środa, 2 lipca 2014

Konkubinat dżumą XXI wieku!

Mój poprzedni tekst dotyczył niezbyt lewicowego zachowania redaktora Sierakowskiego, który to redaktor przez 5 lat korzystał z pomocy swojej życiowej partnerki (z pomocy w wymiarze zawodowym rzecz jasna) i był jej za tę pomoc tak bardzo wdzięczny, że wspomniał o niej (o pomocy) dopiero po tym, jak się z partnerką rozstał (ergo- w momencie, w którym, jak mniemam, pomoc ustała).

Gdyby nie afera taśmowa, być może nieco więcej uwagi owemu zachowaniu by poświęcono (choćby dlatego, że można dzięki temu kilka razy kopnąć lewicę). Jednakże nie jest tak, że sytuacja (którą sam redaktor Sierakowski opisał na Krytyce Politycznej) przeszła bez echa. Uber katolik – Tomasz Terlikowski- postanowił odnieść się do tego, co się stało. Redaktor Terlikowski nie ma problemów z ustaleniem przyczyn problemu – najważniejszą z nich jest konkubinat!

Jestem wdzięczny Sławomirowi Sierakowskiemu za jego tekst o swojej byłej konkubinie Cvecie Dmitrovej. A wdzięczność ta wynika z tego, że doskonale pokazuje on, czym naprawdę jest konkubinat.”

Ja również jestem wdzięczny Sławomirowi Sierakowskiemu za jego tekst, bo pokazuje on doskonale to, że ludzie z buziami pełnymi duszoszczypatielnych tekstów bardzo często nie stosują się do tego, czego wymagają od innych (w sumie – to samo tyczy się redaktora Terlikowskiego, który łaje innych za własne grzechy – np. za uprawianie seksu przed ślubem).

Tym niemniej, z niecierpliwością czekam na redaktora Terlikowskiego definicję konkubinatu.

Po pięciu latach wspólnego życia Sławomir Sierakowski pożegnał się ze swoją konkubiną (tak bowiem w języku polskim nazywamy partnerki życiowe) wzruszającym tekstem o tym, że jest jej wdzięczny za niewidzialną pracę, za to, że towarzyszyła mu w jego życiu.”

Drobna uwaga natury językowej – ja do swojej partnerki (nie wiem jaki jest sens dodawania „życiowej” - przed słowem „partnerka” - czy są jakieś partnerki „nieżyciowe”?) zwracam się po imieniu, ale to być może dlatego, że nie jestem prawdziwym Polakiem. To tylko taka dygresja, przejdźmy do tego czym jest konkubinat.

Tekst Sławomira Sierakowskigo, zdaniem nadkatolika Tomasza T „pokazuje – i to niezwykle boleśnie – jaka jest prawdziwa natura konkubinatu. On jest – by posłużyć się bliskim „Krytyce Politycznej” określeniem – autentycznym zniewoleniem. Zniewoleniem i wykorzystywaniem strony słabszej przez silniejszą.”

Śmiem twierdzić, że pisanie o „zniewoleniu” mógłby sobie Tomasz T. odpuścić. Jak bowiem można określić jego własny związek? Związek, w którym Tomasz T. wpadł w histerię dlatego, że jego małżonka wyjechała na weekend do Krakowa? Histeria Tomasza T. była tak wielka, że zaczął pisać do znajomego księdza, że „stracił kontakt z żoną” (po tym jak koleżanki Małgorzaty Terlikowskiej wkurzyły się na ciągłe telefony Tomasza i wyłączyły jej telefon). Gwoli ścisłości – to co teraz piszę to nie są plotki – małżonka Tomasza T. bez skrępowania opowiadała o tym w wywiadzie, którego udzieliła „Wysokim Obcasom”. Jeśli sytuacji, w której jedna ze stron (dowolna) w związku nie może ruszyć się z domu na 5 minut- bo druga dostaje ataku histerii – nie można nazwać zniewoleniem, to nie bardzo wiem, co można by tak nazwać (przykucie do kaloryfera?). To, czy ktoś jest zniewolony, czy też żyje w normalnym, zdrowym związku zależy od tego, z kim w tym związku jest. To, czy związkiem jest konkubinat, ślub kościelny, czy cholera wie co jeszcze, ma tu drugorzędne znaczenie.

Ponadto:

Konkubinat i partnerstwo życiowe - to wręcz modelowe przykłady wykorzystywania człowieka przez człowieka.”

Dlaczego? Bo nadkatolik ma ślub kościelny i uważa, że każdy, kto go nie ma, jest gorszy od niego. Ponieważ nie może głośno mówić o tym, że ludzie są gorsi od niego (bo to zajeżdżałoby wiadomo jaką retoryką) toteż uderza w dramatyczne tony, opierając się na jednostkowych przypadkach (a konkretnie na jednym przypadku).

I choć dla każdego mężczyzny jest oczywiste, że za jego sukcesami zawsze stoi jakaś kobieta”

Zwłaszcza dla singla, bądź też geja.

To trudno nie dostrzec, że w małżeństwie ten wkład jest chroniony. Jeśli zawieram ślub, to oznacza, że przyznaję, że wszystko, kim jest jestem, co zrobiłem, i co osiągnąłem jest wspólne.”

Nie, jeśli decyduję się na związek – to doskonale zdaję sobie sprawę z tego kim jestem, zdaję sobie sprawę z tego kim jest moja partnerka i zdaję sobie sprawę z tego, czym jesteśmy razem (parą). Bycie w związku nie oznacza tego, że „wszystko kim jestem jest wspólne”- myślenie takimi kategoriami to zniewalanie partnera. Bo nie tylko „ja jestem wspólny”, ale moja partnerka również jest „wspólna”. Z czego z kolei wynika, że (idąc tokiem rozumowania Tomasza T.) obydwoje partnerzy mają wręcz obowiązek narzucania sobie wzajemnie własnej woli. W praktyce- oznacza to, że osoba z silniejszą psychiką (bardziej uparta, bądź też z osobowością autorytarną) będzie dyrygować partnerem/partnerką.

Nie ma już mojego i Twojego, jest wspólne. Wspólne nazwisko, wspólne działanie, wspólny dom, wspólne dzieci, wspólne życie. Na zawsze i do końca.”

Wspólne nazwisko, rzecz jasna, musi być nazwiskiem męża, bo „typowy konserwatysta” prędzej by się pochlastał, niż przyjął nazwisko żony. Najbardziej mi się podoba „wspólne działanie”. Bo gdyby potraktować to dosłownie znaczyłoby to tyle, że skoro np. ja bawię się w MMA - to nie ma siły – moja partnerka też musi (no bo jakże to? Niewspólne działanie – toż to konkubinat i zniewolenie!). Nawiasem mówiąc – skoro wszystko jest takie wspólne i nie ma „ja”, jesteśmy tylko „my”, czy to znaczy, że redaktor Terlikowski współrodził 5-kę swoich dzieci? Śmiem twierdzić, że jego małżonka mogłaby mieć nieco inne zdanie na ten temat...

(...)by posłużyć się określeniem mojej żony - „jesteśmy skazani na siebie”. I na swoje wzajemne wsparcie.
Inaczej jest w konkubinacie. On jest na chwilę, do momentu, gdy jednej ze stron (a tak się składa, że częściej jest to – nie mam pojęcia, czy tak jest także w tym wypadku – strona silniejsza, czyli Publiczny) się nie znudzi”

Miałem w tym momencie napisać coś na temat tego, że rozwodzą się nie tylko niewierzący, ale T.T. mnie ubiegł:

Za chwilę oczywiście przeczytam, że katolicy też się rozwodzą. To prawda. Tyle, że akurat to nie wynika z ich katolicyzmu, a z rozkładu jakiemu podlega współczesna cywilizacja.”

Gdybym chciał to podsumować prostymi żołnierskimi słowami:

Jeśli w związku pomiędzy dwoma niewierzącymi osobami coś się spieprzy – to jest to wina tego, że osoby te są niewierzące

Jeśli spieprzy się coś w związku osób wierzących – to nie wynika to z tego, że te osoby są wierzące, tylko z tego, że cywilizacja się psuje.

Tak, to ma sens.

Pełnym zabezpieczeniem obu stron jest dopiero monogamiczne małżeństwo bez możliwości rozwodu. I wychowanie mężczyzn i kobiet do świadomości, że nad małżeństwem trzeba pracować, a nie je rozwiązywać.”

Jedno z małżonków traktuje drugie jak worek treningowy?
Jedno z partnerów okazało się pedofilem i wykorzystuje seksualnie własne dzieci?

Cicho tam! Nad małżeństwem trzeba pracować, a nie je rozwiązywać! Cholerne lewactwo tylko by się rozwodziło i rozwodziło!

Inna sprawa. Mocne słowa Tomasza Terlikowskiego nijak się mają do rzeczywistości. Ślub kościelny da się unieważnić. I choć część ludzi twierdzi, że „to nie to samo co rozwód”, to tego rodzaju argumentacja jest po prostu idiotyczna. Tzn. osoby te będą utrzymywać, że to nie to samo co rozwód, bo unieważnionego ślubu kościelnego (Nierozerwalnego! Przypominam tak tylko...) po prostu nie było! Śmieszne jest to, że katolicy, oburzający się na rozwody, nie oburzają się na „unieważnienia” ślubów. Skoro więc nawet „nierozerwalny związek” można „rozerwać”, to może redaktor Terlikowski łaskawie przestałby truć dupę i utrzymywać, że jest inaczej?

Na sam koniec – redaktor Terlikowski pozwolił sobie na złośliwość, którą to złośliwość „lewicowy” redaktor Sierakowski ściągnął sobie (i lewicy) na głowę swoim zachowaniem.

Cóż, dla mnie konserwatysty, to nie jest problem. Mam świadomość, że nie ma mnie bez mojej żony, że ogromnie dużo jej zawdzięczam, i że często nie dorastam do jej poziomu ofiarności, ale jednocześnie moje książki, które redagowała były podpisywane, jeśli coś autoryzowała, to ja odwdzięczałem się tym samym. A książki, jeśli pisaliśmy je razem, to były podpisywane razem. Cóż - i pewnie dlatego - ja nie rozumiem, dlaczego lewica musi wciąż walczyć o równe prawa kobiet... Głównie z samą sobą.

Złośliwość jest prawie celna. Tzn. Tomasz Terlikowski ma rację, krytykując Sierakowskiego. Tylko że zachowanie Sierakowskiego nie miało nic wspólnego z jego „lewicowością”. Miało natomiast bardzo wiele wspólnego z jego cechami osobniczymi, o których sporo napisano w komentarzach pod jego tekstem. Inna sprawa to fakt, że podpisywanie książek oboma nazwiskami, którym szczyci się Tomasz Terlikowski, nie czyni z niego przyzwoitego człowieka.

Jeśli mogę sobie pozwolić na podobną złośliwość, chciałbym zauważyć, że gdyby nie działalność szeroko pojętej lewicy (ruchów feministycznych, etc.) Tomasz Terlikowski nie musiałby się kłopotać podpisywaniem książek nazwiskiem żony – bowiem nie byłaby ona w stanie ich z nim pisać (nie wolno by jej było studiować, edukować się, bo kobieta to powinna rodzić i wychowywać dzieci, etc.). Jak mniemam, Tomasz Terlikowski broniłby konserwatyzmu twierdząc, że konserwatyzm jest niezbędny, bowiem tylko on obroni kobiety przed samodzielnością.

Źródło:

http://www.fronda.pl/a/konkubinat-krzywdzi-kobiety-czyli-prywatne-jako-publiczne,38832.html?page=2&

wtorek, 1 lipca 2014

Wrażliwość społeczna kawiorowej lewicy

Na samym początku niniejszego tekstu chciałbym poczynić pewną uwagę. Lewacząc sobie na pikniku, praktycznie nie znęcałem się nad szeroko pojętą lewicą (SLD i TR to nie jest lewica, w mojej opinii – szefem jednej z partii jest partyjny konserwatysta, a drugiej - antyklerykał neofita).

Nie znęcam się nad tą lewicą, bo jej praktycznie nie ma. „Praktycznie” nie oznacza jednak, że nie ma jej w ogóle. Problem w tym, że często czytając artykuły i słuchając wypowiedzi, których autorami są ludzie o (ponoć) lewicowych poglądach, mam ochotę zgrzytać zębami. Czytając artykuł, do którego się odniosę, postanowiłem, że ja jednak cenię sobie szkliwo swoich zębów o wiele bardziej niż jakichś dziwnych ludzi, którym wydaje się, że przemawiają w moim (lewackim) imieniu. W trosce o wspomniane szkliwo będę więc od czasu do czasu komentował wypowiedzi naszej - szeroko pojętej - lewicy.

Robiąc prasówkę, natrafiłem na artykuł, który bardzo dobrze opisuje, jakimi kategoriami myśli ta „odmiana” lewicy, którą z braku innych określeń można nazwać kawiorową. Tzn. taką, której przedstawiciele generalnie nie za bardzo orientują się w realiach, w których żyją zwykli ludzie, ale w niczym im owo oderwanie od rzeczywistości nie przeszkadza. Przykładowo – przedstawiciel kawiorowej lewicy bardzo się, co prawda, martwi losem ludzi, którzy zarabiają na chleb machając łopatą, ale ani tego człowieka, ani łopaty na oczy nie widział. A jeśli widział, to się trochę pośmiał, „bo mógł się przecież, idiota jeden, uczyć, to by teraz nie musiał łopatą machać”. Choć w sumie nie jest to przypadłość lewicy – w naszym kraju wystarczy mieć na sobie robocze ubranie (nie daj boRze pobrudzone np. tynkiem), żeby ludzie zaczęli na takiego delikwenta patrzyć z góry.

Wróćmy jednak do kawiorowej lewicy. Ma ona bardzo wiele do powiedzenia na temat umów śmieciowych, wyzyskiwania pracowników przez pracodawców (które to wyzyskiwanie [jakkolwiek „marksowo” by to nie zabrzmiało] - ma miejsce np w kołchozach, powstających w Specjalnych Strefach Ekonomicznych w mojej rodzinnej części Podkarpacia). Można by się więc spodziewać tego, że taka lewica (wrażliwa społecznie) będzie robić wszystko, aby – przynajmniej w swoim otoczeniu – „większy” nie wykorzystywał „mniejszego”. Okazuje się, że nie bardzo.

W trakcie prasówki trafiłem na artykuł pt. „Sierakowski dziękuje partnerce, która przez 5 lat pracowała za darmo dla "Krytyki". Dlaczego na to pozwolił?" Przyznam szczerze, że najpierw wziąłem to za trolling. Buszowałem wtedy po artykułach „ASZ Dziennika” i w pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być jakaś kiepska prowokacja, bo przecież szef lewicowego portalu nie doprowadziłby do takiej sytuacji. A potem trafiłem na tekst źródłowy, po lekturze którego byłem, delikatnie rzecz ujmując, w cholerę zniesmaczony. Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów:

Tytułowa Cveta Dimitrova jest doktorantką w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystką Uniwersytetu Yale i niewidzialną działaczką środowiska Krytyki Politycznej, któremu poświęciła prawie pięć lat, choć formalnie nigdy do niego nie należała. O tej dziwnej sytuacji jest ten tekst.”

To jest jeden powód jej dotychczasowej anonimowości – mniejszy. Większy jest taki, że będąc partnerką życiową szefa Krytyki Politycznej, została obsadzona właśnie w takiej roli. Stała się osobą niewidzialną, kimś funkcjonującym w szarej strefie, prywatnie obsługując publicznego.
Nie była równoprawną uczestniczką środowiska, choć stale pracowała na jego rzecz. Jej funkcja pozostawała niezdefiniowana, o jej pracy mało kto wie i nigdy w szczegółach się nie dowie. Nie można tego wpisać do żadnego CV, nikomu o tym opowiedzieć. Nie jest częścią żadnej historii, nie jest tytułem do niczego.”

Można opowiedzieć o tym jedynie ogólnie, bo wszystko w tej historii pozostało nienazwane. Gdzieś powinno być napisane, że była redaktorką każdego mojego tekstu i pomagała przy autoryzacji każdego wywiadu. Niektóre teksty, jak na przykład Siła bezwstydnych opublikowana w kilku pismach i językach, były faktycznie w połowie jej autorstwa.”



Cveta Dimitrova jest autorką wielu zgłaszanych przeze mnie pomysłów na debaty, książki i teksty dla „Krytyki Politycznej”, a także „Dziennika Opinii”, jak również pomysłów na to, jakiego gościa warto zaprosić do Nowego Wspaniałego Świata, na Foksal lub do prowadzenia seminarium w Instytucie Studiów Zaawansowanych.”

W jaki sposób Sławomir Sierakowski odniósł się do krytycznych głosów (których nie brakowało)?

Skrajne głosy, które wzywają do finansowego rozliczania takich sytuacji w związku miłosnym, nie wydają mi się sensowne. Swoją drogą, własna działalność Cvety Dimitrovej jest jak najbardziej podpisana i rozliczona. Jest to na przykład przekład książki Manifest oburzonych ekonomistów i szeregu tekstów, które łatwo odnaleźć w „Krytyce Politycznej”. Tu ja z kolei mogłem trochę pomóc.

Nie chciałem, żeby mój związek był kolejnym związkiem, w którym Prywatna żyje z Publicznym i nikt o jej pomocy nic nie wie, a była to pomoc ogromna, za którą jestem bardzo wdzięczny.”

Redaktor Sierakowski zabrnął w swojej argumentacji tak daleko, że chyba nie jest się w stanie z niej teraz wyplątać. Z jednej strony bowiem twierdzi, że to było po prostu wsparcie, którego udzielają sobie wzajemnie partnerzy, jednak z drugiej strony – podkreśla to, że jego partnerka miała olbrzymi wkład w funkcjonowanie Krytyki Politycznej. Sam również zauważył, że nic jej z tego tytułu nie przysługuje i że nawet nie może sobie tego wpisać w CV. Cały artykuł (jak przystało na tekst napisany przez przedstawiciela kawiorowej lewicy) jest pełen górnolotnych określeń i pompatycznego słownictwa.

Sprawa jest prosta i nie wymaga zastosowania tak wyrafinowanych sformułowań. Redaktor Sierakowski korzystał przez 5 lat ze wsparcia Cvety i nie wspomniał o tym ani słowem. Wypowiedział się o nim natomiast dopiero w momencie, gdy w jego życiu prywatnym zaszły zmiany. I – jak na mój gust – redaktor Sierakowski postanowił się „przyznać” do tego, że korzystał ze wsparcia, bo obawiał się tego, że owo „wsparcie” może samodzielnie upublicznić całą historię. A wtedy mogłoby się zrobić cokolwiek nieprzyjemnie.

Gdyby szanownemu redaktorowi Sierakowskiemu naprawdę zależało na tym, aby wkład jego partnerki (w funkcjonowanie KP etc.) został dostrzeżony, łaskawie wspomniałby o jej zaangażowaniu ZNACZNIE wcześniej. Nieco żenująco zabrzmiały jego wzmianki (te w postscriptum) o tym, że on też pomagał swej partnerce. Brzmi to o tyle żenująco, że jest niczym innym, jak usprawiedliwianiem się. Redaktor zapewne się zorientował, że jego zachowanie było „średnio” lewicowe i postanowił podkreślić, że „to nie tak, że to tylko ona jemu pomagała, bo on jej też”.

Jeśli redaktor Sierakowski nie był w stanie przewidzieć tego, w jaki sposób spora część ludzi odbierze jego tekst (a tak chyba było, skoro po jakimś czasie dorzucił do niego obszerne PS), to znaczy, że do wszelkich jego prognoz i analiz powinno się podchodzić ze sporą rezerwą.

Źródła:


http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20140622/cveta-dimitrova




czwartek, 19 czerwca 2014

Nie płakałem po „Wprost”

Nie byłem pewien, czy w ogóle pisać o najnowszej „aferze taśmowej”. Zastanawiałem się nad tym głównie dlatego, że sama afera – choć głośna – nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Tzn. sam fakt, że ktoś nagrywał przez kilkaset godzin rozmowy bardzo ważnych polityków – owszem, zrobił. Natomiast to, o czym nagrywane osoby mówiły, może być szokujące tylko i wyłącznie dla osoby, która ma wyidealizowane pojęcie na temat obrazu polityki XXI wieku.

Czy to znaczy, że moim zdaniem „nic się nie stało”? Owszem, stało się. Stało się to, że po '89 roku w jakiś magiczny sposób polskie społeczeństwo zdecydowało, że na swoich reprezentantów wybierze nierozgarniętych cwaniaczków (a to chyba najgorsze połączenie). I te cwaniaczki rządzą nami od początku III RP. Abym nie został źle zrozumiany – zabieg o nazwie „IV RP” uważam za kampanię PR, którą PiS chciał pokazać „myśmy są lepsze od innych”. To była nadal III RP, nadal rządy gamoniów, z tym że te gamonie koniecznie chciały pokazać, że są „inne” od reszty. Trochę zazdroszczę ludziom, którzy są fanatycznymi wyznawcami jakiejś partii, bo oni przynajmniej czują się dobrze w okolicach wyborów. Ja czuję się wybitnie źle, bo muszę głosować na gamoniów, a wybieranie między dżumą a cholerą jakoś niespecjalnie mnie bawi.

Zastanawia mnie, ile osób było naprawdę oburzonych tymi taśmami (tzn. O CZYM rozmawiano), a ile raczej tym, W JAKI SPOSÓB ci ludzie rozmawiali (np. że sobie radośnie „kurwowali”). Ja muszę przyznać, że nie bardzo się w to wszystko wczytywałem, ale nawet gdyby padła tam bezpośrednia bezczelna propozycja korupcyjna („weź no mnie, Józek, daj 500 dużych baniek, to Ci załatwię taką ustawę, że se k*wa zarobisz 10 razy więcej, zwróci ci się!”), nie zrobiło by to na mnie wrażenia. Sorry – takich mamy polityków. I to wszystkich (prawie), bez wyjątku. Bycie nierozgarniętym cwaniakiem zobowiązuje.

Czy to znaczy, że sprawę trzeba olać? Niezupełnie. Należy zapoznać się z materiałami i jeśli nagrano kogoś, kto deklaruje złamanie prawa, wypadałoby go ukarać. Nie powinno się natomiast powoływać kolejnej idiotycznej komisji śledczej, która wylansuje następnych Zbyszków Ziobrów albo inne Marie Rokity i która w sumie niczego nie wyjaśni, bo zasiadający w niej posłowie nie za bardzo ogarniają to, czym się mają zajmować (prócz lansowania siebie i swojej partii).

O BORZE! ABW NAS PRZEŚLADUJE!

Dzisiaj (tekst pisany był 18-06-2014) cały polski świat dziennikarski (z niewielkimi wyjątkami) zamarł. Szok i niedowierzanie zapanowało, bo oto ABW wkroczyło do redakcji „Wprost”.

Nie rozumiem histerii dziennikarzy, którzy od jakiegoś czasu non stop spamują „oburzonkiem” na Twitterze. Nie rozumiem tej histerii o tyle, że kto jak kto, ale dziennikarze powinni sobie doskonale zdawać sprawę z tego, kim są nasi politycy. Gdyby owo oburzenie zatrzymało się na dziennikarzach, których jedna partia trzyma krótko na łańcuchu, można by to pominąć (no, bo w sumie czego można od nich wymagać, jeśli nie wiernopoddańczego stosunku dla swojego chlebodawcy?), ale ta histeria zatacza coraz szersze kręgi.

Ja jestem tylko prostym człowiekiem z blogiem i fanpejdżem, który trolluje obrazkami i od czasu do czasu napisze coś dłuższego, ale nawet ja wiem, że w określonych sytuacjach organy ścigania mogą się domagać wyjawienia źródeł informacji. Opowiedział mi o tym jeden znajomy dziennikarz, gdy chciałem się dowiedzieć, jak wygląda ochrona takich źródeł. Wydaje mi się, że dziennikarze również powinni to wiedzieć - szczególnie ci, którzy zarabiają tym (dziennikarstwem, szczególnie śledczym) na chleb. Z tego, co pamiętam, sąd ma prawo zmusić dziennikarza do wyjawienia źródła (zwolnić go z tajemnicy dziennikarskiej) – i to jest właśnie taka sytuacja.

Co prawda, pierwsza „wjechała” do redakcji ABW (nie wiem, czy zrobiono to legalnie, czy też jak zwykle jakiś narwaniec wydał polecenie, a potem inni się będą martwić), ale podsłuchiwanie „figur”, które powinny być przed tym chronione, jest niefajne i może (a raczej musi) przyciągnąć uwagę odpowiednich służb. Prostymi słowy rzecz ujmując: ktoś dał dupy i podsłuchano osoby, których podsłuchiwanie jest niezbyt dobre z punktu widzenia państwa. Pasowałoby więc ustalić kto dał dupy. Dlaczego ktoś mógł ich podsłuchać (być może sami nie chcieli osłony). Potem pasowałoby ustalić kto to zrobił. Jakoś nieszczególnie mi się chce wierzyć w to, że to mogła być jakaś „zwykła agencja detektywistyczna”. Na Twitterze Janusza Palikota pojawiła się informacja o tym, że istnieje 900 godzin materiału. Mało kto odważyłby się na tak długie nagrywanie tych konkretnych osób bez wyraźnego powodu. Deptanie służbom specjalnym po palcach to niezbyt bezpieczna zabawa.

Nawiasem mówiąc, najbardziej kuriozalne wydaje mi się to, że najgłośniej wydzierają się teraz ci publicyści, którzy nie mają się czego obawiać. W ich przypadku nigdy nie nastąpi sytuacja, w której będą musieli wyjawić jakiekolwiek źródła, bo większość „faktów”, o których piszą, pochodzi z ich własnej wyobraźni. Choć, być może, to jest powód, dla którego tak głośno się drą. Druga sprawa – gdyby nagrano tego rodzaju persony w czasach rządów PiS, ci sami dziennikarze eksplodowaliby z oburzenia i węszyli w tym fakcie działań „układu”, „WSI” i innych takich. Ale to tylko taka dygresja.

Opinia publiczna ma prawo wiedzieć!

„No dobrze” - ktoś może powiedzieć - „ABW i inne służby powinny się zająć tymi nagraniami, ale wejście do redakcji „Wprost” może sprawić, że reszta materiału nigdy nie ujrzy światła dziennego i nie dowiemy się, co tam jest”. Owszem, to się może tak skończyć, ale tylko i wyłącznie dzięki zachłanności osób, które własny zysk przedkładają nad prawo opinii publicznej do zapoznania się z treścią tych nagrań.

Gdyby publikującym redaktorom „Wprost” chodziło tylko i wyłącznie o to, aby opinia publiczna posłuchała tych taśm, rozegrano by to nieco inaczej. Wrzucono by artykuł, tak jak to zrobiono, bo skoro dziennikarze trafili na coś takiego, powinni o tym napisać. Całą resztę natomiast wrzucono by „w internety”. I niech mi nikt nie opowiada bzdur o tym, że się nie da „anonimowo”, że służby i tak „doszłyby do tego, kto to zrobił”. W chwili obecnej, dysponując środkami takimi, jakimi dysponuje redakcja tygodnika „Wprost”, z palcem w ciemnym miejscu można zamieścić w internecie różne treści, a ryzyko namierzenia źródła jest minimalne.

Jest tylko jedno „ale”. Na raz wrzuconych i upublicznionych informacjach nie da się zarobić. Redakcja „Wprost” chciała zamienić te nagrania w kurę znoszącą złote jajka. Wrzucanie co jakiś czas transkrypcji fragmentów nagrań musiało się jawić jako bardzo dobry sposób na podniesienie ilości wejść na portal (nie mówiąc już o tym, że da się w ten sposób zwiększyć sprzedaż tygodnika). Okazało się jednak, że "złota kura" podziobała redaktorom paluchy.

Kopie zapasowe, głupcze!

Jeden z najbardziej usłużnych dziennikarzy (taki, który od jakiegoś czasu wiernie służy największej partii opozycyjnej) rozpaczał nad tym, że „władza teraz niszczy dowody swoich przestępstw”. Na pierwszy rzut oka - ma chłop rację. ABW „wjechała” do redakcji, zabierze nagrania i nikt ich nie usłyszy. Na drugi rzut oka - racji nie ma w ogóle i musi o tym wiedzieć, jako że ma, z tego co mi się wydaje, mniej niż 30 lat i powinien doskonale zdawać sobie sprawę, jak używa się nowoczesnych technologii. Załóżmy, że ów „dziennikarz” ma rację. ABW zabrało wszystkie znalezione w redakcji nośniki danych. Czy to znaczy, że skonfiskowano wszystkie kopie nagrania? Tylko, jeśli redaktorzy „Wprost” są nierozgarnięci. Ja, pisząc jakiś czas temu pracę magisterską, miałem zawsze jej 4 kopie na różnych nośnikach (w tym - na skrzynce e-mail). Rozumiem, że 900 godzin nagrań „waży” nieco więcej niż dokument tekstowy, ale w dobie pendrive'ów, których pojemność dochodzi do 1000GB zrobienie kopii zapasowej (nawet gdyby ktoś to we FLAC-u [bezstratny format] zapisał) nie nastręcza problemów. Tym samym - ryzyko „niepoznania prawdy” jest raczej marginalne. No chyba, że redaktorzy nie wpadli na to, że gorący kartofel, jakim są takie nagrania, może im poparzyć palce i że warto się przed tym zabezpieczyć.

Gwoli ścisłości - gdyby tym strasznym polskim służbom specjalnym, zależało na cichym załatwieniu sprawy, to wszystkie dane z komputerów redaktorów „Wprost” (tzn z tych komputerów, które da się "dosięgnąć" z internetu) pewnie już dawno by mieli i żaden dziennikarz (czy to pokorny, niepokorny, czy zupełnie niezależny) by się o tym nie dowiedział. Być może pod pewnymi względami jesteśmy krajem trzeciego świata, ale jednostki do wojny cybernetycznej posiadamy na pewno. Wydaje mi się, że służbom zależy na „głośnym” załatwieniu sprawy, bo być może mają podejrzenia co do tego, kto stoi za podsłuchami i chcą tego kogoś potem przykładnie ukarać (aczkolwiek – to jest tylko moje gdybanie).

Podsumowując:

Mamy polityków, którzy zachowywali się jak „typowi polscy politycy”.

Mamy służby, które zachowują się jak typowe wk**ne służby. (Mam szczerą nadzieję, że działania ABW mają na celu ustalenie personaliów tych, którzy nagrywali i nie jest to typowe „miotanie się”.)

Mamy histeryzujących dziennikarzy (różnych opcji), którzy zachowują się jak dzieci we mgle i nie za bardzo rozumieją, w jakich realiach żyją – to, moim zdaniem, bardzo „adekwatnie” świadczy o poziomie ich dziennikarstwa.

Mamy redakcję, której redaktorzy (najprawdopodobniej celowo) ustawiają się w roli ofiar służb.

Mamy tajemniczych „nagrywających”, którzy przez kilkaset (co najmniej, bo nie wiadomo, czy „Wprost” dostał wszystko) godzin przysłuchiwali się rozmowom jednych z najważniejszych osób w Polsce.

Mamy polityków, którzy jak zwykle próbują zbić na całej sytuacji kapitał polityczny.

Z połączenia tych wszystkich elementów wyłania się typowy polski cyrk. Tylko, jakimś dziwnym trafem, ów cyrk nikogo (prócz klaunów, którzy w nim występują) nie bawi.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Deklaracja fanatyzmu lekarzy

W tygodniu powyborczym zrobiło się bardzo głośno w temacie „deklaracji wiary” lekarzy. Sprawa już jakiś czas temu rzuciła mi się w oczy, ale ponieważ nikt się nie wyrywał z podpisywaniem tejże, uznałem, że nie ma sensu się nad tym pochylać. Tym niemniej, w momencie, w którym ponad 3 tysiące lekarzy złożyło pod dokumentem swój podpis, chyba jednak trzeba się temu przyjrzeć i nieco na ten temat poczytać. Co zrozumiałe, masowe podpisywanie tej deklaracji fanatyzmu przyciągnęło uwagę mediów i sporej liczby ludzi. Komentarze były bardzo różne, ale generalnie rzecz ujmując, sygnatariuszy odsądzono od czci i wiary.

Rzecz jasna, kpiny z deklaracji (w pełni zasłużone) nie mogły pozostać bez odpowiedzi zainteresowanych. Na portalu Fronda.pl pojawił się list jednej z sygnatariuszek. Nie zamierzam odnosić się w tym miejscu do całej treści (bo to bez sensu), a jedynie do końcówki oświadczenia/listu lekarki, Marii Chodyry:

Nade wszystko zbulwersowana faktem całej medialnej dyskusji polecam zapoznanie się z oryginalnym tekstem deklaracji wiary na stronie www.deklaracja-wiary.pl, następnie przemyślenie przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Co prawda nie jestem „mediami”, ale uznałem za stosowne zadośćuczynić tej prośbie. Bez problemu odnalazłem na linkowanej stronie oryginalny tekst. Po przeczytaniu tegoż (wiele tego nie było - 1 strona znormalizowanego tekstu) postanowiłem, że zacytuję go punkt po punkcie i będę się odnosił do poszczególnych fragmentów. Robię to „bez narzucania odpowiedzi z mediów”.

Nam – lekarzom – powierzono strzec życie ludzkie od jego początku...”

I dlatego sprzeciwiamy się terminacji ciąży w przypadku, w którym ciąża stanowi zagrożenie dla życia kobiety.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.”

Świadomość tego, że lekarze, którzy mają mnie leczyć, są kreacjonistami, niesamowicie mnie uspokaja.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:
- ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,
- moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.

Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania
Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie,
eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.”

Jesteś kobietą i idziesz do lekarza po pigułki hormonalne, które ratują Twoje zdrowie? Nie dostaniesz recepty, bo - co prawda - dla Ciebie są one lekarstwem, ale dla lekarza to odrzucenie stwórcy. Jak widać, „primum non nocere” również może zostać podważone przez klauzulę sumienia. Inna sprawa – LEKARZ, który twierdzi, że używając prezerwatyw „odrzucam stwórcę”, powinien zostać przebadany przez specjalistów (takich, którzy nie podpisywali tej nieszczęsnej deklaracji).

3 PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej (...)”

Z polskiego na nasze – gender to szatan.

(...)Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia”(...)”

A ludzie, którzy nie mogą mieć potomstwa, nigdy nie będą „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” i - co zrozumiałe - powinni się czuć przez to gorsi.

(...)powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.(...)”

Z polskiego na nasze - ludzie niezwiązani sakramentem ślubu nie mają prawa do uprawiania seksu. Domyślam się, że jeśli tacy ludzie dorobią się potomstwa, będzie ono gorsze od potomstwa ludzi mających ślub kościelny.

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.”

Czyli np. prawo do odmowy przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, prawo do odmowy przepisania kobiecie hormonów („bo, panie, te hormony to działajo jak antykoncepcja!”) i tak dalej, i tak dalej.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim - aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji(...)”

Takim, jak zdobycze XXI-wiecznej medycyny.

(...)potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.(...)”

Co zrozumiałe, klauzula sumienia obejmuje również „potrzebę stałego pogłębiania wiedzy”. Teologia ciała ogranicza się, rzecz jasna, do „teologii narządów płciowych”, na temat których Kościół ma bardzo wiele do powiedzenia.

6. UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.”

Rozumiem, że zniechęcanie do przeprowadzania badań prenatalnych, okłamywanie kobiet w trakcie ich przeprowadzania, nieprzepisywanie antykoncepcji hormonalnej, nieprzepisywanie pigułek hormonalnych w przypadkach chorobowych, odmowa przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, ogłaszanie wszem i wobec, że in vitro to zło etc., etc. – to wszystko mieści się w „nienarzucaniu nikomu swoich poglądów”. I na tym deklaracja się kończy (ok, jest jeszcze fragment Humanae vitae Pawła IV, ale punktów jako takich więcej nie ma).

Artykuł na Frondzie.pl zatytułowano dramatycznie: „Zanim oczernisz lekarza z powodu jego wiary. Koniecznie przeczytaj!” W kontekście dokumentu, który podpisywali owi lekarze, nie za bardzo wiem, w jaki sposób można ich oczernić. Bo jak oczernić kogoś, kto twierdzi, że tylko małżonkowie (ślub kościelny, rzecz jasna) mają prawo do uprawiania seksu, że tylko małżonkowie mogą mieć dzieci, że stosowanie antykoncepcji to odrzucanie stwórcy, że eutanazja jest zła, bo jest niezgodna z jego sumieniem itd. Nie wiem, czy posiada sumienie ktoś, kto nie rozumie, czym jest eutanazja dla cierpiącego człowieka (takiego, który wie, że przestanie cierpieć dopiero wtedy, gdy umrze). Każdemu, kto twierdzi, że „cierpienie uszlachetnia” (oczywiście, cudze cierpienie), życzę tego, żeby w trakcie swojego życia miał bardzo dużo okazji do uszlachetnienia samego siebie.

Przeczytałem tę deklarację i wydaje mi się, że placówki medyczne, które zatrudniają sygnatariuszy tejże deklaracji, powinny informować o tym fakcie każdego pacjenta. Pozwoliłoby to kobietom na uniknięcie upokarzającego spotkania z ginekologiem, który poproszony o przepisanie pigułek hormonalnych, zacznie jej prawić kazania o tym, jakie to one są złe i w rezultacie ich nie przepisze. Publiczna informacja na temat sygnatariuszy (i innych lekarzy, którzy zasłaniają się klauzulą sumienia, jak się im coś nie podoba lub chcą więcej zarobić prywatnie – spora liczba klauzolowiczów opory przed antykoncepcją ma jedynie w publicznych placówkach) byłaby uczciwa wobec kobiet. Bo wbrew temu, co się może wydawać fanatykom religijnym, nie każda kobieta lubi półgodzinne kazania na temat szkodliwości antykoncepcji.

W całej tej zawierusze związanej z deklaracją fanatyzmu nikt nie zwrócił uwagi na jedno zagrożenie. Lekarze, którzy podpisali tę deklarację nie ukrywają, że będą postępować zgodnie z zaleceniami Kościoła. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której powstaje nowa metoda leczenia jakiegoś schorzenia, która nie spodoba się władzom kościelnym. Owe władze będą więc głośno protestować przeciwko temu rodzajowi leczenia. Co zrobią wtedy sygnatariusze? Zapewne pójdą za głosem Kościoła i oleją nową metodę. Pacjenci będą cierpieć w imię „klauzuli sumienia”, a lekarze - obserwować to cierpienie z dumą. Będą dumni z siebie i z tego, że „nie narzucają nikomu swoich poglądów i przekonań”.

Powróćmy na sam koniec do pytania zadanego przez lekarkę:

Przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Odpowiem wprost – tak, chciałbym być leczony przez uczciwych, kształcących się na bieżąco lekarzy, do której to grupy nie zaliczają się, moim zdaniem, sygnatariusze deklaracji fanatyzmu.


Źródła:




czwartek, 29 maja 2014

Jezus Maria! Korwin!

Tytuł niniejszej notki chyba najlepiej oddaje reakcje sporej części społeczeństwa na fakt, że „wieczny kanapowiec” Korwin „Krul” Mikke dostał się do Europarlamentu. Mam świadomość tego, że reakcje były nieco bardziej żywiołowe, a fraza, która była najczęstszym komentarzem do tej sytuacji, składała się z dwóch, nieco innych słów. Jednakże uznałem, że swojskie „Jezus, Maria” wystarczy. Gwoli wyjaśnienia - niniejszy tekst odnosi się do wyników wyborów, nie zaś tylko do wyniku Krula, aczkolwiek sporo będzie o JKM. Głównie dlatego, że jego „wejście” do PUE było dla wielu niespodziewane.

Ja się przyznać muszę, że również nie wierzyłem w sukces Korwina. Wykoncypowałem sobie, że skoro tyle partii prawicowych startuje w wyborach, to się głosy rozbiją (Polska Razem, Solidarna Polska, PiS, Ruch Narodowy i Partia JKM) i plankton się rozbiegnie znowu. Stało się inaczej. Jedna znajoma lewaczka (jak widać - mądrzejsza ode mnie) tłumaczyła mi, że moje prognozy mogą się nie sprawdzić i że JKM się jednak może dostać, ale ja przez cały czas liczyłem na wyższą frekwencję. Wydawało mi się, że sondaże, w których JKM miał poparcie bardziej niż wystarczające do tego, aby wejść do PEU, zmotywują ludzi do głosowania. Z drugiej jednakże strony, elektorat był już tak wkur**ny na polityków wszelkiej maści, że pokazał partiom środkowy palec (dopisał za to betonowy elektorat Korwina). Niska frekwencja, na którą liczyli również politycy Ruchu Narodowego i Solidarnej Polski, spowodowana była zwyczajowym polskim „je**ałpiesizmem” politycznym („bo co mnie to obchodzi”) oraz tym, że politycy wszystkich opcji – jeśli chodzi o o poziom kampanii wyborczej – zachowywali się tak, jakby uważali wyborców za jakieś bezrozumne bydło, któremu można rzucić byle ochłap albo obiecać pełną michę („damy wam żreć, jak nas wybierzecie!”), a rzeczone bydło i tak zagłosuje. Poziom kampanii wyborczej był tak niski, że ciężko ją do czegokolwiek przyrównać. O tym, jak był niski, niech zaświadczy to, że nawet sondaże dające JKM szanse na wejście do PUE zostały olane, a ludzie zostali w domach. Ponieważ przez media przewala się teraz fala komentarzy na temat wyborów i tego, „co będzie dalej” postanowiłem również napisać kilka słów na temat: „co lewacki bloger sądzi w sprawie wyników wyborów”.

Jezus Maria! Korwin-Mikke!

Zacznę od tego, że nie boję się Korwina. Tzn. nie obawiam się tego, że „obecne wybory to dopiero początek, nic już nie zatrzyma marszu Nowej Prawicy (dowodzonej przez „nowego” 70-kilku-latka). To są bzdury, którymi karmi się korwinowy, betonowy elektorat. Zdaniem niektórych przedstawicieli tegoż elektoratu, teraz już będzie tylko lepiej, a w następnych wyborach (w domyśle – do PUE) będzie ich jeszcze więcej! Ktoś wrzucił w internety zestawienie wyniku, jaki uzyskał JKM w trakcie wyborów prezydenckich 2010 z wynikiem do PUE. W 2010 roku Korwin uzyskał 416 898 głosów (2,48%), 2014 (bo przecież KNP to Korwin Mikke) – 505 586 głosów (7.15%). Jak widać, różnica między liczbą głosów nijak się ma do tej wyrażonej w procentach (a właśnie procentami podnieca się beton spod znaku JKM prorokując, że „teraz to będzie już tylko lepiej). Ktoś może przytomnie zauważyć, że „może i to nie jest jakiś specjalnie wielki wzrost poparcia, ale jednak jest! Co będzie dalej?” Nic nie będzie. Nikomu nie chciało się zerknąć do innych danych. W wyborach 2011 partia JKM uzyskała 151 837 głosów (1,06%). Rok po tym, jak na JKM zagłosowało ponad 400 000 ludzi, jego poparcie poleciało na pysk. Teraz, co prawda. udało mu się „odrobić straty”, ale o tym, czy teraz już tak będzie przez cały czas, zadecydują wybory parlamentarne 2015, w których 500 000 głosów nie gwarantuje wejścia do sejmu, a jakoś tak nie chce mi się wierzyć w to, żeby za rok głosować na JKM chciało ponad 1 000 000 Polaków (bo mniej więcej taka liczba głosów jest „bezpieczna”, niezależnie od frekwencji).

W tym miejscu chciałbym zauważyć, że o ile nie rozumiem paranoi niektórych ludzi, to doskonale rozumiem rozgoryczenie kobiet, które tak jakoś nie bardzo lubią człowieka mówiącego publicznie o tym, że zawsze się je trochę gwałci, są głupsze od mężczyzn, przejmują poglądy swoich partnerów (no, bo przecież skoro są głupsze, to nie mogą mieć własnych poglądów!), powinno się im odebrać prawa wyborcze etc., etc. Na szczęście sam Krul nigdy nie będzie miał szansy na to, żeby swoje poglądy wprowadzić w życie. Ogromna większość społeczeństwa, delikatnie rzecz ujmując, nie utożsamia się z poglądami Korwina. Toteż, jeśli ktokolwiek powinien się obawiać „siły, której nie da się zatrzymać”, to raczej Korwin, który przy okazji kolejnych wyborów najprawdopodobniej boleśnie otrze się o drzwi sejmu.

Gwoli ścisłości – dla mnie Korwin Mikke nie jest politykiem. To najzwyklejszy w świecie showman, który przez całe życie zarabiał robiąc szum wokół własnej osoby. Pobyt w PUE potraktuje pewnie jako kolejne źródło dochodu. Inna sprawa, że Wódz Kuców, może mieć spore problemy. To, co uchodziło na sucho „kanapowcowi”, politykowi na sucho już nie ujdzie. Choćby dlatego, że pies z kulawą nogą nie interesuje się tym, co wykrzykuje jakiś klaun-estradowiec stojący na postumencie zmontowanym ze skrzynek po pomidorach. Jednakże te same słowa wykrzyczane z mównicy sejmowej, przed kamerami, przez europosła, mają już zupełnie inny kaliber gatunkowy. Tego, że JKM może nam przynieść wstyd (i pewnie przyniesie), nie chce mi się nawet pisać. Dodam jedynie od siebie, że nie on pierwszy (wszak ojciec Romana Giertycha kiedyś w ławach PUE zasiadał był) i nie on ostatni.

POPiS

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński to pierwszy przykład politycznego związku partnerskiego w naszym kraju. Ci dwaj politycy nie mogą bez siebie żyć. Sama bytność w polityce jednego z nich nagania wyborców drugiemu. I na dobrą sprawę nie warto marnować więcej miejsca na opisywanie tych panów i ich partii.

Wielki Przegrany

Janusz Palikot dostał w tych wyborach solidnego kopa od swoich wyborców. Choć może raczej należałoby powiedzieć – od wyborców, których wcześniej „ukradł” SLD (bo chyba nikt nie ma złudzeń co do tego, że zły wynik SLD w wyborach parlamentarnych 2011 był rezultatem wejścia Ruchu Palikota na scenę polityczną) oraz efektem tego, że ludzie mieli nieco dosyć bezbarwnego Grzegorza Napieralskiego i jego świty równie bezbarwnych kolegów. Sam Palikot ponoć się teraz głowi nad tym, co poszło nie tak. Głowią się też nad tym niektórzy publicyści. Przyczyna tej porażki jest, moim zdaniem, dość prosta (aczkolwiek jestem tylko człowiekiem-z-blogiem, więc mogę się mylić). Janusz Palikot liczył na elektorat lewicowy (jeśli komuś się wydaje, że bardziej mu zależało na elektoracie liberalnym, to niech sobie zerknie na Twittera i na to, jak się tam ładnie gnoją nawzajem politycy SLD i TR – gdyby bazowali na różnych elektoratach, nie żarliby się aż tak bardzo). Liczył na niego bardzo zawzięcie, tylko że nie ma mu absolutnie nic do zaoferowania. Taki typowy lewak, jak ja, nie wie nawet, jakie poglądy ma Janusz Palikot. Wiem, że kiedyś miał mocno prawicowe, a potem się mu „odmieniło”. Casus Jarosława Kaczyńskiego, który „zmienił się” w trakcie kampanii wyborczej 2010 pokazuje, że politycy nigdy się nie zmieniają. Chyba, że chcą, aby elektorat (czy „ciemny lud”, jak to o nas powiedział Kurski) myślał, że się zmienili. Swoista bezpoglądowość Palikota (i otaczanie się milionerami pokroju Łukasza Gibały, którzy tłumaczą, że okres ochronny dla ludzi w wieku przedemerytalnym to socjalizm i trzeba go koniecznie usunąć z kodeksu pracy) sprawiła, że ludzie go, delikatnie rzecz ujmując, olali. Nie uratowali sytuacji kandydaci, o których Palikot zabiegał i którymi zapełnił listy wyborcze. Tak samo, jak nie uratowały jej antyklerykalne spoty wyborcze. Ok – ja jestem antyklerykałem, ale nie zamierzam oddawać głosu na jakąś partię tylko dlatego, że jej przedstawiciele chwalą się publicznie tym, jak bardzo „nie lubią Kościoła” - nie tędy droga.

Przyszły Wielki Przegrany

SLD uzyskało trzeci wynik w wyborach, co - rzecz jasna - w świcie Leszka Millera zostanie na pewno odebrane jako rezulat jego błyskotliwej polityki. I zapewne w kolejnej kampanii SLD „da dupy”, podobnie jak to miało miejsce przy okazji wyborów parlamentarnych 2011. Wtedy SLD kompletnie zawaliło kampanię, bo uwierzono w to, że to „genialny” PR sztabowców Sojuszu wypracował dobry wynik Grzegorza Napieralskiego w wyborach 2010 (trzeci wynik). Ludzie glosowali na Napieralskiego, bo żywcem nie mieli na kogo - drażniła ich dominacja POPiSu. SLD zrewanżowało się swoim wyborcom całkowitym olaniem tychże. Zapewne sztabowcy SLD wyszli z założenia, że nie warto się pochylać nad elektoratem, bo ów i tak zagłosuje. Teraz będzie zapewne tak samo. SLD miało kampanię równie żenującą jak inne partie. Jedyny powód, dla którego Sojusz osiągnął tak dobry wynik, to fakt, że ludzie zdenerwowali się pajacowaniem niektórych polityków z otoczenia Janusza Palikota. Poza tym – na kogoś ten nasz totalnie ignorowany elektorat lewicowy musi głosować (o ile w ogóle pójdzie do urn). Ja się przyznam bez bicia do tego, że głosowałem na SLD. Nawiasem mówiąc, gdyby pani z komisji wyborczej, która była dla mnie uprzejma (po tym jak poinstruowałem komisję o tym, że tego mojego „zaświadczenia o prawie do głosowania” to oni mi raczej nie powinni już oddawać) trzymając w wyeksponowanym miejscu najnowszy numer „W Sieci”, wiedziała na kogo głosuję, pewnie przyłożyła by mi urną. Głosowałem na partię Leszka Millera, bo chciałem spełnić „obywatelski obowiązek”, a żywcem k**wa (za przeproszeniem) nie miałem na kogo oddać głosu. Śmiem twierdzić, że spora część głosów SLD pochodzi od ludzi, którzy co prawda nie lubią Towarzysza Millera, ale na kogo mieli głosować?

Odwołane „przebudzenie narodowe”

Nie poświęcałbym zbytniej uwagi planktonowi politycznemu, jakim jest Ruch Narodowy, gdyby nie to, że swego czasu dziennikarska brać wywołała narodową histerię tylko dlatego, że prasa chciała pisać o RN, ale nie za bardzo jej się chciało myśleć nad tym, co pisze. Straszono nas „nazistami”, którzy nas wszystkich pozabijają, powywieszają na latarniach etc. Tych „nazistów” popierało – zdaniem dziennikarzy – w cholerę ludzi. Ja swego czasu popełniłem wpis na FB na temat tego, że ja się tam niespecjalnie obawiam członków RN, bo w sumie jedyne, co mogą mi zrobić, to ewentualnie obić mi mordę. Zagrożenia w wymiarze politycznym RN nie stanowi i raczej nie będzie stanowił (no chyba, że Kościół udzieli mu poparcia, tak jak swego czasu udzielał macierzystej partii Krzysztofa Bosaka – Lidze Polskich Rodzin). Jak się skończyły wybory dla Ruchu Narodowego? Eufemizując – bardzo źle. Rzecz jasna, „politycy” z RN po raz kolejny udowodnili, że jaja mają tylko wtedy, gdy otacza ich grupa silnych kolegów, a w świecie, w którym problemu nie da się rozwiązać za pomocą koktajlu Mołotowa/cegły/etc., nie potrafią się odnaleźć. W czym się przejawia ten brak jaj? W tym, że żaden z „polityków” RN nie powiedział „daliśmy dupy i dlatego przegraliśmy”. Nie, nie – RN jest moralnym zwycięzcą, bo miał najmniej pieniędzy na kampanię. Inni mieli lepiej i w ogóle to prawie na pewno jakieś fałszerstwa były, bo tam gdzie głosowano na RN, 0 głosów mieli!

Mało tego - aby zamaskować to, jak bardzo RN poległ, jego członkowie użyli „matematyki narodowców” (zwanej również dwójmyśleniem). Swego czasu głośno chwalili się tym, że grubo ponad 100 000 ludzi przyszło na MN („A media nie pokazały! Media kłamio!”). Przy okazji omawiania wyników wyborów geniusze matematyczni z RN stwierdzili, że „wstępne wyniki nie są satysfakcjonujące, ale jednocześnie pokazują, że udało nam się pozyskać zaufanie grupy wyborców wyraźnie wykraczającej poza struktury naszych organizacji czy uczestników Marszów Niepodległości.” Ja, co prawda, orłem z matematyki nie byłem, ale wydaje mi się, że 86 tysięcy to nie jest liczba „wyraźnie” większa od „ponad 100 000 uczestników MN”. Ciekawym, jak wynik wyborczy RN skomentują ci ludzie, którzy swego czasu pompowali balon histerii „nazistowskiej”

Ludowy aksjomat polityczny

PSL dostał się, bo PSL zawsze się załapuje na mandaty, niezależnie od sondaży. To powinien być aksjomat polityczny.

W krainie planktonu

Wszelkiej maści „wykopanym” z macierzystych partii (i takim, którzy sami odeszli, zanim ktoś ich zdążył wykopać) społeczeństwo pokazało środkowy palec. Solidarna Polska i Polska Razem zasłużenie przerżnęły wybory. I to chyba jedyny komentarz, na który zasługują te partie.

Tak na samo zakończenie powyższych wywodów chciałbym jeszcze napisać jedną rzecz. Mam nadzieję, że będzie mi kiedyś dane pójść do urny i głosować bez odruchu wymiotnego. Innymi słowy – fajnie by było, jakbym kiedyś miał na kogo głosować.




Źródła



czwartek, 22 maja 2014

Korwin wyrwany z kontekstu

Jako dziecko sporo grywałem z moją familią w grę o nazwie Eurobusiness (polska odmiana Monopoly). Gra była fajna, choć nieco frustrująca ze względu na czynnik losowy. Zdarzało się, że gracz „szedł do więzienia” (co przekładało się na straty finansowe). W trakcie gry, można było natrafić na kartę „wychodzisz wolny z więzienia” (w Monopoly - „wyjdź bezpłatnie z więzienia”), której można było użyć w dowolnym momencie, niezależnie od tego, z jakich przyczyn gracz znalazł się we wspomnianym areszcie.

Po cóż męczyłem cię, drogi czytelniku, tą skróconą instrukcją do gry planszowej? Żeby pokazać na prostym przykładzie, jaką rolę pełni w polskiej debacie publicznej fraza „moja wypowiedź została wyrwana z kontekstu”. Osobom, które wypowiadają się publicznie (a ich wypowiedzi są transmitowane przez jakiekolwiek medium), zdarza się powiedzieć coś niemądrego. Przyzwoity człowiek, któremu się taki epizod przytrafi, przeprosi za swoją wypowiedź i postara się unikać tego rodzaju sytuacji w przyszłości. Ponieważ w polskiej debacie publicznej ludzie przyzwoici się nie pojawiają, toteż mamy do czynienia z zupełnie innymi sytuacjami. Zazwyczaj wygląda to tak: Polityk czy publicysta mówi lub pisze coś tak durnego, że po zetknięciu się z tą wypowiedzią trzeźwo myślącemu człowiekowi prostują się zwoje mózgowe, a jego kora mózgowa wygładza się na podobieństwo kuli bilardowej. Media uwielbiają tego rodzaju wpadki, toteż wypowiedź taka momentalnie obiega różnego rodzaju portale i stacje telewizyjne. Co robi „typowy polski polityk” w sytuacji, w której jego wypowiedź bije rekordy popularności? Przeważnie twierdzi, że została ona wyrwana z kontekstu.

Swego czasu tak właśnie było z rzecznikiem SLD, Mariuszem Jońskim. Telewizja „Superstacja” pokazała kawałek wywiadu z tymże politykiem, w którym powiedział on, że skoro minister sportu (nie, nie chce mi się używać określenia „ministra”) jest w ciąży (takie plotki wtedy krążyły), to może powinna sobie darować bycie ministrem i zająć się dzieckiem. Spotkało się to z negatywną reakcją ludzi, którzy w przeciwieństwie do rzecznika SLD faktycznie mają lewicowe poglądy. Ponieważ Mariusz Joński zorientował się, że palnął głupotę, wydał oświadczenie, w którym padło sakramentalne „moja wypowiedź została wyrwana z kontekstu”. Na reakcję Superstacji nie trzeba było długo czekać – wrzucono do sieci cały, dość krótki wywiad, w którym wypowiedź była „osadzona w kontekście”, a mimo to nadal była „niefajna”. Ponieważ część ludzi domagała się jakiegoś komentarza od SLD w tej sprawie (w tym niżej podpisany za pomocą fanpejdża i część fanów tegoż). Zapewne nie byliśmy jedynymi ciekawskimi, bo rzecznik SLD na drugi dzień przeprosił za swoje słowa. I tak to mniej więcej wygląda. Osoba publiczna mówi jakąś bzdurę, media to podchwytują, osoba używa karty „wychodzisz wolny z więzienia” i dopiero potem (ewentualnie) przeprasza. Niezbyt dobrze to świadczy o kondycji intelektualnej naszych polityków, którzy nie są w stanie sami z siebie domyślić się tego, że kogoś obrazili czy powiedzieli coś bzdurnego i dopiero oburzenie opinii publicznej jest im to w stanie uświadomić.

Ponieważ demokracja u nas dopiero raczkuje i nie za bardzo wiemy na kogo, jak i dlaczego głosować, toteż mamy (jako naród) tendencję do trzymania się pazurami raz podjętego wyboru. Tak samo będziemy zębami i pazurami bronić polityków, na których głosowaliśmy. Bardzo nas więc boli to, że czasami nasi wybrańcy/idole/guru publicznie mówią idiotyzmy. Ale nic to – zawsze przecież można powiedzieć o tym, że „słowa zostały wyrwane z kontekstu”.

Mistrzami tego rodzaju retoryki są wyznawcy (zaraz wyjaśnię, czemu używam właśnie takiego określenia) zjawiska politycznego, jakim jest Janusz Korwin-Mikke. JKM nie ma zwolenników - on ma wyznawców. Bo tylko wyznawca uważa, że intelekt jego guru nie ma sobie równych, a każde wypowiedziane przez niego słowo jest prawdą objawioną. Guru nigdy nie może się mylić – mylą się tylko ci, którzy go nie rozumieją (no, a nie rozumieją, bo „nie dorośli” jeszcze do tego). Guru korwinistów powiedział był kilka dni temu:

Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci. (…) One zawsze trochę udają, że się stawiają. Trzeba wiedzieć, kiedy można, a kiedy nie można…”

Co zrozumiałe, tego rodzaju wypowiedź przyciągnęła uwagę nas wszystkich, którzy nie rozumieją geniuszu Korwina i których delikatnie rzecz ujmując nieco w****wia tego rodzaju retoryka. Korwiniści nie pozwolili na siebie długo czekać. Najpierw jeden napisał (na moim fanpejdżu), że „Korwin i tak szanuje kobiety bardziej niż ci, którzy pozwalają na aborcję”. Potem drugi dodał, że „no może i ma takie poglądy, ale to nic, bo ma pomysły na gospodarkę”. Rzecz jasna, „wypowiedź wyrwana z kontekstu” też padło.

Ponieważ domyślam się, że niniejsza notka może przyciągnąć uwagę wyznawców JKM, tedy mam do nich prośbę. Jeśli już, jaśnie oświecony wyznawco, twierdzisz, że coś tam wyrwałem z kontekstu, to łaskawie mi ten kontekst nakreśl. Bo w tym konkretnym przypadku dobrze podsumowała to inna osoba na mojej stronie: „Doprawdy, nie wiem, jaki musiałby być kontekst, żeby uratować tę wypowiedź.” Jak się tak człek nieco bardziej pochyli nad argumentacją obrońców JKM, nietrudno dojść do wniosku, że dla nich samo cytowanie Korwina jest wyrywaniem jego wypowiedzi z kontekstu.

Paradoksalnie, wyznawcy JKM uważają się za jedynych ludzi w Polsce, którzy „myślą niezależnie”. Nie za bardzo wiem, na czym owo samodzielne myślenie ma polegać. Na bezrefleksyjnym powtarzaniu tego, co wydalił z siebie ich guru? Na traktowaniu go jako jakiejś nadistoty, która nigdy się nie myli (wskazówka – zwykli ludzie, niezależnie od poziomu intelektualnego, mylą się. Skoro Korwin się nie myli – ergo – nie jest człowiekiem)? Na wmawianiu każdemu, kto ma inne zdanie, że jest: głupi/nie rozumie/jest bolszewikiem/nie dojrzał do zrozumienia geniuszu JKM/etc.? Czy może na przyklaskiwaniu każdej kretyńskiej wypowiedzi JKM (takiej, jak zacytowana w tekście)? A może na twierdzeniu, że „no, może ma takie poglądy dziwne, ale jeśli chodzi o gospodarkę, to ma rację (bo jest Korwinem, więc musi mieć)”? Gdzie w tym ślepym posłuszeństwie jest miejsce na jakiekolwiek myślenie (o samodzielnym nie wspominając już nawet)?

W trakcie pisania niniejszej notki mój kawałek internetu został nawiedzony przez kolejnego wyznawcę Korwina, który (usiłując bronić cytowanej przeze mnie wypowiedzi swojego guru) napisał był:

"trzeba wyczuć tę subtelną różnicę, na ile sobie można pozwolić" - tego już szanowni redahtorzy "zapomnieli" dodać...

Pamiętaj, drogi czytelniku, że rozmawiając z fanatykiem JKM, rozmawiasz z kimś, komu wydaje się, że „trochę gwałcenie kobiet” jest fajne, bo one zawsze „trochę udają i się stawiają” i trzeba „wyczuć tę subtelną różnicę”. Szkoda tylko, że żaden z obrońców JKM nie słucha tego, co mają na ten temat do powiedzenia kobiety. No, ale ciężko rozmawiać z kobietami, które mają rozszerzenia jpg. 


wtorek, 20 maja 2014

PiS-owski profesor straszy Szwecją

17 maja, na portalu „Rzeczpospolita” ukazał się wywiad, który z PiS-owskim profesorem Ryszardem Legutką przeprowadziła Eliza Olczyk. Jak każdy człowiek, który został politykiem najprawdopodobniej z łapanki, PiS-owski profesor (R.L. na takie miano zasłużył) nie ma, co prawda, wyborcom nic do zaoferowania, ale za to pięknie opowiada o zagrożeniu „ideologią gender”.

Sam wywiad nie byłby wart wzmiankowania (wszak nasza nadęta prawica na walce z „dżęderę” już od dawna usiłuje zbić kapitał polityczny) gdyby nie to, że pośród swoich rojeń PiS-owski profesor pozwolił sobie na wypowiedzenie takich słów:

Szwecja już się stała Arabią Saudyjską politycznej poprawności. Tam, jeżeli ktoś nie pójdzie na coroczną paradę homoseksualistów, będzie miał wielkie nieprzyjemności. Zupełnie jak u nas za czasów PRL, gdy ktoś nie poszedł na pochód pierwszomajowy.”

Ponieważ już na pierwszy rzut oka widać, że jest to totalna bzdura, zastanawiałem się, co z tym fantem zrobić. Znajoma lewaczka, ukrywająca się pod pseudonimem Neko, podsunęła mi pomysł - „A może by tak napisać do ambasady Szwedzkiej?” Pomysł mi się bardzo spodobał, toteż popełniłem byłem na fanpejdżu krótki wpis, w którym zapraszałem innych internautów do wysłania do ambasady Szwedzkiej dwóch pytań:

Czy:

1) Uczestnictwo w marszach równości jest w Szwecji obowiązkowe?
2) Jakie konsekwencje prawne niesie ze sobą niepojawienie się na takim marszu?

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Na blogu ambasadora Szwecji Staffana Herrströma, pojawił się wpis (chciałbym w tym miejscu podziękować ambasadzie za podesłanie linku do bloga), w którym ambasador odniósł się do słów Legutki.

Today we have received some e-mails from people asking i.a. if participation in these kinds of parades are mandatory in Sweden. The answer is of course simple: No.”

Tzn. (uprasza się o nie rzucanie burakami za ewentualnie niedokładny przekład):

Dzisiaj otrzymaliśmy trochę e-maili, w których ludzie pytali o to, czy uczestnictwo w tego rodzaju paradach jest w Szwecji obowiązkowe. Odpowiedź jest, oczywiście, prosta: Nie.”

Mam nadzieję, że nie przyczyniłem się do zaspamowania ambasady Szwedzkiej. Chodziło mi jedynie o uzyskanie jakiegoś komentarza do wypowiedzi PiS-owskiego profesora. Dlaczego? Dlatego, że tego rodzaju nieprawdziwe wypowiedzi należy prostować. A któż nadawałby się do tego bardziej niż ambasador Szwecji? Owszem – można założyć, że „wszyscy wiedzą, że Legutko bredzi”, ale to jest moim zdaniem błędne założenie. Głównie dlatego, że nie każdy, kto zetknie się z tą wypowiedzią, musi wiedzieć, że jej autorem jest PiS-owski profesor. Ktoś może zasugerować się tytułem naukowym (nawiasem mówiąc - straszliwie nam podupadły te nieszczęsne elity naukowe) i po prostu w to uwierzyć. Nawet jeśli ktoś chciałby zweryfikować tę informacje – jak to zrobić? Szukać w internecie stron, na których Szwecja (tzn. urzędnicy, politycy etc.) udowadnia, że nie jest wielbłądem i nikt tam nikogo nie zmusza do chodzenia na jakiekolwiek marsze i parady? Skąd Szwedzi mają wiedzieć, że ktoś w ogóle ich o coś takiego posądza? Domyślam się, że dla wielu osób, które już dawna zajmują się nienawidzeniem Szwecji w celach zarobkowych (chodzi mi głównie o prawicowo-konserwatywnych polityków i publicystów), słowa ambasadora nie mają znaczenia. Bo taki polityk i tak wie lepiej. O publicystach, którzy przed napisaniem artykułu nawet sobie nie zaprzątają głowy czymś takim jak research, nie warto wspominać.


Powróćmy do naszego PiS-owskiego profesora, który przyrównał Szwecję do Arabii Saudyjskiej. Na czym opierał swój wywód? Czy zrobił jakikolwiek research? Czy Ryszard Legutko (który nie tak dawno temu musiał przepraszać licealistów za nazwanie ich rozwydrzonymi smarkaczami) w ogóle wie cokolwiek na temat Szwecji? Być może cała jego wiedza pochodzi z jakichś partyjnych instrukcji dla kandydatów? Nawet jeśli, to wydaje mi się, że ktoś, kto jest profesorem belwederskim, mógłby się łaskawie zastanowić nad tym, czy jego słowa mają jakiekolwiek pokrycie w faktach. Choćby przez wzgląd na to, że publicznie wygadując bzdury, rozmienia na drobne swój tytuł naukowy. Nie wspominając już o wstydzie, jaki tego rodzaju zachowanie przynosi uczelni, która zrobiła z takiego człowieka naukowca.


PiS-owskiemu profesorowi ktoś chyba powinien wytłumaczyć, że nie jest menelem spod budki z piwem i że w przeciwieństwie do słów wykrzyczanych (względnie – zwymiotowanych) przez menela, słowa profesora mają swoją wagę. Nie wspominając już o tym, że gdyby R.L. wypowiedział je jako np. minister, to wszystko mogłoby się skończyć skandalem dyplomatycznym. I prawie na pewno by się tym skończyło. Jeśli coś wiemy na pewno o PiS-owskim profesorze to fakt, że bardzo dużo mówi, ale nie lubi ponosić za to konsekwencji.


Źródła: