wtorek, 3 sierpnia 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #80

O tym, jak bardzo Zjednoczona Prawica nie potrafiła ogarnąć pandemii wspominałem w swoich głośnych tekstach wielokrotnie. Jak się tak te ich dokonania obserwowało z boku, to człek był prawie pewien, że szczepienia też spierdolą. Niemniej jednak miałem nadzieję, że będzie inaczej. Wiadomym jest, że obecna władza przejmuje się tylko i wyłącznie tym, co wpływa na jej słupki wyborcze (a przeca widzą, że kilkadziesiąt tysięcy zgonów, do których doprowadziły ich własne działania ni cholery im nie zaszkodziło), tym samym można bezpiecznie założyć, że Zjednoczona Prawica ma zamaszyście wyjebane na to, czy niski poziom wyszczepienia przełoży się na tysiące, czy też na dziesiątki tysięcy ofiar. Ja to wszystko wiem, ale miałem nadzieję, która brała się stąd, że Zjednoczona Prawica postawiła teraz praktycznie wszystko na ten swój Nowy Ład. Wyżej wymieniony ład do funkcjonowania będzie potrzebował dobrze działającej gospodarki. Dobrze działająca gospodarka zaś wymaga jako takiej stabilności, która to stabilność wymaga poradzenia sobie z pandemią. Owszem, do tej pory udało się gospodarkę utrzymać na jako-takim poziomie, ale jeżeli mielibyśmy się bujać na kolejnych falach, to nasza gospodarka może zrobić reenacting „Tragedii Posejdona”, a z rozjebaną gospodarką raczej się im ten „Nowy Ład” nie zepnie finansowo. Ja wiem, że rządząca nami partia nie składa się z najostrzejszych ołówków, ale nawet te matoły muszą być świadome tego, o czym przed momentem napisałem. Mimo tego do szczepień władza podeszła tak, jak do wszystkiego innego: wszystko zrobiono na odpierdol się, a całą resztą (tzn. tłumaczeniem, że to kolejny sukces rządu) zajęła się machina propagandowa. Cebulą na torcie propagandy sukcesu był artykuł, który pojawił się na moim ulubionym portalu „w Polityce”: „NASZ SONDAŻ. Rekordowe oceny Narodowego Programu Szczepień! Szybko przybywa ocen pozytywnych, ubywa negatywnych. SPRAWDŹ”. Widać więc wyraźnie, że władzy nie zależy jakoś specjalnie na tym, żeby szczepienia szły dobrze, bo bardziej przejmują się tym, co suweren sądzi na temat tychże szczepień.


W jednym ze swoich wcześniejszych (rzecz jasna, głośnych) tekstów opisałem jedną z bardziej kretyńskich narracji, zaserwowanych nam przez rządowe media, w myśl której to narracji w kwestii szczepień to „Niemców już nie ma”, bo tam szczepienia idą tak źle, że młodzi Polacy, którzy tam mieszkają, przyjeżdżają się szczepić do Polski. Idiotyzm tej narracji polegał na tym, że te „opóźnienia”, przez które młodzi musieli jechać do Raju Na Ziemi (czytaj: do Polski) celem zaszczepienia się, świadczyły tylko i wyłącznie o tym, że w Niemczech zainteresowanie szczepieniami w tzw. „grupach priorytetowych” jest znacznie większe niż w Polsce. Co jakiś czas wchodzę sobie na stronę, na której wrzucane są zbiorcze dane, dzięki którym można  zobaczyć, jak sobie świat radzi ze szczepieniem (link w źródłach znajdziecie) i im dłużej trwają szczepienia, tym bardziej widać, jak bardzo Zjednoczonej Prawicy nie wyszedł Narodowy Program Szczepień. Ponieważ rządowe mendia porównywały Polskę do Niemiec, zrobimy to samo. Jeżeli chodzi o odsetek całkowicie zaszczepionych (tak więc, dwie dawki, bądź też jedna JJ) to w Niemczech jest to 49,4%, zaś w Polsce 44,7%. W przypadku osób zaszczepionych przynajmniej jedną dawką procenty prezentują się następująco: Niemcy 60,9%, Polska 47,6%. Różnica między „całkowicie zaszczepionymi” a zaszczepionymi „przynajmniej jedną dawką”, to osoby, które czekają na drugą dawkę szczepionki. Z tych danych widać wyraźnie, że narracje o końcu Niemiec były mocno przesadzone.


Z tych danych wynika, że władze powinny podjąć jakieś środki zaradcze (czy tam „wdrożyć strategię naprawczą”). Co zaś robią władze? Cieszę się, że o to zapytaliście. Otóż, nasze władze opowiadają o tym, ze „nic nie mogą zrobić”. Jakiś czas temu pojawił się pomysł, żeby (tak jak we Francji) wprowadzić ograniczenia dla osób niezaszczepionych (nie jesteś zaszczepiony? To nie pójdziesz do knajpy/kina/etc.). Jaka była reakcja rządu? Ano taka: „Z obawy przed społecznym buntem - tak nieoficjalnie przyznają współpracownicy premiera Morawieckiego - rząd nie wprowadzi dostępności niektórych usług tylko dla zaszczepionych.”. Nie wiem, jak wam, ale mnie kojarzy się to z narracjami, którymi tłumaczono to, czemu nie testowano przyjeżdżających z Wielkiej Brytanii (gdy szalał sobie tam w najlepsze wariant brytyjski). Dla przypomnienia, Stanisław Karczewski tłumaczył to tak, że gdyby tych ludzi testowano, to wylałaby się na rząd fala hejtu. W przypadku dyskusji o wprowadzeniu „modelu francuskiego” mamy dokładnie taką samą śpiewkę. Edycja. Już po napisaniu powyższego kawałka okazało się, że rząd debatuje sobie wewnętrznie nad tym „jak sobie poradzić z czwartą falą”: „To decyzja, która byłaby daleko idąca, ale nie mogę w pełni wykluczyć takiego wariantu – powiedział rzecznik rządu Piotr Müller, pytany o możliwość wprowadzenie w Polsce modelu francuskiego, zgodnie z którym dostęp do niektórych miejsc możliwy jest tylko dla osób zaszczepionych.”  


Przyznam szczerze, że ciekaw jestem, skąd ta nagła odmiana i czy faktycznie była to jakaś odmiana, czy też rząd celowo opowiadał „nieoficjalnie” dziennikarzom o tym, że model francuski jest wykluczony, żeby sprawdzić jaka będzie reakcja suwerena. Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Jak już wspomniałem wcześniej, dotychczasowe działania rządu (w ramach walki z pandemią) wskazują na to, że rząd zjebie wszystko, co może zostać zjebane. Poza wszystkim innym, wprowadzenie modelu francuskiego wymagałoby skrócenia smyczy duetowi Siarkowska&Kowalski, który to duet walczy z kolejną ideologią (tym razem jest to „ideologia sanitaryzmu” [w telegraficznym skrócie, chodzi o walkę z regulacjami, które ratują ludziom zdrowie i życie, tak więc na prawicy bez zmian]). Wymagałoby to aktywnej walki z dezinformacją na temat szczepień, która szerzy się pod każdym, kurwa, artykułem (ludziom o mocnych nerwach polecam poczytanie komentarzy pod artykułami na Interii). Co prawda nie mam na to żadnych twardych dowodów, ale tak na mój podkarpacki rozum, te komentarze nie są „przypadkowe”. Przebrnąłem przez sporą ich liczbę  i widać wyraźnie, że są one nakierowane na wychwytywanie nieścisłości w przekazach medialnych. Ponieważ zaś polskie media temat pandemii potraktowały jak każdy innych (czyli: byle się klikało), to takich niespójności jest od cholery i na tych niespójnościach żerują ktosie, koordynujący tę konkretną akcję dezinformacyjną. Wprowadzenie modelu francuskiego wymagałoby od władz wydania Prezydentowi RP polecenia służbowego, w którym by stało, żeby łaskawie nie wypowiadał się w temacie szczepień i żeby zabronił wypowiadania się w tym temacie swoim doradcom. Byłoby to wskazane ze względu na to, że zarówno Prezydent RP, jak i jego doradcy, wygadują straszliwe brednie (jest to, rzecz jasna, najmniejsze zaskoczenie świata). Na ten przykład, Paweł Mucha był łaskaw powiedzieć, że: „Powszechny obowiązek szczepień na #COVID-19 mógłby być niezgodny z Konstytucją”. Nie jestem specem i nie mam pojęcia, jak się ma Konstytucja do szczepień (nie znam się na regulacjach), jednakowoż ten konkretny dupochron („nic nie możemy”) jest dość zabawny ze względu na to, że po wyborach w 2015 w Polsce, zamiast Konstytucji, obowiązywać zaczęło Lex Kaczyński, no ale to dygresja jest.


Żeby wprowadzić model francuski nasi rządzący musieliby zrobić coś, na co się do tej pory nie zdecydowali. Tym czymś jest wprowadzenie odpowiednich regulacji prawnych, które potem utrzymywałyby się w sądzie. Teraz bowiem było tak, że kto chciał, ten przestrzegał obostrzeń, a kto nie chciał (i było go stać na prawników) ten nie przestrzegał, a potem szedł do sądu i wygrywał w nim z Państwem Teoretycznym. Taką anecdatę wam tu zaprezentuję, celem zobrazowania całej sprawy. Siłownia, na którą sobie chodzę, w trakcie lockdownu była zamknięta. Po tym, jak się lockdown skończył, okazało się, że część (acz niewielka bardzo) stałych bywalców przeniosła się do innej. Powodem było to, że właściciel tej innej miał wyjebane na lockdown. Co prawda dostał jakieś tam kary, ale potem poszedł do sądu i już ich nie miał. Szczerze wątpię w to, żeby był to odosobniony przypadek. Jeżeli Zjednoczona Prawica zdecyduje się na wprowadzenie modelu francuskiego i nie pójdą za tym odpowiednie regulacje prawne, to wprowadzanie tegoż modelu będzie cokolwiek bezsensowne. Już po napisaniu powyższego kawałka tekstu objawił się w mediach Tusk, który wyjaśniał, że powinno się ludziom tłumaczyć, dlaczego szczepienia są ważne (z czym się zgadzam), ale nie powinno się ich do niczego zmuszać (z czym się, kurwa, nie zgodzę). Jeżeli bowiem do tej pory ktoś nie jest przekonany, to znaczy, że nie zrobiła na nim wrażenia covidowa hekatomba, a z tego z kolei wynika, że raczej się takiej osoby do niczego nie przekona, bo ciężko byłoby znaleźć „mocniejsze” argumenty. Gdyby to przekonywanie wjechało w momencie, w którym było już wiadomo, że szczepionka zostanie ogarnięta (nieśmiało przypominam, że opinie na temat tego, czy w ogóle doczekamy się opracowania szczepionki, były podzielone) mogłoby odnieść skutek. Problem polega na tym, że zupełnie to olano, a internety (i nie tylko) zostały zdominowane przez akcje dezinformacyjne. Ujmując rzecz innymi słowy, na przekonywanie jest za późno, teraz powinno się chronić społeczeństwo.


W ramach rozważań okołoszczepionkowych chciałbym kilka słów na temat Janusza Kowalskiego popełnić. Tak sobie dumam, że oni w tej Solidarnej Polsce mają jedną sztancę, spod której wychodzą ich politycy i polityczki. Praktycznie każdy/każda z nich charakteryzuje się tym, że nie posiada własnych poglądów. Oni się składają wyłącznie z marketingu politycznego. Na nasze wspólne nieszczęście Solidarna Polska stara się (od początku swojego istnienia) pokazać, że jest bardziej hardkorowa od PiSu (a teraz walczy o elektorat z Konfederacją). Weźmy na ten przykład, takiego Janusza Kowalskiego. Gdy do Polski wjechały pierwsze szczepionki, pan Janusz zapowiedział, że on się nie zaszczepi, bo „takie są jego poglądy”. Minęło kilka miesięcy i okazało się, że pan Janusz się jednak zaszczepił.  Tłumaczył to, a jakże, tym, że ma takie, a nie inne poglądy. Czy w jakikolwiek sposób odniósł się do swoich wcześniejszych zapewnień? Owszem: „W rozmowie z Interią Kowalski przekonywał, że „bardzo skuteczna była reklama Cezarego Pazury”. - Skoro Kiler się nie boi to i Kowalski się nie boi – mówił”.


Tak więc, widzicie, Janusz Kowalski się wahał, ale przekonał go spot z Cezarym Pazurą (mam za swoje,bo hejtowałem te spoty). Tylko, że to bzdura. Z politykami i polityczkami Solidarnej Polski (nie tylko z nimi, ale akurat nad nimi się pastwimy) jest ten problem, że większość z nich sprawia wrażenie (eufemizując) nie do końca rozgarniętych. Bardzo, ale to bardzo kuszące jest przestawienie sobie samemu w głowie przełącznika i myślenie o Januszu Kowalskim w takich kategoriach. Bo może i faktycznie w ogóle się nie interesował szczepieniami i ten spot go przekonał? Niestety, prawda jest taka, że tym osobom, zgromadzonym pod szyldem Solidarnej Polski, właśnie o to chodzi. Oni celowo udają kretynów. Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja ich uważam za jakichś geniuszy. Nic z tych rzeczy. Uważam jednakowoż, że mimo tego, że nie są najbystrzejsi, to są na tyle bystrzy, żeby wiedzieć, że opłaca się im udawać kretynów. Opłaca się im to dlatego, że kretynów żaden z konkurentów politycznych (zarówno we własnej partii, jak i w innych) nie będzie traktował poważnie i nie będzie się ich obawiał. Tak też było z PiSem, który w 2019 po wyborach obudził się w sytuacji, w której Solidarna Polska poprawiła swój stan posiadania w Sejmie. Solidarna Polska postawiła na budowanie rozpoznawalności i okazało się to kluczowe. Czemu? Ano temu, że żelazny elektorat Zjednoczonej Prawicy nie zwykł kwestionować wyborów personalnych Kaczyńskiego. Jeżeli Kaczyński uznał, że na listach wyborczych pojawiają się takie, a nie inne nazwiska, to znaczy, że wszyscy ci ludzie są zajebiści. Owszem, istotną rolę w wyborach odgrywa czasami regionalizacja (głosujemy se na posła X, bo on z naszego miasta/etc.), ale w tym przypadku też o rozpoznawalność chodzi, bo na „swoich” głosujemy dlatego, że ich „znamy”. Biorąc to wszystko pod rozwagę, jeżeli startuje się z takiej listy, to rozpoznawalność jest wszystkim. A w jaki sposób można najszybciej i najskuteczniej zbudować w Polsce rozpoznawalność, jak nie wygadując idiotyzmy (które media zaraz rozrzucą wszędzie, by klikało się lepiej)? Janusz Kowalski może i nie jest najbystrzejszy, ale nawet on zdaje sobie sprawę z tego, że szczepionki ratują życie. Gdyby sobie z tego sprawy nie zdawał, to by się nie zaszczepił. Czemu więc nadal walczy z „sanitaryzmem”? Bo buduje sobie w ten sposób rozpoznawalność. Czy ma świadomość tego, że jego działania mogą sprawić, że jakaś liczba ludzi umrze (bo uwierzą w wygadywane przez niego brednie)? Owszem. Czy ma to w dupie? Oczywiście.


Ta zmienność „poglądów” w przypadku członka Solidarnej Polski nie powinna nikogo dziwić. Wystarczy bowiem przypomnieć sobie to, jaką opinie na temat szczepień miał Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny. Otóż, w 2015 bardzo mocno wspierał Justynę Sochę z pewnego stowarzyszenia, którego nazwy nie będę wymieniał, bo szkoda mi na to literek. Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny narzekał wtedy  na „przymus szczepień” i twierdził, że powszechny obowiązek szczepień to „absolutne nadużycie”. Trzy lata później Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny był kandydatem na prezydenta Warszawy i jako taki, miał już zupełnie inne poglądy w kwestii szczepień. Czemu? Ano temu, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wcześniej stanął po stronie ciężkiego foliarstwa i że jeżeli nadal będzie utożsamiany z tymże foliarstwem, to nie będzie miał szans w wyborach w stolicy. Tak więc dokonała się w nim duchowa (czytaj: marketingowa) przemiana i nagle okazało się, że został gorącym orędownikiem szczepień. Teraz warto sobie zadać pytanie: czy gdyby było mu to do czegoś potrzebne, to czy zmieniłby „poglądy” po raz kolejny? Jestem o tym, kurwa, przekonany.


Kończąc ten kawałek Przeglądu (który rozrósł się mi bardzo) wróćmy do rozważań w kwestii tego, czy „będzie Paryż w Warszawie”. Gdybym miał teraz coś sobie tutaj na użytek mojego pisania wyprognozować, to prognozowałbym, że go nie będzie, a jeżeli nawet ogłoszone zostanie wprowadzenie modelu francuskiego, to wprowadzony zostanie tak samo, jak wszystkie wcześniejsze obostrzenia (tak więc, jeżeli ktoś nie będzie chciał ich przestrzegać i będzie miał pieniądze na prawników, to będzie mógł je mieć w dupie). I ja naprawdę chciałbym się pomylić, ale po prostu ilość wysiłku, który Zjednoczona Prawica musiałaby włożyć w to, żeby ogarnąć ten model francuski jest tak duża, że raczej nie będzie im się chciało. Gdyby chociaż od tego wysiłku miały im urosnąć słupki wyborcze, to może bym miał nieco insze zdanie w tej materii. Jednakowoż w sytuacji, w której musieliby walczyć z częścią swojego własnego elektoratu, raczej nie będzie im się chciało. Co prawda, mogliby w ten sposób ocalić sporo ludzi, ale to nigdy nie był dla nich priorytet.


Wydaje mi się, że z tematyką szczepień idealnie można połączyć kolejny kawałek Przeglądu, w którym (po raz kolejny) pochylę się nad wybitną jednostką, którą jest obecny Rzecznik Praw Prawicy (niegdyś: Rzecznik Praw Dziecka). Zjawiskowe jest to, jak bardzo ten człowiek nie nadaje się na swoje stanowisko. Zjawiskowe, nawet jeżeli weźmiemy pod rozwagę politykę kadrową Zjednoczonej Prawicy. Jakiś czas temu wyżej wymieniony rzecznik zabrał głos w sprawie szczepienia dzieci i był to głos spektakularny, albowiem stwierdził on, że szczepienia dzieci to eksperyment. I w tym miejscu pozwolę sobie na podwójną dygresję. Po pierwsze, za każdym razem, gdy mam zacytować jakąś kretyńską wypowiedź, zastanawiam się nad tym, czy w ogóle ją cytować. Problem polega bowiem na tym, że ludziom, którzy wrzucają te wypowiedzi do debaty publicznej zależy na tym, żeby dotarły one do jak najszerszej liczby odbiorców. Ponieważ jestem tego świadomy, czasem wolę pobawić się w parafrazowanie. Po drugie, warto wspomnieć o tym, że rzecznik, nad którym się pastwimy, kilka miesięcy wcześniej miał inne zdanie na temat szczepień: „Zaufajmy specjalistom, bo pandemia zagraża życiu nas wszystkich, i to na całym świecie”. Wydaje mi się, że w tym przypadku nie mamy do czynienia ze „zmianą poglądów” w ujęciu Solidarnej Polski, ale z realną zmianą poglądów. Ta konkretna zmiana poglądów pokazuje, jak bardzo skuteczna jest dezinformacyjna kampania antyszczepionkowa. W najmniejszym stopniu nie dziwi mnie to, że fundamentalista religijny dał się przekonać tejże kampanii. Tak się bowiem składa, że polski Kościół od dawna podważał zaufanie do medycyny. Co prawda nie chodziło o medycynę jako taka, ale o tę „złą”, która sprawiła, że możliwe jest zapłodnienie in vitro.


Metodę tę Kościół krytykował najpierw w sposób, że tak to ujmę „religijny”, ale ponieważ było to przekonywanie przekonanych, sięgnięto potem po argumenty, które co prawda nie mają nic wspólnego z medycyną, ale „wyglądają” na medyczne. W 2013 głośno zrobiło się o pewnym duchownym (Franciszek Longchamps de Bérier), który w wywiadzie dla jednej z prawicowych gadzinówek stwierdził, że jeżeli chodzi o dzieciaki z in vitro, to część lekarzy jest w stanie od razu rozpoznać, że taki dzieciak jest „z in vitro”, bo niektóre z tych dzieci mają „bruzdy dotykowe”. Ponieważ jego wypowiedź wywołała spore oburzenie (teraz pewnie dostałby medal od Ziobry), potem tłumaczył, że ktoś w wywiadzie coś pozmieniał, ale nadal opowiadał o tym, że w sumie to jeżeli chodzi o in vitro, to trzeba być świadomym zagrożeń „medycznych” etc. Tego rodzaju narracja w „prawym” internecie (szczególnie w jego fundamentalistycznych odmętach) to standard. Moja ulubiona to ta, w której tłumaczy się czytelnikowi, że to in vitro to teraz może i niegroźne, ale prawdziwe, negatywne efekty może być widać dopiero za trzy pokolenia. Jest to moja ulubiona narracja, ponieważ  jest bardzo bezpieczna dla wygłaszających ją osób ze względu na to, że jak już się pojawi to trzecie pokolenie i będzie widać wyraźnie, że to były bzdury, to o autorach tych wypowiedzi nikt nie będzie pamiętał (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że podobna argumentacja [w trzecim pokoleniu będzie widać efekty!] pojawiła się kiedyś w kręgach krytycznych względem GMO). Tych quasimedycznych argumentów było sporo i one sobie wszystkie siedzą w głowach naszych rodzimych fundamentalistów. I w tym momencie, wchodzi antyszczepionkowa kampania dezinformacyjna, cała na biało i pompuje fundamentalistom do łbów praktycznie te same argumenty (zmienianie DNA/etc.), ale odnoszące się do szczepień. W kontekście powyższego, nikogo nie powinno dziwić to, że Mikołaj Pawlak (który przez wiele lat był poddawany religijnej indoktrynacji) zmienił zdanie w kwestii szczepień.


Wypowiedź Pawlaka była do tego stopnia idiotyczna, że odciął się od niej Premier Tysiąclecia, który stwierdził, że rzecznik nie przemawia w imieniu rządu i że to jest tego rzecznika prywatna opinia i że w ich obozie są ludzie o „radykalnych poglądach w temacie szczepień”. No i wszystko pięknie, ale Premier Tysiąclecia zdaje się zapominać o tym, że to właśnie Zjednoczona Prawica tego konkretnego, uśpionego foliarza, posadziła na tym konkretnym stołku. To jest swoją drogą typowe dla tej władzy. Władza ta z jednej strony opowiada o tym, że kończy z „imposybilizmem”, ale z drugiej, ilekroć trzeba się wytłumaczyć z jakiegoś fuckupu, okazuje się, że ten fuckup to nie z winy partii rządzącej, że partia rządząca nic nie może zrobić, że wszystkiemu winna opozycja i że gdyby to ta opozycja rządziła, to byłoby znacznie gorzej. Zwalanie odpowiedzialności na opozycję za swoje własne fuckupy jest czasem bardzo, ale to bardzo spektakularne. Nie inaczej było w przypadku „Pancernego Mariana”. Najpierw go sobie Zjednoczona Prawica zrobiła szefem NIKu, potem (jak się głośno zrobiło o tym, że Banaś jest „Pancerny”) go broniła, a Genialny Strateg opowiadał o tym, że „ma wrogów i ci wrogowie mogą posunąć się do daleko idącej operacji”. Nieco później, jak się okazało, że postać Banasia jest jednakowoż, eufemizując, problematyczna, partia rządząca sobie wymyśliła, że zmieni Konstytucję, żeby wyjebać „Pancernego” ze stołka. Był to kolejny (z pierdyliona) przykładów na to, jakie obecna władza ma podejście do prawodawstwa (chodzi, rzecz jasna, o pisanie sobie prawa tak, żeby było dostosowane do obecnych potrzeb władzy), ale o tym konkretnym mechanizmie będzie w dalszej części. Ponieważ opozycja nie chciała się bawić w zmienianie Konstytucji, okazało się, że (a jakże) cała ta sprawa to „wina opozycji”. Jeżeli nie chcecie wierzyć mi na słowo, to uwierzycie Jackowi Sasinowi (aka The Seventy Million Zloty Man):  „Niestety wszystko wskazuje na to, że potrzebna byłaby zmiana konstytucji w celu odwołania Mariana Banasia, ponieważ te konstytucyjne gwarancje dla nieusuwalności prezesa NIK są bardzo mocne. Ustawą nie da się tego zmienić. Nie ma zgody opozycji, w związku z tym postawię tezę: Dzisiaj to opozycja niestety bierze odpowiedzialność za to, że pan prezes w dalszym ciągu będzie pełnił tę funkcję".


No dobrze, ale my tu nie o Banasiu, a o Rzeczniku Praw Prawicy. Jego wypowiedzi i ostatnie dokonania (o najbardziej spektakularnej deklaracji za moment będzie) na pierwszy rzut oka wyglądają tak, jak gdyby był to kolejny nie do końca przemyślany wybór, będący efektem połączenia chujowej polityki kadrowej z bardzo krótką ławką. Tyle, że to nie do końca prawda. Bo, co prawda, z jednej strony się Premier Tysiąclecia odcinał od rzecznika, ale z drugiej strony, rzecznik realizuje program partii. Weźmy, na ten przykład, jedną z jego ostatnich deklaracji: „Wystąpiłem do ministra Czarnka o rozszerzenie szkolnych programów nauczania o męczeństwo polskich dzieci w okresie II wojny światowej i latach powojennych. Muzeum Dzieci Polskich, którego budowę zainicjowałem, będzie centrum edukacyjnym dla uczniów.”. I znowuż, wydawać by się mogło, że to jest jakaś aberracja, która się w głowie rzecznika zalęgła i że się pewnie okaże, że to jest jego „prywatna opinia”, prawda? Jak to powiedział bohater jednego z filmów (który powinien być obowiązkowy dla każdego konesera chujni [„Smoleńsk”]): „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Mam tutaj pytanie do tych z was, którzy w ramach lektur szkolnych przeczytali „Kamienie na Szaniec”. Jak czuliście się w trakcie lektury? Bo ja doskonale pamiętam, że byłem autentycznie zły. No bo z jednej strony barykady były dzieciaki, a z drugiej nazistowski aparat opresyjny. Śmiem twierdzić, że osoby, które umieściły tę pozycję na liście lektur, musiały wiedzieć, jakie ta lektura będzie wywoływać stany emocjonalne. Z tym muzeum i nauczaniem o męczeństwie dzieci chodzi dokładnie o to samo (tyle że „na sterydach”). Obecna władza nie pała miłością do naszego zachodniego sąsiada. Gdy obecne władze chcą pokazać, że ktoś jest zły, to dodają mu do nazwy słowo „niemiecki/niemiecka/etc.” (np. „niemieckie media”). Problem władz polega na tym, że jest to tylko częściowo skuteczne. O ile starsze pokolenia są mało odporne na taką retorykę, to młodsze mają tę retorykę w dupie i się z niej nabijają. Ponieważ nie rokuje to dobrze na przyszłość, rząd postanowił jakoś temu przeciwdziałać. W telegraficznym skrócie, chodzi o to, żeby doprowadzić do tego, żeby młodzież na hasło „to niemieckie media”, „ten polityk służy niemieckim interesom”, etc., reagowała tak, jak antyszczepionkowcy na punkty szczepień. Te działania to kolejny dowód na to, że partia rządząca nie chce się rozstawać z władzą w dającej się przewidzieć przyszłości.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Skoro jesteśmy przy chujowej polityce kadrowej Zjednoczonej Prawicy, pozwolę sobie pochylić się nad typem, którym Zjednoczona Prawica chciała zastąpić Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że Saryusz-Wolski nie miał najmniejszych szans, ale zdaje sobie również sprawę z tego, że Zjednoczona Prawica miała na ten temat insze zdanie (i jakaś część jej polityków uwierzyła w to, że uda się go na ten stołek wsadzić). Czemu w ogóle o tym przypominam? Ano temu, że wszyscy się, kurwa, powinniśmy cieszyć z tego, że sprytny plan Zjednoczonej Prawicy się nie powiódł. Jakiś czas temu JSW udzielił wywiadu mojemu ulubionemu portalowi, który to portal bardzo lubię za to, że ma swoich czytelników za idiotów i stara się cały tekst streścić w tytule. Nie inaczej było w przypadku wywiadu: „Ukraina musi się przygotowywać do najgorszego możliwego scenariusza, czyli do wojny. My też. Jesteśmy w imadle”. Tak swoją droga, pewnie łatwo jest tego rodzaju idiotyzmy o przygotowywaniu się do wojny wygadywać, jak się ma 72 lata (bo człowiekowi w tym wieku mobilizacja nie grozi), no ale to dygresja tylko. Jak to przed momentem wspomniałem, powinniśmy się cieszyć z tego, że ten człowiek nie został szefem RE, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z jeszcze bardziej spektakularnymi wypowiedziami, z tą różnicą, że nie wypowiadałby ich szeregowy europoseł, a szef Rady Europejskiej.


Jakiś czas temu popełniłem byłem notkę na temat Wielkiego Zhakowanego (aka Michał Dworczyk) i teraz przyszła pora na mały follow up. Mniej więcej w połowie lipca polski rząd uznał, że zbyt mało się dzieje i zrobił jeden prosty trick, dzięki któremu można mieć pewność odnośnie tego, że treść maili, które się były pojawiały (i nadal się pojawiają) w internecie jest legitna. Otóż, rząd wpadł na genialny pomysł „skasowania internetu” i doprowadził do zablokowania kanałów na Telegramie, na którym to kanale pojawiały się owe maile: „Jak informuje Wirtualna Polska, urzędnicy kilku departamentów Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zasypywali Telegrama i inne instytucje mailami, by usunąć kanały.”. Zjawiskowe jest, kurwa, to, że partia, która swego czasu trzęsła internetami, teraz nie ogarnia ich tak bardzo, że ktoś tam, kurwa, wpadł na pomysł „jak to skasujemy z internetu, to już tego nie będzie”. Nie trzeba chyba wspominać, jaki był efekt końcowy tych starań i dlaczego tym efektem końcowym było to, że maile nadal pojawiają się w różnych miejscach? Przy okazji afery mailowej nie mogło zabraknąć ukochanej przez Zjednoczoną Prawicę „wielonarracji”. Tym razem zdecydował się na nią Zbigniew Ziobro: „Zapytany, czy Michał Dworczyk powinien podać się do dymisji, o co apeluje opozycja, odpowiedział: Jeśli śledztwo wykazałoby, że mamy do czynienia z profesjonalnymi działaniami służb rosyjskich GRU, które prowadzą na szeroką skalę zakrojone działania to może się okazać, że również ofiarami tego rodzaju działań padli politycy opozycji. Czy oni też będą się sami podawać do dymisji?”. Szanuję tę wypowiedź jak pojebany (padła ona w drugiej połowie czerwca, tak więc w momencie, w którym afera się rozkręcała [nie mam pojęcia dlaczego nie wspomniałem o tym w swoim Głośnym Tekście]), wynika z niej bowiem tyle, że może i opozycja nie jest wszystkiemu winna (aczkolwiek w wywiadzie padło stwierdzenie, że poprzednie rządy też się kontaktowały w ten sam sposób), ale może być tak, że opozycję tez zhakowano, więc niech opozycja se da spokój, bo się będzie musiała podać do dymisji. I tylko jedno mi się teraz po łbie kołacze (uwaga przygotować płyny, bo to będzie straszny suchar): czy jeżeli opozycja poda się do dymisji i przestanie być opozycją, to zacznie rządzić?


Wypowiedzi Ziobry nie da się traktować na serio, bo choćby skały srały nie można w tym konkretnym przypadku budować takiego bieda symetryzmu. Nawet jeżeli ktoś z opozycji został zhakowany (czego wykluczyć się nie da, bo jebałpiesizm nie zważa na podziały partyjne), to nie można by było tego porównać do sytuacji, w której zhakowany został (uwaga, będzie CAPS) SZEF KANCELARII PREZESA RADY MINISTRÓW. Biedasymetryzm Ziobry miałby sens, gdyby zhakowany został jakiś szeregowy poseł (niestety, żarty z „szeregowego posła” się zdezaktualizowały, bo ów poszedł w wicepremierostwo), który nie miał dostępu do żadnych istotnych informacji. Dworczyk, w przeciwieństwie do takowego „szeregowego posła”, miał i ma dostęp do bardzo wielu informacji, do których opozycja dostępu nie ma. Przykładem niech będzie to, co działo się w momencie, w którym posłanki lewicy chciały dokonać kontroli poselskiej Narodowego Programu Szczepień: „Dwie posłanki Lewicy nie zostały w piątek wpuszczone do pomieszczeń Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie chciały przeprowadzić kontrolę poselską dotyczącą zamieszania z rejestracją na szczepienia. Szef KPRM Michał Dworczyk nie zgodził się na ich wejście, natomiast zaproponował przyszłotygodniowe terminy. "To jak proszenie przez kierowcę policji o odłożenie na kilka dni kontroli trzeźwości - bo dzisiaj to kierowca wolałby nie" - skomentowała posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk”. Kilka dni później okazało się, że komentarz (o kierowcy) Agnieszki Dziemianowicz-Bąk stał się ciałem, albowiem kiedy Dworczyk już łaskawie zezwolił na kontrolę, okazało się, że nie ma żadnej dokumentacji, którą można by było skontrolować (ciekawym, czy nie prowadzono jej od początku, czy też w dniu, w którym nie wpuszczono posłanek z kontrolą, złożono ekspresowe zamówienie na wysokowydajne niszczarki do papieru). Gdybyśmy się chcieli trzymać metafory autorstwa ADB, to wyszło by nam tyle, że w momencie kontroli okazało się, że co prawda auto, którym poruszał się kierowca, nie było kradzione, ale nie ma żadnej dokumentacji (dowodu rejestracyjnego, OC, etc.), nie wiadomo kto jest jego właścicielem i tak właściwie to nie wiadomo kto tym autem kierował, bo wszyscy tłumaczą, że oni siedzieli na tylnej kanapie, a poza tym, żaden z nich nie ma prawa jazdy, więc jak w ogóle można ich podejrzewać o to, że kierowali autem. Tak sobie myślę, że jeżeli dokumentacja była prowadzona (i przypadkowo wpadła w niszczarkę), to zapewne w którymś momencie jakieś kawałki tej dokumentacji mogą się pojawić w internecie.


Nieco wcześniej w ramach niniejszej ściany tekstu wspomniałem o tym, że poruszę temat dostosowywania prawodawstwa do bieżących potrzeb. Z tym pisaniem prawa na kolanie to jest tak, że to nie był wynalazek Zjednoczonej Prawicy (ktoś jeszcze pamięta, skąd się wziął pomysł chemicznej kastracji pedofilów?), ale tak jak ze wszystkimi dysfunkcjami władzy, w trakcie rządów Zjednoczonej Prawicy ów proceder osiągnął niemierzalne poziomy. Ktoś podał do sądu drukarza, który nie chciał wydrukować ulotek elgiebetom? Złożymy wniosek do Trybunału Przyłębskiego, żeby ujebał przepis. TSUE wydaje wyroki, które nie podobają władzy? Składamy kolejny wniosek do TP i okazuje się, że: „Przepis traktatu unijnego, na podstawie którego Trybunał Sprawiedliwości UE zobowiązuje państwa członkowie do stosowania środków tymczasowych ws. sądownictwa, jest niezgodny z konstytucją”. Władzy nie podoba się Europejska Karta Praw Człowieka? No nie zgadniecie jakie rozwiązanie tego problemu znalazła Zjednoczona Prawica. Przyznam szczerze, że jak zobaczyłem ten ostatni idiotyzm po raz pierwszy, to przez moment miałem problemy z uwierzeniem, że artykuł został napisany na serio. W uzasadnieniu wniosku złożonego do Trybunału Przyłębskiego jest typowa (dla Ziobry) sieczka, z której wynika, że generalnie to on nie ma nic przeciwko tej konwencji, ale wszyscy inni źle ją interpretują, tak więc on musiał coś z tym faktem zrobić (bo go do tego zmusiły czynniki zewnętrzne). Ciekaw jestem, czy Ziobro sam wierzy w brednie, które wygaduje (i na serio wydaje mu się, że razem z ziomeczkami z partii [Sebastianem Kaletą, Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny/etc.]) ogarniają prawo lepiej od wszystkich europejskich trybunałów/etc., czy też wie, że to brednie i mówi to wszystko po to, żeby mieć jakąś narracyjną podkładkę pod swoje działania. Jeżeli Ziobro w to nie wierzy, to chylę czoła przed jego umiejętnościami aktorskimi, bo opowiadanie takich bredni przy jednoczesnym zachowaniu poważnego wyrazu twarzy, godne jest Oskara.


Wykorzystywanie Trybunału Przyłębskiego w charakterze brechy, którą załatwia się „doraźne” problemy, związane z prawodawstwem, to jedno. Czym jest natomiast pisanie ustaw, mających na celu przyjebanie w podmioty, których się nie lubi? Idealnym przykładem będzie tzw. Lex-TVN. Nie będę się tutaj pastwił nad szczegółami tej ustawy i napiszę jedynie tyle, że chodzi w niej o zemstę na znienawidzonej przez Zjednoczoną Prawicę stacji telewizyjnej. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć, o tym, że w mediach pojawiły się przecieki odnośnie tego, „co się stanie, jeżeli Lex-TVN padnie w Sejmie”. Zapewne bardzo was zdziwi to, że tym planem awaryjnym (uważajcie, bo to was zszokuje) ma być użycie brechy (TP miałby zbadać konstytucyjność obecnych przepisów i jakby mu wyszło, że są niezgodne z Konstytucją [a prawie na 100% wyjdzie, jeżeli sobie tego Genialny Strateg zażyczy] przeforsowanie ustawy, która będzie „zgodna z Konstytucją”). Nie mam pojęcia jak to wszystko się potoczy, bo tutaj w grę wchodzą jeszcze Amerykanie, a oni już dawali po łapach Zjednoczonej Prawicy, gdy ta szarpała TVN. Teraz sprawa jest o tyle grubsza, że nie chodzi o jakieś tam śmieszne kary, ale o to, że jeżeli ustawa wejdzie w życie, to amerykańska firma będzie musiała zbyć „nadmiar” akcji (czyli 51% tychże). Pytanie, które teraz należy sobie zadać brzmi następująco: czy administracja Bidena wkurwi się na tyle, żeby zareagować na ten pomysł w sposób, który nie mógłby być zignorowany przez Zjednoczoną Prawicę (się wam przyznaję w tym miejscu, że nie mam pomysłu na to, jak mogłaby wyglądać taka reakcja, bo Jarosław&co odkleili się już bardzo od realiów [vide badanie konstytucyjności Europejskiej Karty Praw Człowieka]). Od pewnego momentu polityka zagraniczna w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy wygląda tak, że ZP non stop coś odpierdala (łamiąc różne ustalenia i umowy) licząc na to, że wszystkie inne kraje będą przestrzegać umów i ustaleń. Do tej pory to się sprawdzało, bo inne państwa odzwyczaiły się od tego rodzaju polityki. I tu należy sobie zadać kolejne pytanie: jak długo to jeszcze potrwa?


Jeżeli zaś chodzi o samo Lex-TVN, to tego rodzaju ustawa pokazuje jasno, że Zjednoczona Prawica nie zamierza się zbyt szybko rozstawać z władzą. Prawda jest bowiem taka, że flekowanie nielubianego medium przy pomocy prawa, otwiera furtkę dla następców Zjednoczonej Prawicy. Cóż będzie stało na przeszkodzie kolejnej władzy, żeby wprowadzić sobie ustawę, w której będzie stało, że jeżeli jakieś medium będzie powielało rosyjskie dezinfo (sprawdzenie tego jest banalnie proste), to takowe medium będzie miało problemy (przez „problemy” rozumiem uniemożliwienie dalszej działalności przy pomocy odpowiednich przepisów prawnych). Może i politycy Zjednoczonej Prawicy nie są najbystrzejsi, ale nawet oni sobie muszą zdawać sprawę z tego, że „Wersal się skończył” na ich własne życzenie. Wyobraźmy sobie, że takie przepisy wchodzą w życie – „zawartości” prawych mediów są analizowane przez odpowiednie algorytmy i nagle okazuje się, że formacja Jarosława Kaczyńskiego nie ma już żadnych mediów, bo (co za szok) okazało się, że wszystkie są umoczone. Prawica jest na tyle bezczelna, że pewnie pobiegłaby po pomoc do instytucji, którymi teraz gardzi, ale, okazałoby się, że no cóż, niby niefajnie, ale z drugiej strony rosyjska dezinformacja to duży problem, tak więc w sumie to nie było innego wyjścia chyba. Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie tak, że ja sobie tutaj snuję jakieś wizję „dojebania PiSowi”, bo marzy mi się cenzura (rzecz jasna, lewacka), po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że po tym, co teraz odpierdala Zjednoczona Prawica, następcy dostaną niemalże carte blanche. I znowuż, jeżeli ja sobie z tego zdaję sprawę, to członkowie tej partii (nawet ci pokroju Marka Suskiego) również. A z tego z kolei wynika, że partia Jarosława Kaczyńskiego będzie robić wszystko, żeby nie doszło do utraty władzy. O tym, jak bardzo nieobliczalna potrafi być Zjednoczona Prawica niech zaświadczy to, co się działo w trakcie protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Histeryczna odezwa Kaczyńskiego i późniejsze szczucie policji na protestujących dobitnie pokazują, co może się stać w momencie, w którym reakcja suwerena nie podoba się władzy.


Miałem już zakończyć ten temat, ale w trakcie pisania zdałem sobie sprawę z tego, że opozycja (no przeca notka by się nie liczyła bez mojego przypierdalania się do tejże) absolutnie wręcz nie radzi sobie z budowaniem własnych narracji odnoszących się do tego, w jaki sposób wykorzystywany jest teraz Trybunał Przyłębski. Przecież TP może zostać użyty do zakwestionowania dowolnego przepisu. Co jakiś czas pojawia się w różnych miejscach (programach, artykułach) fraza „domykanie systemu”. Przeważnie chodzi w tym „domykaniu” o to, że jak ten system się już domknie, to wtedy utrata władzy przez Zjednoczoną Prawicę będzie mało prawdopodobna, a sama partia będzie kontrolowała wszystko, co będzie chciała kontrolować. „Domknięty system”, oznacza sądy, które będą wydawać wyroki zgodne z linią partyjną. Temu przecież mają służyć te wszystkie „reformy” sądownictwa. A kto powiedział, że Zjednoczona Prawica poprzestanie na ustawianiu sądów? Kto zagwarantuje, że zaraz potem nie wezmą się za adwokatów? No bo, co prawda, każdy ma prawo do obrony, ale przecież może się okazać, że nie każdy i nie zawsze. Ktoś pamięta, jak Zjednoczona Prawica uruchomiła nagonkę na ówczesnego RPO, Adama Bodnara, tylko za to, że zajmował się tym, czym powinien się zajmować i zadał pytanie o to, czy typ, który był podejrzany o brutalne zabójstwo, był należycie potraktowany w trakcie zatrzymania. Osobą, która lansowała się wtedy najbardziej na flekowaniu RPO był, nie kto inny, a Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny (nie będę linkował tego, co wtedy wypisywał, albowiem szanujmy się). Wiem, że trochę już tej frazy nadużywam, ale: należy sobie zadać pytanie o to, czy politycy Zjednoczonej Prawicy zdają sobie sprawę z tego, czym powinien się zajmować RPO? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista, bo aż tak durni, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy, nie są nawet oni. Mimo tego, szczuli na Bodnara. Jeżeli damy sobie wmówić to, że prawa obywatelskie można „zawiesić” w skrajnych przypadkach, to potem jest to już tylko kwestią przesuwania kredensu i powiększania definicji tego „skrajnego przypadku”.  


Tak, wiem, to co opisałem powyżej to była skrajna sytuacja, a poza tym, nikt typowi nie odebrał potem prawa do obrony. Tyle, że tego rodzaju zachowania widać było nie tylko w sytuacjach skrajnych. Doskonałym przykładem niech będzie sytuacja sprzed paru lat: „21-letni kierowca, któremu postawiono zarzut spowodowania wypadku z udziałem premier Beaty Szydło jest dzisiaj przesłuchiwany przez prokuraturę. Jego obrońcę krytykuje szef MSWiA Mariusz Błaszczak. - Włącza się w akcję mającą podważyć ustalenia o wypadku - powiedział polityk PiS w Polskim Radiu. - Nie wdaję się w żadną grę. Wykonuję swoją pracę. A pan minister powinien przestać oceniać tego młodego człowieka. Od tego jest sąd - mówi Wirtualnej Polsce mec. Władysław Pociej.”. Pamiętam doskonale to, że tę wypowiedź weryfikowałem sobie kilka razy, bo nie chciało mi się wierzyć w to, że ktoś mógł powiedzieć coś tak durnego, jak to, czym przyjebał Błaszczak (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że pastwiłem się nad tą sprawą w którymś z Głośnych Tekstów). Bo czego się niby Błaszczak spodziewał? Tego, że obrońca przyłączy się do prokuratury? Tego rodzaju oczekiwania powinny dziwić, albowiem przecież Zjednoczona Prawica deklaruje, że jest „antykomunistyczna”, a przyłączanie się obrońcy do oskarżenia praktykowane było na Wschodzie w czasach słusznie minionych. A potem mnie olśniło. To nie było głupota. Po prostu Błaszczak dał upust swojej frustracji wywołanej tym, że jakiś prawnik im psuje układankę. Ta wypowiedź nie zyskała rozgłosu, który powinna zyskać, a przecież byłaby idealnym komentarzem do „reform wymiaru sprawiedliwości”, bo nietrudno byłoby uwierzyć w to, że na końcu takowych reform mogłoby się okazać, że obrońcy nie włączaliby się w akcje, mające na celu podważanie ustaleń śledczych. Nieśmiało przypominam, że utrudnianie obrońcom dostępu do zatrzymanych należało do stałego repertuaru bagieciarni w trakcie protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego i jestem, kurwa, przekonany o tym, że bagieciarnia nie zdecydowałaby się na tego rodzaju działania nie mając jakiegoś dupochronu.


Przyszła wiekopomna chwila, w której wreszcie uda mi się pozałatwiać zaległe tematy. Pierwszym z nich będzie uczelnia założona przez Instytut, O Którym Kiedyś Nie Można Było Mówić Wiecie Czego. Tak, doczekaliśmy się uczelni wyższej, założonej przez fundamentalistów religijnych. Prawica uprzedzała nas przez takowymi w 2015, ale zapomniała dodać, że ci fundamentaliści to jej koledzy. Instytut jaki jest, każdy widzi (jeżeli zaś ktoś ma ochotę na ścianę tekstu mojego autorstwa na temat tegoż instytutu, to link w Źródłach znajdzie). Dziwiło mnie to, że jeszcze do niedawna można było natrafić na wypowiedzi komentariatu, który tłumaczył, że w sumie to nie ma się czego bać, bo ten instytut to tylko grupka fanatyków, która nic nie może, a poza tym każdy ma z nich bekę. Owszem, może i ludzie się z nich śmiali do pewnego momentu, ale przestali się śmiać, gdy się okazało, że instytut wsadza swoich ludzi , gdzie może (założyciel tej organizacji dostał się do Sądu Najwyższego). Tak swoją drogą, to tego rodzaju wypowiedzi („hehe, nie powinniśmy się bać tego, czy innego oszołoma), odnosiły się nie tylko do wiadomego instytutu, ale praktycznie do każdego fundamentalistycznego celebryty. Jednym z bardziej spektakularnych przypadków była i jest Krystyna Pawłowicz, która w opinii wielu komentariuszy była „niegroźnym oszołomem”. Ciekawym, czy zmienili zdanie w momencie, w którym została ona sędzią Trybunału Przyłębskiego, czy też nadal twierdzą, że „co tam może taka Pawłowicz”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że na samym początku swej bytności KP najprawdopodobniej dostała od partii bana na bełkotanie, bo rzadko się udzielała. Potem ktoś przestawił wajchę i Pawłowicz wróciła do Pawłowiczowania. Niemniej jednak, najbardziej jaskrawym przykładem tego, do czego prowadzi polityka „ignorowania” fundamentalistów jest kariera, którą teraz robi wiadomy instytut.


Nie chciałbym w tym miejscu nikogo straszyć, ale mam niejasne przeczucie, graniczące z pewnością, że założenie tejże uczelni nie było ich „końcowym planem” i prawie na pewno będą się dalej „rozwijać” (co jest dla nich o tyle łatwe, że mają wsparcie aparatu państwowego). Gwoli ścisłości, żeby w pełni docenić skalę spierdolenia tego, że fundamentaliści religijni założyli sobie własną uczelnie, należałoby się pobawić w eksperyment myślowy i wyobrazić sobie, co by było, gdyby gdzieś na Zachodzie powstała uczelnia wyższa, założona przez islamistów, mająca być „kuźnią islamistycznych elit”. Od momentu, w którym polska prawica dowiedziałaby się o czymś takim do momentu, w którym zaczęłaby tłumaczyć, że „Zachód umiera”, minęłaby pewnie nowojorska sekunda. Ta sama prawica klaszcze uszami na myśl o tym, że katoliccy fundamentaliści zakładają sobie uczelnię w Polsce. Niby nie powinno nikogo dziwić to, że ich zdaniem są fundamentalizmy lepsze i gorsze, ale jednak wydaje mi się, że politycy opozycji i dziennikarze powinni wspominać o tym częściej, niż to robią teraz (a nie robią tego wcale). Jeżeli komuś się wydaje, że taka uczelnia to w sumie nic takiego, bo uczelni w Polsce było przeca od cholery i przeca „rynek zweryfikuje”, to niech ten ktoś się zastanowi nad tym, czym będą się zajmować absolwenci uczelni założonej przez wiadomy instytut i dlaczego będzie to praca na rzecz wprowadzenia jeszcze większego zamordyzmu religijnego.


O tym, że instytut nie wziął się znikąd (i można go traktować jako „zbrojne” ramie Kościoła) niech zaświadczy fakt, że były członek wiadomego instytutu został powołany przez Mikołaja Pawlaka (aka Rzecznik Praw Prawicy) na członka „Państwowej Komisji do spraw wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej lat 15”. Najmniejszym zaskoczeniem było to, że chwilę później Błażej Kmieciak został szefem tej komisji. Praktycznie zupełnie bez echa przeszło to, co robił wcześniej jeden z prawników instytutu: „W międzyczasie ksiądz Jerzy, jako oskarżyciel prywatny, wytoczył proces Legierskiemu, zarzucając mu pomówienia i zniesławienie. Nie podobało mu się, że w swoich wpisach i wywiadach polityk określał go mianem "księdza-pedofila". Uznał też, że cała ta sprawa „poniżyła go w opinii publicznej oraz naraziła na utratę zaufania potrzebnego dla urzędu proboszcza parafii oraz posługi kapłana Kościoła katolickiego”. Co ciekawe, w tej sprawie reprezentował go prawnik Ordo Iuris (...)”. Rzecz jasna, ksiądz tę sprawę przegrał. Być może ktoś zarzuci mi lewacki radykalizm, ale wydaje mi się, że w kontekście powyższego żaden z członków (czy to byłych, czy też obecnych) wiadomego instytutu, nie powinien mieć wstępu do komisji, która ma zajmować się rozliczaniem kogokolwiek z pedofilii. Nie po tym, jak oddelegowali prawnika do tego, żeby reprezentował duchownego pedofila. Jak wygląda w praktyce działanie komisji? Pozwólcie, że odpowiem czterema tytułami. 12-05-2021: „KEP nie przekaże komisji ds. pedofilii wszystkich dokumentów”. 24-06-2021: „Komisja ds. pedofilii alarmuje Watykan. "Nie otrzymujemy żadnych dokumentów od Episkopatu”. 28-07-2021: „Przewodniczący Komisji ds. Pedofilii o współpracy z polskim Kościołem: Coś jest nie tak”. 02-08-2021: „"Problemy komunikacyjne". Przewodniczący komisji ds. pedofilii o relacjach z Kościołem”.


Przyznam się wam w tym miejscu do tego, że ja tam nie wiem, jakie intencje mają członkowie tej komisji. Być może chcą oni faktycznie coś wyjaśniać. Jednakowoż sytuacja, w której instytucja mająca długą historię w chronieniu pedofilów, będących jej członkami, olewa ciepłym moczem wnioski o udostępnienie dokumentacji (nie mogę tego teraz znaleźć, ale któryś katabas tłumaczył, że nie wie, czy poufne dane, które w tej dokumentacji stoją, będą bezpieczne, jak tę dokumentację przekażą komisji), a przewodniczący komisji twierdzi, że to „problemy komunikacyjne”, to jest jebana kpina. Moim zdaniem działanie Kościoła jest podyktowane najzwyklejszym w świecie graniem na czas. Tak się bowiem składa, że jak się już Kościół łaskawie zgodzi pogrozić temu, czy innemu duchownemu palcem za to, że ten zajmował się gwałceniem dzieci, bądź też ukrywaniem pedofilów, to przeważnie jest tak, że takiemu duchownemu „został jeden dzień do emerytury”. Wiadomo było, że komisja miała się zajmować, między innymi, przypadkami ukrywania pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości. Zapowiedzi powołania komisji (której pomysłodawcy do porzygu powtarzali, że to nie tylko o duchownych chodzi, bo przeca murarze też są pedofilami/etc.) wzięły się stąd, że Sekielscy wypuścili film „Tylko nie mów nikomu”. Prace nad powołaniem komisji przyspieszyły po tym, jak Sekielscy wypuścili drugi film „Zabawa w chowanego”. Ciekaw jestem, czy do tego, żeby Zjednoczona Prawica dała komisji narzędzia, które sprawią, że Kościół nie będzie mógł powiedzieć „a chuja tam wam damy, a nie dokumenty”, potrzebny będzie jeszcze jeden film Sekielskich, czy może kilka? A może będą do tego potrzebne jakieś wybory, żeby można było pokazać, jak bardzo się Zjednoczona Prawica troszczy o dzieci? Ironia losu polega na tym, że partia, która non stop opowiada o tym, że „walczy z imposybilizmem” powołała do życia komisję, która „nic nie może” i jest zdana na dobrą wolę Kościoła.


Miałem na tym zakończyć Przegląd, ale w przysłowiowym międzyczasie  doszło do nagromadzenia pewnych sytuacji, które pokazują, czym się kończy pobłażanie ciężkiemu foliarstwu i mizianie się z tymże. 25 lipca w Grodzisku Mazowieckim doszło do ataku na punkt szczepień. 31 lipca: „Grupa kilkunastu antyszczepionkowców otoczyła w sobotę szczepibus, stojący na bulwarze w Gdyni. Krzyczeli między innymi: "jesteście zabójcami" oraz "jesteście dziećmi doktora Mengele””. 1-go sierpnia (w nocy z niedzieli na poniedziałek) doszło do „Podpalenia punktu szczepień i sanepidu w Zamościu”. W międzyczasie: „Antyszczepionkowcy zakłócili piknik dla mam. "Kilkanaście osób wtargnęło na teren szpitala””. Kurde, nie wiem, jak wam, ale mnie się wydaje, że te działania mogą mieć jakiś związek z tym, że przez ładnych, kurwa parę miesięcy, części ludzi wciskano bzdury na temat szczepień (chciałbym w tym miejscu pozdrowić Annę Siarkowską, Janusza Kowalskiego, Sławomira „Bicepsa dla Koronawirusa” Jastrzębowskiego, całą Konfederację i wiele innych osób, które postanowiły lansować się na opowiadaniu idiotyzmów na temat szczepionek). Nie było dla mnie najmniejszym zaskoczeniem to, że zaraz po tym, jak doszło do pierwszego ataku foliarzy na punkt szczepień, część prawicy zawyła: TO NA PEWNO JAKAŚ PROWOKACJA (chciałbym w tym miejscu po raz drugi pozdrowić Annę Siarkowską). Tego rodzaju zachowanie jest typowe dla skrajnej prawicy. Praktycznie zawsze wygląda to w ten sam sposób. Najpierw prawica opowiada o tym, że coś się jej nie podoba, że ktoś robi coś złego i między wierszami dodaje, że w sumie to spoko by było, gdyby ktoś wziął sprawy we własne ręce. Gdy okazuje się, że ktoś posłuchał tych odezw, ta sama prawica zaczyna pierdolić o tym, że „to na pewno nie ci, z którymi my rozmawiamy, to pewnie prowokacja” i są w tym przekonywaniu wszystkich dookoła o swojej niewinności tak skuteczni, że pewnie nawet ludzie, którzy dokonują tych ataków uwierzyli w to, że są prowokatorami. Nawiasem mówiąc, nie jest to domena polskiej prawicy. O międzynarodowym wymiarze tego zachowania mogliśmy się przekonać przy okazji szturmu na Kapitol. Najpierw szczuto ludzi (opowiadając im brednie o tym, że wybory zostały sfałszowane) i podburzano do tego, żeby zrobili to, co zrobili, a potem błyskawicznie się od nich odcięto. Co prawda, rząd zapowiedział walkę z takimi zjawiskami, ale po raz nie wiem który okazuje się, że nasz rząd ma spore problemy z ogarnięciem związków przyczynowo skutkowych. Przyczyną tego rodzaju zjawisk jest między innymi to, że część rządzących opowiada bzdury na temat szczepień  (chciałbym w tym miejscu pozdrowić Mikołaja Pawlaka), a sam rząd nie robi absolutnie nic, żeby w jakiś sposób przeciwdziałać kampanii dezinformacyjnej (wiem, że o tym już wspominałem, ale wspominania o tym nigdy za wiele). Nie mam złudzeń odnośnie tego, jak pójdzie rządowi walka z dezinformacją. Nie mam tych złudzeń ze względu na wypowiedzi takowe, jaka ostatnio przydarzyła się Prezydentowi RP, który opowiadał o tym, że on to się zaszczepił, bo: „Sam się zaszczepiłem, bo uważałem, że taka była konieczność związana też z wykonywaną przeze mnie funkcją, czy mi się to podoba czy nie”.  Jeżeli czynniki decyzyjne nie są w stanie wytłumaczyć Prezydentowi RP, że jeżeli ma opowiadać brednie, to niech się, kurwa, lepiej nie odzywa, to znaczy, że mają to wszystko w dupie.


Powyższy tekst był gotowy do wrzucenia, ale w międzyczasie podrzucono mi artykuł o kolejnym wyczynie foliarstwa, tak więc Przegląd będzie miał drugie zakończenie (skoro w „Powrocie Króla” mogło być ich kilka, to w Przeglądzie mogą być dwa). Co tym razem odjebało foliarstwo? Otóż: „Antyszczepionkowcy wtargnęli do domu dziecka w Aleksandrowie Kujawskim”. O tym konkretnym wyczynie warto wspomnieć dlatego, że 13 lipca podobnie zachował się duet Siarkowska&Kowalski. Ponieważ duet ten dysponuje legitymacjami poselskimi, swoje najście mógł określić mianem „interwencji poselskiej”. W obu przypadkach powód najścia był podobny i był nim sprzeciw wobec szczepień. Ciekaw jestem, czy Anna Siarkowska tym razem też będzie opowiadać o tym, że to co się stało to prowokacja. W tym konkretnym przypadku bardzo wyraźnie widać związek przyczynowo skutkowy. Najpierw politycy partii rządzącej popełnili idiotyzm w celu przypodobania się części wyborców, a potem ów idiotyzm został powtórzony przez foliarstwo. Bardziej wyraźnie nie da się już pokazać, czym kończy się pobłażanie foliarzom i czym kończy się uprawianie wielonarracji odnoszącej się do tematu szczepień. Władze zapewniają, że dla sprawców podpaleń i najść będzie „zero tolerancji” i tak dalej. I wszystko fajnie tylko warto się w tym miejscu zastanowić nad tym, jak to jest, że retoryka obozu władzy odnosząca się do foliarstwa jest tak bardzo ugłaskana. Jak to jest, że w przypadku protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, władza potrafiła się wypowiadać bez porównania ostrzej? Nieśmiało przypominam, że gdy protestujący zadeklarowali, że będą wchodzić do kościołów doszło do spektakularnego zesrania się w wykonaniu wiceperemiera (aka Jarosław Kaczyński, aka Przewodniczący Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych), który wpadł w histerię i wzywał Polaków do „obrony Kościoła”. Wtedy chodziło o budynki. Teraz chodzi o ludzkie życie i jakoś tak się składa, że wicepremier nie wzywa do obrony punktu szczepień, a policja nie wysłała wydziału chujos (czy tam „chaos”, nigdy nie mogę zapamiętać) do rozprawienia się z ludźmi, którzy stanowią realne zagrożenie dla zdrowia i życia współobywateli. Tyle jest, kurwa, warte to „zero tolerancji”, dla foliarzy.



Źródła:


https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/559198-nasz-sondaz-rekordowe-oceny-narodowego-programu-szczepien

Strona z zebranymi danymi:

https://ig.ft.com/coronavirus-vaccine-tracker/?areas=eue&cumulative=1&doses=total&populationAdjusted=1

https://www.rp.pl/Koronawirus-SARS-CoV-2/210729626-Polska-nie-pojdzie-sladem-Francji-Rzad-boi-sie-buntu.html

https://oko.press/karczewski-nie-testowano-wracajacych-z-uk-bo-rzad-bal-sie-fali-hejtu-po-co-taka-wladza/

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/obostrzenia-tylko-dla-zaszczepionych-model-francuski-mozliwy-w-polsce/exvds55

https://oko.press/kowalski-i-siarkowska-nachodza-dom-dziecka/

https://twitter.com/DoRzeczy_pl/status/1420355614887358466

https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-koronawirus-chiny/polska/news-donald-tusk-pomimo-nadchodzacej-czwartej-fali-nie-trzeba-wpr,nId,5388007

https://www.rp.pl/Covid-19/210519861-Janusz-Kowalski-jednak-sie-zaszczepil-Pewnie-wielu-sie-usmieje.html

https://tvn24.pl/tvnwarszawa/najnowsze/patryk-jaki-i-szczepienia-pod-kampanie-jest-w-stanie-powiedziec-wszystko-543610

https://tvn24.pl/polska/ksiadz-tlumaczy-sie-ze-slow-o-bruzdach-na-twarzach-dzieci-z-in-vitro-ra308217-3427748

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/premier-o-slowach-rzecznika-praw-dziecka-w-sprawie-szczepien-to-glos-radykalny/x96ntzn,79cfc278

https://wyborcza.pl/7,75398,25235825,kaczynski-o-banasiu-ma-wrogow-i-ci-wrogowie-moga-posunac-sie.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/615306,marian-banas-szef-nik-opozycja-sasin-konstytucja.html

https://twitter.com/rpdpawlak/status/1419546613782036485

https://wpolityce.pl/swiat/559916-saryusz-wolskiukraina-musi-przygotowac-sie-do-wojny-my-tez

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-afera-mailowa/news-afera-mailowa-telegram-zablokowal-kanaly-z-przeciekami,nId,5360683#crp_state=1

https://www.rp.pl/Rzad-PiS/210619328-Zbigniew-Ziobro-Dymisja-Michala-Dworczyka-Wstrzymajmy-sie.html

https://tvn24.pl/polska/poslanki-lewicy-chcialy-skontrolowac-dokumenty-w-kprm-nie-zostaly-wpuszczone-michal-dworczyk-proponuje-inny-termin-co-na-to-przepisy-5059213

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8135554,lewica-kontrola-poselska-program-szczepien.html

https://wyborcza.pl/7,75398,5677914,tusk-kastrowac-pedofilow.html

https://natemat.pl/277071,tk-ws-drukarza-z-lodzi-kara-za-odmowe-uslugi-jest-niekonstytucyjna

https://www.bankier.pl/wiadomosc/TK-o-uprawnieniach-TSUE-niezgodne-z-polska-konstytucja-8153385.html

https://tvn24.pl/polska/zbigniew-ziobro-wnioskuje-do-trybunalu-konstytucyjnego-chce-stwierdzenia-niezgodnosci-z-konstytucja-przepisu-europejskiej-konwencji-o-ochronie-praw-czlowieka-5160835

https://wiadomosci.wp.pl/awaryjny-pomysl-pis-na-lex-tvn-byly-sedzia-tk-tak-sie-nie-uchwala-prawa-6667560382716033v

https://wyborcza.pl/7,75968,27404010,lex-tvn-dlaczego-pis-idzie-na-wojne-z-usa.html

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Jakub-A.-zatrzymany-po-zabojstwie-Kristiny.-Adam-Bodnar-kajdanki-zespolone-niepotrzebne

https://wiadomosci.wp.pl/mariusz-blaszczak-atakuje-obronce-21-letniego-kierowcy-ws-wypadku-beaty-szydlo-6090999695684737a

https://www.wprost.pl/kraj/10453707/collegium-intermarium-nowa-uczelnia-ordo-iuris-i-jej-zaplecze-finansowe-kto-ja-sponsoruje.html

Link do notki o OI:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2020/06/instytut.html

https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/krystian-legierski-oskarza-ksiedza-ktory-go-molestowal-w-dziecinstwie/t188gpc

https://www.rp.pl/Kosciol/210519789-KEP-nie-przekaze-komisji-ds-pedofilii-wszystkich-dokumentow.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/8197598,komisja-ds-pedofilii-watykan.html

https://wyborcza.pl/7,75398,27382534,przewodniczacy-komisji-ds-pedofilii-o-wspolpracy-z-polskim.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-08-02/gosc-wydarzen-prof-blazej-kmieciak-ogldaj-od-godz-1920/

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-07-25/grodzisk-maz-atak-antyszczepionkowcow-na-punkt-szczepien-dwie-osoby-zatrzymane/

https://tvn24.pl/pomorze/koronawirus-w-polsce-gdynia-antyszczepionkowcy-otoczyli-szczepibus-5163021

https://tvn24.pl/polska/zamosc-podpalenie-punktu-szczepien-i-sanepidu-policja-opublikowala-nagranie-z-monitoringu-poszukuje-sprawcy-5163818

https://tvn24.pl/poznan/poznan-antyszczepionkowcy-przerwali-piknik-na-terenie-ginekologiczno-polozniczego-szpitala-interwencja-policji-5163442?

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-08-02/antyszczepionkowcy-wtargneli-do-domu-dziecka-w-aleksandrowie-kujawskim/

https://oko.press/kowalski-i-siarkowska-nachodza-dom-dziecka/

https://www.tvp.info/55166858/mateusz-morawiecki-zero-tolerancji-dla-osob-popelniajacych-przestepstwa-ws-szczepien

https://oko.press/kaczynski-wzywa-do-wojny-z-kobietami-tekst-oswiadczenia/




piątek, 9 lipca 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #79

Jak się pewnie zorientowaliście, poniższy Przegląd zaliczył spory poślizg. Plot twist polegał na tym, że wcale nie chodziło o to, że miałem jakąś tam blokadę albo brak weny, albo cokolwiek. Wręcz, kurwa, przeciwnie. Nie mogłem się zebrać do pisania, bo ilekroć się zbierałem, nachodziła mnie chęć na poświęcenie całej notki chujowatości opozycji. Ktoś mógłby zapytać o to „czemu więc nie napisałeś takiej notki”? Odpowiedź jest dość prozaiczna: bo, kurwa, nie warto. To po pierwsze, a po drugie, notka takowa składałaby się głównie z wulgaryzmów. I tak to sobie trwało i trwało, aż z pomocą przyszedł mi Tusk (w sumie nie tylko mnie przyszedł z pomocą, bo biorąc pod rozwagę częstotliwość, z jaką wspominają o nim rządowe mendia, można by było dojść do wniosku, że skończyły im się inne tematy i gdyby nie powrót Tuska, to nie miałyby o czym pisać/mówić). No dobra, wiemy w czym Tusk pomógł rządowym mendiom, ale w czym pomógł mnie? Ano w tym, że teraz mogę zacząć sobie tekst od opisywania tego, co się dzieje w związku z jego powrotem i będzie to idealny wstęp do skrótowego podsumowania chujowatości opozycji.


No dobra, zacznijmy sobie od tego Tuska. Przyznam szczerze, że nie będę linkował tego, co się dzieje w jego kontekście, bo Tusk jest teraz po prostu wszędzie, głównie za sprawą rządowej telewizji, która napierdala o nim non stop. To jest, swoją drogą ciekawy casus, bo rządowa telewizja wpadła w swoje sidła. W teorii bowiem najlepiej dla tych dzbanów byłoby o Tusku w ogóle nie wspominać. Względnie, robić to na zasadzie: „Ok, chce se wracać ten Donald, to niech sobie wraca, a nam chuj do tego, nie warto o tym wspominać”. Tylko, że oni tak nie mogą. Czemu? Cieszę się, że o to zapytaliście. Pozwolę sobie w tym miejscu na odrobinę teorii w temacie oddziaływania perswazyjnego. Jest sobie od jakiegoś czasu taka teoria, która po angielsku się zwie Elaboration Likelihood Model, a po polskiemu to przetłumaczono na coś w rodzaju „model dwutorowości perswazji”. W telegraficznym skrócie w modelu tym chodzi o to, że perswazyjnie oddziaływać można dwoma torami. Pierwszy z nich to tor centralny, w ramach którego oddziałuje się przy pomocy merytorycznych argumentów. Przykładowo, gdyby partia chciała oddziaływać na swoich wyborców (oraz na osoby, które chciałaby pozyskać) torem centralnym, jej politycy opowiadaliby o programie partii i porównywaliby ów program z programami innych partii. Opowiadaliby o tym, jaki wpływ ów program może mieć na przyszłość wyborców (rzecz jasna, robiliby to do bólu merytorycznie, a nie przy pomocy erystycznych chwytów w rodzaju „fabrykowania konsekwencji”). Jeżeli  dzięki oddziaływaniu torem centralnym u kogoś dojdzie do wykształcenia jakiejś postawy, to taka postawa będzie dość „odporna” i gdyby insze partie usiłowały taką postawę zmienić, musiałyby się bardzo, ale to bardzo postarać.


Zupełnie inaczej rzecz się ma w przypadku oddziaływania torem peryferyjnym. W tym bowiem przypadku chodzi o oddziaływanie za pomocą najprostszych skojarzeń. Idealnym przykładem będzie tu słynny już „dziadek z Wehrmachtu”. Jak się pewnie domyślacie, postawa wykształcona „przy pomocy” oddziaływania torem peryferyjnym jest cholernie chwiejna i bardzo podatna na zmiany. Jedyną skuteczna metodą „utrzymania” postawy, którą się wykształciło u odbiorcy jest napierdalanie 24/7 w kółko tego samego. Bardzo często widzę na ćwitrze wpisy ludzi, którzy nie mogą się nadziwić temu, że rządowe media praktycznie każdy temat potrafią sprowadzić do opozycji. Przy okazji dowolnego tematu opowiadają o tym, że opozycja jest chujowa i gdyby rządziła, to Polskę czekałaby katastrofa. Rząd swoimi idiotycznymi decyzjami doprowadził do śmierci kilkudziesięciu tysięcy Polaków? I co z tego! Gdyby rządziła opozycja, byłoby jeszcze gorzej, bo Platforma zamykała szpitale! Ludzie umierają na covid? I co z tego! Za rządów PO ukrywano prawdziwą liczbę zgonów z powodu świńskiej grypy (te narracje urwały się w momencie, w którym bodycount covidu przeskoczył bodycount świńskiej grypy). Gdybyśmy chcieli jakoś podsumować te działania, byłoby to coś w rodzaju „może i za rządów Zjednoczonej Prawicy nie jest najlepiej, ale gdyby rządziła opozycja, to byłoby znacznie gorzej”. I te narracje działają. Nie, nie dlatego, że suweren jest głupi, albo się „sprzedał za pincet złoty”, ale dlatego, że rządowa machina propagandowa non stop wzmacnia te postawy.


Pozwolę sobie w tym momencie na odrobinę gdybania, ale jednym z powodów zesrania, które zapanowało w obozie rządzącym w momencie, w którym Rafał Trzaskowski zaczął gonić w sondażach (chodzi o drugą turę) było to, że gdyby obecnie urzędujący Prezydent RP padł w wyborach, to trzech z pięciu członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powoływałoby combo Senat + Prezydent RP. To zaś oznaczałoby faktyczny koniec flagowego medium rządowego (zwanego dla niepoznaki „Telewizją Publiczną”), bo przestałoby ono być, no cóż, rządowe. To zaś doprowadziłoby do sytuacji, w której postawy, które ulepiła rządowa telewizja, przestałyby być wzmacniane. No dobra, a gdzie tu miejsce na gdybanie? Już tłumaczę. Gdyby Zjednoczona Prawica straciła TVP, to w dłuższej perspektywie czasowej oznaczałoby to gigantyczne tąpnięcie w sondażach. Obstawiam, że byłoby to 10-15% (w zależności od tego, jakiej wielkości słupek ma partia rządząca według danej sondażowni). Dla partii rządzącej utrata sporej części machiny propagandowej byłaby katastrofą, bo nawet jeżeli do gry weszliby (po raz kolejny) „niepokorni”, to tym razem mało kto by się nabrał na ich pierdolenie, dlatego, że siłą rzeczy musieliby nadal pompować balonik wizerunkowy rządu (a to z niepokornością nie ma nic wspólnego).


No dobra, dość gdybania, wracamy do rozważań okołotuskowych, w których się mi taka pozorna sprzeczność pojawiła. Z jednej bowiem strony napisałem byłem, że media rządowe nie powinny o Tusku nic a nic mówić (poza tym, co konieczne), a z drugiej klarowałem wam tutaj, że Zjednoczona Prawica oddziałuje skutecznie, bo jej machina propagandowa klepie ten sam przekaz 24/7. Skoro więc klepie, to chyba może klepać o Tusku, prawda? No nie do końca, bo Tusk nie jest typowym politykiem polskiej opozycji. Czemu? Ano temu, że jak go komisja ds. Amber Gold ściągnęła, celem spuszczenia mu wpierdolu na oczach widzów, to owo „spuszczanie Tuskowi wpierdolu” skończyło się tym, że Samuel z kolegami i koleżankami musiał odpalać kolejne taśmy z „Sowy”, żeby przykryć ten fuckup. No dobrze, ale czy nie jest tak, że mimo całego swojego wygadania i umiejętności trollowania (które są spore, bo wystarczy, żeby Tusk napisał jednego ćwita, a cała rządowa machina propagandowa zaczyna cierpieć na incydent kałowy) rządowy agitprop nie rozjedzie Tuska tym (wcześniej wzmiankowanym) torem peryferyjnym (dziadek z Wehrmachtu/etc.)? Jeżeli mam być szczery, to „nie wydaje mnie się”. Z tej prostej przyczyny, że nawijając o nim 24/7 sami oddają mu platformę do komunikowania się z suwerenem. Owszem, oni sobie to po swojemu zmontują tak, żeby Tusk wyszedł na „tego złego”, ale to się może nie zdać na wiele w momencie, w którym cały internet będzie pełen „beki z TVP”. Pamiętam doskonale, jak nieumiejętnie PO (i przychylne tejże partii media) usiłowało zwalczać w 2015 kandydata Zjednoczonej Prawicy na urząd Prezydenta RP. Jedynym efektem tych działań (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie umywały się one do tego, co teraz odpierdalają rządowe media) było zwiększanie rozpoznawalności i przekonywanie coraz większej liczby Polaków do tego, że ten kandydat Zjednoczonej Prawicy, to całkiem spoko jest. Udało się to głównie za sprawą internetu, który został zalany „świadectwami” osób, które opisywały, jak to one nie popierają PiSu, ale zagłosują na kandydata Zjednoczonej Prawicy bo (i tu należy wstawić listę pochwał, ułożoną wcześniej przez spindoktorów Zjednoczonej Prawicy). Tuska w polskiej polityce nie było od dłuższego czasu. Co prawda, media rządowe robiły wszystko, żeby obrzydzać go suwerenowi, ale zapewne działało to głównie na beton, który i tak go nienawidził. Dla większości suwerena Tusk był przez ostatnie lata takim typem, który robi w Unii Europejskiej jakieś rzeczy, a od czasu do czasu powie albo napisze coś, od czego PiS dostaje sraczki i wtedy można się trochę pośmiać.


Wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których Rafał Trzaskowski bardzo szybko podskoczył sobie w sondażach po tym, jak PO zrobiło podmianę (nieśmiało przypominam, że w ekspresowym czasie zebrano wtedy od cholery podpisów i zaangażowało się w to bardzo wiele osób, które z PO mają bardzo niewiele wspólnego) było to, że wreszcie jakiś polityk przestał się cackać z mediami rządowymi i zaczął je traktować tak, jak powinno się je traktować od dawna. Bo ja wiem, że od czasu do czasu zdarza się, że ten, czy inny polityk srogo przypierdoli werbalnie temu czy innemu pracownikowi mediów rządowych, ale, no cóż, dzieje się to „od czasu do czasu”. Trzaskowski zaś robił to w trakcie całej kampanii, a jego wystąpień nie trzeba było potem opatrywać tytułami „Trzaskowski zmasakrował tego, czy tamtego funkcjonariusza mediów rządowych”, bo nikt z oglądających (nie dotyczy betonu) nie miał problemu z interpretacją tego, co zobaczył. Po tym, jak wybory wygrał obecny Prezydent RP, Trzaskowskiemu się ewidentnie odechciało. I w sumie to trudno się mu dziwić, bo ma Warszawę do zarządzania (wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od wrzucenia tutaj jakiegoś żartu o Wiśle i Czajce) i pewnie nie bardzo ma chęć i czas do tego, żeby się ciągłe napierdalać z mediami rządowymi. Kluczowe we wcześniejszym zdaniu było to „ciągle”, albowiem jeżeli chce się z mediami rządowymi wojować i mieć szanse na wygraną, trzeba to robić ciągle. Czemu w ogóle o tym wspominam? Ano temu, że Tusk ma czas i chęć do tego, żeby to napierdalać się z machiną propagandową do skutku. Dodatkowy problem z Tuskiem (problem dla rządowych mediów) polega na tym, że on to umie robić. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja tam fanem Tuska nie jestem (z wielu przyczyn; jedną z nich jest to, że to właśnie jemu i temu, że powycinał z PO ludzi, którzy cokolwiek ogarniali, zawdzięczamy rządy Zjednoczonej Prawicy), ale nie będę udawał, że nie widzę tego, że jest on politykiem skutecznym.


Po pierwszej „dużej” konferencji Tuska w internetach posypały się komentarze, że w sumie spoko, że nareszcie ktoś się wziął za bary z rządową machiną propagandową, ale czemu jest tak, że w całej Platformie tylko jeden jedyny Tusk potrafi to robić. I tu dochodzimy do jednego z największych problemów polskiej opozycji. Problem ów polega na tym, że w całej, kurwa mać, zasranej opozycji nie ma drugiego polityka, który byłby wygadany jak Tusk. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że polityka podobnie wygadanego nie ma w całym obozie rządzącym, bo z Tuskiem na pewno nie może się mierzyć obecny Prezydent RP, który jest chowany przed dziennikarzami, nie może się z nim mierzyć Premier Tysiąclecia, przemawiający z wdziękiem syntezatora mowy, nie może się z nim mierzyć również Genialny Strateg, który każdą swoją wypowiedź na siłę okrasza „trudnymi słowami”. Tam jest cała masa innych polityków, którym wydaje się, że są doskonałymi mówcami, ale gubią się, gdy trzeba mówić dłużej niż kilka minut i robić to tak, żeby nie zanudzić odbiorcy (w tym miejscu zupełnie bez związku z omawianym tematem chciałbym pozdrowić Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny). No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zjednoczona Prawica nie musi mieć dobrych mówców, bo wszystkie swoje braki nadrabia machiną propagandową, która jest w stanie dowolnie długą i nudną przemowę pociąć na krótkie (strawne) kawałki. Tak swoją drogą, w kontekście Tuska warto wspomnieć o tym, że on się tego swojego „wygadania” uczył w trakcie bycia politykiem. Zapewne część z was kojarzy debatę z 2007, w której Tusk rozjechał Genialnego Stratega z Żoliborza, który to Genialny Strateg wyszedł na oderwanego od rzeczywistości jegomościa, który co prawda zna trudne słowa, ale nie ma pojęcia o tym, jak się żyje w Polsce (nikogo nie powinno to dziwić ze względu na to, jak długo Jarosław Kaczyński był politykiem). Jak bardzo PO musiało zjebać, żeby ten sam odrealniony typ w 2015 zaczął się ludziom jawić jako człowiek, który lepiej od innych polityków wie, z jakimi problemami boryka się przeciętny suweren? No, ale to dygresja. Wspomniałem o 2007, bo tę debatę pamięta sporo osób. Znacznie mniej pamięta debatę z 2005, w której Tusk poległ w starciu z Lechem Kaczyńskim. Co prawda nie dostał łomotu, jak Jarosław w 2007, ale jednak ciężko ten jego występ uznać za sukces.


Tusk z 2007 to był zupełnie inny Tusk niż ten z 2005. Gdyby do starcia z Jarosławem przygotowany był tak samo, jak do starcia z Lechem, to debata z 2007 skończyłaby się zupełnie inaczej. I znowuż, po co o tym wspominam? Ano po to, żeby zwrócić uwagę na ten, kurwa, drobny szczegół, że przez 6 lat rządów Zjednoczonej Prawicy po opozycyjnej stronie nie pojawił się żaden wygadany polityk. Zanim ktoś powie „no ale Hołownia”, pozwolę sobie wykonać uderzenie wyprzedzające i napisać, że sukcesy sondażowe Hołowni biorą się z czegoś, co mógłbym określić mianem „komunikacyjnego minimalizmu”. Hołownia mówi i działa tak, żeby nie powiedzieć zbyt dużo. Bo to „zbyt dużo” zawsze mogłoby zostać „wykorzystane przeciwko niemu” przez rządowe media. Osobną kwestią jest to, że nawet gdybyśmy założyli na użytek tego tekstu, że Hołownia jest doskonałym mówcą, to warto mieć na uwadze to, że on do polityki przyszedł „z zewnątrz”. Już samo to, jak szybko słupki sondażowe Hołowni (chodzi mi, rzecz jasna, o słupki w sondażach sejmowych) skoczyły do góry świadczy o tym, jak bardzo, kurwa, nijaka była i jest opozycja.


Opozycja jaka jest, każdy widzi. I się wam przyznam do tego, że zdarzyło mi się nie raz i nie dwa zastanawiać nad tym, czemu wygląda to tak, a nie inaczej. Opozycja jest tak bardzo chujowa, że suweren jest skazany na racjonalizowanie sobie tego, czemu tej opozycji „nie idzie”. Ludzie sobie to różnie racjonalizują. Jedni dochodzą do wniosku, że opozycja celowo nie wygrywa, bo budżet jest w chujowym stanie, bo kryzys nadchodzi/etc. Inni twierdzą, że opozycja nie może nic ugrać, bo po prostu się „nie da”. Tzn. rządowa machina propagandowa jest tak skuteczna, że choćby skały srały, opozycja nie jest w stanie niczego ugrać. Jeszcze inni (i tu można wpisać całe mnóstwo komentariuszy, dziennikarzy niesprzyjających PiSowi oraz polityków opozycji) twierdzą, że winę za to, że opozycji nie idzie należy obarczyć (i tu należy wstawić nazwę partii, której wygłaszający opinie nie lubi). Długo nad tym dumałem i wydumałem tyle, że opozycji się po prostu nie chce. I nie, nie chodzi o to, że „nie chce się wygrać”, żeby nie łatać dziurawego budżetu (radzić sobie z kryzysem/etc./etc.). Nie chodzi o to, że tam ktoś celowo „nie chce”. Nie, im się po prostu nic, kurwa, nie chce. Ktoś może powiedzieć „no ok, ale to są politycy, oni tam pewnie mają lepszy ogląd sytuacyjny niż my, randomowe typy z internetu”. I ja bym się z tym zgodził, gdyby opozycja była skuteczna. Gdyby ten ich „lepszy ogląd” (będący efektem tego, że mają dostęp do informacji, których nikt z nas nie ma prawa oglądać [no chyba że sobie na Telegramie będzie obserwować twórczość Dworczyka]) przekładał się na to, że coś im się, kurwa, udaje. Tyle, że ciężko w to uwierzyć, jak się patrzy na „efekty” działań opozycji, które są takie, że opozycja przepierdala wybory za wyborami (z jednym wyjątkiem, którym były wybory do Senatu), a jej słupki sondażowe niezbyt dobrze rokują na przyszłość. Nie chcę się tutaj bawić w głowologizowanie, ale odnoszę wrażenie, że większej części tych ludzi się „nie chce” dlatego, że jakkolwiek prawo wprowadzane przez Zjednoczoną Prawicę jest opresyjne (vide, zaostrzenie prawa aborcyjnego), to ich, czyli polityków, ani ich rodzin, to nie dotyczy. Zakaz aborcji? No ok, dla przeciętnego suwerena może to być problem, ale nie dla kogoś, kogo stać na wydanie pierdyliona złotych na kampanię wyborczą. Dla takiej osoby załatwienie wyjazdu do kraju, w którym terminację ciąży przeprowadza się w cywilizowanych warunkach, to są jakieś, kurwa, drobne.


Skoro wstęp „do opozycji” mamy już za sobą, teraz mogę przejść do tego, czym opozycja podpadła mi do tego stopnia, że postanowiłem się wstrzymać z napisaniem tekstu do momentu, w którym mi trochę przejdzie. Przemysława Czarnka nikomu (niestety) nie trzeba przedstawiać. Jak tak sobie patrzę na jego działalność, to sobie myślę, że równie dobrze opozycja mogła dostać list o treści „wielce szanowna opozycjo, nie mam nic przeciwko temu, żebyście odebrali nam 10-15% poparcia, Wasz Jarek”. I co? I nic. Bo opozycja się tym jakoś niespecjalnie przejęła. Weźmy sobie, na ten przykład, zapowiedź wprowadzenia obowiązkowej religii/etyki. Przecież dla opozycji to jest temat samograj. Przecież można by było znaleźć pierdylion wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, w których tłumaczyli oni, że rodzice mają prawo do decydowania o tym, w jaki sposób (i zgodnie z jakimi wartościami) wychowywać swoje dzieci. Tych wypowiedzi jest w chuj i jeszcze trochę. Co prawda nie chce mi się tego gówna czytać, ale pewnie można by się podpierać również „analizami prawnymi” autorstwa wiadomego Instytutu, który przypierdalając się do edukacji seksualnej tłumaczył non stop, jak istotne jest „sumienie rodziców” etc. Teraz zaś przyszedł Czarnek i na to wszystko nasrał. Przeca to się aż prosi o jakieś kampanie (liczba mnoga użyta celowo) informacyjne, w których rozjeżdżanoby Zjednoczoną Prawicę ich własnymi wypowiedziami. To się aż prosi o jakiejś krótkie spoty z hasłami „rodzicu, fundamentaliści religijni lepiej od Ciebie wiedzą, jak wychowywać Twoje dziecko”, „rodzicu, nie chcesz żeby Twoje dziecko miało styczność z religią? Dla rządu Twoje zdanie nie ma znaczenia”, „rodzicu, nie posyłasz dziecka na religię? Teraz będziesz musiał”. Gdzie są, kurwa, hasła „ratujmy dzieci”, gdzie są, kurwa, akcje „w obronie sumienia rodziców”. Zamiast tego wszystkiego mamy jakieś pojedyncze wypowiedzi polityków i polityczek opozycji i próbę odwołania Czarnka, która, biorąc pod rozwagę arytmetykę sejmową (i to, że konfiarze są ciężkimi oszołomami) ma takie same szanse powodzenia, jak polska reprezentacja piłki kopanej na wygranie mundialu w 2022.


W tym miejscu pora na krótką dygresję, żebyśmy mogli w pełni docenić to, jak bardzo opozycja nie ogarnia. PiSowi przed 2015 udało się skutecznie przekonać sporą część Polaków do tego, że Platforma chce sprzedać polskie lasy, udało im się wywołać spory wkurw, tłumacząc suwerenowi, że wpuszczenie 6-latków do szkół, to niemalże zbrodnia. I tak dalej i tak dalej. Obecna opozycja dostaje od rządu prezent za prezentem (czytaj: jedno chujowe dla suwerena działanie za drugim) i absolutnie nic z tym nie robi. Ktoś w tym miejscu mógłby się zapytać o to, czemu się przypierdalam do tego, że ktoś chce odwołać Czarnka. Takiemu ktosiowi odpowiem, że owszem, Czarnka należałoby wyjebać z rządu, ale żeby to się mogło udać, należałoby najpierw wytworzyć na tyle duże ciśnienie społeczne, żeby PiS się tym przejął. Tak swoją drogą, równie irytujące co niemoc opozycji są wypowiedzi wszelkiej maści komentariuszy, którzy twierdzą, że w sumie to nie ma się co przejmować Czarnkiem, bo te jego pomysły to „temat zastępczy”. Serio? W zeszłym roku, jeden z takich „tematów zastępczych” skończył się zaostrzeniem prawa aborcyjnego. Wydawać by się mogło, że tego rodzaju działanie uczuli ludzi na to, żeby nieco baczniej przyglądali się temu, co robi partia rządząca i żeby z nieco mniejszą łatwością budowali narracje „nie no, tego to PiS przeca nie zrobi”. Komentariuszom specjalizującym się w tropieniu „tematów zastępczych” nie przeszkadza nawet to, że OKO Press wynorało jakieś kwity, w których stoi, że obowiązkowej religii/etyki domagał się od Zjednoczonej Prawicy Episkopat (nie jest więc tak, że on sobie to sam wymyślił w swojej czarnkowej głowie).


Warto pomysł wprowadzenia obowiązkowej religii/etyki osadzić w kontekście, którym jest kolejny pomysł Czarnka. Po tym, jak Czarnek zarzucił (nie)swoim pomysłem o tych obowiązkowych zajęciach, odezwały się głosy tłumaczące, że w Polsce nie ma tylu etyków. Okazało się, że dla Czarnka nie jest to żaden problem, bo przeca można takich etyków wyuczyć etykowania. Jakiż był mój, kurwa, brak zdziwienia, gdy okazało się, że Zjednoczona Prawica sobie to wymyśliła tak, żeby większość etyków przygotowywały uczelnie wyznaniowe. W tym miejscu pasowałoby sobie odpowiedzieć na jedno, zajebiście ważne pytanie: „ilu etyków (chodzi o tych, którzy mają nauczać dzieciaki) powinno się kształcić na uczelniach katolickich”. Odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: Ziobro. Jeżeli bowiem rodzic chciałby, żeby jego dziecko było nauczane katolickiej etyki, to taki rodzic posłałby swoją pociechę na lekcję religii, prawda? Rzecz jasna, to również zostało olane przez opozycję. Wszystkie te chujowe pomysły Czarnka (tzn. Episkopatu) wywołują opór społeczny. W internetach można wyczytać, że rodzice kombinują już „jakby tu zrobić tak, żeby dziecko nie musiało być narażone na kontakt z księdzem/katechetą, etykiem-od-Czarnka”. Jednym z pomysłów jest zażyczenie sobie tego, żeby pociecha uczęszczała na zajęcia z religii innej, niż katolicka (i to na tyle innej, żeby ludzi mogących prowadzić te zajęcia w Polsce praktycznie nie było). Rodzice ci są na tyle zmotywowani, że jeżeli ich prośby zostaną olane, to pewnie pójdą do sądu (czy też do jakiejś instytucji, do której będą mogli się odwołać [taką instytucją na pewno nie będzie kuratorium]).


Pomysłów „jak poradzić sobie z Czarnkiem” jest cały internet. Tylko wiecie co? Państwo nie powinno działać w ten sposób. Nie powinno być tak, że rząd sobie wprowadza jakieś, kurwa, idiotyczne pomysły, a obywatel musi kombinować, jak ustrzec swoją rodzinę przed tym, czy innym pomysłem. Państwo nie powinno tak działać, ale działa, o czym świadczy wypowiedź Genialnego Stratega, który stwierdził wprost, że jeżeli ktoś jest ogarnięty, to sobie przeca tę aborcję ogarnie, więc o chuj w ogóle chodzi tym, co się czepiają zakazu? Gwoli ścisłości już samo to, że ludzie zaczynają kombinować pokazuje, że te pomysły generują wkurw. Wkurw, który mogłaby zagospodarować opozycja, robiąc cokolwiek. Tylko, że tego „cokolwiek” się opozycji robić nie chce. I ja wiem, że jak się jest politykiem i się ma kasę, to można posłać swoją latorośl (czy też latorośle) do szkół, w których nawet po zmianach Czarnkowych nie będą nauczać „etycy” po jakiejś katolickiej uczelni, ale my, czyli ten plebs, nie mamy takich możliwości i będziemy musieli liczyć na to, że w razie czego do szkół, do których uczęszczają nasze dzieci, nie trafi jakiś ciężki oszołom.  


Najbardziej absurdalne z tą niemocą opozycji i nieumiejętnością wsłuchania się w suwerena jest to, że nawet symetryzujący dziennikarze w rodzaju Konrada Piaseckiego dostrzegli to, że pomysły Czarnka mogą wkurwiać ludzi: „Jest ciekawym paradoksem, ze min Czarnek & Co, opiewając rolę rodzica w decydowaniu o tym jakie treści ma ich dzieciom przekazywać szkoła, nie biorą pod uwagę, że rodzic może nie chcieć księdza podczas szkolnych uroczystości, JPII w lekturze, czy apelu o Piłsudski. I co wtedy?”. Pozwolę sobie odnieść się do końcówki, czyli do retorycznego pytania „i co wtedy?”. Nic. Absolutnie nic, bo rodzic zdaniem prawicy ma prawo do swoich poglądów i do wychowywania dzieci zgodnie ze swoim sumieniem tak długo, jak te poglądy i sumienie są zbieżne z prawicowym światopoglądem. Paradoks polega na tym, że polska prawica, która chce sobie ulepić obywatela-kretyna, o to samo od dawna oskarża nieistniejące „lewicowe elity”. Każdy idiotyczny pomysł Czarnka (tzn. Episkopatu) lewica mogłaby kontrować narracjami:„no hola, nas się tu oskarża o to, że my chcemy wszystkich ludzi na jednakowo ulepić i za nic mamy sumienia rodziców, a jak się do tego mają pomysły Zjednoczonej Prawicy?”. Lewica mogłaby to robić, ale tego nie robi. Czemu? Bo się jej, kurwa, nie chce. Ja rozumiem, że tam się działy i dzieją jakieś fuzje, ja rozumiem, że się partie łączą i że to oznacza, że się tam ludzie kłócą. Ja rozumiem, że swetry stare się buntują, bo jakieś młode ludzie im tłumaczą, że może by tak trochę inaczej politykę prowadzić. Ja to wszystko rozumiem, ale mam to, kurwa tam, gdzie Stonoga. Bo prawda jest taka, że lewica poprzez swoją bierność zostawia ludzi na pastwę Czarnków i innych fundamentalistów. Tak, wiem, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk ostatnio starła się z Czarnkiem. Tylko co z tego wynika? Opozycja nie potrafiła wykorzystać prezentu, który przy okazji dostała od partii rządzącej, bo kretyni ze Zjednoczonej Prawicy, chcąc zagłuszyć wystąpienie ADB postanowili zajebiście głośno klaskać. Pech chciał, że klaszcząc nie słyszeli, co mówi ADB i klaskali również wtedy, gdy posłanka mówiła o samobójstwach uczniów. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że prawicowy agitprop usiłował potem ratować sytuacje i tłumaczyć, że „no może i klaskali, ale to nie o to chodziło, że klaskali dlatego, że się dzieciaki zabijają, bo zaczęli wcześniej” (część symetryzyjących dziennikarzy podchwyciła tę narrację). No i wszystko super z tą narracją, tylko że niech jej autorzy łaskawie spierdalają. Nikt tym idiotom w sejmie nie kazał klaskać. Mogli spokojnie wysłuchać tego, co ma do powiedzenia ADB. Zamiast tego klaskali i wyszło na to, że oklaskiwali samobójstwa. I ja się w tym miejscu uprzejmie chciałbym zapytać: gdzie są spoty z tym popisem Zjednoczonej Prawicy?


Dopiero po napisaniu powyższych kawałków tekstu dotarło do mnie, że przyczyną bierności nielewicowej części opozycji w kwestii pomysłów Czarnka jest kult jednostki, na który cierpi Polska. Obiektem kultu jest Karol Wojtyła. Przypomniała mi się ćwiterowa batalia polityków i dziennikarzy wywołana tym, że ktoś miał czelność napisać, że literacka twórczość Wojtyły to „grafomania”. Swoją drogą, aż dziw bierze, że Ordo Iuris nie wmieszało się w tę dyskusję i nie zaczęło grozić zawiadomieniami do prokuratury. Ten kult jednostki jest kolejnym absurdem, bo trzyma się on teraz głównie na politykach, dziennikarzach (i innych VIPach), którzy boją się powiedzieć „jak jest”, tylko i wyłącznie dlatego, że obawiają się tego „co ludzie powiedzą”. Gdyby bowiem osoby te zostawiły jaranie się Wojtyłą Kościołowi i prawicy, bardzo szybko okazałoby się, że jarający się są w mniejszości.


Na sam koniec tej przydługiej tyrady na temat opozycji (to i tak lepsze, niż cały tekst poświęcony tym pierdolonym nieudacznikom) podrzucę kolejną anecdatę. Od dłuższego czasu obserwuję pewne zjawisko. Na swoim prywatnym koncie FB mam różnych znajomych. Co prawda, jest tam sporo lewaków, ale nie jest tak, że sobie siedzę w bańce. Wśród znajomych jest sporo osób, które polityką interesują się głównie wtedy, gdy coś ich wkurwi. Znamienne jest to, że wkurwieni nie cytują polityków opozycji piętnujących to czy inne zachowanie, ale po prostu bezpośrednio odnoszą się w swoich komentarzach do działań Zjednoczonej Prawicy, które, eufemizując, nie przypadają im do gustu. Bardzo rzadko zdarza się, że wjedzie mi na walla wpis/wypowiedź jakiegoś polityka opozycji. I ja wiem, że to anecdata, ale to, co widzę na FB, znajduje odzwierciedlenie w tych sondażach, w których uwzględnia się niezdecydowanych (tzn. ludzi, którzy deklarują chęć udziału w wyborach, ale nie wskazują partii, na którą chcieliby zagłosować. Jakaś część suwerena jest wkurwiona na rząd, ale nie chce głosować na opozycję. I to jest naprawdę zjawiskowe, jeżeli popatrzymy na to przez pryzmat polaryzacji społecznej. Jak to możliwe? A no tak to, że opozycja nie trafia do takich ludzi ze swoją „ofertą”. Nie trafia, bo nawet nie próbuje trafić, bo się jej wydaje, że skoro sondaże są takie, a nie inne, to PiS na pewno przejebie kolejne wybory. No a nawet jak nie przejebie, to je wygra tak, że nie będzie mógł rządzić, więc wtedy wjedzie opozycja cała na opozycyjnie. A jak się nie uda, bo PiS jednak wygra albo przegra, ale sobie wyciągnie z opozycji polityków? Wtedy pewnie znowu będzie czekanie na „następny raz”, bo „następnym razem na pewno się uda”. Najgorsze jest to, że nie można w tym miejscu napisać do opozycji „nawet mi was, kurwa, nie żal”, bo to nie opozycja ma przejebane przez rządy Zjednoczonej Prawicy, ale my wszyscy.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Ok, ponadprogramowe flekowanie opozycji mam już za sobą. Teraz można przejść do zwyczajowego jej flekowania. Opozycja bowiem dostała od partii rządzącej kolejny prezent, z którym nie jest w stanie nic zrobić. Prezentem tym jest deklaracja Genialnego Stratega, który ostatnio był łaskaw powiedzieć, że w UE jest tak chujowo, że on się dogada z Marine Le Pen, Salvinim, Fideszem (VOX się tam chyba też kręcił) „kilkunastoma partiami z różnych krajów” (nie wiem, o które partie chodzi, bo jakoś tak cicho się zrobiło), żeby jakoś uratować biedne kraje narodowe, uciskane przez Brukselę. Zastanawiam się nad tym, czy jest to ciąg dalszy tych kretyńskich narracji, którymi wcześniej PiS raczył wszystkich dookoła, czy też jakaś nowa narracja, która ma przykryć tamte, w których stało, że PiS z kolegami i koleżankami będzie reformował UE, choć nie ma do tego wystarczającej liczby europosłów. No, ale to tylko dygresja. Ponieważ nawet rządowa machina propagandowa nie dałaby rady przekonać umiarkowanego suwerena do tego, że dobrym pomysłem jest mizianie się ze skrajną prawicą z innych krajów (choćby ze względu na skrajny nacjonalizm tejże), zbudowano inną narrację. Narrację, w myśl której to wcale nie jest skrajna prawica, ale „europejska centroprawica”. Co prawda, nie ma to żadnego związku z rzeczywistością, bo tym partiom najbliżej do naszej swojskiej Konfederacji, ale nie po to Zjednoczona Prawica pompuje rok rocznie gigantyczne środki w swoją machinę propagandową, żeby ta machina pisała i mówiła prawdę. Zaraz po tym, jak w internetach objawiło się wystąpienie Genialnego Stratega, ćwiter zalały screeny z wcześniejszymi wypowiedziami polityków partii rządzącej (i tytuły artykułów z rządowych portali), którzy tłumaczyli, że Le Pen to proputinowska polityczka/etc. Rzecz jasna, nie miało to najmniejszego znaczenia, bo opozycji się nie chciało po to schylić (mignęło mi gdzieś jedynie to, że Tusk coś na ten temat mówił).


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć  o tym, że w Zjednoczoną Prawicę można by było przypierdolić cytatami z polityków, z którymi się teraz zakumplowała. Przykładowo, Marine Le Pen wypowiadała się w ten sposób o Putinie: „Putin chce przekształcić Europę Środkową nie tyle w strefę rosyjskich wpływów, ile w strefę neutralną. Bo prawda jest taka, że pogwałcono porozumienia, które zawarto z Rosją. Zmilitaryzowano terytoria, choć obiecano Rosji, że tak się nie stanie. I Putin po prostu chce, aby te terytoria ponownie były zdemilitaryzowane. Jeśli przestrzegaliśmy tego zobowiązania przez dziesiątki lat, nie ma absolutnie żadnego powodu, abyśmy nie mogli w przyszłości tego przestrzegać" – powiedziała Le Pen, najwyraźniej odnosząc się do decyzji NATO z zeszłego roku o wzmocnieniu obecności na tzw. flance wschodniej.”. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć „no zaraz”, ale czy Zjednoczona Prawica nie tłumaczyła wszystkim dookoła, jak bardzo istotna jest tzw. „flanka wschodnia”? Owszem, tłumaczyła i owszem to, co mówiła Le Pen stoi w jawnej sprzeczności z ich deklaracjami, ale, po raz kolejny, nie ma to żadnego znaczenia, bo nikt tego nie będzie w stanie wykorzystać przeciwko Zjednoczonej Prawicy. Zjednoczonej Prawicy nie zaszkodzi pewnie również to, że gdy w 2017 Marine Le Pen zapowiadała Sojusz z Jarosławem Kaczyńskim (w 2017 roku), Genialny Strateg powiedział był: „Z panią Le Pen mamy tyle wspólnego mniej więcej, co z panem Putinem”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że z tego chyba wynika, że niebawem do „europejskiej centroprawicy” dołączy Jedna Rosja. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o kierowanie się w stronę dalszej części tekstu.


Nikt, ale to naprawdę nikt nie mógł przewidzieć tego, że Narodowy Program Szczepień zamieni się w (kolejny już) Narodowy Fuckup. A nie, czekajcie, w sumie to prawie wszyscy alarmowali, że szczepienia idą chujowo, że jest mało chętnych i że trzeba coś z tym zrobić. Czym w tym czasie zajmowała się Zjednoczona Prawica i rządowe media? Jaraniem się tym, że Polacy mieszkający w Niemczech zjeżdżają do Polski celem zaszczepienia się, bo w Niemczech te szczepienia to tak źle idą, że tam się młodzi jeszcze szczepić nie mogą. A potem się okazało, że szczepienia w naszym pięknym kraju nad Wisłą idą tak doskonale, że Dworczyk był łaskaw oznajmić, że pod koniec czerwca punkty szczepień zrezygnowały z zamówienia miliona dawek, bo nie było chętnych. Narodowemu Programowi Szczepień na pewno nie pomaga cytowanie przez media ciężkiego foliarstwa, które opierają się na informacjach pochodzących z renomowanego Instytutu Danych z Dupy. Nie pomagały i nie pomagają mu również wypowiedzi takie, jak ta, którą nie tak dawno temu uraczył nas wszystkich Prezydent RP, który po raz kolejny udowodnił, że Zjednoczona Prawica ma słuszność trzymając go z dala od dziennikarzy, bo ilekroć wychodzi przed kamery i zaczyna o czymś mówić, tylekroć opowiada straszliwe brednie.


Mniej więcej w połowie czerwca Prezydent RP uznał, że w debacie na temat szczepień brakuje jego głosu i postanowił się wypowiedzi. Jak postanowił, tak uczynił (tak, jestem pewny, że to była jego samowola, bo żaden ze spindoktorów Zjednoczonej Prawicy nie podpadłby swoim pracodawcom wpierdalając kij w szprychy): „jeżeli liczba zachorowań w Polsce spadła w tej chwili do takiego poziomu dziennie, jak notowaliśmy rok temu, to czy rzeczywiście możemy się cieszyć, że jest to efekt szczepienia, czy tego, że taka jest pora roku. W zeszłym roku nie mieliśmy szczepionki, a przypadków było tyle samo”. I co? Łyso wam? Zarzucaliście Prezydentowi RP, że nie reaguje na pandemię i bardzo rzadko się na jej temat wypowiada, a on w międzyczasie sobie to wszystko skrupulatnie podliczał i doszedł do takich, a nie innych wniosków. Nieco zaś bardziej na serio, jak bardzo trzeba, kurwa, nie ogarniać, żeby porównywać pierwszą falę korony (która była dla nas bardzo, ale to bardzo łaskawa) z trzecią falą, która była dla nas hekatombą? Na wiosnę 2020 diagnozowano około kilkuset przypadków zachorowań dziennie. Na wiosnę 2021 to dojechaliśmy dwukrotnie do 35 tysięcy nowych zachorowań/dzień (a sama liczba nowych zachorowań dość długo utrzymywała się na poziomie powyżej 20 tysięcy). Tak więc, Wielce Szanowny Panie Prezydencie RP, o czym tak właściwie Pan Prezydent RP do nas, kurwa, rozmawia? Czy słowa Prezydenta RP zostały sprostowane przez stronę rządową? A gdzie tam. Partia rządząca myśli bardzo prostymi kategoriami „może i Prezydent RP bredzi, ale to nasz człowiek, tak więc nie przyznamy publicznie, że bredzi, bo gdybyśmy się do tego przyznali, to zaczęto by nas grillować w tym temacie”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że tych mądrości na temat szczepień Prezydent RP wygłosił jeszcze więcej. Tłumaczył, między innymi, że to czy spadki zachorowań są efektem działania szczepień jest „przedmiotem kuluarowych rozmów”. Nie wiem z kim Prezydent RP prowadzi te „kuluarowe rozmowy”, ale na pewno nie są to jacyś poważni politycy.


Ponieważ do rządzących zaczęło docierać, że trochę im ten Narodowy Program Szczepień nie idzie, zaczęła się biegunka pomysłów „jak to zmienić”. Pomysłem, który przypadł mi do gustu najbardziej był ten, w myśl którego, te szczepienia to będą darmowe jeszcze przez jakiś czas, a potem trzeba będzie za to zabulić. Geniuszom, który na ten pomysł wpadli zupełnie umknęło to, że ciężkie foliarstwo spod znaku Konfederacji (acz nie tylko) od dawna trąbi o tym, że „tu chodzi o pieniądze”. Domyślam się, że jak to nie pomoże, rząd po raz kolejny sięgnie po spoty z Cezarym Pazurą. Jeżeli mam być szczery, to ten rządowy jebałpiesizm mnie cokolwiek przeraża. Widać bowiem wyraźnie, że oni się tym średnio przejmują (tzn. nie na tyle, żeby zrobić z tym cokolwiek sensownego). Ja wiem, że najprawdopodobniej autor hasła „ostatnia prosta” miał dobre intencje, ale najprawdopodobniej skończy się to wszystko tak, że będzie to ostatnia prosta do kolejnego lockdownu. Nie trzeba być specjalistą od głowologii, żeby się domyślić tego, że jeżeli kolejny lockdown będzie konieczny (a jest to bardzo prawdopodobne) to tym razem wkurwią się na niego prawie wszyscy. Bo to było tak, że bardzo dużo ludzi zrezygnowało w czasie pandemii z ważnych dla siebie rzeczy, „for the Greater Good”. Jakaś część społeczeństwa nie wytrzymała i zaczęła olewać reżimy sanitarne. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja uważam, że ignorowanie obostrzeń było zachowaniem bardzo głupim, ale jestem w stanie zrozumieć przyczyny, dla których ludzie zaczęli te obostrzenia olewać. No bo niby wszyscy jedziemy na tym samym wózku, ale niektóre zwierzęta okazały się być równiejsze i taki, na ten przykład Michał Rachoń wrzucił sobie w lutym fotkę z treningu koszykówki i był z siebie bardzo dumny. Rachoń tłumaczył potem, że wszystko odbyło się „zgodnie z prawem”, ale było to po prostu zwykłe kombinatorstwo. Kombinatorstwo, w które absokurwalutnie nie powinien się bawić ktoś „z mediów” rządowych. Jeżeli zaś nawet się w nie zaczął bawić, to mógł, kurwa, nie wrzucać zdjęć do internetu, bo to już jest pokazywanie suwerenowi środkowego palca.


Problemy Narodowego Programu Szczepień nie wzięły się z powietrza. Zbieramy teraz żniwo totalnego olewania polityki komunikacyjnej przez partię rządzącą, która pozwoliła na to, żeby debata okołokoronawirusowa została zdominowana przez foliarstwo. Żodyn nie mógł się domyślić tego, że jeżeli jakaś część społeczeństwa nie wierzy w koronawirusa, to te osoby nie będą się chciały szczepić i będą zniechęcać innych. Niestety, teraz jest już za późno na metodę marchewki i trzeba by było użyć kija. Takim kijem mogłoby być wprowadzenie selektywnych reżimów sanitarnych i po prostu danie bana niezaszczepionym (uwaga natury ogólnej, nie chodzi o tych, którzy nie mogą się zaszczepić z przyczyn zdrowotnych, ale o tych, którzy się nie szczepią, bo nie chcą, żeby im Bil Gejts czipa zamontował) na korzystanie z siłowni, uczestnictwo w treningach, chodzenie do kin, restauracji/etc. Rzecz jasna, oznaczałoby to konieczność wyrównania strat przedsiębiorcom (celem zachęcenia tychże do przestrzegania reżimów [tak więc byłaby to marchewka ukryta w kiju]). Tyle, że Zjednoczona Prawica się na to raczej nie zdecyduje. Już nawet nie chodzi o to, że trzeba by było komuś (znowu) dawać jakieś szekle, ale o to, że te same zasady trzeba by było wprowadzić w kościołach, a na to Cywilizacja Śmierci (aka Konferencja Episkopatu Polski) nigdy nie wyrazi zgody.


Na koniec Przeglądu (w którym, of korz, nie zmieścily mi się tematy, które zapowiadałem już jakiś czas temu) zostawiłem sobie dwa wywiady. Konkretnie zaś dwa przykłady tego, w jaki sposób nie powinno się ich przeprowadzać. Na pierwszy ogień pójdzie wywiad, który z Renatą Dancewicz przeprowadził Paweł Smoleński. Wywiad ten warto poczytać ze względu na RiGCz Renaty Dancewicz. Niestety, RiGCzu nie miał ni cholery dziennikarz, który wywiad zaczął od pytania (zapnijcie pasy, bo czeka was zderzenie z dzbanizmem): „Pani zdjęcia, co przypomina Krzysiek Varga w „Dzienniku hipopotama", wisiały w każdym warsztacie samochodowym, malarni proszkowej, u szklarzy, rymarzy, wszędzie, gdzie pracowali młodzi mężczyźni polscy. Miała więc pani okazję, by podsłuchać ich rozmowy.”. Przyznam się wam szczerze, że po przeczytaniu tego „pytania” miałem flashbacki. Otóż, pamiętam, że całe wieki temu, oglądałem w telewizorni wywiad z Renatą Dancewicz. W trakcie wywiadu przeprowadzający go typ całkiem, kurwa, na serio zadał Dancewicz pytanie o to, czy może dotknąć jej biustu. Były to na tyle pojebane czasy, że wywiad nie został przerwany, a potem owo pytanie ktoś puścił na wizji. To była ta „normalność”, za którą tęsknią wszelkiej maści Ziemkiewicze, Piekary i inni narzekający na „poprawność polityczną” (to jest temat na osobną notkę i może w przeciągu kilkunastu najbliższych lat uda mi się ją napisać). Co prawda pytanie zadane przez Smoleńskiego miało inny kaliber, ale chyba każdy zgodzi się z tym, że nie powinno ono zostać zadane. Nie ze względu na „poprawność polityczną”, ale na to, że kwestia tego, czy zdjęcia Dancewicz wisiały w warsztatach, ma raczej niewielki związek z całą resztą wywiadu. Jeżeli zaś chodzi o sam wywiad, to widać w nim wyraźnie, że Dancewicz trochę przerosła odpytującego ją dziennikarza, który chyba nie do końca zrozumiał, że rozmawia z bardzo ogarniętą osobą, w efekcie czego czytelnicy musieli cierpieć czytając tego rodzaju wymiany zdań (pozwolę sobie zacytować obszerniejszy cytat):


"PS: Jakie są pani poglądy?


RD: Z grubsza lewicowy mainstream. Nie podoba mi się tak wielkie rozwarstwienie, dzisiejsza reprodukcja systemu feudalnego. Nie znoszę, że jednym ludziom żyje się źle, czemu nie zawinili, a innym o niebo lepiej, na co niekoniecznie zapracowali. Nie podoba mi się, że tzw. Polska A może lekceważyć Polskę B. Że można mówić o innych wyższościowym językiem.


Kiedy Leszek Balcerowicz i jego następcy zmieniali w Polsce ustrój gospodarczy, nieledwie wszyscy mu uwierzyli i za tym poszli. A przecież to był jeden z kilku możliwych scenariuszy. Bank Światowy optował za rozwiązaniem bardziej umiarkowanym, ale my postanowiliśmy być ortodoksyjnymi prymusami liberalizmu. To wtedy zalęgła się nierówność. Nie wszyscy chcą i mogą być rekinami giełdy. Wielu chce być nauczycielami, sekretarkami, lekarzami, mechanikami, a mimo to mają potrzebę godnego życia. Jeśli wywala się ich poza nawias, i na dodatek szepce, że są gorsi i sobie nie poradzili, to musi prowadzić do sytuacji, jaką mamy teraz: Rydzyk zaopiekował się tym elektoratem, doradził ludziom, którym się nie powiodło, by wzięli odwet.


PS: A nie ma pani wrażenia, że teraz Balcerowicz robi za chłopca do bicia? Wszyscy po nim jeżdżą, zwłaszcza tzw. młoda lewica, zła jak osy, że Balcerowicz nie zostawił każdemu z nich mieszka z kasą. Powtarzają jak mantrę, że można było lepiej, on tylko popsuł. Ale wtedy takich mądrych po prostu nie było. Był trud przemiany i, co widać gołym okiem, Polska jest o wiele dostatniejszym i bardziej sprawiedliwym oraz po ludzku bardziej ludzkim krajem niż wcześniej.


RD: Zmieniło się na korzyść. Lecz na prowincji kompletnie zdechł transport publiczny. Zmarniało publiczne szkolnictwo, służba zdrowia. To powoduje wykluczenie.


PS: Przecież Balcerowicz nie kazał zlikwidować transportu publicznego.


RD: Wprowadziliśmy neoliberalny model urządzenia Polski, a już było wiadomo, że Chicago Boys i Milton Friedman się nie sprawdzają, że to zbyt rabunkowy, zbyt dziki kapitalizm. Kapitalizm polega na tym, że generuje miejsca pracy, pozwala ludziom godnie zarobić. Praca w kapitalizmie – jak pisze Slavoj Żiżek – musi być wartościowa. Jeśli kapitalizm polega na spekulacji, na wirtualnych pieniądzach generujących ogromne zyski dla nielicznych, jest głęboko niemoralny. Futbolistom, a nie mam nic przeciwko piłce nożnej, płaci się miliony, zaś lekarzom czy pielęgniarkom grosze. To nie ma sensu."



I na tym zakończę cytat.  Zjawiskowe jest to, że Smoleński nie zorientował się w trakcie wywiadu, że nie rozmawia z kimś, kto powtarza jakieś wyuczone slogany (Balcerowicz musi odejść!), ale z osobą naprawdę ogarniętą. Ponieważ się nie zorientował, wypadł w tym wywiadzie niezbyt korzystnie. Wypadł jak ktoś, kto chciał sobie porozmawiać ze zdjęciem wiszącym w warsztacie samochodowym.


Drugi wywiad, nad którym będę się pastwił, to ten, który jakiś czas temu pojawił się na łamach Newsweeka. Wywiadu udzieliła Jadwiga Staniszkis, która opowiadała między innymi o tym, że: „Upadek demokracji nie musi oznaczać kryzysu społecznego. Dlatego tak jak kilka lat temu byłam wielką pesymistką, jeśli chodzi o rządy PiS, tak dziś jestem optymistką”. Rzecz jasna, wywiad wywołał spore poruszenie, bo nie tak dawno temu Staniszkis krytykowała rządy Prawa i Sprawiedliwości. Zanim internetowa inba rozkręciła się na dobre, nastąpił plot twist, bo okazało się, że Jadwiga Staniszkis cierpi na demencje. Jeszcze bardziej potem okazało się, że zdaniem części komentariatu przeprowadzanie wywiadów z osobami cierpiącymi na demencje jest spoko, jeżeli tylko te osoby dokonają potem autoryzacji. Komentariat olał wypowiedzi córki Jadwigi Staniszkis, która stwierdziła, że co z tego, że autoryzacja była, skoro jej matka nie pamięta ani wywiadu, ani autoryzacji. W międzyczasie ktoś wrzucił na ćwitr link do wywiadu, którego nieco wcześniej Jadwiga Staniszkis udzieliła Radiu Wnet i przyznam się wam do tego, że nie byłem w stanie tego wywiadu dosłuchać do końca. Jeżeli bowiem osoba zapytana oto, czy Dzień Kobiet jest dla niej ważnym świętem odpowiada, że nie pamięta, ale że chyba kiedyś była to dla niej ważna data, to przeprowadzanie takiego wywiadu nie ma najmniejszego sensu. Komentariatowi broniącemu wywiadu nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu. Komentariat wyszedł z założenia, że skoro Jadwiga Staniszkis wypowiadała się w sposób, że tak to ujmę, koherentny, to znaczy, że przeprowadzenie z nią wywiadu było spoko. Ktoś, kto nie orientuje się w tym, w jaki sposób demencja wpływa na chorego może się zdziwić temu, że Staniszkis wypowiadała się całkiem sensownie. Ja tam co prawda nie jestem specem, ale mogłem (niestety) obserwować to, co demencja robi z człowiekiem i wiem, że to nie jest tak, że ona od razu „zeruje” całą pamięć. To się dzieje stopniowo. Ponieważ Staniszkis jest osobą, która chyba przez całe życie interesowała się polityką, może być tak, że demencja jeszcze jej nie skasowała tych kawałków pamięci, w których ma zakodowaną (tak, wiem, to nie jest poprawne określenie, ale ja nie jestem lekarzem tylko podkarpacianinem z blogiem) wiedzę na temat polityki. To mogą być już tylko jakieś odpryski wiedzy, którą miała kiedyś, ale trochę tej wiedzy jej w głowie zostało. Czy to oznacza, że powinno się z nią przeprowadzać wywiady? Absokurwalutnie nie. Jeżeli ktoś uważa, że jest inaczej, to niech się zastanowi nad tym, czy poszedłby (czy też zadzwonił [mnie wolno z tego żartować, bo to w Mieście Nad Akwenem trzeba było użyć kija celem uzyskania skierowania])  z jakimś problemem zdrowotnym do lekarza, który ma demencje. Wydaje mi się, że odpowiedź jest raczej oczywista.


I tym pesymistycznym akcentem kończę niniejszy Przegląd. Jeżeli nic mnie nie wkurwi po drodze (chciałbym w tym miejscu pozdrowić opozycję!), to na kolejny tekst nie będziecie musieli czekać tak długo i może nawet uda mi się tam wreszcie wcisnąć te zaległe wątki (uczelnia założona przez pewien instytut i komisja, która w teorii miała się zajmować przypadkami pedofilii, ale w praktyce zajmuje się głównie trwaniem, bo Episkopat robi sobie z niej jaja, a rząd Episkopatowi nie podskoczy. Bo wiecie, co prawda Genialny Strateg darł ryj, że „wara od naszych dzieci”, ale nie odnosiło się to do Kościoła, który może sobie z dziećmi robić, co chce. 


Źródła:

Tu jest taki wikipedyjny skrótowiec w temacie modelu ELM:

https://en.wikipedia.org/wiki/Elaboration_likelihood_model

https://www.tvp.info/47218583/internauta-pokazuje-dane-i-pyta-czy-rzad-donalda-tuska-ukrywal-statystyki-ws-swinskiej-grypy-wieszwiecej

https://samorzad.pap.pl/kategoria/aktualnosci/rafal-trzaskowski-zebral-podpisy-w-wyborach-prezydenckich

https://oko.press/nie-czarnek-ale-nycz-to-episkopat-naciskal-na-rzad-w-sprawie-religii-w-szkole-mamy-dowod/?

https://glos.pl/etykow-wyksztalca-katolickie-uczelnie

https://twitter.com/KonradPiasecki/status/1410557629563289601

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Polityka/Dziemianowicz-Bak-do-Czarnka-zna-pan-tylko-jezyk-nienawisci-i-szczucia.-Poslowie-PiS-klaskali

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1411073880559607808

https://oko.press/orban-salvini-marine-le-pen-pis-oglasza-ze-bedzie-z-nimi-tworzyl-europe-wartosci/

https://www.rp.pl/Wybory-we-Francji/303129959-Francja-Marine-Le-Pen-zapowiada-sojusz-z-Jaroslawem-Kaczynskim.html

https://www.rp.pl/Prawo-i-Sprawiedliwosc/170319620-Jaroslaw-Kaczynski-Pani-Le-Pen-jest-w-bledzie.html

https://www.rp.pl/Koronawirus-SARS-CoV-2/210709968-Punkty-szczepien-beda-zamykane-Coraz-mniej-chetnych-na-szczepienie-na-COVID-19.html

https://twitter.com/PolsatNewsPL/status/1409930327750070279

https://twitter.com/DemagogPL/status/1409937760752967687

https://www.medonet.pl/porozmawiajmyoszczepionce/szczepionka-na-covid-19,duda--rok-temu-szczepionek-nie-bylo--a-zakazen-tyle-samo--lekarz-komentuje,artykul,34252916.html

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,27186089,renata-dancewicz-aborcja-ateizm-feminizm-dyrektorka-zlapala.html