wtorek, 19 listopada 2019

Hejterski Przegląd Cykliczny #60

Przyglądam się polskiej debacie publicznej (tu powinien się znaleźć jakiś wymuszony dowcip odnośnie poziomu tej debaty, ale mi się nie chciało) i moją uwagę przyciągnęły trzy tematy, acz każdy z innych powodów. Pierwszym, nad którym się będę pastwił, będzie temat najbardziej hardkorowy, czyli temat bezpieczeństwa na drodze, konkretnie zaś temat bezpieczeństwa pieszych, którzy są rozjeżdżani na przejściach dla pieszych . Temat jest hardkorowy z dwóch przyczyn. Pierwsza jest raczej zrozumiała, no bo heloł, ludzie są rozjeżdżani na przejściach dla pieszych, tu chyba za dużo nie trzeba tłumaczyć. Drugą przyczyną jest to, że część biorących udział w dyskusjach wychodzi z założenia, że no ok, nie powinno się rozjeżdżać ludzi, ale piesi też nie są bez winy! Komentujących nie obchodzą statystyki, z których wynika, że piesi są rozjeżdżani głównie z winy kierowców, a nie dlatego, że namiętnie rzucają się pod koła przejeżdżających samochodów. Większość komentarzy (hejtujących pieszych) sprowadza się do tego, że gdyby piesi uważali, to by się im nic nie działo. Of korz, część komentujących zapodaje anecdaty, z których wynika, że piesi stanowią ogromne zagrożenie. Tak sobie pomyślałem, że może i ja spróbuję w te anecdaty. Prawo jazdy mam od lat nastu i sporo się już najeździłem, tak więc napatrzyłem się na różnego rodzaju zachowania. A to (najprawdopodobniej) najebany facet szedł sobie nieoświetloną drogą (acz, dla własnego bezpieczeństwa szedł po linii przerywanej oddzielającej dwa pasy do jazdy pod górę). O tym, że pieszy miał pełen kamuflaż (tzn. zero odblasków) wspominać nie trzeba. A to jakiś młody człowiek w wieku szkolnym usiłował szybko przejechać przez osiedlową drogę i wyjebał mi się spektakularnie przed maską. A to jedna kobieta chciała sobie przejść przez drogę na przystanek i wyszła mi przed maskę spomiędzy aut stojących w korku na sąsiednim pasie. Innym razem środkiem pasa (po nocy, zero odblasków) podążały dwie osoby, w tym jedna pchająca wózek z dzieckiem). Takich historii mógłbym opisać jeszcze trochę (acz nie tak znowu dużo). Gdybym jednak chciał opisać wszystkie historie, w którym zabić mnie usiłował inny zmotoryzowany uczestnik ruchu, to bym tu, kurwa, książkę napisać musiał chyba. Wyprzedzanie na trzeciego, wymuszanie pierwszeństwa (w tym wyjeżdżanie tyłem z drogi podporządkowanej i moje ulubione – wymuszanie pierwszeństwa na aucie, które wyprzedza sznur aut, bo się wymuszającemu nie chciało w lusterko zerknąć), jazda po lewej stronie wysepki, przejeżdżanie przejazdu kolejowego lewą stroną, skręcanie w lewo bez kierunkowskazu, wyprzedzanie pojazdu sygnalizującego skręt w lewo, jechanie pierdylion na godzinę motocyklem, coby kierowca miał niewielkie szanse na to, żeby zobaczyć jednoślad w lusterku. Przejeżdżanie na czerwonym świetle z prędkością grubo ponad 100 km/h. Do każdej z tych kategorii mógłbym napisać tutaj zylion historyjek. Rzecz jasna, historii o tym, jak zmotoryzowany użytkownik ruchu drogowego chciał rozjechać mnie albo kogoś z mojej rodziny, też by było od cholery. Raz, na ten przykład, złapałem za fraki moją siostrę, która chciała wejść na przejście dla pieszych na zielonym świetle. Problemem było to, że jakiś kierowca dostawczaka uznał, że sygnalizacja świetlna jest zbyt arbitralna i odbiera mu swobody obywatelskie. Mnie z kolei rozjechać usiłował typ, który wyjeżdżał sobie z miejsca parkingowego pod marketem (szedłem tak jak trza, po lewej stronie) i potem tłumaczył, że to moja wina, bo (werble) miałem słuchawki w uszach. Mam świadomość tego, że to wszystko co tu napisałem to anecdata, jednakowoż, dziwnym trafem wpasowuje się ona wręcz idealnie w statystyki, z których wynika, że kierowcom zdarza się przydzbanić znacznie częściej niż pieszym. Z tego by z kolei wynikało (tzn. ze statystyk), że w celu poprawienia sytuacji, pasowałoby się skupić na kierowcach głównie. Moim lewackim zdaniem, duży nacisk powinno się położyć na to, czego uczy się nowych kierowców, coby im zdrowych nawyków nakłaść do głów. O ile bowiem nic się nie zmieniło od czasu, w którym robiłem prawo jazdy, to uczy się ich głównie tego, „jak zdać egzamin na prawo jazdy” (w tym, nieśmiertelnej „jazdy po łuku”). Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja nie mam pretensji do szkół jazdy, bo to nie one są odpowiedzialne za to, jak wygląda egzamin. Dodatkowo te szkoły muszą skupić się na zdawalności, bo jeżeli tego nie zrobią, to bardzo szybko przestaną mieć kursantów. Pamiętam, że na moim kursie typ, który prowadził teorię (i robił to w sposób, który potrafił zainteresować kursantów [co zakrawa na cud, biorąc pod rozwagę treści, które nam przedstawiał]), powiedział wprost, że oni nas nie nauczą jazdy, bo to za mało godzin – uczyć się będziemy, jak zdamy egzamin. Domyślam się, że pomysłodawcy egzaminu nie mają sobie nic do zarzucenia, bo przecież w testach w każdym pytaniu, w którym stoi „zachować szczególną ostrożność” trzeba taką odpowiedź zaznaczyć, więc wszystko jest w porządku. Premier Tysiąclecia zapowiedział, że teraz to „koniec z piractwem drogowym” i zapowiedział kompleksowy plan poprawy bezpieczeństwa na drogach, ale obawiam się, że może to być kolejne „chcemy aby”, względnie „potrzebne są rozwiązania systemowe”. Na sam koniec niniejszego kawałku podzielę się z wami jeszcze jedną anecdatą. Otóż, jakem robił jazdy przygotowujące do egzaminu, to się na mnie prawie wydarł instruktor, że po chuj ja się zatrzymuje przed każdym przejściem dla pieszych (nie zwrócił uwagi na to, że za każdym jebanym razem, jak się zatrzymywałem, jakiś pieszy czekał przed przejściem, coby go ktoś puścił wreszcie). Potem jednakowoż równowaga mocy została przywrócona, bo egzaminator stwierdził, że dobrze robię zatrzymując się przed przejściami. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że niedługo potem instruktor przestał być instruktorem, bo ponoć było na niego sporo skarg.


Zanim przejdę do kolejnego tematu, któren moją uwagę przyciągnąl, pozwolę sobie na krótki wstęp. Jak na to, jak dużo się w Polsce mówi o lewicy, zaskakująco mało osób ogarnia, czym się taka lewica zajmuje. Ostatnio obserwowałem gównoburzę, z której wynikało, że spora cześć gównoburzujących jest oburzona na lewicę za to, że lewica nie chce głosować tak, jak PO. Jeden typ, którego nie zamierzam linkować, oznajmił nawet, że w 2015 roku: „ludzie przeklinali, że lewica się nie dostała do Sejmu, a niedługo będą przeklinać to, że się dostała”. Co prawda, nie powinno to jakoś specjalnie dziwić, bo żyjemy w kraju, w którym ludzie potrafili pisać (całkowicie na poważnie) komentarze, z których wynikało, że Nowoczesna (tak, była kiedyś taka partia) to lewacka partia, bo krytykują 500+. Ciekawym, czy antyPiS, który hejtuje teraz lewicę bardziej niż wcześniej, zdaje sobie sprawę z tego, że powiela prawackie narrację. Wszak to prawica wymyślała (i nadal wymyśla) narracje, w myśl których hurr-durr-wszystko-co-złe-to-lewica. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że prawica od pewnego czasu rozdaje karty lewaka. Nie wierzycie? Zostańcie na chwilę i posłuchajcie. Dawno temu mignął mi na YT filmik (nie będę go linkował w imię zasad), w którym rozmawiali ze sobą dwaj prawicowi tytani intelektu. Sławomir Jastrzębowski i Marcin Rola. W pewnym momencie zaczął się rant na lewicę i Rola powiedział coś, co czasem się pojawia po prawej stronie. Zaczęło się od tego, że Sławomir Jastrzębowski (aka Triceps Wyklęty) nawiązał do tego, że się chwalił tym, że robił Triceps Dla Polski i że pół Polski się śmiało. Rola odparł: „szczególnie, ta, lewica się przywaliła, lewactwo, bo lewicą bym tego nie nazwał”. Niestety, w dalszej części „wywiadu” nie pojawiła się definicja lewicy, tak więc nie wiem, co Rola „nazwałby lewicą”. Prawica nauczyła się od Trumpa tego, żeby katować ludzi jak największą liczbą narracji (w tym, rzecz jasna, takimi, które są ze sobą sprzeczne). Z narracjami odnoszącymi się do lewicy jest podobnie. Z jednej strony lewica jest przepotężna, stoją za nią gigantyczne pieniądze i usiłuje ona „zniszczyć Polskę”. Z drugiej zaś strony „lewica zajmuje się pierdołami”. Z trzeciej strony, za każdym razem, kiedy lewica zajmuje się „pierdołami” (of korz, w ujęciu prawicowym), na prawicy występuje gigantyczny incydent kałowy. Nie inaczej było w przypadku dyskusji dotyczącej feminatywów. Ta sama prawica, która będzie twierdzić, że to są bzdury, którymi zajmują się lewaki, bo nie wiedzą czym się powinna zajmować lewica, potrafi pisać sążniste artykuły o tym, że „feministki próbują popsuć polszczyznę” (ciekawym, jak długo autor tytułu płakał, będąc zmuszony użyć słowa „polszczyzna”). Warto w tym miejscu zauważyć, że z feminatywami walczy nie tylko prawica, albowiem walczy z nimi również spora część komentariatu antyPiSowego (który jest co prawda liberalny, ale raczej wybiórczo). Najbardziej absurdalne, moim zdaniem, są wynurzenia komentatorek, które klarują, że no ok, feminatywy, ale nie wszędzie, bo no przecież można nazwać kobietę „politykiem”, które to komentatorki mają w ćwiterowych bio „dziennikarka”. Ktoś kiedyś napisał, że walka z feminatywami jest o tyle ciekawa, że nikt nie protestuje przeciwko „przedszkolankom”, „sekretarkom”, „sprzątaczkom”, „nauczycielkom”, ale „polityczka”, „chirurżka”, ”prezeska”, ”ministra”/etc. bardzo przeszkadzają. Bierze się to stąd, że konserwatyści mają wdrukowany w głowy podział na lepszy i gorszy sort zajęć. Jeżeli chodzi o gorszy sort, czyli zajęcia, które w ujęciu konserwatywnym nie są „poważne”, to tam sobie mogą feminatywy być, ale od „poważnych” zajęć, czyli od lepszego sortu, wara wam, bo to psucie języka polskiego. Nie można nie wspomnieć o tym, że dyskusje (liczba mnoga, bo powtarzają się co jakiś czas) na temat feminatywów, mają mocno charakterystyczną dynamikę. Otóż zaczyna się od tego, że jakaś lewaczka/lewak powie coś w temacie tego, że może by np. nazywać kobietę-chirurga chirurżką, kobietę-polityka polityczką/etc., po czym w okopach konserwatywnych następuję incydent kałowy pt. „kurwa, pojebało tych lewaków, chcą niszczyć Polskę”, równocześnie zaczyna się głośne śpiewanie Bogurodzica.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


O tym, jak bardzo część antyPiSu nie ogarnia, że lewica może mieć własną agendę, która niekoniecznie musi się zgadzać z agendą PO wspomniałem przed momentem. Można to potraktować jako wstęp do tego, co się dzieje w kontekście głosowania nad zniesieniem limitu 30-krotności składek na ZUS. Jeżeli ktoś nie wie o co biega, to pozwolę sobie zacytować: „jeśli ktoś zarobi w ciągu roku więcej niż 30-krotność prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, powyżej tej sumy nie musi płacić składek na ZUS”  (tak więc, jest to taka progresja, tylko w drugą stronę). Marcelina Zawisza (Razemitka) powiedziała, że Razem mogłoby poprzeć projekt, pod warunkiem, że jednocześnie wprowadzona zostałaby emerytura maksymalna. Kiedy sobie te słowa pisałem, nie było jeszcze wiadomo, kto i jak zagłosuje, bo np. Gowin (aka Reed Richards) zapowiadał, że jego klub nie poprze tego projektu, zaś rzecznik Prezydenta RP powiedział, że ma nadzieje, że ustawa nie trafi na biurko prezydenta, ale jednocześnie zapowiedział, że jeżeli trafi, to Prezydent RP najprawdopodobniej ją zawetuje. Tym samym, dyskusja na temat tejże ustawy może się okazać dość bezprzedmiotowa. Jednakowoż nie byłbym sobą, gdybym się trochę nie powymądrzał. Otóż, zarówno sam pomysł zniesienia limitu, jak i ustalanie maksymalnej emerytury znajduję jako kiepski pomysł. Zanim ktoś pierdolnie na zawał albo wykreśli mnie z listy lewaków, proszę o poczytanie do końca. Zapewne nie będzie dla was zaskoczeniem to,  że jestem zwolennikiem podatków progresywnych. W deklaracji Razemitki dostrzegam pewną taką dozę progresji, ale imho, nie powinno się tego robić w ten sposób. Jeżeli państwo klarowało ludziom od dłuższego czasu, że emerytura się bierze stąd, że kapitał początkowy, to wprowadzanie w pewnym momencie zastrzeżeń „no co prawda emerytura ma być powiązana z kapitałem początkowym, ale nie dla wszystkich”, to średni pomysł, bo to będzie podważać już i tak nieistniejące zaufanie do tegoż państwa. Poza tym, to idealny argument dla wszelkiej maści typów, którzy opowiadają o tym, że ZUS nas okrada, że w ogóle piramida finansowa i że PIENIĄDZE SIĘ KOŃCZĄ. Popełnię w tym miejscu kolejną dygresję, bowiem nieco mnie rozbawiło utyskiwanie części antyPiSu, który to antyPiS tłumaczył, że pomysł wprowadzenia emerytury maksymalnej przez lewicę to „naruszenie umowy społecznej”. Ja bym dwie uwagi popełnił do tego. Po pierwsze, to nie była „umowa społeczna”,  bo o tym, w jaki sposób będą przeliczane „nowe” emerytury zdecydowały (o ile mnie pamięć nie myli) AWS i UW.  Po drugie, chuj z taką umową, w myśl której, w teorii każdy ma prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej, ale w praktyce, jak się nie ma pieniędzy, to trzeba sobie trochę poczekać. To jest, swoją drogą, niesamowite, że do niektórych dociera już to, że trzeba pokombinować z podatkami, ale zamiast powiedzieć „no chyba jednak ta progresja będzie potrzebna”, wolą się bawić w podnoszenie składek emerytalnych (nie, nie piję w tym miejscu do Razemów, bo oni się nie kryją z tym, że progresja potrzebna). Część komentujących twierdzi, że pomysł ze zniesieniem limitu ma za zadanie pompowanie balonu wizerunkowego Prezydenta RP, bo wszak wybory za pasem. Nie można tego wykluczyć, jednakowoż jeżeli się to zniesienie limitu osadzi w kontekście wypowiedzi Prezesa Polski o spowolnieniu gospodarczym („bo nie chcę używać słowa kryzys”), to narracja ustawkowa robi się znacznie mniej prawdopodobna. Co prawda, zniesienie limitu oznaczałoby problemy za x-lat (kiedy trzeba by było wypłacać wysokie emerytury), ale, z czego sobie obecna władza doskonale zdaje sprawę, nie będzie to już jej problem.


Arcybiskupa Jędraszewskiego (aka „Heinrich”), niestety, nikomu nie trzeba przedstawiać. Tak samo, jak nikomu nie trzeba przypominać o tym, dlaczego stał się on idolem prawicy, która dostała na jego punkcie prawdziwego pierdolca. Równie żenujący jest sam Kościół, który zamiast odciąć się od typa rzygającego nienawiścią, stanął w jego obronie (ani kroku w tył i te sprawy) i w ramach bronienia go, używa coraz bardziej kuriozalnych porównań. Jakiś czas temu rzecznik KEP (Gądecki) powiedział, że Jędraszewski to prawie Popiełuszko i już wtedy wyjebało skalę. Teraz zaś okazuje się, że niepotrzebnie tę skalę naprawiałem, bo prawica postanowiła zawstydzić KEP. Tygodnik „Do Rzeczy” od 2013 przyznaje nagrodę „Strażnik Pamięci”. Jeżeli ktoś prześledzi sobie to, kto dostawał tę nagrodę (w kategorii „twórca”), to raczej nietrudno będzie ustalić klucz, według którego są one przyznawane. 2017 – Jarosław Marek Rymkiewicz (którego skrajna prawica uznała za  „Nowego Mickiewicza i największego wroga lewicy”, w 2018 nagrodę dostał prof. Marek Jan Chodakiewicz (jeżeli lubicie mocne wrażenia, to sobie wyguglajcie typa [nie polecam]). Dla nikogo więc nie będzie zaskoczeniem to, że w 2019 nagrodę dostał Jędraszewski (acz on dostał nagrodę specjalną). Gdyby chodziło tylko o tę nagrodę, po prostu bym to olał. Bo co mi do tego, że politycy prawicy dają nagrodę politykowi prawicy? Tyle, że na tym się nie skończyło. Laudację wygłosił jakiś typ, który według internetów jest doktorem historii i nazwał Jędraszewskiego „kurierem z Krakowa”. Przyznam, że w pierwszej chwili uznałem, że to nawiązanie do „Kuriera z Warszawy” (Jan Nowak Jeziorański), ale potem okazało się, że chodziło o innego kuriera (Wacław Felczak). Niemniej jednak chodziło o kogoś, kto w trakcie II Wojny Światowej ryzykował tym, że jeżeli zostanie złapany, to w najlepszym wypadku po prostu zostanie zastrzelony (po drodze mogły być jeszcze tortury, celem wyciągnięcia jakichś informacji). To zupełnie jak Jędraszewski, prawda? Typ, za którym stoi jedna z najpotężniejszych korporacji (dysponująca gigantycznym budżetem i olbrzymimi wpływami na władze w naszym kraju). Zastanawiam się nad tym, do kogo jeszcze porównany zostanie Jędraszewski i na wszelki wypadek nie naprawiam skali.


Na początku listopada mogliśmy się przekonać o tym, że racje miała prawica, która ostrzegała nas w 2015 roku przed fundamentalistami religijnymi, którzy będą chcieli wprowadzać w Polsce strefy szariatu: „Policyjna interwencja w kościele w Bełchatowie. Księża wezwali mundurowych do 13-latka, bo bali się profanacji. Chłopiec wypluł hostię i włożył ją do kieszeni”. O tym, że tego, kto zdecydował, że „no tak, to jest poważna sytuacja, trzeba tam wysłać patrol”, należałoby zapytać, czy aby na pewno nie ma przesunięcia w fazie, wspominać nie trzeba. Zachowanie księży, którzy nie pozwolili 13-latkowi iść do domu (bo przecież policja się nie mogła teleportować, więc trzeba było na nią poczekać) skrytykowali nawet ich koledzy z korpo. Najmniejszym zaskoczeniem świata jest to, że księdza bronili głównie ci ludzie, którzy w 2015 mieli najwięcej do powiedzenia w sprawie fundamentalistów. Autarcha Researchu stwierdził, że w sumie to pewnie 13-latek chciał w jakiś okultyzm i kiedyś to były czasy, bo ojciec mógłby mu wpierdolić (13-latkowi, nie Ziemkiewiczowi), a teraz to już nie ma czasów. Pokłosiem całej sprawy było wyznanie jednego duchownego, Grzegorza Kramera, który uchodził za „liberalnego”. Zapnijcie pasy: „Pytanie, które zadaję sobie, i jak zauważyłem – nie tylko ja, brzmi: Gdybym miał do wyboru w jednym momencie ratować (konsekrowaną) hostię i człowieka, to co bym wybrał? Nie wiem, na serio nie wiem, co bym zrobił. Kiedyś ta odpowiedź byłaby dla mnie oczywista i szybka. Dziś nie potrafię publicznie i w ogóle zadeklarować, co bym zrobił”. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że wypowiedź ta mnie w najmniejszym stopniu nie szokuje, aczkolwiek to dlatego, że mam swoje zdanie na temat „liberalnych duchownych” i brzmi ono następująco: tacy duchowni nie istnieją. Niemniej jednak wdzięczny jestem funkcjonariuszom kościoła, którym przydarzają się tego rodzaju chwile szczerości. 


12 listopada odbyło się pierwsze posiedzenie Senatu i głosowanie nad tym, kto będzie marszałkiem. Został nim kandydat opozycji, tak więc, ta bitwa o Senat rozstrzygnęła się na niekorzyść PiSu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w tym samym dniu, w którym wybierano marszałka, SN odrzucił ostatnie dwa protesty PiSu (aka „przeliczmy głosy jeszcze raz, dla pewności”). Najprawdopodobniej nigdy nie dowiemy się tego, czy protesty te były blefem (mającym pomóc PiSowi w negocjacjach z senatorami opozycji), czy też ktoś tam na serio wpadł na pomysł wyjebania stolika. No, ale to tylko dygresja. Warto pamiętać o tym, że z tego, że opozycja ma marszałka, nie wynika, że PiS sobie dał spokój z przeciąganiem senatorów. O tym, że w obozie Zjednoczonej Prawicy trwa ostra napierdalanka powyborcza, wiedzą wszyscy. Wydaje mi się, że to, co stało się kilka dni przed pierwszym posiedzeniem Senatu, było pokłosiem tej napierdalanki. Otóż, do RMFu przyszedł prof. Waldemar Paruch z Centrum Analiz Strategicznych KPRM i oznajmił, że jego zdaniem, Ministerstwo Sportu zostało nieobsadzone dlatego, że Ministrem Sportu może zostać ktoś z opozycji. Nie wydaje mi się, żeby ta wypowiedź była efektem „grillowania”, bo z Paruchem rozmawiał Krzysztof Ziemiec (który ma kilkadziesiąt tysięcy powodów do tego, żeby nie grillować nikogo z rządu). Mniej więcej w tym samym czasie, w którym Paruch powiedział to, co powiedział, część rządowych dronów zaczęła się chwalić tym, że PiS jednak weźmie Senat. Potem zaś można było zaobserwować ciekawą prawidłowość. Im więcej czasu upłynęło od wywiadu z Paruchem (i im bliżej było do głosowania) tym bardziej markotniały rządowe drony internetowe. W dniu, w którym miało się odbyć głosowanie, ci sami „przypadkowi internauci”, którzy jeszcze kilka dni wcześniej świętowali „odbicie Senatu” zaczęli tłumaczyć, że oni już nie wierzą w to, że PiS weźmie Senat. O tym, jak bardzo Zjednoczona Prawica się zakiwała, niech zaświadczy to, kto ostatecznie został tym ministrem: „Mateusz Morawiecki został oficjalnie powołany na Prezesa Rady Ministrów oraz urząd ministra sportu”. No ale, może ja się po prostu nie znam, zaś Premier Tysiąclecia chciał po prostu odfajkować kolejny achievment.


Skoro Senat mamy już za sobą, to teraz możemy przejść do cebuli na torcie. Czasem mam styczność z wywiadami, których nie chce się mi czytać już po jednym cytacie. Nie inaczej było, kiedy zobaczyłem zajawkę wywiadu z Sylwestrem Chruszczem. Ów przemiły Pan poniewierał się po różnych fringe prawicowych organizacjach (Młodzież Wszechpolska, LPR [europoseł], Ruch Narodowy/etc.). Chruszcz dostał się do Sejmu w 2015 (startował, of korz, od Kukiza). W 2019 startował z list PiS, ale się nie dostał. Ten wstęp był potrzebny, żebyście w pełni mogli docenić cytat: „Jeżeli dzisiaj w Polsce nie ma silnych grup nazistowskich czy faszystowskich, to w dużej mierze zasługa Młodzieży Wszechpolskiej, która kształtowała dzieciaki w duchu narodowo-katolickim, a nie nacjonalistyczno-terrorystycznym”. Tak więc widzicie. To, że w Polsce organizowane są koncerty neonazistowskich kapel, że na Marsze Niepodległości zapraszani są (na ten przykład) włoscy faszyści, że niemalże wszystkie polskie organizacje skrajnie prawicowe mają powiązania z neonazistowskimi organizacjami zagranicznymi/etc./etc., to zasługa Młodzieży Wszechpolskiej. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że moim, kurwa, zdaniem to, że skrajnie prawicowe organizacje przestały się za bardzo obnosić z neonazistowską (i nazistowską) symboliką  wzięło się stąd, że prokuratury (sprawdzić, czy nie prokuratura białostocka i azjatycki symbol szczęścia) i sądy przestały się pierdolić z naziolkami i za hajlowanie można było wyłapać wyrok. Owszem, teraz się to trochę pozmieniało, bo prokuratury bardzo się starają nie urazić uczuć neonazistowskich skrajnej prawicy i np. nie ścigają ludzi, którzy, co prawda targali transparent z jakimś rasistowskim napisem, ale powiedzieli, że to nie był ich transparent, niemniej jednak przed 2015 tego rodzaju zachowania niosły ze sobą spore ryzyko. Teraz wróciliśmy do czasów, w których można było tłumaczyć, że hajlowanie to zamawianie pięciu piw. No chyba, że kogoś przekonują tłumaczenia Sośnierza i Berkowicza, którzy twierdzą, że co prawda hajlowali, ale dla żartu. 


W poprzednim Przeglądzie wspomniałem o tym, że PiS wystawił troje kandydatów na stołki w TK: Pawłowicz, Piotrowicz, Chojna-Duch. Od tamtego czasu trochę się pozmieniało. Jedna z tych osób już nie jest kandydatką do TK. Stało się tak najprawdopodobniej dlatego, że PiS uznał, że osoba ta jest nieco zbyt hardkorowa i jej powołanie do TK mogłoby mieć negatywny wpływ na... dobra, i tak już przeciągnąłem ten dowcip. No oczywiście, że kandydatką nie będzie Chojna-Duch. Żebyście w pełni mogli docenić to, co PiS zrobił, pozwolę sobie zacytować ćwita Janusza Schwertnera: „To jest hit. Elżbieta Chojna-Duch o tym, że nie jest jednak kandydatką PiS do TK dowiedziała się... z Onetu. "Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia" - mówi nam”. Zastanawia mnie to, czy kandydatura Chojny-Duch padła ze względu na to, że miała najsłabsze plecy, czy też w ramach wewnątrzZjednoczonoPrawicowej napierdalanki (acz mogło chodzić o obie te rzeczy naraz). Jeżeli ktoś lubi tego rodzaju rozrywkę (ja lubię, bo jestem koneserem chujni), to warto obserwować to, co się dzieje w kontekście kandydatur Pawłowicz i Piotrowicza. Pamiętacie, jak PiS atakując Sąd Najwyższy, klarował, że jak sędzia skończy 65 lat, to powinien spierdalać, bo jest za stary i się już nie nadaje? No więc, można mieć 67 lat ( tak jak Pawłowicz i Piotrowicz) i się nadawać. Najbardziej mnie w tym bawi to, że Krystyna Pawłowicz, która najostrzej atakowała sędziów SN tłumacząc, że 65 lat, to już wiek zaawansowany, bo nawet lekarze tak mówią i wypierdalać, teraz tłumaczy, że: „Przepis o 65 latach,po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego,bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw.funkcji sędziowskiej.(...)”. Wartym nadmienienia jest również to, że „antykomunistyczny” PiS musi bronić Stanisława Piotrowicza, bo ten miał raczej średnio wygodną przeszłość. Pozwolę sobie więc zakończyć niniejszy Przegląd pointą, którą będzie cytat z Jacka Sasina. Sasin, grillowany w temacie przeszłości Piotrowicza powiedział był: „On nie był żadnym aparatczykiem partyjnym. Nie był w kierownictwie PRL-owskiego państwa, nie decydował o jego polityce. Był prokuratorem tak, jak bardzo wiele osób i się bardzo przyzwoicie zachowywał”.


Źródła:


https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/likwidacja-30-krotnosci-skladek-na-zus-kamil-bortniczuk-z-porozumienia-o-projekcie,985309.html



https://www.pch24.pl/nowy-mickiewicz-prawicy-i-najwiekszy-wrog-lewicy--kim-jest-jaroslaw-marek-rymkiewicz-,70741,tv.html


https://twitter.com/R_A_Ziemkiewicz/status/1190261800706748417


https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-sad-najwyzszy-dwa-ostatnie-protesty-wyborcze-pis-bez-dalszeg,nId,3331209

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Polityka/Nowy-rzad-Mateusza-Morawieckiego.-Premier-ministrem-sportu



https://twitter.com/PolsatNewsPL/status/1195010591670362113




https://twitter.com/SchwertnerPL/status/1195365452500946944


piątek, 8 listopada 2019

Hejterski Przegląd Cykliczny #59

Ponieważ tematyka wyborów prezydenckich rozgościła się nam w debacie publicznej na dobre, trzeba się będzie nad nią pochylić. Zacznijmy od osoby, która jednym SMS-em potrafi przegrzać rządową machinę propagandową, czyli od Donalda Tuska, który oznajmił, że w sumie to on jednak nie chce startować w wyborach prezydenckich. Decyzja ta nie spodobała się sporej części antyPiSowskiego komentariatu, który, eufemizując, dokonał aktu zesrania się. Że w ogóle dramat, że się sprzedał, że mu nie zależy na Polsce (i tak dalej i tak dalej). Czy mnie osobiście ta decyzja w jakiś sposób zaskoczyła? Muszę się w tym miejscu przyznać, że nie bardzo. Tzn. brałem pod rozwagę to, że Tusk może wystartować w wyborach prezydenckich, ale, no cóż, to była „możliwość”. W tym miejscu sobie pogdybajmy trochę i zastanówmy się nad tym, „co by było gdyby” jednak wystartował. Moim zdaniem, starcie Tuska z obecnym prezydentem RP byłoby bardzo ciekawe, ze względu na asymetrię. Już tłumaczę na czym ta asymetria polega. Najsłabszym ogniwem kampanii (reelekcyjnej) obecnego Prezydent RP, jest on sam. Nie chodzi mi w tym momencie o jakieś „obciążenia wizerunkowe” etc. Chodzi o to, że obecny Prezydent RP sprawia wrażenie totalnego nieogara. Opowiadanie chujowych dowcipów, robienie selfików na cmentarzu, kiepskie wystąpienia publiczne, totalny wręcz brak odporności na presję polityczną, to tylko kilka przykładów, których przez całą kadencję uzbierało się od cholery i jeszcze trochę. Jedynym atutem obecnego Prezydenta RP jest to, że po jego stronie stoi gigantyczna machina propagandowa, o której skuteczności mogliśmy się przekonać już wiele razy. Po drugiej stronie sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Najmocniejszym ogniwem kampanii Tuska byłby on sam (bo jest po prostu w chuj ogarniętym politykiem). Gdyby doszło do debaty 1:1 DT vs. obecny Prezydent RP, raczej ciężko by się to oglądało (przypominam, że nawet były prezydent RP był w stanie wytrzeć podłogę swoim kontrkandydatem). Moim zdaniem, właśnie na tym polegałby problem. Tzn. na tym, że poza samym Tuskiem, jego kampania prezydencka nie miałaby żadnych atutów. Obecny Prezydent RP ma wsparcie machiny propagandowej, a Tusk miałby wsparcie geniuszów, którzy przejebują wybory za wyborami i nie wyciągają z tego żadnych wniosków. Rządowa machina propagandowa byłaby w stanie naprawić każdą wpadkę kampanijną obecnego prezydenta RP, a Tusk musiałby łatać dziury, które wyprodukowałaby jego własna partia i jego własny sztab. Dodajmy do tego sporo obciążeń wizerunkowych, nad którymi media rządowe (a wcześniej po prostu partyjne) pracowały od dawien dawna. Poza wszystkim innym, warto sobie zadać pytanie, czy Grzegorzowi Schetynie zależałoby na tym, żeby Tusk wygrał te wybory? Moim zdaniem raczej średnio. Gdyby Tusk te wybory wygrał, jego pozycja w partii (czy możemy już przestać udawać, że prezydenci są bezpartyjni?) by się cholernie wzmocniła. Nie wspominając już o tym, że wyglądałoby to tak: Schetyna przegrywał wybory za wyborami, aż tu nagle wrócił Tusk i od razu wygrał. Co prawda Schetyna nie mógłby w żaden sposób zablokować kandydatury Tuska, ale mógłby potem oddelegować swoich „najlepszych ludzi” do pracy w kampanii. Dobra, dosyć już tego gdybania, pora przejść do karuzeli nazwisk. Nie wiadomo jeszcze kogo wystawi w wyborach POKO. Borys Budka stwierdził, że Małgorzata Kidawa-Błońska jest „naturalną kandydatką”, ale należy pamiętać o tym, że w PO atmosfera jest napięta i pewnie się różne stronnictwa wezmą za łby przy okazji wybierania kandydata na kandydata. Nie wiadomo kogo wystawi lewica, wiadomo jedynie, że będzie jakiś ichni kandydat. O ile nie będzie to Magdalena Ogórek 2.0 – lewacki kandydat/kandydatka może powalczyć o dobry wynik. Na sam koniec dywagacji prezydenckich zostawiłem prawdziwą, kurwa, perełkę. Jeszcze przed deklaracją Tuska w mediach zaczęły się pojawiać dość, ekhm, „ciekawe” wrzutki. Jacek Nizinkiewicz popełnił był artykuł, który reklamowano clickbaitową zajawką: „Jest tylko jeden potencjalny kandydat na prezydenta RP z opozycji, który mógłby zdetronizować obecnie urzędującą głowę państwa. I nie jest nim Donald Tusk”. Przyznam szczerze, że mnie ta zajawka trafiła, zacząłem się zastanawiać nad tym, o kogo chodzi. Pierwszy do głowy przyszedł mi Rafał Trzaskowski, którego to media rządowe zapamiętale flekują (bo doskonale pamiętają, że dla Lecha Kaczyńskiego prezydentura w Warszawie była trampoliną do prezydentury Polski). Potem zacząłem się zastanawiać, czy aby nie chodzi o Kidawę-Błońską (w końcu miała bardzo dobry wynik w wyborach do Sejmu, tak więc fusy, z których można wróżyć już są). Ponieważ bardzo się zmęczyłem tym myśleniem, uznałem, że poczekam na artykuł. Warto było czekać, albowiem to jest po prostu szczere złoto. Artykuł ma tytuł z gatunku selfexplanatory, tak więc zapnijcie pasy: „Kosiniak-Kamysz mógłby zdetronizować Dudę”. Zupełnie bez związku z całą sprawą przypomniała mi się jedna z pierwszych scen z filmu „Guardians of the Galaxy”, w której Peter Quill oznajmia Korathowi, że nazywa się Star-Lord, na co ów odpowiada „Who?”. Kurwa, serio, Kosiniak-Kamysz? Jeżeli ktoś lubi political fiction, to polecam cały artykuł. Mnie szczególnie urzekł fragment: „Na Kosiniaka-Kamysza mogliby zagłosować wyborcy opozycji, nawet ci z lewej strony, gdyż w kwestiach światopoglądowych nie jest on zapiekle antylewicowy i szanuje mniejszości”. Kwestie światopoglądowe wypłynęły parę dni później w wywiadzie, w którym trochę go grillowano. Stwierdził, że jeżeli chodzi o związki partnerskie, to można by było referendum jakieś. Zaś grillowany w temacie swojej wypowiedzi z 2017 o potrzebie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej (tak, wiem, że ona się nazywa inaczej, ale jest to ustawa antyaborcyjna) powiedział, że: „Przy tak rozgorzałych emocjach zachowanie kompromisu jest dzisiaj sprawą kluczową”. Gdybym był złośliwy, a nie jestem, to zadałbym w tym momencie pytanie „ciekawym, jak Kosiniak Kamysz głosował w sprawie projektu autorstwa Ordo Iuris, który to projekt wkurwił wszystkich tak bardzo, że PiS bardzo szybko utrącił ten projekt?”. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, po prostu to sprawdzę. Otóż. Kosiniak-Kamysz głosował przeciwko odrzuceniu projektu w pierwszym czytaniu, zaś już po Czarnym Proteście, kiedy to większość PiSu zagłosowała za odrzuceniem projektu (na wniosek komisji) Kosiniak-Kamysz wstrzymał się od głosu. Odświeżyłem sobie również jego wystąpienie z 22-09-2016, w której to WKK opowiadał o tym, że jeżeli chodzi o ustawę, to dwa jej elementy uważa za nienaruszalne (zagrożenie życia i zdrowia kobiety, oraz ciąża będąca efektem czynu zabronionego), ale ten jeden to by można było usunąć i warto o tym podyskutować. WKK łaskawie stwierdził, że nie podoba się mu pomysł karania kobiet za aborcję. I ja mam tutaj jedno, kurwa, pytanie. Skoro większa część projektu się mu nie podobała, to po chuj głosował nad skierowaniem go do prac w komisji? Nie, nie przemawia do mnie „blablabla warto dyskutować”. Warto w kontekście budowania wizerunku WKK jako kumpla lewicy przypomnieć jego własną wypowiedź z początku lipca: „Nie da się wygrać wyborów bez wspólnych wartości, a nie da się połączyć wartości na jednej liście od Biedronia do PSL-u”. Tak więc, widzicie. Co prawda nie dało się połączyć tych wartości w trakcie wyborów parlamentarnych, ale w wyborach prezydenckich już się da. Co będzie dalej z Kosiniakiem-Kamyszem? Co prawda nie lubię się bawić w prognozowanie (albowiem wybory prezydencki 2015), niemniej jednak przyznam, że bym się, kurwa, zdziwił, gdyby WKK wygrał wybory prezydenckie 2020. Nie jest to, co prawda, kandydatura równie spektakularna co kandydatura Magdaleny Ogórek, ale pompowanie balonu „in WKK we trust” no znajduję zabawnym. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ci sami ludzie, którzy to robią, w trakcie wyborów samorządowych 2018 twierdzili, że Patryk Jaki (aka „Człowiek z Biedniejszej Rodziny”) zostanie prezydentem Wawy, bo non stop gejmczendżery produkuje.


W poprzednim Przeglądzie wspominałem o tym, że moim zdaniem PiS liczył na znacznie więcej w wyborach sejmowych. Chciałbym w tym miejscu podziękować posłowi Horale, za to, że mu się ulało w „Tygodniku Solidarność”, bo dzięki temu wiem, że miałem rację: „to, że nie mamy 55 lub 60 proc. wynika z tego, że zdecydowana większość mediów jest nam przeciwna”. Było tam również sporo marudzenia na to, że ta opozycja taka zła, że Senat to przypadkiem się przegrało, bo: „Gdyby wyglądałoby to nieco inaczej, mogłoby okazać się, że mamy 55 senatorów(...)” i tak dalej i tak dalej. Wrzucacze artykułów z portalu Tysola uznali, że tę wzmiankę o procentach trzeba wzmocnić i w tytule stoi, że: „to że nie mamy 60 proc (...)”. Ja wiem, że to jest niszowe medium (co samo w sobie jest w chuj smutne), ale wypowiedź Horały to nie jest jego inicjatywa, tylko element przekazu partyjnego, który zmienił się z „historyczne zwycięstwo” w „wygraliśmy bardziej gdyby nie wraże siły”. Cytując klasyka: „Urocze”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Przed wyborami bardzo głośno zrobiło się o szefie NIKu, który znany jest również pod pseudonimem „Pancerny Marian”. Kilka dni po wyborach, kiedy okazało się, że Pancerny Marian ma wyjebane na wszystko (i nie zamierza się podawać do żadnej dymisji), w PiSie zaczęła się akcja pt. „takiego Mariana można kupić w każdym sklepie”, albowiem Brudziński oznajmił, że: „Prezes NIK pracuje na własny wizerunek. Nie jest z PiS”. Potem zaś, choć ciężko to sobie wyobrazić w kontekście tego, co działo się przed wyborami, atmosfera zaczęła się zagęszczać. Pod koniec października mogliśmy się dowiedzieć, że: „Jeden z najbliższych współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów miał kierować mafią VAT-owską, pod takim zarzutem siedzi w areszcie”. Kilka dni później na Onecie można było przeczytać artykuł, o wiele mówiącym tytule: „Marian Banaś w 2005 r. kupił kamienicę z lokatorami. Sprzedał już bez nich”. W przysłowiowym międzyczasie Pancerny wydał oświadczenie, z którego wynikało, że (w uproszczeniu) wszyscy się mają odpierdolić, bo on jest kryształowy. Jeżeli zaś chodzi o kwestię mafii VATowskiej, przytulonej do Ministerstwa Finansów, to narracja PiSu była łatwa do przewidzenia: no może i tak się stało, ale my zamykamy takich, a nasi poprzednicy nie zamykali. Muszę przyznać, że choć niewiele rzeczy mnie jest w stanie zaskoczyć w polskiej polityce (bo ją obserwuję od dłuższego czasu i mam dobrą pamięć), to jednak historia Mariana Banasia jest pewnym, kurwa, novum, bo delikatnie rzecz ujmując, można dostrzec „pewną prawidłowość” w tym, co się dzieje „w okolicach” Mariana. Zastanawiające jest to, że absolutnie nikt nie prześwietlił tego człowieka mimo tego, że pełnił on od cholery istotnych funkcji. Nawiasem mówiąc, dzięki wymianie zdań, do której doszło na ćwitrze, można mieć pewność, że żadne służby nie przyglądały się panu Marianowi. Otóż po tym, jak głośno zrobiło się o mafii VATowskiej, która była przytulona do Ministerstwa Finansów, zaczęto grillować Macieja Wąsika (typ odpowiedzialny za służby) w temacie tego, czemu posłowie, którzy głosowali nad tym, czy Banaś ma być szefem NIK nie dostali informacji odnośnie jego powiązań. Wąsik odpowiedział pytaniem na pytanie: „uważa Pan, ze służby powinny dać informacje o kandydacie na szefa NIK posłom?” Odpowiedź grillującego go dziennikarza nie powinna nikogo dziwić: „tak, właśnie tak uważam. posłowie powinni mieć wiedzę na temat kandydata nad którym głosują. Widzi Pan w tym coś dziwnego?”. Tego było za wiele i Maciej Wąsik, z właściwym swej kondycji intelektualnej zarozumialstwem odparł: „Czyli powinny przeswietlic Mariana Banasia i Borysa Budkę i dostarczyć materiał posłom. Pan nie wie o czym mówi ..” Ja wiem, że to jest Maciej Wąsik i nie powinno się od niego zbyt wiele wymagać, ja wiem, że po fuckupie ABW, związanym z próbami ujebania Fundacji Otwarty Dialog, od służb też nie powinniśmy zbyt wiele wymagać, tym niemniej JA PIERDOLE, KURWA, SERIO? Czy ten typ tak na serio? Ok, rozumiem, że gdyby kogoś prześwietlono i by się okazało, że ujawnienie efektów „prześwietlenia” wymagałoby naruszenia tajemnicy państwowej (czy jak to się tam nazywa), to tak nie bardzo by się dało to rozesłać po posłach. Tyle że jest tu, kurwa, jeden problem drobny. Załóżmy, że wykryto coś i nie dało się tego ujawnić. Czy z tego wynika, że „nic się nie da zrobić”? Nie, nie wynika, bo kandydaturę można utrącić przed głosowaniem (i wtedy problem się sam rozwiązuje). Nie zmienia to faktu, że w przypadku Pancernego Mariana – nikt nikogo nie prześwietlał. Skąd to wiem? Ano stąd, że ktoś (teraz już tego nie znajdę) zadał Wąsikowi pytanie o to, jak głosował (kiedy głosowano nad powołaniem Banasia na szefa NIK). Wąsik co prawda na to nie odpowiedział, ale sam sobie to wynorałem. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że Wąsik głosował za powołaniem Banasia (kilku posłów Klubu Parlamentarnego PiS głosowało przeciwko). No ale może chodziło o to, że Wąsik uznał, że nie powinien znać wyników „prześwietlania”, bo jest posłem, a posłowie nie powinni mieć dostępu do takich informacji? Nieco zaś bardziej na serio, nie ma chuja we wsi, żeby ktokolwiek się przyglądał Pancernemu Marianowi. Najprawdopodobniej było tak, że poinformowano służby, że Pancerny Marian jest off limits i się mają odpierdolić. Potem zaś, najwyraźniej, Pancerny Marian komuś podpadł.


Dzień po wyborach na Onecie pojawił się artykuł, w którym pastwiono się nad sondażowniami, zestawiając ich prognozy z efektem końcowym wyborów. Ponieważ nie chce mi się tutaj przeklejać pierdyliona liczb (bo zasnę w trakcie), pozwolę sobie na skrótowe przedstawienie tego, co tam wyczytałem. Na pierwszym miejscu był Kantar (dla faktów TVN i TVN24) z łącznym błędem pomiaru (liczonym tak, że sumowano o ile się sondażownia rozminęła z wynikami wyborów we wszystkich słupkach) równym 3,19 pkt. procentowych. Na samym spodzie tabeli był (co za szok) CBOS, w którego przypadku łączny błąd pomiaru wynosił 15,73 pkt. proc. Drugi od końca był sondaż przeprowadzony przez Social Changes dla mojego ukochanego portalu „w Polityce” (łączny błąd 13,61 pkt. proc.), potem IBRIS dla RMF i DGP (12,36 pkt. proc.), Estymator dla „Do Rzeczy” też przydzbanił (11,91 pkt. proc.). Jeżeli ktoś chce sobie poczytać tabelki, to link w Źródłach znajdzie. Wniosek z tego płynie taki, że nie warto się zbytnio przejmować sondażami (nawet mi się już nie chce żartować z CBOSu). W szczególności zaś tymi, które propsują media rządowe.                          


Kilka dni temu głośno zrobiło się o kandydatach, których PiS chciałby widzieć w Trybunale Konstytucyjnym. Dwojga z nich nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać (Piotrowicz i Pawłowicz), zaś trzecia kandydatka (Elżbieta Chojna-Duch) zadbała o to, żeby nie było wątpliwości odnośnie tego, że pasuje do towarzystwa. Opowiedziała bowiem łamiącą historię swojej kuzynki (która, o dziwo, nie wróciła zapłakana ze szkoły): „Życie praktyczne wskazuje na pewne niewłaściwe trendy. Jedna z moich kuzynek chodzi do szkoły, ma 12 lat. Była na lekcji edukacji seksualnej trochę wymuszonej. Przyszła do rodziców i powiedziała, że jest lesbijką - po tej lekcji - dlatego, że bardziej lubi swoją przyjaciółkę, wręcz kocha - opowiadała Chojna-Duch. - Po kolejnej lekcji edukacji przyszła i powiedziała, że chce zmienić płeć. Mama powiedziała: poczekaj, aż staniesz się dorosła. Takich historii jest mnóstwo teraz”. Czasem się zastanawiam nad tym, po chuj ludzie opowiadają takie idiotyzmy. O ile rozumiem partyjne drony (bo dla nich to jest praca), to już ludzi pokroju pani Elżbiety tak nie do końca. Z historii tej bowiem wynika tyle, że gdyby (nieistniejąca) kuzynka pani Elżbiety poszła na (trochę wymuszoną) lekcję chemii (nie wiem, w której klasie wchodzi chemia [czy jak się to teraz nazywa]), to po powrocie z tejże oznajmiłaby, że jest roztworem siarczanu (VI) potasu (dowcip nie mój, więc autora linkuję) albo etanolem (acz to już w liceum, o ile organiczna wcześniej nie wjeżdża). Jednakowoż, pani Elżbieta nie może (mimo starań) równać się z duetem Piotrowicz&Pawłowicz. Jeżeli chodzi o Krystynę Pawłowicz, to scenariusz, w którym PiS będzie ją usiłował wcisnąć do jakiegoś TK (albo innego SN) był łatwy do przewidzenia. Może inaczej, gdyby nie obiecali jej czegoś w tym stylu, to za cholerę by nie zrezygnowała ze startu w wyborach parlamentarnych. Co do Piotrowicza, to sprawa jest dość prosta. Nie dostał się do Sejmu, więc gdzieś go trzeba wcisnąć. TK nie był pierwszą próbą (o czym napiszę w osobnym kawałku niniejszego Przeglądu). Ponieważ nazwiska te są, ekhm, „głośne”, toteż reakcje były raczej proste do przewidzenia i można je podsumować w sposób następujący: „no chyba was pojebało”. Ponieważ zgłoszono takie, a nie inne kandydatury, usłużni mediaworkerzy rozpoczęli wyścig o nazwie „kto bardziej pochwali kandydatów”. Moim faworytem jest Rafał Ziemkiewicz, który na swoim ćwitrze napisał, że: „P. Piotrowicz niekoniecznie jest z mojej bajki, ale nawet jeśli ma w swej przeszłości powody do wstydu (oskarżają środowiska mało wiarygodne) to NIE JEST Z NICH DUMNY (…)." Momentalnie sprowadzono go do parteru, przytaczając słowa Piotrowicza, który stwierdził, że „przeszłość ma piękną”. Ziemkiewicz odparł: „Piotrowicz nie jest dumny, że był komuchem (jak wzywał filar opozycji A Kwaśniewski: "bądźcie dumni z Polski Ludowej!") tylko twierdzi, że nim nie był.(...)”. Wicie rozumicie, nie widzieliście tam grafitu, bo go tam nie było. Nieco zaś bardziej na poważnie, to ja rozumiem, że jeżeli chodzi o kręgosłupy, to Ziemkiewicz należy do rodziny Gowinowatych, niemniej, kurwa, jednak jestem pod wrażeniem. Już chuj z tym, że Piotrowicz sporo wcześniej powiedział, że jeżeli chodzi o stan wojenny, to on jest „w jakimś stopniu również i ofiarą tamtego czasu”. To, że Piotrowicz był w PZPR od 1978, aż do końca (i był odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi), też mogło umknąć Autarsze Researchu. Niemniej jednak, nawet on musiał zwrócić uwagę na to, że jego koledzy (np. Cenckiewicz) z pewną taką nieśmiałością się odnoszą do osoby Piotrowicza. Najwyraźniej to też miał w dupie (acz rozumiem, że dura przekaz dnia, sed przekaz dnia). Choć tak sobie myślę, że nie powinniśmy się dziwić Ziemkiewiczowi, bo przecież łatwiej jest „walczyć z komuną” tam, gdzie jej nie ma (czyli np. w partii Razem), niż powiedzieć swoim chlebodawcom „ej, kurwa, ale z tym Piotrowiczem, to już przegięliście”. Bardzo szybko okazało się, że zgłoszenie kandydatur było typowym dla PiSu clusterfuckiem, albowiem, jak wynorał Tomasz Skory (RMF FM): „Nie ma żadnych zgłoszeń kandydatur na sędziów TK. Po pierwsze mogą ich zgłaszać i wybrać dopiero posłowie jeszcze nie zaprzysiężeni a po drugie na znanych zgłoszeniach brak wystarczającej liczby 50 podpisów uprawnionych. Są za to tacy, którzy w poniedziałek przestaną być posłami”. Ponadto okazało się również, że nikt nie konsultował kandydatur z obecnym Prezydentem RP (najpierw wynorał to Polsat, a potem Super Express). Co prawda, rzecznik Prezydenta RP to debunkował, ale z racji tego, że czekał z tym debunkiem 2 dni (i to do momentu, w którym ktoś go o to zapytał), nietrudno odnieść wrażenie, że była to raczej próba ratowania wizerunku Prezydenta. Od razu po ogłoszeniu kandydatur pojawiły się głosy, że to ustawka polegająca na tym, że oni sobie te kandydatury rzucą, a Prezydent RP je uwali potem. Dzięki czemu pokaże, jaki jest niezależny/etc. Dopuszczam taką możliwość (bo już nie takie akcje widzieliśmy w wykonanu PiSu), jednak równie prawdopodobne jest to, że nikt go o tym nie poinformował, bo ktoś wyszedł z założenia, że i tak się dowie, jak sobie obejrzy konferencję Terleckiego. O tym „jak było” się pewnie nie dowiemy (chyba, że się ktoś wysypie), ale wszyscy się za jakiś czas dowiemy „jak będzie”. W kilku miejscach w internecie mignęły mi bardzo podobne opinie, z których wynikało, że jeżeli duet Piotrowicz&Pawłowicz wyląduje w TK, to każda następna władza (w domyśle następna „po PiSie”) będzie mogła zrobić z TK dosłownie wszystko, łącznie z zaoraniem i posypaniem solą i nikt, kurwa, po Trybunale Konstytucyjnym nie zapłacze. Jak się pewnie domyślacie, propsuję te opinie.


Zapowiedziałem, że będzie jeszcze trochę o Piotrowiczu. Jakiś czas po wyborach (ale jeszcze przed ogłoszeniem kandydatur do TK) Wirtualna Polska wynorała, że PiS usiłuje ominąć wole suwerena (który nie życzył sobie Piotrowicza w Sejmie) i chce go tam jednak wcisnąć. W jakiż sposób? Otóż: „Piotrowicz nie zdobył mandatu w wyborach, może jednak ponownie zostać posłem. Wystarczy, że jego partia przekona posła-elekta z listy, z której startował Piotrowicz, by zrezygnował z mandatu. Wtedy przejmie go właśnie szef Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w kończącej się kadencji Sejmu.”. Można by to było uznać za political fiction, gdyby nie to, jak na to zareagował mój ukochany portal „w Polityce”. Zazwyczaj w takich sytuacjach ten konkretny portal rządowy nie pierdoli się w tańcu i tłumaczy, że to „KABARET” (koniecznie capsem). Tym razem było inaczej. Artykuł, w którym opisywano ustalenia WP miał następujący tytuł: „Stanisław Piotrowicz wróci do Sejmu? Prawo i Sprawiedliwość ma mieć pomysł, który może mu zapewnić mandat poselski”. Obstawiam, że zachowawczość w Polityce wzięła się stąd, że nie byli pewni, jak przebiegały negocjacje z posłem, który miałby ustąpić miejsca i zapewne obawiali się tego, że jeżeli przegną pałę, to ów polityk się może wkurwić i opowiedzieć, jak było (czyli, jakby to ujęli pracownicy tego konkretnego portalu: UJAWNIŁ KULISY). Sądząc z tego, że partyjni koledzy usiłują Piotrowicza wepchnąć do TK, negocjacje w sprawie oddania mandatu poselskiego idą raczej opornie.


Kilka dni po wyborach portal TVP Info podzielił się z czytelnikami kolejną, łamiącą wiadomością pt.: „Obejmujący się mężczyźni na wizualizacji warszawskiej spółki. „To już zupełnie nie dziwi””. Na uwagę zasługuje również kawałek leadu: „Dwóch przytulających się mężczyzn z psem na smyczy to element kontrowersyjnej wizualizacji, którą warszawski Zarząd Zieleni opublikował w artykule promującym park kieszonkowy na stołecznym Wilanowie”. Tak, dobrze widzicie. Dwóch przytulających się mężczyzn to element „kontrowersyjnej wizualizacji”. Nie wiem, tylko na czym, kurwa, ta kontrowersja miałaby polegać. Na tym, że dwóch facetów się przytula? O ile mi wiadomo, nie jest to u nas zakazane. Z kontrowersyjną wizualizacją mielibyśmy do czynienia wtedy, gdyby się tam pojawił ksiądz gwałcący dziecko, acz domyślam się, że wtedy prawica by nie protestowała. Ba, może nawet broniono by tego księdza, bo może akurat chronił to dziecko przed seksualizacją?


Skoro już poruszyłem temat Warszawy, to warto się pochylić nad tym, jak rządowe media zareagowały na przedłużenie w Warszawie programu in vitro. Może inaczej to ujmę. Media te zareagowały tak, jakby się tego po nich można było spodziewać. Jednakowoż na uwagę zasługuje (po raz kolejny) to, co wrzucił u siebie mój ukochany portal rządowy: „Na ideologię zawsze znajdą się pieniądze! Trzaskowski chce przedłużyć w Warszawie program in vitro. Koszt to ponad 33 mln zł!”. Ja rozumiem, że to było combo, bo można było zhejtować zarówno in vitro, jak i Trzaskowskigo, ale z tą ideologią, to bym był nieco mniej wyrywny. Szczególnie w kontekście tego, że szamanizm naprotechnologiczny (który jest niczym więcej, jak ideologią) kosztował nas już bodajże 100 baniek, a jego skuteczność jest tak wielka, że ministerstwo woli jej na wszelki wypadek nie sprawdzać.


Tematyka warszawska nie może się obyć bez wzmianki o kimś, kto bez problemu uzyskałby tegoroczną Polityczną Nagrodę Darwina (gdyby takowe rozdawano). Otóż burmistrz Włoch (dla niezorientowanych, to dzielnica w Wawie) został złapany po tym, jak jego, ekhm, kontrahent wręczył mu łapówkę w wysokości 200 tysięcy zeta. Podobnież, Artur W. płakał w trakcie zatrzymania. Zapewne dlatego, że nie zdążył przeliczyć pieniędzy i nie miał pewności, że kontrahent go nie oszukał. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że pan Artur został wyjebany z PO. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że mogli przecież zacząć tłumaczyć, że to kryształ albo klarować, że on pracuje na swój własny rachunek, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napisze jedynie, że chuj na grób łapówkarzom. 


Jeżeli chodzi o nagrody, to wydaje mi się, ze Artur Zawisza powinien takową otrzymać za bezbrzeżną bezczelność. Pod koniec października Zawisza potrącił rowerzystkę. Bardzo szybko okazało się, że jechał bez prawka, które zabrano mu kilka lat temu za jazdę po pijanemu. Zawisza tłumaczył się w sposób następujący: „kierowałem trzeźwy, a jechałem w stanie wyższej konieczności jako jedyny żywiciel rodziny” (wpis na FB był dłuższy, ale do tego sprowadzało się tłumaczenie, bo cała reszta była „wypełniaczem”). Zanim większość ludzi zdążyła sobie przypomnieć o tym, kim jest Artur Zawisza, policja zatrzymała go po raz kolejny. Tym razem, szczęśliwie, nikogo nie potrącił. Po prostu sobie jechał. Efektem tej jazdy było odholowanie pojazdu na parking policyjny. Co zrozumiałe, Artur Zawisza tłumaczył się w sposób następujący: „Nieszczęścia chodzą parami. Odstawiałem samochód do garażu (...) W piątek był niefortunny ciąg wydarzeń, którego żałuję (...)”. Kilka dni po tym „ciągu niefortunnych wydarzeń”, „Wyborcza” wynorała, że pod koniec września Zawisza wyjebał swoim autem w płot sąsiadów. O sprawie było cicho, bo Zawisza pokrył koszty naprawy płotu. Niestety, nie wiadomo, czy Zawisza wjechał w płot jako jedyny żywiciel rodziny. I na tym bym zakończył ten temat, gdyby nie to, że trafiłem na ćwitrze na wpis, który jest przysłowiową cebula na torcie: „Przypadki Artura Zawiszy dowodzą jednego: prawo jazdy jest potrzebne tylko państwu do gnębienia obywateli. Można jeździć bez prawa jazdy. Można zabijać na pasach z prawem jazdy w kieszeni. W wolnościowym państwie nie powinno być ani praw jazdy ani przymusowych ubezpieczeń.” Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że  autor wpisu (Tomasz Sommer) to „polski dziennikarz i wydawca, redaktor naczelny i współwłaściciel tygodnika konserwatywno-liberalnego „Najwyższy CZAS!”” Szkoda, że pan Sommer nie wspomniał o tym, czy w wolnościowym państwie będzie można jeździć po pijanemu. Nawiasem mówiąc, niewymownie bawi mnie nienawiść do ubezpieczeń OC. Jeżeli nie wiecie skąd się to Sommerowi wzięło, to podpowiadam: imię jego JKM (Korwin już dawno temu dowodził, że obowiązkowe OC sprawia, że ludzie nie uważają na drodze i częściej powodują wypadki). Zacytowałem Tomasza Sommera nie tylko ze względu na humorystyczną wartość jego wpisu, ale również po to, żebyście wiedzieli o tym, że nie tylko Korwin nie wyrósł z Korwinizmu.


Źródła:

https://wiadomosci.wp.pl/donald-tusk-rezygnuje-z-udzialu-w-wyborach-prezydenckich-6442906882324097a

https://polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2398347,Borys-Budka-Malgorzata-KidawaBlonska-naturalna-kandydatka-KO

https://www.rp.pl/Analizy/191109980-Kosiniak-Kamysz-moglby-zdetronizowac-Dude.html


https://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=klubdecglos&IdGlosowania=45709&KodKlubu=PSL&Decyzja=Przeciw





https://twitter.com/DoRzeczy_pl/status/1184859933810089989






https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wyniki-wyborow-ktory-sondaz-najlepiej-je-przewidzial/k8s500v


https://www.rp.pl/Sedziowie-i-sady/311069971-Duda-moze-zablokowac-kandydatury-Piotrowicza-i-Pawlowicz.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,25386161,rzecznik-andrzeja-dudy-prezydent-wiedzial-o-kandydatach-pis.html





https://www.tvp.info/44904719/obejmujacy-sie-mezczyzni-na-wizualizacji-warszawskiej-spolki-to-juz-zupelnie-nie-dziwi


https://tvn24.pl/tvnwarszawa/wlochy/warszawa-areszt-dla-burmistrza-wloch-i-tureckiego-biznesmena-1452034

piątek, 25 października 2019

Hejterski Przegląd Cykliczny #58

Nikogo raczej nie zaskoczy to, że w niniejszym Przeglądzie dominować będą tematy wyborcze (acz archeologia również będzie grana). Zastanawiałem się nad tym, czy nie popełnić osobnej notki powyborczej, ale to by oznaczało dalsze nagromadzanie się tematów Przeglądowych, więc zdecydowałem się na 2w1.


Zaczniemy od wyborów do Sejmu. Wynik był raczej łatwy do przewidzenia i nie było zaskoczeń (poza jednym, o którym nieco później).  Wynik lewicy mógłby być co prawda lepszy, ale ponieważ napisałem jakiś czas przed wyborami, że: „gdyby lewica urwała kilkanaście procent głosów to bym się cieszył nawet bardziej”, to też się cieszę bardziej, niż bym się cieszył, gdyby lewica po prostu weszła do Sejmu. Znamienne jest to, że najbardziej niezadowoleni z wyniku wyborów są politycy z  komitetów, które zajęły pierwsze i drugie miejsce (niezadowolone jest również zaplecze medialne tychże komitetów). Zacznijmy od zwycięzcy. Na pierwszy rzut oka sejmowy wynik wyborczy PiS, to wynik bardzo dobry. Udało im się utrzymać samodzielną większość w Sejmie i udało im się poprawić wynik sprzed 4 lat. Czemu więc część polityków Prawa i Sprawiedliwości zachowuje się tak, jakby chcieli powiedzieć, że „wynik wyborczy KWW Zjednoczonej Prawicy, to jakaś pierdolona porażka”? I nie, nie chodzi mi o to, że: „Prezes miał niewyraźną minę w trakcie wygłaszania mowy”. Chodzi mi, na ten przykład, o wypowiedź Jacka Sasina, która objawiła się w mediach w czasie, w którym nie było jeszcze wiadomo o tym, że PiS przegrał Senat. Cóż takiego powiedział Sasin? Otóż: „Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego duża część Polaków głosuje wbrew własnemu interesowi. Bo nie mam żadnych wątpliwości, że my poprawiliśmy poziom i jakość życia zdecydowanej większości Polaków”. Przyznacie chyba, że wypowiedź ta jest dość dziwna, wziąwszy pod rozwagę fakt, że nieco wcześniej politycy Zjednoczonej Prawicy opowiadali o tym, że to jest historyczny wynik i że po raz drugi mają „mocny mandat społeczny”. Diabeł tkwi w szczegółach. Owszem, wynik Zjednoczonej Prawicy (jeżeli chodzi o Sejm) był bardzo dobry, tylko, że był on „nie dość dobry”. Wydaje mi się, że przyczyn było kilka. Najważniejszą z nich było to, że partii udało się osiągnąć jedynie absolutne minimum, czyli utrzymać samodzielną większość. Zanim ktoś napisze „nie no, kurwa, zajebiste to absolutne minimum, zwiększ se chłopie dawkę Tabletek z Suszonej Żaby, bo chyba ci gorzej”, proszę o doczytanie do końca. Oczko wyżej nad tym minimum było zwiększenie stanu posiadania mandatów Prawa i Sprawiedliwości tak, żeby można było zminimalizować wpływy Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina albo po prostu spuścić obu po brzytwie i podkupić sobie ich posłów. Stało się inaczej, oba ugrupowania (Solidarna Polska i Porozumienie) uzyskały więcej mandatów niż w 2015. Co zrozumiałe, zasmucało to jedynie polityków Prawa i Sprawiedliwości.  Przyznam się w tym momencie, że ciężko mi wyliczyć ile dokładnie mieli w tej poprzedniej kadencji, bo liczba ta różni się w zależności od tego, gdzie się szuka, niemniej jednak obie partie mają się teraz lepiej niż się miały. To zaś oznacza problemy dla PiSu. W tym miejscu muszę się z wami podzielić jedną perełką. Kiedy Zbigniewa Ziobrę zapytano: „Panie ministrze, gdyby jeszcze jakieś ministerstwo mogło przypaść pana partii, to jakie ministerstwo by pan wybrał”, ten odparł: „Panie redaktorze, tu nie o ministerstwa chodzi, ale o Polskę”. Musze przyznać, że prawie się wtedy zawyłem ze śmiechu. No, ale to dygresja. Faktem jest, że Ziobro i Gowin zaczęli się „stawiać”, bo w mediach pojawiły się wypowiedzi, w których członkowie partii wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy zaczęli się wzajemnie podgryzać. Przykładowo, Patryk Jaki (aka „człowiek z biedniejszej rodziny”) dokonał kolejnego zrzygania się na mniejszości seksualne (bredził coś o „wrogiej socjalizacji”/etc.). Bardzo szybko skomentowała to Małgorzata Wasserman: „Radziłabym, aby wszyscy ministrowie, wiceministrowie i europosłowie zastanowili się w zaciszu własnego gabinetu, kto ewentualnie wykonywał takie czynności, które mogły się odbić na naszym słabszym wyniku”. Jakiemu oberwało się również od Jarosława Gowina, który stwierdził, że: „my jesteśmy Zjednoczoną Prawicą, nie powinniśmy mówić językiem Konfederacji. A taki język pobrzmiewa w wypowiedziach europosła Jakiego”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Jaki odwinął się Gowinowi „No skandal, że w moich wypowiedziach 'wybrzmiewa język prawicowy'. A nie jak u niektórych naszych kolegów język 'platformy'” (…). Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że z wpisu Jakiego wynika, że jego zdaniem „prawicowy język” jest tożsamy z rasizmem, antysemityzmem/hejtowaniem osób z niepełnosprawnościami/etc. (bo „język Konfederacji = prawicowy język), ale ponieważ złośliwy nie jestem, napiszę jedynie, że srogo się ekipa musi żreć o kasę i stołki. W przysłowiowym międzyczasie Gowin był gościem u Moniki Olejnik, która zapytała go o to, co ma do powiedzenia na temat słów Jarosława Kaczyńskiego z 2012 roku (nie, to nie pomyłka), który powiedział wtedy wprost, że jego zdaniem w Smoleńsku doszło do zamachu. Gowin trochę kluczył, ale stwierdził, że jego zdaniem w Smoleńsku doszło do katastrofy i dodał, że: „Proszę pozwolić, że nie będę mówił precyzyjnie co myślę o tych słowach Jarosława Kaczyńskiego”. Tego rodzaju docinków (jak na Gowina, to był docinek) było znacznie więcej, zaś dodatkowo, drony partyjne się między sobą napierdalały na Twitterze, tak więc atmosfera jest raczej nerwowa. Kolejnym achievmentem, który chciała osiągnąć Zjednoczona Prawica (i który był planem maksimum) było ugranie takiej liczby mandatów, która pozwalałaby na odrzucenie prezydenckiego weta. Według moich wyliczeń byłoby to pi razy oko 276 mandatów. Dzięki temu, maszynka do głosowania mogłaby działać bez zakłóceń, a prezydentowi można by było zapowiedzieć „chłopie, daj se siana z wetowaniem, bo i tak to odrzucimy, a ty się ośmieszysz znacznie bardziej niż w trakcie opowiadania swoich słynnych już dowcipów”. Wydaje mi się (acz mogę się mylić), że liczono tam na taki rezultat. Nie jestem specem od przeliczania głosów, ale gdyby PSL i Konfederacja wyjebały się przed progiem, to scenariusz samodzielnej większości, która w razie czego może odrzucić weto prezydenckie, byłby całkiem realny. Ktoś może zapytać „dlaczego twierdzisz, że planem maksimum było 3/5? A co z większością konstytucyjną?” Nie chciałbym być źle zrozumiany, ale nie wierzę w to, że ktoś tam (czyli w PiSie) taki scenariusz brał na poważnie. W momencie, w którym SLD, Wiosna i Razem ogłosiły, że idą do wyborów Razem, a nie osobno (nie, nie przeproszę za ten suchar, godny miana Chleba Krasnoludzkiego), nie było nawet „matematycznych szans” na większość konstytucyjną. Jeżeli ktoś w PiSie dywagował nad tym „co będzie, jak lewica pójdzie do wyborów rozdrobniona i wszystkie partie lewicowe się wywalą przed progiem, a poza tym padną przed nim również PSL i Konfederacja”, to czynił to raczej w ramach gimnastyki umysłowej. Z wynikiem sejmowym ZP ma jeszcze jeden problem (niewielki, tym niemniej), który sobie sama na łeb ściągnęła. Przez cztery ostatnie lata, ZP/PiS jarały się tym, że w ogóle to mają prawo robić wszystko, bo skoro suweren wygłosował im samodzielną większość, to lewaki, dupa, cicho. Problem ów polega na tym, że historyczny wynik PiSu/ZP nie przełożył się na większą liczbę mandatów. W 2015 ZP uzyskała 37,58% głosów, co przełożyło się na 235 mandatów. W 2019 ZP uzyskała 43,59% głosów, a liczba mandatów pozostała taka sama. Jak już wspomniałem, jest to problem natury wizerunkowej, który nieco utrudnia jaranie się historycznym wynikiem. No bo jaka to niby „historia” się stała, skoro uzyskali tyle samo mandatów co w 2015? Żeby nie przedłużać tego wątku. Trudno się dziwić nastrojom w ZP. Mimo zaangażowania gigantycznych środków (w kampanii brał udział praktycznie cały aparat państwowy), udało się uzyskać jedynie absolutne minimum, a i to tylko w Sejmie, bo w Senacie poszło już znacznie gorzej.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Zanim zacznę się pastwić nad POKO, poruszę kwestię wyborów do Senatu (żeby się wątki nie zaczęły mieszać). Wybory do Senatu PiS (łamane przez ZP) przegrał i była to dotkliwa porażka. W 2015 ZP zdobyła 61 mandatów, w 2019 mimo uzyskania większej liczby głosów, ZP straciła 13 mandatów, co przełożyło się na utratę większości w Senacie. Już sam wynik wyborów był dla ZP olbrzymim problemem wizerunkowym, który bardzo, ale to bardzo psuje „historyczność” wyniku. Jeżeli nic się w tej materii nie zmieni (za moment będzie o tym, co się może zmienić), to PiS będzie miał spory problem. Pierwszym z nich jest to, że parlament przestanie być maszynką do głosowania, bo senat będzie mógł wyhamować niektóre ustawy, nie będzie mógł ich co prawda zatrzymać, ale ekspresowe przegłosowywanie ustaw może odejść do lamusa. Drugim problemem jest to, że Senat ma swoje uprawnienia. Nie będę tutaj zarzucał całej listy, ale rzucę tylko kilka przykładów. Wyrażanie zgody na powołanie przez Sejm Rzecznika Praw Obywatelskich/Prezesa NIK. Mało tego, o ile coś mi się nie pomerdało, to marszałek senatu może wygłaszać orędzia. Rzecz jasna, raczej nie doczekamy się wojen na orędzie w rodzaju Epic Rap Battles of History, ale w TVP już pewnie sprawdzają, czy aby na pewno muszą te orędzia puszczać. Podsumowując, utrata senatu może być dla PiSu zajebiście dotkliwa. Nikogo nie powinno więc dziwić to, że obozowi władzy ciężko się pogodzić z porażką. Jest to o tyle żenujące, że ten sam obóz polityczny po 2015 budował narrację „hurr durr, oni twierdzą, że demokracja jest wtedy, gdy oni wygrywają”. Idealnym przykładem tego, jak PiS zareagował na to, co się stało w Senacie, jest wypowiedź Marka Suskiego, który oświadczył, że: „brak większości w Senacie, to wynik tego, że cała opozycja nie szła uczciwie, każdy ze swojej partii, tylko wszyscy się połączyli. PiS kontra reszta świata”. Cytuję Marka Suskiego, dlatego, że to Marek Suski, a co za tym idzie, on sobie tego spinu sam nie wymyślił (pewnie przyleciał do niego w ramach przekazu dnia). Ten konkretny spin jest tak durny, że rozjebało mi skalę. Dziwnym bowiem trafem zupełnie zapomniano o tym, że Zjednoczona Prawica składa się z 3 partii, które (idąc tokiem rozumowania Suskiego) „nie grały uczciwie, tylko wszyscy się połączyli”. Prof. Żaryn podchwycił tę narrację: „Opozycji nic nie łączy poza byciem antyPiS-em. Wydaje się, że to za mała legitymacja, żeby sprawować urząd marszałka”. Gdybym był złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że Żaryn chyba nie do końca ogarnia, że wynik wyborów do Senatu jest taki, że senacką opozycją będzie PiS. Ponieważ jednak nie jestem złośliwy, napiszę jedynie tyle, że słowa Żaryna, który podważa wyniki wyborów powinny być non stop cytowane przez opozycję Sejmową (tak samo, jak słowa Suskiego i każdego innego polityka obozu władzy, który bóldupi na wynik wyborów do Senatu). Ponieważ PiSowi trudno się pogodzić z wynikiem wyborów, partia ta robi wszystko, żeby „coś się pozmieniało”. Jedną z metod, które Zjednoczona Prawica opanowała do perfekcji, jest wyciąganie polityków z innych partii (sprawdzić, czy nie Kałuża, albo inny Andruszkiewicz). Metoda ta jest o tyle prosta, że jak się dysponuje całym aparatem państwowym, to ma się „wyciąganemu” bardzo wiele do zaoferowania. Mózgi w PiS uznały, że „wyciągnięcie” senatora (bądź też dwóch lub trzech) zajmie trochę czasu, tak więc uruchomiono apolitycznego Prezydenta RP. Ów ogłosił (zwołał, whatever), że pierwsze posiedzenie Senatu odbędzie się 12 listopada (tak więc, w najpóźniejszym możliwym terminie). Z ciekawości sprawdziłem sobie, jak to wyglądało w 2015 roku. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że pierwsze posiedzenie Senatu w poprzedniej kadencji odbyło się 12 listopada. Dla porównania, wybory parlamentarne w 2015 roku odbyły się 25 października, no ale wtedy PiS miał samodzielną większość, więc nie trzeba było przeciągać sprawy. Wszystko wskazuje na to, że „wyciąganie” senatorów partii rządzącej nie idzie, tak więc uruchomiono inny scenariusz. Otóż. PiS złożył skargi wyborcze, w których domaga się ponownego przeliczenia głosów w 6 okręgach. Argumentacja jest taka, że we wszystkich tych okręgach różnica głosów, która zadecydowała o tym, kto uzyskał mandat senatora jest mniejsza od liczby głosów nieważnych, więc trzeba sprawdzić, czy wszystkie te głosy nieważne są na pewno nieważne, bo może akurat nie. Taką narrację forsują politycy partii rządzącej i drony internetowe. Dodatkowo każdego, kto zaczyna krytykować te protesty wyborcze, obrzuca się inwektywami, „no bo gdyby nie było nic do ukrycia, to nikt by się nie bał ponownego przeliczenia!”. W tej sprawie jest jeszcze bardzo dużo „jeżeli”, tak więc ciężko dywagować nad tym „co będzie dalej”, niemniej jednak to zrobię. Otóż, jeżeli się okaże, że sąd uzna skargi i odbędzie się ponowne liczenie głosów i jeżeli się okaże, że wygrać powinni nie ci, którzy wygrali, to raczej trudno będzie uznać, że wszystko odbyło się tak, jak trzeba i że nie mieliśmy do czynienia z fałszerstwem wyborczym (zanim ktoś mi powie, żebym założył tin-foil-hat, proszę najpierw doczytać do końca). Mądre głowy twierdziły, że sąd nie może zdecydować o tym, że wygrał kto inny, ale może zdecydować o powtórzeniu wyborów w konkretnych okręgach albo w całym kraju (jeżeli ktoś tu ogarnia prawo wyborcze, a ja coś pojebałem, to proszę o sprostowanie). Dawno temu, przy okazji wyborów samorządowych 2014 (które były absolutną porażką PKW), produkowałem się na temat tego, że sfałszowanie wyborów w Polsce jest nierealne. Muszę tę deklarację zaktualizować. Otóż, sfałszowanie wyborów na etapie liczenia głosów/etc. uważam za nierealne (z przyczyn, o których za moment), ale jeżeli chodzi o „ponowne przeliczanie głosów”, to tutaj, proszę Czytelników, impossible is nothing. Ad meritum. PiS chce ponownego liczenia głosów w 6 okręgach. Ponieważ nie jestem w stanie dokładnie wyliczyć, ile Obwodowych Komisji Wyborczych się w tych konkretnych JOWach znajduje (tzn. dałoby się to zrobić, ale zajęło by to w chuj czasu), toteż pozwolę sobie na uśrednianie. Skoro w Polsce mamy 27.415 takich komisji, to po uśrednieniu – w każdym JOWie (których jest 100) powinno być pi razy oko 270 takowych komisji. Sześć JOWów to 1620 komisji. W komisji pracuje od 7 do 13 osób (w zależności od gęstości zaludnienia obwodu). Można więc bezpiecznie założyć, że w komisjach tych pracowało minimum kilkanaście tysięcy osób. Nie wiem, czy dobrze się wczytałem w to, co stoi na PKW, ale zrozumiałem to tak, że członkiem komisji może być członek partii politycznej (jeżeli ktoś to ogarnia lepiej, to proszę obywatelską korektę). Z tego by wynikało, że część ludzi z tych komisji należała do PiS. Jednakowoż, nawet gdyby tak nie było, to do układanki trzeba dodać Mężów Zaufania, których komitet może oddelegować do każdego lokalu wyborczego/każdej obwodowej komisji wyborczej. Mężowie Zaufania mogą się przyglądać liczeniu głosów oraz: „Mężowi zaufania przysługuje zgodnie z prawem, wniesienie uwag i zastrzeżeń do protokołu z przebiegu wyborów, sporządzanego przez komisję”. Ujmując rzecz innymi słowy – od chuja ludzi pilnuje wyborów. PiS wspierany dronami opowiadał o tym, jak teraz wybory będą transparentne i że hehehe, inni to się bali przezroczystych urn/etc./etc. A teraz się nagle, kurwa, okazuje, że ponieważ wygrali nie ci, co powinni, to trzeba przeliczyć głosy jeszcze raz. Czemu? Już mi się nie chce w cytaty, ale politycy PiSu, których o to zapytano twierdzili, że po pierwsze to „na wszelki wypadek”, a po drugie, no bo np. w jednym z okręgów wygrał Gawłowski, a po trzecie podobnież były „sygnały od wyborców, że głosy nieważne nie wynikają tylko z tego, że ktoś się pomylił”. Rozumiecie, nie od Mężów Zaufania, nie od kogoś, kto się przyglądał liczeniu głosów (kiedy to wszyscy pilnują wszystkich), nic z tych rzeczy – jakaś „anecdata” ma być podstawą do tego, żeby podważać wynik wyborów, bo ktoś ma ból dupy. Wcześniej napisałem, że przy wyborach zapieprza od cholery ludzi, którzy pilnują się nawzajem (z przyczyn oczywistych). Przy założeniu, że będzie miało dojść do ponownego liczenia głosów, kto się tym zajmie? Przepisy są tak zajebiście doprecyzowane, że nie wie tego nawet rzecznik Sądu Najwyższego: „Albo droga pomocy sądowej, czyli zwrócenie się do sądu rejonowego, który będzie to robił, albo liczenie osobiście przez Sąd Najwyższy, przez trzech sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej”.  Nie wiem, jak wy, ale ja jestem pewny bezstronności ludzi, którzy będą to robić. Jestem absolutnie pewny, że nikt nie będzie w stanie wywrzeć na nich najmniejszego wpływu. Rzecz jasna, może chodzić o to, że PiS składając te konkretne protesty, chce po prostu poprawić swoją pozycję negocjacyjną w rozmowach z senatorami, których chce „wyciągnąć”. Co prawda narracja „albo pójdziecie z nami, albo się może okazać, że będą kolejne wybory”, jest dość prymitywna, ale może się okazać skuteczna. Już po napisaniu tego kawałka, natknąłem się na wypowiedź Jarosława Sellina, który zapytany o to, czemu PiS nie chce sprawdzić, jak się sprawy mają w okręgach, w których PiS wygrał, powiedział: „Sprawdzamy tam, gdzie mamy ochotę sprawdzać.” Owszem, sprawdzacie tam, gdzie chcecie. Mimo, że te same komisje liczyły głosy do Senatu i do Sejmu, „macie ochotę sprawdzać” jedynie Senat, bo wybory do Sejmu wygraliście.   


A teraz przejdziemy do rozważań nad partią, która przez cztery ostatnie lata tłumaczyła, że ma pomysł na pokonanie PiSu, ale najwyraźniej potrzebuje jeszcze kilku kadencji, żeby (pod tym kierownictwem) wprowadzić swój plan w życie. POKO w tych wyborach poniosło w pełni zasłużoną porażkę. Świeżo po wyborach w necie pojawiły się komentarze, z których wynikało, że jak na to, co PiS odpierdalał, to ten wynik i tak nie jest zły. Nie no, bądźmy poważni. Jak na to, co PiS odpierdalał, to ten wynik jest tragiczny. Popatrzcie choćby na te moje nieszczęsne Przeglądy, napisałem ich w poprzedniej kadencji 57 (pierwszy „numerowany” wrzuciłem w maju 2017). Z racji tego, że sam sobie jestem sterem, żeglarzem i gwiezdnym okrętem klasy tytan „Nihilum”, muszę robić ostrą selekcję materiałów, albowiem nie zapadłem jeszcze na typową dla polskiej publicystyki chorobę pt. „znam się, kurwa, na wszystkim, więc będę się wypowiadał na każdy temat”. Tym niemniej, mimo selekcji, opisałem od cholery sytuacji, z których większość miała kaliber, który pozwoliłby na przestrzelenie Yamato na wylot. Ujmując rzecz nieco innymi słowy: każdy z tych tematów był amunicją, którą PiS sam podawał opozycji. Opozycja zaś używała tej amunicji do strzelania sobie w stopy. Ponieważ wynik POKO był taki, a nie inny, bardzo szybko zaczęło się szukanie winnych. Wsparcie medialne winnego znalazło momentalnie. Byli nim politycy, którzy nie chcieli iść ławą na PiS i wystartowali oddzielnie. Ponieważ nie dało się zrecyklować spinu z 2015 pt. „Wina Razem”, bo lewica weszła do Sejmu – zaczęło się hejtowanie lewicy za to, że cieszy się z tego, że weszła do Sejmu, a przecież PiS dalej rządzi. Tl;dr „jak można cieszyć się z powrotu lewicy do Sejmu, skoro w Polsce łamana jest Konstytucja”. Rzecz jasna, momentalnie pojawiły się głosy, z których wynikało, że opozycja ma więcej % niż PiS, więc gdyby szła razem, to by wygrała. Żadnemu z geniuszy lansujących tę tezę nie przyjdzie do głowy to, że gdyby te partie zebrały się do kupy, to część wyborców zostałaby w domu. Osobną kwestią jest to, że lansującym tezę, w myśl której cała opozycja powinna iść razem, żeby zaprowadzić porządek w galaktyce, nie chodziło o to, żeby opozycja odsunęła PiS od władzy. Im chodziło o to, żeby PiS od władzy odsunęła Platforma Obywatelska. Każdy, kto interesuje się polityką, zdaje sobie sprawę z tego, że partie polityczne nie są monolitami i składają się z różnych stronnictw. Wpierdol, który w wyborach zebrało POKO sprawił, że w PO uaktywniło się stronnictwo, które, eufemizując, raczej nie przepada za Grzegorzem Schetyną. Pora na kolejną dygresję. Cała akcja z ponownym przeliczaniem głosów to zajebisty prezent dla opozycji, która może teraz niemalże 24/7 napierdalać w PiS, że partia ta chce zmienić wynik wyborów, bo się im on nie podoba. Co w międzyczasie robi Grzegorz Schetyna? W skrócie: opowiada o tym, że dobrze by było, gdyby zagramanica nadzorowała ponowne liczenie głosów. Nie chciałbym być źle zrozumiany, moim zdaniem, jeżeli dojdzie do ponownego liczenia głosów, to ktoś to, kurwa, powinien nadzorować i tym kimś na pewno nie powinni być podwładni Ziobry. Niemniej jednak, używanie takiej, a nie innej retoryki (uwaga, capsa włączam) KIEDY SIĘ, KURWA, WIE, ŻE PIS NON STOP OPOWIADA O TYM, ŻE OPOZYCJA STOSUJE METODĘ „ULICA I ZAGRANICA”, to już jest moi drodzy, wyższa szkoła fuckupu. Ponowne liczenie głosów powinna nadzorować jakaś „odmiana” mężów zaufania (delegowanych przez każdy komitet). To jest przeca temat samograj. PiS chciał jawności wyborów? To w takim razie nie będzie miał nic przeciwko temu, żeby ponowne liczenie głosów było w pełni jawne, nieprawdaż? Jak to PiS nie chce, żeby ponowne liczenie głosów było jawne? Halo, OBWE, prosimy o pomoc! Gdyby opozycja zastosowała taką narrację, PiS miałby zajebiste problemy ze spinowaniem tego tematu. Ponieważ Schetyna nie ogarnął, rządowe media nie mają problemów ze spinem: „Wzywanie zagranicy, by liczyła za nas głosy, to podważanie powagi państwa”. Podsumowując dygresję: dziękuję Pan Schetyna. Wracajmy do stronnictwa. Otóż kilka dni po wyborach Julia Pitera wypowiedziała się w temacie wystawiania Małgorzaty Kidawy Błońskiej w wyborach prezydenckich: „- Energię prezydenta Dudy znamy. Nie wiem, czy Kidawa-Błońska podoła fizycznie” w trakcie tej samej rozmowy dodała, że: „Ja chciałam zwrócić uwagę, że w następstwie nieudolności (PO - red.) Prawo i Sprawiedliwość wygrało po raz trzeci wybory”. Bodajże dwa dni później, w trakcie innej rozmowy Pitera doprecyzowała, że jej zdaniem Trzaskowski byłby znacznie lepszym kandydatem od Kidawy Błońskiej. Tak nawiasem mówiąc. Jeżeli kogoś dziwi to, że rządowe media (i politycy PiS) tak zawzięcie napierdalają w Trzaskowskiego, to teraz taka osoba powinna się przestać dziwić. Owszem, Patryk Jaki hejtuje Trzaskowskiego, bo nadal boli go wynik wyborów samorządowych, ale cała reszta obozu władzy robi to dlatego, że obawia się jego startu w wyborach prezydenckich. Tak, wiem, co jakiś czas pojawiają się sondaże, z których wynika, że obecny Prezydent RP w drugiej turze pokonuje każdego innego kandydata. Tyle, że PiS doskonale pamięta sondaże (z lutego 2015), w których Komorowski miał 63% poparcia, a ówczesny kandydat PiSu 15%. Takie słupki obaj kandydaci mieli na trzy miesiące przed wyborami. Jeżeli porównamy je z obecnymi sondażami (przeprowadzanymi mniej więcej 5 miesięcy przed wyborami), z których wynika, że obecny Prezydent RP wygrywa dopiero w drugiej turze, to trudno się dziwić nerwowym reakcjom i „atakom wyprzedzającym” na potencjalnych kandydatów. Wracając do Julii Pitery. Można bezpiecznie założyć, że to nie było tak, że ona sobie przed szereg wyszła. Po prostu wyszła przed kamery i przedstawiła stanowisko swojego stronnictwa. Ciekaw jestem tego, co będzie dalej z PO. Tzn., czy przy sterze utrzyma się Schetyna, czy też PO podziękuje mu za współpracę. Co jakiś czas w internetach pojawiają się opinię, z których wynika, że „PO się kończy”. Ujmę to tak, nie wiem, co będzie dalej z PO, ale pragnę zwrócić uwagę na ten drobny szczegół, że to bardzo duża partia. PO to partia, która współrządzi w sejmikach wojewódzkich, która ma sporo prezydentów miast (i burmistrzów) i tak dalej i tak dalej. To jest bardzo dużo ludzi i bardzo dużo pieniędzy (pracy/stołków/etc.). Z tego, rzecz jasna, nie wynika, że PO jest niezatapialne, ale należy pamiętać, że to nie jest jakiś jednokadencyjny twór polityczny, ci ludzie mają gdzie „trwać”.


Ostatni duży „blok” w temacie wyborów parlamentarnych będzie blokiem odnoszącym się do jedynego zaskoczenia w wyborach, które tak na dobrą sprawę zaskakiwać nas nie powinno. W wyborach do Sejmu 2019, 1.256.953 Polaków zagłosowało na Konfederację. Część komentatorów usiłuje to bagatelizować, skupiając się na tym, że przeca ta Konfederacja miała jedynie 6,81% głosów i przeca mają jedynie 11 posłów. Że wcześniej Korwin startował, a część szurii z list KUKIZ'15. Tylko, że kuce się w 2015 nie dostały, a szuria, która dostała się z list KUKIZ'15a nie stratowała pod własnym szyldem. Tym razem skrajna prawica nie chowała się za plecami typa, którego ludzie uważali za „spoko ziomka”, bo choć sam o sobie mówił, że jest fanatykiem religijnym, to przychodził do studia telewizyjnego w kurtce, więc można mu było ten fanatyzm wybaczyć. Tym razem skrajna prawica poszła do wyborów jako skrajna prawica i dostała w chuj głosów. Biorąc pod rozwagę to, jaką politykę informacyjną prowadził przez 4 ostatnie lata obóz władzy, tak wysoki wynik skrajnej prawicy nie powinien nikogo dziwić. Spindoktorom-idiotom wydaje się, że społeczeństwem można sobie kręcić do woli. Dzisiaj powiemy im, że UE jest chujowa (i będziemy pompować kasę w antyunijne marki odzieżowe), jutro powiemy, że jesteśmy Sercem Europy i że UE jest dobra, tylko trzeba ją trochę zreformować, pojutrze zaś wrócimy do antyunijnych narracji, bo mamy taki, a nie inny kalendarz wyborczy. Rzecz jasna, społeczeństwo łyknie nowy spin i zapomni o poprzednim, prawda? Ojej, jak to się stało, że Konfederacja dostała tak dużo głosów? Przecież na prawo od nas nic nie wyrośnie! PiS przez całą kadencję miział się ze skrajną prawicą. Córka radnej z ramienia PiSu (Anny Kołakowskiej) dymiła na kontrmanifestacji z okazji Marszu Równości w Gdańsku i została zatrzymana? Błaszczak zjebał policjantów, zaś prawicowe media opowiadały o „brutalnym zatrzymaniu”. Radna Kołakowska groziła Agnieszcze Pomaskiej? Prokuratura umorzyła śledztwo. Sebixy skopały typa z KODu? Rzeczniczka partii rządzącej stwierdziła, że: „sytuacja nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem”. Sebixy na Marszu Niepodległości nosiły rasistowskie hasła i były obwieszone neonazistowską symboliką? Co prawda ustalono, kto nosił te chujowe bannery, ale noszący powiedzieli, że „to nie ich” i sprawa się rozwiązała. Tego rodzaju sytuacji było od cholery i jeszcze trochę, ale na tym poprzestanę (acz dodam, że cebulą na torcie było wpuszczenie na listy wyborcze Dariusza Mateckiego). Część antyPiSu opowiada o tym, że największym grzechem PiSu było (cytat prawie dosłowny) „ośmielenie chama, który w gumofilcach wszedł na salony” (i inne tego rodzaju pierdy). Temu odłamowi antyPiSu nie przejdzie przez myśl, że „broniąc Konstytucji” używają Ziemkiewiczowskiej retoryki. Otóż. Ziemkiewicz w swoim „Polactwie” rozpaczał nad tym, że teraz chamusie w beretce mają zbyt dużo do powiedzenia, no ale to tylko dygresja. Winą PiSu nie jest to, że „ośmielił chama” (kimkolwiek ów cham miałby być [bo coś mi mówi, że też bym się załapał z racji tego, że jestem podkarpacianinem]). PiS ośmielił skrajnie agresywne środowiska. Rzecz jasna, nie po raz pierwszy, bo już kiedyś tłumaczono kibolstwu, że są współczesnymi AK-owcami, ale tym razem PiS robi to przy pomocy aparatu państwowego. A wszystko dlatego, że skrajna prawica była agresywna względem tych, których PiS nie lubi. Przyczyna tego stanu była prosta. Po pierwsze, skrajna prawica zajęła się oponentami, a po drugie, PiS się jej nie bał, bo co prawda skrajniaki nie są najbystrzejsze, ale nawet one wiedzą, że gdyby ich happeningi zaczęły się odnosić do polityków PiS, to policja by się z nimi przestała cackać i mogłoby się to skończyć srogim wpierdolem i wyrokami. Ośmielanie skrajniaków mogło być częścią planu PiS, w myśl którego PiS miałby być „umiarkowaną prawicą”, która powstrzyma skrajniaków. Jeżeli tak faktycznie było, to ten plan ugryzł PiS w dupę. Próby marginalizowania Konfederacji i tłumaczenia, że nie powinno się na nią głosować „bo i tak nie wejdzie”, skończyły się tym, czym próby marginalizowania kandydata PiS w wyborach prezydenckich 2015. Współwinny był (choć w znacznie mniejszej części) antyPiSowski komentariat, który miewa spore problemy z przyznaniem, że (na ten przykład) małżeństwa jednopłciowe to nie jest jakaś, kurwa, lewacka fanaberia (tak samo jak prawa reprodukcyjne Polek). Komentariat ów tłumaczy, że on to robi dlatego, że Polacy są konserwatywni. Do komentariatu nie dociera, że sami się do tego konserwatyzmu przyczyniają, opowiadając pierdoły o tym, że wyżej wymienionymi rzeczami zajmuje się skrajna lewica. Tym samym antyPiS pcha kredens w prawą stronę (ale tylko po to, żeby odsunąć PiS od władzy). Niemniej jednak największą przewiną tegoż komentariatu jest wyciąganie z przysłowiowej dupy narracji, z których wynika, że w Polsce istnieje skrajna prawica i skrajna lewica. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jest to bezmyślne powielanie PiSowskich narracji, w myśl których wszystko co nie jest chrześcijańskim fundamentalizmem jest „lewackie” i „skrajnie lewicowe”. Ponieważ skrajnej lewicy nie ma, toteż partia, która na Zachodzie (jakże ukochanym przez antyPiS) zostałaby uznana za socjaldemokratyczną, w Polsce wyzywana jest od komunistycznych oszołomów (no bo, hurr durr progresja podatkowa/etc). Tego rodzaju kretyńskie porównania sprawiają, że część społeczeństwa może sobie pomyśleć, że skoro sobie działa taka skrajna lewica (i w sumie nikomu nie wadzi), to niby dlaczego skrajnej prawicy miałoby nie być wolno sobie działać? Skoro ludzie głosują na skrajną lewicę i się tego nie wstydzą, to czemu mieliby się wstydzić głosowania na Konfederację? Nawiasem mówiąc, wszystkim, którzy wygadują te idiotyzmy o symetrii należałoby wręczyć Karnego Ziemkiewicza za Chujowy Research, bo jakoś sobie nie przypominam, żeby np. Razemki kogoś flekowały, wieszały portrety na szubienicach, bądź też wzywały do zabijania kogokolwiek. Wynik wyborczy Konfederacji jest cokolwiek alarmujący i polskie władze powinny z tego wyciągnąć wnioski. Tylko, że najprawdopodobniej nie wyciągną, PiS nie jest w stanie ogarnąć niczego w dłuższej perspektywie czasowej i ogranicza się do bieżących spinów. Ciężko od takich ludzi wymagać refleksji w temacie tego, że Konfederacja zawdzięcza swój wynik również tym spinom.


Na tym zakończę tematy wyborcze i przejdę do archeologii przedwyborczej. Pamiętacie może, jak to nas prawica uprzedzała, że jeżeli w Polsce pojawią się religijni fanatycy i przedstawiciele skrajnych środowisk, to może dojść do zamachów terrorystycznych? Okazuje się, że nie kłamali. Chcecie dowodów? Proszę bardzo: „Trzy miesiące spędzi w areszcie małżeństwo, które demonstrowało przeciw marszowi i zabrało ze sobą bomby domowej roboty. Biegli stwierdzili, że ładunki mogły zagrażać uczestnikom manifestacji.” Rzecz jasna, słowo „terroryzm” paść nie mogło, tak więc małżeństwo, które przyniosło bomby na Marsz Równości w Lublinie: „po uzyskaniu opinii biegłego może liczyć się z odpowiedzialnością za posiadanie niebezpiecznego przyrządu wybuchowego”. To jest, kurwa, szczere złoto. Ktoś targa ze sobą bombę domowej roboty w ramach „protestu”, ale nikt ni chuja nie przyzna, że to była próba dokonania zamachu terrorystycznego. Bo przecież oni sobie tam te bomby zanieśli, bo myśleli, że to zlot miłośników materiałów wybuchowych domowej roboty (pomylili się po prostu). Nieco później we Wrocławiu: „Kiedy uczestnicy marszu zaczęli gromadzić się na placu Wolności, 41-letni mężczyzna wyłonił się z ulicy Modrzejewskiej z nożami w obu rękach. Szedł w stronę zgromadzenia, wykrzykując m.in. "Allah Akbar". Drogę zagrodzili mu policjanci ochraniający pochód. Mężczyzna został obezwładniony i zatrzymany. Był pod wpływem alkoholu” (…) Sprawcy przedstawiono zarzut usiłowania czynnej napaści na trzech policjantów, którzy ochraniali marsz równości. Przyjęliśmy, że jest to czyn o charakterze terrorystycznym”. Domyślam się, że kiedy pierwsze doniesienia dotarły do mendiów narodowych i dowiedzieli się o tym, że ktoś wyciągnął dwa noże i krzyczał „Allak Akbar”, to ludzie ze stajni Pereiry przeżyli ekstazę. Taki prezent przed wyborami? Groźny islamista w Polsce? A potem się okazało, że to jakiś Mirek. Tego się po prostu nie robi rządowym mendiaworkerom. Nieco zaś bardziej na serio, to zastanawiałem się nad tym, po chuj mu były te okrzyki. Obstawiam, że mógł uznać, że pochlasta tych „złych”, a potem będzie na innych „złych”. Od razu zastrzegam, że to tylko moje przypuszczenia, bo nie jestem specjalistą ds. analizowania procesów decyzyjnych u 40-letnich Sebixów. Tak więc widzicie, prawicowcy mieli rację. Zapomnieli jedynie, że chodzi o nich samych.


Co prawda nabijałem się już z tego tematu, ale nie zrobiłem tego w Przeglądzie, więc postanowiłem nadrobić zaległości. Wszyscy pamiętają naklejkę „Nur fur hetero”, którą jeden z rządowych tygodników dołączył do jednego z numerów. Co dziwne, nie wszystkich ten fakt ucieszył i taki Empik uznał, że jeżeli naklejka pojawi się w tym numerze, to numer ów zostanie wycofany ze sprzedaży. Potrwało to trochę, ale w pewnym momencie instytut Ordo Iuris dokonał aktu zesrania, gdyż: „Wycofanie przez Empik numeru "Gazety Polskiej" z naklejką o LGBT narusza konstytucję”. Co zrozumiałe „eksperci” z Ordo Iuris wyprodukowali długie uzasadnienie tej łamiącej tezy. Znajduję to hilarycznym, albowiem szef instytutu (Pan Jerzy z Ordo Iuris) jarał się na swoim ćwitrze: „Muszę powiedzieć, że pękam z dumy. Dzięki zaangażowaniu Ordo Iuris dzisiaj szefostwo Empiku może cieszyć się wolnością gospodarczą w nieskrępowany sposób. Nie byłoby tej wolności gdyby nie sprawa drukarza z Łodzi. A to, jaki kto czyni ze swej wolności użytek, to już ich sprawa.”. Dwa miesiące później okazało się, że Empik to pała, bo łamie Konstytucje. Nie jest to pierwsza sytuacja, w której Ordo Iurki zastosowały autograbie. Trochę wcześniej Pan Jurek dowodził, że można było zakazać Marszu Równości z obawy o bezpieczeństwo (nie chciał dodać, że bezpieczeństwo było zagrożone przez skrajną prawicę). Parę tygodni później stwierdził, że zakazanie Marszu Niepodległości (w oparciu o te same przesłanki) to łamanie Konstytucji. Aczkolwiek przypadek z Empikiem jest znacznie bardziej spektakularny, bo dzięki niemu widać wyraźnie robienie kurtyzany z logiki i to, że Ordo Iuris jest w stanie stworzyć raport pod dowolną tezę. Nie chciałbym być źle zrozumiany, prawnicy wiedzieli o tym (naginanie prawa tak, że jedyną analogią do tego naginania mógłby być kręgosłup Gowina) wcześniej, a nieprawnicy się domyślali, ale dzięki twórczości Pana Jurka – widać to czarno na białym.


Mniej więcej na początku października, prawicowe media zaatakowały wszystkich łamiącymi wiadomościami: "Musimy pozbyć się dzieci. Musimy jeść dzieci". Szokujące słowa klimatycznej aktywistki” (Do Rzeczy). „To nie jest żart! Klimatyczna aktywistka: "Musimy zacząć jeść dzieci. Nie mamy czasu. Jest za dużo CO2” (wPolityce). Słowa te padły podczas spotkania z członkinią Izby Reprezentantów USA z Partii Demokratycznej Alexandrią Ocasio-Cortez, tak więc prawy sektor zatrząsł się z oburzenia, no to chyba tych lewaków pojebało, co nie? Bardzo szybko okazało się, że „klimatyczna aktywistka” jest członkinią jakiejś prorosyjskiej sekciarskiej organizacji, która (co za szok) wspiera Trumpa, która poszła na spotkanie po to, żeby trollować. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem to, że oba cytowane przeze mnie artykuły, nadal wiszą na twitterowych kontach mediów rządowych (i na portalach). O ile na początku można było to zwalić na chujowy research (nawet sam wręczyłem tę nagrodę portalowi „Do Rzeczy” za pomocą mojego konta ćwitrowego), to po tym, jak zostało to zdebunkowane, a ćwiterowe wrzutki zostały zasypane linkami do debunków, trzeba to uznać za element prorosyjskiej wojny informacyjnej. To, czy rządowe mendia biorą w tym udział świadomie, czy też są pożytecznymi idiotami Putina nie ma najmniejszego znaczenia.


Co prawda mam jeszcze trochę starszych materiałów, ale przerzucę je do kolejnego Przeglądu, albowiem Woś osiągnął kolejny poziom w byciu Wosiem. W ramach swojej współpracy z SuperExpressem Woś napisał artykuł traktujący o tym, że polskie elity prą do wojny kulturowej. Już to było przejawem wybitnego dzbanizmu, bo postulaty odnoszące się do praw reprodukcyjnych Polek, małżeństw jednopłciowych, TO NIE JEST, KURWA, ŻADNA WOJNA KULTUROWA (ha, tym razem was nie przestrzegłem przed capslockiem!). Potem zaś na swoim ćwitrze opublikował wpis, który zacytuje w całości, ale uprzedzam, że cringe wam wyjebie skale: „Ja do kulturowego hegemona, co dominuje na lewicy: posuń się trochę hegemonie! Nie obrażaj się, nie idź sobie. Posuń się Hegemon do mnie: aaaaa!!! PiSizm!! Przemoc!!! Nawołujesz do nienawiści!! Kochasz Kaczyńskiego!! Ja: Nie, tylko mówie przesuń się trochę! Będzie nas więcej”. Przyznam, że nie bardzo wiem od czego zacząć, ale chyba zacznę od tego, że nie wiem, po co lewicy miałby być typ, który od pewnego czasu napierdala tekstami godnymi prawicowego konserwatysty? Woś klaruje, że lewica stała się „ekskluzywnym projektem”. Nie dociera do niego to, że postulaty, które Woś uznaje za fanaberie (w czym bardzo, ale to bardzo przypomina niektórych liberałów [którymi przecież tak bardzo gardzi]) przysłużą się głównie biednym (których najwyraźniej Woś ma w dupie, bo nie są kibolami). Bo to jest tak, że jeżeli ktoś ma kasę, to może mieć wyjebane na zakaz aborcji, bo po prostu wyjedzie zagranicę. Jeżeli ktoś ma kasę, to może mieć wyjebane na to, że w Polsce nie zalegalizowano małżeństw jednopłciowych, bo sobie ten temat ogarnie zagranicą. Jeżeli ktoś ma pieniądze, to stać go na antykoncepcję (a w razie czego, na antykoncepcje doraźną). Ja wiem, że Wosiom tego świata trudno w to uwierzyć, ale dla części społeczeństwa – wydatek rzędu 250 zeta (prywatna wizyta u ginekologa [bo wtedy się nie trzeba obawiać klauzuli sumienia] + piguła dzień po) może być cokolwiek dotkliwy. Jeżeli ktoś ma kasę, to może się przeprowadzić ze strefy szariatu pod wezwaniem „nur fur hetero” do jakiegoś bardziej przyjaznego miejsca. Problemem jednakowoż jest to, że nie każdy ma kasę, o czym Woś najwyraźniej nie wie. Ostatnią rzeczą, którą chciałbym poruszyć jest to, że teksty Wosia o „wojnie kulturowej” nie pozostawiają zbyt wielu wątpliwości odnośnie tego, że Woś musiał się naoglądać Jordana Petersona i mu, kurwa, zaszkodziło. Woś osiągnął ten poziom, że nie zdziwi mnie absolutnie, jak niebawem zacznie pierdolić o marksizmie kulturowym i będzie hejtował „ekskluzywny projekt lewicowy” za to, że nie walczy z tymże marksizmem. Na sam koniec dodam, że trzeba być, kurwa, wybitnym myślicielem, żeby w polskich okolicznościach przyrody (kredens przesunięty w chuj na prawo) doradzać lewicy odpuszczenie lewicowych postulatów (tym samym, do przyłączenia się do pchających kredens w prawo). Rzygać mi się chce od tych jego utyskiwań pod wezwaniem „lewicę racz nam zwrócić panie”, bo mam, kurwa, nieodparte wrażenie, że „lewica”, w ujęciu Wosiowym, ma znacznie więcej wspólnego z Konfederacją niż z taką, na ten przykład, partią Razem.


Źródła:

https://www.rp.pl/Polityka/191019607-Ziobro-ma-w-Sejmie-17-poslow-Gowin---18.html


https://www.dorzeczy.pl/kraj/117834/gowin-zaskakuje-ws-smolenska-zamach-to-kwestia-wiary-ja-wiem-ciut-wiecej.html


https://twitter.com/PolsatNewsPL/status/1183983776373923841



https://wpolityce.pl/polityka/469690-dlaczego-pis-sklada-protesty-wyborcze-fogiel-odpowiada



https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/kto-mialby-przeliczyc-glosy-po-protestach-pis-michal-laskowski-komentuje,979456.html

https://www.rmf24.pl/fakty/news-jaroslaw-sellin-o-protestach-wyborczych-pis-sprawdzamy-tam-g,nId,3295443


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,25320481,kidawa-blonska-kandydatka-na-prezydenta-pitera-znamy-energie.html


https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/sondaz-prezydencki-cbos-ponad-60-proc-poparcia-dla-komorowskiego,515706.html


https://www.newsweek.pl/polska/zlapac-i-ogolic-na-lyso-poslanke-po-prokuratura-umarza-sledztwo-w-sprawie-wpisu/jghzqch


https://oko.press/to-nie-byl-moj-baner/




https://twitter.com/OrdoIuris/status/1174984529506971653


https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1180067869784195072

https://www.buzzfeednews.com/article/tasneemnashrulla/eat-babies-aoc-town-hall-pro-trump-troll-larouche




https://twitter.com/PiknikNSG/status/1186967394000035840