wtorek, 15 października 2013

Tomasza Terlikowskiego wojna z homoseksualizmem

W ramach sobotniej prasówki zerknąłem na Frondę i z miejsca rzucił mi się w oczy artykuł Tomasza Terlikowskiego pt.

Tu nie chodzi o prawo do małżeństwa, ale o jego zniszczenie”

Już sam tytuł sugeruje, że pan Tomasz znowu będzie się (po raz kolejny) pastwił nad osobami homoseksualnymi i ich staraniami o prawo do małżeństw jednopłciowych.

Są takie momenty, gdy homolobbyści całkowicie odsłaniają gardę. I tak stało się właśnie podczas ostatniego spotkania w „Gazecie Wyborczej” poświęconego rzekomej homofobii. To w trakcie niego homolobbyści wprost pokazali, że im wcale nie chodzi o prawo do małżeństwa, ale o jego zniszczenie.”

Tomaszowi Terlikowskiemu już na starcie udało się znokautować samego siebie – „odsłonięcie gardy” (nawiasem mówiąc chodziło chyba o opuszczenie gardy) pomyliło mu się z „wyjawieniem swoich prawdziwych intencji”. Choć rozumiem, że Wielki Specjalista ds. ogólnych (w tym sportu) może mieć inne zdanie na ten temat. No, ale to tylko taka dygresja. Idźmy dalej. Terlikowski pisze wprost: „wiem, że gejom/lesbijkom chodzi o zniszczenie instytucji małżeństwa”. Czy Tomasz T. dysponuje jakimikolwiek dowodami na poparcie swej tezy? Owszem!

A najlepszym na to dowodem jest króciutki cytat z opisującego spotkanie artykułu zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej”.”

Jakiż to dowód?

„Lesbijce, która skarżyła się na nierówność prawa do małżeństwa, poseł Żalek już w kuluarach powiedział: - Przecież mamy takie same prawo.”

Czyżby poseł Żalek sugerował, że w Polsce lesbijka może wziąć ślub z lesbijką (i analogicznie gej z gejem)?

„Co pan mówi - żachnęła się dziewczyna”
Jak widać rzeczona lesbijka nie do końca uwierzyła w to, co poseł Żalek powiedział.



„Ja się ożeniłem. Pani może wyjść za mąż.”
I słusznie, że nie uwierzyła, bo poseł chyba nie do końca zrozumiał, o co jej chodzi.



Zabrakło nam słów - podsumował Piotr Pacewicz.”
Za to mnie ich nie brakuje. Jeśli poseł Żalek przyrównuje swoje małżeństwo do małżeństwa zawartego pomiędzy lesbijką a heteroseksualnym mężczyzną, to śmiem twierdzić, że musi być ono (posła Żalka małżeństwo) średnio szczęśliwe...

I zapewne zabrakło mu słów z powodu celności uwagi posła Żalka. Jest bowiem oczywiste, że w Polsce homoseksualista czy lesbijka ma pełne prawo do małżeństwa.”

W tym momencie przypomniał mi się pewien kretyński dowcip. „W Polsce nikt nie zabrania zawierania małżeństw osobom homoseksualnym. Przecież nikt nie broni lesbijce wyjść za mąż za geja”. Coś mi się wydaje, że ów dowcip stanowił podstawę teoretyczną do wywodu Tomasza Terlikowskiego.

Tyle, że prawo do jest dokładnie takie samo, jak w przypadku każdej innej osoby. Lesbijka, jako kobieta, może zawrzeć małżeństwo z mężczyzną, a homoseksualista z kobietą.”

Miałem rację. Ciekawym, czy praca doktorska Tomasza Terlikowskiego opierała się na równie mocarnych merytorycznie podstawach co ten wywód? Terlikowski albo udaje człowieka nierozgarniętego, albo nim jest. Rozgarnięty człowiek nie będzie tłumaczył, że „geje i lesbijki mają te same prawa co osoby heteroseksualne, bo mogą wchodzić w różnopłciowe związki małżeńskie”. Rozgarnięty człowiek zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że taka wypowiedź jest po prostu idiotyczna jeśli się ją osadzi w kontekście (a kontekstem jest dążenie osób homoseksualnych do tego, by mogły one zawierać małżeństwa jednopłciowe).

Ale nie wynika to z dyskryminacji, a z rozumienia małżeństwa. Jest to, od zawsze, związek kobiety i mężczyzny, i każdy, kto chce go zawrzeć musi się na to zgodzić. I wtedy nikt nie będzie go dyskryminował.”

Nie wynika z dyskryminacji? Dawno temu część osób heteroseksualnych uznała, że homoseksualizm jest zły, wyklęła homoseksualistów i odebrała im część przynależnych im praw, a teraz okazuje się, że to wcale nie jest dyskryminacja. Bardzo odważna teza, która, nawiasem mówiąc, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Co się zaś tyczy samej instytucji małżeństwa, to może by się mądruś jeden z drugim dokształcił nieco? Jeśli nie chce się takiemu czytać niczego prócz internetów, to Ciocia Wikipedia im może pomóc. Jak wyglądało małżeństwo w Babilonii?

Mężczyzna mógł mieć oprócz żony także konkubiny, które mógł nawet wprowadzać do domu jeśli kobieta była chorowita lub niepłodna. Jeśli mężczyzna także z konkubinami nie miał dzieci, mógł on ożenić się po raz drugi, bez rozstawania się z pierwszą żoną; druga żona miała jednak pozycję podporządkowaną, a pierwsza zajmowała pozycję uprzywilejowaną zarówno wobec konkubin, jak i wobec żony obocznej.”

Owszem. Małżeństwo było związkiem kobiety i mężczyzny, ale zanim jakiś fan Terlikowskiego zakrzyknie „HURRA”, niech zwróci uwagę na podkreślone fragmenty. Konkubiny? Poligamia? Żona oboczna? Niewiele to małżeństwo ma wspólnego z współczesnym małżeństwem monogamicznym? Że co? Że przecież pojęcie małżeństwa mogło, a nawet musiało ewoluować? No właśnie...

No, ale może to tylko ta cholerna Babilonia... Może np. w Egipcie było inaczej i „lepiej” (z punktu widzenia monogamicznego, heteroseksualnego katolika)?

Niby wszystko ok. Mężczyzna i kobieta. Mało tego – cudzołożenie było karane surowo! Ale zaraz, moment. Cóż my tu mamy?

Małżeństwo między bratem a siostrą nie było zabronione a faraonom czasami nawet nakazane.”

No, świetnie. Małżeństwo, co prawda, heteroseksualne, ale chyba nie takie, jakby to sobie wymarzył Terlikowski...

To jak jest z tym małżeństwem „od zawsze”? Terlikowski wyjął sobie z tego „od zawsze” „związek kobiety i mężczyzny” i zapomniał o reszcie?

Problem polega tylko na tym, że homolobbystom nie chodzi o rzekomą dyskryminację, a o to, żeby zmienić ową definicję, co w istocie oznacza zniszczenie małżeństwa.”

I cóż złego w zmianie definicji? Małżeństwo było redefiniowane w cholerę razy do tej pory. Jak mniemam, teraz już nie można zmieniać definicji, bo jest ona „najlepsiejsiejsza”? A może nasi przodkowie też uważali, że ich definicja jest najlepsza? Może jakiś Tomasz Terlikowski w Babilonii bronił przed postępem swojego prawa do konkubin i żon obocznych?

Jedno mnie nurtuje. W jaki sposób redefinicja pojęcia małżeństwa ma „zniszczyć małżeństwo”? No, ja w tym za grosz sensu nie widzę. W jaki sposób to, że Kowalska ożeni się z Kowalską wpłynie na to, że Iksiński się chce ożenić z Iksińską? Pozwolę sobie na odpowiedź – w ŻADEN SPOSÓB NIE WPŁYNIE.

Uznanie za małżeństwo związku dwóch facetów czy dwóch kobiet nie jest bowiem tylko zmianą językową, ale zawiera w sobie destrukcję cywilizacyjnej i kulturotwórczej roli małżeństwa.”

Ciekawym, jak dużo konserwatystów swego czasu wypowiadało podobne słowa: „Uznanie za małżeństwo związku czarnego mężczyzny z białą kobietą, czy czarnej kobiety z białym mężczyzną zawiera w sobie destrukcję cywilizacyjnej i kulturotwórczej roli małżeństwa!”

Bez różnicy płciowej i związanej z tym płodności małżeństwo nie tylko przestaje być potrzebne, ale też przestaje być małżeństwem...”

Innymi słowy Terlikowski definiuje (POTRZEBNE) małżeństwo jako fuzję „różnicy płciowej” i „płodności”. A co z heteroseksualnymi małżeństwami bezpłodnymi? Czyżby nie były one potrzebne? A może wraz z ustaleniem tego, że para jest bezpłodna, powinno się automatycznie anulować zobowiązanie małżeńskie? Na odchodne powiedzieć takiej parze – nie jesteście małżeństwem, a wasz związek (którego nie macie prawa nazywać małżeństwem) jest nikomu do niczego niepotrzebny! Nie możemy zezwolić bezpłodnym ludziom na zawieranie związków małżeńskich, bo oznacza to zniszczenie małżeństwa! Czyjego małżeństwa? Zapewne małżeństwa Tomasza Terlikowskiego i innych konserwatystów. Śmiem twierdzić, że małżeństwom ludzi, którzy w dupie mają to, „kto z kim i gdzie”, jakoś tak niespecjalnie „zagrażają” małżeństwa jednopłciowe.

Tak na sam koniec – powyższy tekst napisałem po 4 godzinach snu i dość ciężkim dniu. Jeśli się więc okaże, że w Babilonii można było brać ślub z teściowymi, szwagrami, (ojcami, matkami, kozami, ślimakami, lamami, pterodaktylami, niszczycielami gwiezdnymi) a ja tego nie napisałem – bardzo przepraszam.





piątek, 11 października 2013

„Gwałt Narodowy”

Jakiś czas temu na WikiLeaks pojawiły się zapisy prywatnych rozmów jednego Pana Z Ruchu Narodowego. O wpadaniu lewakom na chatę i późniejszym ich mordowaniu napisano już tony artykułów. Jednak o jednej kwestii, znacznie bardziej bulwersującej, niźli mokre sny o potędze (i mordowaniu lewaków), napisano niewiele. W dwóch miejscach tych jakże pouczających notatek można było wyczytać, że u narodowców (nie pamiętam już, czy był to ONR czy też RN) doszło do gwałtu (wiem, że termin prawniczy to „zgwałcenie”, ale będę używał słowa „gwałt” dla własnej i czytelników wygody). Nasi dzielni narodowcy doskonale wiedzieli, kto jest gwałcicielem i wiedzieli również, gdzie się ukrywa. Czy coś z tym fantem zrobili? Niezupełnie. Pan Z Ruchu Narodowego martwił się jedynie tym, że jakby gwałciciel był u nich jakąś szyszką i „wydałoby się”, że jest gwałcicielem, pojawiłby się problem natury wizerunkowej.

Co prawda media, choć się nad Panem Z Ruchu Narodowego pastwiły, olały niemalże zupełnie wypowiedzi związane z gwałtem (za to „wpadanie lewakom na chatę” zrobiło karierę medialną). Dzielnym narodowcom było to, rzecz jasna, jak najbardziej na rękę. Jednakże w dobie internetu nic nie ginie i narodowe środowiska są co jakiś czas indagowane w tym temacie. Na FP o nazwie „żądamy ukarania gwałciciela z Ruchu Narodowego” pojawiła się wypowiedź jednego z sympatyków organizacji narodowych (skopiowana z jakiegoś forum), która rzuca nieco światła na to, czemu narodowcy nic w temacie gwałtu nie zrobili (i najprawdopodobniej nie zrobią). Wypowiedź będzie podzielona na fragmenty, ale niczego z kontekstu nie wyrwę (obiecuję).

Człowiek czasami popełnia błędy, raz małe, raz kolidujące z prawem. Zakładając że nawet całkiem spora część członków RN znała Palickiego i nagle dowiadując się o jego postępku, mieli nagle wyprzeć się może nawet wieloletniego kolegi lub przyjaciela?”

Cywilizowanego człowieka to „wyparcie” by nie zdziwiło. Wiadomo, że dla ludzi bardzo ważna jest lojalność, ale lojalność w moim rozumieniu nie jest odmianą (mitycznej) miłości bezwarunkowej. Tym niemniej, w grupach, w których toleruje się przestępstwa, nikogo taka bezrefleksyjność dziwić nie powinna. „Nasz” może popełniać przestępstwa, bo jest „nasz”.

Raczej odruchowo, bo tak reaguje każdy dobry kumpel, w pierwszej chwili mogła być reakcja niedowierzania.”

No tu akurat się udało autorowi napisać prawdę. O ile bowiem prawie każdy jest sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której jego dobry znajomy wdaje się w bójkę, to z zaakceptowaniem tego, że znajomy jest gwałcicielem, większość ludzi może mieć problem. Tym niemniej, prawdy (nawet bardzo brzydkiej) nie da się wypierać przed samym sobą w nieskończoność. I czasem trzeba się pogodzić z tym, że ów „dobry kumpel”, prócz bycia dobrym kumplem, jest zwykłym gwałcicielem.

Wśród kibiców, skinheadów, narodowców panuje taka niepisana zasada, że kolegi bądź przyjaciela się nie sypie, nawet jeśli dopuściłby się najgorszej zbrodni.”

Autor chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co sam napisał. Tego rodzaju postępowanie, czyli „niesypanie” jest, owszem, często spotykane, ale jedynie w organizacjach przestępczych. Cywilizowany człowiek może tolerować to, że jego przyjaciel łamie prawo, ale tylko do pewnego momentu. U każdego taki moment jest inny, ale ŻADEN cywilizowany człowiek nie przejdzie do porządku dziennego nad tym, że jego znajomy dobry jest gwałcicielem. Co się zaś tyczy słów autora, to raczej nie był świadom tego, że tym jednym akapitem udowodnił, że organizacje i subkultury, które wymienił, powinny być traktowane tak jak inne, których członkowie „nie sypią” kolegów.

Dlaczego? Bo mamy po prostu ludzkie uczucia.”

Mamy ludzkie uczucia i dlatego olaliśmy to, że nasz kolega zgwałcił naszą koleżankę. Tak, to brzmi bardzo sensownie. Ludzkie uczucia, jak widać, skupiają się na koledze, który „popełnił błąd”. Zgwałconej koleżanki ludzkimi uczuciami już ogarnąć się niestety nie da.

Gwałt potępiamy wszyscy, ale czy tak chętnie leciałbyś kablować na kumpla z którym może wiele lat piłeś wódkę?”

Autor tak bardzo się zaperzył, że umknęła mu jedna ewentualność. Takiemu koledze można przecież dać wybór: „zgłosisz się na policję sam, czy też mamy to zrobić za Ciebie?” Ponadto autor powinien uzupełnić swoją wypowiedź i napisać „gwałt, którego nie dokona żaden z naszych kolegów, potępiamy wszyscy!” - tak by brzmiało bardziej naturalnie.

Jeśli tak, to jesteś kundel i szmata, a nie kolega, i ci którzy się z tobą zadają, powinni uważać na to, jakie powierzają ci tajemnice. Bo gotów jesteś sprzedawać kumpli. A ulica tego nie wybacza.”

„Ulica tego nie wybacza” - ten fragment doskonale pokazuje to, w jakim świecie żyją ci ludzie. I że świat ten niewiele ma wspólnego ze światem przeciętnego Kowalskiego. Dodatkowo, ów fragment pokazuje doskonale to, dlaczego ci ludzie nie nadają się do tego, żeby pełnić jakiekolwiek funkcje publiczne. Wyobraźmy sobie bowiem takiego pana w roli posła, którego znajomy (też poseł) podejrzewany jest o gwałt: „My się trzymamy razem i nie donosimy na siebie, bo ulica tego nie wybacza”. Dla tych ludzi lojalność jest ważniejsza od czegoś tak trywialnego jak „porządek prawny”. Wiem, wiem – politycy też się „kryją” wzajemnie. Tylko, że żaden polityk nie broniłby w takiej sytuacji dobrego imienia gwałciciela (jednemu się zdarzyło, ale potem przeprosił).

Jeszcze takie pytanko - trochę abstrahując od sprawy Palickiego - jeśli twoja postawa emanuje chęcią sypania kolegów, to ilu podkablowałeś, np. w pracy, za drobne przewinienia? Taki chętny do kapowania jesteś?”

I w tym momencie doszliśmy do meritum. Dla autora nie ma różnicy zbytniej pomiędzy gwałtem, a np. tym, że ktoś komuś ukradł kanapkę z firmowej lodówki. I w jednym i w drugim przypadku pod żadnym pozorem nie wolno „wsypać” winowajcy.

Podkreślam - ja nie bronię żadnego gwałciciela. Ale jeśli gwałcicielem byłby twój najbliższy przyjaciel - to tak bez oporów sprzedałbyś go policji? Aż nie uwierzę, jeśli odpowiesz twierdząco..”

„Nie bronię żadnego gwałciciela” powinno zostać uzupełnione o „no chyba, że to mój dobry kolega, z którym wódkę piłem”. Autor zapewne nie miałby problemu z donosem na gwałciciela spoza swojego kręgu znajomych. No chyba, że organizacje, o których pisał, całkowicie przejęły kodeks „zbójów”. Bo przestępcy (ci zawodowi, „charakterni”) nie donoszą na nikogo i pod żadnym pozorem. Autorowi przez myśl nie przeszło to, że nie zrobienie niczego (czyli „niewsypanie” kolegi) jest formą obrony gwałciciela.

Znamienne jest to, że w całym tekście autor ani razu nie zająknął się w temacie ofiary gwałtu. Ofiara – nota bene sympatyczka organizacji narodowych (jasno to wynikało z rozmów Pewnego Pana Z Ruchu Narodowego) – zostaje zupełnie zignorowana. Bardzo ciekawie to wygląda w zestawieniu z postulowaną rycerskością środowisk narodowców, którą tak bardzo zachwycały się kobiety „narodowe” w jednym z wywiadów. Jak widać, owa rycerskość kończy się w momencie, w którym pasowałoby np. ofierze gwałtu pomóc i zadbać o to, żeby gwałciciel jak najszybciej znalazł się w miejscu odosobnienia. Choćby dlatego, żeby pan gwałciciel nie miał okazji do kolejnych takich czynów.

Tak swoją drogą, autora można by przekornie zapytać o jedną rzecz. Autor twierdzi, że członkowie pewnych organizacji/subkultur nie donoszą na siebie wzajemnie, choćby ktoś popełnił „najgorszą zbrodnię”. Tedy zapytać można, czy nie doniósłby na kolegę, który wymordowałby mu cała rodzinę (nie, to nie jest przejaskrawianie – wymordowanie rodziny znacznie bardziej pasuje do terminu „najgorsza zbrodnia” niż „lekkie przewinienie w pracy”). Sparafrazujmy więc autora:

Podkreślam - ja nie bronię żadnego mordercy. Ale jeśli mordercą (który wymordował ci rodzinę) byłby twój najbliższy przyjaciel, to tak bez oporów sprzedałbyś go policji? Aż nie uwierzę, jeśli odpowiesz twierdząco..”

Źródło:


czwartek, 10 października 2013

Kościół (nie)radzi sobie z pedofilią

(Uwaga natury ogólnej – niniejsza notka powstała zanim abp Michalik popełnił swój „lapsus językowy” mówiąc o dzieciach nakłaniających księży do molestowania)

Kościół ma spory problem z pedofilią we własnych szeregach. I nie chodzi mi już nawet o wymiar ilościowy (tzn. nie zamierzam wyliczać tego, ilu pedofilów się znajduje w jego szeregach). Chodzi mi o to, że kościół w Polsce (bo o nim mowa) w ogóle nie potrafi sobie z tym kryzysem poradzić. Według jego przedstawicieli (i zwolenników), problem „kościelnej pedofilii” jest wyolbrzymiany przez media, które szczują ludzi na duchownych. Ci sami ludzie twierdzą, że pedofilia w kościele jest zjawiskiem co najwyżej marginalnym (abstrahując już od retoryki księdza Oko, który policzył wszystkich pedofilów w Polsce i wyszło mu, że wcale nie ma ich tak dużo wśród księży).

Problemem kościoła jest to, że owa instytucja i jej przedstawiciele praktycznie nie potrafią sobie z pedofilią poradzić. Kościół nie wie, jak postępować z ofiarami (w tym temacie osobna notka powstanie) czy z pedofilami w sutannach. Nie wypracował sobie żadnej spójnej strategii postępowania z przypadkami pedofilii w swoich szeregach. I na sam koniec coś, co jest najbardziej widoczne – kościół nie potrafi o pedofilii mówić.

Pedofile w sutannach

Niezależnie od tego, jaką optykę przyjmiemy (zwolenników czy też przeciwników kościoła), musimy sobie zdać sprawę z jednego faktu – pedofilia w kościele występuje. A to, czy pedofilem w sutannie jest 1 na 100 księży, czy też 1 na 1000, czy też 1 na 4567 – to już osobna kwestia. Skoro problem występuje to znaczy, że pedofile w sutannach nie są „urban legend” (miejską legendą) – są oni osobami z krwi i kości, z którymi kościół powinien sobie umieć radzić. Czy umie? Przypomnijmy może ostatni blamaż apb Hosera, który odwołał pedofila z parafii dopiero w momencie, w którym media się zainteresowały sprawą. Wpierw niejaki ks Lipka narobił kościołowi wstydu tłumacząc (przed kamerami), że molestowanie seksualne podlega interpretacji, a poza tym to nie można było księdza odwołać, bo wyrok nie był prawomocny. W tym momencie należy sobie postawić jedno pytanie – czy abp Hoser nie wiedział o całej sprawie? Śmiem w to wątpić. Czym więc wytłumaczyć można jego bierność? Tej samej bierności nie przejawiał względem ks Lemańskiego, którego odwołał z parafii między innymi za to (o ironio), że krytykował podejście kościoła do problemu pedofilii... Moim skromnym zdaniem, dla wiernych większym zagrożeniem był ksiądz, któremu prokuratura przedstawiła zarzuty niż ten, który miał po prostu „niewyparzoną gębę”.

Ktoś usiłował tłumaczyć, że kościół nie może nic zrobić, dopóki ksiądz nie zostanie skazany (nie pamiętam już, jak to argumentowano). Czy tak jest w rzeczywistości? Posłużmy się cytatem:

Czy ksiądz katecheta uprawiał seks z uczennicą gimnazjum katolickiego? Sprawę bada prokuratura, a kuria zabrania duchownemu pełnienia wszelkich posług i noszenia sutanny.

No i problem się pojawia. Jednego księdza zawieszono za to, że zainteresowała się nim prokuratura. Innego zaś zostawiono w spokoju do momentu, w którym media nie zaczęły pytać, „o co w tym chodzi”.

Dla porównania: jeśli w jakiejś szkole średniej nauczyciel sobie poromansuje z uczennicą (albo nauczycielka z uczniem) i o całej sprawie dowie się dyrekcja, to nauczyciel leci na zbity pysk. Nikt nie ma dla niego litości. I to nawet przy założeniu, że uczeń osiągnął już wiek przyzwolenia. Jeden z WFistów z mojej starej szkoły ponoć lubił młode dziewczynki i wyleciał ze szkoły (nie wiem czy dopadł go prokurator za to). W innej szkole (już średniej) nauczyciel lubił sobie pomacać uczennice. Dyrekcja się o tym dowiedziała – nauczyciel wyleciał na zbitą mordę. Takich historii znam sporo. Łączy je jedno – nikt nie litował się nad takimi nauczycielami. Przyczyna tego stanu jest bardzo prosta. Gdyby dyrekcja nic nie zrobiła z nauczycielem macającym uczennice, sprawa prędzej czy później i tak ujrzałaby światło dzienne. I proszę sobie teraz odpowiedzieć na jedno pytanie – który rodzić pośle swoją córkę do szkoły, w której zezwala się na „macanki” nauczycielskie? Żaden dyrektor nie może sobie pozwolić na to, żeby do tematu pedofilii podchodzić z „kościelną nonszalancją”.  Być może kościół powinien uczyć się tego, jak postępować z „robaczywymi jabłkami”, od dyrekcji szkół? Nieco absurdalnie w powyższym kontekście brzmi retoryka Ks Oko, który namawiał do szukania pedofilów wśród nauczycieli...

Brak spójnej strategii

Kościół tak długo ignorował problem pedofilii we własnych szeregach, że sam uwierzył w swoją propagandę. Tzn. w bajki o tym, że pedofilia w kościele jest na tyle rzadka, że nie ma w ogóle po co się nią zajmować. Efektem tej nonszalancji i olewania problemu jest to, że w tym momencie kościół nie dysponuje spójną strategią postępowania z „pedofilami w sutannach”. Gdyby było inaczej, nie dochodziłoby do sytuacji, w których media muszą się dopytywać o to, czy aby na pewno rozważnym jest zezwalanie na pracę z dziećmi księdzu, którego prokuratura podejrzewa o dokonanie kilkunastu czynów pedofilskich. Brak spójnej strategii sprawia, że kościół na pedofilię reaguje wtedy, gdy media zaczynają krążyć w okolicy przestępcy w sutannie. Czy tak dużym problemem byłoby opracowanie takiej strategii? Ja mogę nawet pomóc:

  1. Zawieszamy księdza.
  2. Zgłaszamy sprawę na policje/do prokuratury (w śledztwie wewnątrzkościelnym to nie przeszkadza)
  3. Udzielamy policji/prokuraturze pełnego wsparcia.
  4. Sami informujemy o wszystkim media zamiast czekać na to, aż media przyjdą do nas (mała podpowiedź – rozmawiając z mediami nie należy im zdradzać personaliów ofiar).
  5. Udzielamy ofiarom i ich rodzinom pełnego wsparcia (które nie ogranicza się do „modlitw w ich intencji”).
  6. Po wyroku skazującym publicznie przepraszamy za to, że taki a taki człek był księdzem.
  7. Jeśli w toku postępowania okazuje się, że ksiądz był niesłusznie posądzony – odwieszamy go i informujemy o tym media.
  8. Amen.

I jak? Czy tego rodzaju schemat postępowania to coś, na co polscy biskupi nie są w stanie wpaść? (Jak się okazuje, kościół jednak ostatecznie wypracował jakąś strategie postępowania z pedofilami w sutannach. Aczkolwiek raczej niewiele się zmieni, bo purpuraci nadal nie nałożyli na siebie obowiązku informowania organów ścigania – rzecz jasna w trosce o „dobro ofiar”)

Kościelna retoryka

Przedstawiciele kościoła w ogóle nie potrafią mówić o problemie pedofilii. Nagminne w ich retoryce jest jego marginalizowanie. To, jak mniemam, jest próba pocieszenia ofiar: „no, może i któryś ksiądz was zgwałcił, ale to się tak rzadko zdarza, że możecie się czuć wyjątkowi!” Że przejaskrawiam? Owszem. Tylko jak wytłumaczyć to, że przedstawiciele kościoła klarując o tym, że „pedofilia w kościele to temat zastępczy”, zupełnie zapominają o ofiarach pedofilów w sutannach. Zapominają o tym, że za każdym tym przypadkiem – niezależnie od tego, jak byłby rzadki – stoją ofiary i ludzkie dramaty. A to nie jedyne retoryczne grzechy Kościoła. Biskup Pieronek w temat pedofilii zagłębia się z gracją rewolucji październikowej. Powiedział on bowiem kiedyś:

Żadna siła nie powstrzyma człowieka od tego, żeby korzystać z możliwości, jakie daje człowiekowi wolna wola i do czego pchają go namiętności.”

Innym zaś razem:

Ale również arcybiskup pedofil powinien być szanowany, jeśli wszystkich ludzi mamy szanować, a nie linczować. Najpierw udowodnijmy winę, a później osądzajmy. Za wszelką cenę chce się zniszczyć księży, dosolić im tak, żeby przestano uważać ich za ludzi.”

Warto sobie uzmysłowić to, że to nie jest ciąg myślowy jakiegoś katolickiego trolla z gimnazjum. To są wypowiedzi wysoko postawionego przedstawiciela kościoła. Jeśli mam być szczery, to uważam drugą z tych wypowiedzi za wyjątkową podłość. Podłość, którą abp Pieronek wyrządził ofiarom arcybiskupa (oraz ofiarom innych pedofilów w sutannach). Pokrzywdzonym w skandalu pedofilskim w retoryce Pieronka jest bowiem arcybiskup (a w domyśle – wszyscy inni księża podejrzewani o pedofilię). Biedny arcypasterz zapomniał o tym, że to ofiarom pedofilów w sutannach, a nie samym pedofilom, należy się współczucie.

Wypowiedzi utrzymanych w podobnym tonie jest sporo. I jeśli są one „produktem” jakiegoś fanatycznego trolla – mówi się trudno, każdy ma prawo do bycia głupim. Jednakże te same wypowiedzi padające z ust księży i biskupów dziwią mnie i to bardzo. Dziwią mnie dlatego, że WSZYSCY księża/zakonnicy w ramach studiów uczą się tego, jak przemawiać. Każdego z nich uczy się retoryki i układania kazań. Jednym wychodzi to dobrze, innym nie wychodzi (jak to w życiu), ale podstawy retoryki zna każdy z nich. I żadnemu z tych mędrców nie przyszło do głowy to, że tego rodzaju wypowiedzi to coś, co drażni ludzi? Przecież o tego rodzaju rzeczach trzeba mówić z daleko idącą delikatnością i wyczuciem. Ani jednego ani drugiego nie można dostrzec w wypowiedziach abp Pieronka i wielu innych przedstawicieli kościoła. Smutna prawda jest taka, że jeśli wybuchnie jakiś skandal pedofilski z udziałem kleru, a media zadadzą sobie trud i dotrą do wielu przedstawicieli kleru, prosząc ich o ustosunkowanie się do skandalu, to ZAWSZE znajdzie się ktoś, kto powie coś durnego.

I w jakiś magiczny sposób wszystkim tym mędrcom umyka jakoś to, że za pomocą swojej (pozbawionej wyczucia, nierzadko skandalicznej i momentami okrutnej) retoryki sami szczują na siebie ludzi. Media nawet nie muszą się specjalnie starać – do podniesienia ciśnienia opinii publicznej często wystarczy zacytowanie jakiegoś kościelnego dostojnika.


Źródła:





Notka rocznicowa

Stało się. Fanpage Piknik na Skraju Głupoty skończył rok. Z tej okazji notkę rocznicową należałoby popełnić, co niniejszym czynię. Wszystko zaczęło się od bloga, którego założyłem 24 września 2012. Zamysł był taki, żeby pisać trochę o książkach, trochę o kampaniach reklamowych i społecznych (głównie nieudanych), trochę o polityce i tak dalej. W praniu okazało się, że najlepiej pisze mi się o polityce i „okolicach”. Co jakiś czas zbieram się do napisania recki jakiejś książki, ale na zbieraniu się kończy (no, ale może wreszcie się zbiorę i jakąś piknikową recenzje popełnię).

Nawiasem mówiąc, stałym czytelnikom (a wiem, że tacy są) blogowym winien jestem wyjaśnienie. Blog w pewnym momencie nieco wyhamował (średnio jedna notka na miesiąc). Stało się tak, ponieważ skupiłem się na prowadzeniu FP. Druga przyczyna była taka, że piszę sobie od jakiegoś czasu cuś dłuższego od notek blogowych, a czas jak wiadomo nie jest z gumy i wszystkiego naraz się nie da. Tym niemniej, od pewnego czasu notki się w miarę często pojawiają, więc czuję się zrehabilitowany :)

Trochę danych liczbowych z minionego roku piknikowego:

Blog

W sumie opublikowałem 76 notek (ta będzie 77). Całkowita liczba odsłon bloga to 32.260 . To całkiem sporo, biorąc pod rozwagę fakt, że blog „roznosi się” głównie dzięki fanom i zaprzyjaźnionym FP. Jako ciekawostkę dodam, że najpopularniejsza notka -Zróbmy sobie wojne - miała 1.002 odsłony. Mam nadzieję, że ów rekord uda mi się niebawem pobić :) Co jakiś czas zbieram się do dodawania nowych funkcjonalności, ale średnio to wychodzi, bo nie za bardzo wiem, co by się przydało czytelnikom (wskazówki mile widziane). Niebawem wyprodukuję pewnie listę ulubionych blogów.

Fanpage

Liczba fanów 6.060
Liczba grafik 590 (z czego większość opatrzona komentarzem)
Najpopularniejsza grafika dotarła do 97.000 użytkowników

W temacie fanów. Nadal cieszy mnie to, że grafiki rozchodzą się nierównomiernie. Tzn., że aby grafika się spodobała, musi być ciekawa. Proces produkcyjny grafik przebiega różnie. Czasem jest to coś w rodzaju błyskawicznej riposty (i komentarz na spodzie grafiki jest literalnie pierwszym, który przyszedł mi do głowy), a czasem trwa to nieco dłużej.

Dorobiłem się też antyfanów. Na ten przykład taki admin fanpage Wojujący Gimboateusz czasem oddostępni jakąś grafikę, czasem przyjdzie i podzieli się mądrością swą. Ostatnio napisał, że eutanazja to morderstwo i że bardzo nie fair jest oczekiwanie od kogoś pomocy w tej materii. Dodał też (z właściwą swej kondycji intelektualnej delikatnością), że jeśli ktoś chce się zabić, to niech sobie gardło poderżnie (dosłownie – chodziło po poderżnięcie sobie gardła). Śmiem twierdzić, że nie było to nawiązanie do książek Pratchetta i niejakiego Gardło Sobie Podrzynam Dibblera

Nadal banuję przyjaciół zygot (którzy wolą określać się mianem „obrońców życia”). Czynię to głównie z tego powodu, że rozmowa z nimi zawsze schodzi na „aborcja to morderstwo, ty lewacka szmato”. Raz jeden zbanowałem kogoś, kto co prawda nie używał inwektyw, ale ordynarnie kłamał. Poszło o to, że jego zdaniem w 1993 r. zakaz aborcji wprowadzono dlatego, że ludzie wybrali polityków, którzy obiecywali jego wprowadzenie. Każdy, kto interesował się historią współczesną wie, że takie stwierdzenie ma niewiele wspólnego z prawdą. Ludziom wtedy aborcja jakoś specjalnie nie przeszkadzała i zdenerwowali się wprowadzonym zakazem. Udało się nawet zebrać gdzieś tak 1.200.000 podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, które to podpisy zostały bardzo demokratycznie olane.

Co się zaś tyczy samego FP/bloga – cieszy mnie to, że pomimo tego, że na Facebooku jest od cholery różnych stron, ludzie odwiedzają moją. Cieszy mnie to, że na tej stronie komentują i dyskutują (na blogu mało kto się odzywa, ale niemalże pod każdym linkiem blogowym udostępnionym na FB wypowiada się sporo ludzi). Cieszy mnie to, że nie zawsze się zgadzamy z moimi (i Zbyszka Embriona) fanami. Cieszy mnie o tyle, że dyskusje są możliwe jedynie wtedy, kiedy ktoś się z kimś nie zgadza. Cieszy mnie to, że rozmowy te są na pewnym poziomie. Choć czasami pod grafikami latają ku**y i ch*je, to nie uważam tego za przejaw „niskiej kultury”. Czasem jak człowiek sobie przeczyta kolejną mądrość, którą nas uraczył jakiś polityk/etc. – jedynym merytorycznym komentarzem jest: „japierdolę”.

Teraz czas na wazelinę

Ogromna większość grafik jest mojego autorstwa (z wpisami podobnie). Tym niemniej, nie jest tak, że tylko i wyłącznie ja się nimi zajmuję. Mam kilku dzielnych edytorów/poprawiaczy, którzy mi pomagają pro publico bono. Być może obyłoby się bez pomocy „outsourcingu”, alem jest dyslektykiem i choć staram się pisać „tak jak trzeba”, to jednak dysleksja czasem wyłazi. A im dłuższy tekst – tym więcej jej wyłazi niestety. Z góry zaznaczam, że poprawiaczy katuję notkami blogowymi i grafikami. Błędy w statusach i w komentarzach pod grafikami są wynikiem tego, że wszystko ma swoje granice, a ja nie chcę nadużywać dobrej woli poprawiaczy:)

Teraz czas na podziękowania (czyli na uberwazelinę)

W tym miejscu chciałbym podziękować (kolejność podziękowań jest chaotyczna i nie należy się nią sugerować)

Katarzynie K. - za dzielne sprawdzanie moich długaśnych tekstów.

Magdzie U. - za to samo.

Mojej szanownej rodzicielce (nie, nie ma konta na FB) - za to, że czasem dba o odpowiednią ilość przecinków na grafikach i niekiedy nawet jakąś notkę poprawi.

Mojej siostrze i szwagrowi - za pomoc przy ogarnięciu loga i tła piknikowego. Sporo roboty z tym było, ale daliśmy radę.

Katarzynie K. (tak, tej samej, która mnie poprawia) i Beacie zwanej Kotą - za to, że namówiły mnie na prowadzenie bloga.

Marcinowi M. - za to, że pomagał mi ogarnąć social media i za to, że kiedy się zastanawiałem „a może by tak FP założyć?” nie powiedział „naaah za głupiś” ;)

Robowi RSS Mammudu - za to, że jest RSS i za podsunięcie pomysłu na logo.

Całej kupie fanów, która podsyła mi linki do artykułów/etc., bo mimo najszczerszych chęci, połowy z tych perełek internetowych bym pewnie nie znalazł.


No i to by było na tyle:)
Pozdrawiam
Piknik

poniedziałek, 7 października 2013

Terlikowski przegrał z Alicją Tysiąc

Póki co, w pierwszej instancji i, rzecz jasna, wyrok nie jest jeszcze prawomocny. Dla niezorientowanych, krótkie przypomnienie.

Tomasz Terlikowski był łaskaw napisać:

zasłanianie tej prostej prawdy słowami o tym, że Alicja Tysiąc nie złamała prawa, a jedynie próbowała egzekwować przysługujące jej prawa – jest absurdalne. Adolf Eichmann też nie łamał hitlerowskich praw, czy to znaczy, że nie można go nazwać mordercą (w tym przypadku już nie niedoszłym, a jak najbardziej doszłym)?”

Alicja Tysiąc żądała przeprosin na łamach „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej” oraz 100 tys. zł dla siebie i 30 tys. zł na fundację Feminoteka.

W poniedziałkowym wyroku sąd uznał, że światopogląd nie usprawiedliwia obrażania i przyznał powódce 10 tys. zł. Uznał, że ma ją też przeprosić na portalu Salon24.”

Rzecz jasna Tomasz Terlikowski zapowiedział apelację. Co zrozumiałe – ów wyrok nie spodobał się naszym rodzimym konserwom, które zarzucają sądowi brak logiki i takie tam inne. Dlaczego? Zacytujmy Tomasza Terlikowskiego:

W rozmowie z gosc.pl Terlikowski powiedział, że w ustnym uzasadnieniu orzeczenia najbardziej uderzyło go stwierdzenie sądu, że jako katolik może nazywać aborcję zabijaniem dzieci, ale jedynie w sensie ogólnym, a nie w stosunku do konkretnych osób.

Zanim przejdę do meritum, napiszę jedno. W mojej skromnej opinii to, czy ktoś jest katolikiem, buddystą, świadkiem Jehowy, muzułmaninem albo wyznawcą latającego potwora spaghetti, nie powinno mieć żadnego wpływu na to, jak sąd ocenia jego wypowiedź. Bo nie powinno być tak, że komuś wolno więcej jedynie dlatego, że wierzy w jakiś byt transcendentny. Osobie dotkniętej chorobą taką, jak zespół Tourette'a, można wybaczyć bluzganie w przestrzeni publicznej (z przyczyn zrozumiałych). Z tego, co wiem, katolicyzm nie jest formą schorzenia, które sprawiałoby, że „chory” nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co i do kogo mówi. Aczkolwiek mogę się mylić, wszak lewakiem jestem.

Jeśli mam być szczery, to po przeczytaniu wypowiedzi Terlikowskiego, pomyślałem sobie: „no nareszcie”. Chodzi mi konkretnie o fragment mówiący o tym, że o „zabijaniu dzieci” nie można mówić w stosunku do konkretnych osób. Konserwy się straszliwie oburzyły na ten fragment, „no bo jak to - można mówić, że aborcja to zabójstwo, ale nie można powiedzieć, że konkretna osoba zabiła dziecko, jeśli dokonała aborcji??” Oburzenie to może być nieco niezrozumiałe dla każdego, kto ma choć odrobinę wiedzy zakresu prawa. Sytuacja jest bowiem banalnie prosta.

Mogę sobie chodzić po mieście w koszulce z napisem „aborcja to morderstwo”, mogę zasypać miasto bilbordami z tym samym napisem (o ile będzie mnie stać), mogę robić bardzo wiele rzeczy – z jednej prostej przyczyny. To stwierdzenie (w świetle obowiązującego prawa) nikogo nie obraża. Jest to stwierdzenie o charakterze ogólnym. I choć ktoś się może nim poczuć dotknięty, nie może dochodzić swoich praw w sądzie (tzn. może, ale raczej nie ma szans na wygraną), bo nie został wymieniony z imienia i z nazwiska.

W świetle prawa – aborcja nie jest zabójstwem. Różnica polega na tym, że tylko bezprawne przerwanie ciąży za zgodą kobiety jest zagrożone karą do 3 lat więzienia (i jest występkiem).

Natomiast zabójstwo (z wyłączeniem uprzywilejowanych typów zabójstwa) jest zbrodnią i jest zagrożone karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 (max 25 lat – albo dożywocie).

Ja rozumiem to, że jeśli ktoś jest gimnazjalistą i nie bardzo się orientuje w tym, co to jest prawo i jak działa, może mieć problemy ze zrozumieniem tej różnicy. Osobie dorosłej przyswojenie tej wiedzy nie powinno nastręczać problemów. Dodajmy do tego jeszcze jeden szczegół – w Polsce aborcja jest legalna w 3 przypadkach: nieodwracalne uszkodzenie płodu, ciąża jest wynikiem czynu zabronionego, ciąża zagraża życiu bądź zdrowiu kobiety. W tych konkretnych przypadkach aborcja nie jest czynem zabronionym (przypominam, że patrzymy na to przez pryzmat prawa, nie zaś przez pryzmat czyjejś wiary). Pomimo tych różnic (aborcja legalna vs zabójstwo) sądy nie mogą nikogo skazać za wygadywanie dyrdymałów o „mordowaniu dzieci”, dopóki owe dyrdymały nie zostaną skierowane w stronę konkretnej osoby.

Jeśli zdarzy się tak, że jakiś przeciwnik aborcji dowie się o tym, że Kowalska miała legalną aborcję i zacznie publicznie drzeć japę, że „Kowalska zabiła swoje dziecko”, kobieta może go pozwać. Jeśli ktoś publicznie zarzuci lekarzowi, który dokonuje legalnych aborcji to, że „zabija dzieci” - lekarz może go pozwać. Jeśli ktoś dowie się, że Kowalska chce mieć legalną aborcję i publicznie ogłosi „Kowalska chce zabić swoje dziecko” - kobieta może go pozwać. W świetle prawa legalna aborcja nie jest czynem zabronionym, a już na pewno nie jest tożsama z zabójstwem.

Tomasz Terlikowski tego nie rozumie (tak samo jak jego konserwatywni koledzy) i dlatego będzie się odwoływał. Ponieważ nie ma szans na zmiany w kodeksie karnym i na to, żeby aborcja była uznawana za zabójstwo, Terlikowski przegra w drugiej instancji. Bo w świetle prawa Alicja Tysiąc nie chciała zabić swojego dziecka - usiłowała jedynie dokonać legalnej aborcji. Cała ta sprawa to idealny dowód na to, jak zagubieni w rzeczywistości są fanatycy religijni. Większości z nich wydaje się, że skoro „działają zgodnie z własnym sumieniem” (cokolwiek miało by to znaczyć), to prawo świeckie ich nie dotyczy (bo w ich opinii „prawo boskie/naturalne” jest ważniejsze od „zwykłego”). Cieszy mnie to, że sąd bardzo wyraźnie zasygnalizował naszym rodzimym fanatykom, że mogą sobie wierzyć w co chcą, ale nie oznacza to, że mogą działać ponad prawem.


Źródła:





sobota, 5 października 2013

Ciekawy przypadek księdza G.

O aferze pedofilskiej, która wybuchła na Dominikanie, wiedzą już chyba wszyscy. Media codziennie raczą nas nowymi informacjami związanymi z tym skandalem. „Bohaterem” skandalu jest ksiądz G., który twierdzi, że został wrobiony. Innymi słowy – ksiądz G. twierdzi, że jest niewinny. Ponieważ obserwuje tę sprawę od jakiegoś czasu, tedy postanowiłem się nad nią pochylić i „połączyć kropki”, których w informacjach jest sporo, ale jakoś tak nikomu się nie chciało ich do kupy zebrać.

Sprawa pierwsza i najważniejsza: czy ksiądz G. zachowuje się jak osoba niewinna? Popatrzmy na to, co się działo. W maju 2013 ksiądz G. był na wakacjach w Polsce. Wtedy też dominikańska prokuratura pochyliła się nad tą sprawą. W czerwcu 2013 pojawiły się pierwsze artykuły na ten temat. Co zrobił z tym fantem ksiądz, który twierdzi, że jest niewinny? Nic nie zrobił. Ukrywał się przez kilka miesięcy, a wyjaśnień udzielił (osobiście) dopiero w październiku 2013.

Nie zamierzam udawać jakiegoś specjalisty ds. psychologii (od tego mamy prawicę – jeden z prawicowych publicystów twierdził po upublicznieniu nagrań z czarnej skrzynki tupolewa, że potwierdza ono to, że piloci byli celowo źle naprowadzani. Jak na to wpadł? Ano tak, że krzyczeli „ku**a” zamiast „o matko boska”), tym niemniej zachowanie księdza G. nie za bardzo wpisuje się w schemat zachowania osoby niewinnej.

W mojej skromnej opinii – człowiek niewinny nie czekałby kilku miesięcy z oświadczeniem. Człowiek niewinny nie ukrywałby się przez kilka miesięcy, czekając nie wiadomo na co. Co taki człowiek może zrobić? Przede wszystkim - skonsultować się z prawnikiem. Zapytać go o to, czy Dominikana może domagać się ekstradycji (nie może, bo Polska nie ma z Dominikaną umowy podpisanej). Jakby się już dowiedział, że nie mogą go poddać ekstradycji, mógłby osobiście udać się do prokuratury albo, jeśli bałby się zgłosić osobiście, wysłać prawnika (co też uczynił po kilku miesiącach). Po cóż wysłać prawnika? Po to, żeby móc przedstawić własną wersje wydarzeń i zasygnalizować wyraźnie: „wrabiają mnie w pedofilię, nie wiem co mam robić”. Czemu ksiądz G. czekał tak długo ze swoim oświadczeniem?

Sprawa druga. Według ustaleń prokuratury Dominikańskiej – ksiądz G. kontaktował się z jednym znajomym i prosił go o zabranie z plebanii (albo z jego mieszkania – nie pamiętam już dokładnie) dysku twardego, płyt CD i wszelkich możliwych nośników pamięci (znajomy nie zdążył, pierwsza do tych nośników dotarła prokuratura). Ksiądz G. potwierdza te ustalenia. Po cóż to zrobił? G. twierdzi, że przeczuwał, że będą go chcieli wrobić i chciał się zabezpieczyć. Na pierwszy rzut oka, nie ma się do czego przyczepić. Jednak potem następuje drugi rzut oka i takie tłumaczenie wydaje się lekko, hmm, naciągane. Załóżmy, że znajomy „zdążył” i że prokuratura nie znalazła w plebanii żadnych nośników pamięci. Czy to znaczy, że ksiądz byłby bezpieczny i że nikt nie dałby rady go „wrobić” w posiadanie materiałów pedofilskich? Czy dużym problemem jest podrzucenie komukolwiek „pendraka” z kilkoma gigabajtami materiałów pedofilskich? Dodajmy do tego jeszcze jedno. G. twierdził, że do tego komputera (i pomieszczeń, w których prokuratura znalazła kupę materiałów pedofilskich) miały dostęp osoby postronne – ponoć właśnie dlatego G dzwonił do znajomego. Tym samym, każdy mógł tam wszystko podrzucić. Reasumując – G. (wiedząc o tym, że ktoś go chce wrobić i podrzucić mu jakieś materiały) zadzwonił do znajomego po to, aby ten pozabierał wszelkie nośniki z pomieszczeń, w których mieszkał G. Jednocześnie ten sam cwany G. nie wziął w ogóle pod rozwagę tego, że ktoś mu może podrzucić coś PO TYM JAK JEGO ZNAJOMY ZABIERZE NOŚNIKI? Tak, to ma sens... Skoro G. był przekonany o tym, że go „wrabiają”, to po cholerę robił coś tak durnego? Przecież dla prokuratury do wyraźny sygnał, że G. chciał „posprzątać” po sobie – więc pewnie miał coś do ukrycia.

O wiele bardziej interesujące od tego, że G był „wrabiany”, jest to, kto G. „wrabiał”. Według prawicowych publicystów, „wrabia”: mafia, kartel narkotykowy, miejscowi gangsterzy (niepotrzebne skreślić) etc. Ponadto, wszyscy podkreślają to, że na Dominikanie bieda jest, można bez problemu kupić zeznania. Jakimś specjalistą od karteli narkotykowych nie jestem, ale wydaje mi się, że modus operandi tych organizacji jest nieco inny. Meksykańskie kartele, na ten przykład, lubują się w mordowaniu policjantów, kawałkowaniu ich zwłok i zostawianiu głów w miejscu publicznym. Aczkolwiek, jak to nadmieniłem, nie jestem specem. Może mafie przerzuciły się z mordowania, zastraszania etc. na wrabianie w pedofilię. Dlaczego gangsterzy „wrabiają” G.? Ano dlatego, że im podpadł. Podpadł dlatego, że się im postawił - „walczył z nimi o dzieci” (nie chciał, żeby dealerzy sprzedawali dzieciom narkotyki, czy jakoś tak). Jako wybitny niespecjalista twierdzę, że gdyby G. naprawdę podpadł jakimś gangsterom, to raczej nikt by się nie cackał z nim, a „nieznani sprawcy” by go po prostu zabili albo „zaginęli”. Trochę mniej roboty z tym jest niż z podrzucaniem kilkudziesięciu (albo kilkuset) gigabajtów materiałów pedofilskich, namawianiem świadków do składania obciążających zeznań itd. A efekt ten sam: był ksiądz – nie ma księdza.
Być może ktoś pomyślał, że to nie tyle gangsterzy, co jakaś odmiana „białych kołnierzyków”, którzy wolą kogoś wrobić w przestępstwo niż zabijać. Trochę kłóci się z tym to, co mówił sam G., który oświadczył, że nie wróci na Dominikanę, ponieważ obawia się o własne życie (bo „nie dożyje do procesu”).

Podsumujmy. G. podpadł gangsterom. Gangsterzy zamiast go zabić (zastraszać, pobić, okaleczyć), poświęcili w cholerę czasu i środków na to, żeby wrobić go w pedofilię. A wszystko zrobili po to, żeby zabić go przy najbliższej nadarzającej się okazji (w areszcie śledczym albo w jego domu), w czasie, w którym oczekiwałby na proces. Bardzo mi przykro, ale ja tego nie kupuję. 

Źródło: 


czwartek, 26 września 2013

Słów kilka o "prześladowanych narodowcach"

Każdy, kto poświęca choć odrobinę czasu na obserwowanie debaty publicznej w Polsce, zauważył już na pewno zjawisko, które (głównie) narodowcy i cała masa prawicowców sobie wymyśliła. Chodzi rzecz jasna o „lewackie bojówki, które prześladują patriotów”. Na ich temat można sporo poczytać w tzw. „niezależnej” prasie. Aczkolwiek nie jest tak, że owe bojówki to wymysł owej prasy „niezależnej”. Kilka lat temu widziałem na Youtube wywiad z Rafałem Ziemkiewiczem. Choć może nie tyle była to rozmowa z samym RAZem, co jakiś program o skinheadach.

Ziemkiewicz, co prawda, nie mówił o lewackich bojówkach (bowiem terminu „lewak” jeszcze wtedy nie ukuto), tym niemniej pojawiło się w jego wypowiedzi coś takiego, jak „pałkarze” antyfaszystowscy, którzy tłukli biednych skinheadów. Być może coś przeinaczyłem, może oni (ci pałkarze) nie byli lewaccy, ale na pewno ganiali biednych łysych chłopaków. Ziemkiewicz powiedział też, że w momencie, w którym „pałkarze” nie mogą dopaść skinheadów, ganiają zwykłych ludzi. W innym momencie programu RAZ powiedział, że gdyby nie było skinów – media by sobie ich musiały wymyślić. Biedni ci skini, biedni ci zwykli ludzie, których biją antyfaszyści...

Szczerze mówiąc, jak tak sobie oglądałem to, co mówił Ziemkiewicz, zastanawiałem się nad tym, o jakim kraju on opowiada? Bo to, co mówił, nijak się miało do sytuacji w naszym pięknym kraju nad Wisłą. Mnie się owi „łysi narodowcy” nie kojarzą z niczym więcej, jak tylko ze zwykłymi zbójami. W moim rodzinnym mieście mieliśmy tę ferajnę. Część z nich utrzymywała, że należy do Młodzieży Wszechpolskiej. Czym się ci bohaterscy łysi zajmowali? Generalnie braniem udziału w każdej możliwej zadymie. Nieważne, kto się z kim bił. Kiedyś spuścili łomot części handlarzy na bazarze (ponieważ handlarze byli rosyjskojęzyczni, zapewne chodziło o zemstę za 17 września 1939). Tłukli ludzi za „satanistyczne koszulki”. Polowali na tych, którzy „wyglądali na Żydów”. Policja nie bardzo mogła cokolwiek zrobić, bo jednym z łysych był syn miejscowego notabla (a konkretnie - prezydenta miasta). Kilka razy łysi obrywali porządnie, jak się ludzie wkurzyli, ale były to sporadyczne incydenty. Problem polegał na tym, że zwykły człowiek nie lubi przemocy. A dla bandyty przemoc to chleb powszedni. Tym samym, zwykli ludzie musieli się „zbierać”, a bandyci łysi po prostu prali wszystkich po mordach bez zastanowienia. Ani w moim, ani w sąsiednich miastach (w jednym z nich „obrońcy Polski” wybili oko czarnoskórej uczennicy – jak przystało na prawdziwych bohaterów, pobili ją kastetem) nie było nigdy żadnych „pałkarzy”, którzy by ganiali łysych. Być może w większych miastach jakieś organizacje powstawały, ale większych miast zbyt wielu nie ma i doświadczenia „prowincjusza” związane z łysymi są tożsame z doświadczeniami większości.

I ta większość puka się w głowę czytając o tym, jak to „lewackie bojówki prześladują narodowców”, „policja brutalnie potraktowała kibiców” (bo oni też się zaliczają do „narodowych łysych”) i tak dalej. Zwykły człowiek nie za bardzo rozumie to, jak można „brutalnie potraktować łysego”? W opinii przeciętnego zjadacza chleba to mniej więcej tak, jakby ktoś napisał „zła policja w brutalny sposób potraktowała bandytów”. Tym samym - dla Kowalskiego, który ma podobne do moich doświadczenia z łysymi – konstrukcja pojęciowa „prześladowani narodowcy” jest bodźcem, który uruchamia następującą reakcję: „no nareszcie!”. Dlaczego? Łączy się to bowiem z pewnym monopolem, o którym wspominał minister Sienkiewicz:

Mamy wspólne przekonanie, że uda się pokazać, iż monopol na przemoc ma państwo, a nie bandyci.

Swoją wypowiedzią minister wywołał lekki shitstorm. Aczkolwiek mnie ta wypowiedź otworzyła oczy na problematykę tegoż monopolu. Trochę nad tym podumałem i udało mi się ustalić, czemu narodowcy nie są w stanie zrozumieć tego, że przeciętny człowiek w dupie ma to, kto narodowców gania i co im robi. Oczywiście im samym (narodowcom) wydaje się to może nawet nie tyle dziwne, co niesprawiedliwe.

Wszelkie „łyse” organizacje wyrastały bowiem w poczuciu swoistej bezkarności - lały wszystkich po równo. Może czasem zdarzyło się któremuś oberwać, ale przeważnie byli po stronie obijającej, a nie obijanej. W swej bezkarności poszli tak daleko, że nie widzieli nic zdrożnego w utworzeniu stron takich jak „Red Watch”, na których pokazywano zdjęcia aktywistów lewicowych. Po co? Po to, żeby ktoś tym aktywistom mógł zrobić krzywdę. Najbardziej alarmujące było to, że w niektórych przypadkach podawano bardzo dużo szczegółowych informacji na temat konkretnej osoby: którędy chodzi do domu, autobusami jakiej linii jeździ, o której wyjeżdża do domu etc. Tylko ktoś dogłębnie przekonany o swej bezkarności może sobie pozwolić na coś takiego.

Co prawda, są ludzie pokroju Roberta Winnickiego czy Krzysztofa Bosaka, którzy zapewniają, że oni (i organizacje, które reprezentują) nie mają nic wspólnego z żadną przemocą. Jednak prawda jest taka, że za każdym takim wygadanym człekiem stoi całe mnóstwo innych człeków. Ci inni to ludzie, którzy odżywiają się głównie deca-durabolinem i winstrolem. Tacy, którzy do rozmów z „lewakami” (lewak to każdy kto się łysemu nie spodobał) używają kijów baseballowych etc.

Nie zamierzam się tutaj zagłębiać w „psychologię łysych”, bo średnio mnie ona obchodzi (nie zajmuję się psychologią przestępczości), ale jedno można o nich powiedzieć. Ci ludzie mają świadomość tego, że inni się ich boją. Śmiem twierdzić, że dla niektórych sam fakt przynależności do grupy, której zwykli ludzie się boją, jest bardziej istotny od całej tej hurrapatriotyczno-nacjonalistycznej otoczki.

We własnej opinii łysi mieli do niedawna monopol na przemoc. To się jakiś czas temu zmieniło za sprawą organizacji takich jak Antifa i innych tego rodzaju „podmiotów”, których zadaniem jest, ni mniej ni więcej, zwalczanie „łysych”. No i łysi mają problem. Bo fajnie było skopać jakiegoś punka i wytrzeć sobie buty w jego koszulkę z napisem „no future”, ale niefajnie jest oberwać po mordzie od kogoś silniejszego. Polak to takie stworzenie, które jeśli przegra, to chce być przynajmniej moralnym zwycięzcą. I stąd się, jak mniemam, wzięła nagonka na Antifę. Skoro nas biją, to pokażemy ludziom, że to bandyci. Wciągnęli się w to również posłowie (agent Tomek nawet coś o „lewackich bojówkach” mówił), nie wspominając już o „niepokornych” dziennikarzach.

Jeśli spojrzy się na tę retorykę „niepokornych” i innych sierot po endecji przez pryzmat ostatnich 15-20 lat, można dojść do dziwnych wniosków. Bo oto lanie po mordach metali, punków, skaterów, anarchistów itd. to przejaw patriotyzmu i walki o „polskość”. Natomiast lanie po mordach „łysych” to bandytyzm. Tok rozumowania godny Kalego – jak ja dam komuś po mordzie – wszystko ok, ale jak mnie ktoś da w mordę – to znaczy, że bandyta.

Nic więc dziwnego, że ta retoryka, ku wielkiemu zdziwieniu narodowców, jakoś niespecjalnie przemawia do zwykłych ludzi. Jeszcze nie spotkałem się z „marszem poparcia dla pobitych ONR-owców” zorganizowanym przez zwykłych ludzi. Narodowcy to, że ich ludzie olewają, tłumaczą „wpływem mainstreamu”. A prawda jest taka, że mało kto ujmie się za osobnikiem, który jest w jego opinii bandytą. A na łatkę bandytów organizacje „narodowe” bardzo długo pracowały, pławiąc się w poczuciu bezkarności i ciesząc z tego, że „motłoch się ich boi”. Teraz ów "motłoch" przestał się bać. Boją się natomiast narodowcy. Skąd pomysł, że się boją? Ano choćby stąd, że jak organizują swoje spędy - to czasem płacą kibolom za ochronę (nie, nie ja to wymyśliłem - ja jedynie przytaczam to co napisał jeden taki narodowiec, którego prywatne rozmowy na WikiLeaks można było poczytać)

Źródło