znal-na-kobietach-to-pan-by-wiedzial-ze-zawsze-sie-troszeczke-gwalci