Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2026

Trumpachołki

 Tak na samym początku tej gawędy pozwolę sobie zauważyć, że z racji tego, że współautorzyłem „TrumPolaków” i akurat na mnie trafiło wklepywanie literek w rozdziale poświęconym Zjednoczonej Prawicy, powinienem być mniej więcej przygotowany na to, jak będą się zachowywać politycy tej formacji w trakcie drugiej kadencji Trumpa. No i przygotowany co prawda byłem, ale muszę przyznać, że ich nie doszacowałem.  Tak nawiasem mówiąc, nie tylko Zjednoczona Prawica się w ten sposób zachowuje, ale ona zachowuje się „najbardziej”, więc to nad nią się będę pastwił. 

Wiecie, ja się już dawno temu zdążyłem przyzwyczaić do tego, że politycy partii Jarosława Kaczyńskiego tłumaczą mi, że gdy Trump coś powiedział, to na pewno miał co innego na myśli i że jego prezydentura będzie dla nas dobra (aczkolwiek tu może chodzić o to, że PiSowcy pisząc „nas” mieli na myśli samych siebie), że jesteśmy partnerem dla USA pod wodzą Trumpa. Ale nawet biorąc pod rozwagę to moje „przyzwyczajenie” muszę przyznać, że to, co się właśnie odjebuje, jest dla mnie lekkim zaskoczeniem. No, ale po kolei.

Zacznijmy od tego, że Zjednoczona Prawica to partia, która na wszelkie możliwe sposoby odmieniała „suwerenność” i podkreślała, jak to „ci oni” sprawiali, że nam tu w innych językach narzucali, co mamy myśleć i robić. Że (acz to za czasów pierwszych rządów PiSu) wszystkie poprzednie rządy prowadziły politykę zagraniczną na kolanach. Że my tu teraz wszystkim pokażemy. Że Polska wstaje z kolan. Warto w tym miejscu wspomnieć, że obie kadencje rządów Zjednoczonej Prawicy upłynęły pod znakiem wywoływania konfliktów na linii Polska – Każdy Kraj Europejski, Który Miał Czelność Nie Bić Pokłonów Przed Jarosławem Kaczyńskim i Jego Geniuszem. Rzecz jasna politycy tej formacji tłumaczyli, że tu chodzi o asertywność, ale to nie była żadna asertywność – to było darcie mordy i testowanie cierpliwości naszych unijnych partnerów. 

Dodajmy do tego kolejny element. Wizerunek Batyra, budowany przez Zjednoczoną Prawicę, wyglądał mniej więcej tak: patrzcie na tego naszego charakternego ziomka. Jak było trzeba to i pralkę przeniósł. Wcześniej się napierdalał pod lasem z innymi ziomkami i się nie bał. Teraz chodzi na siłkę non stop. No, to jest najbardziej męski z mężczyzn, jakiego kiedykolwiek Polska ziemia nosiła! On się nie będzie bał niczego i nikogo. Nie to, co ten goguś Trzaskowski, który będzie się we wszystkim słuchał Tuska. Nawrocki nie będzie słuchał nikogo, bo to aż tak bardzo prawilny ziomek. Ten wizerunek był podtrzymywany przy pomocy kopaniny po jajach na linii Batyr – koalicja 15 października. 

Ok, skoro wstęp mamy już zarysowany, to możemy przejść do meritum, czyli do tego, co się ostatnimi czasy dzieje. Zacznijmy od tego, co Trump powiedział na temat NATOwskiej pomocy w Afganistanie. I tu też by się przydała odrobina kontekstu. To nie jest tak, że Trump nagle zaczął się źle wypowiadać na temat NATO. To nie było tak, że Stabilny Geniusz i specjalista od szachów 10D, przez pierdylion lat chwalił Pakt Północnoatlantycki i raz miał gorszy dzień i powiedział, że żołnierze innych krajów NATOWskich w Afganistanie siedzieli na dupach i nic nie robili. Wszyscy wiemy, jakie zdanie ma Trump na temat sojuszu (idealnie oddaje to udostępnienie przez Trumpa wpisu jakiegoś randoma, który twierdzi, że wrogiem USA nie są Chiny i Rosja, ale NATO właśnie), wiadomo więc, że opowiadanie bzdur na temat wojsk sojuszniczych jest po prostu logiczną konsekwencją (o ile w przypadku Trumpa w ogóle można mówić o jakiejkolwiek logice) tego, co robił wcześniej. 

Wydawać by się więc mogło, że taka wypowiedź powinna wywołać reakcję partii, która wcześniej opowiadała o tym, że murem za polskim mundurem, że Polska najważniejsza i że nie będą nam tu/etc./etc. No i wywołała, tylko, że reakcja ta była żenująca. Najpierw Batyr napisał na swoim koncie na Eloneksie, że jakby kto pytał, to polscy żołnierze są dzielni i waleczni i nigdy o tym nie zapominajmy. To samo napisał po angielsku. Jak przystało na charakternego ziomka, który nikogo i niczego się nie boi – ani Trumpa w swoim wpisie nie otagował, ani też o nim nie wspomniał. Dla porównania premier Wielkiej Brytanii, Keir Starmer, wjechał na pełnej i zaczął się domagać od Trumpa przeprosin i się tych przeprosin bardzo szybko doczekał. 

Nawiasem mówiąc, gdyby nie kontekst, to by było całkiem zabawne. Przecież dla Batyra to był ten właśnie moment, w którym będzie mógł pokazać całą swoją prawilność i charakterność. Mógł pokazać, że on się nikogo i niczego nie boi i po prostu powiedzieć Trumpowi, że ok, mordo, znamy się i lubimy, ale teraz to chyba trochę przeholowałeś i miło by było, gdybyś przeprosił polskich żołnierzy. Zamiast tego Nieustraszony Batyr siedział cichutko, żeby tylko nie urazić Pomarańczowych Uczuć. Aż chciałoby się rzecz: you had one job, no ale to dygresja tylko. 

Praktycznie cały partyjny aparat propagandowy Zjednoczonej Prawicy był zaangażowany w tłumaczenie suwerenowi, że po pierwsze, Trump wcale tego nie powiedział, a po drugie, to było wyrwane z kontekstu. Tak sobie myślę, że dla PiSowców to nie pierwszyzna, bo przecież są przyzwyczajeni do tego, że ktoś słowa Jarosława Kaczyńskiego rozumie „nie tak, jak trza”. Tłumaczono nam więc, że Trump tak właściwie to miał rację, że tak właściwie to żołnierzy amerykańskich zginęło najwięcej i że Trumpowi (uwaga będzie capslock) NA PEWNO NIE CHODZIŁO O POLSKICH ŻOŁNIERZY. 


W tym miejscu warto dodać, że Tusk postanowił skorzystać z okazji i wbił Zjednoczonej Prawicy szpilę, wzywając Jarosława Kaczyńskiego i Batyra do wstania z kolan. Batyr się odciął w sposób wybitnie nieumiejętny tłumacząc, że hohoho, nie wszędzie trzeba być na kolanach, ale Tusk o tym nie wie, bo już od dawna w Brukseli i w Berlinie klęczał i tak dalej i tak dalej. 

No a potem się okazało, że wpis Batyra się bardzo, ale to bardzo szybko i źle zestrzał, albowiem administracja Jego Pomarańczowości wywołała gigantyczną gównoburzę. Wszystko zaczęło się od tego, że do Marszałka Sejmu, którym jest Włodzimierz Czarzasty, przyszło pismo z USA. Tzn. w sumie nie tyle pismo, co gotowiec, który Czarzasty powinien podpisać, żeby poprzeć kandydaturę Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla. W tym miejscu pragnę zauważyć, że jeżeli już Trump miałby dostać jakiegoś Nobla, to chyba tylko i wyłącznie w dziedzinie chemii, bo zamiana tak olbrzymich pokładów amerykańskiego softpower w gówno, to jest nie byle jaki wyczyn. 


I wiecie, to już jest ten moment, w którym mimo, że było to oficjalne pismo, to jednak ciężko do tego podchodzić na poważnie, no bo litości. Wszyscy się już przyzwyczaili do tego, że obecna administracja Białego Domu non stop coś odpierdala. Wszyscy się już również przyzwyczailiśmy do tego, że niezależnie od tego, co zostanie odpierdolone, Zjednoczona Prawica stanie za tym murem. A jeżeli nawet nie cała, to znajdzie się ktoś rozpoznawalny, kto będzie świecił oczami. W tym przypadku trafiło na Patryka Jakiego, który stwierdził, że Trumpowi się ta nagroda należy. Moje zdanie na temat Patryka Jakiego jest znane i dawałem temu zdaniu wyraz w paru ścianach tekstu poświęconych tej osobie. Mimo tego, że mam o nim zdanie takie, jakie mam i mimo tego, że najlepsze, co o nim mogę powiedzieć to to, że nie jest Dariuszem Mateckim i Dominikiem Tarczyńskim, to jednak na serio nie bardzo wiem po cholerę mu było AŻ TAKIE płaszczenie się przed Trumpem. 

Reakcja Czarzastego była łatwa do przewidzenia i moim zdaniem właśnie o tę reakcję chodziło. No bo przez chwilę potraktujmy to wszystko na poważnie i uznajmy, że Pomarańczowemu Domowi naprawdę chodziło o to, żeby Ktoś Ważny z Polski podpisał tego gotowca. Czy naprawdę nie było nikogo, kto z chęcią by to zrobił, podziękował za taką możliwość i poprosił o listę kolejnych nagród, które chciałby dostać Król w Pomarańczy? Hmmm pomyślmy... Marszałka Sejmu określa się mianem Drugiej Osoby w Państwie. Kurde, nie mogę sobie przypomnieć kto jest pierwszą, a no tak, chodzi o prezydenta, którym jest Batyr. 


Teraz musimy na moment przeskoczyć o jeden dzień do przodu, bo mniej więcej w trakcie drugiego dnia gównoburzy zaczęły się pojawiać opinie, z których wynikało, że no może i administracja Archaicznej Pomarańczy się wygłupiła, ale przecież Czarzasty mógł odmówić jakoś zakulisowo i nie robić z tego gównoburzy. No i wszystko pięknie, ale ponieważ wszystko wskazuje na to, że wyżej wymienionej administracji zależało na wywołaniu gównoburzy – nie miało znaczenia to, w jaki sposób Czarzasty im odpisał. Istotny był fakt odmowy poparcia dla kandydatury Obrońcy Konserwatywnych Wartości. 

No dobrze, wróćmy teraz do tzw. Ground Zero, czyli do momentu, w którym amerykański ambasador napisał w soszjalach, że ponieważ Czarzasty obraził Donalda Egołaka Trumpa, to oni (w sumie nie wiadomo kim są oni, czy chodzi o ambasadę, czy też o cała administrację Trumpa) się już z Marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym nie będą kontaktować. I to był ten moment, w którym polskim internetom się zaczęło srogo ulewać. Bo wiecie, wszystko fajnie, ale ambasador nawet amerykański powinien znać swoje miejsce w szeregu. Bo to już nie było to, co robiła ambasadorka Mosbacher, która np. miała (całkiem słuszne) pretensje do PiSu za to, że chce zmusić amerykańską firmę do sprzedaży TVNu (nawiasem mówiąc, pamiętam, że części medialnego konglomeratu Zjednoczonej Prawicy się te działania Mosbacher nie podobały).  


I teraz dochodzimy do momentu, który jest autentycznie ciekawy. O ile bowiem większa część internetów jeździła po ambasadorze (i był to ruch wybitnie oddolny), to pewna jego część poszła w zupełnie inne narracje. Chodzi, rzecz jasna, o Zjednoczoną Prawicę i jej farmy trolli. Otóż ich zdaniem, skoro Czarzasty się nie podoba ambasadorowi, to trzeba (werble) wymienić go na innego Marszałka Sejmu. Ah, no tak, do tego doszła jeszcze inna narracja: Czarzasty jest zły, bo jest byłym komuchem. Abstrahując już od tego, że antykomunizm PiSu wyglądał tak, że od cholery w nim PZPRowców, a w ramach „dekomunizacji wymiaru sprawiedliwości” wrzucono Stanisława Piotrowicza do Trybunału Przyłębskiego, warto przypomnieć, że ten komuch nie przeszkadzał PiSowi w 2019, gdy politycy tej formacji głosowali za tym, żeby był wicemarszałkiem. 


UWAGA! Gawęda sponsorowana przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


I w tym miejscu warto sobie zadać jedno, zajebiście ważne pytanie: jak to możliwe, że PiS w tej konkretnej sytuacji wpadł jak dzik w sosnę i całkowicie rozminął się z internetami? Być może trochę światła rzucą na to nieoficjalne informacje, z których wynika, że PiS usiłował kupić PSL po raz pierdylionowy, ale w tym konkretnym przypadku miał mieć wsparcie USA (które miało grozić Kosiniakowi tym, że jeżeli do zmiany w rządzie nie dojdzie, to USA odetną mu kontakty z Pomarańczowym Domem i Pentagonem [brzmi to bliźniaczo podobnie do tego, co napisał był pewien ambasador o pewnym Marszałku Sejmu, prawda?]). 


Najprawdopodobniej mieliśmy do czynienia z subtelnym jak Przemysław Czarnek planem, ułożonym przez dwa Gangi Olsena. Pierwszym etapem było 2137 Kuszenie Kosiniaka, któremu zasugerowano, że jeżeli się nie zgodzi, to nie będą chcieli z nim gadać. Drugim zaś (ponieważ Kosiniak się ewidentnie nie chciał zgodzić) było pokazanie Kosiniakowi „jak kończą frajerzy” poprzez arcydyplomatyczne zachowanie ambasadora, o którym już wspominałem. Śmiem twierdzić, że jednym z elementów planu, który zarówno polski, jak i trumpistowski Gang Olsena miały w dupie było to, jak zareaguje suweren. Może inaczej, jestem się w stanie założyć o wiele, że oba gangi doszły do wniosku, że polski suweren będzie się domagał usunięcia Czarzastego z urzędu, a to z kolei da do myślenia Kosiniakowi. 

No a potem się polskiemu internetowi ulało i PiS został z tymi swoimi wiernopoddańczymi narracjami, jak Himilsbach z angielskim. Niemniej jednak, jeżeli ktoś uważa, że karuzelę śmiechu możemy zatrzymać w tym momencie, to taki ktoś się myli, bo to właśnie był moment, w którym karuzela zaczęła przypominać ultrawirówkę. Wydawać by się bowiem mogło, że w takiej sytuacji PiS zrozumie, że przegiął, a poza tym, raczej nikt nie będzie się bawił w narracje „obronne”, bo to (w kontekście oddolnego ciśnienia w internetach polskich) jest bezsensowne, prawda? 


Jeżeli tak uważacie to potrzymajcie Joannie Pinkwart Kanał Zero, albowiem to właśnie ta przedstawicielka Nowego Lepszego Dziennikarstwa zaczęła tłumaczyć, że przecież ambasador nie napisał nigdzie, że on chce, żeby odwołać Czarzastego. Równolegle PiS i jego influencerzy próbował zasrać internety wezwaniami do odwołania Czarzastego. Jeszcze bardziej równolegle pan ambasador zaczął się zajamować shitpostingiem i kłócić się z randomowymi kontami na Eloneksie. Trudno się panu ambasadorowi dziwić, bo jak się wymyśliło plan, którego założeniem było, że po jego wpisie Polacy zaczną urządzać marsze dziękczynne, a potem zamiast marszów dostało się w pysk mokrą ścierą, to się można było zdenerwować. Co ciekawe, najpierw ambasador odpowiadał z konta „ambasadorskiego”, a potem już z prywatnego. I to właśnie z prywatnego konta napisał był jakiemuś randomowi z Polski, że skoro się mu coś nie podoba, to może USA powinno zabrać z Polski swój sprzęt wojskowy i żołnierzy. 

Co prawda ten wpis zniknął, ale moim zdaniem to nie ma żadnego znaczenia, bo ambasador USA (czyli ktoś, kto w naszym kraju reprezentuje Pomarańczowy Płomień Tańczący na Kurhanie Amerykańskiego Soft Power) zagroził usunięciem z Polski amerykańskiego sprzętu i wojsk, bo jakiś randomowy typ był dla niego nieuprzejmy. Nawiasem mówiąc, jestem autentycznie ciekaw, czego oczekiwał ambasador od tego randoma? Że ten zacznie go przepraszać i prosić o to, żeby USA jednak nie zabierała sprzętu i żołnierzy? 


Na tym się cała sprawa nie zakończyła, bo jeden z republikańskich kongresmanów stwierdził był, że po tak chujowo nieśmiesznym stand-upie wypadałoby odwołać ambasadora i zastąpić go kimś innym. Tak wiem, jeden kongresman wiosny nie czyni, niemniej jednak był to miły gest (coś w rodzaju powiedzenia: jeżeli myślicie, że typ odjebał, to nie jesteście w tym odosobnieni). Niestety, ten miły gest nie spodobał się Arkadiuszowi Mularczykowi, który zaczął pouczać Dona Bacona (bo tak się nazywa kongresman), że ten po prostu nie rozumie sytuacji jaka jest w Polsce. 

W pewnym momencie PiSowcy pozamykali mordy i wieść gminna niesie, że to za sprawą Kaczyńskiego, któremu ktoś ewidentnie wydrukował internet i dzięki temu mógł zobaczyć, jak bardzo suwerennie zachowywała się jego partia, gdy był w szpitalu. W międzyczasie PiS usiłował ogarnąć jakiś damage-control i znowu dostaliśmy szwedzki stół z narracjami. A to, że nikt jakoś nie krytykował Mosbacherowej, gdy się szarogęsiła, a to, że kiedyś to ambasador, którego w Polsce administracja Bidena umieściła się był wtrącał (dowodem miała być fotka z Bodnarem). Było tego całe mnóstwo, ale ja mam jedną, która jest moją ulubioną (to taka narracja matrioszka).  


Otóż, to nie jest tak, że ludzie w Polsce mają trochę dosyć tego, jak zachowuje się Trumpistowskie USA. Nic z tych rzeczy. Krytykowanie Trumpa, jego ambasadora/etc., to dowód na antyamerykańskie uprzedzenia. I shit you not, widziałem już wrzutki, z których wynikało, że Czarzasty specjalnie odmówił Trumpowi, żeby go wkurwić i żeby ten zabrał z Polski żołnierzy/etc., a zrobił to dlatego, że ma prorosyjskie poglądy i chce, żeby nas Putin dojechał. 

Jedną z subnarracji była taka, której autorzy tłumaczyli, że (tu z przyczyn zrozumiałych capslock będzie konieczny) DEBILE POLITYCY I DEBILE KOMENTATORZY KRYTYKUJĄ USA, TO MOŻE OD RAZU NIECH IM KAŻĄ ZABRAĆ WOJSKA!!11. 

Drugą subnarracją (której Zjednoczona Prawica używa od jakiegoś czasu) jest taka, że: to nie jest tak, że ktoś w UE może być sam z siebie zły na Trumpa. O nie nie. To wszystko jest niemiecki spisek, bo te niemce po wyjściu USA z Polski dojadą nas razem z Rosją. 

W pewnym momencie dla tygodnika Do Rzeczy wypowiedział się jeden z „ekspertów” (mniejsza o jego nazwisko, bo to jest w tym miejscu najmniej istotne), który tłumaczył, że Czarzasty powinien się ugiąć przed Trumpem i podpisać tego gotowca, bo Trump jest nieprzewidywalny, a USA mają broń nukleraną i jakby co, to nikt nas nie obroni przed nimi, jakby się Trump (którego złośliwi nazywają Cheetosem, a on przecież taki, a nie inny kolor skóry zawdzięcza temu, że wciera w nią pewien specyfik, który pozyskuje się na Arrakis), zdenerwował i chciał nas np. obłożyć 600% cłami. Creme de la creme było tam jednak to, że ekspert doradzał, żeby Trumpowi ulegać, kiedy to tylko możliwe, bo tak jest po prostu bezpieczniej. 

Po pierwsze, najwyraźniej w trakcie pierwszej kadencji Trump wcale nie był nieobliczalny i wtedy można było robić w Do Rzeczy okładkę krytykującą Mosbacher i wzywać rząd do tego, żeby „coś zrobił” z tą szarogęszącą się ambasadorką. Po drugie, już bardziej na poważnie: MY TO WIEMY, WY BANDO JEŁOPÓW. Wiemy o tym, że Trump jest nieobliczalny. Wiemy o tym, że jest niesłowny. Wiemy o tym, że jest mściwy. My to wszystko wiemy. Tyle, że z tego absolutnie nie wynika, że powinno się mu ulegać za każdym razem, gdy sobie czegoś zażyczy. Bo to dla ludzi jego pokroju jest sygnał do tego, żeby iść za ciosem. Wydaje mi się, że nie jest to najlepsza strategia, zważywszy na to, że z tego ulegania dla ulegających nie wynika absolutnie nic poza upokorzeniem. Gdyby chociaż to upokorzenie było jakimś rytuałem przejścia, to jeszcze można by to było jakoś zrozumieć, ale u Trumpa to tak nie działa, bo Trump ma w dupie podpisywane przez siebie umowy/etc. (czego dowodów w trakcie pierwszego roku jego drugiej prezydentury było od cholery). 

I ja się na serio zastanawiam nad tym, jaki jest masterplan Zjednoczonej Prawicy. To, że liczą na wsparcie algorytmów w soszjalach jest oczywistą oczywistością (i patrząc na widoczność ich kont, to wsparcie mają). Tyle, że najwyraźniej politykom tej formacji umyka ten drobny szczegół, że zasięgi mogą się zdać na nich, jeżeli będą się zachowywali jak wycieraczki. Gdyby nie kontekst całkiem zabawne byłoby to, że PiSowcy, którzy teraz boją się powiedzieć/napisać cokolwiek krytycznego pod adresem Trumpa, to ci sami PiSowcy, którzy przekonywali nas od dawna, że Trump jest najlepszym wyborem dla Polski. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że nasi domorośli specjaliści od szachów 10D po cichu liczyli na to, że druga kadencja Trumpa będzie przebiegała tak samo, jak pierwsza, kiedy to Trumpa przed robieniem jakichś wielkich idiotyzmów powstrzymywali fachowcy. 

Nawiasem mówiąc, mam o PiSowcach zdanie jak najgorsze, ale nawet oni nie mogą być takimi idiotami, żeby nie zdawać sobie sprawy z powagi sytuacji. To właśnie ta świadomość sprawia, że czołowi politycy partii Jarosława Kaczyńskiego zachowują się jak ci mniej rozgarnięci członkowie ruchu MAGA i bronią absolutnie każdej idiotycznej decyzji Trumpa niezależnie od tego, jak groźna ona będzie choćby dla naszego kraju. Przykładowo – Trump sugerował, że jakby co, to on może zająć Grenlandię choćby siłą? PiSowcy na to: tak, proszę Pana, oczywiście proszę Pana, Panu się ta Grenlandia po prostu należy. Rzecz jasna to, że siłowe zajęcie Grenlandii zapewne oznaczałoby koniec NATO, partii Jarosława Kaczyńskiego jakoś tak umknęło. Nie no, wcale nie umknęło, ale gdyby spróbowali go skrytykować, to przecież straciliby wsparcie administracji Trumpa, a bez tego wsparcia ich po prostu nie ma. 
 

Na sam koniec tej pomniejszej ściany tekstu pozwolę sobie na mój ulubiony eksperyment myślowy. Otóż: wyobraźcie sobie coby było, gdyby to Biden domagał się pokojowej nagrody Nobla i wysyłał takie wiadomości jak ta, którą Trump wysłał do premiera Norwegii. Wyobraźcie sobie coby było, gdyby Bidenowski ambasador oznajmił nagle, że on nie będzie rozmawiać z Terleckim (a ówczesna opozycja uderzyła w te same tony, w które uderzał teraz PiS). A teraz, jak już to sobie wyobraziliście, to wyobraźcie sobie reakcję prawicy. Jak szybko PiSowscy influencerzy i „zaprzyjaźnieni” mediaworkerzy zaczęliby tłumaczyć, że to wszystko przez demencję/etc.? Jak szybko zaczęto by tłumaczyć, że Demokraci chyba oszaleli, że popierają kogoś takiego, jak Biden? Ponieważ zaś wszystko to robi Trump, to Zjednoczona Prawica zachowuje się tak, jak się zachowuje. Nawet PZPR był względem ZSRR bez porównania bardziej asertywny (przy zachowaniu proporcji rzecz jasna), niż partia Jarosława Kaczyńskiego względem Trumpa. I nie jest dla mnie żadną pociechą to, że PiSowcy sami sprowadzili się do roli Trumpachołków. 


Źródeł nie ma bo to gawęda. 

środa, 17 grudnia 2025

Hejterski Przegląd (uwaga, suchar) Cykliczny #137

 Zaczynając pisać niniejszy Przegląd mam cichą nadzieję, że z pisaniem go będzie jak z jazdą na rowerze, bo dawno już Przeglądów nie pisałem (nie, nie było, bo ślęczałem nad tym kilka tygodni). Aczkolwiek od razu nadmieniam, że będzie momentami nieco monotematyczny (alternatywą było opóźnienie przeglądu i napisanie kolejnej „tematycznej” ściany tekstu). 

Na pierwszy ogień pójdzie temat, który może nie jest jakoś specjalnie istotny, ale mnie wybitnie irytuje. Zaczniemy niejako od końca. Otóż, parę dni temu Paulina Matysiak (i już chyba wiecie ocb w temacie) napisała była na Eloneksie, że sąd zadecydował o tym, że Newag się ma od niej odwalić. Z tym Newagiem to było tak, że w grudniu 2023 na łamach Onetu pojawił się artykuł, w którym można było przeczytać, że wyżej wymieniona firma najprawdopodobniej wgrywa do pociągów oprogramowanie, które sprawia, że pociągi nie chcą jeździć, gdy serwisuje je jakiś nie-Newag (jeżeli ktoś jest tym tematem zainteresowany to w źródłach będzie całe wiadro linków). 

Newag się trochę zdenerwował i, na ten przykład, pozwał hakerów z grupy Dragon Sector (to oni grzebali w pociągach na zlecenie innych firm kolejowych) sugerując, że może to właśnie oni „wgrali” do pociągów oprogramowanie blokujące. Potem zaś się okazało, że chyba jednak to nie hakerzy wgrali, bo Newag zmienił zdanie i w pozwie nie było słowa na ten temat. Tak nawiasem mówiąc, na początku 2025 Onet opisał kolejny przypadek pociągu, który po „przeglądzie” przestał jeździć. 

Na ten konkretny temat wypowiadała się również Paulina Matysiak i rozpędzony (w przeciwieństwie do Impulsów z oprogramowaniu blokującym) Newag ją pozwał. Jeżeli ktoś ma ochotę na czytanie mowy-trawy, to gorąco zachęcam do przeczytania artykułu na ten temat, bo tam zacytowano oświadczenie Newagu. W tym samym artykule stało, że posłanka mówiła to, co mówiła z mównicy sejmowej i w trakcie prac Komisji Infrastruktury. I to jest bardzo istotne, bo gdyby było tak, że Paulina Matysiak szła sobie po mieście trzeźwa jak Sławomir Mentzen po spotkaniu z wyborcami i darła się, że Newag robi to, co Karasie w „Fanatyku”. Ale tak się jakoś złożyło, że mówiła inne rzeczy na temat Newagu i robiła to w ramach wypełniania mandatu posła. 

Tym samym sprawa pozwu była mniej więcej tak samo prosta, jak budowa przeciętnego zwolennika konfy, który wierzy w wyjaśnienia Berkowicza, dotyczące jego nieudanych zakupów w Ikei (o tym będzie dalej). I choć z polskimi sędziami jest tak, że nigdy nie można mieć 100% pewności, że orzekną zgodnie z RiGCzem, to jednak w tej sytuacji można było być pewnym, że jeżeli jakikolwiek prawnik wysmaruje wniosek o umorzenie postępowania (czy też odrzucenie pozwu, nie wiem, nie jestem prawnikiem) ze względu na immunitet, to sprawa się na tym zakończy. Tym samym, gdy Paulina Matysiak wrzuciła na Eloneksa informacje o tym, że Newag jednak miał za krótkie ręce choć sporo osób się cieszyło, to jednak nikt nie był takim obrotem sprawy zdziwiony. 

I gdyby wszystko skończyło się na tym, to nie byłoby konieczności poruszania tego tematu. Tyle, że dzień po swoim inicjalnym wpisie zamieściła drugi, w którym podziękowała za profesjonalną pomoc panu Bartoszowi Lewandowskiemu (tak, chodzi o tego z Ordo Iuris). Co zrozumiałe, współpraca z człowiekiem związanym z tą konkretną organizacją (poświęciłem jej dwie ściany tekstu [i jedyne, co się średnio zestarzało w tej pierwszej to to, że okazało się, że typ, który był w Ordo Iuris i został oddelegowany do Komisji ds. wyjaśniania przypadków pedofilii okazał się mieć RiGCz, ale w momencie, w którym to pisałem, raczej trudno było to zakładać]), wywołała żywiołowe reakcje w lewicowej banieczce. 

Sprawa jest bowiem ewidentna. Posłanka lewicowej partii, mierząca się ze SLAPPem, skorzystała z usług prawnika, który zajmował się SLAPPAmi i był po tej „złej” stronie. Może inaczej. Wydawać by się mogło, że sprawa jest ewidentna, ale posłanka znalazła całkiem spore grono obrońców, którzy na różne sposoby tłumaczyli dlaczego wszystko jest w porządku. A to się okazało, że musiała skorzystać z usług Lewandowskiego, bo potrzebowała ludzi „poważnych i skutecznych” (Woś takimi mądrościami epatował). Gdybym był złośliwy to bym napisał, że na szczęście dla polskich aktywistów ani oni poważni, ani też jakoś ponadprzeciętnie skuteczni. 

Inni argumentowali, że „rozpędzony pociąg” jechał w stronę posłanki, a niektórzy mają do niej pretensje o to, że skorzystała z usług kogoś, kto „ma inne poglądy”. Like srsly, można było skorzystać z usług pierdyliona innych kancelarii. No ale Lewandowski to ogarniał pro bono, a prowadzenie takiej sprawy to 30 tysięcy może kosztować. Przyznam szczerze, że w tej sprawie konsultowałem się ze znajomymi prawnikami i byli zgodni, że jeżeli ktoś by bardzo chciał, to mógłby za taką sprawę zapłacić 30 koła, ale musiałby się postarać, żeby znaleźć tak drogą kancę. Ci sami prawnicy powiedzieli, że kance nierzadko biorą takie sprawy pro bono, bo mogą się dzięki nim podpromować. 

Były też argumenty takie, że no może i ten pan niezbyt dobry i może i Ordyńcy są źli, ale ważne, że sprawa wygrana. W tym miejscu pozwolę sobie na capsa: PRAWIE KAŻDY PRAWNIK BYŁBY W STANIE OGARNĄĆ TĘ SPRAWĘ RÓWNIE DOBRZE (napisałem „prawie”, bo nie można wykluczyć, że ktoś po prostu by zalał pałę i nie wyrobił się w terminie z papierami do sądu). 

Były też argumenty, które są moim zdaniem przejawem skrajnego partyjniactwa. Innymi słowy „ponieważ ona jest z partii, na którą głosuje, to ja jej będę bronił jak niepodległości”. W ramach tego rodzaju argumentacji można było się dowiedzieć, że może i Paulina Matysiak skorzystała z pomocy ordyńca, ale przecież Tusk korzystał z pomocy Giertycha. A poza tym, to ten Giertych do 2007 zrobił tyle złego, że ordyńcy przy nim to małe miki. Przy całej mej niechęci do Giertycha (której to niechęci dawałem wielokrotnie wyraz, albowiem nigdy nie zapomnę o tym, że był jednym z reanimatorów Młodzieży Wszechpolskiej), to jest bzdura. Bzdura, która jest bardzo groźna, bo osobom wygłaszającym tego rodzaju mądrości umyka to, że w ten sposób trywializują dokonania ordyńców. I jeżeli mam być szczery, to wybitnym osiągnięciem było zagrywanie karty „Giertycha” w momencie, w którym w wątkach dotyczących Pauliny Matysiak wypowiadali się ludzie, którzy latami bronili się przed SLAPPami ordyńców. 

Nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie zauważył, że znamienne jest to, że akurat ta posłanka skorzystała z usług prawnika związanego ze skrajnie prawicową organizacją. Bo to nie było tak, że przydarzyło się to np. Zandbergowi albo Magdzie Biejat. Nie, trafiło akurat na Paulinę Matysiak, która ma raczej długą historię miziania się z prawicą. Każdy „kawałek” tej historii powinien być dla posłanki dyskwalifikujący. I choć przygoda posłanki Matysiak z partią Razem dobiegła końca (dowiedziałem się o tym właśnie w momencie pisania tej warstwy tektonicznej Przeglądu), to jednak Razemy powinny „coś zrobić” już znacznie wcześniej.


Zaczęło się bowiem od rzeczy z pozoru błahej. Otóż, posłanka Matysiak zaczęła udzielać wywiadów mediom braci Karnowskich (którzy przez złośliwych czasami są nazywania braćmi Kremlowskimi). Mediów tych nikomu nie trzeba przedstawiać, ale nigdy dość przypominania, że gdy papierowa wersja tegoż organu partyjnego postawiła sobie za punkt honoru udowodnienie, że „Anna Grodzka to facet”, nawet (uwaga capslock) ZIEMKIEWICZ publicznie stwierdził, że ten konkretny artykuł okładkowy ma niewiele wspólnego z dziennikarstwem. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Karnowskim (tj. ich mediom) zdarzało się po Paulinie Matysiak jeździć (gdy wzywała ich konieczność dziejowa). No, ale to dygresja tylko. Żeby jej nie przedłużać: do tych mediów się nie chodzi i się z nimi nie rozmawia, amen. 

Potem było założenie stowarzyszenia razem z Marcinem Horałą. I powiem wam, że to był ten moment, w którym przydała mi się pamięć dobra. Dzięki tejże pamięci udało się bowiem wynorać informację o tym, że w kwietniu 2022 Lewica domagała się dymisji Marcina Horały ze stanowiska wiceministra infrastruktury. Jedną z twarzy tej konkretnej konferencji prasowej była (werble) Paulina Matysiak. No i w tym momencie partia Razem się trochę nasrożyła, bo posłanka sobie to zrobiła „w czasie wolnym”, nie konsultując się wcześniej z partią. Paulina Matysiak została zawieszona (zarówno w klubie Lewicy jak i w Partii Razem), ale koniec końców, nic z tego nie wynikło. I to jest znamienne. Bo ja rozumiem, że takie zawieszenie ma być sygnałem dla posła/posłanki do ogarnięcia się. Tyle, że Paulina Matysiak miała to w głębokim poważaniu. Po „prawej stronie” było jej coraz więcej, a w nagrodę partia Razem ją pod koniec roku 2024 odwiesiła (tak, wiem, ukarano ją naganą, ale to nie miało dla niej najmniejszego znaczenia). 

I wiecie, ja rozumiem, że Razem, szczególnie po wyjściu z Nowej Lewicy znalazło się w sytuacji, w której każda szabla ma znaczenie, ale wszystko ma swoje granice, a raczej powinno mieć. O ile byłbym w stanie zrozumieć motywację Razemów, które postanowiły jej nie wywalać mimo, że była (uwaga capslock) BARDZO PRZEJĘTA zawieszeniami, naganą/etc. To jednak w marcu 2025 należało ją po prostu wywalić z partii. 

Co się stało w marcu? Ano stało się to, że Paulina Matysiak zagłosowała w Sejmie w obronie Dariusza Mateckiego. Sejm miał wyrazić zgodę na jego zatrzymanie i posłanka uznała, że tego już za wiele. Potem zaś tłumaczyła się z tego w sposób tak absurdalny, że można było odnieść wrażenie, że posłanka nie wiedziała nad czym głosuje (i ja też wtedy odniosłem takie wrażenie, za co teraz pozostaje mi posypać głowę obierkami z cebuli i przyznać się do swojego frajerstwa, bo ona doskonale wiedziała, co robi), powiedziała bowiem (i niestety, tego rodzaju argumentacja wróci do nas w tym odcinku), że ona zagłosowała za uchyleniem immunitetu, ale za zgodę na areszt to już nie, bo to sąd powinien o tym decydować, a nie Sejm. I wszystko fajnie, ale bez zgody Sejmu sąd „to se może”. W mojej opinii, to konkretne głosowanie było absolutnie nie do obrony. Nie da się bowiem w żaden sposób wybronić (mając choćby odrobinę RiGCzu) głosowania  „za” Mateckim. 

Tak samo, jak nie da się w żaden sposób wybronić współpracy z ordyńcami. Chciałem w tym miejscu napisać, że „to była kropla, która przelała czarę goryczy”, ale ta „kropla” była wielkości fal, które w filmie Interstellar zostały pomylone z górami. I tym razem posłance się nie upiekło. Znamienne jest to, że w sprawie tej konkretnej „współpracy” (a raczej przyczyn, dla których do niej doszło), mieliśmy do czynienia z dwugłosem. Paulina Matysiak stwierdziła, że to wszystko dlatego, że partia jej nie chciała pomóc. Maciej Konieczny powiedział zaś (w jednym z wywiadów), że partia chciała pomóc swojej posłance, ale ta nie była tą pomocą zainteresowana. Co prawda żadna ze stron nie przedstawiła „paragonów”, to jednak jestem skłonny uwierzyć Razemom, albowiem nie wydaje mi się, żeby lewacka partia zostawiła swoją posłankę na pastwę SLAPPów. 


W tym samym wywiadzie Konieczny powiedział, że jego zdaniem Paulina Matysiak „jest już w zupełnie innym miejscu”. I jeżeli mam być szczery, to zgadzam się z tym w całej rozciągłości. Jednakowoż od siebie dodam, że ona w tym „innym miejscu” była od bardzo dawna, ale jej partia bardzo się starała tego nie dostrzec. 

Nawiasem mówiąc, posłanka Matysiak zachowała się jak typowa polska polityczka. Mając takie, a nie inne poglądy, już dawno powinna sama katapultować się z Razemów. Jej polityczny los był przesądzony praktycznie od momentu, w którym sama nagłośniła współpracę z ordyńcami. Maciej Konieczny w trakcie wyżej wzmiankowanego wywiadu powiedział wprost, że oni liczą na to, że ona sobie sama pójdzie, ale jeżeli tego nie zrobi, to jej pomogą. I gdybyśmy mieli do czynienia z kimś, kto jest osobą ideową, to po czymś takim posłanka Matysiak by sobie po prostu poszła. 

Paulina Matysiak tego nie zrobiła i absolutnie wszyscy wiedzieli dlaczego. Otóż, po prostu chciała mieć możliwość zagrania karty „ofiary” po tym, jak ją wywalą z partii. Tak też się stało, bowiem z jej oświadczenia możemy wyczytać między innymi to, że jej dotychczasowa partia była sekciarska (tak, to nie jest wyrażone wprost, ale jest tam wyraźne PDK). Gdyby tak faktycznie było i gdyby faktycznie Razemy (o których, niestety będzie jeszcze w tym odcinku) były sekciarskie, to Paulina Matysiak wyleciałaby z partii najpóźniej po politycznym mariażu z Marcinem Horałą.

O tym zaś, jak bardzo eklektyczne poglądy ma Paulina Matysiak niech zaświadczy to, że gdy Bogdan Rymanowski (który ostatnimi czasy zajmuje się propagowaniem antynaukowej szurii) pochwalił się tym, że ma już pół bańki subów na YT, to jedną z gratulujących mu osób była Paulina Matysiak. 

Ja wiem, że ten wątek się rozrósł bardzo, ale trzeba jeszcze jedną rzecz dopisać dość istotną. Po tym, gdy okazało się, że partia Razem jednak już nie chce Pauliny Matysiak, podniosły się głosy (dość nieliczne, tym niemniej), że jej wyrzucenie było decyzją szkodliwą. Gwoli ścisłości, nie mam tu na myśli wypowiedzi autorstwa osób, które mają w swoim eloneksowym bio MAGA, Kocham PiS, Tylko Karol Nawrocki/etc., ale część lewostronnych komentariuszy. 

Argumentacja wyglądała mniej więcej tak: dzięki swoim kontaktom i rozpoznawalności Paulina Matysiak przyciągała część prawicowego elektoratu. I w tym miejscu przyznam się do dwóch rzeczy. Po pierwsze, to jest moment, w którym w pisaniu miałem dłuższą pauzę (albowiem tak jakoś wyszło), a po drugie, niemożebnie mnie irytuje tego rodzaju argumentacja. 

 Tak się bowiem jakoś złożyło, że lewa strona całkiem słusznie krytykuje liberałów za to, że non stop cofają się przed prawicową retoryką. Zamysł jest prosty: jeżeli skrajnie prawicowa partia zgłasza jakieś postulaty, to my je im podkradniemy i wtedy ludzie wybiorą nas (bo jesteśmy bardziej cywilizowani), a nie jakąś tam skrajną prawicę (bo „wszyscy wiedzą, jacy oni są”). Jedynym efektem tego rodzaju działań jest stale rosnące poparcie dla skrajniaków, bo ci (gdy liberałowie podbierają im narracje albo postulaty) mówią wtedy „widzicie? MIELIŚMY RACJĘ, A ONI WAS WCZEŚNIEJ OKŁAMYWALI”. Mimo tego, liberałowie z uporem godnym lepszej sprawy cały czas stosują tę samą taktykę. 

A teraz okazuje się, że zdaniem części lewicowego komentariatu, sposobem na oderwanie od Zjednoczonej Prawicy, konfy/etc. elektoratu jest łażenie do prawicowych mediów, mizianie się z prawicowymi środowiskami i używanie prawicowej retoryki (ugłaskanej, niemniej jednak prawicowej). Czyli mamy bekę z libów, którzy tego próbują i im się nie udaje, ale nam (lewakom) na pewno się uda? Super ta argumentacja. Taka nie za bardzo sensowna. 

Mniej więcej w tym momencie, w którym skończyłem się pastwić nad poczynaniami posłanki Matysiak, okazało się, że posłanka owa próbuje zbudować wokół siebie... no właśnie, nie wiadomo co tak właściwie to ma być. Tak, to się ma nazywać „Drużyna Poli”, ale w sumie tyle wiadomo jak na tę chwilę. Obstawiam, że „ciąg dalszy” będzie zależał od tego jaki będzie odzew na ten sygnał.  Co prawda pojawiły się już głosy, że jeżeli „Drużyna Poli” pojawi się w sondażach „to szybko przeskoczy Razem i Lewicę” (tak, redaktor Rafał Woś napisał to jak najbardziej na serio), ale prawda jest taka, że bez wsparcia prawicy (bo lewica się raczej do tego nie będzie garnąć) Paulina Matysiak raczej niewiele ugra „solo”. 

Jeżeli Matysiak, to i Razemy, które tym razem się, delikatnie rzecz ujmując nie postarały. Otóż, w głosowaniu nad zgodą na zatrzymanie i tymczasowy areszt dla Ziobry, Razemy nie wzięły udziału. I wiecie, ja rozumiem, że Razemy chcą się jakoś wyróżniać w Sejmie/etc., ale nie wydaje mi się, żeby odpowiednią drogą do wyróżniania się było takie, a nie inne głosowanie w sprawie Ziobry. Bo to jest Ziobro, ten sam, który własnym nazwiskiem firmuje każdą patologie związaną z dokonaniami polityków Solidarnej(łamane przez „Suwerennej”) Polski. I nie to nie jest tak, że jak wcześniej głosowało się 26 razy za uchyleniem immunitetu, to teraz można olać głosowanie w sprawie aresztu. Tłumaczenie „dlaczego tak zagłosowaliśmy”  było takie trochę Matysiakowe. Maciek Konieczny powiedział, że oni nie chcą robić z Ziobry męczennika. Osobną kwestią jest to, że zaraz po głosowaniu Zandbergowi przypominano jego słowa o tym, że Lewicy ręka nie zadrży, gdy głosowany będzie wniosek o Trybunale Stanu dla Ziobry. I tak, wiem, to nie było głosowanie nad Trybunałem Stanu, ale niesmak pozostał. 

Były też tłumaczenia szeregowych członków Razem, którzy objaśniali, że w sumie to mieli wszystko podliczone dobrze i wiedzieli, że wniosek przejdzie nawet bez głosów ich partii. Litości, partio Razem. To jest ZBIGNIEW ZIOBRO. Czy naprawdę nie było tam u was nikogo, kto by pomyślał, że chyba nie warto ginąć na tym wzgórzu? Tak, wiem, w Polsce instytucja tymczasowego aresztu była, jest i będzie nadużywana, ale to nie jest ten przypadek. W tym przypadku bowiem mamy do czynienia z szefem partii, z której jeden poseł uciekł przed wymiarem sprawiedliwości do Gulaszowego Dyktatora i poprosił tam o azyl. O tym, że cała ta ziomberiada od zamiany Funduszu Sprawiedliwości w agencję PR-ową będzie próbowała mataczyć wiemy, bo to słyszeliśmy i widzieliśmy (dzięki studiu nagrań Mraza). 

Skoro zaś już jesteśmy przy Funduszu Sprawiedliwości, to mieliśmy do czynienia z ciekawą sytuacją. Otóż, Stanisław Tyszka powiedział, że on był na spotkaniach z ludźmi od Ziobry i oni tam wprost mówili, że jakby co, to się można promować za te pieniądze. Ponieważ z nazwiska wymienił między innymi Janusza Kowalskiego, ten zapowiedział złożenie AO (artykuł 212 kk „zniesławienie”). I to jest naprawdę ciekawe, bo Tyszka to samo mówił w maju zeszłego roku i wtedy jakoś Janusz Kowalski nie uznał za stosowne pozwania go. Na tym się jednakowoż sprawa nie skończyła, bo wypowiedział się na ten temat Paweł Kukiz (niegdysiejszy partyjny kolega Tyszki). Paweł Kukiz co prawda powiedział, że on sobie takich rozmów nie przypomina, ale zaraz potem zrzucił napalm na Ziobrystów i dodał, że z jednego ze spotkań Tyszka wyszedł poruszony wyraźnie i powiedział: „chodźmy stąd, to są złodzieje”. Znamienne jest to, że te słowa przeszły bez większego echa. Co ciekawe, Kukiz nie dostał nawet po łapach od kolegów ze Zjednoczonej Prawicy. 

Jeżeli chodzi o moje zdanie na ten temat (a wydaje mi się, że jeżeli ktoś się przebija przez moje Ściany Tekstu, to takowego „mojego zdania” pewnie się spodziewa) to jest tak, że Kaczyński i jego otoczenie najchętniej pozbyliby się kotwicy w postaci Ziobrystów (a przynajmniej tych, którzy są „obciążeni” wałami związanymi z Funduszem Sprawiedliwości). Oni tam mają w PiSie dość problemów ze swoimi „wałownikami”. Poza tym obrona Ziobrystów jest utrudniona przez wyżej wspomniane nagrania od Mraza. Nie da się bowiem nie zwrócić uwagi na to, że Wielce Szanowni Państwo Zarządzający Funduszem Sprawiedliwości na nagraniach gadali ze sobą jak grupa gangusów (bali się, że ktoś się „wypruje”). Ludzie, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia, w ten sposób ze sobą nie rozmawiają. 

Niestety, nie możemy jeszcze zatrzymać karuzeli śmiechu, bo awaryjny hamulec zablokowała posłanka Maria Kurowska. Otóż jakoś tak się złożyło, że Onet dotarł do maili (trochę to zajeżdża Pereirozą z lat 2015-2023, ale do tego przejdziemy za moment), z których wynikało, że posłanka Kurowska, która nie powinna mieć nic wspólnego z tym, w jaki sposób ogarniane są konkursy w ramach Funduszu Sprawiedliwości, miała z tym wiele wspólnego. No cóż, szok i niedowierzanie, że ktoś z Solidarno-Suwerennej-Polski mógł coś takiego zrobić, prawda? Gdyby wszystko się na tym skończyło, bo pewnie nie byłoby o czym pisać. Tyle, że to Ziobryści, tak więc tam nikt nigdy nie jest niczemu winien. 

Choć sama posłanka najpierw się niczego nie wyparła i argumentowała to wszystko tak, że w sumie nic dziwnego, że się przejmowała regionem, którego mieszkańcy ją wybrali do Sejmu, to potem ktoś jej chyba podpowiedział, że problemem nie jest to, że się dba o swój region, ale to, że robiono to w ramach Funduszu Sprawiedliwości. Kurowska przeszła więc do kontrofensywy i oznajmiła, że ona żadnych maili nie wysyłała. Na to Kamil Dziubka ujawnił nagłówek maila, którego wysłano z jej skrzynki sejmowej. Czy to wystarczyło? A gdzie tam. Wtedy bowiem Maria Kurowska oświadczyła, że nie mogła wysłać tego konkretnego maila, bo była „wyłączona z działalności publicznej”. A potem się okazało (Kamil Dziubka wynorał),że w dniu, w którym była „wyłączona z działalności publiczne” brała udział w 81 głosowaniach. W tym samym oświadczeniu, w którym Kurowska twierdziła, że nie wysłała maila stało, że został on sfabrykowany bo ona pamięta, że go nie wysyłała. 

I wiecie, tak na pierwszy rzut oka wygląda to na jakieś bzdurne wytłumaczenia w wykonaniu kogoś, kto po prostu nie ogarnia, jak działają internety. Tyle, że SuwPol doskonale wie, że ten mail jest prawdziwy. SuwPol wie, że nie da się tego w żaden sposób wyjaśnić za pomocą legitnych argumentów. Tak więc zdecydowano się na ściemnianie. Owszem, my w to nie uwierzymy, ale ten przekaz nie jest skierowany do nas. Ten przekaz skierowany jest do tego segmentu ZjednoczonoPrawicowego elektoratu, który uwierzy we wszystko, byle sobie jakoś móc zracjonalizować ciągłe doniesienia o kolejnych wałach członków ZP. Tych wałów po prostu nie było. Jest nagonka w wykonaniu Żurkowców (nie przestanie mnie bawić to określenie) i zmanipulowane emaile, które mają udowodnić, że kupowanie wozów strażackich jest czymś złym. 

Poza tym, to może być wstęp do strategii obronnej prawników Kurowskiej (którzy będą jej pewnie potrzebni, gdy sprawa dotrze do sądu). I tu pozwolę sobie na krótką anegdotę z mojego rodzinnego miasta. Otóż, w Mieście Nad Akwenem mieliśmy przez parę kadencji jednego prezydenta, który pod koniec swoich „rządów” rozdokazywał się tak bardzo, że w 2010 przestał być preziem. Ponieważ przez te wszystkie kadencje obrósł w ludzi, ludzie ci (niezadowoleni ze zmian) założyli sobie stowarzyszenie. Na koncie ćwiterowym należącym do stowarzyszenia pojawiały się co jakiś czas bluzgi pod adresem nowego prezydenta miasta. Tenże prezydent poszedł z tym do sądu i sprawa wydała się ewidentna, bo nie dało się w żaden sposób tych bluzgów „zreintepretować”. I wtedy okazało się, że nie wiadomo, kto te wpisy popełniał, albowiem do komputera w siedzibie stowarzyszenia dostęp miało dużo ludzi/etc. Strategia ta okazała się skuteczna (bo jak się domyślacie, nikt się nie przyznał). Zakładam, że w przypadku posłanki Kurowskiej linia obrony może być taka sama. Posłanka miała asystentów i oni też mieli dostęp do jej konta mailowego. Niemniej jednak uważam, że w tym konkretnym przypadku ta strategia się raczej nie sprawdzi, bo te maile wpisywały się dość dobrze w to, co już wiemy o tym, jak sobie Ziobryści poczynali z Funduszem Sprawiedliwości. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nawet niektóre konta agitacyjne Zjednoczonej Prawicy krytykowały tę linię obrony (robił to między innymi „John Bingham”), tak więc widać wyraźnie, że miłości do tych konkretnych Ziobrystów, którzy wywołują problemy natury wizerunkowej,  zbyt wiele w Zjednoczonej Prawicy nie ma. 

Tak na sam koniec rozważań związanych z FS dwie sprawy. Po pierwsze, rzygać mi się chce, jak czytam wypociny, z których wynika, że Ziobryści nie robili niczego złego, bo przecież wozy strażackie są potrzebne. No bo wiecie, skoro budżet jest jeden, to chyba nie ma znaczenia, z której kieszonki tego budżetu weźmiemy pieniądze, skoro dzięki temu strażacy będą mieli wozy. Tyle, że to jest populizm pierwszej wody. Bo owszem, nikt nie ma nic przeciwko temu, żeby strażacy dostawali nowe wozy, ale kluczowe w tym było raczej to, że Fundusz Sprawiedliwości miał nieco inny cel. Rzecz jasna, nie miało to żadnego znaczenia, bo Zjednoczona Prawica tak poczarowała z przepisami, że wyszło na to, że pod „przeciwdziałanie przestępstwom” można było podpiąć wszystko. Poza tym, jakoś tak się składało, że te wszystkie wozy/etc. rozdawano akurat tam, gdzie SuwPolowcy liczyli na mandaty poselskie. Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć: czy z tego wynika, że zdaniem Ziobrystów nie wszystkie jednostki Straży Pożarnej zasługują na nowe wozy? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo nie jestem Ziobrystą. 

No dobrze, ale jak to właściwie się stało, że Onet „dotarł” do dokumentów? Gdybym był złośliwy, nazwałbym to „Pereirozą” (zupełnie bez związku z nazwiskiem pewnego partyjnego pracownika mediów). No bo tak się jakoś składa, że mechanizm, w ramach którego media „docierały” do dokumentów (czytaj: ktoś im zapewniał dostęp do tychże) hulał sobie doskonale w trakcie rządów Zjednoczonej Prawicy. Wspominam o tym rzecz jasna dlatego, że teraz momentami bywa podobnie. Aczkolwiek przyznać trzeba, że w przeciwieństwie do tego, jak to wyglądało w latach 2015-2023, teraz te działania bywają nieco lepiej przemyślane. 

Może inaczej to ujmę. Za rządów Zjednoczonej Prawicy to było tak, że jeżeli prokuratura miała komuś postawić jakieś zarzuty albo rozkręcała się jakaś sprawa, to następnie aż do znudzenia wszystkie media rządowe i prorządowe 24/7 grzały ten temat. Teraz wygląda to tak, że informacje lecą „ciurkiem”. Doskonałym przykładem jest to, co zrobiono na samym początku „przeciekania” tego, co udało się nagrać Studiu Nagrań Mraza (gwoli ścisłości, to będzie podsumowanie, bo nawet gdybym chciał po łebkach to wszystko opisać, to byłoby to pewnie naście stron). Mechanizm wyglądał tak. Publikowano jakąś część nagrań, z której wynikało, że „jest przypał” z tym Funduszem Sprawiedliwości. W reakcji na tę wrzutkę momentalnie odpalali się Ziobryści (wspierani przez Zjednoczoną Prawicę), którzy naprędce konstruowali jakieś narracje obronne. Odpowiedzią na te narracje obronne było wrzucenie kolejnych fragmentów, z których wynikało, że te narracje to kłamstwa. Reakcja Ziobrystów była taka sama jak poprzednim razem: odpalano kolejne narracje obronne, które były następnie „negowane” przez kolejne nagrania. Teraz podobnie było z Marią Kurowską. 

I przyznam się szczerze, że mam dylemat w kwestii tego, jak do tego podchodzić. Z jednej bowiem strony to są standardy Ziobry. Z drugiej jednakowoż strony zdaję sobie sprawę z tego, że debata publiczna w Polsce jest teraz w tak doskonałej formie, że może nie być innego wyjścia. Wyobraźmy sobie bowiem, że po tym, gdy zaczęło się robić gorąco wokół Funduszu Sprawiedliwości nie zdecydowano się na upublicznienie części nagrań. Jaka byłaby dominująca narracja? Ano taka, że może i tam coś było nie tak, ale Ziobryści sobie zmienili prawo, więc wszystko było w sumie lege artis, a poza tym, to przecież chodziło o wozy strażackie, więc może by tak ta nowa władza zajęła się rządzeniem, a nie szukaniem dziury w całym. Tylko i wyłącznie dzięki temu, że te nagrania zostały upublicznione – wiemy o tym, że ta ekipa „ustalała zeznania” i obawiała się tego, że niektórych decyzji może się nie udać wybronić (o tym, że gadano o ustawianiu konkursów wspominać nie trzeba, bo to, jak to mawiał klasyk, jest oczywista oczywistość). Być może więc jest tak, że nie ma ucieczki przed Pereirozą, bo Pereiroza naznaczyła nas wszystkich.


UWAGA, BARDZO MOCNO NIECYKLICZNE PRZEGLĄDY HEJTERSKIE SPONSOROWANE SĄ PRZEZ SUWERENA!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nieodmiennie irytuje mnie to, że prokuratura zalicza fakapy, prowadząc postępowania „ziobrystowskie”. Nie ma usprawiedliwienia dla tego, co się stało z Romanowskim, gdy okazało się, że prokuratura co prawda wiedziała o tym, że on ma dwa immunitety, ale sobie pomyślała, że ten drugi to nie obowiązuje „bo ekspertyza prawna”. Tylko i wyłącznie dzięki temu, Romanowski mógł uciec na Węgry. Teraz zaś z kolei prokuratura złożyła wniosek o wpisanie tzw. „hipoteki przymusowej” do księgi wieczystej domu Zbigniewa Ziobry w Jeruzalu (ok, czy tylko mnie ta nazwa się za każdym razem kojarzy z „Jaruzelem”?) no i się okazało, że sąd odmówił wpisania tej hipoteki, bo we wniosku były liczne błędy. Wiecie, to nie jest tak, że w mniej „medialnych” sprawach można sobie pozwolić na pomyłki, ale wydaje mi się, że nie będziecie się ze mną spierać, gdy napiszę, że w żadnych sprawach nie powinno się popełniać błędów, a w sprawach, które są tak bardzo polaryzujące, nie powinno się ich popełniać jeszcze bardziej, bo każda z takich pomyłek będzie stanowiła paliwo dla broniących się ziobrystów. Ja bym nie chciał być źle zrozumiany, ale YOU HAD ONE JOB, PROKURATURO.  

Teraz zaś można się udać w stronę Donalda Tuska, który, tak się jakoś złożyło, że zaczął krytykować Europejską Kartę Praw Człowieka i powiedział, że jeżeli nie uda się jej pozmieniać, to w sumie całkiem rozsądne może być jej wypowiedzenie. Bodajże dzień po tym, gdy padły te słowa, rzecznik rządu zapewniał, że ta wypowiedź nie odnosi się do Polski. Po pierwsze, gdyby nie kontekst, zabawne by było to, że z niektórymi wypowiedziami Donalda Tuska jest praktycznie tak samo, jak z wypowiedziami Jarosława Kaczyńskiego, który najpierw mówi coś, co jego twardy elektorat chce usłyszeć, a po jakimś czasie zaczyna się tłumaczenie (tym razem skierowane dla normalsów), że Prezes tak właściwie miał na myśli co innego, niż wszyscy zrozumieli. 


I ja rozumiem, ze EKPCz powstawała w momencie, w którym nikomu się nie śniło o tym, że jedno państwo będzie mogło wywierać na drugie presję migracyjną. Ja rozumiem, że ona powstawała w czasach, w których, na ten przykład, nikt nie myślał o tym co będzie, gdy państwo, które będzie chciało deportować osoby, którym nie przysługuje prawo do azylu „odbije się” od państwa, z którego te osoby pochodzą, bo temuż państwu nieszczególnie będzie zależało na przyjmowaniu ich z powrotem. I tak bym sobie tutaj mógł wymieniać punkt po punkcie to, „co nie śniło się nawet autorom” tego dokumentu, ale odpowiedzią na to nie może być wypowiedzenie tej konwencji. I jeżeli ktoś po ośmiu latach rządów Zjednoczonej Prawicy ma w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości, to najwyraźniej potrzebuje kolejnych ośmiu. 

Warto mieć na uwadze to, że tego rodzaju wypowiedzi nie padają w próżni. To nie jest tak, że Donald Tusk może sobie takie rzeczy mówić i nikt na to nie zwraca uwagi, bo jestem się w stanie założyć o Fundusz Sprawiedliwości, że Zjednoczona Prawica się temu bardzo uważnie przygląda i monitoruje reakcje. Gdyby się bowiem okazało, że większość Polaków byłaby za tym, żeby pokombinować z tym EKPCz, to czemuż, ach czemuż Zjednoczona Prawica miałaby tego nie spróbować? Podkładka narracyjna by przecież była: „no skoro nawet Donald Tusk się wypowiadał na temat tej konwencji w taki, a nie inny sposób, to chyba coś jest na rzeczy, prawda?”. Tak, wiem, wymagając od polskich polityków tego, żeby zastanawiali się nad tym czy aby to, co mówią nie będzie miało negatywnych konsekwencji, to z mojej strony daleko idąca przesada i zapewne efekt tego, że jestem niereformowalnym lewakiem. 


 O tym, że jestem niereformowalnym lewakiem świadczy zapewne również to, że nie jestem skłonny uwierzyć w to, że pewien poseł partii, której nazwa rymuje się ze słowem „kolaboracja” (tak chodzi o tego posła, który się ikeowskim kasom nie kłaniał) faktycznie „się zagapił”. Argumentacja idzie mniej więcej tak, jak to napisał u siebie na Eloneksie Jacek Nizinkiewicz: „no ten poseł, to ani mu brat ani swat, ale trudno uwierzyć w to, że chciał ukraść jakieś rzeczy ze sklepu, bo przecież ryzykowałby dla paruset złotych karierę, tak więc nie róbmy z niego złodzieja”. I szczerze się wam przyznam, że o ile ni cholery nie zdziwiło mnie to, że sama konfa i jej opiniomaty internetowe (które, na ten przykład, każde zdarzenie mające związek z wojną w Ukrainie rozkładają na atomy, żeby tylko móc „udowodnić”, że media manipulują, a wszystkiemu i tak winni Ukraińcy), praktycznie nie interesowały się tą sprawą, a gdy już zaczęły się nią interesować, to tylko po to, żeby bronić swojego posła, to już zdziwiło mnie to „porozumienie ponad podziałami”, że w sumie to ten poseł na pewno nie chciał zrobić nic złego. 

Na litość nie istniejącego bytu transcendentnego, w jaki niby sposób ten poseł „ryzykował karierą”? Czy jego kariera polityczna skończyła się po tej akcji? Czy konfie spadło poparcie? Czy po tej akcji konfa wywaliła tego posła? Czy też może zapowiedziała, że nie dostanie miejsca na listach? Odpowiedź na te pytania brzmi „Wiem, tak więc nie muszę się domyślać, że nie”. 


Zachowanie całkiem sporej części komentatorów to czystej wody frajerstwo. No bo tak, wszyscy wiedzą, że konfa non stop uprawia harcownictwo i sprawdza na ile sobie może pozwolić. Tyczy się to również wymiaru stricte informacyjnego (acz tak po prawdzie, to w przypadku konfy jest to wymiar raczej dezinformacyjny), bo konfiarze praktycznie non stop kłamią (a rzeczony poseł ma bardzo długą historię kasowania swoich wpisów z tegoż właśnie powodu). Jednakowoż w momencie, w którym poseł tej formacji zostaje złapany na gorącym uczynku na próbie kradzieży, nagle okazuje się, że powinniśmy wierzyć w zapewnienia posła i jego formacji. 

No po prostu chłop robił duże zakupy i nie wszystko skasował bo miał słuchawki i nie zauważył, że się nie nabiło. Szkoda, że do tego nie dodano, że „kto nigdy czegoś takiego nie zrobił, niechaj pierwszy rzuci kamieniem”, bo biura poselskie konfy zostałyby przysypane przez tony kamieni, ale to tylko dygresja. Byłbym skłonny uwierzyć w tę wersję wydarzeń, gdyby okazało się, że poseł konfy robił zakupy po raz pierwszy w życiu i na domiar złego trafił na kasę samoobsługową. 


Ja rozumiem, że można być roztargnionym i można nie skasować np. jakiejś małej pierdółki, jak się robi duże zakupy, ale nie uwierzę w to, że robiąc dowolnie duże zakupy można było po pierwsze przegapić to, że kupa artykułów się nie „odbiła”, a po drugie nie zwrócić uwagi na to, że przy płaceniu cena się chyba ciut nie zgadza. Nie uwierzę również w to, że gdyby to faktycznie były OLBRZYMIE ZAKUPY, to nie udałoby się dogadać z obsługą i po prostu zapłacić za te artykuły. A właśnie, to jest w sumie ciekawa sprawa, bo ja dopiero pisząc te słowa zwróciłem uwagę na coś, co mi wcześniej (przy okazji odcinka podkastowego, w którym się nad tym tematem pochylaliśmy) umknęło. Już tłumaczę w czym rzecz. Otóż, mnie się, moi szanowni czytelnicy wydawało, że ten nieszczęsny (aczkolwiek to głównie nasze narodowe nieszczęście) poseł zapłacił za te artykuły (prócz przyjęcia mandatu, rzecz jasna). Okazało się, że on co prawda mandat przyjął, ale za artykuły nie zapłacił. Czyli dopiero gdy przyjechała policja zorientował się, że nie są mu potrzebne? A już na sam koniec pastwienia się nad tym tematem, jedna, drobna, uwaga. Czemu tak właściwie ten poseł został zatrzymany przez obsługę? O ile w tym konkretnym sklepie obsługa nie robi „wyrywkowych kontroli” (przprszm, musiałem), to chyba jednak coś na rzeczy było i chyba nie mieliśmy do czynienia z „omyłką”. Swoją drogą, wyjątkowo rozbawiło mnie to podkreślanie przez Mentzena tego, że ten poseł przyjął mandat i nie zasłaniał się immunitetem. Jaśnie Pan Jest Zbyt Łaskawy. 

No dobra, przyznaję, że poświęciłem poprzedniemu tematowi tak dużo miejsca dlatego, że teraz przechodzimy do przedostatniego tematu, który żadną miarą śmieszny nie jest (nawet nieintencjonalnie). Wiecie, współautorzyłem książkę o polskich fanach Trumpa (o tytule z gatunku selfexplanatory: „Trumpolacy”) i myśmy tam produkowali się razem z Doniesieniami z Putinowskiej Polski (nie otaguję jego peja, bo jeszcze się algorytm zbiesi) na temat tego „co to może być”, jeżeli Trumpowi uda się wygrać wybory. Produkowaliśmy się (konkretnie zaś ja) na temat Wielkiej Miłości Zjednoczonej Prawicy do Donalda Trumpa. Niemniej jednak przyznam się wam szczerze, że załamuje mnie to, jak bardzo partia Kaczyńskiego mizdrzy się do Trumpa niezależnie od tego, jak złe i niekorzystne dla naszego kraju są decyzje i plany jego administracji. 


Ostatnio, na ten przykład zrobiło się głośno o nowej strategii bezpieczeństwa USA. W telegraficznym skrócie chodzi w niej o to, że wszelkie relacje USA ze „światem zewnętrznym” mają mieć praktycznie wyłącznie charakter finansowy. Może inaczej to ujmę: jeżeli któreś państwo będzie chciało mieć dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi, to takie państwo będzie musiało się na te relacje wykosztować.  

Gwoli ścisłości, ja tam zbyt wielką miłością USA nie darzyłem (nie darzę i nie będę darzyć), ale byłem świadomy tego, że niezależnie od moich uczuć w tej materii, Stany Zjednoczone są gwarantem naszego bezpieczeństwa. Rzecz jasna nie jedynym, ale można by rzec, że głównym. Jeżeli chodzi o dotychczasowe dokonania USA, to prawda jest taka, że Rosja mogła bezproblemowo budować narrację (wykorzystywaną bardzo chętnie przez naszych krajowych skarpetosceptyków), która szła mniej więcej tak: „aha, więc Stanom Zjednoczonym wolno atakować inne kraje, a nam nie wolno? I to ma być sprawiedliwość?!” Niemniej jednak. Polska (i praktycznie cała Europa) mogła liczyć na to, że w razie czego (czytaj: gdyby Rosji się jednak odwidziało udawanie, że się zmieniła) USA nam (Polsce łamane przez Europę [nie, nie zaliczam Rosji do Europy]) pomoże. I jeżeli mam być szczery, to można było być tego pewnym nawet w czasie, w którym administracja Obamy usiłowała doprowadzić do resetu w kontaktach z Rosją. Zresztą, wydaje mi się, dowodem wystarczającym do podparcia tej tezy jest to, że żadnemu krajowi Europy Zachodniej (a takowym jesteśmy my dla Rosji na ten przykład) „Druga Armia Na Świecie” nie zrzucała bomb na głowy. Podsumowując, było wiadomo-jak, ale stabilnie. 

No to teraz jest znacznie gorzej, niż „wiadomo-jak”, ale za to niestabilnie. No bo tak na pierwszy rzut oka teraz to wszystko wygląda lepiej, niż w czasach minionych, bo przecież jeżeli będziemy mieli powiązania gospodarcze, to Donald „Deal Maker” Trump nas nie zostawi na pastwę ruskich bomb i Drugiej Armii w Ukrainie, która z przyjemnością zabrałaby się za wynoszenie nam z domów różnych sprzętów (pralek, kibli, konsol i generalnie wszystkiego, co nie jest odpowiednio mocno przytwierdzone do podłoża). Do tego przynajmniej starają się nas przekonać nasi ukochani Trumpolacy. 

Tyle, że to są po prostu bzdury. No bo tak się jakoś składa, że jeżeli umawiasz się na coś z jakimś wielkim „deal-makerem”, który ponad wszystko stawia (bardzo prymitywny) rachunek ekonomiczny, to się może okazać, że ktoś, kto chce Ci zrobić na złość, kupi od deal-makera więcej bulbulatorów od Ciebie i to ten bogatszy kupiec wkradnie się w łaski Wielkiego Sprzedawcy Bulbulatorów. A jak się już w te łaski wkradnie, to się może okazać, że wszystkie Twoje umowy z WSB są już nieważne, bo ów sobie wymyślił, że mu się już nie opłaca z Tobą dogadywać. Gwoli ścisłości, już mi nawet nie chodzi o tę Rosję (choć ona miałaby znacznie więcej do zaoferowania USA od nas [już nawet J.D. Vance opowiadał o tym, że Rosja ma różne surowce naturalne/etc. i nie wydaje mi się, żeby po prostu chciał się pochwalić swoją wiedzą]), ale o to, że biorąc pod rozwagę optykę obecnej administracji USA – bogatsze kraje szybciej się z nimi dogadają. Tak się jakoś składa, że co prawda Polska jest już (chyba?) w G20, ale przed nami jest całkiem sporo innych krajów, które mają znacznie niższy numerek przy literce „G”. 


Z tego zaś wynika, że Michał Dworczyk, który w baaaardzo długim wątku na Eloneksie tłumaczył, że ta nowa strategia to jest w sumie dla nas nawet lepsza od tego, co było wcześniej, chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że popadł w myślenie życzeniowe. No ale, Dworczyk i jego życzeniowe myślenie to jedno, ale to, co odwalił Radosław Fogiel, to już jest puszczenie się poręczy z prędkością podświetlną. 

Cóż takiego powiedział Fogiel? Ano między innymi wspomniał o tym, że w tej strategii to jest zawarte takie coś, że dzięki niej (uwaga cytuje): „Rosja osiągnie taki poziom stabilności, że nie będzie grozić swoim europejskim sąsiadom”. Bo wiecie, wystarczy tę Rosję wciągnąć w relacje gospodarcze, żeby Rosja zrozumiała, że nie opłaca się jej prowadzić wojen i wszczynać konfliktów, bo to będzie oznaczało poważne konsekwencje natury ekonomicznej. Ci sami ludzie będą nam tłumaczyć, że obecne działania Rosji to efekt po pierwsze, resetu Obamowego, po drugie działań Niemiec (które, przypominam, usiłowały Rosję wciągnąć w relacje gospodarcze/etc./etc. [nie zgadniecie poseł której partii niemieckiej mówił parę miesięcy dokładnie to samo i dlaczego chodzi o Tomasza Frolicha z AfD]) no i generalnie traktowania Rosji jak zwykłego partnera w relacjach międzynarodowych, a czasami wręcz uleganie jej. 


Nawiasem mówiąc, ja tu nie chcę bronić administracji Obamy, ale w tamtym czasie Rosja wysyłała sygnały (teraz już wiemy, że były one fałszywe), które można było interpretować tak, że z Rosją da się dogadać i że można z nią prowadzić normalne relacje. Teraz zaś politycy prawicy (uwaga będzie capslock): WIEDZĄC TO WSZYSTKO I PAMIĘTAJĄC O TYM, DO CZEGO DOPROWADZIŁ RESET tłumaczą, że tym razem na pewno się uda. Czemu tak twierdzą? Ano temu, że boją się nawet pomyśleć coś wbrew Donaldowi Trumpowi, z przyczyn, jak mniemam oczywistych. Powiedzieć, że mają w dupie nasz kraj, to jak nic nie powiedzieć. 

I jeżeli ktoś czytając (bądź oglądając) słowa Fogla pomyślał sobie, że „bardziej się nie da”, to taki ktoś nie miałby racji, albowiem wtedy, cały na walonkowo wchodzi Rafał Woś, który wpadł do króliczej nory znacznie głębiej od Fogla i Dworczyka razem wziętych. Jak przystało na opiniomat nierozerwalnie związany ze Zjednoczoną Prawicą, Rafał Woś musiał również popełnić tekst w obronie tej nowej strategii. Różnica między nim, a tymi poprzednimi ancymonami polega na tym, że Rafał Woś poszedł o krok dalej i zaczął wychwalać nierozszerzanie NATO. Pozwolę sobie na zacytowanie całego fragmentu, ale lojalnie uprzedzam, że należy to czytać przy otwartym oknie: 


"Zakończenie wrażenia, że NATO to sojusz, który musi stale się rozszerzać" - niejednego ten cytat może w pierwszej chwili zmartwić. Ale czy naprawdę przyjmowanie do Sojuszu kolejnych krajów byłego ZSRR zwiększa nasze polskie bezpieczeństwo? Czy może raczej prowadzi do eskalacji w relacjach z Rosją i grozi wprowadzeniem do NATO krajów, których lojalność może okazać się w momencie próby problematyczna?”. 



Po pierwsze, zerknijmy na sam koniec tego pięknego fragmentu. Moim zdaniem podobny argument mógł paść ze strony wszelkiej maści Rafałów Wosiów, zamieszkujących kraje będące członkami NATO w przededniu wstąpienia Polski do NATO. No bo czy sensowne jest przyjmowanie do NATO krajów byłego Układu Warszawskiego, których lojalność może się okazać w momencie próby problematyczna? 


Po drugie „czy naprawdę przyjmowanie do Sojuszu kolejnych krajów byłego ZSRR zwiększa nasze Polskie bezpieczeństwo” (żebyśmy nie mieli wątpliwości, tu chodzi o Ukrainę), pozwolę sobie na ponowne użycie capslocka; TAK ZWIĘKSZA. Im więcej NATOwskich krajów dzieli nas od Rosji, tym lepiej dla nas i rozumieć to powinien każdy, kto chce zabierać głos na temat polskiego bezpieczeństwa. Nawiasem mówiąc, gdyby nie kontekst, zabawne byłoby to, że Woś się produkuje na temat „krajów byłego ZSRR” podważając ich potencjalną lojalność, ale jakoś dziwnym trafem nie wspomina o tym, że „w momencie próby” znacznie większy problem z lojalnością miałyby Orbanowskie Węgry. No ale, Orban też jest MAGA, więc jego nie wypada krytykować. 


Po trzecie, to pamiętajcie, że my tego NATO nie możemy rozszerzać za bardzo, bo to będzie drażniło Rosję. Argumentu o Wosiach w krajach, które niejako przyjmowały nas do NATO już użyłem, więc teraz pora na inny. To miłe, że Rafał Woś zwraca uwagę na uczucia innych. Szkoda natomiast, że są to uczucia Rosji. Wosia nie obchodzi to, że być może „byłe kraje ZSRR” chciałyby wstąpić do NATO, bo wiedzą czym się może skończyć bycie zdanym na łaskę Rosji. Poza tym nie chciałbym być złośliwy, ale wydaje mi się, że od momentu, w którym Rosja zaatakowała Ukrainę NATO się powiększyło i mimo, że dzisiejszy Woś nazwałby to „eskalacją”, to ta eskalacja do niczego nie doprowadziła (tak samo, jak przekraczanie kolejnych nieprzekraczalnych granic, po przekroczeniu, których Rosja miała nam wszystkim „pokazać”). Być może jestem uprzedzony, ale ja tam na ten przykład w dupie mam uczucia Rosji w temacie rozszerzania NATO. 


Tak na sam koniec tych rozważań okołostrategiowych. Problem polega na tym, że nawet jeżeli za parę lat dojdzie do zmiany administracji w USA i nowa administracja powie, że ta Trumpowska strategia już nie obowiązuje, to będzie za późno. Tzn. będzie można cofnąć szkodliwe decyzje i naprawić relacje transatlantyckie, ale to w szerszej perspektywie nie zmieni tego, co się stało. Już tłumaczę w czym rzecz. Zrobię to na przykładzie tego, co PiS zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym. Otóż PiS był pierwszą partią, która pokazała, że można sobie wytrzeć wiadomą część ciała orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego i w sumie absolutnie nic z tego nie wynika. Potem PiS już się tym nie musiał przejmować, bo przejął TK. Teraz zaś niektórymi wyrokami TK nie przejmuje się PO (bo całkiem słusznie traktuje TK jako PiSowską przybudówkę). Nawet jeżeli dojdzie do jakiegoś resetu konstytucyjnego i wszystkie partie się zgodzą na to, że brak bezpiecznika ustrojowego nie jest niczym dobrym i całą sytuację się połata, to z tego absolutnie nie wyniknie, że np. parę lat po takim „resecie” nie przyjdzie jakiś inny Jeszcze Bardziej PiS i znowu nie wytrze sobie wiadomej części ciała orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego.


Z relacjami transatlantyckimi jest podobnie. Nowa administracja może je naprawić, ale nie może zagwarantować, że po niej nie przyjdzie Jeszcze Bardziej Trump, który znowu będzie chciał wdrażać strategię „moje bogate ziomeczki first”. 


I na tym bym już chciał zakończyć, ale muszę pochylić się nad jeszcze jednym tematem. Co ciekawe temat ten był przeze mnie poruszany już dwukrotnie. Po raz pierwszy w roku 2013, a po raz drugi w 2017. Żeby tradycji stało się zadość, powinienem temu poświęcić osobną notkę, ale biorąc pod rozwagę moje „przestoje”, pewnie bym jej ostatecznie nie napisał. No ale, ad meritum, chodzi o pomysł wprowadzenia jednolitej ceny na nowe książki. 


Moja opinia na ten temat się nie zmieniła i uważam to za bardzo zły pomysł. O ile samą próbę uregulowania tego, co się u nas dzieje na rynku książki (jak duzi gracze traktują tych mniejszych/etc.) uważam za coś dobrego, to jednak próbę zabetonowania ceny nowych książek uważam za bardzo złe rozwiązanie, albowiem ostatnie, czego potrzebujemy to to, żeby książka stała się dobrem luksusowym. 


Może inaczej: jeżeli wprowadzenie jednolitej ceny książki będzie połączone z tym, że okładkowe ceny książek nie będą przypominały tych dzisiejszych, to taka zmiana ma szansę na to, żeby nie skończyć się źle. Jeżeli jednakowoż dzisiejsze ceny okładkowe nie ulegną zmianie i będziemy (jako czytelnicy) „skazani” na kupowanie nowych książek w cenach okładkowych, to ja co prawda nie jestem jakimś Wielkim Analitykiem, ale wnosząc po tym, czym się skończyło przeskoczenie z zerowego VATu na książki na 5%, wydaje mi się, że skończy się to hekatombą na rynku nowej książki (jeżeli ktoś jest ciekaw, jak to wyglądało wcześniej, to gdy pisałem notkę z 2013 udało mi się dotrzeć do danych o sprzedaży książek i „tąpnięcie” poVATowskie było bardzo widoczne). 


Pozwolę sobie na opisanie jednego kejsu. Jest sobie trylogia „Historia Komunizmu na Świecie” (która ma swoje wady, ale ja nie o tym teraz). Pierwszy tom („Kaci”) wydano u nas w 2021 roku i jego ceną okładkową było 99.90 złotych (kupiłem go „na świeżo” za 69 złotych, gdybym poczekał pewnie udałoby się kupić za połowę ceny). Drugi tom („Ofiary”) wydano w roku 2023 w okładkowej cenie 129,90. Tenże drugi tom kupiłem za 65 złotych (korzystając z jednego z pierdyliona programów lojalnościowych). Trzeci tom („Współsprawcy”) wydano w tym roku i ma cenę okładkową 159.90 (da się ją teraz dostać za jakieś 100 złotych). Innymi słowy, w przeciągu czterech lat, cena okładkowa książki (mają bardzo zbliżoną objętość) wzrosła o pi razy oko 60%. 


I ja wiem, że kalkulacja pewnie przebiega tak: jeżeli ktoś wydaje (będę łaskawy) np. 800 złotych rocznie na nowe książki, to po wprowadzeniu jednolitej ceny książki wyda ich tyle samo, ale po prostu kupi za to mniej nowych książek. I zupełnie pomija się tu ten drobny szczegół, że gdybyśmy „zamrozili” dziś cenę okładkową, to w przypadku wyżej wymienionej „Historii Komunizmu na Świecie” oznaczałoby to, że trzeci tom kosztowałby prawie 100 złotych więcej od drugiego. Czy tylko mnie się wydaje, że to jest dość duża różnica? Tak wiem, że w Polsce sprzedaje się nie tylko książki historyczne, ale różnica w cenie będzie pewnie proporcjonalna. Ta różnica może doprowadzić do sytuacji, w której część czytelników będzie „pożyczać” książki z różnych portali (w formie ebooka) albo kupować je z rocznym opóźnieniem (czyli wtedy, gdy ceny będą już o wiele bardziej przystępne ze względu na promocje). A wtedy osoby zainteresowane tym, żeby na rynku książki nic się nie zmieniało (i duzi gracze mogli dalej robić to, co robią teraz) pewnie pojawi się sporo głosów, z których będzie wynikać, że wszystkie wprowadzone zmiany są złe i trzeba je cofnąć, bo sami widzicie, co się dzieje na rynku „nowej” książki, kto to widział. 


I tym, w sumie nie wiem jakim akcentem kończę powyższa Ścianę Tekstu. 


Źródła:

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/awarie-pociagow-newagu-hakerzy-ujawniaja-kto-stoi-za-celowymi-usterkami/g4hymmg

https://wiadomosci.onet.pl/krakow/skandal-na-kolei-newag-pozywa-hakerow-oraz-konkurencyjna-spolke-sps/h3rrs5m

https://oko.press/newag-hakerzy-dragon-sector-pociagi-impuls

https://wiadomosci.onet.pl/opole/kolejny-pociag-impuls-ulegl-dziwnej-awarii-poprzednie-naprawiali-hakerzy/pb08xtr

https://www.rynek-kolejowy.pl/wiadomosci/newag-pozywa-poslanke-pauline-matysiak-121539.html

https://wiadomosci.onet.pl/krakow/skandal-na-kolei-sad-odrzucil-pozew-newagu-przeciwko-poslance-partii-razem-chcieli/3pyvphb

https://x.com/PolaMatysiak/status/1981464641151639929

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2279363,1,slapp-y-wiceministrowie-od-ziobry-zaplaca-z-wlasnych-pieniedzy.read


Ściany tekstu na temat Instytutu:

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2020/06/instytut.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2024/04/onuco-onuco-cozes-ty-za-pani.html?m=0

https://x.com/PiknikNSG/status/1982181673824399795

https://www.facebook.com/wsieciprawdy/posts/pfbid07uNdepp7RHfomWnYR9DQxMjjKEWXtPMHRKh7wqvX3mwWz2xfAHk26Vzwb7BjgdQAl

https://www.facebook.com/wsieciprawdy/posts/pfbid0myPBm8QRMQaxqtvqPpVZYmN1PmLVfXQkLFMXRTWo53qtnXw8BYPr8RUT2VbrDCtNl

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-razem-odwiesza-pauline-matysiak-poslanka-zostala-ukarana-nag,nId,7875083

Jeżeli poniższy link wam wywali 404, to wrzućcie w gugla „Marcin Horała do dymisji”

https://lewica.org.pl/aktualnosci/7591-marcin-horala-do-dymisji

https://x.com/RafalWos/status/1998721023466946683

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2025-11-07/wyciagneli-karty-w-trakcie-glosowania-posel-z-razem-tlumaczy-decyzje/

https://www.rp.pl/polityka/art1012051-adrian-zandberg-ziobro-przed-trybunal-stanu-reka-nie-zadrzy

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2025-11-09/tyszka-jest-ordynarnym-klamca-janusz-kowalski-reaguje-na-slowa-polityka-konfederacji/

https://oko.press/na-zywo/na-zywo-relacja/tyszka-janusz-kowalski-proponowal-mi-skorzystanie-z-funduszu-sprawiedliwosci

https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32389251,chodzmy-stad-to-sa-zlodzieje-kukiz-o-spotkaniach-u-ziobry.html

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2257957,1,wszystkie-tasmy-mraza-kto-z-kim-rozmawial-na-co-sie-umawial-trzeba-w-to-brnac.read

https://x.com/MariaKurowskaPL/status/1995470696038764746

https://polskieradio24.pl/artykul/3615100,afera-funduszu-sprawiedliwosci-oswiadczenie-kurowskiej-i-szybka-odpowiedz

https://www.rmf24.pl/polityka/news-drugi-immunitet-romanowskiego-prokuratura-nie-wylaczal-mozli,nId,7653599

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-porazka-prokuratury-ws-zbigniewa-ziobry-liczne-bledy,nId,8048254

https://oko.press/donald-tusk-skrajny-populista-wypowiedzenie-europejskiej-konwencji-praw-czlowieka-moze-byc-calkiem-rozsadne

https://tvn24.pl/polska/europejska-konwencja-praw-czlowieka-adam-szlapka-polska-nie-ma-planow-jej-opuszczenia-st8722161

https://x.com/JNizinkiewicz/status/1983245972948869223

https://tvn24.pl/polska/incydent-berkowicza-w-ikei-mozna-usprawiedliwic-posel-konfederacji-odpowiada-st8732186

https://x.com/michaldworczyk/status/1996998674681942343

https://www.tvp.info/90473397/prezydent-ukrainy-wolodymyr-zelenski-zaprosil-karola-nawrockiego-do-kijowa-radoslaw-fogiel-gosc-poranka?

https://wydarzenia.interia.pl/felietony/news-pare-slow-prawdy-o-strategii-trumpa,nId,22497462

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2013/10/minister-zdrojewski-walczy-z-ksiazkami.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2017/03/czytelnik-minus.html

czwartek, 27 marca 2025

Dyktatura Chłopskiego Rozumu: Część 2 – Chaos

 Dawno dawno temu, wydano grę pt „Warhammer: Mark of Chaos”, która miała bardzo, ale to bardzo fajne intro. Pod koniec tegoż intra narrator wypowiedział frazę „there is no escape from Chaos – it marks us all (w tłumaczeniu Piknikowym: nie ma ucieczki przed chaosem – naznacza nas wszystkich). Wydaje mi się, że będzie to idealny wstęp do niniejszej ściany tekstu.

Gdyby było tak, że USA to jest jakiś taki kraj, który nie ma najmniejszego wpływu na nasze państwo, to można by było patrzeć na to, co się tam dzieje ze współczuciem. No ok, wybrali sobie Trumpa, ale chyba do końca nie zdawali sobie sprawy z tego, w co się pakują (tzn. miliarderzy wiedzieli, ale biedniejsi chyba nie do końca). Problem polega na tym, że Trump jako prezydent światowego mocarstwa to problem nie tylko Ameryki, ale, nad czym możemy jedynie ubolewać, nas wszystkich.

Czy jestem zdziwiony tym, co robi Trump i jego otoczenie? Nieszczególnie. Główna przyczyna tego mojego nieszczególnego zdziwienia to to, że gdy w 2016 Trump wygrał wybory, to obawiałem się właśnie tego, co się teraz dzieje. Wtedy mu nie wychodziło (choć się starał), bo stopowali go niektórzy Republikanie i administracja. W 2024 sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Partia Republikańska była po prostu partią Trumpistowską, a plany zaorania administracji były dość szczegółowo rozpisane (project 2025), tak więc mniej więcej wiadomo było, czego się spodziewać. Kwestią otwartą było jedynie to, w którym momencie Trump zacznie traktować wszystkich dookoła (no prawie wszystkich, o czym jeszcze będzie) z buta.

Okazało się, że na traktowanie z buta nie trzeba było długo czekać. Tak po prawdzie to Trump nie poczekał nawet na zaprzysiężenie i pogadanki o tym, że tak właściwie to on by chciał, żeby Kanada była kolejnym stanem, zaczął wcześniej. Tak samo, jak pogadanki o pozyskaniu Grenlandii i Kanału Panamskiego. Warto wspomnieć o tym, że w przypadku tych dwóch ostatnich Trump nie wykluczył nawet interwencji zbrojnej. Ktoś mógłby powiedzieć: dobra, może on se tak tylko gada. Tyle, że taki ktoś najwyraźniej ostatnie rządy Trumpa przeleżał pod lodem i nie wie, że w przypadku Trumpa „tylko gadanie” wygląda tak, że jeżeli nikt go nie powstrzyma, to „tylko gadanie” ciałem się stanie. Przykładowo, po przegranych w 2020 wyborach Trump „tylko gadał” o tym, że tak właściwie to je wygrał i w ramach „tylko gadania” dzwonił do sekretarza stanu Georgia i namawiał go do tego, żeby „znalazł” mu brakujące głosy. Co prawda wtedy się nie udało, ale właśnie dlatego, że ów sekretarz Trumpowi odmówił. Po „wyczyszczeniu” administracji państwowej może być różnie z tym odmawianiem.

I tu w sumie taka ciekawostka się pojawia. Otóż, jeżeli ktoś przygląda się temu, co się dzieje na Eloneksie, to taki ktoś może dostrzec mało subtelne próby przekonania amerykańskiego suwerena do tego, że Rosja to w sumie nie jest taka zła, a co za tym idzie, Trump ma rację,  gdy chce się dogadywać z Rosją. O ile sam Trump opowiada o tym, że on się z Putinem przyjaźni, że są BFF/etc., to MAGA-owcy opowiadają już zupełnie inna historię. Opowiadają np. o tym, że gdyby USA weszło w sojusz z Rosją, to byliby nie do powstrzymania. O NATO mają do powiedzenia tyle, że w sumie to ten sojusz jest już zbędny i niech się Europa broni sama przed Rosją (i nie, nie gryzie się im to absolutnie z narracjami o tym, że powinni się zaprzyjaźnić z Wołodią). Tego rodzaju wielce uczone narracje pojawiły się w infosferze MAGA-owców zaraz po tym, gdy Dobry Car Rosji zaproponował, że jakby co, to on może po taniości sprzedać USA dwa miliony ton aluminium. Zupełnym przypadkiem ta propozycja zbiegła się w czasie z nałożeniem przez UE kolejnego pakietu sankcji na Rosję, w którym to pakiecie, cóż za niespodzianka, było między innymi zbanowanie rosyjskiego aluminium.

No ale dobrze, wróćmy do pogróżek, którymi Donald Trump sypie jak z rękawa. Jak już wspomniałem, jeżeli chodzi o Grenlandie, to argumentacja Trumpa jako żywo przypomina tą, którą obserwujemy już od jakiegoś czasu za naszą wschodnią granicą. Otóż, zacznijmy od tego, że Trumpowi chodzi po prostu o ochronę wolnego świata i (werble) jego zdaniem mieszkańcy Grenlandii chcą, żeby Grenlandia przeszła pod kuratelę USA. Co prawda nie padło jeszcze sakramentalne „chcemy tylko chronić mniejszość MAGA”, ale moim zdaniem jest bardzo blisko.

Mieliśmy również niezbyt zawoalowane groźby w celu przejęcia Kanału Panamskiego. Tu jedna uwaga. Jakiś czas temu objawiły się doniesienia medialne, z których wynikało, że USA już odkupiła Kanał Panamski, ale zaraz potem okazało się, że jednak nie. Z późniejszych newsów wynika, że Trump zlecił wojskowym ogarnięcie (na wszelki wypadek) planu, coby w razie czego przejąć siłowo tenże kanał.

Idźmy dalej, albowiem następną porcję gróźb Trump wystosował pod adresem Kanady, która jego zdaniem powinna być kolejnym stanem. Rzecz jasna, opinia Kanadyjczyków się w tym miejscu w ogóle nie liczy, bo to są drobne szczegóły. Póki co Trump rozpoczął wojnę celną i opowiadał o tym, że jakby co, to on by chciał renegocjowania umów sprzed 100 la,t bo mu się nie podoba to, jak granice zostały wytyczone. Bo oczywiście, że jeżeli jest coś, czego potrzebujemy, to tym czymś jest typ, który chce wprowadzić precedens polegający na tym, że ustalenia „graniczne” sprzed pierdyliona lat można na spokojności zmieniać jeżeli tylko się bardzo chce. Jeżeli chodzi o wojnę celną, to Trump rozpoczął takowąż z Unia Europejską.

Co łączy te wszystkie działania? Ano łączy je to, że są skierowane przeciwko krajom (i blokowi krajów), które są sojusznikami Stanów Zjednoczonych. I w tym miejscu pozwolę sobie na eksperyment myślowy: jeżeli Trump w ten sposób traktuje sojuszników, to w jaki sposób potraktuje tak np. Rosję? Rzecz jasna, w tym eksperymencie myślowym zaszyta została pułapka, albowiem Rosja nie jest przez Trumpa uważana za wroga. Nie jest przez niego uznawana za wroga tak bardzo, że aż sobie planuje z Rosją jakieś wspólne projekty geopolityczne. Wydawać by się mogło, że tego rodzaju plany powinny spotkać się z ostrą reakcją jednej takiej partii, która Obamie politykę resetu wobec Rosji wypomina do tej pory, no ale, ponieważ teraz do resetu dąży „ich” prezydent, krytyki się nie doczekamy (to była tylko taka dygresja, albowiem obrońcom Trumpa, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, poświęcę osobny tekst). Wracając do meritum, jakoś tak się złożyło, że w pierwszej kolejności niełaską Trumpa obrywają kraje sojusznicze. Sorry, taki mamy klimat.

Przed wyborami w USA podnosiły się głosy, że jeżeli Trump wygra, może to oznaczać politykę skrajnego izolacjonizmu. Dziś wiemy, że to było skrajne wręcz niedoszacowanie tego, jak może działać na arenie międzynarodowej Trumpistowska Ameryka. Otóż, w porównaniu do tego, co dzieje się teraz, izolacjonizm jako taki nie byłby wcale taki zły. Zacznijmy od tego, że ten izolacjonizm już się w pewnym sensie „dzieje” w ramach hasła „America First”. Mamy, na ten przykład wrzutki, z których wynika, że artykuł 5 NATO jakby co, to wcale nie jest wyryty w kamieniu i jest negocjowalny. Jeszcze przed wyborami J.D. Vance stwierdził, że USA może nie chcieć pomagać tym, którzy będą próbowali wpływać na Twittera pod rządami Muska. Potem były narracje, z których wynikało, że jeżeli państwa nie zwiększą wydatków na obronność (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że im dalej w las, tym wyższy %PKB ma być zdaniem Trumpa tym „docelowym”), to też się ich nie będzie bronić. Reasumując: zakładanie dziś, że w przypadku ataku na państwo sojusznicze USA na 100% będzie takie państwo chronić, można traktować jako daleko idącą naiwność.

USA mogą bronić takiego państwa, ale wcale nie muszą. Mało tego, jeżeli przyjrzymy się temu, w jaki sposób traktowana jest teraz Ukraina (o czym też za moment będzie), to widać wyraźnie, że dla USA kluczowe jest teraz to „a co my z tego będziemy mieli”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Trumpowi zdarzyło się również opowiadać o tym, że jego zdaniem, gdyby przyszło co do czego, to inne państwa NATOwskie by wcale Ameryce na pomoc nie ruszyły. Najwyraźniej interwencje w Afganistanie i Iraku się zdaniem Trumpa nie wydarzyły.

Gwoli ścisłości, to zachowanie Trumpa w tej konkretnej materii jest tak bardzo chaotyczne, że gdyby ktoś nakręcił o tym film z gatunku political-fiction, to by go wyśmiano za to, że wyszła mu slapstikowa komedia, bo to przecież jest niemożliwe. Pochylmy się nad tym, żeby w pełni docenić działania „stabilnego geniusza”. Tak na pierwszy rzut oka Trump ma racje. No bo wiecie, „America First”, prawda? No to po co on ma bronić jakiejś tam Estonii, czy innej Litwy, czy też Polski? Przecież taka obrona to koszty same. Nie dość, że sprzęt wojskowy trzeba wysyłać, to jeszcze żołnierzy/etc., no a to prosta droga do strat finansowych i ludzkich. Poza tym, przecież USA nie potrzebuje żadnej pomocy z zewnątrz, bo jest mocarstwem wojskowym, z którym samodzielnie żadne inne państwo nie jest w stanie się równać (póki co przynajmniej).

Po pierwsze. Amerykanie już od jakiegoś czasu twierdzą, że w nieodległej przyszłości dojdzie do konfliktu USA z Chinami. Ja to co prawda jestem tylko prosty bloger, ale wydaje mi się, że w takiej sytuacji sojusznicy by się jednak Ameryce przydali. Co prawda podnoszą się głosy, że USA chce zrobić „odwróconego Nixona”, czyli wciągnąć do sojuszu Rosję i nastawić ją przeciwko Chinom, ale ten pomysł jest bezdennie głupi, bo wiadomo czym się kończy „wciąganie Rosji do współpracy”. O wiele lepszym sojusznikiem byłaby Europa Zachodnia i Środkowa, bo ma bez porównania większy potencjał ekonomiczny i militarny od Rosji.

Po drugie. Jeżeli USA ma się faktycznie przygotowywać do konfliktu z Chinami, to jak się do tego mają zapowiadane przez Trumpa cięcia budżetowe w wydatkach wojskowych? I to nie jakieś kosmetyczne cięcia tylko 8% (rok do roku przez pięć kolejnych lat). Trump opowiadał, że wydawanie pieniędzy na wojsko nie ma sensu, bo przecież można się dogadać zamiast ze sobą walczyć. Jeszcze trochę, a Trump zacznie śpiewać „Imagine” (a to, jak wiemy jest wizja komunizmu niestety).

Po trzecie. Przez moment załóżmy, że to przygotowywanie się do konfliktu z Chinami jakoś im się spina z cięciami budżetowymi i wydawaniem mniej na obronność. Jak to się ma do próby zarżnięcia amerykańskiego przemysłu wojskowego? Z jednej strony będą cięcia, a z drugiej Trump robi wszystko, żeby zniechęcić każdego potencjalnego kupca do zaopatrywania się w sprzęt wojskowy w USA. Z jednej bowiem strony mieliśmy to, co się stało po słynnej (dojdziemy do tego) kłótni w Gabinecie Owalnym, czyli kombinowanie, jakby tu utrudnić życie Ukraińcom (brak danych, wstrzymanie wsparcia dla ukraińskich F-16 i tak dalej). Z drugiej zaś wypowiedź Trumpa, który powiedział, że będą sprzedawać samoloty, które będą „toned down” (czyli nie takie jak powinny być). Czemu? No bo teraz je może kupić ktoś, kto jest sojusznikiem, ale potem może nim już nie być. Po tym, jak USA zaczęło utrudniać życie Ukrainie, dość głośno zrobiło się o tym, że może być tak, że ktoś sobie kupi w USA jakiś sprzęt, a potem nie będzie go mógł użyć. Gwoli ścisłości, ja sobie zdaję sprawę  tego, że tego rodzaju narracje mogą być rozpowszechniane przez, na ten przykład, lobbystów europejskiego przemysłu zbrojeniowego, ale hello, gdyby USA zachowywała się tak, jak powinien się zachowywać sojusznik, nikt nie dawałby faka o takie narracje.

Po czwarte. Trumpowi i jego „walczącemu z globalizacją” otoczeniu umyka najwyraźniej to, że USA robi interesy wszędzie, gdzie może. Robi je też w Europie. Przez interesy rozumiem również wszelkiego rodzaju inwestycje. I teraz warto sobie zadać jedno pytanie: gdzie lepiej inwestować? W miejscach, w których jest spokojnie, czy też w miejscach zagrożonych działaniami wojennymi? Zmierzam do tego, że USA opłacało się (i nadal opłaca) sojusz w ramach NATO, tak samo jak opłaca się im posiadanie baz wojskowych w Europie, bo dzięki temu ich wcale-nie-globalne firmy nie muszą się martwi o swoje inwestycje.

Gdybym chciał to jakoś podsumować, to chyba sięgnąłbym bo fragment filmu „Glass Onion”, w którym główny bohater w pewnym momencie stwierdzi, że jedna z postaci zachowuje się w sposób głupi. Gdy ktoś zadał pytanie „czy to jest tak głupie, że aż mądre?”, główny bohater (Benoit Blanc) stwierdził: „nie, to jest po prostu głupie”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Skoro już zahaczyliśmy o temat Ukrainy, to pociągnijmy go dalej. Wszyscy pamiętają obietnice Trumpa, z których wynikało, że jeżeli wygra wybory, to zakończy wojnę w 24 godziny. Gdy w trakcie kampanii ktoś podnosił, że to mało realny scenariusz, fani Trumpa tłumaczyli, że wiadomo, że będzie przesadzał, ale na pewno i to na bank będzie się starał zakończyć tę wojnę i nie będzie się cackał z Rosją i Putinem. Poruszyliśmy tę kwestię w „Trumpolakach” i wyszło nam, że jedynym „lewarem”, który ma Trump i przy pomocy którego będzie mógł chcieć wpływać na konflikt jest to, że USA udzielają pomocy militarnej Ukrainie i mogą tę pomoc przyciąć, żeby skłonić Ukrainę do ustępstw. Okazało się, że fani Trumpa się mylili, a my mieliśmy rację (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to bardzo nisko zawieszona poprzeczka).

Wartym nadmienienia jest ten drobny szczegół, że USA pod wodzą Trumpa się w stosunku do Ukrainy zachowują tak, jak gangusy wymuszające haracze. Z tym, że o ile gangusy po tym, jak dostaną co chcą czasami bronią tych, od których wymuszają kasę przed innymi, to Trump już o jakiejkolwiek obronie nie chciał słyszeć. Trump sobie w pewnym momencie wymyślił, że za tę pomoc, którą to już Ukrainie USA wręczyło, to on sobie odbierze od Ukrainy połowę jej zasobów (minerały) i część infrastruktury (porty etc.). W zamian za to USA obiecały, że może porozmawiają z Putinem, a no i jeszcze część pieniędzy, które by sobie amerykański biznes zarobił inwestowano by w Ukrainie. Gdyby nie kontekst, zabawne byłoby to, że na decyzję (czy podpisać tę umowę, czy też nie) USA dały Ukrainie całą godzinę. Innym razem Trump wpadł na pomysł, że może by tak przejął Ukraińską energetykę jądrową. No dusza człowiek po prostu.

Wspominałem przed momentem o słynnym już spotkaniu w Gabinecie Owalnym, w trakcie którego Zełeński został przeczołgany tylko i wyłącznie dlatego, że miał czelność zwrócić uwagę na to, że bez gwarancji bezpieczeństwa pokój będzie iluzoryczny, bo Putin nie dotrzymuje danego słowa. Wtedy to właśnie odpalił się J.D. Vance, który stwierdził, że Zełenski nie ma RiGCzu, a poza tym to nie podziękował USA za pomoc (potem wyliczono, że podziękował ponad 30 razy). I tu doszliśmy do kolejnej kwestii, która nawet w obrębie Trumpowej logiki (i narracji, którymi się karmi tabuny MAGA) jest pozbawiony sensu. Trump bowiem przekonuje wszystkich o tym, że Putin to jego ziom i że się z nim dogada bezproblemowo. Gdyby nawet nie był jego ziomem to (i tu druga narracja) uszanuje rozejm, bo szanuje Trumpa. Gdyby to zawiodło, to (narracja numer trzy) na pewno uszanuje rozjem i pokój, bo się Trumpa po prostu boi.

Równolegle do tych wszystkich narracji Trumpiści ogłaszają wszem i wobec, że oni nie chcą dać Ukrainie żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Czemu nie chcą dać tych gwarancji? Skoro są tak absolutnie pewni, że Putin nie złamie danego słowa, to takie gwarancje bezpieczeństwa to tylko formalność. Mało tego. Pomyślcie sobie ile można by było ugrać wizerunkowo na takim dealu. USA ogłasza, że Ukraina zostaje objęta takimi, a takimi gwarancjami, a Putin siedzi grzecznie jak mysz pod miotłą. Czemuż, ach czemuż więc z tymi gwarancjami jest taki problem? Bo administracja Trumpa zdaje sobie sprawę z tego (ci ludzie niewiele rozumieją, ale to akurat tak), że Putin może nie chcieć dotrzymać słowa choćby dlatego, żeby móc powiedzieć „sprawdzam” Amerykanom. No a skoro są tego świadomi i mimo tego próbują wmanewrować Zełeńskiego w jednostronny deal pokojowy, to chyba nie do końca dobrze o nich świadczy a my, ze względu na nasze położenie geograficzne, powinniśmy to brać pod rozwagę.

Tak swoją drogą, zaskoczeniem dla nikogo nie powinno być to, że narracje MAGA, Musków/etc., są doskonale zbieżne z narracjami rosyjskimi. Otóż, w myśl tych narracji to jest tak, że gdyby tylko Zełeński chciał, to mógłby zakończyć wojnę choćby z dnia na dzień. A nie chce tylko i wyłącznie dlatego, że boi się, że straci władze (gadanie idiotyzmów o tym, że w Ukrainie powinny się odbyć wybory, zawędrowało już do Polski i zostało wrzucone w przestrzeń publiczną przez Elżbietę Witek). I jakoś tak się składa, że w tych narracjach (i to literalnie wszystkich) nie pojawia się taki jeden drobny szczegół. Tym szczegółem jest fakt, że wojnę może zakończyć również Władimir Putin (mógł jej w ogóle nie zaczynać, ale to już osobna kwestia). Dziwnym trafem, w opinii MAGA-owców całkowitą winę za to, co się dzieje, ponosi Zełeński. Czemu nie Putin? Odpowiedź brzmi następująco: nie wiem, ale się domyślam.

Najlepiej podejście USA do Rosji obrazuje to, co ostatnio opowiadał Steve Witkoff (wysłannik Trumpa ds. Bliskiego Wschodu). A opowiadał rzeczy, które powinny sprawić, że osobom drącym w Sejmie japę „Do Nald Trump” powinno się zrobić co najmniej głupio. Przykładowo, Witkoff (w rozmowie z Tuckerem – wcale – nie – onucą Carlsonem) tłumaczył, że Putin po zamachu na Trumpa poszedł się pomodlić do cerkwi dlatego, że Trump to jego przyjaciel. Ten przemiły jegomość (i fachowiec, co do tego nie można mieć najmniejszych wątpliwości) klarował również, że na terenach okupowanych przez Rosję odbyły się referenda i tam ludzie się opowiedzieli za przyłączeniem do Rosji i że to też powinno być brane pod rozwagę. Powinienem to jakoś skomentować, ale zamiast tego pozwolę sobie przejść do kolejnej części niniejszej ściany tekstu.

Nie bardzo wiem, jak zacząć ten konkretny kawałek, więc zacznę go tak: administracja Trumpa najchętniej rozpieprzyłaby Unię Europejską i wszystko wskazuje na to, że tym się właśnie zajmuje. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że to nie jest żadna nowość. Jest sobie taki człowiek, jak Steve Bannon. W 2018 ogłosił, że on ma plan rozwalenia Unii Europejskiej od środka. Chciał to zrobić w ramach organizacji, którą było „The Movement”. W zamierzeniu miało to wyglądać tak, że Bannon zbierze wszystkich eurosceptyków (Le Pen, Orbana, Saliviniego, Wildersa i wielu innych), którzy dzięki jego światłym radom uzyskają co najmniej 30% miejsc w Europarlamencie. Dzięki temu, Bannon chciał rozwalić UE od środka. Początkowo całkiem sporo ugrupowań było zainteresowanych.

Jednakowoż im bliżej było wyborów, tym więcej organizacji wycofywało swoje poparcie. Przykładowo, Marine Le Pen stwierdziła, że impuls do reformy UE powinien być „wewnętrzny”, a nie zewnętrzny. FPO stwierdziło, że nie podoba się im amerykański wpływ i tak dalej i tak dalej. Tego, jakie były rzeczywiste przyczyny, dla których „The Movement” nie wypalił, się pewnie nie dowiemy, ale moim zdaniem mogło chodzić o to, że o ile część z tych środowisk chce w jakiś sposób reformować UE (zapewne w taki nie za dobry), to jednak nie uśmiechało się im branie udziału w inicjatywie, której pomysłodawca chce rozwalić Unię Europejską. Aczkolwiek przyczyna, dla której „nie pykło” mogła być prozaiczna. Bannon już wtedy nie był w łaskach Trumpa (pokłócił się również ze swoimi sponsorami, Mercerami). Nie oznacza to, że nie miał wpływów, ale były one bez porównania mniejsze od wcześniejszych.

Teraz zaś sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo zainteresowana rozwaleniem UE jest cała administracja Trumpa, która dysponuje olbrzymimi pieniędzmi i wpływami. Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, co w Monachium nawywijał J.D. Vance, który na konferencji ds. bezpieczeństwa zaczął opowiadać o tym, że największym zagrożeniem dla Europy wcale nie są Rosja, czy tam jakieś Chiny, ale (uwaga, będzie capslock) SAMA EUROPA. Czemu? Ano temu, że brukselskie komisarze chcą cenzurować media społecznościowe, na ten przykład! Innymi słowy, panu wiceTrumpowi nie podoba się walka z dezinformacją. Ponieważ to, dlaczego wiceTrump nie chce walki z dezinformacją (khe khe, bo gdyby nie dezinfo, to jego szef nie byłby prezydentem, khe khe) jest jasne, jak cera Donalda Trumpa, nie będę się nad tym pochylał. Tak samo, jak nad bredniami o tym, że w Europie prześladuje się chrześcijan za antyaborcyjne protesty (trzeba wybitnego męża stanu, żeby podnosić ten temat, będąc wiceprezydentem w kraju, w którym niemalże opatentowano antyaborcyjny terroryzm). I tak dalej i tak dalej.

W telegraficznym skrócie, Unia Europejska jest zła i stanowi zagrożenie dla Europy. Dodajmy do tego to, że administracja Donalda Trumpa wprost popierała AfD. Wiecie, tę partię, której członkowie, dziwnym trafem, są zainteresowani spuścizną polityczną po pewnym austriackim akwareliście (co jest o tyle ciekawe, że prawica stara się nas przekonywać do tego, że ów akwarelista był lewakiem). Kronikarski obowiązek (trochę tych obowiązków już było) każe wspomnieć o tym, że praktycznie zaraz po tym, jak J.D. Vance zaczął chwalić AfD. Tomasza Froelicha, który pełni w AfD funkcję tokenowego Polaka, zaproszono do TV Republika, gdzie prowadząca nie przeszkadzała mu w wybielaniu AfD. No, ale to dygresja.

Z punktu widzenia administracji Trumpa (nastawionej na krótkoterminowy zysk) Unia Europejska jest sporą przeszkodą. To, w jaki sposób USA prowadzi rozmowy z Ukrainą dość wyraźnie pokazuje, w jaki rodzaj „negocjacji” celuje administracja Trumpa. Są to, rzecz jasna, negocjacje prowadzone z pozycji siły (rzecz jasna nie z Rosją, bo Rosja jest rządzona przez Putina, który się modlił za Trumpa) i nastawione na jak największe wydrenowanie drugiej strony. Dokładnie w ten sposób USA prowadziłoby negocjacje z państwami UE (zawsze można takiemu państwu powiedzieć, że jak nie przystanie na ten, czy inny warunek, to się okaże, że artykuł 5 NATO jest jeszcze bardziej negocjowalny). Zupełnie inaczej wyglądają negocjacje z blokiem państw, bo Unia Europejska to nie to samo, co Ukraina, która nawet nie bardzo miałaby się jak odgryźć.

Ale wiecie, to wszystko USA robi dlatego, że chcą „naprawić” Unię Europejską, albowiem Make Europe Great Again. Ja wiem, że o Trumpolakach sobie będę pisał w kolejnym tekście, ale gdyby nie kontekst, zabawne byłoby to, jak bardzo bezrefleksyjne jest to towarzystwo. Im się na serio wydaje, że Trumpowi w starciu z UE chodzi o jakieś wartości, ideały/etc. I równie na serio im się wydaje, że gdyby działanie w ramach UE ograniczało się do wspólnego ogarniania umów handlowych/etc., to Trump miałby o Unii dokładnie takie samo zdanie, jakie ma teraz, bo to nie „wartości” stoją mu na drodze do celu, którym jest wyżymanie innych państw.

W tym miejscu miałem kończyć niniejszą ścianę tekstu, ale dotarło do mnie, że zapomniałem, o bardzo istotnej kwestii, którą jest to, że USA, eufemizując, wpieprzają się w politykę wewnętrzną krajów, które przynajmniej w wymiarze deklaratywnym są krajami sojuszniczymi. Ponieważ Elonowi nie podoba się to, kto rządzi w Wielkiej Brytanii, zapowiedział, że może wesprzeć partię Nigela „Brexit Będzie Opłacalny dla Wielkiej Brytanii” Farage'a kwotą 100 milionów dolarów (dopiero szukając linku źródłowego doczytałem, że byłoby to jak najbardziej legitne i dlatego rząd będzie chciał zmienić prawo). W Rumunii z uporem godnym lepszej sprawy USA wspierało Georgescu (prorosyjski nacjonalista) i nawet przestrzegali Rumunię przed „uniemożliwieniem mu startu”. W Niemczech było wspieranie AfD. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie było tak, że oni po prostu powiedzieli, że „AfD baza”. Nic z tych rzeczy. J.D. Vance na słynnej konferencji monachijskiej wezwał niemieckie partie do współpracy z AfD.

Parę słów wyjaśnienia się tu należy: generalnie rzecz ujmując w Niemczech AfD jest otoczone kordonem sanitarnym i żadna partia z nimi nie chce współpracować. Ponieważ administracja Trumpa była przekonana o tym, że AfD wybory wygra, wezwali do skancelowania tego kordonu sanitarnego. Ostatecznie wybory w Niemczech skończyły się tak, jak się skończyły. AfD miała co prawda drugie miejsce, ale rządu współtworzyć nie będzie. Ciekaw jestem czy ktokolwiek badał to, czy działania Trumpistów nie okazały się przeciwskuteczne. Niemcy nieszczególnie kochają USA i jawne popieranie AfD (i do tego pokazywanie palcem „wy powinniście robić to i to) mogło zadziałać jako czynnik mobilizujący wszystkie inne elektoraty. No ale – to tylko takie moje gdybanie.

Otwartą kwestią natomiast pozostaje to, czy Wielce Szanowni Politycy Zza Wielkiej Wody będą usiłowali zamieszać w naszych wyborach prezydenckich. MAGA krytykuje nasz rząd często i gęsto, zaś Muskowcy z uporem godnym lepszej sprawy rozpowszechniają bzdury o tym, że w Polsce trwają prześladowania. Jednakowoż wypowiedzi administracji (takie, jak te dotyczące AfD na ten przykład) wychwalające tego, czy innego kandydata, jeszcze się nie zmaterializowały. Nawiasem mówiąc, to jest też dość ciekawa sprawa, bo choć PiS dwoił się i troił, żeby Polacy pokochali Trumpa (a Tarczyński po prostu pomagał sztabowi Trumpa w kampanii prezydenckiej), to jednak nietrudno odnieść wrażenie, że w wymiarze ideologicznym Trumpistom bliżej jest do konfy, niż do Zjednoczonej Prawicy, tak więc nie do końca wiadomo, który z kandydatów miałby liczyć na ich wsparcie.

Tak na sam koniec pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję. Ja tam jakimś specjalnie wielkim fanem USA nie byłem, nie jestem i nie będę. Wiem, że jest to państwo, które ma zapędy imperialne. Mimo tego, miałem świadomość tego, że kraj ten jest jednym z filarów naszego bezpieczeństwa. Tym filarem bezpieczeństwa do tej pory rządzili ludzie, którzy byli przewidywalni. Ok, czasami potrafili srogo przydzbanić (vide, polityka resetu z Rosją), ale jednak z naszego punktu widzenia „dowozili”. Na ten przykład, gdy amerykański wywiad dowiedział się o tym, że Rosja planuje inwazję, to Amerykanie się tymi informacjami podzielili z sojusznikami. Co prawda nasze ówczesne władze pozyskawszy te informacje nadal miziały się z proputinowskimi politykami, ale to już nie była wina USA. Gdy do inwazji doszło, Ameryka pomagała Ukrainie i nie próbowała składać jej propozycji w rodzaju „ej, dajcie nam swoje elektrownie atomowe, a my zadbamy o ich bezpieczeństwo, ok?”.


Teraz zaś doszliśmy do momentu, w którym USA jest całkowicie nieobliczalne. Obecna administracja USA jest (co warto powtarzać) nastawiona wyłącznie na krótkoterminowy zysk i zachowuje się tak, jak gdyby nikt tam nie był w stanie myśleć perspektywicznie. Być może (w razie czego) będą chcieli bronić swoich sojuszników, ale równie dobrze może być tak, że ktoś tam uzna, że takie pomaganie się nie kalkuluje. Natomiast nawet, gdyby się okazało, że Trump kocha Europę na tyle, żeby w razie czego jej pomagać, to nie da się wykluczyć, że do dyskusji na temat tego, w jaki sposób pomóc nie zaproszą przez przypadek jakiegoś ruskiego dziennikarza (i nie mam tu na myśli Tuckera Calrsona).



W tym miejscu się powtórzę: There is no escape from Chaos. It marks as all.


Źródła:

https://apnews.com/article/canada-trump-us-state-131dcff58a8f56116765f160d9f35460

https://www.theguardian.com/world/2025/jan/08/why-is-donald-trump-talking-about-annexing-greenland

https://apnews.com/article/trump-biden-offshore-drilling-gulf-of-america-fa66f8d072eb39c00a8128a8941ede75

https://tvn24.pl/swiat/wybory-prezydenckie-w-usa-2020-donald-trump-wezwal-sekretarza-stanu-georgia-do-znalezienia-glosow-st4919829

https://www.rynekinfrastruktury.pl/wiadomosci/biznes-i-przemysl/2-miliony-ton-aluminium-z-rosji-trafia-do-usa-propozycja-putina--94403.html

https://businessinsider.com.pl/gospodarka/minister-ds-ue-adam-szlapka-mowi-o-nowych-sankcjach-wobec-rosji/990zss9

https://www.tvp.info/85573872/usa-donald-trump-mial-poprosic-o-opracowanie-scenariuszy-w-sprawie-przejecia-kanalu-panamskiego

https://www.radiopik.pl/3,127224,ameryka-i-rosja-jednym-glosem-o-interesach-geopolitycznych-i-powojennych-inwestycjach

https://www.independent.co.uk/news/world/americas/us-politics/jd-vance-elon-musk-x-twitter-donald-trump-b2614525.html

https://abcnews.go.com/Politics/trump-questions-nato-defend-us-1000-allies-killed/story?id=119529187

https://www.bankier.pl/wiadomosc/USA-tna-maksymalnie-swoj-budzet-obronny-Odbija-sie-na-polskim-kontyngencie-8895138.html

https://tvn24.pl/swiat/najgoretszy-moment-w-gabinecie-owalnym-klotnia-donalda-trumpa-i-wolodymyra-zelenskiego-nagranie-i-transkrypcja-st8328934

https://tvn24.pl/swiat/wolodymyr-zelenski-dziekowal-amerykanom-i-przywodcom-33-razy-cnn-wskazala-przyklady-st8329068

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainskie-f-16-traca-wsparcie-usa

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainskie-himars-y-bez-wsparcia-usa-ale-jakiego

https://www.rp.pl/dyplomacja/art41448291-siergiej-lawrow-skomentowal-slowa-donalda-trumpa-o-zakonczeniu-wojny-w-24-godziny

https://wyborcza.biz/biznes/7,177151,31723230,usa-chca-mineralow-ukraina-gwarancji-pomocy-powstac-ma-nowy.html?disableRedirects=true

https://www.money.pl/gospodarka/donald-trump-chce-elektrowni-jadrowych-perla-ukrainskiego-przemyslu-7138249464539840a.html

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/,35771,31724541,politycy-pis-o-ukrainie-mowia-jak-putin-i-trump-polska-powinna.html

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/wyslannik-trumpa-mieszkancy-ukrainskich-terytoriow-okupowanych-chca-byc-w-rosji

https://www.dw.com/en/opinion-steve-bannon-attacking-the-eu-from-the-right/a-44808912

https://en.wikipedia.org/wiki/The_Movement_(right-wing_populist_group)

https://www.nytimes.com/2018/01/04/us/politics/bannon-mercer-trump.html

https://tvrepublika.pl/Polska/Froelich-Nie-mozna-mowic-ze-AfD-to-partia-antypolska/182643

https://www.cbsnews.com/news/jeffrey-goldberg-the-atlantic-trump-officials-group-chat-signal/

https://www.rp.pl/polityka/art41974681-brytyjski-rzad-chce-uniemozliwic-elonowi-muskowi-wplate-na-partie-nigela-farage-a

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/administracja-trumpa-ostrzega-rumunie-chodzi-o-start-prorosyjskiego-polityka/1dr3ezg