Trochę czasu minęło i udało mi się zebrać do
popełnienia kolejnego Przeglądu. Zacznijmy więc od tematu, który
był „jedynką” w poprzednim przeglądzie, czyli od ataku Izraela
i USA na Iran. W tym miejscu pozwolę sobie na krótki disclaimer:
ten konkretny temat nie zostanie przeze mnie oźródłowany, bo
gdybym chciał wrzucać linki do każdej wypowiedzi Trumpa albo
Hegsetha, albo innego miniona, w której stało, że tak właściwie
to oni już wygrali, to pewnie samych linków do tych konkretnych
wypowiedzi byłoby przynajmniej kilkadziesiąt. EDIT – będzie
jeszcze jeden taki temat z przyczyn, które w trakcie lektury będą
oczywiste. Tak swoją drogą, to wygrywanie w Iranie Trumpowi idzie
równie skutecznie co Jarosławowi Kaczyńskiemu dochodzenie do
prawdy na temat tego, co stało się w Smoleńsku.
Praktycznie od samego początku tego
konfliktu nie było tak właściwie wiadomo jaki jest master plan
administracji Trumpa. I nie chodzi już nawet o to, że jacyś
złośliwcy twierdzili, że nie wiadomo jaki jest ten plan: sama
administracja nie była w stanie w sposób klarowny wytłumaczyć o
co tak właściwie chodzi w tym wszystkim.
NY Times
ostatnio opublikował artykuł z całą kupą informacji, z których
wynikało, że do ataku doszło dlatego, że po pierwsze Benjamin
Netanyahu powiedział, że tak trzeba zrobić, a po drugie Trump
uznał, że będzie dobrze, bo zawsze jest dobrze (no i jeżeli
popatrzymy na rzeczywistość oczyma typa, który absolutnie nigdy
nie ponosił żadnych konsekwencji tego, co robił, to w sumie trudno
się dziwić takiemu podejściu).
Co ciekawe, nawet
amerykańskie służby twierdziły, że obalenie reżimu jest
praktycznie nierealnym scenariuszem. Z tego by wynikało, że służby
nie strumpiały do reszty i pracują w nich jeszcze jacyś sensowni
analitycy. No ale, nie miało to żadnego znaczenia, bo Trump miał
dojść do wniosku, że w sumie to nawet jeżeli nie uda się obalić
reżimu, to to nie ma żadnego znaczenia. Po co więc zaatakowano?
Odpowiedź na to pytanie brzmi „tak”.
Gdyby nie
kontekst całkiem zabawne byłoby to, że izraelskie służby (i sam
premier Izraela) przekonywały Trumpa, że jak się odpowiednio
szybko wszystko rozegra, to Iran nawet nie zdąży zablokować
Cieśniny Ormuz. Tzn. nie tyle sam Iran, co reżim, bo reżim będzie
za bardzo zajęty upadaniem.
A, byłbym zapomniał. Jakiś
czas temu (mniej więcej na samym początku wygrywania z Iranem),
Donald Trump powiedział, że jeżeli Iran się nie ogarnie, to
zostaną Iranowi rozwalone elektrownie i mosty. Iran odpowiedział,
że jeżeli tak będzie, to oni będą robić to samo „w okolicy”
(+ o ile mnie pamięć nie myli grozili rozwalaniem instalacji
odsalających wodę). Potem Trump uznał, że co to, to nie i
zagroził Iranowi „zniszczeniem całej cywilizacji”. Trzeba
przyznać, że to jest już poziom przerysowanego kreskówkowego
złola. Te groźby były tak karykaturalne, że pewnie nawet
scenarzyści Austina Powersa uznaliby, że oni tego nie mogą
umieścić w swoim filmie, no bo bez przesady.
No
dobrze, ale co tak właściwie Trump miał na myśli mówiąc o
zniszczeniu cywilizacji? Nikt tak naprawdę nie wie. Ludzie się
zaczęli całkiem na serio zastanawiać nad tym czy chodzi o
zniszczenie mostów/elektrowni czy też może Orange is the New Crazy
zapowiedział w ten sposób uderzenia głowicami nuklearnymi. Tyle,
że tak po prawdzie nawet gdyby tak było, to przecież i tak nie
oznaczałoby „zniszczenia całej cywilizacji”. No, ale to
dygresja. Dziś jesteśmy na etapie takim, że Cieśninę Ormuz
blokuje zarówno Iran, jak i USA. Sorry, taką mamy nogawkę czasu.
Co na to nasi kochani Trumpolacy? Otóż,
ku zaskoczeniu dosłownie nikogo, Trumpolacy nadal biją brawo. Rzecz
jasna, część prawicy bije to brawo już nieco ciszej, ale takie na
ten przykład Rafały Wosie w swoich biurach skandują „Donald
Trump” używając megafonów. Woś przykładowo już od jakiegoś
czasu tłumaczy, że w Iranie to tak właściwie Trump wygrał. Te
zapewnienia są o tyle ciekawe, że zdaniem Wosiów tego świata
Trump osiągnął wszystkie swoje cele, choć NieWosie zdają sobie
sprawę z tego, że Tump tak do końca sam nie wiedział po co mu to.
Tak na sam koniec tego tematu dodam od siebie, że tego
rodzaju sytuacje (całkowicie nieprzewidywalny typ, robiąc
idiotyczne rzeczy przy okazji wywraca światową gospodarkę [jeszcze
mu się do końca nie udało, ale jeżeli „wygrywanie” się
przeciągnie, to całkiem sporo krajów może mieć problem]),
powinny wszystkich przekonać, że powinniśmy jako UE przynajmniej
próbować osiągnąć samowystarczalność energetyczną.
I wtedy wchodzi prawica cała na
węglowo i tłumaczy, że tak właściwie to powinniśmy wydobywać
węgiel. I zupełnie umyka im ten drobny szczegół, jak to, że
wydobycie węgla w Polsce jest tak opłacalne, że (ZNACZNIE) taniej
jest go kupić w USA i sprowadzić do Polski. I wydaje mi się, że
za tą naglą miłością do „wydobywania polskiego węgla” stoi
tak naprawdę miłość do Trumpa i chęć przypodobania mu się i
kupowania węgla od USA. Aczkolwiek nie można wykluczyć, że stoi
za tym inny zamysł. Otóż jakiś czas temu, zaledwie po kilku
latach od mojej niezbyt pochlebnej Ściany Tekstu na temat pewnej
książki, poruszającej temat prowincji, rzucił się na mnie
hardkorowy fan tejże książki. W trakcie dyskusji na temat
Siarkopolu dowiedziałem się, że jego zdaniem państwo nie powinno
pozwolić upaść tej firmie i ją dotować. Przyznam szczerze, że
trochę mnie to przerosło i w tym momencie przerwałem dyskusję.
Być może za pomysłem na Wielką Rekarbonizację stoi właśnie
taka kalkulacja.
No dobrze, skoro temat wiecznego
wygrywania mamy już za sobą, to możemy przejść do przegrywania.
Otóż ponad dwa tygodnie temu, po kilkunastu latach rządów Viktor
Orban upadł i sobie głupi ryj rozwalił. I powiem wam (tzn.
napiszę), że skala jego porażki pokazuje, że Węgrzy musieli być
na niego straszliwie wściekli, a on sam najwyraźniej nie był tego
świadomy. Obstawiam (a żaden ze mnie specjalista), że było to
tak, że Orban liczył na to, że jakoś się mu uda wygrać
(wcześniej się udawało, bo przed wyborami Fidesz zaczynał
zwyżkowanie w sondażach), a jeżeli nawet Fidesz przegra, to TISZA
wygra ledwo ledwo i w praktyce nie będzie mogła rządzić. A nie
mogłaby rządzić, bo Orban zabetonował system dość skutecznie.
Pewnie koncypował sobie tak, że TISZA bardzo szybko się wykrwawi
bo „nic nie będzie mogła”, a FIDESZ wróci do władzy niesiony
na fali niechęci do tych nieudaczników.
Zanim
ktoś powie: no elo, przecież ludzie wiedzieliby dlaczego rząd „nic
nie może”, to ja takiej osobie odpowiem: a jakie to ma znaczenie?
W Polsce na ten przykład nie miało żadnego. Ok, może nie tyle
„żadnego”, co nie było to na tyle istotne, żeby miało wpływ
na wynik wyborów prezydenckich. Aczkolwiek, nie chciałbym być źle
zrozumiany: winę za przewalenie wyborów z kibolem ponosi sztab
Trzaskowskiego i KO. No, ale to dygresja, wracajmy na Węgry.
Tak
więc Orban miał swój sprytny plan, który się potem szybko
zdezaktualizował w momencie, w którym okazało się, że TISZA
zdobyła większość konstytucyjną, a co za tym idzie, droga do
odbetonowania tego, co zabetonował Orban, stoi otworem.
Gwoli ścisłości, to jest tylko moja
teoria, bo mogło być tak, że Orban zaliczył tak ogromną
odklejkę, że autentycznie wierzył w to, że znowu wygra. O ile
pewności w kwestii tego „co myślał Orban” mieć nie możemy,
to możemy ją mieć w kwestii tego, co sobie myśleli inni. Jacy
inni? Ano np. administracja Trumpa. Ano np. konfa. Ano np.
Zjednoczona Prawica. Toż przecież sam Jarosław Kaczyński
powiedział, że zwycięstwo Orbana będzie ważne, bo on razem z
Orbanem (po swoim zwycięstwie w 2027) i ze środowiskiem Le Pen chce
reformować Unię Europejską.
