wtorek, 20 sierpnia 2013

„Obrona kiboli” skrajnym przypadkiem kretynizmu publicystycznego

Od pewnego czasu (mniej więcej od momentu, w którym PiS przerżnął wybory w 2007 roku) prawica w Polsce usiłuje przekonać wszystkich Polaków do tego, że najbardziej uciskanymi ludźmi w naszym kraju są „prawdziwi patrioci” - czyli kibole. Kibola nie należy mylić z normalnym kibicem, który chodzi na mecze w celu dopingowania własnej drużyny piłkarskiej (i nie tylko piłkarskiej).

Kibol – to nie jest zwykły kibic. Kibol to człowiek, który nie widzi nic zdrożnego w rozwaleniu komuś łba kijem baseballowym. Kibol to człowiek, który nie widzi nic zdrożnego w obrzucaniu autobusu cegłami. Kibol lubi od czasu do czasu komuś spuścić łomot. Jeśli trafi na innego kibola, mnie nic do tego, ale czasem pechowo obrywają ludzie, którzy po prostu trafili na kibola w złym nastroju. Kibol wybije zęby komuś kto ma „nie taki jak trzeba” szalik.

Wszyscy ludzie w Polsce (ci którzy mieli styczność z kibolami) wiedzą o tym. Wszyscy – prócz prawicowych polityków i prawicowych publicystów. Oszczędzę czytelnikom listy nazwisk najzagorzalszych obrońców kibolstwa, bo lista ta zajęła by pewnie stronę formatu A4. Jeśli ktoś ciekawy, to bez problemu może znaleźć na prawicowych portalach teksty opisujące „niepokornych patriotów” czyli – kiboli. Jeśli mam być szczery – polityków rozumiem, polityk to zwierze, które zrobi wszystko li tylko po to, żeby ktoś na niego zagłosował. Publicystów natomiast ni cholery nie rozumiem. Rozumiałbym takich, którzy byliby bezpośrednio sponsorowani przez kiboli – bądź też przez partie, którym zależy na poparciu kiboli. Nie rozumiem natomiast zdrowego na umyśle człowieka, który z własnej nieprzymuszonej woli pisze felieton, artykuł etc, broniący kiboli.

Publicyści bronią kiboli twierdząc, że media ich (kiboli) „przedstawiają zawsze źle!” Ten rodzaj argumentacji do mnie w ogóle nie przemawia, bowiem swego czasu bardzo dobrze znałem kiboli z mojego miejscowego klubu (Siarka Tarnobrzeg). Z jednym z nich chodziłem do klasy i był to mój bardzo dobry znajomy w owym czasie. Lubiliśmy się i pewnie dlatego sporo mi opowiadał. A opowiadał np. jak to pojechali na mecz z Motorem Lublin i policjanci obili ich pałami. Niby nihil novi, ale on to dobrze wspominał, bo pały miały inny kolor niż te, którymi zazwyczaj policja ich okładała. Opowiadał jak to jeden z jego ziomków przypieprzył policjantowi w łeb ciężką płytą chodnikową (policjant wyżył, ale wylądował w szpitalu ze wstrząsem mózgu). Opowiadał jak to w 5 osób przegonili po mieście 10 osobową bandę kiboli Stali Mielec. Ciekawostką było to, że kibole Stali mieli ze sobą kije baseballowe, a mój znajomy z kumplami gonili ich z gołymi rękami. Takich opowieści znam multum. Łączy je jedno – zwykli „normalni” (niezależnie od tego jak ta norma będzie pojmowana) ludzie nie bawią się w coś takiego. To jest najnormalniejszy w świecie bandytyzm. Prócz tego znajomego znałem kupę innych kiboli (małe miasto – różnych ludzi się znało) – tym samym moje wiadomości dotyczące środowiska kiboli wykraczają poza to czym karmią nas media. Mając te wszystkie informacje, nie powiedziałbym, żeby media jakoś specjalnie krzywdząco traktowały kiboli. To nie tak, że media ich w złym świetle przedstawiają - ciężko kiboli w innym niż „złe” świetle przedstawić.

Pamiętam bardzo dobrze pewno zdarzenie sprzed jakichś 11-12 lat. Jechaliśmy z moim świętej pamięci ojcem do dziadków, przed nami telepał się PKS (jakiś stary autosan) W pewnym momencie minęliśmy przystanek, na którym stało a gdzieś tak z 50-60 kiboli. Jakeśmy ich mijali, okazało się, że w autobusie też kibole jadą i zaczęło się machanie „wrogimi” szalikami. Kibole z przystanku rzucili paroma kurwami (słychać było nawet przez zasunięte szyby) i pewnie wszystko by się dobrze skończyło, gdyby nie jeden szczegół. Tym szczegółem był jakiś remont na drodze, który zakorkował ulice na parę minut (jechało się na wahadło). Pierwszy raz w życiu widziałem wtedy bydło, które obrzuciło autobus cegłami i kostkami brukowymi. Prócz autobusu ucierpiały również auta, które stały obok niego. Kilka wybitych szyb, powgniatane blachy, zbite reflektory. Myśmy mieli bardzo bezpieczne miejsce, bo owo rzucające cegłami bydło stało obok nas, tym samym ryzyko, oberwania cegłą było niskie. Aczkolwiek człowiek w takim momencie zastanawia się nad tym, co będzie jak bydło się znudzi rzucaniem cegłami w autobus i zacznie demolować auta stojące w korku? Na szczęście nas nie „zdemolowali”. Czytałem potem w prasie regionalnej, że policmajstry część tych kiboli wyłapali. Ale to nie zmienia faktu, że dla tych ludzi, dla kiboli, dla „niepokornych patriotów” rzucanie cegłami w autobus to coś naturalnego.

Niech mi ktoś teraz odpowie na jedno pytanie – na czym ma niby polegać przedstawianie tych ludzi w „złym świetle”?

Większości Polaków kibolstwo nie kojarzy się z niczym pozytywnym, i jest to w mojej opinii całkowicie zrozumiałe. Każdy kto miał styczność (choć raz w życiu) z bydłem demolującym miasto, rzucającym cegłami w samochody, ganiającym się z kijami baseballowymi po ulicach etc – ma ugruntowaną opinie na temat kiboli i żeby zmienić tę opinie, kibole musieli by wynaleźć lek na raka.

Swego czasu dyskutowałem na temat kibolstwa z jednym znajomym. Znajomy twierdził, że kibole nie są wcale źli, że mają takie samo prawo do przebywania w miejscu publicznym (chodziło o udział w imprezach masowych) jak każdy inny człowiek, że media przesadzają i tak dalej i tak dalej. Zadałem mu jedno pytanie: „Miałeś kiedyś styczność z kibolami prawdziwymi?”. Odpowiedź była łatwa do przewidzenia – „nie, nie miałem”. I być może taki sam problem mają publicyści i prawicowcy. Im kibole nie kojarzą się z niczym złym, ponieważ od dłuższego czasu żyją pod pewnego rodzaju kloszem. Pod takim kloszem żyje się fajnie, ale niestety człowiek spod klosza traci kontakt z rzeczywistością. Choć rzecz jasna jemu samemu wydaje się, że on wszystko bardzo wyraźnie widzi. I zapewne takiemu publicyście (o politykach nie wspominając) wydaje się, że o kibolach wie więcej niż Kowalski, który od tych kiboli dostał po mordzie, tylko dlatego, że im się nudziło.

Przeciętny Kowalski, usłyszawszy o tym, że „w Gdyni doszło do zadymy, w której brali udział pseudokibice i załoga meksykańskiego statku” - to winę za wywołanie burdy automatycznie przypisze kibolom. Tylko, że wbrew temu co nam usiłują wmówić „niezależni prawicowi dziennikarze” (zapewne dlatego niezależni, że nikt im nie płaci za pisanie – żywią się promieniami słonecznymi) tej winy nie przypisuje się kibolom dlatego, że „TVN manipuluje ludźmi”. Wina za wywołanie zadymy przypisywana jest kibolom dlatego, że w 99,99% przypadków właśnie to kibole zadymy wywoływali.

Czemu więc prawicowi publicyści usiłują przekonywać ludzi do tego, że ich pupile-kibole to są „w sumie fajne chłopaki, tylko media ich nie lubią i im czarny PR robią”? Zastanawia mnie to, czy oni naprawdę wierzą w to co piszą (bo pod kloszami ciężko spotkać kibolstwo)? Czy też może z czystego wyrachowania piszą te swoje mądrości. Wiadomo bowiem, że brednie przyciągają kliki w Internecie, a to się z kolei przekłada na wpływy z reklamy. Choć może ja na to patrzę ze złej strony. Może chodzi po prostu o prymitywne włażenie w dupę partiom, które wbrew deklaracjom, nie mają nic przeciwko temu, żeby bandyci na nich głosowali.


środa, 14 sierpnia 2013

Uprzejmie donoszę, że mój sąsiad ściągnął krzyż ze ściany

Ponieważ nie tak dawno temu skończyłem lekturę III tomowego „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna – cała sytuacja związana z „krzyżem radomskim” (komendant, który ściągnął krzyż ze ściany) kojarzy mi się dość jednoznacznie. Sołżenicyn bardzo szczegółowo opisał tam to czym były czasy Stalinizmu – a był to czas absurdu połączonego z okrucieństwem. Na mocy artykułu 58 (kodeks karny ZSRR- link do Wiki na dole tekstu) skazywano „wrogów ludu”:

Sklepowa, której skończył się papier do zapisywania obliczeń, zaczęła pisać na gazecie. Pech chciał, że napisała coś na głowie Stalina. Skazano ją za to (po donosie) na 10 lat gułagu.

Jakiś robotnik załatał sobie dziurę w bucie radziecką ulotką propagandową. Sprzątaczce się to bardzo nie spodobało – doniosła na niego i dostał 10 lat gułagu.

Starszy pracownik jakiegoś urzędu musiał przenieść popiersie Stalina z dworca kolejowego do urzędu. Człek słaby już był a popiersie ciężkie, użył więc paska na którym „powiesił” popiersie żeby je przenieść. Doniesiono na niego i dostał bodajże 15 lat Gułagu.

Sołżenicyn takich przykładów umieścił mnóstwo (z resztą tak samo jak Warłam Szałamow, w swoich „Opowiadaniach kołymskich”) Opisane przypadki bardzo wyraźnie pokazywały jedno, że jeśli skazać z artykułu 58 można literalnie „za wszystko” i każdego (kilkanaście milionów ludzi skazano jako "politycznych" za sprawą tego artykułu).  Jeżeli ktoś napisał donos –  sprawa była przesądzona. Niektórzy pisali te donosy wierząc we władzę radziecka (było takich bardzo dużo, i dla nich XX zjazd partii, na którym opisano część zbrodni Stalina – był szokiem niemałym) niektórzy jednakże pisali te donosy tylko po to, żeby pozbyć się kogoś ze swojego otoczenia. Przykładem był jeden z wojskowych, na którego inny wojskowy napisał donos. Poszło oto, że ten zadenuncjowany miał większe powodzenie u jednej kobiety, która się kapusiowi podobała bardzo. Skończyło się to wyrokiem skazującym zadenuncjowanego na 10 lat Gułagu.

W naszym kraju mamy taki artykuł 58 dzięki któremu można każdego próbować skazać. Co prawda nikt nikogo nie skazuje na gułagi, ale absurd tego przepisu jest porównywalny z prawnym absurdem czasów Stalinowskich. Chodzi mi rzecz jasna o artykuł 196 Kodeksu Karnego – obraza uczuć religijnych. Pisałem już o tym w notce (zranione uczucia religijne – argument zawsze słuszny), ale tam skupiałem się na nieco innych aspektach „obrazy uczuć”. Nawiasem mówiąc, pozywanie kogoś za obrazę uczuć religijnych nie nosi ze sobą żadnych konsekwencji. Tzn nawet jeśli sąd uzna, że pozwany „nie naruszył” - to pozwany w świetle prawa nie może domagać się zadośćuczynienia od pozywającego.

Mieliśmy już eksternistyczne naruszenie uczuć religijnych – czyli lidera Behemotha, który drąc biblię na koncercie naruszył uczucia religijne posłów, którym o tym doniesiono. Ostatnio Urbana oskarżyli o to, że wizerunek Jezusa, który na 1 stronie jego tygodnika się znajduje – może obrażać uczucia religijne. Tym niemniej jak do tej pory nie było przypadku, który tak jaskrawo pokazałby to jak bardzo szkodliwy jest 196 artykuł. Chodzi mi rzecz jasna o Radom.

Anonimowi policjanci (cholera wie czy policjanci skoro anonimowi) napisali donos na swojego przełożonego. W donosie stało, że kazał im pościągać krzyże na komendzie, że zabronił policjantom iść na pielgrzymkę i że w ogóle jest nie wierzy w boga więc coś z nim nie tak. Donos skierowano do przedstawiciela najwyższych władz w Polsce czyli do biskupa radomskiego. Wysłano go (donos, nie biskupa) do komendanta wojewódzkiego, ale to chyba jedynie z grzeczności.

Co zrozumiałe katoprawica eksplodowała oburzeniem. Owo oburzenie mnie jakoś specjalnie nie dziwi i szczerze mówiąc to na dobrą spraw g***o mnie ono obchodzi (pośmiać się z nich można, ale trzeba się tym jakoś specjalnie przejmować. Natomiast trzeba się przejmować tym co się stało potem. Kilku polityków PiS + Niejaki pan Nowak (ten który taśmowo wszystkich pozywałby za obrazę uczuć religijnych) domaga się od prokuratury wszczęcia postępowania. Powód? Obraza uczuć religijnych. Nawiasem mówiąc Agent Tomek z PiS doniósł na komendanta chyba do wszystkich możliwych miejsc, poinformował o tym m. in. prokuratora Seremeta, rzeczniczkę praw obywatelskich Irenę Lipowicz, pełnomocniczkę rządu ds. równego traktowania Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz oraz Państwową Inspekcję Pracy.

Pragnę w tym miejscu przypomnieć wszystkim, że powodem tego shistormu jest ANONIM. Komendant się odniósł do zarzutów i okazało się na ten przykład, że komendant nie tyle zabronił policjantom iść na pielgrzymkę co zasugerował, żeby na nią poszli w ramach urlopu (co sugeruje, że w latach poprzednich płacąc podatki finansowaliśmy pielgrzymki, które policjanci odbywali w ramach pełnienia obowiązków służbowych). Posłom i specowi od uczuć religijnych to nie przeszkadza - oni wiedzą, że komendant jest winny i tego nic nie zmieni. Dostali człowieka – znaleźli paragraf (i to bez problemu).

Sprawa „krzyży radomskich” otwiera całkiem nowe możliwości przed Polakami. Wkurza Cię sąsiad? Obstaw mu drzwi od domu krzyżami (mogą być pozbijane z desek) a jak je usunie (bo będzie chciał przejść) donieś do biskupa (i koniecznie do Agenta Tomka), że ktoś usuwa TWOJE krzyże. Wszystko można zastawić krzyżami i tylko czekać aż przyjdzie jakiś komunista żeby je usunąć – porobić zdjęcia i hajda – donosiki anonimowe pisać. Ciekawym co by się stało gdyby pewnego dnia redakcja Frondy została obstawiona krzyżami tak szczelnie, żeby nie dało się z niej wyjść? Domyślam się, że redaktorzy dzielnie trwaliby na swoich stanowiskach aż do (NATURALNEJ) śmierci głodowej – bo przecież nie usunęli by krzyża, który ktoś postawił w dobrej wierze.

Jeśli komuś się wydaje, że to przesada – to niech sobie pomyśli o tym, że doszliśmy do sytuacji, w której krzyż można powiesić wszędzie, ale jeśli ktoś go zdejmie (a potem ktoś życzliwy – napisze donosik) - Agent Tomek i Nowak-od-sekt podadzą go do sądu za to, że obraził czyjeś uczucia religijne. Niebawem dojdziemy do tego, że za samo powiedzenie „myślę, że trzeba usunąć krzyż z sali sejmowej” - będzie się ludzi pozywało za obrazę uczuć religijnych. I czemu się dziwić? Skoro za pozwanie kogoś – nie grożą nikomu żadne konsekwencje – pozwać można każdego.

Trzeba bardzo uważnie obserwować tę sprawę. Może się bowiem okazać, że choć komendant nie naruszył uczuć religijnych nikomu, ale np. straci stanowisko. Jeśli tak się stanie – będzie to wyraźny sygnał dla cwaniaczków spod znaku katoprawicy. Skoro można kogoś za pomocą donosu anonimowego zwolnić – to może i mojego szefa, nielubianego współpracownika etc zwolnią jak na niego doniosę?

Nie chce tu rysować jakichś katastrofalnych wizji i straszyć tym, że „będzie państwo wyznaniowe i albo pójdziesz do spowiedzi albo do gułagu” - nie to jest moją intencją. Jest nią zwrócenie uwagi na to, że artykuł 196 w rękach cwaniaczków jest niebezpieczny i że może być (jeszcze bardziej) nadużywany. Tylko tyle i aż tyle.

Źródła:
Wyborcza o krucjacie przeciwko komendantowi

wtorek, 13 sierpnia 2013

75% Polaków jest przeciwko aborcji, natomiast 81% Polaków ją popiera

Prawa strona internetu oszalała ze szczęścia! Okazuje się, że „Z najnowszego badania CBOS wynika, że 75 proc. Polaków uważa, że aborcja to zło i nigdy nie może być usprawiedliwiona”. Pierwsza zachłysnęła się tym Rzeczpospolita, a potem już całe katoprawicowe media w rodzaju Frondy, Gościa Niedzielnego i tak dalej.

Ponieważ rzetelne dziennikarstwo w naszym kraju nie istnieje – mainstreamowe media bezrefleksyjnie podchwyciły temat i wszędzie można przeczytać, że „Polacy są co raz bardziej pro life” (Tok FM na ten przykład). W najbliższym czasie – spodziewam się masowej histerii po lewej stronie internetu/mediów – wywołanej tymi wynikami badań. Lewa strona będzie rozpaczać – tłumacząc, że to wszystko (ten wynik) to wina propagandy kościelnej i retoryki ludzi pokroju Terlikowskiego etc.

Przyznać muszę, że w pierwszej chwili nie uwierzyłem w ten rezultat. Nie uwierzyłem w to, że ktoś przeprowadził rzetelne badania i to badanie (przy założeniu, że nie było robione z „tezą”) dało takie a nie inne wyniki. I nie chodzi o to, że nie uwierzyłem, bom jest człek o poglądach pro-choice. Nie uwierzyłem dlatego, że znam wyniki badań CBOS dotyczących tematu aborcji. I jeśli się je zestawi z tymi procentami, którymi się zachwyca katoprawica – okazuje się, że

W przypadku w którym zagrożone jest życie kobiety 75% Polaków jest przeciwko aborcji (bo wszak jest ona złem i nic jej nie usprawiedliwia) a 81% Polaków popiera prawo do aborcji. Jeśli doliczymy do tego jeszcze ludzi, którzy „nie mają zdania” - wyjdzie na to, że mamy w Polsce co najmniej 160% Polaków.

Uznałem więc na początku, że ktoś te dane wyciągnął z sufitu. Jednakże pogooglałem trochę i okazało się, że owszem – CBOS właśnie taki rezultat uzyskał. Na pierwszy rzut oka – niemożliwe. No bo jak do cholery można uzasadnić tak gigantyczne rozbieżności w rezultatach poprawnie przeprowadzonych badań? Prawda jest taka, że owszem można. Trzeba jedynie na momencik pochylić się nad specyfiką i metodologią badań. I jak się już ktoś nad nią pochyli – zorientuje się, że te badania są najlepszym prezentem jaki kiedykolwiek CBOS mógł zrobić organizacjom pro-choice, pokazuje bowiem to, w jaki sposób należy dyskutować z ludźmi na temat aborcji.

Jeśli człowiek się przyjrzy tym badaniom od strony metodologii/specyfiki okazuje się, że:

1 ) W przypadku badań dotyczących norm i wartości pytanie o aborcje jest jednym z bardzo wielu pytań (pytają tam o stosunek do wielu zagadnień np. eutanazji, seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji etc)

2 ) W przypadku badań dotyczących opinii o prawie aborcyjnym sytuacja jest zupełnie inna. W tych badaniach chodzi tylko i wyłącznie o aborcje – tym samym tematyka jest zgłębiana za pomocą bardzo wielu pytań.

Ktoś może zapytać „Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Przecież i tu i tu pytają o aborcje” Odpowiedź na to pytanie jest prosta – owszem to ma znaczenie i to ogromne. Popatrzcie na te dwa pytania:


Jakie jest Pana/Pani zdanie na temat aborcji?

Jak Pan(i) sądzi, czy przerywanie ciąży powinno być dopuszczalne przez prawo, gdy zagrożone jest życie matki?
Pierwsze pytanie jest ogólne. Tym samym w głowie respondenta aktywizuje się pierwsze skojarzenie dotyczące aborcji – a skojarzenie jest takie (dzięki konserwom i katoprawicy) „no wpadła se kobita i chce usunąć ciążę”.

Drugie pytanie jest bardzo szczegółowe i dotyczy konkretnej sytuacji. Takie pytanie wymusza refleksje nad tematem aborcji (nawet gdyby zastąpić „przerywanie ciąży” słowem „aborcja” - rezultaty byłyby takie same zapewne). Sytuacja jest bardzo jasno zarysowana „zagrożone jest życie kobiety”.

To mniej więcej tak jak gdyby porównać dwa pytania „Co sądzi Pan/i na temat łamania ograniczeń prędkości” i „czy karetka (wioząca do szpitala ciężko ranną ofiarę wypadku) może łamać ograniczenia prędkości?”. Inny przykład? Te same rozbieżności uzyskano by gdyby zapytano ludzi o to co sądzą o wybijaniu szyb w aucie a zaraz potem o to co sądzą o wybijaniu szyb w autach w celu uratowania niemowlaka, którego ktoś zostawił na 38 stopniowym upale.

Pytając o to samo w różny sposób – można otrzymać skrajnie inne odpowiedzi. Nie jest to tajemnicą dla nikogo, kto choć trochę się orientuje w tematyce badań (i np. liznął odrobinę psychologii społecznej etc).

Jak to już zaznaczyłem, w naszym kraju dziennikarstwa niemalże już nie ma. Bo o ile łatwo mi zrozumieć to, że katoprawica podnieca się tymi wynikami badań (a te drugie po prostu olewa) to od dziennikarzy (którzy nie są fanatykami) komentujących te wyniki badań – można by oczekiwać chociaż tego, żeby zorientowali się czy nikt nie robił podobnych badań. Gdyby ktoś sobie zadał choć tyle trudu – łatwo znalazłby tam te badania i zobaczyłby gigantyczne różnice – dochodzące do kilkudziesięciu procent respondentów. Jakby już zobaczył te różnice – mógłby zapytać się jakiegoś znajomego speca od badań/studenta socjologii/psychologii/etc czy takie różnice są możliwe. Wysiłku niewiele – a przynajmniej można by rzetelnie temat opisać. Jednakże w świecie, w którym news ma generować kliknięcia – nie liczy się rzetelność tylko to – jak duży shitstorm wywoła news.

Dlaczego te wyniki badań to prezent dla prochoicerów? Sprawa jest prosta. Przy tak newralgicznej tematyce – szczegółowość zawsze wygra z ogólnikami. Zrozumieli to już probirtherzy, którzy pokazują wszystkim zdjęcia uśmiechniętych dzieci z Zespołem Downa – tłumacząc ludziom, że „teraz można te dzieci zabijać”. Jeśli środowiska pro choice – przeciwstawią tym zdjęciom jedynie swoje „kobieta powinna mieć prawo do decydowania o swoim ciele” - nikogo nie przekonają. Jednakże jeśli zastosuje się tę samą metodę co przeciwnicy aborcji – i pokaże ludziom to czym są wady letalne płodu/etc – sprawa będzie wyglądała inaczej zupełnie.

Co się tyczy samego raportu. Dziwi mnie to, że CBOS rzucił ten raport na żer mediom i nie dodał żadnego komentarza. Jak się okazało, że większość kobiet, które przerywają ciążę to kobiety o prawicowych poglądach i do tego wierzące - szybciutko zaznaczono, że „jak przerywały ciąże – mogły mieć inne poglądy”. W sytuacji, w której rezultat badań (75%) stoi w jawnej sprzeczności z innymi badaniami CBOS (i to bardziej szczegółowymi) dotyczącymi przerywania ciąży – nikt się nawet nie zająknął w temacie. Nie jest tak, że można sobie dowolne procenty z dowolnych badań wyciągnąć porównywać je ze sobą (w tym gustuje Fronda), jednakże można było delikatnie zasugerować, że bardziej szczegółowe badania w temacie aborcji – dały zupełnie inne wyniki. Bo co prawda, każdy może sobie znaleźć tamte raporty (opinie o prawie aborcyjnym), ale jak widać nikomu się nie chce. Wszyscy skupiają się na komentowaniu, mało kto skupia się na tym co tak właściwie komentuje. 

Źródła:

"Normy i wartości" 2005  <- niestety nie ma jeszcze raportu z 2013 roku a "najmłodszy" z dostępnych na CBOS jest właśnie ten.
 

piątek, 28 czerwca 2013

Profesor etyki ruga internautów

Wczoraj popełniłem byłem  grafikę w temacie, który mnie może nie tyle zbulwersował, co lekko przeraził.  Kobieta, która metodycznie katowała kilkuletnie dziecko – któregoś dnia owo dziecko zamęczyła na śmierć. Dziecko było w stanie tak złym, że sanitariusz, którzy przyjechał z R-ką – stracił przytomność po tym, jak je zobaczył. Kobieta została skazana na 15 lat więzienia. Po dziesięciu latach wyszła za dobre sprawowanie. Skończyła teologię, jest katechetką, uczy dzieci i doradza w MEN jako ekspert. Przeraziło mnie w tym artykule wszystko – łącznie z pointą – którą było to, że kobieta pracuje z dziećmi teraz.

W takich sytuacjach ZAWSZE musi się wypowiedzieć jakiś specjalista ds. zbiorowego sumienia. Tak też było i tym razem. Przedstawiam wam - profesora Prof. Roman Kubickiego, etyka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu:

Trochę potnę jego wypowiedź, ale nie zamierzam niczego „wyrywać z kontekstu”.

W tej sprawie kluczowy jest lęk przed tym, czy ta osoba ponownie nie dopuści się podobnego czynu i nie zrobi krzywdy innemu dziecku.

Pełna zgoda, aczkolwiek nie to napędzało internautów (rzecz jasna poza tymi, którzy wieszaliby na latarniach każdego, kto ma inne niźli oni poglądy). Napędzało ich to, że mają (jako takie) zaufanie do systemu edukacji - a teraz okazuje się, że owo zaufanie zostało wystawione na próbę. Z powodu „zatarcia”, kobieta, która zamęczyła na śmierć 6-latka uczy dzieci w szkole. A to z kolei rodzi niepewność i myślenie kategoriami „czy to jednostkowy przypadek?”


Ale człowiek ma prawo się zmienić, z tego przeświadczenia wynika instytucja zatarcia wyroku.

Czemu w takim razie instytucja zatarcia nie dotyczy pedofilów? W pewnych przypadkach społeczeństwo nie chce dawać drugiej szansy, jest to moim zdaniem zrozumiałe. Bo co można powiedzieć kolejnej ofierze pedofila? „No sorry zatarcie było, nie mogliśmy nic zrobić, daliśmy mu szansę, nie wykorzystał”? Tak, wiem spłycam – ale nie zależnie od tego, w jakie słowa ubierzemy to zdanie – sens będzie taki. Dlatego też pedofile nie mają „drugiej szansy” w tej materii. Zabicie dziecka moim zdaniem również powinno być objęte taką klauzulą.

. Ta zbrodnia mogła wywołać w tej kobiecie, jej życiu i duchowości gruntowne zmiany. Dziś to może być zupełnie inna osoba z inną filozofią, odrzucająca przemoc jako metodę dochodzenia do celu wychowawczego.

Pozostaje zadać sakramentalne pytanie – czy Pan profesor zostawiłby swoje dziecko pod opieką tej kobiety – przy założeniu, że wie o jej przeszłości? Czy pozwoliłby (gdyby miał w tej materii decydujące zdanie) na to, żeby ta kobieta adoptowała dziecko? To nie była jakaś skacowana alkoholiczka, która zabiła dziecko bo się darło, a ją łeb bolał – to była kobieta, która napisała regulamin dla kilkuletniego dziecka i zmuszała je do tego, żeby nie płakało podczas otrzymywania kar cielesnych. To była bardzo inteligentna osoba – musiała być świadoma potencjalnych konsekwencji swoich czynów.





Prawdopodobieństwo, że znów dopuści się podobnego czynu, nie jest większe niż to, że dopuści się go ktokolwiek inny

No to już jest pure bullshit. Pan Profesor chyba nie czytał artykułu – to nie było zabójstwo w afekcie, to nie było nawet zabójstwo z premedytacją – to była niczym nie sprowokowana czysta przemoc, wymierzona przeciwko kilkuletniemu dziecku. Poza tym – idąc tym tokiem rozumowania – to, że pedofil zgwałci dziecko po tym jak się go wypuści, jest tak samo prawdopodobne, jak to, że dziecko zgwałci ktokolwiek inny?


Przecież demon szaleństwa może nagle, zupełnie niespodziewanie, obudzić się w każdym z nas.

Pan profesor na pewno nie czytał artykułu – u kobiety nie zdiagnozowano żadnej choroby psychicznej – tym samym „Demon szaleństwa” to tylko taka ładna figura retoryczna, mająca na celu zamaskowanie tego, że pan prof. nie ma pojęcia o czym mówi.


W historii zawodzili już przecież ludzie stawiani za wzory cnót moralnych i opanowania. Powinniśmy być więc w równym stopniu wyczuleni na akty przemocy u każdego. Uważam, że i tej osobie należy dać drugą szansę.

Pedofilom również?

Obudziły się w nich odruchy związane z poczuciem własnej wyższości budowanym przez znalezienie ofiary, na którą wspólnie się szczują

Komentarzy pan profesor też nie czytał, tylko zasugerował się pewnie „mamąMadzi”. Osoby, z którymi ja miałem styczność były PRZERAŻONE tą sytuacją. Wulgaryzmy, które się posypały pod grafiką nie były wynikiem tego, że ktoś myślał „babo, ty suko, zabiłaś dziecko, a ja tego nie zrobiłem/łam więc jestem lepsza/lepszy!” tylko „jak można kobiecie, która zakatowała dziecko na śmierć, pozwolić na bycie nauczycielką?”. Na pewno pewna grupa internautów wpisuje się w to co powiedział pan prof., ale w tym przypadku jest to grupa marginalna.


Motywacją nie jest chęć zapobieżenia kolejnej tragedii.

Pan profesor przeczytał wszystkie komentarze w internecie i jest w 100% pewien swojej opinii.


Taka motywacja może powstać oczywiście u rodziców dzieci, które uczy ta kobieta. Jeśli jednak kierowaliby się troską, to chcieliby porozmawiać z dyrekcją szkoły, powiadomiliby policję, spotkaliby się z tą nauczycielką, wysłuchali jej argumentów.

Albo u ludzi, którzy zaczynają myśleć „mój boże, a jeśli moje dziecko też ktoś taki uczy?” albo „dlaczego ktoś taki uczy dzieci”, „dlaczego nauczycielką została kobieta, która zamęczyła dziecko na śmierć” i tak dalej. Poza tym serio? Rodzic się dowiedział, że nauczycielka, która uczy jego dzieci – zatłukła 6 latka – ma iść do nauczycielki i z nią porozmawiać? Po co? O czym? Ma jej wersji wydarzeń posłuchać może? W jakiej rzeczywistości ludzie się tak „powinni” zachować? Ziemia do profesora, Ziemia do profesora!


W sieci nie ma jednak takiego języka troski, jest za to głupi język nienawiści, stadne polowanie, w których chcemy i lubimy uczestniczyć.

A ja jako profesor jestem lepszy od tych wszystkich ścierw, które piszą te hejtujące komentarze. No ale parafrazując pana profesora
Obudziły się w nim odruchy związane z poczuciem własnej wyższości

Ujawniła się ta obrzydliwa potrzeba siedząca w ludziach.

W profesorze na pewno. Obrzydliwa potrzeba do wypowiadania się w temacie, o którym nie ma się zielonego pojęcia.

Przecież wszystko wskazuje na to, że ta kobieta nie jest materiałem na zawodową morderczynię,, a do zbrodni doszło przez jej poronione metody wychowawcze.

Nikt jej nie zarzuca tego, że jest „zawodową morderczynią” - materiałem na osobę, która w imię czegoś, czego sama nie rozumie – może zatłuc dziecko -owszem jest. Co też udowodniła. To trochę tak jakby profesor powiedział „ten pan, który zgwałcił dziecko, nie jest materiałem na seryjnego gwałciciela”.


Człowiek często nie jest świadomy swoich zachowań i ich konsekwencji

Jeśli osoba z wyższym wykształceniem, nie jest świadoma tego, że używanie dziecka w charakterze worka treningowego – może skończyć się tragicznie (nie wspominając już o tym jak dewastujące jest to dla dziecięcej psychiki) – to znaczy, że taka osoba powinna się znaleźć w szpitalu, w którym się nią odpowiednią zaopiekują.

U podłoża tych metod mogło leżeć przeświadczenie, że będą prowadzić do dobra dziecka, a zbrodnia mogła zmienić tę filozofię.

„Mogło leżeć” - nie wiem o czym mówię, ale jeśli powiem to w trybie przypuszczającym, nikt mi nie zarzuci tego, że konfabuluję.



Poddano ją linczowi(...) Trzeba spytać jej uczniów, absolwentów klas, w których nauczała - czy dopuszczała się wobec nich przemocy? Jeśli tak, to należałoby tę osobę bezlitośnie usunąć z systemu edukacji.

W artykułach wyraźnie stało, że nie dopuszczała się przemocy względem uczniów – ani przed morderstwem, ani po. Tym niemniej regulamin, który napisała dla uczniów – przynajmniej w oparciu o informacje zawarte w artykułach– jest pewnym novum.



Odnoszę wrażenie, że pan profesor etyk odpowiadał na pytania – opierając się jedynie na informacjach zawartych w pytaniu. Być może przeczytał art po łebkach (sugerowałaby to wzmianka o chorych metodach wychowawczych) – i stąd jego nieco oderwane od kontekstu odpowiedzi. Kontekstem była niewyobrażalna wręcz zbrodnia (i nie, to nie jest jedynie figura retoryczna). Ponieważ zostałem w pewien sposób wywołany do tablicy (no bo grafikę popełniłem i w ogóle to szczułem ludzi,etc), jakoś się chciałem odnieść do tych „zarzutów”.
Grafikę zrobiłem i wrzuciłem na fanpage, ponieważ uznałem, że ta informacja jest dość istotna. Istotna o tyle, że wskazuje na dziurę w prawie. A ja jakoś tak nie wierzę w to, że ta kobieta jest jedyna w swoim rodzaju. Aż tak wyjątkowa (niestety) nie jest.

Sprawa kolejna – brutalny język internautów. Profesor etyki zachowuje się tak jakby nie przeczytał artykułu, względnie, jakby nie do końca go zrozumiał. W starciu z tym, co jest zawarte w tym artykule (np. opis tego, że ta kobieta, wraz z partnerem – tłukła dziecko 5 letnie przez cała noc- dlatego, że nie potrafiło oblec kołdry) – normalny człowiek „nie ma szans” na to żeby się zdystansować. Taki materiał szokuje. A brutalny język jest wynikiem tego szoku.

Ludzki umysł jest w stanie „przetworzyć” prawie wszystko. Przez przetworzenie rozumiem proces, w ramach którego człowiek jest w stanie zrozumieć to, co zaobserwował, przeczytał, zobaczył etc. „Prawie” jest słowem kluczem, bowiem nie ma szans na to, żeby człowiek zrozumiał coś takiego. Przykładowo ja jestem w stanie zrozumieć (nie mylić popieraniem) nawalonego jełopa, który wsiadł do auta „bo daleko do domu miał i nie mógł iść na piechotę a nie miał na taksówkę, poza tym to tylko 2 kilometry więc nic się nie stanie”. Ten rodzaj rozumowania jest kretyński i może doprowadzić do tragedii, ale jest zrozumiały. Nawet zabójstwo z najniższych pobudek (pieniądze) można zrozumieć – zabił bo chciał zarobić na tym. W sytuacji tej kobiety, nie rozumiem nic. Tzn rozumiem, że rodzina jej była taka a nie inna (wielkoduszny profesor z małżonką poprosili ją żeby nie biła tego dziecka u nich w domu), ale nadal nie rozumiem tego dlaczego nie zastanowiła się nawet przez moment nad tym, że swoim postępowaniem wyrządza krzywdę dziecku – i że może je któregoś dnia zabić. Czegoś takiego zwykły człowiek nie zrozumie i dlatego też jest to dla ludzi tak przerażające. Od rozumienia takich przypadków jest psychiatria, ale w tym przypadku specjaliści uznali, że zachowanie tej kobiety nie kwalifikuje jej do leczenia psychiatrycznego. W temacie profesora – czy wymaganie od kogoś kto ma taki tytuł, tego żeby choć poczytał coś na temat jakiejś sytuacji – zanim się na jej temat wypowie, to zbyt wiele? Zamiast rzeczowo wypowiadającego się naukowca, mamy zarozumialca. Zarozumialca, który (za przeproszeniem) rzygnął swoim „poczuciem wyższości” na „plebs” z okien własnej wieży z kości słoniowej.

Na sam koniec jedna taka myśl. Ktoś może podnieść argument „no dobrze, ale ona nigdy nie podniosła ręki na dziecko, które uczyła!” Pełna zgoda, ale to tak jakby bronić pedofila „No wiecie, niech uczy w szkole, bo on zgwałcił tylko swoją 6 letnią pasierbice, nigdy nie dotknął nawet obcego dziecka”. Wydaje mi się, że tego rodzaju argumentacja w przypadku pedofilii by nie zadziałała, czemu więc miała by zadziałać w przypadku skatowania 6 latka? 

Źródło:


Link do grafiki na FP (tam znajduje się więcej linków źródłowych)

wtorek, 25 czerwca 2013

Robert Winnicki (RN) puka w dno od spodu

Od jakiegoś czasu przyglądam się bacznie prawicowemu intelektualiście – Robertowi Winnickiemu. Od czasu do czasu ów pan pojawia się na Pikniku. Tym razem postanowiłem poświęcić mu notkę, bo to, co spłodził jego kreatywny prawicowy umysł, trudno podsumować grafiką. A podsumować warto.

Robert Winnicki - specjalista ds. życiorysów

W debacie dotyczącej Zygmunta Baumana, nie mogło zabraknąć głosu animatorów spontanicznego protestu młodzieży szalikowej. Prawica przypomina Baumanowi jego przeszłość. Nie ma w tym, moim zdaniem, nic zdrożnego. Choć „przebudzonemu narodowi”, czyli szalikowcom, udało się po mistrzowsku przykryć treść (Bauman był tym, kim był w przeszłości) formą „protestu” („wypierdalaj, wypierdalaj!”). Robertowi Winnickiemu było, jak mniemam, mało samoośmieszenia prawicy – poszedł więc o krok dalej.

Dla mnie, ze względów osobistych, porównywalnie ważne jest to, co Bauman robił wcześniej. We wrześniu 1939 roku wyjechał do współagresora i współokupanta Polski, do ZSRR.”

Winnicki rysuje obraz Baumana jako zdrajcy narodu polskiego! Wojna się zaczyna, a ten co zrobił? Wyjechał do ZSRR! Do współagresora! Skandal! Wszystko by się zgadzało z teorią o „zdradzie narodu”, gdyby nie dosłownie dwa malutkie szczegóły.

1 ) Bauman urodził się w 1925 roku. Tym samym mityczny „zdrajca” miał w trakcie wyjazdu 14 lat. W kontekście wieku Baumana, święte oburzenie Roberta Winnickiego jest po prostu idiotyczne. Nawet w dzisiejszych czasach dzieci w tym wieku są zależne od rodziców, a co dopiero w 1939, gdy dzieci były niemalże literalnie własnością rodziców.

2 ) Sprawa druga jest już nieco bardziej obrzydliwa i ponura. Czemu? Ano temu, że owszem - rodzina Baumana wyjechała do ZSRR we wrześniu. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a jak wiadomo, Polak-katolik szczegółami się brzydzi. A szczegół jest taki, że rodzina Baumana mieszkała w Poznaniu. Poznań znalazł się we wrześniu pod nazistowską okupacją. Bauman pochodził (co mu prawacy wypominają) z polsko-żydowskiej rodziny. Jak mniemam, w opinii Roberta Winnickiego i jego idoli Żydzi nie musieli się wcale obawiać III Rzeszy. Jednakże opinia żydowskiej rodziny, która oglądała wojska Hitlerowskie wkraczające do Poznania, mogła się od opinii Roberta Winnickiego różnić nieco.

Ponurym żartem w wykonaniu Winnickiego jest to, że po tych wszystkich latach, znając wszystkie fakty historyczne, krytykuje decyzję rodziny Baumana. Pomimo tego, że decyzja o pozostaniu w Polsce najprawdopodobniej zawiodłaby rodzinę Baumana do obozu zagłady. Winnickiego to nie obchodzi. On wie lepiej.

Robert Winnicki - „Zesłaniec Sybiru”

Zaczniemy od cytatu:
Kiedy Bauman zdobywał szlify w komunistycznych, sowieckich organizacjach, wywiezione na Sybir rodziny mojego dziadka i mojej babci walczyły o przetrwanie. Nie wszyscy przeżyli, a ich groby pozostały na "nieludzkiej ziemi".



Muszę przyznać, że Kaczmarski miał rację, śpiewając piosenkę „według Gombrowicza narodu obrażanie”, a konkretnie fragment „Jak dziecko lubi się przebierać. Powtarzać słowa, miny, gesty, W dziadkowych nosić się orderach. I nigdy mu niczego nie wstyd.”



Gratuluję, panie Robercie. Właśnie rozmienił pan cierpienie swojej rodziny na drobne. I to w imię czego? W imię zdobycia poklasku wśród swoich klakierów. W imię osiągnięcia stołka sejmowego, na którym będzie pan mógł kiedyś posadzić dupsko.



Zanim ktoś zacznie mnie wyzywać od komuszych pomiotów i bolszewików - krótki rys historyczny mojej rodziny ze strony matki. Prababcia wraz z trójką dzieci (w tym moją babcią) i mężem (policjantem) mieszkała we Lwowie. Pradziadka aresztowano, a prababcia z dziećmi wylądowała na Sybirze. Wrócili wszyscy, ale cudem jedynie. Cud polegał na tym, że babcia znała język rosyjski i umiała się dogadać z miejscowymi. Wielu ludzi nie miało tyle szczęścia i już tam zostali. „Moi” wrócili, ale na tym się ich cierpienie nie skończyło. Po wojnie przyszedł z ZSRR list od pradziadka, który tłumaczył, że myślał, iż cała rodzina zginęła i mieszka teraz gdzieś tam (nie pamiętam już nazwy miasta) wraz z żoną nową i dziećmi. Po bardzo długim czasie okazało się, że to była zagrywka ZSRR, który chciał ukryć to, że bardzo wielu ludzi po prostu rozstrzelano. Ten los spotkał pradziadka mojego zaraz po aresztowaniu – został zastrzelony „przy próbie ucieczki”. Powiedziano im (bo przecież nie tylko on został aresztowany), że zostali zwolnieni i kazano iść przed siebie, po czym zabito wszystkich więźniów strzałami w plecy. Moja rodzina dowiedziała się o tym dopiero w latach 90'. Brat mojej babci zmarł na raka płuc. Dlaczego? Bo w ramach odbywania zasadniczej służby wojskowej pracował w kopalni, w której grzebano w jakichś promieniotwórczych gównach. Czemu skończył w kopalni? Bo władza PRL nie mogła pozwolić na to, aby ktoś kto przeżył Sybir, odbywał służbę wojskową z „normalnymi ludźmi” - przecież mógł komuś o wszystkim opowiedzieć. Brat babci nikomu (nawet swojej rodzinie) nie powiedział o tym, co robił w wojsku. Bał się tego, że taka wiedza może być groźna dla rodziny.



W kontekście powyższego wkurza mnie to, że ktoś, kto chce uchodzić za dumnego patriotę, wyciera sobie mordę cudzym cierpieniem. Nie pan („pan” małą literą, bo na dużą pan nie zasłużył), panie Winnicki, został zesłany na Sybir. Nie pan dostał od państwa krzyż  z inskrypcją: „Zesłańcom Sybiru”. Mnie, panie Winnicki, kiedy patrzę na ten krzyż, za każdym razem przechodzą ciarki po plecach, bo ten zwykły kawałek metalu przypomina o ludzkim cierpieniu. Moja babcia opowiadała dużo o Sybirze, dlatego ten krzyż mnie osobiście kojarzy się z głodem, cierpieniem i poczuciem beznadziei. Bo i zesłańcy (nawet ci, którzy mieli tyle szczęścia, że przeżyli) mogli mieć tylko nadzieję na to, że kiedyś wrócą do Polski. Przez bardzo długie lata ci ludzie nie mogli nawet nikomu odpowiedzieć o swojej niedoli. Bo jakże to? Krytykować „bratni naród” zza Buga? Już władza PRL zadbała o to, żeby wszyscy byli cichutko. I byli cicho – w końcu nikt nie chciał na Sybir wrócić.



Nikt nie ma prawa rozmieniać na drobne cierpienia tych ludzi. Choć, jak mniemam, ma pan inne zdanie na ten temat. I już niedługo będziemy pana oglądać z przypiętymi do klapy krzyżami „Zesłańców Sybiru” - najlepiej kilkoma naraz, będzie pan poważniej wyglądał. Jeśli kiedyś będzie pan startował w wyborach, na bilbordzie zamiast hasła proszę umieścić napis „głosujcie na mnie bo ZSRR zesłał moich dziadków na sybir”. W kontekście tego, że dziadkowie pańscy byli zesłańcami – fakt, że określił pan mianem „represjonowanych” bandę troglodytów w szalikach, którzy darli się „wypierdalaj, wypierdalaj” na wiadomym wykładzie, świadczy o tym, że szacunku dla represjonowanych nie ma pan za grosz i liczy się dla pana jedynie przyszła kariera polityczna.

Dzięki temu pojedynczemu wpisowi na Facebooku pokazał pan, że jest pan cynicznym, ponurym i wyrachowanym indywiduum i mam osobiście nadzieję na to, że to wszystko, co pan teraz robi i mówi, wróci kiedyś do pana.

Źródło:

https://www.facebook.com/robertwinnickipubliczny/posts/587613407949934

piątek, 26 kwietnia 2013

Całkowity zakaz aborcji – potencjalne efekty. (rozważania aborcyjne #3)

Fanatycy religijni bardzo nie lubią psychologii jako nauki. Ale to jeszcze nic. Psychologii społecznej wręcz nienawidzą. Jeśli ktoś w dyskusji z fanatykiem użyje argumentu z zakresu psychologii społecznej – biada mu. Zaraz dowie się tego, że psychologia społeczna to nie jest nauka, bo sprowadza ludzi do roli szczurów laboratoryjnych! A człowiek to coś więcej! Przez jakiś czas głowiłem się nad tym – o co do jasnej cholery chodzi? Skąd ta niechęć. A potem mnie olśniło. Psychologia Społeczna rozbija na czynniki pierwsze nawet te interakcje – które wydają się być może nie tyle pierwotne – co „podstawowe”, rozbija na czynniki pierwsze nawet najprostsze komunikaty. Inaczej rzecz ujmując – nie ma na tyle prostej interakcji, nie ma na tyle pierwotnej reakcji na bodziec „społeczny”, nie ma na tyle pierwotnego komunikatu, nad którym psychologia społeczna prędzej czy później się nie pochyli. Tym samym jest to odmiana psychologii – demaskatorska. Czasem – ludzie dowiadują się o sobie ( w ramach zgłębiania zagadnień tej gałęzi psychologii) rzeczy, których nie chcieli by wiedzieć. Ale to wszystko nic nie znaczy. Najwięcej znaczy to, że po zapoznaniu się choćby pobieżnym z P.S. człowiek dochodzi do jednego wniosku. Nie ma ludzi idealnych. Jak to powiedział jeden z bohaterów „Czasu apokalipsy” (Ang „Apocalypse Now”) „Every man has got a breaking point „. Co znamienne – nie chodzi o to, że człowieka można złamać za pomocą tortur/etc. Człowiek może się „sam” złamać pod wpływem bodźców zewnętrznych. Wszystko jest kwestią odpowiednich bodźców. A jeśli można „łamać” to można też wpływać – tym samym odpowiednie bodźce (bądź też ich konfiguracja) wywołają pożądane stany emocjonalne. I to ma być dowód na to, że psychologia społeczna traktuje ludzi jak szczury.

Tym co umknęło wyznawcom doktryny JPS! (Nienawiść do psychologi wyniosłem z domu!) to fakt, że te bodźce zostały wpierw dostrzeżone przez uważnego badacza a dopiero potem potwierdzone eksperymentalnie. Tym samym jeśli psychologia społeczna traktuje ludzi jak szczury laboratoryjne – to tylko i wyłącznie dlatego, że sami się tak zachowują. Rzecz jasna – ponieważ jej (psychologii) nienawidzą -tedy się nią nie zajmują „bo po co”.

Ten przydługi wstęp teoretyczny nie jest li tylko popisem erudycji (ale jaka to erudycja – czytałem jakieś pierdoły o szczurach laboratoryjnych). Chodziło o osadzenie skutków ignorancji proliferów -w kontekście. Kontekst jest „nienawiść do psychologii” i nieznajomość najprostszych mechanizmów psychologicznych. A konkretnie jednego, który sprawia, że całkowity zakaz aborcji – tak naprawdę niczego nie zmieni - będzie ich dokładnie tyle samo. Ten mechanizm to reaktancja. Reaktancja to - „przywracanie wolności wyboru”. W teorii – można wielu rzeczy zakażać. W praktyce jeśli ktoś będzie chciał coś zrobić to będzie miał zakazy w 4 literach. Zwłaszcza w sytuacji, w której zakaz obowiązuje np. w jednym kraju. A We wszystkich sąsiednich już nie. Ale nawet jeśli nagle cała Europa, cały świat, gremialnie zakazałby aborcji, ten jeden prosty mechanizm sprawi, że aborcja nie zniknie. Nawet gdyby karać za nią kobiety – niczego to nie zmieni. Może tyle, że będą jeszcze bardziej ostrożne.

Zanim ktoś zaneguje reaktancje i powie „to tylko teoria a psychologia to nie nauka” proponuje zapoznać się z historią okupowanej polski. Historyk opowiadał nam kiedyś na zajęciach, że jeśli nam się wydaje, że jesteśmy wyjątkowi bo nam się nie chce uczyć -to nam się wydaje. W Przedwojennej Polsce nauczyciele mieli dokładnie ten sam problem. Problem zniknął w momencie, w którym polska była okupowana a za nauczanie polskiego/etc można było iść do więzienia, albo nawet zginąć. Wtedy wszystkim zachciało się uczyć. Przecież żaden nauczyciel nie zmuszał uczniów do uczenia się w konspiracji, sami chcieli. Nawet ci, którzy wcześniej się obijali. Nawiasem mówiąc uczniowie uczyli się nie wiedząc tego czy wojna się skończy i jak się skończy. W tamtych warunkach można było wierzyć w to, że Polski już nie będzie. No to po cholerę im to było? Ano przywrócili sobie wolność wyboru. Choćby i za cenę własnego życia. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli kobieta nie chce urodzić dziecka, to go nie urodzi. Zabije siebie wraz z „napoczętym życiem”, ale dziecka nie urodzi. Skrajny przypadek? Być może, tym niemniej tego rodzaju sytuacje też występują. Choćby jedna na milion to nie znaczy, że ich nie ma.

Jeśli kogoś nie zadowala przykład z uczniami za okupacji. To podam inny – recydywiści i ich wewnętrznie sformalizowane formy zachowania („Symetrie” polecam obejrzeć – tam pobieżnie bo pobieżnie ale w miarę prawidłowo pokazano). Popatrzmy na to okiem zewnętrznym. Ludzie siedzą w więzieniu. W miejscu, w którym olbrzymią ilość czynności należy wykonywać na komendę i w odpowiednim czasie. Spacer, prysznic, jedzenie etc. Co więc robią ludzie, którzy mają ograniczoną wolność? Ograniczają ją jeszcze bardziej. Poprzez wymyślanie własnych regulacji często o wiele bardziej restrykcyjnych od tych narzuconych przez system penitencjarny. No po cholerę im to? Mało im zakazów? Ano poprzez te „własne” zakazy przywracają sobie wolność decydowania o sobie.

Ulubionym argumentem proliferów, którego używają zawsze gdy ktoś powie „Polki i tak będą dokonywać aborcji” jest argument „to, że ktoś popełnia przestępstwo nie oznacza, że trzeba taką sytuacje zalegalizować”. 2 sprawy, pierwsza, aborcja stała się przestępstwem nie tak dawno temu. Druga wszędzie dokoła aborcja jest legalna. Gdyby było tak, że aborcja jest nielegalna w większości państw argument byłby sensowny i trafiałby do ludzi. No przestępstwo i tyle patrzcie, wszędzie dokoła zakazali! Rzeczywistość jak wszyscy wiedzą jest inna. Polka ma świadomość tego, że to co jest przestępstwem w naszym kraju, nie jest nim w żadnym Państwie ościennym. Ba, Słowacja ma ponoć w konstytucji zapis o ochronie płodu i co z tego wynika? Niech no ktoś wpisze w google „aborcje Słowacja” i zobaczy pierwsze wyniki. I w tym momencie kolejny mechanizm poznawczy się uaktywnia sytuacja, w której znajdują się Polki (wszędzie do koła aborcja legalna - u nas nie) wywołuje dysonans poznawczy. Nasze umysły dysonansu nie lubią – więc go usuwają. W efekcie tego usuwania dysonansu sporo ludzi dochodzi do wniosku takiego, że zakaz aborcji to kolejny debilny przepis jakich u nas wiele. A skoro przepis jest debilny to znaczy, że można sobie go spokojnie obchodzić. A skoro można obchodzić witaj podziemie aborcyjne i turystyko aborcyjna!

Aczkolwiek to, że aborcji byłoby tyle samo (w przybliżeniu) to najmniejszy problem proliferów. Drugim byłoby to, że reaktancja mogłaby się objawić pospolitym ruszeniem ludzi o poglądach pro choice, którym w takiej sytuacji znacznie bardziej zależałoby na zmianie prawa niż proliferom na jego utrzymaniu (choćby dlatego, że przez jakiś czas pławiliby się w samozadowoleniu). Poza tym proliferzy nie doceniają ludzkiej determinacji. Zwłaszcza w momencie, w którym człowiek czuje się tak jakby mu (za przeproszeniem) w pysk napluli. Już teraz „kompromis” trzeszczy. I choć proliferzy są bardziej aktywni – to nie stanowią większości społeczeństwa.

Ktoś mi może zarzucić w tym momencie bajkopisarstwo. No bo skąd ja wiem, że jak by był zakaz to by potem była liberalizacja? Pisałem już o tym na początku istnienia bloga w notce (quo vadis aborcjo – czyli patrzmy na to co robi Gowin) Jak to jest, że ten który słyszy krzyczące zarodki nie poparł zakazu aborcji? Gowin choć na pierwszy rzut oka zachowuje się jak średnio rozgarnięty przedstawiciel katoprawicy jest cwany. Cwany i jednak sporo wie. Na tyle dużo, że zdaje sobie sprawę z tego czym się skończy całkowity zakaz aborcji. Nie wspominając już o tym, że gdyby coś takiego (zakaz aborcji) przeforsowano w roku wyborczym to lewica zdemolowałaby scenę polityczna wystarczyłoby im jedno hasło „jesteśmy pro choice”. O politykach „pro choice” - będzie kolejna notka.

środa, 27 marca 2013

O tym jak organizacje pro life skutecznie lobbują na rzecz „biznesu aborcyjnego” (rozważania aborcyjne #2)

Nie, ten tytuł to nie manipulacja. Dużo mówiło się o Wandzie Nowickiej (o niej – trochę dalej napisze -tzn w jednej z kolejnych notek) i o tym, że jest ona opłacana przez lobby proaborcyjne. Poprocesowali się nawet o to, wyszło chyba na to, że ktoś jej płacił faktycznie. Aczkolwiek jeśli mam być szczery – to nie wiem za co. Bo jeśli ktoś inwestował pieniądze w to, żeby W.N. cokolwiek zmieniła gratuluje mu zorientowania w rzeczywistości naszej. Najskuteczniej na rzecz biznesu aborcyjnego lobbują organizacje pro life, nazwisk nie będę wymieniał bo ktoś może mieć problemy ze zrozumieniem tekstu pisanego i może zachcieć mnie pozwać.

W Serialu pt „Boardwalk Empire” - polski tytuł „Zakazane Imperium” a dokładnie w pilocie tego serialu obejrzeć można bardzo sugestywną scenę. W scenie tej grupa mężczyzn pije za to, że w USA zostanie wprowadzona prohibicja. Główny bohater wygłasza toast za ludzi, którzy doprowadzili do wprowadzenia prohibicji „To those beautiful, ignorant bastards „ W luźnym tłumaczeniu „za tych wspaniałych ignoranckich drani”. Główny bohater bowiem miał plan - zarabiania na prohibicji. W jaki sposób? Szmuglowanie alkoholu przez granicę i sprzedawanie go do knajp/kasyn/etc. Tym samym ludzie, którzy w swojej opinii robili coś dobrego (popierali prohibicje i doprowadzili do jej wprowadzenia) – działali na korzyść szarej strefy.

Nie inaczej jest w przypadku naszych rodzimych „obrońców życia”. Którzy dla „podziemnych aborcjonistów” pełnią rolę pożytecznych idiotów. Bo dla „podziemnych” zakaz aborcji jest żyłą złota. Gdyby była legalna, mogłaby się odbywać w szpitalach, za cenę znacznie niższą niż u nich i w warunkach innych (większe bezpieczeństwo etc). Mało która kobieta zdecydowałaby się na aborcje w gabinecie – gdyby miała do wyboru szpital, w którym w razie komplikacji lekarze mogą jej udzielić błyskawicznej pomocy. Swoją drogą organizacje pro life cierpią na rozdwojenie jaźni jeśli chodzi o liczbę nielegalnych aborcji. Z jednej strony deklarują, że jest ich w Polsce 7-14 tysięcy. Z drugiej zaś niektórzy obrońcy twierdzą, że około 170 tysięcy. No ale wypośrodkujmy – dajmy na to, że nielegalnych aborcji jest około 80 tysięcy załóżmy, że średni koszt „przywrócenia miesiączki” to 3 tysiące złotych. Z prostej arytmetyki wynika, że ten biznes generuje przychód rzędu 240.000.000 złotych (słownie - dwustu czterdziestu MILIONÓW złotych) Gdyby nielegalnych aborcji było 10 tysięcy – zamknęło by się to kwotą 30.000.000 złotych. Nie próbuję nikogo przekonywać do tego, że organizacje pro life są sponsorowane przez speców z podziemia (bo za to pewnie groziłaby odpowiedzialność karna – tzn za tego rodzaju sugestie). Sugeruje, jednakże, że ich ośli upór generuje gigantyczny zysk. I to zysk na czysto – bo przeca nikt podatków nie będzie płacił od „skrobanki”.

A teraz pomyślmy. Od ilu lat w Polsce mamy zakaz aborcji? Od 1993 roku. Co prawda w 1996 próbowano zliberalizować nieco ustawę – ale w 1997 trybunał konstytucyjny powiedział, że „się nie da”. Tym samym zakaz obowiązuje od 19 lat (byłoby 20 ale 96' trzeba wyłączyć). Dodajmy do tego fakt, że na samym początku, aborcji było pewnie więcej niż teraz (bo po pierwsze – lekarze umieli je przeprowadzać, po drugie – zmiana prawa nie oznacza natychmiastowej zmiany rzeczywistości). Do UE weszliśmy niedawno, tym samym masowa turystyka aborcyjna – jest stosunkowo nowym wynalazkiem. No ale załóżmy, że „podziemie aborcyjne” generuje rocznie 240 milionów zysku (tak wiem, wcześniej inaczej by to wyglądało bo denominacja była w międzyczasie, tym niemniej zysk – to zysk niezależnie od tego czy mówimy o „starym milionie” czy o nowej „stuzłotówce”). 240 milionów pomnożone przez 19 lat daje nam kwotę 4.560.000.000 złotych - czyli cztery miliardy pięćset sześćdziesiąt milionów złotych. Nawet gdyby przyjąć szamanizm statystyczny tych proliferów, którzy twierdzą, że aborcji w Polsce jest około 10.000 rocznie ( w co pewnie sami nie wierzą) kwota „wypracowana” przez podziemie aborcyjne w ciągu 19 lat – wynosiła by 570.000.000 złotych - pięćset siedemdziesiąt milionów złotych. O wiele bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza liczba – bowiem same organizacje pro life epatują obrazkami „1 z 3 poczętych dzieci jest abortowane!”. Skoro 1 na 3 a liczba urodzeń w Polsce nie spadła poniżej 300.000 rocznie – to liczba 80.000 aborcji/rok jest liczbą i tak zaniżoną.

Warto również nadmienić, że klauzula sumienia dla lekarzy (dodajmy, że lekarzy „państwowych”) to kolejna żyła złota dla „prywaciarzy” - przepisywanie pigułek hormonalnych, zakładanie spirali, przepisywanie pigułek jeden dzień po. Co ma zrobić kobieta, której żaden NFZtowski ginekolog nie chce przepisać pigułek „1 dzień po”? Pójdzie do prywaciarza i zapłaci za wizytę. Ponadto, spora część „klauzulowiczy” prywatnie już nie ma oporów przed antykoncepcją.

Śmiem twierdzić, że część lekarzy (nie wiem jaka i tego się nie dowiemy), która tak gorąco wspiera zakaz aborcji i klauzulę sumienia – ma w tym swoje partykularne interesy. Swoją drogą – proliferzy wiele mówią o „biznesie aborcyjnym” który domaga się legalizacji aborcji w Polsce. Tylko, że to bzdura gargantuiczna. Teraz biznes aborcyjny zarabia znacznie więcej niż mógłby zarobić gdyby aborcja była legalna. Któremu „biznesmenowi” zależałoby na pomniejszeniu własnych dochodów (choćby poprzez płacenie od nich podatków)? Komu zależałoby na tym, żeby przed szpitalem były pikiety w obronie życia niepoczętego? Po zalegalizowaniu aborcji, wiadomo by było kto i gdzie te zabiegi przeprowadza – prolajfy miałyby ułatwione zadanie jeśli chodzi o wyszukiwanie „morderców”. A teraz? Lekarzowi zależy na dyskrecji (bo łamie prawo), kobiecie zależy na dyskrecji, bo nie chce się narazić na publiczne lżenie przez „prolajfów”. Prolajfy nie wiedzą kto się bawi w przerywanie ciąży i tak dalej i tak dalej.

W świetle powyższego można sobie zadać pytanie: Kto jest skutecznym lobbystą „biznesu aborcyjnego”? Nowicka, która jest mniej więcej tak samo skuteczna jak aspiryna w walce z Ebolą czy też ruchy pro life, które zapewniają czysty zysk „podziemnym aborcjonistom”? Z jednej strony mamy Nowicką, która nie wygenerowała ani złotówki zysku - a z drugiej proliferów, którym podziemie zawdzięcza  miliardowe zyski.

Nie wiem jaki interes mają w tym wszystkim proliferzy. Rzecz jasna mogą to wszystko robić nieświadomie. Ale jeśli tak jest to zbyt dobrze o nich nie świadczy. Poprzez „nieświadomie” mam na myśli to, że nie są świadomi efektów swojego postępowania. Tym samym przypisanie im roli pożytecznych idiotów było ze wszechmiar słuszne.


Załóżmy przez moment, że proliferom uda się wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Nawet kiedy życie kobiety będzie zagrożone – lekarz nie będzie miał prawa jej pomóc. Zdaniem proliferów – życie dzieci napoczętych (czy nienarodzonych, nie pamiętam już dokładnie) będzie w pełni chronione. Czy aby na pewno? (Próba odpowiedzi, w następnej części rozważań)