poniedziałek, 6 lipca 2015

Fanatyków wojna z aborcją, edukacją seksualną i badaniami prenatalnymi

3 lipca 2015 roku w Sejmie został złożony obywatelski projekt ustawy mającej na celu wprowadzenie w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Jednakże myliłby się ten, kto uznałby, że to jest standardowy wyskok fundacji Pro Prawo do Życia (która już po raz 4 usiłuje majstrować przy ustawie o „planowaniu rodziny”) i że chodzi tylko i wyłącznie o zakaz aborcji. Tym razem fundacja poszła o krok dalej. I jeśli komuś się wydaje, że nie ma nic gorszego, niż wprowadzenie zakazu aborcji, po przeczytaniu niniejszego tekstu będzie musiał zweryfikować swoją opinię.

A teraz przejdźmy do treści projektu ustawy (całość w źródłach). Niestety w niektórych miejscach będę musiał zacytować dłuższe fragmenty ustawy o planowaniu rodziny, ale bez tego nie da się omówić wspomnianego projektu fundacji PPdŻ.

"Dzieci poczęte"
„1. Każdy człowiek ma od chwili poczęcia przyrodzone prawo do życia.
  2. Życie i zdrowie dziecka od chwili jego poczęcia pozostają pod ochroną prawa.”


Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo „prolajfersko”. Mamy dziecko poczęte, którego życie i zdrowie podlega ochronie prawnej (a jakże) od poczęcia. Fragment dotyczący „ochrony zdrowia” dziecka poczętego przyda się nieco później.

W ustawie o "planowaniu rodziny" (tekst ujednolicony) mamy np. taki fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych są zobowiązane do zapewnienia kobietom w ciąży opieki medycznej, socjalnej i prawnej w szczególności poprzez:

Opiekę prenatalną nad płodem oraz opiekę medyczną nad kobietą w ciąży.”


Autorom projektu obywatelskiego nie spodobało się powyższe zdanie i chcą je zamienić na takie:

Opiekę medyczną nad dzieckiem poczętym oraz kobietą w ciąży.”

Czemu autorzy zmienili „opiekę prenatalną” na „opiekę medyczną”? Wbrew pozorom nie chodzi o typowo „prolajferską” kosmetologię języka (tak, jak w przypadku zastąpienia słowa „płód” słowem „dziecko poczęte”). O co więc chodzi naszym milusim przyjaciołom zygot? Stanie się to jasne w momencie, w którym dotrzemy do fragmentu projektu ustawy odnoszącego się do badań prenatalnych. Teraz natomiast przejdziemy do kolejnego punktu, który „boli” katoprawicę.

Precz z nauką o rozrodczości człowieka!

Fundacja Pro Prawo do Życia swego czasu wydaliła z siebie projekt ustawy (będący straszliwym gniotem), który nosił nazwę „Stop pedofilii”. (Poświęciłem mu osobną notkę), ale tak w skrócie – chodziło o to, żeby pod płaszczykiem „ochrony przed pedofilią” wyrugować z polskich szkół edukację seksualną (która w opinii autorów projektu deprawuje dzieci, a one przez to częściej padają ofiarą pedofilów). Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że najnowszy projekt ustawy antyaborcyjnej również odnosi się do edukacji seksualnej i nauczania o rozrodczości człowieka.

Do fragmentu (ja wiem, że prawnikom od mojego nazywania artykułów „fragmentami” pewnie już krwawią oczy, ale jeśli zacznę stosować tu odwołania do artykułów, punktów i ustępów to oczy zaczną krwawić nieprawnikom, których jest znacznie więcej):

„Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji”

autorzy chcą dodać:

„Nauczanie w tym zakresie musi respektować normy moralne rodziców i wrażliwość uczniów. Udział w zajęciach wymaga pisemnej zgody rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

Powyższe zdanie jest bardzo groźne dlatego, że nie odnosi się ono li tylko do edukacji seksualnej. To zdanie odnosi się do CAŁEGO programu nauczania. No, a traf chciał, że na lekcjach biologii porusza się temat rozrodczości człowieka… (Nawiasem mówiąc, ciekawe, jak się ma ta troska o „wrażliwość” do podstawowej działalności członków fundacji, czyli wywieszania w centrach miast płacht z okrwawionymi strzępami mięsa?) Ale to tylko taka moja dygresja.

 Autorzy projektu ustawy celowo użyli bardzo nieprecyzyjnych określeń (bo kto mi powie, co to są „normy moralne rodziców” i jak zmierzyć „wrażliwość uczniów”?). O ile wymaganie pisemnej zgody rodziców na to, żeby ich pociechy mogły uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej, byłoby jedynie niewielkim utrudnieniem (chyba, że księża wyczytywaliby z ambon nazwiska rodziców, którzy posyłają swoje dzieci na „szatańską edukację’), to już niedoprecyzowanie „wrażliwości” otwiera furtkę do całkowitego wyrugowania jej ze szkół. Czemu? Bo o ile na „normy moralne rodziców” mogliby się powołać tylko rodzice, to nie bardo wiadomo, w czyjej gestii miałoby leżeć „respektowanie wrażliwości uczniów”. Coś mi się wydaje, że autorzy projektu ocenę „wrażliwości ucznia” pozostawiliby najchętniej księżom katechetom. A potem się okaże, że „wrażliwość ucznia” może zranić np. użycie przez nauczycielkę od biologii słów takich, jak „penis, pochwa, plemnik i macica”. Nie wspominając już o takiej abominacji, jak słowo „zarodek”, które trzeba by zastąpić słowem „dzieciątko poczęte”.

Badania prenatalne

W ustawie o planowaniu rodziny znajduje się następujący fragment:

„Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych, są zobowiązane zapewnić swobodny dostęp do informacji i badań prenatalnych, szczególnie wtedy, gdy istnieje podwyższone ryzyko bądź podejrzenie wystąpienia wady genetycznej lub rozwojowej płodu, albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu płodu.”

Powyższy fragment jest prosty jak budowa cepa – wszystkie kobiety mają mieć prawo do swobodnego dostępu do badań prenatalnych. W szczególności zaś te, w których przypadku istnieje podwyższone ryzyko wystąpienia wady rozwojowej płodu. Ten punkt brzmi sensownie. I zapewne dlatego autorzy ustawy antyaborcyjnej umieścili w swoim projekcie zapis, który uchyla ten artykuł.

Co prawda sami autorzy tłumaczą, że:

„Projekt zakłada derogację (uchylenie) wprowadzonego w 1996 r. art. 2 ust. 2a ustawy. (cytowany przeze mnie fragment) Sformułowanie tego przepisu wskazuje, że ma być on (i faktycznie jest) wykorzystywany przy aborcji eugenicznej. Badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka i matki będą, jako mieszczące się w pojęciu opieki medycznej (art. 2 ust. 1 pkt 1), powszechnie dostępne na dotychczasowych zasadach.

I tu mamy do czynienia albo z ordynarnym kłamstwem, albo ze skrajną niewiedzą autorów projektu ustawy (jedno wcale nie musi wykluczać drugiego). Autorzy usiłują tłumaczyć, że wywalają fragment ustawy gwarantujący swobodny dostęp do badań prenatalnych dlatego, że „był on wykorzystywany przy aborcji eugenicznej”. Następnie rżną głupa i tłumaczą, że badania będą dostępne „na dotychczasowych zasadach”.

Problem polega na tym, że gdyby ustawę przegłosowano, to obowiązywałaby treść ustawy, a nie jej uzasadnienie. Tym samym – autorzy projektu znoszą obowiązek udzielania kobietom  swobodnego dostępu do badań prenatalnych i ów obowiązek zastępują obietnicami, że „będzie tak, jak było”. Dzisiaj kobieta, której lekarz lub szpital odmawia wykonania badań prenatalnych, może się powołać na ustawę o planowaniu rodziny. Po wejściu w życie gniota autorstwa fundacji PPdŻ nie będzie miała takiej możliwości.

Załóżmy na moment, że autorom projektu nie chodzi o utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i faktycznie usuwają ten artykuł tylko i wyłącznie dlatego, że im się źle kojarzy. I ja mam w tym momencie jedno pytanie – czemu ów artykuł nie kojarzył im się źle w 2013 roku, kiedy składali obywatelski projekt zaostrzający prawo aborcyjne (poprzez odebranie kobietom prawa do terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu)? W projekcie ustawy z 2013 (dołączony jako pdf w źródłach) nie ma słowa o uchyleniu tego artykułu. Mało tego – można było w nim przeczytać, że: „Wobec dynamicznego rozwoju medycyny nie sposób też wyrokować, że dana choroba jest nieuleczalna i na tej podstawie już tylko odstępować od leczenia, ale wręcz powodować śmierć dziecka” (brawurowa stylistyka jest dziełem autora poprzedniego projektu, nie mnie ją więc poprawiać). Cytowany fragment jest, co prawda, idiotyczny (bo wada letalna pozostaje wadą letalna, nawet jeśli jakiś niedouczony profesorzyna powie, że „rokowania są dobre i można operować”, ale autorzy przynajmniej usiłują udawać, że zależy im na „leczeniu dzieci poczętych”.

W uzasadnieniu najnowszego projektu napisano, że w projekcie ustawy „wyrażono ponadto normę nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia i życia dziecka poczętego” (chodzi o fragment, który radziłem czytelnikowi zapamiętać), ale utrudnienie (a czasem uniemożliwienie) kobietom dostępu do badań prenatalnych (i do informacji medycznej) stoi w jawnej sprzeczności z „normą nakładającą na organy państwa szczególny obowiązek ochrony zdrowia dziecka poczętego”. Bo jakoś tak się składa, że nie ma ochrony zdrowia bez diagnostyki. Nie można więc „chronić zdrowia dziecka poczętego” bez swobodnego dostępu do badań prenatalnych. Ten projekt jest przejawem dwójmyślenia przeciwników prawa wyboru. Z jednej bowiem strony odsądzają oni badania prenatalne od czci i wiary, „bo przez badania kobiety będą zabijać dzieci nienarodzone!” Z drugiej zaś strony wiedzą (a raczej – nie mogą udawać, że nie wiedzą), że dzięki badaniom prenatalnym można wykryć wady płodu, które można korygować (ergo: leczyć „dzieci nienarodzone”). Nie można więc zakazać badań prenatalnych, ale można utrudnić do nich dostęp. Zresztą – już samo uzasadnienie wskazuje na to, że dostęp do badań prenatalnych będzie ograniczony. Konkretnie zaś chodzi o fragment: „badania prenatalne rzeczywiście służące zdrowiu dziecka” – wynika z niego bowiem, że z USG problemu nie będzie, ale np. z amniopunkcją już tak (bo nie dość, że można w ten sposób wykryć np. zespół Downa, to jeszcze jest to metoda inwazyjna i może doprowadzić do powikłań). Bo, w opinii obrońców zygot, amniopunkcja „zdrowiu dziecka poczętego” nie służy.

Na pierwszy rzut oka, uchylenie artykułu, który nakłada na państwo obowiązek umożliwienia kobiecie swobodnego dostępu do badań prenatalnych i informacji medycznej wydaje się być nieco bezsensowne. Nawet jeśli kobieta (robiąc badania prenatalne) dowie się o tym, że nosi w sobie płód z bezmózgowiem, to i tak nie będzie mogła dokonać legalnej terminacji ciąży (bo przecież w omawianym projekcie ustawy chodzi o wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji). Tylko że słowem kluczem w poprzednim zdaniu jest słowo „legalnej”. Bo, co prawda, w świetle prawa kobieta nie będzie mogła dokonać terminacji ciąży, ale jeśli będzie odpowiednio zdeterminowana (a w przypadku stwierdzenia wady letalnej – o determinację raczej łatwo), to sobie poradzi w sposób nielegalny. Skorzysta z turystyki aborcyjnej, względnie z podziemia aborcyjnego (do którego można również zaliczyć „załatwienie” sobie pigułek wczesnoporonnych od znajomych, którzy siedzą „na Zachodzie”). Autorzy projektu doskonale sobie z tego zdają sprawę i właśnie tutaj należy upatrywać przyczyn umieszczenia w projekcie zapisu „antyprenatalnego”. Po prostu uznano, że o wiele lepiej będzie (dla „dzieciątek poczętych”), żeby kobieta nie była świadoma tego, że np. urodzi dziecko z bezmózgowiem. Co prawda będzie się to wiązało z szokiem w trakcie porodu (kiedy okaże się, że wyczekiwane dziecko nie posiada mózgu), ale przynajmniej „dziecko poczęte” umrze „śmiercią naturalną”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że utrudnienie dostępu do badań prenatalnych przełoży się na wzrost liczby „naturalnych śmierci” już urodzonych dzieci. Niektóre wady wrodzone wymagają korekty zaraz po porodzie. Jeśli wada taka zostanie wykryta w trakcie ciąży, lekarz odbierający poród będzie przygotowany na to, że noworodkowi trzeba będzie udzielić specjalistycznej pomocy (np. chirurga). Jeśli wada będzie „niespodzianką” (zafundowaną kobiecie przez fundację PPdŻ), noworodek wymagający natychmiastowej operacji będzie miał znacznie mniejsze szanse na przeżycie. Wniosek z tego taki, że albo autorzy projektu nie przemyśleli tego, jakie będą efekty, albo uznali, że obniżenie liczby legalnych aborcji jest warte każdej ceny. W tym zwiększonej śmiertelności noworodków. 

Mistrzowie ściemy

Fundacja Pro Prawo do Życia z grupki nawiedzeńców (lubujących się w wywieszaniu krwawych strzępów w miejscach publicznych) zmieniła się w grupę wyrachowanych ludzi, którzy do perfekcji opanowali sztukę manipulowania Polakami. Projekt ustawy zakazujący terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu sami nazwali „projektem zakazującym zabijania dzieci z zespołem Downa”. W ramach prowadzenia swojej krucjaty w obronie zygot, wciskali ludziom ciemnotę i tłumaczyli im, że to nie jest tak, że wadę letalną można wykryć. Można jedynie podejrzewać, że płód tę wadę ma. Konsultowałem się z osobami, które na co dzień zajmują się badaniami prenatalnymi i zapytałem, jakie jest na ten przykład prawdopodobieństwo pomyłki w przypadku stwierdzenia bezmózgowia. Odpowiedź była jednoznaczna – bezmózgowie jest na tyle charakterystyczną wadą, że można je wykryć bez problemu i pomylić się w interpretacji USG (dla uściślenia – chodziło o zwykłe USG, nie zaś o USG 3D) może tylko lekarz idiota. To samo tyczy się większości wad letalnych płodu. Nie jest więc prawdziwa śpiewka prawicowców: „terminacji ciąży dokonuje się jedynie na podstawie podejrzenia o chorobie”.

Przy okazji kolejnego projektu o nazwie „stop pedofilii” usiłowano wprowadzić tylnymi drzwiami (udając, że chodzi „o ochronę dzieci przed pedofilią”) zakaz edukacji seksualnej. Tym razem członkowie fundacji PPdŻ poszli na całość i w jednej ustawie połączono zakaz aborcji, utrudnienie dostępu do badań prenatalnych i jako bonus – uniemożliwienie prowadzenia zajęć z edukacji seksualnej w szkołach. Ostatniemu punktowi nie poświęcono nawet akapitu w „uzasadnieniu” projektu. I tu właśnie należy się dopatrywać prawdziwego kunsztu manipulatorskiego. Autorzy projektu wiedzą, że próba zakazania edukacji seksualnej w Polsce jest skazana na porażkę (projekt „stop pedofilii” wywołał ogromny opór społeczny [w momencie, w którym ludzie zorientowali się, że fundacja robi ich w wała i nie chodzi o żadną ochronę przed pedofilią], którego nie była w stanie przełamać nawet agresywna propaganda prokościelnych dziennikarzy). Nasi mistrzowie ściemy poszli więc po rozum do głowy i zamiast formalnego zakazu (na który społeczeństwo się nie zgodzi) wplatają w antyaborcyjną ustawę elementy, które, co prawda, nie są formalnym zakazem edukacji seksualnej, ale w praktyce uniemożliwią jej nauczanie.

A najbardziej absurdalne jest w tym wszystkim zachowanie dziennikarzy (nie mam tu rzecz jasna na myśli dziennikarzy prawicowych, bo u nich absurd to norma), którzy z uporem godnym lepszej sprawy opisują najświeższe dziecko („poczęte”) fundacji PPdŻ, jako ustawę „antyaborcyjną” i słowem żaden się nie zająknie o tym, że ustawa dotyczy również badań prenatalnych i edukacji seksualnej (przynajmniej ja nie trafiłem na taki artykuł). Jak widać, fundacja potrafi bajerować tak skutecznie, że dziennikarze się na ów bajer również załapali (mógłby jeden z drugim dziennikarz poczytać projekt ustawy, ale, jak widać, nikt nie odczuwa takiej potrzeby). Aż chciałoby się rzec – sorry, takich mamy dziennikarzy.

Źródła:

Nowy projekt ustawy (niestety nie ma linku bezpośredniego - trzeba sobie pobrać/otworzyć pdfa)

Ponieważ na bloggerze nie da się dodawać plików PDF - poprzedni projekt ustawy antyaborcyjnej muszę wrzucić w postaci JPG (na szczęście to tylko 4 strony)







czwartek, 21 maja 2015

Zapowiedź trzęsienia ziemi

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich musiały być szokujące dla co najmniej kilku sztabów (nie wspominając już o obserwatorach naszego piekiełka politycznego). Śmiem twierdzić, że najbardziej zaskoczeni takim obrotem sprawy byli sztabowcy Andrzeja Dudy. Co prawda od początku kampanii z ich strony płynęły zapewnienia o tym, że „Duda może wygrać”, ale gdyby byli pewni zwycięstwa, nie pompowaliby balonu o nazwie „wybory na pewno będą sfałszowane”. Bo z tymi wyborami to było u nas tak, że były sfałszowane do godziny 21 w niedzielę. Dlaczego do 21? Bo od 21 okazało się, że według exit-poll, Duda ma więcej głosów niż Komorowski. I nagle bełkotliwa narracja „fałszujo” urwała się jak nożem uciął. Jestem się w stanie założyć o bardzo wiele, że gdyby Bronisław Komorowski miał choćby 0,5% głosów więcej niż Andrzej Duda – narracja „fałszerska” rozkręciłaby się na dobre. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że PO również nie było przygotowane na prowadzenie kampanii z „drugiego miejsca”.

W tym miejscu muszę przyznać, że mnie również zaskoczył lepszy wynik Dudy. Mniej więcej do momentu, w którym PKW podało frekwencję z godziny 17:00 byłem przekonany o tym, że Komorowski będzie miał więcej głosów. Wtedy (po ogłoszeniu frekwencji) zrozumiałem, że najprawdopodobniej więcej głosów będzie miał Duda (bo PiS ma bardziej zdeterminowany elektorat), ponieważ frekwencja była niższa od frekwencji z 2010. No ale, żeby nie zostać uznanym za praktyka „mądrości po fakcie”, posypuję głowę popiołem i przyznaję, że wróżenie z fusów (przewidywanie wyników wyborów) kiepsko mi poszło.

Tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do pastwienia się nad kandydatami.

Rzeź maskotek

Niespodzianką nie było to, co spotkało „maskotki” wyborcze. Paweł Tanajno (znany mi tylko i wyłącznie z tego, że jest antyszczepionkowcem) otrzymał 29785 głosów. Jacek Wilk, który startował z KNP tylko i wyłącznie dlatego, że Krul Korwin założył nową partię – 68186. Adam Jarubas, jak przystało na kandydata PSL-u, poległ okrutnie w wyborach (238761 głosów). Z PSL-em jest tak, że kandydaci tej partii dostają łomot w wyborach prezydenckich (bo im w sumie nie zależy), wszyscy wieszczą klęskę partii w wyborach (wspomagają się sondażami, które w przypadku PSL są o kant dupy potłuc, bo mało komu by się chciało sprawdzać „jak tam te ludzie na wsi bendom głosować), a potem są straszliwie zaskoczeni tym, że PSL jednak nie padł. Tym razem pewnie będzie tak samo. Znacznie bardziej rozpoznawalny polityk PSL – Waldemar Pawlak- uzyskał w 2010r. 294273 głosy, a PSL się od tego nie zawalił.

Grzegorz Braun (zwolennik intronizacji broni nuklearnej na króla Polski i pozyskiwania Jezusa dla Armii, albo na odwrót) otrzymał  124132 głosy. Zanim ktoś dostanie zawału z tego powodu (bo Braun to „ciężki przypadek”) pragnę przypomnieć, że w roku 2000, w wyborach prezydenckich startował Jan Łopuszański (popierany między innymi przez Narodowe Odrodzenie Polski) i otrzymał 139682 głosy. Nie jest więc tak, że ludzie w rodzaju Brauna „nagle” zyskali elektorat. Ten elektorat żyje sobie spokojnie w naszym kraju  i czasem po prostu nie ma na kogo głosować.

Osobną kwestią jest kolejna spektakularna klęska Ruchu Narodowego. W wyborach do Europarlamentu 2014 – RN uzyskał 98626 głosów. W wyborach prezydenckich na Mariana Kowalskiego zagłosowało 77630 osób. Warto pamiętać o tym, że choć frekwencja w wyborach prezydenckich była dość niska, to jednak była ponad dwukrotnie wyższa od frekwencji w wyborach do PEU (odpowiednio 48,96% i 23,83%). Tym samym klęska kandydata „siły, o której politykom się nie śniło”, jest o wiele bardziej dotkliwa (bowiem dwukrotnie wyższa frekwencja nie przełożyła się ni cholery na wyższe poparcie). Wydaje mi się, że do narodowców zaczęło docierać to, że „coś jest nie tak” - bo ostatnio bardzo łatwo dostać od nich bana na Twitterze (wcześniej trzeba było się postarać – np. zapytać Krzysztofa Bosaka o to, czy mógłby podać źródła badań, na które się powołuje).

Zdetronizowany Korwin

Najmniej powodów do radości miał po ogłoszeniu wyników exit poll (a potem po ogłoszeniu oficjalnych wyników przez PKW) JKM. Od początku kampanii widać było, że KORWIN-owcy walczą o trzecie miejsce (bo dobry wynik, w ich mniemaniu, gwarantował im dostęp do korytka sejmowego). Oderwania od korytka boi się pewnie poseł Wipler, który zdał sobie sprawę z tego, że niebawem wybory parlamentarne, a on nadal nie ma zaklepanego miejsca na żadnej liście wyborczej. Choć sam JKM usiłował zagospodarować elektorat „wkurwionych”, to jednak jego kampania (choć prowadzona z rozmachem) trafiała, w moim mniemaniu, jedynie do żelaznego elektoratu (tj. kuców). I nie ma się czemu dziwić- czym innym jest tzw „antysystemowość” (którą rozumiem jako sprzeciw wobec władzy), a czym innym obietnice zaorania Polski i posypania jej solą (a mniej więcej do tego sprowadzają się „programy” Korwina). Do Krula w pewnym momencie dotarło, że dobry wynik w wyborach zostanie mu odebrany przez Kukiza- stąd jego atak na PK w debacie (kiedy to panowie poszarpali się o JOW-y, a potem Kukiz porównywał to, co zrobił JKM do 17 września i powiedział, że to „nóż w plecy”). Tyle że atak ten (po którym nastąpiła raczej żenująca wymiana zdań i ujawnianie sms-ów) na nic się zdał, trzecie miejsce i bardzo dobry wynik przypadły Kukizowi. Wynik wyborów prezydenckich znalazł momentalnie odbicie w sondażach wyborczych do parlamentu – KORWIN spadł „pod kreskę” i raczej nie będzie go w sejmie.

Korwin ma poza tym jeszcze dwa inne powody do zmartwień. Pierwszym jest to, że mimo wyższej frekwencji (niż w wyborach do PEU) ubyło mu wyborców. W wyborach do PEU zagłosowało na niego 505586 osób, w wyborach prezydenckich 2015-  486084. Widać więc wyraźnie, że wyższa frekwencja nie przełożyła się na wyższe poparcie. Hasło „tej siły już nie zatrzymacie” okazało się odrobinkę chybione. Drugim problemem jest to, że uchylono mu immunitet europarlamentarzysty (sprawa Boniego). Sam fakt uchylenia immunitetu nie powinien raczej nikogo dziwić (Europarlament to nie nasza ukochana Bolanda, w której wszyscy kryją swoich ziomków – tam się tego rodzaju zachowań nie toleruje). Sprawa Boniego raczej skończy się wyrokiem skazującym i to może być koniec marzeń Krula o karierze politycznej.

Czy ktoś widział lewicę?

W przypadku kandydatów, którzy mieli reprezentować lewicę- a więc wystawioną przez SLD Magdalenę Ogórek oraz Janusza Palikota – niespodzianki nie było. Każdy, kto miał choć odrobinę oleju w głowie (prócz niepokornych w rodzaju Samuela Pereiry, który twierdził, że „Ogórek ma szanse na poprawienie wyniku SLD”) wiedział, że kandydatura Magdaleny Ogórek to kpina. Nie chce mi się wierzyć w teorie spiskowe, według których „Miller grał na osłabienie SLD”, bo w obecnej chwili „osłabienie” oznacza śmierć polityczną tej formacji. Wydaje mi się, że Miller po prostu nie chce oddać władzy w SLD nikomu innemu. Gdyby SLD wystawiło jakiegoś poważnego kandydata/kandydatkę (na którego lewica chciałaby głosować) i owa osoba faktycznie poprawiłaby wynik Sojuszu – dni Millera byłyby policzone (bo członkowie SLD poszli by za „nowym”). Paradoksalnie – po łomocie, który dostał w wyborach – Millerowi jest się łatwiej obronić (bo nie ma konkurenta, którego Sojusz by poparł – ostatniego polityka sojuszowego „z dobrym wynikiem” wywalono). No zaraz, ktoś powie „ale czy to nie było graniem na osłabienie SLD?” Niezupełnie- to było granie na utrzymanie władzy, osłabienie Sojuszu wyszło Millerowi niejako przypadkiem, bo pewnie w ogóle nie myślał o tym, jakie konsekwencje może mieć jego zachowanie. Tak jak nie myślał o tym w momencie, w którym dobijał SLD w trakcie rządów Sojuszu 2001-2005 – wtedy też chodziło o utrzymanie się na stołku za wszelką cenę. A co by się stało, gdyby M. Ogórek miała dobry wynik? Władzy Millerowi by nie odebrała, bo mocno jej nie po drodze z Sojuszem. Zaś sam Miller by się umocnił, bo wystawienie M.O. to był jego pomysł. Po nokaucie wyborczym przyszłość Sojuszu jawi się w czarnych barwach,  bo nawet żelazny elektorat pokazał mu środkowy palec.

Co się zaś tyczy Palikota. Jego porażka była pewna. On sam walczył długo, ale była to walka cokolwiek bezsensowna, bo JP chyba wcale nie brał pod rozwagę tego, że stracił wiarygodność w oczach wyborców. Gdyby wiarygodność straciła partia, w której był – mógłby z niej uciec (albo założyć nową). Jego problemem było jego własne ego, które kazało mu umieścić w nazwie partii swoje własne nazwisko. W efekcie czego wszystkie problemy jego formacji (a było ich sporo) zaciążyły na jego własnym nazwisku.

Waga ciężka 2 miejsce – Bronisław Komorowski

Bronisław Komorowski stracił 2miliony głosów (bo o tyle mniej ludzi głosowało na niego w porównaniu do wyborów 2010), przez to, w jaki sposób prowadził swoją kampanię. Sztab PBK od początku kampanii grał „na lewicę” (in vitro, antyprzemocówka, niesłuchanie Kościoła). I zapewne z badań (i wyliczeń) wynikało, że elektorat PBK + elektorat lewicowy + anty PiS wystarczy do zwycięstwa. W całej tej wyliczance nie uwzględniono jedynie takiego drobnego szczegółu, jak zmęczenie rządami PO. Sztab PBK „zaklepał sobie” głosy lewicy przy pomocy debat światopoglądowych (in vitro, antyprzemocówka etc.) i uznał, że nie trzeba się spinać za bardzo, bo wybory wygrają z marszu. Nie traktowano poważnie „biskupa Andrzeja”, bo to przecież człowiek znikąd i jak on w ogóle może sobie myśleć, że Gajowego nam wysadzi z siodła. Ta bezczelność doprowadziła do brutalnego zderzenia z rzeczywistością – Andrzej Duda uzyskał więcej głosów. W tym miejscu chciałbym niejako w obronę wziąć sondażownie. Ok – co prawda ustawiają sobie badania tak, żeby im się „potwierdziło”, ale prawda jest taka, że jeśli 70% badanych twierdzi, że weźmie udział w wyborach, a potem okazuje się, że głosować idzie 48,9%, to ciężko mieć pretensje do sondażowni o to, że „słupki się nie zgadzają”. Ludzie mieli dosyć tej gównianej kampanii i nie chciało się im głosować. Niestety, nie da się uwzględnić w badaniu tego, że ludzie mogą „zmienić zdanie” i nie pójść na wybory.

Pierwsze chaotyczne decyzje PBK (np. ta o JOW-ach) pokazały, że jego sztab w ogóle nie przewidział sytuacji, w której Gajowy będzie w drugiej turze startował z drugiego miejsca. Próba pozyskania elektoratu Kukiza była dość żenująca i nie mogła być skuteczna. Jeśli ktoś głosował na Kukiza „na złość Bronkowi” w pierwszej turze – to w drugiej może zagłosować „na złość Dudzie” (bo gdyby chciał poprzeć tego drugiego – głosowałby na niego w pierwszej). Analogicznie – jeśli ktoś głosował na Kukiza, bo „mam dość WSI i agentów blablabla” to znaczy, że choćby się Bronisław Komorowski nie wiem jak napinał – te głosy przejdą na Andrzeja Dudę. Kampania sobie trwała w najlepsze i wszyscy już położyli PBK do politycznego grobu. Niedzielną debatę (17 maja) PiS-owcy (i usłużni dziennikarze/publicyści) traktowali jak formalność. Co prawda robili sobie heheszki i tłumaczyli, że „faworytem jest PBK”, ale wiadomo było, że obecnego prezydenta uznali za worek treningowy, na którym Andrzej Duda będzie sobie mógł potrenować przez 80 minut.

Przebieg debaty musiał być sporym szokiem dla sztabu Andrzeja Dudy (gwoli ścisłości, tekst ten pisałem przed obejrzeniem drugiej debaty, nie wiem więc jak się ona potoczyła). Gajowy przebudził się z letargu i solidnie go obił. I jeśli mam być szczery – mnie forma PBK też zaskoczyła (bo tak jak większość ludzi, doszedłem do wniosku, że AD go „zmasakruje”), a potem „spadło” na mnie zrozumienie. Możemy sobie myśleć, że PBK to taki pocieszny „stary pierdoła”, który na wyjazdach zagranicznych zajmuje się skakaniem po krzesłach. Ale prawda jest taka, że PBK jest człowiekiem, który zrobił karierę polityczną w czasach, w których trzeba było umieć rozpychać się łokciami. Prawda jest taka, że poza „skakaniem po krzesłach” PBK bierze udział w rozmowach z głowami innych państw i tylko ktoś naiwny uzna, że te rozmowy to pogaduszki o pogodzie i wzajemne poklepywanie się po plecach. Sztabowcy Dudy, po tym, jak się podnieśli z desek, tłumaczyli, że PBK był agresywny w debacie, a to „nie wypada”. I nie wiem, czy oni po prostu robią z ludzi idiotów, czy też do tego stopnia nie ogarniają rzeczywistości. Prezydent musi być czasem agresywny i musi sobie umieć radzić ze stresem i presją. Raz już mieliśmy prezydenta, który (za przeproszeniem) dostał sraczki po tym, jak niemiecka gazeta nazwała go „polskim kartoflem” i wydaje mi się, że jeden prezydent tysiąclecia nam w zupełności wystarczy. Różnica pomiędzy Dudą a Komorowskim polega na tym, że ten pierwszy dobrze sobie radzi z wystąpieniami solo (bo te da się wyreżyserować), a ten drugi jest (delikatnie rzecz ujmując) nudziarzem, jeśli chodzi o wystąpienia solo. Z drugiej jednak strony – PBK znacznie lepiej radzi sobie w dynamicznej szermierce słownej, w której z kolei Duda jest zagubiony, bo brak mu doświadczenia (w debacie nie potrafił zaimprowizować i cały czas usiłował powtarzać „formułki”).

Gwoli ścisłości, to nie jest tak, że nagle zapałałem miłością do miłościwie nam panującego Bronisława K. Dla mnie jest to jeden z najbardziej wyrachowanych i cynicznych polityków, który przez długi czas olewał lewicę i dopiero przed wyborami rzucił jej jakieś ochłapy i uznał, że „to wystarczy”. Jego sztab od początku kampanii rozgrywał kartę „mniejszego zła” - wyraźnie mrugając przy tym do lewicy- „jeśli nie zagłosujecie na nas, to wygra Duda, a on wam już pokaże!”. Tyle, że to wcale nie oznacza, że jeśli Gajowemu „coś wyjdzie”, będę to ignorował, „bo go nie lubię”. Debatę niedzielną wygrał PBK, ciekaw jestem jak potoczy się debata dzisiejsza. Wbrew temu co powtarzają „niepokorni” - debata może wiele zmienić (i dlatego kupa ludzi oglądała niedzielną).

Waga ciężka 1 miejsce - Andrzej Duda


Po ogłoszeniu wyników exit poll (a potem po potwierdzeniu ich przez PKW) PiS nie posiadał się z radości. Bo oto, po tylu latach porażek, WRESZCIE udało się coś ugrać. Ich kandydat wszedł do drugiej tury wyborów z pierwszego miejsca! Sam nadpapież Terlikowski ogłosił wszem i wobec, że „wreszcie przemówiła milcząca większość konserwatywna, która nie chce genderu/etc./etc”. Radość była tak ogromna i tak zaraźliwa, że „obozowi niepodległościowemu” udało się przykryć jedną rzecz, która musiała ów obóz bardzo zmartwić. Ponieważ „obóz” się zmartwił – praktycznie nikt z tegoż obozu nie powoływał się na dane liczbowe (opierano się głównie na procentach). I to trochę zastanawiające, bo przecież w 2010 roku, kiedy BK wygrał z Jarosławem K., PiS podkreślał, że różnica głosów była niewielka (bo to tylko milion głosów, a cóż to jest milion, skoro na JK zagłosowało 8 milionów Polaków!).

Tym razem nikt na liczby się nie powołuje. I nie chodzi o to, że różnica w głosach między PBK, a AD wynosi 148.032 (bo tak po prawdzie fakt, że prezydent urzędujący nie ma co najmniej 5% przewagi nad kontrkandydatem, sam w sobie jest porażką). Chodzi o to, że żelazny elektorat zawiódł PiS. Po ogłoszeniu exit poll wszyscy (w tym ja) założyli, że wynik jest taki a nie inny, „bo PiS ma bardziej zmotywowany elektorat” i ten elektorat poszedł głosować w całości, a „Bronkowy” olał wybory. W pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2010 roku, na Jarosława Kaczyńskiego zagłosowało 6128255 osób. Andrzej Duda w pierwszej turze zebrał  5179092 głosy. Ujmując rzecz innymi słowy – PiS „zgubił” prawie milion głosów (949163). I to musiało być dla partyjnych fachmanów sporym szokiem. Do tej bowiem pory PiS zawsze „grał” na mniejszą frekwencje. Teraz okazało się, że mniejsza frekwencja dla nich też oznacza straty. Do tej pory „zmęczenie materiału” omijało „wieczną opozycję”. Poza tym, ten ubytek głosów jest dla PiS bardzo złą wróżbą na przyszłość – do tej pory to oni surfowali na społecznym niezadowoleniu, teraz okazało się, że nie są „jedynymi”. Co prawda część głosów uda im się odzyskać, ale w wyborach parlamentarnych może być z tym różnie.

Jeszcze innym problemem PiS jest fakt, że Andrzej Duda jest tym, kim jest. Nie nazwę go „człowiekiem znikąd”, bo w pewnych kręgach jest znany i jakieś tam funkcje pełnił. Pomimo tych funkcji – AD nadal jest kandydatem wyciągniętym z kapelusza. AD zbudowano (zapewne za ciężki szmal) wizerunek męża stanu, wspaniałego mówcy, który porywa tłumy etc.  Pierwsza rysa pojawiła się w momencie, w którym wspaniały mówca zachwiał się w trakcie wywiadu, który przeprowadziła z nim Beata Tadla (TVP info). Wykute na blachę formułki ciężko dopasować do pytań o konkrety. Wyraźnie było widać, że AD ciężko znosi presję (nawet niewielką). Gdyby miał więcej doświadczenia – poradziłby sobie bez problemu, ale był politykiem z odległego rzędu i nie miał kiedy go nabrać. Ciężkim nokautem skończyła się debata, w której PBK był bezlitosny i skupił się na próbach zamęczenia przeciwnika. Narracja „obozu niepodległościowego” była taka, że „Andrzej Duda był grzeczny”, ale prawda jest taka, że był po prostu niemrawy i nie był w stanie odpowiedzieć na część pytań (vide – powoływanie się na papieża, w momencie, w którym padło pytanie o „2 lata za in vitro”).

Po co więc JK wystawił Dudę, skoro miał sporą rzeszę wyjadaczy medialnych, którzy bez problemu poradziliby sobie z „wrogimi” mediami i z trudnymi pytaniami? Z tego samego powodu, dla którego Miller wystawił Ogórek. Andrzej Duda nie ma w PiS zaplecza (które posiada każdy z „wyjadaczy”). Tym samym, niezależnie od wyników wyborów, Duda nie stanowi zagrożenia dla Kaczyńskiego. Nawet jeśli w drugiej turze poprawi wynik JK z 2010 roku (to jest polska polityka, tu wszystko jest możliwe), to i tak brakuje mu zaplecza do tego, żeby przejąć władzę w PiS. Gdyby PiS wystawił „wyjadacza”, który poprawiłby wynik Kaczyńskiego – los tego ostatniego byłby przesądzony. Gdyby wyjadacz, nie daj Rydzyku, wygrał wybory- w szefostwie PiS mogłoby się nagle zrobić za ciasno dla Jarosława. Warto pamiętać o tym, że Donald Tusk musiał powycinać wszystkich swoich konkurentów – choć on przecież wygrywał, więc nie było zbyt wielu powodów do tego, żeby „zmienić szefa”. Jarosław Kaczyński przegrywał wybory za wyborami i to na pewno musiało wytworzyć ciśnienie wewnętrzne, a mimo to „prezes” utrzymał się w siodle bez problemu. Teraz może mieć więcej problemów, bo retoryka szczucia Polaków na państwo (rozumiane jako władzę/etc.) przyniosła niespodziewane (i nieprzewidziane przez nikogo) efekty w postaci czarnego konia wyborów 2015.

Czarny koń - Paweł Kukiz.

Trzecie miejsce Kukiza (i jego bardzo dobry wynik) nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem (Skoro nie udało mi się wytypować 1. miejsca – to pochwalę się chociaż tym, że z 3. mi wyszło). Dopiero po kilku dniach od ogłoszenia wyników wyborów, we łbie mym pojawiła się myśl, którą przed 1 turą uznałbym za śmieszną. Cóż to za myśl? Paweł Kukiz mógł wejść do drugiej tury wyborów. Gdyby nie spieprzył kampanii – budując wizerunek „katolickiego fundamentalisty”, bredzącego o tym, że „kobiety mogą rodzić dzieci z gwałtu, bo on ma znajomą, która(...)”. Gdyby nie upajał się tak swoim uberpatriotyzmem, nie darł ryja o tym, że „media go prześladujo”, gdyby miał jakiś sensowny program i nie pieprzył głupot o „ubeckich układach”- miałby szansę na znacznie lepszy wynik. Miałby szansę na drugą turę. Bo sporo ludzi zastanawiało się nad tym, czy nie oddać na niego głosu, ale zniechęcały ich jego skrajne poglądy. Na autentyczności ugrał bardzo dużo, ale absolutny wręcz brak zmysłu politycznego sprawił, że sam sobie odebrał szansę na drugą turę. A jeśli komuś się wydaje, że przeginam, to niech sobie odpowie na pytanie – jaka byłaby jego reakcja gdyby ktoś mu powiedział rok temu: „Kukiz wystartuje w wyborach prezydenckich i poprze go 20% głosujących”?

Oba sztaby zlekceważyły Kukiza. Nie potrafiono w żaden sposób zneutralizować jego retoryki. Dotyczy to zarówno PiS jak i PO. Tylko że Kukiz jest znacznie większym problemem dla PiS-u. Bo PO – prędzej czy później- musi z kimś przegrać wybory. PiS liczy na to, że będzie „tym kimś”, z kim PO przegra, aż tu nagle wyskakuje zupełnie znikąd jakiś prawdziwek i zgarnia kupę głosów „niezadowolonych”. Głosów, które są efektem wieloletnich utyskiwań PiS-u  i które PiS sobie wyhodował (bo retoryka PiSu o „układzie” jest co prawda bełkotliwa, ale jest jej tyle, że ludzie w nią wierzą – bo przez myśl im nie przejdzie to, że ktoś mógłby tak ordynarnie łgać). Prawda jest taka, że gdyby do drugiej tury wszedł Duda z Kukizem – ten pierwszy nie miałby żadnych szans. Nie dałoby się zagrać kartą „na zmianę”, bo obaj kandydaci się za nią opowiadają. Cała misternie budowana retoryka „walki z układem” też by nie zadziałała, bo Kukiz jako „człowiek z zewnątrz” polityki, nie pasuje do retoryki układu. Natomiast Kukiz, jako człek z łatką „antysystemowca”, poradziłby sobie zarówno z PBK jak i AD. Bo obaj kandydaci „wagi ciężkiej” są systemowi.

PiS przez długi czas korzystał z elektoratu antysystemowego. Na samym początku nieco obawiano się w tej partii Ruchu Narodowego, ale bardzo szybko okazało się, że RN może liczyć na marginalne poparcie. Tym samym PiS był jedyną „partią zmiany” (jedyną, która dysponowała tak ogromnym zapleczem propagandowym). Teraz okazało się, że niewiele brakło, a PiS przegrałby z człowiekiem, którego na dobrą sprawę sam wyhodował, stosując antysystemową retorykę.  

Zapowiedź trzęsienia ziemi

Tytuł notki mógł być mylący. Nie chodziło mi o to, że wynik pierwszej tury jest zapowiedzią trzęsienia ziemi (rozumianego jako zwycięstwo Dudy). Nie chodziło mi również o to, że trzęsieniem ziemi będzie marsz Kukiza do sejmu. Trzęsienie ziemi może nastąpić po tym, jak Kukiz (przepraszam za wyrażenie) da dupy i się wypali. Paweł Kukiz nie posiada żadnego zmysłu politycznego (bo koniec końców udzielił poparcia jednemu z kandydatów) i nie posiada żadnego sensownego programu. Efektem tego będzie raczej kiepski wynik w wyborach parlamentarnych. Jeśli Kukizowi uda się wejść do sejmu (co może być problematyczne, bo kampania parlamentarna to gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne), bardzo szybko okaże się, że nie za bardzo wie co dalej. No bo można się drzeć o układzie tak długo, jak długo jest się poza nim. Wchodząc w politykę – Kukiz stanie się częścią układu (w retoryce swoich wyborców – dorwie się do koryta). Ponieważ programu nie posiada  (jeśli nawet go ułoży to pewnie będą to same ogólniki – bo tym najłatwiej się „uwodzi”), nie będzie miał go jak zrealizować. Jeśli nie zrealizuje programu – ludzie uznają, że po prostu polazł do sejmu żeby dorwać się do koryta i się nachapać (czyli zrobił to samo co Korwin w PEU, który „miał niszczyć”, a zajmuje się głównie spaniem i opowiadaniem o „niggerach”).

Naiwnym będzie ten, kto uzna, że wszystko skończy się wraz z porażką wyborczą Kukiza (niezależnie od tego, kiedy owa porażka miałaby nastąpić). Owszem, Kukiz prędzej czy później padnie, ale co z wyborcami? Co z trzema milionami wkurwionych ludzi, którzy „chcą zrobić porządek w kraju”? Co z ludźmi, którzy dali sobie wmówić, że „JOW-y” wystarczą do tego, żeby w Polsce był zachód i żeby było super? Odpowiadam – ci ludzie nadal będą wkurwieni. I z roku na rok będzie ich coraz więcej. Ruch Narodowy przebierał nóżkami, żeby zagospodarować tych ludzi, ale nie ma na to szans, bo „robienie porządku w kraju” to nie to samo, co darcie mordy „Polska dla Polaków”, demolowanie centrów miast, heilowanie i straszenie ludzi genderem i gejami. Nie jest celem niniejszego celu straszenie „rewolucją”, ale też skrajną naiwnością byłoby ignorowanie tego, że w Polsce jest coraz więcej ludzi, których wkurza to, co się dzieje dookoła i którzy nie identyfikują się z żadną formacją polityczną. Bo z tego wynika taki wniosek, że jeśli ci ludzie się kiedyś zdenerwują za bardzo – nie będą chcieli z nikim rozmawiać. I właśnie wtedy może nastąpić trzęsienie ziemi.

Co zrobić 24 maja?

Jest to dość trudne pytanie, bo jeśli ktoś nie jest niczyim „żelaznym elektoratem”, nie bardzo wie co ma robić. Z jednej strony byle jaki PBK, który siedzi sobie gdzieś w pałacu i generalnie to ma nas wszystkich w dupie, ale przypomniał sobie o nas z okazji wyborów. Z drugiej strony fanatyk religijny, który siedział sobie gdzieś w jakichś ważnych gabinetach i generalnie miał nas wszystkich w dupie, ale teraz z okazji wyborów prezydenckich udaje, że „wie jak źle się wszystkim żyje”. W drugiej turze mamy więc wybór między dżumą a cholerą.

Jeśli chodzi o moją prywatną opinię w tej materii, to przedstawia się ona następująco. Wiem, że dla PBK „zwrot na lewo” to zagrywka stricte koniunkturalna. Gajowy jest konserwą i nic tego nie zmieni. Różnica między nim, a Andrzejem Dudą polega na tym, że ten drugi uważa mnie za człowieka drugiej kategorii, bo mu nie pasuje do „sztancy”.

Tak, panie kandydacie (pozwólcie mi żyć marzeniami, że kandydat Duda, albo jakiś jego sztabowiec tu zabłądzi), ja jestem właśnie taki lewak, którym pan i pana formacja gardzi. Czy panu się wydaje, że schowanie Krystyny Pawłowicz (Stanisława Pięty i innych ludzi „dialogu”) do szafy, sprawi, że zapomnę o tym, że ukochana posłanka Tadeusza Rydzyka używa określenia „lewak” jako obelgi? Czy panu się wydaje, że wystarczy w trakcie kampanii wziąć za mordę oszołomów, którzy porównują współczesną lewicę do NKWDzistów, strzelających w potylicę polskim oficerom, żeby lewica rzuciła się do urn i głosowała na „prezydenta dialogu”? Dwukrotnie głosował pan za zakazem aborcji w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu, podpisał pan ustawę według której za in vitro powinno się karać więzieniem, zapowiedział pan, że „nie podpisze pan lewackiej konwencji antyprzemocowej”, pana formacja głosowała za zakazem edukacji seksualnej. Owszem, PBK ma mnie w dupie, ale to pańska formacja prowadzi ze mną wojnę światopoglądową tylko dlatego, że dzięki temu Episkopat i Tadeusz Rydzyk podrzucają wam kilka milionów głosów. 

Niniejszym oświadczam: idź pan w cholerę, mojego głosu pan nie dostaniesz.

czwartek, 7 maja 2015

Wybory króla cebuli

Moja opinia na temat wyborów prezydenckich 2015

Długo się zbierałem do napisania tego tekstu, bo tematyka, z którą przyjdzie mi się zmierzyć (kampania prezydencka 2015), doprowadza mnie do szewskiej pasji. I nie w tym rzecz, że jest to kampania kur**sko żenująca (a to i tak eufemizm). Chodzi o to, że ta żenada nie jest dziełem przypadku. Jeśli komukolwiek wydaje się, że jakakolwiek z decyzji „dużych” sztabów (mam tu na myśli PO i PiS, bo SLD raczej sztabu nie posiada), to ma rację – wydaje mu się. To nie jest tak, że w sztabie PiS siedzi Mastalerek (i, dla odmiany, jakiś Nałęcz w sztabie PO) i tworzy te wszystkie „złote myśli”, którymi zarzucają nas kandydaci. Każda z decyzji jest podejmowana w oparciu o wyniki badań (jestem się w stanie założyć o wiele, że decyzja Andrzeja Dudy o tym, żeby nie uczestniczyć w pogrzebie Władysława Bartoszewskiego, nie była do końca „jego” decyzją – tylko „tak wyszło z badań”).

Dlaczego więc kandydaci traktują nas, wyborców, jak debili? Bo mogą. Bo z badań zleconych przez sztaby zapewne wyszło, że lepiej zarzucić gówno na wiatrak i wynająć legion trolli do spamowania internetu, niż zaproponować sensowny program polityczny. Lepiej szczuć swój elektorat na kandydata przeciwnego, niż traktować społeczeństwo po partnersku. Ponieważ kampania króla cebuli 2015 przypomina wojnę podjazdową – merytoryczne przygotowanie kandydatów pełni marginalną rolę. Ważne jest, żeby „nasz kandydat” miał maczugę większą niż „ten drugi” (a jak już nią przypieprzy, to żeby ten drugi nie wstał). Najgorsze jest w tym całym cebulowym syfie, że dziennikarze biorą w tym udział. Ja wiem, że skoro od paru lat mam trzeci krzyżyk na karku, mógłbym łaskawie wyrosnąć z idealizmu młodzieńczego. Jednak, w mej skromnej opinii, dziennikarze nie są od tego, żeby włazić w dupę kandydatom swoich ukochanych partii, ale żeby wszystkich kandydatów grillować (w imię wyborców, którzy takiej możliwości nie mają). A u nas wygląda to tak, że dziennikarze zaangażowali się w kampanie „swoich” i grillują jedynie „innych”. Kandydaci tak bardzo się do tego przyzwyczaili, że są absolutnie nieprzygotowani do starcia z przeciętnym dziennikarzem (o czym boleśnie przekonał się 4 maja Andrzej Duda).

Dobra, pomarudziłem sobie tytułem wstępu, teraz przejdźmy do części właściwej, czyli do kandydatów. Jako lewak, zacznę od tych, do których powinno mi być najbliżej.

Magdalena Ogórek

Jeśli chodzi o moją opinię na temat SLD, jest ona dość krótka: mogliby przestać udawać, że są lewicą i wyprowadzić sztandar (pogrobowców pewnie z chęcią przytulą PiS i PO). Tym niemniej, w swej bezbrzeżnej naiwności pomyślałem, że może się jakoś Betonowy Leszek ogarnie i wystawi sensownego kandydata wyborach prezydenckich. Wiadomo, że ów kandydat nie miałby najmniejszych szans (bo głównymi rozdającymi są PiS i PO), ale można było powalczyć o wynik lepszy od Napieralskiego z 2010 (13,68% głosów). Choćby dlatego, że lewicowy elektorat jest w Polsce od dłuższego czasu cholernie niezagospodarowany (a ludzie mają coraz bardziej dosyć duopolu PO-PiSowego).  Okazało się jednak, że Leszek Miller chce popełnić spektakularne samobójstwo i ogłoszono kandydaturę dr Magdaleny Ogórek.

Wydaje mi się, że ogromna większość ludzi w momencie ogłoszenia kandydatury zadała sobie pytanie: „ale kto to jest ta Magdalena Ogórek?”. A potem niestety dowiedzieli się, kto zacz. Na głowę Leszka Millera wylano hektolitry błota. Najdelikatniejszym z zarzutów był ten, że Miller sobie po prostu jaja robi z wyborców i dlatego wystawił kandydatkę „z kapelusza”. Samo SLD usiłowało robić dobrą minę do złej gry i tłumaczyło wszem i wobec, że to dobra kandydatura, a jeśli ktoś się z tym nie zgadza, jest po prostu głupi i pewnie nie popiera lewicy. SLD przez większą część kampanii ukrywało Magdalenę Ogórek przed mediami. I jeśli mam być szczery – nie ma się czemu dziwić, bowiem kandydatka SLD jest tak jakby (eufemizując) „mało lewicowa”. Z ostatniego wywiadu we „Wprost” można się było dowiedzieć, że M.O. jako prezydent podpisałaby zarówno ustawę liberalizującą prawo aborcyjne, jak i tę całkowicie zakazującą aborcji. W dalszej części rozmowy powiedziała, że ludzi w sumie ta tematyka nie obchodzi (w domyśle – problemy światopoglądowe), bo ważniejsze jest bezpieczeństwo na granicy etc. I zupełnie umknął jej fakt, że jeśli ktoś głosuje na kandydata wystawionego przez (w teorii) LEWICOWĄ partię, to spodziewałby się po nim zachowań choćby odrobinę zbieżnych z lewicowością, do jakich należy np. wetowanie debilnych ustaw, które wymyślać sobie może prawica (zakazy in vitro, zakazy aborcji etc).

Tak na dobrą sprawę, jedynymi środowiskami, które potraktowały kandydatkę SLD poważnie, były środowiska stricte PiSowskie. To one opowiadały o „polowaniu na Ogórek” (które miało być wywołane obawą PBK przed utratą głosów). Kilka tygodni kampanii wystarczyło do tego, aby PiSowcy porzucili tę narrację z przyczyn oczywistych – kandydatka, która ma kilkuprocentowe poparcie nie jest zagrożeniem dla nikogo prócz SLD (które, według niektórych sondaży, może wylecieć z parlamentu po wyborach 2015). Co ciekawe, członkowie SLD chyba wreszcie zrozumieli, że (za przeproszeniem) dali dupy i nie ma sensu wmawianie ludziom, że „Magdalena Ogórek wejdzie do drugiej tury wyborów”, bo brzmi to cokolwiek żenująco.

Ciekaw jestem, jaki był zamysł SLD? Na co liczyła ta partia? Nie uwierzę w to, że w XXI wieku, w kraju, w którym jest olbrzymi, niezagospodarowany elektorat lewicowy, ktoś mógł pomyśleć „nie no, weźmiemy tę panią, bo co prawda nie ma nic wspólnego z lewicą, ale przynajmniej ładnie wygląda na zdjęciach”. Aczkolwiek mogę się mylić i być może Miller już tak bardzo się od rzeczywistości odkleił.

Janusz Palikot

Nad Januszem Palikotem pastwiłem się już jakiś czas temu. Przyznam szczerze, że nie rozumiem jego zachowania – bo jest ono cholernie nieracjonalne. Nie można bowiem po kilku latach zajmowania się trollingiem dziwić się temu, że ludzie traktują taką osobę jak trolla i mają duuuży dystans do tego, co taki delikwent mówi. Nie rozumiem też jego utyskiwań, że media go ignorują. Nawet gdyby była to prawda (a nie jest, bo jednak JP bywa w programach publicystycznych), to istnieje coś takiego jak media społecznościowe. Człowiek, który jest gotowy wydać grube pieniądze na kampanię, w dobie mediów społecznościowych może bez problemu ominąć embargo informacyjne (choćby za pomocą akcji viralowych). Tym niemniej, to nie owo mityczne embargo jest problemem Palikota – jest nim fakt, że praktycznie nikt go już nie traktuje poważnie.

I mniej więcej tak się prezentuje „lewica” w wyborach prezydenckich. Kandydować miały jeszcze Wanda Nowicka i Anna Grodzka, ale zostały pokonane przez logistykę i brak kadr – prócz chęci trzeba mieć jeszcze ludzi do zbierania podpisów. Dość powiedzieć, że lewicowy elektorat (do którego się zaliczam) ma prawo do wkurw***ia. Bo, co prawda, na wybory trzeba iść, tyle że nie ma na kogo głosować (znowu).

Maskotki

W kampanii nie mogło zabraknąć również kandydatów pełniących rolę maskotek. Grzegorz Braun, który zasłynął ostatnio obietnicami o „zabieganiu o broń jądrową dla wojska i intronizacji Chrystusa króla” (nawiasem mówiąc, retoryka pana Brauna trąci antysemityzmem na kilometr – ktoś powinien mu powiedzieć, że Jezus był Żydem; pewnie by się szybko z tego pomysłu wycofał...). Jest Adam Jarubas, którego dopisywałem do tej listy już po napisaniu notki (po prostu zapomniałem, że taki człowiek kandyduje). Pan Tanajno, o którym nie ma żadnych informacji, prócz tego, że kandyduje. Jacek Wilk, o którym wiadomo, że jest z KNP i kandyduje dlatego, że Korwin uciekł i założył kolejną partię.

Jest również reprezentant „siły, o której politykom się nie śniło” (czyli Ruchu Narodowego) – Marian Kowalski. To, że ma poparcie w granicach błędu statystycznego, jest doskonałym dowodem, że czego, jak czego, ale „przebudzenia narodowego” nikt się nie musi obawiać. Piszę o tym dlatego, że jeszcze nie tak dawno temu media straszyły wszystkich dookoła „brunatnym przebudzeniem i odrodzeniem faszyzmu”. Narodowcy startując w eurowyborach liczyli na 500 tysięcy głosów – skończyło się blamażem i 98.626 głosami (nie wiem, jak ostatecznie poszło RN w wyborach samorządowych [bo PKW], ale pewnie nielepiej) . Dość powiedzieć, że narodowcy ZNACZNIE przeszacowali swoje możliwości.  Biorąc pod rozwagę fakt, że przeciętny wyborca Ruchu Narodowego z chęcią przypieprzyłby mi kijem baseballowym w potylicę (za to, że jestem „zdrajcom ojczyzny” bo prowadzę lewackiego bloga), jakoś niespecjalnie mi ich szkoda.

I na tym można zamknąć temat maskotek.

Krul Korwin

Pamiętam szał kucerii, która świętowała wynik wyborów do Europarlamentu. Pamiętam też dyskusję z jednym młodym jej przedstawicielem, który przekonywał mnie o tym, że teraz Krul wreszcie pokaże na co go stać i poparcie będzie mu stale rosnąć. Trochę racji w tym było – Korwin pokazał na co go stać, jak przypieprzył Boniemu. Jeśli sprawa skończy się wyrokiem skazującym, będzie to koniec politycznej kariery „kandydata młodych”. Ale to tylko dygresja. Korwin nie ma najmniejszych szans w wyborach prezydenckich. Ogromna część społeczeństwa traktuje go jak klauna estradowca, który lubi drzeć japę stojąc na mównicy zbitej ze skrzynek po pomidorach. Ma, co prawda, swoich wiernych wyznawców, ale to mu nie wystarczy.

Nietrudno zgadnąć, że przytulony do Korwina Wipler liczy na to, że dobry wynik w wyborach prezydenckich przełoży się na wynik w wyborach parlamentarnych (bo jeśli się nie przełoży, poseł będzie musiał sobie znaleźć inne zajęcie). Tylko że to jest, w mej skromnej opinii, myślenie magiczne. Kiepski wynik w wyborach samorządowych sugeruje, że sukces na miarę wejścia do PEU raczej się nie powtórzy. Problemem Korwina (tak jak Ruchu Narodowego) jest brak kadr (gimnazjalistów nie wliczam) i to, że nie będzie miał sensownych kandydatów do sejmu. W tej chwili sondaże opierają się na tym, że partia nazywa się KORWIN. W momencie, w którym zacznie się kampania i okaże się, że na listach wyborczych KORWINA pojawią się jakieś ogórki (bez skojarzeń), poparcie może mu w magiczny sposób spaść.

Skąd pomysł, że KORWINowi nie starczy kandydatów? Choćby stąd, że zaliczył porażkę w wyborach samorządowych. I nie mam tu na myśli wyborów do rad miejskich/gminnych i prezydentów miast (bo to jest naprawdę poważne wyzwanie logistyczno-kadrowe dla dużej partii; małe, „miejskie” komitety mają lepiej, bo martwią się tylko i wyłącznie o jeden region). Chodzi o wybory do sejmików, które zakończyły się dla KNP (ówczesna partia JKM) totalną klęską. Sam Korwin tłumaczył to tym, że „jego wyborcy chcą zmieniać świat, a tego nie da się zrobić na szczeblu samorządowym”. Abstrahując już od faktu, że jest to wypowiedź godna PZPR-owca z krwi i kości, który wierzy tylko i wyłącznie we władzę scentralizowaną – była to nieudolna próba zamaskowania problemu kadrowego. JKM nie był w stanie znaleźć sensownych kandydatów na listy do 16 województw. Jak więc poradzi sobie w sytuacji, w której trzeba znaleźć kandydatów do 41 okręgów wyborczych? Zważywszy na to, że ma przy sobie jedynie armię kuców i Wiplera, śmiem twierdzić, że sobie nie poradzi.

Paweł Kukiz

Dla wielu ludzi wskoczenie (póki co w sondażach) Pawła Kukiza na 3 miejsce w wyścigu prezydenckim było niemałym szokiem. No, bo jak to? Jakiś frajer, bez zaplecza ląduje na 3 miejscu? A gdzie spece od kreowania wizerunku, gdzie gruby szmal na badania focusowe, sondażowe etc.? Gdzie treningi komunikacji (które sprowadzają się w sumie do tego, że z polityka robi się drona, reagującego wyuczonymi kwestiami na konkretne hasła)? Przyznam, że na samym początku (kiedy Kukiz ogłosił swój start) jakoś tak nieszczególnie chciało mi się wierzyć w to, że będzie miał wynik dużo lepszy niż „Typowy Marian” z Ruchu Narodowego. Tyle że bardzo szybko dotarło do mnie to, że Kukiz jest jedynym kandydatem, z którym mogą się utożsamiać „wkurwieni” (staram się nie nadużywać wulgaryzmów, ale to słowo doskonale oddaje stan emocjonalny wyborców Kukiza). W wyborach 2010 sporo ludzi głosowało na Napieralskiego, bo mieli dosyć sytuacji, w której zmusza się ich do głosowania na dwóch „zawodników wagi ciężkiej” (Kaczyński vs Komorowski). 5 lat później ludzie mają jeszcze bardziej dosyć duopolu PO-PiS i wiadomym było, że ktoś ten elektorat zagospodaruje. SLD się nie nadawało (bo Ogórek), Palikot już od jakiegoś czasu się nie liczy, JKM jest dla wielu ludzi klaunem-estradowcem o absolutnie niestrawnej retoryce, Marian Kowalski kojarzy się z kibolem. Na kogo więc mają głosować wkurwieni?

Jest jeszcze jeden czynnik, który decyduje o tym, czy polityka traktujemy przychylnie, czy też jak pacynkę. Czynnikiem tym jest autentyczność. I w tym przypadku Kukiz wypada najlepiej. Komorowski i Duda to wysokiej klasy produkty sztabowe (temu drugiemu sporo brakuje do PBK, ale w PBK zainwestowano już znacznie więcej), Magdalena Ogórek non stop klepie swoje formułki, JKM jest estradowcem, a autentyczność Mariana Kowalskiego może się zamknąć w tym, że dla wielu osób jest autentycznym dresiarzem. Kukiz, co prawda, zawiesił się na JOWach i często się zacina w trakcie wywiadów, ale sporo ludzi woli takiego „zacinającego się” polityka od kogoś, kto recytuje z pamięci swoje hasełka (które spece od treningów erystyki kazali mu wykuć na blachę), nie mające nic wspólnego z pytaniem.

Osobną kwestią jest to, co się będzie działo z inicjatywą Kukiza w wyborach parlamentarnych. Moim zdaniem – pokona go logistyka. Wybory prezydenckie można oprzeć na jednym nazwisku, wyborów parlamentarnych się już nie da. Palikot doskonale sobie zdawał z tego sprawę i dlatego miał w 2011 roku na listach wyborczych sporo znanych nazwisk. Insza inszość to fakt, że Kukiz idzie do wyborów prezydenckich bez programu. Nie czynię mu z tego powodu zarzutów (bo prawda jest taka, że choć inni kandydaci mają programy, to i tak w razie zwycięstwa mieliby je w dupie). Jednakże nie da się iść do wyborów parlamentarnych mając program, który zamyka się w trzech literach: JOW. Nawet bajkopisarz JKM o tym wie i dlatego zawsze ma „program” (cudzysłów użyty z rozmysłem). Mnie z Kukizem mocno nie po drodze. Nawet gdybym „nie znał człowieka”, sam fakt nawiązania (albo prób nawiązania, bo akurat się pokłócili) współpracy z JKM sprawia, że nie zamierzam oddawać na niego głosu. Tym niemniej – nie będę mu odmawiał skuteczności w pozyskiwaniu wyborców.

Waga ciężka – Gajowy vs Człowiek Episkopat

Jeszcze przed ogłoszeniem nazwisk kandydatów wiadomo było, że jeśli dojdzie do drugiej tury, Bronisław Komorowski zmierzy się w niej z kandydatem PiS. Po tym, jak PiS wystawił Andrzeja Dudę, część „analityków” (niepokornych etc.) uznała, że to celowa robota. Zaczęto budować narrację „PiS wybrał polityka z dalszych rzędów, bo ktoś musi przegrać z Komorowskim, a ten to przynajmniej nie pociągnie partii w dół”. Jak widać, do głowy im nie przyszło, że w dzisiejszych czasach, dysponując odpowiednimi środkami na specjalistyczne szkolenia i tabun specjalistów, można bez problemu przerobić wizerunkowo polityka z ostatniego rzędu w męża stanu.

I tak też się stało. Andrzej Duda, który do niedawna miał znikomą rozpoznawalność, dzisiaj jest przez wiele osób uważany za potencjalnego wybawcę Polski. I żaden z reprezentantów „żelaznego” elektoratu Dudy przez moment nie zastanowi się nad tym, jak to się stało, że taki wspaniały polityk tak długo siedział cicho i usłyszeli o nim dopiero wtedy, gdy Jarosław Kaczyński zdecydował o wystawieniu go jako kandydata na prezydenta.

Gdyby porównywać działania sztabów (PO i PiS) li tylko na podstawie tego, jak prezentują się (wizerunkowo) kandydaci, trzeba by uznać wyższość fachowców PiSowskich. To oni zrobili z jakiegoś prawdziwka męża stanu. Sztabowcy PO natomiast? No cóż, zachowują się cokolwiek nonszalancko i, generalnie rzecz ujmując, nie traktują Dudy poważnie. Ok, jest sobie tam jakiś PiSowski kandydat, śmiga po Polsce, opowiada dyrdymały, ale on sobie może skakać, a i tak to my wygramy. Ciężko się na pierwszy rzut oka dopatrzyć przyczyn takiego zachowania. Bronisław Komorowski jeździ po kraju i rzuca jakieś teksty o specjalistach od kur, na jego koncie twitterowym pojawiają się teksty godne Paulo Coelho, wk***wił wielu ludzi swoimi wypowiedziami dotyczącymi myślistwa i tak dalej, i tak dalej. Dlaczego więc wciąż ma wysokie poparcie (a jego sztab ma „tak bardzo wy***ne”)?

Dlatego, że wynik wyborów nie zależy od żelaznych elektoratów. O zwycięstwie (bądź przegranej) decyduje to, na kogo zagłosuje lewicowy elektorat. Jeśli komuś się wydaje, że to karkołomna teza, to niech mi łaskawie odpowie, czemu Jarosław Kaczyński mizdrzył się do lewicy przed drugą turą wyborów w 2010 roku? Czemu opowiadał, że Oleksy to „socjaldemokrata średnio-starszego pokolenia”? Czemu mówił, że „on już nie będzie używał określeń takich jak postkomuna”? Czemu Jarosław Kaczyński opowiadał (już w trakcie kampanii 2015), że PiS ma „gotowy plan pozyskania elektoratu Magdy Ogórek”? Co prawda, wygłupił się nieco (bo sztabowcy PiS nie przewidzieli, że M. Ogórek aż tak bardzo przydołuje w sondażach), ale wiadomo, że chodziło mu o elektorat lewicowy. Beata Szydło też wspominała, że „PiS przejmie elektorat lewicy”. PiS-owcy może nie są geniuszami strategii, ale doskonale pamiętali, czemu zawdzięczali zwycięstwo w wyborach prezydenckich 2005. Mianowicie temu, że lewica oddała swój głos na Lecha Kaczyńskiego albo zagłosowała nogami i nie poszła głosować na Tuska. Przesądziła tzw. „sprawa Cimoszewicza” i to, że Borowski został wystawiony jako kandydat rezerwowy. A jeśli ktoś w to nie wierzy, niech sobie porówna frekwencję z wyborów prezydenckich 2000 (61,12%) i 2005 (49,74% w pierwszej i 50,99% w drugiej turze). A przecież można się było spodziewać frekwencji porównywalnej z tą z 2001 roku (a nawet wyższej), bo PO z PiSem używało duszosztypatielnej retoryki o zbudowaniu nowej Polski (IV RP) etc., etc. Warto również pamiętać o tym, że Lech Kaczyński dystansował się od „afery Cimoszewicza”. Donald Tusk nie mógł, bo to jego kumpel (Konstanty Miodowicz) tę aferę rozkręcił.

PiSowcy zdają sobie sprawę, że do zwycięstwa potrzebują głosów „lewactwa” (którym na pokaz tak bardzo gardzą w trakcie trwania kadencji). PO również sobie z tego zdaje sprawę i w ten właśnie sposób dotarliśmy do sedna sprawy. PiS „ma plan pozyskania elektoratu lewicowego”, a PO swój własny plan realizuje już od jakiegoś czasu. Sprawę antyprzemocówki przeciągano bardzo długo. Dziwnym trafem – została ona klepnięta przed wyborami prezydenckimi. Czy powinno dziwić, że głosowanie nad in vitro też wypadło przed wyborami? Dodajmy do tego jeszcze skrajny kretynizm PiSu w postaci projektu ustawy zakazującej in vitro i nonszalancką wypowiedź kandydata Dudy, który z rozbrajającą szczerością powiedział, że jego stanowisko w temacie in vitro jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu. Rzeczony Episkopat usiłował pokrzykiwać na PO i wymusić na jej politykach posłuch, ale te głosy zostały olane (zarówno w temacie antyprzemocówki, jak i in vitro). Nie olał ich natomiast kandydat Duda, który antyprzemocówkę nazwał „lewacką” i powiedział, że nigdy by jej nie podpisał. Zapewne zupełnym przypadkiem przedostatni spot PO (przed pierwszą turą) nawiązywał do tego, że Andrzej Duda w 2012 roku podpisał się pod projektem ustawy zakładającej karę więzienia za stosowanie in vitro  Takim samym przypadkiem były wtręty PBK o tym, że nie chce być prezydentem sumień i że on chciałby Kościoła, który nie angażuje się w spory polityczne.

I teraz zadajmy sobie pytanie – czyj sztab bardziej dał dupy? Duda z gracją hipopotama wpadł we wszystkie pułapki, które na niego zastawili sztabowcy PO i jeśli uznamy, że „sztabowcy PO to debile”, to będziemy musieli się pogodzić z tym, że „sprytni i przebiegli” sztabowcy PiSu zostali ograni przez debili. Bo brutalna prawda jest taka, że Duda przegrał walkę o lewicę zanim ją na dobre rozpoczął. Choć, tak po prawdzie, każdy z kandydatów PiSu dostałby dokładnie taki sam łomot (bo przecież nie mógłby powiedzieć, że ma w dupie zdanie Episkopatu i będzie popierał in vitro).

Ktoś może podnieść argument „no dobra, PO weźmie lewicę światopoglądową, ale jest przecież lewica gospodarcza (konserwatywna światopoglądowo), a tej bliżej będzie do Dudy niż do Komorowskiego”. Pełna zgoda, tyle że na tę część lewicowego elektoratu PO nigdy nie liczyło. Mało tego, sam fakt forsowania przez PO debat światopoglądowych sugeruje, że wbrew utyskiwaniom prawicy (która zawsze przy okazji takich debat wylewa morze jadu na „lewactwo”, a potem będzie drzeć mordę o tym, że „to temat zastępczy”), istnieje w społeczeństwie zapotrzebowanie na tego rodzaju debaty. Dowody? Około 90% Polaków popiera konwencję antyprzemocową, a ponad 80% popiera in vitro. Prawica, rzecz jasna, może sobie burczeć o tym, że „ludzie popierają antyprzemocówkę, bo jej nie rozumieją”, ale po pierwsze – jest to zwykła racjonalizacja, a po drugie – przed wyborami nie ma to znaczenia. Nawet jeśli prawica będzie chciała prowadzić akcję „reedukacyjną” i wciskać ludziom idiotyzmy, których w konwencji nie ma, to nie da się tego zrobić w kilka tygodni.

PO udało się doprowadzić do sytuacji, w której ludzie szczerze nieznoszący Gajowego (bo jest konserwą), będą na niego głosować dlatego, że Andrzej Duda w pocie czoła (swego i sztabowców) zapracował sobie na łatkę fanatyka religijnego. Poza tym, nikt nie wie, jak się potoczą wybory parlamentarne. Jeśli PO je przegra to PiS może (a raczej musi, bo tym razem KEP  nie odpuści)  rozpocząć ofensywę ustaw światopoglądowych np. unieważnienie ratyfikacji antyprzemocówki, o ile to możliwe, zakaz sprzedaży pigułek „dzień po”, zakaz edukacji seksualnej, zakaz aborcji i może jeszcze jako bonus karanie za „homopropagandę”. Jeśli PiS weźmie wszystko (prezydenta i parlament) tego rodzaju ustawy przejdą bez problemu. Jeśli z kolei PO weźmie prezydenturę a PiS parlament – prezydent bez problemu zawetuje tego rodzaju podrygi, a odrzucenie prezydenckiego weta wymaga 3/5 głosów. W kontekście powyższego jestem bardzo ciekaw sposobu, w jaki PiS chce przejąć elektorat lewicowy.

Okiem lewaka

Z mojego, lewackiego punktu widzenia – te wybory prezydenckie to jakieś nieporozumienie. W kraju, w którym kupa ludzi jest wk**wiona tym, co się dzieje (kiepskie warunki bytowe, niedziałający system edukacji, rzeź na rynku pracy, coraz większe obciążenia i daniny, które „wsiąkają” nie wiadomo gdzie, gigantyczna emigracja zarobkowa etc., etc.) nie ma ani jednego kandydata lewicowego. O głosy lewicy powalczą w drugiej turze konserwatywny koniunkturalista z fanatykiem religijnym (który przy okazji jest demagogiem). I sam nie wiem, kto z tego duetu jest gorszy. Gdyby lewica miała jakąś sensowną partię w parlamencie i kandydata na króla cebuli, który mógłby liczyć na 20% poparcia, nikt by sobie z lewicowym elektoratem tak nie pogrywał. W sytuacji, w której lewicę w Parlamencie reprezentuje dogorywające ugrupowanie Janusza Palikota i konserwatywne SLD – jesteśmy (my, lewacy) skazani na wybieranie tego, dzięki komu będzie mniej przeje***ne. 

Po wyborach parlamentarnych 2011 w internecie pojawiło się zdjęcie karty wyborczej z kandydatami do senatu, na której ktoś narysował penisa (rzecz jasna, typowo „szkolną” kreską) i dopisał „karny k**as za ch***wych kandydatów”. Choćbym nie wiem jak długo myślał, lepszego podsumowania wyborów prezydenckich 2015 nie wymyślę.

Sorry, taki mamy klimat.

sobota, 4 kwietnia 2015

Fundamentalizm religijny w służbie pedofilii

Według badań przeprowadzonych przez Millward Brown (na zlecenie Fundacji Dzieci Niczyje), tylko połowa rodziców rozmawia z dziećmi o zagrożeniach związanych z przemocą seksualną. Z kolei z analizy rezultatów badań przeprowadzonych w krajach europejskich wynika, że co piąte dziecko mogło paść ofiarą przemocy seksualnej (w/g rzecznika praw dziecka w Polsce ofiarą mogło być co siódme dziecko). Ponieważ (eufemizując) dane te nie napawają optymizmem, Fundacja Dzieci Niczyje zorganizowała kampanię społeczną, dotyczącą problemu wykorzystywania seksualnego dzieci (kampania GADKI).

Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów z artykułu dot. kampanii:

„Rodzice będą mogli dowiedzieć się, jak w prosty i naturalny sposób przekazać dziecku informacje o niebezpiecznych sytuacjach i adekwatnych sposobach reagowania.

„Ponad połowa rodziców (56 proc.) uważa, że taka rozmowa z dzieckiem może być trudna lub bardzo trudna. Niemal połowa (46 proc.) z tych, którzy nie rozmawiają z dziećmi o zagrożeniach, jest przekonana, że ich dzieci nie są narażone na przemoc seksualną.”

„Przekaz kampanii koncentruje się wokół akronimu GADKI, zbudowanego z pierwszych liter pierwszych słów każdej ze wskazówek: Gdy mówisz "nie", to znaczy "nie"; Alarmuj, gdy potrzebujesz pomocy; Dobrze zrobisz, mówiąc o tajemnicach, które Cię niepokoją; Koniecznie pamiętaj, że Twoje ciało należy do Ciebie; Intymne części ciała są szczególnie chronione.”

W normalnym kraju tego rodzaju kampanię powinny poprzeć wszystkie środowiska (od lewa do prawa). Nasz kraj jest od dłuższego czasu częściowo nienormalny, więc część środowisk skrytykowała tę kampanię i zarzuciła jej autorom próbę przeprowadzenia „zamachu na rodzinę”. Ujmując rzecz innymi słowy – próba uchronienia dzieci przed przemocą seksualną jest w opinii tych ludzi „zamachem na rodzinę”. No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów, oddajmy głos naszym ukochanym fundamentalistom religijnym:

Cytaty będą pochodziły z Radia Maryja, albowiem inne artykuły były mniej lub bardziej zmienioną wersją artykułu, który ukazał się na stronie rozgłośni Tadeusza Rydzyka. 

Na ulicach Warszawy pojawiły się kontrowersyjne bilbordy, sugerujące jakoby co piąte dziecko było molestowane.

Dobór słów jest w tym przypadku znamienny. Dla zwykłego człowieka informacja, wg której co piąte dziecko mogło paść ofiarą przemocy seksualnej, będzie po prostu szokująca. Co jest szokujące dla fundamentalisty? Fakt, że ktoś miał czelność tym głośno powiedzieć. I trudno się fundamentalistom dziwić – trąbią oni bowiem na lewo i prawo o tym, że Polska to wspaniały kraj, w którym nie ma przemocy wobec kobiet i że w innych krajach (w tych, w których „gender” jest) sytuacja kobiet jest znacznie gorsza. A tu nagle okazuje się, że w kraju, który jest rajem dla kobiet – 20% dzieciaków mogło paść ofiarą przemocy seksualnej. Normalny człowiek zastanowi się nad tym, jak to zmienić i jak chronić dzieci. Fundamentalista ma dzieci w dupie. Jego jedynym zadaniem jest dbanie o dobre imię organizacji, którą reprezentuje. A ponieważ ta organizacja twierdzi, że dzięki niej w Polsce problem przemocy seksualnej nie istnieje – tego rodzaju kampania społeczna stanowi dla tej organizacji problem.

Fundacja twierdzi, że przed molestowaniem może uchronić rozmowa rodziców z dzieckiem o przemocy seksualnej.

I trudno z tym polemizować. Tylko że tego rodzaju „analiza” to spłycenie kampanii. Tam chodzi również o to, że w momencie, w którym dziecko zostanie skrzywdzone, musi wiedzieć, że znajdzie oparcie w swoim otoczeniu i że może z kimś porozmawiać o tym, co się stało. Tym samym w akcji chodzi również o to, żeby osobom, które krzywdzą dzieci, wdrukować w łby, że nie mogą tego robić bezkarnie, bo dziecko nie będzie „dochowywało tajemnicy”. Nie są w stanie tego zrozumieć ludzie pokroju Mariusza Dzierżawskiego (autor projektu „stop pedofilii”, który to projekt, gdyby wszedł w życie, niesamowicie ułatwiłby życie pedofilom), Krystyny Pawłowicz/etc. Ludzie ci twierdzą, że dzieci przed przemocą seksualną chroni „bariera wstydu, której chce ich pozbawiać edukacja seksualna”. Jest to argument wybitnie debilny, ale nie można ignorować ludzi, którzy się nim posługują (tzn. niby można, ale ludzie ci są w stanie zebrać kilkaset tysięcy podpisów pod swoimi projektami „obywatelskimi”). Beneficjentami tej „bariery wstydu” nie są dzieci, tylko pedofile. Dlaczego? Dlatego, że ta ukochana przez przeciwników edukacji seksualnej „bariera wstydu” chroni pedofila przed konsekwencjami jego czynów. Dziecko zawstydzone tym, co się stało, z nikim na ten temat nie porozmawia.
 
(Fundacja)Zaleca rodzicom – tak jak WHO – mówienie już pięciolatkom m.in. o tzw. „ochronie miejsc intymnych”.

Powyższe zdanie to majstersztyk propagandy. Wszyscy chyba zetknęli się z bzdurami na temat tego, że „WHO zaleca, aby w szkołach uczyć masturbacji 4-letnie dzieci”. Każdy, kto zadał sobie trud i znalazł oryginalną wersję zaleceń (nie kawałki zdań powycinane przez prawicowców, które zalały internet), wie, że w zaleceniach nie o to chodziło. Warto również wspomnieć o tym, że zalecenia WHO zawierały sporą dawkę zaleceń anty-pedofilskich, np. to, żeby małe dzieci uczyć tego, że ich ciało należy do nich, a nie do dorosłych. Prawica tak bardzo skupiła się na masturbacji, że zupełnie pominęła resztę tych zaleceń. Ale to tylko dygresja. Autor artykułu użył etykietki WHO po to, żeby zasugerować, że kampania anty-pedofilska „to to samo, co WHO chciało robić, a oni przecież chcieli uczyć dzieci masturbacji!” (jest to jeden z chwytów erystycznych tzw: „nienawistna kategoria pojęć”).

Co się zaś tyczy „ochrony miejsc intymnych” – pozwolę sobie na przytoczenie wypowiedzi autorów kampanii:

A to, że zachęcamy rodziców, by mówili dzieciom, co to są intymne części ciała? To fundamentalna wiedza o świecie. Tak jak opowiadamy im, gdzie są ręka, brzuszek, uszko, tak samo mają prawo wiedzieć, które to są intymne części ciała. I czemu w niektórych przypadkach muszą być szczególnie chronione. Sprowadzanie tego do seksualizacji jest oburzające.

Ponadto, ciekaw jestem, dlaczego autor artykułu uważa, że 5-latkom nie powinno się przekazywać wiedzy na temat tego, że nikt nie powinien ich krzywdzić?

Według niektórych ekspertów i organizacji prorodzinnych to przygotowanie podłoża pod „seksedukację”.

I tu dochodzimy do sedna. Czort z tym, że kampania społeczna FDN mogłaby uchronić mnóstwo dzieciaków przed przemocą seksualną. Ważne jest to, że to „może przygotowywać grunt pod seksedukację”. O tym, że dla polskiej prawicy edukacja seksualna to „demoralizowanie młodzieży”, nikogo nie trzeba przekonywać. I tutaj mamy bardzo ciekawą wypowiedź, z której wynika, że nawet jeśli kampania poprawiłaby sytuację (ergo – mniej dzieci padłoby ofiarami przemocy seksualnej), to nie warto tego robić, bo tego rodzaju kampania może być wstępem do demoralizowania dzieci. Ujmując rzecz innymi słowy – prawica woli dzieci gwałcone od zdemoralizowanych.

Dyrektor Human Life International, Ewa Kowalewska (organizacja zrzeszająca przeciwników prawa do aborcji, przeciwników in vitro i przeciwników edukacji seksualnej)  twierdzi, że

„Chodzi o to, żeby wejść między rodziców a dzieci i pozbawić rodziców prawa do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami.”

Właśnie z tego powodu cytowałem FDN i fragmenty artykułu dotyczącego kampanii GADKI. W którym konkretnie miejscu owa kampania „pozbawia rodziców prawa do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami”? Czy akcja FDN była przymusowa? Czy kogokolwiek wysłano do obozów reedukacyjnych? Nie. Chodziło o akcję informacyjną i uświadomienie rodzicom problemów, z których istnienia mogli sobie nie zdawać sprawy. I znowuż: z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą walczyć z przemocą seksualną wobec dzieci, a z drugiej ludzi, którzy bredzą coś o „pozbawianiu rodziców praw”. No chyba, że pani Ewa miała na myśli prawo rodziców (rodzin/etc) do seksualnego wykorzystywania dzieci. Jeśli tak, to mam dla pani Ewy bardzo złą wiadomość – tego rodzaju „prawa” odebrał rodzicom dawno temu kodeks karny.

Widzimy to na co dzień. Są coraz większe akcje, żeby zmienić przedmiot wychowania w rodzinie, ponieważ trzeba wychowywać seksualnie, a nie do rodziny.

Tu w pełnej krasie widać odklejenie od rzeczywistości. Ta wypowiedź nie ma nic wspólnego z kampanią FDN. I to do ciężkiej cholery chce „wychowywać seksualnie”? Co to w ogóle za potworek argumentacyjny?

Rodzice się sprzeciwiają – trzeba więc powiedzieć, że rodzice krzywdzą dzieci.

Pani Ewa uderza w dramatyczny ton „rodzice sprzeciwiają się edukacji seksualnej więc zwolennicy tejże edukacji oskarżają rodziców o to, że rodzice krzywdzą dzieci”. Tylko, że jest to kolejny przykład ukochanego przez prawicę argumentum ad zdupum. Co prawda z badań, na które powoływał się FDN wynika, że w 80% napaści seksualnych na dzieci dokonują ludzie, których dzieci znają, ale nikt nie powiedział, że sprawcami są wyłącznie rodzice (choć tego rodzaju sytuacje też się na pewno zdarzają).

Tymczasem to właśnie te programy krzywdzą dzieci.

Okazuje się, że dziecko asertywne, które umie powiedzieć „nie”, które nie będzie się bało powiedzieć komuś o tym, że padło ofiarą napaści seksualnej, to w opinii prawicowej konserwatystki „dziecko skrzywdzone”. Brawo.

Antypedofilska kampania Fundacji Dzieci Niczyje "to kolejny punkt „walenia” w rodzinę, ponieważ w tej chwili tego typu pomysłów i decyzji władz mamy coraz więcej"

Tak po prawdzie wdzięczny jestem fundamentalistom za tę istną powódź mądrości. Konkretnie zaś za to, że po raz kolejny padło sakramentalne oskarżenie o „atak na rodzinę”. Dziwnym trafem tego rodzaju oskarżenie pada ZAWSZE w przypadku, w którym prawica chce coś skrytykować.

In vitro - Atak na rodzinę, a poza tym dziecko jest „sztucznie poczynane”.
Prawo do aborcji - Atak na rodzinę, bo „dzieci są mordowane”.
Edukacja seksualna - Atak na rodzinę, bo rodzice mają prawo do etc.
Pigułka dzień po - Atak na rodzinę, bo młodzież nie będzie słuchać rodziców.
Antykoncepcja – Atak na rodzinę, bo to „zamykanie się na życie”.
Związki partnerskie - Atak na rodzinę, bo konstytucja.
Konwencja antyprzemocowa – Atak na rodzinę "bo gender"
Gender studies – Atak na rodzinę, bo płeć kulturowa.
Sklepy czynne w niedzielę – atak na rodzinę.

A teraz przyszedł czas na „oczywistą oczywistość”. Wszystkie wymienione przeze mnie punkty łączy jedno. Cóż takiego? Ano to, że Kościół katolicki je zaciekle zwalcza. Śmiem twierdzić, że hasło „atak na rodzinę” zostało ukute przez naszych purpuratów. Wymyślili oni (całkiem słusznie), że część wierzących chętniej stanie w „obronie rodziny” (bo w domyśle swojej też będą bronić), niż w „obronie Kościoła”. Poza tym, dzięki temu hasłu, Kościół może się wtrącać dosłownie we wszystko, w co mu się podoba. Gdyby ktoś się jakiegoś biskupa zapytał: „no ale, księże biskupie, czemu robicie to, co robicie?”; purpurat odpowie „ja tylko bronię rodziny, synu!”. To nie tak, że Kościół się wtrąca do ustawodawstwa w kraju! Nic z tych rzeczy – Kościół jedynie staje w „obronie rodziny”. Jeśli ktoś ma inne (niż Kościół) zdanie na jakiś temat, to nie krytykuje Kościoła – o nie, on „atakuje rodzinę”. Genialne w swojej prostocie i cholernie skuteczne. A że ów argument brzmi debilnie? Kogo to obchodzi. Przecież chodzi o to, żeby wbić wiernym w głowy jakieś nośne hasełka z nadzieją, że żaden z nich nie siądzie i nie pomyśli „no ale cholera jasna, o co chodzi z tym in vitro? Przecież to, że Kowalscy mają dzieciaka z in vitro nie jest atakiem na rodzinę – to tę rodzinę wspiera!”. Rzecz jasna, jeśli wierny siądzie, przemyśli i uzna, że Kościół przegina pałę, to się nagle okazuje, że „popierając in vitro stawia się poza Kościołem”. Z niecierpliwością czekam na kolejne punkty, które Kościół dopisze do listy rzeczy „atakujących rodzinę”.

Co się zaś tyczy fanatyków religijnych, którzy krytykują kampanię społeczną Fundacji Dzieci Niczyje. Ja wiem, że na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby Kościół za pomocą swoich dronów usiłował torpedować akcję anty-pedofilską, ale biorąc pod rozwagę poziom intelektualny tych ludzi, brzmi to jak wyjątkowo nieśmieszny żart. Najprawdopodobniej przyczyną, dla której zaczęli ujadać i krytykować tę kampanię jest ich wrodzona (bądź też wyuczona) głupota. Głupota, która nie pozwala im zrozumieć tego, że swoim postępowaniem szkodzą tylko i wyłącznie dzieciom. Fanatyzm religijny nie pozwala im pojąć tego, że w Polsce katolickiej dzieci padają ofiarami przemocy seksualnej i że wałęsowska metoda „nie chcesz Pan mieć gorączki, stłucz Pan termometr” (która w tym przypadku sprowadza się do niemówienia o przemocy seksualnej) – jest cokolwiek nieskuteczna. Warto również na przyszłość zapamiętać sobie to, że ludzie, którzy (za przeproszeniem) najczęściej wycierają sobie mordy „dobrem dzieci” w tym konkretnym przypadku stanęli po stronie pedofilów.

Źródła:

http://www.radiomaryja.pl/informacje/kontrowersyjne-bilbordy-na-ulicach-warszawy/

http://wyborcza.pl/1,91446,17581870,GADKI___rusza_kampania_FDN_dot__wykorzystywania_seksualnego.html#ixzz3WFr3VSgT

http://wyborcza.pl/1,75478,17701242,Kampania_o_wykorzystywaniu_seksualnym_dzieci_sola.html#ixzz3WGH46zDC

Informacje o kampanii (strona FDN)

http://www.fronda.pl/a/fundacja-dzieci-niczyje-probuje-uderzac-w-rodzine,49073.html

czwartek, 2 kwietnia 2015

Kaja Godek – kafar Episkopatu

Kilka dni temu portal Wyborcza.pl opublikował list Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian" pt. „Kaja Godek nie ma skrupułów, miażdży godność dzieci w ideologicznym celu. A publiczna TV jej na to pozwala”.

Po przeczytaniu wspomnianego listu, wygrzebałem w internecie odcinek programu „Bez retuszu”, do którego się odnosił (oglądania programu nie polecam osobom o słabych nerwach). Dość powiedzieć, że wypowiedzi Kai Godek były w 100% zgodne z biskupią narracją (pełną pogardy dla metody in vitro, rodziców, którzy zdecydowali się na skorzystanie z tej metody i samych dzieci „z bruzdami”). Rzecz jasna, list „Naszego Bociana” spotkał się z reakcją Kai Godek i właśnie o tym będzie niniejsza notka.

„Gazecie Wyborczej” i jej ideowym kolegom składam serdecznie podziękowanie za nagłośnienie problemu krzywdzenia dzieci pochodzących z zapłodnienia in vitro” - odezwała się osoba, która wraz z kolegami z Episkopatu i tuzami w rodzaju księdza Oko usiłuje doprowadzić do tego, żeby ludzie się brzydzili dzieciakami z in vitro (bo wiadomo, że wraz z obrzydzeniem przyjdzie nienawiść). A to „bruzda dotykowa” (Longchamps de Bérier), a to „twory frankensteina”(Pieronek), a to „poczynanie na szkle” i „zwierzęca metoda”.

Kaja Godek: „Uwadze wielu osób umyka jednak fakt, że samo powołanie do życia metodą in vitro jest uwłaczające dla poczynającego się w ten sposób dziecka”.

No, a poza tym te bruzdy...

„W klinikach sztucznego rozrodu istnieją tzw. „pokoje M”, czyli „pokoje dla panów”, gdzie pośród stosu pisemek pornograficznych przyszli ojcowie oddają do plastikowego pojemnika materiał genetyczny, z jakiego mają powstać ich dzieci”.

Nie żaden „materiał genetyczny” tylko dzieci niepoczęte! Obsesja na punkcie cudzych genitaliów i tego co, kto i gdzie z nimi robi to wizytówka Kościoła i jego świeckich pomocników.

„Klucz do takich pokoi otrzymuje się na 20 minut, po tym czasie należy przekazać pracownikowi kliniki pobrane nasienie, które poddawane jest kolejnym laboratoryjnym procedurom i w końcu łączone z komórkami jajowymi uzyskanymi od kobiety. W ten sposób powołuje się do istnienia dziecko (a najczęściej kilkoro dzieci)”.

Plemniki łączy się z komórkami jajowymi... Potworność...

„Zdarza się, że z takiego pokoju trzeba korzystać kilkakrotnie zanim materiał uda się pobrać – upokorzenie rodzi stres, a to nie ułatwia klientom ‘pobrania’”.

I w tym miejscu nawet bez specjalistycznej wiedzy widać, że pani Kaja pisze wierutne bzdury. Bo jakby to wyglądało w praktyce? „Panie Henryku, ma pan 20 minut, bo potem w kolejce jest pan Łukasz. Jeśli się pan nie wyrobi, to będzie pan musiał poczekać aż się zrobi okienko po panu Stefanie”. Gdyby w klinikach faktycznie był taki ruch, że "okienko" dla mężczyzny miało by 20 minut, to w jaki niby sposób można by było z tego pokoju "korzystać kilkakrotnie zanim materiał uda się pobrać"?

Poza tym jest jeszcze jedna sprawa, o której pani Kaja nie ma pojęcia (swoją drogą - pasowałoby uzupełnić wiedzę przed zabieraniem głosu na dany temat). Mężczyzna, który przyszedł z partnerką do kliniki in vitro prawie na pewno ma za sobą badanie nasienia (wbrew twierdzeniom przeciwników in vitro – nie jest to metoda, na którą ludzie decydują się bez uprzednich badań). I niech pani Kaja zgadnie, w jaki sposób pobiera się od mężczyzny próbki do badania? Skoro sobie taki Kowalski poradził z oddawaniem nasienia w celach diagnostycznych, to poradzi sobie też w klinice in vitro.

„Promotorzy sztucznego rozrodu zapierają się, że dzieci z in vitro to dzieci z miłości”.

Rodzice dzieciaków z in vitro mają dokładnie takie samo zdanie na ten temat.

„Wypada zapytać: z miłości do kogo? Czy do rozebranej modelki z pornogazety w pokoju dla panów?”

Czy tylko mnie się wydaje, że gdyby kliniki in vitro wprowadziły zarządzenie „masturbacji w celu pobrania nasienia należy dokonywać tylko i wyłącznie w trakcie myślenia o swojej partnerce”, pani Kaja zapałałaby gorącą miłością do tej metody?

„Jakie poczucie funduje się dziecku poczętemu tą metodą?”

A co to w ogóle za argument? Skoro nie można było dziecka „począć” inną metodą, to jaki wybór miała para? Niech się pani Kaja zapyta jakiegoś dzieciaka z in vitro o to, czy „trudno mu się żyje ze świadomością, że jego ojciec masturbował się w klinice in vitro”. Śmiem twierdzić, że najłagodniejszą odpowiedzią, z którą zetknęłaby się pani Kaja, byłoby „czy panią już do szczętu poje***ło?”

„Czy ciężar świadomości, że jego życie rozpoczęło się w opisany powyżej sposób to dla lobbystów in vitro naprawdę czysta abstrakcja?”

To JEST czysta abstrakcja. Nikt, komu propaganda fanatyków religijnych nie wyżre mózgu, nie będzie się zastanawiał nad takimi pierdołami. Rzygać się chce od retoryki ludzi, którzy na wszelkie możliwe sposoby próbują wykazać, że dzieciaki z in vitro są „gorsze”. Pani Kaja zachowuje się jak gówniarz, który biega za innym dzieciakiem i wrzeszczy na niego, że był „adoptowany”, tylko po to, żeby poczuć się lepiej.

„Czy kogoś dziwi, że w chwili, gdy opisuje się przebieg procedur sztucznego zapłodnienia, siedzące w telewizyjnych studiach osoby uwikłane w ten biznes dostają histerii? Że nie przechodzi im długo po programie?”

Dziwi mnie to, że kogoś takiego w ogóle zaprasza się do studia tylko po to, żeby ział nienawiścią do wszystkiego, co „inne”. Ponadto, nie jest histerią sytuacja, w której ktoś jest tak bardzo zszokowany zbydlęceniem swojego rozmówcy, że nie jest w stanie wypowiedzieć słowa (względnie – jest w stanie wypowiedzieć ich wiele, ale prawie wszystkie są niecenzuralne). Mało kto jest w stanie dyskutować z osobami pokroju Kai Godek. Tak samo, jak mało kto wytrzymałby sytuację, w której jakiś obcy człowiek wlazł mu do mieszkania, zdemolował wszystkie pomieszczenia, wysmarował ściany fekaliami, podarł album ze zdjęciami bliskich i na końcu powiedział, „ok, przyszedłem do pana, żeby porozmawiać moich zastrzeżeniach do metody in vitro”.

„Dostają jej z pewnością z co najmniej dwóch powodów.”

Jednym z nich jest Pani bezmyślność, a drugim to, że daje im Pani odczuć to, że bezgranicznie nimi pani gardzi.

„Uświadomienie sobie, że własnemu dziecku zrobiło się krzywdę, musi potwornie boleć.”

Przypomnijmy – tą krzywdą jest fakt, że ojciec dziecka masturbował się w klinice in vitro.

„Dyskomfort rodzi się też być może z tego, że grupy oficjalnie podające się za miejsca wsparcia rodziców korzystających z in vitro to de facto tajna broń przemysłu sztucznego rozrodu”

Dlatego, że nie tłumaczą rodzicom, że ich dziecko będzie gorsze od dzieci pani Kai Godek?

„Zajmują się naganianiem klientów i robieniem pijaru klinikom.”

Wydaje mi się, że każdy, kto nie mówi „in vitro to szatan, zło i zniszczenie”, w opinii pani Kai „robi pijar klinikom”.

„Tak jak Wanda Nowicka brała pieniądze od biznesu aborcyjnego, tak owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki.”

Nawet jeśli jakieś koncerny faktycznie płacą tym stowarzyszeniom, to co z tego? A skoro już jesteśmy przy pieniądzach - ciekaw jestem, czy pani Kaja Godek, będąca członkiem zarządu fundacji „pro prawo do życia” (od dnia 28-05-2014, o ile dobrze odczytuję dane z KRS), za swoją „pracę” w fundacji (tj. próby wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, zakazu edukacji seksualnej i obwożenie po Polsce zdjęć pokawałkowanych płodów) otrzymuje jakieś wynagrodzenie, czy też działa na zasadzie pro publico bono?

„Gazetę Wyborczą i jej pomagierów proszę jedynie o niewykręcanie kota ogonem. To wy lobbujecie za tym, aby poczynanie ludzi w sposób im uwłaczający zostało zalegalizowane stosowną ustawą. Atakujecie osoby, które pokazują ciemną stronę in vitro, bo jesteście przerażeni tym, co sami propagujecie…”

Wyobraźmy sobie sytuację, w której jakiś człowiek – nazwijmy go pan Iksiński – zostaje zaproszony do studia TV w celu wzięcia udziału w dyskusji na jakiś temat. Program się rozpoczyna, dyskusja toczy się na żywo, nagle pan Iksiński wstaje i wymiotuje kolejno na każdego uczestnika. Obrzygani przez Iksińskiego ludzie nie są z tego zadowoleni i dają temu wyraz w rozmowie z dziennikarzami jednej z gazet. Gazeta opisuje całe zajście oraz dodaje komentarz „obrzyganych”. Iksiński czyta uważnie artykuł w gazecie i nagle wzbiera w nim słuszny gniew: „No przecież ja tylko dyskutowałem i przestawiałem swoje argumenty. Jesteście przerażeni tym, co sami propagujecie!”

Retoryka Kościoła, który od upadku PRL szuka sobie kolejnego „wroga klasowego” (wokół walki z którym mógłby znowu skupić wiernych), staje się coraz bardziej histeryczna. Coraz więcej w niej nienawiści do bliźniego. Coraz więcej pogardy dla „innych”. Dlatego właśnie kościelnymi agentami wpływu są ludzie pokroju Tomasza Terlikowskiego i Kai Godek. Nie chodzi o dyskusję z ludźmi o odmiennych poglądach – chodzi o to, żeby tych ludzi pognębić. Zamiast wierzących intelektualistów i filozofów do rozmów z „niewiernymi” posyła się kafary, których jedynym zadaniem jest „zmiażdżenie heretyków”. 

Kościół mógłby, co prawda, po prostu oświadczyć: „nam się metoda in vitro nie podoba, ale rozumiemy, że nie wszyscy są wierzący i nie wszyscy muszą nas słuchać”. Zamiast tego mamy do czynienia ze skrajnym przypadkiem dehumanizacji dzieciaków z in vitro. Co prawda, ktoś tam kiedyś powiedział „będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”, ale dla Kościoła dzieciaki z in vitro nie są „bliźnim”, bo „nie poczęły się w sposób naturalny” - zostały „wyprodukowane na szkle” za pomocą „zwierzęcej metody”. Sam Kościół twierdzi, że nie wyklucza nikogo, tyle że wypowiedzi hierarchów (oraz usłużnych w rodzaju ks. Oko, Tomasza Terlikowskiego etc.) stoją w jawnej sprzeczności z tymi deklaracjami. Tym samym - „przykazanie miłości” (cytowane wcześniej) zostało zamienione na przykazanie nienawiści, które brzmi mniej więcej tak „będziesz nienawidził tego, kogo ci wskażemy”.

sobota, 28 lutego 2015

Andrzej Duda – człowiek z amnezji

Źródło: Materiał wyborczy Andrzeja Dudy


Zastanawiam się nad tym, czy sztabowcy Andrzeja Dudy są niedoinformowani, czy też liczą na krótką pamięć społeczeństwa. Powoływanie się na olane przez PO projekty obywatelskie (z których niektóre były obywatelskie tylko z nazwy, ale o tym dalej) to lekka kpina. Choćby dlatego, że PiS pod tym względem nie różnił prawie w ogóle od PO.

Ktoś pamięta może 140 tysięcy podpisów pod wnioskiem o odwołanie Romana Giertycha z funkcji Ministra Edukacji Narodowej? Ja pamiętam. Pamiętam również to, jak PiS-owcy (za przeproszeniem) rżnęli głupa twierdząc, że oni żadnych podpisów nie widzieli.

Ktoś może pamięta, jak chciano zorganizować referendum, w którym Polacy mieliby się wypowiedzieć w temacie tego, czy chcą tarczy antyrakietowej w Polsce? Jarosław Kaczyński (ówczesny premier) powiedział wtedy, że „nie widzi żadnej możliwości zorganizowania referendum w tej sprawie”. Tłumacząc z Kaczyńskiego na polski – mam was i waszą opinię w dupie.

Pod tym względem PO - którą cenię sobie mniej więcej tak bardzo jak PiS- jawi się jako ta ostoja demokracji, bo odrzucane projekty były chociaż poddane pod głosowanie i nikt nie rżnął głupa udając, że „o nich nie słyszał”.

Swoją drogą, jestem wdzięczny kandydatowi Dudzie za to, że się postanowił oflagować i powiedzieć wprost, że jest zwolennikiem zakazu aborcji i przeciwnikiem edukacji seksualnej (bo choć projekt nazywał się „stop pedofilii”, to w praktyce skupiał się on na wyrugowaniu zalążków edukacji seksualnej, którą to edukację Kościół zwalcza zawzięcie odkąd do szkół weszła religia).

I tu dochodzimy do sedna. Ani projekt „stop pedofilii”, ani też projekt, którego autorzy domagali się zakazu aborcji, nie były projektami obywatelskimi (nie były inicjatywami oddolnymi). Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że za autorami projektów stoją protektorzy w postaci purpuratów. Nie jest bowiem w naszym kraju możliwe, aby jakieś organizacje (składające się z fanatyków religijnych w rodzaju Mariusza Dzierżawskiego i Kai Godek) działały niezależnie od Kościoła. Kościół po prostu uznał, że „obywatelskie” projekty są wygodniejsze. Biskupi przekonali się bowiem o tym, że jeśli domagają się czegoś jako Kościół – spotyka się to z większym oporem, niż gdyby domagali się czegoś za sprawą „obywatelskich projektów ustaw”. Takie projekty obywatelskie to świetny sposób na maskowanie. Jeśli projekt przejdzie – Kościół będzie się cieszył (bo wreszcie będzie tak, jak sobie tego życzą purpuraci), jeśli projekt nie przejdzie – to znaczy, że „władza wystąpiła przeciwko społeczeństwu”. Teraz w tę retorykę („władza przeciw obywatelom”) wpisuje się kandydat Duda, który zapewne liczy na kilka milionów głosów, którymi w naszym kraju dysponuje Kościół katolicki.

Fajnie by było, gdyby ktoś kandydata Dudę zapytał co sądzi o tym, że po wejściu w życie ustawy o planowaniu rodziny (wprowadzenie tzw. ustawy antyaborcyjnej), olano gdzieś tak 1.200.000 podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie (z tego co mi się po łbie kołaczę – nawet tego pod głosowanie nie poddano). Czy wtedy władza również „nie słuchała Polaków”? I czy „Prezydent Duda” będzie słuchał również tych Polaków, z którymi się nie zgadza? 

Źródło: