piątek, 16 maja 2025

Wybory Prezydenckie 2025

 Ponieważ wielkimi krokami zbliżają się wybory prezydenckie pomyślałem sobie, że wypadałoby coś na ich temat naskrobać. Zacznijmy więc od tego, że obrodziło kandydatami w tym roku. O planktonowych nie bardzo mi się chce pisać, tak więc wspomnę (i będzie to wzmianka krótka) tylko o jednym, który swoimi prorosyjskimi wypowiedziami przebił nawet Grzegorza Brauna. Chodzi, rzecz jasna, o Marcina Maciaka. Ja wiem, że na pierwszy rzut oka to wygląda tak, jak gdyby jakiś jegomość ze srogą odklejką po prostu nagle zapragnął zostać prezydentem RP, ale prawda jest taka, że ci ludzie nie kandydują dlatego, że chcą wygrać, ale po to, żeby budować sobie rozpoznawalność, dzięki której mogą tworzyć struktury. Gwoli ścisłości, wyżej wymieniony pan ma je już na tyle rozbudowane, że był w stanie zebrać wymagają liczbę podpisów (co nie udało się, na ten przykład, Piotrowi Szumlewiczowi, który ma znacznie większą od Maciaka rozpoznawalność). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć, że nie chce mi się pisać nic na temat Jakubiaka, bo to jest po prostu PiSowska przybudówka.

Ponieważ jakoś musiałem uszeregować kandydatów doszedłem do wniosku, że będę się posiłkował danymi ze strony ewybory.eu, bo tam wrzucają wszystkie sondaże i wyciągają z nich średnią sondażową. Zacznę więc od kandydata z najniższym średnim poparciem sondażowym (zacząłem skrobać ten tekst 6 maja, więc nie gwarantuję, że w momencie, w którym to będziecie czytali coś się nie zmieni). Kandydatem tym jest Krzysztof Stanowski  (mniej niż 2%).


Edycja. Już po napisaniu tego kawałka okazało się, że z racji robienia pierdyliona sondaży nawet te uśrednione wartości się non stop zmieniają, tak więc pozwolę sobie na nie wrzucanie konkretnych wartości, bo zachodzi spore prawdopodobieństwo, że w momencie, w którym będziecie to czytać, będą one wyglądały inaczej.

Z tym Stanowskim to jest tak, że tak po prawdzie nie wiadomo czemu on tak właściwie wystartował. Główny zainteresowany stwierdził, że on nie startuje po to, żeby wygrać, ale po to, żeby „pokazać jak wygląda kampania”. Aż by się chciało w tym miejscu zacytować jednego z Wieszczów: „Bardzo panu dziękuję za tę garść bezcennych informacji (...)”. Ujmując rzecz nieco inaczej, wszyscy wiemy, jak wygląda kampania. Gdyby ktoś wystartował z takiego powodu w 1990 roku, to faktycznie mógłby suwerenowi pokazać to i owo, bo wtedy wybory prezydenckie wróciły do Polski po dość długiej przerwie i całkiem sporo ludzi mogło nie mieć pojęcia z czym to się je. Co prawda nie śledzę jakoś dokładnie twórczości Stanowskiego, ale o ile mnie pamięć nie myli, to wydaje mi się, że nieszczególnie wiele wyprodukował materiałów o tym „jak wygląda kampania”. Jedyny, który pamiętam, to ten dotyczący obowiązku zbierania podpisów. Argumentował w nim, że tak po prawdzie podpisujący nie wie, co się potem dzieje z podpisami i wspominał również o tym, że PKW liczy te podpisy aż do 100 tysięcy ważnych i potem już nie, tak więc kandydaci sobie mogą potem mówić, że zebrali trotyliard podpisów i nikt tego nie zweryfikuje.

No i wszystko fajnie, ale warto sobie w tym miejscu pozwolić na odrobinę złośliwości (a to do mnie niepodobne) i zwrócić uwagę na to, Stanowski wskazał akurat na ten problem i zupełnie przypadkiem miał problemy ze zbieraniem podpisu. Wsparł go w tej kwestii Sławomir Mentzen, który na swoim wiecu apelował o pomoc w zbieraniu podpisów. Z ludźmi pokroju Stanowskiego jest ten problem, że analizując ich wypowiedzi ciężko ustalić, czy mówią poważnie, czy też sobie robią z nas jaja (to trochę jak z tzw. prawem Poego). Choć tak na pierwszy rzut oka mogło chodzić o to, że Stanowski chciał wypromować (jeszcze bardziej) „Kanał Zero”, to równie dobrze mogło być tak, że on autentycznie miał jakiś plan, bo wydawało mu się, że jest w stanie swoją rozpoznawalność przekuć w jakiś pomniejszy sukces polityczny.

Mam przeczucie graniczące z pewnością, że gdyby Stanowskiemu udało się np. wyciągnąć 10% poparcie w wyborach, to potem opowiadałby, że właśnie o to mu chodziło od samego początku. Ponieważ z poparciem idzie średnio, to pewnie w trakcie wieczoru wyborczego (który zapewne się na antenie KZ odbędzie) dowiemy się, że jego trud skończon, bo chciał pokazać, że polityka jest do dupy. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Stanowski zupełnym przypadkiem znacznie więcej uwagi poświęca Trzaskowskiemu. Nawrockiemu jakoś tak mniej i dziwnym trafem wyłącznie wtedy, gdy uda mu się wyczuć pismo nosem i dojdzie do wniosku, że nie da się jakiegoś działania/decyzji bronić, nie ośmieszając się przy okazji. Tak więc przy okazji mieszkaniowego przypału (o którym będzie nieco później, jak się domyślacie) Stanowski nawet nieszczególnie hamletyzował (a i nawet starł się z dronami Zjednoczonej Prawicy, które usiłowały tłumaczyć, że Trzaskowski to zrobił dokładnie to samo!).

Wiecie, mnie tam w sumie nie bardzo obchodzi to, że Stanowski sobie przy pomocy kampanii biznes promuje. Mierzi mnie natomiast niesamowicie to, że robił to wszystko używając moralizatorskiego tonu (no bo on nam głąbom pokaże, jak kampania wygląda, bo przecież nie wiedzielibyśmy bez niego).  Żeby nie przedłużać, z ludźmi pokroju Stanowskiego to jest tak, że nie zależnie od tego co się stanie, będą wam tłumaczyć, że tak właściwie to oni ugrali to, co chcieli.

Zostawmy już pana Krzysztofa i przejdźmy do następnego w kolejności kandydata, który na nasze nieszczęście od pewnego czasu nie jest już planktonem. Kandydatem tym jest Grzegorz Braun (2%<). Z Tym Braunem to było tak, że mógł sobie robić wszystko będąc w Konfie i Bosak z Mentzenem bezproblemowo go bronili, ale w momencie, w którym okazało się, że Braun chce sobie wystartować w wyborach (choć kandydatem konfy miał być Mentzen) wywalono go razem z Konfederacją Korony Polskiej. Mimo, że Brauna kojarzyłem już wcześniej (jeżeli ktoś lubi takie klimaty, to polecam recenzję autorstwa Masochisty, który pochylił się nad filmem „Arche. Czyste zło”, do którego Braun współtworzył scenariusz), to jednak w trakcie przygotowywania się do podkastowego odcinka na jego temat, nieco zaskoczyła mnie skala, w jakiej Braun działa. Konkretnie zaś chodzi mi o to, że Braun kolekcjonuje teorie spiskowe. Zebrał ich już od cholery i w ogóle mu nie przeszkadza to, że niektóre z nich się wzajemnie wykluczają.

Jednakowoż znacznie bardziej istone od tego, że Braun łowi foliarski elektorat jest to, że jest to skrajnie prorosyjski polityk. Co prawda Maciakowi chwilowo udało się Brauna przykryć swoimi wypowiedziami na temat Putina, ale Maciak jest mało znanym działaczem, a Braun jest aktywnym politykiem, który ma swój własny wierny elektorat. Ja wiem, że jak się popatrzy na te jego procenty, to to jest niewiele (raz udało mu się przeskoczyć 3pp), ale jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, że w tych samych wyborach startuje Sławomir Mentzen, którego popiera konfa, to te sondażowe 2.4% to jest po prostu w cholerę. I jest to coś co powinno nas wszystkich martwić. Tak samo jak to, że choć w Polsce działa sobie Braun, to taki Maciej Maciak tworzy swoje własne prorosyjskie środowisko. To zaś oznacza, że mądrzy ludzie, którzy starają się nas przekonać do tego, że w Polsce środowiska prorosyjskie są na tyle marginalne, że nie należy się nimi przejmować, chyba jednak nie mają racji. 

Teraz zaś dochodzimy do najbardziej „ruchomego” trio. Jeszcze parę dni temu wyglądało to tak, że następny w kolejce jest Zandberg, potem Biejat, a następnie Hołownia. Póżniej nastąpiło przetasowanie i Biejat przeskoczyła Hołownię. Potem zaś pojawił się jeszcze inny sondaż, z którego wynikało, że Hołownia jest przed Zandbergiem, który jest przed Biejat. Pozwolę sobie więc na opisanie tego tak, jak było wcześniej (aczkolwiek od razu zaznaczam, że nie miałbym nic przeciwko temu gdyby duet Biejat&Zandberg przeskoczył Hołownię).

Zacznijmy więc od Adriana Zandberga. Jego start był efektem rozłamu, do którego doszło na lewicy. Partia Razem, która (choć poparła rząd) nie chciała być w koalicji, w pewnym momencie podjęła decyzję o opuszczeniu klubu parlamentarnego Lewicy. Efektem ubocznym tej decyzji było to, że z partii Razem odeszła jakaś część członków (ciężko określić jak duża, bo obie strony mają własny interes w tym, żeby zawyżać liczbę „swoich”). Jedną z osób, które odeszły z Razem była Magdalena Biejat, którą Lewica wystawiła w wyborach parlamentarnych. Wydaje mi się, że to mogło mieć wpływ na decyzję Razemów o wystawieniu własnego kandydata.

Myślę, że to odpowiednie miejsce do tego, żeby napisać, że może i Razemy sobie średnio radziły w samodzielnym życiu partyjnym (o tym będzie za moment), ale jakoś tak się złożyło, że w wyborach prezydenckich 2025 o elektorat lewicowy walczy dwoje kandydatów o razemickim rodowodzie (tak, Biejat już nie jest w Razem, ale prawie całe swoje dotychczasowe życie polityczne spędziła w Razemach). Tak, wiem, w wyborach startuje jeszcze Joanna Senyszyn, ale nie bardzo mi się chce na jej temat produkować (no może poza wzmianką o tym, że jestem zdziwiony tym, że udało się jej zebrać wymaganą liczbę podpisów).

Wracajmy do Zandberga. Potężny Duńczyk radzi sobie całkiem dobrze, co nie powinno dziwić nikogo, kto pamięta rok 2015 i słynną debatę, w której jakiś wielki lewak z brodą poradził sobie nadspodziewanie dobrze. Od tamtej pory Zandberg znany był z tego, że „miewa momenty” (np. przemówienia po expose premiera w 2019). Teraz po prostu tych „momentów” ma wiele, bo jest kandydatem na urząd prezydenta. Dodajmy do tego drobny szczegół, którym jest praktycznie całkowite olewanie lewicowych postulatów przez konserwatywo-liberalną cześć koalicji rządzącej i to, że Nowa Lewica nie bardzo potrafi cokolwiek ugrać. (Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk robi co może, ale, eufemizując, działa w bardzo nieprzyjaznym środowisku).

W tym miejscu pozwolę sobie na dość długą dygresję. Otóż, jakaś część lewicowego komentariatu doszła do wniosku, że ponieważ Zandbergowi idzie nadspodziewanie dobrze, to z tego na bank wynika, że to jest ten moment, w którym Razemom zacznie dobrze iść. Dowodzić tego ma fakt, że rośnie im sondażowe poparcie oraz to, że od początku kampanii mieli już 1500 wniosków akcesyjnych (czy jak się tam to nazywa). Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja bym naprawdę chciał, żeby im poszło na tyle dobrze, żeby sami mogli wejść do parlamentu, ale na ich drodze do tego samodzielnego wejścia widzę w cholerę problemów, na które mało kto zwraca uwagę.

Po pierwsze, teraz lepsze wyniki sondażowe Razemów są związane z tym, że Potężnemu Duńczykowi dobrze idzie kampania. To, że sam sobie dobrze radzi jest oczywiste, ale idzie mu dobrze również dlatego, że tyra na niego cała partia. Tyle, że to nadal jest jedna osoba. Nawet gdyby (co jest niemożliwe) Zandberg po wyborach prezydenckich nadal działał na najwyższych obrotach, to nie ma szans na to, żeby udźwignął całą partię. Żeby to jakoś grało, Razemy musieliby mieć Zandberga w każdym regionie (i to minimum jednego), żeby mieć jakiekolwiek lokomotywy wyborcze (wystarczy popatrzeć na to, ile znanych nazwisk pojawia się na listach wyborczych dużych partii).

Po drugie, Razemy mają problem ze strukturami, w regionach. O ile w dużych miastach jeszcze to jakoś wygląda, to w mniejszych jest padaka. Ktoś może powiedzieć, ok, ale teraz mają 1500 nowych członków. No i wszystko fajnie, tyle, że coś mi mówi, że nie jest tak, że się tych 1500 nowych członków i członkiń rozkłada idealnie na całą Polskę. Poza tym, nawet gdyby się rozłożyło, to popatrzcie sobie wszyscy na Nową Lewicę. Osób w partii mają znacznie więcej, niż w Razemach, a gdy przychodzą wybory, to się nagle robi problem w regionach mniejszych, bo tam nie ma nikogo. Razemy mają sytuację jeszcze gorszą, tak więc ciężko sobie wyobrazić samodzielne dźwignięcie kampanii parlamentarnej (o samorządowej nie wspominając). Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Razemy mają spore problemy z zarządzaniem.


Po trzecie i chyba najważniejsze, Razem to nie jest nowa partia. Po 2015 warunki były wprost idealne do budowania lewicy, bo SLD lizało rany po podwójnej porażce wyborczej (najpierw 2% w prezydenckich, a potem spadek pod próg w parlamentarnych), a rządziła nami skrajna prawica, mająca zapędy zamordystyczne. Mimo tego, osiągnięcia Razemów w samodzielnym działaniu były, eufemizując, rozczarowujące. I ja się już przyznawałem (przynajmniej raz) do tego, że gdy Razemy podjęły decyzję o wspólnym starcie z SLD, to trochę krzywo na to patrzyłem, ale potem do mnie dotarło, że w sumie innego wyjścia (poza siedzeniem na kanapie) nie mieli. Tak więc była to decyzja ze wszech miar słuszna.

Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja im życzę jak najlepiej i z przyjemnością się pomylę po kolejnych wyborach parlamentarnych, ale nie bardzo sobie wyobrażam scenariusz, w którym Razemy ugrywają coś samodzielnie. Tak na sam koniec mojego pastwienia się nad Razemami pozwolę sobie na jedną złośliwość. W trakcie ostatniej debaty doszło do wymiany zdań między Magdaleną Biejat i Adrianem Zandbergiem, w tracie której to wymiany zdań Zandberg wypomniał Biejat (tak w telegraficznym skrócie), że firmuje swoim nazwiskiem Czarzastego. No i w tym miejscu sobie pozwolę na złośliwość, bo to są bardzo mocne słowa, jak na kogoś, kto dwukrotnie startował z list tego złego Czarzastego i wtedy mu to jakoś nie przeszkadzało, nawet jeżeli startował i się z tego nie cieszył. Tu  się powtórzę (co mi się absolutnie nigdy nie zdarza). Jeżeli w kolejnych wyborach parlamentarnych Razemy dostaną jakieś 8-10% głosów, to ja z przyjemnością napiszę: O, NIE. POMYLIŁEM SIĘ.

Idźmy dalej. Kolejną kandydatką, nad którą się pochylimy, będzie Magdalena Biejat. Zaraz po tym, jak ogłoszono tę kandydaturę podniosły się w części lewicowego komentariatu głosy, że nie bardzo sobie to komentariat wyobraża, że ona tego nie udźwignie i że może się to skończyć porażką o skali porównywalnej z 2015 i 2020. Tak okołotematowo, to wydaje mi się, że powodem, dla którego wystawiono Biejat było to, że Nowa Lewica, choć ma sporo członków i członkiń, to nie bardzo miała kogo wystawić. Ok, można było postawić na Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, ale obie te polityczki mają mniej więcej taką samą rozpoznawalność, a poza tym, ADB jest ministrą i pewnie musiałaby brać jakiś urlop na czas kampanii.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

W tym miejscu warto wspomnieć, że 1 maja ADB ogłosiła, że będzie się ubiegać o stanowisko przewodniczącej Nowej Lewicy. Ciekaw jestem, jak to się dalej potoczy, bo choć SLD kiedyś na moment odmłodziło kierownictwo, to całe to odmładzanie skończyło się w trakcie wyborów w 2011 (bo wtedy wystawiono całkiem sporo starych swetrów na listach), po których Grzegorza Napieralskiego zastąpił Leszek Miller, którego po jego sukcesach zastąpił Włodzimierz Czarzasty. 

Biejat nie ma zbyt łatwego zadania, bo musi walczyć o lewicowe głosy będąc członkinią koalicji, która (o czym już wspomniałem) niekoniecznie się kwapi do realizowania lewicowych postulatów. Zandberg może sobie pozwolić na ostrą krytykę (bo członkiem rządu nigdy nie był), ale ona już nie do końca, bo zawsze po takiej krytyce mogłaby usłyszeć, „mordo, jak Ci tam tak źle, to po co tam jesteś?” Co ciekawe, Magdalenie Biejat zadanie ułatwił Rafał Trzaskowski swoimi neoliberalnymi narracjami (o których będzie jeszcze później) i tym, że nagle zaczął się wstydzić elgiebetów. Gdy w trakcie jednej z debat Karol Nawrocki wręczył Trzaskowskiemu flagę elgiebetów, ten jej nie przyjął. Flagę wzięła Magdalena Biejat, która powiedziała, że ona się popierania elgiebetów nie wstydzi.

Sporym problemem Biejat jest to, że siłą rzeczy startując z takiego, a nie innego komitetu, musi świecić oczami za wszelkiej maści Gdule, Wieczorków, Szejny/etc. Eufemizując, jest to spore obciążenie wizerunkowe i może to być jedna z przyczyn, dla których w sondażach duet Biejat&Zandberg jest blisko siebie (bo dla części wyborców Zandberg jest w tej krytyce bardziej autentyczny). Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że jeden z największych fuckupów kampanijnych w wykonaniu sztabu Nawrockiego zaczął się od tego, że Magda Biejat zapytała go na jednej z debat o to, czy wie, co to jest podatek katastralny.

Jeżeli mam być szczery, to mnie tam wszystko jedno, czy ktoś zagłosuje na Biejat, czy też na Zandberga. Cieszy mnie to, że ta dwójka ma sumaryczne poparcie oscylujące w granicach 10%. Nawet gdyby spadli do 8%, to nie będzie powtórki z 2020 czy też z 2015. To zaś oznacza, że przed drugą turą obaj kandydaci (bo zapewne wejdą do niej Nawrocki z Trzaskowskim) będą musieli się pochylić nad lewicowymi postulatami, w czym, rzecz jasna, obaj będą kompletnie niewiarygodni, ale już sam fakt pochylenia się nad nimi będzie istotny. Bo w 2020 mieliśmy sytuację, w której obaj kandydaci przymilali się do konfiarzy. Niestety, nawet 10% (chciałoby się więcej, ale optymizmu we mnie nie ma zbyt wiele) to mniej, niż ma Sławomir Mentzen, ale do Mentzena przejdziemy za moment.

Albowiem najpierw trzeba się pochylić nad Szymonem Hołownią. Jeżeli mam być szczery, to nie bardzo wiem, co można napisać na jego temat. Nie mam zielonego pojęcia, po cholerę było mu to kandydowanie. W 2020 chodziło o budowanie rozpoznawalności i wtedy dało się to zrozumieć. Teraz chodzi chyba o to, żeby osiągnąć gorszy wynik. Dodajmy sobie do tego jeszcze ten drobny szczegół, którym jest fakt, że Szymon Hołownia chce uchodzić za niezależnego kandydata (tak obsypało nimi, bo swego czasu Tusk nazwał Trzaskowskiego kandydatem obywatelskim) i usiłuje pozować na krytyka obecnej koalicji rządzącej. Ok, ja jestem w stanie zrozumieć Biejat, bo ona choć jest częścią koalicji, to jednak startuje z pozycji lewicowych i tu pole do krytyki jest całkiem spore. Ale Hołownia jest liberałem, który miał na tyle duże wpływy, że zrobili z niego Marszałka Sejmu. W 2020  roku zrobiono sondaże, z których wynikało, że gdyby Hołownia wszedł do drugiej tury, to miałby większe szanse na pokonanie Andrzeja Dudy (tak, Mentzen nie był prekursorem takich drugoturowych narracji) i po prostu się na tym tak zafiksował, że mu nie przeszło do tej pory. Być może to jest więc odpowiedź na pytanie „Dlaczego i Po Co?”. To, że w wyborach nie chciał startować Kosiniak jest akurat zrozumiałe (2,36% głosów), ale ta ekipa mogłaby znaleźć jakiegoś nonejma, którego umiarkowany sukces wyborczy nie odbiłby się na wizerunku całej partii. Przyznam, że ciężko napisać coś sensownego na temat tej konkretnej kandydatury, bo jest ona bezsensowna.

Znacznie więcej można napisać na temat Sławomira Mentzena. Znamienne jest to, że w przypadku kandydata konfy znowu mieliśmy do czynienia z bardzo dobrym timingiem, bo pik sondażowego poparcia kandydata (tak samo, jak pik poparcia partyjnego) przypadł na mniej więcej dwa miesiące przed wyborami (w marcu w jednym z sondaży Pollsteru Mentzen miał 22% poparcia i doszło do mijanki z Nawrockim, który miał w tym samym sondażu 21%). Nieskromnie przyznam, że i tym razem udało mi się to przewidzieć (w pierwszym podkastowym odcinku prezydenckim).

Czy było to trudne do przewidzenia? Nie, nie było. Jeżeli bowiem ktoś uważnie obserwował kampanię w 2023, to taki ktoś widział, jaki był główny powód, dla którego konfa nagle zaczęła pikować w sondażach (abstrahując już od tego, że w kilku sondażowniach poparcie konfy było sztucznie nadmuchiwane [a szefowie tych sondażowni tłumaczyli, że to nie jest tak, że ono jest nadmuchane. Mało tego, tłumaczyli że konfa była z jakimiś 17% NIEDOSZACOWANA]). Ten Główny Powód nazywał się Sławomir Mentzen. To on był twarzą kampanii i to on ją położył. Owszem, w położeniu tej kampanii na pewno pomogło to, że na jej listach roiło się od szurów, ale to Mentzen był twarzą tej konkretnej porażki. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że do spadków sondażowych zarówno w 2023, jak i teraz przyczyniło się pospolite ruszenie internautów, którzy zajmowali się „wyjaśnianiem” Mentzena.


O ile w przypadku 2023 roku stosunkowo łatwo wskazać moment, w którym doszło do zwrotu, bo był nim słynny wywiad, którego Mentzen udzielił Patrykowi Słowikowi (tak, to ten od wygaśniętego hostingu), to teraz sprawa wyglądała nieco inaczej, albowiem mieliśmy do czynienia z nagromadzeniem tych „momentów”. Sztab Mentzena miał dość ciekawą strategię komunikacyjną, która polegała na tym, że Mentzen skupiał się (przynajmniej przez jakiś czas) praktycznie wyłącznie na social mediach i nie udzielał żadnych wywiadów. Ta strategia nie powinna nikogo dziwić, bo sztab Mentzena zdawał sobie sprawę z tego, że ich kandydat absolutnie wręcz nie potrafi odpowiadać na choćby średnio trudne pytania (w efekcie czego został parokrotnie rozjechany przez Ryszarda Petru).

Ponieważ Mentzen sobie nie radził, postanowiono go schować. Dopóki wszystko odbywało się w soszjalach i w ramach filmików, które można nagrywać pierdylion razy (a wcześniej ogarnąć do nich scenariusz), wszystko szło mu dobrze. I nawet wiece wychodziły mu całkiem nieźle. Tzn. w sumie wychodziłyBY, bo bardzo szybko się okazało, że Mentzen jest tak bardzo leniwy, że bawi się w recykling narracyjny i na wielu wiecach powtarzał praktycznie to samo. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że jacyś złośliwcy (to nie ludzie, to wilki) zrobili filmik, na którym widać było ten recykling.

Potem zaś było uciekanie (biegiem i na hulajnogach) przed trudnymi pytaniami i dziennikarzami. Gdy dziennikarze jednak do niego dotarli, Mentzen próbował z nimi walczyć przy pomocy czerstwych one-linerów. Zadziałało tak, jak w przypadku jego spięć z Ryszardem Petru (czyli wcale).

Jeszcze bardziej potem zaczęły się debaty, na których Mentzen się wykładał raz za razem. O ile bowiem całkiem spoko szło mu zadawanie „trudnych pytań” i punktowanie tego, że inni kandydaci zmieniają zdanie w zależności od potrzeb, to gdy jemu zadawano trudne pytania, bądź też rozliczano go ze „zmiany zdania”, nie potrafił na to sensownie zareagować. W tym miejscu można wspomnieć, że najboleśniej Mentzen oberwał od Zandberga, który puścił mu z telefonu jego własną wypowiedź, która stała (co za szok) w sprzeczności z tym, co przed chwiłą powiedział. W telegraficznym skrócie, po raz kolejny nie pykło, choć Mentzen i jego ekipa na pewnym etapie mieli chrapkę na drugą turę.

W tym miejscu pozwolę sobie na sporą dozę złośliwości pod adresem niemałej grupy komentariuszy, którzy w pewnym momencie doszli do wniosku, że z tym poparciem Mentzena to jest tak, że on po prostu ma najlepszą kampanię. Otóż, myślę, że wątpię. Dobra kampania to taka, która sprawi, że pik poparcia wypadnie w dniu wyborów, a nie dwa miesiące przed nimi. Dobra kampania to taka kampania, w której sztab przygotowuje kandydata do radzenia sobie w „nieprzyjaznym środowisku”. Tutaj tego, na nasze szczęście, zabrakło. Ta kampania była „poprawna”. Skupiono się na mocnych stronach kandydata (których było niewiele) i ogarnięto spędy partyjne tak, żeby było na nich dużo ludzi (to są po prostu podstawy podstaw). W momencie, w którym nie można było trzymać Mentzena w cieplarnianych warunkach, wszystko się po raz drugi posypało.

Aczkolwiek, żeby być uczciwym, trzeba Mentzenowi i jego sztabowi oddać, że w momencie, w którym okazało się, że w sztabie Nawrockiego rozdzwoniły się alarmy „PULL UP, MIESZKANIE PANA JERZEGO AHEAD”, Mentzen wykorzystał ten moment i pozwolił sobie na rozjechanie Nawrockiego. Przez praktycznie cały dzień na jego soszjalach pojawiały się teksty i filmiki, w których niemiłościwie chłostał PiS i Nawrockiego. Ponieważ po pierwszym z nich odpalili się PiSowcy, którzy do tej pory liczyli na to, że Mentzen nie będzie ruszał ich kandydata, Mentzen wbił kolejny bieg. Generalnie rzecz biorąc z tych narracji wynikało tyle, że to nie jego wina, że Nawrocki może przegrać wybory, ale PiSu, który zamiast wybrać kogoś uczciwego, wybrał typa, który jest zamieszany w jakiś niejasny deal z mieszkaniem. Co ciekawe, Mentzen użył tam bardzo grubych słów i jakoś tak się złożyło, że nie doczekał się pozwu w trybie wyborczym.

No dobrze, czy to niezbyt dobre sondażowe poparcie Mentzena powinno nas cieszyć? No tak nie do końca. Tzn. fajnie, że w przeciągu 2 miesięcy zgubił 10 punktów procentowych poparcia, ale prawda jest taka, że teraz ma stabilne 11-12% poparcia. To jest praktycznie 2 razy więcej, niż Bosak w 2020 roku (6.78% głosów w wyborach). To jest niesamowity progres, jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, jakie poglądy głosi konfa. Pamiętajmy o tym, że prócz Mentzena w tych wyborach startuje np. Braun, a Zjednoczona Prawica i jej skrajniejsze skrzydło (SuwPol) pojawia się w narracjach Nawrockiego często i gęsto. I jeżeli w tym kontekście osadzimy te 12% Mentzena, to to jest w cholerę za dużo.

Bo z tego płynie kilka wniosków. Po pierwsze, konfa (albo inny twór, którego nazwa będzie się rymować ze słowem „kolaboracja”) może kiedyś ogarnąć kampanię poprawnie. Czyli tak, że pik poparcia wypadnie akurat na weekendzie wyborczym. Po drugie, jeżeli nawet Mentzen (który jest tak bardzo ogarnięty politycznie, że nie potrafi udzielić wywiadu, non stop serwuje sobie autograbie i miewa problemy w spięciach nawet z takimi tytanami, jak Petru), potrafił dowieść 12%, to znaczy, że jeżeli konfa kiedyś zdecyduje się na kandydata, który dla odmiany potrafi w politykę, to całkiem realny może być scenariusz, w którym takowy kandydat wchodzi do drugiej tury.

Po trzecie, po raz 2137 konfa ma problemy ze względu na pospolite ruszenie w internetach. Bo ok, Zandberg mu puścił wiadome nagranie, ale to nie miało zbytniego wpływu na słupki sondażowe (bo poparcie Mentzena było już wtedy w trakcie wykonywania spektakularnego korkociągu). No a co się stanie, gdy odpowiednio duża część osób z tego pospolitego ruszenia uzna, że w sumie to się im już nie chce w to bawić, bo niby czemu oni mają robić to, co powinni robić politycy?

Po czwarte, nawet gdyby pijana konfa upadła i sobie głupi ryj rozwaliła, to to nie jest tak, że jej elektorat zniknie, albo śpiewając kumba ya będzie głosował na partię, która dla odmiany nie będzie siała dezinformacji na lewo i prawo (ok, jednak powinno być na prawo i prawo). Od jakiegoś czasu (mniej więcej od roku 2015) obserwujemy proces, w trakcie którego mainstreamowe partie przejmują postulaty od skrajnie prawicowych środowisk. Efekty krótkofalowe są takie, że tej czy innej partii mainstreamowej udaje się coś ugrać (Zjednoczona Prawica ugrała na swoim biologicznym rasizmie samodzielną większość [tak, to nie był jedyny powód, dla którego udał się jej ten wyczyn, ale był na tyle istotny, że do antyimigranckich narracji wracali przy praktycznie każdych kolejnych wyborach]).

Na efekty długofalowe nikt nie zwraca uwagi. A te efekty długofalowe to wzrost poparcia dla skrajnych kandydatów i partii. Jestem się w stanie założyć o wiele, że to, co zaraz napiszę będzie dla was zaskoczeniem porównywalnym z tym, że woda jest mokra, ale i tak trzeba to napisać. Wzrost poparcia dla skrajnych kandydatów sprawia, że (uwaga, to jest to wielkie zaskoczenie, tak więc czas na werble) mainstreamowe partie jeszcze chętniej sięgają po ich postulaty. I tak sobie żyjemy.

No dobrze, teraz możemy przejść do Karola Nawrockiego. Z Karolem Nawrockim to jest tak, że zdecydowano się na niego najprawdopodobniej dlatego, że Czynniki Decyzyjne Zjednoczonej Prawicy uznały, że taka kandydatura pomoże im w odebraniu części elektoratu konfiarzom. W kontekście powyższego jego powiązania z kibolami wcale nie musiały mu zaszkodzić (problemy zaczęły się wtedy, gdy się okazało, że część z tych kiboli to neonaziole). I to chyba była jedyna mocna strona tego konkretnego kandydata. Jest to bowiem człowiek całkowicie pozbawiony charyzmy. Ja nie jestem wielkim fanem Andrzeja Dudy, ale nawet on ze swoją niefrasobliwą mimiką i zamiłowaniem do dramatyzmu gra w lidze, która jest dla Nawrockiego nieosiągalna. W 2015 roku Dudę reklamowano jako lepszego od Komorowskiego, bo „znał angielski i nie potrzebował tłumacza” (bardzo źle się to zestarzało w trakcie jego dwóch kadencji) i dlatego, że przemawiał „bez kartki”.

Nawrocki zaś jest człowiekiem, który praktycznie każdy nagrany filmik „ogarnia” z promptera (albo np. z jakiejś tablicy na której ma wypisane to i owo). Rzecz jasna, to, że PiS zdecydował się na „kandydata bezpartyjnego”, było przedstawiane jako wynik tego, że Kaczyński gra w szachy 5D. Tyle, że to nie miało żadnego znaczenia, bo może i typ jest bezpartyjny, ale stołka w IPN by nie dostał, gdyby nie był wiernym żołnierzem. I to nie jest jakieś tam moje pisanie, każdy kto obserwował rządy Zjednoczonej Prawicy wie, jak wyglądała ich polityka kadrowa (było to BMW na pełnej). No i teraz takiego BMW wystawiono w wyborach.

Choć teraz bardzo łatwo wskazać przyczynę, dla której Nawrockiemu nie idzie, to jednak wcale nie było tak, że do momentu, w którym jego sztab usłyszał alarm „PULL UP, MIESZKANIE PANA JERZEGO AHEAD” (obiecuję, że to już ostatni raz), szło mu doskonale. Szło mu raczej kiepsko. Tylko w jednym sondażu (z grudnia 2024) udało mu się przeskoczyć 30 pp, a i tak nie oznaczało to mijanki z Trzaskowskim, bo w tym samym sondażu Trzasko miał 36.9 pp. Nie pomagało mu to, że praktycznie nie miał swojego zdania na żaden temat. Gdy zapytano go co sądzi o tym, że Romanowski uciekł na Węgry, odpowiedział rezolutnie, że „nie uważa nic”. I choć wbrew opinii komentariatu, ta wypowiedź „nie prześladowała go do końca kampanii” (aczkolwiek jego sztab pewnie by chciał, żeby taki był ich największy problem), to jednak wyznaczyła pewien trend. Zjednoczona Prawica usiłowała (i nadal to robi) budować narrację, z której wynikało, że kandydat KO, Rafał Trzaskowski jest całkowicie zależny od Tuska i że nie zrobi nic bez jego zgody. W tym samym czasie Nawrocki robił dokładnie to samo, co robiłby dowolny inny kandydat PiSu, który byłby na jego miejscu i ani na krok nie odstępował od partyjnych narracji.

Jeżeli chodzi o poparcie, to z tym poparciem było tak, że na długo przed „kawalerką”, w jednym z sondaży Nawrocki zapikował tak bardzo, że wyprzedził go Mentzen. A potem nadciągnęła sprawa kawalerki. Jestem autentycznie ciekaw, czy gdyby nie wymiana zdań pomiędzy Biejat i Nawrockim, ktokolwiek by się pochylił nad sprawą jego mieszkań. Może inaczej, nie wykluczam tego, że ktoś dysponował tymi informacjami i czekał na odpowiedni moment, ale równie dobrze (i to by było obiektywnie zabawne) Nawrocki sobie sam ściągnął tę kwestie na głowę opowiadając o tym, że chce bronić przed podatkiem katastralnym ludzi takich, jak on sam, którzy mają jedno mieszkanie. Of korz, potem się okazało, że Nawrocki ma w porywach do 3 mieszkań, ale to już szczegół.

Ja wiem, że to, co teraz napiszę pewnie już pierdylion razy widzieliście, ale: to w jaki sposób sztab  Nawrockiego (i on sam) ogarniało kwestię tej nieszczęsnej kawalerki będzie wykładane na kursach dla PR-owców. Otóż, sztab Nawrockiego wpadł na doskonały pomysł, którym było wypuszczanie pierdyliona zupełnie ze sobą sprzecznych narracji. A to Nawrocki pomagał Jerzemu i ten zapisał mu mieszkanie, a to Nawrocki kupił mieszkanie w imieniu Jerzego, a to pomógł mu zapłacić za „wykup” a resztę pieniędzy wypłacał mu w transzach, żeby Jerzy wszystkiego nie przepił i tak dalej i tak dalej. Czasami było tak spektakularnie, że Nawrocki mówił jedno u Rymanowskiego, a równolegle Czarnek mówił zupełnie co innego (co sprawiało, że „wersja” Nawrockiego się dezaktualizowała).

Zazwyczaj bywa tak, że gdy pojawia się sytuacja kryzysowa, to zaciemnianiem narracji polityka „w kryzysie” zajmują się jego konkurenci, którym zależy na tym, żeby takiemu politykowi nie udało się wykaraskać z opresji. W tym przypadku zaciemnianiem narracji zajął się sam Nawrocki i jego sztab. Prawie każda z narracji, które na ten temat pojawiły w przestrzeni publicznej pochodziła z jego otoczenia. W momencie, w którym to piszę, właśnie się rozlewa kwestia tego, że ponoć Nawrocki udzielił Jerzemu pożyczki na niemalże lichwiarskich warunkach. Z punktu widzenia Zjednoczonej Prawicy Karol Nawrocki to gift that keep on giving. I tak się teraz zastanawiam, czy przypadkiem nie było tak, że ekipa od Jarosława jednak trochę położyła Background Check Nawrockiego. Bo ilość trupów w szafie jest całkiem spora.

Wszelkie sondaże (poza jednym przeprowadzonym przez jakiś amerykański podmiot) wskazują na to, że Nawrocki nie ma większych szans na zwycięstwo. Rzecz jasna ktoś może powiedzieć, że podobnie rzecz się miała z sondażami w 2015 roku, ale tam jednak trend spadkowy u Bronisława Komorowskiego był widoczny, tak samo jak trend wzrostowy u Andrzeja Dudy. Poza tym, od tamtej pory sondażownie nie myliły się już aż tak bardzo (fuckupy były i nawet kiedyś im poświęciłem krótki cykl tekstów). Owszem, zdarzają się kreatywne sondaże z pytaniem „kto wygra wybory” zamiast „na kogo będzie pan/pani głosować”, ale moim zdaniem, to se ne vrati. Poza wszystkim innym, Andrzeja Dudę w 2015 roku dało się sprzedać jako „nowego lepszego kandydata”. Z Nawrockim ta sztuka się nie mogła udać. W szczególności zaś w sytuacji, w której całkiem spora część społeczeństwa dostrzega bardzo wyraźnie zagrożenie, którym może być utrzymanie przez PiS stanowiska prezydenta.

Tak nawiasem mówiąc, jak tak sobie patrzam na narracje PiSu, to tam królują te, z których wynika, że to właśnie ich kandydat wygra wybory. Śmiem twierdzić, że to nie dlatego, że PiS się odkleił aż tak bardzo (choć to też jest możliwe), ale dlatego, że to jest przygotowanie gruntu pod narracje o sfałszowanych i ukradzionych wyborach. PiSowscy influencerzy, w rodzaju Rafała Wosia opowiadają o tym, że jeszcze nigdy nie było wyborów, które byłyby aż tak nieuczciwe (najwyraźniej rok 2020 się nie wydarzył). Czy z tego wszystkiego wynika, że Nawrocki nie ma szans? Ponieważ rok 2015 nauczył mnie ostrożności, napiszę jedynie, że bardzo niewiele wskazuje na to, żeby w niedzielę wieczorem (a potem po podliczeniu głosów) czekała nas niespodzianka, choć kandydat Koalicji Obywatelskiej zachowuje się tak, jak gdyby niespecjalnie mu zależało na tym, żeby wygrać.

I tym samym docieramy do ostatniego z kandydatów, nad którymi się będziemy pastwić. Rafał Trzaskowski jaki jest każdy widzi. I to w sumie dosłownie, bo po dwóch kampaniach prezydenckich w Warszawie (i jednej ogólnopolskiej) Zjednoczona Prawica wystrzelała się z całej amunicji. To był moim zdaniem jeden z powodów, dla których to właśnie Trzaskowski został kandydatem zamiast Sikorskiego. Z Sikorskim jest ten problem, że choć on sobie bardzo dobrze radzi w debatach i w interakcjach, to jednak bardzo często bywało tak, że nie wiedział kiedy się zamknąć (co było dość zaskakujące jak na kogoś, kto zajmuje się dyplomacją) i miał całkiem spory bagaż działań/wypowiedzi, którymi Zjednoczona Prawica mogłaby w niego „strzelać”.

Ponieważ z początku sondaże wyglądały tak, że pierwsze miejsce miał Trzaskowski, drugie Nawrocki, a trzecie Mentzen (na tyle wysoko, że potem był już tylko płacz i zgrzytanie zębów jeżeli chodzi o wysokość słupków sondażowych), toteż obaj główni pretendenci zaczęli się miziać z konfą i jej poglądami. O ile w przypadku Nawrockiego było to dość naturalne, to już w przypadku Trzaskowskiego mogło niektórych trochę dziwić. Ja się przyznam, że mnie nieszczególnie to dziwiło, bo z racji tego, czym się tutaj zajmuję, mam na temat polityków opinię mocno ugruntowaną.

Pamiętam rok 2018 i kampanię w Warszawie, w trakcie której wystawiony przez Zjednoczoną Prawicę Patryk Jaki (aka Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny) zaczął robić fikołki, gdy przypomniano mu wcześniejsze wypowiedzi. Okazało się bowiem, że jego misternie zbudowany wizerunek skrajnego prawicowca (na którym raz za razem wjeżdżał do Sejmu) nie sprawdza się w Warszawie, bo jej mieszkańcy oczekują od kandydata na prezydenta czegoś innego niż wygadywanie głupot na temat leczenia elgiebetów.

Wspominam o tym dlatego, że teraz mamy do czynienia z odwrotną sytuacją (czyli „Odwróconym Jakim”). Trzaskowski, który chce być prezydentem Polski nagle zaczyna opowiadać o tym, że z tymi elgiebetami to całkiem spoko, ale tak właściwie to on jest przeciwko adopcji dzieci przez pary jednopłciowe (albo, na ten przykład, wstydził się flagi elgiebetów). Albo też opowiada o tym, że w Ochronie Zdrowia (tak, W POLSKIEJ) jest wystarczająco dużo pieniędzy, ale są źle wydatkowane i może warto by było poszukać tam oszczędności (TAK, NADAL CHODZI O POLSKĄ OCHRONĘ ZDROWIA).

Znamienne jest to, że to mizianie się z konfą pozostało niezmienne nawet wtedy, gdy z sondaży zaczął się wyłaniać nieco inny obraz (Mentzen nadal jest trzeci, ale zamiast 20pp ma [według uśrednionych sondaży] 11/12pp). Jest to dość ciekawe, bo jeżeli po pierwszej turze sytuacja będzie wyglądała tak jak teraz, to zamiast 2% Biedroniowych głosów (po które nikt się nie schylał), w puli będzie około 10% głosów duetu Biejat&Zandberg. Wtedy zaś może dość do kolejnych fikołków. Nawiasem mówiąc, już teraz część lewackiej banieczki (stosunkowo niewielka, niemniej jednak nieograniczająca się wyłącznie do lewicy zawierciańskiej) tłumaczy, że może lepiej zagłosować w drugiej turze na Nawrockiego, bo on będzie stopował neoliberalne plany uśmiechniętej koalicji. To, że Nawrocki nienawidzi podatku katastralnego tak bardzo, że chce go zakazać poprzez zmiany w konstytucji, najwyraźniej tej części banieczki umyka (swoją drogą, coś mi mówi, że Nawrocki jeszcze bardziej znienawidzi podatek katastralny po tej kampanii).

Pozwolę sobie na daleko idący eufemizm: nie jest dobrze. Z jednej strony, niby powinno nas cieszyć to, że o ile w 2020 roku po pierwszej turze wyborów, Anrzej Duda i Krzysztof Bosak mieli w sumie ponad 50% głosów, a teraz Mentzen z Nawrockim mają razem w porywach do 40pp, ale z drugiej strony odbywa się to kosztem implementacji konfiarskich pomysłów do mainstreamu. Główną zaletą Trzaskowskiego jest to, że nie jest kandydatem Zjednoczonej Prawicy. I choć w 2015 nie bycie z PiSu nie wystarczyło, to teraz najprawdopodobniej wystarczy. Inaczej by się rzecz miała gdyby Nawrocki nie był Nawrockim, a Mentzen Mentzenem, ale obaj wyżej wymienieni kandydaci w pocie czoła pracują na prezydenturę Trzaskowskiego. Być może będę niesprawiedliwy, ale wydaje mi się, że gdyby sztab Trzaskowskiego z podobną werwą podchodził do wyborów w 2020 roku, to Andrzej Duda mógłby je wygrać w pierwszej turze.

Ponieważ ta ściana tekstu już mi się rozrosła udam się w stronę wniosków końcowych. Choć w pierwszej turze zamierzam głosować „zgodnie z własnym sumieniem” (was zachęcam do głosowania na lewaków, żebyśmy wszyscy mogli oglądać fikołki w wykonaniu Trzaskowskiego i Nawrockiego), to w drugiej zagłosuję na tego kandydata, który nie będzie kandydatem Zjednoczonej Prawicy. Choć na Trzaskowskiego zagłosuje z podobnym entuzjazmem, jak jeden z moich znajomych, który zapytany przeze mnie w 2010 na kogo głosował odparł „no jak to na kogo? Na tego wąsatego chama”, to jednak nie mam wątpliwości w kwestii tego, że wygrana Nawrockiego mogłaby się dla nas wszystkich skończyć bardzo źle.

Czy z tego wynika, że namawiam was do głosowania „tak, jak ja”? Nic z tych rzeczy, po prostu informuję was o tym, co sam zamierzam zrobić. Aczkolwiek naprawdę nie dziwię się osobom, które zastanawiają się nad oddaniem w drugiej turze nieważnego głosu, bo, na ten przykład, Tuskowe pogadanki o tym, że trzeba deregulować wszystko i wszystkich działają mi na nerwy, bo wiem, że to oznacza mniej skuteczne państwo, a mniej skuteczne państwo to woda na młyn dla wszelkiej maści Mentzenoidów. Niemniej jednak wychodzę z założenia (być może mylnego), że jeżeli duet Zandberg&Biejat będzie miał odpowiednio wysokie poparcie, to Tusk nieco zbastuje ze swoimi neoliberalnymi planami nie dlatego, że zmieni swoje poglądy na gospodarkę (bo aż tak naiwny nie jestem), ale dlatego, że dostrzeże, że społeczeństwo ma inne zdanie na ten temat. Innymi słowy, wierzę w to, że z Tuskiem i KO da się negocjować. W negocjacje ze Zjednoczoną Prawicą nie wierzę, bo lat 2015-2023 nie przeleżałem pod lodem. Natomiast, jeżeli koniec końców z Tuskiem negocjować się nie będzie dało, to za jakiś czas będziemy musieli się pogodzić z tym, że skrajna prawica wróci do władzy i tym razem może jej już nie chcieć oddać po dobroci.


I tym, sam nie wiem jakim akcentem, zakończę powyższą ścianę tekstu.


Uwaga natury ogólnej, na temat sytuacji związanej z Akcją Demokracją się nie rozpisywałem, bo czekam na rozwój wypadków (przed drugą turą coś się na pewno uda na ten temat napisać).


Źródła:

https://tvn24.pl/polska/debata-prezydencka-28-kwietnia-maciej-maciak-pytany-czy-podziwia-wladimira-putina-reakcja-rafala-trzaskowskiego-st8435225

https://x.com/PiotrSzumlewicz/status/1908139775640436853

https://www.rp.pl/wybory/art41883131-wybory-prezydenckie-2025-kim-jest-krzysztof-stanowski-kandydat-obiecuje-zerokonkretow

https://wszystkoconajwazniejsze.pl/pepites/slawomir-mentzen-apeluje-o-pomoc-w-zbieraniu-podpisow-dla-krzysztofa-stanowskiego/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_Poego

https://x.com/K_Stanowski/status/1919299892301672667

https://x.com/K_Stanowski/status/1919316971516035579

Recka Masochisty:

https://www.youtube.com/watch?v=BKXlV1OfrW4

https://x.com/MateuszPluta02/status/1920479839045161134

https://wyborcza.pl/7,75398,19056224,adrian-zandberg-zwyciezca-debaty-internet-oszalal-na-punkcie.html

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,25430340,efekt-zandberga-przemowienie-hitem-internetu-popularniejsze.html

https://x.com/BGrucela/status/1920410855142760533

https://wiadomosci.wp.pl/slawomir-mentzen-jestem-leniwym-lobbysta-6881890123549632a


czwartek, 27 marca 2025

Dyktatura Chłopskiego Rozumu: Część 2 – Chaos

 Dawno dawno temu, wydano grę pt „Warhammer: Mark of Chaos”, która miała bardzo, ale to bardzo fajne intro. Pod koniec tegoż intra narrator wypowiedział frazę „there is no escape from Chaos – it marks us all (w tłumaczeniu Piknikowym: nie ma ucieczki przed chaosem – naznacza nas wszystkich). Wydaje mi się, że będzie to idealny wstęp do niniejszej ściany tekstu.

Gdyby było tak, że USA to jest jakiś taki kraj, który nie ma najmniejszego wpływu na nasze państwo, to można by było patrzeć na to, co się tam dzieje ze współczuciem. No ok, wybrali sobie Trumpa, ale chyba do końca nie zdawali sobie sprawy z tego, w co się pakują (tzn. miliarderzy wiedzieli, ale biedniejsi chyba nie do końca). Problem polega na tym, że Trump jako prezydent światowego mocarstwa to problem nie tylko Ameryki, ale, nad czym możemy jedynie ubolewać, nas wszystkich.

Czy jestem zdziwiony tym, co robi Trump i jego otoczenie? Nieszczególnie. Główna przyczyna tego mojego nieszczególnego zdziwienia to to, że gdy w 2016 Trump wygrał wybory, to obawiałem się właśnie tego, co się teraz dzieje. Wtedy mu nie wychodziło (choć się starał), bo stopowali go niektórzy Republikanie i administracja. W 2024 sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Partia Republikańska była po prostu partią Trumpistowską, a plany zaorania administracji były dość szczegółowo rozpisane (project 2025), tak więc mniej więcej wiadomo było, czego się spodziewać. Kwestią otwartą było jedynie to, w którym momencie Trump zacznie traktować wszystkich dookoła (no prawie wszystkich, o czym jeszcze będzie) z buta.

Okazało się, że na traktowanie z buta nie trzeba było długo czekać. Tak po prawdzie to Trump nie poczekał nawet na zaprzysiężenie i pogadanki o tym, że tak właściwie to on by chciał, żeby Kanada była kolejnym stanem, zaczął wcześniej. Tak samo, jak pogadanki o pozyskaniu Grenlandii i Kanału Panamskiego. Warto wspomnieć o tym, że w przypadku tych dwóch ostatnich Trump nie wykluczył nawet interwencji zbrojnej. Ktoś mógłby powiedzieć: dobra, może on se tak tylko gada. Tyle, że taki ktoś najwyraźniej ostatnie rządy Trumpa przeleżał pod lodem i nie wie, że w przypadku Trumpa „tylko gadanie” wygląda tak, że jeżeli nikt go nie powstrzyma, to „tylko gadanie” ciałem się stanie. Przykładowo, po przegranych w 2020 wyborach Trump „tylko gadał” o tym, że tak właściwie to je wygrał i w ramach „tylko gadania” dzwonił do sekretarza stanu Georgia i namawiał go do tego, żeby „znalazł” mu brakujące głosy. Co prawda wtedy się nie udało, ale właśnie dlatego, że ów sekretarz Trumpowi odmówił. Po „wyczyszczeniu” administracji państwowej może być różnie z tym odmawianiem.

I tu w sumie taka ciekawostka się pojawia. Otóż, jeżeli ktoś przygląda się temu, co się dzieje na Eloneksie, to taki ktoś może dostrzec mało subtelne próby przekonania amerykańskiego suwerena do tego, że Rosja to w sumie nie jest taka zła, a co za tym idzie, Trump ma rację,  gdy chce się dogadywać z Rosją. O ile sam Trump opowiada o tym, że on się z Putinem przyjaźni, że są BFF/etc., to MAGA-owcy opowiadają już zupełnie inna historię. Opowiadają np. o tym, że gdyby USA weszło w sojusz z Rosją, to byliby nie do powstrzymania. O NATO mają do powiedzenia tyle, że w sumie to ten sojusz jest już zbędny i niech się Europa broni sama przed Rosją (i nie, nie gryzie się im to absolutnie z narracjami o tym, że powinni się zaprzyjaźnić z Wołodią). Tego rodzaju wielce uczone narracje pojawiły się w infosferze MAGA-owców zaraz po tym, gdy Dobry Car Rosji zaproponował, że jakby co, to on może po taniości sprzedać USA dwa miliony ton aluminium. Zupełnym przypadkiem ta propozycja zbiegła się w czasie z nałożeniem przez UE kolejnego pakietu sankcji na Rosję, w którym to pakiecie, cóż za niespodzianka, było między innymi zbanowanie rosyjskiego aluminium.

No ale dobrze, wróćmy do pogróżek, którymi Donald Trump sypie jak z rękawa. Jak już wspomniałem, jeżeli chodzi o Grenlandie, to argumentacja Trumpa jako żywo przypomina tą, którą obserwujemy już od jakiegoś czasu za naszą wschodnią granicą. Otóż, zacznijmy od tego, że Trumpowi chodzi po prostu o ochronę wolnego świata i (werble) jego zdaniem mieszkańcy Grenlandii chcą, żeby Grenlandia przeszła pod kuratelę USA. Co prawda nie padło jeszcze sakramentalne „chcemy tylko chronić mniejszość MAGA”, ale moim zdaniem jest bardzo blisko.

Mieliśmy również niezbyt zawoalowane groźby w celu przejęcia Kanału Panamskiego. Tu jedna uwaga. Jakiś czas temu objawiły się doniesienia medialne, z których wynikało, że USA już odkupiła Kanał Panamski, ale zaraz potem okazało się, że jednak nie. Z późniejszych newsów wynika, że Trump zlecił wojskowym ogarnięcie (na wszelki wypadek) planu, coby w razie czego przejąć siłowo tenże kanał.

Idźmy dalej, albowiem następną porcję gróźb Trump wystosował pod adresem Kanady, która jego zdaniem powinna być kolejnym stanem. Rzecz jasna, opinia Kanadyjczyków się w tym miejscu w ogóle nie liczy, bo to są drobne szczegóły. Póki co Trump rozpoczął wojnę celną i opowiadał o tym, że jakby co, to on by chciał renegocjowania umów sprzed 100 la,t bo mu się nie podoba to, jak granice zostały wytyczone. Bo oczywiście, że jeżeli jest coś, czego potrzebujemy, to tym czymś jest typ, który chce wprowadzić precedens polegający na tym, że ustalenia „graniczne” sprzed pierdyliona lat można na spokojności zmieniać jeżeli tylko się bardzo chce. Jeżeli chodzi o wojnę celną, to Trump rozpoczął takowąż z Unia Europejską.

Co łączy te wszystkie działania? Ano łączy je to, że są skierowane przeciwko krajom (i blokowi krajów), które są sojusznikami Stanów Zjednoczonych. I w tym miejscu pozwolę sobie na eksperyment myślowy: jeżeli Trump w ten sposób traktuje sojuszników, to w jaki sposób potraktuje tak np. Rosję? Rzecz jasna, w tym eksperymencie myślowym zaszyta została pułapka, albowiem Rosja nie jest przez Trumpa uważana za wroga. Nie jest przez niego uznawana za wroga tak bardzo, że aż sobie planuje z Rosją jakieś wspólne projekty geopolityczne. Wydawać by się mogło, że tego rodzaju plany powinny spotkać się z ostrą reakcją jednej takiej partii, która Obamie politykę resetu wobec Rosji wypomina do tej pory, no ale, ponieważ teraz do resetu dąży „ich” prezydent, krytyki się nie doczekamy (to była tylko taka dygresja, albowiem obrońcom Trumpa, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, poświęcę osobny tekst). Wracając do meritum, jakoś tak się złożyło, że w pierwszej kolejności niełaską Trumpa obrywają kraje sojusznicze. Sorry, taki mamy klimat.

Przed wyborami w USA podnosiły się głosy, że jeżeli Trump wygra, może to oznaczać politykę skrajnego izolacjonizmu. Dziś wiemy, że to było skrajne wręcz niedoszacowanie tego, jak może działać na arenie międzynarodowej Trumpistowska Ameryka. Otóż, w porównaniu do tego, co dzieje się teraz, izolacjonizm jako taki nie byłby wcale taki zły. Zacznijmy od tego, że ten izolacjonizm już się w pewnym sensie „dzieje” w ramach hasła „America First”. Mamy, na ten przykład wrzutki, z których wynika, że artykuł 5 NATO jakby co, to wcale nie jest wyryty w kamieniu i jest negocjowalny. Jeszcze przed wyborami J.D. Vance stwierdził, że USA może nie chcieć pomagać tym, którzy będą próbowali wpływać na Twittera pod rządami Muska. Potem były narracje, z których wynikało, że jeżeli państwa nie zwiększą wydatków na obronność (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że im dalej w las, tym wyższy %PKB ma być zdaniem Trumpa tym „docelowym”), to też się ich nie będzie bronić. Reasumując: zakładanie dziś, że w przypadku ataku na państwo sojusznicze USA na 100% będzie takie państwo chronić, można traktować jako daleko idącą naiwność.

USA mogą bronić takiego państwa, ale wcale nie muszą. Mało tego, jeżeli przyjrzymy się temu, w jaki sposób traktowana jest teraz Ukraina (o czym też za moment będzie), to widać wyraźnie, że dla USA kluczowe jest teraz to „a co my z tego będziemy mieli”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Trumpowi zdarzyło się również opowiadać o tym, że jego zdaniem, gdyby przyszło co do czego, to inne państwa NATOwskie by wcale Ameryce na pomoc nie ruszyły. Najwyraźniej interwencje w Afganistanie i Iraku się zdaniem Trumpa nie wydarzyły.

Gwoli ścisłości, to zachowanie Trumpa w tej konkretnej materii jest tak bardzo chaotyczne, że gdyby ktoś nakręcił o tym film z gatunku political-fiction, to by go wyśmiano za to, że wyszła mu slapstikowa komedia, bo to przecież jest niemożliwe. Pochylmy się nad tym, żeby w pełni docenić działania „stabilnego geniusza”. Tak na pierwszy rzut oka Trump ma racje. No bo wiecie, „America First”, prawda? No to po co on ma bronić jakiejś tam Estonii, czy innej Litwy, czy też Polski? Przecież taka obrona to koszty same. Nie dość, że sprzęt wojskowy trzeba wysyłać, to jeszcze żołnierzy/etc., no a to prosta droga do strat finansowych i ludzkich. Poza tym, przecież USA nie potrzebuje żadnej pomocy z zewnątrz, bo jest mocarstwem wojskowym, z którym samodzielnie żadne inne państwo nie jest w stanie się równać (póki co przynajmniej).

Po pierwsze. Amerykanie już od jakiegoś czasu twierdzą, że w nieodległej przyszłości dojdzie do konfliktu USA z Chinami. Ja to co prawda jestem tylko prosty bloger, ale wydaje mi się, że w takiej sytuacji sojusznicy by się jednak Ameryce przydali. Co prawda podnoszą się głosy, że USA chce zrobić „odwróconego Nixona”, czyli wciągnąć do sojuszu Rosję i nastawić ją przeciwko Chinom, ale ten pomysł jest bezdennie głupi, bo wiadomo czym się kończy „wciąganie Rosji do współpracy”. O wiele lepszym sojusznikiem byłaby Europa Zachodnia i Środkowa, bo ma bez porównania większy potencjał ekonomiczny i militarny od Rosji.

Po drugie. Jeżeli USA ma się faktycznie przygotowywać do konfliktu z Chinami, to jak się do tego mają zapowiadane przez Trumpa cięcia budżetowe w wydatkach wojskowych? I to nie jakieś kosmetyczne cięcia tylko 8% (rok do roku przez pięć kolejnych lat). Trump opowiadał, że wydawanie pieniędzy na wojsko nie ma sensu, bo przecież można się dogadać zamiast ze sobą walczyć. Jeszcze trochę, a Trump zacznie śpiewać „Imagine” (a to, jak wiemy jest wizja komunizmu niestety).

Po trzecie. Przez moment załóżmy, że to przygotowywanie się do konfliktu z Chinami jakoś im się spina z cięciami budżetowymi i wydawaniem mniej na obronność. Jak to się ma do próby zarżnięcia amerykańskiego przemysłu wojskowego? Z jednej strony będą cięcia, a z drugiej Trump robi wszystko, żeby zniechęcić każdego potencjalnego kupca do zaopatrywania się w sprzęt wojskowy w USA. Z jednej bowiem strony mieliśmy to, co się stało po słynnej (dojdziemy do tego) kłótni w Gabinecie Owalnym, czyli kombinowanie, jakby tu utrudnić życie Ukraińcom (brak danych, wstrzymanie wsparcia dla ukraińskich F-16 i tak dalej). Z drugiej zaś wypowiedź Trumpa, który powiedział, że będą sprzedawać samoloty, które będą „toned down” (czyli nie takie jak powinny być). Czemu? No bo teraz je może kupić ktoś, kto jest sojusznikiem, ale potem może nim już nie być. Po tym, jak USA zaczęło utrudniać życie Ukrainie, dość głośno zrobiło się o tym, że może być tak, że ktoś sobie kupi w USA jakiś sprzęt, a potem nie będzie go mógł użyć. Gwoli ścisłości, ja sobie zdaję sprawę  tego, że tego rodzaju narracje mogą być rozpowszechniane przez, na ten przykład, lobbystów europejskiego przemysłu zbrojeniowego, ale hello, gdyby USA zachowywała się tak, jak powinien się zachowywać sojusznik, nikt nie dawałby faka o takie narracje.

Po czwarte. Trumpowi i jego „walczącemu z globalizacją” otoczeniu umyka najwyraźniej to, że USA robi interesy wszędzie, gdzie może. Robi je też w Europie. Przez interesy rozumiem również wszelkiego rodzaju inwestycje. I teraz warto sobie zadać jedno pytanie: gdzie lepiej inwestować? W miejscach, w których jest spokojnie, czy też w miejscach zagrożonych działaniami wojennymi? Zmierzam do tego, że USA opłacało się (i nadal opłaca) sojusz w ramach NATO, tak samo jak opłaca się im posiadanie baz wojskowych w Europie, bo dzięki temu ich wcale-nie-globalne firmy nie muszą się martwi o swoje inwestycje.

Gdybym chciał to jakoś podsumować, to chyba sięgnąłbym bo fragment filmu „Glass Onion”, w którym główny bohater w pewnym momencie stwierdzi, że jedna z postaci zachowuje się w sposób głupi. Gdy ktoś zadał pytanie „czy to jest tak głupie, że aż mądre?”, główny bohater (Benoit Blanc) stwierdził: „nie, to jest po prostu głupie”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Skoro już zahaczyliśmy o temat Ukrainy, to pociągnijmy go dalej. Wszyscy pamiętają obietnice Trumpa, z których wynikało, że jeżeli wygra wybory, to zakończy wojnę w 24 godziny. Gdy w trakcie kampanii ktoś podnosił, że to mało realny scenariusz, fani Trumpa tłumaczyli, że wiadomo, że będzie przesadzał, ale na pewno i to na bank będzie się starał zakończyć tę wojnę i nie będzie się cackał z Rosją i Putinem. Poruszyliśmy tę kwestię w „Trumpolakach” i wyszło nam, że jedynym „lewarem”, który ma Trump i przy pomocy którego będzie mógł chcieć wpływać na konflikt jest to, że USA udzielają pomocy militarnej Ukrainie i mogą tę pomoc przyciąć, żeby skłonić Ukrainę do ustępstw. Okazało się, że fani Trumpa się mylili, a my mieliśmy rację (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to bardzo nisko zawieszona poprzeczka).

Wartym nadmienienia jest ten drobny szczegół, że USA pod wodzą Trumpa się w stosunku do Ukrainy zachowują tak, jak gangusy wymuszające haracze. Z tym, że o ile gangusy po tym, jak dostaną co chcą czasami bronią tych, od których wymuszają kasę przed innymi, to Trump już o jakiejkolwiek obronie nie chciał słyszeć. Trump sobie w pewnym momencie wymyślił, że za tę pomoc, którą to już Ukrainie USA wręczyło, to on sobie odbierze od Ukrainy połowę jej zasobów (minerały) i część infrastruktury (porty etc.). W zamian za to USA obiecały, że może porozmawiają z Putinem, a no i jeszcze część pieniędzy, które by sobie amerykański biznes zarobił inwestowano by w Ukrainie. Gdyby nie kontekst, zabawne byłoby to, że na decyzję (czy podpisać tę umowę, czy też nie) USA dały Ukrainie całą godzinę. Innym razem Trump wpadł na pomysł, że może by tak przejął Ukraińską energetykę jądrową. No dusza człowiek po prostu.

Wspominałem przed momentem o słynnym już spotkaniu w Gabinecie Owalnym, w trakcie którego Zełeński został przeczołgany tylko i wyłącznie dlatego, że miał czelność zwrócić uwagę na to, że bez gwarancji bezpieczeństwa pokój będzie iluzoryczny, bo Putin nie dotrzymuje danego słowa. Wtedy to właśnie odpalił się J.D. Vance, który stwierdził, że Zełenski nie ma RiGCzu, a poza tym to nie podziękował USA za pomoc (potem wyliczono, że podziękował ponad 30 razy). I tu doszliśmy do kolejnej kwestii, która nawet w obrębie Trumpowej logiki (i narracji, którymi się karmi tabuny MAGA) jest pozbawiony sensu. Trump bowiem przekonuje wszystkich o tym, że Putin to jego ziom i że się z nim dogada bezproblemowo. Gdyby nawet nie był jego ziomem to (i tu druga narracja) uszanuje rozejm, bo szanuje Trumpa. Gdyby to zawiodło, to (narracja numer trzy) na pewno uszanuje rozjem i pokój, bo się Trumpa po prostu boi.

Równolegle do tych wszystkich narracji Trumpiści ogłaszają wszem i wobec, że oni nie chcą dać Ukrainie żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Czemu nie chcą dać tych gwarancji? Skoro są tak absolutnie pewni, że Putin nie złamie danego słowa, to takie gwarancje bezpieczeństwa to tylko formalność. Mało tego. Pomyślcie sobie ile można by było ugrać wizerunkowo na takim dealu. USA ogłasza, że Ukraina zostaje objęta takimi, a takimi gwarancjami, a Putin siedzi grzecznie jak mysz pod miotłą. Czemuż, ach czemuż więc z tymi gwarancjami jest taki problem? Bo administracja Trumpa zdaje sobie sprawę z tego (ci ludzie niewiele rozumieją, ale to akurat tak), że Putin może nie chcieć dotrzymać słowa choćby dlatego, żeby móc powiedzieć „sprawdzam” Amerykanom. No a skoro są tego świadomi i mimo tego próbują wmanewrować Zełeńskiego w jednostronny deal pokojowy, to chyba nie do końca dobrze o nich świadczy a my, ze względu na nasze położenie geograficzne, powinniśmy to brać pod rozwagę.

Tak swoją drogą, zaskoczeniem dla nikogo nie powinno być to, że narracje MAGA, Musków/etc., są doskonale zbieżne z narracjami rosyjskimi. Otóż, w myśl tych narracji to jest tak, że gdyby tylko Zełeński chciał, to mógłby zakończyć wojnę choćby z dnia na dzień. A nie chce tylko i wyłącznie dlatego, że boi się, że straci władze (gadanie idiotyzmów o tym, że w Ukrainie powinny się odbyć wybory, zawędrowało już do Polski i zostało wrzucone w przestrzeń publiczną przez Elżbietę Witek). I jakoś tak się składa, że w tych narracjach (i to literalnie wszystkich) nie pojawia się taki jeden drobny szczegół. Tym szczegółem jest fakt, że wojnę może zakończyć również Władimir Putin (mógł jej w ogóle nie zaczynać, ale to już osobna kwestia). Dziwnym trafem, w opinii MAGA-owców całkowitą winę za to, co się dzieje, ponosi Zełeński. Czemu nie Putin? Odpowiedź brzmi następująco: nie wiem, ale się domyślam.

Najlepiej podejście USA do Rosji obrazuje to, co ostatnio opowiadał Steve Witkoff (wysłannik Trumpa ds. Bliskiego Wschodu). A opowiadał rzeczy, które powinny sprawić, że osobom drącym w Sejmie japę „Do Nald Trump” powinno się zrobić co najmniej głupio. Przykładowo, Witkoff (w rozmowie z Tuckerem – wcale – nie – onucą Carlsonem) tłumaczył, że Putin po zamachu na Trumpa poszedł się pomodlić do cerkwi dlatego, że Trump to jego przyjaciel. Ten przemiły jegomość (i fachowiec, co do tego nie można mieć najmniejszych wątpliwości) klarował również, że na terenach okupowanych przez Rosję odbyły się referenda i tam ludzie się opowiedzieli za przyłączeniem do Rosji i że to też powinno być brane pod rozwagę. Powinienem to jakoś skomentować, ale zamiast tego pozwolę sobie przejść do kolejnej części niniejszej ściany tekstu.

Nie bardzo wiem, jak zacząć ten konkretny kawałek, więc zacznę go tak: administracja Trumpa najchętniej rozpieprzyłaby Unię Europejską i wszystko wskazuje na to, że tym się właśnie zajmuje. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że to nie jest żadna nowość. Jest sobie taki człowiek, jak Steve Bannon. W 2018 ogłosił, że on ma plan rozwalenia Unii Europejskiej od środka. Chciał to zrobić w ramach organizacji, którą było „The Movement”. W zamierzeniu miało to wyglądać tak, że Bannon zbierze wszystkich eurosceptyków (Le Pen, Orbana, Saliviniego, Wildersa i wielu innych), którzy dzięki jego światłym radom uzyskają co najmniej 30% miejsc w Europarlamencie. Dzięki temu, Bannon chciał rozwalić UE od środka. Początkowo całkiem sporo ugrupowań było zainteresowanych.

Jednakowoż im bliżej było wyborów, tym więcej organizacji wycofywało swoje poparcie. Przykładowo, Marine Le Pen stwierdziła, że impuls do reformy UE powinien być „wewnętrzny”, a nie zewnętrzny. FPO stwierdziło, że nie podoba się im amerykański wpływ i tak dalej i tak dalej. Tego, jakie były rzeczywiste przyczyny, dla których „The Movement” nie wypalił, się pewnie nie dowiemy, ale moim zdaniem mogło chodzić o to, że o ile część z tych środowisk chce w jakiś sposób reformować UE (zapewne w taki nie za dobry), to jednak nie uśmiechało się im branie udziału w inicjatywie, której pomysłodawca chce rozwalić Unię Europejską. Aczkolwiek przyczyna, dla której „nie pykło” mogła być prozaiczna. Bannon już wtedy nie był w łaskach Trumpa (pokłócił się również ze swoimi sponsorami, Mercerami). Nie oznacza to, że nie miał wpływów, ale były one bez porównania mniejsze od wcześniejszych.

Teraz zaś sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo zainteresowana rozwaleniem UE jest cała administracja Trumpa, która dysponuje olbrzymimi pieniędzmi i wpływami. Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, co w Monachium nawywijał J.D. Vance, który na konferencji ds. bezpieczeństwa zaczął opowiadać o tym, że największym zagrożeniem dla Europy wcale nie są Rosja, czy tam jakieś Chiny, ale (uwaga, będzie capslock) SAMA EUROPA. Czemu? Ano temu, że brukselskie komisarze chcą cenzurować media społecznościowe, na ten przykład! Innymi słowy, panu wiceTrumpowi nie podoba się walka z dezinformacją. Ponieważ to, dlaczego wiceTrump nie chce walki z dezinformacją (khe khe, bo gdyby nie dezinfo, to jego szef nie byłby prezydentem, khe khe) jest jasne, jak cera Donalda Trumpa, nie będę się nad tym pochylał. Tak samo, jak nad bredniami o tym, że w Europie prześladuje się chrześcijan za antyaborcyjne protesty (trzeba wybitnego męża stanu, żeby podnosić ten temat, będąc wiceprezydentem w kraju, w którym niemalże opatentowano antyaborcyjny terroryzm). I tak dalej i tak dalej.

W telegraficznym skrócie, Unia Europejska jest zła i stanowi zagrożenie dla Europy. Dodajmy do tego to, że administracja Donalda Trumpa wprost popierała AfD. Wiecie, tę partię, której członkowie, dziwnym trafem, są zainteresowani spuścizną polityczną po pewnym austriackim akwareliście (co jest o tyle ciekawe, że prawica stara się nas przekonywać do tego, że ów akwarelista był lewakiem). Kronikarski obowiązek (trochę tych obowiązków już było) każe wspomnieć o tym, że praktycznie zaraz po tym, jak J.D. Vance zaczął chwalić AfD. Tomasza Froelicha, który pełni w AfD funkcję tokenowego Polaka, zaproszono do TV Republika, gdzie prowadząca nie przeszkadzała mu w wybielaniu AfD. No, ale to dygresja.

Z punktu widzenia administracji Trumpa (nastawionej na krótkoterminowy zysk) Unia Europejska jest sporą przeszkodą. To, w jaki sposób USA prowadzi rozmowy z Ukrainą dość wyraźnie pokazuje, w jaki rodzaj „negocjacji” celuje administracja Trumpa. Są to, rzecz jasna, negocjacje prowadzone z pozycji siły (rzecz jasna nie z Rosją, bo Rosja jest rządzona przez Putina, który się modlił za Trumpa) i nastawione na jak największe wydrenowanie drugiej strony. Dokładnie w ten sposób USA prowadziłoby negocjacje z państwami UE (zawsze można takiemu państwu powiedzieć, że jak nie przystanie na ten, czy inny warunek, to się okaże, że artykuł 5 NATO jest jeszcze bardziej negocjowalny). Zupełnie inaczej wyglądają negocjacje z blokiem państw, bo Unia Europejska to nie to samo, co Ukraina, która nawet nie bardzo miałaby się jak odgryźć.

Ale wiecie, to wszystko USA robi dlatego, że chcą „naprawić” Unię Europejską, albowiem Make Europe Great Again. Ja wiem, że o Trumpolakach sobie będę pisał w kolejnym tekście, ale gdyby nie kontekst, zabawne byłoby to, jak bardzo bezrefleksyjne jest to towarzystwo. Im się na serio wydaje, że Trumpowi w starciu z UE chodzi o jakieś wartości, ideały/etc. I równie na serio im się wydaje, że gdyby działanie w ramach UE ograniczało się do wspólnego ogarniania umów handlowych/etc., to Trump miałby o Unii dokładnie takie samo zdanie, jakie ma teraz, bo to nie „wartości” stoją mu na drodze do celu, którym jest wyżymanie innych państw.

W tym miejscu miałem kończyć niniejszą ścianę tekstu, ale dotarło do mnie, że zapomniałem, o bardzo istotnej kwestii, którą jest to, że USA, eufemizując, wpieprzają się w politykę wewnętrzną krajów, które przynajmniej w wymiarze deklaratywnym są krajami sojuszniczymi. Ponieważ Elonowi nie podoba się to, kto rządzi w Wielkiej Brytanii, zapowiedział, że może wesprzeć partię Nigela „Brexit Będzie Opłacalny dla Wielkiej Brytanii” Farage'a kwotą 100 milionów dolarów (dopiero szukając linku źródłowego doczytałem, że byłoby to jak najbardziej legitne i dlatego rząd będzie chciał zmienić prawo). W Rumunii z uporem godnym lepszej sprawy USA wspierało Georgescu (prorosyjski nacjonalista) i nawet przestrzegali Rumunię przed „uniemożliwieniem mu startu”. W Niemczech było wspieranie AfD. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie było tak, że oni po prostu powiedzieli, że „AfD baza”. Nic z tych rzeczy. J.D. Vance na słynnej konferencji monachijskiej wezwał niemieckie partie do współpracy z AfD.

Parę słów wyjaśnienia się tu należy: generalnie rzecz ujmując w Niemczech AfD jest otoczone kordonem sanitarnym i żadna partia z nimi nie chce współpracować. Ponieważ administracja Trumpa była przekonana o tym, że AfD wybory wygra, wezwali do skancelowania tego kordonu sanitarnego. Ostatecznie wybory w Niemczech skończyły się tak, jak się skończyły. AfD miała co prawda drugie miejsce, ale rządu współtworzyć nie będzie. Ciekaw jestem czy ktokolwiek badał to, czy działania Trumpistów nie okazały się przeciwskuteczne. Niemcy nieszczególnie kochają USA i jawne popieranie AfD (i do tego pokazywanie palcem „wy powinniście robić to i to) mogło zadziałać jako czynnik mobilizujący wszystkie inne elektoraty. No ale – to tylko takie moje gdybanie.

Otwartą kwestią natomiast pozostaje to, czy Wielce Szanowni Politycy Zza Wielkiej Wody będą usiłowali zamieszać w naszych wyborach prezydenckich. MAGA krytykuje nasz rząd często i gęsto, zaś Muskowcy z uporem godnym lepszej sprawy rozpowszechniają bzdury o tym, że w Polsce trwają prześladowania. Jednakowoż wypowiedzi administracji (takie, jak te dotyczące AfD na ten przykład) wychwalające tego, czy innego kandydata, jeszcze się nie zmaterializowały. Nawiasem mówiąc, to jest też dość ciekawa sprawa, bo choć PiS dwoił się i troił, żeby Polacy pokochali Trumpa (a Tarczyński po prostu pomagał sztabowi Trumpa w kampanii prezydenckiej), to jednak nietrudno odnieść wrażenie, że w wymiarze ideologicznym Trumpistom bliżej jest do konfy, niż do Zjednoczonej Prawicy, tak więc nie do końca wiadomo, który z kandydatów miałby liczyć na ich wsparcie.

Tak na sam koniec pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję. Ja tam jakimś specjalnie wielkim fanem USA nie byłem, nie jestem i nie będę. Wiem, że jest to państwo, które ma zapędy imperialne. Mimo tego, miałem świadomość tego, że kraj ten jest jednym z filarów naszego bezpieczeństwa. Tym filarem bezpieczeństwa do tej pory rządzili ludzie, którzy byli przewidywalni. Ok, czasami potrafili srogo przydzbanić (vide, polityka resetu z Rosją), ale jednak z naszego punktu widzenia „dowozili”. Na ten przykład, gdy amerykański wywiad dowiedział się o tym, że Rosja planuje inwazję, to Amerykanie się tymi informacjami podzielili z sojusznikami. Co prawda nasze ówczesne władze pozyskawszy te informacje nadal miziały się z proputinowskimi politykami, ale to już nie była wina USA. Gdy do inwazji doszło, Ameryka pomagała Ukrainie i nie próbowała składać jej propozycji w rodzaju „ej, dajcie nam swoje elektrownie atomowe, a my zadbamy o ich bezpieczeństwo, ok?”.


Teraz zaś doszliśmy do momentu, w którym USA jest całkowicie nieobliczalne. Obecna administracja USA jest (co warto powtarzać) nastawiona wyłącznie na krótkoterminowy zysk i zachowuje się tak, jak gdyby nikt tam nie był w stanie myśleć perspektywicznie. Być może (w razie czego) będą chcieli bronić swoich sojuszników, ale równie dobrze może być tak, że ktoś tam uzna, że takie pomaganie się nie kalkuluje. Natomiast nawet, gdyby się okazało, że Trump kocha Europę na tyle, żeby w razie czego jej pomagać, to nie da się wykluczyć, że do dyskusji na temat tego, w jaki sposób pomóc nie zaproszą przez przypadek jakiegoś ruskiego dziennikarza (i nie mam tu na myśli Tuckera Calrsona).



W tym miejscu się powtórzę: There is no escape from Chaos. It marks as all.


Źródła:

https://apnews.com/article/canada-trump-us-state-131dcff58a8f56116765f160d9f35460

https://www.theguardian.com/world/2025/jan/08/why-is-donald-trump-talking-about-annexing-greenland

https://apnews.com/article/trump-biden-offshore-drilling-gulf-of-america-fa66f8d072eb39c00a8128a8941ede75

https://tvn24.pl/swiat/wybory-prezydenckie-w-usa-2020-donald-trump-wezwal-sekretarza-stanu-georgia-do-znalezienia-glosow-st4919829

https://www.rynekinfrastruktury.pl/wiadomosci/biznes-i-przemysl/2-miliony-ton-aluminium-z-rosji-trafia-do-usa-propozycja-putina--94403.html

https://businessinsider.com.pl/gospodarka/minister-ds-ue-adam-szlapka-mowi-o-nowych-sankcjach-wobec-rosji/990zss9

https://www.tvp.info/85573872/usa-donald-trump-mial-poprosic-o-opracowanie-scenariuszy-w-sprawie-przejecia-kanalu-panamskiego

https://www.radiopik.pl/3,127224,ameryka-i-rosja-jednym-glosem-o-interesach-geopolitycznych-i-powojennych-inwestycjach

https://www.independent.co.uk/news/world/americas/us-politics/jd-vance-elon-musk-x-twitter-donald-trump-b2614525.html

https://abcnews.go.com/Politics/trump-questions-nato-defend-us-1000-allies-killed/story?id=119529187

https://www.bankier.pl/wiadomosc/USA-tna-maksymalnie-swoj-budzet-obronny-Odbija-sie-na-polskim-kontyngencie-8895138.html

https://tvn24.pl/swiat/najgoretszy-moment-w-gabinecie-owalnym-klotnia-donalda-trumpa-i-wolodymyra-zelenskiego-nagranie-i-transkrypcja-st8328934

https://tvn24.pl/swiat/wolodymyr-zelenski-dziekowal-amerykanom-i-przywodcom-33-razy-cnn-wskazala-przyklady-st8329068

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainskie-f-16-traca-wsparcie-usa

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainskie-himars-y-bez-wsparcia-usa-ale-jakiego

https://www.rp.pl/dyplomacja/art41448291-siergiej-lawrow-skomentowal-slowa-donalda-trumpa-o-zakonczeniu-wojny-w-24-godziny

https://wyborcza.biz/biznes/7,177151,31723230,usa-chca-mineralow-ukraina-gwarancji-pomocy-powstac-ma-nowy.html?disableRedirects=true

https://www.money.pl/gospodarka/donald-trump-chce-elektrowni-jadrowych-perla-ukrainskiego-przemyslu-7138249464539840a.html

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/,35771,31724541,politycy-pis-o-ukrainie-mowia-jak-putin-i-trump-polska-powinna.html

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/wyslannik-trumpa-mieszkancy-ukrainskich-terytoriow-okupowanych-chca-byc-w-rosji

https://www.dw.com/en/opinion-steve-bannon-attacking-the-eu-from-the-right/a-44808912

https://en.wikipedia.org/wiki/The_Movement_(right-wing_populist_group)

https://www.nytimes.com/2018/01/04/us/politics/bannon-mercer-trump.html

https://tvrepublika.pl/Polska/Froelich-Nie-mozna-mowic-ze-AfD-to-partia-antypolska/182643

https://www.cbsnews.com/news/jeffrey-goldberg-the-atlantic-trump-officials-group-chat-signal/

https://www.rp.pl/polityka/art41974681-brytyjski-rzad-chce-uniemozliwic-elonowi-muskowi-wplate-na-partie-nigela-farage-a

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/administracja-trumpa-ostrzega-rumunie-chodzi-o-start-prorosyjskiego-polityka/1dr3ezg


poniedziałek, 10 marca 2025

Dyktatura Chłopskiego Rozumu – część 1

 Chyba jeszcze nigdy nie przydarzyła mi się sytuacja, w której odczuwałem przemożną chęć napisania jakiegoś tekstu, ale za cholerę nie wiedziałem, jak się do niego zabrać, to po pierwsze. Po drugie zaś, z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha czekałem na rozwój wypadków i w pewnym momencie sobie zdałem sprawę z tego, że wypadki rozwijają się tak szybko i tak spektakularnie, że już za chwileczkę i już za momencik będzie tego wszystkiego tyle, że ciężko to będzie ogarnąć sensownie. W tym miejscu pozwolę sobie na uwagę natury ogólnej: nie mam pojęcia, jak długi będzie ten tekst, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że wrzucę to w odcinkach. Edycja: ok teraz już mam pewność, że będzie w odcinkach. W pierwszym (który teraz czytacie), będzie o Trumpie i o tym, co robi z własnym krajem, w kolejnym o tym, co robi z innymi, a w jeszcze bardziej kolejnym (i mam nadzieję być może ostatnim) to, jak się na jego działania zapatrują Trumpolacy.


No dobrze, nawet najdłuższy tekst musi mieć jakiś początek. Wydaje mi się, że najlepiej będzie niniejszy tekst zainaugurować opisem tego, co teraz dzieje się za Wielką Wodą. Otóż, rządzi tam człowiek, który nie tak dawno temu, całkowicie nieironicznie wrzucił w soszjale filmik, w którym mogliśmy zobaczyć, jak wygląda Strefa Gazy jego marzeń. Jeżeli to widzieliście, to wiecie w czym rzecz. Jeżeli tego nie widzieliście, to, choć link źródłowy będzie, stanowczo nie polecam oglądania tego. Tak w telegraficznym skrócie: złota ma być tam więcej niż w Licheniu (nie mogło też zabraknąć OGROMNEGO, złotego posągu Trumpa]), prócz tego będzie tam totalny chill i Trump razem z Netanyahu będą sobie siedzieć przy basenie, a Elon Musk będzie ludzi obdarowywał pieniędzmi.


Tenże sam Trump na swoim portalu (Truth Social) zamieścił wpis, w którym niejaki Michael McCune tłumaczy, jakim geniuszem jest Trump. Bo wiecie, jak Ukraina podpisze umowę dotyczącą wydobywania metali ziem rzadkich z USA, to Rosja na pewno nie dokona inwazji (do tego przejdziemy w dalszej części tekstu, bo jest to argument, który pojawia się często i gęsto wśród pewnych środowisk). Geniusz polega również na tym, że w ten oto sposób Trump chroni Ukrainę, nie wciągając USA do wojny. Już samo wrzucanie tego rodzaju laurki byłoby śmieszne, ale okazało się, że jednemu z użytkowników portalu Eloneks (o wdzięcznej nazwie Rzep) chciało się wyszukać kim jest ten pan, którego cytuje Trump. Okazało się, że to jakiś randomowy typ z małego miasteczka w Arizonie, który jest trenerem karate. No ale, kto bogatemu zabroni.


Wydaje mi się, że Donalda Trumpa najlepiej podsumował John Scalzi. W 3 tomie „The Interdependency” (w podziękowaniach) nazwał go „jednym, wielkim, amoralnym wirem chaosu”. To podejście jest znacznie bardziej adekwatne od tego, które możemy zaobserwować u części komentatorów. Nie, nie chodzi o członków Zjednoczonej Prawicy, ani też o przytulonych do tej partii mediaworkerów, tylko o ludzi, którzy przeważnie wypowiadają się w sposób sensowy.


Tacy ludzie widzą te same działania Trumpa, które widzimy my wszyscy i usilnie starają się tym decyzjom i działaniom przypisać racjonalność, a czasami wręcz tłumaczą, że Trump może mieć „co innego na myśli”. Gdy Trump obiecywał, że zakończy wojnę w 24 godziny, część komentatorów twierdziła, że może być tak, że jak Putin nie będzie chciał się dostosować, to Trump zwiększy pomoc dla Ukrainy, żeby go do tego zmusić. My w „Trumpolakach” (uprzedzam lojalnie, że będzie tu trochę nawiązań do naszej książki) tłumaczyliśmy, że jedyny „lewar”, który Trump ma, to pomoc dla Kijowa i chcąc „szybko zakończyć wojnę”, może skorzystać z tego lewara. Niestety, okazało się, że mieliśmy rację. Nawiasem mówiąc, byli i tacy (np. Podkast Amerykański), którzy od dawna mówili, że jeżeli ktoś chce poznać intencje Trumpa, to może tak warto by było zacząć go słuchać.



O ekspertach jeszcze będzie, ale teraz skupmy się jeszcze na chwilę (tak, ja też nie chcę) na Trumpie. Pamiętam doskonale moment, w którym okazało się, że Trump wygrał wybory w 2016 roku. Nikt się tego nie spodziewał (choć niektórzy komentatorzy usilnie starali się przekonywać wszystkich dookoła, że tak właściwie to oni od początku wiedzieli, że tak będzie). A potem momentalnie pojawiła się obawa, że ten całkowicie nieobliczalny typ może narobić wiele złego. Obawy te okazały się słuszne, ale częściowo. Nie udało mu się narobić zbyt wielu szkód w polityce międzynarodowej (której poświęcone zostanie bardzo dużo miejsca nieco dalej) i nie udało mu się też rozwalić państwa.


Nie, nie dlatego, że nie chciał i nie próbował. Po prostu nie był przygotowany do rządzenia i otaczali go (na szczeblu administracyjnym) fachowcy, którzy wiedzieli co można, a czego nie. Sama Partia Republikańska też go wtedy nie kochała. I choć potem obroniła go przed impeachmentem, to ciężko to przyrównać do obecnej sytuacji, w której swoistym rytuałem przejścia w utrumpowionej Partii Republikańskiej jest przyznanie, że wybory w 2020 roku zostały „ukradzione”.


Wróćmy na moment do tego szczebla administracyjnego. Trump naobiecywał w trakcie kampanii 2016 bardzo wiele, a potem miał problem z dowiezieniem. A miał ten problem dlatego, że stopował go (w uproszczeniu) pion administracyjny. Z pracownikami administracji publicznej w USA jest (a raczej było, o czym za moment) tak, że część z nich jest z nadania politycznego (najwyższe szarże), a część (i to znaczna) to pracownicy merytoryczni, których nie można wywalić „po uważaniu”. Tym samym, takiego urzędnika nie można było zwolnić za nie wykonanie polecenia (np., no nie wiem, Trumpowego), które to polecenie było niezgodne z prawem. To właśnie ci urzędnicy byli tym mitycznym „deepstate”, który stopował Trumpa. Rzecz jasna, Trump jest człowiekiem czynu, tak więc pod koniec swojej pierwszej kadencji postanowił to zmienić i przekwalifikować około 50 tysięcy pracowników merytorycznych na takich, których będzie można wywalić na zbity pysk, jeżeli nie będą posłuszni.


A potem zmienił się Prezydent i Biden ten pomysł skancelował. Zostańmy przy tym na chwilę, albowiem to dobry moment, żeby sobie pozwolić na drobną złośliwość pod adresem osób, które opowiadają o tym, że w sumie to między Bidenem a Trumpem to nie było zbyt dużej różnicy, bo w sumie jedni i drudzy po tych samych pieniądzach/etc. Jak to możliwe, że Biden skancelował te zmiany, zamiast je wprowadzać w życie? Przecież jego poprzednik zostawił mu zabawki, dzięki którym mógł zaorać amerykańską służbę cywilną i obsadzić ją partyjnymi nominatami. Zapewne nigdy nie dowiemy się dlaczego tak się stało. Na pewno nie ma to żadnego związku z tym, że te symetrystyczne narracje są po prostu, eufemizując, nie do końca mądre.


Potem wszyscy mieliśmy przerwę od Trumpa na stanowisku prezydenta USA. W trakcie tejże przerwy zaczęło się głośno (rzecz jasna głośno za Wielką Wodą, bo u nas mało kto [poza dwoma randomami z internetu, którzy napisali książkę] się tym interesował) robić o czymś, co się zwie „Project 2025”. Tak w telegraficznym skrócie (dla niezorientowanych) to taka inicjatywa, która zakładała zaoranie administracji publicznej i posypanie jej solą. I to się właśnie teraz odbywa. Co prawda Sąd Najwyższy (w którym republikanie mają większość) stwierdził, że wypadałoby, na ten przykład, zapłacić tym ludziom, którzy już wykonali robotę dla USAID, ale kultyści z MAGA już tłumaczą na Eloneksie, że skoro Biden nie przejmował się wyrokami SN (co nie jest prawdą, bo co prawda SCOTUS Bidenowi zabronił umarzania kredytów studenckich na szczeblu państwowym, to nie zakazał poszczególnym stanom ogarnięcia tego tematu]), to oni też mogą.



Skoro zaś już jesteśmy przy tym USAIDzie, to warto się nad tym tematem pochylić. Otóż, w poszukiwaniu oszczędności nowa administracja USA zaorała USAID (po polskiemu Agencja Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego). W teorii opowiadali o tym, że oni tylko zrobią przegląd tego, na co się tam wydaje pieniądze i jeżeli na coś złego, to oni te pieniądze przytną. Problem w tym, że zaczęli od przykręcenia kurka w całości i wywalenia kupy pracowników. I zrobili to nawet nie tyle bez żadnego trybu, co bez żadnego sensownego planu. Ok, można w tym miejscu dywagować na temat tego, czy dało się sensownie zwolnić kupę ludzi z takiej organizacji, nie rozpieprzając jej przy okazji. Zapewne się nie dało i zapewne nikogo to nie obchodzi. Nawiasem mówiąc, dla Muska&co jest to w sumie doskonały temat do żartów. Na spotkaniu gabinetowym z kamarylą Trumpa opowiedział historię, która brzmiała mniej więcej tak: „no nie uwierzycie mordy jaka akcja, ale jak robiliśmy cięcia, to żeśmy omyłkowo przycięli kasę na walkę z Ebolą”, moim zdaniem to się aż prosiło o puszczenie śmiechu z pudełka w tle, bo to przecież takie zabawne, że boki zrywać.


Tym, co zupełnie umknęło Elonowi i jego przybocznym było to, jaką funkcję pełniła ta organizacja. Poza, rzecz jasna, pomaganiem (I SPONSOROWANIEM LEWAKÓW NA CAŁYM ŚWIECIE!!111 [Przepraszam, musiałem]). Otóż, była to organizacja, która całkiem niewielkim kosztem (w stosunku do PKB USA) „produkowała” Ameryce tzw. „Soft Power”. USA, nie wszędzie jest kochane, a taka organizacja idealnie się sprawowała w roli „ocieplacza wizerunku”, dzięki któremu można było łatwiej ogarniać różne kwestie (np. dyplomatyczne). Dodajmy do tego kolejną układankę. Od dłuższego czasu słyszymy ze strony USA, że prędzej, czy później będzie tak, że USA czeka konflikt z Chinami. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji warto by było inwestować w soft power, prawda? Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod rozwagę to, że Chiny wpychają się (w wymiarze gospodarczym [acz nie tylko]) wszędzie, gdzie tylko mogą. Dla was to może być oczywiste, ale dla genialnych strategów spod znaku szachów 5D to wcale oczywiste nie jest. Najwyraźniej chcą oni uśpić czujność Chin poprzez oddawanie im pola. Albo po prostu do „oszczędzania” na administracji/etc. wzięli się ludzie, których z braku lepszego określenia można nazwać głąbami.


Bo wiecie, to nie jest tak, że skoro Elon ogarnia różne biznesy (tak, wiem, nie robi tego sam), to na pewno zna się na tym, jak powinno działać państwo. No chyba że założenie jest takie, że USA po tych wszystkich „reformach” ma skończyć jak Twitter pod rządami Elona (i tu również używając eufemizmu można użyć określenia „faszystowski ściek”). Elon w trakcie kampanii obiecał wyborcom Trumpa oszczędności w wysokości 2 trylionów (po polskiemu to są biliony) dolarów rocznie. Nie, nie powiedział na czym chce oszczędzać. I nie, tam nie ma absolutnie żadnego planu oszczędności.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty
 


W tym miejscu popełnię krótką dygresję. Na pewno zauważyliście, że spora część kandydatów na burmistrzów/prezydentów miast idzie do wyborów z hasłami o odchudzaniu swojej Jednostki Samorządu Terytorialnego. Tłumaczą oni, że w tej konkretnej JST pracuje zbyt dużo urzędników i że w sumie to jest marnotrawstwo. I zawsze (i to literalnie) kończy się to tak, że po wygranej temat jakoś dziwnie przycicha. Kogoś się tam wywali (przeważnie ludzi lojalnych względem poprzedniego włodarza), kogoś się zatrudni (przeważnie ludzi lojalnych względem nowego włodarza), powymienia się najwyższe szarże (kierowników referatów/naczelników, skarbników/etc., a cała reszta pozostaje bez zmian.



Przyczyna tego stanu jest prosta jak budowa posła Suwerennej Polski: gdyby ktoś w ramach oszczędności zaczął wywalać przypadkowych pracowników i likwidować przypadkowe referaty/wydziały, to rozwaliłby JST. Oczywiście nie byłoby tak, że taka jednostka zawaliłaby się z dnia na dzień, ale bardzo szybko okazałaby się absolutnie wręcz niewydolna. Można w tym miejscu sięgnąć po nieco inny przykład. Na terenach popowodziowych był spory problem z wydawaniem decyzji o wsparciu finansowym. Nie chodziło o to, że złe urzędasy robiły ludziom na złość (jak to mają w zwyczaju te złe urzędasy), ale o to, że chodziło o znaczne kwoty i w takim przypadku trzeba taki wniosek rozpatrzyć, żeby potem nie świecić oczami za to, że się dało kasę komuś, kto jej nie powinien dostać. Dodatkowo, po prostu zabrakło urzędników. Bo do wydawania konkretnych decyzji potrzebny jest odpowiedni urzędnik z odpowiednimi uprawnieniami (w trakcie pandemii przekonali się o tym mieszkańcy Częstochowy, w której praktycznie cały Wydział Komunikacji albo wyłapał koronę, albo był na kwarantannie).  


Tak więc, nikt nie bawi się w tego rodzaju Wielkie Cięcia, bo każden jeden włodarz zdaje sobie sprawę z tego, czym by się to skończyło. Do czego nam była potrzebna da dygresja? Ano do tego, że właśnie tym się zajmuje Elon razem ze swoimi podwładnymi. W ramach Wielkich Oszczędności (które muszą sobie potem poprawiać na stronie dodając zera) rozwalają kolejne gałęzie administracji i zwalniają przypadkowych pracowników. I to zupełnie przypadkowych bez zwracania uwagi na to, czym się zwalniani zajmują. Jednym z bardziej spektakularnych przykładów działania DOGE było wywalenie z roboty pracowników, którzy zajmowali się, bagatela, bezpieczeństwem jądrowym kraju. Gdy się okazało, że mamy do czynienia z sytuacją, którą można określić mianem „przypału”, próbowano ich zatrudnić z powrotem i okazało się, że nie we wszystkich przypadkach jest to możliwe, bo z częścią tych ludzi nie ma się jak skontaktować.


Takich przykładów było mnóstwo. Mieliśmy np. „kondomy dla Gazy”, które, zdaniem Trumpa miano przerabiać na bomby. Potem się okazało, że pomoc szła, owszem, do Gazy, ale nie do tej, o której mówił Trump, ale do prowincji w Mozambiku. Były „wampiry pobierające pieniądze” (z Social Security). Potem się okazało, że ludzie z DOGE nie za bardzo się znają na językach programowania i nie wiedzą jak działa COBOL. Gwoli ścisłości, ja też nie wiem jak działa ten język i szczerze mówiąc, do niedawna nie wiedziałem o jego istnieniu, ale na swoją obronę mam to, że nie jestem Wielkim Oszczędzaczem, więc nie muszę się znać na wszystkim. Osobną kwestią jest to, że była to jedna z głupszych teorii spiskowych (a konkurencja jest mocna), bo Elonowi wyszło, że jakimś 20 milionom osób wypłaca się niesłusznie pieniądze i (uwaga będzie capslock) ABSOLUTNIE NIKT SIĘ DO TEJ PORY NIE ZORIENTOWAŁ.


No ale, może i ekipa z DOGE nie zna tego języka, ale za to próbują „naprawić system”, który „stoi” na tym języku. Jestem pewny, że to na 100% skończy się dobrze. Teraz dochodzimy do cięć, które są tak durne, że gdyby ktoś nakręcił film (bądź też książkę napisał, co kto lubi) z gatunku political fiction i opisał tam takie działania, to wszyscy byliby zgodni, że to przesada. Administracja Trumpa w ramach walki z genderem (DEI - Diversity, equity, and inclusion) obcina różne wydatki, które się jej „źle kojarzą”. I wszystko byłoby pięknie z tą konserwatywną kontrrewolucja, gdyby nie to, że ci ludzie najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że różne wyrazy i określenia mogą mieć więcej niż jedno znaczenie, a poza tym warto by było uważnie czytać te wyrazy, żeby je dobrze zrozumieć. Chyba najgłośniejszym przypadkiem tego rodzaju fuckupu było to, jak Trump wyszedł przed kamery i opowiadał o tym, że miliony dolarów przeznaczono na to, żeby stworzyć „transpłciowe myszy”. Byłem całkowitym brakiem zaskoczenia Jacka, gdy się okazało, że Stabilnemu Geniuszowi pomyliło się słowo „tansgender” z „transgenetic”. Tego rodzaju kwiatków jest tam całe mnóstwo.


Wróćmy jednakowoż do cięć i zwolnień. Elon zadbał o to, żeby były one całkowicie przypadkowe (może ma w domu ołtarzyk Thanosa z MCU?), bo otoczył się, między innymi 19 letnimi specami, którzy mu te tematy ogarniają. Teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: Jesteście urzędnikami z zylionem lat doświadczenia i w pewnym momencie zmienia się w waszym kraju władza, a efekt końcowy tych zmian jest taki, że musicie jakiemuś typowi, który nie ma pojęcia o tym, czym zajmuje się wasza gałąź administracji, wytłumaczyć do czego tak właściwie jesteście potrzebni. Tu na pewno chodzi o jakieś sensowne działania, prawda?  


Nieco  wcześniej wspomniałem o tym, że warto było słuchać tego, co Trump mówi w trakcie kampanii. To samo odnosi się do Elona. Tenże przemiły jegomość zakochany w „rzymskich salutach”, praktycznie na finiszu kampanii powiedział, że jeżeli Trump wygra, to amerykanie muszą być przygotowani na gospodarcze turbulencje, ale potem będzie już wszystko fajnie. To się jakoś wpisywało w ogólną narrację, w myśl której wszystko, co złe, jest winą Bidena (vide „Bidenflation”). Po wygranych wyborach będzie jeszcze trochę trzęsło, ale potem już tylko wielkość ponowna Amerykę czeka. Jak długo będą trwały te turbulencje? Tego Elon nie powiedział. Ponieważ zaś wystarczająco dużo Amerykanów uznało, że to jest droga, którą chcą podążać jako kraj, wszyscy będziemy się mogli o tym przekonać.


To jest, swoją drogą, bardzo ciekawe zagranie z punktu widzenia stricte perswazyjnego. Wyobraźmy sobie bowiem (wiem, że będzie ciężko, ale się postarajcie) sytuację, w której zmiany wprowadzane przez nową administrację sprawiają, że ludziom żyje się jeszcze gorzej, niż za czasów tego przeklętego Bidena. Wtedy zawsze Elon Musk może wyjść przed kamery i powiedzieć „no elom, mordeczki, ja was przecież uprzedzałem, że to tak może być”. Wspominam o tym dlatego, że właśnie taka narracja jest testowana przez duże konta kultystów MAGA. Na jednym z nich, o wdzięcznej nazwie „END WOKENESS” można przeczytać, że za Bidena ekonomia (kraju) była sztucznie poprawiana przy pomocy fejkowych pieniędzy i manipulowania danymi. Pointą wpisu było „zapnijcie pasy”.



Teraz zrobimy sobie krótki quiz. Jak myślicie, kto będzie musiał zapiąć pasy i kogo najbardziej dotkną te zmiany?

a) Elon Musk z kolegami miliarderami?
b) Miliarderzy wspierający Partię Demokratyczną
c) Donald Trump
d) Ludzie dobrze sytuowani.
e) Ludzie, którzy już teraz mają problemy natury finansowej.


Jeżeli waszą odpowiedzią było „E”, to brawo, nie jesteście Rafałem Wosiem, bo on nadal wierzy w lewicowość Trumpa. Przed momentem wspomniałem, że tego rodzaju narracje „będzie trzęsło, ale to wina Bidena”, są ciekawym zagraniem. Niemniej jednak nie wydaje mi się, żeby na samym końcu okazało się, że jest to skuteczne. Nikogo bowiem nie obchodziło to, że to nie Biden wywołał inflację w USA i że przyczyniły się do tego w głównej mierze czynniki zewnętrzne. Ludzi obchodziło to, że tu i teraz mają problemy. W związku z powyższym, przekonywanie ludzi, którzy najbardziej oberwą, że może i obrywają dlatego, że obecna administracja wprowadza zmiany, ale to wina Bidena, wydaje mi się cokolwiek karkołomne.


Jeżeli zaś odłożymy na bok kwestie takie, jak pragmatyzm polityczny, to nam z tego wyjdzie, że bogaci państwo chcą wprowadzać jakieś zmiany (nie bardzo wiadomo dlaczego i po co [poza przyczynami natury politycznej]), a zapłacą za to (jak zwykle) ci, którzy bogaci nie są. Biorąc pod rozwagę to, w jaki sposób do tej pory Elon i jego Doge poczynało sobie z urządzaniem państwa, można bezpiecznie założyć, że jego plan zakłada „wrzucenie pod autobus” całej masy ludzi.


Jak już wielokrotnie powtarzałem, nie bawię się w prognozowanie, bo mnie tego skutecznie oduczył rok 2015. Niemniej jednak, jak tak sobie patrzę na to, co się dzieje w USA i w którą stronę to wszystko zmierza, to może się tam niebawem „dziać”. No bo tak. Jak sobie przypomnimy działania Zjednoczonej Prawicy z pierwszej kadencji, to wyglądało to tak, że z jednej strony wprowadzano zamordyzm (w co również celuje Trump, a to cenzura „Washington Post” w wykonaniu Bezosa, a to plany zmiany FBI w policję polityczną), ale z drugiej strony było też, na ten przykład 500+. Nowa administracja działa zaś tak, że zamordyzm wprowadzany jest w tempie ekspresowym i dodatkowo wszystko wskazuje na to, że prócz prawicowego zamordyzmu będzie też skrajna bieda. Gdybym był Rafałem Wosiem, to bym napisał, że bardzo to wszystko lewicowe. Ponieważ zaś nie jestem tym przemiłym redaktorem napiszę jedynie tyle, że wygląda to wszystko bardzo źle.


Jeżeli zaś chodzi o latający cyrk deregulatorów Muska, to jakoś tak się złożyło, że zajmuje się on rozwalaniem federalnych agencji, które (zupełnym przypadkiem) wcześniej zajmowały się kontrolowaniem prowadzonych przez niego biznesów. Niesamowity zbieg okoliczności, nieprawdaż?


Jedynym plusem, jaki można w tym wszystkim znaleźć, jest to, że wszyscy będziemy mogli się przekonać o tym, jak wyglądają rządy chłopskiego rozumu i może uda się z tego wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi w naszym kraju.


I na tym zakończę pierwszą część mojego wymądrzania się na temat tego, co się teraz dzieje w USA i co z tego dla nas wynika. Mam nadzieje, że kolejne części uda mi się napisać przed „Wichrami Zimy”.


Źródła:

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-trump-pokazuje-rajska-strefe-gazy-kuriozalne-nagranie,nId,7920433#crp_state=1

https://x.com/rzep8/status/1896309351016747378

Trylogię „The Interdepedency” polecam.

https://www.opb.org/article/2025/03/05/supreme-court-usaid-pay-contractors-pay/

https://www.bbc.com/news/articles/cr42r2gw5wzo

https://www.npr.org/sections/goats-and-soda/2025/02/27/g-s1-50929/elon-musk-ebola-usaid

https://czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/7,48725,26876972,czestochowa-referat-komunikacji-zamkniety-na-tydzien-nie-odbierzesz.html

https://www.bbc.com/news/articles/cdj38mekdkgo

https://edition.cnn.com/2025/02/19/politics/doge-canceled-contracts-8-billion-invs/index.html

https://wyborcza.pl/7,75399,31655513,hamas-dostal-od-bidena-miliard-prezerwatyw-i-robi-z-nich-bomby.html

https://www.fastcompany.com/91278597/elon-musk-doge-cobol-language

https://economictimes.indiatimes.com/news/international/global-trends/twilight-is-real-why-elon-musk-said-100-to-300-year-old-vampires-are-collecting-social-security-in-us/articleshow/118384287.cms?from=mdr

https://www.ndtv.com/world-news/transgender-vs-transgenic-mice-row-over-donald-trumps-animal-experiments-claim-7867258

https://www.nbcnews.com/business/economy/economy-if-trump-wins-second-term-could-mean-hardship-for-americans-rcna177807

https://x.com/EndWokeness/status/1896774810572918987

https://x.com/rzep8/status/1896309351016747378