czwartek, 8 listopada 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #40

Pewnie myśleliście, że nie będzie kolejnego Przeglądu, bo uciekłem z waszymi pieniędzmi! NIEDOCZEKANIE WASZE! A na serio, Przegląd się opóźnił bo cisza wyborcza. Potem zaś uznałem, że już poczekam na reakcje „powyborcze”, żeby domknąć temat wyborów samorządowych (pewnie i tak będę do nich wracał, ale DUM SPIRO, SPERO).


Zacznijmy od rozważań akademickich. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, po co ludziom mózgi? W teorii zachodzą w nich (między innymi) procesy myślowe. W praktyce czasem, kurwa, nie zachodzą i możemy w telewizji obaczyć na TVN dyskusję pt. „Dzisiaj poruszymy temat tabu, bo głównie kojarzy się z mężczyznami, bo to oni są od tego, żeby zarabiać. Tak, mowa o pieniądzach” ,wsparte paskiem (godnym TVP) „po co kobietom pieniądze?” Tak, nadal mamy rok 2018. Gdyby to były dywagacje o tym „po co ludziom pieniądze” bym się nie czepiał (aczkolwiek odpowiedź jest prosta „po to, żeby ich nie mieć”). Tyle, że tutaj jakiś mędrzec wyszedł z założenia, że kobiety to jakiś obcy gatunek (znaczy się, wiecie, są z tego całego Wenusa [i pewnie zostały stworzone przez protomolekułę]), więc warto się zastanowić nad tym, po co temu gatunkowi pieniądze. Może np. zbudują z nich 4-wymiarową strukturę, do której trafił bohater filmu „Interstellar”? A może np. zbudują z nich teleport (sprawdzić, czy nie „Summa technologiae”), który będzie przenosił ludzi chuj-wie-gdzie i wrzucą do niego mędrców, którzy zadają idiotyczne pytania?


Prezydent RP będzie się nam pojawiał kilkukrotnie w tym Przeglądzie. Dumałem nad tym, czy nie „zblokować” tematu, ale uznałem, że mogłoby to doprowadzić do powstania czarnej dziury. Zaczniemy, rzecz jasna, od słów o żarówce. Pewnie wszyscy wiedzą, o które słowa chodzi, ale żeby tradycji stało się zadość: „Mam poczucie, że my w ramach UE mamy niedosyt demokracji. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego UE zabrania tego, zabrania tamtego. Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki, można kupić tylko żarówkę energooszczędną? Nie wolno kupić, bo UE zakazała. To są problemy, nad którymi zastanawiają się ludzie. Nie wiem, czy to przypadkiem nie jest jedna z przyczyn brexitu”. Słowa te padły na XIX Forum Polsko-Niemieckim "Europa 1918-2018: historia z przyszłością" . Poza Prezydentem RP gościem honorowym był tam prezydent Niemiec, Frank-Walter Steinmeier. Po jakimś czasie podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta tłumaczył (uwielbiam sytuacje, w których ktoś musi „tłumaczyć” co autor miał na myśli), że : „używając przykładu żarówek, prezydent Andrzej Duda zwrócił uwagę na problem coraz większego dystansu pomiędzy Brukselą a dużą częścią obywateli Unii Europejskiej”. Ten „dystans” jest wytwarzany przez geniuszy (chciałem użyć innego słowa, ale po co mi sprawa w sądzie o znieważenie Prezydenta RP), którzy praktycznie od początku naszej bytności w UE tłumaczyli, że każda nowa regulacja (o jakimś tam stopniu uciążliwości) to „wina UE”. Teraz już nie jestem w stanie wynorać konkretów, ale pamiętam, że kiedyś ktoś z UE (w sensie, jakaś figura z Brukseli) debunkował którąś z idiotycznych narracji. Tzn wytłumaczył, że UE nie ma nic wspólnego z taką, a taką regulacją. No ale to tylko dygresja. Dwie sprawy teraz. Po pierwsze, gdybym chciał się oszukiwać, to bym się starał sam sobie wmówić, że Prezydent RP jest taki tylko na pokaz. Tzn, że on te, ekhm, „mądrości” opowiada publicznie, żeby się przypodobać elektoratowi, ale w trakcie prowadzenia rozmów za zamkniętymi drzwiami potrafi się zachować i używa jakichś sensownych argumentów. Tyle, że nie bardzo lubię sobie wmawiać cokolwiek, a nic w dotychczasowej działalności Prezydenta RP nie wskazuje na to, że ma on jakiekolwiek pojęcie o tym, jak takie rozmowy powinny przebiegać. Moim zdaniem z Prezydentem RP jest tak, że jest on równie infantylny (znowuż, użyłem tego słowa, bo po co mnie sądy/etc) w trakcie tych rozmów, co w trakcie swojej działalności publicznej, którą można określić mianem trollingu. Ja sobie zdaję sprawę z tego, że jeżdżenie po polityce zagranicznej prowadzonej przez rząd PiSu (jest to jeden z najkrótszych dowcipów dyplomatycznych) się mi często zdarza, ale to głównie dlatego, że od tejże polityki zależy bezpieczeństwo naszego kraju. Druga sprawa. Tak sobie dumam, komu tak właściwie miałyby przeszkadzać te żarówki energooszczędne? Ok, są droższe od zwykłych, ale jeżeli nie robi się „dyskoteki” i, o ile nie kupuje się najtańszych, to potrafią działać latami + przekładają się na mniejsze zużycie prądu. Nie przemawia do mnie argument, że chodzi o „ograniczanie możliwości wyboru”, bo równie dobrze ktoś mógłby argumentować, że „Ustawa o zakazie stosowania wyrobów zawierających azbest” była chujowa, bo u mojego dziadka na dachu był eternit i komu to przeszkadzało? Albo może zacznijmy hejtować UE za to, że od 2004 na terenie UE dopuszcza się do ruchu nowe konstrukcje aut jeno, jak mają ABS. No przeca takie auto bez ABS byłoby tańsze, a ja umiem hamować pulsacyjnie, więc na chuj mam przepłacać? Poza tym, jak się mnie ten ABS popsuje, to ile ja będę musiał zapłacić za naprawę? Na tym poprzestanę, bo można by tak ad mortem defaecatam. Argument użyty przez Prezydenta RP, to tzw. argumentum ad zdupum. Choć w tym przypadku nie tyle zdupum, co zinternetum. Najprawdopodobniej było tak, że sobie Prezydent łaził po internecie, oglądał filmiki z żółtymi napisami, znalazł coś o żarówkach i uznał, że jak powie o tym „na Zachodzie”, to będzie „zaorane!”.


W roku 1996 firma Reflections Interactive wyprodukowała grę, która została wydana przez Psygnosis. Gra się zwała Destruction Derby i (w telegraficznym skrócie) chodziło w niej o to, żeby rozpieprzyć auta oponentów nie rozwalając przy tym swojego. Tak, będzie o kolejnym dzwonie rządowej kolumny. Ponieważ żarty z hasła „spotkajmy się w drodze” (które to hasło brzmi teraz jak groźba karalna) pojawiały się w internecie częściej, niż nowe taśmy na TVP Info, postanowiłem, że nie będę z tego hasła żartował (uwielbiam zapach trollingu o poranku). Dlaczego doszło do dzwonu? Rąbka tajemnicy uchyla „RzePa”: kierujący pojazdem, który dokonał wjebania się w auto z Poprzedniczką Premiera Tysiąclecia „był kierowcą jednego z wicekomendantów w SOP. Ale z braku ludzi w ochronie w październiku kazali mu spróbować jeździć z VIP-em. Mówił, że „nie czuje się na siłach”, ale zapewnili go, że „da radę” - mówi nam nasz informator. Z naszych ustaleń wynika również, że jadący audi nie jest kierowcą zawodowym.” O tym, jak źle wygląda sytuacja mogliśmy się przekonać oglądając wystąpienie generała Tomasza Miłkowskiego (Komendant SOP), który zapytany o to, czy kierowcy z kolumny wiozącej Poprzedniczkę Premiera Tysiąclecia to doświadczeni kierowcy, odpowiedział: „A co to znaczy doświadczony kierowca?” Serio, Panie Komendancie? „Co to znaczy doświadczony kierowca?” Nie wiem, kurwa, ale wydaje mi się, że „doświadczony kierowca” znaczy „doświadczony kierowca”. Szkoda, że Komendant nie zapytał „co to znaczy kierowca?”, albo „kim jest kierowca?” („dlaczego kierowca?”). To jakże mądre pytanie, zawdzięczamy temu, że ludzi, których wysyła się do mediów, wpierw wysyła się na szkolenia „jak w erystykę”, ale nie wszyscy są w stanie to ogarnąć. Tę konkretną technikę Marek Kochan („Pojedynek na słowa”) nazwał „nieistotnym uściśleniem”. Polega ona na: „odwróceniu uwagi odbiorców od niewygodnej kwestii przez skupienie się na jakimś marginalnym detalu”. W tym przypadku detalem były filozoficzne rozważania na temat tego „czym jest doświadczenie”, tak więc widać wyraźnie, że pan komendant się starał, ale nie wyszło. Nie dziwi mnie to, że próbował się ratować erystyką, albowiem musiał wiedzieć, że dziennikarze na pewno wynorają informacje odnośnie doświadczenia (nawet jeżeli nie wiedzą, co to znaczy) kierowcy. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do tego, czy „RzePa” czegoś nie podkoloryzowała (że kierowca nie chciał, ale mu powiedzieli „dasz se rade”/etc), to nie powinien ich mieć. Czemu? A temu, że PiS ma sporo doświadczenia (czymże jest doświadczenie? [ok, to był już ostatni])  w przydzielaniu ludziom zajęć na zasadzie „dasz radę”. Najbardziej spektakularne było to, co PiS odjebał po likwidacji WSI. Pozwolę sobie na dłuższy cytat z artykułu datowanego na 2008: „Czy można zostać Jamesem Bondem w 17 dni? W Służbie Kontrwywiadu Wojskowego kierowanej przez Antoniego Macierewicza tyle trwał kurs na pierwszy stopień oficerski - wynika z tajnego raportu, do którego dotarł DZIENNIK. Kadr do specsłużb szukano nawet wśród... harcerzy. (…) Standardowo szkolenie oficera służb wojskowych powinno trwać od roku do półtora. Wcześniej powinien on przejść trzyletnią służbę przygotowawczą. Ale jak wynika z raportu płk. Reszki, po zwolnieniu żołnierzy WSI ekipa Macierewicza potrzebowała nowych ludzi, przyjmowała więc cywilów i błyskawicznie ich awansowała.”. Tutaj mamy sytuację analogiczną, rozjebano BOR (bo „potrzebne są rozwiązania systemowe”) i nie było kim zastąpić wywalonych BORowików (kierowców/etc), tak więc zastąpiono ich ludźmi, którzy „dadzą se radę”. Rzecz jasna nie dotyczy to jedynie wszelakich służb, wystarczy wspomnieć ambasadora, który po trzech tygodniach pracy uznał, że on to jednak pierdoli i zrezygnował. Jemu też pewnie tłumaczono, że „da radę”. Mógłbym tutaj wrzucić jakiś żarcik odnośnie hasła „damy radę”, ale nie chciałbym wyczerpać limitu sucharów.


O Tęczowym Piątku słyszeli chyba wszyscy, głównie za sprawą oburzonych prawaków. O co chodziło w TP? „Tęczowy Piątek” – Wszystko po to, żeby młode lesbijki, geje, osoby biseksualne, transpłciowe, queer i interpłciowe poczuły, że w szkole jest miejsce też dla nich”. Brzmi całkiem spoko, bo przeca fajnie by było, jakby się ludzie czuli dobrze w szkole, co nie? Chuja tam. Okazało się bowiem, że to kuta,s zło i zniszczenie, bo IDEOLOGIA DO SZKÓŁ WKRACZA (nie, nie nadużywam Capslocka i w każdej chwili mogę przestać!). Co ciekawe ci sami ludzie, którzy drą japy o ideologiach, dostają biegunki (głównie argumentacyjnej, ale nie można mieć pewności, że tylko takiej) gdy ktoś powie : „to może zrezygnujmy z nauczania religii w szkołach”. Czemu taka, jakże niewinna, propozycja ich oburza? Bo dla tych ludzi, bycie gejem/lesbijką to „ideologia”, ale taka, na ten przykład religia (co zrozumiałe „nasza religia”, bo te inne to albo sekty, albo chuj wie co jakieś) już ideologią nie jest. 


Wróćmy na moment do ludzi, którzy „dają radę”. Kolejną taką osobą jest prezes LOT, który był łaskaw wypierdolić z roboty strajkujących pracowników. O ile mnie internety nie mylą, potem tych pracowników przywrócono do pracy. Zanim doszło do zawieszenia protestu prezes straszył strajkujących tym, że obciąży ich kosztami odwołanych lotów/opóźnień/etc. Jednakowoż nie było to szczytowe osiągnięcie. Co nim było? Nasłanie prokuratury na Monikę Żelazik (szefowa związków zawodowych w PLL LOT). „Po zawiadomieniu PLL LOT prokuratura wszczęła śledztwo ws. „przygotowania do podjęcia działań zagrażających życiu lub zdrowiu wielu osób” Brzmi w chuj poważnie, prawda? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że śledztwo zostało wszczęte w maju, jeno głośniej się o nim zrobiło teraz, a samo śledztwo chyba nadal trwa. Teraz, kiedy kronikarskiemu obowiązkowi stało się zadość, skupmy się na tym, czego ono dotyczy: „prokurator wszczął śledztwo w sprawie przygotowania do podjęcia działań zagrażających życiu lub zdrowiu wielu osób, polegających na zakupie niebezpiecznych przedmiotów, w celu wykorzystania ich w trakcie strajku”. Cebulą na torcie jest to, na czym opiera się owo śledztwo. Otóż, pani Monika Żelazik napisała kiedyś maila do pracowników LOT, w którym stało: „My zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną!”. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby pani Żelazik napisała o tym, że zakupiła Gwiazdę Śmierci, Dłonie Imperatora (nie, nie chodzi o WH 40K, postarajcie się bardziej, albo odbiorę wam karty nerdów) i krążownik drugiej klasy „Niezwyciężony”. Pewnie nasłaliby na nią GROM.  Domyślam się, że policjantem, który stwierdził, iż nad tym emailem powinien się pochylić prokurator był Kapitan Marchewa, zaś prokuratorem, który uznał, że „trza wszcząć śledztwo” mógł być tylko i wyłącznie Drax. Zaś na serio bardziej. Abstrahując od tego, że prowadzenie tego śledztwa, to wypierdalanie publicznych pieniędzy w błoto, to takie działania prokuratury (a wcześniej policji) podważają zaufanie do instytucji publicznych.


Mniej więcej tydzień po pierwszej turze wyborów samorządowych, Paweł Kukiz zaliczył spektakularny meltdown na Twitterze. Najpierw usiłował się tłumaczyć tym, że utracił kontrolę nad kontem na Twitterze, ale potem (jak już został wyśmiany) oznajmił, że generalnie to „piąteczek”. Innymi słowy – w trakcie pisania tweetów był najebany jak trzonek od szpadla. Jednakowoż, to nie jest do końca tak, że Kukiz się zrzygał na Twitterze, bo się nawalił. Wydaje mi się, że główną przyczyną był spektakularny brak sukcesu w wyborach samorządowych. Przed wyborami wszystko wyglądało jeszcze w miarę ok, bo z sondaży wynikało, że może coś tam się uda wyrwać dla siebie (w ramach walki z systemem, of korz). Tyle, że w praktyce nic z tego nie wynikło ( równe zero mandatów w sejmikach wojewódzkich ). Wyłapano trochę miejsc w Radach Gmin, ale apetyty były znacznie większe. Owszem, po drugiej turze okazało się, że prezydentem Przemyśla będzie kukizowiec, ale ciężko to uznać za wielki tryumf (poza tym, Paweł Kukiz odwalał alkotwitter tydzień przed drugą turą). Kukizowi na pewno nie poprawiają nastroju sondaże, bo bywają takie, w których jego ugrupowanie nie przekracza progu wyborczego. Zresztą, nie tylko Kukiz patrzy na te sondaże, bo przeca z jakiegoś powodu ludzie opuszczają okręt. Chyba nie ma sensu się tu specjalnie pastwić nad Kukizem. Tzn. może inaczej – jego kariera polityczna osiągnęła szczyt w maju 2015, a potem było już tylko gorzej. Gdyby ktoś przyjrzał się jego działalności sejmowej, mógłby dojść do wniosku, że Paweł Kukiz jest trochę jak Poprzedniczka Premiera Tysiąclecia. Tzn. wszyscy wiedzą, że taka osoba istnieje i że przebywa w Sejmie, ale nikt (z tą osobą włącznie) nie ma, kurwa, pojęcia czym się ta osoba zajmuje.


Prezydent RP po raz kolejny dowiódł tego, że jest urodzonym dyplomatą. Żeby w pełni docenić jego geniusz potrzebujemy odpowiedniego wprowadzenia. Wydaje mi się, że cytat z RzePy nada się tu idealnie: „w Stambule doszło do spotkania przywódców Turcji, Rosji, Niemiec i Francji. Recep Tayyip Erdogan, Władimir Putin, Emmanuel Macron i Angela Merkel rozmawiali na temat przyszłości Syrii.  Wspólnie ustalili, że Syria potrzebuje trwałego zawieszenia broni, powołania komisji konstytucyjnej oraz zapewnienia bezpieczeństwa, by do kraju mogły wrócić osoby, które uciekły przed wojną. Przywódcy zrobili sobie także zdjęcie, na którym trzymają się za dłonie. Postawę przywódców skomentował na Twitterze prezydent Andrzej Duda. "Urocze..." - napisał.” Ujmując rzecz prostymi słowy, doszło do spotkania, na którym podjęto szereg decyzji odnoszących się do tego „co dalej z Syrią”. Spotkanie to i jego ustalenia powinny być raczej istotne dla obozu politycznego, który srał ogniem „bo uchodźcy” i klarował, że „trza im pomagać na miejscu”. W trakcie spotkania ktoś wpadł na pomysł cyknięcia tej nieszczęsnej fotki (o której zaraz). Co z tego wszystkiego zrozumiał obecny prezydent RP? W skrócie: „O kurwa, ale beka, trzymają się za ręce! Muszę to wrzucić na Twittera z zabawnym komentarzem, to przeca się ziomeczki posrają ze śmiechu, ale będą zasięgi!!!”. Jeżeli chodzi o samą fotkę, to chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego była ona cokolwiek nieprzemyślana. Tym niemniej, nie jest to fotka z pikniku (względnie z wyprawy do Disneylandu) i to również trza brać pod rozwagę. Gdybym chciał być złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że Prezydent RP przeszedł ewolucję. Na samym początku (i w trakcie kampanii) chciał być jak Obama (vide, czytanie hejterskich komentarzy na swój temat) teraz zaś, chce być jak Trump (vide, idiotyczny trolling na Twitterze). Ponieważ zaś nie jestem złośliwy napiszę jedynie, że mamy przejebane i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.


Prawo i Sprawiedliwość uznało, że ponieważ 100 rocznica odzyskania niepodległości, to 12 listopada powinien być dniem wolnym. Nikt by się za ten dzień wolny nie pogniewał (sprawdzić czy nie Petru), albowiem 12 przypada w poniedziałek (a te, jak wiemy, potrafią być zdradliwe). Tyle że wkurwionych będzie raczej sporo. Zacznijmy od tego, że pomysł o „zrobieniu wolnego” trochę przypomina mi decyzję o zorganizowaniu referendum, którą Gajowy podjął po pierwszej turze wyborów prezydenckich. Moim zdaniem zarówno pomysł „o wolnym”, jak i decyzja o zorganizowaniu referendum to takie nawoływanie suwerena „patrzcie jaki jestem zajebisty, głosujta na mnie”. Bo na serio, kurwa, nie da się inaczej wytłumaczyć tego, że ktoś wpadł na ów pomysł kilka dni przed pierwszą turą wyborów samorządowych. O tym, jak bardzo przemyślany był ów plan może zaświadczyć to, że kiedy piszę te słowa (7-11) w chuj ludzi nie wie, czy będzie miało wolne tego 12-go. O tym, że pomysłodawca miał wyjebane na „efekty uboczne” jakie może mieć organizowanie dnia wolnego za pięć dwunasta wspominać chyba nie trzeba. Zamiast zwyczajowej pointy zacytuję fragment artykułu z „Do Rzeczy”: „Jeden z cytowanych przez RMF FM senackich legislatorów podkreśla, że projekt ten "przeczy zasadzie odpowiedzialnego zachowania państwa”.


(Uwaga natury ogólnej, poniższy fragment napisałem przed banem na Marszu Niepodległości, którego dokonała Hanna Gronkiewicz-Waltz, więc momentami jest on „nieaktualny”, ale uznałem, że nie będę go wywalał, bo byłoby to marnotrawstwo hejtów).
Skoro zaś już jesteśmy przy „odpowiedzialnym państwie”, to pochylimy się nad nieco innym przejawem tejże „odpowiedzialności”. Pamiętacie może zmiany w ustawie o zgromadzeniach publicznych, dzięki którym, ktoś kto organizuje „zgromadzenie cykliczne” ma pierwszeństwo, jeżeli jakieś inne ktosie chcą organizować własne spędy w tym samym miejscu/etc. Zmiany te wprowadzono dlatego, że Genialnego Stratega wkurwiali ludzie blokujący mu miesięcznice. Wskazuje na to dość dziwny zapis, w myśl którego zgromadzenie cykliczne to takie, które jest organizowane co najmniej 4 razy do roku (ten sam organizator, to samo miejsce/etc). Ponieważ ustawodawca nie chciał się tak do końca ośmieszyć, dodano tam również zapis, który sprawiał, że cykliczne będzie zgromadzenie, które jest organizowane raz do roku jeżeli chodzi o święta. Z tego zapisu wynika, że np. Marsze Równości (choć są organizowane cyklicznie) nie są „zgromadzeniami cyklicznymi”, bo nie organizuje się ich w żadne święto, ale na ten przykład Marsz Niepodległości jest „cykliczny”, bo 11 listopada to święto. Ten drugi zapis można porównać do bumerangu, który rząd Prawa i Sprawiedliwości rzucił jakiś czas temu, a teraz oberwał nim w pysk. Okazało się bowiem, że rząd, dla którego tak bardzo istotna jest symbolika „narodowa” (i raz i dwa i trzy Żołnierze Wy klę ci!) musiał prowadzić negocjacje z narodowcami i to z pozycji petenta. Rzecz jasna, negocjacje te rząd przejebał, bo (dzięki zmianom, które sam wprowadził) nie dysponował żadnymi argumentami. Nie wiem kto prowadził te negocjacje w imieniu władz RP, ale wiem, że na pewno nie pomógł tym ludziom Prezydent RP, który udzielając wywiadu dla „RzePy” powiedział: „Chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć”. (Zapis wywiadu pojawił się na stronie Kancelarii Prezydenta RP 27-10-2018).  Tenże sam Prezydent parę dni później oznajmił, że on jednak nie pójdzie. „Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski poinformował, że harmonogram prezydenta jest zbyt napięty i Andrzej Duda nie da rady pojawić się na marszu”. Ciekawym, czy Prezydent wiedział o tym harmonogramie, kiedy zapraszał innych na marsz, na którym sam się nie mógł pojawić. W międzyczasie na temat Marszu Niepodległości wypowiedziała się (na Twitterze) niedorzeczniczka PiS, Beata Mazurek „PiS nie weźmie udziału w marszu 11 listopada. Chcieliśmy, aby był to marsz ponad podziałami politycznymi, bez partyjnych oznaczeń. Chcieliśmy, by nas wszystkich łączyły wyłącznie biało-czerwone barwy, na co niestety nie zgodzili się organizatorzy.” Domyślam się, że niedorzeczniczka nie wyjaśniła, jak to się stało, że organizatorem zgromadzenia z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości jest banda ziomów spod znaku falangi, a nie polskie władze, tylko dlatego, że jej się to w ćwicie nie zmieściło. (Edycja) Dopiero po napisaniu tego kawałka pojawiła się w mediach informacja o tym, że Hanna Gronkiewicz-Waltz zbanowała Marsz Niepodległości, zaś Prezydent RP ogłosił, że skoro tak, to teraz on zorganizuje Biało-Czerwony marsz. Nie wiadomo, czy Prezydent RP pojawi się na tym marszu (bo przeca harmonogram napięty) i co się stanie jeżeli sąd uchyli decyzję HGW. Aczkolwiek może być i tak, że narodowcy odpuszczą i nie będą się odwoływać (tzn wycofają wniosek, czy jak się to tam po prawniczemu nazywa). Tak czy inaczej – follow-up w następnym Przeglądzie będzie.


Jakiś czas temu polskie władze dostały po łapach od TSUE za grzebanie przy Sądzie Najwyższym. Ponieważ nie po to Państwo Polskie Odzyskuje Godność, żeby się nam jakieś zagranice wpierdalały, minister Ziobro skierował wniosek do Trybunału Przyłębskiego, żeby ów Trybunał sprawdził czy TSUE to ma w ogóle Rozum i Godność Człowieka. I wtedy wchodzi Czaputowicz cały na biało: „Nie ma podstaw, by Trybunał Konstytucyjny badał, czy składanie pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przez polskich sędziów jest zgodne z konstytucją” i wtedy wchodzi Czaputowicz cały na biało: „W pełni popieram wniosek Zbigniewa Ziobry do TK”. Muszę przyznać, że niewiele z tego rozumiem, ale nie jestem szefem MSZ, więc co ja się tam, kurwa, znam. Swoją drogą, ja rozumiem, że Genialny Strateg musi czasem pokazać „kto tu, kurwa, rządzi” i dyscyplinować swoich podwładnych, ale w mojej opinii tym razem deczko przegiął. Czaputowicz jest szefem MSZ i jako taki – jest odpowiedzialny za kontakty „ze zagranico”. Wiadomym jest, że jest on członkiem rządu i będzie działał zgodnie z linią partyjną, ale sytuacja, w której zostaje on publicznie przeczołgany (bo zmuszono go do zaprzeczenia samemu sobie) wygląda dość chujowo, bo tej sprawie się „zagranica” uważnie przygląda. Ta sama zagranica często prowadzi negocjacje i rozmowy z Czaputowiczem. W trakcie tych rozmów Czaputowicz składa zagranicy różne obietnice w imieniu polskiego państwa  i na coś się z tą zagranicą umawia. Ile warte będzie dla zagranicy słowo kogoś, kogo można bez problemu przeczołgać i zmusić do zwrotu o 180 stopni? „No ale jak coś podpisze, to nie będzie mógł zmienić zdania”, no przeca, kurwa, podpisał 12 stronicowy dokument skierowany do Trybunału Przyłębskiego, a potem tłumaczył, że chodziło mu o coś innego. Aczkolwiek, wiadomo, że nie ma się czym przejmować bo polityką zagraniczną zajmuje się również Prezydent. Czy wspominałem już o tym, że mamy przejebane?


Obóz rządzący bardzo dużo mówi o „potrzebie dekoncentracji mediów” (aka „niech media wreszcie przestaną nam, kurwa, patrzeć na ręce, bo pożałują), albowiem media rozsiewają fejki i szkodzą Polsce. Czy ja dobrze widzę? Tak! To właśnie portal „w Polityce” wychodzi z zakrętu na pełnej kurwie: „Niezapowiedziana wizyta prezydenta w Nowym Sączu. Andrzej Duda udzielił poparcia Iwonie Mularczyk”. Ten sam portal dzień później: „Agitacja wyborcza? Bzdura! Spychalski odpowiada na zarzuty opozycji: Prezydent, jak każdy Polak, odwiedza 1 listopada groby”. Z tego by chyba wynikało, że trzeba zdekoncentrować „w Polityce”, nieprawdaż? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że cmentarna agitacja w wykonaniu Prezydenta RP nie pomogła Iwonie Mularczyk, albowiem sromotnie przepierdoliła ona drugą turę wyborów.


W jednym z poprzednich Przeglądów pochylałem się nad twórczością Rafała Wosia, który opowiadał o uciskanych kibolach, których uznał za grupę „słabych” i przyrównał do protestujących w Sejmie Rodziców Osób z Niepełnosprawnościami. Teraz poszedł o krok dalej „"kibole" i "migranci". Dwa przykłady kozłów ofiarnych. Jeden liberałów, a drugi prawicy."  Rzecz jasna, wywołał tym (kolejną) gównoburzę, tak więc po jakimś czasie wytłumaczył, że: „Kibol jest konstruktem mieszczańskim potrzebnym do przejęcia przestrzeni publicznej (stadiony) i sprzedania jej stacjom telewizyjnych w thatcherowskim UK. U nas schemat powielono. Lewica powinna wyłapywać takie rzeczy. A że nie umie to jest gdzie jest i biadoli..”. Niedawno lewica miała cywilizować PiS, teraz się okazuje, że powinna cywilizować ziomberiadę, która najchętniej by w tę lewicę napierdalała kostkami brukowymi, która to ziomberiada cierpi na wyklętyzm i drze mordy o potrzebie strzelania do „czerwonych”. Śmiem twierdzić, że jeżeli poczekamy odpowiednio długo, Rafał Woś przyrówna kiboli do ofiar Holocaustu (tak, właśnie udało mi się obejść Prawo Godwina). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że kiboli już wcześniej przyrównywano do żołnierzy Armii Krajowej (kiedy jeszcze AK było na propsie, teraz prawica jara się NSZ). Ja generalnie jestem fanem trollingu, ale jeżeli mam być szczery, to nie mam pojęcia o chuj chodzi panu redaktorowi Wosiowi. Zaczynam odnosić wrażenie, że chodzi o jakąś odmianę ziemkiewiczyzmu, czyli pierdolenia głupot po to, żeby przyciągnąć do siebie uwagę. Nie chce mi się po raz pierdylionowy rozpisywać w temacie kiboli, tak więc krótko. Ludzie przestraszyli się migrantów, bo prawica zasrała w 2015 (i później) internety i media (po przejęciu TVP) wrzutkami o tym, że jak przyjdo niekrześcijany, to nas wszystkich pozabijajają. Woś usiłuje tłumaczyć, że ludzie boją się kiboli z podobnych powodów, tzn. „bo media nimi straszą”. Tylko, że to jest gówno prawda. Migrantów boimy się dlatego, że ich nie znamy, kiboli zaś obawiamy się dlatego, że ich, kurwa, znamy bardzo dobrze.


Lojalnie uprzedzam, że w poniższym fragmencie będzie sporo przynudzania powyborczego (przed rozpoczęciem lektury należy się więc zaopatrzyć w kawę).
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach. Mianowicie zaś w takich, w których o tym, czy jakaś partia wygrała wybory decyduje Szeregowy Poseł, który organizuje konferencję prasową (bez możliwości zadawania pytań), na której oznajmia „wygraliśmy i nasze zwycięstwo nie podlega dyskusji”. Choć w sumie to nie do końca prawda, bo IBRIS nieco wcześniej przeprowadził sondaż, w którym (trzymajcie się) zapytano Polaków o to, „która z partii jest największym wygranym wyborów samorządowych?”. Bardzo daleko mi do budowania narracji „hurr durr, PiS został zatrzymany, tera to już mają z górki”, jednakowoż, odnoszę wrażenie, że oni tak nie do końca są przekonani o swoim zwycięstwie. Wystarczy zobaczyć co miał do powiedzenia o wyborach Jarosław Kaczyński (28-10-2018) „Wielu mieszkańców miast zostało okłamanych, że PiS przygotowuje Polexit”. Poznajecie tę retorykę? To ta sama, która pojawia się wtedy, gdy Prawo i Sprawiedliwość ma ból dupy i obraża się na wyborców. Czyżby PiS obraził się na nich za to, że wygrał? Ból dupy wziął się stąd, że PiS wygrał, ale nie tak bardzo jak chciał wygrać. Udało im się odbić trochę sejmików, ale w miastach ponieśli spektakularną klęskę. Najbardziej bolesna była Warszawa, bo w pewnym momencie w PiSie uwierzono w to, że Jaki może wygrać wybory. Gdyby uznano, że Jaki przejebie, to TVP nie relacjonowałoby jego kampanii 24/7 i nie pokazywało na antenie hejterskich memów o Trzaskowskim. Przeca TVP mogło w tym czasie wspierać innych kandydatów. Nigdy nie dowiemy się tego, na ile miast liczyło PiS (poza Warszawą), ale wydaje mi się, że apetyty mieli spore. Co za tym idzie, kampanie prowadzono z rozmachem i na pewno zaangażowano w nie od cholery ludzi. I to jest spory problem. Generalnie bowiem wygląda to tak, że tym „zaangażowanym” się coś obiecuje (wystarczy wspomnieć „niepokornych” mediaworkerów, którzy wspierali PiS w kampanii prezydenckiej/sejmowej, a potem zostali obdarowani stołkami). Często obiecuje się komuś konkretny stołek (sprawdzić, czy nie Guział), żeby „zaangażowany” wiedział o co się bije. Domyślam się, że tych rozdanych stołków było w skali kraju od cholery. Im więcej takiemu „zaangażowanemu” obiecano, tym bardziej wkurwiony będzie. Nie trzeba chyba wspominać o tym, że „zaangażowany”, który nic nie dostał za swoją pomoc, może nie chcieć się powtórnie zaangażować w kampanię partii, która „nie dotrzymała słowa” (nikogo nie obchodzi to, czy nie mogła, czy też nie chciała). No dobrze, ale przeca PiS wziął sejmików sporo, a to gwarantuje im dostęp do paśników. Owszem, gwarantuje. Jeno problem w tym, że stołki z paśników sejmikowych zapewne obiecano innym „zaangażowanym”. Warto również pamiętać o tym, że jeżeli w sejmikach (tzn. w paśnikach, które są przypisane do sejmików) zapanuje misiewiczoza, to może się to na PiSie zemścić w trakcie wyborów 2019. Akcję, w trakcie której ktoś będzie wyliczał stołki, które wyszarpał PiS (+ ile szekli dał zarobić „swoim”) i opatrzy to hasłem „dotrzymujemy słowa”, raczej nietrudno sobie wyobrazić. Dobra, trochę za bardzo w dygresje poszedłem, skupmy się na sejmikach. W trakcie wieczoru wyborczego (po pierwszej turze) Genialny Strateg powiedział, że (upraszczając) mają spoko wynik i że to dobrze wróży (w kontekście nadchodzących wyborów parlamentarnych 2019). Mam niejasne przeczucie, że te same słowa padłyby nawet, gdyby się okazało, że różnica między Zjednoczoną Prawicą a Koalicją Obywatelską wynosiłaby np. 2% (na korzyść tych pierwszych). W tę narrację (PiS wziął sejmiki, tak więc wygra w 2019) uwierzyło sporo ludzi, tak więc w internetach można się natknąć na sporo analiz, których autorzy łączą kropki w konkretny sposób tylko i wyłącznie dlatego, że Kaczyński powiedział to, co powiedział. Argumentacja jest taka, że wcześniej PO wygrywało w sejmikach, a potem w parlamentarnych więc teraz będzie tak samo (czasem nawet zdarza się jakieś przeliczanie procentów). Ponieważ jestem upierdliwy z natury posprawdzałem sobie te wyniki. Wrzucę je tutaj tylko i wyłącznie po to, żeby pokazać, jak bardzo nic z nich, kurwa, nie wynika

Samorządowe 2006 PO 27,18% PiS 25,08%
Parlamentarne 2007 PO 41,51% PiS 32,11%

Samorządowe 2010 PO 30.89% PiS 23,05%
Parlamentarne 2011 PO 39.18% PiS 29,80%

Samorządowe 2014 PO 26,89% PiS 26,29%
Parlamentarne 2015 PO 24,09% PiS 37,58%

Samorządowe 2018 PO 26,97% PiS 34,13%

Dodajmy do tego, jeszcze cebule na torcie, którą jest fakt, że w 2014 ludzie głosowali przy pomocy tej nieszczęsnej książeczki i chuj wie, jak wyglądałyby wyniki, gdyby to była „płachta”. PO wygrało w 2007 nie dlatego, że w 2006 miało lepszy wynik od PiS (w sejmikach), ale dlatego, że w 2007 miało dobrą kampanię (+ LiD miał chujową + PiS miał cały rok na wkurwianie wyborców). No ale być może, gdybym był wybitnym analitykiem, to z wyników wyborów samorządowych 2014 umiałbym wywnioskować, że po wyborach w 2015 PiS będzie miał samodzielną większość parlamentarną. Jeżeli ktoś w tym momencie (zakładam, że przynajmniej parę osób dotrwało do tego momentu i nie zanudziłem wszystkich na śmierć) powie „no ale przeca nikt nie mówi, że da się coś takiego wywnioskować”, to ja takiej osobie mówię: potrzymaj PiSowi piwo: "Dziennik Gazeta Prawna" dotarł do wewnętrznych analiz PiS przekładających wyniki wyborów do sejmików na parlamentarne. Wynika z nich, że za rok prawica może powalczyć o samodzielną większość w Sejmie. (…) "Dziennik Gazeta Prawna" opisuje, jak analitycy PiS doszli do takich wniosków. Przeliczono głosy oddane na poszczególne ugrupowania w sejmikach na 41 okręgów wyborczych do Sejmu.” Dalej następuje szereg założeń, które sobie darujemy, bo już sam fakt przeliczania głosów „sejmikowych” na głosy „parlamentarne” sprawia, że ja już najedzony jestem (sprawdzić, czy nie Bezpartyjni Samorządowcy). Czy to znaczy, że moim zdaniem PiS nie wygra wyborów w 2019? Nie mam, kurwa, pojęcia. Biorąc pod rozwagę polskie realia polityczne, 12 miesięcy to cała, kurwa, wieczność jest. Jeżeli zaś chodzi o prognozy, to jakoś tak nikt z rocznym wyprzedzeniem nie „wyprognozował”: porażki Gajowego z jakimś randomowym śmieszkiem z internetu, startu Kukiza (i tego, że zgarnie 20%), powstania partii Nowoczesna (tak, była kiedyś taka partia), tego, że PiS będzie miał samodzielną większość parlamentarną. I tak dalej i tak dalej. Tak, mam świadomość tego, że poziom „prognoz politycznych” jest u nas tak wysoki, że wystarczy, że komentatorzy potrafią dostać pierdolca po pojedynczym sondażu. Nie zmienia to faktu, że tego rodzaju "analizy" są po prostu idiotyczne.


Komisja ds udowodnienia, że CHWD Tuskowi za Ambergold, bardzo długo przygotowywała się do przesłuchania wyżej wymienionego. Of korz, przygotowywano się nie do tego, żeby cokolwiek wyjaśnić, ale do tego, żeby go wdeptać w glebę. Jak ze swojego zadania wywiązała się komisja? Poszło jej na tyle dobrze, że pracownicy TVP musieli odpalić kolejne taśmy.


Kącik książkowy (tak, uznałem, że nerd-kącik kinematograficzny nie wystarczy i od czasu do czasu będzie się pojawiał kącik książkowy [może nawet czasem jebnę jaką hejterską recką, ale niczego nie gwarantuję]). Od pewnego czasu czytam sobie książki z serii wydawniczej „Oblicza zła” (Prószyński i S-ka). W ramach tej serii można się zapoznać z biografiami takich przemiłych person, jak Adolf Hitler, Pol Pot, Stalin/etc. Ostatnio dorwałem biografię Mao („Mao – cesarstwo cierpienia”). W środku książki znalazłem ulotkę reklamową, na której polecano mi, a jakże, biografię Mao. Nie zawracałbym wam dupy tym faktem, gdyby nie to, jakimi hasłami opatrzono tę ulotkę. Otóż na górze tejże widnieje napis „Mao jakiego nie znacie”. Na spodzie zaś ktoś dopisał „chiński przywódca zabił więcej ludzi niż Hitler”. Niestety, na ulotce nie zamieszczono wykresu, więc nie wiadomo, o ile więcej ludzi zabił Mao, w związku z powyższym, nie wiadomo, czy warto się pochylać nad tą biografią. Ja rozumiem, że nie jest łatwo zareklamować kilkusetstronicową cegłę, ale wydaje mi się, że jeżeli już ktoś chce to robić za pomocą haseł, to chyba nie powinien się wzorować na tych, którymi reklamuje się biografie sportowców (XXX jakiego nie znacie! Strzelił więcej goli niż YYY!).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!







http://wyborcza.pl/7,155287,24105487,zwolnieni-pracownicy-lot-u-przywroceni-do-pracy-ale-w-kadrach.html

Pan rzecznik LOT robi wrzutkę ze śledztwem:

https://twitter.com/kubicki_adrian/status/1055434359501656064


http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/583898,zelazik-strajk-lot-rozmowy-negocjacje-mediator-spoleczny.html


https://www.wprost.pl/kraj/10164185/kukiz-ostro-skomentowal-wpis-jakubiaka-rodzisz-czy-zapladniasz.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,24097700,dziwne-wizje-pawla-kukiza-na-twitterze-pisal-o-masturbujacym.html

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1056542691201351680

https://www.rp.pl/Polityka/181029297-Putin-Merkel-Erdogan-i-Macron-na-wspolnym-zdjeciu-Duda-Urocze.html

https://gpcodziennie.pl/100660-dlugiweekendniepodleglosci.html

https://dorzeczy.pl/kraj/81678/12-listopada-dniem-wolnym-o-pracy-Miazdzaca-opinia-biura-legislacyjnego.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24132577,czy-12-listopada-bedzie-dniem-wolnym-dlugi-weekend-i-swieto.html

https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/zgromadzenie-cykliczne-nowe-pojecie-w-ustawie-o-zgromadzeniach,724244.html



https://dorzeczy.pl/kraj/82295/Bylaby-to-wizerunkowa-katastrofa-Czemu-prezydent-nie-wezmie-udzialu-w-Marszu-Niepodleglosci.html


http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/584356,czaputowicz-ziobro-wniosek-tk-rozbieznosci-minister-sprawiedliwosci-szef-msz.html


https://twitter.com/RafalWos/status/1057544170750046208



https://dorzeczy.pl/obserwator-mediow/82289/Kto-zdaniem-Polakow-wygral-wybory-samorzadowe.html



Dane „wyborcze” brałem z wiki, bo trochę łatwiej tam znaleźć dane „ogólne” niż na stronach PKW (acz, te dane i tak z PKW są, więc na jedno wychodzi).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_samorz%C4%85dowe_w_Polsce_w_2006_roku

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2011_roku



https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2015_roku

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_samorz%C4%85dowe_w_Polsce_w_2018_roku





piątek, 26 października 2018

Hejterski Przegląd Cykliczny #39

Zastanawiałem się nad tym, od czego zacząć niniejszy Przegląd i zdecydowałem, że trochę achronologicznie będzie, albowiem zaczniemy od kwestii najbardziej aktualnej, czyli od wyborów samorządowych. Od czego by tu zacząć? Wydaje mi się, że najlepiej zacząć od trzęsienia ziemi (oh yes, I did), czyli od nokautu wyborczego w Wawie. Co prawda pod koniec kampanii słupki Trzaskowskiego i Jakiego się rozjechały (ten pierwszy miał 10 punktów procentowych przewagi nad tym drugim), ale nic nie wskazywało na to, że Trzaskowski rozjedzie Jakiego w pierwszej turze. Dodatkowo  z sondaży wynikało, że Trzaskowski zbierze jakieś 40-pare procent głosów, tak więc był on zajebiście niedoszacowany. Jak to się stało? Wydaje mi się, że największe podziękowania należą się sztabowi Patryka Jakiego, który przed ostatnie 2 tygodnie kampanii zaliczał fuckup za fuckupem. Kampania Jakiego była agresywna prze cały czas, ale pod koniec wyglądało to tak, jakby im się zaciął zjebotron. Cebulą na torcie był moment, w którym sztab PiSu postanowił się zrzygać spotem o uchodźcach. Spot ów wywołał mocno jednoznaczne reakcje (w praktyce, rozrzucał go partyjny beton i drony). Mimo tych reakcji  Patryk Jaki stwierdził, że w sumie to spoko ten spot był. Jaki był w pewnym momencie na tyle zdesperowany, że w swoim ostatnim spocie opowiadał o tym, że w czasie, w którym inni jeździli na narty (khe khe Trzaskowski), on musiał roznosić ulotki, żeby na studia zarobić. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to napisałbym, że wpierdol, który w pierwszej turze dostał Jaki to była instant karma po tym „bieda spocie”. No dobrze, ale tak właściwie, to czemu Jaki zaczął tak bardzo panikować? Śmiem twierdzić, że to dlatego, że w pewnym momencie uwierzył w to, że może wygrać. Wyrównane sondaże „pierwszoturowe” można było w ten sposób interpretować (tak przeca interpretował to pierdylion komentatorów i dziennikarzy). Sondaże sobie rosły aż do „wyrównania”, a wtedy Jaki rozpoczął ofensywę. A to przytulenie Guziała, a to „Dzielnica Przyszłości”/etc (każda z tych decyzji została uznana za „gamechanger” wyborów). Problem (Jakiego) polegał na tym, że napierdalał jednym gamechangerem za drugim, a słupki mu się nie poprawiały. W międzyczasie pojawił się sondaż, z którego wynikało, że jeżeli Jaki wejdzie do drugiej tury, to przegra ją stosunkiem głosów 60:40. Wydaje mi się, że wtedy sztab spanikował i zaczął robić idiotyzmy w rodzaju wizualizacji (zdjęcie na tle regału z książkami), rzucenie „szmatą” partyjną („Jestem bezpartyjny”), straszeniem tym, że jak Trzaskowski wygra, to Warszawa nie dostanie pieniędzy, mocno idiotyczne nawiązanie do powstania warszawskiego etc (idiotyzmów było znacznie więcej). Nawiasem mówiąc, rasistowski rzyg PiSu (zwany również spotem wyborczym) dowodzi tego, że panikować w pewnym momencie zaczął cały PiS, ale o tym za moment. Wpływ tych działań na szanse Jakiego doskonale opisze następujący cytat: „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było”. Nie wiem, jak wyglądały warszawskie sondaże, które partie sobie zamawiają na użytek wewnętrzny, ale histeria sztabu Jakiego sugeruje, że wyglądały one bardzo źle. Przyznaję, że w tym momencie zaczynam wróżyć z fusów, ale wydaje mi się, że pod koniec kampanii sztab Jakiego (rzecz jasna, mam tu na myśli jedynie najwyższe szarże) dysponował sondażami, z których wynikało, że „jak tak dalej pójdzie, to bardzo możliwe, że nie dojdzie do drugiej tury”. Moim zdaniem, jedynie w ten sposób można wytłumaczyć idiotyzmy, które wyczyniano pod koniec kampanii. Jeżeli sztab wiedział, że nadchodzi wpierdol, to usiłowano zrobić „cokolwiek”, żeby urwać choć kilka % Trzaskowskiemu (vide „sprowadzą uchodźców”, „jeździł na nartach, a ja zbierałem kasę na studia”/etc). No dobrze, ale czemu tak właściwie Jakiemu przestało dobrze iść? W sierpniu rządowe media zachłystywały się sondażami, w których stało, że Jaki jest 1 punkt procentowy za Trzaskowskim. Odpowiedzi na to pytanie pomoże udzielić jeden z sondaży, który został zignorowany przez większą część komentatorów (szczególnie zaś tych, którzy wieszczyli zwycięstwo Jakiego). Pozwolę sobie zacytować „Do Rzeczy”: „Z najnowszych badań przeprowadzonych dla "Faktu" i portalu Onet.pl wynika, że niemal dla 70 proc. warszawiaków afera reprywatyzacyjna nie będzie miała znaczenia podczas wyboru przyszłego prezydenta stolicy. Sondaż pokazuje, że jedynie 5 proc. respondentów stwierdziło, że przez nagłośnioną aferę warszawską, nie zagłosuje na kandydata Platformy Obywatelskiej. Pomimo afer, niejasności i skandali w dalszym ciągu 60 proc. badanych dobrze ocenia Hannę Gronkiewicz-Waltz, która rządzi Warszawą od 12 lat.” Na czym opierała się kampania Jakiego? Głównie na jego działalności w Komisji Weryfikacyjnej, na klarowaniu, że „jeżeli Trzaskowski wygra, to będzie tak samo jak za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz„ i na podkreślaniu politycznej odpowiedzialności Platformy Obywatelskiej za dziką reprywatyzację + 24/7 hejtowanie Trzaskowskiego za to, że jest „obciachowy”. Ujmując rzecz kolokwialnie, główne założenia kampanii Jakiego rozminęły się z oczekiwaniami wyborców. Co do hejtu na Trzaskowskiego, to ten się w pewnym momencie znudził wyborcom (część z nich pewnie zaczęło to wkurwiać) i jedynie prawicowa bańka (do której należą również rządowe mendia) się tym jarała do samiutkiego końca kampanii. Najprawdopodobniej było tak, że szczyt popularności przypadł na sierpień 2018 (acz nie na koniec tego miesiąca, bo wtedy Jaki zaliczył pierwszą poważną wtopę wizerunkową, którą był wyjazd do Sofii). Potem zaś już „poszło”, bo pozytywna kampania Jakiego odbiła się od ściany (vide, „Dzielnica Przyszłość”, która była jednym z pierwszych „gamechangerów bez znaczenia”). W tym miejscu dygresję poczynię. Pamiętacie te dzikie tłumy na spotkaniach z Patrykiem Jakim? Czy ktokolwiek ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości w zakresie tego, że „spontaniczność” (z jaką zbierały się te tłumy) można porównać jedynie ze „spontanicznością” internetowego poparcia dla tegoż kandydata? Na sam koniec pastwienia się nad Jakim jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia. Ponieważ to, co stało się w Warszawie, było straszliwym wpierdolem wizerunkowym, bardzo szybko okazało się, że „Te wybory były nie do wygrania dla kandydata PiS-u w Warszawie. Spójrzmy prawdzie w oczy” (cytat Guziała). Nie, kurwa, nie dam sobie wmówić, że tę kampanię zbudowano w oparciu o przeświadczenie, że kandydat nie ma szans. Skoro nawet spora część dziennikarzy i komentatorów twierdziła, że „nie no, Jaki wygra” (reakcje rządowych mediaworkerów świadczą o tym, że łomot w pierwszej turze był dla nich szokiem). Gdyby założenie było takie, że „Jaki przejebie”, to miejscowe struktury PiSowskie nigdy by się, kurwa, nie zgodziły na to, żeby jego ludzie dostali miejsca na listach wyborczych. Nikt nie pozwoliłby na zaangażowanie rządowej machiny propagandowej w pomoc kandydatowi, który „i tak nie ma szans”, skoro można by było jej użyć do pomocy innym, „bardziej rokującym” kandydatom. Edycja – już po napisaniu przeze mnie tego kawałka, PKW wrzuciło oficjalne wyniki: Rafał Trzaskowski uzyskał 56,67 proc, Patryk Jaki - 28,53 proc.


W poprzednim Przeglądzie poteoretyzowałem sobie trochę w temacie tego, że PiS zaczął prowadzić nieco samobójczą kampanię (krytykowanie seksizmu/etc) i że najprawdopodobniej wynika to z tego, że aktyw partyjny chce się teraz nachapać, bo nikt tam nie ma pewności co do tego, „jak będzie w 2019”. Potem okazało się, że PiS nie ma również pewności co do tego, jaki będzie wynik wyborów samorządowych. Kompulsywne napierdalanie taśmami przez TVP (które przeca miały być „odgrzewanym kotletem”) w ostatnim tygodniu dobitnie o tym świadczy (tak samo, jak pierdylion innych rzeczy, w tym wspomniany wcześniej rasistowski rzyg mylnie nazwany spotem wyborczym [najwyraźniej jakiś spindebil uznał, że to będzie coś na miarę spotu z lodówką w 2005]). Dodatkowo, mój ulubiony spindoktor dobrej zmiany, Samuel Pereira, przed cisza wyborczą był łaskaw wystosować arcyciekawe oświadczenie na swoim koncie Twitterowym: „Może to dla niektórych zabrzmieć kontrowersyjnie, ale uważam, że w każdych wyborach powinniśmy się trzymać prostej zasady: Wiesz na kogo głosować - idź do urny, jeśli jednak naprawdę nie wiesz na kogo oddać głos - zostaw decyzję tym, co się bardziej interesują polityką niż Ty.” Ujmując rzecz prostymi słowy, Samuel Pereira sugeruje „niezdecydowanym” żeby się nie wpierdalali między wódkę a zagrychę i sobie darowali wybory. Jak to możliwe, że ktoś, kto miał kiedyś w bio „państwowiec”, zdecydował się na antyfrekwencyjną tyradę? Na pewno nie należy wiązać tego z sondażem CBOSu, z którego wynikało, że: „29 proc. respondentów w wyborach do sejmików województw zagłosowałoby na PiS, Koalicyjny Komitet Wyborczy Platforma. Nowoczesna Koalicja Obywatelska uzyskałby 16 proc., PSL i Bezpartyjni Samorządowcy zdobyliby po 7 proc; a Kukiz'15 - 5 proc.”. Co prawda słupek PiSu obsunął się o 5 punktów procentowych (względem poprzedniego sondażu CBOS), ale Pereira spanikował z zupełnie innego powodu. Otóż 27% respondentów (którzy wcześniej zadeklarowali chęć udziału w wyborach) stwierdziło, że nie wie na kogo będzie głosować („trudno powiedzieć”). Tak więc, komitet wyborczy „trudno powiedzieć” miał jedynie 2 punktu procentowe mniej niż chlebodawcy Samuela. Nieco zaś bardziej na poważnie, tak wysoki odsetek niezdecydowanych (sondaż przeprowadzono pi razy oko na dwa tygodnie przed wyborami) musi być koszmarem dla spindoktora dobrej zmiany. No bo z jednej strony PiS (czy inna zjednoczona prawica) ma słupek spory, ale z drugiej strony nikt mu nie był w stanie zagwarantować, że niezdecydowani (których było w cholerę), nie powiedzą sobie „a chuj, głosujemy na PO” i nie utrudnią życia jego chlebodawcom. Insza inszość to fakt, że tak wysoki odsetek niezdecydowanych sugeruje, że ofensywa propagandowa PiSu (której współtwórcą jest Pereira) zdała się na przysłowiowy chuj. Tak na samiuteńki koniec warto wspomnieć o tym, że CBOS swoje słupki (które się rozjechały z rzeczywistością dość spektakularnie) uzyskał w ten sposób, że w myśl sondażu 80% respondentów powiedziało, że weźmie udział w wyborach („64 proc. z nich deklaruje, że na pewno weźmie udział w wyborach, a 16 proc. wybrało opcję "raczej wezmę w nich udział”).


Jeszcze tylko jedno nawiązanie wyborcze i przechodzimy do innych tematów. O moim uwielbieniu do polityków/mediaworkerów, którzy uwielbiają się od czasu do czasu zrzygać na suwerena, doskonale wiecie. Reakcje na wynik wyborów to były prawdziwe żniwa. Zaczniemy od reakcji rządowych mediaworkerów, którym włączył się Stonoga. Na pierwszy ogień, Bartłomiej Graczak (pracownik TVP): „Największe zaskoczenie to Warszawa... Patryk Jaki wykonał potężną pracę i zaproponował ambitny program. Rafał Trzaskowski bardzo długo naśladował rywala i powtarzał niezrealizowane obietnice HGW. Najwyraźniej w Warszawie lemingoza ma się nadal świetnie.” Innymi słowy „wynik wyborczy Patryka Jakiego, to jest jakaś porażka. Ja myślę, że to polskie, kurwa, głupie społeczeństwo, ta kurwa banda imbecyli, która głosowała na tych(...)”. No ale, nie powinniśmy się dziwić Graczakowi, bo przeca współtworzył tę kampanię, a ten lemingosuweren tego nie uszanował. No przeca, to tak jakby ktoś temu Graczakowi w twarz napluł. Nie dorosło nasze społeczeństwo, oj nie dorosło... Nieco później (po ochłonięciu) Graczak napisał: „Nie kryłem zaskoczenia brakiem II tury w Wawie (nie ja jeden). Nie mogę też zrozumieć, jak Jakiego można nazywać największym przegranym. Praca, którą wykonał powinna być doceniona, także w PiS. Wynik jest lepszy niż 4 lata temu i nieco gorszy od ogólnopolskiego. I to w Warszawie!' Płakałem rzewnemi łzami, czytając „powinna być doceniona, także w PiS” (bo to sugeruje, że nadal ból dupy o te wybory). Jednakowoż chcę wyjść naprzeciw oczekiwaniom redaktora Graczaka i odpowiedzieć na pytanie „jak Jakiego można nazywać największym przegranym?” - bo przejebał w pierwszej turze, mimo że pompowaliście balon o nazwie „Jaki rozjedzie Trzaskowskiego w drugiej turze!”. Teraz przyszła pora na redaktorkę naczelną mojego ukochanego portalu „w Polityce”, która puściła spektakularnego pawia: „Warszawa, Poznań, Łódź czy Legionowo utrwaliły dziś najgorszy stereotyp Polaka - cwaniaka, złodzieja i kombinatora. Na szczęście Polska to nie tylko największe miasta. Wręcz przeciwnie!”. Gdyby redaktor Nykiel skrytykowała jedynie fakt reelekcji Smogorzewskiego, jeszcze szło by to jakoś zrozumieć (mam jednakowoż nadzieję, że każdy seksistowski rzyg polityka Dobrej Zmiany spotka się z równie ostrą reakcji pani redaktor). Nieco zabawnym znajduję fakt, że chęć ułożenia jakiejś narracji sprawiła, że Legionowo (54 tys. mieszkańców) zostało „dużym miastem” i zostało zestawione w jednym szeregu z Wawą (1.764 tys. mieszkańców),  Łodzią (687 tys. mieszkańców) i  Poznaniem (538 tys. mieszkańców). Czy mógłbym prosić o dołączenie do tego grona Tarnobrzega? U nas kandydat PiSu również nie wszedł do drugiej tury, albowiem kto inny wygrał w pierwszej. Takich wypowiedzi było w cholerę. Wychodzi na to, że politycy i mediaworkerzy PiS nie są w stanie cieszyć się sukcesem poniesionym przez Prawo i Sprawiedliwość. Niniejszy kawałek Przeglądu byłby niepełny, gdybym nie znalazł podobnej wypowiedzi z przeciwnego bieguna. Wojciech Sadurski napisał był: „Mapka wyborcza pokazuje, jak Polska jest podzielona. PL Zachodnia – nowoczesna, pro-europejska, świecka; PL Wschodnia –tradycjonalistyczna, ksenofobiczna i religiancka. Dlaczego Zachodnia ma być zakładnikiem? Pomyślmy wreszcie o federalizmie. Wschodnia: piękny skansen, atrakcyjna.”. Chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę jaśnie, kurwa, oświeconemu profesorowi chuj wie komu (jestem z Podkarpacia, więc jestem za bardzo zajęty oskrobywaniem gnoju z gumofilców, nie mam czasu na uczenie się tego, kim są autorytety antyPiSu), że Towarzystwo Ochrony Chorób Zakaźnych wyrosło w Poznaniu. Chciałbym również przypomnieć, że z najmniejszą liczbą odmów szczepień mamy do czynienia na Podkarpaciu. Mógłbym rzecz jasna napisać coś o wyciąganiu wniosków z przysłowiowej dupy, ale chyba mi się nie chce. Panaprofesorowy wywód był tak samo sensowny, jak przyłączenie Legionowa do grona dużych miast i rzyg Graczaka o lemingach, które się nie poznały na geniuszu Jakiego.


Dobra, dosyć już pierdolenia o tych wyborach, teraz przejdźmy do tematu, który jest cokolwiek przerażający, czyli do sprawy Ludmiły Kozłowskiej. Jeżeli ktoś nie wie kim jest ta osoba, to już tłumaczę. Jest ona szefową Fundacji Otwarty Dialog, którą spotkała w sierpniu następująca przygoda: „Późnym wieczorem 13 sierpnia 2018 roku Ludmiła została zatrzymana na lotnisku Zaventem w Brukseli w trakcie kontroli paszportowej, gdy okazało się, że strona polska umieściła ją w bazie danych systemu SIS w dniem 31 lipca 2018 roku z żądaniem bezwzględnego uniemożliwienia jej wstępu na terytorium strefy Schengen. Według otrzymanych wtedy informacji, zakaz ten ma obowiązywać do 31 lipca 2021 roku”. Powody deportacji + wpisania do SIS zostały utajnione, ale nikogo to raczej nie zdziwiło, bo jeżeli w grę wchodzą jakieś sprawy „wywiadowcze”, to raczej nikt nie będzie niczego publicznie ogłaszał (sprawdzić, czy nie Macierewicz). Wytoczenie tak ciężkich dział sugerowało, że coś jest mocno nie w porządku, bo przeca wpisywanie kogoś do tego systemu, żeby mu zrobić „na złość”, byłoby idiotyzmem, nieprawdaż? Z tego samego założenia wyszły służby w Brukseli, które odesłały Kozłowską do Kijowa. A potem Kozłowska bez problemu wjechała do Niemiec, a potem do Belgii, a potem do Francji, a potem do Wielkiej Brytanii, a potem do Francji. Innymi słowy, służby tych krajów miały wypierdolone na to, co na temat Kozłowskiej miały do powiedzenia nasze służby, a to już jest grubsza sprawa. Ok, jedno „olanie” polskiego zakazu można by zwalić na to, że „nasze służby już dawno przegoniły ich służby”. Ja wiem, że w kontekście tego, kto teraz zawiaduje naszymi służbami i w kontekście braku osłony kontrwywiadowczej ministerstw (sprawdzić, czy nie Niewiechowicz), brzmi to cokolwiek absurdalnie, no ale, mogłoby się zdarzyć, że gdzieś służby działają „chujowiej” niż u nas. Jeno w sytuacji, w której zakaz jest olewany przez kolejne państwa, trudno, kurwa, domniemywać, że to wszystko przez ich służby. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nie ma sytuacji na tyle chujowej, żeby spece z MSZ nie potrafili jej zjebać jeszcze bardziej. Otóż, po tym, jak Kozłowską wpuszczono do Wielkiej Brytanii, wiceszef polskiego MSZ postanowił zrugać brytyjskie MSZ: „Cichocki skomentował w serwisie społecznościowym Twitter wpis brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych na temat wspólnej brytyjsko-holenderskiej akcji dotyczącej czterech agentów GRU przyłapanych na próbie włamania się do systemu informatycznego Organizacji ds. Zwalczania Broni Chemicznej (OPCW).”. Brytyjskie ministerstwo oświadczyło : "nasz przekaz jest jasny: wraz z sojusznikami ujawnimy i odpowiemy na próby podkopania międzynarodowej stabilności przez GRU". I w tym momencie wchodzi wiceszef MSZ cały na biało: „W tym przez przyznawanie Ludmile Kozłowskiej brytyjskiej wizy pomimo informacji od polskiego (Waszego sojusznika?) kontrwywiadu?”. Tak, proszę szanownych czytelników, wiceszef MSZ jebnął fochem na Twitterze. Na focha zareagował współpracownik Kozłowskiej i napisał, że najwyraźniej informacje kontrwywiadu są niewiele warte. Za to, co nastąpiło dalej, wiceszef MSZ powinien wylecieć na zbity pysk. Otóż, Pan Cichocki był łaskaw zwrócić się (via Twitter) do Ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, Jonathana Knotta i do brytyjskiego wiceministra spraw zagranicznych ds. europejskich Alana Duncana: (zwrócił się po angielsku, ale pozwolę sobie ukraść tłumaczenie od Onetu) „Wasza kolej na odpowiedź :* Czy wierzycie w nasz kontrwywiad i wywiad? Na to wyglądało, kiedy brytyjscy obywatele cierpieli w Salisbury". Tak, wiceszef MSZ zbóldupił do tego stopnia, że wysypał się na Twitterze w temacie tego, że polski wywiad współpracował z brytyjskim badając sprawę Skripala. Chciałbym żeby największym idiotyzmem w tamtym ćwicie była emotka, ale niestety tak nie jest. Mógłbym co prawda wspomnieć o tym, że służby powinny sprawdzić, czy wiceminister powinien mieć dostęp do informacji niejawnej, zanim chlapnie czymś poważniejszym na Twitterze (bo będzie miał zły dzień), ale chyba nie warto. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w maju Polska zadeklarowała chęć pomocy przy sprawie Skripala, ale od tego do pisania na Twitterze „nasz wywiad pomagał wam w tej sprawie, a wy teraz tak??” droga daleka. Czy na tym się sprawa skończyła? A gdzie tam. 10 października rządowa telewizja (niegdyś TVP) walnęła newsem: „Próba naruszenia integralności Ukrainy i zdrada stanu to przestępstwa, o które SBU podejrzewa prezes Fundacji Otwarty Dialog Ludmiłę Kozłowską. W sierpniu na wniosek polskich tajnych służb Kozłowska została wydalona z terenu Unii Europejskiej.” News jest w cholerę poważny. Byłaby wielka szkoda, gdyby „Informacja ukraińskiego portalu Stopkor mówiąca, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) prowadzą śledztwo przeciwko szefowej Fundacji Otwarty Dialog (FOD) okazała się fałszywa.” (…) „Informacja okazała się manipulacją. Jak wynika z pisma skierowanego przez SBU do Bondarczuka, jego zawiadomienie zostało dołączone do materiałów postępowania w innej, prowadzonej wcześniej sprawie. Dotyczy ona osoby lub osób związanych z podejrzeniem działań przeciw integralności terytorialnej Ukrainy i zdrady stanu. Nie wiadomo jaki, nawet hipotetyczny, związek mogłaby z tym mieć Ludmiła Kozłowska.” (w źródłach znajdziecie link do artykułu na Onecie). Rzecz jasna, informacja nadal wisi na portalu TVP info i nikt jej, kurwa, nie sprostował. Zapewne byli zajęci publikowaniem kolejnych fejków, względnie wrzucaniem odgrzewanych kotletów nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele.


Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, czy Jezus się czemuś dziwił, to lepiej przestańcie, bo może was to kosztować 120 tysięcy zeta.


Stanisław Piotrowicz (aka „Towarzysz antykomunista”) oznajmił ostatnio, że „wbrew sugestiom, jestem też ofiarą stanu wojennego”. Mógłbym to co prawda jakoś skomentować, ale jeszcze by się okazało, że się znęcam nad ofiarą stanu wojennego.


Dość głośno zrobiło się w sprawie Marszu Równości w Lublinie. Usiłował go zakazać prezydent miasta  Krzysztof Żuk, ale dostał po łapach od sądu apelacyjnego. Włodarz argumentował, że on ten zakaz to tak w trosce o maszerujących, bo prawackie spierdoliksy groziły, że będzie dym. Ponieważ marsz się odbył, spierdoliksy usiłowały go zakłócić, ale uniemożliwiła im to policja. Tego było za wiele dla prawackich spierdoliksów rezyduących na Twitterze, tak więc Brudziński dostał od nich zjebę. Co ciekawe, części z nich się nawet trochę tłumaczył. Po Marszu Równości wypowiedział się szef Ordo Iuris: „Na marginesie lubelskiego Marszu Równości, trzeba powiedzieć, że jego przebieg potwierdził obawy Prezydenta Lublina i Wojewody Czarnka. Ustawa i Konstytucja pozwalają na zakaz manifestacji w imię bezpieczeństwa publicznego. Sąd Apelacyjny stworzył zagrożenie dla wielu osób." To jest swoją drogą, kurwa, niezły absurd. Najpierw wpaja się ludziom nienawiść do osób LGBT, a potem, kiedy co bardziej spierdoleni z nich zaczynają werbalizować groźby względem tych osób, używa się tej nienawiści jako argumentu za tym, żeby ograniczać prawa osób LGBT. W tym miejscu pora na mój ulubiony eksperyment myślowy (acz w nieco zmienionej formie). Wyobraźmy sobie, jak zareagowałby szef Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, gdyby ktoś usiłował zakazać jakiegoś spędu Zygotarian, albowiem „nie byłby w stanie zapewnić im bezpieczeństwa”.


Przed Marszem Równości portal „w Polityce” opublikował artykuł o wiele mówiącym tytule: „NASZ NEWS. Po zakazie "marszu równości" w Lublinie środowisko LGBT hejtuje wojewodę. Czarnek: Tak wygląda ich tolerancja”. Aż dziw bierze, że wojewoda nie rozwrzeszczał się był tak, jak jedna Niegdyś Bardzo Ważna Persona: „Za co chcecie mnie hejtować?”. No bo przeca nie było za co, albowiem wojewoda wcześniej jedynie coś tam o promocji zboczeń i dewiacji opowiadał. Mógłbym to jakoś spointować, ale jak to powiedział Pan Wojewoda: „Polemika z głupotą tylko ją nobilituje”.

Jeżeli chodzi o politykę zagraniczną, to w poprzednim Przeglądzie pominąłem (link mnie przepadł) coś spektakularnego (nawet, jak na standardy PiSowskie). „Ambasador RP we Włoszech Konrad Głębocki zrezygnował ze stanowiska. Nie są znane oficjalne powody decyzji ambasadora. Sprawował swoją funkcję od trzech tygodni.” Ambasador tłumaczył się względami rodzinnymi, ale ponoć chodziło o to, że sobie po prostu, kurwa, nie radził i wolał sobie odpuścić. Ponieważ MSZ nie chce się wypowiadać na temat przyczyn rezygnacji, obstawiam, że ten drugi scenariusz jest bardziej prawdopodobny. Tenże sam ambasador nieco wcześniej nie ogarnął, że mu mandat poselski wygasł i brał udział w 175 głosowaniach. Prokuratura uznała, że „jebło, to jebło, na chuj drążyć”, bo jego głos nie był decydujący w tych głosowaniach. Tylko, że tak jakby, kurwa, nie chodzi o to, czy był decydujący, ale o to, że sobie siedział i głosował, choć nie miał prawa sobie siedzieć i głosować. Bo to trochę tak, jakbyśmy powiedzieli, że jeżeli nie mamy do czynienia z decydującym głosem, to można głosować za kogoś innego w Sejmie (sprawdzić, czy nie Zwiercan). Główny zainteresowany tłumaczył się tym, że nie wiedział o tym, że Prezydent RP podpisał jego nominację (która to nominacja „wygaszała” mu mandat z automatu) i odebrał ją 15 dni po podpisaniu. Domyślam się, że „rozmowa kwalifikacyjna”, po której ten jegomość został ambasadorem wyglądał mniej więcej tak: „Jakie ma pan kwalifikacje? Jestem znajomym Jarka i mam paszport Polsatu!”


Ziemkiewicz postanowił złożyć nauczycielom życzenia z okazji ich święta. Wrzucając te życzenia na Twittera opatrzył je zdjęciem gwiazdy porno. W tym miejscu, zupełnie bez związku z całą sytuacją, chciałem wam opowiedzieć o tym, jak to się stało, że dostałem bana od Ziemkiewicza. Otóż zapytałem go kiedyś o to, czy go ręce nie bolą od oglądania internetów.  


Zapewne już to kiedyś (czyt. pierdyliard razy) napisałem, ale czasem mnie, kurwa, przerastają prawackie umysły i ich sposób postrzegania rzeczywistości. Tym razem w roli głównej, Cezary „Metyl” Gmyz. Otóż Gmyz wtrącił swoje 3 grosze pod ćwitem Piaseckiego (który skrytykował prawactwo wychwalające sukcesy AfD): „Z AfD to bardziej skomplikowane. Są w niej politycy Polsce przyjaźni i nawet mówiący po polsku.” Czyli, co prawda jarają się Wehrmachtem i zdarza się, że oskarżają Polskę o wywołanie II wojny światowej, hejtują migrantów (wszystkich, ale póki co, tych białych trochę mniej), co prawda niektórzy z nich twierdzą, że Hitler był spoko, ale CHUJ Z TYM, bo kilku z nich mówi po Polsku i nie wzywają do wypowiedzenia nam wojny, więc są spoko.


Pamiętacie cameo Ryszarda Czarneckiego na nagraniach ze studia „Sowa i Przyjaciele”? Okazało się, że wszyscy wszystko źle zrozumieli: „Czarnecki zaznaczał, że nie widzi nic złego w tym, że jego syn odbył staż w banku PKO BP. Zaznaczył, że taki staż odbywało wówczas wielu młodych ludzi, a jego syn sam sobie załatwił możliwość jego odbycia.” Z przekazami dnia jest ten problem, że czasem się nie „zgrywają”. Nie wiem, jak się ma wyznanie Czarneckiego do wcześniejszej wypowiedzi Premiera Tysiąclecia (na temat załatwienia fuchy synowi Ryszarda): „Wielu ludzi z PiS miało w czasach rządów PO-PSL kłopoty. Było otoczonych swego rodzaju ostracyzmem. Nikt nie chciał im pomóc, a ja starałem się pomagać tam, gdzie mogłem”. Ja wiem, że politycy generalnie nie mają czegoś takiego, jak poczucie wstydu, ale nawet wziąwszy to pod rozwagę, tekst o „pomaganiu” w kontekście załatwiania roboty ziomkom zasługuje na uznanie. Wydaje mi się, że w tej sytuacji potrzebna będzie konfrontacja. Wyobraźcie to sobie. Premier Tysiąclecia mówi „pomagałem ludziom z PiS”, a na to Ryszard Czarnecki, mistrz ciętej riposty: „spierdalaj!”, albo „komu uwierzycie? Temu banksterowi czy mnie, wiceprezesowi Polskiego Związku Piłki Siatkowej Do Spraw Międzynarodowych???”.


Pamiętam, że przy prawie każdej dyskusji o dotowaniu in vitro musiał się pojawić ktoś (albo kilkoro ktosiów), kto tłumaczył, że no on nie ma nic przeciwko temu in vitrowi, ale CZEMU SIĘ MA DORZUCAĆ. Potem ktosie klarowali, że jedno dziecko to tyle i tyle kosztuje i DLACZEGO DAJE SIĘ ZARABIAĆ KLINIKOM!? Według OKO „koszt jednego dziecka z programu in vitro wynosi co najwyżej 35 040 zł (a realnie znacznie mniej, tyle, że nie potrafimy tego oszacować).” Wspominam o tym dlatego, że ostatnio „Gazeta Prawna” skupiła się na refundacji szamanizmu (aka „naprotechnologia”). „Jak informuje Ministerstwo Zdrowia do programu przystąpiło 1300 par, diagnostykę przeszło 1289 z nich. Cały proces zakończył się sukcesem w przypadku 70 par. Oznacza to, że skuteczność programu wynosi 5 proc. a urodzenie jednego dziecka to koszt ponad 440 tys. zł., a biorąc pod uwagę koszty samej diagnostyki – 12 tys. zł.”.  W tym samym artykule napisano też parę słów o skuteczności rządowego programu in vitro: „Średnia skuteczność, w przeliczeniu liczby ciąż klinicznych do transferów zarodka, to 32 proc.. Przy czym rozbieżność pomiędzy poszczególnymi klinikami wynosiła od 19 proc. do 41 proc.” Mam nadzieje, że wszyscy, którzy protestowali przeciwko Bardzo Drogiej Metodzie In Vitro, będą teraz protestować przeciwko naście razy droższej tzw. „naprotechnologii”. TVP ma swoją piwniczkę z nagraniami, a ja mam swoją piwniczkę z cytatami. Przywitajcie się z Jarosławem Gowinem, który w kwietniu 2015 napisał był: „in vitro to metoda przestarzała. Dużo nowocześniejsza jest naprotechnologia. Serio.” Co prawda tzw. „naprotechnologia” ma (zaokrąglając) 6-krotnie niższą skuteczność od in vitro, ale jak mniemam, nie ma to najmniejszego znaczenia, bo liczy się „nowoczesność”. Innym razem, w rozmowie z Moniką Olejnik stwierdził, że jeżeli chodzi o refundowanie in vitro to : „Ja zawsze byłem temu przeciwny, brakuje pieniędzy na leczenie dzieci chorych na nowotwory, a in vitro jest procedurą moralnie dyskusyjną, mówię to jako zwolennik dopuszczalności in vitro. Uważam, że nawet w wersji takiej, którą ja bym chciał nadać tej ustawie, no in vitro nie powinno być finansowane z podatków tych, którzy mają moralne obiekcje.”. Po pierwsze, wzmiankę o „byciu zwolennikiem” można rozbić o kant dupy, bo Gowin jest oponentem mrożenia zarodków, więc „w wersji takiej, którą by chciał nadać ustawie” pewnie byłby ban na zamrażanie (a to by oznaczało iście naprotechnologiczną skuteczność). Po drugie, dla mnie moralnie dyskusyjne jest dotowanie naprotechnologii w sytuacji, w której istnieje znacznie skuteczniejsza metoda. Po trzecie, jak to jest, że kiedy mowa o dotowaniu in vitro, prawica nagle używa argumentu „nie ma pieniędzy na chore dzieci”, ale nie wspomina o tym, kiedy kasa za jakiś szamanizm leci do religianckich ziomków? Nie chcę mi się już nawet wspominać o tym, że żaden z prawicowców mających ryje pełne troski o „chore dzieci” nie poparł protestu rezydentów, którzy domagali się zwiększenia nakładów na służbę zdrowia (co za tym idzie na chore dzieci również).


Przy okazji kompulsywnego napierdalania taśmami z „Sowy” przez mendia rządowe można się było dowiedzieć mało zaskakującej, aczkolwiek ciekawej rzeczy. Otóż :„Dziennikarze TVP nie podają źródła, z jakiego pozyskali taśmę. Nie ma jej w jawnej części akt sprawy”. Chciałem to jakoś hejtersko skomentować, ale niestety, najlepszą pointę wymyślił jeden z ćwiternautów: „Ciekawe dokąd Samuel spierdoli jak odtworzą kontrwywiad”. I się wam przyznam w tym miejscu, że choć w pierwszej kolejności srogo prychłem z tego ćwita, to potem do mnie dotarło, że jak już przyjdzie Jeszcze Lepsza Zmiana, to raczej ktoś, kurwa, beknie za to. Ja wiem, że już kiedyś zapowiadano rozliczenia, a potem się okazało, że nikomu na tym nie zależało. Jeno teraz kredens został przesunięty przez PiS tak bardzo, że wyjebał dziurę w ścianie, więc tym razem komuś może zależeć bardziej.
 

O rasistowskim rzygu kampanijnym PiSu już wspominałem. Teraz to muszę zrobić po raz kolejny, bo już po napisaniu poprzednich kawałków Przeglądu okazało się, że Gowin się na ten temat wypowiedział. Co miał do powiedzenia? „Przyznał, że "wstydził się", gdy jego obóz polityczny opublikował w sieci nowy spot o uchodźcach.”. Spot opublikowano 17 października, tak więc przez tydzień Gowin wstydził się w milczeniu.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Źródła:

https://wiadomosci.wp.pl/warszawa-trzaskowski-wygrywa-w-pierwszej-turze-wedlug-sondazu-exit-poll-6308428052235905a

Link ciekawostka, w którym zebrano ćwity hejtujące sondaż, z którego wynikało, że Trzaskowski może w drugiej turze wygrać stosunkiem głosów 65,6% do 34,4%

https://wpolityce.pl/polityka/414206-zaskakujacy-sondaz-w-warszawie-czy-nie-czegos-nie-zgubiono

https://twitter.com/Polityka_wSieci/status/1052836035078574080


https://wpolityce.pl/polityka/417318-wyrazisty-spot-patryka-jakiego-przed-cisza-wyborcza-wideo

https://twitter.com/rolmarcin/status/1031851724775018498

https://dorzeczy.pl/kraj/76043/Afera-reprywatyzacyjna-bez-wplywu-na-wybory-Zaskakujacy-sondaz.html

http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018-08-23/jaki-odwiedzil-metro-w-sofii-bulgarski-aktywista-zadal-mu-klopotliwe-pytania/

https://dorzeczy.pl/81366/Guzial-PiS-nie-ma-recepty-na-wielkie-miasta-Wybory-w-Warszawie-byly-nie-do-wygrania.html


https://twitter.com/SamPereira_/status/1053373964368650242


http://wiadomosci.dziennik.pl/wybory-samorzadowe/artykuly/583346,cbos-sondaz-pis-wybory-sejmiki-wojewodztw-koalicja-obywatelska.html


https://mamdziecko.interia.pl/zdrowie/news-coraz-wiecej-odmow-szczepien-mapa-wstydu-pokazuje-skale-zjaw,nId,2609446

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Ludmila-Kozlowska-wydalona-z-Polski.-Kim-jest-szefowa-Fundacji-Otwarty-Dialog

System SIS II

http://www.policja.pl/pol/sirene/sis/12473,Co-to-jest-System-Informacyjny-Schengen-SIS.html

https://wiadomosci.wp.pl/msz-niemiec-informowalismy-warszawe-o-wizie-dla-kozlowskiej-6295290013931649a

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23968260,ludmila-kozlowska-dostala-wize-jest-w-brukseli-polskie-msz.html

https://wpolityce.pl/polityka/415420-cichocki-do-brytyjskich-wladz-wierzycie-w-nasz-kontrwywiad

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ludmila-kozlowska-zabrala-glos-nt-polski-w-strasburgu/e65cpvh

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wiceminister-spraw-zagranicznych-bartosz-cichocki-pisze-na-twitterze-ws-kozlowskiej/zv7zlhy

https://twitter.com/B_Cichocki/status/1048526324934086657



http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,24053531,ryszard-czarnecki-o-rozmowie-z-mateuszem-morawieckim-przemek.html


http://wyborcza.pl/7,75398,24008441,morawiecki-zabral-glos-w-sprawie-tasm-staralem-sie-pomagac.html

http://serwisy.gazetaprawna.pl/zdrowie/artykuly/1297766,skutecznosc-programu-prokreacyjnego-pis.html

Co prawda wyliczenia na OKO press służyły głównie pohejtowaniu 500+, ale chyba tylko oni wrzucili wyliczenia „in vitrowe”, więc to ich linkuję:

https://oko.press/dziecko-500-plus-kosztuje-blisko-milion-in-vitro-24-razy/

https://twitter.com/Jaroslaw_Gowin/status/583650157180366848

http://archiwum.radiozet.pl/Radio/Programy/Gosc-Radia-ZET/Artykuly/Jaroslaw-Gowin-u-Moniki-Olejnik-00013549

https://twitter.com/K_Paczkowski/status/1052660923415126017

https://szczecin.onet.pl/afera-tasmowa-arlukowicz-bienkowska-geblewicz-gawlowski-tasmy-tvp/8hp896t

https://wiadomosci.wp.pl/jaroslaw-gowin-o-spocie-pis-z-uchodzcami-wstydzilem-sie-6309337416255105a





czwartek, 18 października 2018

Dyzma

Na samym początku uwaga natury ogólnej: tekst będzie długi i będzie opatrzony równie długim wstępem. Uprzedzam również, że będzie tu sporo skakania po tematach, albowiem dużo do napisania jest. You have been warned.


Kiedy na jesieni 2017 zaczęły się pojawiać pierwsze sygnały o tym, że Patryk Jaki jest „brany pod uwagę” jako kandydat PiSu w wyborach prezydenckich w Wawie, uznałem, że ktoś sobie robi jaja. Tak, wiem, Jaki zajmował się reprywatyzacją i robieniem szumu wokół własnej osoby, ale od tego, do bycia „branym pod uwagę” droga daleka. Drugim powodem, dla którego uznałem, że ktoś sobie robi jaja, jest to, że Patryk Jaki znalazł sobie swoją niszę pośród skrajnie prawicowego elektoratu i przez wiele lat dbał o to, żeby ów elektorat na niego głosował. Efektem tej dbałości była długa lista wypowiedzi i zachowań, które odstraszały od Jakiego umiarkowanego wyborcę. Jakiemu to niespecjalnie przeszkadzało, bo od 2010 startował z list PiS (albo innej Solidarnej Polski), tak więc umiarkowany wyborca nie był jego „targetem”. Zmierzam do tego, że żeby wygrać wybory w Wawie, Jaki musiałby uzyskać głosy „normalsów”, których wcześniej odstraszał swoim zachowaniem. No przecież nikt nie byłby na tyle nierozważny, żeby na poważnie zastanawiać się nad wystawieniem w stolicy skrajnie prawicowego polityka, nieprawdaż? Ponieważ balon wizerunkowy Jakiego był pompowany coraz mocniej, uznałem, że ja to jednak mało wiem o polityce i czekałem na to co będzie dalej. Konkretnie zaś na to, że w momencie, w którym Jaki zostanie namaszczony na kandydata, zostanie rozjechany przez media, które nie będą się musiały specjalnie starać, bo przeca wystarczy go rozliczyć z jego własnych wypowiedzi. Kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć o tym, że nadal czekam. 


Czy Patryk Jaki ma szanse na wygraną? Ciężko wyczuć. Początek kampanii (rozumiem przez to tzw „prekampanie”, czyli działania, których się nie nazywa kampanią, żeby PKW się nie mogło przyczepić) wyglądał tak, że Jakiemu cały czas te słupki rosły. Sondaże (cytowane przez rządowe media i samego kandydata) wskazywały na to, że w pierwszej turze różnica jest w granicach błędu statystycznego, a to oznacza, że w drugiej turze „wszystko jest możliwe”. A potem nadszedł moment, w którym sondaże (pierwsza tura) rozjechały się o 10%. Druga tura wygląda w nich jeszcze gorzej: 60-40 dla Trzaskowskiego. Nie jestem fanem wróżenia z sondaży, ale takie słupki w ostatnim tygodniu kampanii, to lekki dramat dla sztabu Jakiego. No dobrze, ale jak to się stało, że człowiek, który w pewnym momencie swoimi działaniami zbliżał do okopów zajętych przez fanów teorii spiskowych (pozdrawiam w tym miejscu Towarzystwo Ochrony Chorób Zakaźnych, które chce bronić choroby przed eradykacją), w pewnym momencie sprawiał wrażenie kogoś, kto może bez problemu „przewrócić” Trzaskowskiego w drugiej turze? A tak to, że nikomu nie chciało się go porządnie zgrillować. Ktoś może powiedzieć, no zaraz, ale przeca, przynajmniej w teorii, zadaniem mediów nie jest stawanie po jednej ze stron sporu politycznego, więc czemu akurat miałyby się pastwić nad Jakim, a odpuszczać Trzaskowskiemu? Odpowiedź na to pytanie jest stosunkowo prosta. Jeżeli jakiś polityk robi w kampanii zwrot o 180 stopni w bardzo wielu kwestiach (tak, też uwielbiam ludzi, którym się zdarza przedobrzyć i walnąć „to był zwrot o 360 stopni!”), to zadaniem mediów jest przypomnienie jego wcześniejszego stanowiska i dopytanie go o przyczyny tegoż zwrotu. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja nie odbieram nikomu prawa do zmiany zdania w jakiejś kwestii (tzn w sumie to w dowolnej), ale jeżeli ktoś zmienia zdanie w wielu kwestiach, (uwaga capslock będzie grany) W TRAKCIE KAMPANII WYBORCZEJ, to chyba można do tych „zmian” podchodzić z daleko idącą ostrożnością. Jak wyglądało grillowanie Jakiego w trakcie kampanii (i „prekampanii)? Albo dziennikarzom nie chciało się zrobić researchu, albo go zrobili, ale nie chciało się im drążyć tematu.


Na filmik pt „Patryk Jaki. "Baron ściemy z Opola" czy chłopak z bloku?” trafiłem tylko dlatego, że Patryk Jaki wspomniał o nim na swoim koncie twitterowym. Praktycznie na samym wstępie filmiku, montażysta wrzucił scenkę, w której Patryk Jaki, smutnym głosem (gratuluje umiejętności aktorskich, panie wiceministrze, ja bym tak nie potrafił), opowiada o tym, że  „owszem wychowałem się na blokowisku, nigdy w życiu w domu się nie przelewało”. Potem wypowiedź jest rozwinięta „ale też nie uważam żeby to powinno być istotnym elementem w kampanii wyborczej”. Czy Jaki został zgrillowany za wypowiedź o tym, jak to się mu nie przelewało? A gdzie tam. Z tego z kolei wynika, że twórca, ekhm, „reportażu” totalnie sobie odpuścił research, albowiem parę miesięcy wcześniej Jaki został zgrillowany (najpierw przeze mnie, potem przez OKO.press [które sobie „pożyczyło” kawałek researchu ode mnie]), za, eufemizując, mijanie się z prawdą w kwestii swojej sytuacji materialnej. Jak bardzo się mijał? Przekonajmy się. Uwaga natury ogólnej, ponieważ już raz się tymi wszystkimi wyliczeniami zajmowałem – w źródłach wrzucę linki do notki (bo i bez tego będzie bardzo dużo linków źródłowych). Zacznijmy od tego, że człowiek, któremu się w domu nie przelewało wystartował w wyborach do rady miasta. Jak sam stwierdził (w onetowym filmiku) dostał kiepskie miejsce, z którego nie było szans się dostać, a mimo tego się udało. Z tego można wysnuć wniosek, że kandydat na radnego musiał mieć raczej dobrą kampanię. Jest to o tyle ciekawe, że w roku „kampanijnym” Patryk Jaki zarobił 3044 złotych i 6 groszy (dane pochodzą z jego oświadczenia majątkowego). Wydaje się, że to niezbyt duża kwota, a mimo tego, Patryk Jaki potrafił za to przeżyć cały rok i sfinansować swoją kampanię wyborczą. Zapewne odżywiał się w tym czasie nienawiścią do elit III RP i pragnieniem rozliczenia tychże. Nieco zaś bardziej na poważnie, to znam sporo ludzi, którzy pochodzili z biedniejszych rodzin i nie przelewało się im w domach. Żadna z tych osób nie została radnym mając 21 lat, bo były za bardzo zajęte, albo uczeniem się, żeby jakoś wydrzeć stypendium naukowe (bez którego nie mieli szans na utrzymanie się na studiach), albo tyraniem na jakichś „stanowiskach”, na których zarabiali kilka złotych za godzinę. Nie spotkałem się też z sytuacją, w której 22-latek, pochodzący z biedniejszej rodziny kupuje mieszkanie na kredyt. A to właśnie spotkało Patryka Jakiego. I to w sumie też jest ciekawa sprawa. Po podliczeniu wszystkich dochodów Jakiego (zakładam, że są to dochody netto), otrzymujemy (przy zaokrągleniu w górę) 64.500 złotych. Nieźle jak na 22-letniego studenta, ale nie w tym rzecz. W tym samym roku Patryk Jaki kupił mieszkanie warte 185 tysięcy. Musiał dysponować wkładem własnym w wysokości 45 tysięcy, bo w jego oświadczeniu stoi, że zaciągnął 140-tysięczny kredyt. Dodatkowo, Jaki kupił sobie w 2007 roku pojazd warty 12 tysięcy. Gdyby Patryk Jaki zapłacił za wszystko z własnej kieszeni, to na życie zostałoby mu jakieś 7.500. Gdybym chciał być złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że przeżycie roku za tę kwotę, to nie był dla niego problem, bo przeca 2006 przeżył za znacznie mniej i nawet mu na kampanię zostało. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie, że odnoszę wrażenie, że chyba nie ma wątpliwości co do tego, że rodzina (w której się nie przelewało) wspomagała Jakiego finansowo. Z tego z kolei wynika, że opowieści o „nieprzelewaniu się”, można włożyć między bajki.


Kolejną kwestią, która została przez Jakiego zmitologizowana, była sprawa jego ojca. Konkretnie zaś, to, w jakich okolicznościach jego ojciec stracił pracę. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że jest to raczej kwestia „akademicka”, albowiem Jaki przyznał, że pomógł ojcu dostać stołek. Tłumaczył to tym, że jego ojciec został „niesłusznie zwolniony”. Jest to o tyle interesujące, że nie mówimy tu o jakiejś prywatnej firmie, ale o paśniku w postaci spółki miejskiej. W tym miejscu muszę poczynić dygresję. Wydaje mi się, że Ireneusz Jaki miał dwie fuchy. Jedną z nich była fucha doradcy prezydenta, a drugą była fucha w tych nieszczęsnych wodociągach. W artykule z Nowej Trybuny Opolskiej wynika, że Ireneusz wyleciał ze stołka doradczego w marcu 2007. Patryk Jaki twierdzi, że ojciec „stracił pracę” (w domyśle – w Wodociągach Opolskich) w tym samym czasie. Nie, doradca prezydenta (czyli niegdysiejszy „gabinet polityczny”) to nie to samo co robota w spółce miejskiej. Możliwe jest również to, że Patryk Jaki mijał się z prawdą w kwestii tego, kiedy jego ojciec stracił prace w Wodociągach. Tzn. chcąc się jakoś „wybielić” z zarzutów o załatwienie ojcu pracy ułożył łzawą historię o „niesłusznym zwolnieniu” i przesunął je w czasie. Ta sprawa była wałkowana tyle razy, że ktoś mógłby się o to zapytać głównego zainteresowanego, ale najwyraźniej nikomu się nie chciało.


No dobrze, skoro już jesteśmy przy tym Ireneuszu, to jak to było, że stracił prace? W listopadzie 2017 udzielił wywiadu w RMFie, w którym powiedział: „Gdy zostałem radnym tata pracował w instytucji podległej ratuszowi. Prezydent wezwał go któregoś dnia i powiedział, że jeśli syn nie zagłosuje za budżetem po jego myśli, wówczas ojciec straci pracę. Tata honorowo nic mi nie powiedział, ja zagłosowałem zgodnie z sumieniem, a ojciec stracił pracę”. Co innego Jaki mówił kiedy indagowali go w tym temacie dziennikarze Onetu (ten sam filmik co wcześniej) „Ja sobie obiecałem, że nigdy w życiu nie będę tak postępował w polityce i nie chciałbym żeby to było standardowe zachowanie dla kogokolwiek w życiu publicznym, żeby rodzina ponosiła odpowiedzialność za to, że syn, który miał wtedy 20 lat, jest szantażowany politycznie”. Trochę się te narracje nie zgrywają. W myśl pierwszej z nich szantażowany był Ireneusz (ale, honorowo nic nie powiedział synowi), w drugiej zaś szantażowany był 20-letni Patryk. Nie, nie chodziło tu o żaden skrót myślowy, po prostu Jaki zapomniał o bajce, którą opowiedział wcześniej (zapamiętał jedynie szantaż). Nie, nie bez przyczyny użyłem określenia „bajka”, bo swego czasu przekopałem się przez zapisy sesji Rady Miasta Opola, w których głosowania dotyczyły spraw budżetowych i w żadnym z nich głos Patryka Jakiego nie był decydujący. Ireneusz Jaki był długoletnim współpracownikiem Ryszarda Zembaczyńskiego i nie wierzę w to, żeby wyleciał z roboty za to, że jego syn oddał głos „nie tak jak trzeba” w sytuacji, w której nie miało to znaczenia. Nie miało również znaczenia to, że Patryk Jaki opuścił PO pod koniec lutego 2007. Co prawda Ireneusz Jaki stracił pracę w marcu (tak więc, chronologia była zachowana), ale decyzja Patryka miała wymiar stricte „kosmetyczny”. Nie, nie dlatego, że sąd koleżeński miał go wywalić, ale dlatego, że od końca 2006 roku był pracownikiem gabinetu politycznego Wojewody. Wojewodów w owym czasie powoływało Prawo i Sprawiedliwość, to po pierwsze. Po drugie zaś, takich fuch nie daje się ludziom z ulicy, więc Jaki już wtedy musiał się kręcić koło PiSu. I znowuż, nie uwierzę w to, że jego ojciec stracił pracę dlatego, że syn podjął w lutym „kosmetyczną” decyzję o opuszczeniu partii. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Jakiemu narracje rozjechały się również wtedy, gdy opowiadał o tym czemu opuścił PO. W 2007 twierdził, że „W PO jest teraz tendencja do pozbywania się ludzi o konserwatywnych poglądach, by otworzyć partii drogę do koalicji z SLD - jak np. w Krakowie. Nie chcę być w takiej organizacji.” W wywiadzie udzielonym „Sieciom Prawdy” w 2017 powiedział, że „Gdy z Platformy wyrzucono Jana Rokitę i odeszła Zyta Gilowska, a PO stała się partią III RP – odszedłem i ja.”. No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Gilowska odeszła  PO w 2005 roku, a Rokita zrezygnował z kandydowania z list PO pół roku po tym, jak Jaki zrezygnował z członkostwa w tej partii. Samego Rokitę wywalono z PO w 2013, za niepłacenie składek.


Ok, rozumiem, że to jest zamierzchła historia i zmęczonym dziennikarzom nie chciało się grzebać w jakichś nudnych oświadczeniach majątkowych, starych artykułach i protokołach z sesji Rady Miasta Opola. Jeno już mniej rozumiem, czemu nikt nie interesował się tym, co Jaki opowiadał kiedy już było wiadomo, że PiS planuje wystawienie go w wyborach. 17 września 2018 Patryk Jaki oznajmił, że weźmie urlop (w ministerstwie) na czas trwania kampanii. Skąd taka deklaracja? Już tłumaczę. Udzielając wywiadu „Sieciom Prawdy” Jaki opowiadał o swojej ciężkiej pracy wiceministra: „Niestety praca ministra to 16 godzin na dobę, często przez siedem dni w tygodniu. Brakuje mi czasu na odpoczynek czy spotkania ze znajomymi. Każdy dzień to walka o to, aby jak najwięcej spraw załatwić, jak najwięcej decyzji podjąć. Gdy nie mam siły, często siadam na fotelu, zamykam oczy na 15 minut i myślami wracam na moje boisko pod blokiem, kiedy nie było żadnej presji, nikt od mnie niczego nie chciał.” Teraz już chyba rozumiecie, czemu musiał wziąć urlop? Przeca nie da się pogodzić prowadzenia kampanii i pracy 16 godzin na dobę. Zupełnie bez związku z powyższą wypowiedzią i deklaracją o urlopie, zamieszczę tu listę eventów, w których Patryk Jaki uczestniczył  zanim wziął urlop:


5 Czerwca Patryk Jaki lansuje się na rowerze i przestawia założenia programowe (dotyczące rowerów/etc)

6 czerwca, Patryk Jaki lansuje się na boisku do koszykówki

12 czerwca, Patryk Jaki odwiedza schronisko dla bezdomnych zwierzat

25 czerwca spotkanie z mieszkańcami Woli

26 czerwca Patryk Jaki organizuje konfę prasową i przedstawia kolejne założenia programowe

28 czerwca Patryk Jaki pojechał do Lubina „Dziś poparłem Krzysztofa Kubowa w wyborach na prezydenta Lubina”

29 czerwca – Patryk Jaki organizuje spotkanie na Bielanach


Na tym przerwę wyliczankę, ale zapewniam was, że tych eventów było od groma. Nieźle, jak na kogoś kto pracuje 16 godzin na dobę, nieprawdaż? Przypominam, że urlop „na czas kampanii” wziął dopiero 17 września. Czy w ciągu tych paru miesięcy, ktoś zapytał wiceministra o to, w jaki sposób udało mu się połączyć pracę 16 godzin na dobę z organizowaniem eventów politycznych? A gdzie tam. Owszem, ktoś mógłby argumentować, że „Sieci Prawdy” teraz już prawie nikt nie czyta (poza aktywem partyjnym) więc dziennikarze mogli mieć problem z dotarciem do wywiadu. Ma to trochę sensu, ale podobnie rzecz się ma z wypowiedziami Jakiego, które są „ogólnodostępne”.


Jedną z nich był wpis na temat osób homoseksualnych, w którym Jaki poszedł na pełen „argumentum ad chorobum”. Wpis został przezeń usunięty, ale dopiero po tym, jak mu go wykopano na Twitterze. Jak zareagował Jaki, kiedy został zapytany o ów wpis? Najpierw powiedział, że „to był chyba element szerszej dyskusji na ten temat”, potem zaś dodał, że „Pytanie czy w ogóle coś takiego było, a ja nie wiem, bo to pewnie jest jakaś stara sprawa”. I w tym momencie dziennikarz (Jacek Nizinkiewicz) uznał, że taka odpowiedź go satysfakcjonuje i sobie odpuścił dalsze pytania. Serio? Polityk jest na widelcu i (eufemizując) udziela bzdurnych odpowiedzi (nie oszukujmy się, obie były bezsensowne), a dziennikarz sobie odpuszcza grillowanie? Przeca właśnie takie zachowanie uczy polityków, żeby udzielać jakichś idiotycznych odpowiedzi, żeby znudzić dziennikarza. Co moim zdaniem ów dziennikarz powinien zrobić? Zadawać pytanie tak długo, aż otrzyma odpowiedź. Jeżeli nie chciał powtarzać tego samego pytania to mógł iść w „co to znaczy, że był to element szerszej dyskusji na ten temat”, albo „jak może pan twierdzić, że nie wie pan czy coś takiego było, skoro był to wpis z pańskiego konta Twitterowego?” Jeżeli ktoś ma wątpliwości w kwestii tego, czy należało grillować Jakiego za wypowiedzi/wpisy sprzed paru lat, to ja takiej osobie przypominam, że Jaki (razem z rządowymi mediami) rozkręcił inbę, w której domagał się od Trzaskowskiego przeprosin za żenujący spot z Żebrowskim. Spot został nakręcony w 2009 roku i zdaniem Jakiego (i mediaworkerów rządowych) nabijano się w nim z Powstańców. Rzecz jasna, inbę odpalono w okolicach obchodów rocznicowych Powstania. Warto w tym miejscu nadmienić, że Jakiemu się często ulewało w temacie mniejszości seksualnych. Swego czasu stwierdził, że „Tęcza będzie płonąć. Stolica Polski nie jest gejowska”, zdarzyło się mu również rzucić grubszym słowem (nie będę cytował, albowiem nie chciałbym spaść z rowerka, link w źródłach znajdziecie). O tym, że w styczniu 2013 Jaki głosował przeciwko związkom partnerskim wspominać nie trzeba, albowiem były to czasy Solidarnej Polski, a ta starała się być jeszcze bardziej prawicowa od PiSu.


Idźmy dalej. Jednym z niewielu dziennikarzy, którym się „chciało”, był Konrad Piasecki, który uderzył tak, że zabolało. Chodziło o sprawę podwójnego zabójstwa (zamordowana została 35-latka i jej 3-letni syn), o którego dokonanie podejrzany był 40-letni partner kobiety, który był wtedy na przepustce z więzienia. „Patryk Jaki komentował sprawę podwójnego zabójstwa w Warszawie.  W pewnym momencie stwierdzenie dziennikarza TVN24 nazwał "obrzydliwą manipulacją". Problem w tym, że był to cytat ze Zbigniewa Ziobry sprzed lat o "politycznej odpowiedzialności".” Rozmowa poszła Jakiemu równie dobrze, co Titanicowi jego pierwszy rejs, ale w trakcie tej rozmowy padła jedna z bardziej nieprzemyślanych wypowiedzi: „Nie wykorzystuję się takich tragedii do polityki”. Dla zwykłego polityka, taka deklaracja nie byłaby groźna, ale Patryk Jaki nie jest zwykłym politykiem, tylko osobą, która bez głębszego namysłu mówi to, co akurat w danym momencie może się dobrze „sprzedać”. W lipcu 2016 doszło do zamachu w Nicei, w którym zginęło kilkadziesiąt osób. Co miał na ten temat do powiedzenia Patryk Jaki? „Wszyscy zwolennicy multikulti przepraszać. Można pod moim tłitem.”. Aczkolwiek, zapewne czegoś nie rozumiem i ten wpis, to wcale nie była próba politycznego wykorzystywania tragedii.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Za Jakim ciągnie się jeszcze sprawa wspierania Towarzystwa Ochrony Chorób Zakaźnych. To on zaprosił Justynę Sochę do Sejmu we wrześniu 2015. Ponieważ wielkimi krokami zbliżały się wtedy wybory, nietrudno zgadnąć czemu to zrobił. Po wyborach Jaki wspierał TOCZ, w ramach dbania o swoją niszę wyborczą. W lipcu 2017 napisał list do ministra zdrowia, w którym krytykował „przymuszanie do szczepień” (tak gwoli ścisłości, jeżeli ktoś zamiast „obowiązku szczepień” pisze „przymuszanie/przymus szczepień”, to można być pewnym, że siedzi w okopie razem z innymi zwolennikami ochrony chorób przed eradykacją). Kiedy został kandydatem na prezydenta Warszawy to schlebianie skrajnie prawicowym zwolennikom teorii spiskowych zaczęło mu ciążyć. W trakcie głosowania nad odrzuceniem w pierwszym czytaniu ustawy mającej na celu ochronę chorób przed eradykacją, Jaki był jednym z 5 posłów klubu poselskiego PiS, który zagłosował za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu. Czy to znaczy, że Jaki zmienił zdanie w kwestii szczepień? Szczerze mówiąc wątpię w to, że kiedykolwiek miał jakiekolwiek zdanie na ten temat. Kiedy politycznie opłacalne było wspieranie hejterów szczepionek, Jaki ich wspierał, kiedy zaczęło mu to politycznie ciążyć (bo kampania), przestał to robić. Że co? Że przesadzam? To może porozmawiamy Jakim i in vitro? Na początku września Jaki oświadczył, że jeżeli wygra wybory w stolicy, to „będzie kontynuował program in vitro w Warszawie”. Czy Jakiemu można zaufać? Cofnijmy się do 25 czerwca 2015 roku, kiedy to w Sejmie głosowano nad rządowym projektem ustawy o leczeniu niepłodności (który zakładał refundację in vitro). Jak głosował Patryk Jaki? A jak mógł głosować ktoś, kto dbał o skrajnie prawicowy elektorat? Patryk Jaki był przeciwko temuż programowi.


Patryk Jaki zdominował kampanię prowadzoną w „internetach”. W jaki sposób to zrobiono? Do pewnego momentu wyglądało to tak, jakby po prostu Internet spontanicznie popierał Jakiego. Każdy jego wpis wykręcał olbrzymie zasięgi. Poza tym, sporo internautów się w tę kampanię zaangażowało. I nie, nie chodziło jedynie o Dariusza Mateckiego. Aż pewnego dnia nieco przedobrzono. 22 czerwca jeden z „niezależnych internautów” (linki w źródłach, rzecz jasna) rozkręcił inbe na Twitterze: „Trzeba być naprawdę mistrzem, żeby zakładając trollkonto mające robić kontrkandydatowi negatywną kampanię, w pierwszej kolejności zaobserwować go z kont "think-tanku" partii i najważniejszego członka lokalnej młodzieżówki, odpowiedzialnego za social media. Podziwiam”. Konto zwało się „Jaki jest naprawdę Jaki” (podaję nazwy zamiast tagów) Niemalże od razu sprawę podchwycił Sebastian Kaleta (pozdro panie Sebastianie, ja nadal pamiętam, jak mnie Pan przepraszał za wpis o tym, że napisałem tekst o Jakim „za pieniądze”, a Pan?), a potem już poszło z górki i nawet część dziennikarzy zaczęła Platformę grillować za to konto. Ponieważ czasami bywam naiwny uznałem, że „no, to teraz ktoś im odwinie, bo przeca sami mają pierdylion takich kont”. Ponieważ owo „odwinięcie” nie nadchodziło postanowiłem się przyjrzeć kontom, którym Patryk Jaki robił kompulsywne RT. Tak też trafiłem na konto o nazwie „Inżynier Mamoń”, które zajmowało się hejtowaniem Trzaskowskiego (i propsowaniem Jakiego), wśród pierwszych followersów byli: Marcin Rol (były wiceprezydent Opola, który dostał fuchę dzięki Jakiemu) oraz Oliwer Kubicki, który miał w bio „rzecznik komisji weryfikacyjnej”. Potem znalazłem kilka kolejnych, w tym jedno o nazwie „Trzaskowski jak Komorowski”,które wśród pierwszych followersów miało np. radnego miejskiego z Opola oraz trollkonto „Inżynier Mamoń”. Każde z tych kont miało wśród pierwszych followersów ludzi związanych z Patrykiem Jakim. Porobiłem screeny i wrzuciłem je na Twittera, w efekcie czego się kolejna inba zrobiła. W pewnym momencie ktoś wywołał do tablicy internautę, który wynorał to trollkonto platformerskie i ów (a jakże) oznajmił, że wszystko spoko, ale „te sytuacje są nieporównywalne”. Ponieważ miałem odmienne zdanie w tej materii zauważyłem, że, owszem, sytuacje są nieporównywalne bo PiS się w to bawi od dawna, a platforma potyka się o własne nogi. Zauważyłem również, że nieco śmieszne jest zwracanie uwagi publiki na techniki, z których się samemu korzysta. Pan internauta się był na mnie obraził i napisał między innymi „ja na TT występuję tylko pod imieniem i nazwiskiem oraz obsługuję konto firmy. W przeciwieństwie do "Pikników NSG", nie mam potrzeby prowadzenia trollkont, by wyrazić swoją opinię”. Czemu zdaniem pana internauty fakt założenia trollkonta prze platformersów jest bardziej bekowy, od faktu założenia kilku trollkont przez PiSowców? Nie wiem, ale to pewnie dlatego, że nie jestem w pełni niezależny. Nieco zaś bardziej na serio, to trudno oszacować liczbę kont (i niezależnych internautów) wspierających Jakiego, ale biorąc pod rozwagę gigantyczne zasięgi jego wpisów, musi być ich raczej sporo. Nie, nie twierdzę, że nie ma internautów, którzy lajkuja/etc jego wpisy sami z siebie, ale dysproporcja między tym gigantycznym poparciem internetowym, a sondażami, które stoją w miejscu sugeruje, że ruch sieciowy w okolicach kandydata Dobrej Zmiany, jest, eufemizując „stosunkowo mało oddolny”.


Na tym miałem zakończyć pisanie o internetach, ale w takcie porządkowania linków-do-notki, trafiłem na jeden, który mi wcześniej umknął. Był to link do twitterowego konta prowadzonego przez niejaką Katarzynę Stróżyk. Jej konto przykuło moją uwagę, albowiem pani Katarzyna zajmowała się głównie robieniem kampanii Patrykowi Jakiemu (+ hejtowaniem Trzaskowskiego). Jej własne wpisy były bardzo duszoszczypatielne (linki w źródłach) i miały olbrzymi zasięg. Nie był to rzecz jasna zasięg, który potrafił wykręcić Jaki, ale też spory. Twitterowe „bio” pani Katarzyny wskazywało na to, że pani Katarzyna jest po prostu zwykłym suwerenem. Takiemu suwerenowi przecież wolno się angażować w kampanię, nieprawdaż? Tylko że widzicie, jak sobie kliknąłem w to jej konto teraz, to się okazało, że jej „bio” wygląda nieco inaczej. Co w nim jest? Ano stoi w nim, że pani Katarzyna to „Kandydatka do rady dzielnicy Śródmieście.”. Chciałem sobie tutaj trochę poheheszkować z tego - ależ to przypadek, że internautka, która z dobroci serca wspierała Jakiego, dostała miejsce na listach, jeno nie bardzo mi się chce. To jest bowiem ten sam rodzaj „przypadku”, który sprawił, że „niezależny” Marek Magierowski, który bardzo niezależnie wspierał PiSowskiego kandydata na prezydenta Polski został potem jego rzecznikiem. Różnica polega na tym, że tutaj nikomu się nie chciało czekać do wyborów. Nie, pani Katarzyna nie mogła zostać kandydatką „przypadkiem”, bo nikt się na te listy nie dostaje przypadkiem. Na pewno zaś nie można mówić o przypadku, w sytuacji, w której wojna o miejsca na listach w Warszawie była tajemnicą poliszynela. Jaki chciał tam wprowadzić swoich ludzi (chciałbym w tym miejscu pozdrowić Sebastiana Kaletę!), zaś PiSowi się to nie do końca podobało. Z tego z kolei wynika, że pani Katarzyna była kandydatką na kandydatkę od dłuższego czasu. Zapewne od momentu, w którym zaczęła tak gorliwie wspierać Jakiego (z jej TL wynika, że była to końcówka września 2017). Możemy już przestać udawać, że PiS nie prowadzi działań „w internetach” i że całe poparcie w tychże internetach pochodzi „od suwerena”?


Ponieważ niniejszy tekst ma się ku końcowi, nadszedł moment, w którym trzeba by było się odnieść do tytułu. Jeżeli ktoś nie zna serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z Wilhelmim, to ów serial jest must see. Tak, to stary serial i trochę odstaje od nowszych produkcji, ale to nadal jest bardzo dobry serial. Serial powstał na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (tytuł ten sam). Powieść została napisana w 1932, ale, niestety, nie straciła nic ze swej aktualności. O czym opowiada? W telegraficznym skrócie, o człowieku znikąd, który robi oszałamiającą karierę w polityce. Co prawda pomaga mu w tym splot zbiegów okoliczności, ale równie dużą rolę odgrywa tam jego skrajna bezczelność i pewność siebie (połączona z absolutnym wręcz brakiem wiedzy). Patryk Jaki to taki uwspółcześniony Nikodem Dyzma. Jest skrajnie bezczelny i pewny siebie. Różnica polega na tym, że Dyzma nie posiadał żadnej wiedzy, Jaki zaś posiada wiedzę w zakresie tego, jak robić ludziom wodę z mózgu. Jest w tym na tyle dobry, że potrafi bez problemu „zagiąć” leniwego dziennikarza. Do perfekcji opanował umiejętność autokreacji. Doskonałym przykładem jest tutaj akcja „Stoimy pod blokiem”. Mimo tego, że „bieda” Jakiego została zdebunkowana, ów, bez problemu wprowadził do swojej kampanii element, który miał dobitnie wskazywać na to, że Jakiemu było ciężko w młodości. Po co? Żeby suweren pomyślał „patrzcie, to taki człowiek, jak my”. Co na to dziennikarze? Nic (poza, rzecz jasna, mediaworkerami z portalu 300 polityka, bo oni ewidentnie opowiedzieli się po jednej ze stron, więc od nich ciężko by było wymagać „grillowania” Jakiego). W tym miejscu warto by było zadać sobie jedno pytanie „no ale, czy rozliczanie Jakiego, nie wyglądałoby jak opowiedzenie się po stronie jego kontrkandydata?” Nie. Jeżeli wcześniejsze wypowiedzi/działania szkodzą politykowi  jest to tylko i wyłącznie jego winą, a nie dziennikarza, który mu o nich przypomina i domaga się jakiegoś komentarza. Jeżeli mam być szczery, to moim zdaniem, nierozliczanie Jakiego oznaczało opowiedzenie się po jego stronie. Bo ten człowiek był (i jest) w stanie budować swój wizerunek „umiarkowanego polityka” tylko i wyłącznie dlatego, że dziennikarze mu na to pozwolili.


Na finiszu kampanii, sztab Jakiego zaczął się potykać o własne nogi. Nie chodziło o to, że dziennikarze doprowadzili do sytuacji, w której Jaki musi się z czegoś tłumaczyć. Nic z tych rzeczy. Po prostu w pewnym momencie „doraźność” działań stała się tak bardzo widoczna, że nawet dziennikarze to dostrzegli. Ja się tu pochylę nad dwoma sytuacjami (choć było ich więcej). Pierwsza z nich była z gatunku humorystycznych. Ponieważ sztab Jakiego szedł po Wawę jak po swoje, w pewnym momencie pozwolono sobie na wizualizację „co będzie po zwycięstwie Jakiego”. W internety wrzucono zdjęcie, na którym Jaki (ma się rozumieć „prezydent Jaki”) siedzi za biurkiem (na tle regalu z książkami) i coś podpisuje (w domyśle „pierwsze decyzje prezydenckie”). Bardzo szybko okazało się, że internety źle zareagowały na aż taką pewność siebie kandydata i pojawiły się pierwsze przeróbki. Potem zaś było już tylko gorzej, bo ludzie w internetach mają dużo czasu, więc zaczęto się przyglądać temu co też to za książki kandydat ma na regale. Dalszy ciąg już znacie („Patryk Jaki to fanatyk niemieckich kolei”). A potem ktoś zaczął dowodzić, że zdjęcie wykonano na planie jednego z TVN-owskich seriali (link w źródłach). Jak wspomniałem wcześniej, była to sytuacja z gatunku humorystycznych, ale nie dla wszystkich. Kandydat dobrej zmiany na ten przykład, w ogóle się nie śmiał i zaczął banować na Twitterze za pytania o „niemieckie koleje”. Druga sytuacja była również humorystyczna, ale już w nieco innym wymiarze. Otóż, Patryk Jaki w trakcie debaty zdecydował się na teatralny gest i oznajmił, że rezygnuje z członkostwa w Solidarnej Polsce, bo chce żeby Warszawa była rządzona „bezpartyjnie”. Co zrozumiałe wezwał do tego samego Trzaskowskiego, który odpowiedział, że on się swojej partii nie wstydzi, więc nie zamierza rezygnować z członkostwa w tejże. Teatralność gestu Jakiego razi po oczach. Człowiek ów od 15 lat kręcił się po różnych partiach. Najpierw był członkiem PiS (młodzieżówki), potem przeszedł do PO, potem znowu do PiSu (bo stołki), potem do Solidarnej Polski, bo wydawało mu się, że PiS tonie, potem zaś wystartował z list PiS, bo Solidarna Polska się „nie udała”. Po 15 latach włóczenia się po różnych partiach, na finiszu kampanii, w którą PiS zainwestował gigantyczne środki (i wspierał ją swoimi mediami), Patryk Jaki oznajmia "Można powiedzieć, że jestem bezpartyjny". Tę deklaracje można skomentować tylko w jedne sposób: powiedzieć można wszystko, ale chyba nie zawsze jest sens. Czemu Patryk Jaki się zdecydował na „rezygnację”? Pewnie po temu, że „z badań wyszło”, że suweren woli bezpartyjnych. Nie przyszło mu do głowy, że nikt nie potraktuje poważnie takiej deklaracji na finiszu kampanii. To są tylko najbardziej jaskrawe przypadki „doraźności”, ale cała kampania Jakiego była „doraźna”. Ludzie nie hejtuja in vitro? To ja też je polubię. Hejt na mniejszości seksualne się już nie sprzedaje zbyt dobrze? To ja nie będę ich już hejtował. Robi się głośno w temacie szczepień? To ja już będę popierał obowiązek szczepień. I tak dalej i tak dalej. A wszystkiemu temu przyglądali się dziennikarze i kiwając głowami mówili „nie no, moim zdaniem ten człowiek wygra wybory”.


Źródła:

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,22519464,sondaz-pis-patryk-jaki-wygralby-pierwsza-ture-wyborow-prezydenta.html


https://twitter.com/PatrykJaki/status/1004115865728700416

https://www.youtube.com/watch?v=i1bgOrSymf4

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2017/11/patryki-jaki-czyli-bieda-urojona.html

https://nto.pl/szara-eminencja-zwolniona-za-syna/ar/4058083



https://twitter.com/PatrykJaki/status/1012747978740781056

Tutaj jeden z ćwiterian podrzucił kilka skrinów z zaznaczonymi godzinami, w których odbywały się eventy.


https://twitter.com/gambitek/status/1018190150785011715

Od 9 minuty:
http://www.rp.pl/RZECZoPOLITYCE/180519906-Patryk-Jaki---Warszawa-musi-byc-prawdziwa-swiatynia-wolnosci.html

https://www.tvp.info/38311222/jaki-o-spocie-trzaskowskiego-jest-tak-oburzajacy-ze-trudno-go-komentowac

http://www.fronda.pl/a/posel-patryk-jaki-tecza-bedzie-plonac,36365.html

http://opole.wyborcza.pl/opole/1,35086,13689628,Patryk_Jaki_o_gejach___Pedaly___Po_czym_dodaje___Trzeba.html

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=7&NrPosiedzenia=32&NrGlosowania=49

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23905643,podwojne-zabojstwo-w-warszawie-jaki-skonfrontowany-ze-slowami.htmlhttps://twitter.com/PatrykJaki/status/753857027798163456
https://oko.press/jaki-wspiera-ruch-antyszczepionkowy-to-grozi-powrotem-epidemii-takze-w-warszawie/

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=69&NrGlosowania=41

http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1245018,jaki-o-programie-in-vitro-w-warszawie.html

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/agent.xsp?symbol=klubdecglos&IdGlosowania=42901&KodKlubu=ZP&Decyzja=Przeciw

Internauta rozkręca inbę:

https://twitter.com/parysmat/status/1010064953297047554

https://twitter.com/sjkaleta/status/1010065277571227649

Kilka przykładowych trollkont:

Jeżeli ktoś chce, to może sobie przejrzeć jej profil (najlepiej ograniczyć się do „mediów”)

https://twitter.com/Katarzyna_str

https://wiadomosci.wp.pl/marek-magierowski-nowym-rzecznikiem-prezydenta-andrzeja-dudy-6027710198551169a



http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,143907,24048157,wybory-samorzadowe-2018-warszawa-patryk-jaki-mozna-powiedziec.html


Jeżeli ktoś chce zobaczyć jak wygląda grill na polityku, to podrzucam link do kawałka wywiadu z urzędującym (wywiad sprzed paru lat jest) premierem Wielkiej Brytanii

https://www.facebook.com/Channel4News/videos/10153264721241939/