Uprzedzam lojalnie, że pod koniec notki trochę mi się uleje.
Zacznijmy od "bio" pana, nad którym się będę pastwić: "Andrzej Waśko wykładowca literatury polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, naczelny dwumiesięcznika "Arcana", koordynator sekcji edukacji w powołanej przez prezydenta Dudę Narodowej Radzie Rozwoju. Minister edukacji ogłosiła go liderem zmian w oświacie.”
Teraz fragment wywiadu:
Rad pan zmienić listę lektur?
- Tak. Ale nie przewiduję sporów w rodzaju tego, który wywołał minister Roman Giertych uwagami o "Trans-Atlantyku" Gombrowicza. Sedno sprawy jest gdzieś indziej. Lektury zależą od programów autorskich. Problemem jest nie tylko to, że młodzież mało czyta, ale że czyta różne rzeczy. Pracując ze studentami, czuję, że właśnie z tego tytułu brak nam wspólnego języka, wspólnego układu odniesienia. Każdy odwołuje się do czegoś innego i tak być nie może. Lista lektur dla wszystkich musi być wspólna. Powinniśmy uczyć jednej literatury, a nie dziesiątek programów.
Ponieważ powyższa wypowiedź jest pełna wiekopomnych myśli – trzeba się do niej odnieść praktycznie zdanie-po-zdaniu. Zacznijmy więc.
Lektury zależą od programów autorskich.
Pan dr hab. zapomniał jedynie dodać, że „tylko niektóre z nich”. Prawda jest bowiem taka, że znaczna część czytanych (tzn. w sumie częściej nie czytanych, o ile nic się w tej materii nie zmieniło od moich lat szkolnych) lektur, to lektury obowiązkowe. Lista tych lektur jest ustalana odgórnie i nie ma nic wspólnego z żadnymi programami autorskimi. Można, rzecz jasna (w ramach tychże programów autorskich), dać młodzieży jakieś lektury dodatkowe, ale raczej nie będzie to zbyt duża ilość pozycji. Tym samym, teza o tym, że „lektury” (w domyśle: większość lektur) zależą od „programów autorskich” jest absurdalna. Niezbyt dobrze to świadczy o „liderze zmian w oświacie”. No chyba, że „lider” wie jak to wygląda w rzeczywistości, ale po prostu ordynarnie ściemnia (żeby mieć czym podeprzeć dalszą część wypowiedzi).
Problemem jest nie tylko to, że młodzież mało czyta, ale że czyta różne rzeczy.
Nie tylko młodzież „mało czyta”. Generalnie jesteśmy narodem-który-mało-czyta. Przyczyn tego stanu jest wiele. Jedną z nich jest zapewne fakt, że książki (jak na polskie realia) są dość drogie i są traktowane jako „dobra luksusowe”. Ktoś może powiedzieć, że przecież można w bibliotece wypożyczyć coś i niekoniecznie kupować – owszem, ale chyba każdy się zgodzi z tym, że o wiele łatwiej młodemu człowiekowi „zacząć czytać” w domu, w którym są pełne półki niż w domu, w którym książek nie ma w ogóle. Ale to tylko dygresja jest i wstęp do tego, czym mnie „lider zmian w oświacie” wkurwił bardzo. Bo oto okazuje się, że ta cholerna młodzież czyta „różne rzeczy” i że czytanie różnych rzeczy jest „problemem”. Czemu stanowi to problem?
Pracując ze studentami, czuję, że właśnie z tego tytułu brak nam wspólnego języka, wspólnego układu odniesienia.
W moim skromnym mniemaniu, „lider zmian w oświacie” zachowuje się jak emo-nastolatek, którego „nikt nie rozumie”. Tyle, że o ile w przypadku nastolatków jest to dość normalne, to w przypadku kogoś z rocznika 1961 jest to kliniczny przypadek kryzysu wieku średniego. Wypowiedź ta jest o tyle żenująca, że mamy do czynienia z człowiekiem (ponoć) oczytanym (wszak spec od literatury nie powinien stronić od literek) i ów człowiek nie może znaleźć wspólnego języka z młodymi ludźmi tylko dlatego, że „czytają różne rzeczy”? Toż nawet ostatni idiota wpadłby na to, żeby się z tymi „różnymi rzeczami” zapoznać i je przeczytać (choćby i z „obrzydzeniem”).
Osobną kwestią jest to, że „lider zmian” zupełnie wyparł ze swojej świadomości fakt, że ludzie, którzy idą na studia, niekoniecznie muszą być świeżo po maturze. Tym samym, nawet gdyby „liderowi zmian” udało się wprowadzić takie zmiany, żeby młodzież szkolna czytała tylko i wyłącznie to, co lider uznał za wartościowe – co z ludźmi, którzy poszli na studia nieco później (albo np. dwukierunkowcami)? Doskonale pamiętam sytuację z mojego pierwszego roku na socjologii, kiedy to pani dr prowadząca „Wstęp do socjologii” załamała się lekko w momencie, w którym okazało się, że w kilkunastoosobowej grupie jest tylko kilka osób świeżo po maturze (reszta to byli dwukierunkowcy, albo ludzie już po studiach, albo ludzie, którzy zaczęli studia później). Aczkolwiek wart odnotowania jest fakt, że pani dr dość szybko się pozbierała i zajęcia były ciekawe (choć pewnie sporo musiała pozmieniać w programie swoim). Pomijam w tym miejscu taki drobny szczegół, jak to, że młodzi ludzie mogą sami sobie wybierać lektury (chodzi mi rzecz jasna o czytanie „pozaszkolne”).
Każdy odwołuje się do czegoś innego i tak być nie może.
Bo przecież niedopuszczalna jest sytuacja, w której ludzie (szczególnie zaś ludzie młodzi) mają własną opinię, która stoi w sprzeczności z opinią „lidera zmian w oświacie”.
Lista lektur dla wszystkich musi być wspólna. Powinniśmy uczyć jednej literatury, a nie dziesiątek programów.
Lista lektur JEST WSPÓLNA. Tych kilka (choćby nawet kilkanaście) dodatkowych nie ma najmniejszego wpływu na listę lektur obowiązkowych.
I teraz doszliśmy do momentu, w którym mi się uleje i to bardzo.
Chyba każdy (w miarę uważny) obserwator „konserwatywnej strony” zauważył, że „typowy prawak” i „typowa konserwa” to ktoś, kto non stop opowiada o tym, jak to „lewaki z UE chcą, żebyśmy wszyscy myśleli jednakowo”, że „lewica nie myśli samodzielnie” etc. Osobną kwestią jest w tym przypadku fakt, że „lewakiem” jest dla tych ludzi każdy, kto się z nimi nie zgadza (więc jest to cholernie pojemna kategoria). Tym niemniej to właśnie lewica jest oskarżana o to, że tak jak bolszewicy – chce żeby wszyscy mieli taki sam światopogląd, a biedni uciskani konserwatyści (którym, o zgrozo, zabroniono nazywać ludzi „peda**mi, czarnu***mi/etc”) walczą o to, żeby ludzie mogli „myśleć samodzielnie”.
Jak to więc, możliwe, że „lider zmian w oświacie” mówi wprost o tym, że trzeba zmienić ludzi w drony, które powinny myśleć takimi samymi kategoriami, czytać te same książki i mieć „ten sam układ odniesienia” (żeby „łatwiej było znaleźć z nimi wspólny język), a konserwatyści milczą? Z napisaniem niniejszej notki czekałem ponad 3 tygodnie od ukazania się wywiadu w GW. To wystarczająca ilość czasu, żeby nasza superczuła prawica konserwatywna zdążyła zareagować na to, że ktoś, kto ma odpowiadać za zmiany w oświacie zamierza wprowadzić do szkół urawniłowkę.
To milczenie dobitnie pokazuje, że cała konserwatywno-prawicowo-bogo-ojczyźniana retoryka, według której lewica „chce zniszczyć indywidualizm etc.”, to ordynarna ściema i zasłona dymna. I to cholernie skuteczna zasłona dymna, której udało się przykryć fakt, że ludźmi, którzy dziś marzą o tym, żeby wszyscy myśleli „tak samo” są właśnie skrajni konserwatyści. Bo to ich bardzo denerwują sytuacje, w których ktoś podważa „odwieczny porządek” (czyli to, co sobie ktoś kiedyś ubzdurał np. „prawo naturalne”). No bo co to za świat, w którym ktoś ma czelność dyskutować o tym, że może by tak, kurwa, osobom homoseksualnym przyznać te same prawa, na które mogą liczyć heterycy? No przecież to niezgodne z prawem naturalnym! A skoro niezgodne, to znaczy, że nie powinno w ogóle być dyskusji na ten temat, bo „geje so złe i pójdo do piekła!”. Rajem skrajnego konserwatysty jest kraj, w którym pytania „po co?”, albo „dlaczego?” nie padają w ogóle, w którym każdy zna swoje miejsce w szeregu i się z niego nie wychyla. Rajem konserwatysty jest kraj, w którym obowiązuje jedyna słuszna wersja historii i nikt nie zadaje żadnych „niewygodnych pytań”. Wreszcie, rajem konserwatysty jest kraj, w którym młodzież wpatruje się w każdy (prawilny) autorytet z oślim zachwytem. I właśnie coś takiego usiłuje nam zafundować „lider zmian w oświacie”, który znużony pyskatą młodzieżą chce zaprząc do roboty inżynierię społeczną. Ale jakby co – to lewica walczy z „samodzielnym myśleniem”, bo Seba z trądzikiem po Winstrolu nie może wyzywać ludzi od „czarnuch*w” i domagać się ponownego uruchomienia pieców krematoryjnych w Auschwitz-Birkenau.
Pod koniec niniejszej notki trzeba postawić jedno, dość istotne, pytanie: Czy pan Waśko wprowadzi swoje pomysły w życie? Na pewno będzie próbował. Tym niemniej szansa na to, że uda się mu (i jemu podobnym) „urobić” młodzież jest zerowa. Czemu? Bo jakoś tak się składa, że nad młodzieżą polską pastwiono się już wiele razy na przestrzeni ostatnich 200 lat. Nie udało się urobić młodych w czasach zaborów, nie udało się w czasach okupacji, nie udało się za PRL-u (a wtedy było o tyle łatwiej, że stosunkowo proste było odcięcie kogoś od większości „nieprawilnych” bodźców) – nie uda się i teraz. Warto również wspomnieć o tym, że totalnym absurdem jest sytuacja, w której ktoś odpowiedzialny za „zmiany w oświacie” nie ma pojęcia o tym, skąd się biorą „różne układy odniesienia” i że jedyną jego receptą na ten stan rzeczy (który wydaje się mu z gruntu zły) jest tresura młodych ludzi. Nie wiem w jaki sposób karierę naukową (w dowolnej dziedzinie) mógł zrobić człowiek, który nie wpadł na to, że owe „rożne układy odniesienia” mogły wziąć się choćby z różnicy wieku między nim samym, a jego studentami. Człowiek urodzony w roku 1961 dorastał w zupełnie innych czasach niźli ktoś, kto urodził się w latach 90-tych. Że piszę oczywistości? No najwidoczniej nie są to oczywistości, skoro pan Waśko na to nie wpadł.
Ktoś może mi w tym miejscu zarzucić, że z całego długiego wywiadu wyciągnąłem tylko to, co najwygodniej mi było skrytykować i że w ogóle to wyrwałem z kontekstu. Owszem, wywiad był długi, ale w niczym nie zmienia to faktu, że cytowane przeze mnie słowa w nim padły. W kwestii zaś „kontekstu”, to doprawdy nie wiem, w jakim kontekście trzeba by było osadzić ten fragment, żeby nie był idiotyczny. I jeśli komuś się wydaje, że jeżdżę po Andrzeju Waśce jak po burej suce tylko i wyłącznie dlatego, że „jest konserwatystą”, to pragnę zapewnić, że gdyby te słowa (o potrzebie „ujednolicenia układów odniesienia” i o potrzebie wprowadzenia urawniłowki) padły z „lewej strony”, to zareagowałbym w dokładnie w ten sam sposób.
Na sam koniec zaś, zamiast zwyczajowej pointy, pozwolę sobie jeszcze raz zacytować pana Andrzeja:
Czy zreformowana szkoła ze wspólnym kodem kulturowym, o którym pan tyle mówi, będzie uczyć, że mamy prawo się różnić?
- Proszę nawet nie sugerować, że prawica odbiera społeczeństwu prawo do różnienia się.
Źródło:
http://wyborcza.pl/magazyn/1,150990,19652047,reforma-edukacyjna-2016-co-w-nowej-szkole-uczen-powinien.html
wtorek, 15 marca 2016
czwartek, 4 lutego 2016
Wasz prezydent, wasz premier
Na samym początku niniejszej notki lojalnie uprzedzam, że będzie ona dość obszerna, albowiem chciałem pochylić się nad rządami partii „Dobrej Zmiany”. A żeby tego dokonać, nie można skupiać się na obecnej biegunce parlamentarnej (składanie ustaw-bubli etc.), tylko prześledzić cały proces, w ramach którego doszło do „dobrej zmiany”. Ponieważ, moim zdaniem, proces ów rozpoczął się wraz z wystawieniem Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich – trochę „materiału” jest do ogarnięcia.
Marsz po władzę – Andrzej Duda prezydent z przypadku
Kiedy PiS ogłosił, że w wyborach prezydenckich wystawi niejakiego Andrzeja Dudę, ogromna większość Polaków zadała sobie jedno pytanie: kogo? Sporej części społeczeństwa „Duda” kojarzył się z Piotrem Dudą (szef NSZZ Solidarność) i w sumie tak się przedstawiała jego „rozpoznawalność”. Konsternacja nie trwała długo i uznano, że PiS wystawił takiego, a nie innego kandydata (którego przy dużej dozie dobrej woli można by określić mianem trzeciorzędowego polityka), żeby „ktoś przegrał z Bronkiem” i żeby ta porażka nie odbiła się na wizerunku partii Jarosława Kaczyńskiego. Mało tego – narracja, którą budował PiS (i usłużni dziennikarze, którzy byli w kampanii tak bardzo niezależni, że teraz zostali obdarowani różnymi stołkami)sugeruje, że porażkę Dudy chciano wykorzystać w wyborach parlamentarnych. Mowa tu, rzecz jasna, o bredniach „będą fałszować wybory – weź długopis etc.” Podkładką pod tę narrację był blamaż PKW, do którego doszło w trakcie wyborów samorządowych 2014 (PiS ten blamaż momentalnie skapitalizował). Z jednej strony mieliśmy przedwyborczy trash-talk „Duda wygra”, ale z drugiej strony przez praktycznie całą kampanię karmiono ludźmi bzdurami o tym, że „wybory będą sfałszowane”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby po pierwszej turze wyborów więcej głosów miał Bronisław Komorowski, to jeszcze głośniej mówiono by o „fałszowaniu”. No ale misterny plan poszedł się kochać, albowiem Duda wszedł do drugiej tury z 1. miejsca. Co prawda usiłowano klarować, że „jakby nie fałszerstwa, to by Duda miał jeszcze więcej głosów”, tym niemniej były to bardzo odosobnione głosy. Po zwycięstwie Dudy w drugiej turze nagle się temat fałszerstw urwał. Nie dało się przed wyborami parlamentarnymi twierdzić, że „Układ nam może przeszkodzić w wyborach”, bo oznaczałoby to, że tenże sam układ pozwolił Andrzejowi Dudzie na zwycięstwo (tzn. ja wiem, że część betonu PiS-owskiego - jak to beton ma w zwyczaju - łyknie dosłownie każdą narrację, ale większość Polaków tymże betonem nie jest i PiS musiał to uwzględnić w swoich planach).
No dobrze, ktoś zapyta, ale gdzie tu miejsce na „przypadek”, o którym mowa w śródtytule? Bo, moim zdaniem, Prezydent Andrzej Duda to wypadek przy pracy (co czyni go prezydentem z przypadku). Nie wiem, ile tysięcy stron tekstu poświęcono analizom kampanii prezydenckiej 2015 (pewnie „w cholerę”), wiem natomiast, że chyba nikt nie zwrócił uwagi na jeden drobny szczegół. Wszyscy obserwatorzy byli zgodni – PiS miał cholernie skuteczną kampanię internetową. Nikt również nie ma wątpliwości co do tego, że w PiS-ie wszystkich za mordę trzyma Jarosław (wspomagany przez starych towarzyszy z zakonu PC). Jak to się więc stało, że Jarosław, który nie umie w internety (na jego niegdysiejsze blogowanie spuśćmy zasłonę milczenia), postanowił wpompować kupę kasy w kampanię internetową (i oddelegować tam sporo ludzi)? Zanim ktoś powie „posłuchał doradców!”; mam uwierzyć w to, że Jarosław Kaczyński posłuchał jakiegoś „gówniarza”, który przyszedł do niego i zachwalał mu FB i Twittera? I tak bardzo się zapalił do tego pomysłu, że powiedział „weź tyle i tyle kasy, weź tylu ludzi i wygrajmy te wybory!”? Serio?
Moim zdaniem o wiele bardziej prawdopodobny był inny scenariusz. Do Jarosława przychodzili jacyś gówniarze i truli mu dupę „panie prezesie – a może by tak internet?”. Jarosław dzielnie ich spławiał (i to przez kilka ładnych lat), ale wreszcie mu się cierpliwość skończyła i pomyślał, że może nadszedł czas na pozbycie się natrętów. Wpadł więc na pomysł taki, że on im pozwoli się wyszumieć i da im zielone światło na ten internet, a jak się już zbłaźnią (i PiS-owski kandydat na prezia przerżnie wybory), to powtórzy się scenariusz, który doprowadził do utworzenia partii „Polska Jest Najważniejsza”. W telegraficznym skrócie – JK w 2010 pozwolił „młodym” prowadzić kampanię prezydencką, a potem, jak się zaczęli stawiać, wywalił ich na zbity pysk. Różnica polega na tym, że tym razem JK nie musiałby już (wybaczcie słownictwo) rżnąć głupa i udawać, że „nie wiedział co się działo w kampanii, bo był na proszkach” (gdyby JK faktycznie był w trakcie kampanii 2010 nafaszerowany silnymi prochami uspokajającymi - do tego stopnia, że „nie wie co się działo" – to przypominałby schyłkowego Breżniewa, bo byłby ledwie przytomny), bo tym razem kto inny kandydował (biorąc pod rozwagę to, że PAD był człowiekiem Lecha, a nie Jarosława – pewnie wyleciałby razem z resztą młodych).
No ale na moment załóżmy, że rację mają ci, którzy wierzą w to, że Jarosław nagle przekonał się do internetów i zrozumiał, że właśnie internet jest kluczem do zwycięstwa. Jeśli poczynimy takie założenie, to może mi ktoś wytłumaczyć, dlaczego wystawiono akurat Andrzeja Dudę? Człowieka absolutnie bez właściwości, którego jedynymi atutami były: wiek, nie najgorsza aparycja i przyklejony uśmiech (nie trzeba być Paulem Ekmanem, żeby dostrzec to, że uśmiech PAD-a jest momentami mocno sztuczny)? Mam uwierzyć w to, że „najlepszym” kandydatem okazał się ktoś, kto został znokautowany w trakcie wywiadu przez Beatę Tadlę (bo ta miała czelność zapytać go o to, ile będzie kosztować realizacja obietnic wyborczych)? A może mam uwierzyć w to, że najlepszym kandydatem był ktoś, kto w trakcie pierwszej debaty z Komorowskim pełnił rolę worka treningowego?
Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany i nadal uważa, że to wszystko (kandydatura AD połączona z działaniami w „internetach”) było przemyślane od początku do końca i PiS od początku „grał” na zwycięstwo Andrzeja Dudy, to osoba taka powinna jedną kwestię przemyśleć. Dlaczego Andrzej Duda zaczął kampanię od wpadek „światopoglądowych”? A to „moje stanowisko na temat in vitro jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu”, a to wygłaszanie (w Rydzykomediach) tyrad o tym, że trzeba zakazać aborcji. Odpowiedź „bo miał być kandydatem konserwatystów” nie wystarcza. Czemu? Ano temu, że do wygrania wyborów nie wystarczą głosy konserwatystów – trzeba też uzyskać poparcie centrum (tak samo było w 2001 z SLD, które przed wyborami parlamentarnymi zmiękczyło swoją lewicową retorykę, żeby nie zniechęcać centrowych wyborców). Nie można takowego poparcia uzyskać, głosząc hasła godne Terlikowskiego (a przynajmniej nie w Polsce). Poza tym – gdyby te wypowiedzi były „elementem wizerunku konserwatysty”, to AD by się z nich potem nie wycofywał.
Zresztą – o tym, że PiS nie wierzył w to, że będzie musiał sięgać po elektorat centrowy (a więc – że będzie szedł po zwycięstwo) świadczy choćby to, że co prawda wycofano kuriozalny projekt ustawy, która zakładała karanie więzieniem za in vitro, ale zastąpiono go niewiele lepszym, w którym można było znaleźć taką perełkę:
Art. 68
1. Kto tworzy embrion ludzki poza organizmem kobiety, podlega grzywnie. W razie skazania sąd orzeka zakaz wykonywania zawodu związanego z prowadzeniem badań genetycznych, zapłodnienia pozaustrojowego lub obrotu gametami na czas nie krótszy od 5 lat.
Przypominam, że taki projekt złożono w trakcie kampanii prezydenckiej. I choć wiadomo było, że tego rodzaju projekt nie ma szans, to jednak nie ma wątpliwości co do tego, że tego rodzaju wyskok działa na centrowego wyborcę jak płachta na byka. Innymi słowy – składanie tego rodzaju projektów ustaw w trakcie kampanii raczej nie służy pozyskiwaniu centrowego wyborcy.
Marsz po władzę – Beata Szydło – Bierna Mierna Wierna
Czemu Jarosław Kaczyński zrezygnował z ubiegania się o stanowisko premiera RP? Ok, jeśli mu się zachce być premierem, to zostanie nim w dowolnym momencie (a Beata Szydło będzie zaskoczona swoją własną decyzją o podaniu się do dymisji), nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że po raz pierwszy od 2007 roku, PiS szedł do wyborów z innym (niż Kaczyński) kandydatem na premiera. Czemu tak się stało?
Na pierwszy rzut oka odpowiedź jest banalnie prosta: Kaczyński zauważył, że Duda wygrał tam, gdzie jemu się nie udało i zrozumiał, że jeśli nadal będzie „kandydatem PiS na premiera”, to może przegrać kolejne wybory. I praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na to, że wcześniejsze założenia były nieco inne. Oddajmy głos Jarosławowi Kaczyńskiemu, który 12.11.2014 powiedział, że „nie ma obowiązku startu w wyborach. "Mając do wyboru stanowisko prezydenta i premiera, wolałbym być premierem, z różnych względów. Wolę tę funkcję – wierzymy, że mamy szansę i wygramy”.
No dobrze, może potem zmienił zdanie? Odpowiedzi na to pytanie może udzielić artykuł Michała Karnowskiego (który jest mniej więcej tak samo niezależny od PiS, jak dron Predator od swojego operatora) z 08.02.2015
Wchodzimy w kluczowy okres kampanii wyborczej. Wbrew wszelkim trudnościom Prawo i Sprawiedliwość zbudowało bardzo mocną ofertę parlamentarno-prezydencką. Jarosław Kaczyński jako kandydat na premiera, Andrzej Duda jako wskazany przez niego kandydat na prezydenta - ta polityczna oferta naprawdę może wygrać z duetem Ewa Kopacz/Bronisław Komorowski.
Niedługo potem na portalu „wPolityce” pojawił się artykuł prof. Nowaka, który stwierdził, że Jarosław dobrze by zrobił, jakby sobie jednak darował bycie premierem. Gównoburza, która wybuchła po PiS-owskiej stronie miała pokaźne rozmiary. Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany, to może warto przyjrzeć się temu, co miała na ten temat do powiedzenia Beata Szydło?
"Po jesiennych wyborach premierem będzie Jarosław Kaczyński". Beata Szydło ucina spekulacje na temat ewentualnego premierowania Andrzeja Dudy” (04-05-2015)
(krótka legenda – ponieważ [przed pierwszą turą wyborów] nie wierzono w to, że Duda wygra – zastanawiano się nad tym, czy w przypadku uzyskania dobrego wyniku będzie kandydatem PiS na premiera).
Narracja była więc jednoznaczna – Andrzej Duda ma być prezydentem, a Jarosław Kaczyński premierem. Czemu więc nagle okazało się, że kandydatem PiS na premiera będzie Beata Szydło? Bo Andrzej Duda wygrał wybory, które miał (z godnością!) przegrać. Gdyby PiS (czyli Jarosław i Zakon PC) od początku na serio traktowali kandydaturę Andrzeja Dudy, to po jego zwycięstwie Kaczyński nadal „wolałby zostać premierem”. Jego rezygnacja uprawdopodabnia moją teorię, według której AD (razem z „młodymi”) został wystawiony na odstrzał. Ponieważ jednak Andrzej Duda wygrał, Jarosław Kaczyński nie mógł odstrzelić młodych i co gorsza – owi młodzi udowodnili mu, że jego (Kaczyńskiego) nieobecność w trakcie kampanii (i jego niekandydowanie w wyborach na prezia Polski) miała zbawienny wpływ na wynik wyborów.
W teorii Kaczyński mógł się zaprzeć i nadal „kandydować na premiera”, ale musiał brać pod rozwagę to, że po ewentualnej klęsce nawet Zakon PC przestanie go bronić. Trzeba więc było wybrać innego kandydata na premiera. Znamienne jest to, że owym kandydatem nie był nikt znaczący w partii, ale właśnie Beata Szydło - osoba, która po ewentualnej wygranej nie będzie stanowiła żadnego zagrożenia dla Jarosława Kaczyńskiego. Zresztą – o tym, jak bardzo poważnie PiS traktował Beatę Szydło może zaświadczyć to, że w czasie, w którym wybierano ministrów, została ona oddelegowana „na wakacje” (z których wróciła, jak media zwęszyły sprawę i PiS zrozumiał, że kiepsko to wygląda). Jeśli ktoś nadal jest gotów twierdzić, że Jarosław zrezygnował z „bycia premierem”, bo już nie chciał się bawić w dużą politykę, niech mi wyjaśni, dlaczego to właśnie Jarosław spotkał się z Orbanem?
O wyniku wyborów parlamentarnych nie ma potrzeby się rozpisywać. Totalnie spieprzona kampania PO, połączona z wypłynięciem taśm z knajpy „Sowa i przyjaciele” i kryzysem migracyjnym dały efekt taki, że PiS ma większość parlamentarną. Reszta jest milczeniem.
Sługa wierny, sługa niezłomny
Po wyborach prezydenckich mainstream eksplodował niezwykle przenikliwymi analizami, według których, skoro Andrzej Duda został już prezydentem, to pewnie się uniezależni od Kaczyńskiego, no bo co mu ten Kaczyński może zrobić? Przecież go nie odwoła! Zanim zacznę się pastwić nad tymi analizami – przypomnę, jak wyglądała narracja budowana przez mainstream
Przed pierwszą turą - „Prezydentem zostanie Komorowski!”
Po pierwszej turze „Mój boże! Niechże ktoś powstrzyma tego Dudę, bo jak zostanie prezydentem to będzie słuchał Kaczyńskiego!”
Po drugiej turze „No to teraz Duda będzie niezależny”
Po bardzo niedługim czasie „Mój boże! Ten Duda robi to co Kaczyński mu każe!!”
Doprawdy – Duda robi to, co każe mu Kaczyński! Najmniejsze zaskoczenie świata. No ale wróćmy do momentu, w którym mainstream (nie cały rzecz jasna) uznał, że Duda może się usamodzielnić. Jak już wspomniałem – usamodzielnienie się Dudy miałoby wynikać z tego, że „Kaczyński go przecież nie odwoła”. Genialne, no po prostu GENIALNE!
Wiele złego można powiedzieć o naszym nowym Prezydencie (choćby to, że jest skrajnie infantylny i jest człowiekiem praktycznie „bez właściwości” [ma dokładnie takie poglądy i opinie, jakie powinien mieć w danym momencie]), ale nie można powiedzieć o nim, że jest idiotą (jeśli zabłąkał się tu jakiś PiS-owiec, który postanowi się obrazić, to pragnę zwrócić uwagę na fakt, że przed „jest idiotą” znajduje się „nie można powiedzieć o nim” [które pełni rolę zaprzeczenia]). Tylko idiota uznałby, że skoro Kaczyński „nie jest w stanie go odwołać”, to znaczy, że można mieć tego Kaczyńskiego w dupie i nie przejmować się tym politycznym emerytem.
Jak wyglądała kampania Andrzeja Dudy? Ano wyglądała tak, że robiono od cholery badań opinii publicznej. Praktycznie cała jego kampania opierała się na tych badaniach (kwestie, które poruszał, odpowiedzi, których udzielał [np. lawirowanie w sprawie in vitro etc.]). Tajemnicą poliszynela jest to, że po wygranych wyborach nie zarzucono tych badań. Żeby nie było nie porozumień – ja nie czynię PAD-owi zarzutu z tego, że dba o PR, nic z tych rzeczy, zwracam jedynie uwagę na fakt, że takowe badania są przeprowadzane. I teraz warto sobie zadać jedno pytanie – kto sponsorował te badania w trakcie kampanii? A kto sponsoruje je teraz? Czy komuś się wydaje, że PiS nadal wspierałby w ten sposób prezydenta, który „wybiłby się na niezależność”? Serio? Bez tych badań PAD byłby praktycznie całkowicie bezradny.
Kwestia druga. Czy komuś się wydaje, że PAD nie wie, w jaki sposób prowadzono jego kampanię? Machina propagandowa PiS-u bezlitośnie punktowała Komorowskiego (później zaś Ewę Kopacz). PiS ma do dyspozycji swoje własne media (nawet przy założeniu, że PAD postawiłby się Jarkowi i zawetował ustawę medialną – PiS nadal miałby do dyspozycji Niezależną, Gazetę Polską etc.), które zajmowały się głównie hejtowaniem BK i PEK. I teraz pytanie – czym zajęłyby się te media, gdyby PAD uznał, że on ma w dupie „emeryta z Żoliborza”? Jak szybko zaczęłyby „masakrować” niezłomnego prezydenta? Który to „niezależny prezydent” byłby idealną ofiarą, bo zostałby odcięty od badań opinii publicznej.
Kwestia trzecia – brak zaplecza. Andrzej Duda, jako polityk z trzeciego rzędu, nie posiadał zaplecza w partii. I nie chodzi tu już o dziury kadrowe, które doprowadziły do tego, że w kancelarii prezia znalazł się taki geniusz, jak redaktor Magierowski, tylko o to, że Andrzej Duda nie miał „swoich” ludzi. W razie „usamodzielnienia się” nie mógłby liczyć na jakiekolwiek wsparcie z PiS. Nie wspominając już o tym, że ludzie Kaczyńskiego, którzy otaczają PAD-a w kancelarii, mogliby zrezygnować z pełnionych funkcji i sparaliżować w ten sposób pracę kancelarii prezydenckiej.
No i na sam koniec. Przy okazji analiz o „usamodzielnieniu się” tłumaczono, że przecież PAD musi to zrobić, bo nie będzie miał szans w kolejnych wyborach! No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że żeby mieć szanse w kampanii – trzeba mieć kasę (którą miał z PiS), ludzi (których miał z PiS) i media (które ma PiS). Dopóki ktoś nie zaoferuje PAD-owi tego samego, co gwarantuje mu bycie „sługą niezłomnym”, prawdopodobieństwo tego, że się „usamodzielni” wynosi równe -1.
Ministrowie Dobrej Zmiany
Na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi spłodziłem dość długą notkę. W tejże notce napisałem również trochę na temat tego, jak będzie się przedstawiał rząd PiS od strony kadrowej:
No dobrze, może ktoś powiedzieć, my to wszystko wiemy, ale co dalej? A dalej to będzie zamaszyście przejebane. I nie chodzi mi o ryzyko wprowadzenia cenzury, państwa wyznaniowego/etc (bo choć politycy PiS-u mają przeważnie polot kafarów do wbijania pali mostowych, to jednak potrafią czytać raporty z badań, które dla nich przeprowadzają firmy badawcze i wiedzą, że jeśli zaczną przesuwać kredens w prawo, to się ludzie wkurwią). Mnie chodzi jedynie o to, że o ile rządom PO baaaardzo daleko było do tego, aby je nazwać „poprawnymi”, to przy nadchodzących rządach PiS-u będą się one jawić jako „rządy fachowców”, a nasze społeczeństwo bardzo szybko przypomni sobie o tym, dlaczego w 2007 roku pokazało premierowi Kaczyńskiemu środkowy palec. Partia Kaczyńskiego już w latach 2005-2007 miała gigantyczny problem z kadrami (nie chodzi mi tu ludzi dobieranych z klucza Bierny Mierny Wierny, ale o ludzi z kwalifikacjami wykraczającymi poza „jestem znajomym Jarka”)
(...)
Dosłownie na palcach jednej ręki można wyliczyć ludzi, którzy nie dostali (w 2005) teki ministerialnej z klucza partyjnego. Jednym z nich był Zbigniew Religa, którego Lech Kaczyński poprosił o objęcie teki ministra zdrowia (i musiało to Lecha wiele kosztować, bo Religa wyborach prezydenckich 2005 poparł Tuska). O Relidze przypominam również dlatego, że ów podpadł PiS-owcom okrutnie, bo nie zrobił czystek w ministerstwie (a przecież tylu chętnych na stołki było), z czego z kolei można wysnuć wniosek, że teraz już nikt w PiS-ie nie popełni „błędu” w postaci obdarowania teką ministerialną kogoś, na kim nie można wymusić podjęcia „słusznych” decyzji.
Wykrakałem. Gwoli ścisłości – nie przytaczam tych fragmentów po to, żeby się chwalić swoją zajebistością, ale dlatego, że po prostu nie chce mi się pisać po raz drugi tego samego. Insza, inszość to fakt, że pomimo tego, że spodziewałem się „wszystkiego najgorszego”, to jednak zaskoczyły mnie takie nazwiska jak Ziobro, Kempa, Jaki etc. Ktoś może powiedzieć „no przecież mieli umowę” - tedy przypominam, że „mienie umowy” nie przeszkodziło Kaczyńskiemu w nie wpuszczeniu na listy PiS Pawła Kowala. Jak to się stało, że „zdrajcy” załapali się na takie stołki? Wszystko staje się jasne, jeśli przyjrzeć się parlamentarnej arytmetyce.
Parlamentarny pat
234 – taką liczbą posłów dysponuje parlamentarny klub Prawa i Sprawiedliwości. Liczba ta, na pierwszy rzut oka, gwarantuje PiS-owi stabilną większość parlamentarną do końca kadencji i gwarantuje Kaczyńskiemu to, że nie będzie się musiał układać z żadną inną partią. Tyle, że to błędne założenie, wynikające z tego, że sporo ludzi nie odróżnia „klubu poselskiego” od partii politycznej. Prawda jest bowiem taka, że w klubie parlamentarnym PiS prócz posłów tejże formacji, znajduje się 8 posłów z Polski Razem Gowina i 9 posłów z Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.
Narracja, którą budowały usłużne PiS-owi media brzmiała tak: Przystawki (Gowin i Ziobro) nie podskoczą prezesowi, bo prezes je trzyma w szachu! Rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Owszem, Kaczyński był „panem życia i śmierci (politycznej)” Gowina i Ziobry (oraz posłów z ich partii), ale tylko do 25 października. Po wyborach ta sytuacja uległa zmianie. I choć dla nikogo nie jest tajemnicą to, że Jarosław Kaczyński ma jeden sposób na radzenie sobie z „wewnętrzną opozycją” (która była na tyle głupia, że się upubliczniła) – wywalenie z partii, to jednak należy pamiętać o tym, że PiS już nie jest w opozycji i nie może sobie pozwolić na stratę posłów. Bo jeśli PiS straci większość parlamentarną, to będzie się musiał „układać” z jakąś inną partią. PSL raczej by się nie skusił – pozostałby jedynie KUKIZ, a to jest tak bardzo nieprzewidywalna grupka posłów, że ciężko by się było Kaczyńskiemu z nimi dogadać (o ile, rzecz jasna, by chcieli). Gdyby się nie dogadał z żadną partią, pozostałby mu rząd mniejszościowy. Mógłby również rozpisać wybory, ale łatka „tego, kto nie potrafi się dogadywać i rozpieprzył własny klub parlamentarny” raczej by mu w wyborach nie pomogła.
Kto tu więc kogo trzyma za łeb? Odpowiedź jest dość prosta – Jarek - Gowina i Ziobrę, Ziobro - Gowina i Jarka, a Gowin - Ziobrę i Jarka. Dlatego nazwałem tę sytuację patem. Prawda jest bowiem taka, że „przystawkom” również nie opłaca się wojowanie (bo w ewentualnych wyborach parlamentarnych nie miałyby szans na przekroczenie progu wyborczego). Tym samym na pytanie „czy Jarek po raz drugi rozpieprzy parlament” ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi, aczkolwiek (jak to mawiają członkowie „Zespołu Macierewicza”) „nie można tego wykluczyć”. Jednakże warto mieć na uwadze to, że (wbrew powszechnej opinii) „Naczelnik” nie ma 100% władzy nad swoim klubem parlamentarnym.
Ecce PiS
Sytuacja wygląda więc następująco: mamy prezydenta z przypadku, mamy wyrób premieropodobny, mamy wkurwionego „Naczelnika” (bo chciałby sobie znowu jeździć i spotykać się z głowami państw) i sytuację, w której „Naczelnik”nie może liczyć na to, że niezależnie od tego co zrobi, będzie miał większość parlamentarną do końca kadencji. Dodajmy do tego ewidentne problemy kadrowe (wystarczy popatrzeć na ostatni wyskok „rzeczniczki” PiS, która proponowała samotnym matkom „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej i posiadanie większej ilości dzieci”) i ustawy pisane na kolanie (choć tak po prawdzie – ten tryb pisania ustaw wynika z braków kadrowych). Nie można również zapominać o tym, że może i PiS-owcom brakuje kwalifikacji, ale wygłodniali są po 8 latach posuchy, więc rzucają się na każdy możliwy stołek. Zresztą – sam „marsz po stołki” sugeruje, że „czynniki decyzyjne” w PiS wiedzą, że większość „aktywu partyjnego” to ludzie bez żadnych kwalifikacji. Bo jak inaczej wytłumaczyć „rewolucję” w służbie cywilnej? Rewolucję, którą tak na dobrą sprawę zapowiadano od 2005 roku (bo już wtedy wspominano o tym, że „konkursy są złe” i że lepiej „zatrudniać za zasługi”). Nie chciałbym być źle zrozumiany – każda partia po wygranych wyborach robi skok na stołki. Jednakże tylko PiS robiąc ten skok wyraźnie pokazuje, że ludzie, których tymi stołkami obdaruje, nie posiadają odpowiednich kwalifikacji.
Ecce „dobra zmiana”
Niektórzy komentatorzy twierdzą, że jeśli PiS spełni obietnice wyborcze (obniżenie wieku emerytalnego, „rodzina 500 plus” etc.), to zyska żelazny elektorat (wykraczający poza swój własny + ten, który zapewnia mariaż z Dyrektorem Radia Zła Żmija i Episkopatem), który będzie na tę partię głosował i zapewni jej co najmniej 2 kadencje. Nie wierzę w to, żeby taki scenariusz się ziścił. Choćby dlatego, że pomysły PiSu najprawdopodobniej rozwalą nam budżet. Nie tak dawno temu minister Radziwiłł zapowiedział, że rząd planuje zmiany w systemie opieki zdrowotnej, które zakładają zniesienie ubezpieczenia zdrowotnego i objęcie wszystkich Polaków darmową opieką zdrowotną (z danych, które podano w artykule wynika, że dzisiaj 2,5 miliona Polaków nie ma ubezpieczenia). W wywiadzie, w którym Radziwiłł opowiadał o tym pomyśle, można było przeczytać „Nie wiadomo, ile taki pomysł będzie kosztował, ale jak przypomina sam minister - osób nieubezpieczonych jest w Polsce blisko dwa i pół miliona.” Innymi słowy, minister pomysł ma, ale nikt jeszcze nie wie ile to będzie kosztować (bo gdyby było wiadomo – to przynajmniej orientacyjna kwota by „wypłynęła” w trakcie rozmowy).
I wydaje mi się, że dokładnie tak samo rzecz się ma z innymi projektami PiS. Nikt nie ma pojęcia ile będą one kosztowały. Nikt się tym nie przejmuje, bo przecież „jakoś to będzie”. I właśnie to „jakoś to będzie” doprowadzi „partię dobrej zmiany” do klęski (bo budżet nie jest z gumy). Jak zachowa się ten potencjalny „żelazny elektorat” w momencie, w którym PiS będzie musiał zrezygnować z „rodziny 500 plus”? Usłużni dziennikarze i usłużne media zachwycają się „tempem, w jakim PiS wprowadza dobrą zmianę”. Moim skromnym zdaniem ten pośpiech sugeruje brak jakiegokolwiek długofalowego planu (nie żebym wierzył w istnienie takowego – po tym, jak okazało się, że sławetna „niebieska teczka pełna ustaw” gdzieś zaginęła i trzeba je pisać od nowa) – wszystko robi się „na żywioł”. „Rodzina 500 plus” jest idealnym przykładem na to, jak bardzo nieprzemyślane są ruchy PiS-u. Chodzi mi o „apele”, żeby ludzie bogaci nie brali 500 złotych. Apele wzięły się stąd, że w ustawie brakuje kryterium dochodowego (w przypadku więcej niż jednego dziecka). Usłużne trolle tłumaczyły, że brak tego kryterium wynika z „terminów”. Konkretnie zaś (w telegraficznym skrócie) chodziło o to, że gdyby chciano wprowadzić to kryterium – wprowadzenie programu „rodzina 500 plus” mogłoby się opóźnić. Na pytanie „czy PiS-owcy nie wiedzieli o tych terminach, kiedy zaczynali pracować nad ustawą”, trolle już nie odpowiedziały. No i teraz trzeba zadać sobie pytanie – czy gdyby „partia dobrej zmiany” miała jakiś konkretny plan (długofalowy), to czy aby nie powinna w nim uwzględnić tych terminów? A jeśli by je uwzględniła, to czy nie mogła najpierw zająć się innymi obietnicami wyborczymi? Zamiast tego zrobiono dziurawą ustawę. Śmiem twierdzić, że cała „dobra zmiana” będzie wprowadzana w ten sam sposób – za pomocą niezbornych ruchów, z konsekwencjami których (wykraczającymi poza następnych kilka miesięcy) nikt się nie liczy.
W związku z tą nonszalancją, rządy PiS najprawdopodobniej skończą się katastrofą (osobną kwestią jest to, jakich rozmiarów będzie ta katastrofa). Nie cieszy mnie to wcale, bo choć PiS-u (delikatnie rzecz ujmując) nie lubię, to jednak nie zapadłem jeszcze na mainstreamozę i wiem, że ktoś będzie musiał poskładać do kupy to, co PiS rozpieprzy. Ujmując rzecz innymi słowy – PiS dostanie kopa od wyborców i zabierze swoje zabawki, a nam (najprawdopodobniej) zostanie Polska w ruinie.
Źródła:
http://niezalezna.pl/61339-kaczynski-wole-byc-premierem
http://wpolityce.pl/polityka/232930-kaczynski-jako-mocny-kandydat-na-premiera-duda-jako-wskazany-przez-niego-kandydat-na-prezydenta-ta-oferta-naprawde-moze-wygrac
http://wpolityce.pl/polityka/243171-po-jesiennych-wyborach-premierem-bedzie-jaroslaw-kaczynski-beata-szydlo-ucina-spekulacje-na-temat-ewentualnego-premierowania-andrzeja-dudy
http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/beata-szydlo-kandydatka-pis-na-premiera_629164.html
http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/pis-zmienia-ustawe-o-sluzbie-cywilnej,603751.html
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,19535554,minister-radziwill-zapowiada-bombe-planujemy-odejscie-od-powszechnego.html
Marsz po władzę – Andrzej Duda prezydent z przypadku
Kiedy PiS ogłosił, że w wyborach prezydenckich wystawi niejakiego Andrzeja Dudę, ogromna większość Polaków zadała sobie jedno pytanie: kogo? Sporej części społeczeństwa „Duda” kojarzył się z Piotrem Dudą (szef NSZZ Solidarność) i w sumie tak się przedstawiała jego „rozpoznawalność”. Konsternacja nie trwała długo i uznano, że PiS wystawił takiego, a nie innego kandydata (którego przy dużej dozie dobrej woli można by określić mianem trzeciorzędowego polityka), żeby „ktoś przegrał z Bronkiem” i żeby ta porażka nie odbiła się na wizerunku partii Jarosława Kaczyńskiego. Mało tego – narracja, którą budował PiS (i usłużni dziennikarze, którzy byli w kampanii tak bardzo niezależni, że teraz zostali obdarowani różnymi stołkami)sugeruje, że porażkę Dudy chciano wykorzystać w wyborach parlamentarnych. Mowa tu, rzecz jasna, o bredniach „będą fałszować wybory – weź długopis etc.” Podkładką pod tę narrację był blamaż PKW, do którego doszło w trakcie wyborów samorządowych 2014 (PiS ten blamaż momentalnie skapitalizował). Z jednej strony mieliśmy przedwyborczy trash-talk „Duda wygra”, ale z drugiej strony przez praktycznie całą kampanię karmiono ludźmi bzdurami o tym, że „wybory będą sfałszowane”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby po pierwszej turze wyborów więcej głosów miał Bronisław Komorowski, to jeszcze głośniej mówiono by o „fałszowaniu”. No ale misterny plan poszedł się kochać, albowiem Duda wszedł do drugiej tury z 1. miejsca. Co prawda usiłowano klarować, że „jakby nie fałszerstwa, to by Duda miał jeszcze więcej głosów”, tym niemniej były to bardzo odosobnione głosy. Po zwycięstwie Dudy w drugiej turze nagle się temat fałszerstw urwał. Nie dało się przed wyborami parlamentarnymi twierdzić, że „Układ nam może przeszkodzić w wyborach”, bo oznaczałoby to, że tenże sam układ pozwolił Andrzejowi Dudzie na zwycięstwo (tzn. ja wiem, że część betonu PiS-owskiego - jak to beton ma w zwyczaju - łyknie dosłownie każdą narrację, ale większość Polaków tymże betonem nie jest i PiS musiał to uwzględnić w swoich planach).
No dobrze, ktoś zapyta, ale gdzie tu miejsce na „przypadek”, o którym mowa w śródtytule? Bo, moim zdaniem, Prezydent Andrzej Duda to wypadek przy pracy (co czyni go prezydentem z przypadku). Nie wiem, ile tysięcy stron tekstu poświęcono analizom kampanii prezydenckiej 2015 (pewnie „w cholerę”), wiem natomiast, że chyba nikt nie zwrócił uwagi na jeden drobny szczegół. Wszyscy obserwatorzy byli zgodni – PiS miał cholernie skuteczną kampanię internetową. Nikt również nie ma wątpliwości co do tego, że w PiS-ie wszystkich za mordę trzyma Jarosław (wspomagany przez starych towarzyszy z zakonu PC). Jak to się więc stało, że Jarosław, który nie umie w internety (na jego niegdysiejsze blogowanie spuśćmy zasłonę milczenia), postanowił wpompować kupę kasy w kampanię internetową (i oddelegować tam sporo ludzi)? Zanim ktoś powie „posłuchał doradców!”; mam uwierzyć w to, że Jarosław Kaczyński posłuchał jakiegoś „gówniarza”, który przyszedł do niego i zachwalał mu FB i Twittera? I tak bardzo się zapalił do tego pomysłu, że powiedział „weź tyle i tyle kasy, weź tylu ludzi i wygrajmy te wybory!”? Serio?
Moim zdaniem o wiele bardziej prawdopodobny był inny scenariusz. Do Jarosława przychodzili jacyś gówniarze i truli mu dupę „panie prezesie – a może by tak internet?”. Jarosław dzielnie ich spławiał (i to przez kilka ładnych lat), ale wreszcie mu się cierpliwość skończyła i pomyślał, że może nadszedł czas na pozbycie się natrętów. Wpadł więc na pomysł taki, że on im pozwoli się wyszumieć i da im zielone światło na ten internet, a jak się już zbłaźnią (i PiS-owski kandydat na prezia przerżnie wybory), to powtórzy się scenariusz, który doprowadził do utworzenia partii „Polska Jest Najważniejsza”. W telegraficznym skrócie – JK w 2010 pozwolił „młodym” prowadzić kampanię prezydencką, a potem, jak się zaczęli stawiać, wywalił ich na zbity pysk. Różnica polega na tym, że tym razem JK nie musiałby już (wybaczcie słownictwo) rżnąć głupa i udawać, że „nie wiedział co się działo w kampanii, bo był na proszkach” (gdyby JK faktycznie był w trakcie kampanii 2010 nafaszerowany silnymi prochami uspokajającymi - do tego stopnia, że „nie wie co się działo" – to przypominałby schyłkowego Breżniewa, bo byłby ledwie przytomny), bo tym razem kto inny kandydował (biorąc pod rozwagę to, że PAD był człowiekiem Lecha, a nie Jarosława – pewnie wyleciałby razem z resztą młodych).
No ale na moment załóżmy, że rację mają ci, którzy wierzą w to, że Jarosław nagle przekonał się do internetów i zrozumiał, że właśnie internet jest kluczem do zwycięstwa. Jeśli poczynimy takie założenie, to może mi ktoś wytłumaczyć, dlaczego wystawiono akurat Andrzeja Dudę? Człowieka absolutnie bez właściwości, którego jedynymi atutami były: wiek, nie najgorsza aparycja i przyklejony uśmiech (nie trzeba być Paulem Ekmanem, żeby dostrzec to, że uśmiech PAD-a jest momentami mocno sztuczny)? Mam uwierzyć w to, że „najlepszym” kandydatem okazał się ktoś, kto został znokautowany w trakcie wywiadu przez Beatę Tadlę (bo ta miała czelność zapytać go o to, ile będzie kosztować realizacja obietnic wyborczych)? A może mam uwierzyć w to, że najlepszym kandydatem był ktoś, kto w trakcie pierwszej debaty z Komorowskim pełnił rolę worka treningowego?
Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany i nadal uważa, że to wszystko (kandydatura AD połączona z działaniami w „internetach”) było przemyślane od początku do końca i PiS od początku „grał” na zwycięstwo Andrzeja Dudy, to osoba taka powinna jedną kwestię przemyśleć. Dlaczego Andrzej Duda zaczął kampanię od wpadek „światopoglądowych”? A to „moje stanowisko na temat in vitro jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu”, a to wygłaszanie (w Rydzykomediach) tyrad o tym, że trzeba zakazać aborcji. Odpowiedź „bo miał być kandydatem konserwatystów” nie wystarcza. Czemu? Ano temu, że do wygrania wyborów nie wystarczą głosy konserwatystów – trzeba też uzyskać poparcie centrum (tak samo było w 2001 z SLD, które przed wyborami parlamentarnymi zmiękczyło swoją lewicową retorykę, żeby nie zniechęcać centrowych wyborców). Nie można takowego poparcia uzyskać, głosząc hasła godne Terlikowskiego (a przynajmniej nie w Polsce). Poza tym – gdyby te wypowiedzi były „elementem wizerunku konserwatysty”, to AD by się z nich potem nie wycofywał.
Zresztą – o tym, że PiS nie wierzył w to, że będzie musiał sięgać po elektorat centrowy (a więc – że będzie szedł po zwycięstwo) świadczy choćby to, że co prawda wycofano kuriozalny projekt ustawy, która zakładała karanie więzieniem za in vitro, ale zastąpiono go niewiele lepszym, w którym można było znaleźć taką perełkę:
Art. 68
1. Kto tworzy embrion ludzki poza organizmem kobiety, podlega grzywnie. W razie skazania sąd orzeka zakaz wykonywania zawodu związanego z prowadzeniem badań genetycznych, zapłodnienia pozaustrojowego lub obrotu gametami na czas nie krótszy od 5 lat.
Przypominam, że taki projekt złożono w trakcie kampanii prezydenckiej. I choć wiadomo było, że tego rodzaju projekt nie ma szans, to jednak nie ma wątpliwości co do tego, że tego rodzaju wyskok działa na centrowego wyborcę jak płachta na byka. Innymi słowy – składanie tego rodzaju projektów ustaw w trakcie kampanii raczej nie służy pozyskiwaniu centrowego wyborcy.
Marsz po władzę – Beata Szydło – Bierna Mierna Wierna
Czemu Jarosław Kaczyński zrezygnował z ubiegania się o stanowisko premiera RP? Ok, jeśli mu się zachce być premierem, to zostanie nim w dowolnym momencie (a Beata Szydło będzie zaskoczona swoją własną decyzją o podaniu się do dymisji), nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że po raz pierwszy od 2007 roku, PiS szedł do wyborów z innym (niż Kaczyński) kandydatem na premiera. Czemu tak się stało?
Na pierwszy rzut oka odpowiedź jest banalnie prosta: Kaczyński zauważył, że Duda wygrał tam, gdzie jemu się nie udało i zrozumiał, że jeśli nadal będzie „kandydatem PiS na premiera”, to może przegrać kolejne wybory. I praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na to, że wcześniejsze założenia były nieco inne. Oddajmy głos Jarosławowi Kaczyńskiemu, który 12.11.2014 powiedział, że „nie ma obowiązku startu w wyborach. "Mając do wyboru stanowisko prezydenta i premiera, wolałbym być premierem, z różnych względów. Wolę tę funkcję – wierzymy, że mamy szansę i wygramy”.
No dobrze, może potem zmienił zdanie? Odpowiedzi na to pytanie może udzielić artykuł Michała Karnowskiego (który jest mniej więcej tak samo niezależny od PiS, jak dron Predator od swojego operatora) z 08.02.2015
Wchodzimy w kluczowy okres kampanii wyborczej. Wbrew wszelkim trudnościom Prawo i Sprawiedliwość zbudowało bardzo mocną ofertę parlamentarno-prezydencką. Jarosław Kaczyński jako kandydat na premiera, Andrzej Duda jako wskazany przez niego kandydat na prezydenta - ta polityczna oferta naprawdę może wygrać z duetem Ewa Kopacz/Bronisław Komorowski.
Niedługo potem na portalu „wPolityce” pojawił się artykuł prof. Nowaka, który stwierdził, że Jarosław dobrze by zrobił, jakby sobie jednak darował bycie premierem. Gównoburza, która wybuchła po PiS-owskiej stronie miała pokaźne rozmiary. Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany, to może warto przyjrzeć się temu, co miała na ten temat do powiedzenia Beata Szydło?
"Po jesiennych wyborach premierem będzie Jarosław Kaczyński". Beata Szydło ucina spekulacje na temat ewentualnego premierowania Andrzeja Dudy” (04-05-2015)
(krótka legenda – ponieważ [przed pierwszą turą wyborów] nie wierzono w to, że Duda wygra – zastanawiano się nad tym, czy w przypadku uzyskania dobrego wyniku będzie kandydatem PiS na premiera).
Narracja była więc jednoznaczna – Andrzej Duda ma być prezydentem, a Jarosław Kaczyński premierem. Czemu więc nagle okazało się, że kandydatem PiS na premiera będzie Beata Szydło? Bo Andrzej Duda wygrał wybory, które miał (z godnością!) przegrać. Gdyby PiS (czyli Jarosław i Zakon PC) od początku na serio traktowali kandydaturę Andrzeja Dudy, to po jego zwycięstwie Kaczyński nadal „wolałby zostać premierem”. Jego rezygnacja uprawdopodabnia moją teorię, według której AD (razem z „młodymi”) został wystawiony na odstrzał. Ponieważ jednak Andrzej Duda wygrał, Jarosław Kaczyński nie mógł odstrzelić młodych i co gorsza – owi młodzi udowodnili mu, że jego (Kaczyńskiego) nieobecność w trakcie kampanii (i jego niekandydowanie w wyborach na prezia Polski) miała zbawienny wpływ na wynik wyborów.
W teorii Kaczyński mógł się zaprzeć i nadal „kandydować na premiera”, ale musiał brać pod rozwagę to, że po ewentualnej klęsce nawet Zakon PC przestanie go bronić. Trzeba więc było wybrać innego kandydata na premiera. Znamienne jest to, że owym kandydatem nie był nikt znaczący w partii, ale właśnie Beata Szydło - osoba, która po ewentualnej wygranej nie będzie stanowiła żadnego zagrożenia dla Jarosława Kaczyńskiego. Zresztą – o tym, jak bardzo poważnie PiS traktował Beatę Szydło może zaświadczyć to, że w czasie, w którym wybierano ministrów, została ona oddelegowana „na wakacje” (z których wróciła, jak media zwęszyły sprawę i PiS zrozumiał, że kiepsko to wygląda). Jeśli ktoś nadal jest gotów twierdzić, że Jarosław zrezygnował z „bycia premierem”, bo już nie chciał się bawić w dużą politykę, niech mi wyjaśni, dlaczego to właśnie Jarosław spotkał się z Orbanem?
O wyniku wyborów parlamentarnych nie ma potrzeby się rozpisywać. Totalnie spieprzona kampania PO, połączona z wypłynięciem taśm z knajpy „Sowa i przyjaciele” i kryzysem migracyjnym dały efekt taki, że PiS ma większość parlamentarną. Reszta jest milczeniem.
Sługa wierny, sługa niezłomny
Po wyborach prezydenckich mainstream eksplodował niezwykle przenikliwymi analizami, według których, skoro Andrzej Duda został już prezydentem, to pewnie się uniezależni od Kaczyńskiego, no bo co mu ten Kaczyński może zrobić? Przecież go nie odwoła! Zanim zacznę się pastwić nad tymi analizami – przypomnę, jak wyglądała narracja budowana przez mainstream
Przed pierwszą turą - „Prezydentem zostanie Komorowski!”
Po pierwszej turze „Mój boże! Niechże ktoś powstrzyma tego Dudę, bo jak zostanie prezydentem to będzie słuchał Kaczyńskiego!”
Po drugiej turze „No to teraz Duda będzie niezależny”
Po bardzo niedługim czasie „Mój boże! Ten Duda robi to co Kaczyński mu każe!!”
Doprawdy – Duda robi to, co każe mu Kaczyński! Najmniejsze zaskoczenie świata. No ale wróćmy do momentu, w którym mainstream (nie cały rzecz jasna) uznał, że Duda może się usamodzielnić. Jak już wspomniałem – usamodzielnienie się Dudy miałoby wynikać z tego, że „Kaczyński go przecież nie odwoła”. Genialne, no po prostu GENIALNE!
Wiele złego można powiedzieć o naszym nowym Prezydencie (choćby to, że jest skrajnie infantylny i jest człowiekiem praktycznie „bez właściwości” [ma dokładnie takie poglądy i opinie, jakie powinien mieć w danym momencie]), ale nie można powiedzieć o nim, że jest idiotą (jeśli zabłąkał się tu jakiś PiS-owiec, który postanowi się obrazić, to pragnę zwrócić uwagę na fakt, że przed „jest idiotą” znajduje się „nie można powiedzieć o nim” [które pełni rolę zaprzeczenia]). Tylko idiota uznałby, że skoro Kaczyński „nie jest w stanie go odwołać”, to znaczy, że można mieć tego Kaczyńskiego w dupie i nie przejmować się tym politycznym emerytem.
Jak wyglądała kampania Andrzeja Dudy? Ano wyglądała tak, że robiono od cholery badań opinii publicznej. Praktycznie cała jego kampania opierała się na tych badaniach (kwestie, które poruszał, odpowiedzi, których udzielał [np. lawirowanie w sprawie in vitro etc.]). Tajemnicą poliszynela jest to, że po wygranych wyborach nie zarzucono tych badań. Żeby nie było nie porozumień – ja nie czynię PAD-owi zarzutu z tego, że dba o PR, nic z tych rzeczy, zwracam jedynie uwagę na fakt, że takowe badania są przeprowadzane. I teraz warto sobie zadać jedno pytanie – kto sponsorował te badania w trakcie kampanii? A kto sponsoruje je teraz? Czy komuś się wydaje, że PiS nadal wspierałby w ten sposób prezydenta, który „wybiłby się na niezależność”? Serio? Bez tych badań PAD byłby praktycznie całkowicie bezradny.
Kwestia druga. Czy komuś się wydaje, że PAD nie wie, w jaki sposób prowadzono jego kampanię? Machina propagandowa PiS-u bezlitośnie punktowała Komorowskiego (później zaś Ewę Kopacz). PiS ma do dyspozycji swoje własne media (nawet przy założeniu, że PAD postawiłby się Jarkowi i zawetował ustawę medialną – PiS nadal miałby do dyspozycji Niezależną, Gazetę Polską etc.), które zajmowały się głównie hejtowaniem BK i PEK. I teraz pytanie – czym zajęłyby się te media, gdyby PAD uznał, że on ma w dupie „emeryta z Żoliborza”? Jak szybko zaczęłyby „masakrować” niezłomnego prezydenta? Który to „niezależny prezydent” byłby idealną ofiarą, bo zostałby odcięty od badań opinii publicznej.
Kwestia trzecia – brak zaplecza. Andrzej Duda, jako polityk z trzeciego rzędu, nie posiadał zaplecza w partii. I nie chodzi tu już o dziury kadrowe, które doprowadziły do tego, że w kancelarii prezia znalazł się taki geniusz, jak redaktor Magierowski, tylko o to, że Andrzej Duda nie miał „swoich” ludzi. W razie „usamodzielnienia się” nie mógłby liczyć na jakiekolwiek wsparcie z PiS. Nie wspominając już o tym, że ludzie Kaczyńskiego, którzy otaczają PAD-a w kancelarii, mogliby zrezygnować z pełnionych funkcji i sparaliżować w ten sposób pracę kancelarii prezydenckiej.
No i na sam koniec. Przy okazji analiz o „usamodzielnieniu się” tłumaczono, że przecież PAD musi to zrobić, bo nie będzie miał szans w kolejnych wyborach! No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że żeby mieć szanse w kampanii – trzeba mieć kasę (którą miał z PiS), ludzi (których miał z PiS) i media (które ma PiS). Dopóki ktoś nie zaoferuje PAD-owi tego samego, co gwarantuje mu bycie „sługą niezłomnym”, prawdopodobieństwo tego, że się „usamodzielni” wynosi równe -1.
Ministrowie Dobrej Zmiany
Na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi spłodziłem dość długą notkę. W tejże notce napisałem również trochę na temat tego, jak będzie się przedstawiał rząd PiS od strony kadrowej:
No dobrze, może ktoś powiedzieć, my to wszystko wiemy, ale co dalej? A dalej to będzie zamaszyście przejebane. I nie chodzi mi o ryzyko wprowadzenia cenzury, państwa wyznaniowego/etc (bo choć politycy PiS-u mają przeważnie polot kafarów do wbijania pali mostowych, to jednak potrafią czytać raporty z badań, które dla nich przeprowadzają firmy badawcze i wiedzą, że jeśli zaczną przesuwać kredens w prawo, to się ludzie wkurwią). Mnie chodzi jedynie o to, że o ile rządom PO baaaardzo daleko było do tego, aby je nazwać „poprawnymi”, to przy nadchodzących rządach PiS-u będą się one jawić jako „rządy fachowców”, a nasze społeczeństwo bardzo szybko przypomni sobie o tym, dlaczego w 2007 roku pokazało premierowi Kaczyńskiemu środkowy palec. Partia Kaczyńskiego już w latach 2005-2007 miała gigantyczny problem z kadrami (nie chodzi mi tu ludzi dobieranych z klucza Bierny Mierny Wierny, ale o ludzi z kwalifikacjami wykraczającymi poza „jestem znajomym Jarka”)
(...)
Dosłownie na palcach jednej ręki można wyliczyć ludzi, którzy nie dostali (w 2005) teki ministerialnej z klucza partyjnego. Jednym z nich był Zbigniew Religa, którego Lech Kaczyński poprosił o objęcie teki ministra zdrowia (i musiało to Lecha wiele kosztować, bo Religa wyborach prezydenckich 2005 poparł Tuska). O Relidze przypominam również dlatego, że ów podpadł PiS-owcom okrutnie, bo nie zrobił czystek w ministerstwie (a przecież tylu chętnych na stołki było), z czego z kolei można wysnuć wniosek, że teraz już nikt w PiS-ie nie popełni „błędu” w postaci obdarowania teką ministerialną kogoś, na kim nie można wymusić podjęcia „słusznych” decyzji.
Wykrakałem. Gwoli ścisłości – nie przytaczam tych fragmentów po to, żeby się chwalić swoją zajebistością, ale dlatego, że po prostu nie chce mi się pisać po raz drugi tego samego. Insza, inszość to fakt, że pomimo tego, że spodziewałem się „wszystkiego najgorszego”, to jednak zaskoczyły mnie takie nazwiska jak Ziobro, Kempa, Jaki etc. Ktoś może powiedzieć „no przecież mieli umowę” - tedy przypominam, że „mienie umowy” nie przeszkodziło Kaczyńskiemu w nie wpuszczeniu na listy PiS Pawła Kowala. Jak to się stało, że „zdrajcy” załapali się na takie stołki? Wszystko staje się jasne, jeśli przyjrzeć się parlamentarnej arytmetyce.
Parlamentarny pat
234 – taką liczbą posłów dysponuje parlamentarny klub Prawa i Sprawiedliwości. Liczba ta, na pierwszy rzut oka, gwarantuje PiS-owi stabilną większość parlamentarną do końca kadencji i gwarantuje Kaczyńskiemu to, że nie będzie się musiał układać z żadną inną partią. Tyle, że to błędne założenie, wynikające z tego, że sporo ludzi nie odróżnia „klubu poselskiego” od partii politycznej. Prawda jest bowiem taka, że w klubie parlamentarnym PiS prócz posłów tejże formacji, znajduje się 8 posłów z Polski Razem Gowina i 9 posłów z Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.
Narracja, którą budowały usłużne PiS-owi media brzmiała tak: Przystawki (Gowin i Ziobro) nie podskoczą prezesowi, bo prezes je trzyma w szachu! Rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Owszem, Kaczyński był „panem życia i śmierci (politycznej)” Gowina i Ziobry (oraz posłów z ich partii), ale tylko do 25 października. Po wyborach ta sytuacja uległa zmianie. I choć dla nikogo nie jest tajemnicą to, że Jarosław Kaczyński ma jeden sposób na radzenie sobie z „wewnętrzną opozycją” (która była na tyle głupia, że się upubliczniła) – wywalenie z partii, to jednak należy pamiętać o tym, że PiS już nie jest w opozycji i nie może sobie pozwolić na stratę posłów. Bo jeśli PiS straci większość parlamentarną, to będzie się musiał „układać” z jakąś inną partią. PSL raczej by się nie skusił – pozostałby jedynie KUKIZ, a to jest tak bardzo nieprzewidywalna grupka posłów, że ciężko by się było Kaczyńskiemu z nimi dogadać (o ile, rzecz jasna, by chcieli). Gdyby się nie dogadał z żadną partią, pozostałby mu rząd mniejszościowy. Mógłby również rozpisać wybory, ale łatka „tego, kto nie potrafi się dogadywać i rozpieprzył własny klub parlamentarny” raczej by mu w wyborach nie pomogła.
Kto tu więc kogo trzyma za łeb? Odpowiedź jest dość prosta – Jarek - Gowina i Ziobrę, Ziobro - Gowina i Jarka, a Gowin - Ziobrę i Jarka. Dlatego nazwałem tę sytuację patem. Prawda jest bowiem taka, że „przystawkom” również nie opłaca się wojowanie (bo w ewentualnych wyborach parlamentarnych nie miałyby szans na przekroczenie progu wyborczego). Tym samym na pytanie „czy Jarek po raz drugi rozpieprzy parlament” ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi, aczkolwiek (jak to mawiają członkowie „Zespołu Macierewicza”) „nie można tego wykluczyć”. Jednakże warto mieć na uwadze to, że (wbrew powszechnej opinii) „Naczelnik” nie ma 100% władzy nad swoim klubem parlamentarnym.
Ecce PiS
Sytuacja wygląda więc następująco: mamy prezydenta z przypadku, mamy wyrób premieropodobny, mamy wkurwionego „Naczelnika” (bo chciałby sobie znowu jeździć i spotykać się z głowami państw) i sytuację, w której „Naczelnik”nie może liczyć na to, że niezależnie od tego co zrobi, będzie miał większość parlamentarną do końca kadencji. Dodajmy do tego ewidentne problemy kadrowe (wystarczy popatrzeć na ostatni wyskok „rzeczniczki” PiS, która proponowała samotnym matkom „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej i posiadanie większej ilości dzieci”) i ustawy pisane na kolanie (choć tak po prawdzie – ten tryb pisania ustaw wynika z braków kadrowych). Nie można również zapominać o tym, że może i PiS-owcom brakuje kwalifikacji, ale wygłodniali są po 8 latach posuchy, więc rzucają się na każdy możliwy stołek. Zresztą – sam „marsz po stołki” sugeruje, że „czynniki decyzyjne” w PiS wiedzą, że większość „aktywu partyjnego” to ludzie bez żadnych kwalifikacji. Bo jak inaczej wytłumaczyć „rewolucję” w służbie cywilnej? Rewolucję, którą tak na dobrą sprawę zapowiadano od 2005 roku (bo już wtedy wspominano o tym, że „konkursy są złe” i że lepiej „zatrudniać za zasługi”). Nie chciałbym być źle zrozumiany – każda partia po wygranych wyborach robi skok na stołki. Jednakże tylko PiS robiąc ten skok wyraźnie pokazuje, że ludzie, których tymi stołkami obdaruje, nie posiadają odpowiednich kwalifikacji.
Ecce „dobra zmiana”
Niektórzy komentatorzy twierdzą, że jeśli PiS spełni obietnice wyborcze (obniżenie wieku emerytalnego, „rodzina 500 plus” etc.), to zyska żelazny elektorat (wykraczający poza swój własny + ten, który zapewnia mariaż z Dyrektorem Radia Zła Żmija i Episkopatem), który będzie na tę partię głosował i zapewni jej co najmniej 2 kadencje. Nie wierzę w to, żeby taki scenariusz się ziścił. Choćby dlatego, że pomysły PiSu najprawdopodobniej rozwalą nam budżet. Nie tak dawno temu minister Radziwiłł zapowiedział, że rząd planuje zmiany w systemie opieki zdrowotnej, które zakładają zniesienie ubezpieczenia zdrowotnego i objęcie wszystkich Polaków darmową opieką zdrowotną (z danych, które podano w artykule wynika, że dzisiaj 2,5 miliona Polaków nie ma ubezpieczenia). W wywiadzie, w którym Radziwiłł opowiadał o tym pomyśle, można było przeczytać „Nie wiadomo, ile taki pomysł będzie kosztował, ale jak przypomina sam minister - osób nieubezpieczonych jest w Polsce blisko dwa i pół miliona.” Innymi słowy, minister pomysł ma, ale nikt jeszcze nie wie ile to będzie kosztować (bo gdyby było wiadomo – to przynajmniej orientacyjna kwota by „wypłynęła” w trakcie rozmowy).
I wydaje mi się, że dokładnie tak samo rzecz się ma z innymi projektami PiS. Nikt nie ma pojęcia ile będą one kosztowały. Nikt się tym nie przejmuje, bo przecież „jakoś to będzie”. I właśnie to „jakoś to będzie” doprowadzi „partię dobrej zmiany” do klęski (bo budżet nie jest z gumy). Jak zachowa się ten potencjalny „żelazny elektorat” w momencie, w którym PiS będzie musiał zrezygnować z „rodziny 500 plus”? Usłużni dziennikarze i usłużne media zachwycają się „tempem, w jakim PiS wprowadza dobrą zmianę”. Moim skromnym zdaniem ten pośpiech sugeruje brak jakiegokolwiek długofalowego planu (nie żebym wierzył w istnienie takowego – po tym, jak okazało się, że sławetna „niebieska teczka pełna ustaw” gdzieś zaginęła i trzeba je pisać od nowa) – wszystko robi się „na żywioł”. „Rodzina 500 plus” jest idealnym przykładem na to, jak bardzo nieprzemyślane są ruchy PiS-u. Chodzi mi o „apele”, żeby ludzie bogaci nie brali 500 złotych. Apele wzięły się stąd, że w ustawie brakuje kryterium dochodowego (w przypadku więcej niż jednego dziecka). Usłużne trolle tłumaczyły, że brak tego kryterium wynika z „terminów”. Konkretnie zaś (w telegraficznym skrócie) chodziło o to, że gdyby chciano wprowadzić to kryterium – wprowadzenie programu „rodzina 500 plus” mogłoby się opóźnić. Na pytanie „czy PiS-owcy nie wiedzieli o tych terminach, kiedy zaczynali pracować nad ustawą”, trolle już nie odpowiedziały. No i teraz trzeba zadać sobie pytanie – czy gdyby „partia dobrej zmiany” miała jakiś konkretny plan (długofalowy), to czy aby nie powinna w nim uwzględnić tych terminów? A jeśli by je uwzględniła, to czy nie mogła najpierw zająć się innymi obietnicami wyborczymi? Zamiast tego zrobiono dziurawą ustawę. Śmiem twierdzić, że cała „dobra zmiana” będzie wprowadzana w ten sam sposób – za pomocą niezbornych ruchów, z konsekwencjami których (wykraczającymi poza następnych kilka miesięcy) nikt się nie liczy.
W związku z tą nonszalancją, rządy PiS najprawdopodobniej skończą się katastrofą (osobną kwestią jest to, jakich rozmiarów będzie ta katastrofa). Nie cieszy mnie to wcale, bo choć PiS-u (delikatnie rzecz ujmując) nie lubię, to jednak nie zapadłem jeszcze na mainstreamozę i wiem, że ktoś będzie musiał poskładać do kupy to, co PiS rozpieprzy. Ujmując rzecz innymi słowy – PiS dostanie kopa od wyborców i zabierze swoje zabawki, a nam (najprawdopodobniej) zostanie Polska w ruinie.
Źródła:
http://niezalezna.pl/61339-kaczynski-wole-byc-premierem
http://wpolityce.pl/polityka/232930-kaczynski-jako-mocny-kandydat-na-premiera-duda-jako-wskazany-przez-niego-kandydat-na-prezydenta-ta-oferta-naprawde-moze-wygrac
http://wpolityce.pl/polityka/243171-po-jesiennych-wyborach-premierem-bedzie-jaroslaw-kaczynski-beata-szydlo-ucina-spekulacje-na-temat-ewentualnego-premierowania-andrzeja-dudy
http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/beata-szydlo-kandydatka-pis-na-premiera_629164.html
http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/pis-zmienia-ustawe-o-sluzbie-cywilnej,603751.html
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,19535554,minister-radziwill-zapowiada-bombe-planujemy-odejscie-od-powszechnego.html
czwartek, 10 grudnia 2015
„Antykomunistyczna” ściema PiS
Tytuł notki może być nieco mylący, albowiem odnosi się ona nie tylko do PiS, ale do wszystkich „antykomunistycznych” (cudzysłów użyty rozmyślnie) środowisk (organizacji/etc), które wyrastają w naszym kraju jak grzyby po deszczu (warto zwrócić uwagę na pewną zależność: im więcej czasu minęło od upadku PRLu, tym więcej ludzi chce „walczyć z komuną”). Tym niemniej, to PiS od bardzo dawna najgłośniej gardłował o potrzebie „dekomunizacji” Polski (urzędów, telewizji publicznej etc., etc.). I to właśnie ta partia nie pozwala kretyńskiemu hasłu „dekomunizacji” zniknąć z debaty publicznej mimo że od początku zmian ustrojowych w Polsce minęło już prawie 26 lat. Cała ta „antykomunistyczna” retoryka jest non stop podlewana bełkotem o „układzie” i o spiskujących służbach specjalnych. Czemu uważam to za bełkot? Dlatego, że gdyby te służby były faktycznie tak wszechpotężne, jak to przedstawia PiS, to byłoby o nich bardzo cicho. Bo „nieznani sprawcy” zajęliby się każdym, kto poruszałby ich temat w mediach. No, ale to jedynie taka dygresja. Wróćmy do naszych „antykomunistów”.
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych „antkomunistów” w PiSie jest poseł Stanisław Pięta. Jest on tak bardzo antykomunistyczny, że swego czasu wyraził swoją aprobatę dla zabijania niemowląt, które miały pecha urodzić się np. w rodzinach funkcjonariuszy MO, względnie w rodzinach chłopów, którzy otrzymali po wojnie ziemię w ramach reformy rolnej. Kronikarski obowiązek każe przypomnieć, że poseł Pięta starał się potem jakoś swoje słowa wytłumaczyć. Robił to jednak tak idiotycznie, że poświęciłem tym „tłumaczeniom” osobną notkę. Innym przejawem twórczości posła Pięty jest taki oto wpis z Facebooka (nadesłany przez Natalię):
Nieco mniej klinicznym przypadkiem jest Tomasz Terlikowski, który razu pewnego pochwalił się nie lada osiągnięciem na Twitterze:
Innym okazem „antykomunisty” jest pierwszy rolnik RP – Rafał Ziemkiewicz, który (przy okazji moralnego wzburzenia prawicy związanego z wykładami Baumana) z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością klarował, że teraz nastąpi u nas oczyszczenie instytucji publicznych z komunizmu bo... minęło dokładnie tyle samo lat, co w RFN od końca wojny do momentu, w którym Niemcy zaczęli się domagać tego, żeby powywalać z urzędów(etc) byłych członków NSDAP.
Hasła w rodzaju „dla komuny Norymberga”, które od czasu do czasu (np. przy okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego) zalewają internet, tak bardzo wszystkim spowszedniały, że mało kto na nie zwraca uwagę. Tak samo spowszedniało to, że każdy kto podpadnie PiS, jest z miejsca lustrowany (a jeśli nie on, to jego rodzina, znajomi etc.), albowiem partia ta ukochała sobie termin „genetycznego patriotyzmu”, w myśl którego dziecko członka PZPR jest złe z założenia.
W teorii więc wygląda to wszystko tak, że PiS (i jego otoczenie w postaci choćby usłużnych dziennikarzy) poświęca się bez reszty „walce z komuną”. W teorii są to wszystko ludzie „niezłomni”, którzy nie spoczną, dopóki nie doprowadzą do końca dzieła dekomunizacji Polski.
Czemu „w teorii”? Bo w praktyce cała ta „antykomunistyczna” retoryka to ten rodzaj „prawdy”, którą swego czasu Józef Tischner umieścił na 3 miejscu „góralskiej teorii poznania”. Chodzi mi, rzecz jasna, o „gówno prawdę”. A wszyscy „niezłomni” to albo pożyteczni idioci, albo cwaniaczki, które świadomie powielają PiSowską narrację „antykomunistyczną”. Różnica pomiędzy pożytecznym idiotą i cwaniaczkiem polega na tym, że ten pierwszy przeważnie faktycznie wierzy w te bzdury o „komuchach rządzących Polską”, a ten drugi wie, że to bzdury i ma to w dupie (dodatkowo zawsze ma pod ręką arsenał „argumentów” przygotowanych przez PiSowskich spindoktorów). No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, „nie uprzedzajmy faktów”. W niniejszej notce skupię się na dwóch nazwiskach, które doskonale obrazują, w jaki sposób działa „dekomunizacja” i stawianie na „genetycznych patriotów”w wydaniu PiS.
Andrzej Kryże
Wpierw cytat z Wiki:
Od listopada 2005 do maja 2006 był z ramienia Prawa i Sprawiedliwości sekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości w okresie, kiedy urząd Ministra Sprawiedliwości sprawował Zbigniew Ziobro. Od maja 2006 do listopada 2007 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Był członkiem Komisji powołanej przez Ministra Sprawiedliwości do opracowania projektu nowego Kodeksu karnego w latach 2000-2001. W latach 2001-2005 brał udział jako ekspert w pracach sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do spraw zmian w kodyfikacjach (NKK). W roku 2007 Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przedstawił kandydaturę Andrzeja Kryżego, który jako podsekretarz stanu zachowywał tytuł sędziego Sądu Okręgowego, do powołania na stanowisko sędziego Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Krajowa Rada Sądownictwa odrzuciła ten wniosek. Później Zbigniew Ziobro mianował Andrzeja Kryżego prokuratorem Prokuratury Krajowej.
Widać wyraźnie, że Andrzej Kryże cieszył się sporym zaufaniem w PiSie. Jest to o tyle interesujące, że ta partia czyściła wszystkie możliwe stołki po SLD, a mimo to (vide: podkreślony fragment) Kryże się ostał. Gdyby jedyną przewiną tego pana był fakt, że SLD go wciągnął do jakiejś komisji, nie pastwiłbym się nad nim, bo i nie byłoby po co. Tutaj nieco dłuższy cytat (ze strony bankier.pl):
IPN prowadzi postępowanie sprawdzające doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zbrodni komunistycznej przez Andrzeja Kryżego, obecnego wiceministra sprawiedliwości.
W 1980 roku Kryże skazał na karę więzienia obecnego wicemarszałka sejmu Bronisława Komorowskiego z PO, posła Platformy Obywatelskiej Andrzeja Czumę, Wojciecha Ziembińskiego i Jana Józefa Janowskiego za zorganizowanie w Warszawie 11 listopada 1979 roku obchodów Święta Niepodległości.
Andrzej Kryże podkreśla w rozmowie z IAR, że nie czuje się winny, ale jest gotów odpowiedzieć przed Instytutem Pamięci Narodowej. Wiceminister sprawiedliwości podkreśla, że wyrok w sprawie demonstracji z 11 listopada 1979 roku przed Grobem Nieznanego Żołnierza bardzo nie podobał się ówczesnym władzom. Jak mówi - złagodził prawie o połowę karę - na przykład dla Wojciecha Ziembińskiego. Wyeliminował też - jak podkreśla - zarzut o pogardliwe odnoszenie się wobec narodu polskiego, co najbardziej bolało opozycjonistów i na czym najbardziej zależało władzom, aby takie sformułowanie zostawić.
(…)
Andrzej Kryże całą sprawę traktuje jako atak polityczny na Prawo i Sprawiedliwość i ministra Ziobrę.
Jak podkreślił dziś Janusz Kurtyka, zbrodnią komunistyczną jest czyn będący przestępstwem w momencie jego popełnienia. Prokurator weryfikuje teraz, czy taka sytuacja naprawdę zaistniała. Według prezesa IPN, postępowanie potrwa miesiąc albo dwa. (artykuł pojawił się 2007-08-03)
Co ciekawe, IPN wszczął śledztwo w sprawie 16 listopada 2007 r. Czyli dopiero po tym, jak PiS przegrał wybory. Czym się zakończyło śledztwo? Niczym. I to dosłownie niczym, ponieważ informacji na temat śledztwa nie można znaleźć na stronie IPN. A więc nie zakończyło się wydaniem postanowienia o umorzeniu, nie zakończyło się kierowaniem aktu oskarżenia, ani też nie zostało zawieszone, jeśli zaś jest w biegu – to próżno szukać o tym informacji na stronie IPN. Jeśli ktoś chce się przekonać, to zachęcam do pogrzebania na stronie IPN w śledztwach prowadzonych przez „oddziałową komisję w Warszawie”. Jest to o tyle kuriozalne, że to nie jest sprawa z jakichś zamierzchłych czasów i nie powinno być problemów z jej udokumentowaniem. Skoro Sąd Najwyższy unieważnił wyroki Andrzeja Kryże, to chyba musiał dysponować jakąś dokumentacją? A skoro dysponował, to znaczy, że akta sprawy nie zostały „ukradzione przez nieznanych sprawców”. Poza tym, nawet gdyby ktoś ukradł akta, to IPN miałby psi obowiązek poinformowania, że nie dysponuje wystarczającymi dowodami. A tak mamy do czynienia z sytuacją, w której sprawa toczy się już 8 lat i „końca nie widać”. Już po napisaniu niniejszego tekstu wygrzebałem w „internetach” linki do wpisów na Salonie24 – w których ktoś odniósł się do sprawy Kryże (link1 i link2) – najwidoczniej zamiast grzebać, jak kto głupi na stronie IPN – powinienem po użyć przeglądarki. Z wpisów tych wynika, że sprawa jest w toku, zaś IPN absurdalnie długi czas trwania sprawy tłumaczy tym, że była ona „skomplikowana” i potrzeba było „wielopłaszczyznowego postępowania dowodowego” etc. Przypominam, że chodzi o sprawę, w której skazano opozycjonistów między innymi za złożenie kwiatów na grobie Nieznanego Żołnierza.
Niezależnie od tego, co wykaże śledztwo (o ile w ogóle ktoś jeszcze w IPN o nim pamięta), sprawa jest dość ewidentna. Andrzej Kryże,choć sam nie czuł się winny, skazał opozycjonistów za to, że zorganizowali obchody Dnia Niepodległości. A to dla każdego polskiego „antykomunisty” powinno być wystarczającym powodem, żeby zapytać polityków PiS, dlaczego taka osoba była podsekretarzem stanu w ich rządzie? I znowu ciekawostka – w latach 2005-2007 niektórym Kryże przeszkadzał, ale potem jakoś tak zniknął z „antykomunistycznego” dyskursu.
Jeszcze ciekawiej robi się kiedy popatrzymy na osobę Andrzeja Kryże pod kątem „genetycznego patriotyzmu” (jakże bliskiego sercu każdego PiSowca i każdego „niezłomnego antykomunisty”, który wszędzie widzi resortowe dzieci). Otóż ojcem Andrzeja Kryże był Roman Kryże (za Wiki):
Wyroki prześladujące opozycję, mordy sądowe:
Brał udział w orzekaniu wyroków skazujących, w tym również na karę śmierci, w sprawach przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego, m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego* i majora Tadeusza Pleśniaka. W 1964 był przewodniczącym składu sędziowskiego, który wydał wyroki skazujące w sprawie tzw. afery mięsnej. Wiele z wyroków wydanych przez niego zostało uznanych po 1989 za mordy sądowe.
Bezwzględność w wydawaniu wyroków śmierci w okresie stalinowskim przyczyniła się także do ukucia powiedzenia: „Sędzia Kryże – będą krzyże”, a także określenia „ukryżować”. Określenia tego używał m.in. znany adwokat i obrońca w procesach politycznych Władysław Siła-Nowicki.
*(Roman Kryże był członkiem Najwyższego Sądu Wojskowego, który utrzymał wyrok śmierci wydany na rtm. Pileckiego.)
Owszem, nie jest winą Andrzeja Kryże, że jego ojciec był komunistycznym zbrodniarzem, którego wyroki zostały po 89 roku uznane za „mordy sądowe”. Każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, wie, że idiotyzmem jest sądzenie dzieci za grzechy rodziców. Tyle że, po pierwsze, Andrzej Kryże sam miał swój własny „komunistyczny życiorys”, a po drugie, partia, która dała mu bardzo wysokie stołki (wiceministra sprawiedliwości) potrafi wypomnieć komuś to, że jego rodzic był w PZPR. Bo „genetyczny patriotyzm”. Jak więc ten „genetyczny patriotyzm” wyglądał u syna zbrodniarza, który skazał na śmierć rotmistrza Pileckiego?
Wielokrotnie zdarzało mi się dyskutować z fanami PiSu i jego polityki „antykomunistycznej” na temat sędziego Kryże. Kilku „pożytecznych idiotów” autentycznie zatkało po tym, jak przybliżyłem im sylwetkę Andrzeja Kryże i jego ojca. Nie twierdzę, że „nawróciłem” kilka osób, ale ich żarliwa wiara w to, że „PiS = dekomunizacja” nieco na chwilę przygasła. Zupełnie inaczej rzecz się miała (i ma) z cwaniaczkami. Cwaniaczki generalnie pomijają nazwisko Andrzeja Kryże. Czy Tomasz Terlikowski kiedyś wspomniał o tej osobie? Robert Tekieli tłumaczył mi, że stołek od PiS dla Andrzeja Kryże to „złożona sprawa i że nie nie da się na ten temat rozmawiać na Twitterze”. Niestety nie dane mi było dowiedzieć się, o co mu tak konkretnie chodzi, bo tematu nie ciągnął, a mnie nieco później zbanował. Jakiś inny cwaniaczek tłumaczył, że „wszystkiemu winien brak dekomunizacji, bo przez to nie było wiadomo, kto komuch”. Raz miałem do czynienia z betonem, który nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że Kryże był podsekretarzem stanu. Tłumaczył, że był „kandydatem na podsekretarza, ale nie dostał stołka”. Kiedy podrzuciłem mu link do dokumentu umieszczonego na stronie gov.pl i podpisanego „Andrzej Kryże – podsekretarz stanu”, cwaniaczek się zaciął i powtarzał, że to nie jest prawda, a ja manipuluję faktami, bo jestem z PO. Przed samymi wyborami parlamentarnymi cwaniaczki przemawiały jednym głosem: „No, może i wcześniej się im komuchów zdarzało zatrudniać, ale teraz z tym koniec!” Za moment zacznę się nad tym „końcem” pastwić.
W temacie sędziego Kryże prawdziwą bombę odpalił ostatnio Stanisław „antykomunista” Pięta, który stwierdził, że: (screen z Twittera).
Jak widać, skazywanie opozycjonistów jest, w jego opinii, mniejszą przewiną, niż noszenie koszulek z Marksem (za które to, jak pamiętamy z wcześniejszego wpisu , należałoby rozstrzeliwać ludzi). Ten moment szczerości się Stanisławowi Pięcie wymsknął przy okazji obrony innej osoby, która jest kolejnym dowodem na to, jak bardzo „antykomunistyczny” jest PiS:
Stanisław Piotrowicz
W tym konkretnym przypadku rozpisywać się jakoś specjalnie nie trzeba, bo o Piotrowiczu (który był prokuratorem w czasach PRL, autorem aktu oskarżenia przeciwko działaczowi opozycji w trakcie stanu wojennego, członkiem PZPR odznaczonym Brązowym Krzyżem Zasługi w 1983 r.) jest dość głośno. A PiSowskie media, wspierane przez polityków tej formacji, dwoją się i troją, żeby wybielić pana Stanisława. Prócz PZPRowskiej przeszłości polityk zabłysnął przy okazji sprawy księdza-pedofila z Tylawy (tego samego, którego bronił abp Michalik), w którego przypadku nie dopatrzył się znamion przestępstwa. Choć śledztwo umorzył jego podwładny, Piotrowicz bronił decyzji o umorzeniu sprawy. No, ale to tylko dygresja, bo my tu przecież o antykomunizmie (a nie o ludziach, którzy zmienili czerwonego pana na „czarnego”). Media tak długo grillowały pana Stanisława, aż wreszcie puściły mu uszczelki i powiedział był:
„Żeby wspierać działania opozycjonistów, trzeba było wiele ryzykować. Jako funkcjonariusz, jako prokurator w tamtym czasie, ryzykowałem znacznie więcej. Gdyby została ujawniona moja prawdziwa działalność, sprzyjanie tym, którzy mieli niesłusznie problemy z prawem, groziłaby mi za to znacznie surowsza kara” (…)
„Nie, nie wstydzę się. Mało tego (przynależności do PZPR). Żyłem w poczuciu satysfakcji, że wiele ludzi coś mi zawdzięcza. Nie skrzywdziłem żadnego człowieka. Wielu z tych ludzi później przychodziło do mnie po pomoc, po poradę”
W sprawie Piotrowicza wypowiedział się Tomasz Terlikowski:
Warto do tego dodać jeszcze, że Stanisław Piotrowicz o swej heroicznej walce wspomniał dopiero teraz (wcześniej jedynie tłumaczył, że Brązowy Krzyż Zasługi, to w sumie nic nie warte odznaczenie, więc nie wiadomo czemu w ogóle ludzie się go o to czepiają). Czy Stanisław Piotrowicz przeszkadza „antykomunistom”? A gdzie tam. Ci są tak bardzo zajęci glanowaniem Henryki Krzywonos, że nie mają czasu, żeby pochylić się nad Piotrowiczem. Cwaniaczki zaś (kiedy się im podeśle nazwiska PZPRowców w PiSie) zgodnie twierdzą, że „no, może i w PiSie są PZPRowcy, ale W PO JEST ICH WIĘCEJ!”. To napisawszy, jeden z nich uraczył mnie memem, na którym był również Bartosz Arłukowicz (który w momencie upadku PRLu miał 17 lat z hakiem) i o 3 lata od niego młodszy Grzegorz Napieralski. Ok, to byli politycy SLD. Ale żaden z nich nie należał do PZPR, więc zrównywanie ich np. z takimi jegomościami, jak Kryże i Piotrowicz, to lekkie nadużycie. Kiedy zapytałem cwaniaczka o to, co tam robią Napieralski i Arłukowicz, odpowiedział: „nie wiem, autor mema ich tam umieścił”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że towarzyszy z PZPR w PiSie jest znacznie więcej (bo nie mówimy tu przecież li tylko o szczeblu centralnym, ale również o samorządowym tzw „strukturach partii”). Ja jedynie napisałem o najgłośniejszych przypadkach, żeby nie musieć czytelnikowi tłumaczyć, kto to jest ten Jasiński albo Kostrzewski.
Nad argumentem „w PiSie PZPRowcy są, ale w PO jest ich więcej” warto się na moment pochylić. Głównie dlatego, że w kontekście retoryki „antykomunistycznej” jest on po prostu debilny. Prawda jest bowiem taka, że z punktu widzenia „niezłomnego antykomunisty” nie powinno mieć znaczenia, że gdzieś jest „mniej komuchów”, niż w innym miejscu. Bo (zgodnie z ich retoryką) „walczą z komuną” gdziekolwiek ją znajdą. Jak to więc jest, że PZPRowcy w PO im przeszkadzają, ale ci w PiSie już nie bardzo? Jak to jest, że taki „niezłomny” może się z jednej strony drzeć „dla komuny Norymberga”, a z drugiej twierdzić, że PiS ze swoją gromadką PZPRowców będzie „dekomunizował”? Sytuacja, w której to PiS ma zorganizować tę „Norymbergę”, wygląda to mniej więcej tak samo, jak gdyby w Trybunale Norymberskim część miejsc wśród orzekających zarezerwowano dla członków NSDAP (no bo i tak byłoby ich tam mniej, niż nazistów w Niemczech, więc nie ma problemu). I nie, to nie jest „reductio ad Hitlerum”. To nie ja wymyśliłem hasło o „Norymberdze dla komuny”.
Muszę tu poczynić jedną uwagę natury ogólnej. To nie jest tak, że moim zdaniem każdy, kto był w PZPR, ten szuja i skurwysyn. Nie jestem jakimś gimbo-antykomunistą (przypominam, że „gimbo” nie oznacza młodego wieku, tylko „stan umysłu”) i wiem, że różni ludzie należeli do tej „partii”. Tym niemniej, jeśli jakaś partia (i jej przybudówki) z jednej strony męczy buły o „potrzebie dekomunizacji”, a z drugiej otacza się „komuchami”, to trzeba głośno powiedzieć: „Halo, czy przypadkiem nie powinniście się zapoznać ze znaczeniem słowa „hipokryzja”?” PiSowców (w tym „antykomunistę” Stanisława Piętę) jeszcze jakoś można zrozumieć. Są w partii, w której mają gówno do gadania, więc będą mówić to, co im każą i wtedy, kiedy im każą. Jak Pięcie każą warczeć „na komunę”, będzie warczał na komunę. Jak mu każą bronić Kryże, będzie bronił Kryże. To jest polityka. A u nas do polityki zawsze garnęli się ludzie niezbyt lotni i dobierani na zasadzie BMW. O ile więc można zrozumieć PiSowską hipokryzję (podyktowaną względami koniunkturalnymi: „bo prezes wypieprzy z partii”), o ile można zrozumieć działanie „cwaniaczków” (czyli wszelkiej maści „niepokornych”, którzy mają cały ten antykomunizm w dupie, ale wiedzą, że można zarobić na bajaniach, jak to w Polsce układ rządzi), to zrozumieć pożytecznych idiotów nie potrafię.
Nie rozumiem zacietrzewienia gimbo-antykomunistów, którzy pieprzą jakieś pierdolety o „potrzebie dekomunizacji”, ale PZPR-owski aktyw w PiSie im na dłuższą metę nie przeszkadza. Tzn. na moment można nimi „wstrząsnąć”, ale potem to i tak to oleją. Bo skoro prezydent Duda założył na siebie polo z napisem „red is bad”, to znaczy, że PiS jest lepszy od PO. A w ogóle, to „jebać PO i precz z komuną, bo żołnierze wyklęci”. I nie, nie można tego tłumaczyć „brakiem wiedzy”. Większość z tych ludzie wie, że w PiSie też jest sporo towarzyszy z PZPR. Tylko po prostu mają to w dupie i to „mienie w dupie” w żaden sposób nie kłóci się (w ich opinii) z „antykomunistycznymi” poglądami.
Źródła:
Artykuł o Andrzeju Kryże na portalu bankier.pl
Oświadczenie IPN o wszczęciu postępowania
Śledztwa IPN
Strona Wiki o Romanie Kryże
Strona Wiki o Andrzeju Kryże
Chwila szczerości Piotrowicza
Salon 24 Link 1
Salon 24 Link 2
Notki o Stanisławie Pięcie:
O mordowaniu niemowląt
O Bzdurnych tłumaczeniach
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych „antkomunistów” w PiSie jest poseł Stanisław Pięta. Jest on tak bardzo antykomunistyczny, że swego czasu wyraził swoją aprobatę dla zabijania niemowląt, które miały pecha urodzić się np. w rodzinach funkcjonariuszy MO, względnie w rodzinach chłopów, którzy otrzymali po wojnie ziemię w ramach reformy rolnej. Kronikarski obowiązek każe przypomnieć, że poseł Pięta starał się potem jakoś swoje słowa wytłumaczyć. Robił to jednak tak idiotycznie, że poświęciłem tym „tłumaczeniom” osobną notkę. Innym przejawem twórczości posła Pięty jest taki oto wpis z Facebooka (nadesłany przez Natalię):
![]() |
| W tym przypadku nie podaje linku źródłowego - bo pan poseł opublikował swój komentarz na czyimś prywatnym koncie |
Nieco mniej klinicznym przypadkiem jest Tomasz Terlikowski, który razu pewnego pochwalił się nie lada osiągnięciem na Twitterze:
Innym okazem „antykomunisty” jest pierwszy rolnik RP – Rafał Ziemkiewicz, który (przy okazji moralnego wzburzenia prawicy związanego z wykładami Baumana) z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością klarował, że teraz nastąpi u nas oczyszczenie instytucji publicznych z komunizmu bo... minęło dokładnie tyle samo lat, co w RFN od końca wojny do momentu, w którym Niemcy zaczęli się domagać tego, żeby powywalać z urzędów(etc) byłych członków NSDAP.
Hasła w rodzaju „dla komuny Norymberga”, które od czasu do czasu (np. przy okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego) zalewają internet, tak bardzo wszystkim spowszedniały, że mało kto na nie zwraca uwagę. Tak samo spowszedniało to, że każdy kto podpadnie PiS, jest z miejsca lustrowany (a jeśli nie on, to jego rodzina, znajomi etc.), albowiem partia ta ukochała sobie termin „genetycznego patriotyzmu”, w myśl którego dziecko członka PZPR jest złe z założenia.
![]() |
| PiS wzywa na pomoc IPN |
Czemu „w teorii”? Bo w praktyce cała ta „antykomunistyczna” retoryka to ten rodzaj „prawdy”, którą swego czasu Józef Tischner umieścił na 3 miejscu „góralskiej teorii poznania”. Chodzi mi, rzecz jasna, o „gówno prawdę”. A wszyscy „niezłomni” to albo pożyteczni idioci, albo cwaniaczki, które świadomie powielają PiSowską narrację „antykomunistyczną”. Różnica pomiędzy pożytecznym idiotą i cwaniaczkiem polega na tym, że ten pierwszy przeważnie faktycznie wierzy w te bzdury o „komuchach rządzących Polską”, a ten drugi wie, że to bzdury i ma to w dupie (dodatkowo zawsze ma pod ręką arsenał „argumentów” przygotowanych przez PiSowskich spindoktorów). No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, „nie uprzedzajmy faktów”. W niniejszej notce skupię się na dwóch nazwiskach, które doskonale obrazują, w jaki sposób działa „dekomunizacja” i stawianie na „genetycznych patriotów”w wydaniu PiS.
Andrzej Kryże
Wpierw cytat z Wiki:
Od listopada 2005 do maja 2006 był z ramienia Prawa i Sprawiedliwości sekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości w okresie, kiedy urząd Ministra Sprawiedliwości sprawował Zbigniew Ziobro. Od maja 2006 do listopada 2007 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Był członkiem Komisji powołanej przez Ministra Sprawiedliwości do opracowania projektu nowego Kodeksu karnego w latach 2000-2001. W latach 2001-2005 brał udział jako ekspert w pracach sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do spraw zmian w kodyfikacjach (NKK). W roku 2007 Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przedstawił kandydaturę Andrzeja Kryżego, który jako podsekretarz stanu zachowywał tytuł sędziego Sądu Okręgowego, do powołania na stanowisko sędziego Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Krajowa Rada Sądownictwa odrzuciła ten wniosek. Później Zbigniew Ziobro mianował Andrzeja Kryżego prokuratorem Prokuratury Krajowej.
Widać wyraźnie, że Andrzej Kryże cieszył się sporym zaufaniem w PiSie. Jest to o tyle interesujące, że ta partia czyściła wszystkie możliwe stołki po SLD, a mimo to (vide: podkreślony fragment) Kryże się ostał. Gdyby jedyną przewiną tego pana był fakt, że SLD go wciągnął do jakiejś komisji, nie pastwiłbym się nad nim, bo i nie byłoby po co. Tutaj nieco dłuższy cytat (ze strony bankier.pl):
IPN prowadzi postępowanie sprawdzające doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zbrodni komunistycznej przez Andrzeja Kryżego, obecnego wiceministra sprawiedliwości.
W 1980 roku Kryże skazał na karę więzienia obecnego wicemarszałka sejmu Bronisława Komorowskiego z PO, posła Platformy Obywatelskiej Andrzeja Czumę, Wojciecha Ziembińskiego i Jana Józefa Janowskiego za zorganizowanie w Warszawie 11 listopada 1979 roku obchodów Święta Niepodległości.
Andrzej Kryże podkreśla w rozmowie z IAR, że nie czuje się winny, ale jest gotów odpowiedzieć przed Instytutem Pamięci Narodowej. Wiceminister sprawiedliwości podkreśla, że wyrok w sprawie demonstracji z 11 listopada 1979 roku przed Grobem Nieznanego Żołnierza bardzo nie podobał się ówczesnym władzom. Jak mówi - złagodził prawie o połowę karę - na przykład dla Wojciecha Ziembińskiego. Wyeliminował też - jak podkreśla - zarzut o pogardliwe odnoszenie się wobec narodu polskiego, co najbardziej bolało opozycjonistów i na czym najbardziej zależało władzom, aby takie sformułowanie zostawić.
(…)
Andrzej Kryże całą sprawę traktuje jako atak polityczny na Prawo i Sprawiedliwość i ministra Ziobrę.
Jak podkreślił dziś Janusz Kurtyka, zbrodnią komunistyczną jest czyn będący przestępstwem w momencie jego popełnienia. Prokurator weryfikuje teraz, czy taka sytuacja naprawdę zaistniała. Według prezesa IPN, postępowanie potrwa miesiąc albo dwa. (artykuł pojawił się 2007-08-03)
Co ciekawe, IPN wszczął śledztwo w sprawie 16 listopada 2007 r. Czyli dopiero po tym, jak PiS przegrał wybory. Czym się zakończyło śledztwo? Niczym. I to dosłownie niczym, ponieważ informacji na temat śledztwa nie można znaleźć na stronie IPN. A więc nie zakończyło się wydaniem postanowienia o umorzeniu, nie zakończyło się kierowaniem aktu oskarżenia, ani też nie zostało zawieszone, jeśli zaś jest w biegu – to próżno szukać o tym informacji na stronie IPN. Jeśli ktoś chce się przekonać, to zachęcam do pogrzebania na stronie IPN w śledztwach prowadzonych przez „oddziałową komisję w Warszawie”. Jest to o tyle kuriozalne, że to nie jest sprawa z jakichś zamierzchłych czasów i nie powinno być problemów z jej udokumentowaniem. Skoro Sąd Najwyższy unieważnił wyroki Andrzeja Kryże, to chyba musiał dysponować jakąś dokumentacją? A skoro dysponował, to znaczy, że akta sprawy nie zostały „ukradzione przez nieznanych sprawców”. Poza tym, nawet gdyby ktoś ukradł akta, to IPN miałby psi obowiązek poinformowania, że nie dysponuje wystarczającymi dowodami. A tak mamy do czynienia z sytuacją, w której sprawa toczy się już 8 lat i „końca nie widać”. Już po napisaniu niniejszego tekstu wygrzebałem w „internetach” linki do wpisów na Salonie24 – w których ktoś odniósł się do sprawy Kryże (link1 i link2) – najwidoczniej zamiast grzebać, jak kto głupi na stronie IPN – powinienem po użyć przeglądarki. Z wpisów tych wynika, że sprawa jest w toku, zaś IPN absurdalnie długi czas trwania sprawy tłumaczy tym, że była ona „skomplikowana” i potrzeba było „wielopłaszczyznowego postępowania dowodowego” etc. Przypominam, że chodzi o sprawę, w której skazano opozycjonistów między innymi za złożenie kwiatów na grobie Nieznanego Żołnierza.
Niezależnie od tego, co wykaże śledztwo (o ile w ogóle ktoś jeszcze w IPN o nim pamięta), sprawa jest dość ewidentna. Andrzej Kryże,choć sam nie czuł się winny, skazał opozycjonistów za to, że zorganizowali obchody Dnia Niepodległości. A to dla każdego polskiego „antykomunisty” powinno być wystarczającym powodem, żeby zapytać polityków PiS, dlaczego taka osoba była podsekretarzem stanu w ich rządzie? I znowu ciekawostka – w latach 2005-2007 niektórym Kryże przeszkadzał, ale potem jakoś tak zniknął z „antykomunistycznego” dyskursu.
Jeszcze ciekawiej robi się kiedy popatrzymy na osobę Andrzeja Kryże pod kątem „genetycznego patriotyzmu” (jakże bliskiego sercu każdego PiSowca i każdego „niezłomnego antykomunisty”, który wszędzie widzi resortowe dzieci). Otóż ojcem Andrzeja Kryże był Roman Kryże (za Wiki):
Wyroki prześladujące opozycję, mordy sądowe:
Brał udział w orzekaniu wyroków skazujących, w tym również na karę śmierci, w sprawach przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego, m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego* i majora Tadeusza Pleśniaka. W 1964 był przewodniczącym składu sędziowskiego, który wydał wyroki skazujące w sprawie tzw. afery mięsnej. Wiele z wyroków wydanych przez niego zostało uznanych po 1989 za mordy sądowe.
Bezwzględność w wydawaniu wyroków śmierci w okresie stalinowskim przyczyniła się także do ukucia powiedzenia: „Sędzia Kryże – będą krzyże”, a także określenia „ukryżować”. Określenia tego używał m.in. znany adwokat i obrońca w procesach politycznych Władysław Siła-Nowicki.
*(Roman Kryże był członkiem Najwyższego Sądu Wojskowego, który utrzymał wyrok śmierci wydany na rtm. Pileckiego.)
Owszem, nie jest winą Andrzeja Kryże, że jego ojciec był komunistycznym zbrodniarzem, którego wyroki zostały po 89 roku uznane za „mordy sądowe”. Każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, wie, że idiotyzmem jest sądzenie dzieci za grzechy rodziców. Tyle że, po pierwsze, Andrzej Kryże sam miał swój własny „komunistyczny życiorys”, a po drugie, partia, która dała mu bardzo wysokie stołki (wiceministra sprawiedliwości) potrafi wypomnieć komuś to, że jego rodzic był w PZPR. Bo „genetyczny patriotyzm”. Jak więc ten „genetyczny patriotyzm” wyglądał u syna zbrodniarza, który skazał na śmierć rotmistrza Pileckiego?
Wielokrotnie zdarzało mi się dyskutować z fanami PiSu i jego polityki „antykomunistycznej” na temat sędziego Kryże. Kilku „pożytecznych idiotów” autentycznie zatkało po tym, jak przybliżyłem im sylwetkę Andrzeja Kryże i jego ojca. Nie twierdzę, że „nawróciłem” kilka osób, ale ich żarliwa wiara w to, że „PiS = dekomunizacja” nieco na chwilę przygasła. Zupełnie inaczej rzecz się miała (i ma) z cwaniaczkami. Cwaniaczki generalnie pomijają nazwisko Andrzeja Kryże. Czy Tomasz Terlikowski kiedyś wspomniał o tej osobie? Robert Tekieli tłumaczył mi, że stołek od PiS dla Andrzeja Kryże to „złożona sprawa i że nie nie da się na ten temat rozmawiać na Twitterze”. Niestety nie dane mi było dowiedzieć się, o co mu tak konkretnie chodzi, bo tematu nie ciągnął, a mnie nieco później zbanował. Jakiś inny cwaniaczek tłumaczył, że „wszystkiemu winien brak dekomunizacji, bo przez to nie było wiadomo, kto komuch”. Raz miałem do czynienia z betonem, który nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że Kryże był podsekretarzem stanu. Tłumaczył, że był „kandydatem na podsekretarza, ale nie dostał stołka”. Kiedy podrzuciłem mu link do dokumentu umieszczonego na stronie gov.pl i podpisanego „Andrzej Kryże – podsekretarz stanu”, cwaniaczek się zaciął i powtarzał, że to nie jest prawda, a ja manipuluję faktami, bo jestem z PO. Przed samymi wyborami parlamentarnymi cwaniaczki przemawiały jednym głosem: „No, może i wcześniej się im komuchów zdarzało zatrudniać, ale teraz z tym koniec!” Za moment zacznę się nad tym „końcem” pastwić.
W temacie sędziego Kryże prawdziwą bombę odpalił ostatnio Stanisław „antykomunista” Pięta, który stwierdził, że: (screen z Twittera).
![]() |
| "Ich postawa" albowiem "antykomunista" pisał też o Piotrowiczu |
Stanisław Piotrowicz
W tym konkretnym przypadku rozpisywać się jakoś specjalnie nie trzeba, bo o Piotrowiczu (który był prokuratorem w czasach PRL, autorem aktu oskarżenia przeciwko działaczowi opozycji w trakcie stanu wojennego, członkiem PZPR odznaczonym Brązowym Krzyżem Zasługi w 1983 r.) jest dość głośno. A PiSowskie media, wspierane przez polityków tej formacji, dwoją się i troją, żeby wybielić pana Stanisława. Prócz PZPRowskiej przeszłości polityk zabłysnął przy okazji sprawy księdza-pedofila z Tylawy (tego samego, którego bronił abp Michalik), w którego przypadku nie dopatrzył się znamion przestępstwa. Choć śledztwo umorzył jego podwładny, Piotrowicz bronił decyzji o umorzeniu sprawy. No, ale to tylko dygresja, bo my tu przecież o antykomunizmie (a nie o ludziach, którzy zmienili czerwonego pana na „czarnego”). Media tak długo grillowały pana Stanisława, aż wreszcie puściły mu uszczelki i powiedział był:
„Żeby wspierać działania opozycjonistów, trzeba było wiele ryzykować. Jako funkcjonariusz, jako prokurator w tamtym czasie, ryzykowałem znacznie więcej. Gdyby została ujawniona moja prawdziwa działalność, sprzyjanie tym, którzy mieli niesłusznie problemy z prawem, groziłaby mi za to znacznie surowsza kara” (…)
![]() |
| Ciężko inaczej skomentować słowa Piotrowicza |
„Nie, nie wstydzę się. Mało tego (przynależności do PZPR). Żyłem w poczuciu satysfakcji, że wiele ludzi coś mi zawdzięcza. Nie skrzywdziłem żadnego człowieka. Wielu z tych ludzi później przychodziło do mnie po pomoc, po poradę”
W sprawie Piotrowicza wypowiedział się Tomasz Terlikowski:
![]() |
| Wcześniej "precz z komuną" a teraz "ktoś być musiał w PZPR" |
Warto do tego dodać jeszcze, że Stanisław Piotrowicz o swej heroicznej walce wspomniał dopiero teraz (wcześniej jedynie tłumaczył, że Brązowy Krzyż Zasługi, to w sumie nic nie warte odznaczenie, więc nie wiadomo czemu w ogóle ludzie się go o to czepiają). Czy Stanisław Piotrowicz przeszkadza „antykomunistom”? A gdzie tam. Ci są tak bardzo zajęci glanowaniem Henryki Krzywonos, że nie mają czasu, żeby pochylić się nad Piotrowiczem. Cwaniaczki zaś (kiedy się im podeśle nazwiska PZPRowców w PiSie) zgodnie twierdzą, że „no, może i w PiSie są PZPRowcy, ale W PO JEST ICH WIĘCEJ!”. To napisawszy, jeden z nich uraczył mnie memem, na którym był również Bartosz Arłukowicz (który w momencie upadku PRLu miał 17 lat z hakiem) i o 3 lata od niego młodszy Grzegorz Napieralski. Ok, to byli politycy SLD. Ale żaden z nich nie należał do PZPR, więc zrównywanie ich np. z takimi jegomościami, jak Kryże i Piotrowicz, to lekkie nadużycie. Kiedy zapytałem cwaniaczka o to, co tam robią Napieralski i Arłukowicz, odpowiedział: „nie wiem, autor mema ich tam umieścił”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że towarzyszy z PZPR w PiSie jest znacznie więcej (bo nie mówimy tu przecież li tylko o szczeblu centralnym, ale również o samorządowym tzw „strukturach partii”). Ja jedynie napisałem o najgłośniejszych przypadkach, żeby nie musieć czytelnikowi tłumaczyć, kto to jest ten Jasiński albo Kostrzewski.
Nad argumentem „w PiSie PZPRowcy są, ale w PO jest ich więcej” warto się na moment pochylić. Głównie dlatego, że w kontekście retoryki „antykomunistycznej” jest on po prostu debilny. Prawda jest bowiem taka, że z punktu widzenia „niezłomnego antykomunisty” nie powinno mieć znaczenia, że gdzieś jest „mniej komuchów”, niż w innym miejscu. Bo (zgodnie z ich retoryką) „walczą z komuną” gdziekolwiek ją znajdą. Jak to więc jest, że PZPRowcy w PO im przeszkadzają, ale ci w PiSie już nie bardzo? Jak to jest, że taki „niezłomny” może się z jednej strony drzeć „dla komuny Norymberga”, a z drugiej twierdzić, że PiS ze swoją gromadką PZPRowców będzie „dekomunizował”? Sytuacja, w której to PiS ma zorganizować tę „Norymbergę”, wygląda to mniej więcej tak samo, jak gdyby w Trybunale Norymberskim część miejsc wśród orzekających zarezerwowano dla członków NSDAP (no bo i tak byłoby ich tam mniej, niż nazistów w Niemczech, więc nie ma problemu). I nie, to nie jest „reductio ad Hitlerum”. To nie ja wymyśliłem hasło o „Norymberdze dla komuny”.
Muszę tu poczynić jedną uwagę natury ogólnej. To nie jest tak, że moim zdaniem każdy, kto był w PZPR, ten szuja i skurwysyn. Nie jestem jakimś gimbo-antykomunistą (przypominam, że „gimbo” nie oznacza młodego wieku, tylko „stan umysłu”) i wiem, że różni ludzie należeli do tej „partii”. Tym niemniej, jeśli jakaś partia (i jej przybudówki) z jednej strony męczy buły o „potrzebie dekomunizacji”, a z drugiej otacza się „komuchami”, to trzeba głośno powiedzieć: „Halo, czy przypadkiem nie powinniście się zapoznać ze znaczeniem słowa „hipokryzja”?” PiSowców (w tym „antykomunistę” Stanisława Piętę) jeszcze jakoś można zrozumieć. Są w partii, w której mają gówno do gadania, więc będą mówić to, co im każą i wtedy, kiedy im każą. Jak Pięcie każą warczeć „na komunę”, będzie warczał na komunę. Jak mu każą bronić Kryże, będzie bronił Kryże. To jest polityka. A u nas do polityki zawsze garnęli się ludzie niezbyt lotni i dobierani na zasadzie BMW. O ile więc można zrozumieć PiSowską hipokryzję (podyktowaną względami koniunkturalnymi: „bo prezes wypieprzy z partii”), o ile można zrozumieć działanie „cwaniaczków” (czyli wszelkiej maści „niepokornych”, którzy mają cały ten antykomunizm w dupie, ale wiedzą, że można zarobić na bajaniach, jak to w Polsce układ rządzi), to zrozumieć pożytecznych idiotów nie potrafię.
Nie rozumiem zacietrzewienia gimbo-antykomunistów, którzy pieprzą jakieś pierdolety o „potrzebie dekomunizacji”, ale PZPR-owski aktyw w PiSie im na dłuższą metę nie przeszkadza. Tzn. na moment można nimi „wstrząsnąć”, ale potem to i tak to oleją. Bo skoro prezydent Duda założył na siebie polo z napisem „red is bad”, to znaczy, że PiS jest lepszy od PO. A w ogóle, to „jebać PO i precz z komuną, bo żołnierze wyklęci”. I nie, nie można tego tłumaczyć „brakiem wiedzy”. Większość z tych ludzie wie, że w PiSie też jest sporo towarzyszy z PZPR. Tylko po prostu mają to w dupie i to „mienie w dupie” w żaden sposób nie kłóci się (w ich opinii) z „antykomunistycznymi” poglądami.
Źródła:
Artykuł o Andrzeju Kryże na portalu bankier.pl
Oświadczenie IPN o wszczęciu postępowania
Śledztwa IPN
Strona Wiki o Romanie Kryże
Strona Wiki o Andrzeju Kryże
Chwila szczerości Piotrowicza
Salon 24 Link 1
Salon 24 Link 2
Notki o Stanisławie Pięcie:
O mordowaniu niemowląt
O Bzdurnych tłumaczeniach
poniedziałek, 26 października 2015
O Zandbergu, który „popsuł lewicę”
Do wczoraj (niedziela wyborcza), do godziny 21 nie wiedziałem, że w Polsce jest aż tylu ludzi, którzy troszczą się o lewicę. Konkretnie zaś takich, którzy troszczą się o to, żeby lewica miała swoją reprezentacje w parlamencie. Po 21, kiedy okazało się, że ani ZLEW, ani Razem nie wejdą, na głowę Adriana Zandberga wylano hektolitry pomyj, bo „to jego wina, że teraz w parlamencie nie będzie lewicy”. W niniejszej notce postaram się wytłumaczyć dlaczego, moim zdaniem, ta teza jest tak idiotyczna, że samo przeczytanie zdania „to wina Zandberga” może wywołać ból zębów.
Oskarżony Adrian Zandberg
Gdybyśmy chcieli potraktować poważnie argumentację wszystkich tych mędrców, którzy odsądzają Zandberga od czci i wiary za to, co się stało (czyli na dobrą sprawę za ZLEW poza sejmem, bo ci sami mędrcy partię Razem mieli w dupie od początku jej istnienia, bo im nie pasowała do sztancy) musielibyśmy stwierdzić, że jedyną przewiną tego konkretnego lewaka było to, że... przyszedł na debatę do studia i mówił z sensem. Ów straszliwy „efekt Zandberga” (który w opinii mędrców doprowadził do porażki ZLEW-u) polegał na tym, że ów człowiek zamiast wydzierać ryj - odpowiadał na pytania. Czy doprawdy trzeba tłumaczyć dlaczego ta teza jest idiotyczna? Co miał zrobić Zandberg? Nie iść na debatę? Nie odpowiadać na pytania? Wyjechać Korwinowi z bani? Podbić oko Ryszardowi Petru?
Doszło do dość absurdalnej sytuacji – opieprza się faceta, który wypadł w debacie dobrze, zamiast opieprzać ludzi, którzy na jego tle wypadli blado. To zajeżdża sytuacją z 2007 roku, w której Tusk znokautował Kaczyńskiego w trakcie debaty, ale „prawilni” dziennikarze tłumaczyli, że to nie była wina Kaczyńskiego (że dał dupy i się źle przygotował do debaty), tylko Tuska właśnie (bo nie dał Kaczyńskiemu skrzydeł rozwinąć). Kto bronił Nowackiej przygotować się do debaty? Przecież równie dobrze to ona mogła być gwiazdą tejże debaty i po niej mógł nastąpić „efekt Nowackiej”, który dałby ZLEW-owi kilkanaście procent poparcia.
Główny poszkodowany - urwany ZLEW
Największy ból miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę mieli (i mają nadal) politycy, którzy startowali ze ZLEW-u. np. Michał Kabaciński: Niech Razem weźmie odpowiedzialność za brak lewicy w Sejmie. I znowuż to nie „my” jesteśmy winni, to „oni”. Nawet gdybyśmy skupili się li tylko na kampanii wyborczej – te słowa brzmią idiotycznie. Bo czym zawiniła partia Razem? Tym, że powstała i że wystartowała w wyborach? Interesujące jest to, że ZLEW-owcy w ogóle nie patrzą na wynik wyborów przez pryzmat tego, że spieprzyli kampanię (mimo, że mieli znacznie łatwiejszą sytuację od partii, którą media olewały przez większą część kampanii, ale o tym za moment napiszę), tylko przez to, że im „Razem zabrało głosy”. Faktycznie, mogłoby być tak, że gdyby Razem nie powstało, to ZLEW wszedłby do parlamentu, ale odpowiedzmy sobie na jedno pytanie – czy to byłoby aż tak dobre dla polskiej lewicy? To, że lewicowi wyborcy MUSZĄ głosować na partię Leszka Millera z braku alternatyw (bo sarna z krzesłem na głowie do sejmu niestety nie wejdzie)?
A jak się będzie przedstawiać argumentacja „to wina Razem”, jeśli wyjdziemy poza to, co działo się w trakcie kampanii? Jeszcze bardziej idiotycznie. Bo oto mamy partię, która przez 10 lat była w opozycji i przez cały ten czas nie potrafiła się w tej roli odnaleźć. Co było o tyle dziwne, że przecież do zwycięstwa w 2001 roku doszło między innymi dlatego, że Leszek „Żelazny Kanclerz” Miller bezlitośnie punktował AWS (bo było za co). Jak to więc jest, że SLD nie miało pretensji samo do siebie (za to, że zmarnowało 10 lat w opozycji), ale mogło te pretensje mieć do partii za to, że powstała i wystartowała w wyborach? Bo na pewno właśnie to (powstanie Razem) zaszkodziło SLD i na pewno z porażką wyborczą nie miały nic wspólnego działania tejże partii, których to działań zwieńczeniem (przysłowiową wisienką na torcie) było wystawienie Magdaleny Ogórek w Wyborach Prezydenckich 2015.
No ale ZLEW to nie tylko SLD – przecież tam byli jeszcze pogrobowcy Ruchu Palikota (Zielonych pomijam z racji tego, że nigdy nie byli samodzielnym bytem w parlamencie). Ruch Palikota miał być „nowoczesną lewicą”, ale wszystko skończyło się na „miał być”, bo Palikot za bardzo skupił się na glanowaniu Episkopatologii i walce z SLD o głosy lewicy i tak jakby zapomniał o tym, czym się powinna zajmować opozycja parlamentarna. Mało kto dzisiaj mówi, że większa część kadencji 2011-2015 upłynęła Palikotowi i Millerowi na wzajemnej napier***nce (inaczej się tego nazwać nie da). O ile w mediach „starych” (Telewizornia/etc.) panowie jeszcze jakiś poziom trzymali, to już na FB i Twitterach ich podwładni uprawiali coś, co eufemizując można określić mianem kopania się po jajach.
Czemu oba te polityczne byty, zamiast współpracować po lewej stronie parlamentu, wolały się wzajemnie okładać pięściami? Bo zależało im na supremacji. Bo obu panom (Millerowi i Palikotowi) zależało nie na tym, żeby lewica była u nas silna, tylko na tym, żeby nią rządzić. Obaj panowie zapowiedzieli, że złożą partię swojego oponenta do politycznego grobu. I trzeba przyznać, że obietnicy dotrzymali, ale dopiero w momencie, w którym zaczęli współpracować. Zakrawa na ironię losu fakt, że ludzie, którzy rozpieprzyli lewicę w Polsce, odpowiedzialność za to co się stało zrzucają na partię, której powstanie było efektem oddolnego wk**u lewaków, których nikt w sejmie nie reprezentował od jakiegoś czasu.
Główni bredzący – ludzie mediów
Najwięcej do powiedzenia na temat „efektu Zandberga” (który „wykończył lewicę”) mieli ludzie mediów (bo Zandberg przyszedł na debatę i popsuł lewicę!), którym nagle los lewicy w Polsce stał się bliski. Te same media w trakcie kampanii otoczyły partię Razem kordonem sanitarnym (czego efektem była akcja „8 sekund”). Skąd ten kordon się wziął? Ano stąd, że nasze media (mowa tu o mainstreamowych, bo „niezależne” są na stałe przyspawane do PiS-u) lubią pokazywać ludzi, którzy mają kasę (Petru), albo ludzi, których już znają (i dlatego ZLEW się pojawiał). Razemów mendia nasze olały, bo nie mieli ani kasy, ani znajomości. Debaty kordonem sanitarnym otoczyć się nie dało i trzeba było pokazać wszystkich, w tym Zandberga (jestem się w stanie założyć o wiele, że liczono na to, że przyjdzie do studia jakiś przygłupi hipster, zrobi z siebie idiotę i będzie można kręcić bekę z „partii hipsterów”), no i tak jakby nie wyszło.
Nie chciałbym być źle zrozumiany- to nie jest tak, że ja tu wszędzie węszę spiski i twierdzę, że nasze media są w zmowie z jakimś układem/etc. Twierdzę jedynie, że bardzo im zależało na utrzymaniu status quo. Jednym z elementów tegoż była PO przy władzy, a drugim- przewidywalna „lewica” w postaci SLD. Poza tym, dla niektórych z naszych tuzów dziennikarstwa to była kwestia pychy. Wszak nie kto inny, jak nasz mainstream, wieszczył przed końcem roku 2013 (a więc przed dwoma latami wyborczymi), że niebawem Leszek Miller może być premierem (lub choćby vice). Wybory do PEU pokazały, że SLD co prawda wysokiego poparcia nie ma, ale wciąż się liczy. No a potem była już równia pochyła, klęska w wyborach samorządowych i masakra w wyborach prezydenckich. Nawet najbardziej oderwany od realiów „człowiek mediów” mógł się zacząć martwić o to status quo, więc trzeba było jakoś pomóc Leszkowi. Stąd też kordon sanitarny wokół Razem.
Jeśli ktoś chce mi zarzucić, że to brzmi jak teoria spiskowa, to niech się zastanowi nad tym, jak to jest, że nawet polityków Ruchu Narodowego zapraszano do mediów (robiono z nimi wywiady/etc.) przed wyborami do PEU w 2014? Przecież media sobie mogły spokojnie przebierać w prawicowych politykach (bo Gowiny i Ziobry miały osobne listy). Prawda jest taka, że odrobinkę pompowano RN, bo media liczyły na to, że urwie kilka % PiS-owi. Partia razem w Wyborach Parlamentarnych 2015 (w opinii „ludzi mediów”) mogła urwać kilka % jedynie ZLEW-owi, więc lepiej było jej nie pokazywać. I nie przyszło tym mędrcom do łbów to, że być może na Razem zagłosują ci, którzy i tak już nie oddaliby głosu na ZLEW? Owszem, mediom zależało na losie lewicy w Polsce, ale tylko i wyłącznie na losie tej, z którą się media dobrze znały. Bo przecież w demokratycznym kraju nie może być tak, że jacyś ludzie (bez znajomości i pieniędzy) zakładają sobie partię i chcą wejść do parlamentu! Non possumus! Nawiasem mówiąc, gdyby Razem było obecne w mediach – ZLEW musiałby się z tą partią liczyć i być może doszłoby do jakichś merytorycznych dyskusji na lewicy – taka sytuacja pomogła by i Razem, i ZLEW-owi. Udawanie, że „na lewo od ZLEWU już nic nie ma” skończyło się tym, że przyszedł na debatę jakiś dziwny koleś i „zaorał wszystkich” (pewnie sporo ludzi przed telewizorami zadało sobie pytanie „kto to ku**a jest ten Zandberg i co to jest to Razem?”), a ZLEW-owi zabrakło czasu na to, żeby się odnaleźć w sytuacji, w której jednak nie są jedynym słusznym wyborem dla lewicowego wyborcy.
Jeśli więc ludzie mediów (i politycy ZLEW-u) koniecznie muszą znaleźć winnych tego, że ZLEW-owi nie udało się wejść do sejmu (bo przecież gdyby zamiast ZLEW-u do sejmu weszła partia Razem – dla tych ludzi nadal byłoby to „porażką lewicy”) - to niech spojrzą w najbliższe lustro.
Źródła:
http://fakty.interia.pl/raporty/raport-wybory-parlamentarne-2015/aktualnosci/news-michal-kabacinski-niech-razem-wezmie-odpowiedzialnosc-za-bra,nId,1909815
Oskarżony Adrian Zandberg
Gdybyśmy chcieli potraktować poważnie argumentację wszystkich tych mędrców, którzy odsądzają Zandberga od czci i wiary za to, co się stało (czyli na dobrą sprawę za ZLEW poza sejmem, bo ci sami mędrcy partię Razem mieli w dupie od początku jej istnienia, bo im nie pasowała do sztancy) musielibyśmy stwierdzić, że jedyną przewiną tego konkretnego lewaka było to, że... przyszedł na debatę do studia i mówił z sensem. Ów straszliwy „efekt Zandberga” (który w opinii mędrców doprowadził do porażki ZLEW-u) polegał na tym, że ów człowiek zamiast wydzierać ryj - odpowiadał na pytania. Czy doprawdy trzeba tłumaczyć dlaczego ta teza jest idiotyczna? Co miał zrobić Zandberg? Nie iść na debatę? Nie odpowiadać na pytania? Wyjechać Korwinowi z bani? Podbić oko Ryszardowi Petru?
Doszło do dość absurdalnej sytuacji – opieprza się faceta, który wypadł w debacie dobrze, zamiast opieprzać ludzi, którzy na jego tle wypadli blado. To zajeżdża sytuacją z 2007 roku, w której Tusk znokautował Kaczyńskiego w trakcie debaty, ale „prawilni” dziennikarze tłumaczyli, że to nie była wina Kaczyńskiego (że dał dupy i się źle przygotował do debaty), tylko Tuska właśnie (bo nie dał Kaczyńskiemu skrzydeł rozwinąć). Kto bronił Nowackiej przygotować się do debaty? Przecież równie dobrze to ona mogła być gwiazdą tejże debaty i po niej mógł nastąpić „efekt Nowackiej”, który dałby ZLEW-owi kilkanaście procent poparcia.
Główny poszkodowany - urwany ZLEW
Największy ból miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę mieli (i mają nadal) politycy, którzy startowali ze ZLEW-u. np. Michał Kabaciński: Niech Razem weźmie odpowiedzialność za brak lewicy w Sejmie. I znowuż to nie „my” jesteśmy winni, to „oni”. Nawet gdybyśmy skupili się li tylko na kampanii wyborczej – te słowa brzmią idiotycznie. Bo czym zawiniła partia Razem? Tym, że powstała i że wystartowała w wyborach? Interesujące jest to, że ZLEW-owcy w ogóle nie patrzą na wynik wyborów przez pryzmat tego, że spieprzyli kampanię (mimo, że mieli znacznie łatwiejszą sytuację od partii, którą media olewały przez większą część kampanii, ale o tym za moment napiszę), tylko przez to, że im „Razem zabrało głosy”. Faktycznie, mogłoby być tak, że gdyby Razem nie powstało, to ZLEW wszedłby do parlamentu, ale odpowiedzmy sobie na jedno pytanie – czy to byłoby aż tak dobre dla polskiej lewicy? To, że lewicowi wyborcy MUSZĄ głosować na partię Leszka Millera z braku alternatyw (bo sarna z krzesłem na głowie do sejmu niestety nie wejdzie)?
A jak się będzie przedstawiać argumentacja „to wina Razem”, jeśli wyjdziemy poza to, co działo się w trakcie kampanii? Jeszcze bardziej idiotycznie. Bo oto mamy partię, która przez 10 lat była w opozycji i przez cały ten czas nie potrafiła się w tej roli odnaleźć. Co było o tyle dziwne, że przecież do zwycięstwa w 2001 roku doszło między innymi dlatego, że Leszek „Żelazny Kanclerz” Miller bezlitośnie punktował AWS (bo było za co). Jak to więc jest, że SLD nie miało pretensji samo do siebie (za to, że zmarnowało 10 lat w opozycji), ale mogło te pretensje mieć do partii za to, że powstała i wystartowała w wyborach? Bo na pewno właśnie to (powstanie Razem) zaszkodziło SLD i na pewno z porażką wyborczą nie miały nic wspólnego działania tejże partii, których to działań zwieńczeniem (przysłowiową wisienką na torcie) było wystawienie Magdaleny Ogórek w Wyborach Prezydenckich 2015.
No ale ZLEW to nie tylko SLD – przecież tam byli jeszcze pogrobowcy Ruchu Palikota (Zielonych pomijam z racji tego, że nigdy nie byli samodzielnym bytem w parlamencie). Ruch Palikota miał być „nowoczesną lewicą”, ale wszystko skończyło się na „miał być”, bo Palikot za bardzo skupił się na glanowaniu Episkopatologii i walce z SLD o głosy lewicy i tak jakby zapomniał o tym, czym się powinna zajmować opozycja parlamentarna. Mało kto dzisiaj mówi, że większa część kadencji 2011-2015 upłynęła Palikotowi i Millerowi na wzajemnej napier***nce (inaczej się tego nazwać nie da). O ile w mediach „starych” (Telewizornia/etc.) panowie jeszcze jakiś poziom trzymali, to już na FB i Twitterach ich podwładni uprawiali coś, co eufemizując można określić mianem kopania się po jajach.
Czemu oba te polityczne byty, zamiast współpracować po lewej stronie parlamentu, wolały się wzajemnie okładać pięściami? Bo zależało im na supremacji. Bo obu panom (Millerowi i Palikotowi) zależało nie na tym, żeby lewica była u nas silna, tylko na tym, żeby nią rządzić. Obaj panowie zapowiedzieli, że złożą partię swojego oponenta do politycznego grobu. I trzeba przyznać, że obietnicy dotrzymali, ale dopiero w momencie, w którym zaczęli współpracować. Zakrawa na ironię losu fakt, że ludzie, którzy rozpieprzyli lewicę w Polsce, odpowiedzialność za to co się stało zrzucają na partię, której powstanie było efektem oddolnego wk**u lewaków, których nikt w sejmie nie reprezentował od jakiegoś czasu.
Główni bredzący – ludzie mediów
Najwięcej do powiedzenia na temat „efektu Zandberga” (który „wykończył lewicę”) mieli ludzie mediów (bo Zandberg przyszedł na debatę i popsuł lewicę!), którym nagle los lewicy w Polsce stał się bliski. Te same media w trakcie kampanii otoczyły partię Razem kordonem sanitarnym (czego efektem była akcja „8 sekund”). Skąd ten kordon się wziął? Ano stąd, że nasze media (mowa tu o mainstreamowych, bo „niezależne” są na stałe przyspawane do PiS-u) lubią pokazywać ludzi, którzy mają kasę (Petru), albo ludzi, których już znają (i dlatego ZLEW się pojawiał). Razemów mendia nasze olały, bo nie mieli ani kasy, ani znajomości. Debaty kordonem sanitarnym otoczyć się nie dało i trzeba było pokazać wszystkich, w tym Zandberga (jestem się w stanie założyć o wiele, że liczono na to, że przyjdzie do studia jakiś przygłupi hipster, zrobi z siebie idiotę i będzie można kręcić bekę z „partii hipsterów”), no i tak jakby nie wyszło.
Nie chciałbym być źle zrozumiany- to nie jest tak, że ja tu wszędzie węszę spiski i twierdzę, że nasze media są w zmowie z jakimś układem/etc. Twierdzę jedynie, że bardzo im zależało na utrzymaniu status quo. Jednym z elementów tegoż była PO przy władzy, a drugim- przewidywalna „lewica” w postaci SLD. Poza tym, dla niektórych z naszych tuzów dziennikarstwa to była kwestia pychy. Wszak nie kto inny, jak nasz mainstream, wieszczył przed końcem roku 2013 (a więc przed dwoma latami wyborczymi), że niebawem Leszek Miller może być premierem (lub choćby vice). Wybory do PEU pokazały, że SLD co prawda wysokiego poparcia nie ma, ale wciąż się liczy. No a potem była już równia pochyła, klęska w wyborach samorządowych i masakra w wyborach prezydenckich. Nawet najbardziej oderwany od realiów „człowiek mediów” mógł się zacząć martwić o to status quo, więc trzeba było jakoś pomóc Leszkowi. Stąd też kordon sanitarny wokół Razem.
Jeśli ktoś chce mi zarzucić, że to brzmi jak teoria spiskowa, to niech się zastanowi nad tym, jak to jest, że nawet polityków Ruchu Narodowego zapraszano do mediów (robiono z nimi wywiady/etc.) przed wyborami do PEU w 2014? Przecież media sobie mogły spokojnie przebierać w prawicowych politykach (bo Gowiny i Ziobry miały osobne listy). Prawda jest taka, że odrobinkę pompowano RN, bo media liczyły na to, że urwie kilka % PiS-owi. Partia razem w Wyborach Parlamentarnych 2015 (w opinii „ludzi mediów”) mogła urwać kilka % jedynie ZLEW-owi, więc lepiej było jej nie pokazywać. I nie przyszło tym mędrcom do łbów to, że być może na Razem zagłosują ci, którzy i tak już nie oddaliby głosu na ZLEW? Owszem, mediom zależało na losie lewicy w Polsce, ale tylko i wyłącznie na losie tej, z którą się media dobrze znały. Bo przecież w demokratycznym kraju nie może być tak, że jacyś ludzie (bez znajomości i pieniędzy) zakładają sobie partię i chcą wejść do parlamentu! Non possumus! Nawiasem mówiąc, gdyby Razem było obecne w mediach – ZLEW musiałby się z tą partią liczyć i być może doszłoby do jakichś merytorycznych dyskusji na lewicy – taka sytuacja pomogła by i Razem, i ZLEW-owi. Udawanie, że „na lewo od ZLEWU już nic nie ma” skończyło się tym, że przyszedł na debatę jakiś dziwny koleś i „zaorał wszystkich” (pewnie sporo ludzi przed telewizorami zadało sobie pytanie „kto to ku**a jest ten Zandberg i co to jest to Razem?”), a ZLEW-owi zabrakło czasu na to, żeby się odnaleźć w sytuacji, w której jednak nie są jedynym słusznym wyborem dla lewicowego wyborcy.
Jeśli więc ludzie mediów (i politycy ZLEW-u) koniecznie muszą znaleźć winnych tego, że ZLEW-owi nie udało się wejść do sejmu (bo przecież gdyby zamiast ZLEW-u do sejmu weszła partia Razem – dla tych ludzi nadal byłoby to „porażką lewicy”) - to niech spojrzą w najbliższe lustro.
Źródła:
http://fakty.interia.pl/raporty/raport-wybory-parlamentarne-2015/aktualnosci/news-michal-kabacinski-niech-razem-wezmie-odpowiedzialnosc-za-bra,nId,1909815
piątek, 23 października 2015
Kampania wyborcza – festiwal bełkotu
![]() |
| Zdjęcie znalezione kiedyś w internetach - nie znam autora |
Przyszłość ma na imię Jarosław Kaczyński
Zacznijmy od PiS-u, czyli od partii, która najprawdopodobniej będzie nami rządzić po wyborach. Napisałem „najprawdopodobniej”, bo moje zaufanie do sondaży jest niemalże zerowe. Jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego, już spieszę z odpowiedzią – w dniach 17-24 sierpnia przeprowadzono sondaż (CBOS) na temat tego, ilu Polaków weźmie udział w referendum „Komorowsko-Kukizowym”. 32% Polaków powiedziało, że na pewno weźmie w nim udział (warto również wspomnieć o badaniu TNS przeprowadzonym w czerwcu, kiedy to 76% Polaków zadeklarowało, że pójdzie do urn). Ostatecznie okazało się, że do urn poszło 7,8% uprawnionych do głosowania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że chyba nie umiemy w sondaże. Tym niemniej, bezpiecznie można założyć, że partia Jarosława Kaczyńskiego wygra (nie wiadomo tylko „jak bardzo wygra”). Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta jak budowa cepa – PiS tym razem zainwestował w PR, w speców ds. kreowania wizerunku, firmy badawcze i tak dalej i tak dalej. A przecież jeszcze nie tak dawno temu politycy PiS odsądzali Donalda Tuska od czci i wiary za to, że „rządzi pijarowo”, a sympatycy tej partii nazywali Tuska PRemierem. Prócz tego, agitacją na rzecz Prawa i Sprawiedliwości zajmuje się najskuteczniejsza machina propagandowa w Polsce – Kościół katolicki (hierarchowie pewnie uznali, że PiS da im więcej niż PO, więc już nawet próbują udawać, że są bezstronni) i niezmordowani „niepokorni”, którzy licząc na to, że coś im z pańskiego stołu skapnie, popierają „dobrą zmianę” (PiS pokazał, że umie się odwdzięczyć- jedna „niepokorna” dziennikarka dostała miejsce na listach a inny niepokorny załapał się na państwową fuchę u prezydenta Andrzeja Dudy – mają więc prawicowi dziennikarze o co walczyć).
No dobrze, może ktoś powiedzieć, my to wszystko wiemy, ale co dalej? A dalej to będzie zamaszyście przejebane. I nie chodzi mi o ryzyko wprowadzenia cenzury, państwa wyznaniowego/etc (bo choć politycy PiS-u mają przeważnie polot kafarów do wbijania pali mostowych, to jednak potrafią czytać raporty z badań, które dla nich przeprowadzają firmy badawcze i wiedzą, że jeśli zaczną przesuwać kredens w prawo, to się ludzie wkurwią). Mnie chodzi jedynie o to, że o ile rządom PO baaaardzo daleko było do tego, aby je nazwać „poprawnymi”, to przy nadchodzących rządach PiS-u będą się one jawić jako „rządy fachowców”, a nasze społeczeństwo bardzo szybko przypomni sobie o tym, dlaczego w 2007 roku pokazało premierowi Kaczyńskiemu środkowy palec. Partia Kaczyńskiego już w latach 2005-2007 miała gigantyczny problem z kadrami (nie chodzi mi tu ludzi dobieranych z klucza Bierny Mierny Wierny, ale o ludzi z kwalifikacjami wykraczającymi poza „jestem znajomym Jarka”), skutkiem czego ważne funkcje państwowe zaczęli pełnić ludzie pokroju:
Ziobry (który pojęcie o prawie miał takie, że ledwo skończył studia), Macierewicza (Wielkiego Likwidatora Wojskowych Służb Informacyjnych – za czasów którego, byle cywil mógł zostać oficerem Kontrwywiadu Wojskowego w 6 tygodni [wcześniej trwało to „nieco dłużej” - około 4 lat]), Kluzik Rostkowskiej, która tak bardzo nie ogarniała tego czym się zajmuje, że z danych liczbowych podanych przez nią na jednej z konferencji wynikało, że w Polsce mamy pi razy oko 40 milionów ludzi aktywnych zawodowo; Krzysztofa Jurgiela, którego jedynym sukcesem było złapanie się na dziennikarską prowokację i wysłanie samochodu z BOR-owcami, „bo Ojciec Rydzyk prosił”; Ryszarda Legutko, który co prawda nie bardzo wiedział o co chodzi w tym MEN-ie, ale za to potrafił obrazić trójkę licealistów. W rządach PiS-owskich nie było praktycznie żadnego fachowca, ale też nikt od nich bycia fachowcami nie wymagał – mieli być BMW. Dosłownie na palcach jednej ręki można wyliczyć ludzi, którzy nie dostali teki ministerialnej z klucza partyjnego. Jednym z nich był Zbigniew Religa, którego Lech Kaczyński poprosił o objęcie teki ministra zdrowia (i musiało to Lecha wiele kosztować, bo Religa wyborach prezydenckich 2005 poparł Tuska). O Relidze przypominam również dlatego, że ów podpadł PiS-owcom okrutnie, bo nie zrobił czystek w ministerstwie (a przecież tylu chętnych na stołki było), z czego z kolei można wysnuć wniosek, że teraz już nikt w PiS-ie nie popełni „błędu” w postaci obdarowania teką ministerialną kogoś, na kim nie można wymusić podjęcia „słusznych” decyzji.
Teraz też czekają nas „rządy fachowców” spod znaku PiS. Jednym z nich ma być przyszły Minister Obrony Narodowej – Jarosław Gowin, który co prawda nie ma żadnych kwalifikacji (ostatnio zbłaźnił się tym, że nie wiedział, jak nazywa się sekretarz generalny NATO i zamiast przeprosić i obiecać, że sprawdzi – strzelił focha na wizji [rośnie więc konkurencja dla Kofana Anana autorstwa Reni Beger]) i na wojskowości się nie zna, ale za to nadrabia wiernopoddańczym stosunkiem do prezesa PiS. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, bo „Gowin się przecież wcześniej Tuskowi stawiał”, to niech sprawdzi co się stało z Pawłem Kowalem (który miał startować z list PiS) i jak to Gowin o niego „walczył”.
Samo to, że PiS będzie miał ministrów dobieranych na zasadzie BMW nie byłoby straszne, gdyby przynajmniej partia miała jakiś sensowny program (który byłby rozpisany tak szczegółowo, że nawet dyletanci w rodzaju Gowina byliby w stanie wypełniać instrukcje), no ale problem leży właśnie w tym programie i w obietnicach, które w najlepszym wypadku można traktować jako żart z wyborców, a w najgorszym jako zapowiedz katastrofy budżetowej. Przypominam, że poprzednim razem PiS nie podołał rządzeniu Polską w sytuacji, w której mieliśmy nadwyżki budżetowe (za to popisowo te nadwyżki rozpieprzono), teraz budżet mamy cholernie dziurawy, a PiS (proszę wybaczyć słownictwo, ale inaczej się tego nazwać nie da) pierdoli jakieś głodne kawałki o tym, że stać nas na obniżenie wieku emerytalnego, o 500 zetach na dziecko i na kupę innych rzeczy, jednocześnie zapowiadając, że nie będzie potrzeby podnoszenia podatków. A ostatnio Jarosław Kaczyński opowiadał o kwocie 1.400.000.000.000 złotych, którą uda się im pozyskać na „inwestycje”. Powiedzmy sobie szczerze – nie można tych bredni traktować poważnie.
![]() |
| Tyle wydamy na inwestycje! (obrazek ukradziony od Andrzej Rysuje) |
Wydaje mi się, że sporo polityków tej formacji liczy po prostu na to, że „jakoś to będzie”. Myślenie tego rodzaju kategoriami zemściło się okrutnie na SLD, które w 2001 roku było niemalże w identycznej sytuacji, co PiS dzisiaj. SLD też szedł po władzę „na pewniaka”, a po jej uzyskaniu okazało się, że niestety kadr brakuje. Tzn. „chętnych” było wielu, ale sensownych ludzi jak na lekarstwo. Poza tym- ustalmy jedno- SLD szedł do władzy, opierając się głównie na hejtowaniu AWS (które zasłużyło na to, żeby odejść w niebyt polityczny po swoich 4 „reformach”) i nikt się tam nie przejmował tym, „co będzie, jak już dojdziemy do władzy”. W PiS-ie jest podobnie. Ot, panowie sobie chcą porządzić trochę. I żaden z tych królów bajeru nie zada sobie dość istotnego pytania – co się stanie, kiedy społeczeństwo się zorientuje, że te wszystkie obietnice (z trotyliardem złotych na inwestycje włącznie) to był tylko i wyłącznie „bajer” kampanijny. Śmiem twierdzić, że PiS w momencie oddawania władzy będzie partią równie znienawidzoną co AWS w 2001 roku.
Chaos zwany Platformą Obywatelską
Drugą w kolejności partią, nad którą się będę pastwił, jest Platforma Obywatelska, która w obecnej chwili jest w stanie cokolwiek nienajlepszym. O ile sondaże nie są „popsute”, to sporo posłów PO będzie musiało sobie szukać innego zajęcia po 25 października. No ale może po prostu zmienią pracę, wezmą kredyt i wszystko będzie w porządku? Nie bez przyczyny przypominam tu „lapsus” Bronisława Komorowskiego (który w sumie mógł powiedzieć, że to taki „Macierewiczowski skrót myślowy”), bo jest to symbol kampanii wyborczych PO w roku 2015, które można spiąć klamrą o nazwie „żenada”. Z tym, że kampania parlamentarna jest, w moim mniemaniu, po stokroć gorsza od prezydenckiej. Śmiem twierdzić, że gdyby PO prowadziło równie żenujące kampanie w latach 2007 i 2011, to PiS by dzisiaj walczył o 4 kadencję rządów w parlamencie, bo pies z kulawą nogą nie chciałby głosować na PO. Co się więc temu misiu, tzn. PO, stało? Donald Tusk się stał. A konkretnie – Donald Tusk sobie poszedł. Ale zanim sobie poszedł, to dość długo PO rządził i wyciął wszystkich konkurentów (i nie mam tu na myśli Jarosława Gowina, który w swej zarozumiałości aparatczyka uznał, że on by se poradził w zarządzaniu PO, bo pod jego rządami Platforma pewnie by się już dawno rozpadła). W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. PO i PiS były partiami wodzowskimi. Różnica polegała na tym, że wodzowski charakter PiS polegał na tym, że wszyscy się Jarka bali (i nadal się go wszyscy- z Andrzejem Dudą na czele- boją), natomiast wodzowski charakter PO z tego, że tam wszyscy podskórnie czuli, że „może i ten Tusk to „Dyktator i menda”, ale przynajmniej wie co robi”. I szczerze mówiąc, zastanawiam się teraz nad tym, czy ta rejterada na stanowisko w UE była wynikiem tego, że Tusk „wiedział co robi” i uznał, że „trzeba stąd spierdalać”, czy też naiwnie założył, że spacyfikowana wcześniej (przez niego samego) PO „poradzi sobie bez niego” i dlatego objął stanowisko przewodniczącego rady UE.
Nie chciałbym być posądzony o mitologizowanie Donalda Tuska (choćby dlatego, że jest to wyjątkowo cyniczny i wyrachowany typ, który bez mrugnięcia okiem „wyciął” Cimoszewicza w wyborach prezydenckich 2005, przy pomocy dętej afery), ale jakoś tak to z PO było, że ostatnie wygrane wybory tej formacji miały miejsce „za czasów Tuska”. Nie wiem również, jak wyglądałyby słupki poparcia PO, gdyby Tusk był nadal premierem i kandydatem na premiera. Wiem natomiast, że gdyby nim był, to PiS nie odważyłby się na wystawienie Beaty Szydło jako „przyszłej pani premier”, choćby dlatego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby, że Beata Szydło miałaby jakiekolwiek szanse w debacie z Tuskiem. Warto również mieć na uwadze to, że niedźwiedzią przysługę oddały Platformie media mainstreamowe. Te wszystkie apele Lisów, Michników i innych o tym, jak to będzie przesrane w Polsce, jeśli PiS zacznie rządzić są nie dość, że męczące to jeszcze pomagają PiS-owi. Dlaczego? Dlatego, że owa partia zbudowała (debilną co prawda, ale skuteczną) narrację, według której w Polsce rządzi jakiś układ, który jest wspierany przez media blablabla. I każdemu apelowi Lisa, PiS-owski agitprop nadaje odpowiedni spin: „PATRZCIE! UKŁAD NAS ATAKUJE! ONI SIĘ NAS BOJĄ!”. Nie mam pojęcia po cholerę mainstream płodzi te swoje apele i odezwy. Tzn. może inaczej – na pewno starają się oni w jakiś sposób pomóc Platformie i to jestem jeszcze w stanie zrozumieć (choć pochwalać tego nie zamierzam, bo dziennikarze nie są, kurwa, od tego, żeby się mizdrzyć do władzy, tylko od tego, żeby tej władzy patrzeć na ręce), ale przecież chyba widzieli, jak bardzo te ich apele „pomogły” Komorowskiemu, a mimo to, z uporem godnym lepszej sprawy, nadal „robią swoje”.
A co będzie dalej z PO? To zależy od tego, jak owa partia odnajdzie się w roli opozycji. Od siebie dodam jedynie tyle, że nieco przerażające jest to, że partia rządząca rozsypała się jak domek z kart tylko i wyłącznie dlatego, że przewodniczący sobie poszedł.
Antysystemowcy
W tym fragmencie nie będę się jakoś specjalnie rozpisywał dlatego, że nawet jeśli partia JKM i menażeria Kukiza dostaną się do parlamentu (co w przypadku partii KORWIN jest raczej wątpliwe), to będą w nim pełnić rolę przystawek, a ich posłowie zostaną bardzo szybko zagospodarowani przez PiS (który ma doświadczenie w „pozyskiwaniu” polityków innych formacji), który będzie „głównym rozdającym stołki” w kolejnej kadencji parlamentu.
ZLEW
Najbliższe wybory to dla dla SLD i Palikota polityczne być albo nie być. Jeśli ZLEW dostanie się do parlamentu, to najprawdopodobniej się rozpadnie (tak samo jak wcześniej rozpadł się LiD) przy okazji głosowania nad jakimś spornym projektem ustawy. „Ale może teraz będą sensowną opozycją?” Nie, nie będą. SLD miało 10 lat na to, by być sensowną opozycją i jakoś tak nic z tego nie wyszło. Palikot miał, co prawda, znacznie mniej czasu do dyspozycji, ale za to spożytkował go lepiej i rozpieprzył swoją partię w ciągu jednej kadencji. Jeśli zaś ZLEW padnie przed progiem, to będzie koniec SLD, bo skoro partia ta nie potrafiła się pozbierać będąc w sejmie, to tym bardziej nie pozbiera się będąc poza nim. Owszem, Barbara Nowacka jest sensowną osobą, ale jej przywództwo byłoby nieco bardziej wiarygodne, gdyby nie było ono efektem tego, że zarówno SLD jak i Palikotowi w oczy zajrzało ryzyko spadnięcia w niebyt polityczny. Poza tym – sama jedna Nowacka nie ma szans sprawić, że ZLEW będzie sensowną opozycją.
RAZEM
Na samym początku moich dywagacji na temat tej partii – małe obwieszczenie. Jakiś czas temu sobie sam obiecałem, że jeśli RAZEMy będą blisko progu wyborczego (w sondażach rzecz jasna), to oddam na nich głos. Dzisiejsze sondaże pokazują, że RAZEM może liczyć na 4-5% poparcia – tym samym słowo się rzekło i głos swój oddam na tę właśnie partię. Nie chciałbym być źle zrozumiany – to, że sam oddam głos na tę partię, nie oznacza, że będę agitował na jej rzecz (bo nie odczuwam takiej potrzeby, każdy powinien głosować zgodnie z własnymi poglądami i nie powinien się sugerować opiniami jakiegoś lewackiego blogera). Tyle tytułem wstępu.
Ad meritum – partii RAZEM należy się karny kutas za chujową kampanię. Ja rozumiem, że to idealizm i te sprawy, ale nie można w dzisiejszych czasach liczyć na to, że da się cokolwiek ugrać za pomocą stonowanego i ugrzecznionego przekazu (który jest skonstruowany tak, żeby broń Potworze Spaghetti nie nadepnąć nikomu na odcisk) i generalnie olewać (zapewne z powodu skrajnego obrzydzenia) coś takiego jak Public Relations. Bo ten przekaz przepadnie w zalewie bełkotu produkowanego przez agitprop dużych partii. „No ale co też Piknik opowiada, przecież jednak się udało dobić do 4-5%!” Owszem udało się, ale kiedy te sondaże ruszyły? Po tym, jak Adrian Zandberg (którego teraz wszyscy lustrują) rozbił bank w trakcie debaty. W trakcie której to debaty zastosował szereg technik perswazyjnych i erystycznych (vide Jeśli będzie tak, jak proponuje pan Petru: 3 razy 16, to będziemy mieli drugą Rosję), potem to samo zrobił w trakcie rozmowy z Wiplerem (tłumacząc, że jeśli powstanie koalicja anty-PiS, to jest to idealna droga do Orbanizacji Polski). Nie chcę tu nikogo zanudzać technikaliami, chodzi mi jedynie o to, że o RAZEM zrobiło się głośno w momencie, w którym Zandberg zastosował (cholera wie, czy świadomie, może on po prostu „mówił prozą i nic o tym nie wiedząc”?) techniki, które są chlebem powszednim dla polityków. Różnica między nim, a „zawodowymi politykami”, biorącymi udział w debacie polegała na tym, że przy okazji odpowiadał na pytania z sensem (co się politykom naszym już od dawna nie zdarza). I teraz należy sobie zadać pytanie – czemu wcześniej olewano takie podejście? Czemu większość wpisów na fanpejdżu partii RAZEM było skonstruowanych tak, że można było zasnąć w trakcie czytania pierwszego akapitu? Gdyby Zandberg mówił podobnym językiem – dzisiejsze sondaże dawałyby jego partii pewnie 1,5% poparcia. „No bo media nas nie pokazywały” - noż po prostu szok i niedowierzanie! Media ignorują małe komitety, które nie mają pieniędzy? Któż się tego mógł spodziewać... Gdyby tylko istniało jakieś medium, w którym można publikować treści, nie przejmując się medialnymi gate-keeperami... A nie, czekajcie – jest przecież takie medium (i nazywa się ono „internet”), w którym można np. publikować filmiki (choćby i kręcone z ręki) i jeśli się odbiorcom filmik spodoba – to rozniosą go po internetach i w dupie będą mieli to, czy media pokazują autorów filmiku, czy też nie. Tak gwoli ścisłości, mnie nie chodzi o to, żeby glanować RAZEM-owców z mojego wygodnego miejsca przed komputerem, ale o zwrócenie uwagi na fakt, że jeśli chcą odegrać jakąkolwiek istotną rolę z polskiej polityce, to nie mogą się dać zadeptać.
Ok, pokrytykowaliśmy sobie, teraz może kilka słów o tym, co wyżej wymieniona partia robiła dobrze. Ano np. program napisała. I ok, niektóre z zawartych tam pomysłów to pobożne życzenia podszyte populizmem, ale umówmy się, że żyjemy w kraju, w którym największa partia opozycyjna (która „idzie po władzę”) opowiada jakieś pierdolety o trotyliardach złotych, które to wyciągnie z kapelusza, żeby nam, Polakom, byt poprawić – więc raczej nie powinniśmy hejtować lewackiej partii za to, że jest odrobinę (w porównaniu do PiSu) populistyczna. Poza tym – lewica musi być populistyczna, bo tylko i wyłącznie wtedy ktokolwiek na nią zwróci uwagę. Dowód? Choćby 75% podatek dla najbogatszych, którego wprowadzenie jest cokolwiek nierealne (bo niby która duża partia- każda jedna sponsorowana przez biznes- by za czymś takim głosowała?), ale za to rozgrzał do czerwoności komentatorów (przy okazji obnażając całkowite wręcz niezrozumienie terminu „podatek progresywny” u wielu komentujących). Dzięki programowi partii RAZEM stała się rzecz niesłychana – doszło u nas do debaty NAD PROGRAMEM jakiejś partii. Rzecz jasna, prawica od wczoraj usiłuje debatę sprowadzić na ukochane przez siebie tory i brandzluje się tym, że ZANDBERG MIAŁ KOSZULKĘ Z MARKSEM (nawiasem mówiąc, niemałym szokiem dla „typowego prawaka” może być to, że Marks nie był Marksistą), więc jest komuchem, więc niech spierdala. Tym samym prawicowcom nie przeszkadzała postać Andrzeja Kryże w randze podsekretarza stanu w rządzie PiS (no ale Kryże nie miał koszulki z Marksem – on jedynie zamykał opozycjonistów do pierdla za czasów PRL, więc jest spoko, nie to co ten ZANDBERG BOLSZEWIK!).
Kilka wiader pomyj wylano na RAZEM dlatego, że nie eksponowali nadmiernie kwestii światopoglądowych (związki partnerskie i te sprawy), no bo co to panie za lewica, co to nie mówi o takich rzeczach. Moim zdaniem jest to dowód na dobre rozeznanie w realiach. Czemu? Ano temu, że jakoś tak się złożyło, że wszelkie światopoglądowe zmiany (legalizacja małżeństw jednopłciowych, liberalizacja prawa aborcyjnego/etc./etc.) dokonały się w krajach, w których ludziom (tzn. większości z nich) żyje się dość dobrze (chodzi mi o wymiar ekonomiczny). W takich krajach można ruszyć tematy światopoglądowe, bo nikt tego nie nazwie „tematem zastępczym” (i nie ma tu nic do rzeczy to, że dla naszej prawicy każdy projekt ustawy, który jest niezgodny z konserwatywno-kościelną sztancą światopoglądową, jest „tematem zastępczym”, a każdy projekt z tą sztancą zgodny jest „głosem społeczeństwa”). Im biedniejszy kraj, im gorsza sytuacja ekonomiczna w nim panuje, tym łatwiej jest różnym szemranym typom szczuć ludzi na wszelkiego rodzaju mniejszości. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby zapytać dzisiaj jakiegoś PiS-owskiego drona o to, „czemu w Polsce jest źle”, to okazałoby się, że na dość wysokim miejscu znajduje się „gender i geje”. Hejtowanie mniejszości (dowolnych) nie jest li tylko efektem tresury, którą obywatelom serwuje konserwatywno-kościelna szczujnia, to jest przemyślane działanie, dzięki któremu ludzie, którym jest generalnie rzecz ujmując chujowo, zamiast skupiać się na dymającej ich klasie politycznej – skupią się na „gejach i genderze” (a dzisiaj na imigrantach, którzy będą nam niemowlęta przerabiać na kebaby). Ujmując rzecz nieco inaczej – klasa polityczna tak długo może olewać obywateli, jak długo będzie im dawać kogoś, kogo będą mogli nienawidzić. W związku z powyższym, w celu wprowadzenia jakichkolwiek zmian światopoglądowych (i nie chodzi mi tu o zmiany w kierunku konserwatywnego zamordyzmu), trzeba wpierw zadbać o to, żeby obywatelom się nieco lepiej żyło. Tym samym podejście RAZEM-owców wydaje się być cokolwiek rozsądne i moim skromnym zdaniem („zabitego” lewaka światopoglądowego) nie powinno się ich za takie podejście glanować.
Reszta
Pominąłem w niniejszej notce Nowoczesną Kropkę Ryszarda Petru. Choć zakładam, że owa partia znajdzie się w parlamencie (jeśli padnie przed progiem, będzie to oznaczało spektakularną klęskę mediów, które zawzięcie pompowały tę partię w ostatnich tygodniach kampanii), ale póki co niewiele można o tej partii powiedzieć (prócz tego, że jest to partia ludzi biznesu i będzie robić wszystko, żeby innym ludziom biznesu żyło się dobrze). Trochę śmieszą mnie PiS-owskie utyskiwania „to jest szalupa ratunkowa dla PO”, bo choć faktycznie tak może być, to wielce szanownym PiS-owcom przypominam, że ich partia była szalupą ratunkową dla polityków, którzy rozpieprzyli Porozumienie Centrum. Na temat PSL-u nie bardzo chce mi się pisać – bo owa partia pewnie znowu wejdzie do sejmu (jakoś tak mi się nie wydaje, żeby sondaże na wsiach przeprowadzano, a tam PSL ma największe poparcie) i pewnie znowu będzie w jakiejś koalicji (no chyba, że politycy tej formacji uznają, że przeczekają rządy PiS).
Ciemność, widzę ciemność
Niezależnie od wyników wyborów – nadchodząca kadencja będzie kadencją straconą. Choć tak po prawdzie, gdyby patrzeć na minione kadencje (wszystkie, bez wyjątku), przez pryzmat tego, jakie „owoce” przyniosły – to nie było takiej, której nie można by było określić mianem straconej. Bo jeśli w 25 lat po upadku PRL-u sporym poparciem cieszą się partie, które z nim walczą - to chyba coś tu kurwa jest nie tak od dłuższego czasu. W najlepszym wypadku PiS wypieprzy się na swoich obietnicach (bo co prawda będą się starać wszystko zwalać na PO, ale przecież sami twierdzili, że Polska jest w ruinie, a mimo to nie wycofywali się ze swoich obietnic). W najgorszym wypadku – zacznie te obietnice realizować i rozpieprzy nam budżet do reszty. Co nie napawa szczególnym optymizmem, zważywszy na fakt, że w 2020 roku czeka nas brutalne zderzenie z rzeczywistością „bez dopłat z UE” (w oparciu o które większość samorządów bilansuje swoje budżety). Ujmując rzecz nieco innymi słowy – będzie przejebane, tylko jeszcze nie wiadomo jak bardzo.
I tym optymistycznym akcentem zakończę moje dywagacje przedwyborcze. A do czytelników mam jedną prośbę – idźta głosować, żebyśmy się znowu nie musieli wstydzić za niską frekwencję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