Kronikarski obowiązek każe wspomnieć
o tym, że z tym reformowaniem Unii Europejskiej przez Kaczyńskiego
to jest tak, że 11 lipca minie 10 lat od momentu, w którym Jarosław
Kaczyński ogłosił, że on zlecił znanemu prawnikowi napisanie
nowych traktatów unijnych. No, ale to dygresja.
W Orbana wierzył również Karol
Nawrocki, który pojechał na Węgry z okazji jakichś tam dni
przyjaźni czegoś tam (tak, wiem, chodziło o konkretne wydarzenie,
ale come on, absolutnie nikt się tym wydarzeniem nie przejmuje i
chodziło o to, żeby wesprzeć Orbana przed wyborami). Tak, chodzi o
tę wizytę, przez którą się nam prezydent był striggerował
pytaniem dziennikarza, że aż mu wygrażał palcem. Pytanie
dziennikarza dotyczyło tego, czy Nawrockiemu już nie przeszkadzają
dobre relacje Orbana z Putinem. Nawrocki się był obruszył
(dziennikarz ma farta, że pamięć mięśniowa się nie odezwała u
prezydenta, bo wtedy mogłoby się to skończyć dla niego gorzej) i
zaczął tłumaczyć, że halo, jego Rosja to nie lubi/etc.
I tu dochodzimy kwestii, którą warto
poruszyć. Polska prawica całkiem skutecznie przekonuje (przekonuje,
bo ten proces cały czas trwa) sporą cześć suwerena do tego, że
jest antyrosyjska. I ta antyrosyjskość ma wymiar absolutny (nie to
co ten Tusk, który z Putinem fotkę miał niejedną!). Gdy prawica
jest konfrontowana z działań, które Rosji sprzyjają, zawsze, ale
to zawsze zagrywa tę samą kartę „myśmy są antyrosyjscy, więc
niejako z automatu wychodzi na to, że żadne nasze działanie nie
może być uznane za prorosyjskie”.
Czemu o tym
wspominam? Ano temu, że ja jestem w stanie się pogodzić
(aczkolwiek wcale nie przychodzi mi to łatwo) z tym, że niektórzy
ludzie mogą uważać, że Donald Trump „chce dobrze dla Polski i
dla Europy”. I ktoś, kto myśli takimi kategoriami mógłby uznać,
że skoro Trump popiera Orbana, to znaczy, że dla Polski i dla
Europy reelekcja Pana Viktora będzie dobra. Ale na litość
nieistniejącego bytu transcendentnego: Orbana popierał Putin (i
nawet speców ds. przekręcania wyborów mu podesłał swoich). Żeby
to wszystko spiąć jakąś klamrą: wiara w to, że Trump chce dla
nas dobrze (biorąc pod rozwagę chęć rozwalenia UE) oznacza, że
nie jest się najostrzejszym ołówkiem w piórniku. Natomiast wiara
w to, że kandydat wspierany przez Putina będzie dla nas dobrą
opcją, oznacza, że jest się niereformowalnym dzbanem.
Do
momentu wybuchu pełnoskalowej wojny, którą wywołała Rosja, Orban
lawirował. Było wiadomo, że lubi Wołodię, ale jednak trochę się
z tym czaił. Po wybuchu wojny Orban stał się już prawilnym
prorusem i w ogóle tego nie ukrywał. Co ciekawe nasza prawica też
go za to czasami krytykowała (Nawrocki to nawet spotkanie z nim
odwołał w grudniu 2025). Na finiszu kampanii wrzucono w przestrzeń
publiczną nagrania, na których szef MSZ (Peter Szijjártó)
płaszczył się przed Ławrowem, a Orban przed Putinem. W trakcie
tych rozmów omawiane było torpedowanie sankcji i tak dalej, no ale
to jest oczywista oczywistość.
Polska prawica o tym wszystkim
wiedziała, a mimo to twardo stała za Orbanem. Rzecz jasna do
momentu, w którym Orban nie przegrał wyborów, bo wtedy się
okazało, że ten Orban to ziomek Tuska, a tak w ogóle to prawicy
naprawdę przeszkadzało to, że on się kolegował z Putinem i że
wschodnia polityka Orbana była całkowicie rozbieżna ze Zjednoczono
Prawicową. Poza tym, porażka Orbana ciężko doświadczyła TV
Republikę. Najpierw zachowali się jak ostatni frajerzy i ogłosili,
że Fidesz wygrał (po tym, jak przeliczono dosłownie kilka %
komisji). Potem Rachoń robił fikołki i tłumaczył, że Orban to
taki Tusk węgierski. W międzyczasie na portalu republiki pojawił
się artykuł, w którym opisywano Orbana jako sojusznika Putina (i
nie było tam ani słowa nieprawdy), który to artykuł chwilę potem
zniknął. Aczkolwiek moim skromnym zdaniem całą pulę żenady
zgarnął Przydacz (jeden z podwładnych Nawrockiego), który nieco
później tłumaczył, że Nawrocki wcale nie popierał Orbana i
jeżeli ktoś uważa, że było inaczej, to niech mu pokaże dowolną
wypowiedź Prezydenta Nawrockiego, z której miałoby to wynikać.
Starł się z nim w tym temacie Jakub Wiech, który stwierdził
(całkiem przytomnie), że wystarczyło to, że Nawrocki tam pojechał
w trakcie kampanii, wiedząc wszystko to, co wiedział.
No
dobrze, żeby nie przedłużać. Z jednej strony to dobrze, że Orban
się wywalił, ale z drugiej strony warto mieć na uwadze ten drobny
szczegół jakim jest fakt, że wszystkie partie, które weszły do
węgierskiego parlamentu są partiami prawicowymi. No jakoś tak się
złożyło, że lata pompowania ludziom do głów prawicowej retoryki
zaowocowały tym, że lewicowe poglądy się tam w ogóle nie
przebijają. I jakkolwiek daleki jestem od porównywania sytuacji
politycznej w Polsce do tej, która „się dzieje” na Węgrzech,
to jednak znamienne jest dla mnie to, że lewicowa retoryka w Polsce
jest na tyle niszowa, że poparcie NL i Razemów jest mniejsze od
poparcia konfy Memcenowej (w niektórych sondażach Brauniści też
mieli więcej). Aczkolwiek to już nawet nie jest kwestia tego, że
lewicowa retoryka (tfu tfu progresja podatkowa/etc.) jest niszowa.
Problem polega na tym, że od dłuższego czasu wszystko, czym
straszy prawica (a w przeważającej większości wypadków są to
wymysły prawaków i czyste dezinfo) jest opisywanie jako lewackie i
lewicowe. Kredens debaty publicznej jest tak bardzo przesunięty w
prawo, że, na ten przykład, kwestia równości małżeńskiej jest
dla prawicy czymś w rodzaju zagrożenia cywilizacyjnego.
Jedną
z przyczyn, dla których dzieje się u nas to, co się dzieje (coraz
większe uprawicowienie debaby publicznej) jest to odwieczne cofanie
się przed prawicową retoryką przez Jedną Taką Dużą Partię. I
mam tu dokonały kejs. Jakiś czas temu TSUE (potem zaś potwierdził
to NSA) wydał, zdaniem prawicy, szokujący wyrok. Otóż, okazało
się, że jak dwóch typów (bądź też dwie typiary) wezmą ślub w
Niemczech i potem przejadą przez Odrę do Polski, to nadal są tym
małżeństwem.
Dla prawicy, rzecz jasna, był to dowód
na to, że zgniłe elity brukselskie atakują polskie małżeństwa.
Najwyraźniej prawica wychodzi z założenia, że państwo ma
skończoną liczbę małżeństw do rozdysponowania i jeżeli
elgiebety się zaczną żenić, to małżeństw zabraknie dla
heteryków albo może sądy będą orzekały losowe rozwody u
heteryków, byle tylko starczyło dla tych elgiebetów złych.
I
wydawać by się mogło, że jak się jest „stroną” w polskiej
polityce, która opowiadała o tym, jak ważne są wyroki TSUE i jak
bardzo zły jest PiS, że je olewa, to wypadałoby się do tych
wyroków stosować samemu, prawda? No przecież to nie samo KO
zrobiło, to TSUE orzekło, a wyroków TSUE trzeba przestrzegać. No
ok, prawica coś tam marudzi, ale to nie nasza wina!
No i oczywiście, że okazało się, że
części obecnej koalicji rządzącej się coś takiego nie podobało
i zaczęło się kombinowanie, że z tym wyrokiem TSUE to jest tak,
że on nie dotyczy wszystkich elgiebetów, ale tego jednego, jedynego
małżeństwa dwóch typów. Zapewne część z was już widziała te
memy, z których wynikało, że w myśl artykułu 18 konstytucji pod
szczególną ochroną jest małżeństwo mężczyzny i kobiety oraz
Jakuba i Mateusza.
Z rozbrajającą szczerością
skomentował to jeden z działaczy KO w rozmowie z GW. Działacz ów
powiedział, że w sumie to te elgiebety to nie jest na tyle duży
elektorat, żeby decydował o wyniku wyborów. I wiecie, ja rozumiem,
że jest coś takiego jak pragmatyzm polityczny. I rozumiem, że ktoś
może kalkulować tak, że może tu i tam się cofnie, ale wybory
wygra. No, ale jakoś tak się złożyło, że to cofanie nie
doprowadziło do sytuacji, w której Trzaskowski kasuje Batyra w
drugiej turze 60:40 tylko do tego, że przegrał z nim wybory. A z
sondaży zaś wynika, że najprawdopodobniej po wyborach w 2027
rządzić nami będzie koalicja PiSu i dwóch konf. Ciężko tu więc
mówić o jakiejkolwiek skuteczności w wypadku tej konkretnej
strategii. No chyba, że chodzi o to, żeby przegrać, a przed
porażką opowiadać o tym, jak bardzo będą ważne te wybory/etc.
No dobrze, idźmy dalej. Jakiś czas
temu wszyscy mogliśmy się przekonać o tym, że jak człowiek
krzywdzący dzieci zostanie skazany na 25 lat więzienia, to to jest
tuszowanie p***filii. Chodzi, rzecz jasna o sprawę z Kłodzka, w
której to jeden jegomość wraz z żoną (ona została skazana na 6
lat więzienia) zajmowali się wiadomo jaką działalnością. Na
początku kobieta tłumaczyła, że była kolejną ofiarą, ale z
materiału dowodowego wynikało, że jednak nią nie była. Gdy media
o całej sprawie napisały (plot twist polega na tym, że nie zrobiły
tego media prawicowe), to się nagle okazało, że to jest Wielka
Afera, bo ukrywajo to, że żona tego typa była w KO jakiś czas
temu.
I nagle się okazało, że ta sama prawica, która
przy okazji pierdylionowego przypadku księdza, który krzywdził
dzieci i który był ukrywany przed wymiarem sprawiedliwości przez
Kościół, mówi, że łohoho, to nie jest żadna afera, Kościół
nic nie winien, a poza tym to tylko jednostkowy przypadek - zaczyna
opowiadać o tym, że w KO kryje się takie przypadki. Kronikarski
obowiązek każe wspomnieć o tym, że to nie było pierwsze
prawicowe wzmożenie na tym tle, bo poprzednim razem wydarzyło się
to przy okazji sprawy związanej z synem posłanki Filiks. Niemniej
jednak tym razem prawica była jeszcze bardziej zajadła.
Argumentacja idzie mniej więcej tak: jak to jest, że o
krzywdzeniu dzieci przez duchownych media mówiły i pisały tak
dużo, a o tych przypadkach nie aż tak dużo. Bonusową narracją
jest ta, z której wynika, że media to w ogóle ZA DUŻO pisały i
opowiadały o „problemach” Kościoła. I to jest chyba tak, że
prawica na serio nie rozumie czemu media poruszały te tematy. Dla
nich to jest dowód na to, że Kościół jest prześladowany.
Wiecie, spisek lewacki/etc. Ci ludzie w ogóle nie przyswajają tego,
że większym problemem Kościoła niż to, że jego funkcjonariusze
krzywdzili dzieci (choć już samo w sobie jest to dyskwalifikujące
w przypadku organizacji, która rzekomo ma stać na straży
sprawiedliwości społecznej/etc./etc). było to, że robili to za
cichym przyzwoleniem organizacji, do której należeli. Aczkolwiek to
„ciche przyzwolenie” to jednak niedopowiedzenie, bo Kościół
dwoił się i troił, byle tylko sprawcy wiadomych czynów nie
ponieśli żadnych konsekwencji. Czasami kończyło się to
spektakularnymi „przypałami” (wiem, że to nie jest adekwatne
określenie, ale musi wystarczyć), gdy ktoś taki, wysłany za
granicę, co za szok, robił dokładnie to samo, co w Polsce i zajęły
się nim organy ścigania innego kraju.
Co się zaś
tyczy organów ścigania, to pozwólcie, że zafunduję wam
eksperyment myślowy: wyobraźcie sobie, co by było, gdyby sprawa
tego typa z Kłodzka (i jego żony) została umorzona przez
prokuraturę, a prokurator nadzorujący pracę „umarzaczy”
wyszedł był przed kamery i opowiadał o tym, że w sumie to nic się
nie stało, bo ten typ był po prostu energoterapeutą. Śmiem
twierdzić, że oburzenie (całkiem słuszne) byłoby gigantyczne.
Prawica zaś (również, całkiem słusznie) opowiadałaby o tym, że
jest to dowód na to, że wymiar sprawiedliwości pewnych ludzi nie
chce ścigać, zaś prokurator, który opowiadałby idiotyzmy o
energoterapii zostałby odsądzony od czci i wiary. Zapewne część
z was w trakcie czytania tego wywodu zorientowała się, że to nie
jest żaden eksperyment myślowy. To była parafraza tego, co pewien
znany prokurator mówił o księdzu z Tylawy. Prawica była na niego
tak bardzo oburzona, że nie przeszkadzało jej to, że jest w jej
ukochanej partii. Nie przeszkadzało jej również to, że prokurator
ów został sędzią Trybunału Przyłębskiego.
Żeby
nie przedłużać: owszem, media dużo uwagi poświęcały temu, co
robił Kościół. Tyle, że działo się to dlatego, że
kontaktowały się z nimi ofiary (albo rodziny ofiar), które w ten
sposób domagały się sprawiedliwości. Gdyby zabłądziła tu jakaś
osoba w kryzysie prawicowym i chciała na ten temat dyskutować,
napisze jedynie, że moim skromnym zdaniem wyrok 25 lat jest nieco
bardziej dotkliwy od wysłania sprawcy do innego miasta i skłonienie
ofiary (bądź jej rodziny) do tego, żeby nie opowiadała o tym, co
się stało.
UWAGA! Ściana Tekstu Sponsorowana Przez Suwerena!
https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty
Skoro jesteśmy przy pawicy, to warto się
pochylić nad tym, jak skutecznie prawica dezinformuje swój
elektorat. W Warszawie spłonął krzyż, będący pamiątką wizyty
Karola Wojtyły w 1979 roku. Służby ustaliły, że do pożaru
przyczyniły się znicze stojące pod tymże krzyżem. Tyle, że
ustalenia te nie miały żadnego znaczenia, bo prawica praktycznie od
razu wrzuciła w przestrzeń publiczną dezinformację o tym, że
krzyż na bank został podpalony. Przysłowiową cebulą na torcie
było to, że sam Antoni Wielki Analityk Macierewicz dowodził we
wpisie na Eloneksie, że krzyż został podpalony. Ciekaw jestem, czy
zaproponuje utworzenie komisji mającej to wyjaśnić i czy poprosi o
drugi taki sam krzyż, który jego komisja będzie mogła rozwalić.
I wiecie, my się możemy z tego śmiać, ale prawda jest taka, że
dla partyjnego betonu narracja o podpalonym krzyżu stała się
prawdą objawioną w momencie, w którym prawicowi politycy wrzucili
ją do debaty publicznej.
Kolejny temat będzie dość
krótki, albowiem odpowiedź na pytanie „jak do tego doszło”
jest odpowiedzią na pytanie postawione przez jednego z wieszczy:
„skąd wzięła się woda na terenach zalewowych?”. Chodzi, rzecz
jasna, o sprawę Zondacrypto. Przyznam się wam szczerze, że
nieszczególnie się interesowałem tą, ahem, „giełdą” i
dopiero po tym, gdy się zaczęła zawalać, ktoś wrzucił w
internety podsumowanie tego skąd się owa, ahem „giełda” wzięła
i prawda jest taka, że to się nie mogło inaczej skończyć.
Z jednej strony, trochę mi szkoda
ludzi, którzy potrafili tam wtopić oszczędności całego życia (a
takich pewnie nie brakowało), ale z drugiej strony: SERIO? Wkładać
gdzieś kupę kasy i nie interesować się tym, co to właściwie za
organizacja i jaką ma historię? Gwoli ścisłości, przeprowadzono
sondaż, z którego wynikło, że 82% respondentów (niezależnie od
poglądów politycznych) uznało, że państwo nie powinno pomagać
osobom poszkodowanym przez Zondacrypto i co prawda jest to sondaż
IBRISu (a to oni przed pierwszą turą prognozowali, że Trzaskowski
rozjedzie Batyra 60:40 w drugiej turze), ale wydaje mi się, że tym
razem im się udało dobrze wysondażować wyniki.
Nawiasem
mówiąc, dopiero z artykułu z OKO Press dowiedziałem się, że w
latach 2019-2025 prokuratura wszczynała ponad 16.000 (słownie
szesnaście tysięcy) postępowań po zgłoszeniach ludzi
poszkodowanych przez różne wały na rynku krypto. Poszkodowanych
zaś było prawie 58 tysięcy osób (ich straty wynosiły w sumie 2.3
miliarda złotych). Wspominam o tym dlatego, że tych poszkodowanych
było i jest od cholery i jeszcze trochę. I ja wiem, że pewnie
część z nich się tym nie chwali, ale wydaje mi się, że
wystarczająco dużo z nich opowiedziało o tym, co się stało.
Zmierzam do tego, że to jest ten moment, w którym osoby w kryzysie
mentzenizmu powinny powiedzieć Volenti non fit iniuria.
Rzecz jasna, w całej tej sprawie związanej z Zondacrypto
nie mogło zabraknąć wątku humorystycznego. Wątkiem tym jest
fakt, że prawica, ta sama, której nie przeszkadzało uczestnictwo w
CPACu sponsorowanym przez Zondacrypto i fakt frenetycznego
reklamowania jej w TV Republice, teraz nagle usiłuje przypiąć tę
aferę do Donalda Tuska. I znowuż, beton partyjny na pewno w to
uwierzy. Tenże sam beton nie będzie miał choćby minimalnego
dysonansu poznawczego. Może i republika reklamowała Zondacrypto,
może i CPAC był sponsorowany przez tę, ahem, „giełdę”, może
i prawica non stop głosowała przeciwko wprowadzeniu regulacji w
kwestii krypto i może i Batyr dwa razy zawetował ustawę w tej
sprawie, ale to jest afera Tuska i obecnej koalicji rządzącej, więc
japa tam.
Na koniec zostały nam dwie sprawy. Jedna
dość przykra, druga zaś (gdyby nie kontekst) byłaby zabawna).
Zacznijmy od tej pierwszej, czyli od śmierci posła Nowej Lewicy,
Łukasza Litewki, który zginął w wypadku (jechał rowerem i został
potrącony przez samochód). Praktycznie zaraz po jego śmieci
zaczęły się pojawiać teorie spiskowe (tak, to jest drugi temat,
którego nie będę źródłować). Punktem wyjścia było to, że
poseł ów nie tyle zginął w wypadku, co został zamordowany. To
był, rzecz jasna, punkt wyjścia, bo potem te same środowiska
(liczba mnoga, bo tym razem to nie była sama prawica) zaczęły
„ustalać” co mogło być przyczyną, dla której ów poseł
został zamordowany.
I muszę przyznać, że choć o naszej
prawicy zdanie mam jak najgorsze, to jednak jest to nowy poziom braku
RiGCzu. Dorota Kania wrzuciła na swoje konto na Eloneksie screen z
wpisem Łukasza Litewki i napisała, że ona w sumie dopiero teraz
zobaczyła jego wpis o (werble) Kłodzku. Dorota Kania doskonale wie,
kim są jej odbiorcy, bo ten sygnał im całkowicie wystarczył i w
komentarzach pod wpisem można było przeczytać, że tak, no pewnie,
że go za to zabili, bo był dla nich „problematyczny”.
Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że, owszem, Łukasz
Litewka popełnił wpis na temat tego, co stało się w Kłodzku i
ten wpis miał duże zasięgi, ale warto wspomnieć o tym, że ów
wpis popełnił dwa dni po tym, jak o sprawie zrobiło się głośno.
Tym samym nie ma mowy o tym, że on coś „ujawnił”, albo że
napisał coś, co się mogło „nie spodobać”.
Naturalną
konsekwencją takiej strategii narracyjnej było to, że praktycznie
zaraz potem konta, które wcześniej pisały o tym, że one to w
sumie bardziej Rosjan niż Ukraińców lubią zaczęły tłumaczyć,
że policja zaciera ślady w sprawie śmierci Łukasza Litewki.
Dowodem miało być, na ten przykład, zdjęcie, na którym policjant
przestawiał rower Litewki. Jakiemu państwu bardzo zależy na tym,
żeby Polacy nie ufali polskim służbom i wymiarowi sprawiedliwości?
Nie wiem, ale się domyślam.
No dobrze, było straszno,
a teraz będzie śmieszno (ten konkretny fragment Przeglądu
sponsorowany jest przez słowo „cringe”). Jedną z głównych
„osi” wizerunkowych obecnego prezydenta RP jest to, że chłop
jest silny i sprawny fizycznie. No i faktycznie tego jednego nie
można mu odmówić (za to można i trzeba odmówić mu znacznie
więcej cech, które w kontekście pełnionej przez niego funkcji są
raczej kluczowe).
No dobrze, ale o czym właściwie
będzie? Zacznę niejako od końca, ale wpierw kontekst: co prawda
na siłowniach wiele się zmieniło w przeciągu ostatnich 25 lat i
przekrój demograficzny zmienił się radykalnie, to jednak nadal na
siłowniach można trafić na typów, którzy po pierwsze, robią
wszystko, żeby pokazać, że są lepsi od innych (nierzadko kończy
się to naderwanymi mięśniami, tudzież innymi kontuzjami), a po
drugie lubią zmyślać. I to jest w sumie dość zabawne, bo
literalnie każdy, kto ma trochę doświadczenia z dźwiganiem
ciężarów jest w stanie rozpoznać, kiedy ktoś inny - kogo kojarzą
z siłowni i wiedzą jakimi ciężarami zazwyczaj macha - ściemnia
(i to jest wzgórze, na którym jestem gotów zginąć).
I
jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby na siłowni ktoś
zaczął opowiadać historie o tym, jak to kiedyś wyciskał na
płaskiej ławce tyle, a tyle kg, a potem dodał, że co prawda teraz
jest o prawie 20kg lżejszy niż wcześniej, ale na płaskiej ławce
wyciska praktycznie tyle samo, to taki ktoś zostałby zabity
śmiechem. Pozwolę sobie w tym miejscu coś doprecyzować: to by
było możliwe, ale tylko i wyłącznie w sytuacji, w której
opowiadający byłby „na igle”, bo wtedy takie cuda jak redukcja
masy mięśniowej połączona z utrzymaniem siły są jak najbardziej
możliwe.
Czemu o tym wspominam? Ano temu, że właśnie
taką narrację usiłuje nam sprzedać obecny prezydent RP wraz ze
swoim medialnym otoczeniem. I to jest obiektywnie zabawne, bo nawet
gdyby prezydent wyciskał na tej nieszczęsnej płaskiej ławce w
serii „tylko” 100kg, to to i tak jest dobry wynik. Ale nie,
trzeba się legendować. W trakcie kampanii sam opowiadał o tym
(zapytany o swojego maksa), że kiedyś to 152,5kg wyciskał, ale
teraz waży mniej, a co za tym idzie, wyciska na płaskiej mniej kg.
Teraz zaś narracja się zmieniła i z bardzo konkretnego ciężaru
(co nie jest niczym dziwnym, bo każdy, kto chodził ileś tam lat na
siłownie pamięta swoje „maksy”) zrobiło się (w rozmowie w
Kanale Zero) „ponad 150 kg”. Potem zaś nastąpił rant na temat
tego ile to on teraz podnosi. Przyznam szczerze, że nigdy nie
myślałem o tym, że będę się pochylał nad tym ile dany polityk
wyciska na płaskiej ławce, and yet here we are.
A
najbardziej bawi mnie w tym wszystkim to, że jego, że tak to ujmę,
grupa docelowa, czyli kibole muszą być świadomi tego, że Batyr
opowiada bzdury. Kto jak kto, ale ziomeczki, które spędzają bardzo
dużo czasu na siłkach muszą sobie z tego zdawać sprawę. Ale tak,
jak polska prawica nie jest w stanie powiedzieć kilku słów prawdy
na temat Trumpa, tak żelazny elektorat Batyra nie jest w stanie
publicznie przyznać, że ich „wybraniec” ściemnia.
Niestety
nie możemy jeszcze zatrzymać karuzeli śmiechu, bo w tej samej
rozmowie na „Kanale Zero” Nawrocki powiedział, że jakby co, to
on udowodni, że tyle podnosi, ale on nie wie kiedy, bo jest
prezydentem i z czasem u niego ciężko. I znowuż to, co tu napiszę,
to nie będzie żadna prawda objawiona: jeżeli ktoś wie, że jest w
stanie podnieść jakiś ciężar, to tak na dobrą sprawę
potrzebuje rozgrzewki (w tym „dogrzania się” mniejszymi
ciężarami) i to wystarczy, żeby podnieść ten ciężar bez ryzyka
kontuzji. Po co więc Batyr kupuje sobie więcej czasu? Ujmę to w
sposób, który nie narazi mnie na odpowiedzialność karną z
artykułu 135. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, napisałbym, że
żeby podnieść ten ciężar taka osoba zapewne skończy „na
igle”. Ponieważ chodzi o Prezydenta RP (again, nadal ciężko mi
uwierzyć w to, że poruszam ten temat), napiszę jedynie tyle, że
na filmiku, który wrzucił u siebie Pudzian widać, że Batyra
prawie „zgniótł” ciężar pomiędzy 100 a 120 kg (ciężko
dokładnie ocenić, ale to było mniej więcej tyle). A skąd wiem,
że go zgniótł? Ano stąd, że jeżeli ktoś wyciska jakiś ciężar
na płaskiej i nagle podrywa tyłek z ławki, to znaczy, że to już
nie jest wyciskanie, „ale walka o życie”.
Ja już to
zwerbalizowałem w ramach podkastu, ale teraz to napiszę: niechże
ten Batyr zajmie się sportem zawodowo, bo po pierwsze, obecna
funkcja go przerasta na wielu płaszczyznach (i zdarza się mu
wetować ustawy, których treści nie zna), a po drugie, gdy się już
zajmie tym sportem, to ja nie będę musiał się zajmować jego
realnymi bądź też wyimaginowanymi osiągnięciami na siłowni.
I
tym, nie wiadomo jakim akcentem zakończę niniejszy Przegląd.
Źródła:
https://www.bbc.com/polska/articles/c78rje19ynyo
https://www.politico.eu/article/serbia-duro-jovanic-ukraine-explosives-pipeline-hungary-election/
https://wyborcza.pl/7,75398,32723990,konfederaci-wspierali-orbana-teraz-sie-dystansuja-mowia-ze.html
https://www.prawo.pl/prawnicy-sady/kaczynski-wazny-prawnik-pracuje-nad-traktatami-dla-ue,66659.html
https://x.com/jakubwiech/status/2047366412939784537
https://oko.press/tsue-transkrypcja-malzenstw-urzednicy-w-gotowosci-na-drodze-minister
https://oko.press/sprawa-pedofila-z-klodzka-i-prawicowa-pornografia-zbrodni
https://x.com/Macierewicz_A/status/2041096883800600967
https://dorzeczy.pl/kraj/869983/nawrocki-trenowal-z-pudzianowskim-ma-charakter-chlop.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz