czwartek, 2 kwietnia 2020

Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 2 – wybory

Notkę tę zacznę trochę niestandardowo, albowiem będą to moje własne, osobiste, subiektywne jak cholera obserwacje odnośnie tego, jak się żyje w lockdownie i jakie przemyślenia się człowiekowi po łbie pałętają. Jeżeli chodzi o kwestie pracowe, to na moje szczęście, robotę miałem i mam zdalną, tak więc nie było żadnych problemów z „przejściem na home office”. Jedyna komplikacja polega na tym, że teraz się homeofficeuję razem z resztą członków rodziny, którzy na ten przykład też mają homeoffice albo też placówki przedszkolne mają zamknięte. Zdaję sobie sprawę z tego, że mam farta, bo gdybym miał inszą robotę, to pewnie bym do niej uczęszczał (i był w niej non stop zesrany ze strachu, że ktoś mnie zarazi). Wychodzenie z domu ogranicza się do niezbędnego minimum. Jak się już z domu wychodzi, to widać głównie puste ulice. Praktycznie w każdym sklepie obowiązują „kwarantannowe” przepisy (max kilku klientów + odstępy etc.). Przed sklepami (pocztami, aptekami etc.) ustawiają się kolejki, ale z zachowaniem odstępów. Widać więc wyraźnie, że spora część ludzi przejęła się lockdownem. Rzecz jasna, różnie to bywa w różnych miejscach, bo przecież ludzi, którzy nie wierzą w wirusy albo uważają, że to wszystko przez sieci 5G, nie da się przekonać do niczego poza dożylnymi wlewami szuroskrętnych kwasów zięboaskrobinowych. Niemniej jednak, można zaobserwować znaczny spadek poziomu naszego polskiego jebałpiesizmu. Niestety partia rządząca stara się nadrobić te spadki i dokłada do tego swój najukochańszy tupolewizm, ale nad tym pastwić się będę w dalszej części tekstu. Wracajmy jednak do lockdownowej obserwacji uczestniczącej. Interakcje społeczne ograniczają się do telefoniczno-internetowych. I się muszę przyznać, że jak sobie tak gadam ze znajomymi i mówimy sobie „do zobaczenia w lepszych czasach”, to sobie człek zaczyna dumać nad tym, że nie bardzo wiadomo, kiedy te lepsze czasy (w domyśle – postpandemiczne) nadejdą. Może inaczej – człek się po prostu zastanawia nad tym, kiedy będzie można się spotkać ze znajomymi nie ryzykując zamiany spotkania w nieświadome koronaparty. Święta traktowałem od dość dawna jako czas, w którym można było spokojnie posiedzieć na dupie z rodziną. Tym razem praktycznie cała rodzina będzie „świętować” oddzielnie. Jeżeli chodzi o moje first world problems, to zaliczyłbym do tego fakt, że Triceps Dla Marksa muszę teraz robić w domu, albowiem siłownie pozamykali. Ponieważ nie wiadomo, jak długo to wszystko potrwa, człek sobie zaczyna zadawać również inne pytania. Np. takie „kurwa, co będzie z moją robotą?”. Z jednej bowiem strony, moja sytuacja zawodowa jest raczej stabilna, ale z drugiej strony – już mi się przydarzyła przygoda w postaci „nieprzewidzianej okoliczności” (wywołanej dzbanizmem osoby trzeciej), która to przygoda skończyła się dla mnie szukaniem innej roboty. Teraz zaś cały kraj ma do czynienia z „nieprzewidzianą okolicznością”, tak więc moja „stabilna sytuacja zawodowa” może się w pewnym momencie okazać niezbyt stabilna. Wiem, że niektórzy już teraz „mają gorzej” jeżeli chodzi o robotę, bowiem z moich informacji anecdatycznych wynika, że zaczęło się zwalnianie. Ja tam nie jestem specem od ekonomii, ale wydaje mi się, że można bezpiecznie założyć, że im dłużej potrwa lockdown, tym więcej osób wyleci z roboty. W naszym kraju bywało mocno chujowo z bezrobociem, ale tym razem będzie o tyle gorzej, że nie będzie ono niwelowane przez emigrację zarobkową. Gwoli ścisłości, nie wiadomo, czy cały ten clusterfuck nie skończy się powrotami z emigracji zarobkowej. W telegraficznym skrócie, nikt nie ma pojęcia „co będzie dalej”. Pewne jest tylko i wyłącznie to, że raczej niewielu Polaków ma powody do optymizmu. Jakiś tydzień temu na portalu Dziennik Gazeta Prawna pojawiły się sondażowe słupki, które pokazywały stosunek Polaków do obostrzeń (jeżeli ktoś jest ciekaw tych słupków, to w Źródłach link znajdzie) i generalnie to wynikało z nich, że się na te obostrzenia i zakazy zgadzamy i jesteśmy gotowi na kolejne (poza wycięciem transportu publicznego [tutaj większość była na „nie”]). Ciekawe jest to, że choć tytuł artykuły brzmiał następująco: „Boimy się wirusa, akceptujemy dalsze zakazy. Pytanie, na jak długo”, to nikt nie pytał o to respondentów. No, ale to tylko dygresja była. Co prawda, zbyt wielu badań na ten temat jeszcze nie przeprowadzono, bo sondażownie są zajęte przeprowadzaniem sondaży wyborczych, ale wydaje mi się, że nasze społeczeństwo rozumie, że te wszystkie obostrzenia/zakazy nie są spowodowane tym, że rząd popierdoliło, ale dlatego, że chcemy uniknąć pierdyliona zgonów z powodu „chorób współistniejących”. W kontekście powyższego, warto sobie zadać pytanie: jak bardzo trzeba być pojebanym, żeby w zaistniałej sytuacji próbować organizować wybory prezydenckie w maju 2020? Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że trzeba być Zjednoczenie Pojebanym, ale ponieważ złośliwy nie jestem, proszę was o udanie się w kierunku dalszej części tekstu, żebyście mogli w pełni docenić gargantuiczny wręcz poziom odklejenia, który prezentuje obecna władza.


Po raz kolejny przyjdzie mi posypać głowę obierkami z cebuli (acz, jak się zaraz przekonacie, po raz kolejny w polskiej polityce mamy do czynienia ze stanem kwantowym). W pierwszej połowie marca sobie napisałem Hejterski Przegląd Wyborczy, który to Przegląd spointowałem tak: „Teraz zaś wszystko zostało zdominowane przez Wiadomy Temat, zaś kampania została praktycznie zawieszona (ogranicza się ona do reagowania na Wiadomo Jaką Sytuację), a same wybory odbędą się najprawdopodobniej nie-wiadomo-kiedy. (...)”. To były piękne czasy, w których wydawało mi się, że rządząca nami partia, może i nie ogarnia pewnych rzeczy, ale że nawet ta partia nie będzie na tyle durna, żeby, kurwa, organizować wybory w trakcie pandemii i że po prostu zostaną one przełożone. Niecały tydzień później sobie napisałem pierwszy odcinek „Państwa teoretycznego z pandemią w tle” i opisałem tam konflikt w Zjednoczonej Prawicy. Konflikt ów wziął się stąd, że z wypowiedzi publicznych nomenklatury Zjednoczono Prawicowej wynikało, że wybory może się odbędą, a może się nie odbędą. Potem musiałem dodać, że Morawiecki i Witek twierdzili, że wybory się na pewno odbędą. Już sam fakt trwania konfliktu (sprzeczne wypowiedzi nie wzięły się z powietrza) oznaczał to, że zakładanie, że wybory zostaną na pewno przełożone ze względu na pandemię, było (eufemizując) przejawem naiwności, do której to naiwności się przyznaję, bo pomimo mojej bezbrzeżnej nieufności do rządzących i mojego raczej niskiego o nich mniemania – uznałem, że nie są oni do tego stopnia popierdoleni, żeby organizować wybory w trakcie pandemii.


Skoro posypywanie głowy obierkami z cebuli mamy za sobą, można przejść dalej. Warto w tym miejscu odnotować, że wypowiedzi, w których wierchuszka Zjednoczonej Prawicy zapewniała, że wybory się odbędą, doczekały się sprzecznych reakcji komentariatu. Część komentariuszy twierdziła, że tych wyborów to w maju nie będzie, choćby chuj na chuju stawał, zaś te wypowiedzi, że „zrobimy” to tylko po to, żeby przykryć fuckup z chujowym zaopatrzeniem szpitali w środki, które by się szpitalom przydały bardzo w trakcie epidemii. Druga część komentariatu twierdziła, że te wybory się odbędą, bo PiS ma wyjebane na potencjalne konsekwencje (wiadomo jakie). Przyznam, że nie przemawiała do mnie teoria z „zasłoną dymną”. Nie przemawiała, bo jest cokolwiek bezsensowna. Żeby wykazać jej bezsens, przez moment załóżmy, że to prawda. Tzn., że Zjednoczona Prawica nie chce tych wyborów w maju i chce je przesunąć, ale używa wypowiedzi „zrobimy” w charakterze sztuczki prestidigitatorskiej. Czy da się na tym cokolwiek zyskać? W krótkiej perspektywie, owszem. Tyle, że jeżeli wybory miały by być przełożone, to ta krótsza perspektywa czasowa nie będzie miała znaczenia, bo do tych (w zamyśle) przełożonych wyborów będzie dość czasu, żeby każde niedopatrzenie „epidemiczne” zostało wyciągnięte na światło dzienne. Poza tym, do tych kolejnych wyborów ciągnęłoby się za twórcami „zasłony dymnej” to, że chcieli organizować wybory w trakcie pandemii. Jedynym powodem, dla którego ktoś opowiadałby o tym, że chce zorganizować wybory jest to, że chce zorganizować wybory. Owszem, od czasu do czasu padają wypowiedzi w rodzaju: „Kluczowa będzie opinia ministra zdrowia. Jeśli sytuacja będzie pozwalała na przeprowadzenie normalnych, demokratycznych wyborów, to one się odbędą” (Dworczyk 31-03-2020), „Za tydzień lub dwa wydam rekomendacje” (Szumowski 31-03-2020), ale są to bezpieczniki, które „w razie czego” pozwoliłyby się wycofać z wyborów z twarzą (tzn. z resztkami tejże, bo obciążenie: „idioci, w trakcie pandemii wybory chcieli organizować” by nie zniknęło). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Minister Zdrowia, Łukasz Szumowski dał pokaz tego, w jaki sposób należy używać dupochronu. „Na pytanie prowadzącego, co odpowiedziałby prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby zapytał go, czy bezpiecznie można przeprowadzić te wybory, odpowiedział: "Dzisiaj nic bym nie odpowiedział, bo nikt mnie o to nie pytał"” Innymi słowy: proszę mnie nie mieszać do tego, co ci ludzie pierdolą, bo mnie nikt o zdanie nie pytał. Wielokrotnie zdarzało mi się wymądrzać w temacie tego, że PiS nauczył się od Trumpa uprawiania „wielonarracji”, czyli wysyłania pierdyliona różnych (często sprzecznych ze sobą) narracji. Nie inaczej jest w przypadku tych nieszczęsnych wyborów. Z jednej bowiem strony władza mówi, że „o tym, czy wybory się odbędą zadecydujemy za jakiś czas”, a z drugiej opowiada o tym, że „wybory się na pewno odbędą”. Na pierwszy rzut oka, jest to business as ususal w wykonaniu partii rządzącej. Tylko, że nie uwierzę w to, że żaden  z (ponoć) genialnych spindoktorów Zjednoczonej Prawicy nie wpadł na to, że ta konkretna wielonarracja (przypominająca dwójmyślenie) jest nie do utrzymania ze względu na kontekst. Kontekst ów (w uproszczeniu) można sprowadzić do: „zostań w domu bo umrzesz”. Tego kontekstu nie da się „zawiesić” na jeden dzień. Powtarzam: nie wierzę, że ludzie, którzy przez kilka ładnych lat szlifowali swoje skille w mieszaniu ludziom w głowach, nie wpadli na to, że tym razem się po prostu, kurwa, nie da. Wydaje mi się, że jedynym sensownym uzasadnieniem jest to, że spindoktorzy wiedzą, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo ta konkretna wielonarracja jest efektem konfliktu wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, do którego to konfliktu spindoktorzy musieli się dostosować. Konflikt ten zaś wziął się stąd, że część Zjednoczonej Prawicy ma wyjebane na pandemię i uważa, że można w jej trakcie przeprowadzić wybory.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Warto sobie w tym miejscu odpowiedzieć na pytanie: czemu tak właściwie Zjednoczona Prawica  tak bardzo chce utrzymać majowy termin wyborów? Przyczyn jest, moim zdaniem, kilka. Częścią z nich jest to, co wyszło w sondażu Kantaru na zlecenie Wyborczej. Pozwolę sobie zacytować lead artykułu: „Sprawdziliśmy, kto odważy się zagłosować mimo trwającej epidemii i okazało się, że głównie wyborcy Andrzeja Dudy. Jeśli wybory prezydenckie odbędą się podczas epidemii, Duda dostanie w I turze aż 65 proc. głosów. Jeśli już po epidemii: 44 proc.”. Jeżeli chodzi o frekwencję, to z sondażu wyszło 31% (maj) i 61% („późniejszy termin”). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w sondażu badano również to, jak bardzo elektoraty konkretnych kandydatów się boją: „Gdy poprosiliśmy wyborców Andrzeja Dudy, by ocenili, jak bardzo przejmują się epidemią koronawirusa w skali od 0 do 10, najczęstszą odpowiedzią było… 10. Tyle samo lęku wykazali wyborcy kandydatów opozycji”.  Jeżeli ktoś kiedyś zastanawiał się nad tym, co to jest ten cały „żelazny elektorat”, to właśnie uzyskał odpowiedź na swoje pytanie. Jeżeli połączymy żelazny elektorat z niską frekwencją, to uzyskamy jedną ze składowych, które mają wpływ na proces decyzyjny Zjednoczonej Prawicy. Drugą składową jest to, co wyszło w sondażu w przypadku scenariusza „późniejszy termin”. Owszem, obecny Prezydent RP nadal jest na czele stawki i ma 25 punktów procentowych przewagi nad Małgorzatą Kidawą-Błońską. Problem w tym, że to jest „tylko” 44%. Nieśmiało przypominam, że rządowy agitprop działa na wysokich obrotach i tłumaczy wszystkim, że polskie władze już dawno przegoniły inne władze, jeżeli chodzi o przygotowania do epidemii. Dodajmy do tego eksponowanie obecnego Prezydenta RP gdziekolwiek się tylko da. Kilkukrotnie widziałem wrzutki, z których wynikało, że ten czy inny pomysł tarczy, którą rząd chce ochronić kryzys przed obywatelami, to był pomysł Prezydenta RP. Przykładem niech będzie „wywiad”, który „Do Rzeczy” przeprowadziło z właścicielem marki Red is Bad, który- jak przystało na wroga interwencjonizmu (bo czerwone złe)- zachwycał się pomysłem Prezydenta RP: „Prezydent zaproponował, by w ramach tzw. tarczy antykryzysowej, składka na ZUS płacona przez przedsiębiorców była nie odroczona – jak proponował to rząd – ale całkowicie umorzona. Jak ocenia Pan ten pomysł?” Odpowiedzią było: „Jest to pomysł rewelacyjny!”. W tym miejscu trzeba poczynić dłuższą dygresję, żebyście mogli w pełni docenić, z jaką odmianą  naczynia gospodarczego o szerokim zastosowaniu, zwykle służącego do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, mamy do czynienia: „Sam w ogóle nie jestem zwolennikiem składki emerytalnej tego typu. Uważam, że każdy sam powinien mieć możliwość decydowania o swoich pieniądzach, a nie być zmuszany do wrzucania ich do takiego wspólnego kotła, nad którym w dodatku jest dość słaba kontrola. Dlatego, w tak trudnej sytuacji umorzenie składki jest bardzo dobrym pomysłem. A im mniej pieniędzy w ZUS-ie, tym lepiej.”.  Ciekaw jestem, jak zareagowaliby tego rodzaju ludzie, gdyby kiedyś padła propozycja ustawy, w której by stało, że jeżeli pracownik nie chce się dorzucać do ZUSu, to nie musi, ale pracodawca ma obowiązek wypłacić mu pieniądze, które normalnie wpłacałby w jego imieniu na ZUS. Może inaczej, ciekaw jestem, jak szybko okazałoby się, że tego rodzaju naczyniom wcale nie chodziło o to, żeby „każdy mógł wybierać”, ale o to, żeby trochę zaoszczędzić. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ja bym się z takiej ustawy nie cieszył, bo, w przeciwieństwie do wyżej wymienionego naczynia, zdaję sobie sprawę z tego, że oznaczałoby to obciążenie ZUSu (a co za tym idzie, budżetu kraju). Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że słynny przeciwnik interwencjonizmu poparł dorzucanie się do wypłat pracowników przed budżet. Ja tam ten pomysł popieram, ale to nie ja się obnoszę z RiB, więc mnie wolno (tak, wiem, partycypacja państwa jest bardzo niewielka, ale na więcej ze strony „prosocjalnej” Zjednoczonej Prawicy liczyć nie można). Widać więc wyraźnie, że do chwalenia Prezydenta RP zaprzęgnięto kogo tylko się da. Mimo tego, z sondażu wynika, że jeżeli wybory miałyby się odbyć w późniejszym terminie, to Prezydent RP może liczyć na poparcie, zbliżone do tego, na które mógł liczyć zanim został Najlepszym Prezydentem RP, który Zajebiście Reaguje na Pandemię i Bez Niego Wszystko By Się Zawaliło. W kontekście powyższego, nietrudno zgadnąć, dlaczego część Zjednoczonej Prawicy obstaje przy majowym terminie wyborów.


Na nieszczęście Zjednoczonej Prawicy (i nasze, bo może to doprowadzić do zorganizowania wyborów w trakcie pandemii) kolejna składowa ma znacznie większy ciężar gatunkowy. Prawda jest bowiem taka, że te 44% poparcia dla obecnego Prezydenta RP to wariant optymistyczny. Do wszystkich pomału dociera to, że lockdown będzie miał, eufemizując, negatywne efekty dla polskiej gospodarki. Część z pracowników przekonała się o tym już teraz, bo jak patrzam na „świadectwa” ćwiterowe, to wynika z nich to, że część firm już teraz zwalnia pracowników, a inne obniżają pracownikom pensje. Choć rządowy agitprop stara się wszystkich przekonać do tego, że ta tzw. „tarcza antykryzysowa” jest tak zajebista, że nikomu włos z głowy nie spadnie, to jednak pomysły rządowe są (eufemizując) jebane przez praktycznie wszystkich, którzy nie mają partykularnego interesu w tym, żeby (w wymiarze politycznym) było tak, jak było. Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy muszą sobie zdawać sprawę z tego, że ich chlebodawcy poniosą polityczne konsekwencje swoich zaniedbań i każdego chujowego zapisu, który wrzucili do swojego opós magnóm. Dotarło do nich zapewne również to, że Zjednoczona Prawica może zapłacić (politycznie) za propagandę sukcesu. Owszem, po mediach społecznościowych wałęsają się smętne drony, które starają się tłumaczyć, że no może i ta Tarcza Antycośtam nie jest rewelacyjna i ten cały PiS nie jest najlepszy, „ale należy pamiętać o tym, że PO kradło”, jednakowoż wydaje mi się, że spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy nieszczególnie wierzą w skuteczność tych działań. Jest coś przewrotnego w fakcie, że partia rządząca, która powinna ponieść konsekwencje pierdyliona innych podjętych przez siebie decyzji, najprawdopodobniej wypierdoli się na tych decyzjach, które były słuszne. Acz z drugiej strony, gdyby Zjednoczona Prawica podeszła na poważnie do kwestii ochrony Polaków przed nadciągającym kryzysem, konsekwencje mogłyby być minimalne. Ponieważ zaś sklecono, na odpierdol się, ustawę, która miała dobrze wyglądać i pomóc obecnemu Prezydentowi RP w reelekcji (przy założeniu, że wybory odbędą się w maju), wszyscy będziemy mieli przejebane. Naturalną zaś konsekwencją tego, że będziemy mieli przejebane będzie to, że przejebane będzie miała Zjednoczona Prawica. W tym miejscu muszę zaznaczyć (albowiem kronikarski obowiązek mnie zmusza), że nie należę do ludzi, których cieszy to, że będzie kryzys „bo PiS będzie miał przejebane”.


Ostatnia składową, którą dołożył Zjednoczonej Prawicy komentariat oraz były przewodniczący Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, pojawiły się bowiem teorie, w myśl których przesunięcie wyborów może oznaczać roszady wśród kandydatów opozycji. Kilka dni temu Schetyna produkował się w RMFie i: „Dziennikarz RMF FM Robert Mazurek zapytał też Schetynę, czy gdyby wybory zostały przesunięte, Małgorzata Kidawa-Błońska nadal byłaby kandydatką KO.  – To decyzja Koalicji Obywatelskiej. Ja uważa, że jeżeli wybory będą przesunięte, to wszystko się otworzy na nowo – odpowiedział Schetyna.”.  Politycy i drony Zjednoczonej Prawicy zrozumiały to w sposób następujący: „PO chce wystawić Tuska zamiast Kidawy”. Nie mam pojęcia, czy te teorie mają jakiekolwiek zakotwiczenie w rzeczywistości, ale mam pewność odnośnie tego, że Zjednoczona Prawica je traktuje poważnie. Czemu? Na ćwitrze ktoś przytomnie zauważył, że gdyby okazało się, że Tusk jednak zmieni zdanie, to Zjednoczona Prawica miałaby spory problem, bo w realiach, które nadciągają, „obciążenia” Tuska nie miałyby najmniejszego znaczenia. Na tym przerwę wyliczankę „powodów, dla których, moim zdaniem, Zjednoczoną Prawicę popierdoliło” do tego stopnia, żeby w ogóle rozważać organizowanie wyborów w trakcie pandemii.


Teraz zaś przejdziemy do tych działań i wypowiedzi, które sugerują, że wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy twierdzą, że „wybory odbędą się na pewno” nie są „zasłoną dymną”. Jeżeli chodzi o działania, to pierwszym z nich jest wrzucenie do „tarczy” przepisu, dzięki któremu seniorzy będą mogli głosować korespondencyjnie. Czemu akurat seniorzy? Bo są grupą wiekową szczególnie narażoną na powikłania pokoronawirusowe. W internetach momentalnie pojawiły się komentarze, z których wynikało, że skoro tak, to opozycja powinna zgłosić poprawkę (w Senacie), dzięki której głosować korespondencyjnie będą mogli wszyscy. Nie zgadniecie, co się stało później i dlaczego chodzi o to, że Zjednoczona Prawica złożyła w Sejmie projekt ustawy zmieniającej Kodeks Wyborczy tak, żeby wszyscy mogli głosować korespondencyjnie. To nie jest przemyślana strategia, to jest, kurwa, miotanie się. Ponieważ Senat (ustami Grodzkiego) oznajmił, że przetrzyma tę ustawę tak długo, jak się da, Marszałkini Elżbieta Witek sieknęła orędzie, z którego wynikało, że wybory da się przeprowadzić bezpiecznie dzięki temu głosowaniu i ona apeluje do Senatu, żeby nie ciął w chuja i procedował szybko. Widać więc wyraźnie, że któryś ze spindoktorów Zjednoczonej Prawicy uznał, że odpowiedzialność za wszystko, czym może się skończyć organizowanie wyborów w trakcie pandemii można spróbować zwalić na opozycję. Ponieważ propozycja zorganizowania wyborów korespondencyjnych „dla wszystkich” została generalnie zjebana na funty, uruchomiono drony, które zaczęły tłumaczyć, że opozycja ma zamknąć mordę, bo skoro w Bawarii się dało zorganizować wybory korespondencyjnie, to znaczy, że my też damy radę. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że narrację „damy radę” budowało również jedno konto, które znane jest z rozpowszechniania rosyjskiego dezinfo. Co prawda, jestem tylko prostym blogerem z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że ciężko uznać tę biegunkę legislacyjną za zasłonę dymną. Kronikarski obowiązek (po raz kolejny w tym tekście, ale cóż poradzić) każe mi wspomnieć też o tym, że jeżeli chodzi o głosowanie korespondencyjne, to jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości, Marcin Horała, tłumaczył kilka lat temu, że trzeba to w chuj zlikwidować, bo głosowanie korespondencyjne: „to jest potężna dziura w systemie wyborczym. Były takie afery w Polsce, były kupowane głosy”.  Warte uwagi są również wypowiedzi (odnoszące się do kwestii wyborów), którymi raczyli nas politycy Zjednoczonej Prawicy. Obecny Prezydent RP zapytany o to „co z wyborami” stwierdził z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością, że: „Jeżeli są warunki do tego, żeby chodzić normalnie do sklepu, to są i warunki do tego, żeby pójść do lokalu wyborczego, z zachowanie odpowiednich środków ostrożności”. Im bliżej do wyborów, tym bliżej do różnych-takich-tematów, które należałoby ogarnąć przed wyborami (ogarnięcie komisji wyborczych/etc.). Część samorządowców (nie wiem dokładnie ile osób stanęło okoniem i stąd ta „część”) oznajmiła, że oni to pierdolą i nie zamierzają narażać wyborców, a co za tym idzie, olewają kwestie komisji wyborczych/etc. Deklaracje te wkurwiły Ryszarda Terleckiego, który powiedział kilka słów za dużo: „Samorządy są też częścią władzy państwowej. One nie mogą sobie działać poza prawem. Oczywiście są przepisy, które umożliwiają postępowanie wobec takich osób, które chcą się ustawić ponad prawem. Można wyznaczyć komisarzy. Niech ci samorządowcy, którzy teraz buńczucznie zapowiadają, że złamią prawo, liczą się ze stratą stanowisk”. To nie była typowa zjednoczonoprawicowa zarozumiałość, Terlecki najzwyczajniej w świecie groził samorządowcom, którzy z kolei oświadczyli, że mają na to wyjebane. Tak nawiasem mówiąc, w każdym urzędzie jest przynajmniej jeden radca prawny, który to radca jest zaufanym samorządowca (czy to burmistrza, czy to prezydenta miasta), tak więc, nie wydaje mi się, żeby samorządowcy, którzy się „stawiają”, nie byli świadomi zagrożenia. Widać więc wyraźnie, że część Zjednoczonej Prawicy ma raczej mocno ugruntowane poglądy odnośnie tego, kiedy wybory się powinny odbyć. Czy z tego wynika, że konflikt wewnątrz Zjednoczonej Prawicy się skończył? A gdzie tam. Równolegle do tych wypowiedzi mogliśmy usłyszeć inne. Wiceminister Edukacji Wojciech Maksymowicz, powiedział, że: „Żadne wybory 10 maja nie mogą być przeprowadzone, nie będzie takiej możliwości. Jestem przekonany, że tych wyborów nie będzie 10 maja, nie będzie możliwości, żeby te wybory były”. Jarosław Gowin zaś powiedział, że: „Uczciwie powinno brzmieć to tak, że jeśli przesuwamy wybory, to o rok” i zapowiedział, że będzie do tego przekonywał kolegów ze Zjednoczonej Prawicy. Obu wyżej wymienionych panów łączy nazwa „Porozumienie”, bowiem Maksymowicz startował z list PiSu, ale z rekomendacji partii Gowina. Nawet gdybyśmy założyli, że te wszystkie wypowiedzi (tak, nawet ta Terleckiego) i cały konflikt to „zasłona dymna”, to nie można tego samego powiedzieć o przepychaniu kolanem ustaw zmieniających Kodeks Wyborczy. O ile bowiem wypowiedź można zwalić na to, że ktoś się zagalopował (albo np. utracił kontrolę nad swoim aparatem mowy), to ciężko to samo powiedzieć o legislacji. Do myślenia powinno nam wszystkim dać również to, że Marek Jakubiak (XXI-wieczne wcielenie Szymona Słupnika) zebrał 150 tysięcy podpisów poparcia pod swoją kandydaturą. Wirtualna Polska dotarła ponoć do smsa, w którym stało, że podpisy Jakubiakowi ogarniał pomorski PiS. Nie wiem, na ile wiarygodne jest WP (sprawdzić, czy nie Suwart), ale wydaje mi się, że to, że Jakubiak ogarnął zbiórkę podpisów, która to zbiórka jest przedsięwzięciem wymagającym posiadania struktur potrafiących w logistykę, jest cokolwiek podejrzane. Wspomaganie Jakubiaka mogło się wziąć stąd, że w pewnym momencie komentariat antyPiSowski zaczął opowiadać o tym, że szach mat PiSowcy – wszyscy kandydaci opozycji zrezygnują i chuja będziecie mieli, a nie wybory. Ktoś ze Zjednoczonej Prawicy mógł uznać, że scenariusz, w którym wybory się nie odbędą, bo sobie inni kandydaci pójdą, jest na tyle realny, że może lepiej sobie ogarnąć jakiegoś Słupnika. Nawiasem mówiąc, komentariatowi gratuluje tego, że po raz kolejny dokonał zjebania rzeczy, której niezjebanie wymagałoby jedynie zamknięcia ryja i poczekania do momentu, w którym minie termin składania podpisów. No ale, co ja się tam znam, przeca alianci też głośno opowiadali o tym, że zamierzają wylądować w Normandii (zaś operacja Fortitude nie miała miejsca), prawda? 


Już po tym, jak sobie napisałem powyższy tekst, na ćwiterowym koncie jednego z pluszaków władzy, Marcina Makowskiego, pojawił się wpis o następującej treści: „Informacja sprzed chwili: Jarosław Kaczyński zwołał kierownictwo partii. Tematem zapewne data i sposób przeprowadzenia wyborów oraz sytuacja w Zjednoczonej Prawicy.” Zwróciliście na pewno uwagę na to, że Pluszak zasygnalizował, że tematem będzie „zapewne data”. Od razu pojawiły się komentarze, z których wynikało, że Jarosław Kaczyński jednak uznał, że on nie chce tych wyborów, a Morawiecki ma to jutro (02-04-2020) ogłosić. Jeżeli chodzi o moją opinię na ten temat, to nie zmienię zdania. Tzn. owszem, nie wykluczam tego, że wybory mogą zostać przesunięte, ale póki co, Zjednoczona Prawica robi absokurwalutnie wszystko, żeby się odbyły w maju 2020. Zaś w to, że wybory mogą zostać przesunięte uwierzę wtedy, gdy zostanie przekroczony któryś-z-nieprzekraczalnych terminów, których przekroczenie uniemożliwia przeprowadzenie wyborów albo przyklepany zostanie jeden ze „stanów”, który wyklucza przeprowadzenie tychże. Dopóki, któryś z tych warunków nie zostanie spełniony, każdą z wypowiedzi „no my się zastanawiamy” uznam za zasłonę dymną, która ma uśpić czujność opozycji i dziennikarzy. Mam szczerą nadzieję, że te jebane wybory się nie odbędą w terminie, bo ich zorganizowanie może się skończyć dla nas bardzo źle i nie mam tu na myśli tego, że obecny Prezydent RP może je wygrać w pierwszej turze. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem fanem obecnego Prezydenta RP i uważam, że powinien sobie już pospierdalać, ale jego druga kadencja przeraża mnie w znacznie mniejszym stopniu, niż powtórzenie się w Polsce scenariusza włoskiego. Na sam koniec dodam od siebie, że jeżeli te wybory odbędą się „terminowo” to nie zamierzam w nich brać udziału.



https://fakty.interia.pl/raporty/raport-koronawirus-chiny/polska/news-koronawirus-w-polsce-lukasz-szumowski-w-polsat-news-to-nie-j,nId,4404593

https://wyborcza.pl/7,75398,25820060,dlaczego-pis-prze-do-wyborow-podczas-epidemii-zamowilismy.html


https://dorzeczy.pl/kraj/134184/kidawa-blonska-nie-bedzie-juz-kandydatka-ko-czyzby-schetyna-wlasnie-zdradzil-tajny-plan-platformy.html

https://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1464622,kodeks-wyborczy-zmiana-2020-koronawirus.html


https://wpolityce.pl/swiat/493912-wybory-w-bawariiglosowanie-tylko-w-formie-korespondencyjnej


https://www.rp.pl/Wybory-prezydenckie-2020/200339954-Terlecki-Bedzie-opor-samorzadow-Wprowadzimy-komisarzy.html






czwartek, 19 marca 2020

Państwo teoretyczne z pandemią w tle

Muszę się w tym miejscu przyznać, że dość długo się zastanawiałem nad tym, czy pisać notkę na temat koronawirusa. Z jednej bowiem strony – epidemiolog ze mnie jak z ministra Szumowskiego bohater. Z drugiej strony, wszyscy wszędzie piszą/opowiadają o koronawirusie. Z trzeciej strony wszyscy są już i tak wystarczająco spanikowani, więc może lepiej nie dokładać cegiełki. Na tym przerwę wyliczankę, choć mógłbym z tych punktów jeszcze sporo dopisać. Czemu więc tę notkę popełniłem? To proste, (eufemizując) wkurwia mnie straszliwie to, że zaczęto robić bohaterów z tych (eufemizując) pierdolonych nieudaczników zawiadujących naszym krajem, przez których to, pierdolonych nieudaczników, wszyscy możemy mieć przesrane. I chuj mnie, za przeproszeniem, obchodzi to, że gdzie indziej jest gorzej (w domyśle – tamtejsze władze dały dupy bardziej od naszych), niech się rozliczaniem władz innych krajów zajmą ich mieszkańcy.


Zanim przejdę dalej, chciałbym skierować odezwę blogerską do naszych ukochanych władz: uważam was za pierdolonych nieudaczników, ale trzymam za was kciuki. Jeżeli jesteście w stanie nie spierdolić choćby jednej, jedynej rzeczy, to walka z epidemią jest właśnie tą rzeczą. Mam takie niejasne przeczucie, że dla was to jest business as usual. Tzn. myślicie sobie „ok, jak coś się spierdoli, to spuścimy z łańcucha TVP i ta wytłumaczy wszystkim, że winę za to wszystko ponosi 3 pokolenie UB. Poza tym, zawsze można pogadać o ośmiorniczkach i odpalić jakąś taśmę z piwniczki Samuela”. Skąd wiem, co sobie myślicie? Ano stąd, że TVP z jednej strony odpierdala propagandę sukcesu (nasz Najlepszy Z Najlepszych Rządów Najlepiej Radzi Sobie Z Zagrożeniem), ale równolegle napierdala w „poprzedników”, którzy coś tam coś tam. Dodatkowo, infantylizm części waszych polityków, którzy (zaczadzeni sondażami) twierdzą, że ABSOLUTNIE NIE MA POWODU DO ZMIENIANIA TERMINU WYBORÓW PREZYDENCKICH, sugeruje, że nie do końca sobie, kurwa, zdajecie sprawę z powagi sytuacji. Tak więc postaram się wytłumaczyć to w sposób zrozumiały: miejcie, wy bando pierdolonych nieudaczników na uwadze to, że jeżeli nie ogarniecie tego, co się dzieje, to konsekwencje będą dla nas wszystkich o wiele bardziej dotkliwe, niż przejebanie iluś tam milionów na PFN albo inną kolekcję Czartoryskich. Jeżeli trzeba prościej, to już tłumaczę: jeżeli to spierdolicie to może umrzeć bardzo dużo ludzi. Powtarzam: trzymam za was kciuki, choć nie daliście mi żadnego powodu do optymizmu.


(Już po napisaniu powyższego wstępu dowiedziałem się, że koronawirusem zaraził się jeden z ministrów.)


Ad meritum. Ja tam nie jestem premierem, ministrem, wiceministrem (nawet nigdy nie stałem blisko żadnego), ale gdybym pełnił taką funkcję i gdyby się okazało, że gdzieś tam na świecie się z epidemią zmagają i wiadomo, że okres inkubacji choróbska jest dłuższy niż ten z filmu „World War Z” (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że film nie miał praktycznie nic wspólnego z książką), to najprawdopodobniej zrobiłbym tak: kazałbym zebrać do kupy jakichś epidemiologów, dohtorów, którzy mają specjalizacje w dbaniu o te kawałki człowieka, które psuje wirus, jakichś matematyków/statystyków, szpeców od logistyki/transportu (szczególnie tych, którzy ogarniają transport międzynarodowy [coby było wiadomo, jak dużo ludzi wylatywało/wyjeżdżało/etc.]) z obszaru ogarniętego epidemią, ziomków z sanepidu i ludzi, którzy nadzorują szpitale. Zebrałbym tych ludzi do kupy (wtedy jeszcze można było) i bym im powiedział: mordy, mamy takie, a takie dane dotyczące wirusa – ogarnijcie no mnie różne scenariusze „co będzie” i dajcie mi znać, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani do tych najgorszych scenariuszy i co będzie trzeba zmienić, żeby jednak się przygotować. Dodatkowo, ogarnijcie jakieś strategie zaradcze, bo może akurat by się dzięki nim udało uniknąć tych najgorszych scenariuszy, ok? Jak mnie to już ogarniecie, to aktualizujcie mnie te modelo-scenariusze w oparciu o nowe dane. Ponieważ pod moimi rządami Polska wstałaby z kolan – pieniądze dla szpeców by się znalazły, żeby szpece nie musieli zapierdalać za „do portfolio”. Jakbym już miał te modelo-scenariusze, to bym zebrał swoich podwładnych i obgadał z nimi to „co trzeba zrobić na wszelki wypadek”. Potem zaś bym poszedł do mediów (albo media do mnie) i bym opowiedział o tym, że trzeba się na wszelki wypadek przygotować, żebyśmy w razie czego nie mieli zamaszyście przejebane. Dodałbym również, że prognozy są różne i, że jeżeli się okaże, że sprawdzą się czarne scenariusze, to trzeba się będzie liczyć z tym i tym. Generalnie to potraktowałbym społeczeństwo po partnersku. Jak już wspomniałem, nie jestem premierem, ale na mój podkarpacki rozum, gdyby tak to wszystko wyglądało, to być może bylibyśmy teraz, jako społeczeństwo, znacznie mniej zesrani ze strachu. Jak to się więc stało, że jesteśmy zesrani w stopniu znacznym? O tym właśnie będzie ta notka. Będzie ona również poświęcona temu, co powinniśmy zrobić po tym, jak już opadnie kurz. Z przyczyn oczywistych, będę się w niniejszej notce opierał na publicznych wypowiedziach Polityków Zjednoczonej Prawicy (i podległych im szpecom), którzy wypowiadali się na temat zagrożenia koronawirusem.


W ramach szperania w internetach celem nie bycia Ziemkiewiczem, zorientowałem się, że temat koronawirusa na portalach internetowych pojawił się mniej więcej w drugiej połowie stycznia. Nie powinno to nikogo dziwić, bo gdzieś tak w pierwszej połowie stycznia ogarnięto, że zapalenia płuc w Chinach to nowy wirus wywołuje i ogarnięto genom tegoż wirusa. Być może jestem paranoikiem, ale wydaje mi się, że już w tym momencie Ważne Osoby powinny się pochylić nad tym. Tak, wiem, działo się to bardzo daleko, ale mamy rok 2020, tak więc nawet „bardzo daleko” jest blisko. Jak to wyglądało w naszym kraju?


21 stycznia 2020 szef GIS, Jarosław Pinkas, powiedział: „Mamy dobrze przygotowane służby graniczne oraz sanitarne, które będą właściwie reagować na wszelkie niepokojące sygnały w kontekście nowego koronawirusa, który pojawił się w Chinach (…) Ważne jest to, żeby osoby, które mogą odroczyć swoją podróż do Chin, to zrobiły. Szczególnie nie jest ona teraz zalecana osobom, które mają jakieś deficyty zdrowotne. Są one najbardziej wrażliwe na ten wirus (…) Praktycznie każda osoba, która ma deficyty odpornościowe powinna zastanowić się nad tym, czy polecieć do Chin”. Informacja była prosta: jesteśmy przygotowani, monitorujemy sytuację. Co prawda wybiegnę trochę w przyszłość, ale zapamiętajcie sobie ostrzeżenia Pinkasa odnośnie ryzyka związanego z podróżami do Chin.


24 stycznia 2020 Ministerstwo Zdrowia oświadczyło, że: „nie ma na dziś zagrożenia epidemiologicznego związanego z koronawirusem dla Polaków. Sytuacja jest na bieżąco monitorowana przez Główny Inspektorat Sanitarny”. Mogliśmy się również dowiedzieć tego, że: „Minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski poprosił ministra Jarosława Pinkasa o bieżące raportowanie sytuacji epidemiologicznej związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa”. Wygląda to trochę tak, jak to, co napisałem we fragmencie „co bym zrobił, gdybym był premierem”. Ministerstwo zainteresowało się tą sprawą, a GIS monitoruje sytuację, prawda? Moim zdaniem istotna jest również jeszcze jedna informacja, która pojawiła się w artykule: "Narodowa Komisja Zdrowia Chin podała w piątek (24-01 – przypis mój własny), że liczba osób zakażonych nowym koronawirusem wynosi obecnie 830. Poinformowała też, że 25 osób zmarło z powodu ostrego zapalenia płuc spowodowanego wirusem”. 


28 stycznia 2020 rządowe media postanowiły nas wszystkich uspokoić: „Polska gotowa do walki z chińskim wirusem. Spotkanie służb (…) Aby ograniczyć możliwość zawleczenia choroby do kraju, zostały wprowadzone środki zaradcze wobec podróżnych wracających lub podróżujących do Polski z obszarów wysokiego ryzyka występowania wirusa”. I znowuż, wyglądało to tak, że fachowcy się nad tym wszystkim pochylili i wprowadzili jakieś procedury zaradcze, żeby ograniczyć ryzyko etc., etc.


29 stycznia 2020 Ministerstwo Zdrowia: „Koronawius prędzej czy później będzie w Polsce i to nie będzie nic nadzwyczajnego. Nie czekamy na to, ale i nie obawiamy się. Jesteśmy przygotowani na diagnostykę, opiekę i leczenie pacjentów”. W artykule, w którym zamieszczono wypowiedź Szumowskiego, stało również, że (to będzie dłuższy fragment): „Według oficjalnych danych na koniec dnia we wtorek (28-01) od tamtej pory w kraju potwierdzono 5974 zarażenia i 132 zgony spowodowane wirusem. Chińskie władze praktycznie odcięły od świata liczący 11 mln mieszkańców Wuhan i wprowadziły ograniczenia w przemieszczaniu się w szeregu okolicznych miast. Mimo to wirus przedostał się poza granice Chin. Jak dotychczas jego przypadki potwierdzono w 16 innych państwach, w tym dwóch europejskich - we Francji i w Niemczech.”. I znowuż mamy zapewnienia o tym, że jesteśmy gotowi. Jednocześnie poinformowano nas o tym, że jeżeli ten wirus do nas dotrze, to w sumie nie stanie się nic strasznego. Z drugiej zaś strony, widać wyraźnie, że atmosfera się zagęściła. Po pierwsze dlatego, że wzrosła liczba osób zarażonych i liczba zgonów wywołanych powikłaniami pokoronawirusowymi. Po drugie, okazało się, że koronawirus szaleje sobie już nie tylko w Chinach i że dotarł również do Europy. To ostatnie jest bardzo istotne w kontekście następnego punktu, w kierunku którego proszę się udać


30 stycznia 2020. Szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego udziela wywiadu RMFowi. Tutaj pozwolę sobie zacytować obszerny fragment wywiadu: 

Marcin Zaborski: Teraz nie ma koronawirusa w Polsce?

Jarosław Pinkas: Na dzień dzisiejszy nie mamy koronawirusa w Polsce.

MZ: Ale nie ma szans na to, że będziemy zieloną wyspą i ten wirus do Polski nie dotrze?

JP: Szanse są małe, że będziemy zieloną wyspą, aczkolwiek Polska jest szczęśliwym krajem. Mam nadzieję, że będziemy krajem wolnym od koronawirusa.

MZ: Minister Szumowski raczej nie ma takiej nadziei, bo mówi wprost: To się po prostu stać musi.

JP: Ja jestem większym optymistą.

MZ: Sięga pan do gazet jako optymista, a tam takie tytuły: "Chiński wirus uderza w Polskę", "Tak zabija chińska zaraza", "Tak zaraza atakuje świat", "Polacy uwięzieni w mieście śmierci" - to tylko jeden z kolorowych tytułów codziennych.

JP: Pozwoli pan, że nie będę komentował.

MZ: Widzę, że pan się uśmiecha.

JP: Śmieję się, oczywiście że tak. Ten wirus jest w tej chwili w Chinach. Mamy całkiem daleko do Chin.

MZ: Nie tylko w Chinach, bo jest też w innych krajach.

JP: Jest, ale wiemy, jak ten wirus się zachowuje, mamy kilka przypadków w Europie, jeden w Finlandii, przypadki we Francji i w Niemczech. Mamy wiedzę, jak pacjenci są leczeni, że zdrowieją, że nie ma wśród europejskich pacjentów zagrożenia co do ich stanu zdrowia i życia - oni po prostu przejdą ten wirus tak, jak pewnie jakąś infekcję zapalną górnych dróg oddechowych, być może z jakimś powikłaniem, być może nie. W Europie - tak jak i w Polsce, jest dobrze zorganizowana opieka zdrowotna. Na tego wirusa nie ma specyficznego lekarstwa, nie ma też szczepionki.



Od czego by tu zacząć? Może od tego, że szef GIS, zamiast informować o tym, co się dzieje, wolał opowiadać jakieś bzdury? Zwróćcie uwagę na to, że gdyby Zaborski go nie ciągnął za język, to narracja, którą by budował Pinkas brzmiała by tak: „Polska ma farta, więc może być tak, że wirus nas ominie, a poza tym ten wirus to jest w Chinach, a to daleko”. On sobie doskonale zdawał sprawę z tego, że koronawirus się pojawił w Europie (bo przeca jak mu na to Zaborski zwrócił uwagę, to od razu się pochwalił wiedzą). Warto również wspomnieć o tym, że w tym samym wywiadzie Pinkas powiedział, że ma spore wątpliwości odnośnie tego, czy trzeba zawiesić połączenia lotnicze z Chinami. Jest to o tyle ciekawe, że wcześniej powiedział przecież, że „wiemy, jak ten wirus się zachowuje”. Warto sobie również przypomnieć to, jak nieco wcześniej przestrzegał przed podróżami do Chin. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że minister Szumowski powiedział, że zlecił GISowi stałe monitorowanie sytuacji i informowanie MZ na bieżąco o wszystkim. Wróćmy na moment do wcześniej poruszanego fragmentu wywiadu, w którym to Pinkas stwierdził, że wirus jest w Chinach, Chiny są daleko. Jak sobie to przeczytałem po raz pierwszy, to pomyślałem, że Pinkas jest po prostu jakimś ignorantem i nie wie, że koronawirus się już w Europie pojawił. Rzecz jasna, źle sobie pomyślałem, bo zaraz potem Pinkas opowiadał o tych przypadkach. Teraz warto sobie postawić następujące pytanie: dlaczego Pinkas chciał zbudować taką, a nie inną narrację? To jest moja robocza teoria, ale obstawiam, że robił to dlatego, że dostał takie, a nie inne polecenie. W wypowiedzi Pinkasa jest jeszcze jeden, zajebiście istotny fragment: „W Europie - tak jak i w Polsce, jest dobrze zorganizowana opieka zdrowotna”. Na pierwszy rzut oka wygląda to na zwykłą propagandę sukcesu („W Europie TAK JAK I w Polsce”). Tylko, że na drugi rzut oka chodzi również o coś innego. O wyraźną sugestię, że poważne problemy taka choroba to sobie może wywoływać w krajach, w których służba zdrowia źle działa, a nie w Europie (tak więc, hohoho, u nas to by było niemożliwe/etc.). Wydaje mi się, że tego rodzaju przeświadczenie było jedną z podstaw gremialnego olania problemu koronawirusa (w początkowej fazie) przez sporą liczbę państw. Niemniej jednak, tak jak to napisałem wcześniej, niech sobie własnych włodarzy osądzają mieszkańcy innych krajów. Przykładowo, rozliczanie rządu Wielkiej Brytanii, którego to rządu plan walki z koronawirusem oznaczałby śmierć kilkuset tysięcy osób i który to plan opierał się na błędnych danych, to zadanie dla mieszkańców Wielkiej Brytanii. Analogicznie, rozliczanie ludzi, którzy podważali zasadność zawieszenia połączeń lotniczych z Chinami, to zadanie dla nas.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


7 lutego 2020 w DGP pojawił się wywiad z ministrem Szumowskim. Szumowski: „wskazał, czego powinniśmy obawiać się bardziej (od koronawirusa przypis mój własny). Chodzi o grypę i zapalenie płuc. Szumowski w dzienniku powiedział, że z powodu grypy już w tym roku zmarło w Polsce ponad 10 osób, a każdego roku umiera 70–80. Na zapalenie płuc rocznie choruje natomiast 15 tys. ludzi w Polsce. Jego zdaniem to tych chorób powinniśmy się obawiać bardziej niż koronawirusa.”


W lutym było znacznie więcej wypowiedzi (Ważnych Osób) na temat koronawirusa. Dodatkowym utrudnieniem w wyszukiwaniu tychże jest to, że wywiady rezonowały po wszystkich portalach (bo się media zorientowały, że koronawirus generuje kliknięcia). Tak więc postanowiłem skupić się na tym, co Ważne Osoby opowiadały pod koniec lutego, bo wtedy koronawirus się zaczął rozpędzać we Włoszech, a co za tym idzie, media się pochylały nad tym tematem częściej (a z tego z kolei wynikało to, że Ważne Osoby były pytane o koronawirusa bardzo często).


24 lutego na portalu Dziennika Polska Times pojawił się wywiad z Pinkasem. Tytuł wywiadu nie zestarzał się zbyt dobrze: „W Polsce grypa jest groźniejsza niż koronawirus”. Pinkasa zapytano (między innymi) o to, skąd obywatele mogą czerpać wiarygodne informacje: „skąd mamy czerpać wiedzę? Mamy ją czerpać od autorytetów; od tych osób, które są predestynowane do tego, żeby dzielić się wiedzą. To znaczy, że nic im się nie wydaje, tylko mają pewność; ich doświadczenie zawodowe i wiedza pozwalają na to, żeby dzielić się informacjami (…) Nie zajmujemy się rozpowszechnianiem niesprawdzonych informacji, które nie są oparte na rzetelnych danych.”. Chciałbym w tym momencie (bez żadnego trybu) przypomnieć o tym, że cytowane słowa padły z ust człowieka, który usiłował tłumaczyć, że koronawirus to jest tam gdzieś daleko w Chinach mimo tego, że wiedział o przypadkach w Europie. Tenże sam człowiek podważał zasadność zawieszenia połączeń lotniczych z Chinami.  O czym jeszcze opowiadał w wywiadzie? Jest tam kilka istotnych fragmentów, ale jeden z nich jest, moim zdaniem, kluczowy: „Za chwilę będziemy wiedzieli, czy naukowcy chińscy dobrze przewidują rozprzestrzenienie się tego wirusa.” Z tego bowiem wprost wynika, że Polska nie dysponowała swoimi modelami-scenariuszami rozwoju sytuacji. Gdyby bowiem nasz kraj dysponował takowymi modelami-scenariuszami, to Pinkas opowiedziałby o tym, że: „za chwile będziemy wiedzieli, czy dobrze przewidujemy (...)”. Wynika z tego jeszcze to, że Polska nie próbowała zasięgnąć opinii w tej sprawie u innych krajów europejskich (acz w sumie może to i dobrze, bo znając sympatię Genialnego Stratega, moglibyśmy się zwrócić o „pomoc” do Wielkiej Brytanii). Idźmy dalej: „W Polsce jesteśmy przygotowani. Mamy szpitale, respiratory, znakomicie wykształconych lekarzy. Wszystko zależy oczywiście od skali zagrożenia.”. I znowuż mamy do czynienia z „uspokajaniem” przy pomocy narracji „damy radę”. Warto zwrócić uwagę na „dupochron”: „Wszystko zależy oczywiście od skali zagrożenia”. Można by to było omyłkowo uznać za odniesienie się do jakichś prognoz, ale gdyby Pinkas miał z takowymi do czynienia, to opowiedziałby o tym, jakie jest prawdopodobieństwo takiego „scenariusza”. Zamiast tego mamy informację, z której wynika, że sobie poradzimy albo sobie nie poradzimy, to zależy. Żałuję, że dziennikarka go nie docisnęła w tym temacie. Pinkas zapytany o rokowania odpowiedział:  „Rokowania na wyzdrowienie są bardzo duże; większość pacjentów zdrowieje. Dobrym przykładem są ci pacjenci, którzy byli lub dalej są leczeni w Europie. Z dotychczasowych obserwacji wynika, że ta choroba nie jest śmiertelna dla ludzi, którzy nie mają obciążeń immunologicznych, albo związanych z wiekiem, czy z innymi współistniejącymi chorobami.”. Poznajecie tę narrację, w myśl której europejska służba zdrowia sobie doskonale radzi i koronawirus nie będzie dla niej problemem? 


Również 24 lutego 2020 Szef GIS postanowił się „odezwać” w sprawie Polaków wracających z Włoch: „Polacy, którzy wracają z Włoch, powinni zachować spokój i obserwować swój stan zdrowia – poinformował Jarosław Pinkas, Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas, odnosząc się do kolejnych przypadków koronawirusa stwierdzanych we Włoszech. Na północy kraju zmarły już cztery osoby. Włochy to popularny kierunek turystyczny wśród Polaków. (…) Polacy (przypis mój własny): „Muszą oni zachować daleko idący spokój. Muszą sami się obserwować. Muszą widzieć, że mogli spotkać się z zagrożeniem. Między nami mówiąc, ono nie jest tak wielkie, jak się wszystkim wydaje”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że 24 lutego 2020 sytuacja we Włoszech nie wyglądała jeszcze bardzo chujowo, ale widać było wyraźny wzrost liczby zarażonych, więc obawy Polaków wracających z Italii były zrozumiałe. Nie był zaś zrozumiały optymizm Pinkasa. Ów optymizm znalazł swoje odzwierciedlenie również w tym fragmencie, który zestarzał się zajebiście źle: „Jeszcze za wcześnie, aby mówić o tym, że będzie pandemia. Należy przeanalizować to, co się dzieje w Chinach. Dzisiaj rano dostałem dość interesujące informacje, które potwierdzałyby to, że najprawdopodobniej do końca lutego szczyt zachorowań zostanie zahamowany, że będziemy mieli trend spadkowy.”  


25 lutego 2020 Michał Dworczyk (minister bez teki) powiedział: „Jesteśmy przygotowani na koronawirusa niezależnie od skali ewentualnych zachorowań”. Pozwolę sobie tego nie skomentować. 


26 lutego 2020 Pinkasa indagowano w sprawie szpitali, które (zdaniem pracujących w nich lekarzy) nie są przygotowane na koronawirusa: „Jeżeli jakiś lekarz mówi, że dany szpital jest nieprzygotowany, to… niech go zmieni. Dlaczego? Bo to świadczy o tym, że placówka może być źle zarządzana lub nie mieć odpowiedniego dyrektora. Ktoś, kto kieruje szpitalem, ma obowiązek robić to w taki sposób, aby podmiot był bezpieczny dla pacjentów (…) Niebawem dojdzie do spotkania z większością dyrektorów polskich szpitali – zapowiada Pinkas w rozmowie z „Do Rzeczy””. Śmiem twierdzić, że z tego krótkiego kawałka tekstu można wyciągnąć kilka wniosków. Primo – racje mieli zapewne lekarze, bo oni sobie doskonale zdawali sprawę z tego, że to, co mają „na stanie”, może nie wystarczyć, jak im się pojawią chorzy na koronawirusa, których trzeba będzie izolować. Secundo, trochę racji miał Pinkas opowiadając o tym, że kierujący szpitalem mają obowiązek kierować nimi tak, żeby (…). Tylko, że z tej jego racji, za przeproszeniem, gówno wynika, bo polska służba zdrowia jest w chuj niedofinansowana i szczerze wątpię, żeby szpitale dostawały wcześniej jakąś ekstra kasę,by mogły się przygotować do epidemii (taki sprzęt trzeba też od czasu do czasu wymieniać, a to generuje kolejne koszty). Tertio, końcówka „niebawem dojdzie do spotkania z większością dyrektorów” oznacza, że ani Ministerstwo Zdrowia, ani GIS się jakoś specjalnie z tymi dyrektorami nie kontaktowały wcześniej, tak więc stąd mogła się wziąć różnica opinii między Pinkasem i lekarzami (którzy mieli nieco większe pojęcie od niego o tym, jak sytuacja w terenie wygląda).


27 lutego 2020 Szumowski powiedział: „Myślę, że to jest kwestia najbliższych dni, kiedy ten wirus się w Polsce pojawi, czy najbliższego czasu.”. W internetach było już wtedy od cholery teorii, w myśl których ministerstwo wie, ale nie powie. Wydaje mi się, że te teorie były dla naszego rządu zbyt pochlebne, bo wynikało z nich, że ministerstwo w ogóle panuje nad sytuacją (zaś szpitale/etc. dysponują odpowiednią liczbą testów). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że 28 lutego 2020 poinformowano opinię publiczną o tym, że rząd posłał samolot po 30 tysięcy testów.


27 lutego 2020 ministra rozwoju, Jadwiga Emilewicz wypowiedziała się w sprawie koronawirusa (wypowiedź ta zestarzała się jeszcze gorzej od tych Pinkasowych): „Polska gospodarka oparta na małych i średnich firmach, które nie miały swoich parków produkcyjnych ulokowanych w Chinach, paradoksalnie na tego typu kryzysie może skorzystać (…) Wiele branż może skorzystać na tej kryzysowej sytuacji, choć oczywiście trudno oszacować konsekwencje dla globalnej gospodarki”. Jest to, w mojej opinii, pierdylionowy z rzędu (tak, liczyłem) dowód na to, że absolutnie nikt z rządu nie miał najmniejszej styczności z jakimikolwiek prognozami. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w końcówce lutego codzienne doniesienia z Włoch powinny zaalarmować nawet największych lekkoduchów ze Zjednoczonej Prawicy i skłonić ich do zweryfikowania poglądów odnośnie tego „co się może stać”.


28 lutego 2020 w DGP pojawił się wywiad, w którym Jarosław Pinkas zaczął się użalać na swój ciężki los: „Jestem od kilku dni w biurze, nocuję tu, w zasadzie nie wiem, jaki dzień dzisiaj. Szczerze powiem, jestem w piekle. Bo mamy przeciwnika, który jest niezidentyfikowany”. Jednocześnie dodał, że tym niezidentyfikowanym przeciwnikiem nie jest wirus, ale: „Ten przeciwnik to panika, niepokój, brak rozsądku i rozwagi. Oraz złe emocje.”. Magdalena Rigamonti odparła wtedy w sposób mało subtelny (acz uzasadniony): „Rząd nie przekazuje społeczeństwu jasnych komunikatów, więc jest panika.”. Pinkas odparł: „Ministerstwo Zdrowia oraz Główny Inspektorat Sanitarny publikują komunikaty od 20 stycznia. Ale media epatują tym, co się dzieje teraz we Włoszech, dlatego jest panika.”. Zwrócono mu uwagę na to, że media nie „epatują”, tylko informują (faktem, że mimo medialnego zainteresowania, temat koronawirusowa jeszcze nie był grany 24/7 tak, jak teraz). Znamienne jest to, że Pinkas nie był w stanie pojąć tego, że reakcje społeczeństwa biorą się stąd, że dotychczasowe zapewnienia i bagatelizowanie problemu przez Ministerstwo Zdrowia (które zapewniało, że się przejmuje koronawirusem/etc.) i GIS zderzyły się z tym, co dzieje się we Włoszech. Już wtedy nie wyglądało to specjalnie dobrze (27-go, kiedy Pinkas udzielał wywiadu, we Włoszech było 250 nowych zarażeń i 5 zgonów). Pinkas narzekał również na to, że w Polsce różni tacy chcą „grać” koronawirusem (ciekawe, co Pinkas powiedziałby o lansie, który odpierdala ostatnio Prezydent RP): „Koronawirus stał się elementem rozgrywki politycznej, co jest kuriozalne (…) "Kiedy mówimy, że się przygotowujemy, to opozycja od razu: 'A co żeście zrobili?'. Aż się boję to powiedzieć, ale powiem: wielu polityków, którzy posługują się koronawirusem jako elementem gry politycznej, powinno sobie włożyć lód do majtek”. O tym, jak bardzo byliśmy, kurwa, przygotowani będę jeszcze pisał, ale już teraz mogę napisać, że nie dziwię się Pinkasowi. Tzn. nie dziwi mnie to, że tak straszliwie się biedak stresował pytaniami „co zrobiliście”, bo gdyby to musiał opisać ze szczegółami, to by pewnie się okazało, że ta lista byłaby bardzo krótka i jedną z istotniejszych pozycji na tejże liście byłoby „uprawialiśmy propagandę sukcesu i na wszelki wypadek nie bawiliśmy się w jakieś tam, kurwa, prognozy, scenariusze, bo Poland Stronk”.


29 lutego 2020 w Radiu Zet pojawił się Pinkas i, na swoje nieszczęście, dużo mówił. Tym razem znowu potrzebny będzie obszerniejszy fragment: „Na pytanie, co oznacza postawienie szpitali w stan wyższej gotowości, odpowiedział: "Mamy być przygotowani na najgorszą ewentualność tzn. na wystąpienie w Polsce epidemii, której nie mamy i być może jej nie będzie, a jeśli już, to nie będzie miało to jakiegoś bardzo istotnego, wielkiego zasięgu". "Mamy być przygotowani na sytuację ekstremalną, bo tak funkcjonuje państwo, że musi zapewnić swoje działanie w sytuacji ekstremalnej" – dodał. (…) Przewiduje taki scenariusz, że będziemy mieli może dwa, trzy, czy cztery zachorowania i pokażemy skuteczność działania inspekcji sanitarnej, która będzie prowadziła taką aktywną działalność przeciw epidemiczną, tzn. dochodzenia epidemiologiczne, że będziemy zabezpieczeni, że będziemy mieli naszych pacjentów i osoby zagrożone izolowanych, poddanych kontroli itd.”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że 28 lutego 2020 sytuacja się pogorszyła (we Włoszech 238 nowych zachorowań i 4 zgony), mimo tego Pinkas mówił praktycznie to samo, co wcześniej. Jedyną nowością było postawienie szpitali w stan gotowości, które to postawienie na niewiele się zdało, bo, jak wiemy, szpitale się musiały przez dłuższy czas (w trakcie epidemii nawet kilka dni, to dłuższy czas) adaptować do sytuacji.   


O tym, co było w marcu (a raczej – co dzieje się w marcu) wiemy wszyscy, więc znęcanie się nad nieprzemyślanymi wypowiedziami polityków nie ma większego sensu. Warto jedynie odnotować, że minister Szumowski jest w internetach bashowany zestawieniami swoich własnych wypowiedzi, bo praktycznie w przeciągu kilku dni zmienił zdanie z: „Nie spodziewam się gwałtownego przyrostu chorych (w najbliższym czasie – przypis mój własny), spodziewam się raczej dwóch, trzech kolejnych osób, które będą miały potwierdzone wyniki” na „czeka nas epidemia”. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Przez moment zapomnijmy o tym, że państwo nieteoretyczne powinno dysponować już w styczniu zylionem scenariuszy (żeby się nie dać zaskoczyć), zapomnijmy o idiotycznych wypowiedziach z gatunku poland stronk. Skupmy się na samym marcu. Jeżeli ktokolwiek obserwując to, co się odpierdalało we Włoszech, opowiadał o tym, że u nas wszystko będzie dobrze i w sumie to nie ma się czego bać, to takiego kogoś powinno się uznać za groźnego idiotę.


W tym miejscu pora na kolejne wyznanie: po zebraniu cytatów i napisaniu tego, co mogliście przeczytać powyżej, zrobiłem sobie przerwę, celem zebrania myśli. W trakcie tejże przerwy minister Szumowski popełnił dwa wywiady (Radio Zet i Gazeta Polska), którego fragmenty wprost idealnie wpasowują się w kontekst, który nam się objawił po lekturze wcześniejszych wypowiedzi Szumowskiego i GIS. Szumowski, zapytany o to, czy polski rząd aby nie przespał trochę przygotowań na nadejście epidemii koronawirusa, odpowiedział: „No ruszyliśmy z przygotowaniami tak naprawdę, odkąd usłyszeliśmy, że jest w Chinach, i to niedługo później.” . Potem dodał, że: „Natomiast myśmy mieli trochę więcej czasu niż inne kraje, Bogu dzięki, stąd mieliśmy czas, żeby zareagować gwałtowniej niż inne kraje”. Jeżeli ktoś po przeczytaniu tego, co napisałem wcześniej miał jeszcze wątpliwości odnośnie tego, czy nasz rząd olewał kwestię prognoz/etc., to takiej osobie dedykuję ten fragment: „Przygotowujemy się maksymalnie jak możemy. Tak naprawdę nie znamy skali epidemii, która nas czeka”. Do powyższego fragmentu zaś idealnie pasuje to, co Szumowski powiedział Gazecie Polskiej: „W wyniku zrządzenia losu doszło do sytuacji, którą można potraktować jako eksperyment. Mówię o wycieczkowcu Diamond Princess, którym podróżowało 2,5 tys. pasażerów. Statek był zamknięty i działała na nim klimatyzacja, w której miesza się powietrze. Przez dłuższy czas stał w jednym miejscu. Zachorowało 700 osób (…) To pokazuje, ilu ludzi może zachorować. Na pewno zachoruje mniej w populacji otwartej. Myślę, że 10-20 proc. społeczeństwa. W efekcie wszyscy się zetkną w jakiś sposób z wirusem i mogą mieć odporność. To jest jednak nadal pewna hipoteza”. Przepraszam za podkarpacki dialekt, ale wydaje mi się, że podstawowym pytaniem, które powinni zadawać dziennikarze Szumowskiemu (i Pinkasowi, o ile ktokolwiek go puści do mediów) jest pytanie o to: Czy wy jesteście, kurwa, poważni? Wiadomym jest, że nikt nie zna skali epidemii, bo ta w różnych krajach będzie wyglądać różnie. Niemniej jednak z tego, co mówi Szumowski, wyziera absolutny wręcz brak jakichkurwakolwiek prognoz. Tak sobie dumam, że co prawda koronawirus udowodnił, że zachorować na niego mogą wszyscy, to jednak wydaje mi się, że to, co działo się z  populacją na statku, na którym bilety zaczynają się od 130 dolców/doba (do tego sobie trza doliczyć kasę, którą się wydaje już w trakcie rejsu), ciężko ekstrapolować na populację, składającą się z osobników o nieco bardziej zróżnicowanych dochodach, z których ci biedniejsi mogą mieć układy odpornościowe w nieco gorszym stanie. Aczkolwiek przyznaję, że to jest jednak nadal pewna hipoteza. Tym niemniej chciałbym was w tym miejscu zapewnić, że mnie słowa Szumowskiego o tym, że się państwo polskie przygotowywało do epidemii od stycznia przekonują. Po prostu udam, że nie przeczytałem tych wszystkich bzdurnych wypowiedzi, nad którymi się pastwiłem do tej pory, no bo przecież skoro minister Szumowski (KTÓRY SIĘ NIE WYSYPIA, MÓJ BYCIE TRANSCENDENTNY, POPATRZCIE JAKI ON JEST ZMĘCZONY!!) mówi, że się przygotowali, to się przygotowali.


No dobrze, a jak w naszym kraju wyglądają efekty tych przygotowań? Ano tak, że wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego. Zakaz organizowania imprez (no chyba że msze do 50 osób, to wtedy nie). Zamknięte szkoły (wstępnie miały być zamknięte na 2 tygodnie, ale już teraz szef MEN zapowiedział, że pewnie będą zamknięte dłużej). Nieczynne są również, między innymi kina, siłownie, restauracje i insze miejsca, w których ludzie się by mogli spotykać (i zarażać). Tyle, że nie wszystkie takie miejsca zostały zamknięte, bo, na ten przykład, markety budowlane (w których jest od cholery klientów) działają, działa również kupa inszych sklepów. Tutaj popełnię dygresję anecdatyczną, ale na własne oczęta widziałem niewielkie sklepy, które były zamknięte „od 17 marca do odwołania”  albo po prostu zamknięte (bez żadnego trybu), tak więc część suwerena sama z siebie się katapultowała. Nikomu nie umknęło to, że najpierw (11 marca 2020) podjęto decyzję o zamknięciu szkół (żłobków, przedszkoli i inszych uniwersytetów), a dopiero potem (13 marca 2020) ktoś wpadł na to, że może warto by było pozamykać galerie. Mam niejasne przeczucie, graniczące z pewnością, że Ministerstwo Zdrowia „wpadło” na pomysł zamknięcia galerii po tym, jak część suwerena zaczęła w internecie wspominać o tym, że no w sumie spoko, że szkoły pozamykane, ale młodzież może sobie pójść do tych galerii, a chyba nie chodziło o to, żeby się gdzieś zbierały duże ilości młodzieży naraz. O tym, jak bardzo jesteśmy, kurwa, przygotowani (i to od stycznia) świadczy również zbiórka na posiłek dla lekarzy (i personelu medycznego). Świadczy o tym także to, że personel medyczny zgłasza uwagi w rodzaju: „Brakuje nam przede wszystkim ubrań ochronnych. Takich, które spełniają wymogi, jak na przykład kombinezony ochronne. Te, które dostaliśmy to kombinezony wojskowe, które w szpitalu mają ograniczone zastosowanie. Brakuje nam fartuchów, maseczek. Musimy zabezpieczyć personel, bo jak oni się rozchorują, to nie będzie miał kto leczyć - mówi dr n. med. Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie”. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się nasze władze nie przygotowały do koronawirusa...


Od pewnego czasu pojawiają się w polskiej debacie wypowiedzi, których autorzy nieśmiało pytają, czy aby na pewno sensowne jest organizowanie wyborów prezydenckich w maju 2020. Co zrozumiałe, im dalej w las, tym więcej pytających. Co ciekawe, w obozie władzy zaczyna chyba kiełkować spór o wybory. Otoczenie Prezydenta RP niezmiennie opowiada o tym, że „Wybory odbędą się 10 maja”. Z drugiej zaś strony Michał Dworczyk stwierdził, że: „Mogą zostać przesunięte, jeśli sytuacja się zmieni”. Kronikarski obowiązek każe mi w tym miejscu popełnić dygresję i wspomnieć, że otoczenie prezydenta twierdzi, że wyborów się przesunąć nie da „bo Konstytucja”. Jest to, kurwa, urocze, że ekipa, która wycierała sobie tąż Konstytucją cztery litery w trakcie praktycznie całej swojej kadencji, nagle zaczyna opowiadać o tym, że trzeba tejże Konstytucji przestrzegać. Jeszcze trochę i obecny Prezydent RP zacznie chodzić w koszulce z wiadomym napisem (i nie będzie do Red is Bad [swoją drogą ciekawe, co ludzie śmigający w koszulkach RiB sądzą na temat państwa wspierającego przedsiębiorców w trakcie epidemii..]). Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że obecne władze do perfekcji opanowały robienie fikołków narracyjnych, ale śmiem twierdzić, że narracji „siedźcie w domu, bo tylko i wyłącznie izolacja może nas uchronić mieniem bardziej przejebane”, nie da się spiąć z narracją „nie ma przeciwwskazań do tego, coby się wybory odbyły”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że nawet najwierniejszy z wiernych, Jacek Karnowski napisał był, że: „Jeśli przekładać wybory, to o cały rok, a nie o kilka miesięcy. Rząd musi mieć możliwość posprzątania po katastrofie, której nie jest winien”. Co prawda drugie zdanie to bzdura, bo, jednakowoż rząd odpowiada za to, w jaki sposób (nie)przygotował kraju do tego, co się teraz dzieje, ale to jedynie moje przypierdalanie się. Istotne jest to, że Karnowski by tego tak sam z siebie nie napisał i jeżeli on się nad tym „zastanawia”, to znaczy, że partia rządząca bada grunt pod ewentualne przesunięcie wyborów. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął się zastanawiać nad tym co będzie, jeżeli Zjednoczona Prawica uzna, że wybory jednak trzeba przesunąć. Tzn. nie chodzi mi o jakiekolwiek prognozy wyborcze, ale o to, czy konflikt na linii ZP – Prezydent się zaostrzy, czy też otoczenie Prezydenta RP uzna, że jednak źle przeczytało Konstytucję i że wybory da się przesunąć i wszystko spoko. Nawiasem mówiąc, otoczenie obecnego Prezydenta RP wierzy w to, że wybory odbędą się terminowo i wymyśla swojemu pracodawcy idiotyczne eventy w rodzaju wizyt gospodarskich w Zakładach Orlen Oil w Jedliczu. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że domyślam się, w jaki sposób Prezydent RP połączy narracje „zostań w domu” ze swoimi wyjazdami. Otóż Prezydent RP oznajmi, że jego wyjazdy nie stoją w sprzeczności z akcją „zostań w domu”, bo przecież jest Prezydentem RP, tak więc cała Polska jest jego domem (jeżeli ktoś uważa, że to czerstwy dowcip, to pragnę taką osobę poinformować, że doskonale zdaję sobie z tego faktu sprawę, ale i tak jest to mniej czerstwe, niż tłumaczenia Szumowskiego, który twierdzi, że Prezydent RP co prawda nie siedzi w domu, ale nie siedzi w nim w sposób bezpieczny). Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, to też pomyślałem, że zamiast czerstwych dowcipów, napiszę krótką ściągawkę dla dziennikarzy i opozycji, w której to ściągawce będzie stało „co robić” w sytuacji, w której obóz prezydenta RP się, kurwa, uparł na te wybory. Otóż moi drodzy, warto partii rządzącej zadać kilka prostych pytań:


1) Czy rząd dysponuje procedurami umożliwiającymi bezpieczne przeprowadzenie wyborów w trakcie pandemii koronawirusa?


2) Jeżeli odpowiedzią będzie, że „mamy, mamy najlepsze procedury, inne kraje zazdroszczą nam naszych procedur”, należy zapytać kto (i kiedy) je stworzył i w oparciu o jakie dane. Potem należy dopytać o to, czy procedury są „aktualizowane” w oparciu o nowe informacje dotyczące koronawirusa?


3) Ponieważ mowa o pandemii, należy zadać pytanie o to, czy polskie władze będą w stanie zagwarantować to, że wszyscy Polacy przebywający za granicą będą mogli wziąć udział w wyborach prezydenckich. Warto mieć na uwadze to, że różne kraje mają różne przepisy odnośnie radzenia sobie z koronawirusem (no chyba, że ich szefem jest Boris Johnson, bo ten miał po prostu wyjebane), a co za tym idzie, w różnych krajach różnie może wyglądać sprawa kwarantanny. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że pytanie to podsunął mi jeden ćwiterianin .


4) Jeżeli dziennikarz/polityk będzie bardzo ciekawy, powinien zapytać o to, jak w myśl procedur  będzie wyglądała sytuacja osób objętych kwarantanną, tzn. w jaki sposób będą oni mogli zagłosować.


5) Zakładam, że w ramach przygotowywania się do wyborów, ktoś będzie musiał przeszkolić wszystkich członków komisji obwodowych z wcześniej omawianych procedur, które obejmować będą np. postępowanie w przypadku podejrzenia, że do komisji przyszedł ktoś chory, dezynfekcja komisji, kart wyborczych etc., etc. Pytanie, które należy zadać w tym kontekście, brzmi następująco: kto przeszkoli te kilkanaście tysięcy osób?


6) Czy przed wyborami uda się zaopatrzyć wszystkich członków komisji obwodowych z odzież ochronną (w tym, rękawice, przyłbice/etc.)?


7) Jak się już o to wszystko zapyta, to można zadać inne pytanie, które brzmi następująco: ile to, kurwa, będzie kosztowało?


8) Potem można zaś dopytać o to, czy zdaniem polskich władz tych pieniędzy (które, moim zdaniem, będą gigantyczne) na pewno nie da się lepiej spożytkować, niż wydawać je na przeprowadzenie wyborów w chujowych warunkach tylko i wyłącznie dlatego, że się Prezydent z kolegami uparł. Pytań może być, rzecz jasna, więcej, ale póki co, nic więcej nie przychodzi mi do głowy.


Edycja: po tym jak skończyłem pisać tekst, okazało się, że jeżeli chodzi o wybory, to zdania w Zjednoczonej Prawicy są podzielone (E. Witek i Morawiecki twierdzą, że wybory na pewno nie zostaną przesunięte).


Gdy opadnie już kurz pokoronawirusowy,  Polacy powinni zadać polskim władzom szereg innych pytań. Czemu dopiero „po wszystkim”? Bo teraz wszyscy mamy nieco inne problemy i raczej nie powinniśmy rozpraszać tych geniuszy trudnymi pytaniami, zwłaszcza, że pytań powinno być sporo (i powinny być bardzo szczegółowe). Nie będę was katował listą, po prostu nakreślę problematykę. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że pytania trzeba będzie zadawać drogą oficjalną. Pamiętacie może spin byłego ministra zdrowia, który twierdził, że „dziewczynki przyjmują pigułki dzień po kilka razy w ciągu miesiąca”? Ministerstwo zostało zapytane o to, na podstawie jakich danych Konstanty Radziwiłł oparł swoją wypowiedź. Ministerstwo Zdrowia co prawda olało pytającego odpowiadając, że rozmowa dotyczyła w sumie innego tematu, a piguły dzień po to był temat poboczny, więc jak się minister na ten temat wypowiadał, to mógł się wypowiadać bez podawania źródeł (czytaj: mógł się oprzeć na danych Instytutu Danych z Dupy). Chodzi mi o taką oficjalną drogę. Casus Radziwiłła przypominam zaś po temu, żeby od razu zaznaczyć, że w przypadku pytań dotyczących koronawirusa, tego rodzaju unik MZ nie będzie możliwy, bo przedmiotem wywiadów, w których padały bzdurne wypowiedzi był właśnie koronawirus. Rzecz jasna, pytania nie powinny dotyczyć tylko i wyłącznie wypowiedzi, ale warto by było zapytać np. o to, dlaczego szef GIS miał zastrzeżenia do zawieszenia połączeń lotniczych z Chinami (konkretnie zaś, zapytać o to, na jakich źródłach opierała się jego wypowiedź.).  Można by też zapytać GIS o to, czy jego szef może udostępnić informacje, na których oparła się jego wypowiedź odnośnie tego, że być może nie będzie pandemii, bo w Chinach szczyt zachorowań zostanie zahamowany. Kiedy Pinkas o tym opowiadał, wiadomo już było, że wirus dotarł do Europy (o krajach, do których miał bliżej z Chin, nie wspominając). Można również zapytać KPRM, na czym Dworczyk oparł swoją wypowiedź, z której wynikało, że Polska jest gotowa na koronawirusa niezależnie od liczby zachorowań/etc. Generalnie – warto by było zapytać o źródła każdej „optymistycznej” wypowiedzi. Jednakże znacznie ważniejsze od dopytywania się o źródła różnych wypowiedzi Ważnych Osób jest zapytanie o to, czy Polska dysponowała własnymi analizami/modelami. Jeżeli tak (w co wątpię), to należałoby zapytać, czy były one aktualizowanie w oparciu o nowe informacje. Jeżeli zaś okazałoby się, że Polska takowymi autorskimi modelami-scenariuszami nie dysponowała, to trzeba by było zapytać o to, na czym tak właściwie opierały się owe mityczne „przygotowania” do koronawirusa. Bo jak na mój podkarpacki rozum, to te „przygotowania” wyglądały tak, że najpierw robiono niewiele, a potem, jak sytuacja we Włoszech zaczęła wyglądać na tyle tragicznie, że nawet nasze władze to dostrzegły, zaczęto się martwić i zastanawiać nad tym „co dalej” (i dlatego teraz się nam minister zdrowia nie wysypia). To trochę potrwa, ale moim zdaniem, wszyscy powinniśmy się dowiedzieć tego, w jaki sposób przebiegały przygotowania naszego kraju do epidemii. Jeżeli zaś okazałoby się, że zamiast przygotowań był jeden wielki jebałpiesizm i tupolewizm (w ramach którego na polityków opozycji i dziennikarzy pytających o to „co robimy, żeby się przygotować” szczuto drony, które twierdziły, że „hehehe, tego jeszcze u nas nie ma, więc japa lewaki”), to trzeba by było się poważnie zastanowić nad tym, jakie konsekwencje wyciągnąć względem osób odpowiedzialnych za taki, a nie inny stan rzeczy.


Źródła:





https://businessinsider.com.pl/rozwoj-osobisty/zdrowie/koronawirus-we-wloszech-co-robic-zalecenia-dla-polakow-turystow/64mkrpj


https://zdrowie.wprost.pl/koronawirus/10302432/emilewicz-polska-gospodarka-moze-skorzystac-na-kryzysie-wywolanym-koronawirusem.html




https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1457777,szumowski-nie-spodziewam-sie-gwaltownego-wzrostu-chorych-na-koronawirusa-w-polsce.html

http://www.rynekaptek.pl/marketing-i-zarzadzanie/lukasz-szumowski-czeka-nas-epidemia,36469.html

https://www.rp.pl/Rzad-PiS/200319170-Szumowski-Dzialamy-sprawnie-i-szybko.html

https://www.tvp.info/47170879/ilu-z-nas-moze-siezarazic-minister-zdrowia-szacuje

Nie linkuję stron, na których można sobie zobaczyć ceny rejsów, bo wystarczy, że mnie teraz katują reklamami biletów.

https://dorzeczy.pl/kraj/132209/morawiecki-podjelismy-decyzje-o-odwolaniu-wszystkich-imprez-masowych.html

https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-szkoly-przedszkola-i-zlobki-zamkniete-w-calym-kraju-na-dwa-tygodnie-4344016

https://tvn24.pl/poznan/koronawirus-w-polsce-pomoc-dla-szpitali-maseczki-fartuchy-rekawice-4358254



https://wpolityce.pl/polityka/491671-jesli-przekladac-wybory-to-o-caly-rok-a-nie-kilka-miesiecy

https://www.tvp.pl/regiony-tvp/regiony/rzeszow/aktualnosci/spoleczne/orlen-oil-zwiekszy-produkcje-plynu-do-dezynfekcji-andrzej-duda-w-jedliczu/47160524

Ćwiternauta zwrócił moją uwagę na to, że Polacy przeca głosują również zagranico (zapomniałem o tym „drobnym” fakcie dlatego, że sam nigdy nie głosowałem poza granicami).

https://twitter.com/MarekTatala/status/791550001260457985

Dane o zachorowaniach brałem z wiki (albowiem zebrali je do kupy w jednym miejscu).







piątek, 13 marca 2020

Hejterski Przegląd Wyborczy #1

Na samym wstępie niniejszego tekstu muszę lojalnie uprzedzić, że jeżeli ktoś spodziewa się jakichś prognoz wyborczych, to się ich powinien spodziewać gdzie indziej. Prognoz takowych oduczyły mnie wybory prezydenckie 2015. Znamienne jest to, że spora część komentariatu (która również poległa „prognozowo” w 2015) nie przejęła się tym faktem wcale. Tenże sam komentariat poległ w 2018, kiedy to Patryk Jaki (aka „Chłopak z Biedniejszej Rodziny) miał wygrać wybory w Warszawie (nie pytajcie mnie, jak to możliwe, że komentariat poległ dwukrotnie – być może miało to coś wspólnego z punktami przeznaczenia). Od razu nadmieniam, że jeżeli gdzieś tutaj napiszę, że „najprawdopodobniej” coś się stanie, to nie dlatego, że potrzebny mi dupochron, ale dlatego, że moim zdaniem coś jest prawdopodobne (zdanie to jest godne Paulo Coelho, ale musiałem to napisać). Z przyczyn zrozumiałych („strach otworzyć lodówkę”)  poniższy tekst będzie poświęcony w główniej mierze obecnie urzędującemu Prezydentowi RP. 


[Disclaimer: W niniejszym tekście nie będzie poruszany temat pewnej „królewskiej” choroby, tak więc możecie ten tekst traktować jako strefę wolną od tejże]


Zacznijmy od tematu najbardziej bieżącego, czyli od konfliktu w Zjednoczonej Prawicy (na linii ZP-Prezydent RP), który to konflikt dotyczył ustawy (w uproszczeniu) o 2 miliardach dla TVP. Moim zdaniem ten konflikt nie był udawany i nie był „ustawką”. To, że za takową uchodził, Prezydent RP zawdzięcza swoim dotychczasowym dokonaniom w zakresie samodzielności/etc. W całej tej sytuacji nie pasowały mi dosłownie dwa szczegóły, ale okazało się, że jeden z nich zaczął mi pasować, jak sobie trochę poresearchowałem, a drugi zaraz po tym, jak „Wyborcza” wynorała, że w ustawie nie chodzi o to, że TVP dostanie dwa miliardy w tym roku, ale że będzie dostawać 2 miliardy rocznie aż do 2024. Wcześniej (czytaj: zanim te dwa szczegóły ogarnąłem) sytuacja była mocno zagmatwana. Z jednej bowiem strony dofinansowanie mediów rządowych mogło mieć negatywny wpływ na „reelekcyjne” szanse obecnego Prezydenta RP. Z drugiej zaś strony niedofinansowanie tychże mediów mogło mieć zły wpływ na „reelekcyjne” szanse obecnego Prezydenta RP, bo jego kampania opiera się głównie na tych mediach. Jak sobie człowiek tak nad tym podumał, to zaczął się zastanawiać nad tym, dlaczego w ogóle taką ustawę usiłowano przepchać w trakcie kampanii wyborczej. Przeca Zjednoczona Prawica mogła sobie to spokojnie ogarnąć zaraz po wygranych wyborach parlamentarnych 2019. Nawet gdyby opozycja okrzepła już do tego stopnia, żeby zareagować tak, jak zareagowała teraz, to jednak Zjednoczona Prawica miałaby więcej czasu na zgaszenie tego konkretnego pożaru wizerunkowego. Jedyny powód, który przychodził mi do głowy, to ten, że Zjednoczona Prawica podejrzewa, że wybory 2020 mogą być powtórką z tego, co działo się w Warszawie w 2018 – kiedy to wybory prezydenckie zamieniły się w plebiscyt, a kandydat Zjednoczonej Prawicy zajął zaszczytne drugie miejsce. Jak już wspomniałem wcześniej, dwa szczegóły mi do tego obrazka nie pasowały. Jednym z nich było to, że po cholerę Zjednoczona Prawica tak bardzo ciśnie Prezydenta RP o podpisanie tej nieszczęsnej ustawy? Ok, 2 miliardy piechotą nie chodzą, ale jeżeli im kandydat polegnie w wyborach, to niczego to nie zmieni, bo kolejnej transzy nikt im już nie klepnie, a Zjednoczona Prawica nie jest w stanie odrzucić prezydenckiego weta. A potem się okazało, że nie chodzi o jednorazowy zastrzyk pieniędzy, ale o stały jej dopływ. Nawet jeżeli kandydat Zjednoczonej Prawicy polegnie, to TVP będzie ogarnięte finansowo do 2024 roku. Drugim szczegółem, który mi nie pasował, była Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Twór ów składa się z 5 osób, z czego 2 wybiera Sejm, 1 Senat, a 2 Prezydent RP. Dumałem więc sobie tak, że co z tego, że Telewizja Rządowa dostanie pieniądze, skoro po ewentualnej wymianie na stołku Prezydenta RP, wymieni się 3 osoby z KRRiTV, one zaś wymienią prezesa/etc. A potem sobie doczytałem, że kadencja obecnej rady się kończy w 2022. Owszem, można wymienić skład KRRiTV przed upływem kadencji, ale potrzebna jest do tego większość w Sejmie i Senacie, tak więc przy obecnym rozkładzie parlamentarnym jest to, delikatnie rzecz ujmując, nierealne. Innymi słowy, Zjednoczona Prawica sobie zaklepała kasę dla swoich mediów na dłuższy czas przy jednoczesnym zabezpieczeniu się przed potencjalną wymianą Prezydenta RP. Ktoś może powiedzieć, no dobrze, ale czy oni sobie nie zdają sprawy z tego, że przepchnięcie tej ustawy może zaszkodzić obecnemu Prezydentowi RP? No bo tak na chłopski rozum, skoro są świadomi tego, że obecny Prezydent RP nie może iść „na pewniaka”, to chyba lepiej byłoby się przyczaić? I tu dochodzimy do meritum. W mojej opinii, Zjednoczona Prawica sobie z tego wszystkiego doskonale zdaje sprawę, ale ma to w dupie. Moim zdaniem, ta ekipa dokonała kalkulacji na chłodno i wyszło im, że jeżeli obecny Prezydent RP wygra, to spoko, ale jeżeli przegra, to również po nim płakać nie będą. Skoro zaś się już pogodzili z tym, że  różnie może być, postarali się wycisnąć z obecnego Prezydenta RP ile się da (stąd pewnie też jego podpis pod ustawą kagańcową). Poza tym, gdyby obecny Prezydent RP przepadł w wyborach, Zjednoczona Prawica miałaby na kogo zwalać to, że „reforma wymiaru sprawiedliwości” się zatrzymała. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że wielokrotnie się w Przeglądach rozpisywałem w temacie tego, do czego Zjednoczona Prawica będzie wykorzystywała „zreformowane” sądownictwo. O ile cel przyświecający „reformom” był dość oczywisty (dla każdego, kto obserwował to, co robi od 2015 „niezależna prokuratura”), to jednak sposób, w jaki Zjednoczona Prawica usiłowała do tego dotrzeć, był cokolwiek zjawiskowy (vide, pierdylion poprawek do ustawy o Sądzie Najwyższym/etc.). Jeżeli mógłbym sobie w tym miejscu pozwolić na dygresję wewnątrz dygresji w dygresji, to wam napiszę, że być może patrzyliśmy na to „reformowanie” ze złej strony. Mogło być bowiem tak, że te ustawy (będące zlepkami rozwiązań z innych krajów) zostały napisane tak, a nie inaczej, bo ich autorzy nie bardzo potrafili w ustawy o sądownictwie i po prostu sobie powycinali kawałki ustaw z innych krajów i uznali, że jak się je wszystkie połączy, to powstanie Kapitan Sądownictwo. No, ale to tylko dygresja była, wracajmy do tematu przewodniego. Drugą stroną konfliktu jest „obstawa” Prezydenta RP. Owszem, w 2015 ówczesny kandydat na Prezydent RP z ramienia Zjednoczonej Prawicy nie miał żadnych „swoich” ludzi, ale teraz już ma swoją ekipę. Ze zrozumiałych przyczyn ekipie/dworowi obecnego Prezydenta RP bardzo zależy na tym, żeby „chwila trwała” przez kolejne pięć lat. Tym samym ich kalkulacje polityczne nie pokrywają się z kalkulacjami Zjednoczonej Prawicy. Podsumowując: Zjednoczona Prawica najprawdopodobniej liczy się z tym, że obecny Prezydent RP może przegrać, więc postanowiła się zabezpieczyć na wypadek porażki. Najprawdopodobniej uznano, że nawet jeżeli podpisanie ustawy zmniejszą prezydenckie szanse na reelekcje, jest to akceptowalne ryzyko. Bez „swojego” prezydenta Zjednoczona Prawica może sobie trwać jeszcze przez jakiś czas (bez spektakularnych spadków sondażowych/etc.). Pod pewnymi względami brak „swojego” prezydenta byłby nawet ułatwieniem, bo byłoby na kogo zwalić niespełnione obietnice. Gdyby Zjednoczonej Prawicy zabrakło własnych mediów (tzn. jakieś tam popierdółki w rodzaju „Do Rzeczy”/etc. by zostały, ale mają one bez porównania mniejszy zasięg od TVP), no cóż, chyba nikt nie ma wątpliwości odnośnie tego, co działoby się dalej.


Kiedy sobie pisałem powyższy kawałek, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak skończy się napierdalanka związana z wyżej opisywaną ustawą. Wiadomo było, że Prezydent RP ją podpisał „pod pewnymi warunkami”. Jednym z tych warunków miało być odwołanie Jacka Kurskiego ze stanowiska capo di tutti capi w TVP. Część komentariatu od razu sypnęła narracjami, z których wynikało, że Prezydent RP co prawda podpisał (choć się nie cieszył), ale „postawił na swoim”. Życie dopisało do tego przepiękną pointę. Na jednym z portali rządowych („Do Rzeczy”) pojawił się artykuł pt. „Zaskakujące słowa Kurskiego na konferencji władz TVP”. Cóż takiego „zaskakującego” powiedział były prezes? Pozwolę sobie zacytować lead artykułu: „Poza tym, że mamy nowego, świetnego prezesa w zasadzie nic się nie stało. Zostaję z państwem na pokładzie – powiedział na konferencji prasowej władz TVP Jacek Kurski.”. Innymi słowy, Jacek Kurski chciał w ten sposób przekazać Prezydentowi RP, że terefere. Gdyby konflikt na linii ZP – ekipa prezydenta był ustawką, to do takiej sytuacji by nie doszło. Tak, Kurski dostałby jakiś stołek (z lepszą kasą), ale kazano by mu zamknąć mordę. Zamiast tego, pozwolono mu na to, żeby przed kamerami przeczołgał wizerunkowo Prezydenta RP. Warto mieć na uwadze również to, że czołganie Prezydenta zaczęło się w momencie, w którym ważyły się losy Kurskiego. Ów bowiem oznajmił: „Przedstawiłem dokumenty przedstawiające, że gdyby nie media publiczne, gdyby nie TVP Info, gdyby nie „Wiadomości”, „Panorama”, „Teleexpress”, to wydaje mi się, że bardzo wielu Polaków miałoby problem z dostrzeżeniem aktywności pana prezydenta.”. Nie uwierzę w to, że Kurski swoją akcję zaczął tak sam z siebie (tzn. bez pozwolenia „czynników decyzyjnych”). Wiem, że się powtarzam, niemniej jednak: moim zdaniem nie ma mowy o jakiejkolwiek ustawce.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Teraz pora na trochę archeologii. Sporo wody upłynęło od czasu, w którym Prezydent RP oznajmił, że jakby związki partnerskie mu wjechały na biurko w postaci ustawy, to on by się BARDZO POWAŻNIE ZASTANOWIŁ nad podpisaniem. Co zrozumiałe, wypowiedź ta momentalnie obiegła internety i wszelkie możliwe media. Mnie zastanawiało to, jak zareaguje na tę wypowiedź Zjednoczona Prawica. Dopuszczałem bowiem nawet taki scenariusz, w którym partia rządząca wrzuca do parlamentu jakąś (straszliwie okrojoną) ustawę o związkach partnerskich tylko po to, żeby Prezydent RP miał co podpisywać. Bardzo szybko okazało się, że wypowiedź Prezydenta RP nie była konsultowana ze Zjednoczoną Prawicą: „Dopóki PiS ma większość, to taka ustawa się nie pojawi, więc prezydent nie będzie miał dylematu – powiedział o ustawie o związkach partnerskich wicepremier Jacek Sasin.” Ktoś może powiedzieć, że wróżę z fusów, ale wydaje mi się, że to kolejny dowód na to, że komunikacja na linii partia rządząca – Prezydent RP raczej kuleje. Gdyby panował tam swobodny przepływ informacji, to wytłumaczono by Prezydentowi RP, żeby nie opowiadał nic o związkach partnerskich, bo Zjednoczona Prawica nie ma ochoty na ruszanie tego tematu. Zamiast tego mieliśmy (nieudolną) próbę mrugnięcia okiem do centrowego wyborcy, która to próba została momentalnie rozjechana przez partię rządzącą. Nie byłbym sobą, gdybym przy każdej nadarzającej się okazji nie mógł wspomnieć o tym, że w Polsce mamy chujowe media. Tak więc: w Polsce mamy chujowe media, a teraz poczytajcie o tym dlaczego. Wypowiedź Prezydenta RP przyciągnęła uwagę mediów, ale chyba żadnej redakcji nie chciało się sprawdzić tego, czy Prezydent RP opowiadał podobne rzeczy, kiedy jeszcze był zwykłym kandydatem. Oczywiście, że opowiadał. Wypowiedź z lutego (2020) brzmiała następująco: „Gdyby chodziło o status osoby najbliższej ułatwiający takie sprawy, jak wzajemne wspieranie się, troskę, dowiadywanie się o stan zdrowia, to jako prezydent podpisanie takiej ustawy poważnie bym rozważył – przyznaje Andrzej Duda. – Zwłaszcza że taka ustawa dotyczyłaby wszystkich żyjących w związkach nieformalnych – dodaje”.  W 2015 mówił: „Być może potrzebne jest uregulowanie osobistych relacji ludzi, które umożliwią im np. uzyskanie w szpitalu informacji o stanie zdrowia. Ale jestem absolutnie przeciwny rozwiązaniom, które podważają wartość małżeństwa. Nigdy nie zgodzę się na związki jednopłciowe.” Owszem, między tymi wypowiedziami jest różnica, bo w 2015 roku ówczesny kandydat z ramienia Zjednoczonej Prawicy twierdził, że te związki partnerskie to tylko dla heteryków, w 2020 powiedział, że „dla wszystkich”. Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć: no to chyba zmienił zdanie, lewaku? A ja bym takiej osobie odpowiedział: nawet jeżeli (w co szczerze wątpię), to co z tego? Poprzednim razem wspominał o tym, że „może by tak coś uregulować” (dla heteryków of korz) w 2015. Czy cokolwiek z tego wynikło? Tyle, że w 2020 mógł zapowiedzieć, że „poważnie by się zastanowił”.


Jeżeli chodzi o samą kampanię kandydata Zjednoczonej Prawicy, to muszę przyznać, że osiągnęła ona stan kwantowy. Z jednej bowiem strony przypomina o na kampanię z 2015 roku (nad szczegółami się pochylę za moment), z drugiej zaś strony nie przypomina jej wcale. Zacznę od tej drugiej sprawy. W 2015 kampania praktycznie od początku była budowana dookoła narracji pt.: zwyciężymy. To, czy Zjednoczona Prawica wierzyła w te narracje, ma tu drugorzędne znaczenie, chodzi po prostu o całą oprawę wizerunkową. Nikt wtedy nie opowiadał o tym „co będzie, jak nasz kandydat przegra”. Tymczasem na początku marca Krzysztof Sobolewski (przewodniczący komitetu wykonawczego PiS) powiedział: „Gdyby prezydent Duda przegrał wybory, w Polsce nastałby czas sporów. Ufam, że tak się nie stanie”. To nie była jedyna tego rodzaju wypowiedź/narracja. Co prawda nie ma ich jeszcze zbyt wiele, ale to się może zmienić, gdyby się okazało, że kandydat Zjednoczonej Prawicy zaczął dołować w sondażach. Czy coś wam to przypomina? Bo mnie, na ten przykład, narracje PO z 2015 z okresu, w którym jasne było, że ówczesny Prezydent RP nie idzie już „na pewniaka” i że istnieje wyraźne ryzyko przejebania przezeń wyborów. Nikt nie będzie budował narracji „jak nasz przegra, będzie źle” jeżeli pozycja „jego” kandydata jest niezagrożona. Nikt nie będzie tego robił, bo jak się tego rodzaju wypowiedzi pojawią, to zawsze znajdzie się ktoś, kto zacznie się głośno zastanawiać nad tym, czy aby te wypowiedzi to nie ze względu na lęk przed porażką.


Podobieństwa międzykampanijne sprowadzają się do kalkowania narracji i metod działania z 2015. W drugiej połowie lutego Rafał Bochenek grillował Małgorzatę Kidawę-Błońską na twitterze: „kiedy Pani jest prawdziwa? Wtedy kiedy głosowała Pani za podniesieniem wieku emerytalnego, czy wtedy gdy lobbowała Pani za sprowadzeniem do Polski uchodźców?” Jednym z filarów kampanijnych Zjednoczonej Prawicy (w obu kampaniach) w 2015 było obniżenie wieku emerytalnego, podwyższonego w trakcie rządów PO-PSL. Drugim filarem było straszenie uchodźcami (acz to dotyczyło kampanii parlamentarnej). Tutaj mamy combo w jednym ćwicie. Jednym z najbardziej jaskrawych przypadków kopiowania 2015 jest to, co robi Marcin Kędryna. Kilkukrotnie żartowałem sobie z tegoż przedstawiciela ekipy Prezydenta RP, konkretnie zaś żartowałem sobie z tego, że swoje stanowisko zawdzięcza temu, że w trakcie kampanii prezydenckiej 2015 liczył ile razy nazwisko jego pracodawcy pojawiło się we wstępniaku „Newsweeka”. Mniej więcej w połowie lutego 2020 na twitterowym koncie Marcina Kędryny pojawił się następujący wpis: „W 2015 roku liczyłem ile razy nazwisko Duda pojawia się we wstępniakach Tomasza Lisa. Wracam do tego., Newsweek nr 7/2020 – 0.” Tak zupełnie bez związku z całą tą sytuacją przypomniało mi się, jak to jedna organizacja zrobiła kampanie, w której stało, że część ludzi chce „żeby było tak, jak było”. Mam niejasne przeczucie, że praktycznie cała kampania obecnego Prezydenta RP wygląda jak jeden wielki reenacting 2015 roku (of korz, działo się tak do momentu, w którym wszystko zostało zdominowane przez temat, Którego Nie Będę Poruszał W Tym Tekście). Co prawda, zorganizowano Bardzo Drogą i Bardzo Dużą Konwencję, ale coś mi mówi, że społeczeństwo nie zareagowało na nią tak, jak trzeba, bo Zjednoczona Prawica się po tej konwencji musiała sama poklepywać po plecach. Tzn. może inaczej – inicjalne wypowiedzi komentariatu sprowadzały się do „wow”, ale trochę później okazało się, że poza tym, że dużo ludzi było, a Prezydent RP stał na tle flagi, to tak właściwie nic ciekawego się tam nie działo (łącznie z tym, że nie było tam żadnych konkretów). Jeżeli zaś chodzi o poklepywanie się samemu po plecach, to pozwólcie, że zaprezentuję wam dwa wpisy Stanisława Karczewskiego. Dwa dni po konwencji Stanisław Karczewski napisał był: „Nadal jesteśmy pod wrażeniem najlepszej w historii konwencji wyborczej” (dodatkowo w ćwicie było od cholery emotek). W tym miejscu popełnię autoplagiat, ale skomentowałem to na ćwitrze w sposób następujący: „Nadal jestem pod wrazeniem najlepszego obiadu w historii! Rzecz jasna, ow obiad sobie sam ugotowalem wczoraj.” 29-go lutego Stanisław Karczewski znowu poruszył temat konwencji: „Jakieś podsumowanie konwencji Małgorzaty Kidawy Błońskiej i Władysława Kosiniaka Kamysza? Tak. Ikar i tygrysek. Zdecydowanie to PiS robi najlepsze konwencje. Bo mamy dokonania, mamy determinacje, mamy Andrzeja Dudę (...)” (wpis trochę zmodyfikowałem, bo było w nim sporo tagów). Tak sobie myślę, że równie dobrze Stanisław Karczewski powinien sobie spryskać zęby sprayem w kolorze srebrnym i zacząć powtarzać „witness me”. Jeżeli zaś chodzi o samą konwencję, to mam skojarzenia z konwencją Chłopaka z Biedniejszej Rodziny. Wtedy też zachwycał się nią praktycznie wyłącznie Prawy Sektor. Wróćmy jeszcze na moment do podobieństw międzykampanijnych. Otóż, w 2015 Zjednoczona Prawica rozjechała ówczesnego Prezydenta RP. Sporą karierę w internetach robiły jego średnio przemyślane wypowiedzi. Tutaj również mamy do czynienia z reenactingiem 2015, albowiem kampania obecnego Prezydenta RP opiera się w głównej mierze na flekowaniu oponentów (w największym stopniu zaś flekowana jest Małgorzata Kidawa-Błońska).  Najprawdopodobniej reenacting nie przynosił oczekiwanych rezultatów, bo w pewnym momencie rządowe media zdecydowały się na krok, który był cokolwiek rozpaczliwy. Po konwencji Małgorzaty Kidawy Błońskiej „Wiadomości” oznajmiły, że: „Zdaniem komentatorów kampania Kidawy-Błońskiej coraz bardziej przypomina tę Bronisława Komorowskiego.”. Wartym nadmienienia jest fakt, że artykuł na portalu „Wiadomości”, w którym to artykule zaznajomiono nas ze zdaniem „komentatorów” zatytułowano: „Kidawa-Błońska jak Komorowski?” Jak wspomniałem przed momentem, było to, moim zdaniem cokolwiek rozpaczliwe zagranie. Spindoktorzy chcieli odtworzyć klimat z kampanii 2015. Ponieważ im się to nie udawało uznali, że trzeba suwerenowi wprost napisać o co chodzi, żeby nie miał wątpliwości. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że podobną strategię zastosowano w 2018, kiedy to na ćwitrze działało konto o nazwie „Trzaskowski jak Komorowski”. Co prawda, wtedy się nie udało, ale najwyraźniej ktoś uznał, że to dlatego, że Trzaskowski zaliczał za mało fuckupów, a z Kidawą-Błońską się na pewno uda. Co prawda w obecnej chwili ciężko jest ocenić skuteczność tych działań, bo uwaga wszystkich skupia się na Wiadomym Temacie, ale wydaje mi się, że byłaby to raczej średnio skuteczna strategia. Być może Kidawa-Błońska pod pewnymi względami mogłaby się mierzyć z byłym Prezydentem RP (chodzi o średnio przemyślane wypowiedzi), ale kampania prezydencka PO w 2020 wyglądała zupełnie inaczej niż ta w 2015. Insza inszość to fakt, że czym innym jest flekowanie (argumentacyjne) urzędującego prezydenta, a czym innym jest flekowaniem opozycyjnej kandydatki przez rządową telewizję.


Dawno temu, kiedy Donald Tusk ogłosił, że nie chce się mu w wybory, napisałem byłem, że obecny Prezydent RP będzie najsłabszym ogniwem swojej kampanii. Jakiż był mój absolutny brak zdziwienia, gdy okazało się, że obecny Prezydent ze wszystkich sił stara się udowodnić, że miałem rację. Kluczowe dla klęski Bronisława Komorowskiego były, moim zdaniem, jego wypowiedzi, które pokazywały, że jest absolutnie wręcz oderwany od rzeczywistości. Czemu o tym wspominam? No oczywiście, że dlatego, że obecny Prezydent RP uznał, że on też tak potrafi. Kiedy obecny Prezydent RP wizytował miejscowość o nazwie Turek, postanowił uspokoić suwerena w kwestii rosnących cen: „Słyszę i widzę w wielu miejscach, że rosną ceny. No proszę państwa rosną. Ale chcę państwa uspokoić, wiele z nich rośnie tylko przejściowo”. Ja rozumiem potrzebę narracyjnego łatania dziur, ale ta wypowiedź mnie, że tak to ujmę, rozjebała. O ile bowiem, nie można wykluczyć tego, że Prezydent RP miał rację (tzn. tego, że ceny będą sobie sinusoidować), to jednak pasowałoby jakoś tę tezę uargumentować. Np. opowiedzieć o tym, że ten, albo inny produkt raz to drożał, raz taniał i wytłumaczyć dlaczego tak było. Tak wiem, z tego, że jakiś produkt zdrożał, a potem staniał nie wynikałoby, że z innymi produktami byłoby tak samo, ale przynajmniej widać by było, że sztab wyborczy stara się nie traktować ludzi jak idiotów. Wypowiedź obecnego Prezydenta RP kojarzy mi się z pewną wypowiedzi Bronisława Komorowskigeo, która to wypowiedź zrobiła furorę w 2015: „Podczas spaceru prezydenta zaczepił chłopak, który zapytał, jak ma żyć i za co ma kupić mieszkanie jego siostra, która po trzech latach szukania pracy znalazła taką, w której zarabia 2 tys. złotych. - Znaleźć inną (pracę). Wziąć kredyt. Mieć pracę.” O ile fragment o kredycie i zmianie pracy znają praktycznie wszyscy, to równie błyskotliwy ciąg dalszy zniknął w pomroce narracji, tak więc go przypomnę: „wiesz, że w Polsce spada bezrobocie? A w Anglii idzie w górę”. Niczym nie poparte dywagowanie o tym, że teraz sobie ceny rosną, a potem zmaleją, to jest ten sam poziom oderwania od rzeczywistości. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nieprzemyślana wypowiedź o cenach miała potencjał, który nie został wykorzystany przez opozycję. Tzn. owszem, wypowiedź ta była (słusznie) krytykowana, ale nikt nie wspomniał o tzw. „Bronkomarkecie”, czyli o akcji Zjednoczonej Prawicy z 2015, w trakcie której wykazywano, że jeżeli w Polsce przyjmie się walutę Euro, to ceny pójdą w górę. No, ale to tylko takie moje przypierdalanie się. Potem było jeszcze bardziej spektakularnie, bo w trakcie innego wyjazdu Obecny Prezydent RP opowiadał o tym, że jedna z redakcji się go czepia i sprawdza ceny produktów (porównuje je z cenami z 2015). W trakcie wypowiedzi wspomniał o tym, że z wyliczeń redakcji wyszło, że koszyk jest o 9% (z hakiem) droższy niż w 2015. Gdyby na tym poprzestał, być może sprawa nie skończyła by się źle, ale zaraz potem zaczął wymieniać konkretne produkty, które zdrożały, a nstępnie dokonał postrzału w stopę, bowiem dodał, że w tej sieci w ogromnej mierze potaniał olej. Reakcja internetów była szybka i bezlitosna. Temat był grzany na tyle długo, że Marcin Kędryna (midas polskiej matematyki) wrzucił filmik z dłuższą wypowiedzią, bo wydawało mu się, że w ten sposób uratuje sytuacje (nie wyszło mu). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że z tematem cen Prezydent RP walczy od dłuższego czasu. Pod koniec 2019 tłumaczył: „Proszę państwa, ceny rosną. Ja sobie zdaję z tego sprawę, że ceny rosną. Ale musicie mieć państwa świadomość, że jak rosną wynagrodzenia, to niestety rosną też i ceny”. Widać więc wyraźnie, że zarówno on, jak i jego sztab byli świadomi problemu, ale przez kilka miesięcy nie potrafili go sensownie ogarnąć. Mało tego, ów sztab wyprodukował jeden z największych fuckupów tej kampanii, który nie zrobił internetowej kariery ze względu na Wiadomo Jaki Temat. Otóż, w trakcie wywiadu dla telewizji Trwam, Prezydent RP opowiadał o ciężkiej doli wiceministrów: „Proszę, żebyście mieli państwo świadomość, że np. wiceministrowie, jeżeli nie są z Warszawy, to płacą za mieszkania, w których mieszkają w Warszawie. To nie jest tak, że oni dostają mieszkanie za darmo. Jest specjalne rządowe osiedle, na którym są służbowe mieszkania, które są przydzielane takiemu wiceministrowi, który jest spoza Warszawy (…) Wiceminister mieszkanie dostanie, ale musi zapłacić. I wcale to nie jest niska stawka, to jest około tysiąca złotych.” Wydaje mi się, że idealną pointą dla tej wypowiedzi będzie pewien dowcip, który przeczytałem gdzieś dawno temu (autor nieznany): Kupię mieszkanie w cenie deklarowanej w oświadczeniu majątkowym parlamentarzysty/radnego.   


Zastanawiałem się nad tym, czy poruszać kwestię PrezydentoBusa, ale uznałem, że każda okazja do przypierdolenia się do mediów jest dobra, żeby przypierdolić się do mediów. Jakiś czas temu (kiedy naszym największym problemem była kampania prezydencka 2020) przez internet przewaliła się dyskusja pt. „jak powinni się zachowywać dziennikarze jeżdżący PrezydentoBusem?”. W trakcie dyskusji ostrzeliwały się dwa wrogie oddziały. Jeden twierdził, że jeżdżący PrezydentoBusem powinni po prostu przekazywać to, co mówi/robi prezydent i nie zadawać żadnych pytań. Drugi oddział twierdził, że każdy kto wsiądzie do PrezydentoBusa powinien zaczynać rozmowę z Prezydentem RP od „o rzesz Ty łamiący Konstytucję kurwiu!”. Jeżeli ktoś spodziewa się tego, że ja tu zaraz napiszę, że „prawda leży po środku”, to taki ktoś mnie chyba średnio zna. Prawda bowiem (tzn. moja prawda) leży po stronie: dziennikarz powinien „referować”, ale, do kurwy nędzy, nie powinien tego robić bezrefleksyjnie, żeby nie powielać bzdur. Zdaję sobie sprawę z tego, że zadanie „niewygodnego” pytania mogłoby się skończyć tak, że dziennikarz nie zostałby już zaproszony do PrezydentoBusa, ale wydaje mi się, że rolą dziennikarzy jest zadawanie pytań, a nie wygniatanie dupą dziury w siedzeniu autobusowym. O tym, jak wygląda zadawanie „niewygodnych pytań” w PrezydentoBusie niech zaświadczy ten przykład. Uprzedzam, że po zapoznaniu się z nim będziecie żałować, że w Polsce nie przyznaje się nagród Pulitzera. „Podczas podróży z dziennikarzami między Łowiczem i Turkiem, prezydent zrobił zakupy w lokalnym sklepie spożywczym. Kupił pół bochenka chleba i pasztetową, nazywaną też kiszką podgardlaną lub wątrobianką. (…) „Pasztetową to pan zje, serio?”,  spytała dziennikarka, „Pewnie, bo ją bardzo lubię”. Szokujące.


Kiedy podjąłem decyzję o tym, żeby sobie wydzielić tematy wyborcze ze zwykłych Przeglądów, żeby było w nich miejsce na cokolwiek innego, kampania dominowała w mediach. Teraz zaś wszystko zostało zdominowane przez Wiadomy Temat, zaś kampania została praktycznie zawieszona (ogranicza się ona do reagowania na Wiadomo Jaką Sytuację), a same wybory odbędą się najprawdopodobniej nie-wiadomo-kiedy. Tym samym, chciałbym was poinformować o tym, że nie mam pojęcia, kiedy pojawi się kolejny „wyborczy” Przegląd. Jeżeli zaś chodzi o kolejny „zwykły”, to z góry uprzedzam, że będzie w nim raczej dużo w Wiadomym Temacie (ale też trochę archeologii). Nie, nie będę wam pisał „kiedy będzie kolejny Przegląd”, bo za każdym jebanym razem, kiedy to robię, łapię tygodniowe opóźnienie.


Na sam koniec mam wam do powiedzenia jedno:

Jeżeli możecie, to zostańcie w domu.


Źródła:

https://www.money.pl/gospodarka/prawie-2-mld-zl-dla-mediow-publicznych-prezydent-podpisal-ustawe-pod-pewnymi-warunkami-6486058580797569a.html

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-batalia-o-sady/fakty/news-znamy-projekt-kolejnej-nowelizacji-ustawy-o-sadzie-najwyzszy,nId,2944390

https://twitter.com/DoRzeczy_pl/status/1237430690586771458

https://twitter.com/rzeczpospolita/status/1236014626040696832