wtorek, 5 lipca 2016

Jak hartowała się ściema odc. 3: „Coraz więcej Polaków chce zakazu aborcji”

Tą konkretną ściemą karmią nas (i to od dawna) wszelkiej maści organizacje zygotariańskie. Bo to wcale nie jest tak, że oni chcą zakaz aborcji wprowadzić ze względu na wyznawane Mzimu! Co to, to nie! Oni domagają się zakazu w imieniu większości społeczeństwa! W rzeczywistości liczba Polaków popierających zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej (tak wiem, to się oficjalnie nazywa „ustawa o planowaniu rodziny(...)) jest mniej więcej stała. „No ale co też Piknik pier***li! Przecież tyle ludzi podpisuje się pod tymi ustawami! Biada nam!”. Rzecz właśnie w ilości podpisów.

Pierwsza próba zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej (w ramach „obywatelskiego” projektu ustawy) miała miejsce w 2011 roku. Do momentu złożenia projektu w sejmie, zebrano 450 tysięcy podpisów. Potem zbierano je nadal i „dozbierano” kolejne 190 tysięcy. W sumie Zygotarianom udało się zebrać 640 tysięcy podpisów.

W 2012 roku projekt ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne złożyła w sejmie partia Ziobry. Ponieważ nie był to „obywatelski” projekt ustawy, nie trzeba było zbierać podpisów.

W 2013 roku Zygotariańska fundacja po raz kolejny zaczęła zbierać podpisy pod „obywatelskim” projektem ustawy. I był to moment, w którym Zygotarianie uwierzyli w swoje własne ściemy odnośnie tego, jak dużym poparciem cieszą się ich pomysły: „Aby projekt trafił pod obrady Sejmu, musi się pod nim podpisać co najmniej 100 tys. obywateli. Pełnomocnik akcji Kaja Godek jest jednak przekonana, że w ciągu trzech miesięcy uda się zebrać milion podpisów.” Rzeczywistość wymierzyła Zygotarianom sążnistego kopniaka – zebrali 440 tysięcy podpisów.

2015r. – Zygotarianie znowu składają projekt ustawy w sejmie. Tym razem już nikt nie mówi o „milionie podpisów”. Fundacji udaje się zebrać 400 tysięcy podpisów.

2016r. – Fundacja składa projekt, który podpisało trochę ponad 450 tysięcy osób. Dla prawicowych komentatorów (np. Terlikowskiego) to „prawie pół miliona”.

Ja wiem, że te liczby robią wrażenie, ale jeśli przyjrzymy im się nieco uważniej i osadzimy w kontekście, okaże się, że sytuacja nie wygląda tak różowo, jakby sobie tego skrajna prawica życzyła. Ilość podpisów (w momencie złożenia projektów ustaw) wahała się od 400 do 450 tysięcy (Potem można sobie dołożyć jeszcze pierdyliard podpisów, bo najprawdopodobniej nikt ich nie weryfikuje). Kontekst jest jednakże ważniejszy. O jakiż to kontekst (ulubione słowo skrajnej prawicy) chodzi? Ano o taki, że organizacje zygotariańskie poczynają sobie coraz śmielej. Urządzają coraz więcej wystaw, mają coraz więcej wolontariuszy (2016: „Zgłosiła się do nas rekordowa liczba ludzi, chcących zbierać podpisy na własną rękę.”). Jak to więc jest, że w Polsce mamy coraz więcej przeciwników aborcji, a liczba podpisów (podliczona i złożona w sejmie) jest taka sama, jak w 2011r.? Przecież tak na chłopski rozum, tych podpisów powinno być znacznie więcej. W kontekście nadymania się Zygotarian, fakt, że ostatecznie złożono w sejmie 450 tys. podpisów to klęska. Bo jeśli mieliby rację, jeśli liczba przeciwników aborcji stale rośnie, to powinni tych podpisów zbierać coraz więcej.

Osobną kwestią jest fakt, że porównywalna liczba zebranych podpisów (z tą z 2011 roku) wygląda jeszcze gorzej w kontekście tego, że te organizacje mają coraz więcej wolontariuszy gotowych do zbierania podpisów. Większa liczba „zbierających” pozwala bowiem dotrzeć do większej liczby ludzi. Mamy więc „rosnącą liczbę przeciwników aborcji” i rosnącą liczbę ludzi gotowych do zbierania podpisów. W teorii musiałoby się to przełożyć na znacznie większą liczbę zebranych podpisów. W praktyce okazało się, że „nie bardzo”. Wytłumaczenia są praktycznie tylko dwa. Albo przeciwników aborcji jest tyle samo co wcześniej, ale zygotariańskie fundacje nie są w stanie do nich dotrzeć (co jest raczej mało prawdopodobne w dobie internetu i przy gigantycznym wsparciu Kościoła). Albo też liczba przeciwników aborcji w Polsce maleje, ale Zygotarianie równoważą to coraz większym zasięgiem swoich akcji i ilością wolontariuszy.

Tak czy inaczej buńczuczne zapewnienia Zygotarian, że „coraz więcej Polaków popiera zakaz aborcji” nie mają pokrycia w faktach.

Źródła:

2011

http://swidnica24.pl/450-tysiecy-podpisow-przeciw-aborcji/

2013

http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/1002581,aborcja-sejm-odrzuca-projekt-zaostrzenia-ustawy-antyaborcyjnej-film,id,t.html

„Milion podpisów”

http://dziennikparafialny.pl/2013/chca-zebrac-milion-podpisow-za-zakazem-aborcji-eugenicznej/

2015

http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/258097-projekt-ustawy-przeciwko-aborcji-trafil-do-sejmu-zebrano-pod-nim-ponad-400-tys-podpisow

2016

http://www.stopaborcji.pl/trzy-miesiace-zbiorki-za-nami/

środa, 29 czerwca 2016

Ch*j, dupa i kamieni kupa – czyli polska polityka zagraniczna w kontekście Brexitu

Nie chciałem pisać nic na temat Brexitu, bo w ciągu kilku ostatnich dni napisano na ten temat gigabajty tekstu. Dałbym sobie z tym pisaniem spokój, gdyby nie podrygi polskiej dyplomacji, która zamiast dbać po polską rację stanu, stara się wpisywać w oczekiwania naszej pszenno-buraczanej prawicy (dla której „Polska racja stanu” to darcie ryja i machanie szabelką).

Szarża Camerona

Na samym początku warto by było zastanowić się na moment nad tym, po co w ogóle Cameronowi było to referendum? Polska prawica (w tym partia dojnej zmiany) buduje narrację, według której Cameron został „zmuszony” do zorganizowania tegoż referendum (bo EU jest zbiurokratyzowana, nie dbała o interesy państw narodowych, inwestowała w gender [tę wiekopomną myśl wydalił z siebie Wiceminister Patryk Jaki] etc. etc). Aczkolwiek warto w tym miejscu zaznaczyć, że dla prawicowców, tłumaczenie katastrofalnych decyzji polityków, do których jest prawicy blisko, „czynnikami zewnętrznymi” (które to czynniki są rzecz jasna wrogie), to chleb powszedni. Inni komentatorzy („nieprawicowi”) twierdzili, że musiał owo referendum zorganizować, bo „ciśnienie wewnętrzne” w kraju (i w partii Camerona) było tak duże, że „nie dało się inaczej”. Jeszcze inni twierdzą, że Cameron to koleś, który przeleciał świnię więc nie powinniśmy się za bardzo skupiać na tym, „co on myślał”, bo jest głupi i pewnie nic nie myślał.

Moim skromnym zdaniem prawica (co za szok) nie miała racji. Choćby dlatego, że gdyby to „zła UE” zmusiła Camerona do zorganizowania referendum, to miałby (za przeproszeniem) w dupie jego rezultat i nie lobbowałby za opcją „remain”. Ponieważ Cameron podał się do dymisji po zwycięstwie opcji „leave”, ciężko z tego wysnuć wniosek taki, że rezultat referendum był mu obojętny. Komentarze „nieprawicy” też są, moim zdaniem, nieco chybione, bo tylko brexit mógł doprowadzić do tego, żeby „ciśnienie wewnętrzne” (w kraju i w partii Camerona) zmalało. Innymi słowy – gdyby w referendum zwyciężyła opcja „remain”, to zwolennicy brexitu nie przestaliby lobbować za wyjściem z UE (tym samym, Cameron chcąc „uspokoić nastroje” nie powinien lobbować za opcją „remain”). Aczkolwiek zgodzę się z „nieprawicą” w tym, że Cameron usiłował, za pomocą polityki zagranicznej, prowadzić „politykę wewnętrzną” (ten sam błąd popełnia non stop Dojna Zmiana).

Wydaje mi się, że Camerona nikt nie „zmuszał” do zorganizowania referendum. Zorganizował je dlatego, że chciał je zorganizować, bo potrzebował karty przetargowej w negocjacjach z UE. Minimalne zwycięstwo opcji „remain” bardzo poprawiłoby jego pozycję negocjacyjną: „musicie pójść na takie a takie ustępstwa, bo widzicie co się dzieje! Nikt nie może zagwarantować tego, że kiedy po raz kolejny ktoś (w domyśle – następca Camerona) zorganizuje takie referendum, znowu zwycięży opcja „remain”! Musimy się jakoś dogadać!”. Gdyby, dzięki temu, Cameronowi udało się coś „wydrzeć” od UE – zamknąłby usta swoim wewnątrzpartyjnym krytykom i oszołomstwu spod znaku Farage (tym ostatnim, co prawda, na krótko, tym niemniej). Tyle że wynik referendum był inny niż „planowany” i Cameron, zamiast stać się „bohaterem”, stał się pośmiewiskiem.

Ta straszna UE i cholerne Niemce!

Wynik referendum zaowocował ostrą reakcją Niemiec i Komisji Europejskiej. W tejże reakcji, nasza pszenno-buraczana prawica upatruje potwierdzenia swojej tezy o tym, że Wielka Brytania została praktycznie wyrzucona z UE za to, że „dbała o swoje interesy narodowe/etc.” No bo skoro tak ostro zareagowano, to „coś musi być na rzeczy”, prawda? Owszem, coś musi, ale śmiem twierdzić, że nie to, co sobie wykoncypowały nasze prawicowe mendia.

Ale najpierw, krótka gimnastyka mózgu. Wyobraźmy sobie, że po referendum UE (Niemcy, KE/etc.), tak jak to sobie wymyślili prawicowcy, spuszcza z tonu i sugeruje Wielkiej Brytanii, że przecież to referendum wcale nie musi być przesądzające, bo „zawsze się można jakoś dogadać”. To, zdaniem prawicy (acz nie tylko, bo sporo ludzi się zjeżyło po tym, jak Niemcy i KE zakomunikowały Wielkiej Brytanii, że skoro chcą wyjść, to niech zaczną pakować manatki i że nie ma o czym gadać już), powinna być ta „słuszna” reakcja. O tym, jakie długofalowe skutki miałaby taka „ugłaskana” reakcja, żaden z prawicowców się nie zająknął. Zapewne dlatego, że mogłyby owe efekty być cokolwiek katastrofalne. W momencie, w którym to UE zaczęłoby „zależeć” na zatrzymaniu Wielkiej Brytanii, pozycja negocjacyjna Unii byłaby znacznie gorsza niż przed referendum. Oznaczałoby to tyle, że Wielka Brytania mogłaby domagać się od cholery ustępstw ze strony UE. Gdyby UE nie chciała iść na te ustępstwa, Brytyjczycy mogliby wyciągnąć „jokera” w postaci wyników referendum i powiedzieć, że skoro nikt ich nie chce słuchać, to oni jednak sobie pójdą.

Dla nikogo nie jest tajemnicą to, że w UE ścierają się różne grupy interesu i każde państwo (prócz Polski pod wodzą partii Dojnej Zmiany) chce „ugrać” jak najwięcej dla siebie (albowiem PiS-owi wydaje się, że „do siebie” garną tylko duże kraje unijne). Jak zareagowałyby władze państw zrzeszonych w UE, gdyby zauważyły, że wystarczy zrobić sobie referendum, postraszyć UE „exitem” i automatycznie zyskuje się lepszą pozycję negocjacyjną? Gdyby UE poszła na ustępstwa w trakcie potencjalnych negocjacji z Wielką Brytanią, to każde kolejne państwo również domagałoby się jakichś ustępstw, „bo skoro Brytyjczykom daliście to, to i to, nam też musicie!”. Jak szybko doszłoby do sytuacji, w której UE nie mogłaby (z przyczyn stricte ekonomicznych) zadośćuczynić żądaniom jakiegoś kraju? Zapewne wtedy nasi prawicowi mędrcy uznaliby, że doszło do (długo przez nich zapowiadanego) bankructwa UE/etc. Ostra (i momentami teatralna) reakcja KE/Niemców (którzy teraz najprawdopodobniej będą grać pierwsze skrzypce w UE) to wyraźny sygnał dla ludzi, którzy chcieliby za pomocą „exitowych” referendów wymusić coś na UE: „jeśli zdecydujecie się na wyjście, nikt nie będzie was prosił o to, żebyście zostali”.

Osobną kwestią są cierpienia prawicy polskiej, która odsądza Niemcy od czci i wiary za to, że te chcą być liderem Unii Europejskiej. Ja bardzo przepraszam za wyrażenie, ale kurwa, serio? Jakieś państwo chce skorzystać z okazji (którą dostało w prezencie od innego kraju) i ugrać coś dla siebie? Któż mógłby wpaść na taki przebiegły pomysł?! To tak w ogóle można?! Aczkolwiek warto w tym miejscu zaznaczyć, że prawicowy ból dupy z powodu Brexitu i faktu, że jeśli ów dojdzie do skutku, to Niemcy będą niekwestionowanym liderem w UE ma również inne źródło. Tu nie chodzi o hejtowanie „Niemiaszków, za 1939”. Tu chodzi o to, że PiS (i cała usłużna prawica) przez jakiś czas budowała narrację, według której Wielka Brytania będzie najlepszym unijnym partnerem dla Polski. Sam fakt szukania przeciwwagi dla Niemców (które to państwo PiS hejtuje od początku swojego istnienia praktycznie) nie był niczym zdrożnym. Wiadomo, że w negocjacjach z dużym, silnym krajem przyda się wsparcie innego dużego i silnego kraju. Tylko że sprawa się rypła i „naturalny partner” dla Polski najprawdopodobniej szybko pożegna się z Unią. To byłby dobry moment dla „nieomylnych” analityków, żeby przyznać, że „errare humanum est”, ale gdzie tam. Lepiej budować narrację, według której Wielka Brytania byłaby, co prawda, „naturalnym sojusznikiem”, ale Niemcy jej w tym przeszkodzili.

Dyplomatoły

Reakcje PiS-u (i wspierających go Pluszaków Władzy) na wynik referendum w Wielkiej Brytanii są tak idiotyczne, że obserwując je, można zadumać się nad swoistym „cudem natury”. Tylko takowym „cudem” można bowiem wytłumaczyć to, że tak głupi ludzie są w stanie samodzielnie oddychać (no chyba że oddychają dlatego, że prezes im odpowiednie instrukcje SMS-em przesyła). „Dojną Zmianę” (wspieraną przez prawicowe mendia) cechuje bowiem absolutna wręcz nieumiejętność dostosowania się do zmieniających się realiów. Rzecz jasna, przez „dostosowanie się” nie mam na myśli rżnięcia głupa i udawania, że „ja tego nie powiedziałem/napisałem” (bo tę umiejętność wyżej wymienieni opanowali do perfekcji). Chodzi mi o sytuację, w której może dojść do „zmiany władzy” w UE. Rozsądnym posunięciem byłoby więc dostosowanie się do tej, bardzo prawdopodobnej, zmiany. W naszym przypadku wiązałoby się to ze zmianą nastawienia PiS do Niemiec. Biorąc pod rozwagę antyniemiecką histerię PiS-u (i tę, która panuje w usłużnych mendiach), byłoby to, co prawda, dość trudne, ale nie nierealne. I nie chodzi mi tu o sytuację, w której Niemcy powiedzą, że mamy robić to i to „I my – na byle słowo. Na tylne stajem łapki” (pozwoliłem sobie zacytować fragment piosenki „Z XVI-wiecznym portretem trumiennym rozmowa” Kaczmarskiego). Bowiem między włażeniem komuś w dupę, a tłuczeniem go kijem baseballowym po głowie jest szerokie spektrum zachowań. Osobną kwestią jest to, że w najlepiej pojętym interesie Polski byłoby zaprzestanie podsycania konfliktu na linii KE – Polska. Co zaś robią nasze wspaniałe władze?

Prezydent Andrzej Duda dywagował: „Czy nie jest tak, że Unia Europejska zbyt wiele narzuca krajom członkowskim?” Witold „Frank Drebin” Waszczykowski twierdził, że UE powinna mieć „nowe władze” (bo przecież trzeba się zemścić na KE za „mieszanie się w sprawy Polskie”) . Jarosław Kaczyński perorował, że „trzeba zmienić traktat o UE”. Beata Szydło zaś powiedziała, że „Brexit pokazał, że Europejczycy nie chcą takiej Unii. Polska przedstawi projekt zmian”. Czytam te kolejne wypowiedzi i czytam i gdzieś tam po głowie plącze mi się sytuacja, do której doszło na samym początku prezydentury Andrzeja Dudy. Zaproponował on wówczas „nowy format rozmów w sprawie Ukrainy” i został momentalnie postawiony do pionu przez Petra Poroszenkę, który stwierdził, że „nie widzi takiej potrzeby”. Wypowiedzi Szydło, Waszczykowskiego i Kaczyńskiego idealnie wpisują się w „wewnętrzną” narrację PiS-u „Polska powstała z kolan i będzie teraz zmieniać UE/etc./etc.”, ale nijak się mają do rzeczywistości. Jakoś tak się bowiem złożyło, że póki co, nikt nie chce zmieniać władz w UE (chodzi o zmiany personalne), nikt nie chce „zmieniać traktatu o UE” i najprawdopodobniej większość krajów UE w dupie będzie miała zmiany, które „zaproponuje Polska”.

Gdyby rządzili nami ludzie, którzy mają łby na karku, to zamiast wygłaszać swoje wiekopomne mądrości (które raczej niewielkie wrażenie robią na pozostałych krajach UE), powinni poczekać chwilę i zobaczyć jakie nastroje panują w UE, a potem dostosować swoją „ofertę” do tych nastrojów. Względnie wybrać tę „ofertę”, spośród proponowanych przez inne kraje, na której Polska może najwięcej zyskać. Zamiast tego mamy duszosztypatielne bzdety i próbę wmanewrowania nas w konflikt z potencjalnym przyszłym „szefem” Europy. Bo przecież powszechnie wiadomo, że w momencie, w którym w firmie zmienia się szef, warto pójść do jego biura i kontrolnie przypieprzyć temu nowemu, żeby „wiedział kto tu rządzi”.

Premier Beata Szydło stwierdziła pewnego razu, że „polski rząd nie będzie uprawiał polityki zagranicznej na kolanach”. Zapomniała jedynie dodać, że polski rząd będzie tę politykę prowadził na ciężkich prochach halucynogennych.


Źródła:

PAD o Brexicie:



Poroszenko wskazuje Dudzie miejsce w szeregu:


Frank Drebin polskiej dyplomacji o Brexicie:


Premier Beata Szydło zapowiada „lepszą politykę zagraniczną”:


Poseł Kaczyński domaga się nowego traktatu o UE:

http://wpolityce.pl/polityka/298359-kaczynski-o-nowym-traktacie-ue-biurokracji-i-supermocarstwie-trzeba-wyraznie-powiedziec-gdzie-jest-unia-a-gdzie-panstwa-czlonkowskie





środa, 22 czerwca 2016

Aborcyjny pat PiS-u

Na samym wstępie niniejszej notki pozwolę sobie na napisanie tego, o czym ta notka NIE będzie. Nie będę pisał o „zawartości” anty-obywatelskiego (nazywajmy rzeczy po imieniu – antykobiecego projektu nie można nazwać „obywatelskim”) projektu ustawy całkowicie zakazującej aborcji. Nie będę pisał o tym, dlaczego, moim zdaniem, ten projekt jest barbarzyński (bo o tym napisano już pierdyliony stron tekstu). Nie będę również usiłował polemizować z argumentami Zygotarian, którzy popierają ten projekt. Nie jest bowiem możliwa dyskusja (na jakimkolwiek poziomie) z ludźmi, którzy widząc zdjęcie straszliwie zdeformowanego „noworodka” (który, wybaczcie mi określenie, ale najbardziej przypomina puzzle) nie mającego głowy, mówią: „I co? Jak brzydki, to znaczy, że można go zabić?!”. Stan umysłowy ludzi, dla których letalna wada płodu oznacza „brzydki wygląd” można określić mianem skretynienia (względnie – galopującego debilizmu), o żadnej dyskusji nie może więc być mowy. Ciężko również dyskutować z osobnikami (płci męskiej), którzy tłumaczyli mi, że „mężczyzna ponosi zdrowotne konsekwencje ciąży i porodu, oni o tym wiedzą z doświadczenia”.

O czym więc będzie ta notka? O tym, co może w tej sytuacji zrobić PiS i jakie będą prawdopodobne konsekwencje konkretnych decyzji. Muszę w tym miejscu podkreślić, że „może zrobić” jest tu kluczowe, bowiem w chwili obecnej nie da się przewidzieć tego, co zrobi partia Jarosława Kaczyńskiego. On sam, co prawda, twierdzi, że będą się starali wprowadzić całkowity zakaz aborcji, ale premier Beata Szydło (po protestach, rzecz jasna, bo przed protestami popierała gorąco projekt ustawy) i Prezydent Andrzej Duda zasłaniali się „potrzebą przeprowadzenia poważnej debaty w temacie” (cytat niedosłowny). Wypowiedzi te, moim skromnym zdaniem, są próbą kupienia sobie odrobiny czasu (żeby firmy badawcze + spindoktorzy mogli znaleźć wyjście z patowej sytuacji). Niedawno część prawicy eksplodowała z zachwytu, bo okazało się, że IBRIS przeprowadził sondaż na temat najnowszego anty-obywatelskiego projektu ustawy i okazało się, że większość Polaków ów projekt popiera (58% za vs 30% przeciw). Sondaż ów został przez część prawicy z miejsca okrzyknięty „jedynym dobrze przeprowadzonym” (nie, nie żartuję, dokładnie coś takiego napisał Krzysztof Bosak). O tym, że wyniki te nijak się mają do wyników CBOS-owych (CBOS przez wiele lat rok-rocznie przeprowadzał szczegółowe badania „opinie o dopuszczalności aborcji”, z których niezmiennie "wychodziło", że większość Polaków popiera "kompromis") ani też z wcześniejszymi badanami przeprowadzonymi przez IBRIS (patrz obrazek) , słowem się nikt nie zająknął.

Screen z Rzeczpospolitej (link w źródłach)
Dla mnie argumentem przemawiającym za tym, że wyniki tego „jedynego dobrze zrobionego sondażu” nie są reprezentatywne, jest milczenie „DobrejZmiany”. Nie mam bowiem najmniejszych złudzeń co do tego, że PiS wydał do tej pory (piszę te słowa 20 czerwca) kupę szmalu na badania i gdyby z tych „badań wyszło”, że anty-obywatelski projekt Zygotarian cieszy się poparciem większości społeczeństwa, to już dawno byśmy o tym wiedzieli (a Beata Szydło nie twierdziłaby, że jej poparcie dla tegoż projektu to była jej „prywatna opinia”).

W tym miejscu warto się rozprawić z mitem na temat tegoż nieszczęsnego projektu. Według owego mitu, to PiS stoi za powstaniem projektu zakazującego aborcji. Część komentatorów twierdziła, że PiS-owi ten projekt był potrzebny do tego, żeby „coś przykryć”, na zasadzie – ludzie będą się oburzać na sprawy aborcyjne, a PiS w międzyczasie coś tam sobie po cichu przepchnie. Tyle że to cokolwiek naciągana teza. Choćby dlatego, że jedyną rzeczą, którą się udało „przykryć” po złożeniu projektu w sejmie był start programu 500+. Innym motywem miała być chęć wprowadzenia zakazu, ale tak, żeby wina spadła na autorów tegoż projektu. I tu również mamy do czynienia z lekkim bezsensem, bo o ile faktem jest, że to projekt „z zewnątrz”, więc PiS nie musi brać odpowiedzialności za jego treść, to już bierze całkowitą odpowiedzialność za wynik głosowania. Za taki a nie inny termin „objawienia się” projektu (bo przecież, gdyby Zygotarianom naprawdę zależało na „życiu napoczętym”, to ów projekt złożono by na samym początku kadencji, w której rządzi DobraZmiana) najprawdopodobniej odpowiadają purpuraci. To, że wszelkiej maści fundacje i stowarzyszenia o zabarwieniu zygotariańskim są świeckimi kafarami Episkopatu, jest tajemnicą poliszynela. Ciekawe jest to, że media mainstreamowe były przez chwilę na dobrym tropie, ale potem go porzuciły. Chodzi mi o artykuły, w których twierdzono, że „PiS kupi sobie milczenie Episkopatu [w temacie aborcji] za cenę religii na maturze”. Czy nikogo nie zdziwiło to, że ów projekt „objawił się” akurat w czasie, w którym PiS prowadził z Episkopatem rozmowy na temat wprowadzenia matury z religii? Czyja pozycja negocjacyjna poprawiła się za sprawą tego projektu?

Powody, dla których projekt pojawił się teraz, są mniej ważne od tego, co zrobi partia Jarosława Kaczyńskiego. Na dobrą sprawę, PiS ma teraz cztery wyjścia z sytuacji i żadne z nich nie jest dla tej partii dobre. PiS jest bowiem w o tyle niekomfortowej sytuacji, że niezależnie od tego co zrobi – komuś nadepnie na odcisk. Pytaniem, na które muszą sobie odpowiedzieć PiS-owskie „czynniki decyzyjne” (to nowy pseudonim Jarosława Kaczyńskiego) jest pytanie o to, kogo bardziej się opłaca wkurwić. Półśrodków w rodzaju przetrzymywania projektu ustawy w komisjach nie biorę pod rozwagę, bo wątpię w to, żeby DobrejZmianie udało się przeciągać sprawę aż do kolejnych wyborów. Skoro zaś nie da się tego przeciągać w nieskończoność, to prędzej czy później PiS będzie  musiał poddać projekt pod głosowanie.

Bramka numer 1: Całkowity zakaz aborcji 

Część komentatorów twierdzi, że PiS będzie miał w dupie głos opinii publicznej i przegłosuje projekt w takiej formie, w jakiej złożono go w sejmie. Komentatorzy owi podpierają się tym, że jak do tej pory – PiS zawsze popierał projekty ustaw zaostrzających prawo aborcyjne. Tyle że jeśli pójdziemy tym tokiem rozumowania, to powinniśmy sobie zadać pytanie: Czemu w takim razie PiS sam nie złożył stosownego projektu ustawy? Czemu czekano na „obywatelski” projekt? Jeśli PiS miałby się w ogóle nie przejmować głosem opinii publicznej (i przemawiałaby przezeń troska o życie nienapoczęte), to już dawno złożono by projekt ustawy i przegłosowano którejś nocy. Nie stało się tak dlatego, że wbrew pozorom, PiS-owi temat zakazu aborcji jest wybitnie nie na rękę. Owszem, w trakcie dwóch poprzednich kadencji partia Jarosława Kaczyńskigo czterokrotnie (o ile mnie pamięć nie myli) popierała ustawy zakazujące aborcji, ale warto mieć na uwadze to, jakie wtedy były „realia sejmowe”. Chodzi zaś konkretnie o to, że PiS-owcy doskonale wiedzieli, że mogą sobie gardłować o zakazie aborcji, o mordowaniu nienapoczętych etc. i głosować za zakazem – bo byli w mniejszości. Innymi słowy, niemożliwe było przegłosowanie zakazu (nawet jakby się takowy zakaz jakoś przecisnął przez Sejm – można go było uwalić w Senacie, albo zostałby zawetowany przez Bronisława Komorowskiego). Głosowanie nad zakazami aborcji w wykonaniu PiS przypomina mi dowcip z czasów, w których głosowano nad wotum nieufności dla rządu SLD: „Ja też poparłem wotum nieufności i też bałem się, że będziemy w większości”.

Co może zyskać PiS na wprowadzeniu zakazu? Praktycznie nic. Wdzięczność zwolenników całkowitego zakazu aborcji (którzy stanowią w Polsce mniejszość) nie pozwoli im na wygranie kolejnych wyborów. Z jakiegoś wszak powodu PiS zepchnął sprawy światopoglądowe na margines kampanii. Jeśli PiS wprowadzi zakaz aborcji, to kolejna kampania upłynie pod znakiem wojny światopoglądowej, a jednym z elementów programu wyborczego partii Jarosława Kaczyńskiego będzie „utrzymanie całkowitego zakazu aborcji”. Ile w trakcie takich wyborów będzie można ugrać na obietnicach dotyczących liberalizacji prawa aborcyjnego (i odkręcaniu innych światopoglądowych zmian dokonanych przez PiS)? Ktoś może powiedzieć: „Dupa tam! PiS wie, że wygra kolejne wybory swoim programem socjalnym! Kwestie światopoglądowe będą nieistotne!”. Przyjdzie mi się więc powtórzyć i przypomnieć, że gdyby tak było (tzn. gdyby wprowadzenie zakazu aborcji nie miało mieć żadnego wpływu na wynik wyborczy PiS), to zakaz aborcji wprowadzono by jeszcze w roku 2015.

Problemy „wyborcze” nie odnoszą się wszak jedynie do wyborów parlamentarnych. Jeśli Prezydent Andrzej Duda podpisze ustawę antyaborcyjną, to może się już powoli zacząć zastanawiać nad tym, czym zajmie się po swojej pierwszej i jedynej kadencji, bo nie będzie miał szans na reelekcję (o ile, rzecz jasna, wcześniej nie nastąpi polityczne trzęsienie ziemi i nie zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu za zawieruchę związaną z TK [PiS teraz gra ostro i nie wydaje mi się, żeby kolejna partia, która wygra wybory, potraktowała „dobrozmianowiczów” ulgowo]). O ile bowiem partia polityczna może łudzić się tym, że wygra wybory bez poparcia centrowego wyborcy, to kandydat na prezydenta, który pokaże temuż centrum środkowy palec (podpisując ustawę zaostrzającą w Polsce prawo aborcyjne), może sobie darować start w wyborach.

Bramka numer 2: Częściowe zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej


Część „dobrozmianowiczów” sygnalizowała, że co prawda nie będą popierać całkowitego zakazu aborcji, ale poprą zakaz aborcji w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu (czyli chcą zmuszać Polki do rodzenia Chazaniątek). PiS-owskim oportunistom wydawać się może, że to najlepsze wyjście z sytuacji. Bo, co prawda, zaostrzą prawo aborcyjne, ale tylko trochę (więc uspokoją Zygotarian i przeciwników całkowitego zakazu aborcji jednocześnie). Tyle że to są mrzonki. Prawda jest bowiem taka, że „częściowy” zakaz wcale nie uspokoi Zygotarian. Po pierwsze dlatego, że zaostrzenie (nawet częściowe) prawa aborcyjnego będzie dla nich sygnałem, że „ich praca ma sens”. Po drugie zaś dlatego, że oni (uwaga, będzie Capslock) NIE MOGĄ, zgodzić się na częściowe zaostrzenie prawa. Dla nich celem jest całkowity zakaz aborcji.

W kwestii zaś przeciwników zaostrzenia prawa aborcyjnego. Jeśli komuś wydaje się, że można tych ludzi spławić kolejnym „kompromisem” i wciskać im ciemnotę „no, co prawda zaostrzyliśmy prawo, ale tylko trochę”, to jest po prostu idiotą. Nie da się w tym przypadku przesunąć kredensu w prawo i twierdzić, że „oto mamy kolejny kompromis”, bo to tak nie działa. Osobną kwestią jest coś,  czego dobrzy spindoktorzy (a chyba takowych PiS teraz wynajmuje) są świadomi. Wszyscy chyba pamiętają, to, jaki gigantyczny shitstorm miał miejsce przy okazji „sprawy Chazana”. Zaskoczeniem dla mnie były sytuacje, w których na Chazana klęli konserwatyści, którzy generalnie to są przeciwnikami niczym nie skrępowanego prawa do aborcji, ale zmuszenie kobiety do urodzenia bezmózgiego płodu nieco ich jednak zdenerwowało. Danych z 2015 roku nie posiadam, ale w 2014 wykonano 1812 aborcji, z czego ogromna większość dotyczyła sytuacji, w których stwierdzono nieodwracalne uszkodzenie płodu. I teraz warto sobie zadać pytanie: ile potencjalnych „spraw Chazana” oznacza wprowadzenie tego „częściowego zakazu”? No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale przecież w przypadku Chazana chodziło o to, że ta kobieta miała prawo do terminacji ciąży, a on jej tę terminację uniemożliwił! Jeśli zakażą aborcji w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu, to nie będzie podstaw do kolejnych „spraw Chazana”. I taka argumentacja będzie częściowo słuszna. Tylko częściowo -  jeśli nowe prawo będzie zmuszać kobiety donaszania bezmózgich płodów, to zapewne okaże się, że kobiety te mogą nie chcieć milczeć. Spindoktorzy są świadomi tego, że o ile sprawa Chazana skończyła się wiadrami (w ilości, moim zdaniem, mocno niewystarczającej) pomyj wylanymi na głowę tego ostatniego, to prócz niego nikt na tej sprawie „wizerunkowo” nie stracił. Jeśli PiS zakaże aborcji „częściowo” - każda potencjalna kolejna sytuacja, w której kobieta urodzi „chazaniątko” zaciąży na wizerunku PiS (i Prezydenta Andrzeja Dudy) i może mieć wymierny wpływ na wynik wyborczy.

Pozwolę sobie w tym miejscu na pewną dygresję, bowiem wydaje mi się, że ktoś może opacznie zrozumieć to, co napisałem o „wizerunkowych stratach”etc. Prawda jest taka, że większość polityków PiS to pieprzeni oportuniści. Oni z jednej strony będą gardłować na temat obrony „dzieci napoczętych”, ale jeśli owa obrona miałaby oznaczać, że stracą mandat poselski (bo partia straci poparcie), to będą mieli „ochronę życia napoczętego” w dupie. Dla nich nie jest ważne żadne tam „życie napoczęte”, nie jest dla nich również ważne to, że 11-letnie ofiary gwałtu będą musiały donaszać ciąże, ani też nie jest dla nich ważne to, że ciężarne kobiety mogą zacząć umierać, bo lekarze będą się bali odpowiedzialności karnej w przypadku, w którym ich działania „zaszkodzą dziecku napoczętemu” (o problemach z definiowaniem „poważnego zagrożenia zdrowia/życia” napisano już wiele). Dla nich jedyną rzeczą, która ma wartość, to koryto, do którego się wreszcie dorwali. A to koryto (spółki Skarbu Państwa/etc) może im odjechać wraz z przegraną w wyborach. Faktem jest, że część z PiSowców uważa, że będą nami rządzić do końca świata i jeden dzień dłużej, ale to nie oni są odpowiedzialni za dbanie o wizerunek partii/etc. I nie, nie jest to demonizowanie polityków, ale zwykła konstatacja. No dobrze, ktoś powie, ale przecież w PiS-ie są też „zygotarianie-ideowcy”. Tak, jest ich tam całe mrowie. I dlatego w latach 2005-2007, kiedy PiS nie chciał zaostrzyć prawa aborcyjnego – z partii odszedł Marek Jurek (oficjalną przyczyną był zygotarianizm, nieoficjalną zaś to, że i tak by wyleciał, bo Jarosław robił czystkę w partii i wycinał ludzi spoza „zakonu PC”). Zresztą, o ich ilości niech zaświadczy to, że do Marszałka Sejmu nie wpłynął ani jeden poselski projekt antyaborcyjny.

Zaostrzenie prawa aborcyjnego może mieć również inne, niemiłe dla „dobrej zmiany” skutki. O tym, że PiS jest skonfliktowany z UE nie trzeba nikogo przekonywać. Tyle że do tej pory udaje się utrzymywać PiS-owi (w swoim obozie) narrację taką, że my tu kurwa dbamy o suwerenność kraju, a te głupie biurwokraty z UE chcą nam zaszkodzić! Każda ostra wypowiedź płynąca z UE idealnie wpisuje się w tą narrację. Tyle że jeśli owe ostre wypowiedzi będą dotyczyć prawa aborcyjnego, to narracja się może posypać. Owszem, PiS nadal będzie mógł tłumaczyć, że „wtrącają się nam w wewnętrzne sprawy”, ale biorąc pod rozwagę fakt, że tylko 59% wyborców PiS popiera całkowity zakaz aborcji (badania IBRIS marzec 2016 – link do artykułu dorzucę w źródłach)- ci którzy nie popierają mogą uznać, że ok, może i się wpieprzają nam ci biurwokraci w wewnętrzne sprawy, ale tym razem mają rację.

Bramka nr 3 – uwalenie projektu w semie

Z punktu widzenia pragmatyzmu politycznego, uwalenie anty-obywatelskiego projektu ustawy byłoby najlepszym wyjściem dla PiS-u. I nie chodzi tu wcale o mój lewacki punkt widzenia, ale o najzwyklejszy w świecie bilans strat i zysków politycznych. Faktem jest, że taką decyzją wkurzyliby zygotarian, ale, z drugiej strony, uspokoiliby większą część społeczeństwa. Poza tym prawda jest brutalna: zygotarianie nie mają się do kogo zwrócić. Nie chodzi mi tu, rzecz jasna, o fundacje/stowarzyszenia (bo te Kościół trzyma na krótkiej smyczy i będą robić to, co im purpuraci każą), ale o wyborców, którzy chcą „chronić życie niepoczęte”. Nie tak dawno temu, nadpapież Terlikowski stwierdził, że „jeśli teraz PiS nie wprowadzi zakazu aborcji, to młodzi wyborcy ich zmiotą w kolejnych wyborach”. Jest to typowo Terlikowskie myślenie życzeniowe. Bo tak na dobrą sprawę, na kogo mieliby głosować tacy wyborcy? O ile nie nastąpi jakieś potężne tąpnięcie polityczne (powiedzmy sobie szczerze, w naszych realiach jest to możliwe, jeśli np. PiS-owi się przydarzą taśmy prawdy, to padnie jeszcze szybciej od Platformy), to partia Jarosława Kaczyńskiego nadal będzie głównym rozgrywającym po prawej stronie. I to właśnie ta partia będzie dla skrajnych konserwatystów jedynym gwarantem tego, że kredens nie zostanie przesunięty w lewą stronę.

Warto również mieć na uwadze to, że w Polsce na obietnicy zakazu aborcji nie da się zbić kapitału politycznego. Przekonali się o tym narodowcy, którzy w trakcie wyborów samorządowych 2014 wystawili Mariusza Dzierżawskiego w wyścigu o fotel prezydenta Warszawy. Skończyło się to spektakularną klęską (1,57% poparcia - 9768 głosów). To co najwyraźniej nie dotarło do narodowców, zrozumieli już jakiś czas temu PiS-owcy. Dowód? Proszę bardzo. PiS wychwalał pod niebiosa Bogdana Chazana, mendia prawicowe wprost nie mogły się go nachwalić, podkreślając przy każdej okazji, że „to, co zrobił spotkało się z pozytywnym odzewem społeczeństwa/etc.”. Jak to się więc stało, że dla bohaterskiego byłego mistrza skrobanek nie znalazło się miejsce na listach wyborczych PiS? Ktoś może powiedzieć „może on nie chciał!”, ale ta teza jest nie do obrony. Gdyby Chazan cieszył się naprawdę dużym poparciem społecznym, PiS znalazłby sposób na to, żeby go namówić do startu. Prawda jest jednak taka, że czyn Chazana wkurwił olbrzymią część społeczeństwa i zaproszenie go na listy wyborcze mogłoby partię Jarosława Kaczyńskiego dużo kosztować.

Ktoś może w tym miejscu powiedzieć „a co z Kościołem? Przecież on będzie krytykował PiS za zaniechanie ochrony życia napoczętego!” Doprawdy? Jak bardzo krytykował go w latach 2005-2007? Kościół również nie ma się do kogo zwrócić. Owszem, PO również purpuratom właziło w dupy, ale przypominam, że ta sama partia olewała głos biskupów w kwestiach światopoglądowych (nie wszystkich, rzecz jasna, bo np. związków partnerskich nie zalegalizowano). Ponadto, PO nie zapomniało zapewne biskupom bezczelnej agitacji za PiS-em w trakcie wyborów prezydenckich i parlamentarnych. A może Kościół będzie się mógł zwrócić do Nowoczesnej? Do partii Razem? Do SLD? Do PSL (który co prawda utrzymuje się na powierzchni, ale na wysokie poparcie liczyć nie może)? Do KUKIZ-a (którego skład gwarantuje totalną nieprzewidywalność w kwestiach światopoglądowych)? Owszem, Kościół i Rydzyk mogliby się śmiertelnie obrazić na PiS i np. poprzeć narodowców (tak jak kiedyś popierali Ligę Polskich Rodzin), ale olanie PiS mogłoby np. Rydzyka wiele kosztować (wszak to jego poseł, Andrzej Jaworski, wylądował w PZU teraz). A może PiS zostałby skrytykowany przez prawicowe media, które teraz „wspiera” i obdarowuje owocami Dojnej Zmiany?

Z tym wyjściem jest jednakże jeden zasadniczy problem. Ktoś (i to wiele ktosiów) musiałby się podłożyć i zagłosować przeciwko projektowi (względnie, dużo ktosiów musiałoby nie przyjść na głosowanie). Posłowie w Polsce nie są szczególnie lotni, ale nawet na tym tle indywidua, które dostały się do sejmu z ramienia PiS, wprost błyszczą. Spora część z tych ludzi (którzy nie potrafią nawet przeczytać oświadczenia sejmowego z kartki) może nie zrozumieć tego, że PiS popierał dotychczasowe projekty zygotariańskie z przyczyn stricte koniunkturalnych. Ci sami ludzie mogą nie zrozumieć, że chwilowe oburzenie grupki oszołomów jest niczym w porównaniu z potencjalnym zyskiem politycznym, który można ugrać na utrąceniu zakazu.

Bramka nr 4 – Prezydent wetuje


Jest to najprawdopodobniej jeden ze scenariuszy branych pod rozwagę przez PiS-owskich spindoktorów. Ustawa zostaje przegłosowana (w dowolnej formie) i ląduje na biurku prezydenta. Ów organizuje konferencję prasową i oświadcza, że po długim namyśle zdecydował się na zawetowanie jej (prócz tego dodaje, że społeczeństwo popiera obecny kompromis, a on chce być Prezydentem wszystkich Polaków). Sejmowej większości (wspartej Zygotarianami z innych partii) zabraknie głosów do odrzucenia weta prezydenckiego (o odpowiednią liczbę głosujących zadbają „czynniki decyzyjne”) i projekt przepada. Nadpapież Terlikowski jest oburzony, ale jego głos ginie w prawicowej narracji, według której decyzja prezydenta jest co prawda nieoczekiwana, ale za to nikt już nie będzie mu mógł zarzucić, że jest bezwolnym narzędziem prezesa Kaczyńskiego. Część konserw może się co prawda zdenerwować, ale jeśli w kolejnych wyborach prezydenckich Andrzej Duda wejdzie do drugiej tury, to wiadomo, że nie będzie się w niej mierzył z prawicowym kandydatem. Skoro zaś jego potencjalny kandydat nie będzie prawicowy, to konserwy nie będą miały wyjścia i zagłosują na Dudę.

Dla spindoktorów PiS-u ten scenariusz musi być kuszący. Po pierwsze pozbywają się strupa w postaci tego nieszczęsnego projektu. Po drugie mogą pokazać, że Prezydent jest niezależny. Jest jednakże jeden zasadniczy minus tegoż scenariusza. Żeby Prezydent mógł się wykazać niezależnością (wyreżyserowaną i dopracowaną wcześniej do najmniejszego detalu) i podreperować swój wizerunek, ustawę najpierw trzeba przegłosować. Fakt przepchnięcia tego projektu nie przejdzie bez echa i będzie miał swoje konsekwencje w trakcie kolejnych wyborów parlamentarnych. Po przegłosowaniu takiego projektu PiS nie będzie mógł w kampanii uciec od kwestii światopoglądowych. Zbudowanie chwytliwej narracji, według której PiS (w kwestiach światopoglądowych) sprzyja fanatykom religijnym i skrajnym konserwatystom, nie sprawi nikomu najmniejszego problemu. PiS natomiast nie będzie mógł uciec w ogólniki, bo przecież mając okazję sprzeciwić się fanatykom, poparł ich pomysły (w liczbie mnogiej, albowiem na pewno nie będzie to jedyny projekt ustawy kafarów Episkopatu).

Jak takie weto będzie się miało do hiper-religijności Prezydenta (któremu niecni internauci dali przydomek „Klęczon”)? Przecież kiedy Komorowski podpisał ustawę o in vitro Kościół go skrytykował i dano mu do zrozumienia, żeby „przestał chodzić do komunii” (a przekaz ów prawicowe mendia rozpowszechniły tak szeroko, jak tylko się dało). Tajemnicą poliszynela jest to, że ta kościelno-prawicowa troska o „przyjmowanie komunii” była elementem kampanii wyborczej. Bo jakoś tak się złożyło, że w momencie, w którym Kurski (rozwodnik) dał się sfotografować na jakimś spędzie Rydzykowym w trakcie przyjmowania komunii – to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Nie zrozumcie mnie źle, ja mam ten temat (za przeproszeniem) w dupie, ale nie oznacza to, że nie dostrzegam „podwójnych standardów” kościelno-prawicowych. Jeśli Prezydent zawetuje ustawę, to, co prawda, może się na niego rzucić jakiś nadpapież Terlikowski (o ile nie zostanie wcześniej spacyfikowany), ale nie będą się nad nim pastwić prawicowe (i kościelne) media o dużym zasięgu. Tzn. pewnie coś tam dla zasady poburczą w Gościu Niedzielnym/etc, ale do wyborów o tym zapomną.

Czysto teoretycznie – PiS większością posłów od KUKIZ-a (choć tutaj nie ma pewności co do tego, jak zagłosują posłowie z tej formacji)  i kilkoma PSL-owcami byłby w stanie odrzucić prezydenckie weto (wiem, że w PO też są konserwy, ale głosowanie w tej kadencji ramię w ramię z PiS byłoby politycznym samobójstwem). Tyle że jeśli prezydent (samodzielnie, a jakże) zdecyduje się na wetowanie ustawy, to nikt nie będzie tego planu torpedował odrzucaniem weta. Ten scenariusz byłby bowiem szkodliwy zarówno dla PiS (wszystkie konsekwencje przegłosowania ustawy spadają im na głowę) i dla Prezydenta, bo nagle by się okazało, że ma (za przeproszeniem) gówno do gadania. Tzn. może ustawy podpisywać, może je wetować, ale to i tak bez znaczenia, bo w razie czego PiS odrzuci weto (znalazłszy wcześniej chętnych do pomocy). Nie wspominając już o tym, że sam PiS też miałby z tego tytułu problem taki, że przy kolejnych wyborach opozycja przestrzegałaby wyborców przed oddawaniem zbyt dużej władzy w ręce partii Jarosława Kaczyńskiego (i owe przestrogi trafiłyby na podatny grunt). 

I teraz dochodzimy do zasadniczej kwestii: którą z bramek wybierze PiS? Ja osobiście obstawiam weto prezydenckie. Ten scenariusz nie wymaga bowiem „poświęcenia” od posłów, którzy mieliby głosować przeciwko projektowi (albo nagle „zaniemóc”). Nie zanosi się, moim zdaniem, na to, żeby PiS chciał zaostrzyć prawo aborcyjne. Czym innym są bowiem deklaracje posłów, a czym innym pragmatyzm polityczny (i wymierne korzyści finansowe, które pójdą w cholerę, jeśli PiS straci władzę). To jest jednakże tylko moja prognoza, a ja nie mam monopolu na „mienie racji”. Wolałbym jednakowoż mieć rację w tym przypadku, bo w przeciwnym razie Polki będą miały przesrane.


Źródła:

Pierwszy sondaż IBRIS:

http://www.rp.pl/Spoleczenstwo/303289944-Aborcja-ciagle-dzieli-spoleczenstwo.html#ap-2

Drugi sondaż IBRIS: 

http://www.rp.pl/Spoleczenstwo/160609815-IBRIS-Polacy-chca-calkowitego-zakazu-aborcji.html

CBOS z 2016 (to konkretne, włączone zostało do badań: „Aktualne problemy i wydarzenia”):

http://www.cbos.pl/PL/publikacje/news/2016/13/newsletter.php

Artykuł o mariażu narodowców z Zygotarianami:

http://www.rmf24.pl/raporty/raport-samorzad-2014/news/news-wybory-samorzadowe-obronic-rodzine-warszawa-dla-rodziny-zare,nId,1535789

Smętny rezultat tegoż mariażu:

http://samorzad2014.pkw.gov.pl/360_Wybory_Burmistrza_-_I_tura/0/1465







poniedziałek, 20 czerwca 2016

Terroryści z ISIS i prawicowy bajer

Jakiś czas temu popełniłem notkę na temat histerii związanej z kryzysem migracyjnym. W notce tej napisałem między innymi to, że, moim zdaniem, prawicowy agitprop, który straszy Polaków „zalewem islamistycznego terroru”, tak naprawdę nie wierzy w to, co mówi/pisze. Innymi słowy, dla przedstawicieli mendiów prawicowych - w rodzaju Ziemkiewicza - „islamistyczny terror” to tylko nośne hasło, które pomoże sprzedać więcej numerów ichnich gadzinówek. Zaś politykom Dojnej Zmiany straszenie terrorem najpierw pomogło w ugraniu dobrego wyniku wyborczego, a potem w przeforsowaniu tzw. ustawy antyterrorystycznej (poza tym, zewnętrzne zagrożenie zawsze sprzyja rządzącym, którzy mogą się wtedy fotografować na tle sprzętu wojskowego i uspokajać społeczeństwo).

Zbiorowy orgazm polityków dobrej zmiany (i niepokornych pluszaków władzy), którzy z jękiem zachwytu przyjęli decyzję o zaangażowaniu polskich Sił Zbrojnych w walkę z ISIS (czym, rzecz jasna, trzeba się było od razu pochwalić tak, żeby ów fakt nikomu nie umknął), potwierdzają to, co wtedy napisałem.

Gdyby bowiem prawicowi publicyści faktycznie obawiali się zagrożenia zamachami, eksplodowaliby z oburzenia już w momencie, w którym Dojna Zmiana pierwszy raz mówiła o tym, że zamierza zaangażować nasze wojska (bez których Zachód sobie bez problemu poradzi) w walkę z tzw. Państwem Islamskim. Oburzyliby się dlatego, że tego rodzaju działanie może na nas ściągnąć uwagę Daeshowców (którzy, do tej pory, Polskę jako kraj mieli w głębokim poważaniu). Ktoś może powiedzieć: „może są na tyle głupi, że wierzą w to, że można zniszczyć ISIS i nie będziemy się musieli bać zamachów?” No ale przecież sami straszyli nas tym, że w Europie Zachodniej roi się od islamistycznych organizacji, które są gotowe do przeprowadzania zamachów terrorystycznych. Przecież tej masie organizacji, o której pisali niepokorni, zniszczenie ISIS w niczym nie przeszkodzi. Jeśli będą chcieli wziąć odwet na „niewiernych”, to go wezmą. Gdzie się więc podział alarmistyczny ton prawicowej narracji?

Co się zaś tyczy polityków partii Dojnej Zmiany. Jeśli założymy, że naprawdę obawiali się zamachów terrorystycznych, to będziemy musieli uznać, że angażując nasze Siły Zbrojne w walkę z ISIS, robią to celowo – żeby doprowadzić do zamachów w Polsce. Biorąc pod rozwagę fakt, że odpowiedzialność za taki zamach, spadłaby na polityków partii rządzącej (no bo jakoś tak się złożyło, że wcześniej do nich nie dochodziło), nie podejrzewam, żeby politycy z partii Jarosława Kaczyńskiego byli aż tak bardzo zidiociali. Czym innym jest bowiem przerzucanie się argumentami na temat tego, kto żarł ośmiorniczki za państwową kasę, a kto za tę kasę woził dupę śmigłowcem, a czym innym sytuacja, w której giną ludzie. W teorii, po takim zamachu politycy PiSu mogliby zakrzyknąć „Ha! Uprzedzaliśmy, ale nas nie słuchaliście!” W praktyce jednakże, gdyby coś takiego miało miejsce, ci sami politycy musieli by odpowiedzieć na jedno pytanie: „no skoro wiedzieliście o zagrożeniu, to po cholerę angażowaliście nas w walkę z ISIS i narażaliście nas na akcje odwetowe?”. Nie, odpowiedź „bo myśleliśmy, że zabijemy wszystkich islamistów w ciągu jednego dnia”, raczej się nie sprawdzi.

niedziela, 19 czerwca 2016

Jak hartowała się ściema odc. 2: „Nagły atak głupoty”

Fragment artykułu Rafała Ziemkiewicza
 Rafał Ziemkiewicz był łaskaw popełnić artykuł o aborcji (link w źródłach). Gardłuje w nim na temat tego, że w sumie to kobiety są głupie, bo wcale nie muszą mieć prawa do aborcji, bo przecież mogą korzystać z antykoncepcji hormonalnej/etc. Jest to dość śmiała teza. Zwłaszcza w kontekście tego, że PiS uwalił niedawno sprzedaż pigułek „dzień po” bez recepty (zapewne w ramach ułatwienia kobietom dostępu do antykoncepcji). Abstrahując już zupełnie od faktu, że prawica najchętniej zakazałaby jakiejkolwiek antykoncepcji (w trosce o dzieci niepoczęte).

Ale to tylko dygresja. Skupimy się bowiem na jednej z największych ściem, która powtarzana była już tak często, że nie tylko tuzy researchu w rodzaju Ziemkiewicza powtarzają ją bez mrugnięcia okiem. Chodzi, rzecz jasna, o podkreślony fragment tekstu, w którym stoi, że „kompromis aborcyjny” wcale nie stworzył podziemia aborcyjnego. Na pierwszy rzut oka zweryfikowanie tego, ile aborcji (po wprowadzeniu zakazu w 1993 r.) dokonywano w podziemiu, jest prawie nierealne. Nikt nie prowadzi „oficjalnych statystyk”, w których uwzględnia się nielegalne zabiegi przerywania ciąży. Tyle, że można to zrobić okrężną drogą. Wystarczy porównać ilość żywych urodzeń w okresie przed i po wprowadzeniu zakazu. Jeśli rację mają prawicowcy i wprowadzenie zakazu aborcji nie stworzyło podziemia (innymi słowy – po wprowadzeniu zakazu kobiety nie dokonywały terminacji ciąży nielegalnie) powinno mieć to odzwierciedlenie w zwiększonej liczbie urodzeń żywych. Jak było w rzeczywistości?

1986 – 637.200
1987 – 607.800
1988 – 589.900
1989 – 564.400
1990 – 547.000
1991 – 547.700
1992 – 515.200
1993 – 494.300 (ustawa zakazująca aborcji weszła w życie bodajże 21 stycznia)
1994 – 481.300
1995 – 433.100

I na tym poprzestaniemy, bo w 1996 r. nieco zliberalizowano prawo aborcyjne (potem zostało to utrącone przez TK).

Warto mieć również na uwadze to, że od czasów baby-boomu z lat 1979-1984 ilość urodzeń żywych w Polsce sukcesywnie spadała. Ciężko ocenić, ile aborcji rocznie dokonywano przed wprowadzeniem zakazu, ale biorąc pod rozwagę wyniki badań CBOS („doświadczenia aborcyjne Polek”: od 4,1 do 5,8 miliona Polek przynajmniej raz w życiu dokonało terminacji ciąży), można bezpiecznie założyć, że mowa tu o liczbie znacznie wyższej niż 100 000 aborcji rocznie. Nawiasem mówiąc, sami purpuraci ubolewali nad tym, że w czasach PRL aborcji dokonywano „na skalę masową”. Abp Hoser twierdził, że czasem dokonywano 800 tys. aborcji rocznie. Ostrożniejsze szacunki (acz zastrzegam, że źródeł nikt nie podaje) mówiły o tym, że w latach 70. było to od 300 do 500 tysięcy aborcji rocznie.

Gdyby więc rację miało nasze prawactwo i gdyby zakaz aborcji nie doprowadził do rozkwitu podziemia aborcyjnego, to po wprowadzeniu tegoż zakazu, gwałtownie powinna wzrosnąć liczba urodzeń żywych ("pi razy oko" co najmniej o jakieś 60-70 tysięcy). Dane liczbowe pokazują, że prawactwo (co za szok), albo nie wie o czym mówi, albo ordynarnie rżnie głupa. Zakaz aborcji nie przełożył się bowiem na zahamowanie spadku liczby urodzeń żywych. Z czego wniosek płynie dość prosty – przed 1993 rokiem kobiety dokonywały aborcji legalnie, potem zaś „zeszły do podziemia”. Tym samym, każdy, kto twierdzi, że po 1993 r. podziemie aborcyjne nie rozkwitło, jest albo idiotą, albo kłamcą.

Źródła:

Erupcja intelektualna Ziemkiewicza:
(Uprzedzam, że rzyg na kobiety jest w tym tekście straszliwy [nawet, jak na pszenno-buraczany poziom polskiej prawicy]):

http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news-nagly-atak-idiotek,nId,2220398

Wikipedyjny link z danymi liczbowymi (ilość żywych urodzeń/etc):

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludno%C5%9B%C4%87_Polski

wtorek, 15 marca 2016

Prawicowo-konserwatywna urawniłowka

Uprzedzam lojalnie, że pod koniec notki trochę mi się uleje.

Zacznijmy od "bio" pana, nad którym się będę pastwić: "Andrzej Waśko wykładowca literatury polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, naczelny dwumiesięcznika "Arcana", koordynator sekcji edukacji w powołanej przez prezydenta Dudę Narodowej Radzie Rozwoju. Minister edukacji ogłosiła go liderem zmian w oświacie.”
Teraz fragment wywiadu:

Rad pan zmienić listę lektur?

- Tak. Ale nie przewiduję sporów w rodzaju tego, który wywołał minister Roman Giertych uwagami o "Trans-Atlantyku" Gombrowicza. Sedno sprawy jest gdzieś indziej. Lektury zależą od programów autorskich. Problemem jest nie tylko to, że młodzież mało czyta, ale że czyta różne rzeczy. Pracując ze studentami, czuję, że właśnie z tego tytułu brak nam wspólnego języka, wspólnego układu odniesienia. Każdy odwołuje się do czegoś innego i tak być nie może. Lista lektur dla wszystkich musi być wspólna. Powinniśmy uczyć jednej literatury, a nie dziesiątek programów.

Ponieważ powyższa wypowiedź jest pełna wiekopomnych myśli – trzeba się do niej odnieść praktycznie zdanie-po-zdaniu. Zacznijmy więc.

Lektury zależą od programów autorskich.

Pan dr hab. zapomniał jedynie dodać, że „tylko niektóre z nich”. Prawda jest bowiem taka, że znaczna część czytanych (tzn. w sumie częściej nie czytanych, o ile nic się w tej materii nie zmieniło od moich lat szkolnych) lektur, to lektury obowiązkowe. Lista tych lektur jest ustalana odgórnie i nie ma nic wspólnego z żadnymi programami autorskimi. Można, rzecz jasna (w ramach tychże programów autorskich), dać młodzieży jakieś lektury dodatkowe, ale raczej nie będzie to zbyt duża ilość pozycji. Tym samym, teza  o tym, że „lektury” (w domyśle: większość lektur) zależą od „programów autorskich” jest absurdalna. Niezbyt dobrze to świadczy o „liderze zmian w oświacie”. No chyba, że „lider” wie jak to wygląda w rzeczywistości, ale po prostu ordynarnie ściemnia (żeby mieć czym podeprzeć dalszą część wypowiedzi).

Problemem jest nie tylko to, że młodzież mało czyta, ale że czyta różne rzeczy.

Nie tylko młodzież „mało czyta”. Generalnie jesteśmy narodem-który-mało-czyta. Przyczyn tego stanu jest wiele. Jedną z nich jest zapewne fakt, że książki (jak na polskie realia) są dość drogie i są traktowane jako „dobra luksusowe”. Ktoś może powiedzieć, że przecież można w bibliotece wypożyczyć coś i niekoniecznie kupować – owszem, ale chyba każdy się zgodzi z tym, że o wiele łatwiej młodemu człowiekowi „zacząć czytać” w domu, w którym są pełne półki niż w domu, w którym książek nie ma w ogóle. Ale to tylko dygresja jest i wstęp do tego, czym mnie „lider zmian w oświacie” wkurwił bardzo. Bo oto okazuje się, że ta cholerna młodzież czyta „różne rzeczy” i że czytanie różnych rzeczy jest „problemem”. Czemu stanowi to problem?

Pracując ze studentami, czuję, że właśnie z tego tytułu brak nam wspólnego języka, wspólnego układu odniesienia.


W moim skromnym mniemaniu, „lider zmian w oświacie” zachowuje się jak emo-nastolatek, którego „nikt nie rozumie”. Tyle, że o ile w przypadku nastolatków jest to dość normalne, to w przypadku kogoś z rocznika 1961 jest to kliniczny przypadek kryzysu wieku średniego. Wypowiedź ta jest o tyle żenująca, że mamy do czynienia z człowiekiem (ponoć) oczytanym (wszak spec od literatury nie powinien stronić od literek) i ów człowiek nie może znaleźć wspólnego języka z młodymi ludźmi tylko dlatego, że „czytają różne rzeczy”? Toż nawet ostatni idiota wpadłby na to, żeby się z tymi „różnymi rzeczami” zapoznać i je przeczytać (choćby i z „obrzydzeniem”).

Osobną kwestią jest to, że „lider zmian” zupełnie wyparł ze swojej świadomości fakt, że ludzie, którzy idą na studia, niekoniecznie muszą być świeżo po maturze. Tym samym, nawet gdyby „liderowi zmian” udało się wprowadzić takie zmiany, żeby młodzież szkolna czytała tylko i wyłącznie to, co lider uznał za wartościowe – co z ludźmi, którzy poszli na studia nieco później (albo np. dwukierunkowcami)? Doskonale pamiętam sytuację z mojego pierwszego roku na socjologii, kiedy to pani dr prowadząca „Wstęp do socjologii” załamała się lekko w momencie, w którym okazało się, że w kilkunastoosobowej grupie jest tylko kilka osób świeżo po maturze (reszta to byli dwukierunkowcy, albo ludzie już po studiach, albo ludzie, którzy zaczęli studia później). Aczkolwiek wart odnotowania jest fakt, że pani dr dość szybko się pozbierała i zajęcia były ciekawe (choć pewnie sporo musiała pozmieniać w programie swoim). Pomijam w tym miejscu taki drobny szczegół, jak to, że młodzi ludzie mogą sami sobie wybierać lektury (chodzi mi rzecz jasna o czytanie „pozaszkolne”).

Każdy odwołuje się do czegoś innego i tak być nie może.

Bo przecież niedopuszczalna jest sytuacja, w której ludzie (szczególnie zaś ludzie młodzi) mają własną opinię, która stoi w sprzeczności z opinią „lidera zmian w oświacie”.

Lista lektur dla wszystkich musi być wspólna. Powinniśmy uczyć jednej literatury, a nie dziesiątek programów.


Lista lektur JEST WSPÓLNA. Tych kilka (choćby nawet kilkanaście) dodatkowych nie ma najmniejszego wpływu na listę lektur obowiązkowych.

I teraz doszliśmy do momentu, w którym mi się uleje i to bardzo.

Chyba każdy (w miarę uważny) obserwator „konserwatywnej strony” zauważył, że „typowy prawak” i „typowa konserwa” to ktoś, kto non stop opowiada o tym, jak to „lewaki z UE chcą, żebyśmy wszyscy myśleli jednakowo”, że „lewica nie myśli samodzielnie” etc. Osobną kwestią jest w tym przypadku fakt, że „lewakiem” jest dla tych ludzi każdy, kto się z nimi nie zgadza (więc jest to cholernie pojemna kategoria). Tym niemniej to właśnie lewica jest oskarżana o to, że tak jak bolszewicy – chce żeby wszyscy mieli taki sam światopogląd, a biedni uciskani konserwatyści (którym, o zgrozo, zabroniono nazywać ludzi „peda**mi, czarnu***mi/etc”) walczą o to, żeby ludzie mogli „myśleć samodzielnie”.

Jak to więc, możliwe, że „lider zmian w oświacie” mówi wprost o tym, że trzeba zmienić ludzi w drony, które powinny myśleć takimi samymi kategoriami, czytać te same książki i mieć „ten sam układ odniesienia” (żeby „łatwiej było znaleźć z nimi wspólny język), a konserwatyści milczą? Z napisaniem niniejszej notki czekałem ponad 3 tygodnie od ukazania się wywiadu w GW. To wystarczająca ilość czasu, żeby nasza superczuła prawica konserwatywna zdążyła zareagować na to, że ktoś, kto ma odpowiadać za zmiany w oświacie zamierza wprowadzić do szkół urawniłowkę.

To milczenie dobitnie pokazuje, że cała konserwatywno-prawicowo-bogo-ojczyźniana retoryka, według której lewica „chce zniszczyć indywidualizm etc.”, to ordynarna ściema i zasłona dymna. I to cholernie skuteczna zasłona dymna, której udało się przykryć fakt, że ludźmi, którzy dziś marzą o tym, żeby wszyscy myśleli „tak samo” są właśnie skrajni konserwatyści. Bo to ich bardzo denerwują sytuacje, w których ktoś podważa „odwieczny porządek” (czyli to, co sobie ktoś kiedyś ubzdurał np. „prawo naturalne”). No bo co to za świat, w którym ktoś ma czelność dyskutować o tym, że może by tak, kurwa, osobom homoseksualnym przyznać te same prawa, na które mogą liczyć heterycy? No przecież to niezgodne z prawem naturalnym! A skoro niezgodne, to znaczy, że nie powinno w ogóle być dyskusji na ten temat, bo „geje so złe i pójdo do piekła!”. Rajem skrajnego konserwatysty jest kraj, w którym pytania „po co?”, albo „dlaczego?” nie padają w ogóle, w którym każdy zna swoje miejsce w szeregu i się z niego nie wychyla. Rajem konserwatysty jest kraj, w którym obowiązuje jedyna słuszna wersja historii i nikt nie zadaje żadnych „niewygodnych pytań”. Wreszcie, rajem konserwatysty jest kraj, w którym młodzież wpatruje się w każdy (prawilny) autorytet z oślim zachwytem. I właśnie coś takiego usiłuje nam zafundować „lider zmian w oświacie”, który znużony pyskatą młodzieżą chce zaprząc do roboty inżynierię społeczną. Ale jakby co – to lewica walczy z „samodzielnym myśleniem”, bo Seba z trądzikiem po Winstrolu nie może wyzywać ludzi od „czarnuch*w” i domagać się ponownego uruchomienia pieców krematoryjnych w Auschwitz-Birkenau.

Pod koniec niniejszej notki trzeba postawić jedno, dość istotne, pytanie: Czy pan Waśko wprowadzi swoje pomysły w życie? Na pewno będzie próbował. Tym niemniej szansa na to, że uda się mu (i jemu podobnym) „urobić” młodzież jest zerowa. Czemu? Bo jakoś tak się składa, że nad młodzieżą polską pastwiono się już wiele razy na przestrzeni ostatnich 200 lat. Nie udało się urobić młodych w czasach zaborów, nie udało się w czasach okupacji, nie udało się za PRL-u (a wtedy było o tyle łatwiej, że stosunkowo proste było odcięcie kogoś od większości „nieprawilnych” bodźców) – nie uda się i teraz. Warto również wspomnieć o tym, że totalnym absurdem jest sytuacja, w której ktoś odpowiedzialny za „zmiany w oświacie” nie ma pojęcia o tym, skąd się biorą „różne układy odniesienia” i że jedyną jego receptą na ten stan rzeczy (który wydaje się mu z gruntu zły) jest tresura młodych ludzi. Nie wiem w jaki sposób karierę naukową (w dowolnej dziedzinie) mógł zrobić człowiek, który nie wpadł na to, że owe „rożne układy odniesienia” mogły wziąć się choćby z różnicy wieku między nim samym, a jego studentami. Człowiek urodzony w roku 1961 dorastał w zupełnie innych czasach niźli ktoś, kto urodził się w latach 90-tych. Że piszę oczywistości? No najwidoczniej nie są to oczywistości, skoro pan Waśko na to nie wpadł.

Ktoś może mi w tym miejscu zarzucić, że z całego długiego wywiadu wyciągnąłem tylko to, co najwygodniej mi było skrytykować i że w ogóle to wyrwałem z kontekstu. Owszem, wywiad był długi, ale w niczym nie zmienia to faktu, że cytowane przeze mnie słowa w nim padły. W kwestii zaś „kontekstu”, to doprawdy nie wiem, w jakim kontekście trzeba by było osadzić ten fragment, żeby nie był idiotyczny. I jeśli komuś się wydaje, że jeżdżę po Andrzeju Waśce jak po burej suce tylko  i wyłącznie dlatego, że „jest konserwatystą”, to pragnę zapewnić, że gdyby te słowa (o potrzebie „ujednolicenia układów odniesienia” i o potrzebie wprowadzenia urawniłowki) padły z „lewej strony”, to zareagowałbym w dokładnie w ten sam sposób.

Na sam koniec zaś, zamiast zwyczajowej pointy, pozwolę sobie jeszcze raz zacytować pana Andrzeja:

Czy zreformowana szkoła ze wspólnym kodem kulturowym, o którym pan tyle mówi, będzie uczyć, że mamy prawo się różnić?

- Proszę nawet nie sugerować, że prawica odbiera społeczeństwu prawo do różnienia się.


Źródło:

http://wyborcza.pl/magazyn/1,150990,19652047,reforma-edukacyjna-2016-co-w-nowej-szkole-uczen-powinien.html

czwartek, 4 lutego 2016

Wasz prezydent, wasz premier

Na samym początku niniejszej notki lojalnie uprzedzam, że będzie ona dość obszerna, albowiem chciałem pochylić się nad rządami partii „Dobrej Zmiany”. A żeby tego dokonać, nie można skupiać się na obecnej biegunce parlamentarnej (składanie ustaw-bubli etc.), tylko prześledzić cały proces, w ramach którego doszło do „dobrej zmiany”. Ponieważ, moim zdaniem, proces ów rozpoczął się wraz z wystawieniem Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich – trochę „materiału” jest do ogarnięcia.

Marsz po władzę – Andrzej Duda prezydent z przypadku

Kiedy PiS ogłosił, że w wyborach prezydenckich wystawi niejakiego Andrzeja Dudę, ogromna większość Polaków zadała sobie jedno pytanie: kogo? Sporej części społeczeństwa „Duda” kojarzył się z Piotrem Dudą (szef NSZZ Solidarność) i w sumie tak się przedstawiała jego „rozpoznawalność”. Konsternacja nie trwała długo i uznano, że PiS wystawił takiego, a nie innego kandydata (którego przy dużej dozie dobrej woli można by określić mianem trzeciorzędowego polityka), żeby „ktoś przegrał z Bronkiem” i żeby ta porażka nie odbiła się na wizerunku partii Jarosława Kaczyńskiego. Mało tego – narracja, którą budował PiS (i usłużni dziennikarze, którzy byli w kampanii tak bardzo niezależni, że teraz zostali obdarowani różnymi stołkami)sugeruje, że  porażkę Dudy chciano wykorzystać w wyborach parlamentarnych. Mowa tu, rzecz jasna, o bredniach „będą fałszować wybory – weź długopis etc.” Podkładką pod tę narrację był blamaż PKW, do którego doszło w trakcie wyborów samorządowych 2014 (PiS ten blamaż momentalnie skapitalizował). Z jednej strony mieliśmy przedwyborczy trash-talk „Duda wygra”, ale z drugiej strony przez praktycznie całą kampanię karmiono ludźmi bzdurami o tym, że „wybory będą sfałszowane”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby po pierwszej turze wyborów więcej głosów miał Bronisław Komorowski, to jeszcze głośniej mówiono by o „fałszowaniu”. No ale misterny plan poszedł się kochać, albowiem Duda wszedł do drugiej tury z 1. miejsca. Co prawda usiłowano klarować, że „jakby nie fałszerstwa, to by Duda miał jeszcze więcej głosów”, tym niemniej były to bardzo odosobnione głosy. Po zwycięstwie Dudy w drugiej turze nagle się temat fałszerstw urwał. Nie dało się przed wyborami parlamentarnymi twierdzić, że „Układ nam może przeszkodzić w wyborach”, bo oznaczałoby to, że tenże sam układ pozwolił Andrzejowi Dudzie na zwycięstwo (tzn. ja wiem, że część betonu PiS-owskiego - jak to beton ma w zwyczaju - łyknie dosłownie każdą narrację, ale większość Polaków tymże betonem nie jest i PiS musiał to uwzględnić w swoich planach).

No dobrze, ktoś zapyta, ale gdzie tu miejsce na „przypadek”, o którym mowa w śródtytule? Bo, moim zdaniem, Prezydent Andrzej Duda to wypadek przy pracy (co czyni go prezydentem z przypadku). Nie wiem, ile tysięcy stron tekstu poświęcono analizom kampanii prezydenckiej 2015 (pewnie „w cholerę”), wiem natomiast, że chyba nikt nie zwrócił uwagi na jeden drobny szczegół. Wszyscy obserwatorzy byli zgodni – PiS miał cholernie skuteczną kampanię internetową. Nikt również nie ma wątpliwości co do tego, że w PiS-ie wszystkich za mordę trzyma Jarosław (wspomagany przez starych towarzyszy z zakonu PC). Jak to się więc stało, że Jarosław, który nie umie w internety (na jego niegdysiejsze blogowanie spuśćmy zasłonę milczenia), postanowił wpompować kupę kasy w kampanię internetową (i oddelegować tam sporo ludzi)? Zanim ktoś powie „posłuchał doradców!”; mam uwierzyć w to, że Jarosław Kaczyński posłuchał jakiegoś „gówniarza”, który przyszedł do niego i zachwalał mu FB i Twittera? I tak bardzo się zapalił do tego pomysłu, że powiedział „weź tyle i tyle kasy, weź tylu ludzi i wygrajmy te wybory!”? Serio?

Moim zdaniem o wiele bardziej prawdopodobny był inny scenariusz. Do Jarosława przychodzili jacyś gówniarze i truli mu dupę „panie prezesie – a może by tak internet?”. Jarosław dzielnie ich spławiał (i to przez kilka ładnych lat), ale wreszcie mu się cierpliwość skończyła i pomyślał, że może nadszedł czas na pozbycie się natrętów. Wpadł więc na pomysł taki, że on im pozwoli się wyszumieć i da im zielone światło na ten internet, a jak się już zbłaźnią (i PiS-owski kandydat na prezia przerżnie wybory), to powtórzy się scenariusz, który doprowadził do utworzenia partii „Polska Jest Najważniejsza”. W telegraficznym skrócie – JK w 2010 pozwolił „młodym” prowadzić kampanię prezydencką, a potem, jak się zaczęli stawiać, wywalił ich na zbity pysk. Różnica polega na tym, że tym razem JK nie musiałby już (wybaczcie słownictwo) rżnąć głupa i udawać, że „nie wiedział co się działo w kampanii, bo był na proszkach” (gdyby JK faktycznie był w trakcie kampanii 2010 nafaszerowany silnymi prochami uspokajającymi - do tego stopnia, że „nie wie co się działo" – to przypominałby schyłkowego Breżniewa, bo byłby ledwie przytomny), bo tym razem kto inny kandydował (biorąc pod rozwagę to, że PAD był człowiekiem Lecha, a nie Jarosława – pewnie wyleciałby razem z resztą młodych).

No ale na moment załóżmy, że rację mają ci, którzy wierzą w to, że Jarosław nagle przekonał się do internetów i zrozumiał, że właśnie internet jest kluczem do zwycięstwa. Jeśli poczynimy takie założenie, to może mi ktoś wytłumaczyć, dlaczego wystawiono akurat Andrzeja Dudę? Człowieka absolutnie bez właściwości, którego jedynymi atutami były: wiek, nie najgorsza aparycja i przyklejony uśmiech (nie trzeba być Paulem Ekmanem, żeby dostrzec to, że uśmiech PAD-a jest momentami mocno sztuczny)? Mam uwierzyć w to, że „najlepszym” kandydatem okazał się ktoś, kto został znokautowany w trakcie wywiadu przez Beatę Tadlę (bo ta miała czelność zapytać go o to, ile będzie kosztować realizacja obietnic wyborczych)? A może mam uwierzyć w to, że najlepszym kandydatem był ktoś, kto w trakcie pierwszej debaty z Komorowskim pełnił rolę worka treningowego?

Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany i nadal uważa, że to wszystko (kandydatura AD połączona z działaniami w „internetach”) było przemyślane od początku do końca i PiS od początku „grał” na zwycięstwo Andrzeja Dudy, to osoba taka powinna jedną kwestię przemyśleć. Dlaczego Andrzej Duda zaczął kampanię od wpadek „światopoglądowych”? A to „moje stanowisko na temat in vitro jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu”, a to wygłaszanie (w Rydzykomediach) tyrad o tym, że trzeba zakazać aborcji. Odpowiedź „bo miał być kandydatem konserwatystów” nie wystarcza. Czemu? Ano temu, że do wygrania wyborów nie wystarczą głosy konserwatystów – trzeba też uzyskać poparcie centrum (tak samo było w 2001 z SLD, które przed wyborami parlamentarnymi zmiękczyło swoją lewicową retorykę, żeby nie zniechęcać centrowych wyborców). Nie można takowego poparcia uzyskać, głosząc hasła godne Terlikowskiego  (a przynajmniej nie w Polsce). Poza tym – gdyby te wypowiedzi były „elementem wizerunku konserwatysty”, to AD by się z nich potem nie wycofywał.

Zresztą – o tym, że PiS nie wierzył w to, że będzie musiał sięgać po elektorat centrowy (a więc – że będzie szedł po zwycięstwo) świadczy choćby to, że co prawda wycofano kuriozalny projekt ustawy, która zakładała karanie więzieniem za in vitro, ale zastąpiono go niewiele lepszym, w którym można było znaleźć taką perełkę:

Art. 68
1. Kto tworzy embrion ludzki poza organizmem kobiety, podlega grzywnie. W razie skazania sąd orzeka zakaz wykonywania zawodu związanego z prowadzeniem badań genetycznych, zapłodnienia pozaustrojowego lub obrotu gametami na czas nie krótszy od 5 lat.


Przypominam, że taki projekt złożono w trakcie kampanii prezydenckiej. I choć wiadomo było, że tego rodzaju projekt nie ma szans, to jednak nie ma wątpliwości co do tego, że tego rodzaju wyskok działa na centrowego wyborcę jak płachta na byka. Innymi słowy – składanie tego rodzaju projektów ustaw w trakcie kampanii raczej nie służy pozyskiwaniu centrowego wyborcy.


Marsz po władzę – Beata Szydło – Bierna Mierna Wierna

Czemu Jarosław Kaczyński zrezygnował z ubiegania się o stanowisko premiera RP? Ok, jeśli mu się zachce być premierem, to zostanie nim w dowolnym momencie (a Beata Szydło będzie zaskoczona swoją własną decyzją o podaniu się do dymisji), nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że po raz pierwszy od 2007 roku, PiS szedł do wyborów z innym (niż Kaczyński) kandydatem na premiera. Czemu tak się stało?

Na pierwszy rzut oka odpowiedź jest banalnie prosta: Kaczyński zauważył, że Duda wygrał tam, gdzie jemu się nie udało i zrozumiał, że jeśli nadal będzie „kandydatem PiS na premiera”, to może przegrać kolejne wybory. I praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na to, że wcześniejsze założenia były nieco inne. Oddajmy głos Jarosławowi Kaczyńskiemu, który 12.11.2014 powiedział, że „nie ma obowiązku startu w wyborach.  "Mając do wyboru stanowisko prezydenta i premiera, wolałbym być premierem, z różnych względów. Wolę tę funkcję – wierzymy, że mamy szansę i wygramy”.

No dobrze, może potem zmienił zdanie? Odpowiedzi na to pytanie może udzielić artykuł Michała Karnowskiego (który jest mniej więcej tak samo niezależny od PiS, jak dron Predator od swojego operatora) z 08.02.2015

Wchodzimy w kluczowy okres kampanii wyborczej. Wbrew wszelkim trudnościom Prawo i Sprawiedliwość zbudowało bardzo mocną ofertę parlamentarno-prezydencką. Jarosław Kaczyński jako kandydat na premiera, Andrzej Duda jako wskazany przez niego kandydat na prezydenta - ta polityczna oferta naprawdę może wygrać z duetem Ewa Kopacz/Bronisław Komorowski.
Niedługo potem na portalu „wPolityce” pojawił się artykuł prof. Nowaka, który stwierdził, że Jarosław dobrze by zrobił, jakby sobie jednak darował bycie premierem. Gównoburza, która wybuchła po PiS-owskiej stronie miała pokaźne rozmiary. Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany, to może warto przyjrzeć się temu, co miała na ten temat do powiedzenia Beata Szydło?

"Po jesiennych wyborach premierem będzie Jarosław Kaczyński". Beata Szydło ucina spekulacje na temat ewentualnego premierowania Andrzeja Dudy” (04-05-2015)

(krótka legenda – ponieważ [przed pierwszą turą wyborów] nie wierzono w to, że Duda wygra – zastanawiano się nad tym, czy w przypadku uzyskania dobrego wyniku będzie kandydatem PiS na premiera).

Narracja była więc jednoznaczna – Andrzej Duda ma być prezydentem, a Jarosław Kaczyński premierem. Czemu więc nagle okazało się, że kandydatem PiS na premiera będzie Beata Szydło? Bo Andrzej Duda wygrał wybory, które miał (z godnością!) przegrać. Gdyby PiS (czyli Jarosław i Zakon PC) od początku na serio traktowali kandydaturę Andrzeja Dudy, to po jego zwycięstwie Kaczyński nadal „wolałby zostać premierem”. Jego rezygnacja uprawdopodabnia moją teorię, według której AD (razem z „młodymi”) został wystawiony na odstrzał. Ponieważ jednak Andrzej Duda wygrał, Jarosław Kaczyński nie mógł odstrzelić młodych i co gorsza – owi młodzi udowodnili mu, że jego (Kaczyńskiego) nieobecność w trakcie kampanii (i jego niekandydowanie w wyborach na prezia Polski) miała zbawienny wpływ na wynik wyborów.

W teorii Kaczyński mógł się zaprzeć i nadal „kandydować na premiera”, ale musiał brać pod rozwagę to, że po ewentualnej klęsce nawet Zakon PC przestanie go bronić. Trzeba więc było wybrać innego kandydata na premiera. Znamienne jest to, że owym kandydatem nie był nikt znaczący w partii, ale właśnie Beata Szydło - osoba, która po ewentualnej wygranej nie będzie stanowiła żadnego zagrożenia dla Jarosława Kaczyńskiego. Zresztą – o tym, jak bardzo poważnie PiS traktował Beatę Szydło może zaświadczyć to, że w czasie, w którym wybierano ministrów, została ona oddelegowana „na wakacje” (z których wróciła, jak media zwęszyły sprawę i PiS zrozumiał, że kiepsko to wygląda). Jeśli ktoś nadal jest gotów twierdzić, że Jarosław zrezygnował z „bycia premierem”, bo już nie chciał się bawić w dużą politykę, niech mi wyjaśni, dlaczego to właśnie Jarosław spotkał się z Orbanem?

O wyniku wyborów parlamentarnych nie ma potrzeby się rozpisywać. Totalnie spieprzona kampania PO, połączona z wypłynięciem taśm z knajpy „Sowa i przyjaciele” i kryzysem migracyjnym dały efekt taki, że PiS ma większość parlamentarną. Reszta jest milczeniem.

Sługa wierny, sługa niezłomny

Po wyborach prezydenckich mainstream eksplodował niezwykle przenikliwymi analizami, według których, skoro Andrzej Duda został już prezydentem, to pewnie się uniezależni od Kaczyńskiego, no bo co mu ten Kaczyński może zrobić? Przecież go nie odwoła! Zanim zacznę się pastwić nad tymi analizami – przypomnę, jak wyglądała narracja budowana przez mainstream

Przed pierwszą turą - „Prezydentem zostanie Komorowski!”
Po pierwszej turze „Mój boże! Niechże ktoś powstrzyma tego Dudę, bo jak zostanie prezydentem to będzie słuchał Kaczyńskiego!”
Po drugiej turze „No to teraz Duda będzie niezależny”
Po bardzo niedługim czasie „Mój boże! Ten Duda robi to co Kaczyński mu każe!!”

Doprawdy – Duda robi to, co każe mu Kaczyński! Najmniejsze zaskoczenie świata. No ale wróćmy do momentu, w którym mainstream (nie cały rzecz jasna) uznał, że Duda może się usamodzielnić. Jak już wspomniałem – usamodzielnienie się Dudy miałoby wynikać z tego, że „Kaczyński go przecież nie odwoła”. Genialne, no po prostu GENIALNE!

Wiele złego można powiedzieć o naszym nowym Prezydencie (choćby to, że jest skrajnie infantylny i jest człowiekiem praktycznie „bez właściwości” [ma dokładnie takie poglądy i opinie, jakie powinien mieć w danym momencie]), ale nie można powiedzieć o nim, że jest idiotą (jeśli zabłąkał się tu jakiś PiS-owiec, który postanowi się obrazić, to pragnę zwrócić uwagę na fakt, że przed „jest idiotą” znajduje się „nie można powiedzieć o nim” [które pełni rolę zaprzeczenia]). Tylko idiota uznałby, że skoro Kaczyński „nie jest w stanie go odwołać”, to znaczy, że można mieć tego Kaczyńskiego w dupie i nie przejmować się tym politycznym emerytem.

Jak wyglądała kampania Andrzeja Dudy? Ano wyglądała tak, że robiono od cholery badań opinii publicznej. Praktycznie cała jego kampania opierała się na tych badaniach (kwestie, które poruszał, odpowiedzi, których udzielał [np. lawirowanie w sprawie in vitro etc.]). Tajemnicą poliszynela jest to, że po wygranych wyborach nie zarzucono tych badań. Żeby nie było nie porozumień – ja nie czynię PAD-owi zarzutu z tego, że dba o PR, nic z tych rzeczy, zwracam jedynie uwagę na fakt, że takowe badania są przeprowadzane. I teraz warto sobie zadać jedno pytanie – kto sponsorował te badania w trakcie kampanii? A kto sponsoruje je teraz? Czy komuś się wydaje, że PiS nadal wspierałby w ten sposób prezydenta, który „wybiłby się na niezależność”? Serio? Bez tych badań PAD byłby praktycznie całkowicie bezradny.

Kwestia druga. Czy komuś się wydaje, że PAD nie wie, w jaki sposób prowadzono jego kampanię? Machina propagandowa PiS-u bezlitośnie punktowała Komorowskiego (później zaś Ewę Kopacz). PiS ma do dyspozycji swoje własne media (nawet przy założeniu, że PAD postawiłby się Jarkowi i zawetował ustawę medialną – PiS nadal miałby do dyspozycji Niezależną, Gazetę Polską etc.), które zajmowały się głównie hejtowaniem BK i PEK. I teraz pytanie – czym zajęłyby się te media, gdyby PAD uznał, że on ma w dupie „emeryta z Żoliborza”? Jak szybko zaczęłyby „masakrować” niezłomnego prezydenta? Który to „niezależny prezydent” byłby idealną ofiarą, bo zostałby odcięty od badań opinii publicznej.

Kwestia trzecia – brak zaplecza. Andrzej Duda, jako polityk z trzeciego rzędu, nie posiadał zaplecza w partii. I nie chodzi tu już o dziury kadrowe, które doprowadziły do tego, że w kancelarii prezia znalazł się taki geniusz, jak redaktor Magierowski, tylko o to, że Andrzej Duda nie miał „swoich” ludzi. W razie „usamodzielnienia się” nie mógłby liczyć na jakiekolwiek wsparcie z PiS. Nie wspominając już o tym, że ludzie Kaczyńskiego, którzy otaczają PAD-a w kancelarii, mogliby zrezygnować z pełnionych funkcji i sparaliżować w ten sposób pracę kancelarii prezydenckiej.


No i na sam koniec. Przy okazji analiz o „usamodzielnieniu się” tłumaczono, że przecież PAD musi to zrobić, bo nie będzie miał szans w kolejnych wyborach! No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że żeby mieć szanse w kampanii – trzeba mieć kasę (którą miał z PiS), ludzi (których miał z PiS) i media (które ma PiS). Dopóki ktoś nie zaoferuje PAD-owi tego samego, co gwarantuje mu bycie „sługą niezłomnym”, prawdopodobieństwo tego, że się „usamodzielni” wynosi równe -1.

Ministrowie Dobrej Zmiany 

Na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi spłodziłem dość długą notkę. W tejże notce napisałem również trochę na temat tego, jak będzie się przedstawiał rząd PiS od strony kadrowej:

No dobrze, może ktoś powiedzieć, my to wszystko wiemy, ale co dalej? A dalej to będzie zamaszyście przejebane. I nie chodzi mi  o ryzyko wprowadzenia cenzury, państwa wyznaniowego/etc (bo choć politycy PiS-u mają przeważnie polot kafarów do wbijania pali mostowych, to jednak potrafią czytać raporty z badań, które dla nich przeprowadzają firmy badawcze i wiedzą, że jeśli zaczną przesuwać kredens w prawo, to się ludzie wkurwią). Mnie chodzi jedynie o to, że o ile rządom PO baaaardzo daleko było do tego, aby je nazwać „poprawnymi”, to przy nadchodzących rządach PiS-u będą się one jawić jako „rządy fachowców”, a nasze społeczeństwo bardzo szybko przypomni sobie o tym, dlaczego w 2007 roku pokazało premierowi Kaczyńskiemu środkowy palec. Partia Kaczyńskiego już w latach 2005-2007 miała gigantyczny problem z kadrami (nie chodzi mi tu ludzi dobieranych z klucza Bierny Mierny Wierny, ale o ludzi z kwalifikacjami wykraczającymi poza „jestem znajomym Jarka”)

(...)

Dosłownie na palcach jednej ręki można wyliczyć ludzi, którzy nie dostali (w 2005) teki ministerialnej z klucza partyjnego. Jednym z nich był Zbigniew Religa, którego Lech Kaczyński poprosił o objęcie teki ministra zdrowia (i musiało to Lecha wiele kosztować, bo Religa wyborach prezydenckich 2005 poparł Tuska). O Relidze przypominam również dlatego, że ów podpadł PiS-owcom okrutnie, bo nie zrobił czystek w ministerstwie (a przecież tylu chętnych na stołki było), z czego z kolei można wysnuć wniosek, że teraz już nikt w PiS-ie nie popełni „błędu” w postaci obdarowania teką ministerialną kogoś, na kim nie można wymusić podjęcia „słusznych” decyzji.

Wykrakałem. Gwoli ścisłości – nie przytaczam tych fragmentów po to, żeby się chwalić swoją zajebistością, ale dlatego, że po prostu nie chce mi się pisać po raz drugi tego samego. Insza, inszość to fakt, że pomimo tego, że spodziewałem się „wszystkiego najgorszego”, to jednak zaskoczyły mnie takie nazwiska jak Ziobro, Kempa, Jaki etc. Ktoś może powiedzieć „no przecież mieli umowę” - tedy przypominam, że „mienie umowy” nie przeszkodziło Kaczyńskiemu w nie wpuszczeniu na listy PiS Pawła Kowala. Jak to się stało, że „zdrajcy” załapali się na takie stołki? Wszystko staje się jasne, jeśli przyjrzeć się parlamentarnej arytmetyce.

Parlamentarny pat

234 – taką liczbą posłów dysponuje parlamentarny klub Prawa i Sprawiedliwości. Liczba ta, na pierwszy rzut oka, gwarantuje PiS-owi stabilną większość parlamentarną do końca kadencji i gwarantuje Kaczyńskiemu to, że nie będzie się musiał układać z żadną inną partią. Tyle, że to błędne założenie, wynikające z tego, że sporo ludzi nie odróżnia „klubu poselskiego” od partii politycznej. Prawda jest bowiem taka, że w klubie parlamentarnym PiS prócz posłów tejże formacji, znajduje się 8 posłów z Polski Razem Gowina i 9 posłów z Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

Narracja, którą budowały usłużne PiS-owi media brzmiała tak: Przystawki (Gowin i Ziobro) nie podskoczą prezesowi, bo prezes je trzyma w szachu! Rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Owszem, Kaczyński był „panem życia i śmierci (politycznej)” Gowina i Ziobry (oraz posłów z ich partii), ale tylko do 25 października. Po wyborach ta sytuacja uległa zmianie. I choć dla nikogo nie jest tajemnicą to, że Jarosław Kaczyński ma jeden sposób na radzenie sobie z „wewnętrzną opozycją” (która była na tyle głupia, że się upubliczniła) – wywalenie z partii, to jednak należy pamiętać o tym, że PiS już nie jest w opozycji i nie może sobie pozwolić na stratę posłów. Bo jeśli PiS straci większość parlamentarną, to będzie się musiał „układać” z jakąś inną partią. PSL raczej by się nie skusił – pozostałby jedynie KUKIZ, a to jest tak bardzo nieprzewidywalna grupka posłów, że ciężko by się było Kaczyńskiemu z nimi dogadać (o ile, rzecz jasna, by chcieli). Gdyby się nie dogadał z żadną partią, pozostałby mu rząd mniejszościowy. Mógłby również rozpisać wybory, ale łatka „tego, kto nie potrafi się dogadywać i rozpieprzył własny klub parlamentarny” raczej by mu w wyborach nie pomogła.

Kto tu więc kogo trzyma za łeb? Odpowiedź jest dość prosta – Jarek - Gowina i Ziobrę, Ziobro - Gowina i Jarka, a Gowin - Ziobrę i Jarka. Dlatego nazwałem tę sytuację patem. Prawda jest bowiem taka, że „przystawkom” również nie opłaca się wojowanie (bo w ewentualnych wyborach parlamentarnych nie miałyby szans na przekroczenie progu wyborczego). Tym samym na pytanie „czy Jarek po raz drugi rozpieprzy parlament” ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi, aczkolwiek (jak to mawiają członkowie „Zespołu Macierewicza”) „nie można tego wykluczyć”. Jednakże warto mieć na uwadze to, że (wbrew powszechnej opinii) „Naczelnik” nie ma 100% władzy nad swoim klubem parlamentarnym.

Ecce PiS

Sytuacja wygląda więc następująco: mamy prezydenta z przypadku, mamy wyrób premieropodobny, mamy wkurwionego „Naczelnika” (bo chciałby sobie znowu jeździć i spotykać się z głowami państw) i sytuację, w której „Naczelnik”nie może liczyć na to, że niezależnie od tego co zrobi, będzie miał większość parlamentarną do końca kadencji. Dodajmy do tego ewidentne problemy kadrowe (wystarczy popatrzeć na ostatni wyskok „rzeczniczki” PiS, która proponowała samotnym matkom „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej i posiadanie większej ilości dzieci”) i ustawy pisane na kolanie (choć tak po prawdzie – ten tryb pisania ustaw wynika z braków kadrowych). Nie można również zapominać o tym, że może i PiS-owcom brakuje kwalifikacji, ale wygłodniali są po 8 latach posuchy, więc rzucają się na każdy możliwy stołek. Zresztą – sam „marsz po stołki” sugeruje, że „czynniki decyzyjne” w PiS wiedzą, że większość „aktywu partyjnego” to ludzie bez żadnych kwalifikacji. Bo jak inaczej wytłumaczyć „rewolucję” w służbie cywilnej? Rewolucję, którą tak na dobrą sprawę zapowiadano od 2005 roku (bo już wtedy wspominano o tym, że „konkursy są złe” i że lepiej „zatrudniać za zasługi”). Nie chciałbym być źle zrozumiany – każda partia po wygranych wyborach robi skok na stołki. Jednakże tylko PiS robiąc ten skok wyraźnie pokazuje, że ludzie, których tymi stołkami obdaruje, nie posiadają odpowiednich kwalifikacji.

Ecce „dobra zmiana”

Niektórzy komentatorzy twierdzą, że jeśli PiS spełni obietnice wyborcze (obniżenie wieku emerytalnego, „rodzina 500 plus” etc.), to zyska żelazny elektorat (wykraczający poza swój własny + ten, który zapewnia mariaż z Dyrektorem Radia Zła Żmija i Episkopatem), który będzie na tę partię głosował i zapewni jej co najmniej 2 kadencje. Nie wierzę w to, żeby taki scenariusz się ziścił. Choćby dlatego, że pomysły PiSu najprawdopodobniej rozwalą nam budżet. Nie tak dawno temu minister Radziwiłł zapowiedział, że rząd planuje zmiany w systemie opieki zdrowotnej, które zakładają zniesienie ubezpieczenia zdrowotnego i objęcie wszystkich Polaków darmową opieką zdrowotną (z danych, które podano w artykule wynika, że dzisiaj 2,5 miliona Polaków nie ma ubezpieczenia). W wywiadzie, w którym Radziwiłł opowiadał o tym pomyśle, można było przeczytać „Nie wiadomo, ile taki pomysł będzie kosztował, ale jak przypomina sam minister - osób nieubezpieczonych jest w Polsce blisko dwa i pół miliona.” Innymi słowy, minister pomysł ma, ale nikt jeszcze nie wie ile to będzie kosztować (bo gdyby było wiadomo – to przynajmniej orientacyjna kwota by „wypłynęła” w trakcie rozmowy).

I wydaje mi się, że dokładnie tak samo rzecz się ma z innymi projektami PiS. Nikt nie ma pojęcia ile będą one kosztowały. Nikt się tym nie przejmuje, bo przecież „jakoś to będzie”. I właśnie to „jakoś to będzie” doprowadzi „partię dobrej zmiany” do klęski (bo budżet nie jest z gumy). Jak zachowa się ten potencjalny „żelazny elektorat” w momencie, w którym PiS będzie musiał zrezygnować z „rodziny 500 plus”? Usłużni dziennikarze i usłużne media zachwycają się „tempem, w jakim PiS wprowadza dobrą zmianę”. Moim skromnym zdaniem ten pośpiech sugeruje brak jakiegokolwiek długofalowego planu (nie żebym wierzył w istnienie takowego – po tym, jak okazało się, że sławetna „niebieska teczka pełna ustaw” gdzieś zaginęła i trzeba je pisać od nowa) – wszystko robi się „na żywioł”. „Rodzina 500 plus” jest idealnym przykładem na to, jak bardzo nieprzemyślane są ruchy PiS-u. Chodzi mi o „apele”, żeby ludzie bogaci nie brali 500 złotych. Apele wzięły się stąd, że w ustawie brakuje kryterium dochodowego (w przypadku więcej niż jednego dziecka). Usłużne trolle tłumaczyły, że brak tego kryterium wynika z „terminów”. Konkretnie zaś (w telegraficznym skrócie) chodziło o to, że gdyby chciano wprowadzić to kryterium – wprowadzenie programu „rodzina 500 plus” mogłoby się opóźnić. Na pytanie „czy PiS-owcy nie wiedzieli o tych terminach, kiedy zaczynali pracować nad ustawą”, trolle już nie odpowiedziały. No i teraz trzeba zadać sobie pytanie – czy gdyby „partia dobrej zmiany” miała jakiś konkretny plan (długofalowy), to czy aby nie powinna w nim uwzględnić tych terminów? A jeśli by je uwzględniła, to czy nie mogła najpierw zająć się innymi obietnicami wyborczymi? Zamiast tego zrobiono dziurawą ustawę. Śmiem twierdzić, że cała „dobra zmiana” będzie wprowadzana w ten sam sposób – za pomocą niezbornych ruchów, z konsekwencjami których (wykraczającymi poza następnych kilka miesięcy) nikt się nie liczy.

W związku z tą nonszalancją, rządy PiS najprawdopodobniej skończą się katastrofą (osobną kwestią jest to, jakich rozmiarów będzie ta katastrofa). Nie cieszy mnie to wcale, bo choć PiS-u (delikatnie rzecz ujmując) nie lubię, to jednak nie zapadłem jeszcze na mainstreamozę i wiem, że ktoś będzie musiał poskładać do kupy to, co PiS rozpieprzy.  Ujmując rzecz innymi słowy – PiS dostanie kopa od wyborców i zabierze swoje zabawki, a nam (najprawdopodobniej) zostanie Polska w ruinie.


Źródła:

http://niezalezna.pl/61339-kaczynski-wole-byc-premierem

http://wpolityce.pl/polityka/232930-kaczynski-jako-mocny-kandydat-na-premiera-duda-jako-wskazany-przez-niego-kandydat-na-prezydenta-ta-oferta-naprawde-moze-wygrac

http://wpolityce.pl/polityka/243171-po-jesiennych-wyborach-premierem-bedzie-jaroslaw-kaczynski-beata-szydlo-ucina-spekulacje-na-temat-ewentualnego-premierowania-andrzeja-dudy

http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/beata-szydlo-kandydatka-pis-na-premiera_629164.html

http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/pis-zmienia-ustawe-o-sluzbie-cywilnej,603751.html

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,19535554,minister-radziwill-zapowiada-bombe-planujemy-odejscie-od-powszechnego.html