poniedziałek, 10 stycznia 2022

Hejterski Przegląd Cykliczny #84

I znowuż spotykamy się po dłuższej przerwie. Ta (tak samo, jak poprzednia) sponsorowana była przez przeprowadzkę. Z przeprowadzkami to jest tak, że najpierw się wydaje, że wszystko uda się ogarnąć szybko, a potem nagle człowiek się orientuje, że przewiózł już w cholerę rzeczy, a na starym kwadracie tak jakby ni cholery ich nie ubywa. Idealnym podsumowaniem tej sytuacji będzie parafraza Bowmana: „My god, it's full of pudełka z rzeczami”. Teraz zostało jedynie rozpakowywanie pudełek, tak więc kolejny Przegląd opóźni się pewnie o pół roku... Od razu zastrzegam, że ta ściana tekstu będzie krótsza od zwyczajowych (można ją nazwać „ścianką”). Kolejna będzie już „normalna” (bo pewnie będzie się ją już dało tworzyć siedząc przy biurku, a nie między pudłami).


No dobrze, skoro martyrologię mamy już za sobą, pora przejść do meritum. Zaczniemy od Pegasusa. Nie, nie chodzi o battlestar Pegasus, nerdy jedne wy. Chodzi o system służący do szpiegowania ludzi przy użyciu telefonów. W teorii, system ten miał służyć do walki z terroryzmem i przestępczością. Potem zaś okazało się, że może i (w teorii) chodziło o walkę z terroryzmem, ale w praktyce system ten wykorzystywano do „innych celów”. Jakiś czas temu Citizen Lab ustaliło, że: „ofiarami inwigilacji w Polsce byli Roman Giertych, prokurator Ewa Wrzosek oraz senator Krzysztof Brejza, powiedział (John Scott-Railton, ekspert instytucji Citizen Lab – przypis mój własny) w rozmowie z TVN24, że po raz pierwszy podejrzenia wykorzystania Pegasusa w Polsce zostały opisane przez naukowców w raporcie z 2018 roku”. Nowojorską Sekundę później rządowa machina propagandowa dostała narracyjnej biegunki. I tak sobie w trakcie obserwowania tej biegunki (która, nawiasem mówiąc, trwa nadal) dumałem nad tym, że jeżeli ktoś miał jakieś wątpliwości odnośnie ustaleń CL, to wyżej wymieniony incydent kałowy skutecznie te wątpliwości rozwiał. Tak się bowiem składa, że jeżeli ktoś mówi prawdę, to ma jedną spójną (ok, czasem się zdarzają wyjątki jeżeli chodzi o spójność, ale generalnie rzecz ujmując jest ona zachowana) wersję wydarzeń. Jeżeli zaś ktoś (partia, organizacja/etc.) zamula debatę publiczną pierdylionem narracji, to znaczy, że bardzo mu zależy na tym, żeby sprawa się rozmyła i (eufemizując) raczej nie zależy mu na tym, żeby suweren ogarnął „jaka jest prawda”. Piszę te słowa już po tym, jak Prezes Polski stwierdził publicznie, że partii rządzącej się ten Pegasus po prostu należał i lewaki dupa cicho, niemniej jednak uważam, że warto jest prześledzić to, jakimi ścieżkami chadzały narracje rządowe.


Dominującą narracją była ta, w myśl której partia rządząca (zaraz poczynię pewną dygresję) nie ma żadnego Pegasusa. Pojawiły się nawet żarty różnych rządowych dronów (Michał Woś, Radek Fogiel) z tego, że „hłehłehłe, pewnie chodziło o tę konsolę Pegasus hłehłehłe i komuś się pomyliło). Jeżeli zaś chodzi o dygresję, to już ją wam prezentuję. Otóż, należy pamiętać o tym, że w przypadku polskich władz, to nie jest tak, że dostęp do Pegasusa miały jakieś bliżej nieokreślone „władze i służby”, które w razie konieczności używały go jedynie do celów, do których (w teorii) został stworzony. W naszym przypadku trzeba głośno mówić o tym, że dostęp do systemu Pegasus miała Zjednoczona Prawica. Jest to oczywista oczywistość dla każdego, kto obserwuje centralne sterowanie wszystkim i to, że partia rządząca niejednokrotnie wykorzystywała służby specjalne do walki politycznej. Najgłośniejszym przypadkiem było objęcie Ludmiły Kozłovskiej zakazem wjazdu do UE na postawie dętych zarzutów spreparowanych przez służby. Sąd sobie potem tymi „ustaleniami” wytarł wiadomą część ciała (ale wiecie, w „reformie sądownictwa” wcale nie chodzi o to, żeby było tak jak było i żeby sądy wydawały wyroki po myśli władzy).  To nie jest tak, że do tego, co udało się wydrzeć z Pegasusa dostęp miało jakieś niewielkie grono speców i fachowców, a cała sprawa była objęta jakąś tajemnicą (tzn., owszem, była, ale nic z tego nie wynikało).


Inszą narrację zafundował nam wszystkim Cezary „Metyl” Gmyz: „Poczytałem sobie o Pegasusie. Żeby się zainstalował delikwent musi kliknąć w link. Chyba zadzwonię do mecenasa ze sztuczką na wnuczka lub policjanta skoro tak łatwo dał się zrobić w qnia”. Dosłownie kilka sekund zajęło mi znalezienie strony Wiki, na której opisano to, w jaki sposób działa Pegasus i w jaki sposób infekuje urządzenia. Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że „Metyl” przeczytał tylko dwa zdania i resztę sobie olał (względnie, pomroczność jasna go pokonała). Pozwolę sobie zacytować tę „resztę”, którą Gmyz pominął: „Drugi sposób, bazujący na wykorzystaniu komunikatora internetowego, nie wymaga interakcji z linkiem. Wystarcza samo jego wyświetlenie. Trzeci sposób zainfekowania telefonu wykorzystuje połączenie telefoniczne, którego odebranie nie jest konieczne do instalacji Pegasusa (wystarcza samo przesłanie sygnału)”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Gmyz jest ostatnią osobą, która powinna się wypowiadać na tematy związane z hakowaniem/etc. Tenże bowiem sam Gmyz kiedyś opowiadał o tym, jak to był ostrożny, bo jak pisał tekst o trotylu, to „kilka razy systemy bezpieczeństwa wykrywały próby włamań na jego komputer”.


Jeszcze bardziej inną narrację zaproponował Premier Tysiąclecia. Jeżeli mam być szczery, to ta narracja była chyba najbardziej idiotyczna i potencjalnie najbardziej szkodliwa (aczkolwiek zapewne i tak nikt tego nie wykorzysta). Otóż, Premier Tysiąclecia stwierdził, że jeżeli chodzi o hakowanie takich, czy innych osób, to „tu możemy mieć od czynienia potencjalnie - jeśli się potwierdzą takie fakty - z działaniem bardzo różnych służb”. No bo wiecie, to nie tak, że tylko Zjednoczona Prawica miała dostęp do Pegasusa, bo przecież służby innych krajów też miały, więc może akurat to one wjechały Brejzie, Giertychowi/etc. na telefony. Aż dziw bierze, że na samym końcu wypowiedzi Premier Tysiąclecia nie dodał „hashtag zaorane”. Tyle, że jak wspomniałem przed momentem, to jest praktycznie samobójcza narracja. No bo ok, z jednej strony Premier Tysiąclecia starał się odsunąć od swojej partii podejrzenia wiadome. Tyle, że przy okazji sprawił, że gdybyśmy mieli w Polsce jakieś sensowne dziennikarstwo (i opozycję, której by na czymś zależało), to politycy partii rządzącej byliby potem grillowani następującymi pytaniami: „czy premier posiada informacje o tym, że służby obcych krajów włamywały się na telefony polskich polityków, prokuratorów, działaczy politycznych?”, „służby których krajów znajdują się w kręgu podejrzeń?”, „czy polskie służby starają się ustalić, czy wyżej wymienione osoby były jedynymi, na których urządzenia dokonano włamania?”, „co robią polskie służby, żeby zabezpieczyć polskich polityków, prokuratorów/etc. przed cyber-atakami ze strony służb obcych krajów?”, „od jak dawna polskie władze mają podejrzenia odnośnie tego, że służby obcych krajów inwigilują polskich polityków, prokuratorów/etc.?”, „czemu premier zwlekał z poinformowaniem opinii publicznej o tym, że służby obcych krajów mogą inwigilować polskich polityków, prokuratorów/etc.?” i na tym skończę tę wyliczankę, choć takich pytań można by było zadawać znacznie więcej. Nawet w standardowych warunkach narracja Premiera Tysiąclecia byłaby samobójcza. W kontekście tego, co obserwujemy od dawna w internetach, jest to narracja godna politycznej Nagrody Darwina. Chodzi mi, rzecz jasna, o to, że od dłuższego czasu każdy, kto ma internet, może sobie poczytać maile Dworczyka i jego kolegów. I nie, nie będę używał określenia „domniemane”, bo ta ekipa pierdylion razy potwierdzała prawdziwość tych maili. Tak więc, mamy sytuację, w której maile PiSowskich VIPów śmigają sobie po internetach (czasem są to maile zawierające nie-do-końca-jawne informacje), a premier usiłuje bagatelizować włamy na urządzenia polityków opozycji/prokuratorów twierdząc, że w sumie to może być wina obcych służb i wyjść z założenia, że to zamyka sprawę. Genialne. Po prostu, kurwa, genialne. Z tą narracją jest jeszcze jeden „mały problem”, ale nim zajmę się w dalszej części tekstu.


Kolejne narracje dostarczone zostały przez rządowych mediaworkerów. Jeden z nich stwierdził, że no wszystko fajnie, ale w sztabie Kidawy-Błońskiej to też doradzał Nowak, a ten to ma za uszami i że generalnie to wszystko wina opozycji. Słowem się, kurwa, nie zająknął, w jaki sposób z tego, że Nowak był w sztabie Kidawy-Błońskiej wynikła konieczność wjechania Brejzie na telefon. Inszy mediaworker (który po zatrudnieniu w TVP skasował 200 K [słownie – dwieście tysięcy] ćwitów ze swojego konta]) wyprodukował narrację, która ma mocne drugie miejsce po tej, którą zaprezentował nam Premier Tysiąclecia. Ów mediaworker napisał był do Ewy Wrzosek: „Nie przedstawia Pani żadnej wartości operacyjnej, żeby wydawać 100 tys dol na podsłuch. To tylko ego okłamuje panią, że jest pani ważna”. Ta narracja jest zabawna, bo jej autor zdaje się wychodzić z założenia, że w przypadku tej konkretnej partii rządzącej można zagrywać kartę „nie no, oni by tego nie zrobili, bo to pieniądz kosztuje niemały!”. Zupełnie bez związku z cała sprawą chciałem przypomnieć, że te 100 tysięcy baksów (licząc po dzisiejszym kursie), to niecałe 0,571%  kwoty, przejebanej przez Sasina na wybory, które się nie odbyły. Ujmując rzecz innymi słowy: partia rządząca mogła wpompować dowolną kwotę w inwigilacje. Tych narracji było od cholery (sugerowano np., że skoro inwigilowano te konkretne osoby, to pewnie był po temu jakiś Ważny Powód [zapomniano wspomnieć o tym, że tym powodem było to, że partia ich nie lubi]).  


Nawiasem mówiąc to, że coś jest nie tak (tzn., że pewne osoby mogą być inwigilowane) było jasne od momentu, w którym w mediach rządowych publikowano (jak się potem okazało, nieco przerobione) smsy, które wyciągnięto z telefonu Brejzy. To jest swoją drogą (taka publikacja) srogie przegięcie. No bo, skąd tak właściwie wzięły się w mediach te smsy? Ktoś musiał mieć dostęp do telefonu Brejzy. I tu się pewien problem pojawia, bo co prawda można kogoś „legalnie inwigilować”, ale w ściśle określonych przypadkach. Nawet gdyby było tak, że taka inwigilacja byłaby uzasadniona, to ujawnienie w ten sposób uzyskanych materiałów obwarowane jest pierdylionem obostrzeń. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Brejza nikomu nie udostępniał zawartości swojego telefonu (a prokuratura nie miała do niego dostępu). Pereira (bo nim jest wyżej wymieniony mediaworker) nie chce powiedzieć skąd ma te kwity i zasłania się „tajemnicą dziennikarską”. Patrzałem sobie dyskusję prawników na ćwitrze i tam zapanował konsensus odnośnie tego, że o ile bardzo trudno będzie komuś ze służb/etc. udowodnić, że działo się coś nielegalnego (no chyba, że jakiś sygnalista z kwitami się pojawi), to w przypadku Pereiry sprawa wygląda inaczej, bo on ma po prostu zamaszyście przejebane. Teraz jest nie do ruszenia (no chyba, że podpadnie Prezesowi Polski), ale on ma świadomość tego, że prędzej czy później, obecnie chroniący go układ się skończy, a wtedy będzie miał problemy i to poważne. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Premier Tysiąclecia wsadził Pereirę na minę (tak, to jest ten kolejny problem z narracją o obcych służbach) opowiadając o tym, że przecież z tą inwigilacją to mogło być tak, że służby obcych państw się nią zajmować mogły. Jeżeli bowiem osadzimy sobie narrację „to obce służby mogły inwigilować” w kontekście tego, że zawartość telefonu jednego z polityków pojawiła się w głównym rządowym programie (dez)informacyjnym, to jest to prosta droga do zadawania pytań w rodzaju „jak to się stało, że obce służby inwigilują polskich polityków, a następnie podrzucają zawartość zhakowanych urządzeń rządowym mediom?”. Potem zaś (po tym, jak obecnie panujący układ się zawali), może to być kolejny wątek w śledztwie. Tak, wiem, to jest przeca bzdura, którą opowiedział Premier Tysiąclecia, ale skoro on to powiedział publicznie i potem tego nie sprostował, to śledczy mogą jego słowa potraktować poważnie, prawda?


W kontekście inwigilacji warto poruszyć kwestię wyborów. Tak się bowiem (co za przypadek!) złożyło, że w czasie, w którym zaglądano do telefonu Brejzy, był on szefem sztabu KO. Pytaniem, które należy sobie w tym momencie zadać jest to „czy PiS wygrałby wybory, gdyby nie inwigilacja Brejzy” (nie, to nie jest „domniemana inwigilacja”, bo primo, skądś się te smsy wzięły w mediach rządowych, a secundo, CL raczej nie miał powodów do zmyślania). Odpowiedź na to pytanie jest IMHO twierdząca. Czy uzyskałby samodzielną większość? Wydaje mi się, że nie. Choćby z tego powodu, że nie mamy pewności odnośnie tego, czy Brejza był jedynym politykiem opozycji, który był inwigilowany (można bezpiecznie założyć, że nie, bo 100 tysięcy dolarów to dla partii rządzącej bardzo niewielka kwota za to, żeby mieć wgląd w pracę tego, czy innego sztabu wyborczego). Jednakowoż są to rozważania (czy PiS wygrałby bez inwigilacji) całkowicie bezprzedmiotowe, bo jebanym skandalem jest to, że w ogóle do inwigilacji doszło. Bo wiecie, ja tam mam o naszej opozycji zdanie takie, jakie mam (no średnio im się, kurwa, chce), ale tego rodzaju „wspomaganie” ze strony partii rządzącej powinno budzić skojarzenia z pewnym systemem, który się w Polsce skończył w 1989 roku. Aczkolwiek nikogo nie powinno dziwić to, że partia, która non stop pierdoli o tym, że „walczy z postkomuną” składa się z ludzi, którzy wprost idealnie odnaleźliby się w czasach słusznie minionych po stronie betonu PZPR-owskiego. Nieśmiało (jak to zwykle ja) chciałbym przypomnieć wszystkim, którzy są zaangażowani w tego rodzaju działalność, że nie tak dawno temu w życie weszła pewna ustawa zwana „dezubekizacyjną” i skoro raz się taką ustawę wprowadziło, to ktoś może potem rozciągnąć kategorię „ubeka” na osoby zajmujące się bezprawną inwigilacją, bądź też systemowym oczernianiem oponentów politycznych.


Ja wiem, że bardzo wiele się mówi o tym, że „naah, jak PiS przegra to nikomu się nic nie stanie, bo przecież już raz była okazja do pociągnięcia Zbyszka do odpowiedzialności i jakoś się nie udało”. Przyjmuję te argumenty do wiadomości, jeno chciałbym zauważyć, że teraz są trochę insze realia. Jeżeli PiS straci władzę, to stanie się tak dlatego, że suweren się na partię rządzącą wkurwi. Jeżeli zaś się wkurwi, to będzie się domagał rozliczeń. Histeria PiSu świadczy o tym, że oni sobie z tego doskonale zdają sprawę. Zwróćcie uwagę, że ci ludzie nie zachowują się tak, jak gdyby groziło im jedynie oderwanie od koryta. Oni podskórnie czują, że tym razem utrata władzy może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jeżeli chodzi o Pegasusa, to Zjednoczona Prawica najprawdopodobniej straciła swoją zabawkę: „Jak informują izraelskie media, lista państw mogących kupować od tego kraju specjalistyczne narzędzia szpiegowskie zmniejszyła się ze 102 do 37. Z wykazu usunięto państwa, które Izrael uznał za reżimy autorytarne - w tym Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Maroko, Meksyk. Na tej liście znalazły się także Polska i Węgry”. Nie wiem, jak to się ma do już sprzedanych licencji i robienia update-ów, ale najprawdopodobniej zabawka została stracona. Ciekawie w tym kontekście brzmią słowa tuzów Zjednoczonej Prawicy, którzy opowiadają o tym, że polskie służby powinny mieć takie narzędzie, bo przeca ono pomaga walczyć z terroryzmem/etc. No więc, może i powinny, ale chyba już nie będą miały.


Na sam koniec rozważań okołoPegasusowych dorzucę ciekawostkę, która się pojawiła na lokalnym portalu. Otóż, sztab Konrada Fijołka (obecny prezio Rzeszowa) w trakcie trwania kampanii, miał poważne podejrzenia odnośnie tego, że albo mają „kreta”, albo ktoś ich słucha: „Czy Konrad Fijołek, prezydent Rzeszowa, mógł być inwigilowany Pegasusem? Takiej ewentualności nie wyklucza nasz rozmówca, który przyznaje, że podczas kampanii wyborczej "za dużo było zbiegów okoliczności", "wiedziano o każdym kroku". Sztab najpierw podejrzewał "kreta", ale - jak przekazuje nasz rozmówca - "sytuacja uspokoiła się, kiedy ograniczono kontakty telefoniczne"”. O ile w przypadku opozycji przedstawiciele partii rządzącej mogą opowiadać o tym, że „hurr durr, bóldupią, bo przegrali”, to w przypadku obecnego prezia Rzeszowa sytuacja wygląda nieco inaczej, bo, no cóż, on wygrał. Warto w tym miejscu zauważyć, że każda partia opozycyjna (nie, Konfederacja to nie partia, Konfederacja to polityczny odpowiednik nowotworu złośliwego) przygotowując się do kampanii, powinna opracować sobie jakieś sensowne procedury bezpieczeństwa, potem zaś przeszkolić wszystkich działaczy, żeby zminimalizować ryzyko inwigilacji. Tzn. może nie tyle ryzyko inwigilacji (bo to zawsze istnieje), ale ryzyko tego, że w momencie, w którym do inwigilacji dojdzie – inwigilującemu przysłowiowy chuj z niej przyjdzie. Tak, wiem, tego rodzaju procedury powinno się wprowadzić już dawno temu, ale nasza opozycja jest za bardzo zajęta opowiadaniem o tym, kto jest większym chujem i kto bardziej współpracuje z PiSem.


Przed momentem wspomniałem o politycznym odpowiedniku nowotworu złośliwego. Przyjdzie nam się na moment nad tymże nowotworem pochylić, albowiem Konfederacja wyłapała bana na FB. Wyłapała go za prowadzenie akcji dezinformacyjnej, której efekty obserwujemy codziennie, patrząc na liczbę zgonów covidowych. Byłem całkowitym brakiem zaskoczenia Jacka, gdy okazało się, że prócz prawicy, która „broniła wolności słowa” w obronę konfiarzy wziął kawałek komentariatu, który zaczął twierdzić, że to niefajnie tak banować, bo wolność słowa. Inne osoby podnosiły argument, że to niefajnie, bo teraz blokują konfiarzy, a co będzie, jak nas będą chcieli zablokować? Nie chciałbym być źle zrozumiany, więc postaram się swoje stanowisko wyrazić w bardzo wyważony sposób: dobrze się stało, że ich profil spadł i chuj mnie obchodzą wypowiedzi, których autorzy tłumaczą, że „A cO bĘdZiE JaK tObIe ZrZuCą PrOfIl?”. Tak się bowiem składa, że doskonale pamiętam prawicowe rajdy zgłoszeniowe na nie-prawicowe (tak więc również lewackie) fanpeje. Teraz się już z tym zgłaszaniem nie obnoszą (pewnie zmawiają się na zamkniętych grupach), ale to, że pej potrafi spaść z rowerka na tydzień po tym, jak admin się wkurwi i w trakcie dyskusji spostponuje jakiegoś prawaka świadczy o tym, że te akcje nadal trwają. Pisząc swoje ściany tekstu bardzo dbam o to, żeby nie znalazło się w nich nic, za co mógłbym spaść z rowerka. Czasem są to dość absurdalne sytuacje, bo, na ten przykład, nieco zmieniam cytaty prawaków, które wiszą sobie na FB, bo przeca ci sami prawacy, którzy fapią do tych prawackich wypocin bez mrugnięcia okiem będą słać zgłoszenia do FB (rzecz jasna wszystko w ramach obrony wolności słowa). Jeżeli więc ja mogę uważać na to, co piszę, to tym bardziej mogą to robić partie polityczne.  


Insza inszość to fakt, że profil konfy nie spadł za to, że ktoś tam kogoś nazwał chujem, czy tam zdrajcą, ale za dezinformację, której efekty (jak to już wspomniałem) obserwować możemy codziennie. Wydaje mi się, że warto na to zwracać uwagę zanim się zacznie pierdolić jakieś smuty o wolności słowa. Bo w tym momencie nie chodziło o to, że ktoś komuś jakieś uczucia zranił, ale o to, że ludzie nam w kraju umierają, a pewna partia postanowiła nabijać sobie zasięgi przy pomocy dezinformacji. Partia rządząca zaś nic z tym nie robi (teraz nawet bronią Konfy), albowiem częścią partii rządzącej jest Solidarna Polska, która walczy z konfą o foliarski elektorat. PiS doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby doszło do rozłamu, to „ciężka folia” odejdzie razem z Solidarną Polską, tak więc obserwujemy tolerowanie idiotyzmów. Na ten przykład, można być kuratorką oświaty i opowiadać brednie o szczepionkach i nie stracić za to stanowiska. No, ale to tylko dygresja. Najzabawniejsze po tym, jak konfę zrzucono z rowerka, było to, że konfiarze płakusiali w mediach, jak to im ten profil zrzucono bez żadnego ostrzeżenia. Jedna z ćwiterianek zrobiła wąteczek (będzie w źródłach), w którym wrzuciła screeny z konfiarzami chwalącymi się upomnieniami od administracji FB i opowiadającymi o tym, że się nie ugną/etc. Rzecz jasna, chyba żadnemu mediaworkerowi nie chciało się pochylić nad tym wątkiem i powielają brednie o tym, że „bez ostrzeżenia ten profil zrzucono”. Parafrazując klasyczkę: „sorry, taki mamy klimat”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Teraz z „dużej” polityki zejdziemy sobie na poziom samorządowy. Jakiś czas temu (tak, wiem, nadużywam tej frazy w tym Przeglądzie) Zjednoczona Prawica przegłosowała podwyżki dla samorządowców. Nie interesowałem się tym za bardzo, albowiem wyszedłem z założenia, że skoro w 2018 obniżono samorządowcom kasę „na sztywno”, to pewnie tak samo rzecz się miała z podwyżkami. A potem się nad tym pochyliłem i okazało się, że, jak to powiedział bohater filmu, który powinien być znany każdemu koneserowi (i koneserce) chujni (chodzi o „Smoleńsk”): „To nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. O ile bowiem obniżka była zrobiona „na sztywno”, to z podwyżką rzecz się ma inaczej. Otóż, z podwyżkami jest tak, że co prawa są one obligatoryjne, ale ustawodawca wprowadził jedynie widełki, w których musi się zmieścić taka podwyżka. Przez chwilę zastanawiałem się nad tym „po jaką cholerę zrobiono te widełki”, a potem do mnie dotarło, że jest to po prostu pułapka na część samorządowców. Gdyby bowiem chodziło po prostu o to, żeby tym samorządowcom podwyższyć kasę, to zrobiono by to tak samo, jak z obniżkami (macie tu tyle % i spierdalajcie). Nie dałoby się tego w żaden sposób wykorzystać jako „paliwa” politycznego. No bo, co prawda, samorządowcy dostali podwyżki, ale nie oni o tym decydowali. Zupełnie inaczej rzecz się ma w sytuacji, w której ustawodawca wrzuca w ustawę widełki, a samorządy same mają decydować o tym „ile”. No bo w takim przypadku można się przypierdolić do samorządowców, że sobie dali tyle i tyle (jeżeli np. dali sobie „max”) i wspomnieć o tym, że co prawda te podwyżki to przez ustawę, ale to nie ustawodawca decydował o tym, jak wysokie będą. Przyznam szczerze, że jak sobie wrzuciłem ten temat do puli linków, to nie grzebałem w necie. Zacząłem grzebać dopiero wtedy, gdy zacząłem pisać. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy na portalu „Dziennik Polski” (khe, khe Polska Press) natrafiłem na artykuł, w którym poruszano kwestię podwyżek w Niepołomicach. Podano tam nawet piękne wyliczenia i na samiuteńkim końcu artykułu dodano: „Przypomnijmy. Obecne podwyżki w samorządach są obligatoryjne, związane z rozporządzeniem Rady Ministrów, ustalającym nowe stawki dla poszczególnych stanowisk i funkcji, które weszło w życie od 1 listopada 2021. Natomiast decyzja o ile (w określonych „widełkach”) powiększone zostaną wynagrodzenia władz samorządowych i diety radnych, należy do samorządów.”. Nie mam pojęcia, jaki wpływ na decyzję wyborców będzie mieć kwestia podwyżek, ale jestem dziwnie spokojny o to, że kandydaci PiSu będą się starali ten temat poruszać (a co za tym idzie, będą to robić również regionalne portale/gazety przejęte przez PiS).


Swoją droga, warto mieć na uwadze to, że (jeżeli PiS dociągnie do końca kadencji) w 2023 mamy podwójne wybory: parlamentarne i samorządowe. Ponieważ PiSowi może w wyborach parlamentarnych pójść różnie (choć opozycja robi wszystko, żeby jednak było tak, jak było) i wtedy walka o przejęcie części miast (a co za tym idzie, paśników miejskich) będzie dla PiS walką o polityczne przetrwanie. Rzecz jasna, gdyby się udało jakieś miasto przejąć, to by się okazało, że kandydaci krytykujący podwyżki nagle zmienią zdanie. Podobną sytuacje obserwowałem w Wyimaginowanym Mieście nad Akwenem. Otóż, w pewnym momencie okazało się, że w trakcie rządów byłego prezia (tego, który „wziął pożyczkę od ABC”) w spółkach miejskich dostali olbrzymie podwyżki (przykładowo, zawiadowca wodociągów przeskoczył z 8.5 tys brutto, na 15 koła). Osobą, która upubliczniła kwestię tych podwyżek, był radny z ramienia PiS, który zapytał o to w interpelacji. I wszystko byłoby fajnie, bo tego rodzaju sytuacje trzeba nagłaśniać. Tyle, że z tym nagłośnieniem jest jeden problem. Otóż, nagłaśniającym był człowiek, który przez jakiś czas był Pełniącym Obowiązki Prezydenta miasta. Z tym pełniącym obowiązki sprawa była dość zabawna, bo jego „PO” wygasło w momencie, w którym uchylony został areszt tymczasowy i wtedy osoba, którą powołał na jego zastępczynie została zawiadowczynią miasta (i powołała tego typa na swojego zastępcę). Człowiek ten był pełniącym obowiązki prezydenta, tak więc miał wgląd we wszystkie papiery i musiał wiedzieć o tych podwyżkach. Czemu więc nie nagłośnił tej sprawy w trakcie swojego pełnienia obowiązków? Ano temu, że był namaszczony na kandydata w wyborach prezydenckich. To była prosta kalkulacja: po co nagłaśniać te podwyżki, skoro mogę wygrać, a jak wygram, to obsadzę stołki „swoimi”? Ponieważ marzenia o zwycięstwie skończyły się na pierwszej turze i nokaucie wyborczym, obrażony radny „nagle” przypomniał sobie o tych podwyżkach i zapragnął nagłośnić tę kwestię. Tak, jak wspomniałem kilka liter temu: jeżeli jakiś PiSowiec wygra wybory, to nagle się okaże, że podwyżki się tym samorządowcom (tym prawilnym) po prostu należały.   


Dwa ostanie tematy będą bez linków źródłowych. W przypadku pierwszego będzie tak dlatego, że po prostu nie chce się wkurwiać robiąc research, a w przypadku drugiego o nienabijanie zasięgów jednemu antencjuszowi. Ale, jak to mawiał Wołoszański „nie uprzedzajmy faktów”. Pierwszym tematem będzie kwestia covidowa. Jeżeli chodzi o to, w jaki sposób partia rządząca przygotowała nasz kraj na falę Omikrona, to idealnie pasuje tu cytat z klasyka „to jest dramat, kurwa”. Co jakiś czas partia rządząca organizuje konferencje prasowe i ustami obecnego szefa Ministerstwa Zdrowia opowiada nam o tym, że w sumie to nic się, kurwa, nie da zrobić. Jakiekolwiek sensowne akcje promowania szczepień zostały olane, nad obowiązkiem szczepień partia rządząca się nawet nie zastanawia (bo ma po części elektorat foliarski), partie opozycyjne lawirują w temacie szczepień (w praktyce, jedynie Lewica konsekwentnie domaga się obowiązkowych szczepień). Największa partia opozycyjna na pytania o to „co teraz zrobić” odpowiada frazesami w rodzaju „no ale to nie my rządzimy...”. I w sumie to trudno odmówić racji tym twierdzeniom, tylko, że z nich nic nie wynika. Tzn. wynika jedynie tyle, że foliarze są utwierdzani w przekonaniu, że „mogą bardzo wiele”. Zejdźmy na moment na kwestię politycznego pragmatyzmu. Żeby choć było tak, że ci wszyscy lawiranci cokolwiek zyskują na swoim lawirowaniu. Żeby to wyglądało tak, że unikają odpowiedzi na pytania „co zrobić”, ale największa partia opozycyjna ma np. 10% przewagi w sondażach nad PiSem. Wtedy dałoby się to jakoś zrozumieć. Tzn., ok, partia ma w dupie ludzkie życie, ale przynajmniej jeżeli chodzi o słupki to „poparcie się zgadza”. Tyle, że tak nie jest. PiS co prawda nie ma tak wysokiego poparcia, jakby chciał, ale można zaobserwować tendencję spadkową, która na pewno, kurwa, nie jest efektem tego, że politycy opozycji lawirują w kwestiach covidowych.


Jeżeli coś PiSowi ma zaszkodzić, to tym czymś będą zmiany w prawie podatkowym, które wprowadzano tak, że nawet część urzędników skarbowych nie wie, o co w nich chodzi („pracownicy Krajowej „Administracji Skarbowej nie byli z wyprzedzeniem informowani o obowiązującej wykładni nowych rozwiązań podatkowych"”). PiSowi może zaszkodzić drożyzna (bo różnice w cenie różnych produktów są, no cóż, „dostrzegalne”) i inflacja. Z tą inflacją to jest w sumie zabawna sprawa (o ile może być cokolwiek zabawnego w tej kwestii). Gdy państwowi urzędnicy opowiadają o tym, że w sumie to PiS ma niewielki wpływ na to, co się dzieje w kwestii inflacji, to wszyscy mają z nich bekę i mało kto im wierzy. Tyle, że w tym konkretnym przypadku ci ludzie mają rację, bo, na ten przykład, surowce zaliczały w ostatnim czasie (na przestrzeni 2 lat) skokowe ceny, a to jest jeden z czynników inflacyjnych. Swego czasu odezwał się do mnie człek, który zauważył, że jeżeli chodzi o papier, to robi się coraz bardziej przejebane (wychwycił też skokowe ceny innych surowców). Ponieważ chuja się na tym znam, postanowiłem, że spróbuję tym tematem zainteresować lewicę. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Tyle, że nic z tego nie wynikło, bo choć, przedstawiciel „dołów” partyjnych, któremu ten temat podrzuciłem „podał dalej”, ale wszystko zatrzymało się na tym, że zostało to olane przez czynniki decyzyjne (mimo, że padła obietnica „zajęcia się tą sprawą”). W tej dygresji zmierzam do tego, że bardzo prawdopodobne jest to, że mało który polityk rozumie przyczyny, dla których inflacja jest teraz taka, a nie inna (nie, nie chodzi o 500+), bo mało komu chciało się nad tym tematem pochylić. Już mi nawet nie chodzi o to, że olano tego konkretnego typa, o którym wspomniałem, ale o to, że artykuły o tym, że „źle się dzieje” (np. o problemach z kontenerami) pojawiały się w mediach i przechodzą bez echa, bo jeżeli chodzi o polityków to #nikogo. Zdarzało się mnie czytać wywiady ze specami, którzy tłumaczyli, że samo podwyższenie stóp procentowych pomaga w sumie jedynie bankom i że żeby faktycznie jakoś zrównoważyć inflację, trzeba by było te stopy podwyższyć tak, że kredytobiorcy ruszyliby z taczkami Nowogrodzką (o ile, rzecz jasna, zrobiliby wcześniej zrzutkę na te taczki). Nieco absurdalne jest to, że władza, która zjebała w Polsce wiele rzeczy, po łapach obrywa za coś, na co nie ma wpływu. No ale, skoro PiS jebał w PO, wtedy gdy USA zafundowało całemu światowi kryzys finansowy, to teraz wszyscy mogą jebać (w) PiS. I tylko czasem się w debacie przewijają niszowe głosy, że wszystko spoko, ale warto pamiętać o tym, że nawet jeżeli PiS się wywali i rozwali sobie ryj, to drożyzna się nie skończy i warto by było to brać pod rozwagę w swoich rachubach politycznych (żeby się nie okazało, że nowy-wspaniały-rząd swoje urzędowanie zacznie od kolejnej terapii szokowej).


No, ale to dygresja przydługa. Póki co rządzi nami PiS i z obawy przed urażeniem uczuć foliarskich nic nie robi. Tak, wprowadzono na chwilę zdalne nauczanie, ale teraz znowu dzieciaki do szkół puszczają mimo tego, że szef MZ tłumaczy nam wszystkim, że jest źle, a poza tym to jak przyjdzie omikron, to będzie jeszcze gorzej, ale na wszelki wypadek nic nie robimy. Na uznanie zasługuje to, że rządowe media nadal próbują się bawić w propagandę sukcesu i non stop opowiadają o tym, ile to zachorowań w tym, czy innym kraju i informują o kolejnych rekordach. Rzecz jasna, zupełnie pomijają ten drobny szczegół, że jeżeli chodzi o liczbę zgonów, to nasz kraj znajduje się w czołówce  razem z resztą krajów z chujowym poziomem wyszczepienia. Jakoś tak cicho w rządowych mediach było również o naszym polskim rekordzie zgonów (przeskoczyliśmy rekord z poprzednich fal), a przecież można by było dojebać pasek „Europa zazdrości Polsce rekordu liczby zgonów”. Żeby nie przedłużać tego kawałka, najbardziej wkurwiające w tym wszystkim jest to, że gdyby Zjednoczona Prawica „zwalczyła” impossybilizm i wprowadziła obowiązek szczepień, to nic by się nie stało. Tzn. może inaczej, stałoby się to, że ludzie by się zaszczepili (poza ciężką folią, która gotowa by była płacić kary/etc.) i spadłaby liczba zgonów. Foliarskie argumenty, odnoszące się do tego „co nam może szczepionka zrobić złego”, przestałyby mieć rację bytu (bo nic by się nie stało). Obstawiam, że paniczny lęk obecnej władzy przed takim rozwiązaniem bierze się stąd, że Zjednoczona Prawica nie wie, kiedy będą wybory. Gdyby miały się odbyć w 2023, to obowiązek szczepień w niczym by władzy nie zaszkodził. Gdyby miały się odbyć za kilka miesięcy, mogłoby być zupełnie inaczej. Tak więc, władza nie robi praktycznie nic, a ludzie umierają.


Ostatnim wątkiem, który poruszę w tym Przeglądzie będzie wątek związany z pewnym atencjuszem, który nie tak dawno temu był przez sporą część lewicy uznawany za kogoś, kto „sensownie pisze i mówi”. Chodzi, rzecz jasna, o Rafała Wosia. Co prawda, wspominałem już o tym kiedyś, ale powtórzę na wypadek, gdyby coś się popsuło i nie było mnie słychać: ja się nie załapałem na ten moment, w którym Woś „pisał i mówił sensownie”. Dla mnie Woś to osoba, która przez dłuższy czas zajmowała się suflowaniem prawicowych narracji, a potem już przestała się kryć z sympatiami. Zaczęło się od chwalenia PiSu za „lewicowość”, a skończyło na tym, że Woś po prostu produkuje artykuły, na które jest akurat zapotrzebowanie. Jakiś czas temu mądrzył się w temacie tego, że w sumie ta inflacja nie jest taka zła i że nie powinno się nią straszyć. Ponieważ potem kilka razy podjęto decyzję o podniesieniu stóp procentowych, żeby walczyć z inflacją, Woś nagle zmienił zdanie i zaczął pisać o tym, że inflacja jednak zła. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem to, że Wosia w pewnym momencie zaczęła propsować skrajna prawica (Gmyz, Krysztopa/etc.). Znamienne jest to, że jakiś czas temu Woś pompował balonik wizerunkowy Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, który napisał „raport”, w którym stało, że jeżeli chodzi o Polskę w UE, to Polska do tego interesu jeszcze dokłada. Ja rozumiem, że można mieć różne poglądy, ale śmiem w swej zarozumiałości twierdzić, że jeżeli ktoś mizia się z Patrykiem Jakim i innymi przedstawicielami skrajnej prawicy i jeżeli ten ktoś non stop sufluje prawicowe narracje, to można bezpiecznie założyć, że taki ktoś raczej nie reprezentuje lewicy. Nawet, jeżeli ten ktoś wszystkich dookoła wyzywa od liberałów. Przyznam szczerze, że choć rozumiem po co PiSowi jest Woś (po to, żeby pokazać, że „lewica jest po stronie PiSu”), to nie bardzo rozumiem, jak to jest, że Woś nadal twardo podaje się za lewaka. Aczkolwiek być może patrzę na to wszystko ze złej perspektywy i chodzi po prostu o kasę, którą Woś zarabia dzięki byciu reglamentowanym „lewicowcem”. Gdyby publicznie przyznał, że się nawrócił na prawicowość (co w sumie oznajmia praktycznie każdym swoim kolejnym artykułem i ćwitem), PiSowi byłby średnio potrzebny (bo osób, które mówią i piszą praktycznie to samo co on po prawej stronie mają od cholery) i mógłby zostać zesłany do jakiejś TV Republiki, a tam ponoć średnio płacą.  


I tym optymistycznym akcentem zakończę niniejszą „ściankę” tekstu. Od siebie dodam jedynie tyle: zaboosterujcie się, gdy tylko będzie to możliwe i nie odpinajcie pasów, bo dopiero zaczyna nami trząść.   


Źródła:

https://tvn24.pl/polska/pegasus-krzysztof-brejza-ewa-wrzosek-i-roman-giertych-inwigilowani-badacz-citizen-lab-john-scott-railton-komentuje-5543135


https://oko.press/pegasus-czyli-jak-kaczynski-zrobil-idiotow-z-premiera-ministrow-i-rzecznika/

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1224145,ludmila-kozlowska-zostala-objeta-zakazem-wjazdu-na-terytorium-polski-oraz-ue.html

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1429194,ludmila-kozlowska-otwarty-dialog-wsa.html

https://twitter.com/cezarygmyz/status/1474700690736001028

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1475181996104167424

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8323034,mateusz-morawiecki-inwigilacja-pegasus-brejza.html

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/krzysztof-brejza-pegasus-inwigilacja-komentarze-tvp-emisja-sms-ow-jaroslaw-olechowski-pan-bedzie-siedzial

https://twitter.com/yyaann17/status/1476488729510481920

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/izrael-pegasus-nie-dla-polski-jak-dziala

https://korso24.pl/rzeszow/konrad-fijolek-byl-inwigilowany-pegasusem-podczas-swojej-kampanii-wyborczej-na-prezydenta-rzeszowa-poznaj-nasze-nieoficjalne-ustalenia/A9II2L5AIxOK8gqKk9Mp

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-profil-konfederacji-usuniety-z-facebooka-ziobro-niebywale-i-,nId,5755000

https://www.wprost.pl/polityka/10591561/awantura-o-szczepionki-po-slowach-barbary-nowak-kurator-zyskala-sojuszniczke.html

Wąteczek o tym, jak to nikt Konfy nie uprzedzał:

https://twitter.com/CywilizacjaZ/status/1479110528328876032

https://nadwisla24.pl/2019/01/11/tarnobrzeg-szokujace-podwyzki-za-rzadow-prezydenta-grzegorza-kielba/

https://echodnia.eu/podkarpackie/kamil-kalinka-zastepca-zastepcy-prezydenta-tarnobrzega-anny-pekar/ar/13354840

https://www.rp.pl/polityka/art19265051-urzednicy-skarbowi-nie-odnajduja-sie-w-polskim-ladzie-pisza-do-premiera-morawieckiego


Tekst za paywallem, ale warto go przeczytać:

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2111349,1,kontener-rzadzi-swiatem.read




piątek, 10 grudnia 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #83

Niniejszy tekst zaliczył spory poślizg. Tym razem nie było żadnej martyrologii, ale najzwyklejsza proza życia. A to asystowanie przy przeprowadzce, a to własna przeprowadzka (jestem w trakcie), a to znów kwarantanna Piknika Juniora (albowiem w klasie się jedno dziecko pochorowało). Cebulą na torcie prozy życia było to, że w momencie, w którym wreszcie zasiadłem do pisania, wyjebało prąd w całym budynku.


Poniższą ścianę tekstu (od razu zastrzegam, że będzie krótsza nieco) zacznę od tematów okołocovidowych. Przez moment się zastanawiałem nad tym, czy aby nie zrobić tak, żeby tym tematom poświęcić osobną notkę, ale dotarło do mnie, że jeżeli tak zrobię, to w międzyczasie mój hoarding tematów do Przeglądu osiągnie takie rozmiary, że te wszystkie linki i tematy zapadną się w sobie, tworząc czarną dziurę.


Surfujemy sobie właśnie jako kraj na kolejnej fali covidowej. O tym, że będzie nami bardzo bujało, wiadomo było od jakiegoś czasu. Mniej więcej zaś od wtedy, gdy okazało się, że zainteresowanie szczepieniami wśród starszych roczników spada i rząd otworzył szczepienia dla młodszych (rzecz jasna, skończyło się to gigantycznym fuckupem i późniejszym masowym przesuwaniem terminów tym, którym udało się zarejestrować w trakcie tegoż fuckupu). Ponieważ nasz rząd wszystko potrafi przedstawić jako sukces, rządowe media zaczęły publikować łamiące wiadomości dotyczące tego, że Polacy mieszkający w Niemczech przyjeżdżają do naszego kraju nad Wisłą, żeby się zaszczepić, bo tam w tych Niemczech to katastrofa jest ze szczepieniami. Co prawda ta „katastrofa” oznaczała, że w Niemczech starsze roczniki się chętniej szczepią (i po temu młodsze musiały czekać), ale to już szczegół był, a w szczegółach to diabeł tkwi, tak więc nie warto się nimi zajmować. O tym, że ta „katastrofa” w Niemczech skończyła się tym, że mają tam znacznie wyższy poziom wyszczepienia, wspominać chyba nie trzeba, bo to oczywista oczywistość. Poza zdolnością do przedstawiania wszystkiego jako sukces, rząd PiSu posiadł równie istotną dla siebie umiejętność, którą jest nie branie odpowiedzialności za nic (bądź też zwalanie odpowiedzialności za wszelkie fuckupy na opozycję). Nie inaczej jest w przypadku pandemii. Otóż, jeżeli zaczniecie komentować jakiś rządowy kanał (jakże adekwatne określenie) informacyjny, albo jakiegoś polityka partii rządzącej, a z waszych komentarzy będzie wynikało, że rząd jest odpowiedzialny za to, co się teraz dzieje, zapewne w którymś momencie natkniecie się na drony, które będą wam tłumaczyć, że tu rząd niczemu nie jest winien, bo po pierwsze to zabija wirus, a po drugie to ludzie się nie chcą szczepić, to co ten biedny rząd może zrobić? Choć całkowitą odpowiedzialność za to, co teraz się dzieje ponosi rząd PiSu, to nie można pominąć milczącego współudziału „wolnych mediów” i opozycji.


O co chodzi z tym milczący współudziałem? Już tłumaczę. Druga i trzecia fala straszliwie przeorały Polskę. Liczba nadmiarowych zgonów była ogromna (niektóre media zwracały uwagę na to, że tak wysoka liczba nadmiarowych zgonów [rok-do-roku] nie była notowana od czasu II Wojny światowej). Wiadomym było, że ani rządowi, ani też rządowym mediom nieszczególnie będzie zależeć na tym, żeby tego rodzaju informacje się utrwalały, tak więc temat ten był „zamilczany” przez media rządowe, które owszem, co jakiś czas wspominały o tym, że jest wiele ofiar pandemii, ale te złe rzeczy to się dzieją w innych krajach. Taką samą strategię zastosowano w przypadku inflacji. Inflacja, owszem, jest bardzo wysoka, ale tylko i wyłącznie w innych krajach, o inflacji w Polsce rządowe media jakoś tak nieszczególnie chętnie informują, no ale to tylko dygresja. Skoro więc rządowa machina propagandowa chciała temat ofiar pandemii zamilczeć, to chyba jasne jest to, że opozycja i „wolne media” powinny robić wszystko, żeby utrudnić zadanie wyżej wymienionej machinie. Czy opozycja i „wolne media” zachowały się „jak trzeba”? A gdzie tam. Gdybym miał sobie gdybać na temat tego, czemu zostało to olane, to obstawiałbym, że chodziło o to, że uznano, że byłoby to nieetyczne, no bo przecież tu chodzi o zmarłych etc. (of korz, chodzi również o to, że opozycji się niewiele chce, a „wolnym mediom” jeszcze mniej).


I wszystko pięknie (etycznie), ale pięknoduchy, które najprawdopodobniej myślały tymi kategoriami zupełnie zignorowały to, że pandemia się nie skończyła na trzeciej fali. Z tego zaś płynął wniosek taki, że jeżeli rząd zostanie utwierdzony w przekonaniu, że może doprowadzić do śmierci kilkudziesięciu tysięcy Polaków i nie ponieść za to żadnych (choćby „słupkowych”) konsekwencji, to można być pewnym, że pandemia zostanie przez rząd olana. Skoro bowiem kilkadziesiąt tysięcy osób umarło i nikogo to nie obeszło, to jak umrze jeszcze kilkadziesiąt, to też nikogo nie będzie to obchodzić. Gdyby udało się doprowadzić do sytuacji, w której jednak kogoś by te zgony obchodziły, to być może (pewności nie mam, ale jest to wysoce prawdopodobne) rząd by się jednak nieco bardziej przyłożył do programu szczepień. Ponieważ jednak tutaj jest jak jest, rząd miał absolutnie wręcz wypierdolone na to, czy program szczepień będzie działał dobrze, czy też będzie działał jak wszystko inne „narodowe”, wymyślone przez rząd PiSu. Jeszcze innym efektem tego, że prawie nikt się nie przejął tymi zgonami było to, że rząd PiSu zamiast zajmować się ogarnianiem programu szczepień, zajmował się głównie tłumaczeniem, czemu nie może niczego zrobić. Argumentów za tym, żeby nic nie robić było mnóstwo. A to opowiadanie o tym, że w sumie to nic nie można, bo w Polsce mamy silny ruch antyszczepionkowy (ciekawym, kurwa, dzięki komu ów ruch się tak upasł ostatnimi czasy). A to opowiadanie o tym, że obostrzenia się nie sprawdzą, bo mamy w Polsce „gen sprzeciwu” (jakoś tak niespecjalnie tym „genem” się przejmowano, gdy Genialny Strateg z Żoliborza uznał, że w Polsce trzeba zaostrzyć prawo aborcyjne).


Innym razem przekonywano, że nie można zrobić tego, co we Francji (nie szczepisz się? Ok, mordo, ale tego, tego i tego nie będziesz mógł robić), bo byśmy mieli jakieś protesty i zamieszki. Tu pozwolę sobie na nieco dłuższy cytat z Niedzielskiego, bo tam jest wszystko ładnie zebrane do kupy: „Trzeba sobie zdawać sprawę, że u nas pewne środki przymusu nie tylko, że są źle odbierane, ale potrafią działać przeciwskutecznie i zniechęcać ludzi, uruchamiać postawę jeszcze bardziej negatywną czy wręcz agresywną. Ruch antyszczepionkowy w Polsce - z przykrością to muszę powiedzieć - jest stosunkowo silny i w pewnym sensie sprofesjonalizowany. Występują tu incydenty, które mają charakter agresywny. Naszym celem nie jest teraz sprowokowanie ludzi do wyjścia na ulicę i mówię tu o zacznie szerszych grupach niż w Austrii, Francji czy Niemczech – powiedział.”


Podsumujmy, nie da się wprowadzić żadnego obowiązku szczepień (ani też obostrzeń takich jak we Francji), bo foliarze wyjdą na ulicę i będą się zachowywać agresywnie. Jest to wprost wybitnie idiotyczna narracja, ale robi się jeszcze bardziej idiotyczna, jeżeli osadzimy ją w kontekście. Otóż, jestem tak stary, że pamiętam sytuacje, w której Prezes Polski wyszedł przed kamery i wezwał do „obrony kościołów”. Co prawda kościołom absolutnie nic nie groziło (poza nimi samymi), ale prezes był tak zajęty rzyganiem swoimi narracjami, że nie zwracał na to uwagi. W praktyce, odezwa Kaczyńskiego była wezwaniem do napierdalania się na ulicach. Teraz zaś mamy sytuacje, w której Polsce zagraża olbrzymie niebezpieczeństwo, a Polacy umierają setkami, tak więc zrozumiałe jest to, że typ, który był tak wyrywny do wzywania „do obrony Polski” siedzi cicho, a jego podwładni opowiadają o tym, że boją się agresywnych zachowań. To jest w sumie dość interesujące, bo gdy protestowano w pokojowy sposób, rząd bez mrugnięcia okiem poszczuł „wydział chujos” (czy jak się tam zwała ta jednostka, składająca się z nawciąganych agresywnych schabów) na protestujących, a w rządowych mediach pełno było narracji „no ci ludzie co protestują, to widać, że przeszkoleni są, a to groźne”. Teraz okazuje się, że państwo nadal jest silne wobec słabych i słabe wobec tych, których uważa za silnych.


Poza wszystkim innym, chciałbym w tym miejscu przypomnieć o tym, że zaostrzenie prawa aborcyjnego odbywało się w Polsce pod hasłami „obrony życia”. Według oficjalnych danych w Polsce (przed zaostrzeniem prawa aborcyjnego) dokonywano około 1000 terminacji ciąży w ciągu roku. Na moment przyjmijmy zygotariańską logikę, w myśl której dzięki zoastrzeniu prawa aborcyjnego można by było „ocalić” ten 1000. Teraz, dziennie na covid umiera około 500 osób i jakoś tak nie słychać, żeby „obrońcy życia” wzywali do jakichś zdecydowanych działań. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem to, że fundacja pewnej pani, która twierdzi, że „broni życia”, zajmuje się propagowaniem antyszczepionkowych bzdur. Ja wiem, że to w sumie nie powinno już nikogo dziwić, ale warto patrzeć na to, jak zachowują się samozwańczy „obrońcy życia” (czytaj: zygotarianie) w sytuacji, w której faktycznie trzeba życia bronić.


Na sam koniec rozważań pandemicznych podzielę się z wami pewną historią z życia wziętą. Mniej więcej pomiędzy dwiema falami (pierwszą i trzecią), kiedy informowano nas o tym, że prace nad szczepionką idą pełną parą, zaczęły się przebijać w debacie pojedyncze głosy, których autorzy mówili, że wszystko spoko, ale nie ma pewności, że uda się tę waksynę ogarnąć w ogóle. I tak sobie wtedy myślałem, że jeżeli tak będzie faktycznie, to będziemy mieli wszyscy zamaszyście przejebane. Do łba mi wtedy nie przyszło, że co prawda szczepionka będzie opracowana i będziemy jej mieli pod samą kokardę, ale zamaszyście przejebane i tak będzie, bo (eufemizując) nie wszyscy będą chcieli się zaszczepić. Na swoją obronę mam tyle, że wtedy jeszcze w miarę świeże były wspomnienia tego, co działo się we Włoszech, w których OZ momentalnie się „zapchała” i ludzie marli tysiącami, bo brakowało dla nich respiratorów. Co prawda, nie mam żadnych danych, którymi mógłbym podeprzeć swoją tezę, ale wydaje mi się, że gdyby wtedy była możliwość szczepień, to mało kto by z okazji do zaszczepienia się nie skorzystał. Niestety, potem debata publiczna, odnosząca się do tematów pandemicznych, krok po kroku była oddawana foliarzom. Następnie zaś ta debata została całkowicie zdominowana przez foliarzy. Winę za ten stan rzeczy ponosi w głównej mierze rząd Prawa i Sprawiedliwości, który totalnie wręcz zjebał politykę informacyjną. Kwestie pandemiczne potraktowano bowiem tak, jak wszystkie inne i zastosowano „wielonarracje” (zasypywanie debaty publicznej pierdylionem narracji, które są ze sobą sprzeczne, ale nie ma to znaczenia, bo odpowiednie narracje trafiają do odpowiednich baniek, więc nikt nie zwraca uwagi na sprzeczności). Problemy zaczęły się w momencie, w którym osoby zajmujące się dezinformacją zaczęły te nieścisłości z różnych narracji wyciągać i zestawiać ze sobą (widać to wyraźnie pod artykułami o covidzie, pod którymi zawsze jest pierdylion komentarzy „a wcześniej to mówili co innego, a teraz to mówią to”). Spójności rządowych narracji nie pomagało również to, że członkowie rządu mieli wyjebane na obostrzenia (pamiętam filmik, na którym jeden z przydupasów Genialnego Stratega założył maseczkę, a potem szybko ją ściągnął, bo prezes na niego groźnie popatrzył). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część przygłupów z partii rządzącej (w tym z otoczenia Prezydenta RP) powtarza w mediach idiotyzmy na temat szczepień.


Działania dezinformacyjne były cholernie sprofesjonalizowane. Mam w znajomych na FB kuzynkę jedną, która jakiś czas temu rozrzucała chętnie jakieś bzdury o tym, że covid nie jest groźny/etc. Kilka razy prześledziłem sobie to, od kogo ona to udostępniała i jakież było moje zdziwienie, gdy się okazywało, że za każdym jebanym razem to były jakieś randomowe osoby. Moje zdziwienie budził fakt, że te osoby (które nie były żadnymi influencerami) robiły kosmiczne zasięgi (np. kilkadziesiąt tysięcy udostępnień na FB). Te zasięgi się „same” nie zrobiły. Ktoś zadbał o to, żeby post jakiejś randomowej osoby dotarł do kilkuset tysięcy osób w Polsce. Ktoś o to zadbał, bo komuś na tym zależało. Samo w sobie nie jest to specjalnie trudne (wystarczy mieć na podorędziu farmę trolli na ten przykład). Nie jest możliwe to, że partia, która od dawna mierzy i waży internety nie ogarniała tego, że takie działania są prowadzone. Czemu więc nic z tym nie zrobiono? Obstawiam, że chodziło o to, że wykonano pewne badania, z których wynikło, że tymi bzdurami żywi się również jakaś część elektoratu partii rządzącej. Efekt końcowy jest taki, że teraz twórcy wszelkiej maści filmów (niedokumentalnych, rzecz jasna) o pandemiach będą musieli uwzględniać to, że jakaś część społeczeństwa w pandemię nie wierzy i aktywnie przeciwstawia się próbom walki z pandemią. Tak sobie myślę, że w kolejnym filmie/serialu traktującym o zombie-apokalipsie trzeba będzie umieścić grupę osób, które same z siebie będą się dawały pogryźć zombiakom, celem nabycia „naturalnej odporności”. Jak to już w kilku Głośnych Tekstach wcześniej wspominałem: trzeba zapiąć pasy, bo będzie nami trzęsło. Będzie nami trzęsło jeszcze bardziej niż do tej pory, bo teraz „czynniki zewnętrzne” wiedzą, w jaki sposób można sterować polskim rządem. Wystarczy ów rząd przekonać, że to, co chce zrobić, może negatywnie wpłynąć na jego słupki sondażowe.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Drugim tematem, nad którym się pochylimy, będzie kwestia tego, co się dzieje na granicy. Od razu zastrzegam, że nie będę się tu pochylał nad kwestiami etycznymi, ale nad zwykłym pragmatyzmem politycznym. Po pierwsze dlatego, że sytuacja jest jednoznaczna (pod względem wyżej wymienionej etyki [co nie powinno nikogo dziwić, skoro rząd PiSu uznał, że zrobi sobie z Łukaszenką zawody w tym, kto jest bardziej chujowy]). Po drugie zaś dlatego, że wymiar polityczny jest jedynym, który obchodzi partię rządzącą. Dla nikogo nie było tajemnicą to, że sytuacja na granicy wschodniej była bardzo na rękę partii rządzącej, bo niskim kosztem (tak, ludzie tam umierali w lasach, ale nieśmiało przypominam, że rząd ma w dupie setki Polaków, które umierają dzień w dzień, tak więc trudno się po nim spodziewać tego, że będzie się przejmował migrantami) można było przykryć wszystkie bieżące problemy. Choć sam nienawidzę tego określenia, to w tym momencie jest ono adekwatne: PiS potraktował sytuację na granicy jako „temat zastępczy”. Rządzący nawet nie udawali, że zależy im na tym, żeby migrantów na granicy było mniej, bo było to dla nich kolejne „polityczne złoto”. Z tego też powodu rząd nie robił absolutnie nic, żeby (używając rządowej terminologii) „presja na granicę” się zmniejszyła.


Problemy rządu zaczęły się w momencie, w którym UE uznało, że ma trochę dosyć tego, co się odpierdala i zaczęła prowadzić rozmowy (np. z szefem MSZ Iraku) z różnymi osobami (w tym z Łukaszenką) żeby ogarnąć to, co się dzieje. Reakcją rządu na te działania była skrajna histeria. Idealnym „kejsem” takiej histerii była wypowiedź Prezydenta RP: „Polska nie uzna żadnych ustaleń podjętych ponad naszymi głowami”. Co zrozumiałe, nikt z „wolnych mediów” nie wpadł na to, że może tak warto by było zacząć grillować rządzących w temacie tego, czemu tak właściwie sami nie prowadzili żadnych działań mających na celu „zmniejszenie presji na granicę”? Wypowiedź Prezydenta RP była wyjątkowa, nawet jeżeli weźmiemy pod rozwagę jego kondycję intelektualną. Jeżeli bowiem w ramach tych ustaleń migranci przestaliby napływać na granicę (bo Łukaszenka by ich tam nie zwoził), to w jaki, kurwa, sposób Polska mogłaby się na to nie zgodzić? Warto również wspomnieć o tym, że Merkel wcale nie musiała „reprezentować Polski” w rozmowach z Łukaszenką, bo prawda jest taka, że super-duper szczelna granica (święta i nienaruszalna) była tak nienaruszalna, że przedostało się przez nią ponad 9 tysięcy osób, które potem dotarły do Niemiec. Gdyby Merkel miała ochotę na obrzucanie się gównem z polskim rządem, to po prostu by powiedziała, że skoro ów rząd nie jest w stanie zadbać o „szczelność granicy UE”, to ona to zrobi za ten rząd. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że rządowe drony zaczęły podważać oficjalne dane z Niemiec i twierdzą, że nie jest możliwe to, żeby aż tylu migrantów dotarło do Niemiec bo (i tu pojawiają się argumenty z gatunku: „no uwierz mi, mordo!”).


Ponieważ wszystko wskazywało na to, że „polityczne złoto” jednak się skończy, trzeba było coś zrobić, żeby pokazać, że to wcale nie jest tak, że temat ogarniały inne kraje i (ta znienawidzona) UE, a polski rząd w tym czasie zajmował się pajacowaniem, tak więc wymyślono „ofensywę dyplomatyczną”. W praktyce wyglądało to tak, że Premier Tysiąclecia jeździł sobie po różnych krajach i udawał, że jeździ tam po to, żeby uspokoić sytuację na granicy. Cała ta „ofensywa” była czymś w rodzaju żartu (i to dość chujowego). Gdybyśmy bowiem potraktowali to wszystko poważnie, to musielibyśmy (również na poważnie) przejść do porządku dziennego nad tym, że Premier Tysiąclecia odwiedził trzy kraje jednego dnia (21-11-2021). Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja podważam to, że Premier Tysiąclecia te trzy kraje (Estonię, Litwę i Łotwę) odwiedził w ciągu jednego dnia, bo jak się dysponuje odpowiednim zapleczem logistycznym, to nie takie rzeczy można zrobić. Problem w tym, że jeżeli w odwiedzinach chodzi o coś więcej prócz pozowania do zdjęć, to warto by było się przygotować merytorycznie do prowadzenia rozmów. O tym, że w MSZ pracują naczynia gospodarcze o szerokim zastosowaniu, zwykle służące do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, wiemy wszyscy. Wiemy również, że są to ludzie, którzy (eufemizując) nie do końca zdają sobie sprawę z tego, czym powinni się zajmować. Nie powinno to nikogo dziwić, albowiem polska polityka zagraniczna kierowana jest z Żoliborza, tak więc MSZ zajmuje się tym, czym Genialny Strateg chce, żeby MSZ się zajmowało (czyli wywoływaniem konfliktów dyplomatycznych z każdym, kto się Prezesowi nie spodoba).


W kontekście tego kim są (i czym się zajmują) osoby zatrudnione w MSZ, ciężko by mi było uwierzyć w to, że są oni w stanie przygotować merytorycznie pojedynczą wizytę (nie, nie chodzi o to, że pracownicy merytoryczni [chodzi o najniższe szarże] ogarniają logistykę, ale o przygotowania do rozmów). W to, że przygotowano Premiera Tysiąclecia do odbycia trzech wizyt ni cholery nie uwierzę. Tym samym cała ta „ofensywa dyplomatyczna”, to po prostu (chujowy) reenacting „W 80 dni dookoła Świata”. O tym, jak bardzo polska dyplomacja ogarniała temat przygraniczny niech zaświadczy to, że gdy w Parlamencie Europejskim odbywała się debata odnośnie postępowania Łukaszenki, Premierowi Tysiąclecia na wszelki wypadek nie udzielono prawa głosu. O tym, że chciał tam przemawiać świadczy to, że wcześniej „zareklamowano” jego wystąpienie.


Niestety, na tym nie możemy zakończyć tematów dyplomatycznych, albowiem kolejnym poniesionym przez polską dyplomację sukcesem było to, że Joe Biden przed rozmową z Putinem (między innymi o Ukrainie) nie kontaktował się z polskimi władzami. Wicerzecznik PiS (Radosław Fogiel) skomentował to tak: „Wydawałoby się, że nasza perspektywa mogłaby być cenna, ale przecież nie będziemy nikomu nic narzucać”. Otóż, gdyby administracja Bidena uznała, że „perspektywa” PiSu mogłaby być cenna, to pewnie rząd PiSu nie zostałby przez Bidena pominięty. Aczkolwiek, doceniam inwencję Fogla (i całej machiny propagandowej PiSu), który usiłował tłumaczyć, że ten brak kontaktu ze strony Bidena, to ze szkodą dla niego jest, a nie dla naszego kraju nad Wisłą. Osobną kwestią jest to, że takie gesty, jak kontaktowanie się z kimś, bądź też powstrzymywanie się od kontaktowania się mają swój wymiar, że tak to ujmę symboliczny. Co prawda polskie władze powinny być tego świadome, ale cytując klasyczkę „sorry, taki mamy klimat”.


Ostatnim tematem związanym z polityką zagraniczną będzie follow up jednego z tematów, nad którym się jakiś czas temu pastwiłem. Temat ów odnosił się do zapowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy twierdzili, że oni tam w tym Parlamencie Europejskim to zmontują takie stronnictwo, które całkowicie odmieni scenę polityczną (of korz, były też narracje, z których wynikało, że dosłownie, kurwa, każda inna partia w PE się ich boi). Wyliczyłem sobie wtedy, że taka partia będzie miała pi razy oko 103 europosłów i będzie trzecią (co do liczności) partią w PE (EPL ma 187, a Europejscy Socjaliści 145). Okazało się, że nie doszacowałem Nowej Największej i Najgroźniejszej Partii w PE, bo nie wziąłem pod rozwagę tego, że do całej tej zbieraniny putinoidów dołączy również AFD (tak, to te ziomeczki, które jarają się Wehrmachtem). Ponieważ od razu po ogłoszeniu tego, że powstaje frakcja zrzeszająca (idealne wprost określenie) putinoidów z różnych krajów, odezwały się głosy, że może tak nie do końca fajne jest to, że rząd PiSu zaczyna się przyjaźnić z kolegami Putina, PiS ruszył do kontrataku narracyjnego. Kontratak ów był zgodny z dotychczasowymi działaniami PiSu (czyli produkowanie narracji na zasadzie „chyba Ty”), ale tym razem zrobiono to na odpierdol. Pozwolę sobie zacytować Janusza Piechocińskiego: „wicerzecznik PiS poseł Radosław Fogiel mówił na tej samej konferencji tak: Marine Le Pen, w przeciwieństwie do wielu polityków tworzących Europejską Partię Ludową albo Europejską Socjaldemokrację, nie pracuje w żadnej z rosyjskich spółek energetycznych.”. W kolejnym ćwicie dopisał: „W "briefie specjalnym" - czytamy niemal słowo w słowo to samo: "Marine Le Pen nie pracuje, w przeciwieństwie do wielu polityków tworzących Europejską Partię Ludową, albo Europejską Socjaldemokrację, w żadnej z rosyjskich spółek energetycznych".”. Wielokrotnie zdarzało mi się złapać tego, czy innego drona na tym, że klepie słowo w słowo przekazy dnia (bo mu się nie chce w inwencję), ale przyznam szczerze, że wicerzecznik, któremu się tak bardzo nie chce, to jest jednak pewien ewenement. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że polowaniem na tego rodzaju kalki powinny się zajmować „wolne media”, ale ponieważ się tym nie zajmują, to musi się tym zajmować Janusz Piechociński.


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że prawica bardzo starała się przekonać wszystkich do tego, że z tymi ziomeczkami Putina to jest tak, że oni wcale nie są źli. Przykładowo Sławomir Cenckiewicz był łaskaw napisać na ćwitrze: „z dwojga złego wolę proputinowską prawicę europejską niż proputnowską lewice europejską, która tak rządzi UE, że mamy Nord Stream2, brexit, rozbrojenie, kryzys imigracyjny, zajęcie Krymu i zero sankcji w praktyce wobec Moskwy”. Tego rodzaju narracje się upowszechniły i wynikało z nich tyle, że w sumie to, proputinowska prawica na pewno będzie bardziej antyputinowska niż te frakcje, które nie są proputinowskie. Jest to jeden jebany bełkot, ale nieumiejętność polskiej opozycji (i „wolnych mediów”) w rozbrajanie narracji rządowych sprawia, że ten bełkot może się okazać całkiem przekonujący. Nikomu się nawet, kurwa, nie chciało grillować polityków partii rządzącej, że no całkiem spoko ta narracja, ale jak to jest, że ziomeczkują się z Le Pen, która była, jest i będzie przeciwna nakładaniu jakichkolwiek sankcji na Rosję (a jej partia była sponsorowana przez Moskwę). Największym absurdem jest to, że w przypadku putinoidów nie trzeba się jakoś specjalnie starać z tym grillowaniem, wystarczy wyłowić wypowiedzi polityków partii rządzącej, którzy odcinali się od Le Pen jakiś czas temu i twierdzili, że inaczej nie można, bo ona współpracuje z Kremlem. Gdyby zastosowano argumentum ad cytatum, to narracje „no ale ta Le Pen to wcale nie jest taka proPutinowska” mogliby sobie politycy Zjednoczonej Prawicy wsadzić, tam gdzie słońce nie dochodzi, bo nie tego dotyczyłoby pytanie. No, ale co ja się tam znam, ja to tylko prosty bloger jestem, więc nie mnie decydować o tym, jakie pytania warto by było zadawać temu, czy innemu politykowi.


24 listopada parlament Holandii podjął decyzję dotyczącą Polek. Pozwolę sobie zacytować lead artykułu, albowiem jest on z gatunku selfexplanatory: „Parlament Holandii przyjął uchwałę umożliwiającą współfinansowanie z budżetu państwa zabiegów przerywania ciąży Polkom. Holenderski poseł: - Dotychczas pomagaliśmy w ten sposób kobietom z państw trzeciego świata”. W telegraficznym skrócie, parlament Holandii zauważył to, że Polki mają w naszym pięknym kraju przejebane i postanowił im pomóc. Wartym nadmienienia jest fakt, że przegłosowano to olbrzymią większością głosów (111 ze 150 głosów). Z jednej strony dobrze, że władze innych krajów chcą pomagać Polkom. Z drugiej strony, w chuj źle, że w ogóle muszą podejmować takie decyzje. Niestety, tego rodzaju działalność, choć jest potrzebna, nie pomoże kobietom, które będą w podobnej sytuacji, w jakiej znalazła się Izabela z Pszczyny (bezpośrednie zagrożenie życia i lekarze, którzy boją się zrobić cokolwiek, żeby ich potem wiadomy instytut razem ze Zbyszkiem nie ciągali po sądach). Przestrzegano przed tym, że zaostrzenie prawa aborcyjnego może się skończyć tak, jak się skończyło, a mimo tego członkowie partii rządzącej (oraz drony z wiadomego instytutu) mają, kurwa, czelność wychodzić przed kamery i opowiadać, że w sumie to zaostrzenie prawa aborcyjnego nie miało z tym nic wspólnego. Czy kogokolwiek dziwi to, że „wolnym mediom” jakoś niespecjalnie chciało się drążyć temat i odpytywać posłów z tego, że skoro jedno z drugim nie ma nic wspólnego, to jak to możliwe, że przestrzegano wcześniej przed takimi konsekwencjami zaostrzenia prawa aborcyjnego?


Ponieważ inne teksty wyparły Przeglądy, nie mogłem się wcześniej pochylić nad pewną kwestią, która jest tak pojebana, że nie mam pojęcia, czemu ten temat w ogóle jeszcze podlega dyskusji. Otóż jakiś czas temu, jeden z najbardziej rozpoznawalnych prawników w Polsce (aka „Tata Maty”) był łaskaw krytycznie wypowiedzieć się w kwestii polityków lewicy, którzy jego zdaniem to w ogóle są leniami, bo oni by chyba nie byli gotowi pracować 16 godzin na dobę. Wydawać by się mogło, że w 2021 roku nikt już nie będzie bronił tego rodzaju wypowiedzi, bo choć w Polsce nadal sobie w najlepsze panuje kult zapierdolu, to jednak nawet wyznawcy tego kultu powinni być świadomi tego, że pracowanie nastu godzin na dobę jest po prostu szkodliwe. Ale gdzie tam. Tata Maty miał od cholery obrońców, którzy twierdzili, że tylko i wyłącznie w ten sposób (czytaj: zapierdalając 16 godzin na dobę) można osiągnąć sukces. Przyznam się wam szczerze, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić pracowania 16 godzin na dobę. W przypadku pracy fizycznej jest to praktycznie nierealne, bo człowiek by się po prostu zajebał ze względu na to, że organizm nie miałby się kiedy regenerować. Jeszcze bardziej nierealnie brzmi to dla mnie w przypadku pracy „głową”. Ok rozumiem, że czasem można (jednorazowo) na ten przykład pozapierdalać ponadwymiarowo (a potem np. dwa dni się regenerować), ale kluczowe w tym zdaniu jest „czasem”. Praca umysłowa 16 godzin na dobę przez pięć dni w tygodniu brzmi jak kiepski dowcip, bo, albo trzeba by było się faszerować kofeiną (albo inną -iną), albo człowiek byłby permanentnie przemęczony, a co za tym idzie, wartość jego pracy umysłowej byłaby żadna, bo ktoś musiałby sprawdzać wszystko ,co „wyprodukował” przemęczony pracownik. Tak sobie teraz pomyślałem, że korygowanie pomyłek przemęczonego współpracownika jeszcze by uszło, ale poprawianie pomyłek, które zostały wyprodukowane przez przemęczonego szefa, któremu wydaje się, że może w ogóle nie spać i że to niespanie nie ma najmniejszego wpływu na jakość jego pracy, to raczej średnio przyjemne zajęcie.
 

No dobrze, załóżmy przez moment, że idealnie kulisty pracownik jest w stanie zapierdalać 16 godzin na dobę i nie ma to negatywnego wpływu na jego pracę. Takie jedno pytanko mi się po łbie kołacze: co z życiem prywatnym i rodziną? O czymś takim, jak hobby można w ogóle zapomnieć (no chyba, że uda się wydłużyć dobę do 36 godzin.). W weekendy zaś taki kulisty pracownik zajmowałby się głównie spaniem. Jak tak sobie o tym myślę, to sam się zaczynam zastanawiać nad tym, czemu tak właściwie ja krytykuje to zapierdalanie po 16 godzin na dobę. Nieco zaś bardziej na poważnie, to ja wiem, że się powtarzam, ale mamy rok 2021 i wiemy, że przepracowanie może się bardzo źle skończyć. Dysponujemy wynikami pierdyliona badań, z których wynika, że z powodu przepracowania można się wylogować. Wydawać by się mogło, że badania naukowe powinny wystarczyć do przekonania nieprzekonanych, ale domyślam się, że fanatycy zapierdolu zaczną tłumaczyć, że za te badania odpowiada jakieś lobby „lenistwowe”, tak więc nie są one wcale wiarygodne.


Jeżeli chodzi o cała inbę 16-godzinną, to ciągnęła się ona i ciągnęła. „Tata Maty”, zabrnął tak bardzo, że zjebał go nawet Jan Hartmann. Poświęćcie moment na zatrzymanie się i podumanie o tym: jak bardzo zjebać musiał „Tata Maty”, żeby Hartman wyszedł przy nim na kogoś z RiGCzem. Mniej więcej w tym samym czasie, w którym Hartmann zdissował „Tatę Maty”, ten drugi opublikował ciąg ćwitów (który najprawdopodobniej był pokawałkowanym felietonem). W tym ciągu ćwitów znalazł się jeden, który, nie będę kłamał, wkurwił mnie dość solidnie: „Bolszewicy nienawidzili kułaków, bo ci mieli więcej. Rozkułaczali ich więc z majątku. Dziś ich filozoficzni następcy wciąż rozkułaczają tych, którzy mają więcej. Rozkułaczają z szacunku, przez potępienie. Z wygranej na loterii genów, z chęci bycia lepszym, z chęci do innowacji.”. Chodzi mi, rzecz jasna, o samą końcówkę, w której „Tata Maty” pierdoli coś na temat „wygranej na loterii genów”. O ile bowiem rozumiem, że nadal nie wyrośliśmy z dyskusji na temat tego, czy „zapierdalanie” jest spoko, czy też nie jest, to wydawać by się mogło, że dyskusje o tym, czy ktoś ma lepsze geny, czy też gorsze, zostawiliśmy za sobą mniej więcej w połowie XX wieku. Tak, wiem, „Tata Maty” napisał przecież o „wygranych”, ale z tego wprost wynika, że część z osób jest w jego opinii „przegrana”. Jeżeli dodamy sobie do tego, że jego zdaniem ci pierwszy zasługują na więcej, niż ci drudzy, to nietrudno odnieść wrażenie, że autor próbując obronić swoją inicjalną wypowiedź, odnoszącą się do 16-godzinnego dnia pracy zabrnął w rejony, w które nikt się już, kurwa, nie powinien zapuszczać.


Na sam koniec niniejszej (nie tak długiej jak zwykle) ściany tekstu zostawiłem sobie kwestię posła Mejzy. Ja się polityce przyglądam od dłuższego czasu i wiem, że do parlamentu trafiają bardzo różni ludzie, ale nawet mnie casus Mejzy nieco zaskoczył. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu o Mejzie: „Pod koniec listopada Wirtualna Polska podała, że wiceminister sportu Łukasz Mejza założył w przeszłości firmę medyczną, która miała się specjalizować w kosztownym leczeniu nowatorskimi metodami chorych na raka, Alzheimera czy Parkinsona. Jak twierdzi portal, Mejza miał osobiście przekonywać potencjalnych pacjentów, w tym dzieci, o skuteczności stosowanych przez firmę metod, które jednak zarówno w Polsce, jak i na całym świecie uznawane są za niesprawdzone i niebezpieczne. Według portalu interes Mejzy nie wypalił, za to pozostawił po sobie wielu oszukanych pacjentów i ich rodziny.”. Jeżeli ktoś ma skojarzenia z panem, który się zwie Zięba, to są to skojarzenia jak najbardziej poprawnie, bo firma Mejzy zajmowała się dokładnie tym samym. Póki co, konsekwencji żadnych Mejza nie poniósł, bo sejmowa większość, którą udało się PiSowi skleić przy pomocy stanowisk/etc., jest na tyle chwiejna, że PiS nie może sobie pozwolić na utratę nawet jednego głosu. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. To, że PiS nie jest w stanie pozbyć się kogoś takiego jak Mejza (który jest również wiceministrem) pokazuje, że politycy partii rządzącej nie darzą zaufaniem sondażowych słupków, z których wynika, że będą rządzić do końca świata i jeden dzień dłużej. Ujmując rzecz innymi słowy: partia rządząca jest zesrana. Gdybyśmy mieli sensowną opozycje, to tego rodzaju sytuacje byłyby w jakiś sposób „rozgrywane” medialnie (i uwzględniane w trakcie planowania strategicznego). Ponieważ zaś opozycja jaka jest, każdy widzi, absokurwalutnie nikt nie zwraca na to uwagi.


Samo to, że w Sejmie znalazło się miejsce dla Zięb, a przepraszam, dla Mejzy, nie było dla mnie zaskoczeniem, tak samo, jak to, że partia rządząca jakoś tak niechętnie podchodzi do pomysłu wyjebania go ze stołka i z klubu poselskiego. Lekko zaskoczyło mnie (zanim zrozumiałem, co tak właściwie obserwuje) to, że Mejza ma swoich obrońców. W tym miejscu krótka dygresja, jeżeli widzicie gdzieś w soszjalach konta, które zajmują się obroną tego konkretnego posła, to możecie być pewni, że macie do czynienia z kimś, kto w internetach zajmuje się spinowaniem dla partii rządzącej, bo nikt (poza Ziębitami) nie będzie na tyle jebnięty, żeby sam z siebie bronić tego procederu. Nieco dziwię się politykom, którzy chodzili do mediów i przed kamerami tłumaczyli, że w sumie to Mejza nie robił niczego takiego złego. Niektórzy byli świadomi tego, że sprawa jest śliska i skupiali się na tłumaczeniu, że w sumie to nie doszło do złamania prawa. To swoją drogą było dość zabawne, bo przecież wszyscy wiemy, że do złamania prawa przez członka PiSu/Zjednoczonej Prawicy dochodzi wtedy, gdy Jarosław Kaczyński dojdzie do wniosku, że doszło do złamania prawa. Potem jeszcze do takiego samego wniosku musi dojść Zbigniew Ziobro. Jak mogliśmy się wielokrotnie przekonać, obaj panowie bardzo rzadko dochodzili do takich wniosków (i wtedy okazuje się, że niezależna prokuratura umarza takie, czy inne postępowanie).


Na tym powyższa ściana tekstu się zakończy. Tak, wiem, mam trochę zaległych tematów i jeżeli nie dojdzie do końca świata, to może uda się je upakować w kolejnym tekście. Niemniej jednak wolę niczego nie obiecywać, bo moje obietnice mają tendencję do zakrzywiania prawdopodobieństwa.


Źródła:

https://www.tvp.info/53761761/turystyka-szczepionkowa-polacy-z-niemiec-przyjezdzaja-do-kraju-na-szczepienie-przeciw-covid-19

https://www.rp.pl/polityka/art19154921-morawiecki-o-obostrzeniach-mamy-dosc-silny-ruch-antyszczepionkowy

https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-kraska-mamy-gen-sprzeciwu-ograniczenia-sie-nie-sprawdza,nId,5653213#crp_state=1

https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-co-ze-swietami-bozego-narodzenia-i-obowiazkiem-szczepien-minister-zdrowia-adam-niedzielski-odpowiada-5493658

https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,27749171,billboardy-z-rozerwanym-plodem-i-szczepionka-maja-zniechecic.html

https://tvn24.pl/swiat/kryzys-na-granicy-ponad-9-tysiecy-migrantow-przedostalo-sie-z-bialorusi-przez-polske-do-niemiec-relacja-z-osrodka-5495664

https://www.tvp.info/57044043/ofensywa-dyplomatyczna-premiera-mateusza-morawieckiego-prowadzil-rozmowy-w-trzech-stolicach

https://twitter.com/tvp_info/status/1464333907688660992

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/katastrofa-wizerunkowa-polskiej-dyplomacji-analiza/ryh9b4p?

https://www.donald.pl/artykuly/sv43Wxac/pe-odmowil-premierowi-morawieckiemu-wystapienia-na-debacie-na-temat-bialorusi-

https://oko.press/joe-biden-rozmawia-z-putinem-i-europa-o-ukrainie-polski-przy-stole-nie-ma/

Tutaj pastwiłem się nad Nową Strasznie Wielką Partią w Parlamencie Europejskim:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2021/05/hejterski-przeglad-cykliczny-77.html

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-pis-tworzy-nowa-frakcje-w-pe-nieoficjalnie-w-sobote-spotkani,nId,5680119

https://twitter.com/Piechocinski/status/1468302871661797376

https://twitter.com/Cenckiewicz/status/1467160411745431552

https://wydarzenia.interia.pl/zagranica/news-holandia-oplaci-polkom-aborcje,nId,5665929

https://www.rp.pl/nauka/art128851-pracujesz-wiecej-niz-55-godzin-tygodniowo-ryzykujesz-zyciem

https://hartman.blog.polityka.pl/2021/10/23/jak-matczak-z-zandbergiem-sobie-pyskowali/

https://twitter.com/wsamraz/status/1451846162248503305

https://pulsmedycyny.pl/l-mejza-odpiera-stawiane-mu-zarzuty-chodzi-o-zalozona-przez-niego-firme-medyczna-1135693

środa, 10 listopada 2021

Kaja Godek nie spadła z nieba

Na wstępie niniejszej notki lojalnie bym was chciał uprzedzić, że będzie w tejże notce niewiele źródeł, a więcej gawędzenia (oraz jeden, bardzo długi cytat).

Wydaje mi się, że idealnym wstępem do niniejszej notki będzie obszerny cytat z wystąpienia Mariana Turskiego, które wygłosił na 75 obchodach wyzwolenia obozu w Auschwitz-Birkenau:


„Przenieśmy się na chwilę myślami, wyobraźnią we wczesne lata 30. do Berlina. Znajdujemy się prawie w centrum miasta. Dzielnica nazywa się Bayerisches Viertel, Bawarska Dzielnica. Trzy przystanki od Kudammu, ogrodu zoologicznego. Tam, gdzie dziś jest stacja metra, jest Bayerischer Park – Park Bawarski. I oto jednego dnia w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć: nieprzyjemne, nie fair, to nie jest OK, ale w końcu jest tyle ławek dookoła, można usiąść gdzieś indziej, nie ma nieszczęścia. Była to dzielnica zamieszkała przez inteligencję niemiecką pochodzenia żydowskiego, mieszkali tam Albert Einstein, noblistka Nelly Sachs, przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych Walther Rathenau. Potem w pływalni pojawił się napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni”. Można znów powiedzieć: nie jest to przyjemne, ale Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać, tyle jezior, kanałów, prawie Wenecja, więc można gdzieś indziej.


Jednocześnie gdzieś pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych”. No to co? Chcą śpiewać, muzykować, niech zbiorą się oddzielnie, będą śpiewali. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno bawić się z dziećmi niemieckimi, aryjskimi”. Będą się bawiły same. A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17”. To już jest utrudnienie, bo jest mniejszy wybór, ale w końcu po godzinie 17 też można robić zakupy.


Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać do myśli i do idei, że ta mniejszość, która wydała Einsteina, Nelly Sachs, Heinricha Heinego, Mendelssohnów, jest inna, że może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, że to są ludzie, którzy roznoszą zarazki, epidemie. To już jest straszne, niebezpieczne. To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić.”


Dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o historii (ale nie o „prawicowej historii”) to, co powiedział Turski, to oczywiste oczywistości. Holocaust nie był osadzony w próżni. Ja wiem, że to będzie określenie cokolwiek nieadekwatne, ale można by powiedzieć, że holocaust „dojrzewał” całymi latami. Przez wiele lat politycy skrajnej prawicy szczuli Niemców na mniejszość żydowską (przy każdej możliwej okazji opowiadając o tym, że tak naprawdę to w tym wszystkim chodzi o ochronę obywateli niemieckich przed „zagrożeniem” [cudzysłów użyty z rozmysłem, albowiem nie było żadnego realnego zagrożenia]). Robili to tak długo i byli w swoich działaniach tak skuteczni, że w pewnym momencie byli już panami życia i śmierci tej mniejszości. Zaczęło się od tego, że Żydom nie wolno było siadać na niektórych ławkach, a skończyło na działalności Einsatzgruppen i komorach gazowych.


Można w tym miejscu podnieść argument, że w sumie to nikt nie mógł mieć pojęcia o tym, że to, co robili naziści, skończy się w taki, a nie inny sposób. No bo owszem, czystki etnicznie i różne takie się wydarzały już wcześniej, ale nigdy na taką skalę. W 2021 taki argument jest cokolwiek absurdalny. Innymi słowy, nie można udawać, że nie wiadomo, czym może się skończyć to, co robi od dłuższego czasu Zjednoczona Prawica i to czym zajmuje się (między innymi) Kaja Godek. Mimo tego, że mamy 2021 rok, polski Sejm zajmuje się projektem ustawy, który można przyrównać chyba tylko i wyłącznie do pewnych ustaw z 1935 roku? Jak to się stało, że w 2021 roku w Sejmie padają słowa tak ohydne, że nie powinno się ich cytować (znajoma mi osoba, która oglądała to wszystko z bliska powiedziała, że to, co tam widziała, to było „czyste zło w ludzkiej postaci”)? Jak to w ogóle, kurwa, możliwe, że w 2021 w Sejmie „na poważnie” dyskutowany jest projekt ustawy, pozbawiający praw cześć polskiego społeczeństwa? Odpowiedzi na to pytanie udzielił Turski. To nie spadło z nieba. To był długotrwały proces. Proces, który na pewno nie skończy się na tym projekcie ustawy. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Ktoś może bowiem podnieść argument, że w sumie to Sejm nie miał wyjścia, bo skoro zebrano podpisy, to trzeba procedować. Takiemu komuś chciałbym zadać pytanie: kurwa, serio? Czy jeżeli ktoś zebrałby kilkaset tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, której autorzy domagaliby się pozbawienia polskiego obywatelstwa członków Zjednoczonej Prawicy (oraz ich rodzin), to taki wniosek też byłby procedowany? Myślę, że wątpię. No, ale to tylko dygresja.


Proces, o którym mowa powyżej trwa od dłuższego czasu, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że ostatnimi czasy przyśpieszył za sprawą Kościoła, który panicznie stara się przykryć to, czym się zajmuje część duchownych (krzywdzenie dzieci) i to, że całymi latami proceder ów był ukrywany przed wymiarem sprawiedliwości i opinią publiczną. Do tego wątku wrócimy jeszcze w dalszej części, teraz musimy się cofnąć w czasie. Co prawda to, co teraz napiszę to tzw. „anecdata”, ale wydaje mi się, że nie będzie to jakoś specjalnie odosobniony przypadek. Otóż, będąc kaszojadem, oglądałem byłem „Dynastię”. Pamiętam doskonale to, że syn głównego bohatera, który to syn miał na imię Steven, był gejem. Pamiętam też, że nie rozumiałem, czemu głównemu bohaterowi się to nie podobało. No spotykał się ten Steven z jakimś chłopem innym i co w tym złego? Bardzo niedługo potem razem z innymi rówieśnikami wyzywaliśmy się od „Stevenów”. Nie jestem w stanie wskazać punktu „zwrotnego”, w którym doszedłem do wniosku, że to, co wcześniej uważałem za coś normalnego, nagle przestało mi się wydawać normalne.


Można by w tym momencie rzec „sorry, taki mieliśmy klimat” i byłoby w tym sporo prawdy. Równie sporo prawdy byłoby w tym, że elgiebety żyły sobie wtedy w szafach (z przyczyn, jak mniemam oczywistych). Była jednakowoż jedna różnica. Polska polityka była wtedy mniej zjebana. Tzn. była zjebana, ale w inny sposób. Prawica stara się nas wszystkich przekonać do tego, że jest prześladowana, bo kiedyś to było, a teraz to już nic nie można powiedzieć. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment książki „My” Torańskiej. Ten konkretny fragment odnosić się będzie do rozmowy, którą Torańska przeprowadziła z Janem Krzysztofem Bieleckim: „„Tak. Szybkie podejmowanie decyzji przecina wszystkie deliberacje. Przekonałem się już przy Kaperze, wiceministrze zdrowia, którego, jak pamiętasz, zwolniłem natychmiast po jego słynnej telewizyjnej wypowiedzi, iż AIDS jest chorobą grzechu, a homoseksualiści są dew**ntami, za co do dzisiaj spotykam się z wyrazami uznania.” (uwaga natury ogólnej: gwiazdki wrzuciłem do tego słowa, coby mnie prawaki nie zrzuciły z rowerka). Przyjrzyjcie się tej wypowiedzi i zastanówcie nad tym, o ile gorzej jest teraz. Wypowiedź ta, choć skandaliczna, nie umywa się w najmniejszym stopniu do tego, co teraz odpierdalają politycy prawicy.


Czy nie zdarzały się wtedy żadne ohydne wypowiedzi? Owszem, zdarzały się, ale ich autorzy i autorki funkcjonowali na marginesie debaty publicznej, zaś „większym graczom” jakieś „skrajniejsze” wypowiedzi wcale nie przysparzały sympatyków. Znamienne (chyba nadużywam tego słowa, ale jakoś z tym będziemy musieli żyć) jest to, że te skrajne wypowiedzi praktycznie zawsze padały ze środowisk związanych z Kościołem. Przyznam się szczerze, że dużo czasu zajęło mi dojście do tego, czemu tak właściwie Kościół szczuje wiernych na mniejszości seksualne. Przez dłuższy czas wychodziłem z założenia, że może chodzić o to, że Kościół po prostu potrzebuje wroga, żeby móc wmawiać wiernym, że tylko on (ten Kościół znaczy się) jest w stanie ich obronić przed tymże zagrożeniem. Dopiero w trakcie pisania niniejszego tekstu dotarło do mnie, że intensyfikacja szczucia, zupełnym przypadkiem, zbiegła się w czasie z tym, że bardzo głośno zrobiło się o pewnym księdzu z niewielkiej miejscowości (Tylawa), który molestował dziewczynki. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o kilku rzeczach związanych z tą sprawą.


Po pierwsze, na samym początku Kościołowi wydawało się, że sprawie będzie się dało ukręcić łeb i Kościół zrobił to, co umie robić najlepiej: zaczął szczuć wiernych na rodziny ofiar księdza. Po drugie, istotną rolę w tej sprawie odegrał pewien czerwony prokurator, który po 89 wymienił „czerwonych na czarnych”. Chodzi, rzecz jasna o Stanisława Piotrowicza. Zupełnym bowiem przypadkiem prokuratura, którą w ówczesnym czasie zawiadywał, umorzyła postępowanie. Co prawda, nigdy nie dowiemy się tego, z jakich przyczyn prokuratura to umorzyła (warto pamiętać o tym, że potem inna prokuratura wznowiła postępowanie, a ksiądz został skazany), ale można bezpiecznie założyć, że w procesie decyzyjnym, który doprowadził do umorzenia sprawy, rączki maczali wysoko postawieni funkcjonariusze Kościoła. Już samo to pokazuje wyraźnie, że polski Kościół dawno temu wypracował sobie mechanizmy „radzenia” sobie z takimi sytuacjami. Jednakowoż tym razem się nie udało, bo sprawa zrobiła się „medialna”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby nie zainteresowanie mediów, to sprawa pozostałaby umorzona, no ale to dygresja.


W przeciągu paru lat od tej pierwszej „głośnej” sprawy szczucie na mniejszości seksualne nabrało rozpędu. Rzyganiem na wyżej wymienione mniejszości zajmowały się między innymi takie ówczesne tuzy, jak Roman Giertych i Wojciech Wierzejski (ten drugi był znacznie bardziej jadowity od samego Giertycha). Bardzo istotne jest w tym momencie to, że Liga Polskich Rodzin (partia Giertycha) dostawała się do Sejmu tylko i wyłącznie dlatego, że miała poparcie Rydzyka i jego rozgłośni (która, co zrozumiałe, też zajmowała się szczuciem na mniejszości). Jak już wspomniałem przed momentem, teraz jest to dla mnie oczywiste, ale te naście lat temu nie było. Kościół się po prostu zabawił w prestidigitatora: zaczął szczuć wiernych na mniejszości seksualne, żeby odwrócić uwagę od tego, że sam stanowi gigantyczne zagrożenie dla dzieciaków. Kolokwialnie rzecz ujmując, w pewnym momencie „formuła się zaczęła wyczerpywać” i Kościół musiał bardzo szybko znaleźć sobie innego wroga. Mniej więcej po roku 2010 bardzo głośno zaczęło się robić o „ideologii gender” (jednym z przejawów tej „ideologii” miało być, of korz, bycie elbegietem). Kościół (ani nikt inny) nie potrafił w żaden sposób zdefiniować tego pojęcia, ale wszyscy fundamentaliści religijni byli przekonani o tym, że owa ideologia jest śmiertelnym zagrożeniem. W tym przypadku Kościół i prawica potknęli się o własne nogi, bo o ile fundamentalistyczny beton narracje o zagrożeniu gęgerem łykał z przejęciem, to już reszta suwerena niekoniecznie i ludzie zaczęli mieć bekę z gadających głów, które z poważnymi minami opowiadały o straszliwym zagrożeniu, ale nie potrafiły powiedzieć o tym, czego ono dotyczy. Gdy okazało się, że szczucie gęgerem działa tylko w bańce prawicowej, wrócono do szczucia na mniejszości i wymyślono sobie kolejną ideologię. Tym razem chodził o „ideologię LGBT”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w pewnym momencie Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny wystosował odezwę do kolegów i koleżanek z prawicy, żeby nie mówili o „ideologii LGBT”, ale o „ideologii gender”. Mniej więcej w tym samym czasie Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny popełnił swój „naukowy” tekst, w którym dowodził, że skoro istnieje „ideologia gender”, to musi istnieć „ideologia LGBT”.


Znamienne (tak, robię to celowo) jest to, że w momencie, w którym Kościół zaczął walczyć ze „śmiertelnie groźną ideologią gender” praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na to, że Kościół się trochę późno zabrał za tę walkę. Prawda jest bowiem taka, że gender studies były obecne w Polsce jeszcze w latach 90-tych. Jak to się stało, że Kościół zaczął „bronić wiernych” dopiero kilkanaście lat później? Przecież to nie była żadna nowinka, bo na Zachodzie gender studies pojawiły się znacznie wcześniej. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jednym z „punktów zapalnych” była prawicowa narracja, w której stało, że gdzieś tam „zmuszano chłopców do zakładania sukienek”. To, że taka sytuacja nie miała miejsca nie przeszkodziło Doktorowi Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny bredzić na ten temat przy każdej możliwej okazji (np. po tym, jak przegrał wybory w Warszawie).


Równolegle do szczucia na mniejszości, Kościół zaczął walczyć z innym śmiertelnym zagrożeniem. O ile wcześniej używałem tego określenia ironicznie, to tym razem używam go całkiem na serio. Z tą różnicą, że tym razem chodzi o śmiertelne zagrożenie dla polskiego Kościoła. Zagrożeniem tym były standardy w edukacji seksualnej WHO. W tym przypadku „punktem zapalnym” były bzdurne narracje, w których stało, że ta edukacja seksualna zła, bo będą uczyć dzieci masturbacji. Dzięki temu kościelnym spindoktorom i prawicy (niestety skutecznie) udało się odwrócić uwagę opinii publicznej od tego, że w tych standardach było sporo antypedofilskich wytycznych. Co zrozumiałe, ilekroć w trakcie dyskusji z jakimś prawicowym dronem cytowałem te wytyczne, tylekroć prawicowy dron dostawał piany na klawiaturze. Biorąc pod rozwagę te antypedofilskie wytyczne (między innymi chodziło w nich o nauczaniu dzieci o istnieniu pewnych zagrożeń i nauczaniu ich tego, że jeżeli coś złego się stanie, to powinny o tym porozmawiać z kimś komu ufają/etc.) nikogo nie powinna dziwić wściekłość Kościoła (i polskiej prawicy, która walczy o to, żeby Kościół ją popierał).


Kościół zrobił w Polsce wiele złego, byle tylko odsunąć od siebie uwagę opinii publicznej. Niemniej jednak, siła sprawcza Kościoła nie byłaby tak wielka, gdyby nie to, że był on wspomagany przez media. Gwoli ścisłości, nie chodzi mi tu o media, które oficjalnie miziały się z Kościołem, bo te, paradoksalnie, są mniej groźne od tzw. „wolnych mediów”. To one całymi latami promowały ciężką szurię w pogoni za „wejściami na stronę”. No, ale, jak to mawia Wołoszański: nie uprzedzajmy faktów.


Żeby opisać mechanizm, z którym mamy do czynienia w przypadku „wolnych mediów” pozwolę sobie na przytoczenie pewnej historii. W 2013 jeden z funkcjonariuszy kościoła (Michalik) był łaskaw wyprodukować wypowiedź, która wkurwiła sporą część suwerena. Otóż, ów przemiły pan stwierdził w pewnym momencie, że z tą pedofilią w Kościele no to jest problem, ale prawda jest taka, że to w sumie wina rodziców. No bo to jest tak, że jak się rodzice rozwodzą, to dzieci zaczynają szukać miłości i wciągają „drugiego człowieka” (w domyśle: księdza) w cały ten niecny proceder. Sama wypowiedź jest w tym przypadku tłem. Istotne jest, że tak to ujmę „kontekst medialny”, który opiszę przy użyciu anecdaty. Ja na wypowiedź Michalika trafiłem zupełnym przypadkiem. Robiłem sobie akurat prasówkę i na Interii trafiłem na artykuł o tym, że Episkopat się zebrał i radzi, co tu robić z pedofilią i że w trakcie tego spędu Michalik powiedział to, co powiedział. Wypowiedź Michalika nie była w żaden sposób wyróżniona. Redaktor, który umieścił ją w artykule nie opatrzył jej żadnym komentarzem. Potem zaś wydarzyło się kilka rzeczy. Skandaliczna wypowiedź została rozpowszechniona via media społecznościowe. W owym czasie FB jeszcze nie ścinał zasięgów, tak więc nawet treści publikowane na niewielkich fanpejdżach mogły docierać do olbrzymiej liczby odbiorców (teraz też by mogły, ale trzeba by było na to wydać miliony monet).


(Edycja. Już po napisaniu tego kawałka doszedłem do wniosku, że zrobię jeden wyjątek i w tekście pojawi się jeden link źródłowy. Tym linkiem będzie (nie, nie Albert Einstein) link do artykułu, który opisałem przed momentem. Co prawda musiałem się przekopać przez przepastną zawartość mojego fanpejdża, ale udało mi się go wygrzebać (całe szczęście, że w owym czasie już linkowałem teksty źródłowe). Znalazłem ten tekst i jest gorzej, niż to zapamiętałem. Wypowiedź Michalika była pierdolonym leadem artykułu i nie doczekała się żadnego komentarza w tekście.)


Wypowiedź Michalika docierała do coraz większej liczby osób i nagle stał się cud. Artykuł „inicjalny” zniknął z głównej strony na Interii (ale sam artykuł nie został skasowany). Jego miejsce zajął inny, którego tytuł donosił o skandalicznej wypowiedzi arcybiskupa. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że po tym, jak wypowiedź Michalika zaczęła „trendować” i pochyliła się nad nią prawica, największym problemem pewnego redaktora, który od jakiegoś czasu zawiaduje TVP Info, było to, że „wypowiedź jest nie do obrony” (czy w kontekście powyższego kogokolwiek dziwi to, jak wygląda portal rządowy zawiadywany przez tę osobę?). Reakcja suwerena najwyraźniej zaskoczyła kościelne korpo i Michalik był zmuszony wystosować non-apology (swoją wypowiedź nazwał lapsusem językowym). Kilka dni później tenże sam funkcjonariusz stosował się już karnie do kościelnej strategii i opowiadał o tym, że no co prawda księża molestują dzieci, ale wszystkiemu winne feministki, które walczą o to, żeby w przedszkolach „wygaszać w dzieciach poczucie wstydu”. Tak więc widzicie, może i księża gwałcą dzieci, ale dzieje się to ze względu na „czynniki zewnętrzne”. To jest typowa narracja kościelna. Osoba, której nazwisko pojawiło się w tytule notki opowiadała kiedyś o tym, że pedofilia w Kościele to wina „rewolucji seksualnej” (to, że księża gwałcili dzieci już wcześniej umknęło jej zapewne przez przypadek).


Ktoś może powiedzieć, no dobrze, z tym Michalikiem to był srogi przypał, ale to przecież pojedynczy przypadek. Tylko, że nie. Polskie media (w tym „wolne”, te nie mające zbyt wiele wspólnego z prawicą) do perfekcji opanowały umiejętność cytowania największych bzdur (teraz widać to przy okazji szczepień) bezrefleksyjnie – tzn. praktycznie nie obudowując ich żadnym komentarzem. Korzystają z tego ludzie pokroju Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny i jemu podobni. To są ludzie, którzy produkują niesamowite wręcz ilości nieprawdziwych wypowiedzi, a media je potem rozrzucają i legitymizują jako „normalne głosy w debacie publicznej”. Politycy (nie tylko wyżej wymieniony, ale praktycznie wszyscy) nie są rozliczani ze swoich wypowiedzi. Ok, czasem zdarzają się pojedyncze sytuacje, takie jak ta, w której Agnieszka Dziemianowicz-Bąk spostponowała Wawrzyka przy użyciu jego własnych słów, ale to są wyjątki. I znowuż, ktoś może powiedzieć, że zadaniem mediów nie jest wartościowanie, ale przekazywanie informacji. I wszystko pięknie, ale w obecnych czasach to jest bzdura. Tak się bowiem składa, że cytowanie homofobicznych, nacjonalistycznych, rasistowskich/etc. bzdur w ramach „informowania” i nie opatrywanie ich komentarzem jest formą wartościowania. Jeżeli bowiem media o czymś informują to znaczy, że uznały, że to, o czym informują jest na tyle istotne, że jest godne uwagi.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

W tym miejscu pora na kolejną anecdatę. Dawno temu czytałem sobie byłem książkę pt. „Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi”. Tytuł książki jest z gatunku self explanatory. Tak sobie to czytałem i trafiłem na rozmowę z Pawłem Jakubowiczem (który był, delikatnie rzecz ujmując, łukaszystą). Na „tytułowej” stronie tej rozmowy znalazł się następujący przypis: „W rozmowie tej znalazł się szereg krzywdzących opinii i niewątpliwie tendencyjnych interpretacji faktów dotyczących innych osób będących dziś w opozycji do reżimu Aleksandra Łukaszenki. Nie jest naszą intencją powielanie tych opinii. Chcemy jednak pokazać pewien sposób myślenia i argumentacji.”. Pamiętam doskonale, że jak to przeczytałem, to zacząłem się zastanawiać nad tym, czy aby na pewno to konieczne? No przecież typ chwali Łukaszenkę, tak więc oczywiste dla każdego czytelnika będzie to, że nie można mieć zaufania do tego, co ten typ opowiada. Teraz wiem, że te moje ówczesne rozkminy były po prostu durne. Nie, nie ma innej metody, a tego rodzaju wypowiedzi trzeba opatrywać komentarzem. Gdyby media w Polsce wychodziły z tego samego założenia, co autorzy książki (Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń), to być może nie bylibyśmy dzisiaj w miejscu, w którym jesteśmy.


Można w tym miejscu podnieść argument, że z dodawaniem takich „komentarzy wstępnych” wiąże się ryzyko. No bo przecież ktoś w redakcji musiałby zająć się „rozpoznawaniem” tego, czy informację/wiadomość można po prostu zacytować, czy też trzeba będzie ją komentarzem jakimś obłożyć. Tym samym, mogłoby się okazać, że komentarzami obkładane byłyby te treści, które nie podobają się redaktorom naczelnym/etc. Tyle, że to dzieje się już teraz (robi to większość mediów), zaś do debaty publicznej wprowadziła to (na skalę masową) prawica. Pora na kolejną anecdatę. Dawno temu, udzielałem się na pewnym forum (było to w czasach preblogowych). Kiedyś stało się tak, że do jednej dyskusji jakiś prawicowy dron wrzucił link do filmiku pt. „jakiś tam typ (nie wiem, jakie to było nazwisko, pewnie bym to nawet był w stanie wygrzebać w archiwum forum, ale jest to średnio istotne) ZMASAKROWAŁ Grzegorza Napieralskiego”. Przyznać się wam muszę do tego, że oglądając ten filmik czekałem na to, aż ktoś temu Napieralskiemu jebnie. Co zrozumiałe, nic takiego nie miało miejsca. Na filmiku była po prostu wymiana zdań, której ów „masakrujący” wcale nie wygrał. Tyle, że nie miało to żadnego znaczenia, bo gdy taki filmik trafi na kogoś „zaangażowanego”, to ten ktoś od razu będzie wiedział, „kto wygrał”. Potem się to wszystko twórczo rozwinęło i to, czy dana wypowiedź zostanie opisana jako „skandaliczna”, czy też „ostra, ale uzasadniona” zależy w głównej mierze od tego, czy mówi to „ktoś od nas”, czy też „ktoś od nich”.


Wróćmy na moment do kwestii tego, o czym informują nas media. Do pewnego momentu było tak, że o tym, czy dana informacja jest warta rozpowszechnienia decydowali sobie redaktorzy naczelni/etc. Wiązała się z tym cała masa patologicznych działań (na ten przykład, cenzurowanie treści, które były niezgodne z linią redakcyjną). Teraz zaś jest znacznie gorzej, bo do tej patologii doszła kolejna. Media informują o tym, co wygrzebały z internetu. Nie chodzi tu o jakieś ciekawostki, ale o to, co akurat „trendowało” w mediach społecznościowych. Skoro bowiem coś „trenduje”, to znaczy, że ludzie w to klikają. Skoro klikają, to będą wejścia. I tak jakoś się to kręci. Najgorsze w tym podejściu jest to, że redaktorzy, którzy wrzucają te wszystkie treści, zupełnie pomijają ten drobny fakt, że jeżeli ktoś dysponuje odpowiednimi zasobami (farmy trolli, influencerskie konta/etc.) to sobie może sam wyprodukować trend w mediach społecznościowych. Skoro zaś można sobie wyprodukować praktycznie dowolny trend, to można w ten sposób znacznie zwiększyć prawdopodobieństwo pojawienia się „wytrendowanych” treści na portalach mainstreamowych.


Ponieważ portale biją się o to „kto będzie pierwszy” redaktorzy nie zawracają sobie głowy weryfikacją treści, które są wyciągnięte ze społecznościówek. Z tym zaś wiąże się kolejna, moim zdaniem największa, patologia. Otóż, od dłuższego czasu „wolne media” zajmują się promowaniem skrajnej prawicy. Przedstawiciele skrajnej prawicy (wszelkiej maści Doktory Chłopaki z Biedniejszej Rodziny, Sebastiany Kalety, Rafały Ziemkiewicze, Bosaki) zorientowali się, że jeżeli powiedzą/napiszą coś wystarczająco chujowego, żeby zdenerwowała się na nich odpowiednia liczba osób, to media potem z przyjemnością to potem zreferują. Co zrozumiałe, nie zrobią tego w sposób rzetelny. Nic z tych rzeczy. Po prostu poinformują suwerena o tym, że doszło do wymiany zdań, w której na ten przykład „Bosak powiedział to, a inni ludzie powiedzieli co innego” i puszczą to w obieg bez żadnych zbędnych wyjaśnień w kwestii tego, kto się w danej wymianie zdań mijał z prawdą/etc. A potem suweren sobie na to patrzy i traktuje Bosaka jak zwykłego uczestnika debaty publicznej. Mowa tu o człowieku, który po ataku terrorystycznym na redakcję „Charlie Hebdo” tłumaczył, że Francja powinna się ogarnąć, wziąć przykład z Polski i wprowadzić sobie do prawodawstwa kary za „obrazę uczuć religijnych”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że niektóre media wyrobiły się już do tego stopnia, że nawet nie czekają na to, aż jakaś wypowiedź tego, czy innego skrajniaka zacznie „trendować”, tylko wrzucają ją w ciemno (rzecz jasna, bez żadnego sensownego komentarza), no bo skoro ten, czy inny coś powiedział/napisał, to wiadomo, że „będzie się działo”.


Czy w kontekście powyższego kogokolwiek powinno dziwić to, że część prawicowych cwaniaczków wykorzystuje media do promowania siebie samych? Przykładowo, ilekroć Ziemkiewiczowi mają wydać jakąś książkę, tylekroć stara się on narobić dużo szumu dookoła siebie samego. Chyba wszyscy pamiętają jego bardzo wysmakowane żarty z gwałtu (za które został wywalony z Onetu). Kiedy po jego żarcie wybuchła gównoburza, Ziemkiewicz zasrał przestrzeń publiczną swoimi wynurzeniami na temat tego, że on w sumie nie rozumie tego oburzenia, ale wydaje mu się, że to się bierze stąd, że krytycy muszą mieć „ponure życie seksualne”. Nieco później był łaskaw napisać felieton pt. „Życie seksualne lemingów”, a potem wydano mu zbiór felietonów o tym samym tytule. Innym razem (taka tam gra słów) Ziemkiewicz wydalił z siebie hejterski wpis odnoszący się do zamachu w Monachium, a potem dorzucił drugi ćwit, że skoro już się ludzie zainteresowali jego kontem, to niech pamiętają, że on prowadzi program w telewizorni i zaprasza wszystkich przed telewizory o tej i o tej godzinie. Nie inaczej było w przypadku wyjebania Ziemkiewicza z UK. Zupełnym przypadkiem okazało się, że akurat niebawem wydawana zostanie jego kolejna książka. Nawiasem mówiąc w tym konkretnym przypadku Ziemkiewicz się wysypał i praktycznie przyznał na ćwitrze, że robi to, co robi po to, żeby było o nim głośno, bo dzięki temu zarabia. Takich osób jest po prawej stronie ogrom. Czasem (aczkolwiek bardzo rzadko) zdarzają się sytuacje, w których tego, czy innego prawicowca poniesie do tego stopnia, że sprawa kończy się w sądzie (vide, sprawa Michalkiewicza), ale w przeważającej większości przypadków kończy się to jedynie na tym, że ten czy inny prawicowiec po prostu dociera ze swoim (eufemizując) gówno-przekazem do coraz większej liczby osób. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ta sama prawica non stop drze mordę i tłumaczy, że jest cenzurowana i że to skandal (spisek lewicowych elit/etc.).


Pochylę się teraz nad pewną kwestią, związaną z prawicowymi strategiami „autopromocyjnymi”. Od czasu do czasu przy okazji kolejnych wypowiedzi prawicowców pojawiają się narracje, w których stoi, że w sumie to po co komentować te wypowiedzi? Stop making stupid people famous/etc. Z narracji tych wynikałoby tyle, że gdyby ludzie nie reagowali na wypowiedzi skrajnej prawicy, to ta byłaby mniej popularna, tak więc w starciu z tym, co robią prawicowcy trzeba po prostu „godnie milczeć”. I wszystko fajnie, tylko że to bzdura. To nie jest tak, że te wypowiedzi są wyciągane spod kamieni przez ludzi, którzy się na te wypowiedzi (słusznie) oburzają. Te wypowiedzi pojawiają się w przestrzeni publicznej i brak jakiejkolwiek reakcji na nie miałby tylko i wyłącznie ten efekt, że kredens przesuwałby się jeszcze szybciej na prawo. Skoro bowiem nikt nie reaguje na taką, czy inną wypowiedź, to znaczy, że jej autor „musi mieć trochę racji, prawda?”. Taki byłby efekt „godnego milczenia”. Przejawem skrajnej naiwności jest również wiara w to, że gdybyśmy nie komentowali wypowiedzi skrajnej prawicy, to ta w pewnym momencie dałaby sobie spokój. Ja tam może prosty bloger jestem, ale śmiem twierdzić, że „godne milczenie” doprowadziłoby tę prawicę do produkowania jeszcze bardziej przegiętych treści (w tle zaś znowu widzielibyśmy przesuwający się w prawo kredens), zaś te „mniej przegięte” zostałyby po prostu  znormalizowane. Skoro bowiem nikt na nie nie reaguje w żaden sposób, to pewnie ich autorzy mają trochę racji...


Sporo osób podnosi argument, że skrajna prawica powinna mieć „no platform” w mediach. Przyznam się szczerze, że nie jestem do końca przekonany o tym, że to dobry pomysł. O ile jakieś 20 lat temu podpisałbym się pod tym wszystkimi kończynami, to teraz sprawa jest nieco bardziej złożona. Czemu? Ano temu, że żyjemy w dobie wszędobylskich mediów społecznościowych. Co z tego, że skrajna prawica nie będzie zapraszana do telewizorni, skoro może sobie bezproblemowo pozakładać konta na YT, albo rozpowszechniać treści na ćwitrze, Facebooku (i inszych portalach społecznościowych)? Mało tego. Zbanowanie ich w telewizorni sprawi, że będą mogli sobie sami przypiąć odznakę „ocenzurowanych za mówienie prawdy” (rzecz jasna, jeszcze bardziej niż teraz). Taki ban, żeby być skuteczny, musiałby obejmować również media społecznościowe (i to wszystkie), a to jest praktycznie niemożliwe (nie, jeden Trump z banem na ćwitrze i FB wiosny nie czyni). Nie wspominając już o tym, że w naszych realiach taki ban jest, no cóż, nierealny, bo gdyby nawet „wolne media” nie chciały zapraszać do siebie wszelkiej maści Bosaków i Bąkiewiczów, to zrobią to skrajnie prawicowe rządowe media.


Czy z tego, co napisałem wyżej wynika, że powinno się tych wszystkich skrajniaków zapraszać do mediów i pozwalać im na narzucanie narracji? Absokurwalutnie nie. To jest po prostu kolejna patologia „wolnych mediów”. Zaprasza się do programów ludzi, którzy w najlepszym wypadku wygadują bzdury, a w najgorszym rzeczy, które zapewne można by było znaleźć w periodykach wydawanych w latach 30-tych XX wieku w pewnym państwie (nieśmiało przypominam, że Godwin stwierdził, że w przypadku osób, które używają nazistowskiej retoryki i symboliki jego prawo nie ma zastosowania). Ujmujące jest to, że „dziennikarze”, którzy zapraszają skrajnych prawicowców, słuchają tych ich gówno-narracji i robią mądre miny (tak jakby faktycznie słuchali jakichś wartościowych wypowiedzi). Równie ujmujące jest to, że część z zapraszających bawi się potem w arbitrów elegancji i krytykuje, na ten przykład, wulgarne hasła na protestach przeciwko zamordystycznym przepisom antyaborcyjnym. Niektórzy z nich idą o krok dalej i stawiają znak równości między skrajnie prawicową retoryką (czyli wzywaniem do wieszania zdrajców, stawiania ludzi przed plutonami egzekucyjnymi i generalnie jaraniem się przemocą), a tymi paroma wulgarnymi hasłami. Jednakowoż skalę żenady wypierdala wtedy, gdy tytani intelektu twierdzą, że, na ten przykład, w sprawie związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych „z jednej i z drugiej strony padają skrajne opinie”. Bo wiecie, jak z jednej strony ktoś mówi, że ci drudzy są chorzy i trzeba ich leczyć, a poza tym to trzeba ich „nawracać na bycie heterykiem”, bić i „wypalać żywym ogniem”, to to jest praktycznie to samo, co postulat o wprowadzeniu małżeństw jednopłciowych i adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. No po prostu, kurwa, nie ma między tymi wypowiedziami żadnej różnicy, prawda?


No dobrze, to co w takim razie robić ze skrajną prawicą? Uważam, że powinno się tych ludzi zapraszać do programów i orać ich tak długo, aż sami nie będą chcieli do tych programów przychodzić. Już w trakcie programów należałoby „debunkować” wypowiedzi. Należałoby robić to w sposób, który uniemożliwiłby ludziom pokroju Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny wycinanie jego wypowiedzi z programu celem pokazania, że „zaorał” (nie, nie ma tu żadnego znaczenia to, czy on robi to sam, czy też jakiś jego przydupas). Jednakowoż najważniejsze jest to, że należałoby się do takich „odwiedzin” przygotowywać merytorycznie. Być może wtedy uniknęlibyśmy przykrego widoku tej, czy innej osoby dziennikarskiej wpatrującej się tępym wzrokiem w kogoś, kto opowiada jakieś straszliwie brednie, która to osoba dziennikarska nie potrafi w żaden sposób zareagować na te brednie. Sprawa kolejna, należałoby prawicowców grillować. Doskonale pamiętam, jak to Jacek Nizinkiewicz odpytywał Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (tak, wiem, sporo o nim dzisiaj, ale prawda jest taka, że jest to jeden z wielu polityków, którzy całą swoją karierę polityczną zawdzięczają „wolnym mediom” i ich jebałpiesizmowi w kwestii tego, o czym informują suwerena), co ów Doktor miał na myśli, gdy hejtował mniejszości seksualne (Patryk Jaki co prawda skasował stary ćwit, ale było to już o pierdylion screenów za późno). Odpytywanie wyglądało tak, że Nizinkiewicz zadał to pytanie bodajże dwa razy i za drugim razem dał się zbyć formułką „no ja nie wiem, czy coś takiego było, ale jak było to pewnie był element szerszej dyskusji”. Pamiętam również, jak Krzysztof Bosak zapytany o to, czy spalenie tęczy ze Zbawixa było przestępstwem stwierdził, że w sumie to trzeba się zastanowić, bo ona tam stała nielegalnie. Rzecz jasna, osoba dziennikarska, która z nim rozmawiała ni cholery się do tego nie odniosła i nie dopytała, co autor miał na myśli.


Merytoryczne przygotowanie (a raczej jego brak) wszelkiej maści redaktorów jest zmorą polskich mediów (być może niepolskich również, ale tutaj pochylamy się nad naszymi rodzimymi problemami). Dlatego też olbrzymim problemem mogłoby być dla mediów wcześniej wzmiankowane przygotowywanie „komentarzy wstępnych” do artykułów, które traktowałyby o wypowiedziach/działaniach tego, czy innego skrajnego prawicowca. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. To nie jest tak, że ja uważam, że prostować należałoby jedynie te bzdury, które serwuje nam skrajna prawica. Prostować należałoby wszystkie. Niemniej jednak teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której debata publiczna zdominowana jest przez prawicę, która używa bardzo agresywnej retoryki. Skrajna lewica w wymiarze politycznym w Polsce nie istnieje, a co za tym idzie, nie stanowi dla nikogo żadnego zagrożenia (w przeciwieństwie do skrajnej prawicy). Z tego właśnie powodu skupiam się na tym, że powinno się prostować bzdury z tego, a nie innego bieguna politycznego.


No, ale to dygresja. Wróćmy do kwestii pisania „komentarzy wstępnych". Tak sobie myślę, że do tworzenia sensownych „komentarzy wstępnych” potrzebni by byli ludzie z ogromną wiedzą interdyscyplinarną. Co prawda można by było używać „gotowców” i np. na początku każdego artykułu o radży researchu  (aka Rafał Ziemkiewicz) wrzucać coś w rodzaju: „autor wypowiedzi był wielokrotnie przyłapywany na mijaniu się z prawdą [i tu np. link do jakiejś sub-strony, na której byłoby szczegółowo opisanych kilkaset przypadków, w których Ziemkiewicz ściemniał], został objęty zakazem wjazdu do UK, ponadto został zwolniony z jednej z redakcji za żarty z gwałtów, a z innej za tekst o potrzebie strzelania do elbegietów”), ale prócz takiego gotowca trzeba by było również dorzucać jakiś debunk odnoszący się do cytowanych wypowiedzi, a to (biorąc pod rozwagę biegłość w oszczędnym gospodarowaniu prawdą przez Ziemkiewicza) wymagałoby sporej wiedzy. Dla redakcji problemem nie byłoby znalezienie takich osób, ale to, że trzeba by im było zapłacić, bo pewnie nie chciałyby zapierdalać za „do portfolio”.  Jeszcze większym problemem jest to, że redakcje „wolnych mediów” zatrudniają na stanowiskach stricte dziennikarskich osoby, które potrafią opowiadać idiotyzmy o tym, że w sumie to Konfederacja może i ma kontrowersyjne pomysły, ale jej członkowie przynajmniej znają się na gospodarce (szkoda, że nigdy nie doprecyzowują, o jaką gospodarkę chodzi, bo bredni wygadywanych przez konfiarzy nie dałoby się zastosować nawet w przeciętnym 4X na najprostszym poziomie trudności [tzn. dałoby się, ale potem trzeba by było zaczynać od początku]).


Niestety, kredens jest przesunięty tak bardzo na prawo, że nawet wdrożenie tego, o czym tu sobie napisałem na początku, przynosiłoby niewielkie efekty. Niestety, skrajnie prawicowe narracje wżarły się nam w społeczeństwo. Dla mnie to ma wymiar, można by rzec, osobisty, bowiem żyje sobie już trochę wiosen i patrzałem na to, jak spora część moich znajomych (nie tylko znajomych, bo odnosi się to też do członków mojej rodziny) w pewnym momencie dostaje pierdolca i nawraca się na wyznawanie Bosaka, Matek Kurek, wszelkiej maści narodowców, Ziębów/etc. Skrajnie prawicowe narracje przeorały tym osobom głowy do tego stopnia, że praktycznie niemożliwa jest jakakolwiek dyskusja. Nie chodzi tu o rozmowy via komunikatory, ale te zwykłe, w trakcie których ludzie konwersacyjnym tonem wtrącają, na ten przykład, skrajnie rasistowskie teksty, albo jakieś antyszczepionkowe bzdury. W momencie, w którym ktoś zwraca im na to uwagę, włącza się im mentorski ton i rzucanie hasłami w rodzaju „mówisz TVN-em”.


Ciekawostką (o ile w ogóle można w takim kontekście mówić o ciekawostkach) jest to, że osoby te mają różne wykształcenie, są, ujmując rzecz kolokwialnie „na różnym poziomie oczytania”, mają bardzo różną wiedzę, są wśród nich zarówno osoby wierzące, jak i ateiści. Łączy ich natomiast to, że w pewnym momencie dali się zbajerować skrajnej prawicy i teraz zachowują się jak fanatycy. Mocno dyskusyjne jest to, czy zwalczanie skrajnej prawicy (która, nie oszukujmy się, stanowi zagrożenie dla nas wszystkich) wywarłoby na te osoby pozytywny wpływ. Zapewne spora część z tych osób odebrałaby takie działania jako „walkę z wolnością słowa”, „atak na prawdę”/etc. Niemniej jednak, jeżeli nic nie zostanie zrobione, będzie tylko gorzej.


Wielu komentariuszy ulega pokusie zwalenia winy za to, co się teraz dzieje, na obecne działania Zjednoczonej Prawicy. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Uważam, że to, co Zjednoczona Prawica robi naszemu społeczeństwu, jest zbrodnią. Tyle, że oni tego nie zaczęli. Proces ten (jak to już wspomniałem) trwa w najlepsze od dłuższego czasu. Biorą w nim udział wszystkie media. Czasem odnoszę wrażenie, że te „wolne” są o wiele bardziej niebezpieczne. Jeżeli bowiem ktoś w 2021 roku ogląda TVP Info (i nie jest betonem), to zdaje sobie sprawę z tego, że kanał ten (tak samo jak i portal) jest, delikatnie rzecz ujmując, cokolwiek mało wiarygodny. Ten sam człowiek (nie będący człowiekiem z betonu) czytając mainstreamowe portale może odnieść wrażenie, że niejaki pan Bąkiewicz, to w sumie musi być jakiś zwykły typ. No bo skoro jego „apele” są wrzucane na główne strony portali, to chyba nie może być z nim aż tak źle, prawda? To, że większość mediów ma wręcz absolutnie wyjebane na to, że ich działania mogą mieć opłakane konsekwencje, widać choćby po tym, że nawet w temacie szczepień nie potrafią powstrzymać się od clickbaitozy. Przykładem niech będzie to, co ostatnio widziałem na Interii. Tytuł artykułu zamieszczonego na głównej stronie bije po oczach hasłem o zgonach po szczepieniach. Z tekstu zaś możemy się dowiedzieć, że chodzi o to, że zaszczepionym na covid osobom też zdarza się zemrzeć na tę chorobę, ale dotyczy to praktycznie wyłącznie osób, które miały poważne problemy ze zdrowiem (oraz były w wieku, że tak to ujmę, bardzo zaawansowanym). Czy media publikując tego rodzaju rzeczy są współodpowiedzialne za katastrofę, którą skończył się Narodowy Program Szczepień? A i owszem. Czy kogokolwiek z medialnych decydentów to obchodzi? Ni chuja. Wracając do meritum. To nie PiS „ośmielił” skrajną prawicę. Ona była ośmielona już dawno temu. Czy PiS przegina? Owszem, ale gdyby nie to, że „wolne media” całymi latami promowały szurię (w pogoni za sensacją), PiS nie mógłby sobie pozwolić na aż takie przeginanie (w wymiarze medialnym, rzecz jasna), bo jego działania nie trafiałyby na podatny grunt. Może inaczej: być może PiSowi udałoby się osiągnąć to, co teraz, ale na pewno zajęłoby mu to znacznie więcej czasu i byłoby znacznie trudniejsze. Porównywalnie trudne, jak próby odkręcenia tego, do czego doprowadziły „wolne media” latami uprawiając radosny jebałpiesizm. Można się, rzecz jasna, oszukiwać i wmawiać sobie, że jak PiS przegra wybory to wszystko się samo naprawi, ale prawda jest taka, że ludzie z przeoranymi głowami nie znikną w momencie, w którym PiS straci władze. Można się oszukiwać i nie robić nic, a potem dziwić się, jak to możliwe, że projekty Kai Godek wjeżdżają do Sejmu, a spora część polityków tłumaczy, że nie ma w tym fakcie nic zdrożnego. Gwoli ścisłości, ta wzmianka o „nic nie robieniu”, nie jest przytykiem do zwykłych obywateli, bo my, obywatele, możemy, za przeproszeniem gówno zrobić. Ponieważ zaś nic nie wskazuje na to, żeby media zamierzały się ogarnąć jedyne, co nam w tym momencie pozostaje, to zapięcie pasów, bo będzie trzęsło jeszcze bardziej niż trzęsie teraz. Ani Kaja Godek, ani jej projekt, ani też skrajna prawica (Bosaki, Bąkiewicze, Kalety/etc.) nie spadły z nieba. Skrajna prawica wielokrotnie udowadniała, że jest zdolna do ohydnych czynów, tak więc skrajną naiwnością byłoby wychodzenie z założenia, że projekt, o którym mowa będzie najgorszą rzeczą, którą zafunduje nam skrajna prawica, żeby przypodobać się Kościołowi.

Źródło (sztuk jeden):

https://wydarzenia.interia.pl/religia/news-episkopat-obraduje-m-in-o-postepowaniu-w-przypadkach-pedofil,nId,1038835