czwartek, 17 września 2015

Nadwiślańska histeria z uchodźcami w tle

Zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle poruszać na blogu problematykę związaną z uchodźcami. A dumałem nad tym, bo temat ten zdominował debatę publiczną w Polsce do tego stopnia, że zacząłem omijać szerokim łukiem jakiekolwiek newsy dotyczące uchodźców. Newsów tych jest od cholery, bo nasze ukochane media potrafią rozpoznać złotą żyłę klikalności i syryjscy uchodźcy stali się nową „małą Madzią”, a mediom (choć tym razem głównie prawicowym) udało się wywołać histerię o gargantuicznym wręcz zasięgu. Ludzie, którzy na co dzień nie mają problemów z prawidłową oceną zawartości prawicowych mediów i portali takich jak „W Polityce”, „Niezależna”, „Fronda” albo fanpejdży, które „bronią polski przed islamizacją”, nagle zaczęli tym mediom/portalom/fanpejdżom bezgranicznie ufać. Kiedy prawicowe media straszą genderem, edukacją seksualną, związkami partnerskimi, Robertem Biedroniem, in vitro, pigułką „dzień po”, laicyzacją/etc., mało kto (poza wyznawcami tychże mediów) traktuje ten przekaz poważnie. Wystarczy jednakże, że te same media napiszą artykuł o „zagrożeniu islamem” (i opatrzą artykuł zdjęciem jakichś rozwrzeszczanych fanatyków islamskich, którzy domagają się wprowadzenia szariatu „wszędzie”) i ludzie nagle zapominają o tym, że autorami artykułów są ci sami mistrzowie bajeru, którzy kilka tygodni temu straszyli nas „homoterroryzmem”. A wszystko dlatego, że Polska ma przyjmować uchodźców z Syrii. To mniej więcej tak, jakbyśmy nagle zdecydowali, że warto kupić używany samochód od kogoś, o kim wiemy, że sprzedaje ludziom sprowadzone z zachodu trumny na kółkach (które „naprawiano” za pomocą strategicznych ilości szpachli).


Polskie władze istnieją tylko teoretycznie



Polityka informacyjna, którą (w temacie uchodźców) prowadzą polskie władze, nie pozostawia złudzeń co do tego, że najważniejsze stanowiska w Polsce (prezydent, premier) zajmują obecnie osoby, które się do tego absolutnie nie nadają. Innymi słowy, w teorii mamy władzę (Andrzej Duda i Ewa Kopacz), a w praktyce mamy do czynienia z dwójką szeregowych działaczy partyjnych, których przerosła sytuacja. Bonusem jest aspirująca do roli premiera Beata Szydło (osoba o kwalifikacjach kończących się na pakowaniu Jarosławowi Kaczyńskiemu zakupów do siatek [chodzi o sławetne zakupy, w trakcie których padło hasło „Biedronka to sklep dla najbiedniejszych]), która co prawda nie ma pojęcia o co chodzi z tymi uchodźcami, ale za to proponuje „rozwiązania systemowe” (bo co prawda mogła powiedzieć „nie mam zdania na ten temat, bo brakuje mi informacji”, ale lepiej udawać człowieka renesansu i rzucić dziennikarzom „rozwiązania systemowe”, target i tak przecież kupi).


O co mi tak właściwie chodzi? O to, że nikt w Polsce (z władzami na czele) nie ma pojęcia o tym, ilu uchodźców mielibyśmy przyjąć. Ewa Kopacz twierdziła, że 2 tysiące w przeciągu dwóch lat (gwoli wyjaśnienia – już ta gargantuiczna wręcz liczba wywołała histerie w naszym kraju). Następnie Beata Szydło zarzuciła Ewie Kopacz, że ta druga się nie zna, bo Beata Szydło wie, że tych uchodźców będzie 10 tysięcy! Potem Janusze statystyki wymyśliły, że skoro ma ich być 10 tysięcy, a każdy uchodźca ściąga do „kraju docelowego” przeciętnie 7 członków swojej rodziny, to tych uchodźców będzie 80 tysięcy! A na czele stawki mamy Prezydenta Andrzeja Dudę, który strofował Niemców twierdząc, że Polski nie stać na przyjmowanie tysięcy uchodźców.


Podsumowując – premier mojego kraju twierdzi (bez przekonania), że uchodźców ma być 2 tysiące, kandydatka na premiera twierdzi, że co najmniej 5 razy więcej, a prezydent w ogóle nic nie wie, ale twierdzi, że to i tak za dużo i nas nie stać. Nikt nic nie wie, ale wszyscy drą na siebie ryje. W trakcie pisania niniejszej notki okazało się, że uchodźców ma być 12 tysięcy, ale to też nie jest pewne, bo póki co to jest to propozycja Komisji Europejskiej. Być może warto by było, aby nasi rządzący (Ewa i Andrzej) dowiedzieli się z jakiegoś wiarygodnego źródła ilu faktycznie ma być tych uchodźców, zanim zaczną się naparzać w mediach?


Durne lewaki nie rozumiom zagrożenia!!11



Nasza ukochana ksenofobiczna prawica (do tej pory zajmująca się hejtowaniem Żydów, których w Polsce praktycznie nie ma) liczyła na to, że linia podziału społeczeństwa (kto „za”, a kto „przeciw” uchodźcom) będzie przebiegać tak, jak wszelkie inne spory „światopoglądowe” (aborcja, in vitro, antykoncepcja, gender etc.). Dlatego też już na samym początku umainstreamowienia się tematu uchodźców, zaczęli budować narrację „my, prawicowcy, jesteśmy świadomi zagrożenia, jakie stanowią uchodźcy! Każdy, kto nas krytykuje to durny lewak!”.Bardzo szybko okazało się, że te prognozy były cholernie chybione. Z jednej strony mamy bowiem lewicowców, którzy obawiając się fanatyków islamskich, chcą maszerować ramię w ramię z ONR-owcami


Młodzi Polacy debatują nad problemem syryjskich uchodźców


(ci sami lewicowcy zaspamowują internety grafikami pochodzącymi z tak wiarygodnych fanpejdży jak np. „Marsz Niepodległości”), z drugiej zaś strony mamy papieża Franciszka, który wezwał do udzielania pomocy uchodźcom (zrobiło to też kilku polskich biskupów). Innymi słowy, klasyczna linia podziału: kościelna prawica vs lewica światopoglądowa (wiem, że generalizuję, bo prawicy sprzeciwia się nie tylko lewica światopoglądowa, ale dla prawicowca każdy, kto myśli inaczej to „lewak”, więc czuję się usprawiedliwiony) poszła się kochać. Zapewne najbardziej prawicę boli ten „lewacki papież”, bo co prawda mogą się z nim nie zgadzać i dawać temu wyraz publicznie, ale tym samym utrudniają sobie życie. Bo następnym razem, gdy prawica użyje argumentu „bo papież tak powiedział” (w temacie in vitro, aborcji etc.) - ktoś może odpowiedzieć „a od kiedy to słuchacie papieża?”.


Prawica zarzuca wszystkim dookoła, że „nie widzą zagrożenia związanego z przyjmowaniem uchodźców”. Choć to nie do końca tak- zdaniem prawicowców każdy, kto nie jest przeciwny przyjmowaniu uchodźców (których prawica nazywa imigrantami ekonomicznymi, bo imigrantów łatwiej hejtować), przykłada rękę do upadku Europy. Jest coś pociesznego w tym, że ludzie pokroju Łukasza Warzechy, Rafała Ziemkiewicza (itd., itd.,  bo lista „niepokornych” jest długa) pouczają papieża (który, jakby nie patrzeć, jest szefem konkurencyjnego [do islamu] korpo i musi być zorientowany w tematach tarć międzyreligijnych) w kwestii tego, że uchodźcy stanowią zagrożenie dla Kościoła. Równie urzekające są połajanki tych samych jegomościów, skierowane w stronę przywódców państw, w których dochodziło do zamachów terrorystycznych (na tle religijnym). Wydaje mi się, że jeśli ktokolwiek miałby mieć pojęcie o tym, jakie zagrożenie mogą stanowić fundamentaliści islamscy, to właśnie przywódcy Europy Zachodniej, a nie jacyś podtatusiali „redaktorzy”, którym słowo „research” kojarzy się z jakimś mało znanym gatunkiem drzewa.


Co się zaś tyczy samych zagrożeń. Te zagrożenia istnieją, ale nie tam gdzie dopatrują się ich prawicowcy (w dalszej części notki odniosę się do prawicowych fantasmagorii, które udzieliły się sporej części społeczeństwa). Zagrożeniem jest to, że nikt tak do końca nie wie, ilu uchodźców przyjmiemy. I nie, nie chodzi mi o to, że będzie ich pierdyliard i nas zjedzą, ale o to, że geniusz logistyczny naszych rządzących, który zawiera się w maksymie „jakoś to będzie”, może sprawić, że będziemy średnio przygotowani na uchodźców, kiedy już do nas dotrą i uchodźcy nie będą się mieli gdzie podziać. Drugim problemem jest to, że nie wiadomo, jak przebiegnie proces asymilacji. Jeśli za uchodźcami będzie chodzić łyse wyjące bydło, które będzie się darło „wasze miejsce jest w komorach gazowych” (w wersji mniej hardkorowej – chłopcy w kominiarkach będą rzucać w uchodźców świńskimi łbami) - ci ludzie mogą mieć problem z polubieniem Polaków i z chęciami do asymilowania się z nami. Tego, że zaleją nas imigranci ekonomiczni, jakoś tak niespecjalnie się boję, bo niby czego by tu mieli szukać? Bezrobocia bez prawa do zasiłku? Wyemigrują gdzieś na zachód. Będąc przy okazji imigrantów ekonomicznych warto zauważyć, że prawica (i ludzie, którzy uwierzyli w jej brednie) zapadła na skrajny przypadek dwójmyślenia. Z jednej bowiem strony mają pretensje do uchodźców za to, że do nas przyjechali, a z drugiej oburzają się na syryjską rodzinę, która wyjechała z Polski do Niemiec. Przyznam szczerze, że nie bardzo rozumiem o co chodzi ludziom, którzy chcą zrobić wszystko, żebyśmy nie przyjmowali uchodźców i jednocześnie hejtują tych uchodźców/imigrantów, którzy wyjeżdżają od nas na zachód.


Polskę zaleje islamski terror



Do tej pory prawicowi moderatorzy strach mieli problem ze wstrzeleniem się z retoryką „zagrożenia terroryzmem”. Przyczyna tego stanu była banalnie prosta – fundamentaliści islamscy (nie tylko ci z ISIS) dokonują zamachów/mordów na tle religijnym, ale to wszystko dzieje się „nie w Polsce” (nad czym polska prawica zapewne ubolewa). News o tym, że Polska przyjmie syryjskich uchodźców sprawił, że prawica złapała wiatr w żagle, bo prawica WRESZCIE mogła pokazać palcem i zakrzyknąć „patrzcie na nich! To oni nam tu zaraz ISIS zrobią i będzie terror, zobaczycie!”.


Prawicowa narracja „będzie terror zobaczycie” opiera się na doświadczeniach krajów Europy Zachodniej (w krajach której islamscy fundamentaliści nie raz pokazali co potrafią). Innymi słowy– zamiast na serio zastanowić się nad tym, czy przyjęcie uchodźców (nawet gdyby miało być ich 80 tysięcy) może stanowić „zagrożenie terrorystyczne”, prawicowi quasi-publicyści autorytarnie orzekli, że owszem, stanowi dlatego, że na zachodzie tak się dzieje i każdy, kto twierdzi, że u nas będzie inaczej, jest durnym lewakiem. O takim drobnym szczególe jak „demografia” prawicowi tytani intelektu zapominają. I nie widzą nic zdrożnego w porównywaniu Polski (czyli kraju, w którym według statystyk mamy +/- 5.000 muzułmanów) do krajów takich jak Francja (+/- 5.000.000 muzułmanów) i Anglia (+/- 2.500.000 muzułmanów). Po co przytoczyłem te liczby? Z bardzo prostego powodu- nie da się zakamuflować siatki agenturalnej (a tak działają współczesne organizacje terrorystyczne) w kraju, w którym „agent” będzie się wyróżniał na każdej ulicy.


Poza tym, nie bardzo widzę przyczynę, dla której ISIS (albo jakakolwiek organizacja zrzeszająca muzułmańskich terrorystów) miałaby akurat teraz zechcieć dokonywać u nas zamachów terrorystycznych. Swego czasu podpadliśmy Al-Kaidzie (Afganistan, Irak, „wojna z terroryzmem”, czy te nazwy komuś coś jeszcze mówią?) i już wtedy straszono nas tym, że „będą zamachy”. Być może ktoś podniesie argument „no dobrze, ale wtedy nie było u nas muzułmanów, a teraz nadchodzą!”. W teorii, jest to argument celny (no bo skoro nie było u nas muzułmanów, to i terroryści nie mieli się skąd wziąć), ale w praktyce jest to bezsens. Dlaczego? Dlatego, że od dłuższego czasu siedzimy wszyscy w strefie Schengen i gdyby muzułmańskim terrorystom naprawdę zależało na tym, żeby nas „ukarać w imieniu Allaha etc.”, to przyjechaliby z Europy Zachodniej. Z tej samej Europy Zachodniej, która (przynajmniej według prawicowych mendiów) już praktycznie zmieniła się w Kalifat. No bo tak na chłopski rozum – jak łatwiej przemycić do nas terrorystę? Ze strefy Schengen, czy też z Syrii  (terrorysta musi przejść cały „szlak” uchodźców, a potem starać się o azyl)?


Po co więc straszyć kogokolwiek islamskim terrorem? Bo to się dobrze sprzedaje. Bo można na tym sporo zarobić (pisząc w różnych szmatławcach brednie na temat tego, co to nam zrobią terroryści z ISIS i jak bardzo będą nam ucinać głowy). Poza tym, prawica (która przoduje w hejtowaniu uchodźców) od bardzo dawna istnieje w Polsce jedynie na zasadzie „sprzeciwiania się” czemuś i straszenia czymś. Wcześniej byli to geje, edukacja seksualna, gender, itd., a teraz trafiło na uchodźców, „bo islam”. Gdyby prawica faktycznie obawiała się zamachów terrorystycznych, to domagano by się zamknięcia granic DLA WSZYSTKICH uchodźców, nie tylko dla muzułmanów. Bo przecież tylko idiota nie wpadnie na to, że gdyby ISIS faktycznie zależało na organizowaniu zamachów terrorystycznych w Polsce,  to- CO ZA SZOK- terroryści islamscy mogliby udawać chrześcijan. Jeszcze niedawno redaktor Ziemkiewicz „żartował” sobie, że on by uchodźców witał wódką i słoniną i jak ktoś odmówi – to on by go nie wpuścił. Wypowiedź ta została od razu rozniesiona po twitterze i żadnemu ludkowi podnieconemu „Ziemkiewiczowską przenikliwością” nie przyszło do głowy, że RAZ zrobił z nich idiotów. Nikt jakoś nie pomyślał o tym, że gdyby RAZ faktycznie trafił na jakiegoś rzeźnika z ISIS, to rzeźnik przyjąłby poczęstunek, a po jakimś czasie go namierzył i poderżnął mu gardło za to, że musiał ów poczęstunek przyjąć. Z prawicą i straszeniem „terroryzmem” jest tak jak z prawicą i straszeniem straszliwymi służbami specjalnymi, które „szaleją w Polsce”. I żaden z wyznawców Pierwszego Strzałowego Rzeczypospolitej (Gmyza), albo najbardziej rozpoznawalnego rolnika Rzeczypospolitej (Ziemkiewicza) nie zacznie się zastanawiać nad tym, „jak to jest, że te mocarne służby specjalne potrafiły zabić Kulczyka, a nie potrafią uciszyć kilku rozdartych pajaców, którzy non stop o nich piszą?”


Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu przypomnieć, że ludzie, którzy teraz najgłośniej „ostrzegają przed terroryzmem”, nie mogli się zdobyć na jednoznacznie potępienie rzezi w redakcji Charlie Hebdo (więcej napisałem o tym tutaj). Nie mogli się na to zdobyć dlatego, że rysownicy z tej redakcji żartowali sobie nie tylko z islamu, ale również z chrześcijaństwa. Gdyby redakcja ChH śmiała się jedynie z Islamu – pomordowanych uznano by za męczenników w walce z Islamskim fundamentalizmem. Ponieważ jednak śmiali się również z trójcy świętej – mieli za swoje. Przypominam o tym po to, żeby pokazać, że w prawicowej optyce terroryzm terroryzmowi nierówny. Gdyby w Polsce islamscy fundamentaliści wysadzili w powietrze redakcję Urbanowego „NIE” - prawica uznałaby to za karę niebios. Gdyby zaś redaktor Ziemkiewicz potknął się na schodach przechodząc obok muzułmanina – potraktowano by to jako zamach terrorystyczny, porównywalny z atakiem na WTC.


Islamizacja Polski!



Jednym z najgłupszych tekstów, którymi nasza pszenno-buraczana prawica straszy zwykłych obywateli, jest ten o „nadchodzącej islamizacji Polski”. Według prawicowych wieszczów, jeśli wpuścimy do Polski muzułmańskich uchodźców, to za kilka lat wszystkie kobiety będą musiały zasłaniać twarze, a islam będzie religią państwową (Polska zaś zmieni się w kalifat). Jednego tylko w tych wszystkich scenariuszach „islamizacji” brakuje. Czego? A mianowicie wyjaśnienia tego, w jaki sposób przyjęcie 10.000 uchodźców muzułmańskich  ma doprowadzić do „islamizacji Polski”. W Polsce mamy ponad 10.000 kościołów (budynków), grubo ponad 30.000 księży (nie chciało mi się sprawdzać ilu katechetów i ile zakonnic), ale mimo to przyjęcie 10.000 uchodźców (przy założeniu, że wszyscy uchodźcy będą muzułmanami) skończy się islamizacją! Zapewne prawica kombinuje tak: każdy z uchodźców zabije 3 księży, wysadzi się w powietrze razem z kościołem i wtedy wkroczą do akcji zamaskowani imamowie, którzy dokonają podstępnej islamizacji (której nie będzie się miał kto sprzeciwić). Brzmi to kretyńsko? Nie mniej kretyńsko, niż straszenie ludzi tym, że garstka uchodźców zamieni nam kraj w państwo wyznaniowe. Ludzie zaś w te brednie wierzą dlatego, że straszy się ich ISIS i zdjęciami rozwrzeszczanych fundamentalistów.


Straszenie „islamizacją” jest idiotyczne z jeszcze jednego powodu – Polska coraz bardziej się laicyzuje. Laicyzacja postępuje u nas co prawda dość wolno, ale nikt nie zaprzeczy temu, że takie zjawisko ma miejsce. Możemy więc uznać, że w Polsce mamy trochę ortodoksyjnych katolików, większość jest raczej „letnia” (i nie przejmuje się zaleceniami Episkopatu w sprawach światopoglądowych) , a trzecią grupą są niewierzący – którzy albo byli ateistami „od urodzenia”, albo też stali się nimi dzięki staraniom polskich duszpasterzy. Innymi słowy – mamy w Polsce wierzących, „średnio-wierzących” i ludzi, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z religią (jakąkolwiek). Czy ktoś mi może wyjaśnić, jak w takich warunkach islam, z religii wyznawanej przez garstkę ludzi, może się zmienić w religię dominującą? Ktoś może zapytać: „no ale co jeśli muzułmanów będzie coraz więcej?” Tedy odpowiadam: „więcej” nie wystarczy. Musiałoby być ich co najmniej kilka milionów (już dziś), żebyśmy mogli mówić o tym, że istnieje niewielkie ryzyko, by w przyszłości islam zdominował Polskę.


„Straszący islamizacją” w najmniejszym stopniu nie boją się islamu. Po co więc straszą Polaków nieistniejącym zagrożeniem? Z jednej strony chodzi o to, żeby zarobić na pisaniu bredni (tak samo, jak w przypadku straszenia „terroryzmem”), z drugiej zaś strony, jest to rozpaczliwa próba zatrzymania procesu laicyzacji. Bo jak inaczej można zrozumieć apele, według których „tylko chrześcijaństwo może nas obronić przed islamem”? A jeśli dodamy do tego „wrzutki” w rodzaju wypowiedzi Terlikowskiego, który na Twitterze napisał: „Info dla ateistów, co się cieszą z imigrantów. Za bycie chrześcijaninem płaci się, wedle szariatu, wyższe podatki, za ateizm jest śmierć”. To jest bardzo prosty przekaz: „jak przyjdzie islam to mniej prze***ne będziecie mieli jako chrześcijanie, niż jako niewierzący”, czyli „przyłącz się do naszego gangu, bo jeśli nie, to ten drugi gang Cię zabije”. Warto w tym miejscu zauważyć, że chrześcijanie, którzy nas pono mają „chronić przed islamem”, nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby protestować ramię w ramię z muzułmanami przeciwko legalizacji małżeństw jednopłciowych we Francji. W kontekście powyższego, przekaz płynący od Terlikowskich/etc., należałoby skorygować „przyłącz się do naszego gangu, albo zdepczemy Cię razem z tym drugim gangiem”.


Będzie więcej gwałtów!



Przyznać muszę, że o ile poprzednie „strachy”, o których pisałem, są po prostu głupie, to argument: „przyjdą muzułmanie – będzie więcej gwałtów, bo oni nie szanują kobiet”, uważam za najbardziej ohydny. Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie mam wątpliwości co do tego, w jaki sposób traktują kobiety fundamentaliści islamscy, nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że argumentum ad gwałtum straszy nas hołota, która na co dzień lży ofiary gwałtów, bagatelizuje gwałty i generalnie  obarcza kobietę prawie 100% odpowiedzialnością za gwałt. Na łamach mojego bloga sporo miejsca poświęciłem temu, jak bardzo w dupie ma ofiary gwałtu nasza ukochana prawica spod znaku krzyża: 

Narodowy młodzian w obronie gwałciciela

Piotr Strzembosz (na łamach "W Polityce") broni dobrego imienia gwałcicieli 

Dziennikarka opowiada o tym, jak to kobieta może (strojem) sprowokować gwałt 

Rafał Ziemkiewicz i jego wynurzenia o "wykorzystywaniu nietrzeźwej" 

Nieraz zdarzało mi się również poświęcić tej problematyce miejsce na fanpejdżu:
Fronda Lepperem internetu

Marsz Szmat jest zły bo Łukasz Warzecha tak mówi!

Ten pan zapomniał o tym, że "milczenie jest złotem"

Ex burmistrz radzi "jak uniknąć gwałtu"

Współczucie nowoczesnego Endeka

O tym dlaczego kobiety nie powinny wychodzić z domu

Wyrwany z kontekstu Korwin

Nowoczesny Endek w natarciu

Dzięki uprzejmości fanpejdża "Niższa Forma Człowieczeństwa"


I teraz mam uwierzyć w to, że ludzie, którzy na co dzień zajmują się medialnym „glanowaniem” ofiar gwałtów, nagle zaczęli się przejmować losem Polek? Mam uwierzyć w to, że wyznawcy tych ludzi, którzy każdy artykuł dotyczący przemocy wobec kobiet/gwałtu zarzygają nienawistnymi komentarzami (w rodzaju „po co tam szła”, „pewnie się ubrała jak dziwka”, „to jej wina, mogła z nim nie wychodzić z knajpy”, „skoro poszła z nim na piwo, to chyba wiedziała w co się pakuje”, itd., itd.), też nagle zaczęli się przejmować?


Gówno prawda.


Los kobiet jest im całkowicie obojętny. Oni nadal będą krytykować „dziwkę, która szukała przygód i teraz ma za swoje”, tyle że jednocześnie nie będą już tak wyrozumiali w stosunku do gwałciciela (o ile rzecz jasna sprawcą będzie muzułmanin, bo jeśli będzie nim „swojak”, to skupią się, jak zwykle, na hejtowaniu ofiary). O wiele bardziej wiarygodna byłaby nasza prawica, gdyby ogłosiła „tylko Polacy mają prawo do gwałcenia Polek!”- bo generalnie do tego sprowadza się ich „troska” o kobiety.


Dlaczego oni uciekają?! Powinni walczyć!



„Dlaczego młodzi mężczyźni uciekają z Syrii”, „nie powinniśmy przyjmować mężczyzn w wieku poborowym”, „powinni walczyć o swój kraj”, „tchórze, zostawiają rodziny i uciekają do Europy”. Takich komentarzy można znaleźć w cholerę. I wszystkie one pokazują dobitnie to, że jesteśmy pokoleniem czasu pokoju. I nie chodzi mi tu o jakieś konkretne pokolenie, ale o wszystkich ludzi, którzy z racji swojego wieku nie mają pojęcia o tym, jak wygląda wojna. Ja, z racji mojego wieku, wojnę znam głównie z opowiadań dziadków(owszem, literatury historycznej trochę liznąłem, ale nawet najbardziej drobiazgowo opisana książka nie umywa się do doświadczeń ludzi, którzy wojnę przeżyli).


Babcia opowiadała o tym, że jak się front przewalał przez ich miejscowość, to schronili się wraz z całą rodziną (i całą kupą innych ludzi) w piwnicach kościelnych – bo budynek był najsolidniejszy. Z tym, że po jakimś czasie zdecydowali, że tam nie wytrzymają (ze względu na brud, wszy, pluskwy etc.) i wrócili do domu. W tym samym dniu bomba lotnicza wyje**ła im wszystkie okna w domu. Brat babci zginął w trakcie nalotu. Najprawdopodobniej jeden z pilotów pomylił go z niemieckim żołnierzem (miał ubrania w kolorze przypominającym feldgrau). Ojciec babci zadarł kiedyś z folksdojczem i wezwano go „do Niemców” (nie pamiętam, czy to było gestapo, czy inna zaraza). Ponieważ takie „wezwanie” było praktycznie równoznaczne z wyrokiem śmierci – pradziadek zabrał ze sobą siekierę i powiedział rodzinie, że jeśli będą go chcieli zabić, to on pierwszemu rozwali łeb tą siekierą – a potem już go mogą zastrzelić. Niemcy byli trochę skonfundowani i zapytali pradziadka „po co mu ta siekiera”. Odparł „jestem stelmachem i to jest mój kawałek chleba, nigdzie bez niego nie chodzę”. Pogrozili mu i puścili do domu (zapewne jego zawód miał z tym wiele wspólnego – Niemcy z byle powodu fachowców nie zabijali). Rodzina babci zapytała kiedyś rosyjskiego żołnierza (bo rozlokowali ich po wsi w domach) o to, co się stało w Katyniu. Powiedział im tylko tyle, żeby żadnego innego Rosjanina o to nigdy nie pytali, bo to się „źle skończy”. Dziadek pod koniec działań wojennych (które się odbywały na terenie, na którym mieszkał), ukrywał się najpierw przed Niemcami (bo szukali mięsa armatniego), a potem przed „Ruskimi” (z tego samego powodu). Śpiąc po jakichś opuszczonych szopach/domach kilka razy prawie zamarzł.


Historii „wojennych”, które opowiadali mi dziadkowie było sporo (poza dziadkiem ze strony matki, który był AK-owcem. Zmarł jak miałem 5 lat, więc nie bardzo miałem okazję do słuchania jego opowieści). Były historie o ludziach, którzy zginęli przez lekkomyślność (bo rozbrajali granaty w domu, albo poszli popatrzeć na lecące samoloty), były historie o ludziach, którzy zginęli przez przypadek (tak jak brat babci), były historie o ludziach, którzy uciekli zagranicę, o człowieku, któremu „odbiło” i wymordował całą swoją rodzinę (za co został rozstrzelany przez Niemców). Każdy człowiek, który przeżył wojnę – mógłby opowiedzieć mnóstwo takich historii. Niestety, wraz z upływającym czasem, ludzi którzy mogliby nam opowiedzieć o wojnie własnymi słowami jest coraz mniej. Niestety, albowiem bez nich dyskurs „wojenny” zostanie zawłaszczony przez ignorantów, którym wydaje się, że wojna to w sumie nic strasznego. No postrzelały sobie trochę jakieś armie, ludzi trochę zginęło, ale to chyba nie mogło być jakoś specjalnie straszne skoro tylu ludzi ją przeżyło? W prawicowej hurrapatriotycznej retoryce wojna to takie zjawisko, w trakcie którego bohaterowie mogą się wykazać. A że cywile giną? Oj tam oj tam.


Krytykowanie ludzi za to, że uciekają z kraju ogarniętego wojną jest tak idiotyczne, że ciężko to jakoś skomentować. To nie jest tak, że ci uchodźcy mieszkali sobie w domach, wychodzili do pracy, żyli sobie normalnie i w pewnym momencie uznali „je**ć to, jedziemy do Europy, bo tam socjal!”. I nikogo nie obchodzi to, że ci ludzie uciekają przed bombami, które lecą im na głowy.


Nie można również pominąć polskich bohaterów, którzy odważnie wzywają Syryjczyków do tego, by ci umierali na wojnie (bo są „w wieku poborowym”). Bo do tego się sprowadzają komentarze „oni powinni walczyć”. Co prawda nie wiadomo z kim (z Assadem? Z ISIS?), ale powinni walczyć. Choć może nie tyle walczyć, co ginąć na wojnie, bo jak zginą to przynajmniej nam „zalewu islamskiego” nie zrobią (i będziemy mogli o nich szybko zapomnieć). Nie jestem, co prawda, specjalistą ds. wojskowości, ale wiem, że samo „bycie w wieku poborowym” nie czyni z kogoś żołnierza. Cywil nie ma szans na wojnie, nawet jeśli da się mu karabin i powie, w którą stronę ma strzelać (nie, młodzi syryjczycy nie mogli by liczyć na sensowne przeszkolenie, które dałoby im szanse na przeżycie potyczek z wyszkolonymi żołnierzami z ISIS, bądź też Assada) . Gwoli wyjaśnienia – nie można mieć pretensji do naszej prawicy (bo to od niej wyszła narracja „Tchórze! Czemu nie walczą?!”) o to, że wypisuje bzdury. Nie można wymagać zbyt wiele od ludzi, którzy utrzymują, że w razie wojny Polski z Rosją dałoby się zatrzymać wojska Rosyjskie za pomocą „walk ulicznych”, które prowadziliby dozbrojeni przez wojsko kibole (Oczyma wyobraźni widzę kiboli strzelających z kałasznikowów i pistoletów do wozów opancerzonych, czołgów, zestawów przeciwlotniczych i rosyjskiego lotnictwa).


Mamy więc do czynienia z niezwykle interesującą sytuacją, w której ludzie nie mający pojęcia o tym, jak wygląda wojna i o tym, że w dzisiejszych czasach „cywil z karabinem” to mięso armatnie, które dobrze wytrenowany żołnierz zabije i nawet nie skoczy mu ciśnienie, dzielą się za sprawą internetu mądrościami na temat tego, co powinni zrobić Syryjczycy. Nieco śmiesznie wygląda to „poganianie” Syryjczyków, żeby „szli na wojnę” w wykonaniu moich rówieśników, z których żaden nie odbył zasadniczej służby wojskowej (wszyscy się „migali”).


Posłowie



Prawicowe „dziennikarstwo” i „publicystyka” (przez wzgląd na mój szacunek dla prawdziwych dziennikarzy i publicystów, użyłem cudzysłowu) przeżywa swój wielki tryumf. Ludzie ci bowiem pieprzą te same głupoty co zwykle, ale tym razem ludzie wierzą w to dlatego, że przestraszyli się zdjęć islamistów. Śmiem twierdzić, że za jakiś czas sporo z ludzi, którzy dzisiaj bez mrugnięcia okiem łykają to, co z siebie wydalają (pisaniem tego nazwać nie można) ludzie pokroju Warzechy i Ziemkiewicza, zorientuje się, że zostali ordynarnie zrobieni w wała. Oby ten moment nadszedł jak najszybciej – zanim jakaś „narodowa młodzież” wyczuje, że teraz jest dobry moment do tego, żeby „zabłysnąć” i zacznie ganiać po ulicach ludzi, którzy „wyglądają na islamistów”.


Źródła:


Stąd wygrzebałem dane dot ilości muzułmanów w Polsce:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bcio%C5%82y_i_inne_zwi%C4%85zki_wyznaniowe_w_Polsce




poniedziałek, 6 lipca 2015

Fanatyków wojna z aborcją, edukacją seksualną i badaniami prenatalnymi

3 lipca 2015 roku w Sejmie został złożony obywatelski projekt ustawy mającej na celu wprowadzenie w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Jednakże myliłby się ten, kto uznałby, że to jest standardowy wyskok fundacji Pro Prawo do Życia (która już po raz 4 usiłuje majstrować przy ustawie o „planowaniu rodziny”) i że chodzi tylko i wyłącznie o zakaz aborcji. Tym razem fundacja poszła o krok dalej. I jeśli komuś się wydaje, że nie ma nic gorszego, niż wprowadzenie zakazu aborcji, po przeczytaniu niniejszego tekstu będzie musiał zweryfikować swoją opinię.

A teraz przejdźmy do treści projektu ustawy (całość w źródłach). Niestety w niektórych miejscach będę musiał zacytować dłuższe fragmenty ustawy o planowaniu rodziny, ale bez tego nie da się omówić wspomnianego projektu fundacji PPdŻ.

"Dzieci poczęte"
„1. Każdy człowiek ma od chwili poczęcia przyrodzone prawo do życia.
  2. Życie i zdrowie dziecka od chwili jego poczęcia pozostają pod ochroną prawa.”


Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo „prolajfersko”. Mamy dziecko poczęte, którego życie i zdrowie podlega ochronie prawnej (a jakże) od poczęcia. Fragment dotyczący „ochrony zdrowia” dziecka poczętego przyda się nieco później.

W ustawie o "planowaniu rodziny" (tekst ujednolicony) mamy np. taki fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych są zobowiązane do zapewnienia kobietom w ciąży opieki medycznej, socjalnej i prawnej w szczególności poprzez:

Opiekę prenatalną nad płodem oraz opiekę medyczną nad kobietą w ciąży.”


Autorom projektu obywatelskiego nie spodobało się powyższe zdanie i chcą je zamienić na takie:

„Opiekę medyczną nad dzieckiem poczętym oraz kobietą w ciąży.”

Czemu autorzy zmienili „opiekę prenatalną” na „opiekę medyczną”? Wbrew pozorom nie chodzi o typowo „prolajferską” kosmetologię języka (tak, jak w przypadku zastąpienia słowa „płód” słowem „dziecko poczęte”). O co więc chodzi naszym milusim przyjaciołom zygot? Stanie się to jasne w momencie, w którym dotrzemy do fragmentu projektu ustawy odnoszącego się do badań prenatalnych. Teraz natomiast przejdziemy do kolejnego punktu, który „boli” katoprawicę.

Precz z nauką o rozrodczości człowieka!

Fundacja Pro Prawo do Życia swego czasu wydaliła z siebie projekt ustawy (będący straszliwym gniotem), który nosił nazwę „Stop pedofilii”. (Poświęciłem mu osobną notkę), ale tak w skrócie – chodziło o to, żeby pod płaszczykiem „ochrony przed pedofilią” wyrugować z polskich szkół edukację seksualną (która w opinii autorów projektu deprawuje dzieci, a one przez to częściej padają ofiarą pedofilów). Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że najnowszy projekt ustawy antyaborcyjnej również odnosi się do edukacji seksualnej i nauczania o rozrodczości człowieka.

Do fragmentu (ja wiem, że prawnikom od mojego nazywania artykułów „fragmentami” pewnie już krwawią oczy, ale jeśli zacznę stosować tu odwołania do artykułów, punktów i ustępów to oczy zaczną krwawić nieprawnikom, których jest znacznie więcej):

„Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji”

autorzy chcą dodać:

„Nauczanie w tym zakresie musi respektować normy moralne rodziców i wrażliwość uczniów. Udział w zajęciach wymaga pisemnej zgody rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

Powyższe zdanie jest bardzo groźne dlatego, że nie odnosi się ono li tylko do edukacji seksualnej. To zdanie odnosi się do CAŁEGO programu nauczania. No, a traf chciał, że na lekcjach biologii porusza się temat rozrodczości człowieka… (Nawiasem mówiąc, ciekawe, jak się ma ta troska o „wrażliwość” do podstawowej działalności członków fundacji, czyli wywieszania w centrach miast płacht z okrwawionymi strzępami mięsa?) Ale to tylko taka moja dygresja.

 Autorzy projektu ustawy celowo użyli bardzo nieprecyzyjnych określeń (bo kto mi powie, co to są „normy moralne rodziców” i jak zmierzyć „wrażliwość uczniów”?). O ile wymaganie pisemnej zgody rodziców na to, żeby ich pociechy mogły uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej, byłoby jedynie niewielkim utrudnieniem (chyba, że księża wyczytywaliby z ambon nazwiska rodziców, którzy posyłają swoje dzieci na „szatańską edukację’), to już niedoprecyzowanie „wrażliwości” otwiera furtkę do całkowitego wyrugowania jej ze szkół. Czemu? Bo o ile na „normy moralne rodziców” mogliby się powołać tylko rodzice, to nie bardo wiadomo, w czyjej gestii miałoby leżeć „respektowanie wrażliwości uczniów”. Coś mi się wydaje, że autorzy projektu ocenę „wrażliwości ucznia” pozostawiliby najchętniej księżom katechetom. A potem się okaże, że „wrażliwość ucznia” może zranić np. użycie przez nauczycielkę od biologii słów takich, jak „penis, pochwa, plemnik i macica”. Nie wspominając już o takiej abominacji, jak słowo „zarodek”, które trzeba by zastąpić słowem „dzieciątko poczęte”.

Badania prenatalne

W ustawie o planowaniu rodziny znajduje się następujący fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych, są zobowiązane zapewnić swobodny dostęp do informacji i badań prenatalnych, szczególnie wtedy, gdy istnieje podwyższone ryzyko bądź podejrzenie wystąpienia wady genetycznej lub rozwojowej płodu, albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu płodu.”

Powyższy fragment jest prosty jak budowa cepa – wszystkie kobiety mają mieć prawo do swobodnego dostępu do badań prenatalnych. W szczególności zaś te, w których przypadku istnieje podwyższone ryzyko wystąpienia wady rozwojowej płodu. Ten punkt brzmi sensownie. I zapewne dlatego autorzy ustawy antyaborcyjnej umieścili w swoim projekcie zapis, który uchyla ten artykuł.

Co prawda sami autorzy tłumaczą, że:

„Projekt zakłada derogację (uchylenie) wprowadzonego w 1996 r. art. 2 ust. 2a ustawy. (cytowany przeze mnie fragment) Sformułowanie tego przepisu wskazuje, że ma być on (i faktycznie jest) wykorzystywany przy aborcji eugenicznej. Badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka i matki będą, jako mieszczące się w pojęciu opieki medycznej (art. 2 ust. 1 pkt 1), powszechnie dostępne na dotychczasowych zasadach.”

I tu mamy do czynienia albo z ordynarnym kłamstwem, albo ze skrajną niewiedzą autorów projektu ustawy (jedno wcale nie musi wykluczać drugiego). Autorzy usiłują tłumaczyć, że wywalają fragment ustawy gwarantujący swobodny dostęp do badań prenatalnych dlatego, że „był on wykorzystywany przy aborcji eugenicznej”. Następnie rżną głupa i tłumaczą, że badania będą dostępne „na dotychczasowych zasadach”.

Problem polega na tym, że gdyby ustawę przegłosowano, to obowiązywałaby treść ustawy, a nie jej uzasadnienie. Tym samym – autorzy projektu znoszą obowiązek udzielania kobietom  swobodnego dostępu do badań prenatalnych i ów obowiązek zastępują obietnicami, że „będzie tak, jak było”. Dzisiaj kobieta, której lekarz lub szpital odmawia wykonania badań prenatalnych, może się powołać na ustawę o planowaniu rodziny. Po wejściu w życie gniota autorstwa fundacji PPdŻ nie będzie miała takiej możliwości.

Załóżmy na moment, że autorom projektu nie chodzi o utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i faktycznie usuwają ten artykuł tylko i wyłącznie dlatego, że im się źle kojarzy. I ja mam w tym momencie jedno pytanie – czemu ów artykuł nie kojarzył im się źle w 2013 roku, kiedy składali obywatelski projekt zaostrzający prawo aborcyjne (poprzez odebranie kobietom prawa do terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu)? W projekcie ustawy z 2013 (dołączony jako pdf w źródłach) nie ma słowa o uchyleniu tego artykułu. Mało tego – można było w nim przeczytać, że: „Wobec dynamicznego rozwoju medycyny nie sposób też wyrokować, że dana choroba jest nieuleczalna i na tej podstawie już tylko odstępować od leczenia, ale wręcz powodować śmierć dziecka” (brawurowa stylistyka jest dziełem autora poprzedniego projektu, nie mnie ją więc poprawiać). Cytowany fragment jest, co prawda, idiotyczny (bo wada letalna pozostaje wadą letalna, nawet jeśli jakiś niedouczony profesorzyna powie, że „rokowania są dobre i można operować”, ale autorzy przynajmniej usiłują udawać, że zależy im na „leczeniu dzieci poczętych”.

W uzasadnieniu najnowszego projektu napisano, że w projekcie ustawy „wyrażono ponadto normę nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia i życia dziecka poczętego” (chodzi o fragment, który radziłem czytelnikowi zapamiętać), ale utrudnienie (a czasem uniemożliwienie) kobietom dostępu do badań prenatalnych (i do informacji medycznej) stoi w jawnej sprzeczności z „normą nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia dziecka poczętego”. Bo jakoś tak się składa, że nie ma ochrony zdrowia bez diagnostyki. Nie można więc „chronić zdrowia dziecka poczętego” bez swobodnego dostępu do badań prenatalnych. Ten projekt jest przejawem dwójmyślenia przeciwników prawa wyboru. Z jednej bowiem strony odsądzają oni badania prenatalne od czci i wiary, „bo przez badania kobiety będą zabijać dzieci nienarodzone!” Z drugiej zaś strony wiedzą (a raczej – nie mogą udawać, że nie wiedzą), że dzięki badaniom prenatalnym można wykryć wady płodu, które można korygować (ergo: leczyć „dzieci nienarodzone”). Nie można więc zakazać badań prenatalnych, ale można utrudnić do nich dostęp. Zresztą – już samo uzasadnienie wskazuje na to, że dostęp do badań prenatalnych będzie ograniczony. Konkretnie zaś chodzi o fragment: „badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka” – wynika z niego bowiem, że z USG problemu nie będzie, ale np. z amniopunkcją już tak (bo nie dość, że można w ten sposób wykryć np. zespół Downa, to jeszcze jest to metoda inwazyjna i może doprowadzić do powikłań). Bo, w opinii obrońców zygot, amniopunkcja „zdrowiu dziecka poczętego” nie służy.

Na pierwszy rzut oka, uchylenie artykułu, który nakłada na państwo obowiązek umożliwienia kobiecie swobodnego dostępu do badań prenatalnych i informacji medycznej wydaje się być nieco bezsensowne. Nawet jeśli kobieta (robiąc badania prenatalne) dowie się o tym, że nosi w sobie płód z bezmózgowiem, to i tak nie będzie mogła dokonać legalnej terminacji ciąży (bo przecież w omawianym projekcie ustawy chodzi o wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji). Tylko że słowem kluczem w poprzednim zdaniu jest słowo „legalnej”. Bo, co prawda, w świetle prawa kobieta nie będzie mogła dokonać terminacji ciąży, ale jeśli będzie odpowiednio zdeterminowana (a w przypadku stwierdzenia wady letalnej – o determinację raczej łatwo), to sobie poradzi w sposób nielegalny. Skorzysta z turystyki aborcyjnej, względnie z podziemia aborcyjnego (do którego można również zaliczyć „załatwienie” sobie pigułek wczesnoporonnych od znajomych, którzy siedzą „na Zachodzie”). Autorzy projektu doskonale sobie z tego zdają sprawę i właśnie tutaj należy upatrywać przyczyn umieszczenia w projekcie zapisu „antyprenatalnego”. Po prostu uznano, że o wiele lepiej będzie (dla „dzieciątek poczętych”), żeby kobieta nie była świadoma tego, że np. urodzi dziecko z bezmózgowiem. Co prawda będzie się to wiązało z szokiem w trakcie porodu (kiedy okaże się, że wyczekiwane dziecko nie posiada mózgu), ale przynajmniej „dziecko poczęte” umrze „śmiercią naturalną”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że utrudnienie dostępu do badań prenatalnych przełoży się na wzrost liczby „naturalnych śmierci” już urodzonych dzieci. Niektóre wady wrodzone wymagają korekty zaraz po porodzie. Jeśli wada taka zostanie wykryta w trakcie ciąży, lekarz odbierający poród będzie przygotowany na to, że noworodkowi trzeba będzie udzielić specjalistycznej pomocy (np. chirurga). Jeśli wada będzie „niespodzianką” (zafundowaną kobiecie przez fundację PPdŻ), noworodek wymagający natychmiastowej operacji będzie miał znacznie mniejsze szanse na przeżycie. Wniosek z tego taki, że albo autorzy projektu nie przemyśleli tego, jakie będą efekty, albo uznali, że obniżenie liczby legalnych aborcji jest warte każdej ceny. W tym zwiększonej śmiertelności noworodków. 

Mistrzowie ściemy

Fundacja Pro Prawo do Życia z grupki nawiedzeńców (lubujących się w wywieszaniu krwawych strzępów w miejscach publicznych) zmieniła się w grupę wyrachowanych ludzi, którzy do perfekcji opanowali sztukę manipulowania Polakami. Projekt ustawy zakazujący terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu sami nazwali „projektem zakazującym zabijania dzieci z zespołem Downa”. W ramach prowadzenia swojej krucjaty w obronie zygot, wciskali ludziom ciemnotę i tłumaczyli im, że to nie jest tak, że wadę letalną można wykryć. Można jedynie podejrzewać, że płód tę wadę ma. Konsultowałem się z osobami, które na co dzień zajmują się badaniami prenatalnymi i zapytałem, jakie jest na ten przykład prawdopodobieństwo pomyłki w przypadku stwierdzenia bezmózgowia. Odpowiedź była jednoznaczna – bezmózgowie jest na tyle charakterystyczną wadą, że można je wykryć bez problemu i pomylić się w interpretacji USG (dla uściślenia – chodziło o zwykłe USG, nie zaś o USG 3D) może tylko lekarz idiota. To samo tyczy się większości wad letalnych płodu. Nie jest więc prawdziwa śpiewka prawicowców: „terminacji ciąży dokonuje się jedynie na podstawie podejrzenia o chorobie”.

Przy okazji kolejnego projektu o nazwie „stop pedofilii” usiłowano wprowadzić tylnymi drzwiami (udając, że chodzi „o ochronę dzieci przed pedofilią”) zakaz edukacji seksualnej. Tym razem członkowie fundacji PPdŻ poszli na całość i w jednej ustawie połączono zakaz aborcji, utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i jako bonus – uniemożliwienie prowadzenia zajęć z edukacji seksualnej w szkołach. Ostatniemu punktowi nie poświęcono nawet akapitu w „uzasadnieniu” projektu. I tu właśnie należy się dopatrywać prawdziwego kunsztu manipulatorskiego. Autorzy projektu wiedzą, że próba zakazania edukacji seksualnej w Polsce jest skazana na porażkę (projekt „stop pedofilii” wywołał ogromny opór społeczny [w momencie, w którym ludzie zorientowali się, że fundacja robi ich w wała i nie chodzi o żadną ochronę przed pedofilią], którego nie była w stanie przełamać nawet agresywna propaganda prokościelnych dziennikarzy). Nasi mistrzowie ściemy poszli więc po rozum do głowy i zamiast formalnego zakazu (na który społeczeństwo się nie zgodzi) wplatają w antyaborcyjną ustawę elementy, które, co prawda, nie są formalnym zakazem edukacji seksualnej, ale w praktyce uniemożliwią jej nauczanie.

A najbardziej absurdalne jest w tym wszystkim zachowanie dziennikarzy (nie mam tu rzecz jasna na myśli dziennikarzy prawicowych, bo u nich absurd to norma), którzy z uporem godnym lepszej sprawy opisują najświeższe dziecko („poczęte”) fundacji PPdŻ, jako ustawę „antyaborcyjną” i słowem żaden się nie zająknie o tym, że ustawa dotyczy również badań prenatalnych i edukacji seksualnej (przynajmniej ja nie trafiłem na taki artykuł). Jak widać, fundacja potrafi bajerować tak skutecznie, że dziennikarze się na ów bajer również załapali (mógłby jeden z drugim dziennikarz poczytać projekt ustawy, ale, jak widać, nikt nie odczuwa takiej potrzeby). Aż chciałoby się rzec – sorry, takich mamy dziennikarzy.

Źródła:

Nowy projekt ustawy (niestety nie ma linku bezpośredniego - trzeba sobie pobrać/otworzyć pdfa)

Ponieważ na bloggerze nie da się dodawać plików PDF - poprzedni projekt ustawy antyaborcyjnej muszę wrzucić w postaci JPG (na szczęście to tylko 4 strony)







czwartek, 21 maja 2015

Zapowiedź trzęsienia ziemi

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich musiały być szokujące dla co najmniej kilku sztabów (nie wspominając już o obserwatorach naszego piekiełka politycznego). Śmiem twierdzić, że najbardziej zaskoczeni takim obrotem sprawy byli sztabowcy Andrzeja Dudy. Co prawda od początku kampanii z ich strony płynęły zapewnienia o tym, że „Duda może wygrać”, ale gdyby byli pewni zwycięstwa, nie pompowaliby balonu o nazwie „wybory na pewno będą sfałszowane”. Bo z tymi wyborami to było u nas tak, że były sfałszowane do godziny 21 w niedzielę. Dlaczego do 21? Bo od 21 okazało się, że według exit-poll, Duda ma więcej głosów niż Komorowski. I nagle bełkotliwa narracja „fałszujo” urwała się jak nożem uciął. Jestem się w stanie założyć o bardzo wiele, że gdyby Bronisław Komorowski miał choćby 0,5% głosów więcej niż Andrzej Duda – narracja „fałszerska” rozkręciłaby się na dobre. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że PO również nie było przygotowane na prowadzenie kampanii z „drugiego miejsca”.

W tym miejscu muszę przyznać, że mnie również zaskoczył lepszy wynik Dudy. Mniej więcej do momentu, w którym PKW podało frekwencję z godziny 17:00 byłem przekonany o tym, że Komorowski będzie miał więcej głosów. Wtedy (po ogłoszeniu frekwencji) zrozumiałem, że najprawdopodobniej więcej głosów będzie miał Duda (bo PiS ma bardziej zdeterminowany elektorat), ponieważ frekwencja była niższa od frekwencji z 2010. No ale, żeby nie zostać uznanym za praktyka „mądrości po fakcie”, posypuję głowę popiołem i przyznaję, że wróżenie z fusów (przewidywanie wyników wyborów) kiepsko mi poszło.

Tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do pastwienia się nad kandydatami.

Rzeź maskotek

Niespodzianką nie było to, co spotkało „maskotki” wyborcze. Paweł Tanajno (znany mi tylko i wyłącznie z tego, że jest antyszczepionkowcem) otrzymał 29785 głosów. Jacek Wilk, który startował z KNP tylko i wyłącznie dlatego, że Krul Korwin założył nową partię – 68186. Adam Jarubas, jak przystało na kandydata PSL-u, poległ okrutnie w wyborach (238761 głosów). Z PSL-em jest tak, że kandydaci tej partii dostają łomot w wyborach prezydenckich (bo im w sumie nie zależy), wszyscy wieszczą klęskę partii w wyborach (wspomagają się sondażami, które w przypadku PSL są o kant dupy potłuc, bo mało komu by się chciało sprawdzać „jak tam te ludzie na wsi bendom głosować), a potem są straszliwie zaskoczeni tym, że PSL jednak nie padł. Tym razem pewnie będzie tak samo. Znacznie bardziej rozpoznawalny polityk PSL – Waldemar Pawlak- uzyskał w 2010r. 294273 głosy, a PSL się od tego nie zawalił.

Grzegorz Braun (zwolennik intronizacji broni nuklearnej na króla Polski i pozyskiwania Jezusa dla Armii, albo na odwrót) otrzymał  124132 głosy. Zanim ktoś dostanie zawału z tego powodu (bo Braun to „ciężki przypadek”) pragnę przypomnieć, że w roku 2000, w wyborach prezydenckich startował Jan Łopuszański (popierany między innymi przez Narodowe Odrodzenie Polski) i otrzymał 139682 głosy. Nie jest więc tak, że ludzie w rodzaju Brauna „nagle” zyskali elektorat. Ten elektorat żyje sobie spokojnie w naszym kraju  i czasem po prostu nie ma na kogo głosować.

Osobną kwestią jest kolejna spektakularna klęska Ruchu Narodowego. W wyborach do Europarlamentu 2014 – RN uzyskał 98626 głosów. W wyborach prezydenckich na Mariana Kowalskiego zagłosowało 77630 osób. Warto pamiętać o tym, że choć frekwencja w wyborach prezydenckich była dość niska, to jednak była ponad dwukrotnie wyższa od frekwencji w wyborach do PEU (odpowiednio 48,96% i 23,83%). Tym samym klęska kandydata „siły, o której politykom się nie śniło”, jest o wiele bardziej dotkliwa (bowiem dwukrotnie wyższa frekwencja nie przełożyła się ni cholery na wyższe poparcie). Wydaje mi się, że do narodowców zaczęło docierać to, że „coś jest nie tak” - bo ostatnio bardzo łatwo dostać od nich bana na Twitterze (wcześniej trzeba było się postarać – np. zapytać Krzysztofa Bosaka o to, czy mógłby podać źródła badań, na które się powołuje).

Zdetronizowany Korwin

Najmniej powodów do radości miał po ogłoszeniu wyników exit poll (a potem po ogłoszeniu oficjalnych wyników przez PKW) JKM. Od początku kampanii widać było, że KORWIN-owcy walczą o trzecie miejsce (bo dobry wynik, w ich mniemaniu, gwarantował im dostęp do korytka sejmowego). Oderwania od korytka boi się pewnie poseł Wipler, który zdał sobie sprawę z tego, że niebawem wybory parlamentarne, a on nadal nie ma zaklepanego miejsca na żadnej liście wyborczej. Choć sam JKM usiłował zagospodarować elektorat „wkurwionych”, to jednak jego kampania (choć prowadzona z rozmachem) trafiała, w moim mniemaniu, jedynie do żelaznego elektoratu (tj. kuców). I nie ma się czemu dziwić- czym innym jest tzw „antysystemowość” (którą rozumiem jako sprzeciw wobec władzy), a czym innym obietnice zaorania Polski i posypania jej solą (a mniej więcej do tego sprowadzają się „programy” Korwina). Do Krula w pewnym momencie dotarło, że dobry wynik w wyborach zostanie mu odebrany przez Kukiza- stąd jego atak na PK w debacie (kiedy to panowie poszarpali się o JOW-y, a potem Kukiz porównywał to, co zrobił JKM do 17 września i powiedział, że to „nóż w plecy”). Tyle że atak ten (po którym nastąpiła raczej żenująca wymiana zdań i ujawnianie sms-ów) na nic się zdał, trzecie miejsce i bardzo dobry wynik przypadły Kukizowi. Wynik wyborów prezydenckich znalazł momentalnie odbicie w sondażach wyborczych do parlamentu – KORWIN spadł „pod kreskę” i raczej nie będzie go w sejmie.

Korwin ma poza tym jeszcze dwa inne powody do zmartwień. Pierwszym jest to, że mimo wyższej frekwencji (niż w wyborach do PEU) ubyło mu wyborców. W wyborach do PEU zagłosowało na niego 505586 osób, w wyborach prezydenckich 2015-  486084. Widać więc wyraźnie, że wyższa frekwencja nie przełożyła się na wyższe poparcie. Hasło „tej siły już nie zatrzymacie” okazało się odrobinkę chybione. Drugim problemem jest to, że uchylono mu immunitet europarlamentarzysty (sprawa Boniego). Sam fakt uchylenia immunitetu nie powinien raczej nikogo dziwić (Europarlament to nie nasza ukochana Bolanda, w której wszyscy kryją swoich ziomków – tam się tego rodzaju zachowań nie toleruje). Sprawa Boniego raczej skończy się wyrokiem skazującym i to może być koniec marzeń Krula o karierze politycznej.

Czy ktoś widział lewicę?

W przypadku kandydatów, którzy mieli reprezentować lewicę- a więc wystawioną przez SLD Magdalenę Ogórek oraz Janusza Palikota – niespodzianki nie było. Każdy, kto miał choć odrobinę oleju w głowie (prócz niepokornych w rodzaju Samuela Pereiry, który twierdził, że „Ogórek ma szanse na poprawienie wyniku SLD”) wiedział, że kandydatura Magdaleny Ogórek to kpina. Nie chce mi się wierzyć w teorie spiskowe, według których „Miller grał na osłabienie SLD”, bo w obecnej chwili „osłabienie” oznacza śmierć polityczną tej formacji. Wydaje mi się, że Miller po prostu nie chce oddać władzy w SLD nikomu innemu. Gdyby SLD wystawiło jakiegoś poważnego kandydata/kandydatkę (na którego lewica chciałaby głosować) i owa osoba faktycznie poprawiłaby wynik Sojuszu – dni Millera byłyby policzone (bo członkowie SLD poszli by za „nowym”). Paradoksalnie – po łomocie, który dostał w wyborach – Millerowi jest się łatwiej obronić (bo nie ma konkurenta, którego Sojusz by poparł – ostatniego polityka sojuszowego „z dobrym wynikiem” wywalono). No zaraz, ktoś powie „ale czy to nie było graniem na osłabienie SLD?” Niezupełnie- to było granie na utrzymanie władzy, osłabienie Sojuszu wyszło Millerowi niejako przypadkiem, bo pewnie w ogóle nie myślał o tym, jakie konsekwencje może mieć jego zachowanie. Tak jak nie myślał o tym w momencie, w którym dobijał SLD w trakcie rządów Sojuszu 2001-2005 – wtedy też chodziło o utrzymanie się na stołku za wszelką cenę. A co by się stało, gdyby M. Ogórek miała dobry wynik? Władzy Millerowi by nie odebrała, bo mocno jej nie po drodze z Sojuszem. Zaś sam Miller by się umocnił, bo wystawienie M.O. to był jego pomysł. Po nokaucie wyborczym przyszłość Sojuszu jawi się w czarnych barwach,  bo nawet żelazny elektorat pokazał mu środkowy palec.

Co się zaś tyczy Palikota. Jego porażka była pewna. On sam walczył długo, ale była to walka cokolwiek bezsensowna, bo JP chyba wcale nie brał pod rozwagę tego, że stracił wiarygodność w oczach wyborców. Gdyby wiarygodność straciła partia, w której był – mógłby z niej uciec (albo założyć nową). Jego problemem było jego własne ego, które kazało mu umieścić w nazwie partii swoje własne nazwisko. W efekcie czego wszystkie problemy jego formacji (a było ich sporo) zaciążyły na jego własnym nazwisku.

Waga ciężka 2 miejsce – Bronisław Komorowski

Bronisław Komorowski stracił 2miliony głosów (bo o tyle mniej ludzi głosowało na niego w porównaniu do wyborów 2010), przez to, w jaki sposób prowadził swoją kampanię. Sztab PBK od początku kampanii grał „na lewicę” (in vitro, antyprzemocówka, niesłuchanie Kościoła). I zapewne z badań (i wyliczeń) wynikało, że elektorat PBK + elektorat lewicowy + anty PiS wystarczy do zwycięstwa. W całej tej wyliczance nie uwzględniono jedynie takiego drobnego szczegółu, jak zmęczenie rządami PO. Sztab PBK „zaklepał sobie” głosy lewicy przy pomocy debat światopoglądowych (in vitro, antyprzemocówka etc.) i uznał, że nie trzeba się spinać za bardzo, bo wybory wygrają z marszu. Nie traktowano poważnie „biskupa Andrzeja”, bo to przecież człowiek znikąd i jak on w ogóle może sobie myśleć, że Gajowego nam wysadzi z siodła. Ta bezczelność doprowadziła do brutalnego zderzenia z rzeczywistością – Andrzej Duda uzyskał więcej głosów. W tym miejscu chciałbym niejako w obronę wziąć sondażownie. Ok – co prawda ustawiają sobie badania tak, żeby im się „potwierdziło”, ale prawda jest taka, że jeśli 70% badanych twierdzi, że weźmie udział w wyborach, a potem okazuje się, że głosować idzie 48,9%, to ciężko mieć pretensje do sondażowni o to, że „słupki się nie zgadzają”. Ludzie mieli dosyć tej gównianej kampanii i nie chciało się im głosować. Niestety, nie da się uwzględnić w badaniu tego, że ludzie mogą „zmienić zdanie” i nie pójść na wybory.

Pierwsze chaotyczne decyzje PBK (np. ta o JOW-ach) pokazały, że jego sztab w ogóle nie przewidział sytuacji, w której Gajowy będzie w drugiej turze startował z drugiego miejsca. Próba pozyskania elektoratu Kukiza była dość żenująca i nie mogła być skuteczna. Jeśli ktoś głosował na Kukiza „na złość Bronkowi” w pierwszej turze – to w drugiej może zagłosować „na złość Dudzie” (bo gdyby chciał poprzeć tego drugiego – głosowałby na niego w pierwszej). Analogicznie – jeśli ktoś głosował na Kukiza, bo „mam dość WSI i agentów blablabla” to znaczy, że choćby się Bronisław Komorowski nie wiem jak napinał – te głosy przejdą na Andrzeja Dudę. Kampania sobie trwała w najlepsze i wszyscy już położyli PBK do politycznego grobu. Niedzielną debatę (17 maja) PiS-owcy (i usłużni dziennikarze/publicyści) traktowali jak formalność. Co prawda robili sobie heheszki i tłumaczyli, że „faworytem jest PBK”, ale wiadomo było, że obecnego prezydenta uznali za worek treningowy, na którym Andrzej Duda będzie sobie mógł potrenować przez 80 minut.

Przebieg debaty musiał być sporym szokiem dla sztabu Andrzeja Dudy (gwoli ścisłości, tekst ten pisałem przed obejrzeniem drugiej debaty, nie wiem więc jak się ona potoczyła). Gajowy przebudził się z letargu i solidnie go obił. I jeśli mam być szczery – mnie forma PBK też zaskoczyła (bo tak jak większość ludzi, doszedłem do wniosku, że AD go „zmasakruje”), a potem „spadło” na mnie zrozumienie. Możemy sobie myśleć, że PBK to taki pocieszny „stary pierdoła”, który na wyjazdach zagranicznych zajmuje się skakaniem po krzesłach. Ale prawda jest taka, że PBK jest człowiekiem, który zrobił karierę polityczną w czasach, w których trzeba było umieć rozpychać się łokciami. Prawda jest taka, że poza „skakaniem po krzesłach” PBK bierze udział w rozmowach z głowami innych państw i tylko ktoś naiwny uzna, że te rozmowy to pogaduszki o pogodzie i wzajemne poklepywanie się po plecach. Sztabowcy Dudy, po tym, jak się podnieśli z desek, tłumaczyli, że PBK był agresywny w debacie, a to „nie wypada”. I nie wiem, czy oni po prostu robią z ludzi idiotów, czy też do tego stopnia nie ogarniają rzeczywistości. Prezydent musi być czasem agresywny i musi sobie umieć radzić ze stresem i presją. Raz już mieliśmy prezydenta, który (za przeproszeniem) dostał sraczki po tym, jak niemiecka gazeta nazwała go „polskim kartoflem” i wydaje mi się, że jeden prezydent tysiąclecia nam w zupełności wystarczy. Różnica pomiędzy Dudą a Komorowskim polega na tym, że ten pierwszy dobrze sobie radzi z wystąpieniami solo (bo te da się wyreżyserować), a ten drugi jest (delikatnie rzecz ujmując) nudziarzem, jeśli chodzi o wystąpienia solo. Z drugiej jednak strony – PBK znacznie lepiej radzi sobie w dynamicznej szermierce słownej, w której z kolei Duda jest zagubiony, bo brak mu doświadczenia (w debacie nie potrafił zaimprowizować i cały czas usiłował powtarzać „formułki”).

Gwoli ścisłości, to nie jest tak, że nagle zapałałem miłością do miłościwie nam panującego Bronisława K. Dla mnie jest to jeden z najbardziej wyrachowanych i cynicznych polityków, który przez długi czas olewał lewicę i dopiero przed wyborami rzucił jej jakieś ochłapy i uznał, że „to wystarczy”. Jego sztab od początku kampanii rozgrywał kartę „mniejszego zła” - wyraźnie mrugając przy tym do lewicy- „jeśli nie zagłosujecie na nas, to wygra Duda, a on wam już pokaże!”. Tyle, że to wcale nie oznacza, że jeśli Gajowemu „coś wyjdzie”, będę to ignorował, „bo go nie lubię”. Debatę niedzielną wygrał PBK, ciekaw jestem jak potoczy się debata dzisiejsza. Wbrew temu co powtarzają „niepokorni” - debata może wiele zmienić (i dlatego kupa ludzi oglądała niedzielną).

Waga ciężka 1 miejsce - Andrzej Duda


Po ogłoszeniu wyników exit poll (a potem po potwierdzeniu ich przez PKW) PiS nie posiadał się z radości. Bo oto, po tylu latach porażek, WRESZCIE udało się coś ugrać. Ich kandydat wszedł do drugiej tury wyborów z pierwszego miejsca! Sam nadpapież Terlikowski ogłosił wszem i wobec, że „wreszcie przemówiła milcząca większość konserwatywna, która nie chce genderu/etc./etc”. Radość była tak ogromna i tak zaraźliwa, że „obozowi niepodległościowemu” udało się przykryć jedną rzecz, która musiała ów obóz bardzo zmartwić. Ponieważ „obóz” się zmartwił – praktycznie nikt z tegoż obozu nie powoływał się na dane liczbowe (opierano się głównie na procentach). I to trochę zastanawiające, bo przecież w 2010 roku, kiedy BK wygrał z Jarosławem K., PiS podkreślał, że różnica głosów była niewielka (bo to tylko milion głosów, a cóż to jest milion, skoro na JK zagłosowało 8 milionów Polaków!).

Tym razem nikt na liczby się nie powołuje. I nie chodzi o to, że różnica w głosach między PBK, a AD wynosi 148.032 (bo tak po prawdzie fakt, że prezydent urzędujący nie ma co najmniej 5% przewagi nad kontrkandydatem, sam w sobie jest porażką). Chodzi o to, że żelazny elektorat zawiódł PiS. Po ogłoszeniu exit poll wszyscy (w tym ja) założyli, że wynik jest taki a nie inny, „bo PiS ma bardziej zmotywowany elektorat” i ten elektorat poszedł głosować w całości, a „Bronkowy” olał wybory. W pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2010 roku, na Jarosława Kaczyńskiego zagłosowało 6128255 osób. Andrzej Duda w pierwszej turze zebrał  5179092 głosy. Ujmując rzecz innymi słowy – PiS „zgubił” prawie milion głosów (949163). I to musiało być dla partyjnych fachmanów sporym szokiem. Do tej bowiem pory PiS zawsze „grał” na mniejszą frekwencje. Teraz okazało się, że mniejsza frekwencja dla nich też oznacza straty. Do tej pory „zmęczenie materiału” omijało „wieczną opozycję”. Poza tym, ten ubytek głosów jest dla PiS bardzo złą wróżbą na przyszłość – do tej pory to oni surfowali na społecznym niezadowoleniu, teraz okazało się, że nie są „jedynymi”. Co prawda część głosów uda im się odzyskać, ale w wyborach parlamentarnych może być z tym różnie.

Jeszcze innym problemem PiS jest fakt, że Andrzej Duda jest tym, kim jest. Nie nazwę go „człowiekiem znikąd”, bo w pewnych kręgach jest znany i jakieś tam funkcje pełnił. Pomimo tych funkcji – AD nadal jest kandydatem wyciągniętym z kapelusza. AD zbudowano (zapewne za ciężki szmal) wizerunek męża stanu, wspaniałego mówcy, który porywa tłumy etc.  Pierwsza rysa pojawiła się w momencie, w którym wspaniały mówca zachwiał się w trakcie wywiadu, który przeprowadziła z nim Beata Tadla (TVP info). Wykute na blachę formułki ciężko dopasować do pytań o konkrety. Wyraźnie było widać, że AD ciężko znosi presję (nawet niewielką). Gdyby miał więcej doświadczenia – poradziłby sobie bez problemu, ale był politykiem z odległego rzędu i nie miał kiedy go nabrać. Ciężkim nokautem skończyła się debata, w której PBK był bezlitosny i skupił się na próbach zamęczenia przeciwnika. Narracja „obozu niepodległościowego” była taka, że „Andrzej Duda był grzeczny”, ale prawda jest taka, że był po prostu niemrawy i nie był w stanie odpowiedzieć na część pytań (vide – powoływanie się na papieża, w momencie, w którym padło pytanie o „2 lata za in vitro”).

Po co więc JK wystawił Dudę, skoro miał sporą rzeszę wyjadaczy medialnych, którzy bez problemu poradziliby sobie z „wrogimi” mediami i z trudnymi pytaniami? Z tego samego powodu, dla którego Miller wystawił Ogórek. Andrzej Duda nie ma w PiS zaplecza (które posiada każdy z „wyjadaczy”). Tym samym, niezależnie od wyników wyborów, Duda nie stanowi zagrożenia dla Kaczyńskiego. Nawet jeśli w drugiej turze poprawi wynik JK z 2010 roku (to jest polska polityka, tu wszystko jest możliwe), to i tak brakuje mu zaplecza do tego, żeby przejąć władzę w PiS. Gdyby PiS wystawił „wyjadacza”, który poprawiłby wynik Kaczyńskiego – los tego ostatniego byłby przesądzony. Gdyby wyjadacz, nie daj Rydzyku, wygrał wybory- w szefostwie PiS mogłoby się nagle zrobić za ciasno dla Jarosława. Warto pamiętać o tym, że Donald Tusk musiał powycinać wszystkich swoich konkurentów – choć on przecież wygrywał, więc nie było zbyt wielu powodów do tego, żeby „zmienić szefa”. Jarosław Kaczyński przegrywał wybory za wyborami i to na pewno musiało wytworzyć ciśnienie wewnętrzne, a mimo to „prezes” utrzymał się w siodle bez problemu. Teraz może mieć więcej problemów, bo retoryka szczucia Polaków na państwo (rozumiane jako władzę/etc.) przyniosła niespodziewane (i nieprzewidziane przez nikogo) efekty w postaci czarnego konia wyborów 2015.

Czarny koń - Paweł Kukiz.

Trzecie miejsce Kukiza (i jego bardzo dobry wynik) nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem (Skoro nie udało mi się wytypować 1. miejsca – to pochwalę się chociaż tym, że z 3. mi wyszło). Dopiero po kilku dniach od ogłoszenia wyników wyborów, we łbie mym pojawiła się myśl, którą przed 1 turą uznałbym za śmieszną. Cóż to za myśl? Paweł Kukiz mógł wejść do drugiej tury wyborów. Gdyby nie spieprzył kampanii – budując wizerunek „katolickiego fundamentalisty”, bredzącego o tym, że „kobiety mogą rodzić dzieci z gwałtu, bo on ma znajomą, która(...)”. Gdyby nie upajał się tak swoim uberpatriotyzmem, nie darł ryja o tym, że „media go prześladujo”, gdyby miał jakiś sensowny program i nie pieprzył głupot o „ubeckich układach”- miałby szansę na znacznie lepszy wynik. Miałby szansę na drugą turę. Bo sporo ludzi zastanawiało się nad tym, czy nie oddać na niego głosu, ale zniechęcały ich jego skrajne poglądy. Na autentyczności ugrał bardzo dużo, ale absolutny wręcz brak zmysłu politycznego sprawił, że sam sobie odebrał szansę na drugą turę. A jeśli komuś się wydaje, że przeginam, to niech sobie odpowie na pytanie – jaka byłaby jego reakcja gdyby ktoś mu powiedział rok temu: „Kukiz wystartuje w wyborach prezydenckich i poprze go 20% głosujących”?

Oba sztaby zlekceważyły Kukiza. Nie potrafiono w żaden sposób zneutralizować jego retoryki. Dotyczy to zarówno PiS jak i PO. Tylko że Kukiz jest znacznie większym problemem dla PiS-u. Bo PO – prędzej czy później- musi z kimś przegrać wybory. PiS liczy na to, że będzie „tym kimś”, z kim PO przegra, aż tu nagle wyskakuje zupełnie znikąd jakiś prawdziwek i zgarnia kupę głosów „niezadowolonych”. Głosów, które są efektem wieloletnich utyskiwań PiS-u  i które PiS sobie wyhodował (bo retoryka PiSu o „układzie” jest co prawda bełkotliwa, ale jest jej tyle, że ludzie w nią wierzą – bo przez myśl im nie przejdzie to, że ktoś mógłby tak ordynarnie łgać). Prawda jest taka, że gdyby do drugiej tury wszedł Duda z Kukizem – ten pierwszy nie miałby żadnych szans. Nie dałoby się zagrać kartą „na zmianę”, bo obaj kandydaci się za nią opowiadają. Cała misternie budowana retoryka „walki z układem” też by nie zadziałała, bo Kukiz jako „człowiek z zewnątrz” polityki, nie pasuje do retoryki układu. Natomiast Kukiz, jako człek z łatką „antysystemowca”, poradziłby sobie zarówno z PBK jak i AD. Bo obaj kandydaci „wagi ciężkiej” są systemowi.

PiS przez długi czas korzystał z elektoratu antysystemowego. Na samym początku nieco obawiano się w tej partii Ruchu Narodowego, ale bardzo szybko okazało się, że RN może liczyć na marginalne poparcie. Tym samym PiS był jedyną „partią zmiany” (jedyną, która dysponowała tak ogromnym zapleczem propagandowym). Teraz okazało się, że niewiele brakło, a PiS przegrałby z człowiekiem, którego na dobrą sprawę sam wyhodował, stosując antysystemową retorykę.  

Zapowiedź trzęsienia ziemi

Tytuł notki mógł być mylący. Nie chodziło mi o to, że wynik pierwszej tury jest zapowiedzią trzęsienia ziemi (rozumianego jako zwycięstwo Dudy). Nie chodziło mi również o to, że trzęsieniem ziemi będzie marsz Kukiza do sejmu. Trzęsienie ziemi może nastąpić po tym, jak Kukiz (przepraszam za wyrażenie) da dupy i się wypali. Paweł Kukiz nie posiada żadnego zmysłu politycznego (bo koniec końców udzielił poparcia jednemu z kandydatów) i nie posiada żadnego sensownego programu. Efektem tego będzie raczej kiepski wynik w wyborach parlamentarnych. Jeśli Kukizowi uda się wejść do sejmu (co może być problematyczne, bo kampania parlamentarna to gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne), bardzo szybko okaże się, że nie za bardzo wie co dalej. No bo można się drzeć o układzie tak długo, jak długo jest się poza nim. Wchodząc w politykę – Kukiz stanie się częścią układu (w retoryce swoich wyborców – dorwie się do koryta). Ponieważ programu nie posiada  (jeśli nawet go ułoży to pewnie będą to same ogólniki – bo tym najłatwiej się „uwodzi”), nie będzie miał go jak zrealizować. Jeśli nie zrealizuje programu – ludzie uznają, że po prostu polazł do sejmu żeby dorwać się do koryta i się nachapać (czyli zrobił to samo co Korwin w PEU, który „miał niszczyć”, a zajmuje się głównie spaniem i opowiadaniem o „niggerach”).

Naiwnym będzie ten, kto uzna, że wszystko skończy się wraz z porażką wyborczą Kukiza (niezależnie od tego, kiedy owa porażka miałaby nastąpić). Owszem, Kukiz prędzej czy później padnie, ale co z wyborcami? Co z trzema milionami wkurwionych ludzi, którzy „chcą zrobić porządek w kraju”? Co z ludźmi, którzy dali sobie wmówić, że „JOW-y” wystarczą do tego, żeby w Polsce był zachód i żeby było super? Odpowiadam – ci ludzie nadal będą wkurwieni. I z roku na rok będzie ich coraz więcej. Ruch Narodowy przebierał nóżkami, żeby zagospodarować tych ludzi, ale nie ma na to szans, bo „robienie porządku w kraju” to nie to samo, co darcie mordy „Polska dla Polaków”, demolowanie centrów miast, heilowanie i straszenie ludzi genderem i gejami. Nie jest celem niniejszego celu straszenie „rewolucją”, ale też skrajną naiwnością byłoby ignorowanie tego, że w Polsce jest coraz więcej ludzi, których wkurza to, co się dzieje dookoła i którzy nie identyfikują się z żadną formacją polityczną. Bo z tego wynika taki wniosek, że jeśli ci ludzie się kiedyś zdenerwują za bardzo – nie będą chcieli z nikim rozmawiać. I właśnie wtedy może nastąpić trzęsienie ziemi.

Co zrobić 24 maja?

Jest to dość trudne pytanie, bo jeśli ktoś nie jest niczyim „żelaznym elektoratem”, nie bardzo wie co ma robić. Z jednej strony byle jaki PBK, który siedzi sobie gdzieś w pałacu i generalnie to ma nas wszystkich w dupie, ale przypomniał sobie o nas z okazji wyborów. Z drugiej strony fanatyk religijny, który siedział sobie gdzieś w jakichś ważnych gabinetach i generalnie miał nas wszystkich w dupie, ale teraz z okazji wyborów prezydenckich udaje, że „wie jak źle się wszystkim żyje”. W drugiej turze mamy więc wybór między dżumą a cholerą.

Jeśli chodzi o moją prywatną opinię w tej materii, to przedstawia się ona następująco. Wiem, że dla PBK „zwrot na lewo” to zagrywka stricte koniunkturalna. Gajowy jest konserwą i nic tego nie zmieni. Różnica między nim, a Andrzejem Dudą polega na tym, że ten drugi uważa mnie za człowieka drugiej kategorii, bo mu nie pasuje do „sztancy”.

Tak, panie kandydacie (pozwólcie mi żyć marzeniami, że kandydat Duda, albo jakiś jego sztabowiec tu zabłądzi), ja jestem właśnie taki lewak, którym pan i pana formacja gardzi. Czy panu się wydaje, że schowanie Krystyny Pawłowicz (Stanisława Pięty i innych ludzi „dialogu”) do szafy, sprawi, że zapomnę o tym, że ukochana posłanka Tadeusza Rydzyka używa określenia „lewak” jako obelgi? Czy panu się wydaje, że wystarczy w trakcie kampanii wziąć za mordę oszołomów, którzy porównują współczesną lewicę do NKWDzistów, strzelających w potylicę polskim oficerom, żeby lewica rzuciła się do urn i głosowała na „prezydenta dialogu”? Dwukrotnie głosował pan za zakazem aborcji w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu, podpisał pan ustawę według której za in vitro powinno się karać więzieniem, zapowiedział pan, że „nie podpisze pan lewackiej konwencji antyprzemocowej”, pana formacja głosowała za zakazem edukacji seksualnej. Owszem, PBK ma mnie w dupie, ale to pańska formacja prowadzi ze mną wojnę światopoglądową tylko dlatego, że dzięki temu Episkopat i Tadeusz Rydzyk podrzucają wam kilka milionów głosów. 

Niniejszym oświadczam: idź pan w cholerę, mojego głosu pan nie dostaniesz.

czwartek, 7 maja 2015

Wybory króla cebuli

Moja opinia na temat wyborów prezydenckich 2015

Długo się zbierałem do napisania tego tekstu, bo tematyka, z którą przyjdzie mi się zmierzyć (kampania prezydencka 2015), doprowadza mnie do szewskiej pasji. I nie w tym rzecz, że jest to kampania kur**sko żenująca (a to i tak eufemizm). Chodzi o to, że ta żenada nie jest dziełem przypadku. Jeśli komukolwiek wydaje się, że jakakolwiek z decyzji „dużych” sztabów (mam tu na myśli PO i PiS, bo SLD raczej sztabu nie posiada), to ma rację – wydaje mu się. To nie jest tak, że w sztabie PiS siedzi Mastalerek (i, dla odmiany, jakiś Nałęcz w sztabie PO) i tworzy te wszystkie „złote myśli”, którymi zarzucają nas kandydaci. Każda z decyzji jest podejmowana w oparciu o wyniki badań (jestem się w stanie założyć o wiele, że decyzja Andrzeja Dudy o tym, żeby nie uczestniczyć w pogrzebie Władysława Bartoszewskiego, nie była do końca „jego” decyzją – tylko „tak wyszło z badań”).

Dlaczego więc kandydaci traktują nas, wyborców, jak debili? Bo mogą. Bo z badań zleconych przez sztaby zapewne wyszło, że lepiej zarzucić gówno na wiatrak i wynająć legion trolli do spamowania internetu, niż zaproponować sensowny program polityczny. Lepiej szczuć swój elektorat na kandydata przeciwnego, niż traktować społeczeństwo po partnersku. Ponieważ kampania króla cebuli 2015 przypomina wojnę podjazdową – merytoryczne przygotowanie kandydatów pełni marginalną rolę. Ważne jest, żeby „nasz kandydat” miał maczugę większą niż „ten drugi” (a jak już nią przypieprzy, to żeby ten drugi nie wstał). Najgorsze jest w tym całym cebulowym syfie, że dziennikarze biorą w tym udział. Ja wiem, że skoro od paru lat mam trzeci krzyżyk na karku, mógłbym łaskawie wyrosnąć z idealizmu młodzieńczego. Jednak, w mej skromnej opinii, dziennikarze nie są od tego, żeby włazić w dupę kandydatom swoich ukochanych partii, ale żeby wszystkich kandydatów grillować (w imię wyborców, którzy takiej możliwości nie mają). A u nas wygląda to tak, że dziennikarze zaangażowali się w kampanie „swoich” i grillują jedynie „innych”. Kandydaci tak bardzo się do tego przyzwyczaili, że są absolutnie nieprzygotowani do starcia z przeciętnym dziennikarzem (o czym boleśnie przekonał się 4 maja Andrzej Duda).

Dobra, pomarudziłem sobie tytułem wstępu, teraz przejdźmy do części właściwej, czyli do kandydatów. Jako lewak, zacznę od tych, do których powinno mi być najbliżej.

Magdalena Ogórek

Jeśli chodzi o moją opinię na temat SLD, jest ona dość krótka: mogliby przestać udawać, że są lewicą i wyprowadzić sztandar (pogrobowców pewnie z chęcią przytulą PiS i PO). Tym niemniej, w swej bezbrzeżnej naiwności pomyślałem, że może się jakoś Betonowy Leszek ogarnie i wystawi sensownego kandydata wyborach prezydenckich. Wiadomo, że ów kandydat nie miałby najmniejszych szans (bo głównymi rozdającymi są PiS i PO), ale można było powalczyć o wynik lepszy od Napieralskiego z 2010 (13,68% głosów). Choćby dlatego, że lewicowy elektorat jest w Polsce od dłuższego czasu cholernie niezagospodarowany (a ludzie mają coraz bardziej dosyć duopolu PO-PiSowego).  Okazało się jednak, że Leszek Miller chce popełnić spektakularne samobójstwo i ogłoszono kandydaturę dr Magdaleny Ogórek.

Wydaje mi się, że ogromna większość ludzi w momencie ogłoszenia kandydatury zadała sobie pytanie: „ale kto to jest ta Magdalena Ogórek?”. A potem niestety dowiedzieli się, kto zacz. Na głowę Leszka Millera wylano hektolitry błota. Najdelikatniejszym z zarzutów był ten, że Miller sobie po prostu jaja robi z wyborców i dlatego wystawił kandydatkę „z kapelusza”. Samo SLD usiłowało robić dobrą minę do złej gry i tłumaczyło wszem i wobec, że to dobra kandydatura, a jeśli ktoś się z tym nie zgadza, jest po prostu głupi i pewnie nie popiera lewicy. SLD przez większą część kampanii ukrywało Magdalenę Ogórek przed mediami. I jeśli mam być szczery – nie ma się czemu dziwić, bowiem kandydatka SLD jest tak jakby (eufemizując) „mało lewicowa”. Z ostatniego wywiadu we „Wprost” można się było dowiedzieć, że M.O. jako prezydent podpisałaby zarówno ustawę liberalizującą prawo aborcyjne, jak i tę całkowicie zakazującą aborcji. W dalszej części rozmowy powiedziała, że ludzi w sumie ta tematyka nie obchodzi (w domyśle – problemy światopoglądowe), bo ważniejsze jest bezpieczeństwo na granicy etc. I zupełnie umknął jej fakt, że jeśli ktoś głosuje na kandydata wystawionego przez (w teorii) LEWICOWĄ partię, to spodziewałby się po nim zachowań choćby odrobinę zbieżnych z lewicowością, do jakich należy np. wetowanie debilnych ustaw, które wymyślać sobie może prawica (zakazy in vitro, zakazy aborcji etc).

Tak na dobrą sprawę, jedynymi środowiskami, które potraktowały kandydatkę SLD poważnie, były środowiska stricte PiSowskie. To one opowiadały o „polowaniu na Ogórek” (które miało być wywołane obawą PBK przed utratą głosów). Kilka tygodni kampanii wystarczyło do tego, aby PiSowcy porzucili tę narrację z przyczyn oczywistych – kandydatka, która ma kilkuprocentowe poparcie nie jest zagrożeniem dla nikogo prócz SLD (które, według niektórych sondaży, może wylecieć z parlamentu po wyborach 2015). Co ciekawe, członkowie SLD chyba wreszcie zrozumieli, że (za przeproszeniem) dali dupy i nie ma sensu wmawianie ludziom, że „Magdalena Ogórek wejdzie do drugiej tury wyborów”, bo brzmi to cokolwiek żenująco.

Ciekaw jestem, jaki był zamysł SLD? Na co liczyła ta partia? Nie uwierzę w to, że w XXI wieku, w kraju, w którym jest olbrzymi, niezagospodarowany elektorat lewicowy, ktoś mógł pomyśleć „nie no, weźmiemy tę panią, bo co prawda nie ma nic wspólnego z lewicą, ale przynajmniej ładnie wygląda na zdjęciach”. Aczkolwiek mogę się mylić i być może Miller już tak bardzo się od rzeczywistości odkleił.

Janusz Palikot

Nad Januszem Palikotem pastwiłem się już jakiś czas temu. Przyznam szczerze, że nie rozumiem jego zachowania – bo jest ono cholernie nieracjonalne. Nie można bowiem po kilku latach zajmowania się trollingiem dziwić się temu, że ludzie traktują taką osobę jak trolla i mają duuuży dystans do tego, co taki delikwent mówi. Nie rozumiem też jego utyskiwań, że media go ignorują. Nawet gdyby była to prawda (a nie jest, bo jednak JP bywa w programach publicystycznych), to istnieje coś takiego jak media społecznościowe. Człowiek, który jest gotowy wydać grube pieniądze na kampanię, w dobie mediów społecznościowych może bez problemu ominąć embargo informacyjne (choćby za pomocą akcji viralowych). Tym niemniej, to nie owo mityczne embargo jest problemem Palikota – jest nim fakt, że praktycznie nikt go już nie traktuje poważnie.

I mniej więcej tak się prezentuje „lewica” w wyborach prezydenckich. Kandydować miały jeszcze Wanda Nowicka i Anna Grodzka, ale zostały pokonane przez logistykę i brak kadr – prócz chęci trzeba mieć jeszcze ludzi do zbierania podpisów. Dość powiedzieć, że lewicowy elektorat (do którego się zaliczam) ma prawo do wkurw***ia. Bo, co prawda, na wybory trzeba iść, tyle że nie ma na kogo głosować (znowu).

Maskotki

W kampanii nie mogło zabraknąć również kandydatów pełniących rolę maskotek. Grzegorz Braun, który zasłynął ostatnio obietnicami o „zabieganiu o broń jądrową dla wojska i intronizacji Chrystusa króla” (nawiasem mówiąc, retoryka pana Brauna trąci antysemityzmem na kilometr – ktoś powinien mu powiedzieć, że Jezus był Żydem; pewnie by się szybko z tego pomysłu wycofał...). Jest Adam Jarubas, którego dopisywałem do tej listy już po napisaniu notki (po prostu zapomniałem, że taki człowiek kandyduje). Pan Tanajno, o którym nie ma żadnych informacji, prócz tego, że kandyduje. Jacek Wilk, o którym wiadomo, że jest z KNP i kandyduje dlatego, że Korwin uciekł i założył kolejną partię.

Jest również reprezentant „siły, o której politykom się nie śniło” (czyli Ruchu Narodowego) – Marian Kowalski. To, że ma poparcie w granicach błędu statystycznego, jest doskonałym dowodem, że czego, jak czego, ale „przebudzenia narodowego” nikt się nie musi obawiać. Piszę o tym dlatego, że jeszcze nie tak dawno temu media straszyły wszystkich dookoła „brunatnym przebudzeniem i odrodzeniem faszyzmu”. Narodowcy startując w eurowyborach liczyli na 500 tysięcy głosów – skończyło się blamażem i 98.626 głosami (nie wiem, jak ostatecznie poszło RN w wyborach samorządowych [bo PKW], ale pewnie nielepiej) . Dość powiedzieć, że narodowcy ZNACZNIE przeszacowali swoje możliwości.  Biorąc pod rozwagę fakt, że przeciętny wyborca Ruchu Narodowego z chęcią przypieprzyłby mi kijem baseballowym w potylicę (za to, że jestem „zdrajcom ojczyzny” bo prowadzę lewackiego bloga), jakoś niespecjalnie mi ich szkoda.

I na tym można zamknąć temat maskotek.

Krul Korwin

Pamiętam szał kucerii, która świętowała wynik wyborów do Europarlamentu. Pamiętam też dyskusję z jednym młodym jej przedstawicielem, który przekonywał mnie o tym, że teraz Krul wreszcie pokaże na co go stać i poparcie będzie mu stale rosnąć. Trochę racji w tym było – Korwin pokazał na co go stać, jak przypieprzył Boniemu. Jeśli sprawa skończy się wyrokiem skazującym, będzie to koniec politycznej kariery „kandydata młodych”. Ale to tylko dygresja. Korwin nie ma najmniejszych szans w wyborach prezydenckich. Ogromna część społeczeństwa traktuje go jak klauna estradowca, który lubi drzeć japę stojąc na mównicy zbitej ze skrzynek po pomidorach. Ma, co prawda, swoich wiernych wyznawców, ale to mu nie wystarczy.

Nietrudno zgadnąć, że przytulony do Korwina Wipler liczy na to, że dobry wynik w wyborach prezydenckich przełoży się na wynik w wyborach parlamentarnych (bo jeśli się nie przełoży, poseł będzie musiał sobie znaleźć inne zajęcie). Tylko że to jest, w mej skromnej opinii, myślenie magiczne. Kiepski wynik w wyborach samorządowych sugeruje, że sukces na miarę wejścia do PEU raczej się nie powtórzy. Problemem Korwina (tak jak Ruchu Narodowego) jest brak kadr (gimnazjalistów nie wliczam) i to, że nie będzie miał sensownych kandydatów do sejmu. W tej chwili sondaże opierają się na tym, że partia nazywa się KORWIN. W momencie, w którym zacznie się kampania i okaże się, że na listach wyborczych KORWINA pojawią się jakieś ogórki (bez skojarzeń), poparcie może mu w magiczny sposób spaść.

Skąd pomysł, że KORWINowi nie starczy kandydatów? Choćby stąd, że zaliczył porażkę w wyborach samorządowych. I nie mam tu na myśli wyborów do rad miejskich/gminnych i prezydentów miast (bo to jest naprawdę poważne wyzwanie logistyczno-kadrowe dla dużej partii; małe, „miejskie” komitety mają lepiej, bo martwią się tylko i wyłącznie o jeden region). Chodzi o wybory do sejmików, które zakończyły się dla KNP (ówczesna partia JKM) totalną klęską. Sam Korwin tłumaczył to tym, że „jego wyborcy chcą zmieniać świat, a tego nie da się zrobić na szczeblu samorządowym”. Abstrahując już od faktu, że jest to wypowiedź godna PZPR-owca z krwi i kości, który wierzy tylko i wyłącznie we władzę scentralizowaną – była to nieudolna próba zamaskowania problemu kadrowego. JKM nie był w stanie znaleźć sensownych kandydatów na listy do 16 województw. Jak więc poradzi sobie w sytuacji, w której trzeba znaleźć kandydatów do 41 okręgów wyborczych? Zważywszy na to, że ma przy sobie jedynie armię kuców i Wiplera, śmiem twierdzić, że sobie nie poradzi.

Paweł Kukiz

Dla wielu ludzi wskoczenie (póki co w sondażach) Pawła Kukiza na 3 miejsce w wyścigu prezydenckim było niemałym szokiem. No, bo jak to? Jakiś frajer, bez zaplecza ląduje na 3 miejscu? A gdzie spece od kreowania wizerunku, gdzie gruby szmal na badania focusowe, sondażowe etc.? Gdzie treningi komunikacji (które sprowadzają się w sumie do tego, że z polityka robi się drona, reagującego wyuczonymi kwestiami na konkretne hasła)? Przyznam, że na samym początku (kiedy Kukiz ogłosił swój start) jakoś tak nieszczególnie chciało mi się wierzyć w to, że będzie miał wynik dużo lepszy niż „Typowy Marian” z Ruchu Narodowego. Tyle że bardzo szybko dotarło do mnie to, że Kukiz jest jedynym kandydatem, z którym mogą się utożsamiać „wkurwieni” (staram się nie nadużywać wulgaryzmów, ale to słowo doskonale oddaje stan emocjonalny wyborców Kukiza). W wyborach 2010 sporo ludzi głosowało na Napieralskiego, bo mieli dosyć sytuacji, w której zmusza się ich do głosowania na dwóch „zawodników wagi ciężkiej” (Kaczyński vs Komorowski). 5 lat później ludzie mają jeszcze bardziej dosyć duopolu PO-PiS i wiadomym było, że ktoś ten elektorat zagospodaruje. SLD się nie nadawało (bo Ogórek), Palikot już od jakiegoś czasu się nie liczy, JKM jest dla wielu ludzi klaunem-estradowcem o absolutnie niestrawnej retoryce, Marian Kowalski kojarzy się z kibolem. Na kogo więc mają głosować wkurwieni?

Jest jeszcze jeden czynnik, który decyduje o tym, czy polityka traktujemy przychylnie, czy też jak pacynkę. Czynnikiem tym jest autentyczność. I w tym przypadku Kukiz wypada najlepiej. Komorowski i Duda to wysokiej klasy produkty sztabowe (temu drugiemu sporo brakuje do PBK, ale w PBK zainwestowano już znacznie więcej), Magdalena Ogórek non stop klepie swoje formułki, JKM jest estradowcem, a autentyczność Mariana Kowalskiego może się zamknąć w tym, że dla wielu osób jest autentycznym dresiarzem. Kukiz, co prawda, zawiesił się na JOWach i często się zacina w trakcie wywiadów, ale sporo ludzi woli takiego „zacinającego się” polityka od kogoś, kto recytuje z pamięci swoje hasełka (które spece od treningów erystyki kazali mu wykuć na blachę), nie mające nic wspólnego z pytaniem.

Osobną kwestią jest to, co się będzie działo z inicjatywą Kukiza w wyborach parlamentarnych. Moim zdaniem – pokona go logistyka. Wybory prezydenckie można oprzeć na jednym nazwisku, wyborów parlamentarnych się już nie da. Palikot doskonale sobie zdawał z tego sprawę i dlatego miał w 2011 roku na listach wyborczych sporo znanych nazwisk. Insza inszość to fakt, że Kukiz idzie do wyborów prezydenckich bez programu. Nie czynię mu z tego powodu zarzutów (bo prawda jest taka, że choć inni kandydaci mają programy, to i tak w razie zwycięstwa mieliby je w dupie). Jednakże nie da się iść do wyborów parlamentarnych mając program, który zamyka się w trzech literach: JOW. Nawet bajkopisarz JKM o tym wie i dlatego zawsze ma „program” (cudzysłów użyty z rozmysłem). Mnie z Kukizem mocno nie po drodze. Nawet gdybym „nie znał człowieka”, sam fakt nawiązania (albo prób nawiązania, bo akurat się pokłócili) współpracy z JKM sprawia, że nie zamierzam oddawać na niego głosu. Tym niemniej – nie będę mu odmawiał skuteczności w pozyskiwaniu wyborców.

Waga ciężka – Gajowy vs Człowiek Episkopat

Jeszcze przed ogłoszeniem nazwisk kandydatów wiadomo było, że jeśli dojdzie do drugiej tury, Bronisław Komorowski zmierzy się w niej z kandydatem PiS. Po tym, jak PiS wystawił Andrzeja Dudę, część „analityków” (niepokornych etc.) uznała, że to celowa robota. Zaczęto budować narrację „PiS wybrał polityka z dalszych rzędów, bo ktoś musi przegrać z Komorowskim, a ten to przynajmniej nie pociągnie partii w dół”. Jak widać, do głowy im nie przyszło, że w dzisiejszych czasach, dysponując odpowiednimi środkami na specjalistyczne szkolenia i tabun specjalistów, można bez problemu przerobić wizerunkowo polityka z ostatniego rzędu w męża stanu.

I tak też się stało. Andrzej Duda, który do niedawna miał znikomą rozpoznawalność, dzisiaj jest przez wiele osób uważany za potencjalnego wybawcę Polski. I żaden z reprezentantów „żelaznego” elektoratu Dudy przez moment nie zastanowi się nad tym, jak to się stało, że taki wspaniały polityk tak długo siedział cicho i usłyszeli o nim dopiero wtedy, gdy Jarosław Kaczyński zdecydował o wystawieniu go jako kandydata na prezydenta.

Gdyby porównywać działania sztabów (PO i PiS) li tylko na podstawie tego, jak prezentują się (wizerunkowo) kandydaci, trzeba by uznać wyższość fachowców PiSowskich. To oni zrobili z jakiegoś prawdziwka męża stanu. Sztabowcy PO natomiast? No cóż, zachowują się cokolwiek nonszalancko i, generalnie rzecz ujmując, nie traktują Dudy poważnie. Ok, jest sobie tam jakiś PiSowski kandydat, śmiga po Polsce, opowiada dyrdymały, ale on sobie może skakać, a i tak to my wygramy. Ciężko się na pierwszy rzut oka dopatrzyć przyczyn takiego zachowania. Bronisław Komorowski jeździ po kraju i rzuca jakieś teksty o specjalistach od kur, na jego koncie twitterowym pojawiają się teksty godne Paulo Coelho, wk***wił wielu ludzi swoimi wypowiedziami dotyczącymi myślistwa i tak dalej, i tak dalej. Dlaczego więc wciąż ma wysokie poparcie (a jego sztab ma „tak bardzo wy***ne”)?

Dlatego, że wynik wyborów nie zależy od żelaznych elektoratów. O zwycięstwie (bądź przegranej) decyduje to, na kogo zagłosuje lewicowy elektorat. Jeśli komuś się wydaje, że to karkołomna teza, to niech mi łaskawie odpowie, czemu Jarosław Kaczyński mizdrzył się do lewicy przed drugą turą wyborów w 2010 roku? Czemu opowiadał, że Oleksy to „socjaldemokrata średnio-starszego pokolenia”? Czemu mówił, że „on już nie będzie używał określeń takich jak postkomuna”? Czemu Jarosław Kaczyński opowiadał (już w trakcie kampanii 2015), że PiS ma „gotowy plan pozyskania elektoratu Magdy Ogórek”? Co prawda, wygłupił się nieco (bo sztabowcy PiS nie przewidzieli, że M. Ogórek aż tak bardzo przydołuje w sondażach), ale wiadomo, że chodziło mu o elektorat lewicowy. Beata Szydło też wspominała, że „PiS przejmie elektorat lewicy”. PiS-owcy może nie są geniuszami strategii, ale doskonale pamiętali, czemu zawdzięczali zwycięstwo w wyborach prezydenckich 2005. Mianowicie temu, że lewica oddała swój głos na Lecha Kaczyńskiego albo zagłosowała nogami i nie poszła głosować na Tuska. Przesądziła tzw. „sprawa Cimoszewicza” i to, że Borowski został wystawiony jako kandydat rezerwowy. A jeśli ktoś w to nie wierzy, niech sobie porówna frekwencję z wyborów prezydenckich 2000 (61,12%) i 2005 (49,74% w pierwszej i 50,99% w drugiej turze). A przecież można się było spodziewać frekwencji porównywalnej z tą z 2001 roku (a nawet wyższej), bo PO z PiSem używało duszosztypatielnej retoryki o zbudowaniu nowej Polski (IV RP) etc., etc. Warto również pamiętać o tym, że Lech Kaczyński dystansował się od „afery Cimoszewicza”. Donald Tusk nie mógł, bo to jego kumpel (Konstanty Miodowicz) tę aferę rozkręcił.

PiSowcy zdają sobie sprawę, że do zwycięstwa potrzebują głosów „lewactwa” (którym na pokaz tak bardzo gardzą w trakcie trwania kadencji). PO również sobie z tego zdaje sprawę i w ten właśnie sposób dotarliśmy do sedna sprawy. PiS „ma plan pozyskania elektoratu lewicowego”, a PO swój własny plan realizuje już od jakiegoś czasu. Sprawę antyprzemocówki przeciągano bardzo długo. Dziwnym trafem – została ona klepnięta przed wyborami prezydenckimi. Czy powinno dziwić, że głosowanie nad in vitro też wypadło przed wyborami? Dodajmy do tego jeszcze skrajny kretynizm PiSu w postaci projektu ustawy zakazującej in vitro i nonszalancką wypowiedź kandydata Dudy, który z rozbrajającą szczerością powiedział, że jego stanowisko w temacie in vitro jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu. Rzeczony Episkopat usiłował pokrzykiwać na PO i wymusić na jej politykach posłuch, ale te głosy zostały olane (zarówno w temacie antyprzemocówki, jak i in vitro). Nie olał ich natomiast kandydat Duda, który antyprzemocówkę nazwał „lewacką” i powiedział, że nigdy by jej nie podpisał. Zapewne zupełnym przypadkiem przedostatni spot PO (przed pierwszą turą) nawiązywał do tego, że Andrzej Duda w 2012 roku podpisał się pod projektem ustawy zakładającej karę więzienia za stosowanie in vitro  Takim samym przypadkiem były wtręty PBK o tym, że nie chce być prezydentem sumień i że on chciałby Kościoła, który nie angażuje się w spory polityczne.

I teraz zadajmy sobie pytanie – czyj sztab bardziej dał dupy? Duda z gracją hipopotama wpadł we wszystkie pułapki, które na niego zastawili sztabowcy PO i jeśli uznamy, że „sztabowcy PO to debile”, to będziemy musieli się pogodzić z tym, że „sprytni i przebiegli” sztabowcy PiSu zostali ograni przez debili. Bo brutalna prawda jest taka, że Duda przegrał walkę o lewicę zanim ją na dobre rozpoczął. Choć, tak po prawdzie, każdy z kandydatów PiSu dostałby dokładnie taki sam łomot (bo przecież nie mógłby powiedzieć, że ma w dupie zdanie Episkopatu i będzie popierał in vitro).

Ktoś może podnieść argument „no dobra, PO weźmie lewicę światopoglądową, ale jest przecież lewica gospodarcza (konserwatywna światopoglądowo), a tej bliżej będzie do Dudy niż do Komorowskiego”. Pełna zgoda, tyle że na tę część lewicowego elektoratu PO nigdy nie liczyło. Mało tego, sam fakt forsowania przez PO debat światopoglądowych sugeruje, że wbrew utyskiwaniom prawicy (która zawsze przy okazji takich debat wylewa morze jadu na „lewactwo”, a potem będzie drzeć mordę o tym, że „to temat zastępczy”), istnieje w społeczeństwie zapotrzebowanie na tego rodzaju debaty. Dowody? Około 90% Polaków popiera konwencję antyprzemocową, a ponad 80% popiera in vitro. Prawica, rzecz jasna, może sobie burczeć o tym, że „ludzie popierają antyprzemocówkę, bo jej nie rozumieją”, ale po pierwsze – jest to zwykła racjonalizacja, a po drugie – przed wyborami nie ma to znaczenia. Nawet jeśli prawica będzie chciała prowadzić akcję „reedukacyjną” i wciskać ludziom idiotyzmy, których w konwencji nie ma, to nie da się tego zrobić w kilka tygodni.

PO udało się doprowadzić do sytuacji, w której ludzie szczerze nieznoszący Gajowego (bo jest konserwą), będą na niego głosować dlatego, że Andrzej Duda w pocie czoła (swego i sztabowców) zapracował sobie na łatkę fanatyka religijnego. Poza tym, nikt nie wie, jak się potoczą wybory parlamentarne. Jeśli PO je przegra to PiS może (a raczej musi, bo tym razem KEP  nie odpuści)  rozpocząć ofensywę ustaw światopoglądowych np. unieważnienie ratyfikacji antyprzemocówki, o ile to możliwe, zakaz sprzedaży pigułek „dzień po”, zakaz edukacji seksualnej, zakaz aborcji i może jeszcze jako bonus karanie za „homopropagandę”. Jeśli PiS weźmie wszystko (prezydenta i parlament) tego rodzaju ustawy przejdą bez problemu. Jeśli z kolei PO weźmie prezydenturę a PiS parlament – prezydent bez problemu zawetuje tego rodzaju podrygi, a odrzucenie prezydenckiego weta wymaga 3/5 głosów. W kontekście powyższego jestem bardzo ciekaw sposobu, w jaki PiS chce przejąć elektorat lewicowy.

Okiem lewaka

Z mojego, lewackiego punktu widzenia – te wybory prezydenckie to jakieś nieporozumienie. W kraju, w którym kupa ludzi jest wk**wiona tym, co się dzieje (kiepskie warunki bytowe, niedziałający system edukacji, rzeź na rynku pracy, coraz większe obciążenia i daniny, które „wsiąkają” nie wiadomo gdzie, gigantyczna emigracja zarobkowa etc., etc.) nie ma ani jednego kandydata lewicowego. O głosy lewicy powalczą w drugiej turze konserwatywny koniunkturalista z fanatykiem religijnym (który przy okazji jest demagogiem). I sam nie wiem, kto z tego duetu jest gorszy. Gdyby lewica miała jakąś sensowną partię w parlamencie i kandydata na króla cebuli, który mógłby liczyć na 20% poparcia, nikt by sobie z lewicowym elektoratem tak nie pogrywał. W sytuacji, w której lewicę w Parlamencie reprezentuje dogorywające ugrupowanie Janusza Palikota i konserwatywne SLD – jesteśmy (my, lewacy) skazani na wybieranie tego, dzięki komu będzie mniej przeje***ne. 

Po wyborach parlamentarnych 2011 w internecie pojawiło się zdjęcie karty wyborczej z kandydatami do senatu, na której ktoś narysował penisa (rzecz jasna, typowo „szkolną” kreską) i dopisał „karny k**as za ch***wych kandydatów”. Choćbym nie wiem jak długo myślał, lepszego podsumowania wyborów prezydenckich 2015 nie wymyślę.

Sorry, taki mamy klimat.