Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gender. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2016

Czy homoseksualiści przeproszą Terlikowskiego za to, że nie są hetero?

Zapewne sporo osób widziało rakotwórczą okładkę „Do Rzeczy”, na której nasz polski Iron Man  (w tej roli bezkonkurencyjny Tomasz Terlikowski) i nadwiślański War Machine (dobra rola drugoplanowa Pospieszalskiego) robią groźne miny i (jak sugeruje podpis) „walczą z homoimperium”. Jeśli myślicie, że okładka była rakotwórcza, to zapewniam was, że ów okładkowy artykuł Terlikowskiego jest gorszy od azbestu. Tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do artykułu.


„Czy katolicy powinni przepraszać gejów za prześladowania?”



Tak, ale tylko ci, którzy ich prześladują. Naprawdę, nie widzę powodu, dla którego jakiś praktykujący katolik, który nie nie słucha konserwatywnej szczujni, miałby przepraszać kogokolwiek za Terlikowskiego.


„A może to geje powinni zacząć szykować się do przepraszania chrześcijan za odbieranie nam prawa do wolności słowa i sumienia?”



Oczyma wyobraźni widzę geja, który podchodzi do Terlikowskiego i ze spuszczonymi oczyma mówi „przepraszam pana za odebranie panu prawa do nazywania mnie pedałem i chorym człowiekiem”. Co się zaś tyczy sumienia. Nie wiem, czy Tomasz Terlikowski jest odpowiednią osobą do wypowiadania się na ten temat, bo swoimi wieloma wypowiedziami udowodnił, że go nie posiada.


„Od kilku dni dostaje e-maile, tweety, czy inne społecznościowe komentarze, w których kolejni homofile (ah pan Tomek i jego słowotwórczy talent), domagają się ode mnie przeprosin”.


Tak bardzo prześladowany...


"Za co? Za to, że uważam, że akty homoseksualne są grzechem?"


Dla pana wszystko, co nie kończy się w kobiecie, jest grzechem, więc nie poruszajmy tej kwestii.


"Że nie uznaje rzekomego prawa osób homoseksualnych do małżeństwa?"



Bo przecież nie ma niczego zdrożnego w odbieraniu ludziom należnych im praw. Domyślam się, że kiedyś ktoś coś podobnego napisał na temat małżeństw mieszanych rasowo, bo przecież konserwatyści muszą kimś gardzić i przed kimś się „bronić”.


"A powierzanie im dzieci uważam za zbrodnie?"


Zupełnie nie wiem, jak ktokolwiek mógłby się poczuć dotknięty taką erupcją miłości bliźniego...


"Słowem za to, że w ich oczach jestem homofobem"


Parafrazując: „Za co mam przepraszać kolorowych? Za to, że nimi gardzę i że w ich oczach jestem rasistą?”


Dalej następuje hejt na ludzi, którzy chcą zmieniać katechizm kościoła i hurr-durr prawo naturalne, toteż ten fragment pominę.


„Budowanie wrażenia, że w zasadzie wszyscy uczciwi, sympatyczni i znani ludzie są po stronie środowisk LGBT jest stałym elementem działania homolobbystów”


Primo, sporo ludzi (którzy nie mają mózgów wyżartych przez konserwatywną urawniłówkę) faktycznie popiera środowiska LGBT. Secundo, stałym elementem działania homofobów są brednie o „prawie naturalnym” (chodzi chyba o naturalne prawo do gnojenia bliźnich) i powoływanie się na kolegę mieszkającego w niebiesiech. Tertio, nie jest niczyją prócz homofobów winą to, że przyciągają ludzi, których mało kto uważa za „sympatycznych i uczciwych”.


"A jeżeli nie chcą po tej stronie być, czy nie daj boże – zdecydowali się opowiedzieć publicznie po drugiej stronie to wtedy zaczyna się polowanie z nagonką"


Chodzi panu o takie polowanie z nagonką jakie prawica urządziła na Biedronia i jego partnera? A może chodzi o nagonkę na  Annę Grodzką, kiedy to tygodnik (bardziej odpowiednią nazwą byłoby „fekalnik”) „W Sieci” praktycznie ją stalkował, bo chciano udowodnić, że „Grodzka to facet” (artykuł był tak denny, że nawet mistrz riserczu, Rafal Ziemkiewicz, go wyśmiał)? A może redaktor Terlikowski ma na myśli nagonkę na bohaterów niegdysiejszej kampanii „niech nas zobaczą” (niektórzy z nich musieli zmienić miejsce zamieszkania)? A może o ludzi (człowiek, to brzmi dumnie), którzy obrzucali kiedyś osoby uczestniczące w krakowskim Marszu Równości (jak to powiedziała mi koleżanka ze studiów: „pierwszy raz oberwałam cegłówką”)? Śmiało, niechże no pan powie o tym, jak straszne nagonki urządza na was LGBT.


"Aktor, sportowiec, czy biznesmen, który ośmieli się wypowiedzieć krytycznie o homolobby może być pewny, że spadnie na niego medialny huragan. Przekonał się o tym przedsiębiorca a dziś także polityk Marek Jakubiak"



Ten akapit to kwintesencja prawicowego łgarstwa. Wynika z niego bowiem, że Jakubiak (szef Ciechana) skrytykował środowiska LGBT i za to oberwał. Terlikowski (nie bez przyczyny) nie zacytował słów, które zostały przez Jakubiaka napisane. Chodzi wpis na FB, w którym Jakubiak zwrócił się do Michalczewskiego takimi słowy: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi. Będziesz miał co ssać”. Zupełnie nie wiem, jak taki bełkot mógł wywołać burzę medialną... Swoją drogą, jak to było z tym „budowaniem wrażenia, że wszyscy i sympatyczni ludzie stoją po stronie środowisk LGBT”? Prawicowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że obrywają za formę w jakiej wyrażają swoją krytykę. Czym innym jest bowiem powiedzenie „jestem przeciwny adopcji dzieci przez pary homoseksualne” a czym innym „ssij penisa swojej matki!!!”


"A jeśli nie daj boże, ktoś postanowi zająć stanowisko wrogie tzw. prawom homoseksualistów, to zostanie zniszczony"


Bo przecież odbieranie ludziom praw (takich jak choćby prawo do zawarcia związku małżeńskiego) tylko dlatego, że wolą penisy od wagin (albo odwrotnie, albo i jedno, i drugie) zasługuje na nagrodę. I w tym miejscu pozwolę sobie na kolejną parafrazę „a jeśli ktoś nie daj boże postanowi zająć stanowisko wrogie tzw. prawom kolorowych, to zostanie zniszczony”.


Dalej redaktor Terlikowski napisał wzruszający fragment o tym, jak to w Kalifornii grupa fanatyków religijnych miała problemy, choć przecież usiłowali oni tylko doprowadzić do konstytucyjnego zakazu zawierania małżeństw jednopłciowych...


Potem redaktor Terlikowski przytoczył kolejny duszoszczypatielny przypadek biednego, uciskanego homofoba:


"W grudniu 2015 ze szpitala Beth Israel Deaconess Medical Center został zwolniony dr Paul Church (tak, nazwa szpitala i nazwisko są prawdziwe). Istotą jego przestępstwa było to, że zaprotestował przeciwko agresywnej promocji LGBTQ na terenie szpitala, a podczas spotkania z lekarzami przytoczył argumenty medyczne i moralne („argumenty moralne”, mujborze), które pokazywały jak szkodliwe są czyny homoseksualne. Zwolennicy homoseksualizmu (nowy termin „zwolennik homoseksualizmu!”), zamiast podjąć z nim jakąkolwiek debatę, zwyczajnie doprowadzili do zwolnienia go z pracy”


Dla redaktora Terlikowskiego lepiej by było, gdyby sobie wymyślił jakieś nazwisko, bo nie sprawiło mi najmniejszego problemu ustalenie, że (co za szok) opisana przez niego łzawa historyjka prześladowanego homofoba jest nieprawdziwa. Jak było w rzeczywistości?


Szpital, w którym pracował doktor Kościół (przepraszam musiałem), tzn. dr Church, wspierał środowiska LGBT (rozsyłano pracownikom uprzejme e-maile z zaproszeniem do udziału w „pride weeks” etc.). Doktorowi to nie pasowało, więc (w 2009r.) uznał za stosowne rozesłanie do dużej liczby ludzi e-maila, którego treść wrzucił potem na stronę www szpitala. Co było w e-mailu? Faktycznie, rzucił kilka „argumentów medycznych” (acz pozwolicie, że nie będę się nad nimi pochylał, bo nie umiem w medycynę), a prócz tego napisał, że wspieranie LGBT przynosi dyshonor placówce medycznej i wszystkim tym, którzy uważają, że „homoseksualizm jest nienaturalny i niemoralny”. Narzekał również na wspieranie „promowania perwersji” i o wspominał o „fanatyzmie politycznej poprawności”.


Nie bez przyczyny zaznaczyłem datę (2009r.), albowiem sam Terlikowski napisał, że lekarza zwolniono w 2015r. Już na pierwszy rzut oka widać więc, że narracja o straszliwym „homolobby”, które „zwyczajnie doprowadziło do zwolnienia lekarza”, to bzdura. Na stronie, która zajmuje się gay-bashingiem, szczegółowo opisano to, co działo się w szpitalu (fascynujące jest to, że autorom strony wydaje się, że to, co opisali, to „obrona” lekarza). Okazało się, że walka dr. Churcha ze szpitalem (której powodem było wspieranie przez szpital środowisk LGBT) zaczęła się w 2004 roku. Tyle. że do 2009r. Church nie rozsyłał masowych maili i nie publikował niczego na stronie www szpitala (gdyby więc chodziło o to, że „krytykuje gejów”, to wywalono by go już w 2004r).


Po jego wyskoku w 2009r., lekarza wezwano na dywanik. Powodem wezwania były skargi (na Churcha), które szpital otrzymał. Przypominam, że mowa tu o Stanach Zjednoczonych, tam wszystkie instytucje publiczne dbają o Public Relations (nie wspominając już o tym, że szpital, zatrudniający doktora, mógł został pozwany). Dr Church został zmuszony do przeproszenia ludzi, których obraził (treści przeprosin nie ma, ale z tego, co napisano na stronie do gay-bashingu, było to typowe non-apology, czyli przeprosiny na zasadzie „przepraszam Cię za to, że jesteś głupi”). Dla każdego, kto nie jest idiotą, jasne jest, że w tym momencie dr Church powinien dać sobie na wstrzymanie, bo „kara”, która go spotkała, była praktycznie żadna, ale następnym razem może już nie być tak różowo. Co zaś zrobił dr Church? W 2011r. zaproponował, że wystąpi w materiale wideo, który szpital chciał nakręcić w ramach wspierania środowisk LGBT. I chciał na tym filmiku „opowiedzieć o argumentach drugiej strony”. Jego propozycja została zignorowana.


Nieco później (ale też w 2011r.) Church napisał e-mail do swojego przełożonego. Treści nie zamieszczono na stronie, z czego wnioskuję, że była to kalka z 2009r. Przełożony to zignorował.


W tym samym roku znowu wezwano go na dywanik - tym razem kilka osób poczuło się dotkniętych treścią maila, w którym zaproponował, że wystąpi w materiale wideo, który szpital chciał nakręcić. Najprawdopodobniej nie chodziło o samą propozycję, tylko o sformułowania których użył (strona broniąca doktora umieściła tylko fragment maila i zapewne wycięła resztę [w dalszej części wyjaśnię skąd wzięła się moja podejrzliwość w tej materii]).


W międzyczasie w szpitalu powołano zespół/komitet (nie bardzo umiem w tłumaczenie prawniczego mumbo-jumbo, proszę więc o wybaczenie), który miał zadecydować o tym, „co dalej z doktorem”. Doktor mógł na zebraniach zespołu/komitetu przedstawić swoją „linię obrony”. Każdy, kto nie doznał śmierci pnia mózgu, zorientowałby się, że to dobry moment na to, żeby jednak sobie dać na wstrzymanie. Co zaś zrobił nasz doktor? Wysyłał kolejne e-maile do przełożonych. Pod koniec 2011r. Church otrzymał „letter of reprimand” (po naszemu to będzie, że udzielono mu nagany), ale go nie zwolniono. Dodatkowo, wydano doktorowi (drogą oficjalną) zakaz „dzielenia się ze współpracownikami/pacjentami swoimi opiniami na temat orientacji seksualnej/etc.”. Rzecz jasna, sprawa się na tym wcale nie skończyła.


W 2012r. doktor wysłał e-mail do „działu komunikacji” (nie bardzo wiem, jak przetłumaczyć: Corporate Communications Department) prośbę o to, żeby nie wysyłano mu zaproszeń do udziału w eventach pro LGBT. Rzecz jasna, w mailu/piśmie nie mogło zabraknąć informacji o tym, że te zaproszenia „obrażają jego uczucia religijne” i wyznawane przezeń „zasady moralne”. Co znamienne, pan doktor nie poprzestał na „usuńcie mnie z newslettera”, ale musiał jeszcze dodać coś od siebie (jakbym się chciał czepiać, to bym napisał, że złamał w ten sposób zakaz rozsiewania swojej „filozofii miłości”, ale mi się nie chce). Tutaj sprawa robi się cokolwiek niejasna, bo choć na samym początku obrońcy twierdzą, że lekarzowi chodziło o „nieprzysyłanie mu takich a takich materiałów”, to potem opisują jak to „reagował na treści zamieszczone na stronie szpitala”. Z czego nietrudno wysnuć wniosek, że doktorowi nie chodziło o „nadsyłane” materiały (bo te przecież mógł spokojnie oznaczać jako spam), ale o to, że na stronie szpitala publikowano treści, z którymi się nie zgadzał.


W 2013r. nie wytrzymał i pod informacją (zamieszczoną na stronie szpitala) o evencie pro LGBT  napisał między innymi o tym, że „celebrowanie perwersji seksualnej jest wysoce niewłaściwe”. Zignorowano to (zapewne w ramach prześladowań lekarza), choć złamał w ten sposób zakaz „dzielenia się opiniami(...)”.


Ponieważ doktorowi było mało, w 2014r. dorzucił jeszcze dwa komentarze na stronie szpitala. O których obrońcy napisali, że „były tylko cytatami z Biblii i zostały szybko usunięte przez administratorów strony”. Nieco wcześniej zaznaczyłem, że strona obrońców najprawdopodobniej wycina fragmenty e-maili/etc., żeby wybielić doktora. Teraz poszli o krok dalej i napisali jedynie, że „umieścił cytaty z Biblii” - nie publikując tychże cytatów (napisano jedynie o które chodzi). Oto one:


Księga kapłańska 18.22 „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!”


List do Rzymian 18. 26-28  Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. 27 Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. 28 A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi.


Tym razem działania pana doktora nie zostały zlekceważone i znowu skompletowano „zespół/komitet śledczy” (investigating comitee), który miał zdecydować o jego losie. W wezwaniu, które otrzymał doktor, napisano, że złamał zakaz, który na niego nałożono. W tym miejscu obrońcy doktora poszli „na pełen retard” i stwierdzili, że „uznano, że cytaty z Biblii i medyczne argumenty są formą nękania”. Zupełnie pominęli treść cytatów z Biblii i to, że jednym z „argumentów medycznych” była wzmianka o „wysoce niewłaściwym celebrowaniu perwersji seksualnej”. Tym razem nie skończyło się na reprymendzie, w 2015r. zwolniono doktora z pracy.


A teraz zestawmy to z tym, co napisał redaktor Terlikowski (pozwolę sobie zacytować go jeszcze raz): 


W grudniu 2015 ze szpitala Beth Israel Deaconess Medical Center został zwolniony dr Paul Church. Istotą jego przestępstwa było to, że zaprotestował przeciwko agresywnej promocji LGBTQ na terenie szpitala, a podczas spotkania z lekarzami przytoczył argumenty medyczne i moralne, które pokazywały jak szkodliwe są czyny homoseksualne. Zwolennicy homoseksualizmu, zamiast podjąć z nim jakąkolwiek debatę, zwyczajnie doprowadzili do zwolnienia go z pracy”



Wydaje mi się, że największym absurdem w kontekście powyższego tekstu jest fakt, że redaktor Terlikowski uważa się za „dziennikarza”, a prócz tego, że w Polsce są ludzie na tyle głupi, żeby mu za to „dziennikarstwo” płacić.


No ale, wracajmy do artykułu:


"Jeszcze skuteczniej ta metoda działa w przypadku przedsiębiorców, którzy – z różnych powodów – nie chcą uczestniczyć w uroczystościach homoseksualistów"


Redaktorowi Terlikowskiemu chodzi o sytuacje, w których drobni przedsiębiorcy odmawiają świadczenia usług ze względu na orientację seksualną klientów. Tego rodzaju praktyki są zabronione w USA (nie wiem czy we wszystkich stanach). Jeśli ktoś nie rozumie o co chodzi w tym zakazie, to niech sobie wyobrazi sytuację, w której chce sobie np. kupić auto gdzieś na Zachodzie, a dealer odpowiada „przykro mi, ale nie mogę panu sprzedać samochodu, bo jest pan Polakiem, a sprzedawanie aut Polakom jest niezgodne z moimi przekonaniami”. Co prawda bardziej akuratnym przykładem byłoby opisanie sytuacji, w której ktoś odmawia świadczenia usług osobie heteroseksualnej, ale żaden „heteryk” (w tym ja) nie byłby sobie w stanie czegoś takiego wyobrazić (bo to za bardzo abstrakcyjne).


"O liberalny faszyzm ocierają się także decyzje liberalnych administracji stanowych, które stopniowo zakazują uczelniom katolickim i protestanckim stosowania własnych zasad religijnych w odniesieniu do studentów"


Termin „liberalny faszyzm” jest tak samo debilny, jak „feminazizm” (tak, niektórzy porównują feminizm do nazizmu, bo przecież skrajnie konserwatywna partia nazistowska wprost kochała równouprawnienie, nieprawdaż?), więc nie będę się nad tym pochylał specjalnie. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie XX wieku był reżim totalitarny, który miał podobną opinię na temat homoseksualizmu, co redaktor Terlikowski. No ale to tylko dygresja. Redaktor Terlikowski pisze o „zagrożonej wolności religijnej” i dopiero po chwili dodaje, że chodzi o uczelnie współfinansowane przez państwo. Redaktor Terlikowski najprawdopodobniej nie rozumie tego, że jeśli te uczelnie biorą pieniądze od państwa, to mogłyby łaskawie przestrzegać praw obowiązujących w tymże państwie.


O wychwalanym przez Terlikowskiego bełkocie duchownych, którzy wzywają do „obrony rodziny przed wpływami gejowskiego imperium promującego radykalny feminizm i ideologię gender” nie chcę mi się pisać, bo nie jestem psychiatrą. Redaktor Terlikowski rozpacza nad tym, że wszystkie państwa członkowskie przyjęły porozumienie dotyczące „równości osób LGBTQ” i zobowiązały się do uznania transfobii i homofobii za przestępstwa ścigane z mocy prawa. Zapewne jakiś czas temu ktoś rozpaczał nad tym, że rasizm stał się ścigany z urzędu.


"I choć w Polsce daleko jeszcze do homoterroru, to przedsmakiem tego, co nas czeka, są procesy wytoczone „Rzeczpospolitej” i mnie osobiście przez ludzi, którym się nie podobały – wyrażone absolutnie politycznie poprawnym językiem – opinie na temat aktów homoseksualnych. A będzie tylko gorzej"


Muszę się przyznać do tego, że w tym momencie mam (przepraszam za wyrażenie) w dupie to, za co pozwano Terlikowskiego. On sam chyba też, bo nie podał żadnych informacji, które pozwoliłyby się zapoznać z treściami, za które został pozwany (choćby numer RzePy, albo data, albo cokolwiek). Google nie pomógł (Terlika pozywano za wiele spraw, ale tej konkretnie nie jestem w stanie znaleźć). Biorąc pod rozwagę popisy rzetelności dziennikarskiej w tym artykule, równie dobrze może się okazać, że ten „absolutnie politycznie poprawny język” to był zwykły gay-bashing na temat „leczenia homoseksualistów” i wyzywania ich od zboczeńców.


I na tym zakończę cytowanie. Gdybym miał do czynienia z inteligentnym osobnikiem (a jak mogliśmy się przekonać, o inteligencji w tym przypadku nie może być mowy), zapytałbym o to, jak udaje się mu połączyć dwie narracje. O jakie narracje chodzi? Jedną z nich jest właśnie postępujący w Europie „homoterror”, który podbija Europę i że to dla wszystkich Terlikowskich oznacza „walkę na śmierć i życie o rodzinę”. Drugą narracją jest straszenie tym, że zaleje nas islamistyczny fanatyzm. Obie te narracje stoją na przeciwnych biegunach i obie te narracje pojawiają się u Terlikowskiego. Co ciekawe – w „prognozach” na temat „homoterroru” nie porusza tematu fanatyzmu islamistycznego (w drugą stronę działa to dokładnie tak samo). Co znamienne, żaden z „samodzielnie myślących” odbiorców wypocin Terlikowskiego, nie zwrócił uwagi na tą gigantyczną wewnętrzną sprzeczność. Jest to o tyle absurdalne, że ci ludzie dają się straszyć zarówno „kalifatem Europa”, jak i „homoterrorem” i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że to jest ten sam kontynent i że te dwie „wizje” się wzajemnie wykluczają.


W kwestii zaś samego artykułu. Ja rozumiem, że w Polsce dziennikarstwo jako takie, ma się raczej źle (eufemizm). Ale nawet w tym kontekście to, co wyprodukował Terlikowski jest nie lada osiągnięciem. Ilość półprawd, manipulacji i zwykłych kłamstw, budzi respekt. Budzi go również fakt, że taki gówniany artykuł został uznany za na tyle ważny, żeby zrobić z niego „temat tygodnia” i wrzucić na okładkę.

Źródła:

„Do Rzeczy” nr 28/179 11-17 lipca 2016


Artykuł na temat przepisów antydyskryminacyjnych w stanie Colorado:

http://aclu-co.org/court-rules-bakery-illegally-discriminated-against-gay-couple/

Strona „obrońców” doktora Churcha

http://www.massresistance.org/docs/gen2/15b/DrChurch-BIDMC/timeline.html

artykuł o sprawie doktora:

http://www.advocate.com/health/2016/1/07/boston-hospital-cuts-ties-antigay-doctor


środa, 10 września 2014

Polska rajem kobiet!

Jakiś czas temu część prawicowych mediów (m.in. Fronda i Gość Niedzielny) pochyliła się nad raportem z badań, dotyczących zjawiska przemocy, przeprowadzonych przez Agencję Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Pochyliła się z wybiórczością godną reżysera PRL-owskiej „Polskiej Kroniki Filmowej”. Tzn. publicyści przejrzeli raport – powyciągali z niego procenty, które im się spodobały i ogłosili „Polska jest znacznie lepsza od innych krajów UE, a to za sprawą chrześcijaństwa!” W niniejszym tekście odniosę się do artykułu z internetowej wersji „Gościa Niedzielnego” (w teorii to to samo co Fronda, w praktyce – piszący na GN również są nieukami, ale przynajmniej nie bełkoczą [casus Frondy pokazuje, że można bełkotać pisząc]).

Co ksiądz (a jakże), analizujący raport, miał do powiedzenia na jego temat? (Pozwolę sobie przytoczyć spory fragment tekstu)

Okazuje się, że polski model rodziny, w dużej mierze ukształtowany przez Kościół, choć mocno już nadszarpnięty, ciągle jednak przynosi stosunkowo dobre owoce. Najwięcej kobiet doznało przemocy seksualnej i fizycznej w Danii – aż 52 proc. Na kolejnych miejscach są: Finlandia – 47 proc., Szwecja – 46 proc., Holandia – 45 proc. i Francja – 44 proc. W Polsce ten wskaźnik wynosi 19 proc. (przy średniej europejskiej na poziomie 33 proc.). Też dużo, ale jednak jest on niemal trzykrotnie niższy niż w Danii. Dane pochodzą z raportu unijnej Agencji Praw Podstawowych

Również inne negatywne zjawiska, jak wynika z raportu, występują w Polsce znacznie rzadziej. Molestowanie seksualne kobiet powyżej 15. roku życia dotyka 32 proc. populacji, podczas gdy w Szwecji aż 80 proc., a w Danii 81 proc. Nie da się ukryć, że różnica jest spora. Aż 86 proc. Polek zadeklarowało, że nigdy nie odczuwało lęku przed przemocą, tymczasem w krajach skandynawskich strach z tego powodu odczuwa co trzecia kobieta

Zaprezentowane wyniki nie dziwią mnie ani trochę. Chrześcijańskiej kultury i wartości jest jeszcze u nas sporo. Choć systematycznie nadgryzane, ciągle trzymają się w miarę dobrze. W Danii zwrotu „chrześcijańskie wartości” zapewne nie mają nawet w słowniku. A to one najlepiej chronią przed przemocą. Nie konwencji przemocowej nam trzeba, ale Boga. Jeżeli ktoś uważa inaczej, jest naiwny.”


Podsumujmy. Kraje skandynawskie (oraz inne „laickie”) przypominają dżunglę dlatego, że nie są chrześcijańskie. W Polsce kobietom żyje się dobrze, bo chrześcijańska kultura wartości chroni je przed przemocą/molestowaniem seksualnym etc.! Ksiądz napisał wprost – im więcej boga (im bardziej katolicki kraj), tym bezpieczniej mogą się w nim czuć kobiety. Zapewne niebawem podobne „analizy” zafundują nam „niepokorni”, komentując debatę dotyczące ratyfikacji Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

A jak jest w rzeczywistości? Nietrudno się domyślić, że „nieco inaczej”. Cały problem w polemizowaniu z tego rodzaju wypowiedziami polega na tym, że ludzie pokroju ks. Marka Gancarczyka losowo dobierają sobie jakieś procenty, które im akurat pasują i trzeba ich potem (procentów, nie księży) szukać samemu. Jeśli dokument jest krótki, problemu nie ma, jeśli zaś dokument ma 198 stron (tak jak pełen raport), trzeba się uzbroić w cierpliwość. Uzbroiłem się w tąż cierpliwość i przebrnąłem przez raport. Zanim przejdę do tegoż raportu – dwa spostrzeżenia poczynię. Primo – odnoszę wrażenie, że coś jest mocno „nie tak” z metodologią badań. Secundo - ksiądz tak bardzo się (za przeproszeniem) podniecił polskimi procentami, że zupełnie zignorował maltańskie, a to przecież jest najbardziej katolicki kraj w Europie (zaraz po Watykanie). Czemu ksiądz nic o Malcie nie napisał? Bo „procenty” maltańskie nie pozostawiają złudzeń – katolicyzm wcale nie poprawia sytuacji kobiet. No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, „nie uprzedzajmy faktów”.

86% Polek nie obawia się przemocy


Owszem, w wynikach badań stoi, że 86% Polek (i 80% Maltanek, średnia UE – 79%) nie obawiało się tego, że padną ofiarą przemocy/molestowania seksualnego. Tylko że ksiądz pominął pewien dość istotny szczegół. A mianowicie to, że owe procenty odnosiły się do okresu 12 miesięcy przed badaniem. Ksiądz napisał „nigdy” - co jest moim zdaniem najzwyklejszym w świecie kłamstwem. Aczkolwiek pies trącał księdza (może być i pies Pański) i jego „lapsus językowy”. Problem z rzeczonymi procentami polega na tym, że jeśli zestawi się je z resztą tabel, to okazuje się, że coś jest mocno nie w porządku. Popatrzmy na inne rezultaty.

Kobiety, które w ciągu 12 miesięcy przed przeprowadzonymi badaniami unikały konkretnych sytuacji/miejsc, ze strachu przed napaścią/molestowaniem seksualnym (w oryginale jest „sexually assaulted”)

15% Polek starało się unikać takich sytuacji przez cały czas. (Malta 14%)
24% Polek unikało ich od czasu do czasu. (Malta 42%)

(Średnia UE 18%/35%)

Unikanie miejsc/sytuacji publicznych/prywatnych ze strachu przed napaścią/molestowaniem seksualnym (w oryg. „sexually assaulted)

32% Polek unika miejsc/sytuacji publicznych (średnia UE 46%) Malta 47%
31% Polek unika miejsc/sytuacji „prywatnych” (średnia UE 31%) Malta 32%

Tych procentów nie powinno się sumować, bo kobieta, unikająca niebezpieczeństwa w miejscu publicznym, może również unikać go w relacjach prywatnych.

Molestowanie seksualne (od momentu ukończenia 15 roku życia, do momentu, w którym przeprowadzano badania)

Wszystkie kobiety/kobiety z wyższym wykształceniem
Polska 32%/40%
Malta 50%/69%
Średnia UE 55%/69%

Respondentki zapytano o to, jak często, ich zdaniem, kobieta może paść ofiarą przemocy

„bardzo często” „często” „nieczęsto” „rzadko” „nie wiem”
Polska 16% 45% 25% 4% 9%
Malta 33% 56% 8% - 3%
UE(śr) 27% 51% 16% 1% 5%

86% Polek nie obawiała się tego, że mogą być ofiarami napaści Jednocześnie 39% Polek unikało sytuacji, które mogłyby je narazić na napaść. Wniosek z tego prosty – 25% Polek unika sytuacji, które mogłyby je narazić na niebezpieczeństwo, a mimo tego nie boi się napaści. Po cholerę w takim razie unikają tych sytuacji? Ktoś może powiedzieć „unikają tego świadomie, ale się nie boją!”, tylko że to bezsens jest. No chyba, że polskie kobiety są jak saperzy, którzy rozbrajając ładunki wybuchowe, są świadomi tego, że mogą zginąć, ale się tego nie boją.

86% Polek nie obawiało się tego, że mogą zostać ofiarami napaści, jednocześnie zdaniem 61% Polek przemoc względem kobiet jest zjawiskiem częstym. Innymi słowy, 47% Polek uważa, że przemoc względem kobiet jest zjawiskiem częstym, ale się jej nie obawia. Czemu? Zapewne casus sapera się powtarza. Być może Polkom przemoc już tak spowszedniała, że nie robi na nich wrażenia? (Uwaga natury ogólnej – podobne różnice występują w przypadku innych krajów, ale ja skupiłem się na Polsce.)

Wysoki odsetek respondentek, twierdzących, że przemoc względem kobiet jest zjawiskiem częstym, tłumaczono w raporcie tym, że media często donoszą o takich zjawiskach. Tylko że to nadal nie tłumaczy rozbieżności pomiędzy odsetkiem kobiet, które twierdzą, że przemoc jest zjawiskiem częstym, a odsetkiem kobiet, które się tej przemocy obawiają. Gdyby ksiądz Gancarczyk naprawdę przejmował się losem kobiet, zwróciłby uwagę na te rozbieżności, zamiast skupiać się na tych liczbach, które akurat pasowały mu do tezy „chrześcijaństwo jest osom!”. Skoro zaś jesteśmy przy chrześcijaństwie, popatrzmy na to, jak wygląda sytuacja kobiet w kraju, w którym jest „więcej boga”, czyli na Malcie. 56% Maltanek unika sytuacji, które mogą narazić je na napaść/molestowanie seksualne. 50% Maltanek (69% z wykształceniem wyższym) padło ofiarą molestowania seksualnego (32% Polek) od czasu ukończenia 15 roku życia. 89% Maltanek uważa, że przemoc względem kobiet jest zjawiskiem częstym. Istny raj dla kobiet.

W Polsce molestowania seksualnego nie ma!

Największym kłamstwem polskiego Kościoła i prawicy konserwatywnej (której przedstawiciele są dla polskiego kościoła rodzajem dronów) jest utrzymywanie, że w Polsce przemocy wobec kobiet nie ma. Nie ma też molestowania seksualnego, a nawet jeśli jest, to „na zgniłym zachodzie jest go więcej”. Za kilka lat sterowani przez kościół prawicowcy będą mówili o tym, że „molestowanie seksualne przyszło do Polski wraz ze zgniłym imperializmem zachodnim”. Nie bez przyczyny nawiązuję do retoryki PRL-owskiej, bowiem to, w jaki sposób w Polsce przez długi czas podchodziło się do molestowania przypomina to, w jaki sposób ZSRR podchodził do problemu seryjnych morderców. Otóż w ZSRR nie było seryjnych morderców, bo seryjni mordercy byli „wynalazkiem” imperialistów, toteż kraj rad siłą rzeczy musiał być od nich wolny. Dzięki takiemu podejściu Andriej Czikatiło, przez nikogo nie niepokojony, zamordował ponad 50 osób (ostatecznie oskarżono go o 36 zabójstw). To, że o czymś się nie mówiło, nie oznacza, że tego nie ma. Księża, którzy tłumaczą, że „w krajach skandynawskich kobiety częściej padają ofiarami molestowania seksualnego” są albo nierozgarnięci, albo kłamią - innego wyjścia nie ma.

Nikt mi nie wmówi, że w kraju, w którym klepnięcie w tyłek obcej kobiety jest traktowane jako komplement, problem molestowania seksualnego nie istnieje. Ok, czasem nie traktuje się tego jako „komplement”, ale obrońcy molestujących twierdzą, że to tylko taki wygłup/żart. Każdemu z takich ludzi polecam eksperyment – podejście na ulicy do obcego mężczyzny i klepnięcie go w tyłek. Życzę powodzenia w tłumaczeniu, że „to przecież tylko żart” i że „to nie miało podtekstu seksualnego”. W Polsce dominuje retoryka, która wygładza przypadki molestowania. Retoryka ta ma ogromny wpływ na społeczeństwo. Dla Skandynawki klepnięcie w tyłek przez obcego mężczyznę jest przejawem molestowania seksualnego, dla większości Polek owo klepnięcie zamyka się w kategorii „chamstwo”.

Po zapoznaniu się z PRL-owską propagandą kościelnych agitatorów (skoro prawicy wolno używać takiej retoryki, to mnie, lewakowi, tym bardziej), nietrudno domyślić się przyczyn świętej wojny, którą Kościół wypowiedział Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Purpuraci doskonale wiedzą co się stanie, gdy Polki będą bardziej świadome tego, czym jest molestowanie seksualne i jak reagować na to molestowanie. Chodzi o najzwyklejsze w świecie Public Relations. Polska jest drugim najbardziej katolickim krajem w Europie (po Malcie). Teraz pomyślmy, co się stanie z wizerunkiem Kościoła, gdy okaże się, że przedmurze chrześcijaństwa ma gigantyczny problem z molestowaniem seksualnym kobiet? Bredniami o genderze (edukacji seksualnej/etc.) się tego nie przykryje (choć Kościół i jego drony dzielnie próbują). Toteż Kościół zwalcza konwencję antyprzemocową, z uporem godnym lepszej sprawy. A że przy okazji cierpią kobiety? Zachowanie Jarosława Gowina pokazuje, że dla niektórych ludzi od krzyku bitych kobiet ważniejszy jest „krzyk zamrażanych zarodków”.

http://gosc.pl/doc/2142924.Bez-niespodzianki 

środa, 29 stycznia 2014

Czy prawicowi konserwatyści lubią bić kobiety?

Od pewnego czasu przez prawicowo-konserwatywną część sceny politycznej i publicystycznej przewala się fala histerii związanej z osławioną już „Konwencją o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”. Jeśli się tej histerii przyjrzeć nieco dokładniej, można ustalić dwa prawdopodobne jej źródła. Przyczyna pierwsza – prawicowi konserwatyści uwielbiają stosować przemoc wobec kobiet i nie wyobrażają sobie życia w kraju, w którym ktoś im tego zabrania. Przyczyna druga – prawicowi konserwatyści albo nie potrafią czytać ze zrozumieniem (i nie zrozumieli treści konwencji), albo też nie chcieli się zniżać do tego, aby ten tekst przeczytać – bo oni i tak „wiedzą lepiej”, co tam zostało napisane (albo bazują na tym, co napiszą prawicowe media). Innej możliwości nie ma.

Jeszcze do niedawna konwencję krytykowano za to, że jest „antykościelna” i że „atakuje religię”. Ponieważ jestem upierdliwy z natury, znalazłem ową konwencję (w języku polskim) i przeczytałem ją od deski do deski. I owszem – o religii można przeczytać:

Strony gwarantują, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja czy tzw. „honor" nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy objętych zakresem niniejszej Konwencji.”

Okazuje się, że w myśl logiki naszych rodzimych prawicowych konserwatystów (oraz przedstawicieli Kościoła), walka z usprawiedliwianiem aktów przemocy względami religijnymi jest walką z samą religią. Nikt, kto posiadł umiejętność czytania ze zrozumieniem, nie wyciągnąłby z treści konwencji wniosków, które wyciągnęli jej krytycy. Innymi słowy - prawica albo tej konwencji nie zrozumiała, albo się z nią nie zapoznała. Czyżby przypadłość zwana TLDR („too long didnt read” – „za długie nie przeczytałem”) dopadła naszą prawicę? Dziennikarze „niepokorni” mogą dzięki temu mówić o sobie „jesteśmy tak bardzo niepokorni, że nie interesują nas nawet fakty!”

Nie odgrzewałbym tego kotleta, gdyby nie zrobili tego za mnie prawicowcy. Szperając po Twitterze w poszukiwaniu materiałów do grafik, natrafiłem na taką wypowiedź Łukasza Warzechy (Ł.W. To typowy przedstawiciel „niepokornych”):

Czy my naprawdę musimy podpisywać każdą durnotę, którą wymyślą sobie lewaccy dżenderysto-elgiebetyści?”

Do wypowiedzi dołączony był link. Ponieważ z samego tweeta wynikało jedynie tyle, że Warzecha lubi słowotwórstwo – kliknąłem w link. W ten oto sposób trafiłem na artykuł z „Rzeczypospolitej” pt. „Gender-konwencja już dzieli rząd, a podzieli Sejm”. Domyśliłem się, że chodzi o ową znienawidzoną przez prawicę konwencję. Artykuł przeczytałem i z tego miejsca chciałbym szczerze pogratulować redaktorom „Rzeczypospolitej”. Czego pogratulować? Wyznawców. Bo tylko faktem posiadania wyznawców można wytłumaczyć to, że Rzepa manipuluje treścią konwencji i nikt z jej czytelników nawet tego nie dostrzega.

Konwencja posługuje się pojęciem „płci społeczno-kulturowej" i nakłada na państwo obowiązek „wykorzenienia" stereotypów płciowych. Dlatego kłótnia w rządzie towarzyszyła już jej podpisaniu. Sprzeciwiali się m.in. minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz i ówczesny szef resortu sprawiedliwości Jarosław Gowin.”

Reasumując – konwencja to gender (bo płeć społeczno-kulturowa) i dlatego Gowin (najgłośniej) się jej sprzeciwiał:

Ta konwencja zobowiązuje do walki ze stereotypowymi rolami kobiet i mężczyzn np. dotyczącymi macierzyństwa i małżeństwa. Polskie państwo byłoby zobowiązane do zwalczania tych wartości (…)Konwencja zawiera postulat walki z przemocą wobec kobiet, ale równocześnie, z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego ta konwencja zawiera treści sprzeczne z modelem życia ogromnej większości Polaków.*

*Do tego fragmentu wrócimy za moment.

To, co napisano w Rzepie (czyli - co powiedział swego czasu Gowin, bo jak się dalej okaże, na jego wypowiedzi się opiera cały ten fragment artykułu), dla konserwatywnego odbiorcy (i kontestatora UE) brzmi jak gigantyczna syrena alarmowa. No, bo jakieś durne unijne urzędniki, co to mierzą jajka i marchewki, będą nam się tu wpieprzać do Polski i nam mówić co mamy robić? A dajcie nam żyć po swojemu! Odbiorcę niekonserwatywnego tego rodzaju wypowiedź skłania do pogrzebania w źródłach – tak też uczyniłem. Wypowiedź Gowina odnosi się, jak mniemam, do tego fragmentu konwencji:

Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn.”

Co ciekawe, ani Gowin ani Rzepa nie zacytowali tego akapitu. Zacytowano jedynie „fragment fragmentu”, który w opinii wielu ludzi potwierdza to, że owa konwencja jest niczym więcej jak atakiem na tradycyjny model rodziny. Co prawda, takie uproszczenie zupełnie pomija kwestie takie, jak „uprzedzenia oparte na idei niższości kobiet”, ale komu by się tam chciało w szczegóły zagłębiać.

Tym, co zupełnie umknęło konserwatystom, jest jeden drobny szczegół. Jest nim to, że ów akapit znajduje się zaraz pod rozdziałem III, który ma tytuł PROFILAKTYKA. Jeśli człowiek nie ma problemów z czytaniem ze zrozumieniem (ja naprawdę nie lubię używać tego argumentu – tzn. „czytaj ze zrozumieniem” - ale czasem się po prostu nie da), to bez problemu zrozumie, że owo wykorzenianie dotyczy nie tyle walki z „tradycyjnym modelem rodziny”, co z aktami przemocy, które są usprawiedliwiane tradycjami, zwyczajami etc. Nie jest to więc „walka z tradycyjnym modelem rodziny” tylko walka z patologiami, które czasami są usprawiedliwiane „tradycjami”.

Powróćmy na moment do tego, co powiedział Gowin - „ta konwencja zawiera treści sprzeczne z modelem życia ogromnej większości Polaków.” Czyżby Jarosław Gowin sugerował, że ogromna większość Polaków uwielbia przemoc domową? Śmiem w to wątpić. Załamujące jest to, że krytyka tej konwencji opiera się głównie na jakichś fantasmagoriach prawicowych i na „wariacjach na temat”. Czy tak trudno jest siąść nad 48 stronicowym dokumentem i przeczytać go ZANIM się zacznie strzępić mordę? Przecież w kontekście treści tej konwencji całe to gadanie o „walce z religią i tradycyjnym modelem rodziny” to najzwyklejszy w świecie bełkot albo prymitywna manipulacja i liczenie na to, że ktoś „uwierzy na słowo”. Sądząc po tym, jak przebiegają internetowe dyskusje na temat tej konwencji, sporo ludzi „wierzy na słowo”. Ci sami ludzie są potem bardzo zdziwieni, jak się im cytuje konkretne fragmenty konwencji (tzn są zdziwieni tym, że w konwencji nie ma tego, o czym pisali prawicowi publicyści).

Na sam koniec powróćmy do pytania będącego tytułem niniejszego tekstu. Czy ci ludzie naprawdę tak bardzo lubią przemoc, że zrobią wszystko, byle tylko nikt im tej „radości życia nie odebrał”? Czy może chodzi o to, że na samym początku całej tej zawieruchy dali się zbajerować Gowinowi? Posłuchali tego, co on ma do powiedzenia na temat konwencji, sami jej nie przeczytali, a teraz głupio jest im się do tego przyznać, więc „brną” coraz bardziej w tych swoich wywodach? Co prawda, wygląda to nieco głupio, bo argumentują na zasadzie „nie mam pojęcia co jest w tej konwencji, ale nie będę jej czytał bo wiem, że mam rację” - ale kimże ja jestem, żeby oceniać prawicowych-konserwatystów?

Źródła:



niedziela, 5 stycznia 2014

Costanza Miriano, czyli kafar konserwatystów

Ze zjawiskiem w osobie Costanzy Miriano zetknąłem się przeglądając mój ulubiony portal – fronda.pl. Zaintrygował mnie już sam tytuł tekstu Tomasza Terlikowskiego: „Costanza Miriano, czyli młot na feministki i wykastrowanych mentalnie facetów”. Kimże jest ów młot? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Wiem jedynie, że ów młot (młocica?) jest autorem co najmniej dwóch książek, którymi Tomasz Terlikowski się zachwycił. Co prawda styczności z tymi książkami nie miałem, ale cytowane przez T.T. Fragmenty wystarczą do tego, aby nieco zmienić tytuł artykułu T.T na ten, który jest tytułem niniejszego tekstu. Aby nie przedłużać, zacytujmy T.T.

Teraz już rozumiem, dlaczego feministki palą jej książki i domagają się ich wycofania z obiegu. Costanza Miriano jest po prostu młotem na współczesne czarownice, bo skutecznie przypomina o naturze człowieka.”

Choć wpojono mi szacunek dla słowa drukowanego, to po przeczytaniu kilku mądrości, które zacytował redaktor Terlikowski, nie miałbym nic przeciwko temu, aby cały nakład tych książek został natychmiastowo spalony. Insza inszość to fakt, że odwoływanie się do „Młota na czarownice” dobitnie świadczy o ponadprzeciętnej ignorancji historycznej Tomasza T. Autorów Malleus Maleficarum w dzisiejszych czasach określono by pewnie mianem psychopatycznych sadystów, którzy napisali książkę tylko po to, żeby inni sadyści mogli w świetle prawa torturować kobiety (ale to wina kobiet była – bo to czarownice!). Brawo panie Tomaszu.

Warto jednak zatrzymać się nad wizją świata, którą prezentuje Miriano. Otóż nie ma ona wątpliwości, że Pawłowe słowa o tym, że kobieta powinna być poddana mężowi, są... po prostu prawdziwe, a jeśli kobieta chce być szczęśliwa, to powinna się im i swojemu mężowi podporządkować.”


I w tym momencie już wiadomo, z czym mamy do czynienia. Kobieta nie będzie szczęśliwa – no chyba, że się podporządkuje mężowi. Jeśli kobiecie wydaje się, że jest szczęśliwa, to pewnie się jej tylko wydaje. Jeśli dodatkowo myśli, że może być szczęśliwa bez męża, to pewnie powinna się leczyć.

Tak, wiem, że to brzmi jak seksizm, ale to nie jest moja opinia, a opinia włoskiej pisarki, która potrafi ją świetnie, z poczuciem humoru, uzasadnić.”

Powalający argument: „skoro napisała to kobieta, to nie może być seksizm”.

Ma ona także odwagę, by jasno powiedzieć, że owszem kobiety są w stanie dorównać mężczyznom w męskich zajęciach, ale cena tego dorównania jest gigantyczna. „Jak wiele czasu i energii trzeba odebrać mężczyźnie i dzieciom, by dojść tak daleko? Jak wiele niań będzie osuszało łzy, które powinnyśmy ukoić my?”

Szczególnie mnie urzekł fragment o odbieraniu „czasu i energii mężczyźnie”. Zastanawiam się nad tym, ile czasu i energii odebrała swojemu mężowi autorka, próbując dorównać pisarzom męskim (bo chyba żaden konserwatysta nie ma złudzeń co do tego, że pisanie to „męskie zajęcie”)? Ile łez musiały jej dzieciom osuszyć nianie?

A w innym miejscu swojej książki formuje wprost tezę, że za kryzys naszej cywilizacji odpowiada właśnie to, że kobiety zaczęły masowo pracować zawodowo.”

Za plamy na słońcu również odpowiadają kobiety (i za radykalny feminizm, który z kolei jest odpowiedzialny za „zatrudnianie kobiet”!).

W żadnej z mądrych analiz, które czytałam nie łączono nigdy obecnych problemów wychowawczych z faktem, że kobiety masowo wkroczyły na rynek pracy, tak jakby zbieg tych dwóch zjawisk nikomu nie dał do myślenia.”

Problemy wychowawcze to mały pikuś. Warto sobie przypomnieć to, ile wojen wybuchało przez fakt, że kobiety poszły do pracy. Przecież w czasach, w których kobiety zajmowały się ogniskiem domowym, w Europie (co tam Europa! Na całym świecie!) nie było ani jednej maluteńkiej wojeneczki.

Miriano zdecydowanie odrzuca także ideę, że jesteśmy tacy sami i tak samo stworzeni do kariery zawodowej albo, że jesteśmy w stanie się zrozumieć.”

XXI wiek, proszę państwa...

Mężczyźni i kobiety mówią różnymi językami, ponieważ muszą stać się matkami i ojcami. Język kobiet służy do tego, by uczynić kobietę zdolną do tego zostania matką. Ona jest zaprogramowana do obsługi dzieci, również maleńkich, dlatego też jest uczuciowa, działa w oparciu o analogie, symbole, intuicję. Ma w sobie wewnętrzny niezwykle czuły radar, którego nie może nie używać. (…)”

Kobieta jest zaprogramowana do obsługi dzieci. To jest tekst tak dobry, że już niedługo Fronda zacznie koszulki z tym cytatem sprzedawać. Jak mniemam, kobieta jest również zaprogramowana do obsługi męża. A jak się będzie temu sprzeciwiać, to pewnie można jakiś „twardy reset” zrobić. W kwestii zaś czułego radaru, którego kobieta nie może nie używać – ciekawym, czy lektura książki pt. „Piękna Bestia - Zbrodnie SS Aufseherin Irmy Grese” nie skłoniłaby pani Miriano do rewizji poglądów.

Mężczyzna przeciwnie, jest pozbawiony tego radaru. Często więc, aby coś zrozumiał, trzeba posłużyć się rysunkiem. Albo tabliczką z napisem.”

A na takiej tabliczce napis: „Debilu, jeśli dziecko płacze – przewiń”.

Miriano formułuje apel do innych kobiet: „dziewczyny, mężczyzny nie należy interpretować! Mówi dokładnie to, co ma na myśli, ani sylaby więcej czy mniej. Jeśli próbujecie go interpretować, obrażacie go, okropnie go denerwujecie, irytujecie” - podkreśla.”

Wiadomo, że mężczyzny nie wolno denerwować, bo jak się odwinie, to żebyście potem nie miały pretensji do niego!

Bełkotanie o tym, że mężczyźni nie mogą się dogadać z kobietami (i na odwrót), jest w mojej opinii efektem lenistwa. Takie stanowisko jest bowiem bardzo wygodne. No, nie da się dogadać i tyle. A jak się nie da, to lepiej nie próbować nawet (bo po co tracić czas). Poza tym – co kobiecie po interpretowaniu mężczyzny, skoro ma mu być poddana (bo jak nie, to szczęśliwa nie będzie)?

A jeśli komuś jeszcze za mało politycznie niepoprawnych uwag, to warto sięgnąć po apele do kobiet, by nie zmuszały mężczyzn do sprzątania, i by nieustannie nie przypominały one, że robią oni to gorzej od kobiet (choć to święta prawda).”

Jeśli ktoś ma marchwiane łapy, to będzie źle sprzątał niezależnie od tego, czy ma pochwę, czy też penisa (Wredna Mała Białorusinka mieszkała w składzie akademikowym z 3 dziewojami, które nie dość, że robiły burdel [w sensie, że bałagan] straszliwy, to jeszcze nie potrafiły tego posprzątać w ogóle – sterty brudnych, niedomytych garów w zlewie to była norma).

Mężczyzna bowiem, przypomina pisarka, tak już ma. „Mogę sobie bez problemu wyobrazić, że są mężczyźni, którzy zajmują się w domu wszystkim, nieco trudniej mi uwierzyć, że robią to z przyjemnością, (…)”

Za to kobiety uwielbiają sprzątać/prać/prasować/czyścić kible/etc. Zapewne są osoby, które lubią sprzątać, ale większość ludzi robi to, bo po prostu trzeba.

(...) z radością przyglądając się błyszczącemu, uporządkowanemu i uroczemu salonowi, upiększonemu kwiatami i zapaloną świecą, chyba, że mają jakieś zaburzenia.”

Innymi słowy – jeśli jesteś mężczyzną i lubisz porządek, to powinieneś się przebadać, bo pewnie coś z Tobą nie tak. Gdyby pani Miriano była Polką, zapytałbym ją o to, czy jej zdaniem mężczyźni, którzy woskują i pucują na połysk swoje 4 kółka też mają jakieś zaburzenia, czy też to już nie zalicza się do „sprzątania”?

W kwestii zaś samego umiłowania do pachnącego salonu – przykładowo ja nie przepadam za widokiem obsranej (w przenośni) łazienki, ale w pokoju moim bardzo łatwo się o coś potknąć (może inaczej – trudno znaleźć fragment podłogi, na którym aktualnie coś nie leży).

Mężczyźni, których znam, zostawieni sami sobie, żyliby jak zwierzęta.”

Gratuluję znajomości. Nawiasem mówiąc – interesująca argumentacja. Sprzątanie dla kobiety to nie tylko przyjemność, ale też obowiązek. Bo przecież trzeba zadbać o mężczyznę (żeby nie żył jak zwierzę!). Naturalnie – trzeba też zadbać o dzieci, bo niemalże-zwierzę-mężczyzna tego przecież nie zrobi.

Mocno brzmią też wskazówki Miriano odnoszące się do miłości. Ona jasno wskazuje, że miłość nie ma nic wspólnego z zakochaniem, czy odnalezieniem odpowiedniej osoby. Nikt odpowiedni nie istnieje.”

No to jak tu się żenić (wychodzić za mąż) i mieć mnóstwo dzieci, skoro nikt odpowiedni nie istnieje??

A dokładniej osobą dla nas odpowiednią, stworzoną jest ta, z którą zawarliśmy małżeństwo. Bóg przez łaskę sakramentu daje nam siłę, by trwać właśnie w tym związku, a naszym zadaniem jest dać wolę i zaangażowanie, by był on jak najlepszy. Przekonanie, że gdzieś na świecie istnieje idealny partner jest gigantyczną głupotą.”

A-ha. Czyli jednak możemy się żenić (wychodzić za mąż) i mieć dzieci. Z kim? Z kimkolwiek. Nasze osobiste preferencje nie mają najmniejszego znaczenia – skoro nie ma „idealnego” partnera, to znaczy, że nie ma po co czekać (bo się tylko komórki jajowe i plemniki marnują).

Nie będę cytował więcej. Tyle wystarczy, by pokazać smak tej znakomitej książki. I zrozumieć, że trzeba ją przeczytać.”

O tak. Tyle wystarczy, by pokazać, że książka ta (albo książki – T.T. nie napisał, czy cytaty pochodzą z jednej, czy też z dwóch książek) jest mniej więcej tak prokobieca, jak oryginalny „Młot na czarownice”.

Te książki napisane przez kobietę to spełnienie mokrego snu konserwatysty. No, bo kobieta napisała, że mężczyzna nie potrafi sprzątać! Że nie potrafi się zajmować dziećmi! Że kobiety go nie rozumieją! Że nie dogada się z żoną, bo nie ma takiej możliwości. Że kobieta powinna mu być posłuszna, bo nie będzie szczęśliwa! Czego więcej mógłby konserwatysta oczekiwać od swojej żony prócz tego, żeby wyuczyła się tych książek na pamięć?

Swego czasu Grabaż (wokalista Pidżamy Porno) śpiewał: „Nie mylmy bzdur ze złem i fizjologii z seksem.”, ale zastanawiam się nad tym, czy bzdury zawarte w tych książkach i to bzdury, które są szkodliwe (bo autorka stara się wmówić kobietom, że ich największym nieszczęściem może być podejmowanie jakichkolwiek decyzji) należy traktować jak bzdury właśnie, czy też już jak zło?

Źródła:







sobota, 28 grudnia 2013

O tym, dlaczego żony konserwatystów nie powinny chorować

Jakiś czas temu (a raczej dawno temu, bo tekst przeleżał w czeluściach dysku kilka miesięcy) wybrałem się w podróż na prawą stronę internetu i już na samym początku podróży znalazłem perełkę. Perełkę, która bardzo wyraźnie ukazuje styl myślenia związany z poglądami konserwatywnymi. Tekst, w którym ową perełkę znalazłem, dotyczył uzależnień od gier. Autor artykułu opisuje pokrótce to, jak jego znajoma zmagała się z takim uzależnieniem. A konkretnie uzależnieniem od jednej gry – jakiejś mutacji farmville/farmeramy.

Mam znajomą, która tak się kiedyś zaangażowała w „farmy” (gra, w której rozwija się wirtualne gospodarstwo, a potem trzeba dbać o inwentarz, karmić świnie, doić krowy itd.), że niemal zapomniała o Bożym świecie.

Nie zamierzam się czepiać tego fragmentu. Ludzie są w stanie uzależnić się od wszystkiego.

Jak sama potem zeznała, funkcjonowała głównie przy komputerze. Mąż przynosił jej posiłki, które zjadała przed klawiaturą, nie przerywając transakcji i innych działań „gospodarskich”. Grała do późna w noc – a raczej do wczesnego świtu, gdy zaś sporadycznie dzwoniła do mnie, informowała, że nie ma na nic czasu, bo „nie może zostawiać zwierząt”

No, tu już bym się mógł przyczepić do tego, że o ile gry online (farmiville i inne) zmuszają użytkownika do tego, żeby o określonych godzinach logować się na serwer i wykonywać jakieś czynności (czy to „zebranie” zboża w Farmville, czy to wykonywanie jakichś misji w Mafia Wars, czy też odebranie flot w Ogame). Słowem kluczem jest tutaj jednak „o określonych godzinach”. Grając w JEDNĄ grę przeglądarkową na JEDNYM koncie – gracz nie musi nad tą grą siedzieć cały dzień. W większości przypadków takie ślęczenie byłoby bezsensowne, bo i tak trzeba „czekać”. Albo na to nieszczęsne zboże, albo na cokolwiek innego. No, ale to tylko takie moje czepialstwo.Są rzecz jasna przeglądarkowe gry MMORPG, (Massively multiplayer online role-playing game), nad którymi można ślęczeć dowolną ilość czasu, ale "symulator farmy" się do tego gatunku nie zalicza).

No i znajdowała też wymówkę „teologiczną” – że ona, przy okazji międzynarodowych kontaktów z innymi „farmerami”, porusza tematy religijne.  Później, bezsprzecznie pod wpływem łaski, zdobyła się na zerwanie z tym szaleństwem. Płacząc, pożegnała się ze zdziwionym farmerskim towarzystwem, i wróciła do rzeczywistości.

Nie neguję tego, że każdy uzależniony człek potrafi sobie zracjonalizować swoje uzależnienie. Tym niemniej ostatni akapit sugeruje, że owa kobieta była owszem uzależniona, tyle że nie od samej gry- a od ludzi, z którymi się kontaktowała. To mnie akurat nie dziwi – ludzie potrafili się swego czasu uzależniać od gadu-gadu, skype, icq i innych komunikatorów- aczkolwiek nie tyle uzależniał sam komunikator- co łatwy (i szybki) kontakt z innymi ludźmi.

I w tym momencie dochodzimy do rdzenia mojej notki. Silnie uzależniona od gier kobieta wyzwoliła się z nałogu i

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, to zapuszczone mieszkanie, wymagające potężnego sprzątania.

Warto w tym momencie przypomnieć, że owa kobieta ma męża, który jej jedzenie dostarczał. Gdyby to była kobieta mieszkająca samotnie – widok zapuszczonego mieszkania nie powinien dziwić, jednakże w przypadku osoby zamężnej, owo zapuszczone mieszkanie jest cokolwiek zastanawiające. Ja bardzo dobrze rozumiem, że w rodzinach konserwatywnych – podział obowiązków jest delikatnie rzecz ujmując sztywny – kobieta sprząta i zajmuje się domem – koniec kropka. A co jeśli kobieta nie może sprzątać? No jak to co? Jak już z powrotem będzie mogła – to będzie miała więcej sprzątania.

Skoro mąż donosił jej posiłki, to chyba zorientował się, że chyba się coś niedobrego dzieje. Nie zorientował się jednakże w tym, że mieszkanie trzeba co jakiś czas uprzątnąć? Czy też może konserwatywna duma w nim zagrała „ja tego sprzątać nie będę, bo to babskie zajęcie”? Może miał to (za przeproszeniem) w dupie? Znam osobiście ludzi, których abnegacja sprawiła, że malowali kuchnie kilkanaście lat (skrobiąc ściany od przypadku do przypadku), wyhodowali pleśń na naczyniach stojących w zlewie (było jej na tyle dużo, że wyłaziła z garnków) i tak dalej i tak dalej. Aczkolwiek coś mi mówi, że nie z abnegacją, a ze skrajnym konserwatyzmem tutaj do czynienia mamy. Choć nie ukrywam, że ten stopień abnegacji tłumaczyłby to, dlaczego kobieta się uzależniła od gier – przynajmniej w tym symulatorze farmy nikt syfu po sobie nie zostawiał.

Pytanie, które automatycznie mi się pojawia w głowie jest następujące. Co by było gdyby ta kobieta zamiast ślęczenia przy komputerze – była przez kilka miesięcy chora i nie mogła sprzątać? Nic poważnego – niechby były to problemy z kręgosłupem, nie mogła się schylać. Czy małżonek nadal nie wpadłby na to, że mieszkanie trzeba ogarnąć co jakiś czas? Że siedzenie przy komputerze to nie choroba? Skoro było to na tyle poważne, że trzeba było tej kobiecie dostarczać posiłki, traktowanie tego w kategoriach choroby – nie jest moim zdaniem przesadą.

Kolejna sprawa. Autor stwierdza, że ta kobieta sama z tego wyszła, wspomina co prawda, że uczyniła to „pod wpływem łaski”, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że mąż gdzieś znowu w tym wszystkim przepadł. Skoro mieszkanie było „potężnie” zapuszczone, to znaczy, że co najmniej miesiąc- dwa ten proces potrwał. Czy mąż tej kobiety naprawdę był tak bardzo zapracowany, że musiała „doświadczyć łaski”, żeby jakoś sobie dać radę z nałogiem? Maż się nie zorientował, że pasowałoby z małżonką porozmawiać, bo chyba nieco za dużo czasu spędza przed kompem?

Co się stało potem, jak się już owa kobieta napatrzyła na chlew, w który zamieniło się mieszkanie?

W następnej kolejności stwierdziła, że kompletnie zaniedbywała swojego męża.

No, tu już mamy konserwatyzm w pełnej krasie. Żona miała problemy (uzależnienie), mąż miał to w głębokim poważaniu (radośnie zamieniał mieszkanie w chlew) i nagle okazuje się, że to żona go zaniedbywała, aż strach pomyśleć co musiałoby się stać, aby autor uznał, że to mąż zaniedbywał żonę.

Każdy dzień przynosił kolejne odkrycia: modlitwa, kontakty z dziećmi, znajomi, zaangażowanie społeczne, lektura – wszystko wracało jak u człowieka, który wybudził się z letargu.

Na tym etapie tekstu, się nieco zawiesiłem. Przeczytałem to kilka razy i zadałem sobie pytanie – jakie dzieci do jasnej cholery? Autor ani słowem o nich nie wspomniał wcześniej. Skąd się tam nagle wzięły dzieci? Czy te dzieci mieszkały z tą rodziną? To dosyć istotne w kontekście tego, że kobieta była na tyle uzależniona, że mąż jej musiał posiłki dostarczać... No, ale zostawmy już te dzieci w spokoju, skoro autor nie uznał za stosowne wspomnieć o nich wcześniej, to widocznie nie odgrywały jakieś specjalnie istotnej roli w tym wszystkim.

Powróćmy do pytania będącego tematem notki. Dlaczego żony konserwatystów nie powinny chorować? Bo prócz siebie samych nie bardzo mają na kogo liczyć. Przykładowo – mąż konserwa może dla zasady nie sprzątać mieszkania, no bo przecież żona kiedyś wyzdrowieje i być może będzie od niego oczekiwała sprzątania również wtedy? To nie do pomyślenia...

Ja to jestem lewak i jako lewak uważam, że związek powinien się opierać na relacjach partnerskich. Nie oznacza to, że zamierzam zagonić Wredną Małą Białorusinkę do zmieniania opon w aucie i do „wnoszenia lodówki na 8 piętro” (swoją drogą z tą lodówką to już jakiś fetysz jest). Partnerskie relacje w moim mniemaniu nie wykluczają podziału obowiązków, ale sprawiają, że ten podział nie musi być sztywny. Takie sztywne podziały prowadzą do sytuacji, jak ta z cytowanego artykułu. Nawiasem mówiąc, gdyby mi ktoś coś takiego opowiedział (albo gdybym to wyczytał na jakiej krytyce politycznej) – nie uwierzyłbym i uznałbym to za bzdurę (w rodzaju „listów do redakcji”). Ale temu konkretnemu autorowi akurat wierzę. Bo kto jak kto, ale on – nie miał żadnych powodów po temu, żeby „oczerniać” konserwatystów w swoim tekście. Najprawdopodobniej autor uznał sytuacje, w której mężczyzna robi chlew w domu za coś naturalnego i nawet pożądanego. Być może potraktował on zasyfione mieszkanie jak koło ratunkowe, w którego to koła mogła się uchwycić tonąca w nałogu kobieta? Któż to może wiedzieć...

Źródło:

http://gosc.pl/doc/1683968.Dzieci-na-odwyk


piątek, 6 grudnia 2013

Święta wojna z "dżęderem"

O gender studies (albo, jak to niektórzy mędrcy u nas piszą, „o genderze”) jest ostatnio cholernie głośno – głównie za sprawą Kościoła katolickiego, który wypowiedział niemalże świętą wojnę „genderowi”. Co za tym idzie, cała masa usłużnych polityków i publicystów (głównie tych „niepokornych” i „niezależnych”) uczyniła to samo.

Wraz ze świętą wojną przeciwko „genderowi” przyszło ponadprzeciętne zainteresowanie mediów tym tematem. Rzecz jasna, media nie byłyby mediami, gdyby usiłowały nieco dokładniej pochylić się nad jakimś zagadnieniem. Liczy się jedynie to, że temat wojny Kościół vs Dżender generuje pokaźną liczbę wejść na stronę. Mało kto próbuje odpowiedzieć na bardzo proste pytanie: „dlaczego, do jasnej cholery, Kościół tak straszliwie zawziął się na gender studies?” Niniejszy tekst będzie próbą odpowiedzi na to pytanie.

Niektórzy komentatorzy (i politycy) twierdzą, że przyczyna, dla której Kościół pochylił się nad gender studies (to takie ugrzecznione „dlaczego zaczął szczuć ludzi na gender studies”) jest banalnie prosta. Kościół po prostu chce w ten sposób odwrócić uwagę społeczeństwa od przypadków pedofilii „kościelnej”. Na pierwszy rzut oka – wszystko się zgadza. Kościół znalazł się na celowniku mediów i jest tego świadom. Skoro zaś jest tego świadom, to będzie się starał za wszelką cenę z tego celownika zejść, najlepiej chowając się za „genderystami”. No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że po pierwszym rzucie oka przychodzi drugi. Nie za bardzo rozumiem, na jakiej zasadzie miałoby to działać. Zrzucić odpowiedzialności za pedofilię kościelną na gender się po prostu nie da (bo większości ludzi nie uda się do tego przekonać). Co prawda niektórzy katoliccy tytani intelektu usiłowali klarować, że pedofilia jest efektem „rewolucji seksualnej”. Tyle, że głosy te zostały olane (beton to rzecz jasna kupił, ale mało kto poza tym), bo pedofilia jest NIECO starsza od tejże rewolucji. Ten rodzaj perswazji na odbiorcę „masowego” nie zadziała. Bo gdyby to sprowadzić do najprostszej postaci, brzmiałoby to tak: „co prawda niektórzy księża gwałcą/molestują dzieci, ale patrzcie tam! To Gender! Bójcie się”.

Insza inszość to fakt, że media co jakiś czas piszą o problemie pedofilii w Kościele i nie jest to jakaś specjalna nowość. Mniej więcej od czasu proboszcza z Tylawy (2001) media co jakiś czas pisały o tym temacie. Pomysł, aby kilkanaście lat, w trakcie których media o tym donosiły, spróbować „przykryć” za pomocą „genderu”, jest lekko absurdalny. To się po prostu nie może udać (nawet w naszym kraju, przy uwzględnieni gigantycznej machiny propagandowej, jaką jest Kościół).

Prawica ma inne wyjaśnienie. Kościół walczy z genderem, bo broni moralności, tradycyjnej rodziny, kultury etc., etc. Tej argumentacji prawicowi publicyści będą się trzymać pazurami. Będą również pisać tysiące tekstów, zawierających dziesiątki tysięcy argumentów na potwierdzenie tej tezy. No i jeśli się przyjmie prawicową optykę – wszystko nabiera sensu. Owszem, Kościół walczy zajadle z „ideologią gender”, ale robi to dla dobra Polaków! Jest tylko jeden malutki problem. Trochę się to wszystko nie trzyma kupy. Ale jak to mawiał Bogusław Wołoszański - nie uprzedzajmy faktów.

Nie wiem, kiedy dokładnie się pojawiły w Polsce gender studies, ale jakem zaczynał moją przygodę z kierunkiem o nazwie „socjologia”, były już obecne. Zdaje się, że można było nawet wybrać specjalizację z tego przedmiotu. Innymi słowy – GS musiały być obecne na socjologii (UJ) co najmniej od kilku lat (choćby dlatego, że kursów się musiała zebrać odpowiednia ilość). Pierwsze zajęcia z gender studies odbywały się gdzieś tak pod koniec lat 90 i z tego, co mi się udało dowiedzieć, miały formę jakichś prelekcji (w każdym razie nie były to kursy akademickie). Być może się mylę, ale z internetów nie byłem się w stanie wywiedzieć czegoś bardziej konkretnego.

Wiem, że dla niektórych czytelników poprzedni akapit mógł być szokujący. No jakże to? Straszliwa ideologia gender w Polsce już od kilkunastu lat jest obecna i nikt nic z tym nie zrobił? Nikt nie chciał bronić naszej polskiej kultury (tradycyjnej rodziny, moralności etc.)? Przez naście lat byliśmy (jako naród) narażeni na niszczycielską moc „genderu” i nikt nawet palcem nie kiwnął w naszej obronie? Jakże to tak? Rzecz jasna, wiadomości dotyczące gender studies pojawiały się po „prawej stronie” już wcześniej. Tylko, że wtedy pisano o tym jako o jakiejś śmiesznostce (wszak prawicowe konserwy lubią sobie dworować z feminizmu). Teraz zaś wypowiedzi tych samych ludzi mają, delikatnie rzecz ujmując, cholernie alarmistyczny wydźwięk. Wygląda to tak, jakby gender studies przez kilkanaście lat były powodem do prawicowych kpin, a po tych kilkunastu latach „nagle” prawica się zorientowała, że „gender jest bardzo, bardzo groźny”. Coś takiego sugerowałoby ponadprzeciętną tępotę prawicowych publicystów. Jeśli oni sami się z taką interpretacją zgadzają – to ja nie zamierzam się z nimi kłócić. To samo tyczy się Kościoła, który po kilkunastu latach obecności gender studies w Polsce „nagle się zorientował”, że to coś bardzo groźnego. Sensu w tym, musicie przyznać, raczej niewiele.

O co więc tak naprawdę chodzi? Moim zdaniem o to, że Kościół potrzebuje wroga. Jeden z wykładowców „od genderu” wypowiadał się w podobnym tonie. W jego wypowiedzi zabrakło jednakże próby ustalenia przyczyn tego stanu. A przyczyna jest prosta – problemy Kościoła. Jeśli w tym momencie ktoś powie „ha! A więc jednak chodzi o pedofilię!” - nie będzie miał racji. Pedofilia jest akurat najmniejszym z problemów Kościoła. Największym jest problem „demograficzny” - Kościołowi ubywa wiernych. Coraz mniej ludzi utożsamia się z nim z przyczyn „ideowych”. W większości przypadków jest to po prostu przywiązanie do tradycji. Purpuraci są tego świadomi i chcieliby ten stan rzeczy jakoś zmienić. Mają już w końcu swoje lata i czasy PRL pamiętają bardzo dobrze. Gdybyśmy popatrzyli na sytuację Kościoła przez pryzmat zaangażowania wiernych – PRL był dla Kościoła najlepszym czasem. Ludzie popierali Kościół wbrew „odgórnym” zaleceniom, wbrew władzy i wbrew „modzie” (narzuconej nam przez bratni naród zza Buga). Ludzie popierali więc Kościół z przyczyn ideowych. Ujmując rzecz innymi słowy – ludzie popierali Kościół bo chcieli. Dla wielu był to jedyny sposób, w który mogli się buntować przeciwko władzy.

Purpuraci doskonale to wszystko pamiętają. I wydaje mi się, że tutaj właśnie leży pies pogrzebany. Uznali, że to „stan zagrożenia” sprawił, że za PRL ludzie popierali Kościół z przyczyn ideowych (czasem sporo ryzykując). Trzeba więc ów stan zagrożenia przywrócić, a Polacy znowu gremialnie zaczną popierać Kościół. A nawet, jeśli liczba wiernych nie zacznie rosnąć, to może chociaż uda się powstrzymać ich odpływ. Wrogów trzeba sobie dobierać z rozmysłem. Najlepiej wybrać takiego, o którym mało kto słyszał, a nawet jeśli, to wie o nim niewiele. Bo jak wie niewiele, to można mu „pomóc” uzupełnić wiedzę, wtłaczając do głowy jakieś idiotyzmy. Feministki się na „wroga” nie nadawały. No, bo niby można straszyć Polaków tym, że Kazimiera Szczuka chce zniszczyć polską rodzinę, ale raczej mało kto (prócz betonu) w to uwierzy. Ponieważ względnie niewielu słyszało o gender studies, jest to idealny wróg dla Kościoła, któremu tak bardzo zależało na powtórzeniu PRLowskiego stanu zagrożenia, że nawet sięgnął po specyficzną retorykę: „gender to neomarksizm” (co zostało błyskawicznie podchwycone przez usłużnych „niepokornych”). Mało tego – wszystkie te gadki o tym, jak to „UE chce zniszczyć polską tradycję, kulturę i Kościół” to niemalże dosłowne nawiązania do PRL. Z tą różnicą, że za PRL zagrożenie (wtedy jak najbardziej realne) nadchodziło ze wschodu. Gdyby spróbować uprościć całą tę kościelno-prawicową narrację, wyszłoby coś w rodzaju: „patrzcie! UE + Gender to jak ZSRR – musimy się bronić, bo inaczej przepadniemy!”

Jedno tylko geniuszom stawiającym gender studies w jednym rzędzie z ZSRR umknęło. Jak już wspomniałem, za czasów PRL zagrożenie było jak najbardziej realne. Spora część ludzi mieszkających w Polsce mogła pamiętać jeszcze czasy zaborów i próby wynaradawiania Polaków. ZSRR ze swoimi „delikatnymi wpływami” (cenzura historii etc.) sprawił, że obawy przed wynaradawianiem odżyły. I tu dochodzimy do meritum. Za PRL Polacy (jako naród) i Kościół mieli wspólnego wroga. I to wroga bardzo groźnego. Nikogo nie trzeba było specjalnie przekonywać do tego, że „bracia” zza Buga najchętniej przyłączyliby nas do Kraju Rad. Z drugiej zaś strony – gdyby ktoś usiłował w tamtych czasach używać retoryki podobnej do dzisiejszej „antygenderowej”, wymierzonej w ZSRR, to karierę skończyłby bardzo szybko. Ludzie sobie z tego doskonale zdawali sprawę. Wszystkie te dzisiejsze gadki o tym, że mamy „cenzurę jak za Stalina”, „stare wraca” itp. są, delikatnie rzecz ujmując, nie na miejscu. Choćby dlatego, że w tamtych czasach opozycjonista, wygłaszając opinie krytyczne w stosunku do PZPR, ryzykował zdrowiem i życiem. W dzisiejszych czasach „niepokorni” ryzykują tylko tym, że tak, jak redaktor Ziemkiewicz, będą zarabiać pisząc i sprzedając książki między innymi o tym, jak to nas (Polaków) cenzura gnębi. Sam fakt, że można głośno mówić o tym, że w Polsce teraz jest „cenzura jak za Stalina”, świadczy o tym, że jej nie ma. Nie zrozumieją tego jednakże ludzie, którym wolność słowa pomyliła się z „prawem do gnojenia ludzi o odmiennych poglądach”.

Kościół znalazł sobie idealnego (w swojej opinii) wroga, którym jest „gender” i tak łatwo z niego nie zrezygnuje. Możemy się więc spodziewać nasilenia histerii antygenderowej (bo śmiem twierdzić, że apogeum owa histeria jeszcze nie osiągnęła). Wszystkie te działania mają na celu przekonanie „przeciętnego Kowalskiego” do tego, że gender jest dla niego groźny. Sztuka ta się raczej nie uda, bo przeciętny Kowalski ma to (za przeproszeniem) w dupie. Tak samo jak w dupie ma straszenie go „neomarksizmem”. Zresztą – kaliber zbrodni, o które się „gender” oskarża, jest tak ogromny, że Kowalski zastanawia się pewnie po cichu: „skoro to wszystko takie straszne, to czemu te zachodnie kraje jeszcze istnieją?” Skoro „gender” ma tak destrukcyjny wpływ na wszystko, to cywilizacja zachodnia już dawno się powinna zawalić, a my – jako ten Mesjasz Narodów – powinniśmy wysyłać paczki żywnościowe niedobitkom, żyjącym na zgliszczach krajów europejskich. Czemu więc tak nie jest?

Źródło: