piątek, 28 czerwca 2013

Profesor etyki ruga internautów

Wczoraj popełniłem byłem  grafikę w temacie, który mnie może nie tyle zbulwersował, co lekko przeraził.  Kobieta, która metodycznie katowała kilkuletnie dziecko – któregoś dnia owo dziecko zamęczyła na śmierć. Dziecko było w stanie tak złym, że sanitariusz, którzy przyjechał z R-ką – stracił przytomność po tym, jak je zobaczył. Kobieta została skazana na 15 lat więzienia. Po dziesięciu latach wyszła za dobre sprawowanie. Skończyła teologię, jest katechetką, uczy dzieci i doradza w MEN jako ekspert. Przeraziło mnie w tym artykule wszystko – łącznie z pointą – którą było to, że kobieta pracuje z dziećmi teraz.

W takich sytuacjach ZAWSZE musi się wypowiedzieć jakiś specjalista ds. zbiorowego sumienia. Tak też było i tym razem. Przedstawiam wam - profesora Prof. Roman Kubickiego, etyka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu:

Trochę potnę jego wypowiedź, ale nie zamierzam niczego „wyrywać z kontekstu”.

W tej sprawie kluczowy jest lęk przed tym, czy ta osoba ponownie nie dopuści się podobnego czynu i nie zrobi krzywdy innemu dziecku.

Pełna zgoda, aczkolwiek nie to napędzało internautów (rzecz jasna poza tymi, którzy wieszaliby na latarniach każdego, kto ma inne niźli oni poglądy). Napędzało ich to, że mają (jako takie) zaufanie do systemu edukacji - a teraz okazuje się, że owo zaufanie zostało wystawione na próbę. Z powodu „zatarcia”, kobieta, która zamęczyła na śmierć 6-latka uczy dzieci w szkole. A to z kolei rodzi niepewność i myślenie kategoriami „czy to jednostkowy przypadek?”


Ale człowiek ma prawo się zmienić, z tego przeświadczenia wynika instytucja zatarcia wyroku.

Czemu w takim razie instytucja zatarcia nie dotyczy pedofilów? W pewnych przypadkach społeczeństwo nie chce dawać drugiej szansy, jest to moim zdaniem zrozumiałe. Bo co można powiedzieć kolejnej ofierze pedofila? „No sorry zatarcie było, nie mogliśmy nic zrobić, daliśmy mu szansę, nie wykorzystał”? Tak, wiem spłycam – ale nie zależnie od tego, w jakie słowa ubierzemy to zdanie – sens będzie taki. Dlatego też pedofile nie mają „drugiej szansy” w tej materii. Zabicie dziecka moim zdaniem również powinno być objęte taką klauzulą.

. Ta zbrodnia mogła wywołać w tej kobiecie, jej życiu i duchowości gruntowne zmiany. Dziś to może być zupełnie inna osoba z inną filozofią, odrzucająca przemoc jako metodę dochodzenia do celu wychowawczego.

Pozostaje zadać sakramentalne pytanie – czy Pan profesor zostawiłby swoje dziecko pod opieką tej kobiety – przy założeniu, że wie o jej przeszłości? Czy pozwoliłby (gdyby miał w tej materii decydujące zdanie) na to, żeby ta kobieta adoptowała dziecko? To nie była jakaś skacowana alkoholiczka, która zabiła dziecko bo się darło, a ją łeb bolał – to była kobieta, która napisała regulamin dla kilkuletniego dziecka i zmuszała je do tego, żeby nie płakało podczas otrzymywania kar cielesnych. To była bardzo inteligentna osoba – musiała być świadoma potencjalnych konsekwencji swoich czynów.





Prawdopodobieństwo, że znów dopuści się podobnego czynu, nie jest większe niż to, że dopuści się go ktokolwiek inny

No to już jest pure bullshit. Pan Profesor chyba nie czytał artykułu – to nie było zabójstwo w afekcie, to nie było nawet zabójstwo z premedytacją – to była niczym nie sprowokowana czysta przemoc, wymierzona przeciwko kilkuletniemu dziecku. Poza tym – idąc tym tokiem rozumowania – to, że pedofil zgwałci dziecko po tym jak się go wypuści, jest tak samo prawdopodobne, jak to, że dziecko zgwałci ktokolwiek inny?


Przecież demon szaleństwa może nagle, zupełnie niespodziewanie, obudzić się w każdym z nas.

Pan profesor na pewno nie czytał artykułu – u kobiety nie zdiagnozowano żadnej choroby psychicznej – tym samym „Demon szaleństwa” to tylko taka ładna figura retoryczna, mająca na celu zamaskowanie tego, że pan prof. nie ma pojęcia o czym mówi.


W historii zawodzili już przecież ludzie stawiani za wzory cnót moralnych i opanowania. Powinniśmy być więc w równym stopniu wyczuleni na akty przemocy u każdego. Uważam, że i tej osobie należy dać drugą szansę.

Pedofilom również?

Obudziły się w nich odruchy związane z poczuciem własnej wyższości budowanym przez znalezienie ofiary, na którą wspólnie się szczują

Komentarzy pan profesor też nie czytał, tylko zasugerował się pewnie „mamąMadzi”. Osoby, z którymi ja miałem styczność były PRZERAŻONE tą sytuacją. Wulgaryzmy, które się posypały pod grafiką nie były wynikiem tego, że ktoś myślał „babo, ty suko, zabiłaś dziecko, a ja tego nie zrobiłem/łam więc jestem lepsza/lepszy!” tylko „jak można kobiecie, która zakatowała dziecko na śmierć, pozwolić na bycie nauczycielką?”. Na pewno pewna grupa internautów wpisuje się w to co powiedział pan prof., ale w tym przypadku jest to grupa marginalna.


Motywacją nie jest chęć zapobieżenia kolejnej tragedii.

Pan profesor przeczytał wszystkie komentarze w internecie i jest w 100% pewien swojej opinii.


Taka motywacja może powstać oczywiście u rodziców dzieci, które uczy ta kobieta. Jeśli jednak kierowaliby się troską, to chcieliby porozmawiać z dyrekcją szkoły, powiadomiliby policję, spotkaliby się z tą nauczycielką, wysłuchali jej argumentów.

Albo u ludzi, którzy zaczynają myśleć „mój boże, a jeśli moje dziecko też ktoś taki uczy?” albo „dlaczego ktoś taki uczy dzieci”, „dlaczego nauczycielką została kobieta, która zamęczyła dziecko na śmierć” i tak dalej. Poza tym serio? Rodzic się dowiedział, że nauczycielka, która uczy jego dzieci – zatłukła 6 latka – ma iść do nauczycielki i z nią porozmawiać? Po co? O czym? Ma jej wersji wydarzeń posłuchać może? W jakiej rzeczywistości ludzie się tak „powinni” zachować? Ziemia do profesora, Ziemia do profesora!


W sieci nie ma jednak takiego języka troski, jest za to głupi język nienawiści, stadne polowanie, w których chcemy i lubimy uczestniczyć.

A ja jako profesor jestem lepszy od tych wszystkich ścierw, które piszą te hejtujące komentarze. No ale parafrazując pana profesora
Obudziły się w nim odruchy związane z poczuciem własnej wyższości

Ujawniła się ta obrzydliwa potrzeba siedząca w ludziach.

W profesorze na pewno. Obrzydliwa potrzeba do wypowiadania się w temacie, o którym nie ma się zielonego pojęcia.

Przecież wszystko wskazuje na to, że ta kobieta nie jest materiałem na zawodową morderczynię,, a do zbrodni doszło przez jej poronione metody wychowawcze.

Nikt jej nie zarzuca tego, że jest „zawodową morderczynią” - materiałem na osobę, która w imię czegoś, czego sama nie rozumie – może zatłuc dziecko -owszem jest. Co też udowodniła. To trochę tak jakby profesor powiedział „ten pan, który zgwałcił dziecko, nie jest materiałem na seryjnego gwałciciela”.


Człowiek często nie jest świadomy swoich zachowań i ich konsekwencji

Jeśli osoba z wyższym wykształceniem, nie jest świadoma tego, że używanie dziecka w charakterze worka treningowego – może skończyć się tragicznie (nie wspominając już o tym jak dewastujące jest to dla dziecięcej psychiki) – to znaczy, że taka osoba powinna się znaleźć w szpitalu, w którym się nią odpowiednią zaopiekują.

U podłoża tych metod mogło leżeć przeświadczenie, że będą prowadzić do dobra dziecka, a zbrodnia mogła zmienić tę filozofię.

„Mogło leżeć” - nie wiem o czym mówię, ale jeśli powiem to w trybie przypuszczającym, nikt mi nie zarzuci tego, że konfabuluję.



Poddano ją linczowi(...) Trzeba spytać jej uczniów, absolwentów klas, w których nauczała - czy dopuszczała się wobec nich przemocy? Jeśli tak, to należałoby tę osobę bezlitośnie usunąć z systemu edukacji.

W artykułach wyraźnie stało, że nie dopuszczała się przemocy względem uczniów – ani przed morderstwem, ani po. Tym niemniej regulamin, który napisała dla uczniów – przynajmniej w oparciu o informacje zawarte w artykułach– jest pewnym novum.



Odnoszę wrażenie, że pan profesor etyk odpowiadał na pytania – opierając się jedynie na informacjach zawartych w pytaniu. Być może przeczytał art po łebkach (sugerowałaby to wzmianka o chorych metodach wychowawczych) – i stąd jego nieco oderwane od kontekstu odpowiedzi. Kontekstem była niewyobrażalna wręcz zbrodnia (i nie, to nie jest jedynie figura retoryczna). Ponieważ zostałem w pewien sposób wywołany do tablicy (no bo grafikę popełniłem i w ogóle to szczułem ludzi,etc), jakoś się chciałem odnieść do tych „zarzutów”.
Grafikę zrobiłem i wrzuciłem na fanpage, ponieważ uznałem, że ta informacja jest dość istotna. Istotna o tyle, że wskazuje na dziurę w prawie. A ja jakoś tak nie wierzę w to, że ta kobieta jest jedyna w swoim rodzaju. Aż tak wyjątkowa (niestety) nie jest.

Sprawa kolejna – brutalny język internautów. Profesor etyki zachowuje się tak jakby nie przeczytał artykułu, względnie, jakby nie do końca go zrozumiał. W starciu z tym, co jest zawarte w tym artykule (np. opis tego, że ta kobieta, wraz z partnerem – tłukła dziecko 5 letnie przez cała noc- dlatego, że nie potrafiło oblec kołdry) – normalny człowiek „nie ma szans” na to żeby się zdystansować. Taki materiał szokuje. A brutalny język jest wynikiem tego szoku.

Ludzki umysł jest w stanie „przetworzyć” prawie wszystko. Przez przetworzenie rozumiem proces, w ramach którego człowiek jest w stanie zrozumieć to, co zaobserwował, przeczytał, zobaczył etc. „Prawie” jest słowem kluczem, bowiem nie ma szans na to, żeby człowiek zrozumiał coś takiego. Przykładowo ja jestem w stanie zrozumieć (nie mylić popieraniem) nawalonego jełopa, który wsiadł do auta „bo daleko do domu miał i nie mógł iść na piechotę a nie miał na taksówkę, poza tym to tylko 2 kilometry więc nic się nie stanie”. Ten rodzaj rozumowania jest kretyński i może doprowadzić do tragedii, ale jest zrozumiały. Nawet zabójstwo z najniższych pobudek (pieniądze) można zrozumieć – zabił bo chciał zarobić na tym. W sytuacji tej kobiety, nie rozumiem nic. Tzn rozumiem, że rodzina jej była taka a nie inna (wielkoduszny profesor z małżonką poprosili ją żeby nie biła tego dziecka u nich w domu), ale nadal nie rozumiem tego dlaczego nie zastanowiła się nawet przez moment nad tym, że swoim postępowaniem wyrządza krzywdę dziecku – i że może je któregoś dnia zabić. Czegoś takiego zwykły człowiek nie zrozumie i dlatego też jest to dla ludzi tak przerażające. Od rozumienia takich przypadków jest psychiatria, ale w tym przypadku specjaliści uznali, że zachowanie tej kobiety nie kwalifikuje jej do leczenia psychiatrycznego. W temacie profesora – czy wymaganie od kogoś kto ma taki tytuł, tego żeby choć poczytał coś na temat jakiejś sytuacji – zanim się na jej temat wypowie, to zbyt wiele? Zamiast rzeczowo wypowiadającego się naukowca, mamy zarozumialca. Zarozumialca, który (za przeproszeniem) rzygnął swoim „poczuciem wyższości” na „plebs” z okien własnej wieży z kości słoniowej.

Na sam koniec jedna taka myśl. Ktoś może podnieść argument „no dobrze, ale ona nigdy nie podniosła ręki na dziecko, które uczyła!” Pełna zgoda, ale to tak jakby bronić pedofila „No wiecie, niech uczy w szkole, bo on zgwałcił tylko swoją 6 letnią pasierbice, nigdy nie dotknął nawet obcego dziecka”. Wydaje mi się, że tego rodzaju argumentacja w przypadku pedofilii by nie zadziałała, czemu więc miała by zadziałać w przypadku skatowania 6 latka? 

Źródło:


Link do grafiki na FP (tam znajduje się więcej linków źródłowych)

wtorek, 25 czerwca 2013

Robert Winnicki (RN) puka w dno od spodu

Od jakiegoś czasu przyglądam się bacznie prawicowemu intelektualiście – Robertowi Winnickiemu. Od czasu do czasu ów pan pojawia się na Pikniku. Tym razem postanowiłem poświęcić mu notkę, bo to, co spłodził jego kreatywny prawicowy umysł, trudno podsumować grafiką. A podsumować warto.

Robert Winnicki - specjalista ds. życiorysów

W debacie dotyczącej Zygmunta Baumana, nie mogło zabraknąć głosu animatorów spontanicznego protestu młodzieży szalikowej. Prawica przypomina Baumanowi jego przeszłość. Nie ma w tym, moim zdaniem, nic zdrożnego. Choć „przebudzonemu narodowi”, czyli szalikowcom, udało się po mistrzowsku przykryć treść (Bauman był tym, kim był w przeszłości) formą „protestu” („wypierdalaj, wypierdalaj!”). Robertowi Winnickiemu było, jak mniemam, mało samoośmieszenia prawicy – poszedł więc o krok dalej.

Dla mnie, ze względów osobistych, porównywalnie ważne jest to, co Bauman robił wcześniej. We wrześniu 1939 roku wyjechał do współagresora i współokupanta Polski, do ZSRR.”

Winnicki rysuje obraz Baumana jako zdrajcy narodu polskiego! Wojna się zaczyna, a ten co zrobił? Wyjechał do ZSRR! Do współagresora! Skandal! Wszystko by się zgadzało z teorią o „zdradzie narodu”, gdyby nie dosłownie dwa malutkie szczegóły.

1 ) Bauman urodził się w 1925 roku. Tym samym mityczny „zdrajca” miał w trakcie wyjazdu 14 lat. W kontekście wieku Baumana, święte oburzenie Roberta Winnickiego jest po prostu idiotyczne. Nawet w dzisiejszych czasach dzieci w tym wieku są zależne od rodziców, a co dopiero w 1939, gdy dzieci były niemalże literalnie własnością rodziców.

2 ) Sprawa druga jest już nieco bardziej obrzydliwa i ponura. Czemu? Ano temu, że owszem - rodzina Baumana wyjechała do ZSRR we wrześniu. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a jak wiadomo, Polak-katolik szczegółami się brzydzi. A szczegół jest taki, że rodzina Baumana mieszkała w Poznaniu. Poznań znalazł się we wrześniu pod nazistowską okupacją. Bauman pochodził (co mu prawacy wypominają) z polsko-żydowskiej rodziny. Jak mniemam, w opinii Roberta Winnickiego i jego idoli Żydzi nie musieli się wcale obawiać III Rzeszy. Jednakże opinia żydowskiej rodziny, która oglądała wojska Hitlerowskie wkraczające do Poznania, mogła się od opinii Roberta Winnickiego różnić nieco.

Ponurym żartem w wykonaniu Winnickiego jest to, że po tych wszystkich latach, znając wszystkie fakty historyczne, krytykuje decyzję rodziny Baumana. Pomimo tego, że decyzja o pozostaniu w Polsce najprawdopodobniej zawiodłaby rodzinę Baumana do obozu zagłady. Winnickiego to nie obchodzi. On wie lepiej.

Robert Winnicki - „Zesłaniec Sybiru”

Zaczniemy od cytatu:
Kiedy Bauman zdobywał szlify w komunistycznych, sowieckich organizacjach, wywiezione na Sybir rodziny mojego dziadka i mojej babci walczyły o przetrwanie. Nie wszyscy przeżyli, a ich groby pozostały na "nieludzkiej ziemi".



Muszę przyznać, że Kaczmarski miał rację, śpiewając piosenkę „według Gombrowicza narodu obrażanie”, a konkretnie fragment „Jak dziecko lubi się przebierać. Powtarzać słowa, miny, gesty, W dziadkowych nosić się orderach. I nigdy mu niczego nie wstyd.”



Gratuluję, panie Robercie. Właśnie rozmienił pan cierpienie swojej rodziny na drobne. I to w imię czego? W imię zdobycia poklasku wśród swoich klakierów. W imię osiągnięcia stołka sejmowego, na którym będzie pan mógł kiedyś posadzić dupsko.



Zanim ktoś zacznie mnie wyzywać od komuszych pomiotów i bolszewików - krótki rys historyczny mojej rodziny ze strony matki. Prababcia wraz z trójką dzieci (w tym moją babcią) i mężem (policjantem) mieszkała we Lwowie. Pradziadka aresztowano, a prababcia z dziećmi wylądowała na Sybirze. Wrócili wszyscy, ale cudem jedynie. Cud polegał na tym, że babcia znała język rosyjski i umiała się dogadać z miejscowymi. Wielu ludzi nie miało tyle szczęścia i już tam zostali. „Moi” wrócili, ale na tym się ich cierpienie nie skończyło. Po wojnie przyszedł z ZSRR list od pradziadka, który tłumaczył, że myślał, iż cała rodzina zginęła i mieszka teraz gdzieś tam (nie pamiętam już nazwy miasta) wraz z żoną nową i dziećmi. Po bardzo długim czasie okazało się, że to była zagrywka ZSRR, który chciał ukryć to, że bardzo wielu ludzi po prostu rozstrzelano. Ten los spotkał pradziadka mojego zaraz po aresztowaniu – został zastrzelony „przy próbie ucieczki”. Powiedziano im (bo przecież nie tylko on został aresztowany), że zostali zwolnieni i kazano iść przed siebie, po czym zabito wszystkich więźniów strzałami w plecy. Moja rodzina dowiedziała się o tym dopiero w latach 90'. Brat mojej babci zmarł na raka płuc. Dlaczego? Bo w ramach odbywania zasadniczej służby wojskowej pracował w kopalni, w której grzebano w jakichś promieniotwórczych gównach. Czemu skończył w kopalni? Bo władza PRL nie mogła pozwolić na to, aby ktoś kto przeżył Sybir, odbywał służbę wojskową z „normalnymi ludźmi” - przecież mógł komuś o wszystkim opowiedzieć. Brat babci nikomu (nawet swojej rodzinie) nie powiedział o tym, co robił w wojsku. Bał się tego, że taka wiedza może być groźna dla rodziny.



W kontekście powyższego wkurza mnie to, że ktoś, kto chce uchodzić za dumnego patriotę, wyciera sobie mordę cudzym cierpieniem. Nie pan („pan” małą literą, bo na dużą pan nie zasłużył), panie Winnicki, został zesłany na Sybir. Nie pan dostał od państwa krzyż  z inskrypcją: „Zesłańcom Sybiru”. Mnie, panie Winnicki, kiedy patrzę na ten krzyż, za każdym razem przechodzą ciarki po plecach, bo ten zwykły kawałek metalu przypomina o ludzkim cierpieniu. Moja babcia opowiadała dużo o Sybirze, dlatego ten krzyż mnie osobiście kojarzy się z głodem, cierpieniem i poczuciem beznadziei. Bo i zesłańcy (nawet ci, którzy mieli tyle szczęścia, że przeżyli) mogli mieć tylko nadzieję na to, że kiedyś wrócą do Polski. Przez bardzo długie lata ci ludzie nie mogli nawet nikomu odpowiedzieć o swojej niedoli. Bo jakże to? Krytykować „bratni naród” zza Buga? Już władza PRL zadbała o to, żeby wszyscy byli cichutko. I byli cicho – w końcu nikt nie chciał na Sybir wrócić.



Nikt nie ma prawa rozmieniać na drobne cierpienia tych ludzi. Choć, jak mniemam, ma pan inne zdanie na ten temat. I już niedługo będziemy pana oglądać z przypiętymi do klapy krzyżami „Zesłańców Sybiru” - najlepiej kilkoma naraz, będzie pan poważniej wyglądał. Jeśli kiedyś będzie pan startował w wyborach, na bilbordzie zamiast hasła proszę umieścić napis „głosujcie na mnie bo ZSRR zesłał moich dziadków na sybir”. W kontekście tego, że dziadkowie pańscy byli zesłańcami – fakt, że określił pan mianem „represjonowanych” bandę troglodytów w szalikach, którzy darli się „wypierdalaj, wypierdalaj” na wiadomym wykładzie, świadczy o tym, że szacunku dla represjonowanych nie ma pan za grosz i liczy się dla pana jedynie przyszła kariera polityczna.

Dzięki temu pojedynczemu wpisowi na Facebooku pokazał pan, że jest pan cynicznym, ponurym i wyrachowanym indywiduum i mam osobiście nadzieję na to, że to wszystko, co pan teraz robi i mówi, wróci kiedyś do pana.

Źródło:

https://www.facebook.com/robertwinnickipubliczny/posts/587613407949934

piątek, 26 kwietnia 2013

Całkowity zakaz aborcji – potencjalne efekty. (rozważania aborcyjne #3)

Fanatycy religijni bardzo nie lubią psychologii jako nauki. Ale to jeszcze nic. Psychologii społecznej wręcz nienawidzą. Jeśli ktoś w dyskusji z fanatykiem użyje argumentu z zakresu psychologii społecznej – biada mu. Zaraz dowie się tego, że psychologia społeczna to nie jest nauka, bo sprowadza ludzi do roli szczurów laboratoryjnych! A człowiek to coś więcej! Przez jakiś czas głowiłem się nad tym – o co do jasnej cholery chodzi? Skąd ta niechęć. A potem mnie olśniło. Psychologia Społeczna rozbija na czynniki pierwsze nawet te interakcje – które wydają się być może nie tyle pierwotne – co „podstawowe”, rozbija na czynniki pierwsze nawet najprostsze komunikaty. Inaczej rzecz ujmując – nie ma na tyle prostej interakcji, nie ma na tyle pierwotnej reakcji na bodziec „społeczny”, nie ma na tyle pierwotnego komunikatu, nad którym psychologia społeczna prędzej czy później się nie pochyli. Tym samym jest to odmiana psychologii – demaskatorska. Czasem – ludzie dowiadują się o sobie ( w ramach zgłębiania zagadnień tej gałęzi psychologii) rzeczy, których nie chcieli by wiedzieć. Ale to wszystko nic nie znaczy. Najwięcej znaczy to, że po zapoznaniu się choćby pobieżnym z P.S. człowiek dochodzi do jednego wniosku. Nie ma ludzi idealnych. Jak to powiedział jeden z bohaterów „Czasu apokalipsy” (Ang „Apocalypse Now”) „Every man has got a breaking point „. Co znamienne – nie chodzi o to, że człowieka można złamać za pomocą tortur/etc. Człowiek może się „sam” złamać pod wpływem bodźców zewnętrznych. Wszystko jest kwestią odpowiednich bodźców. A jeśli można „łamać” to można też wpływać – tym samym odpowiednie bodźce (bądź też ich konfiguracja) wywołają pożądane stany emocjonalne. I to ma być dowód na to, że psychologia społeczna traktuje ludzi jak szczury.

Tym co umknęło wyznawcom doktryny JPS! (Nienawiść do psychologi wyniosłem z domu!) to fakt, że te bodźce zostały wpierw dostrzeżone przez uważnego badacza a dopiero potem potwierdzone eksperymentalnie. Tym samym jeśli psychologia społeczna traktuje ludzi jak szczury laboratoryjne – to tylko i wyłącznie dlatego, że sami się tak zachowują. Rzecz jasna – ponieważ jej (psychologii) nienawidzą -tedy się nią nie zajmują „bo po co”.

Ten przydługi wstęp teoretyczny nie jest li tylko popisem erudycji (ale jaka to erudycja – czytałem jakieś pierdoły o szczurach laboratoryjnych). Chodziło o osadzenie skutków ignorancji proliferów -w kontekście. Kontekst jest „nienawiść do psychologii” i nieznajomość najprostszych mechanizmów psychologicznych. A konkretnie jednego, który sprawia, że całkowity zakaz aborcji – tak naprawdę niczego nie zmieni - będzie ich dokładnie tyle samo. Ten mechanizm to reaktancja. Reaktancja to - „przywracanie wolności wyboru”. W teorii – można wielu rzeczy zakażać. W praktyce jeśli ktoś będzie chciał coś zrobić to będzie miał zakazy w 4 literach. Zwłaszcza w sytuacji, w której zakaz obowiązuje np. w jednym kraju. A We wszystkich sąsiednich już nie. Ale nawet jeśli nagle cała Europa, cały świat, gremialnie zakazałby aborcji, ten jeden prosty mechanizm sprawi, że aborcja nie zniknie. Nawet gdyby karać za nią kobiety – niczego to nie zmieni. Może tyle, że będą jeszcze bardziej ostrożne.

Zanim ktoś zaneguje reaktancje i powie „to tylko teoria a psychologia to nie nauka” proponuje zapoznać się z historią okupowanej polski. Historyk opowiadał nam kiedyś na zajęciach, że jeśli nam się wydaje, że jesteśmy wyjątkowi bo nam się nie chce uczyć -to nam się wydaje. W Przedwojennej Polsce nauczyciele mieli dokładnie ten sam problem. Problem zniknął w momencie, w którym polska była okupowana a za nauczanie polskiego/etc można było iść do więzienia, albo nawet zginąć. Wtedy wszystkim zachciało się uczyć. Przecież żaden nauczyciel nie zmuszał uczniów do uczenia się w konspiracji, sami chcieli. Nawet ci, którzy wcześniej się obijali. Nawiasem mówiąc uczniowie uczyli się nie wiedząc tego czy wojna się skończy i jak się skończy. W tamtych warunkach można było wierzyć w to, że Polski już nie będzie. No to po cholerę im to było? Ano przywrócili sobie wolność wyboru. Choćby i za cenę własnego życia. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli kobieta nie chce urodzić dziecka, to go nie urodzi. Zabije siebie wraz z „napoczętym życiem”, ale dziecka nie urodzi. Skrajny przypadek? Być może, tym niemniej tego rodzaju sytuacje też występują. Choćby jedna na milion to nie znaczy, że ich nie ma.

Jeśli kogoś nie zadowala przykład z uczniami za okupacji. To podam inny – recydywiści i ich wewnętrznie sformalizowane formy zachowania („Symetrie” polecam obejrzeć – tam pobieżnie bo pobieżnie ale w miarę prawidłowo pokazano). Popatrzmy na to okiem zewnętrznym. Ludzie siedzą w więzieniu. W miejscu, w którym olbrzymią ilość czynności należy wykonywać na komendę i w odpowiednim czasie. Spacer, prysznic, jedzenie etc. Co więc robią ludzie, którzy mają ograniczoną wolność? Ograniczają ją jeszcze bardziej. Poprzez wymyślanie własnych regulacji często o wiele bardziej restrykcyjnych od tych narzuconych przez system penitencjarny. No po cholerę im to? Mało im zakazów? Ano poprzez te „własne” zakazy przywracają sobie wolność decydowania o sobie.

Ulubionym argumentem proliferów, którego używają zawsze gdy ktoś powie „Polki i tak będą dokonywać aborcji” jest argument „to, że ktoś popełnia przestępstwo nie oznacza, że trzeba taką sytuacje zalegalizować”. 2 sprawy, pierwsza, aborcja stała się przestępstwem nie tak dawno temu. Druga wszędzie dokoła aborcja jest legalna. Gdyby było tak, że aborcja jest nielegalna w większości państw argument byłby sensowny i trafiałby do ludzi. No przestępstwo i tyle patrzcie, wszędzie dokoła zakazali! Rzeczywistość jak wszyscy wiedzą jest inna. Polka ma świadomość tego, że to co jest przestępstwem w naszym kraju, nie jest nim w żadnym Państwie ościennym. Ba, Słowacja ma ponoć w konstytucji zapis o ochronie płodu i co z tego wynika? Niech no ktoś wpisze w google „aborcje Słowacja” i zobaczy pierwsze wyniki. I w tym momencie kolejny mechanizm poznawczy się uaktywnia sytuacja, w której znajdują się Polki (wszędzie do koła aborcja legalna - u nas nie) wywołuje dysonans poznawczy. Nasze umysły dysonansu nie lubią – więc go usuwają. W efekcie tego usuwania dysonansu sporo ludzi dochodzi do wniosku takiego, że zakaz aborcji to kolejny debilny przepis jakich u nas wiele. A skoro przepis jest debilny to znaczy, że można sobie go spokojnie obchodzić. A skoro można obchodzić witaj podziemie aborcyjne i turystyko aborcyjna!

Aczkolwiek to, że aborcji byłoby tyle samo (w przybliżeniu) to najmniejszy problem proliferów. Drugim byłoby to, że reaktancja mogłaby się objawić pospolitym ruszeniem ludzi o poglądach pro choice, którym w takiej sytuacji znacznie bardziej zależałoby na zmianie prawa niż proliferom na jego utrzymaniu (choćby dlatego, że przez jakiś czas pławiliby się w samozadowoleniu). Poza tym proliferzy nie doceniają ludzkiej determinacji. Zwłaszcza w momencie, w którym człowiek czuje się tak jakby mu (za przeproszeniem) w pysk napluli. Już teraz „kompromis” trzeszczy. I choć proliferzy są bardziej aktywni – to nie stanowią większości społeczeństwa.

Ktoś mi może zarzucić w tym momencie bajkopisarstwo. No bo skąd ja wiem, że jak by był zakaz to by potem była liberalizacja? Pisałem już o tym na początku istnienia bloga w notce (quo vadis aborcjo – czyli patrzmy na to co robi Gowin) Jak to jest, że ten który słyszy krzyczące zarodki nie poparł zakazu aborcji? Gowin choć na pierwszy rzut oka zachowuje się jak średnio rozgarnięty przedstawiciel katoprawicy jest cwany. Cwany i jednak sporo wie. Na tyle dużo, że zdaje sobie sprawę z tego czym się skończy całkowity zakaz aborcji. Nie wspominając już o tym, że gdyby coś takiego (zakaz aborcji) przeforsowano w roku wyborczym to lewica zdemolowałaby scenę polityczna wystarczyłoby im jedno hasło „jesteśmy pro choice”. O politykach „pro choice” - będzie kolejna notka.

środa, 27 marca 2013

O tym jak organizacje pro life skutecznie lobbują na rzecz „biznesu aborcyjnego” (rozważania aborcyjne #2)

Nie, ten tytuł to nie manipulacja. Dużo mówiło się o Wandzie Nowickiej (o niej – trochę dalej napisze -tzn w jednej z kolejnych notek) i o tym, że jest ona opłacana przez lobby proaborcyjne. Poprocesowali się nawet o to, wyszło chyba na to, że ktoś jej płacił faktycznie. Aczkolwiek jeśli mam być szczery – to nie wiem za co. Bo jeśli ktoś inwestował pieniądze w to, żeby W.N. cokolwiek zmieniła gratuluje mu zorientowania w rzeczywistości naszej. Najskuteczniej na rzecz biznesu aborcyjnego lobbują organizacje pro life, nazwisk nie będę wymieniał bo ktoś może mieć problemy ze zrozumieniem tekstu pisanego i może zachcieć mnie pozwać.

W Serialu pt „Boardwalk Empire” - polski tytuł „Zakazane Imperium” a dokładnie w pilocie tego serialu obejrzeć można bardzo sugestywną scenę. W scenie tej grupa mężczyzn pije za to, że w USA zostanie wprowadzona prohibicja. Główny bohater wygłasza toast za ludzi, którzy doprowadzili do wprowadzenia prohibicji „To those beautiful, ignorant bastards „ W luźnym tłumaczeniu „za tych wspaniałych ignoranckich drani”. Główny bohater bowiem miał plan - zarabiania na prohibicji. W jaki sposób? Szmuglowanie alkoholu przez granicę i sprzedawanie go do knajp/kasyn/etc. Tym samym ludzie, którzy w swojej opinii robili coś dobrego (popierali prohibicje i doprowadzili do jej wprowadzenia) – działali na korzyść szarej strefy.

Nie inaczej jest w przypadku naszych rodzimych „obrońców życia”. Którzy dla „podziemnych aborcjonistów” pełnią rolę pożytecznych idiotów. Bo dla „podziemnych” zakaz aborcji jest żyłą złota. Gdyby była legalna, mogłaby się odbywać w szpitalach, za cenę znacznie niższą niż u nich i w warunkach innych (większe bezpieczeństwo etc). Mało która kobieta zdecydowałaby się na aborcje w gabinecie – gdyby miała do wyboru szpital, w którym w razie komplikacji lekarze mogą jej udzielić błyskawicznej pomocy. Swoją drogą organizacje pro life cierpią na rozdwojenie jaźni jeśli chodzi o liczbę nielegalnych aborcji. Z jednej strony deklarują, że jest ich w Polsce 7-14 tysięcy. Z drugiej zaś niektórzy obrońcy twierdzą, że około 170 tysięcy. No ale wypośrodkujmy – dajmy na to, że nielegalnych aborcji jest około 80 tysięcy załóżmy, że średni koszt „przywrócenia miesiączki” to 3 tysiące złotych. Z prostej arytmetyki wynika, że ten biznes generuje przychód rzędu 240.000.000 złotych (słownie - dwustu czterdziestu MILIONÓW złotych) Gdyby nielegalnych aborcji było 10 tysięcy – zamknęło by się to kwotą 30.000.000 złotych. Nie próbuję nikogo przekonywać do tego, że organizacje pro life są sponsorowane przez speców z podziemia (bo za to pewnie groziłaby odpowiedzialność karna – tzn za tego rodzaju sugestie). Sugeruje, jednakże, że ich ośli upór generuje gigantyczny zysk. I to zysk na czysto – bo przeca nikt podatków nie będzie płacił od „skrobanki”.

A teraz pomyślmy. Od ilu lat w Polsce mamy zakaz aborcji? Od 1993 roku. Co prawda w 1996 próbowano zliberalizować nieco ustawę – ale w 1997 trybunał konstytucyjny powiedział, że „się nie da”. Tym samym zakaz obowiązuje od 19 lat (byłoby 20 ale 96' trzeba wyłączyć). Dodajmy do tego fakt, że na samym początku, aborcji było pewnie więcej niż teraz (bo po pierwsze – lekarze umieli je przeprowadzać, po drugie – zmiana prawa nie oznacza natychmiastowej zmiany rzeczywistości). Do UE weszliśmy niedawno, tym samym masowa turystyka aborcyjna – jest stosunkowo nowym wynalazkiem. No ale załóżmy, że „podziemie aborcyjne” generuje rocznie 240 milionów zysku (tak wiem, wcześniej inaczej by to wyglądało bo denominacja była w międzyczasie, tym niemniej zysk – to zysk niezależnie od tego czy mówimy o „starym milionie” czy o nowej „stuzłotówce”). 240 milionów pomnożone przez 19 lat daje nam kwotę 4.560.000.000 złotych - czyli cztery miliardy pięćset sześćdziesiąt milionów złotych. Nawet gdyby przyjąć szamanizm statystyczny tych proliferów, którzy twierdzą, że aborcji w Polsce jest około 10.000 rocznie ( w co pewnie sami nie wierzą) kwota „wypracowana” przez podziemie aborcyjne w ciągu 19 lat – wynosiła by 570.000.000 złotych - pięćset siedemdziesiąt milionów złotych. O wiele bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza liczba – bowiem same organizacje pro life epatują obrazkami „1 z 3 poczętych dzieci jest abortowane!”. Skoro 1 na 3 a liczba urodzeń w Polsce nie spadła poniżej 300.000 rocznie – to liczba 80.000 aborcji/rok jest liczbą i tak zaniżoną.

Warto również nadmienić, że klauzula sumienia dla lekarzy (dodajmy, że lekarzy „państwowych”) to kolejna żyła złota dla „prywaciarzy” - przepisywanie pigułek hormonalnych, zakładanie spirali, przepisywanie pigułek jeden dzień po. Co ma zrobić kobieta, której żaden NFZtowski ginekolog nie chce przepisać pigułek „1 dzień po”? Pójdzie do prywaciarza i zapłaci za wizytę. Ponadto, spora część „klauzulowiczy” prywatnie już nie ma oporów przed antykoncepcją.

Śmiem twierdzić, że część lekarzy (nie wiem jaka i tego się nie dowiemy), która tak gorąco wspiera zakaz aborcji i klauzulę sumienia – ma w tym swoje partykularne interesy. Swoją drogą – proliferzy wiele mówią o „biznesie aborcyjnym” który domaga się legalizacji aborcji w Polsce. Tylko, że to bzdura gargantuiczna. Teraz biznes aborcyjny zarabia znacznie więcej niż mógłby zarobić gdyby aborcja była legalna. Któremu „biznesmenowi” zależałoby na pomniejszeniu własnych dochodów (choćby poprzez płacenie od nich podatków)? Komu zależałoby na tym, żeby przed szpitalem były pikiety w obronie życia niepoczętego? Po zalegalizowaniu aborcji, wiadomo by było kto i gdzie te zabiegi przeprowadza – prolajfy miałyby ułatwione zadanie jeśli chodzi o wyszukiwanie „morderców”. A teraz? Lekarzowi zależy na dyskrecji (bo łamie prawo), kobiecie zależy na dyskrecji, bo nie chce się narazić na publiczne lżenie przez „prolajfów”. Prolajfy nie wiedzą kto się bawi w przerywanie ciąży i tak dalej i tak dalej.

W świetle powyższego można sobie zadać pytanie: Kto jest skutecznym lobbystą „biznesu aborcyjnego”? Nowicka, która jest mniej więcej tak samo skuteczna jak aspiryna w walce z Ebolą czy też ruchy pro life, które zapewniają czysty zysk „podziemnym aborcjonistom”? Z jednej strony mamy Nowicką, która nie wygenerowała ani złotówki zysku - a z drugiej proliferów, którym podziemie zawdzięcza  miliardowe zyski.

Nie wiem jaki interes mają w tym wszystkim proliferzy. Rzecz jasna mogą to wszystko robić nieświadomie. Ale jeśli tak jest to zbyt dobrze o nich nie świadczy. Poprzez „nieświadomie” mam na myśli to, że nie są świadomi efektów swojego postępowania. Tym samym przypisanie im roli pożytecznych idiotów było ze wszechmiar słuszne.


Załóżmy przez moment, że proliferom uda się wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Nawet kiedy życie kobiety będzie zagrożone – lekarz nie będzie miał prawa jej pomóc. Zdaniem proliferów – życie dzieci napoczętych (czy nienarodzonych, nie pamiętam już dokładnie) będzie w pełni chronione. Czy aby na pewno? (Próba odpowiedzi, w następnej części rozważań)

poniedziałek, 25 marca 2013

Czemu aborcja jest w Polsce nielegalna? (rozważania aborcyjne #1)

Tytuł niniejszej notki będzie tejże notki (a raczej serii notek bo się rozrosła jedna do rozmiarów, większych niźli gargantuiczne) myślą przewodnią. Czemu aborcja nie jest u nas legalna? Zanim w moją stroję polecą zdechłe koty i cegłówki – nadmienię – nie chodzi mi o to co się stało wcześniej.

Wcześniej stało się to, że nikt nie był przygotowany na tego rodzaju partyzantkę. Bez referendum, bez pytania kogokolwiek o zdanie – zmieniono prawo. Potem co prawda zebrano kupę podpisów pod wnioskiem o referendum – ale katoprawica (to taka specyficzna odmiana prawicy) miała to w dupie. Poparcie biskupów i sterowanych przez nich wyborców – było więcej warte niż czyjeś oburzenie. Co prawda potem się to zemściło (bo miłość biskupów się przeniosła na inne partie) ale w tamtym momencie katoprawica czuła się zwycięska. Czy uważali, że postępują słusznie? Tego nie wiem. Jeśli natomiast uważali, że w ten sposób „zlikwidują aborcje” - to znaczy, że nigdy nie powinni piastować funkcji ważnych – bo wykazali się skrajną nieodpowiedzialnością i nieumiejętnością prognozowania efektów swoich działań.

Jeden z moich niegdysiejszych rozmówców usiłował klarować, że skoro ludzie ich wybrali (katoptawicę) to chcieli zakazu. Po tym argumencie uznałem dyskusje za bezprzedmiotową. Czemu? Ano temu, że załóżmy, że to prawda. Ludzie chcieli zakazu aborcji. WIĘKSZOŚĆ LUDZI chciała tego zakazu! Ziściło się marzenie Terlikowskiego zanim jeszcze stało się marzeniem. Tylko, że w takim razie ja mam jedno pytanie. Czemu nie dopuszczono do referendum? Skoro większość popierała zakaz – to co za problem udowodnić to w ramach referendum? Skoro większość była tak zdeterminowana – to powinna się rwać do referendum! Tylko, że to bzdura. Ilość zwolenników i przeciwników aborcji (do 12 tygodnia ciąży) jest mniej więcej równa

Newsweek w 2010 roku podał wyniki badań CBOS:

Prawie połowa badanych (47 proc.) nie zgadza się z poglądem, że kobieta powinna mieć prawo do aborcji w pierwszych tygodniach ciąży, z czego 23 proc. w sposób zdecydowany. Natomiast ponad dwie piąte ankietowanych (44 proc.) popiera takie rozwiązanie.

Nawet jeśli te liczby zmieniły się w przeciągu ostatnich 2 lat – to na pewno nieznacznie. Domyślam się, ze rozkład poparcia wyglądał nieco inaczej w roku 1993. Poprzez „nieco inaczej” rozumiem większe poparcie dla aborcji. Swoją drogą – buńczuczne deklaracje Terlikowskiego i ludzi jego pokroju na temat tego, że reprezentują większość, bo większość chce zakazu aborcji – można bardzo łatwo zweryfikować. Niech organizacje pro life – zbierają podpisy pod referendum w tej sprawie. Skoro jest ich więcej niż pro choice – to w czym problem?

A w tym problem, że za tymi buńczucznymi deklaracjami – kryje się świadomość tego, że wcale nie stanowią większości. Poza tym w swojej opinii – więcej mają do stracenia niż wygrania. Bo gdyby się okazało (a pewnie by się okazało), że ludzie będący pro choice – zorganizują pospolite ruszenie (mogło by tak być, bo wreszcie dostrzegli by szanse na realną zmianę) i ich przegłosują – to zamiast zakazu byłaby liberalizacja. I dlatego pro life – skupiają się na standardowym robieniu ludziom wody z mózgu i np. zbieraniu podpisów pod obywatelskimi wnioskami dotyczącymi zakazu aborcji. Bo w takiej sytuacji nie mogą przegrać.

Taka mała edycja – powyższą notkę zacząłem pisać jeszcze zanim dowiedziałem się, że katoprawica znowu spróbuje dokonać zmian w prawie aborcyjnym. Aczkolwiek tego rodzaju działalność nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Tak jak poprzednim razem (Solidarna Polska w 2012) – na warsztat idą ciężkie i nieodwracalne uszkodzenia płodów. A wszystko to firmowane zdjęciami uśmiechniętych dzieci z zespołem Downa. Bo jak wiadomo innych rodzajów upośledzeń nie ma. 

Źródło:

sobota, 16 marca 2013

"Co sądzisz na temat antykoncepcji i dlaczego jest zła?" :)

Jeśli czytujesz tego bloga (a nie czytujesz FP) to mam prośbę pewną. Zbieram negatywne opinie dotyczące antykoncepcji. Jeśli natrafisz na taką w necie (gdziekolwiek) wrzuć w komentarz. Interesują mnie jedynie negatywne opinie i najlepiej takie, w których to opiniach - dostrzegalne jest uzasadnienie - niezależnie do tego jak bardzo absurdalne się ono wydaje (to uzasadnienie).

Zależy mi na jak największej różnorodności tym samym im bardziej "bizarre" argumenty - tym lepiej.

Aby łatwiej było uporządkować wszystko - prosiłbym żeby komentarz wyglądał następująco

Nagłówkiem niech będzie nazwa środka antykoncepcyjnego, którego dotyczy koment.

Jeśli jest ogólnie o tym "dlaczego antykoncepcja jest zła" - w nagłówku niech będzie "antykoncepcja"




Pamiętajcie - Zbyszek Embrion na Was liczy ;)

niedziela, 10 marca 2013

Antyklerykalny piknik cz 2 – słów kilka o kłamstwie

Dawno, dawno temu (to tak coby postarzyć bloga) popełniłem byłem notkę w temacie tego, jakie mam zdanie na temat instytucji kościoła (antyklerykalny piknik - szatan zło i palenie kościołów). Pomyślałem sobie, że czas nadszedł, aby do tej notki co nieco dodać. Tym razem będzie więc o kłamstwie i o tym, jakie w tym temacie zdanie ma kościół. W kościele, do którego uczęszczałem jako mały piknik, proboszczem był pewien jegomość, który posiadł umiejętność bardzo sugestywnego prawienia kazań. Nie obejmowało to jednak lapidarnego wyrażania myśli, skutkiem czego jego kazania nierzadko trwały 30 minut. Tym niemniej czasem zdarzało mu się streścić. Kazanie, do którego chciałem się odnieść dotyczyło kłamstwa. Ksiądz bardzo obrazowo opisał pewną sytuację. Był sobie człowiek, który miał zeznawać w jakiejś sprawie. Człowiek ów chciał kłamać z premedytacją, przygotował sobie baterie argumentów etc. Przed rozprawą zapytano go, czy przysięga mówić prawdę i podsunięto mu krzyż. Człowiek powiedział, że owszem - będzie mówił prawdę i w tym momencie Jezus na krzyżu odwrócił głowę. Człowiek rzecz jasna momentalnie zmienił zapatrywania swe i jednak nie kłamał.

Historyjka z gatunku tych, które teraz bym wyśmiał. Ale wtedy miałem jakieś 5 lat chyba. Tym samym, to co usłyszałem – uznałem za prawdziwe. No, bo skoro bóg nie chce żebyśmy kłamali, to nie jest dziwnym to, że okazał swoje niezadowolenie z tegoż faktu. No i tak sobie pomyślałem, że to niezadowolenie nie musi być wcale tak łagodnie wyrażone. Aczkolwiek kłamać jako dziecko nie lubiłem, toteż się nie bałem zbytnio. Uznałem natomiast, że skoro ksiądz powiedział to, co powiedział, to wszyscy o tym wiedzą i będą się do tego stosować. Teraz wiem, że to był błąd fałszywej powszechności – wtedy mój poziom wiedzy był nieco niższy. Rzecz jasna, przekonałem się na własnej skórze, że jak to mawiał pewien bohater pewnego serialu: „everybody lies”. Tak samo, jak przekonałem się o tym, że mówienie prawdy przegrywa z kłamstwem, o ile kłamstwo jest lepiej zaserwowane. Domyślam się, że nie ja jeden dałem się nabrać. Domyślam się, że nie ja jeden czekałem na „boską interwencję”, kiedy ktoś bezczelnie kłamał. Domyślam się, że nie mnie jednemu nakładli do głowy bajek, które są delikatnie rzecz ujmując szkodliwe.

Bo o ile rozumiem, że można powiedzieć „kłamstwo jest złe – starajcie się mówić prawdę”, to wmawianie dzieciakom, że kłamanie sprawia, że w ich otoczeniu mogą zachodzić nadnaturalne zjawiska, to już insza inszość. Dorosły w to nie uwierzy – dziecko owszem. Bo niby czemu ma nie wierzyć? Bóg jest wszechmogący i nie lubi kłamców, no a skoro ich nie lubi i jest wszechmogący, to może skarcić kłamcę. Czy nie lepiej dzieciakom wytłumaczyć to, co było początkiem niniejszego akapitu? Czy nie lepiej wyjaśnić, że niektórzy ludzie kłamią i musimy być na to wyczuleni, zamiast bajdurzyć o figurkach na krzyżu, które głowy odwracają?

Ktoś może podnieść argument: „no dobrze, można niby porozmawiać w ten sposób z dzieciakami, ale one jeszcze nie rozumieją takich niuansów”. Tylko, że to argument z rodzaju tych, po użyciu których wygłaszającego tę opinię boli stopa (postrzał w stopę zawsze jest bolesny). Skoro bowiem nie są w stanie zrozumieć takich niuansów, to jak będą w stanie oddzielić prawdę od fikcji? Bo figurki odwracające głowy to fikcja. Tak samo jak fikcją jest wmawianie ludziom tego, że jeśli będą mówić prawdę, wszystko będzie dobrze. Abstrahując już od wymiaru wiary – wmawianie dzieciakom tego, że każdy zły uczynek zostanie ukarany, a na końcu zawsze będzie happy end to draństwo i nic więcej. Bo efekt takich pogadanek jest taki, że sporo ludzi może się przez pewną część swojego życia potykać o wiarę. Ludzie ci będą się znajdować pomiędzy młotem wiary a kowadłem codzienności. Mógłbym użyć innej metafory i napisać o żarnach codzienności i wiary, ale młot i kowadło brzmią nieco lepiej.

Jeszcze insza inszość to fakt, że kłamstwo kłamstwu nierówne. Dorosłej osobie nie da się wmówić tego, że kłamstwo jest „zawsze złe”, bo dorosły człowiek swoje przeżył i wie, że czasami „prawda powiedziana nie w porę bywa nieodróżnialna od chamstwa” (chyba poprawnie zacytowałem prof. Tokarza). Dzieciakowi można wmówić wszystko. Pytanie tylko – po jaką cholerę? Księża mają chyba nieco więcej niż 5 lat i są świadomi tego, że mówienie prawdy nie zawsze jest powodem do chwały. Ja rozumiem, że jak ktoś się podpiera absolutem (nie mylić z wódką), to trudno mu pogodzić się z tym, że normalny świat (aka codzienność) mają z absolutem niewiele wspólnego.

Taka mała dygresja: ciekawy mechanizm zaobserwowałem w ramach przyglądania się „prawdomównym”. To taki gatunek ludzi, który nie ma nic przeciwko temu, aby mówić prawdę na czyjś temat, ale jak się ich skonfrontuje z prawdą na ich temat, potrafią odpowiedzieć na to agresją. A jeśli, nie daj potworze spaghetti, dojdzie do sytuacji, w której przyłapie się takiego „prawdomównego” na kłamstwie – agresja all inclusive ;)

Chyba największy problem współczesnego kościoła polega na tym, że ów uczy młodych ludzi (tzn. starszych też próbuje, ale ci są uodpornieni trochę bardziej) tego, jak żyć w jakimś wyimaginowanym świecie, mającym z otaczającą nas rzeczywistością niewiele wspólnego.