czwartek, 1 listopada 2012

Zróbmy sobie wojne czyli o kretyńskiej retoryce i jej możliwych skutkach.


Temat tej notki łaził mi po głowie od wczoraj. Zaczął łazić na tyle intensywnie, że zepchnął inną prawie skończoną notkę (o Genderze) na dalszy plan.

Wczoraj (a piszę te słowa 31ego października) RzePa odpaliła bombę. Chodzi rzecz jasna o news o trotylu i nitroglicerynie znalezionych we wraku. Pierwsza myśl: „k*wa”. Druga myśl – „idioto, miałeś chemię, zdawałeś z niej maturę, studiowałeś nawet (acz krótko) – pomyśl. Pomyślałem, że nierealne jest to, aby ktoś doprowadził do eksplozji samolotu za pomocą nitrogliceryny. Ten Ester jest tak bardzo niestabilny, że najprawdopodobniej eksplodowałby przy uruchamianiu silników – względnie przy starcie (przeciążenie). Druga myśl: „trotyl może”? Tylko, że mamy XXI wiek – nikt by się nie babrał z trotylem, kiedy istnieje od cholery o wiele bardziej skutecznych metod (i to takich, które prawie nie zostawiłyby śladu) aby przeprowadzić coś takiego, jak strącenie samolotu.

Mniejsza o technikalia – spodziewałem się tego, że Jarosławowi nie trzeba będzie tego dwa razy powtarzać. Zaraz się zaczęło gadanie o mordzie brutalnym o skandalu o odwołaniu rządu o krokach stanowczych. Nie zamierzam zajmować się na łamach tego bloga bełkotem Jarosława – bo to jakoś tak nie bardzo mnie obchodzi – człowiek ten udowodnił już, że dla władzy zrobi wszystko. Zresztą sięgając po władzę w 2007 roku, i to po władzę, jaką daje samodzielne rządzenie (na które liczył), dostał po łapach. Teraz udowodnił, że konsekwencje swoich wypowiedzi i wyborów ma po prostu w dupie.

Jarosław Kaczyński, sporo przedstawicieli jego partii i zaprzyjaźnione media sprawiają wrażenie, jakby żyli w innej rzeczywistości. W takiej, w której można powiedzieć, co się chce i robić, co się chce, żeby tylko osiągnąć upragniony cel. Cel? Władza. A efekty uboczne? A srał pies efekty uboczne, WŁADZA JEST NAJWAŻNIEJSZA.

Pamiętam jak Lech Kaczyński w Gruzji (W trakcie konfliktu zbrojnego Gruzja vs. Rosja) w Tbilisi powiedział, że „jesteśmy tu po to, żeby walczyć”. Przyznaje, że może ciarki mi przeszły po plecach. Zwierzyłem się z tego jednemu znajomemu, a on odpowiedział: „a ja byłem dumny z tych słów”. Ja nie byłem – cieszyłem się za to, że jesteśmy w UE i w NATO. Kaczyński zachował się tak jakby słowa prezydenta nie miały żadnego znaczenia. I nie mogły się skończyć np. konfliktem zbrojnym. Może właśnie dlatego ów znajomy był dumny? Że wreszcie wojna, że wreszcie będzie można pokazać tym Ruskim. Sprawa przycichła, wielki sukces Kaczyńskiego (za który Rosjanie mieliby go potem chcieć zabić) był blamażem, bo Rosjanie i tak zajęli rejony, które chcieli zająć.

Teraz znowu mamy groźną sytuację. Człowiek, który chce za wszelką cenę dojść do władzy, usiłuje przekonać społeczeństwo do tego, że jego brata zamordowali Rosjanie. Mało tego, że zamordowali go Rosjanie, to jeszcze w dodatku Tusk miał im w tym pomóc. To tak jakby głośno mówił „wybierzcie mnie! Wybierzcie mnie! Ja zrobię z tym porządek!”

Jaki porządek? Wywoła wojnę z Rosją? Nie przychodzą mi do głowy inne „odpowiednie i stanowcze kroki”, no bo co? Aresztować Putina? Szefów FSB? Dzisiaj przeczytałem artykuł, a raczej jego zajawkę, od której niemalże zjeżył mi się włos na głowie. Otóż ostoja moralności, obrońca krzyża Jan Pospieszalski, napisał był w jedynej polskiej gazecie „"Tato, czy to oznacza wojnę?Zapytała mnie o to 15-letnia córka Basia. Dziś wielu staje przed tym pytaniem. Bo skoro to był zamach, co mamy robić? Czy grozi nam konflikt zbrojny z Rosją? Pierwsza sprawa – jeśli jego córka faktycznie myśli takimi kategoriami, to pogotowie opiekuńcze powinno ją od niego zabrać jak najdalej, bo to nieco chore. Druga sprawa – Pospieszalski napisał to tak, jakby wojna była jedynym rozwiązaniem, „bo skoro to był zamach, co mamy robić?” Pewna grupa wyborców PiS jak mniemam też o niczym więcej nie marzy.

Ja rozumiem. Wychowuje się nas (mężczyzn) w takim heroicznym i patetycznym przekonaniu, że wojny bywają sprawiedliwe, że za ojczyznę warto umierać, że trzeba jej bronić. Ja rozumiem, że jak człowiek młody poczyta „Krzyżaków”, „Kamienie na szaniec” i inne takie, to krew w nim wzbiera i chce się mścić za różne krzywdy. Ja rozumiem, że jak się ludzi przez całą szkołę średnią karmi bajkami o martyrologii Polskiej (która to Polska była jagnięciem wśród wilków Europy), to wszędzie się widzi wrogów. A Że Rosjanie źli, bo Rozbiory (mało który gamoń doczyta, że rozbiory miały miejsce, bo mieliśmy bardzo słabą armie – a czyja to zasługa?), to kacapa trzeba bić.

Ja to wszystko rozumiem. Ale z tego się ku*wa powinno wyrosnąć. Wojna to nie jakiś romantyczny bój dobra ze złem. Na wojnie giną ludzie, nie tylko Ci „źli”. Nie wiem jak bardzo nie po kolei w głowie trzeba mieć aby będąc pokoleniem powojennym – pragnąć wojny. Trzeba być idiotą, ot i tyle. To co bardzo malowniczo wygląda jako strategiczna gra komputerowa – przestaje być malownicze, jak na prawdziwe miasto ktoś przeprowadzi nalot dywanowy. Jak ktoś rozrzuci miny, które urywają dzieciom ręce, jak czyjaś armia zgwałci kilkadziesiąt tysięcy kobiet.

Kiedyś jacyś pasjonaci militariów pobawili się w symulację. Co by było gdyby Polska z Rosją się posprzeczała. I wyszło im tyle, że jeśli NATO by nam pomogło – może byśmy dali radę się obronić (przy założeniu gigantycznych zniszczeń w naszym kraju). No ale skoro Niemcy są przeciwko nam (Jarosław tak mówi), to o jakim wsparciu mowa? Czy to jest dla kogoś kuszące? Czy idiocie jednemu z drugim wydaje się, że weźmie kałacha i pójdzie mścić się za Katyń?

Pal licho, jeśli tego rodzaju chęci ma jakiś Jasiu Zielone Ucho spod budki z piwem. Gorzej, jeśli ma je ktoś, kto chce rządzić naszym krajem. Tego rodzaju sny o potędze powinny dyskwalifikować z życia politycznego. Czym innym jest Żyrinowski w Rosji, bo on nie ma najmniejszych szans na rządzenie czymkolwiek, ale Kaczyński to groźba jak najbardziej realna.

Mnie też wychowywano na „Krzyżakach”, na „Kamieniach na Szaniec”, na ponaginanej do granic historii. Tylko, że potem zacząłem myśleć samodzielnie, a niektórym się to chyba tak często nie zdarza. Każdemu kto tak bardzo pragnie wojny, polecam przeczytać książkę pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany Aleksijewicz. Jeśli po przeczytaniu nadal ma ochotę na wojnę, to niech czyta tak długo aż tę książkę zrozumie. Książka pokazuje wojnę z kobiecej perspektywy. Mało kto jest świadomy tego, że w Armii Czerwonej służyło od cholery kobiet. I to nie tylko jako zaplecze – były pilotami bojowymi, snajperami, saperami, żołnierkami zwiadu. I choć w armii były traktowane dobrze, to jednak żadna nie wspomina wojny dobrze, w ich opinii nie była ona heroiczna, etc. tylko straszna. Po wojnie niektóre z tych kobiet zastanawiały się nad tym, jak w ogóle mogły wziąć w tym udzial? Jak mogły zabijać? Nie były w stanie tego zrozumieć. Tak samo jak i wojny i czyjegoś pragnienia do tego żeby ta wojna się „wydarzyła”. Żołnierki opisywały, że w Armii Czerwonej brakowało wszystkiego – np. materiału na ówczesne „podpaski” i często bywało tak, że kobiety szły wraz z armią, obficie krwawiąc, i jedyne, co ktoś mógł dla nich zrobić, to nie zwracać na to uwagi.
Pretensje do Aleksijewiczowej były o to, że „odczarowała” wojnę, że pokazała jej inną, mniej heroiczną twarz. Książkę polecam tym, którzy mają dosyć patosu w przedstawianiu wojny – tam go nie znajdziecie.

Aczkolwiek, jeśli kogoś bolą oczy od czytania (względnie głowa), niech porozmawia z pokoleniem, które wojnę pamięta. Nie, nie z żołnierzami. Z ludnością cywilną. Moi dziadkowie wojnę pamiętali. Babcia (po kądzieli) spędziła ją całą na Syberii. Rodzina ze strony ojca z kolei bardzo dużo napatrzyła się na działania wojenne, bo mieli niedaleko rodzinnej miejscowości linię frontu. Jakoś dziwnym trafem tacy ludzie za wojną nie tęsknią. Tacy ludzie wiedzą, że wojna to nie Rambo, tylko bomby spadające na domy, wszy w kościelnej piwnicy (gdzie chowali się przed bombardowaniami), snajperzy dowolnej armii, którzy mogą pomylić cię z żołnierzem, jeśli będziesz mieć zły kolor ubrania (brat babci tak zginął), głód, zimno, brak wody, choroby i tak dalej. Ciekawe, czy tym wszystkim zasranym bojownikom wydaje się, że mogliby sobie pójść postrzelać do Ruskich, a potem wrócić do domu, wziąć ciepłą kąpiel, napić się zimnego piwa i obejrzeć film w telewizji?

Powyższa notka jest dość ostra i może momentami sprawiać wrażenie nieco histerycznej. Ale nie jest moją winą to, że polscy politycy publicyści etc. skarleli już do tego stopnia, że zapomnieli, iż ich słowa WAŻĄ, że ktoś może naprawdę chcieć wprowadzić w życie to o czym oni przebąkują ze swoich wież z kości słoniowej. I że to wszystko może się kiedyś źle skończyć.

Nie jest moją intencją znęcanie się nad naszą rachityczną prawicą, ale niestety nie mogę ignorować idiotyzmów, które wygadują. Dla mnie człowiek, który pisze w artykule, że wojna to jedyne wyjście, jest człowiekiem pozbawionym umiejętności logicznego myślenia, wiedzy i jakiegokolwiek wyczucia sytuacji.

Patrząc na wyniki sondaży dot. wyborów, które mam nadzieję Jarosław zaprzepaści, zaczynam się obawiać tego, że po jego ewentualnej wygranej: aborcja, in vitro, dziura budżetowa etc., mogą nie być naszymi głównymi i największymi problemami. Niech to pokolenie odejdzie w cholerę z polityki... Zanim swoimi nieprzemyślanymi decyzjami doprowadzi do nieszczęścia. I to w imię tego, żeby wygnieść dupę na fotelu premiera...



wtorek, 30 października 2012

Terlikowski – katolicki celebryta – tłumaczy czym jest gwałt.

Tomasz Terlikowski – jeden z największych orędowników ustaw, które mają na celu zamianę kobiety w inkubator opanował do perfekcji umiejętność wywoływania shitstormów (tak samo zresztą jak i Wojciech Cejrowski, któremu chyba ostatnio książki nie schodzą, bo hiperaktywny się zrobił). Pan Tomek doprowadził do tego, że na sporą część ludzi samo jego nazwisko działa jak płachta na byka. Przyznam szczerze, że Terlikowski jako zjawisko społeczne jakoś mnie ominął. Tzn. dopiero jakieś dwa lata temu szukając sobie książki w jednej z krakowskich „tanich książek”, trafiłem na zbiór jego felietonów. Wystarczyło, że zerknąłem na fragment jego wypowiedzi z tyłu okładki i zapałałem doń miłością. W tym fragmencie Terlikowski porównał in vitro do handlu brazylijskimi dzieciakami – handlu mającego na celu późniejszą sprzedaż narządów wewnętrznych (wyciętych z tychże dzieciaków). Lubię poznawać opinie ludzi, z którymi się nie zgadzam (z racji różnić światopoglądowych), ale tym razem spasowałem. Wydawało mi się, że Terlikowski to taki jakiś dziwny pan, który sobie pisze teksty do szuflady, a czasem ktoś mu coś opublikuje. Rzecz jasna źle myślałem. Terlikowski zrobił oszałamiającą karierę jako redaktor naczelny „Frondy” i jako prawicowy celebryta.

Konkurencje miał, i to sporą. Już wcześniej karierę na swoim konserwatyzmie zrobili Wojciech Wierzejski, Roman Giertych, Marek Jurek. Rydzyk ze swojego konserwatyzmu zrobił kolejną religię i olbrzymi biznes. Terlikowski musiał więc się czymś wyróżniać. Wyróżnia się więc tym, że nawet jak na konserwatystę wygłasza tak skrajne poglądy (i to z kamienną twarzą), że można je spokojnie zakwalifikować do dużego zbioru „bardzo proszę o odrobinę amnezji, bo to co właśnie przeczytałem jest tak durne, że chcę o tym jak najszybciej zapomnieć”. Swoimi wypowiedziami przebija nawet Korwina i Cejrowskiego – a to bardzo wysoko podniesiona poprzeczka. Jeśli wydaje Wam się drodzy czytelnicy, że „gorzej już nie będzie”, to jesteście w błędzie. Następny celebryta z prawej strony udowodni, że nie macie racji :)

Nieco smutne jest to, że w słowa Terlikowskiego wierzy nawet sporo (w sensie ilościowym, nie w sensie sporego odsetka społeczeństwa) ludzi – on sam zaś raczej traktuje je jako sposób na autopromocję. Wszystkim uczulonym na jego argumentację proponuje traktowanie jej tak jak kiedyś traktowało się na ten przykład wyskoki Michała Wiśniewskiego (Ich Troje). Sam Terlikowski potrafi do maksimum wykorzystać swoją pozycje – może bezproblemowo łajać Prezydenta, episkopat, katolików myślących inaczej niż on. I zawsze będzie grupa ludzi, która uznaje, że to on ma rację.



Niestety argumenty Terlikowskiego prócz efektu stricte wizerunkowego mają nieco inny efekt, który sam Terlikowski albo ma w dupie albo nie do końca jest go świadomy, albo też bardzo go to bawi. Ponieważ używa bardzo chwytliwej retoryki, ludzie go słuchają. Ponieważ umie konstruować wypowiedzi, jest w stanie naginać rzeczywistość, tak żeby „mieć racje”. Na warsztat weźmiemy jego artykulik dotyczący tego kto promuje gwałt. Zacytuje całość – jeśli ktoś nie chce tego czytać w całości – niech przejdzie od razu dalej.


Todd Akin został już skrytykowany z każdej możliwej strony. Zarzuca mu się seksizm, usprawiedliwianie gwałtu i wszystkie inne możliwe grzechy. Powodem tego ataku wcale nie jest jednak jego wypowiedź, a fakt, że powiedział on prawdę o tym, że za zbrodnię ojca dziecko nie może być karane zabójstwem.
Ta prosta prawda bije po oczach. Zwolennicy zabijania nienarodzonych, w tym także zwolennicy kompromisu aborcyjnego w Polsce, przekonują, że jeśli dziecko poczęło się w wyniku gwałtu to może zostać zamordowane. I uznają, że każdy, kto myśli inaczej jest seksistą i przeciwnikiem kobiet. Prawda jest jednak taka, że jest dokładnie odwrotnie. Zwolennikami gwałtu na niewinnej kobiecie są ci, którzy opowiadają się za aborcją w przypadku gwałtu. Zabicie dziecka nie jest bowiem niewinnym zabiegiem, ale głębokim gwałtem dokonanym na całej naturze kobiety. Po jednym obrzydliwym i okrutnym czynie, nadchodzi czas na drugi. Po jednym gwałcie przychodzi drugi, z którego często o wiele trudniej jest się uwolnić, wyleczyć.

I dlatego trzeba powiedzieć jasno, jeśli ktoś jest obrońcą gwałtu, jeśli ktoś chce gwałcić niewinne i skrzywdzone już kobiety, to są to zwolennicy aborcji. To oni prowadzą do tego, że raz zgwałcona kobieta jest gwałcona po raz drugi. Zwolennicy aborcji skazują więc dziecko na śmierć, a matkę na dożywotnie cierpienie. Ojciec zaś takiego dziecka wyjdzie z więzienia po kilku latach... Takie są konsekwencje myślenia lewicy.”


Do rzeczy:

Todd Akin został już skrytykowany z każdej możliwej strony. Zarzuca mu się seksizm, usprawiedliwianie gwałtu i wszystkie inne możliwe grzechy.
Panu Celebrycie Tomkowi należałoby przypomnieć, że osoba o której napisał, przeprosiła za swoją wypowiedź.
Powodem tego ataku wcale nie jest jednak jego wypowiedź, a fakt, że powiedział on prawdę o tym, że za zbrodnię ojca dziecko nie może być karane zabójstwem.
Chylę czoła przed przenikliwością Pana Tomaszowego umysły. On wie, czemu ludzie byli wściekli! On wie, że nie chodziło o wzmiankę dotyczącą tego, że kobieta ma „mechanizmy, które utrudniają zajście w ciąże w wyniku gwałtu”.
Ponadto warto pochylić się na moment nad doborem słów: „za zbrodnie ojca” – słowo OJCA jest szczególnie istotne, bowiem Terlikowski chce w ten sposób „zmiękczyć” przestępstwo jakim jest gwałt. Że co? Że mam paranoję? A dlaczego nie napisał:„że za zbrodnie gwałciciela dziecko nie może być karane zabójstwem” ? Sens zdania byłby przecież ten sam.
Ta prosta prawda bije po oczach. Zwolennicy zabijania nienarodzonych, w tym także zwolennicy kompromisu aborcyjnego w Polsce, przekonują, że jeśli dziecko poczęło się w wyniku gwałtu to może zostać zamordowane.

Ta prosta prawda bije po oczach chyba tylko Pana Tomka. Gdyby Kościół i pan Tomek (za przeproszeniem) odpieprzyli się od Postinoru (albo pochodnych) i gdyby nie krytykowali środków hormonalnych, ofierze gwałtu można by zaaplikować silną dawkę hormonów (albo sama by sobie kupiła, żeby nie liczyć na łaskę ginekologa i klauzulę sumienia), która praktycznie uniemożliwiła by zajście w ciąże. No chyba, że Pan Tomek uznaje, że Zbyszek Embrion jest człowiekiem, a Postinor go zabije, jeśli tak, to ja przepraszam.

I uznają, że każdy, kto myśli inaczej jest seksistą i przeciwnikiem kobiet. Prawda jest jednak taka, że jest dokładnie odwrotnie

Owszem! Seksistami są ci, którzy nie chcą zmuszać zgwałconej do rodzenia dziecka gwałciciela! Seksistami są ci, którzy uważają, że można jej pozostawić tę decyzje, pan Tomek wie, że kobietom nie powinno się pozostawiać żadnych decyzji bo jeszcze sobie krzywdę zrobią...



Zwolennikami gwałtu na niewinnej kobiecie są ci, którzy opowiadają się za aborcją w przypadku gwałtu.

Aborcja nie byłaby potrzebna gdyby kobiety miały łatwy dostęp do Postinoru i wiedziały jakie ma działanie – wtedy kobieta mogłaby go wziąć zanim pójdzie na policje/etc. Myślę, że wiem w jaki sposób Pan Tomek będzie argumentował – gdyby gwałciciel był przekonany, że dziecko się urodzi i będzie musiał płacić alimenty – wtedy by nie gwałcił. A Tak? Wie, że pozostanie bezkarny! Brawo, Panie Tomku!


Zabicie dziecka nie jest bowiem niewinnym zabiegiem, ale głębokim gwałtem dokonanym na całej naturze kobiety.

W jaki sposób łyknięcie dwóch tabletek Postinoru (ja bardzo przepraszam za używanie tej nazwy – nie jest to reklama a jedynie wynik tego, że nie znam innego środka o tym działaniu (czytelnicy, wspomóżcie mnie swoja wiedzą), ma być „głębokim gwałtem dokonanym na całej naturze kobiety”? Ja wiem, że Pan Tomek się musi wylansować, ale może niech nie próbuje odbierać chleba kabareciarzom.

Gwoli wyjaśnienia – w chwili obecnej „skrobanki” robi się już tylko u nas w „garażach” – w szpitalach podaje się środki farmakologiczne przyspieszające poród. W jaki sposób miałoby być to mniej „głębokim gwałtem” od zwykłego porodu?

Po jednym obrzydliwym i okrutnym czynie, nadchodzi czas na drugi.

Łykanie tabletek jest obrzydliwym i okrutnym czynem!

Po jednym gwałcie przychodzi drugi, z którego często o wiele trudniej jest się uwolnić, wyleczyć.

Właśnie naszła mnie straszliwa myśl i doszła do mnie prawda, której nie chciałem zaakceptować... Łykanie Postinoru to gwałt... teraz już wiem czemu niektórzy ginekolodzy nie chcą go przepisywać i powołują się na klauzulę sumienia...

Co się zaś tyczy drugiego członu zdania – owszem, aborcja w naszym kraju może wywoływać traumę – ale tylko dlatego, że koledzy pana Tomka (tacy w czarnych sukienkach) starają się za wszelką cenę przekonać wszystkich, że aborcja to morderstwo. Nie można się więc dziwić temu, że niektóre kobiety mają po aborcji problemy natury psychicznej.

Swoją drogą – gdyby pan Tomek podzielił się jakimiś wynikami badań popierającymi swoje tezy – byłoby miło, np. porównaniem tego czy to gwałt czy aborcja wywołuje silniejszą traumę. Skoro tak ciężko się pozbierać po aborcji, to psychiatrzy powinni o tym wiedzieć. A jeśli miałaby to być trauma większa od gwałtu, już na pewno by to opisali.


I dlatego trzeba powiedzieć jasno, jeśli ktoś jest obrońcą gwałtu, jeśli ktoś chce gwałcić niewinne i skrzywdzone już kobiety, to są to zwolennicy aborcji.

Chcą je gwałcić za pomocą Postinoru!

To oni prowadzą do tego, że raz zgwałcona kobieta jest gwałcona po raz drugi

Za pomocą Postinoru!

Zwolennicy aborcji skazują więc dziecko na śmierć, a matkę na dożywotnie cierpienie.

Gdyby Pan Tomek chciał bardziej udramatyzować zdanie, napisałby, że dziecko również jest skazywane na dożywotnie cierpienie!

Ojciec zaś takiego dziecka wyjdzie z więzienia po kilku latach... Takie są konsekwencje myślenia lewicy.”

Znowu pada magiczne słowo „ojciec”. Trudno zrozumieć co Pan Tomek ma na myśli. Czy to, że trzeba wprowadzić KS dla gwałcicieli? Zapewniam Pana Tomka, że środowiska ultraprawicowe oprotestowały by to jako pierwsze (bo lewica nieco rzadziej przypieprza się do tego jak „prowadzą się ofiary gwałtu”) Czy może Pan Tomek sugeruje, że Gwałciciel po wyjściu z więzienia zajmie się dzieckiem i nie trzeba aborcji? (albo gwałtu za pomocą Postinoru)? Czy może, że Gwałciciel (albo jak to woli Pan Tomek – „ojciec”) wyjdzie z więzienia po dwóch latach, bo ofiara gwałtu dokonała aborcji? Ja to chyba tępy lewak jestem, bo nie rozumiem.

Szczęściem w nieszczęściu jest to, że Pan Tomek cieszy się mocno umiarkowanym posłuchem wśród tej części społeczeństwa, która stanowi tegoż społeczeństwa znaczną większość. Bowiem jego retoryka jest bardzo szkodliwa. Szkodliwa o tyle, że Pan Tomek maluje świat, w którym najgorszą zbrodnią jest aborcja, a gwałt to przy tym małe miki. Maluje świat, w którym gwałciciel nie jest zbrodniarzem, a ojcem dziecka. Maluje świat, w którym ofiara gwałtu powinna się bać aborcji bardziej od samego gwałtu.

Nieszczęściem jest to, że niektórzy ludzie w te idiotyzmy uwierzą i będą się starali „nauczać” innych. A nie życzyłbym żadnej ofierze gwałtu tego żeby prócz traumy gwałtu, spotkała ją kolejna w postaci nawiedzonych kretynów straszących ją jeszcze gorszą traumą.

Cały problem z Terlikowskim polega na tym, że bardzo dobrze rozgrywa wszystko – jako celebryta. Pisze teksty tak kuriozalne, tak obraźliwe i tak absurdalne, że media go cytują – a to sprawia, że ma jeszcze większy poklask. Z drugiej zaś strony zupełnie jak przy sprawie z promowaniem audycji za pomocą żartów z gwałtu (notka „haha jaki śmieszny gwałt”) –- środowiska feministyczne etc. muszą zareagować na coś takiego. Bo pozostawienie tego rodzaju bredni bez odpowiedzi i komentarza niesie ze sobą ryzyko takie, iż ktoś niezorientowany w te brednie uwierzy.

Samo podejście Terlikowskiego do tematu gwałtu obnaża jego zupełną totalną i absolutną (chyba skończyły mi się określenia) ignorancję w zakresie tego, co czuje ofiara przemocy. Pan Tomek wychowany zapewne pod kloszem w jakimś skansenie, traktuje gwałt jako jeszcze jedną rzecz, o której oglądał filmy. Najgorsza rzecz, z którą ofiara przemocy musi się zmierzyć, jest poczucie braku kontroli nad własnym życiem. Owo poczucie rodzi się w momencie zaistnienia aktu przemocy – bowiem ów akt odbył się wbrew woli ofiary. Tym samym oprawca odebrał ofierze kontrolę. Skrajną odmianą przemocy jest gwałt, którego ofiara ów brak kontroli odczuwa zapewne znacznie bardziej od ofiary przemocy, hmm, nazwijmy to „tradycyjnej”.

Decyzja o tym czy dziecko zatrzymać, czy też dokonać terminacji ciąży, może ofierze pomóc w uporaniu się z brakiem kontroli. Nazywanie terminacji ciąży „drugim gwałtem” jest idiotyzmem, bowiem nikt ofiary do tego nie zmusza. To ofiara ma kontrolę nad tym, co się dzieje z jej ciałem – kontrolę, którą wcześniej odebrał jej gwałciciel. Gdyby ofiary gwałtu były zmuszane do terminacji ciąży, sytuacja byłaby inna, ale tego rodzaju problem, o ile w ogóle istnieje, jest marginalny.

Pan Tomek Celebryta chce więc pozbawić kobiety tej ostatniej deski ratunku. Chce je zmuszać do rodzenia dzieci będących owocem gwałtu. A to właśnie (zmuszanie „odgórne”) jest w mojej opinii kolejnym gwałtem i kolejną traumą dla kobiety. Choć sam Pan Tomek pewnie widzi to inaczej: „no przecież nie zmuszam tych kobiet do tego żeby te dzieci wychowywały – więc nie jestem zły, co nie ?” Choć być może źle go oceniam – może Pan Tomek będzie potem nawoływał do tego aby ofiara gwałtu, która już urodzi dziecko gwałciciela, przyjęła go pod swój dach – w końcu Ojciec dziecka nie może być od niego odsunięty...


Pan Tomek będzie czasem gościł na łamach bloga – nie dlatego, że odczuwam jakąś perwersyjną potrzebę w samoumęczaniu mojego mózgu jego bzdurnymi argumentami, ale dlatego, żeby wykazać dlaczego i jak bardzo są to opinie absurdalne. Wiem, że jeśli chodzi o zasięg – nie mogę się z Panem Tomkiem mierzyć – ale widocznie uznałem, że pasuje mi rola „Lewackiego błędnego rycerza”.


Sznurki : 



sobota, 27 października 2012

„Pojedynek na słowa” Molizm cz. 3

Ta książka została mi (oraz całej grupie) polecona swego czasu na ćwiczeniach z psychologii społecznej. Marek Kochan opisuje w „Pojedynku” polską debatę publiczną patrząc na nią przez pryzmat erystyki. Pod tym względem książka była (w chwili obecnej już nie jest – bowiem poziom debaty publicznej spadł mniej więcej tak nisko, że już dawno minął Rów Mariański) demaskatorska.

W 2005 roku (wydanie I.) erystyka w debacie publicznej zaczęła odgrywać dość istotną rolę. A wszystko za sprawą dwóch partii, które zamiast prowadzić publiczną debatę na merytoryczne argumenty, zaczęły prowadzić debatę stosując niedomówienia i jednostronne, niczym nie poparte opinie.

Gwoli wyjaśnienia – erystyka jest sztuką nie tyle prowadzenia dyskusji, co wygrywania tejże, najczęściej w oczach (oraz w uszach) przysłuchującej się publiczności. Zdarzyło się wam na pewno przysłuchiwać się wypowiedzi polityka, który zamiast odpowiedzieć na zadane pytanie, opowiada historię swojego życia, łącznie z drzewem genealogicznym do dziesiątego pokolenia wstecz , byle tylko nie dać się „złapać” – to właśnie erystyki używa taki polityk. To w jaki sposób zareagujemy na jego wykręty w głównej mierze zależy od tego, czy opcja polityczna, którą reprezentuje, jest nam bliska, czy też nie. Albo będzie się nam jawił jako skuteczny mówca, albo jako marny polityk, który nie umie odpowiedzieć na zadane pytanie;)

Kochan uaktualnił spisane przez Schopenhauera techniki (które tamten z kolei zapożyczył z antycznej Grecji) i do każdej z technik podał przykłady „z debaty wzięte”, a na sam koniec rozpracował dyskusje radiową, którą odbyły ze sobą dwie w owym czasie największe gęby erystyczne – Jan Rokita i Andrzej Lepper. Obaj panowie w ramach „debaty” piętnasto-minutowej (nie mam przed sobą książki, więc piszę z pamięci) użyli coś koło 240 technik erystycznych. Tym samym jakąkolwiek potencjalną merytoryczność debaty można było włożyć między bajki.

Pod koniec książki Kochan dywagował nad tym, czy debata Lepper-Rokita będzie sygnałem dla „erystyków” politycznych, że nie warto brnąć w erystykę (bo znajdzie się ktoś lepszy), czy też wręcz przeciwnie ­– będzie to sygnał, że wszystko wolno (skoro Rokita „erystyczył” to każdy może). Siedem lat później – jesteśmy od autora mądrzejsi o odpowiedź – politycy uznali, że wszystko wolno. Ponadto uznali, że merytoryczna dyskusja jest wrogiem ludzkości, więc nie chcą tej ludzkości na nią narażać.

Książkę polecam każdemu, kto interesuje się teoriami komunikacji, polityką, debatami, etc. Wszystko jest w niej opisane na tyle przejrzyście, że bez problemu można (po lekturze) zacząć własny „Rozbiór” erystyczny debat i sprawdzić czym to się je. Można się też samemu nauczyć stosować chwyty erystyczne – abstrahując od etycznej strony erystyki, w naszych polskich realiach bywa ona bardziej niż potrzebna.

Aby zainteresować piknikowiczów nieco bardziej . Gdyby ktoś zadał sobie trud erystycznego rozpracowania wypowiedzi niejakiego pana Terlikowskiego – doszedłby do wniosku, iż jego ulubiony argument – powoływanie się na „Boga”, który jest przez niego traktowany jako argument niepodważalny i nie do obalenia (no bo jak?) jest jedną z technik erystycznych – Ad verecundiam „polega na zastępowaniu uzasadnienia powołaniem się na autorytet, który ma potwierdzać słuszność danej opinii.” Następnie Kochan napisał: „Czy poparcie autorytetu dla jakiejś idei świadczy o jej słuszności czy też nie? Owszem mogłoby świadczyć, tylko że na ogół autorytet jest nadużywany w funkcji uwiarygadniania czyichś opinii” To idealnie opisuje postępowanie szefa „Frondy”

Zazwyczaj obroną przed ad verecundiam jest zastosowanie swojego własnego ad verecundiam. Często to widać w rozmowach, w których dyskutanci przerzucają się stanowiskami „profesorów doktorów habilitowanych etc,etc). W przypadku argumentu Terlikowskiego – ta metoda odpada – bowiem ktoś musiałby powołać się na „innego boga”:)

Bardzo skuteczną metodą obrony (wymagającą żelaznej konsekwencji od „broniącego się”) która mogłaby być z powodzeniem stosowana do kontrowania Terlikowskiego jest 3 z kolei (Kochan wymienił 7), która to metoda (w przypadku argumentu Terlikowskiego czyli „ja wiem co bóg robi i co chce nam powiedzieć) wchodzi na poletko teologii niemalże. Na czym polega metoda? Na pokazaniu że „rozmówca nie jest uprawniony, żeby się tym autorytetem posługiwać” Kochan sugeruje „zawłaszczenie autorytetu” ale o wiele bardziej subtelne jest wykazanie braku uprawnienia. No bo powiedzmy sobie szczerze – czy to, że ktoś jest doktorem teologii – oznacza, że „poznał zamierzenia boskie?” Że może być „absolutnie pewny co do wyroków boskich”? Przypominam, że według doktryny katolickiej – Boga nie można zrozumieć, poznać etc. Terlikowski zachowuje się (stosując ten argument) jak chemik, który wpierw publicznie stwierdza, że „nie jest w stanie stwierdzić w którym miejscu orbitalu atomowego znajduje się elektron” - ale zaraz potem mówi „ale ja wiem, że elektron znajduje się w tym konkretnym miejscu”. Byłoby to może i zabawne – gdyby nie to, że sporo ludzi (w wymiarze ilościowym) słucha Terlikowskiego tak jakby ten przekazywał im prawdę objawioną (czyli mówił, gdzie znajduje się ten przeklęty elektron:) )

piątek, 26 października 2012

Kobieto – miej się na baczności! Twój partner może okazać się Mateuszem!

Poniższą wypowiedź (którą pożyczyłem od chłopaków ze strony anty-choiceowej), nad którą się będę pastwił, polecam dogłębnej lekturze zwłaszcza kobiecej części czytelników. Przeczytajcie to dokładnie. Kilka razy. To jest modelowy przykład przedstawiciela „antychoice”, którego list tak bardzo spodobał się chłopakom ze strony, że aż wrzucili go u siebie jako opis do obrazka antyaborcyjnego. To jest ktoś kto w opinii tych ludzi zasługuje na uznanie, a jego historia na rozpowszechnienie. To jest dla nich ktoś kto postępuje moralnie i kogo postępowanie jest godne naśladowania. Historyjka jest tak bzdurna, że całkowicie wierzę w jej autentyczność – nawet admini z tamtej strony nie daliby rady wymyślić czegoś tak idiotycznego.


Szanowni czytelnicy – witam Was w świecie Mateusza.

,,Półtora roku temu rozstałem się z dziewczyną po 3 miesięcznej znajomości. Uprawialiśmy wcześniej seks i ponieważ „poszliśmy na całość” bez zabezpieczeń, potem ginekolog przepisał dziewczynie Postinor. Po 2 miesiącach dziewczyna nie miała okresu i zaczęła się denerwować że jest mimo wszystko w ciąży, koleżanka dała jej wbrew mojej woli tabletki innego/mocniejszego kalibru, które dostała z zachodu. Tłumaczyłem jej żeby się nie truła, ponieważ to co przepisał ginekolog to silne stężenie kobiecych hormonów, które powodują że ew. zapłodnione jajeczko się odczepia i schodzi ze śluzem, ale efektem ubocznym jest rozchwiana gospodarka hormonalna nawet do kilku miesięcy i to że nie ma okresu o niczym nie świadczy, również to że testy ciążowe wyszły pozytywnie. Zrobiła po swojemu, męczyła się i wymiotowała kilka dni. Do dzisiejszego dnia nie wiem/wiemy czy w ogóle ten Postinor był konieczny, zajść w ciążę to przecież nie jest takie proste od razu i za pierwszym razem, tym bardziej ta druga tabletka. Nie mniej jednak od tamtego momentu mam głęboką niechęć do kontaktów z kobietami na poziomie innym niż koleżeńskie / randa przy jednym piwie i „papa, do zobaczenia”. 2 miesiące później się ochrzciłem i wziąłem bierzmowanie, jestem teraz Katolikiem i modlę się do Pana Boga, żeby postawił przede mną kobietę, z którą zamiast obaw o dzieci, po prostu obydwoje będziemy tego chcieć''
Mateusz


Trzymacie się jakoś? Ok. Ponieważ wypowiedź ta jest głupia na bardzo wielu płaszczyznach – tedy będę fragment po fragmencie ją opisywał.

,,Półtora roku temu rozstałem się z dziewczyną po 3 miesięcznej znajomości. Uprawialiśmy wcześniej seks i ponieważ „poszliśmy na całość” bez zabezpieczeń, potem ginekolog przepisał dziewczynie Postinor.”

Czemu bez zabezpieczeń? Jestem bowiem jednym z „dzieci Solidarnej Polski”, tzn. trochę poszkodowany na umyśle i dlatego nie miałem ze sobą prezerwatywy. Poza tym to ona powinna myśleć o pigułkach chyba? Co nie? A ja nie lubię w prezerwatywie...

Drogie Panie – taka rada od autora piknikowego – jeśli prowadzicie aktywne życie seksualne, NIGDY nie zapominajcie o antykoncepcji. Bowiem większość mężczyzn (nad czym mnie jako mężczyźnie pozostaje ubolewać jedynie i trochę się za nich wstydzić) – ma to w dupie.

Pretensje przeważnie są do kobiety: „no bo jak pozwala sobie coś wsadzać, to chyba może myśleć o zabezpieczeniu?” (szokujące? To cytat jest – ja tego nie wymyśliłem). Nie każdy potencjalny partner seksualny to myśląca osoba, możecie trafić na Mateusza, który potem opisze Waszą historie na fanpage. Skąd taka lekkomyślność u mężczyzn? No stąd, że to nie oni ponoszą bezpośrednie konsekwencje potencjalnej wpadki. Nie oni zachodzą w ciążę. Ale to oni potem potrafią się zachowywać jak idioci – w tej roli – Mateusz. Na którego wsparcie możecie liczyć tak samo jak homoseksualiści na akceptację u Cejrowskiego. Mądre dziewczę zdecydowało się na Postinor (aczkolwiek istnieje wiele odmian tabletek 72h po)


Po 2 miesiącach dziewczyna nie miała okresu i zaczęła się denerwować że jest mimo wszystko w ciąży,

Zapewne denerwowała się już wcześniej – ale Mateusz o tym nie wiedział. Postinor jak każdy inny lek – nie daje 100% gwarancji. Tym samym zdenerwowanie Dziewczęcia jest w mojej opinii całkowicie uzasadnione.

koleżanka dała jej WBREW MOJEJ WOLI tabletki innego/mocniejszego kalibru, które dostała z zachodu.

Mateusz był bardzo zaangażowany w związek – na tyle, że zaczął dyktować swojej byłej co ta powinna robić ze swoim ciałem. W końcu związek trwał 3 miesiące – więc prawa Mateusza do Macicy jego dziewczyny (ba, żony niemalże!) są w pełni zrozumiałe. A że nie pamięta nawet nazwy tabletek? No cóż – ważne, że wie jakiego kalibru były.

Widzicie drogie Panie, dlaczego trzeba myśleć o antykoncepcji? Bo trafi się Wam taki Mateusz, który przywiąże Was do kaloryfera i będzie za Was decydował, co powinnyście zrobić. Być może trochę Was jeszcze obije – żeby wam głupie pomysły z głowy wybić.


Tłumaczyłem jej żeby się nie truła, ponieważ to co przepisał ginekolog to silne stężenie kobiecych hormonów, które powodują że ew. zapłodnione jajeczko się odczepia i schodzi ze śluzem, ale efektem ubocznym jest rozchwiana gospodarka hormonalna nawet do kilku miesięcy

Ymmm – ja to co prawda kobietą nie jestem, ale o tego rodzaju efektach ubocznych Postinoru nie słyszałem. Jeśli ktoś czegoś takiego doświadczył, to proszę mnie wyprowadzić z błędu. Tym niemniej jako tępemu samcowi wydaje mi się, że najczęstszą przyczyną braku okresu jest ciąża właśnie. No ale jak widać Mateusz był bystrzejszy.

i to że nie ma okresu o niczym nie świadczy, również to że testy ciążowe wyszły pozytywnie.

Do tego zdania brakuje mi jeszcze „nawet to, że po dziewięciu miesiącach od zaniknięcia okresu urodziło się dziecko też często o niczym nie świadczy!” Ta wypowiedź jest już tak idiotyczna, że nie za bardzo wiem jak się do niej odnieść. Owszem – te „przesłanki” mogą o niczym nie świadczyć, ale kobieta musiałaby być mieć naprawdę żelazne nerwy aby się tym w ogóle nie przejmować. Ta kobieta nie miała żelaznych nerwów i miała „wsparcie” Mateusza, zwanego również „ciąża nie istnieje, to dziecko to miraż”. Tym samym jej decyzja znowu jest całkowicie uzasadniona.

Zrobiła po swojemu, męczyła się i wymiotowała kilka dni.

Przyznaje, nie jestem lekarzem i nie mam rozeznania w temacie pigułek wczesnoporonnych, ale wydaje mi się, że działanie takiej pigułki nie polega na tym, że kobieta wymiotuje embrionem? Aczkolwiek Mateusz może wiedzieć lepiej.

Do dzisiejszego dnia nie wiem/wiemy czy w ogóle ten Postinor był konieczny,(...) tym bardziej ta druga tabletka.

O ile w przypadku Postinoru – faktycznie ciężko stwierdzić czy był konieczny – tzn. można to sprawdzić. Nie wziąć go, a jeśli potem zajdziecie w ciążę, to znaczy, że był konieczny i że powinnyście go byli wziąć. Ups... Tym niemniej „ta druga pigułka”, a konkretnie jej skuteczność i „zasadność użycia” już bardzo łatwo zweryfikować – jeśli doszło do wydalenia embrionu (i to raczej nie przez jamę ustną) – to znaczy, że pigułka była potrzebna, jeśli nie – to znaczy, że nie była.

Choć w tej sytuacji nieco nurtuje mnie jedno. No okej – podejrzewało dziewczę, że jest w ciąży i że Postinor nie zadziałał. Mateusz się bał o to, że coś się jej stanie i nie chciał aby brała inne pigułki. Czemu na miłość boską nie zasugerował wizyty u ginekologa? Sądząc po toku rozumowania Mateusza, obydwoje mieli pewnie po siedemnaście lat i woleli nie ryzykować, że „rodzice się dowiedzą” – Mateusz wolał, żeby się truła, bo w sumie co się mogło stać? By umarła, to przynajmniej nie musiałby z nią zrywać.

Tym niemniej Mateusza zapewniam – owo dziewczę na pewno wie, czy tabletka wczesnoporonna była potrzebna.


zajść w ciążę to przecież nie jest takie proste od razu i za pierwszym razem,

Drogie Panie – specjalnie dla Was powtórzę ten fragment używając wszelkich możliwych metod podkreślania.

zajść w ciążę to przecież nie jest takie proste od razu i za pierwszym razem,

To, drogie Panie jest świadomość „antykoncepcyjna” typowego naładowanego hormonami gówniarza, z którym możecie wbrew pozorom mieć do czynienia znacznie częściej niźli się Wam wydaje. Bo Gówniarz może mieć i 30 lat.

Podkreśliłem to zdanie bo jest idiotyczne. Nie ma znaczenia czy ktoś uprawia seks z kobietą pierwszy raz czy drugi raz czy setny raz. Nie ma to żadnego znaczenia, jeśli chodzi o ryzyko zajścia w ciążę. Choć na lekcjach prowadzonych przez nawiedzonych katechetów (nie wszyscy są nawiedzeni, ale tylko nawiedzeni opowiadają te bzdury) pewnie opowiadają coś zupełnie innego. Ba – z tego co udało mi się dowiedzieć na naukach przedmałżeńskich (owszem, miałem taki epizod w życiu) – zajście w ciąże graniczy niemalże z cudem. Zapewne w to wierzył Mateusz. I w to wierzą mądrzy chłopcy z antychoice.

Nie mniej jednak od tamtego momentu mam głęboką niechęć do kontaktów z kobietami na poziomie innym niż koleżeńskie / randa przy jednym piwie i „papa, do zobaczenia”

Dokonam klaryfikacji przekazu – Mateusz stracił do kobiet serce, bo jedna z nich nie chciała mieć z nim dziecka po trzech miesiącach znajomości i po tym, jak pewnie sam nalegał na seks bez zabezpieczeń. Niezależnie od przyczyn – w imieniu kobiet Dziękuję Ci Mateuszu – moja propozycja jest taka – nigdy nie zmieniaj zdania! Na zawsze daj sobie z tym spokój! I Tobie będzie lepiej – i tym wszystkim kobietom, które na Ciebie nie trafią.


2 miesiące później się ochrzciłem i wziąłem bierzmowanie, jestem teraz Katolikiem i modlę się do Pana Boga, żeby postawił przede mną kobietę, z którą zamiast obaw o dzieci, po prostu obydwoje będziemytego chcieć''
Mateusz

Nie wiem czy dobrze rozumiem, ale to jakże traumatyczne przeżycie skłoniło Mateusza do nawrócenia się. No ja też bym się nawrócił, jakbym wycierpiał tyle, co Mateusz... Patrzył jak kobieta się truje... jak zabija (albo i nie zabija) jego (w połowie) Zbyszka Embriona...

A tak nieco bardziej na poważnie – jestem się w stanie założyć o wiele, że „opowieść Mateusza” kończy się na tym, co napisał o kobietach, tzn., że im nie ufa – a całe to nawrócenie jest już dopisane przez chłopaków z antychoice, żeby nie wyszło na to, iż Mateusz Dobry Katolik seks przedmałżeński uprawiał...

Nie zajmowałbym się na łamach tego bloga wypocinami jakiegoś debila (w tym przypadku można ten termin traktować jako medyczny) gdyby nie to, że jego postępowanie nie jest wcale takie wyjątkowe. I skoro chłopaki z wiadomej strony wrzucili to u siebie jako przykład tego, jak to „kobieta zniszczyła mężczyznę”, to znaczy drogie Panie, że macie spory problem – bo Mateusz istnieje i to niejeden. A rozpoznać „Mateusza” można dopiero w momencie, w którym stanie się coś poważnego i wyjdzie z niego Mateuszowatość.

Opowieść Mateusza to egzemplifikacja tego, co się stanie, kiedy jedynie słuszne poglądy zderzają się z rzeczywistością. Człowiek o zerowej wiedzy na temat ludzkiej rozrodczości ma pretensje do swojej byłej za to, że ta go nie posłuchała i „zrobiła po swojemu”. Jawna pogarda dla kobiet, która zieje z tego listu jest w mojej opinii czymś dość obrzydliwym. Nie dość, że owa kobieta nie mogła liczyć na żadne wsparcie (bo Mateusz wiedział lepiej), to jeszcze pewnie odszedł od niej nie dlatego, że wzięła te prochy, ale dlatego, że „zrobiła po swojemu”, zamiast zaufać wszystkowiedzącemu Mateuszowi.

Pozostaje jedynie zadumać się nad poziomem intelektualnym adminów z fanpage antychoice, skoro uznali te idiotyzmy za warte publikacji.

You have been warned.




czwartek, 25 października 2012

Antyklerykalny piknik - czyli Szatan, Zło i palenie kościołów

Niektórzy z moich prawicowo-katolickich rozmówców – w ramach merytorycznej dyskusji ze mną - zarzucali mi skrajny antyklerykalizm, nienawiść do księży, do kościoła i że „Twoim zdaniem najlepiej by było, jakby kościół szlag trafił”. Skąd takie, a nie inne wnioski? Ano stąd, że krytykuję instytucję kościoła. Krytyka nie wzięła się stąd, że „nie lubię kościoła i ch*j”, tylko z nieco innych przyczyn. Kiedyś byłem bowiem wierzącą osobą. Starałem się żyć i działać w myśl przykazań. Na nieszczęście (dla mojej wiary) jestem osobnikiem bardzo spostrzegawczym i zacząłem dostrzegać coraz większy rozziew między tym, co deklarują katolicy i kościół, a ich działaniami. Teraz – kiedy już jestem nieco starszy i (mam nadzieję) nieco mądrzejszy – wiem, że nie jest możliwe życie według zaleceń kościoła. Nie jest możliwe przestrzeganie wszystkich przykazań etc. Ja wiem: założeniem wiary katolickiej i całego chrześcijaństwa jest to, że człowiek jest niedoskonały – tym samym będzie grzeszył. Gwoli ścisłości, gdyby ktoś jednak przeszedł przez całe swoje życie „bezgrzesznie”, tedy i tak pozostaje jeden casus – grzech pierworodny.

Nie zamierzam roztrząsać w ramach niniejszej notki tego, że kościół nieco zmienia sobie interpretacje przykazań, tak żeby było „wygodniej”. No bo w końcu mamy „nie zabijaj”, ale pojęcie „wojen sprawiedliwych” to nie mój wymysł. Cudzołożenie w pierwotnej wersji oznaczało nakaz niezdradzania małżonka. Potem jednakże „wynaleziono” małżeństwo kościelne, więc każdy stosunek seksualny, który odbywa się między „niemałżonkami” jest cudzołóstwem. Ba, nawet wspólne mieszkanie przed ślubem jest grzechem. Nad tym (tzn. swoistą wybiórczością interpretacyjną) może popastwię się kiedy indziej.

Tym niemniej, w pewnym momencie swojego życia każdy człowiek wierzący, nawet ten o najbardziej mizernej kondycji intelektualnej i niemalże pozbawiony umiejętności refleksji, zdaje sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego co zrobi, będzie grzeszył (myślą, mową, uczynkiem bądź zaniedbaniem). Dodatkowo, kościół polski miast być dla wiernych pociechą, zajmuje się głównie wypominaniem ludziom, politykom i wiernym ich grzechów. Oraz przypominaniem, że tylko on (kościół) ma prawo do mówienia o tym, co jest moralne, a co niemoralne, kto błądzi a kto postępuje dobrze. Reasumując – kościół ostatnimi czasy zajmuje się polaryzowaniem społeczeństwa, bowiem wprost mówi o obywatelach gorszej kategorii (homoseksualiści, ateiści, kobiety które są pro choice, feministki etc.).

W momencie, w którym człowiek zda sobie sprawę z tego, że niezależnie od swoich starań i tak prędzej czy później zgrzeszy, ma raptem kilka wyjść z tego swoistego impasu (poniższe „wyjścia” to moje autorskie podejście do problemu i nie nosi ono [to podejście] znamion prawdy absolutnej;).

Droga pierwsza

Pogodzić się z tym, że jest niedoskonały i mimo to się starać. Taka postawa zasługuje na uznanie choćby z tego powodu, że ludzie tacy mają bardzo umiarkowane poglądy. Bowiem człowiek zdający sobie sprawę ze swojej niedoskonałości i człowiek, który się z tym pogodził (w ramach autorefleksji), nie będzie męczył innych wypominając im ich niedoskonałość. Bowiem taki człowiek wie, że skoro sam jest grzeszny, inni też będą i zostawi ich postępowanie ich sumieniom.

Droga druga

Zdecydować się na nie-uczestnictwo w „kościele” rozumianym jako wspólnota (które niekoniecznie musi oznaczać apostazję). Co to oznacza? Oznacza to odrzucenie wartości „kościelnych”, prawa wspólnoty i kościoła (które to kościół nadał sobie sam, a potem swojej wspólnocie) do ingerowania w życie prywatne i do dyktowania tego „jak człowiek ma żyć”. To wyjście wybrałem ja – bowiem miałem dosyć tego, że ludzie o moralności „Kalego” (przejdę do tego za moment) za pomocą wymyślonych przez siebie interpretacji przykazań/etc. wtłaczają mnie w poczucie winy, z którego tylko oni mogą mnie wyciągnąć (spowiedź).

Droga trzecia

Uznać swoją grzeszność i dojść do wniosku, że jedyną możliwością „odkupienia” tychże grzechów (a także tych, które się jeszcze popełni) jest przypominanie innym o tym, że są grzeszni, tępienie ich za to, lżenie, poniżanie i przekonywanie wszystkich, że „ci grzesznicy to są już najgorsi”. Ludzie, którzy wybrali tę ścieżkę są najbardziej ekspansywni, najgłośniejsi i bardzo skuteczni w zniechęcaniu innych do wiary katolickiej. Prawidłowość jest taka (przynajmniej moim zdaniem), że im więcej ktoś ma „za uszami”, tym głośniej pokrzykuje na innych, próbując wszystkich (i siebie samego) przekonać, że skoro są tacy ludzie, to „ja nie jestem taki najgorszy”. Rzecz jasna ludzie ci sami sobie nadają prawo do łajania innych za ich grzechy (Casus Bolesława Piechy aka „mordercy nienarodzonych” polecam zgłębić). A kościół miast jakoś tych ludzi tonować, nierzadko czyni z nich ikony i „obrońców wiary”. W tym miejscu chcę zastrzec, że nie mam pojęcia, co w swoim życiu zmalowali Terlikowski, Cejrowski, Sobecka, Rydzyk etc. – nie wiem i nie chcę wiedzieć, ale musiał być to jakiś skrajnie ohydny czyn, skoro popchnął ich on do tego, czym się teraz zajmują. Ci ludzie sprawiają wrażenie, jakby uważali, że dowolne świństwo, które zrobią czy powiedzą, było w pełni uzasadnione - bowiem oni „podążają ku dobru”. Im wolno grzeszyć, bo są niejako ponadto – wszak zostali wybrani, aby szerzyć wiarę. Osobną kwestią pozostaje to, czy oni w ogóle wierzą w to, co mówią/piszą – ale to już nie moje zmartwienie.

Często jestem krytyczny wobec kościoła, bowiem jego przedstawiciele – przynajmniej, ci którzy są „medialni” - rekrutują się spośród ludzi, którzy wybrali trzecią drogę. Historie o księżach mających dzieci, wbrew temu co Twierdził Hołownia, nie należą wcale do rzadkości. I mnie by to szczerze mówiąc „latało”, ale jeśli taki ksiądz zaczyna mnie pouczać o tym, że czystość przedmałżeńska jest bardzo ważna, bo pan Jezus tak mówił, to zaczyna mnie lekko telepać.

Będąc kiedyś na mszy (rzadko bywam, ale się tego nie wstydzę) w kościele dominikanów (Kraków), usłyszałem kazanie, w którym nauczano, żeby nie patrzeć na kościół przez pryzmat jego „złych” przedstawicieli etc. Kazanie było na poziomie, ale miałem do niego jedną uwagę. Ja to bym może i nie zwracał uwagi na księdza antysemitę (który nam w szkole podstawowej opowiadał, żeby rodzice nie głosowali na Kwaśniewskiego, bo to Żyd, a Żydzi mieli program „wasze ulice nasze kamienice”). Nie zwracałbym uwagi na księdza nałogowego hazardzistę (z dwójką córek na studiach). Nie zwracałbym uwagi na to, że niektórzy „kościelni” ciężkie wałki robią (vide casus Salezjan, którzy chyba 10 lat temu zadłużyli całą wieś, namawiając ludzi na branie kredytów, a potem ktoś zwiał z kasą). Ja bym się z chęcią zastosował do tego, co usłyszałem na kazaniu. Ba, nawet kazania bym nie potrzebował. Ale byłoby to możliwe tylko w jednym przypadku. Użyję capslocka dla lepszego efektu: GDYBY KOŚCIÓŁ TE SWOJE CZARNE OWCE PIĘTNOWAŁ W JAKIKOLWIEK SPOSÓB. Wtedy prośba zakonnika zawarta w kazaniu miałaby zupełnie inny wydźwięk - „no wiemy, że są tacy ludzie pośród nas, ale robimy co możemy, żeby było ich jak najmniej”. Zamiast tego, niezależnie od ilości „zdarzeń” z udziałem kapłanów/zakonników/etc., zawsze mamy do czynienia ze „zjawiskami w skali marginalnej” i „nie powinno się patrzeć na kościół przez pryzmat tych zjawisk”. Ja rozumiem, że każde środowisko ma problem z samooczyszczaniem, ale w przypadku kościoła jest to coś, co powinno być warunkiem „podstawowym”. Ta hipokryzja odepchnęła mnie ostatecznie od instytucji kościoła. Tym niemniej uważam, że jako osoba niegdyś głęboko wierząca i będąca członkiem kościoła, mam prawo do krytyki.

Załóżmy jednakże, że faktycznie nienawidzę kościoła. No, że nienawidzę go tak bardzo, iż najchętniej widziałbym kościoły przerobione na domy publiczne, a księży w roli rajfurów. Albo najchętniej widziałbym kościół „wywalony” z Polski.

Jak mógłbym to osiągnąć najłatwiej? Palenie kościołów odpada. Po pierwsze nie jestem Vargiem Vikernesem, po drugie to raczej mało skuteczna metoda (Husytom się wszak też nie udało).

Mógłbym też robić to co teraz - krytykować konstruktywnie. Tylko że tego rodzaju przekaz trafia tylko do określonej grupy ludzi. Zwykłemu Kowalskiemu nie chciałoby się przedzierać przez gąszcz argumentacyjny w moich notkach. Tym samym tego rodzaju krytyka jest wybitnie nieskuteczna w mojej misji „niszczenia kościoła”, o którą to podejrzewali mnie moi katoliccy rozmówcy.

Jest jedna metoda, która jest w stu procentach skuteczna, jeśli chodzi o zniechęcanie ludzi do kościoła. Myślicie drodzy czytelnicy, że jest nią „upowszechnianie” Dawkinsa? Promowanie ateizmu? Pokazywanie, że apostazja jest w miarę bezbolesna? Udowadnianie, jacy to księża są źli?

Nic z tych rzeczy.

Wystarczy nagłaśniać to, co mówią hierarchowie kościelni, Cejrowski, Hołownia (wbrew pobieżnemu poglądowi – bardzo, ale to bardzo pasuje do tego towarzystwa – skupię się na nim przy recenzji jego książki), Terlikowski, Sobecka etc., etc.

Gdybym więc chciał zniechęcić maksymalną ilość ludzi do instytucji kościoła, robiłbym wszystko co w mojej mocy, aby słowa Terlikowskiego trafiały do jak największej liczby ludzi. Żeby jego słowa porównujące in vitro do kupowania dzieci z Brazylii i wycinania im organów wewnętrznych „na handel” przeczytał/usłyszał każdy, kto byłby w zasięgu moich działań – nie tylko fani frondy. Jak Wam się wydaje, czy przeciętny Kowalski, który ma znajomych starających się bezskutecznie o dziecko, będzie zadowolony, jak poczyta sobie Terlikowskiego? Czy przeciętny Kowalski (nie dres podklatkowy), który ma znajomego geja, będzie ucieszony słowami Cejrowskiego o „pedałach” i ich „chorobie”? Co Kowalski pomyśli o frazesach „eutanazja jest zła, bo życie jest najważniejsze” widząc, jak jego znajomy zmienia się w zaszczute bólem zwierzę, umierając na raka? Nic dobrego.

W chwili obecnej polski kościół ma tylko jednego wroga, który jest jego wrogiem najgorszym – jest nim polski kościół właśnie. Od pewnego czasu straszy on wiernych „demonem” laicyzacji. I nie wiem, czy hierarchowie są ślepi, czy już do końca zatracili umiejętność „czytania społeczeństwa”. Bowiem nie dostrzegają tego, że swoimi działaniami owego demona „pasą”. Akceptując działania Terlikowskiego, Cejrowskiego, angażując się w walkę polityczną i w sposób otwarty popierając PiS i SP (a w wyborach samorządowych „zaprzyjaźnionych” kandydatów). Skutek jest tego taki, że kościół miast się otwierać i pokazywać, że jest tolerancyjny, skupia się głównie na garstce zelotów, którym jest z grubsza wszystko jedno w co wierzą, byle mieć rację. Zeloci natomiast cierpią na syndrom oblężonej twierdzy i wszędzie widzą zagrożenie dla kościoła. Wszędzie tylko nie w sobie.

Kościół w chwili obecnej miał szansę na pokazanie ludzkiego oblicza, mógł poprzeć „kompromis aborcyjny” - w końcu sam Episkopat o niego walczył. Mógł, ale nie zrobił tego. Czemu? Nie chcę nadawać Terlikowskiemu wielkiej mocy sprawczej, ale bardzo być może Episkopat nie chciał iść na wojnę z Frondą. Zamiast tego wolał iść na wojnę z większością społeczeństwa (według badań CBOS z 2011 roku – 59% Polaków popiera prawo do aborcji w przypadku, w którym płód jest upośledzony; przeciwnego zdania jest 27%) . Bo ta większość jest milcząca, czego nie można powiedzieć o Terlikowskim.

Podsumowując – gdybym chciał zaszkodzić instytucji kościoła (rzecz jasna na taką skalę, na jaką bym mógł zaszkodzić liczącemu 2000 lat molochowi), po prostu starałbym się upowszechniać wypowiedzi „twardych” katolików. I przekonywał wszystkich, że to oni (ci twardzi) mają rację, bo oni z miłości do bliźniego robią to wszystko. Tym niemniej, jakoś specjalnie mi na szkodzeniu kościołowi nie zależy, bo wiem, że niektórym ludziom jest on potrzebny. Problem w tym, że sam kościół (w wymiarze kapłańskim i panów w purpuratach) już dawno przestał zwracać uwagę na „biednych szaraków”. Liczenie na to, że „skoro kościół tyle lat przetrwał – będzie trwał wiecznie” to, delikatnie rzecz ujmując, przejaw myślenia magicznego.

Reasumując, jakoś tak dziwnie wygląda ta moja „nienawiść do kościoła”. No bo w końcu skoro go (zdaniem prawicowych interlokutorów) aż tak bardzo nienawidzę, i wiem jak mu zaszkodzić (co jak mniemam wykazałem w powyższej notce) to czemu tego nie robię?

wtorek, 23 października 2012

Te głÓpje StÓdenty CD. (doniesienia z alternatywnej rzeczywistości cz. 2)

Kontynuując przerwany wątek – studenci nawet gdyby mieli chęć na dokształcanie się we własnym zakresie, nie mają na to przeważnie czasu. Gdyby owi profesorowie oraz Wielce Szanowny Pan Redaktor Ziemkiewicz Rafał mieli te same doświadczenia, co studenci, którzy muszą łączyć „niezwykle nowoczesne sposoby nauczania” z pracą, pewnie nie dziwiliby się temu, że z braku czasu „studenty” (za przeproszeniem) w dupie mają ich „chopinhauery”. Choć nawet nie trzeba mieć takich doświadczeń żeby zrozumieć studentów – wystarczy mieć odrobinę wyobraźni, której RAZowi ani profesorom nieco brakuje.


Całe to narzekanie jest wynikiem (moim zdaniem rzecz jasna) przekonania, że „za moich czasów było inaczej”. Które to przekonanie czasem daje nieco absurdalne efekty. Zaczynałem studiować socjologię będąc już w wieku dość zaawansowanym jak na studenta 1. roku (25 lat). Na jednym z kursów wywiązała się dyskusja z prowadzącym – człowiekiem o 2 lata starszym ode mnie, który był zniesmaczony tym, iż teraz to ci młodzi wszystko kserują. A za jego czasów... Nieco nie trafił z argumentacją, bo w grupie zajęciowej wcale nie byłem najstarszy i nie tylko ja miałem wspomnienia związane z innymi kierunkami studiów. Tym samym jego opowieści o jego czasach „bez xero” były nieco śmieszne. Bo część ludzi te „jego czasy” doskonale pamiętało.


Tym niemniej doszedłem do jednego wniosku – (który może zostać zweryfikowany przez starszych czytelników bloga/fanpage – zachęcam do dyskusji bom ciekaw czy wnioski poprawne). Studia wcześniej (w czasach „bez xero”) były może trudniejsze, ale odnoszę wrażenie, że prowadzący nie zarzucali studentów tonami śmieci do przeczytania, no bo jak by to miało wyglądać? Niechby było stu studentów na socjologii – niechby w ramach kursi obligatoryjnego wszyscy mieli przeczytać ten sam fragment książki na kolejne zajęcia na „za tydzień”. I niechby w bibliotece było pięć egzemplarzy tej książki. W jaki sposób owa setka studentów byłaby w stanie podzielić się tymi książkami? A co z przygotowaniami do egzaminów? Są wszak ludzie, którzy uczą się do ostatniego momentu – skąd książki ? Komputery w owym czasie przypominały średniej wielkości szafy i miały moc obliczeniową dzisiejszych wyłączników światła – więc jakoś niespecjalnie można było liczyć na tekst w formie elektronicznej.


Być może studentów było mniej na konkretnych kierunkach? No ale jeśli tak było, to po cholerę krytykować studentów za xerowanie? Jakby dla każdego wystarczyło książek w bibliotece, nikt by nie musiał kserować. A że ludzi więcej? Tempus fugit.


Przejdźmy do kolejnego fragmentu wypowiedzi, którzy to fragment przeciętnemu Kowalskiemu z dyplomem podniesie ciśnienie. Tu już cytat bardziej obszerny:


Ale od pewnego czasu coraz częściej słyszę analogiczne opowieści od praktyków biznesu i menedżmentu. Oni opowiadają już nie o tym, że absolwenci szkół wyższych, nierzadko uważanych za prestiżowe, nie wiedzą nic o kulturze, historii, współczesności nawet - ale że nie mają pojęcia o swoich wąskich, wyuczonych jakoby i potwierdzonych dyplomem specjalnościach. Nie potrafią napisać oferty handlowej, nie potrafią zrobić prostej analizy, nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze nawet pytanie, jeśli nie mają a, b i c do zakreślenia i dostępu do gugla. - Kompletni analfabeci - podsumował pewien egzekutiw, po odbyciu szeregu rozmów kwalifikacyjnych z posiadaczami stosownych dyplomów i zaświadczeń o odbytych stażach.


Pozwolę sobie „sparafrazować”


Ale od pewnego czasu coraz częściej słyszę analogiczne opowieści od ludzi szukających pracy. Oni opowiadają już nie o tym, że potencjalny szef (rekruter) sporej firmy bądź też jej filii, nie wie nic o kulturze, historii, współczesności nawet, ale że nie ma pojęcia o swoich wąskich, wyuczonych jakoby i potwierdzonych pełnionym stanowiskiem specjalnościach. Nie potrafią przeprowadzić rozmowy kwalifikacyjnej wykraczającej poza magiczne pytania „jak pan widzi siebie w naszej firmie za pięć lat”, „czemu chce pan u nas pracować?” Nie potrafią napisać ogłoszenia w sprawie pracy, które miałoby jakikolwiek związek z oferowanym stanowiskiem, nie potrafią zrozumieć innego niż ich własny punktu widzenia, gubią się, kiedy udzieli im się odpowiedzi wykraczającej poza ich wiedzę. Kompletni analfabeci, podsumował jeden znajomy po odbyciu szeregu rozmów kwalifikacyjnych z „zasiadaczami” stosownych stanowisk, rekruterami, etc.


Brzmi znajomo? Każdy człowiek ( i nie jest to nieuzasadniona generalizacja), który w miarę aktywnie szukał pracy i odbywał rozmowy kwalifikacyjne, miał do czynienia z rekruterem, prezesem, który nie miał zielonego pojęcia jak prowadzić rozmowę kwalifikacyjną. Rozmowa kwalifikacyjna prowadzona przez kogoś kogo na budowie nie oddelegowano by nawet do czyszczenia betoniarki (bo by ją zepsuł albo przez przypadek do niej wpadł uruchamiając ją uprzednio) – to jeszcze pół biedy. Bo to jeszcze da się przeżyć jakoś, gorsze jest co innego. „List motywacyjny”, którego to listu wymaga się często nawet w przypadku zajęć, które ciężko nazwać „wymarzonymi” – kasjer w markecie, hurtownik, przedstawiciel handlowy, „kolporter” ulotek (to taki co te ulotki rozdaje). Jest to o tyle poniżające dla piszącego, że te zawody to dla wielu ludzi ostateczność (każdy ma jakieś swoje marzenia co do pracy) i raczej nie są pierwszym wyborem. Nie dość, że człowiek musi się pogodzić z tym, że marzenia i plany może sobie chwilowo wsadzić w buty, to jeszcze musi się „nasładzać” jak to marzył od zawsze o pracy sprzątacza. Gwoli wyjaśnienia – nie deprecjonuję tutaj pracy fizycznej ani też ludzi fizycznie pracujących (sam kilka lat targałem worki z zaprawą i szpachlowałem ściany, miałem również z przyczyn rodzinnych kilkuletni epizod „rolniczy” – więc praca fizyczna nie jest dla mnie czymś obcym :) ) - chodzi mi o to, że wszyscy zdają sobie sprawę z „prestiżu” tych zawodów – a mimo to jakiś dzięcioł z HR (albo dzięcioł oddelegowany od „konserwacji powierzchni płaskich” do prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych oraz rekrutacji) nadal będzie wymagał od nas listu motywacyjnego.


No chyba, że list motywacyjny może wyglądać następująco: „ja taki i taki chce u was pracować, bo lubię pieniądze, a podobno można je u Was zarobić”. Byłby to chyba najbardziej szczery list motywacyjny.


Bardzo się cieszę, że „egzekutywa”, profesorowie i Pan Rafał Ziemkiewicz mieli dużo czasu na poszerzanie horyzontów, ale mogliby uszanować tych, którzy mieli tego czasu mniej niż oni. Aby nie zostać posądzonym o stronniczość – zgadzam się z tym, że zdarzają się kandydaci idioci, którzy nie wiadomo po co przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne, wpisują w CV bzdury i są bardzo zdziwieni, jak ktoś ich potem o te bzdury pyta. A że wszyscy chcieli na studia? Jak się polikwidowało zawodówki (kolejny genialny pomysł prawicy), a techników zostało niewiele, to nagle się wszyscy rzucili na licea. Potem się okazało, że po gołym liceum znalezienie pracy jest mniej więcej tak samo proste jak przekonanie biskupa do tego, aby poparł starania organizacji pro-choice. No to ludzie poszli na studia. Dodatkowo żyjemy w kraju, w którym do niedawna na stanowisko kopacza rowów wymagane było magisterium z geologii. Pracodawcy mogli sobie pozwolić na wybredność, bowiem ludzi szukających pracy było multum. No to się wymagało studiów wyższych na byle jakie stanowiska. Potem UE się otworzyło i ludzie powyjeżdżali – co poniektórym zmiękła więc rura. Ale nadal można przeczytać ofertę pracy „na stanowisko woźnego – wymagana umiejętność pracy w zespole, komunikatywność, etc.” (wisiało takie ogłoszenie na forum tbg). Albo „kierowca – wymagane prawo jazdy kat B., sumienność i chęć do pracy”.


W temacie staży i praktyk wypowiadać się nie zamierzam, bowiem do „wiedzy ogólnej” należy to, że trafić na naprawdę dobry staż, praktyki na których można się czegoś nauczyć, etc. – to jak trafić 5 w totka (no bo jednak 6 w totka to trochę inny rząd wielkości :) )


Problem „niepotrzebnych studiów” nawarstwiał się od dłuższego czasu. I złożyło się na to bardzo wiele czynników (demografia, niedawny upadek innego systemu, boom demograficzny roczników 81' 82', brak umiejętnej polityki kadrowej w firmach, i na tym poprzestanę – w każdym bądź razie lista ta jest długa jak krawat żyrafy). RAZ widzi tymczasem jeden problem (i tym razem wierzcie bądź nie – nie chodzi o Michnika!) – to Platforma Obywatelska. Pozwolę sobie tutaj na dłuższy cytat:


W tym stanie, do którego doprowadziły Polskę pięcioletnie rządy trampkarzy Tuska, nawet ludzie z prawdziwymi kwalifikacjami mają poważny problem ze znalezieniem godnego swych możliwości miejsca pracy. Ale oni w końcu jakoś sobie poradzą, choć będą musieli tyrać na śmieciowych umowach. A ci ze śmieciowymi dyplomami? Jakby to ująć, żeby ich nie ranić - będą się musieli obudzić.
A jak się już obudzą, to może zadadzą sobie pytanie, dlaczego się dali na te śmiecie nabrać. Odpowiedź jest oczywista - dlatego, że uwierzyli, iż wystarczy bezgranicznie gardzić "wiochą", żeby samemu przestać nią być. Uwierzyli, że byle "zabrać babci dowód" i "nie dopuścić, żeby pierwsza dama sikała do kuwety", byle głośno rechotać z "kaczorów", "moherów" i Smoleńska, byle nie odstawać od narzuconego przez media wzorca pogardy dla "starszych, gorzej wykształconych i z mniejszych miejscowości", to zawsze się dla nich znajdzie jakiś ochłap spływającego na naszą prowincję europejskiego dostatku. Bez wielkiego wysiłku będzie kredycik, posadka, spa, siłownia i kawa w kartonowym kubku.


Pytanie do czytelników – w jaki sposób PO zepsuło wszystko nie na kilka (albo i naście) lat przed swoimi rządami? Odpowiedzi proszę publikować na blogu bądź fanpage.


Poza tym pamiętacie może ten cudowny czas, kiedy rządziła koalicja PiS-LPR-SO? Kiedy wszyscy mieli pracę, wszystkie dzieci dostawały prezenty z zakładów pracy rodziców, na ulicach było bezpiecznie, wszyscy byli bardzo szczęśliwi, ludzie z zagranicy (Anglicy, Niemcy, Irlandczycy, Szkoci, Hiszpanie, Amerykanie nawet) przyjeżdżali do Polski pracować, bo nasz dobrobyt przyciągał ich wszystkich, rządzili nami prawdziwi fachowcy, nie było kolesizmu, zapanowała absolutna merytokracja, a z okien sejmowych spoglądało na nas Słońce Narodów Józef Stal…,errrr przepraszam nieco się zagalopowałem. W każdym bądź razie, pamiętacie ten dobrobyt? No właśnie – ja też nie. Ale Rafał Ziemkiewicz odwiedził chyba jakąś alternatywną rzeczywistość i to wszystko widział!


Aczkolwiek w jednym RAZ ma racje, ludzie się kiedyś obudzą. Tylko, że jeśli się obudzą to dla idoli Ziemkiewiczowskich oraz całej reszty emerytów politycznych, którym w życiu udało się tylko jedno – dorwać się do koryta - miejsca w parlamencie nie będzie.


RAZ kończy swój felieton nauczając:


Może się Państwu wydać, że pobrzmiewa w tym felietonie brzydka radość z cudzego nieszczęścia, takie zgredowskie "o dobrze wam, a nie mówiłem, że tak będzie?". Nie, nie cieszy mnie ta sytuacja. Lekcja udzielona milionowi gówniarzy, którzy okazali się tak podatni na prymitywną socjotechnikę władzy, nie była warta szkód, jakie wyrządzili Polsce Tusk i jego ferajna.



Nie wiem jak państwu, ale mnie się wydaje, że w tym felietonie pobrzmiewa absolutne niezrozumienie realiów. Dlatego też został przeze mnie zakwalifikowany do „alternatywnej rzeczywistości'. Pamiętam, jak zaczynałem studia (a raczej uczelnianą odyseję) – rok 2000, a już wtedy z robotą był straszliwy problem, a o osobach, które „zimowały” jeden rok mówiło się „no, ten to już pracy nie znajdzie...” Jednocześnie wszyscy na studia się pchali, bo znaleźć prace bez „wyższych studiów” było cholernie trudno (rzecz jasna mówimy tu o szukaniu „bez znajomości”). Nikt po liceum nie zastanawiał się nad tym, czy iść do pracy (no chyba, że ktoś miał odpowiednie koneksje), bo wiedział, że równie dobrze może próbować zawrócić Wisłę durszlakiem (wiem, wiem „kijem”, ale durszlak jest bardziej klimatyczny) – urobi się człowiek, umęczy a Wisła jak płynęła tak będzie płynąć. Jakim cudem – pytam się po raz kolejny – PO mogło coś spieprzyć na co najmniej siedem (bo bezrobociem po liceum straszono nas na długo przed rozpoczęciem studiów) lat przed wygranymi wyborami? PO nic nie „spieprzyło” – po prostu kontynuowało politykę poprzednich rządów pt.„łojezu comyzrobimy z temi bezrobotnemi, o patrz jaki ładny pieniążek leży na ziemi, chyba go podniosę! O czym to my mówiliśmy?” Można bowiem odnieść wrażenie, że polski polityk to taka odmiana jętki, która musi bardzo szybko zrobić wiele rzeczy (bo zbyt dużo czasu nie ma) z tym, że polityk zamiast robić – mówi, mówi, mówi i jeszcze raz mówi – a potem zapomina o czym mówił (pewnie pieniążek był bardzo ładny).


Zakładam, że gdyby PO nie rządziło, tylko PiS, a sytuacja byłaby dokładnie taka sama – tedy Ziemkiewicz zwalałby wszystko na Michnika i komunę.

poniedziałek, 22 października 2012

Te gÓpje stÓdenty – czyli doniesienia z alternatywnej rzeczywistości cz. 1

 Postanowiłem nieco zmienić nazewnictwo „cykliczne” notek, bo zauważyłem, że nieco mi się wszystko rozjeżdża. Tym samym wszelka „twórczość” komentatorów/publicystów/naukowców/etc., która sprawa wrażenie, iż opisuje jakiś równoległy wszechświat miast naszej rzeczywistości, będzie spojona klamrą „Doniesienia z alternatywnej rzeczywistości”. Bo ja bardzo lubię science fiction – fantasy, wszelkie odmiany „co by było gdyby”, ale to wcale nie oznacza, iż fragmenty takiej literatury mają być elementem opisu rzeczywistości. Co gorsza, owe metody stosują wszyscy publicyści niemalże – każda „strona” ma swoich „fantastów” – tym samym obwinianie o tego rodzaju quasi publicystykę jedynie prawicy byłoby nadużyciem i to sporym.

Na pierwszy ogień – mój zeszłotygodniowy „gość” Rafał A Ziemkiewicz. Choć notka tylko połowicznie dotyczyć będzie jego osoby. RAZ popełnił był felieton pt. „Śmieciowa generacja”. Zaczyna się bardzo obiecująco:

„Przywykłem już do opowieści o "młodych wykształconych", ze świeżo zdobytymi dyplomami, którym myli się Chopin i Schopenhauer, a pytani, kto to Platon, odpowiadają pytaniem: proszek do prania?


W bardzo wysmakowany sposób nawiązał do obelżywej (według doktryny PiS) nazwy „młodzi wykształceni z wielkich miast”, czyli tych, którzy nie chcą głosować na PiS. Bo jak wiemy – tylko ci młodzi bywają niedouczonymi głupkami, zaś wszyscy którzy popierają PiS – są lepsi, bo popierają PiS, a reszta to hołota, „co nie ROZUMI niczego” . Przepraszam, poniosło mnie:)


Od zawsze istniała grupa ludzi, którzy skończyli studia „przypadkiem”. Teraz w dobie miliona różnych uczelni wyższych, większa ilość ludzi studiuje, toteż i studia kończy większa liczba „przypadkowych magistrów”. Pamiętam opowieść jednego ze znajomych pracowników naukowych (chemia), który wspominał swoje czasy studenckie. Mieli jednego kolegę, który nie za bardzo rozumiał, co on tam robi. A że ojciec kolegi sponsorował uczelnię, nie można było go ot tak sobie wypieprzyć. Dobrnął jakoś ów człowiek do 5. roku. Kadra wiedziała, że nie ma szans, żeby napisał samodzielnie prace magisterską, więc zaproponowali, że w ramach tejże pracy przetłumaczy obszerny tekst naukowy z języka niemieckiego – przetłumaczył, złożył pracę. Rzecz działa się na obronie. Komisja zadawała mu baaardzo proste pytania, żeby czasem się nie „potknął”. W pewnym momencie jeden z członków komisji zadał jakieś nieco bardziej szczegółowe pytanie dotyczące tekstu. Padła odpowiedź: „nie wiem, nie ja to tłumaczyłem”. Jak się skończyła sprawa? Oceną dostateczną. Wiem, to przypadek jednostkowy. Tym niemniej jest on kalibru takiego, iż nie słyszałem niczego podobnego w naszych „śmieciowych czasach” – a rzecz działa się na „renomowanej uczelni”. Zmierzam do tego, że ów problem istniał od zawsze, i od zawsze byli ludzie, którzy marudzili „za naszych czasów było lepiej, teraz ta młodzież taka głupia”.


Teraz dwa inne uzupełniające się idealnie cytaty:


Powiedzmy, że mieści się to w małpowanym przez nas zachodnim modelu kształcenia w wąskich specjalnościach (…) Inna sprawa, że wszystko, co się dziś dzieje ze światem pokazuje, iż taki model edukacji jest do bani, że zamiast go małpować, trzeba właśnie dokładnie odwrotnie (...)



Jedna uwaga natury ogólnej – czasem będzie mi się zdarzało pociąć czyjąś wypowiedź, ale nigdy nie będę usuwał z tejże argumentów, etc., które przeczyłyby mojej tezie – zresztą tekst źródłowy linkuję zawsze, więc byłoby to nieco idiotyczne, tzn. gdybym „ciął z tezą”.


„Przywykłem, jako się rzekło, do takich opowieści - profesorów, nauczycieli czy innych ludzi z racji swego zawodu obcujących z najnowszą produkcją naszego systemu edukacyjnego i rwących sobie nad nią resztki włosów z głów.”



Panu Rafałowi chciałbym przypomnieć, iż obecny system edukacji jest produkcji prawicowej – bo to Handke swego czasu uznał, że skoro gimnazja są na zachodzie, to my sobie pomałpujemy z zachodu, bo u nas też się to sprawdzi. Mamy więc gimnazja, mamy nową maturę. Nie mnie oceniać, która matura „trudniejsza” – posłużę się miast tego przykładem. Jakem studiował socjologię na pierwszym roku, mieliśmy egzamin z kursu „podstawowego”. Na moim pierwszym roku nie zdałem go tylko ja (bo wydawało mi się, że na egzaminie wymagają ode mnie samodzielnego myślenia – okazało się, że trzeba znać bardzo dobrze wykłady i nic poza tym, ups), kolejny rocznik wyglądał podobnie. Natomiast rocznik dwa lata młodszy poległ zupełnie – 30% ludzi uwaliło egzamin, spora część z nich nie zdała go w drugim terminie, więc zrobiono dla nich trzeci (rzecz jasna odpłatny) – bo kadra się nieco przestraszyła, że jak tak dalej pójdzie, to studentów zabraknie. Co różniło roczniki zdające ów egzamin od tego, który poniósł sromotną klęskę? Nowa matura. Roczniki zdające ( ten nieszczęsny egzamin, na którym poległem :)) – dostały się na socjologie zdając egzamin wstępny, rocznik który poległ – dostał się z konkursu świadectw. Tym samym gdyby RAZ pomarudził nieco wcześniej – Handkemu – w temacie niemałpowania, być może „profesory” by teraz nie rwały włosów z głów.


Przy tych profesorach na momencik zostaniemy, bo po przeczytaniu tego zdania nieco mną zatrzęsło. Nad nauczycielami pastwić się nie zamierzam – bo i nie bardzo rozumiem sens wypowiedzi RAZa – nauczyciel jak mi się zdaje przynajmniej zaczyna obcowanie z uczniem wtedy, gdy ów uczeń rozpoczyna obcowanie z systemem edukacji. Nie za bardzo więc jestem w stanie pojąć to, w jaki sposób nauczyciel może „rwać włosy z głowy” nad produktem, który sam współtworzy. Ale to tylko taka moja „czepialcza” uwaga.


Profesorowie „narzekają”, bo studenty głupie mają niski poziom „wiedzy ogólnej”. Z tą wiedzą ogólną jest po trosze tak, że w szkole podstawowej człowiek jej nie będzie w stanie zrozumieć, w gimnazjum również. W liceum, w którym teoretycznie przyszedł czas na poszerzenie horyzontów u młodzieży, nauczyciele głowią się nad tym jak nauczyć uczniów tego, czego powinni się byli nauczyć w gimnazjum i w liceum zarazem. Poza tym wiedza ogólna to coś czego człowiek się w szkole nie nauczy – tę wiedzę można nabyć samemu „douczając się” niejako. Ponadto wiedza ogólna wymaga czegoś, co powoli wymiera w naszym społeczeństwie – refleksji i zrozumienia. A skąd ta umiejętność refleksji ma przyjść? W szkole zrozumienia od uczniów nie wymaga (program przeważnie opiera się na „wyryciu” czegoś na pamięć, a co się potem z tą wiedzą dzieje? – Konia to obchodzi), książki cholernie drogie – mało kogo stać, zostaje Internet, a ten to raczej refleksji nie sprzyja.


Idzie więc produkt „Handkego” na studia. Studia to idealny czas na akademickie dyskusje, na poszerzanie horyzontów (które powinno się rozpocząć w szkole średniej), na nauczenie młodych ludzi refleksyjności, zainteresowanie ich przedmiotem studiów – tak aby sami potem poszerzali swoją wiedzę (może inaczej, żeby odczuwali wewnętrzną potrzebę poszerzania wiedzy).


Piękna teoria, nieprawdaż? Tylko, że u nas studia polegają najczęściej na zarzuceniu studenta tonami papierów, tekstów, książek. I narzuceniu jedynej słusznej metody interpretacji tekstu, rozwiązywania zadań ,etc. (do końca życia będę pamiętał, jak studiując chemię usiłowałem wytłumaczyć pani doktor sposób, w jaki zrobiłem zadanie, bo wynik był poprawny ale ten sposób był inny niż „paniodoktorowy” – nie udało mi się wytłumaczyć, a byłem w tłumaczeniu dobry bowiem w szkole średniej połowę swojego rocznika uczyłem chemii na korkach)


Masz swoje własne zdanie? Masz własne pomysły? Wsadź je sobie w buty albo poczekaj aż sam będziesz doktorem, profesorem, etc. – może wtedy ktoś łaskawie zwróci uwagę na to co masz do powiedzenia.


Przykład zarzucenia papierami? Jeden z zupełnie bezużytecznych kursów na socjologii (bezużyteczny, bowiem teorie, którymi nas karmiono były idiotyczne i zupełnie nie nadawały się do opisu rzeczywistości) – wymagał opanowania około dwóch tysięcy stron tekstu – rzecz jasna wliczam w to zarówno kserówki, jak i książki (dwie bodajże były, nie wiem, nie czytałem). I to wymagał doskonałego opanowania, bowiem pytania testowe były cholernie szczegółowe – tym samym nie chodziło o jakieś bzdurne „zrozumienie”. To tylko jeden kurs – na innych bywało podobnie, a do tego dochodzą jeszcze prace pisemne – i tak dalej i tak dalej. Pół biedy jak ktoś tak jak ja nie musiał w trakcie studiów pracować – wtedy po odwaleniu intelektualnej pańszczyzny, zostaje sporo czasu na czytanie i robienie tego, co się lubi. Innymi słowy człowiek ma czas na rozwój samodzielny i na życie „pozauczelniane”. Tego czasu nie mają ludzie, którzy studiują i pracują. Czas nie jest z gumy. Jeśli człowiek nie ma pieniędzy, to w dupie ma „wiedzę ogólną” i Chopina, a nawet Chopinhauera – ma inne, nieco bardziej przyziemne zmartwienia. O których to zmartwieniach powinien wiedzieć zarówno profesor, jak i ktoś, kto chce uchodzić za publicystę.


Inny przykład. Na jednym z kursów pan profesor podał listę lektur „do egzaminu”. Było ich coś koło dwudziestu – dopiero po dwóch miesiącach powiedział, że można wybrać kilka z nich. Na egzaminie odpytywał mnie z książki tak pierońsko szczegółowo, że mimo mojej umiejętności czytania ze zrozumieniem, mało brakło, a bym poległ na tym cholernym egzaminie. Rzecz jasna pan profesor wymagał jedynej słusznej interpretacji, którą ze mnie wreszcie „wyciągnął”.


Na uczelniach pełno jest kursów „obligatoryjnych”, które prowadzone są przez ludzi nie mających zielonego pojęcia o tym, jak zainteresować studentów tematyką kursu. I w sumie nie muszą mieć – kurs jest obligatoryjny, więc student zrezygnować z niego nie może. Co się robi na uczelniach, kiedy kurs nieobowiązkowy zaczyna dołować i mało ludzi na niego uczęszcza (a prowadzi go ktoś „zasłużony”)? Jeśli odpowiedzieliście „zmienia się go na kurs obligatoryjny” – odpowiedzieliście prawidłowo.


Rzecz jasna na uczelniach sporo jest ludzi, którzy są bardzo otwarci, doceniają odmienne zdanie studentów, potrafią zainteresować ich tematyką kursu, cenią samodzielność. Tylko co z tego, skoro student jest tak dociśnięty kursami „gniotami”, że nie ma czasu na to, co go interesuje?


CDN (postanowiłem podzielić notkę, bowiem istnieje wyraźne ryzyko, iż ta rozrośnie się ponad miarę).


Sznurek


https://wydarzenia.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-smieciowa-generacja,nId,924431