Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Problemy kościoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Problemy kościoła. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 marca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #110

 Niniejszy przegląd zacznę od kwestii, która ku mojemu zaskoczeniu okazała się być dla niektórych sporym zaskoczeniem. Otóż, niektórych zaskoczyło to, że Szymon Hołownia jest Szymonem Hołownią. Okazało się bowiem, że procedowanie ustaw jest dla zarządu, a dla pani Areczki jest zamrażarka sejmowa, której to zamrażarki miało już nie być, bo ta zamrażarka miała odejść w niepamięć razem z rządami Zjednoczonej Prawicy. O ile przyczyny, dla których Hołownia zrobił to, co zrobił (jego własne poglądy) są dla mnie zrozumiałe, to jednak ciekawi mnie proces decyzyjny, który sprawił, że Pan Szymon sobie pomyślał, że dobrym pomysłem będzie zamrożenie ustaw aż do „po wyborach”. Zmierzam do tego, że absolutnie wszyscy wiedzą czemu Szymon Hołownia zrobił to, co zrobił (wie, jak będzie głosował [ze względu na swoją Szymono Hołowniowatość] on i Trzecia Droga i wie, że mogłoby się to spotkać z negatywnymi reakcjami). Tym samym zastosowanie tego (jakże sprytnego) manewru jest (eufemizując) przeciwskuteczne. Gdyby po prostu TD zagłosowała przeciwko ustawom liberalizującym prawo aborcyjne, to owszem, wywołałoby to negatywne reakcje. Tyle, że teraz reakcji negatywnych jest nawet więcej, bo do tych, które TD zebrałaby za głosowanie przeciwko liberalizacji prawa aborcyjnego dołączają negatywne reakcje wywołane cwaniactwem Hołowni. Aczkolwiek może ja po prostu tego nie rozumiem, bo nie jestem specjalistą od szachów 5D. Nawiasem mówiąc, chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że Panu Szymonowi poświęcony zostanie odcinek podkastowy (nie napiszę, że w „najbliższym czasie”, ale w „dającej się przewidzieć przyszłości”).

O Collegium Humanum (a przepraszam, „Tumanum”) słyszeli już chyba wszyscy. Okazało się bowiem, że z uczelnią, co do której były uzasadnione podejrzenia w kwestii tego, że (eufemizując) „chyba coś nie tak jest” z tymi dyplomami MBA, które można było tam uzyskać, faktycznie jest coś nie tak. Jednakowoż myliłby się ten, kto sobie pomyślał, że cała sprawa się zakończy po tym, jak parę osób zostało zatrzymanych przez CBA (wystarczy zmienić jedną literę w CBA, żeby wyszło MBA! Przypadek? Nie sądzę!).Te zatrzymania można było porównać do wrzucenia kamienia do jeziora, albowiem kręgi, które ta cała afera zatacza są coraz większe. Tak się bowiem złożyło, że nie tylko członkowie Zjednoczonej Prawicy korzystali z usług tejże uczelni. I przyznam szczerze, że jest to coś, co mnie trochę dziwi. Tak, wiem, w CH dało się to MBA ogarnąć niskim kosztem i praktycznie niczego się nie ucząc, ale czy to faktycznie wyglądało jak taki doskonały deal? Przecież oczywiste było, że kiedyś ta sprawa wyjdzie na jaw. O ile dało się jeszcze jakoś zrozumieć osoby związane z obozem władzy (bo im się mogło wydawać, że Zjednoczona Prawica będzie rządzić do końca świata i jeden dzień dłużej), ale nie bardzo wiem, co sobie myślały osoby, które były związane z opozycją (Jacek Sutryk [i jego otoczenie], Aleksandra Gajewska/etc.). Przecież w razie przypału ich nie objąłby parasol ochronny Ziobrokratury. Idźmy dalej. W przypadku niektórych osób, które się „kształciły” w CH wyglądało to tak, że te osoby nawet się nie logowały w systemach uczelni. Innymi słowy, nikomu tam zbytnio nie zależało nawet na zachowywaniu pozorów (co z kolei znacznie zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia „przypału”). Na sam koniec zostawiłem sobie wątek humorystyczny (tzn. dla mnie, bo dla głównych zainteresowanych nie bardzo). Jeden z ludzi z CBA (oczywiście nazwiska sobie nie mogę przypomnieć) powiedział mediom, że w sumie dla osób z dyplomami byłoby lepiej, gdyby sami zgłosili się do CBA, zanim CBA do nich dotrze (bo to, że dotrze, było oczywiste). Jego apel odniósł skutek, bo jak możemy przeczytać na portalu RMF: „Do CBA zgłosili się posiadacze nielegalnych dyplomów”. Ciekaw jestem, jak dużo osób się zgłosi samodzielnie, a do ilu CBA będzie musiało zapukać (bo będą liczyli na to, że „może się jakoś uda” [skoro zdecydowali się na robienie MBA w CH, to raczej zdarza im się myśleć takimi kategoriami]).

Ponieważ poprzedni temat skończyliśmy na wątku humorystycznym, to kolejny będzie utrzymany w takim samym tonie. Tobiasz Bocheński (kandydat PiSu na urząd prezydenta Warszawy) zapowiedział, że (uwaga, odstawić płyny) jeżeli wygra wybory, to odpolityczni miejski ratusz i spółki miejskie. Ciekaw jestem, czy to odpolitycznienie spółek miejskich i ratusza wyglądałoby tak, jak wyglądało odpolitycznienie  w przypadku rządów Zjednoczonej Prawicy (która w ramach „odpolityczniania” Służby Cywilnej potrzebowała zdjęcia bezpieczników, bo się „niepolityczni fachowcy” nie nadawali na stanowiska kierownicze). Swoją drogą, zastanawiam się, jak to jest mieć tyle pewności siebie, żeby po ośmiu latach rządów Zjednoczonej Prawicy (która była łajana za obsadzanie pociotkami wszelkich możliwych miejsc pracy), będąc członkiem tejże prawicy, obiecywać, że jeżeli się wygra wybory, to się cokolwiek odpolityczni. No, ale może po prostu ja jestem uprzedzony do Tobiasza Bocheńskiego i do jego planów.

Polska prawica przyzwyczaiła nas do tego, że jeżeli przed czymś przestrzega (i w jej narracjach jest to jakieś olbrzymie zagrożenie), to prędzej czy później sama będzie to robić. Wszyscy pamiętamy bardzo nośne hasło „totalnej opozycji”. Ta Totalna Opozycja była zła i ona zawsze robiła na złość nie tyle rządowi, co po prostu zwykłym Polakom. Czemu o tym wspominam? Ano temu, że Neo-KRS wpadła na pomysł, żeby przy pomocy Trybunału Przyłębskiego doprowadzić do sytuacji, w której można by było się nie przejmować wyrokami Trybunału w Strasburgu. Bo wiecie, Trybunał w Strasburgu Trybunałem w Strasburgu, ale (Prawo) i Sprawiedliwość musi być po stronie członków PiSu. Co prawda nikt się już specjalnie nie przejmuje wyrokami Trybunału Julii Przyłębskiej (za co podziękować należy PiSowi, bo to on zamienił TK w partyjną przybudówkę), ale taka decyzja mogłaby doprowadzić do jeszcze większego chaosu prawnego (za który, również, należy podziękować PiSowi). To jest właśnie ta mityczna Totalna Opozycja. Do członków Zjednoczonej Prawicy chyba w końcu dotarło, że przegrali wybory i teraz po prostu usiłują robić na złość wszystkim dookoła (w ramach politycznej zemsty). Gdyby nie kontekst, byłoby to nawet zabawne, bo takimi (cokolwiek nieprzemyślanymi [albo przemyślanymi po Kaczyńsku]) działaniami Neo-KRS daje argumenty ludziom, którzy będą chcieli przeorać ten podmiot. 

Dosłownie kilka dni temu okazało się, że w ramach działań Studia Nagrań Zjednoczona Prawica, na bycie podsłuchiwanym załapał się również Daniel Obajtek (pośrednio, bo „słuchano” jego bliskiego współpracownika). W telegraficznym skrócie, Daniel Obajtek może mieć niebawem sporo problemów natury prawnej (przykładowo, był odpowiedzialny za wysłanie do Chin samolotu, który poleciał sobie w dwie strony na pusto, bo okazało się, że towaru, po który poleciał nie było na miejscu [zamieszany w to był pewien Handlarz Bronią]). Znamienne jest to, że „kwity” na Obajtka CBA miało od dawna, ale absolutnie nic z tym nie zrobiono. Niby człowiek wiedział, że tam wszyscy wszystkich podsłuchują i wszyscy mają kwity na wszystkich, ale jednak trochę bawi (tzn. bawiłoby, gdyby nie kontekst) to, że Zjednoczona Prawica przez praktycznie obie kadencje bawiła się w tzw. „Mexican Standoff” (tl;dr: wszyscy celują do siebie nawzajem i jeżeli ktoś strzeli, to nie skończy się to dobrze dla nikogo). Z Obajtkowych stenogramów mogliśmy się dowiedzieć również tego, że pan Daniel nie lubił się z Jackiem Sasinem (i na odwrót) i na początku 2020 roku bardzo obawiał się tego, że zostanie wywalony ze stanowiska. Na początku pandemii wpadł więc na pomysł, który miał mu wizerunek poprawić i postanowił wysłać do Watykanu transport Środków Ochrony Osobistej, których w Polsce wtedy brakowało (jestem tak stary, że pamiętam, jak pracownicy OZ nie mogli publicznie mówić o brakach, bo groziło im za to wylecenie z roboty). Potem zaś Jacek Sasin przekonał się o tym, że Fortuna jest zmienna i to jego notowania poleciały na łeb na szyję, choć on przecież tylko wykonywał rozkazy (i „zorganizował” wybory kopertowe, które się nie odbyły). Ja wiem, że się powtarzam, ale jestem autentycznie ciekaw tego, co jeszcze wypłynie po rządach Zjednoczonej Prawicy. Coś mi mówi, że dorobić się na tym wszystkim mogą producenci popcornu.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Teraz na moment wyjdziemy poza granice naszego kraju i pochylimy się nad jednym z największych i najbogatszych problemów, jakie ma od jakiegoś czasu praktycznie cały świat. Problemem tym jest Elon Musk i jego odklejka. Ostatnio podzielił się był na swoim własnym portalu przemyśleniami na temat NATO. Zastanawiało go to, czemu NATO w ogóle jeszcze istnieje, skoro Układ Warszawski (który zdaniem Muska był powodem założenia NATO) przestał istnieć. Bardzo szybko zwrócono mu uwagę na to, że Układ Warszawski był odpowiedzią ZSRR na powołanie NATO (który to pakt miał pomóc państwom członkowskim obronić się przed zagrożeniem ze strony Związku Radzieckiego). Ciekaw jestem, czy osoby pokroju Muska (których niestety nie brakuje) zdają sobie sprawę z tego, że istniała zasadnicza różnica między NATO i UW polegająca na tym, że do NATO wstępowali „chętni”, a do UW państwa były po prostu przyłączane. Ciekaw jestem również tego, czy ci ludzie zdają sobie sprawę z tego, że kraje wchodzące w skład Układu Warszawskiego przy pierwszej nadarzającej się możliwości chciały przyłączyć się do NATO. Nawiasem mówiąc, Elon Musk jest efektem końcowym działania mediów, które w pewnym momencie zaczęły zapraszać do programów nie znających się na niczym celebrytów i zadawać im pytania, które wymagały sporej wiedzy (rzecz jasna, celebryci w przeważającej większości przypadków na te pytania odpowiadali i nikt się specjalnie nie przejmował tym, że nie mają pojęcia o czym mówią).

Na sam koniec zostawiłem sobie temat, który towarzyszy nam wszystkim od momentu, w którym Barbara Nowacka zapowiedziała zmiany w nauczaniu religii. Na temat ten wypowiadał się już niejeden katolicki podmiot i nic nie wskazuje na rychłe zakończenie tegoż „wypowiadania się”. Zabawnym znajduję to, że spektakularność rośnie wraz z ich liczbą. Tym razem zajmiemy się dwoma najświeższymi okazami. Na pierwszy ogień pójdzie petycja Katechetów Diecezji Kieleckiej, którzy w swojej petycji napisali, na ten przykład, że nowy rząd ich zupełnie ignoruje, a oni przecież muszą się do swojego zawodu przygotowywać znacznie bardziej dokładnie od nauczycieli innych przedmiotów i dodali, że wymagania, które są im stawiane są znacznie wyższe niż te, które stawia się „zwykłym” nauczycielom. Wspomnieli o tym, że to oni, a nie zwykli nauczyciele potrzebują zgody od biskupa, żeby w ogóle zacząć nauczać. W tej petycji jest samo gęste, ale to o czym wspomniałem całkowicie nam wystarczy. Dziwnym trafem, w petycji nikt nie wspomniał o tym, że katecheci są wyjątkowi również pod innym względem. Chodzi, rzecz jasna, o to, że państwo nie ma żadnego wpływu na to, czego się tak właściwie te dzieciaki naucza na zajęciach z religii. Aczkolwiek może ja się na czymś nie znam i może faktycznie jest tak, że, przykładowo, z programem nauczania fizyki jest tak samo i jest on wymyślany przez Kościół Świętego Alberta Einsteina, którego biskupi muszą wydawać pisemne zgody na to, żeby fizycy mogli nauczać w szkole. A wiecie co jeszcze różni nauczycieli od katechetów? Ci drudzy nie wzięli udziału w strajku nauczycielskim w 2019 roku (o przyczynach, dla których tego nie zrobili wspomnę za moment, w kolejnym akapicie, bo tam będzie to pasowało znacznie bardziej).

Jakiś czas temu wspominałem o tym, że na temat zapowiadanych zmian wypowiedział się podmiot o długiej nazwie (Komisja Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski), który to podmiot zaczął od tego, że te zapowiadane zmiany to tak właściwie są niezgodne z prawem. Oczywiście, że okazało się (i nie trzeba było jakoś specjalnie researchowo się spinać), że nie mieli racji, ale to nie powinno nas jakoś specjalnie dziwić, bo KEP przyzwyczaił nas do tego, że notorycznie kłamie. A potem wydarzyło się to, co wcześniej spotkało narracje pewnego biskupa, który mówił o tym, że dwie lekcje religii w szkołach są zagwarantowane przez konkordat – wypowiedź ta została przez stronę kościelną „zapomniana” i nikt o tym nie wspomina (nadal mnie bawi to, że w sążnistym oświadczeniu KWKKEP ani słowem nie wspomniano o konkordacie). Tym razem Episkopat uderzył w zupełnie inne tony. Otóż, przewodniczący wcześniej wymienionego podmiotu o długiej nazwie zaczął się żalić na temat tego, że jeżeli jedna lekcja religii zniknie ze szkół i zostanie przeniesiona do salek parafialnych to „Kościół nie udźwignie ciężaru finansowego” (tl;dr: zdaniem Szanownego Pana Biskupa, Kościoła nie będzie stać na to, żeby płacić katechetom). I wiecie co? Mam dla biskupa i dla wszystkich katechetów doskonałą wiadomość. która będzie cytatem z pisma rozsyłanego w 2019 do katechetów (który miał uzasadnić olanie strajku): „Żadne względy ekonomiczne nie usprawiedliwiają rezygnacji z głoszenia Ewangelii. Katecheci wypełniają swą misję względem Kościoła, a więc na pierwszym miejscu muszą stawiać Ewangelię, a nie rzeczy materialne" 

I tym optymistycznym akcentem zakończę powyższy Przegląd.


Źródła:

https://oko.press/holownia-w-trosce-o-kobiety-gra-ich-prawem-do-aborcji-arogancka-i-niebezpieczna-kalkulacja

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,30760520,dutkiewicz-przeprasza-wroclawian-za-sutryka-a-sutryk-idzie.html

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2247783,1,tu-jencow-nie-bedzie-afera-collegium-humanum-pograza-sutryka-tusk-oglasza-audyt.read

https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/posel.xsp?id=086&type=A

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1764394664507973810

https://wyborcza.pl/7,75398,30754544,nowa-krs-chce-zakazu-wykonywania-wyrokow-trybunalu-w-strasburgu.html

https://tvn24.pl/polska/daniel-obajtek-podsluchiwany-przez-cba-onet-o-wzmacnianiu-pozycji-prezesa-orlenu-i-akcji-wymierzonej-w-jacka-sasina-trzeba-zrobic-tak-zeby-go-za-jest-komentarz-cba-st7798649

https://tvn24.pl/swiat/lotwa-prezydent-odpowiada-elonowi-muskowi-w-sprawie-nato-st7802349

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-katecheci-pisza-do-minister-edukacji-bronia-lekcji-religii,nId,7369525

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-biskup-o-zmianach-w-lekcjach-religii-kosciol-nie-udzwignie-c,nId,7371622

https://wiadomosci.wp.pl/katecheci-nie-wezma-udzialu-w-strajku-nauczycieli-nie-pracuja-dla-pieniedzy-6359391644252289a

czwartek, 15 lutego 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #107

W poprzednim Przeglądzie wspomniałem o tym, jak to Prezydent Andrzej Duda dostał zaproszenie do Kanału Zero i że mimo tego, że warunki miał tam cieplarniane, to jednak udało mu się zaliczyć wpadkę srogą (z Krymem). W międzyczasie okazało się, że jednym z kolejnych gości będzie Samuel Pereira. I tak sobie pomyślałem, że biorąc pod rozwagę to, jak potraktowany został Andrzej Duda, w tej rozmowie z Pereirą (którą przeprowadzał Stanowski) nie będzie zbyt wiele miejsca na warsztat dziennikarski. Niemniej jednak rzetelność blogerska (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać) wymagała ode mnie tego, żebym ten wywiad obejrzał przed formułowaniem takich wniosków. A potem (czyli po tym, jak poświęciłem na to prawie trzy godziny swojego życia [przyznaję, że oglądałem to z przerwami]) okazało się, że w tym konkretnym przypadku można było te wnioski sformułować bez zapoznawania się z materiałem źródłowym. W telegraficznym skrócie: choć Stanowskiemu zdarzało się dość często wyzłośliwiać, to jednak na płaszczyźnie merytorycznej wyglądało to (eufemizując) mocno średnio.

Przykładowo: w pewnym momencie Stanowski (całkiem słusznie) zwraca uwagę na to, że w mediach „publicznych” była gigantyczna dysproporcja między tym ile czasu dostawała Zjednoczona Prawica, a tym ile czasu dostawała „cała reszta”. Pereira odpowiedział, że w sumie to tak, dysproporcja była, ale trzeba pamiętać, że Zjednoczona Prawica wtedy rządziła, tak więc to były na przykład wypowiedzi członków rządu, prezydenta/etc. Wydaje mi się (aczkolwiek mogę się mylić, bo nie jestem dziennikarzem), że w tym momencie Stanowski powinien wyciągnąć dane sprzed 2015 i je zestawić z tymi już po „repolonizacji” TVP, bo dzięki temu można by było ustalić ponad wszelką wątpliwość, czy to wynikało z tego, że „Zjednoczona Prawica miała rząd”, czy też z innych przyczyn. Tl;dr, kolega z Doniesień zrobił kiedyś takie zestawienie (rok 2014 w całości a rok 2023 od stycznia do września [opierając się na ogólnie dostępnych informacjach]) i mu wyszło, że po zsumowaniu w 2023 Zjednoczona Prawica miała 80% czasu antenowego (16x więcej niż PO), a w 2014 PO+PSL miało 36.23% czasu antenowego (2.3 x więcej niż PiS). Wydaje mi się (aczkolwiek mogę się mylić), że gdyby Stanowski wtedy pociągnął ten temat dalej, to Pereira nie mógłby się z tego wytłumaczyć argumentum ad rządum, bo różnica między rokiem 2014 i 2023 była po prostu gigantyczna. Czemu więc Stanowski o tym nie wspomniał? Winny temu jest albo Ziemkiewiczowski research, albo to, że gdyby o takich danych wspomniał, to ciężko by było budować narrację, z której wynikało, że co prawda po 2015 te media były złe, ale przed 2015 też były niewiele lepsze. Poza tym Pereira nie został, na ten przykład, zapytany o to, czemu zatrudnił w TVP Radosława Poszwińskiego (aka Bogdan 607), którego wcześniejsza działalność internetowa była tak spektakularna, że po tym jak dostał robotę skasował 200 tysięcy (słownie DWIEŚCIE TYSIĘCY) tweetów. Zbyt trudnych pytań Pereira nie dostawał. Owszem, Stanowski pozwalał sobie na bardzo złośliwe komentarze, ale ponieważ nie były one podbudowane „paragonami” (twardymi danymi), Pereira mógł to komentować „no ok, takie masz zdanie”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Pereira wypadł w tym wywiadzie tragicznie tylko i wyłącznie dlatego, że (w mojej skromnej opinii) nigdy nie potrafił dyskutować. Zdarzało mi się z nim kilka razy posprzeczać (linków źródłowych nie będzie, bo, co za przypadek, Pereira skasował swoje wpisy sprzed 2015 roku) i jeżeli w dyskusji nie dało się użyć argumentum ad linkum, to Pereira sobie nie radził za bardzo. Potem zaś przez ładnych parę lat nie musiał sobie z tym radzić, bo „miał od tego ludzi”. Jedyna rzecz, której udało mi się dowiedzieć dzięki temu wywiadowi, to odpowiedź na pytanie: Czy Pereira wierzy w to, co mówi? Otóż, nie, nie wierzy (aczkolwiek uzyskanie tej wiedzy nie było warte prawie trzech godzin mojego życia). Swoją drogą, tak sobie myślę, że Stanowski mógłby być znacznie bardziej wymagający względem swoich rozmówców, gdyby tylko wyobraził sobie, że nie rozmawia z takim, na ten przykład, Pereirą, ale z Natalią Janoszek.

Od jakiegoś czasu żywiołowe dyskusje wywołuje postulat wprowadzenia czterodniowego tygodnia pracy. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w kontekście skrócenia czasu pracy nie brakowało dość zabawnych zwrotów akcji. Gdy mówili o tym Razemici, to były jakieś banialuki „młodej lewicy” (cieszy mnie ta łatka „młodej lewicy” przypinana np. Zandbergowi, bo jestem od niego o dwa lata młodszy). Gdy o tym samym wspomniał Donald Tusk, okazało się, że to kolejne mistrzowskie posunięcie. Ostatnio do dyskusji postanowił przystąpić mBank i zrobił to z przytupem. Wydawać by się mogło, że dyskusję tę powinno się zacząć od zapytania ludzi o to, „co o tym sądzą”, prawda? Otóż, nie. Dyskusję trzeba zacząć od zapytania ludzi o to, czego się w tym kontekście boją. Przykładowo, zabezpieczenia dodatkowych środków na wypoczynek, że ciężko będzie zgrać to z rodziną, bo reszta będzie miała normalny tydzień pracy, że (uwaga, odstawić płyny): „ciężko będzie ten czas wolny zagospodarować i popadniecie we frustrację związaną ze stratą czasu?”. Chyba nikogo nie zaskoczyło to, że tak postawione pytania spotkały się z żywiołową reakcją użytkowników Elonexa (niegdysiejszy ćwiter) i zaczęto toczyć srogą bekę z tych „pytań”. Najwyraźniej jednak zaskoczyło to ludzi z mBanku, bo w pewnym momencie opublikowali dość obszerny wpis, w którym zaczęli tłumaczyć „co mieli na myśli”. W zamierzeniu miał to być chyba damage control, ale osoby odpowiedzialne za komunikację kryzysową najwyraźniej miały zły dzień, bo w tym wpisie było jeszcze więcej szczerego złota, niż we wcześniejszych „pytaniach”. Przykładowo tłumaczono, że jeżeli chodzi o to pytanie z nudą (strata czasu/etc.), to niechże komentatorzy wyjdą ze swojej bańki bo są badania, z których wynika, że gdy ludzie mają zbyt dużo wolnego czasu, to zadowolenie z życia spada/etc. Zapewne bardzo was zaskoczę, gdy wspomnę o tym, że również ten wpis nie spotkał się z ciepłym przyjęciem. To z kolei musiało zirytować „zasiadaczy” konta mBankowego, bo pod wpisem usiłowali dyskutować (z wiadomym skutkiem). Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że wyglądało to trochę tak, jak gdyby ci konkretni bankowcy siedzieli w bańce informacyjnej i wyjście z tejże skończyło się dla nich bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o udanie się w stronę dalszej części Przeglądu.

Temat pigułki „dzień po” nadal przewala się po kościelnych środowiskach. Tym razem w tej sprawie wypowiedział się ktoś, kto na temat działania antykoncepcji powinien mieć wiedzę mocno teoretyczną. Tym kimś jest Marek Jędraszewski (identyfikujący się jako „arcybiskup”), który na swoim koncie Eloneksowym napisał, że umożliwienie młodym dziewczętom korzystanie z pigułki dzień po to „tragedia”. Ja tam nie wiem, ale wydaje mi się, że tragedią jest wykorzystywanie dzieci i późniejsze ukrywanie sprawców przed wymiarem sprawiedliwości, ale to zapewne dlatego, że mam skrzywioną optykę, a poza tym to tylko dygresja. Ad meritum: niech ktoś temu człowiekowi wytłumaczy, że te pigułki były dostępne już wcześniej i zmieni się jedynie to, że nie trzeba będzie wydawać kasy na prywatne wizyty u ginekologów, to po pierwsze. Po drugie, znacznie ważniejsze, chciałbym uprzejmie zwrócić uwagę na to, że (gdyby nie kontekst) dość zabawne byłoby to, że osoba, która nielubianych przez siebie ludzi określa mianem „zarazy” uważa, że ma prawo do bycia drogowskazem moralnym dla innych.

Pigułka „dzień po” nie jest jedynym tematem, który wywołuje wzmożenie środowisk kościelnych. Kolejnym tematem, który sprawa, że duchowni denerwują się praktycznie tak samo, jak wtedy, gdy ktoś im mówi, że elgiebety są ludźmi, jest ten dotyczący zapowiadanych zmian w nauczaniu religii (ograniczenie liczby godzin i wywalenie religii ze średniej). Tym razem wypowiedziała się w tej sprawie kościelna organizacja o bardzo długiej nazwie (Komisja Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski), tak więc żarty się skończyły. A nieco bardziej na poważnie, to oświadczenie to jest kopalnią lolcontentu. Przykładowo, w pewnym momencie możemy przeczytać, że: „Organizowanie w szkołach publicznych nauczania religii wynika z przestrzegania praw człowieka i podmiotowego traktowania rodziny.” Pozwolę sobie na parafrazę: „Organizowanie w szkołach publicznych nauczania religii wynika z zapisów zawartych w konkordacie”. Jestem autentycznie ciekaw czemu w tym oświadczeniu w ogóle nie wspomniano o przytoczonym przeze mnie dokumencie. A, no tak, bo gdyby to zrobiono, to ktoś mógłby tam zerknąć i zobaczyć, że nie ma tam słowa na temat wymiaru godzinowego (ani, tym bardziej, o średniej/etc.).

Potem jest jeszcze zabawniej. Otóż jeżeli chodzi o jakiekolwiek zmiany, to KWKKEP stwierdza, że: „Wszelkie zmiany odnośnie do organizacji lekcji religii w szkole publicznej winny dokonywać się zgodnie z obowiązującym prawem i w porozumieniu z Kościołami i związkami wyznaniowymi, których nauczanie religii odbywa się w szkole”. Brzmi to bardzo poważnie, prawda? Bo z tego wynika, że w przypadku tych zmian może dojść do złamania prawa. Jakie „paragony” przyniosła ze sobą KWKKEP w tej sprawie? W telegraficznym skrócie: tłumaczą, że choć rozporządzeniem ministra można to wszystko zmieniać, to jednak w Ustawie o Systemie Oświaty (w art 12) stoi, że zmiany to se może minister rozporządzeniem wprowadzać, jak się biskup diecezjalny zgodzi (albo władze innych kościołów wyznaniowych). Wykopałem sobie tę ustawę i jakiż był mój brak zdziwienia, gdy się okazało, że przepis, na który się powołuje KWKKEP (ok, to już ostatni raz był) jest (jak wiele innych) z gatunku niejednoznacznych. No bo z jednej strony stoi tam, że minister w „porozumieniu z” te zmiany wprowadza, ale gdyby ustawodawca chciał nałożyć na ministra obowiązek dogadywania się z duchownymi, to by tam (przynajmniej moim, laika, zdaniem) stało, że zmiany wprowadza się „za zgodą” (albo np. „po uzyskaniu zgody”/etc.) strony kościelnej. Ujmując rzecz inaczej, choć w artykule stoi, że robi się coś „w porozumieniu”, to nie doprecyzowano, jak ma to porozumienie wyglądać (może wyglądać tak, że minister oświadcza biskupowi co następuje, bo tak w jego opinii wygląda porozumienie).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena:

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


W tym samym oświadczeniu wyżej wymieniona komisja zwraca uwagę na to, że ograniczenie wymiaru godzin nauczania religii będzie oznaczało, że część katechetów straci pracę/etc. Ta troska o lud pracujący jest wzruszająca. Szczególnie w wykonaniu środowiska, które jakoś tak się nie wstawiło w 2019 roku za strajkującymi nauczycielami (a niektórzy duchowni nawet modlili się za „opamiętanie nauczycieli”). Nawiasem mówiąc, ja na miejscu funkcjonariuszy Kościoła nie poruszałbym kwestii wynagrodzenia katechetów, bo to nie są jakoś strasznie odległe czasy i żyje jeszcze bardzo dużo ludzi, którzy pamiętają, co się wtedy działo. A działo się to, że na samym początku Kościół twierdził, że oni chcą tylko nauczać i nie oczekują za to wynagrodzenia/etc. Potem zaś się okazało, że „strona kościelna” przyszła do „strony rządowej” i zakomunikowała, że wszystko fajnie, ale jest coś takiego jak kodeks pracy i czemu tak właściwie ci biedni katecheci/etc. mają nie dostawać wynagrodzenia? W tym miejscu kieruję pytanie do bardziej ogarniętych prawnie: czy to, kto ma płacić za nauczanie religii zostało jakoś rozstrzygnięte konkretnymi przepisami, czy też Kościół po prostu wymusił na stronie rządowej te pieniądze, a potem nikt tego nie ruszał, bo lepiej nie denerwować Kościoła? Wiem, że TK rozstrzygnął to, że płacenie za nauczanie religii nie narusza konstytucji (i nie jest finansowaniem związku wyznaniowego), ale to nie jest tożsame z wyjaśnieniem, czy opłacanie nauczania religii przez państwo jest zgodne z konstytucją.

Na sam koniec tych rozważań religijnych zostawiłem sobie kwestię, która mnie nawet trochę rozbawiła. Okazuje się bowiem, że jeżeli chodzi o naukę religii w szkołach, to w sumie ona się tam powinna odbywać, albowiem jest to taki europejski standard. Ciekaw jestem, jak zareagowałby KEP, gdyby ktoś Wielce Szanownemu Episkopatu (pun intendet) powiedział, żeby łaskawie nie krytykowali prób zliberalizowania prawa aborcyjnego i zalegalizowania związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych, bo jest to taki europejski standard. A nie, czekajcie, nie jestem tego ciekaw, bo przecież doskonale wiemy, jaka będzie reakcja Episkopatu: darcie japy o moralnej zgniliźnie, upadającej Europie i o zarazie, przed którą musimy się bronić.

No dobrze, skończyliśmy te religijne rozważania, tak więc możemy przejść dalej. Klub Jagielloński (jestem tak stary, że pamiętam, że w pewnym momencie sporo ludzi uważało za tych ogarniętych prawaków/konserwatystów) wyprodukował apel/odezwę do klasy politycznej. Z odezwy możemy się dowiedzieć, że nasza klasa polityczna powinna sobie podać rękę na zgodę (w trakcie czytania apelu należy sobie puścić piosenkę „Why can't we be friends”). Poza tym KJ tłumaczy, że za wschodnią granicą jest wojna i ona może się rozszerzyć na inne kraje NATO i to nie jest dobry moment na jakieś kłótnie polityczne i swary. Wzywają również do tego, żeby się politycy dogadali i naprawili Konstytucję. Zupełnym przypadkiem znajduje się tam również wzmianka o tym, że dopóki ta Konstytucja nie zostanie naprawiona, to obecnie rządzący mają szanować wyroki Trybunału Przyłębskiego. Co zrozumiałe, to jest nieco ładniej w słowa ubrane, bo tam jest napisane, żeby się rządzący powstrzymali od zmian „budzących istotne wątpliwości w zakresie ich konstytucyjności”. Ktoś może powiedzieć, mordy, no zaraz, ale przecież widzimy, że PiS chce wykorzystywać trybunał do tego, żeby rządzić państwem pomimo utraty władzy, przecież wiadomo, że gdyby PiSowi zostawić kluczyki do mediów, to nadal byłaby tam szczujnia, która wprowadzałaby w Polsce srogi chaos informacyjny (i np. tłumaczono by, że Premier RP jest niemieckim sługusem, który działa na szkodę kraju/etc.). I ja się z taką osobą w pełni zgadzam, ale najwyraźniej nie zgodziliby się z nią autorzy „apelu”. Jeżeli kogoś ciekawi to, czy KJ wcześniej (czytaj: w trakcie poprzedniej kadencji) wzywał polityków np. do tego, żeby nie konfliktować nas z sojusznikami NATOwskimi i nie wchodzić w konszachty z proputinowskimi politykami, to niech taki ktoś lepiej się tym nie interesuje, bo kociej mordy dostanie (tl;dr, oczywiście, że nie).

Niebawem odbędą się wybory samorządowe, w związku z powyższym następuje intensyfikacja działań kampanijnych. Czasem działania te są dość przaśne. Przykładowo, w Łodzi Zdanowską reklamują spółki miejskie. Czemu? Bo mogą. Czy powinny? No nie bardzo. Czy w ogólnym rozrachunku będzie to miało jakieś znaczenie? Co prawda, nie jestem łodziologiem, ale wydaje mi się, że nie bardzo. Wszystko zależy od tego, jak tam postrzegana jest Zdanowska. Jeżeli jest lubiana (in general), to jej to nie zaszkodzi, bo ludzie to po prostu potraktują jako fuckup. Swoją drogą, aż mi się przypomniała historia z mojego rodzinnego Miasta Nad Akwenem. W trakcie kampanii wyborczej (samorządowej of korz) w 2014 roku wydano (za pieniądze miejskie) wielostronicowy prospekt reklamowy Tarnobrzega. No i wszystko fajnie, ale dziwnym trafem do skrzynek trafiał on z przypiętą ulotką wyborczą jednego z kandydatów ówczesnej koalicji rządzącej w Radzie Miasta. Wtedy się to na tejże koalicji (i na ówczesnym prezydencie) srogo zemściło, aczkolwiek stało się tak dlatego, że pod koniec swojego urzędowania ówczesny prezydent był (eufemizując) średnio lubiany. 

Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że dość głośno zrobiło się o szefie informacji RMF (aka Marek Balawajder). Konkretnie zaś głośno się zrobiło o bardzo wielu przypadkach z nim związanych. Przypadek pierwszy polegał na tym, że jego żona była (nie wiem, czy nadal jest) dyrektorką w czeskiej spółce córce Orlenu. Przypadek drugi: RMF i Obajtek czuli się w RMFie, jak u siebie. Przypadek trzeci: Orlen się bardzo chętnie reklamował w RMFie. Inicjalna reakcja była taka, że „nic się nie stało”, ale po jakimś czasie władze RMFu doszły do wniosku, że chyba jednak coś się stało, bo parę dni temu Balawajder pożegnał się ze stanowiskiem ze względu na „naruszenie kodeksu postępowania”. Co prawda, nie jestem z RMFu, ale wydaje mi się, że gdyby przyczyna „pożegnania się” ze stanowiskiem była inna, niż te wcześniej wymienione „przypadki”, to byśmy ją poznali choćby po to, żeby nikt się nie zastanawiał nad tym, czy te sytuacje nie są ze sobą w jakiś sposób powiązane. Wiecie, to są w sumie takie podstawy podstaw PR-u: w sytuacji kryzysowej należy dostarczyć otoczeniu na tyle dużo informacji, żeby otoczenie nie szukało ich gdzie indziej. Ile informacji dostarczył RMF swojemu otoczeniu (czyli nam)? Ano tyle, że coś tam było nie tak i dlatego Balawajder już tam nie pracuje.



Źródła:

https://www.youtube.com/watch?v=QtcgOXQt9yE

Wrzucam link do RzePy, żeby pokazać, że to nadreprezentację partii rządzącej w mediach publicznych tłumaczono „rządem” już w 2014 roku.

https://www.rp.pl/kraj/art12521681-politycy-na-antenie-tvp-malo-pis-duzo-po

Link do notki Doniesień na temat mediów.

https://www.facebook.com/PutinowaPolska/posts/pfbid02gPmCZe1wanaXVfyg8HsMDZE8EQXHVtVtdapnVcJVy3KaLmxXRynDtB3rBk27S2nBl

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23001122,nowy-nabytek-tvp-w-dwa-dni-skasowal-wszystkie-swoje-tweety.html

https://twitter.com/mbank_research/status/1754516524470018216

https://twitter.com/mbank_research/status/1754790087965995436

https://www.ekai.pl/dokumenty/oswiadczenie-komisji-wychowania-katolickiego-kep-wobec-zapowiedzi-men-o-planowanych-zmianach-w-organizacji-lekcji-religii-w-szkolach/

Nieco światła na to, czemu w oświadczeniu nie powołano się na konkordat jest to, że Depo tego próbował i przypomniano mu, że się myli.

https://konkret24.tvn24.pl/polska/religia-w-szkole-arcybiskup-depo-dwie-godziny-religii-gwarantowane-konkordatem-nieprawda-st7698318

https://lexlege.pl/ustawa-o-systemie-oswiaty/art-12/

https://www.dziennikwschodni.pl/lublin/lublin-ksiadz-modlil-sie-o-opamietanie-nauczycieli-kilka-osob-wyszlo-z-kosciola,n,1000240607.html

https://klubjagiellonski.pl/petycje/czas-skonczyc-te-wojne-podpisz-apel24-pl/

https://oko.press/rmf-i-orlen-tajemnicze-zwiazki-najwiekszego-polskiego-radia-ze-spolka-obajtka

https://oko.press/po-tekscie-radio-muzyka-orlen-prezes-grupy-rmf-atakuje-oko-press-odpowiadamy

https://www.press.pl/tresc/80398,marek-balawajder-po-27-latach-zegna-sie-z-rmf-fm_-_proba-ucieczki-od-kryzysu_-to-nie-zamknie-tematu_

niedziela, 12 marca 2023

Duklanowskiego wojna z rzeczywistością

To w zamierzeniu miała być krótka notka, ale jak się zacząłem wczytywać w „wywiad”, którego udzielił Duklanowski, to się zorientowałem, że „trochę mi to zajmie”. Nie zamierzam kupować GPC, więc będę bazował na krótkim fragmencie wrzuconym na „Niezależną”.


„Sugerowano, że w ogóle Twoja publikacja była zbędna. Że jest polityczną nagonką. Te same media, które dziś apelują o zgłaszanie się ofiar pedofilów w sutannach sprzed pół wieku, także tych dawno temu skazanych przez sądy, w tym przypadku zaczęły podważać sens ujawniania prawdy. Mimo że chodziło o osobę publiczną, sprawującą państwowy urząd.”


Zacznę od końca. Tym, co spindoktorowi, który ułożył to pytanie umyka (tzn. wcale nie umyka, ale po prostu próbuje zakłamywać rzeczywistość), że w przypadku Krzysztofa F. sprawa wygląda tak, że on został skazany i siedzi w pierdlu. Nie można tego powiedzieć o sporej części duchownych pedofilów, którzy załapali się na przedawnienia dzięki temu, że ich kościelni przełożeni nie informowali organów ścigania o ich dokonaniach. Zamiast tego przenosili ich z parafii do parafii.


„Problem polega na tym, że w przypadku nagłaśniania pedofilii wśród księży nie ma żadnej taryfy ulgowej.”


Być może ma to jakiś związek z tym, że Kościół miał (i nadal ma) problem z systemowym ukrywaniem pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości?


„Te przykłady wymienione w „Gazecie Polskiej” i na Niezależnej, które opisują, jak informacje dziennikarskie pozwalają identyfikować ofiary księży pedofilów, to jest coś, co w żaden sposób nigdy nie było podnoszone”.


Gdyby Duklanowski albo ktokolwiek z osób z Niezależnej i GPC miał cokolwiek wspólnego z dziennikarstwem, to wiedziałby, że w opisywanych przypadkach (na liście była np. sprawa księdza pedofila z Tylawy) nikt nie ujawniał danych wbrew woli ofiar. Przecież często ci ludzie sami zgłaszali się do mediów, bo mieli świadomość tego, że jeżeli media nie nagłośnią ich spraw, to szanse na to, że ktokolwiek poniesie jakiekolwiek konsekwencje, są znikome.


„Ujawnienie tej sprawy było problemem dla Platformy i szerzej – środowiska medialnego, które buduje taki przekaz, że pedofilia to tylko problem Kościoła”.


Nikt nie buduje takiego przekazu. Przekaz, który jest budowany wygląda tak: Kościół, jako jedyna organizacja działająca w Polsce ukrywał (i nadal ukrywa) swoich członków przed wymiarem sprawiedliwości. Nie było żadnych organizacji murarskich, które murarza-pedofila przenosiły na inną budowę. Tak więc, owszem, systemowe tuszowanie pedofilii to „tylko problem Kościoła”.


„Przykład Krzysztofa F. pokazuje, że ten problem nie dotyczy jednego środowiska.”.



Nieśmiało przypominam, że Platforma Obywatelska nie przeniosła tego typa do innego okręgu i o ile mi wiadomo, to PO nie zafundowało temu typowi obrońcy (Kościół ma w zwyczaju wspieranie „swoich” pedofilów).


„Kościół mniej lub bardziej skutecznie od wielu lat stara się te kwestie rozwiązać. Wprowadził procedury, które uniemożliwiają działalność pedofilów w tych strukturach”


Nie, Kościół (przynajmniej polski, bo zagranicą został do tego zmuszony gigantycznymi odszkodowaniami) nie ma żadnych procedur. O tym, jak bardzo ich nie wprowadził, mogliśmy się przekonać oglądając „Tylko nie mów nikomu”. Jednym z „bohaterów” tego filmu był ksiądz, który prowadził zajęcia z dziećmi, pomimo „nałożonego przez sąd dożywotniego zakazu wykonywania działalności związanej z wychowywaniem, edukacją i opieką nad dziećmi”.


Jak mogło do tego dojść? Ano tak: „Ks. Przemysław Śliwiński przyznał, że księża organizujący rekolekcje dla dzieci mogli nie wiedzieć o obowiązku sprawdzania w rejestrze pedofilów duchownych, którzy prowadzą takie rekolekcje. Zapewnia, że to się zmieni i duchowni prowadzący rekolekcje dla dzieci też będą sprawdzani w rejestrze.”.  


Tak więc, wychwalane przez Duklanowskiego kościelne procedury w ogóle nie działały. Gdyby nie to, że Sekielski zrobił o tym materiał, to ksiądz-pedofil pewnie nadal by prowadził te zajęcia (na których opowiadał dzieciakom, że teraz księża mają spore problemy, bo są oskarżani o wszystko, co najgorsze).


„Ale inne środowiska, nawet w tym krytykowanym przez media niedostatecznym ich zdaniem stopniu, się nie oczyściły.”



I znowuż: pedofil z PO został skazany i usunięty z partii (nie wiem, jaka była kolejność). Jeżeli to nie jest oczyszczanie się w „niedostatecznym stopniu”, to nie mam pojęcia, jakiego określenia użyć w kontekście tego, jak w takich sytuacjach postępuje Kościół.


„Ten problem dotyczy m.in. celebrytów, polityków czy aktorów.”


Nikt tego nie neguje.


„Pokazanie informacji o F. rozbijało narrację, która jest budowana od lat w mediach lewicowo-liberalnych, że to problem tylko Kościoła.”.


Wiem, że się powtarzam, ale: żadna inna organizacja nie ma tak spektakularnych dokonań w zakresie chowania pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości, jak Kościół.


„Być może uznano, że osłabi to siłę kolejnych publikacji na temat Kościoła.”.


Ciekaw jestem, czy Duklanowski wie, że właśnie przyznał się do tego, że w jego publikacji nie chodził o „pokazywanie prawdy”, ale o to, żeby Kościół nie ponosił już „medialnej” odpowiedzialności za swoje działania.


UWAGA! Grillowanie Duklanowskiego sponsorowane przez Suwerena:

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


„Działacze PO kilkakrotnie zawieszali buciki na kościołach w Zachodniopomorskiem, zwracając uwagę na problem pedofilii wśród księży. Ale gdy pedofilia pojawiła się w ich środowisku, nastąpiła zmowa milczenia. Nikt nie wieszał bucików na siedzibie PO”.



Być może nie wieszano tych bucików dlatego, że Platforma Obywatelska (w przeciwieństwie do Kościoła) nie wspierała tego pedofila i bardzo szybko się „oczyściła”? Co się zaś tyczy „zmowy milczenia”, to to jest wprost wybitnie kretyński argument. Narracja, którą Duklanowski i jego przełożeni chcą zbudować, wygląda następująco: w PO pojawił się problem pedofilii, ale nikt o tym nie wspomniał, bo w mediach zapanowała zmowa milczenia.


Tym, co Duklanowski (a raczej spindoktor, który układał treść „wywiadu”) zupełnie pomija, jest taki drobny szczegół jak to, że prawicowe media są teraz częścią mainstreamu. Jeżeli przez moment założymy, że faktycznie doszło do jakiejś „zmowy milczenia”, to z tego by wynikało, że w tej zmowie brały udział również media rządowe (warto w tym miejscu wspomnieć, że te media pewnie dowiedziały się o wszystkim jako pierwsze ze względu na taśmociąg prokuratura – rządowe media).


Gdyby nie kontekst, nawet zabawne byłoby to, że rządowe media rozpowszechniają narrację, z której wynika, że brały udział w „zmowie milczenia”, bo jakoś tak się składa, że nie informowały na bieżąco o tym, co się dzieje, tylko sobie poczekały na „odpowiedni moment”.


Na sam koniec zostawiłem sobie prawdziwą perełkę:


„Nie podjęto też żadnych działań, by wyjaśnić, czy było więcej ofiar Krzysztofa F. On funkcjonował w wielu środowiskach i miał kontakt z dziećmi. Nie podjęto takich działań w urzędzie, w którym pracował. Nikt niczego nie wyjaśniał i nie wprowadził procedur, aby zapobiegać takim przypadkom w przyszłości”.


Ten argument jest tak idiotyczny, że spindoktor, który to wymyślał, musiał mieć gorszy dzień. No bo, tak po prawdzie, kto miał prowadzić „działania, by wyjaśnić, czy było więcej ofiar Krzysztofa F.”? Duklanowski (a raczej spindoktor, który to wymyślił) twierdzi, że to jest problem „środowisk”. Prawda jest jednakowoż taka, że tym powinien zająć się wymiar sprawiedliwości. Z tego, co powiedział Duklanowski wynika zaś, że prokuratura i policja zawiodły na całej linii i nie wywiązały się ze swoich obowiązków. Przecież na tej podstawie można by wystosować jakieś zapytania do prokuratury o to, „czemu nie sprawdzono, czy ofiar nie było więcej” i powołać się na Duklanowskiego


Duklanowski opowiada o tym, że nie wprowadzono żadnych procedur w urzędzie, w którym pracował. Ok. przez moment załóżmy, że to zostało powiedziane na serio. Ja mam w tym miejscu pytanie: czy urzędy marszałkowskie, zarządzane przez Prawo i Sprawiedliwość, wprowadziły takie procedury? Ja wiem, że to się nie wydarzyło u nich, ale chyba można takie procedury ułożyć na wszelki wypadek, prawda? Czemu więc tych procedur nie ułożono (gdyby takowe powstały w tych PiSowskich urzędach marszałkowskich, to dowiedzielibyśmy się o tym 5 minut po tym, jak Duklanowski opublikował swój „artykuł”).


Idźmy dalej: w jaki sposób miałyby wyglądać takie procedury? Krzysztof F. nie był wcześniej karany za pedofilię, tak więc przeszedłby przez każde „sito”, mające na celu odsianie osób, które nie powinny pracować z dziećmi (no wiecie, chodzi o takie „sito”, przez które nie przeszedłby skazany ksiądz-pedofil, o którym traktował film „Tylko nie mów nikomu”). Ja wiem, że to jest mowa trawa (taki wypełniacz, który ma sprawić wrażenie, że w tym wszystkim rację miał Duklanowski), ale to są bzdury. I mam szczerą nadzieję, że media, które będą relacjonowały wypowiedzi, będą punktować te jego bzdury, zamiast bezrefleksyjnie je powielać, a potem zastanawiać się nad tym, jak to jest, że Duklanowskiemu ktokolwiek wierzy.


Tak sobie myślę, że jeżeli w niewielkich fragmentach tego „wywiadu” jest tyle bzdur, to do sprostowania wszystkich zawartych w wywiadzie potrzebna by pewnie była kilkusetstronicowa książka.


Źródła:

https://dorzeczy.pl/opinie/415597/duklanowski-odpiera-zarzuty-ws-ujawnienia-danych-dziecka-filiks.html

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1547077%2Ctomasz-duklanowski-nie-ujawnilem-danych-osobowych-ofiar-pedofila.html

poniedziałek, 29 maja 2017

Hejterski Przegląd Cykliczny #3

Prezydent RP wygłosił orędzie. Narzekał na to, że ma dużo pracy i że od podpisywania ustaw (których nawet nie ma czasu przeczytać) boli go już ręka. Potem dodał, że szef go wkurza. No dobra, nic takiego nie powiedział, ale nie wiecie tego na pewno, bo nie oglądaliście orędzia. Tak na serio, to w trakcie 3 minutowego spotu wyborczego, Prezydent wspominał coś o tym, że Polska potrzebuje nowej konstytucji. Biorąc pod rozwagę dotychczasowe „udoskonalanie państwa” w wykonaniu PiS-u, o nowej konstytucji będziemy mogli przeczytać w kolejnej książce Jarosława Kaczyńskiego pt. „Porozumienie monowładzy”. 

Jeżeli już jesteśmy przy Prezydencie, to ów doskonale bawił się na szczycie NATO w Brukseli. Niestety, część naszych rodaków nie potrafi docenić dobrej zabawy i „zabawowe” zdjęcie Prezydenta zostało przerobione w taki sposób, że ktoś zastąpił go Boratem. Ten fotomontaż miał nieprzewidziane efekty. Spora część ludzi patrzyła to na Prezydenta, to na Borata, potem znów na Prezydenta i na Borata, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.

Niestety, nie mogę na tym poprzestać, albowiem Prezydent będąc na tym szczycie udzielił wywiadu. Chodzi mi, rzecz jasna, o wywiad, w którym Prezydent opowiadał o tym, że „jak to powiedział poeta, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, he he he”. Mamy więc do czynienia z kolejnym, dość ciekawym, mechanizmem. Bo, co prawda, Prezydent wywiadu udzielał na trzeźwo, ale nie da się go na trzeźwo oglądać.

Premier Beata Szydło stanęła w obronie szefa MON, Antoniego Macierewicza. Stwierdziła między innymi, że Macierewicz odbudowuje armię po tym, co zrujnowała Platforma Obywatelska. Po pierwsze, PSL-owcom pewnie jest przykro za każdym razem, kiedy rząd pomija ich w swoich wypowiedziach. Po drugie, pełna zgoda, Pani Premier, za czasów PO wojskiem zarządzali ludzie tak bardzo pozbawieni wyobraźni, że aż nikt nie wpadł na pomysł wyposażania łodzi podwodnych w samoloty. 

W trakcie tej samej tyrady, Premier Beata Szydło była łaskawa wygłosić odezwę do przywódców Europy Zachodniej. Moim zdaniem był to pierwszy przypadek, w którym polityk sparafrazował copypastę „masz ty w ogóle rozum i godność człowieka”. Z niecierpliwością czekam, aż Pani Premier będzie pytać innych premierów o to, czy byli już na otwarciu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Pani Premier wezwała Europę do „powstania z kolan”. Europejska reakcja na tę wypowiedź pokazuje, na czym polega prawdziwa dyplomacja. Nikt bowiem, nie powiedział Pani Premier, że „my nie bardzo wiemy o co chodzi z tym klęczeniem, ale na wszelki wypadek radzimy się zapytać Prezydenta RP, bo on, zdaje się, jest ekspertem w tej materii”.

Złoty medalista i dyskotekowy headhunter w jednym, Bartłomiej Misiewicz, ma po prowadzić jakiś program w Telewizji Republika. Wbrew pozorom jest to bardzo dobry pomysł. Od początku kariery tego jegomościa wiadomym było, że trzeba go włożyć na mało widoczne stanowisko. Program w telewizji, której nikt nie ogląda, nadaje się do tego idealnie.

Polska znów „wstała z kolan”. Tym razem rząd Prawa i Sprawiedliwości uznał, że pigułka „dzień po” powinna być dostępna tylko i wyłącznie na receptę. Argumentami przemawiającymi za przywróceniem recept były w głównej mierze bzdury wygadywane przez Konstantego Radziwiłła. Twierdził on, że „ma informacje o tym, że pigułki dzień po są nadużywane” (bzdury te zostały bardzo szybko zdebunkowane przez osobę, która zapytała Ministerstwo Zdrowia o źródła tych rewelacji). Nie wiem czego nadużywa nasz rząd, ale obstawiałbym, że w grę wchodzi zaczadzenie kadzidłem.

Midas polskiej informatyki, Mateusz Kijowski, zrezygnował z kandydowania na szefa KOD. Jest to o tyle groźne, że teraz będzie miał więcej czasu na pisanie książki.

Okazuje się, że prawica, która od trotyliarda lat twierdzi, że polskie media się „autocenzurują z powodu poprawności politycznej”, ma rację. Bandyterka urządziła zadymę pod Teatrem Powszechnym, media zaś te zajścia opisały jako „protest narodowców”. Aż chciałoby się zakrzyknąć: „dokąd zmierzasz Polsko?! Powstań z kolan!”.

O niesamowitym szczęściu może mówić 72-letni Tadeusz z Torunia, który będzie mógł zakupić grunt państwowy za 10% jego wartości. Moim skromnym zdaniem Tadeusz, jak przystało na bogobojnego zakonnika, powinien powiedzieć „Ojczyznę dojną pobłogosław, Panie”. Trochę alarmujące jest to, że „Ucho prezesa” z satyrycznego miniserialu politycznego bardzo szybko przekształciło się w serial dokumentalny.

Źródła:






sobota, 4 kwietnia 2015

Fundamentalizm religijny w służbie pedofilii

Według badań przeprowadzonych przez Millward Brown (na zlecenie Fundacji Dzieci Niczyje), tylko połowa rodziców rozmawia z dziećmi o zagrożeniach związanych z przemocą seksualną. Z kolei z analizy rezultatów badań przeprowadzonych w krajach europejskich wynika, że co piąte dziecko mogło paść ofiarą przemocy seksualnej (w/g rzecznika praw dziecka w Polsce ofiarą mogło być co siódme dziecko). Ponieważ (eufemizując) dane te nie napawają optymizmem, Fundacja Dzieci Niczyje zorganizowała kampanię społeczną, dotyczącą problemu wykorzystywania seksualnego dzieci (kampania GADKI).

Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów z artykułu dot. kampanii:

„Rodzice będą mogli dowiedzieć się, jak w prosty i naturalny sposób przekazać dziecku informacje o niebezpiecznych sytuacjach i adekwatnych sposobach reagowania.

„Ponad połowa rodziców (56 proc.) uważa, że taka rozmowa z dzieckiem może być trudna lub bardzo trudna. Niemal połowa (46 proc.) z tych, którzy nie rozmawiają z dziećmi o zagrożeniach, jest przekonana, że ich dzieci nie są narażone na przemoc seksualną.”

„Przekaz kampanii koncentruje się wokół akronimu GADKI, zbudowanego z pierwszych liter pierwszych słów każdej ze wskazówek: Gdy mówisz "nie", to znaczy "nie"; Alarmuj, gdy potrzebujesz pomocy; Dobrze zrobisz, mówiąc o tajemnicach, które Cię niepokoją; Koniecznie pamiętaj, że Twoje ciało należy do Ciebie; Intymne części ciała są szczególnie chronione.”

W normalnym kraju tego rodzaju kampanię powinny poprzeć wszystkie środowiska (od lewa do prawa). Nasz kraj jest od dłuższego czasu częściowo nienormalny, więc część środowisk skrytykowała tę kampanię i zarzuciła jej autorom próbę przeprowadzenia „zamachu na rodzinę”. Ujmując rzecz innymi słowy – próba uchronienia dzieci przed przemocą seksualną jest w opinii tych ludzi „zamachem na rodzinę”. No ale, jak to mawiał Bogusław Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów, oddajmy głos naszym ukochanym fundamentalistom religijnym:

Cytaty będą pochodziły z Radia Maryja, albowiem inne artykuły były mniej lub bardziej zmienioną wersją artykułu, który ukazał się na stronie rozgłośni Tadeusza Rydzyka. 

Na ulicach Warszawy pojawiły się kontrowersyjne bilbordy, sugerujące jakoby co piąte dziecko było molestowane.

Dobór słów jest w tym przypadku znamienny. Dla zwykłego człowieka informacja, wg której co piąte dziecko mogło paść ofiarą przemocy seksualnej, będzie po prostu szokująca. Co jest szokujące dla fundamentalisty? Fakt, że ktoś miał czelność tym głośno powiedzieć. I trudno się fundamentalistom dziwić – trąbią oni bowiem na lewo i prawo o tym, że Polska to wspaniały kraj, w którym nie ma przemocy wobec kobiet i że w innych krajach (w tych, w których „gender” jest) sytuacja kobiet jest znacznie gorsza. A tu nagle okazuje się, że w kraju, który jest rajem dla kobiet – 20% dzieciaków mogło paść ofiarą przemocy seksualnej. Normalny człowiek zastanowi się nad tym, jak to zmienić i jak chronić dzieci. Fundamentalista ma dzieci w dupie. Jego jedynym zadaniem jest dbanie o dobre imię organizacji, którą reprezentuje. A ponieważ ta organizacja twierdzi, że dzięki niej w Polsce problem przemocy seksualnej nie istnieje – tego rodzaju kampania społeczna stanowi dla tej organizacji problem.

Fundacja twierdzi, że przed molestowaniem może uchronić rozmowa rodziców z dzieckiem o przemocy seksualnej.

I trudno z tym polemizować. Tylko że tego rodzaju „analiza” to spłycenie kampanii. Tam chodzi również o to, że w momencie, w którym dziecko zostanie skrzywdzone, musi wiedzieć, że znajdzie oparcie w swoim otoczeniu i że może z kimś porozmawiać o tym, co się stało. Tym samym w akcji chodzi również o to, żeby osobom, które krzywdzą dzieci, wdrukować w łby, że nie mogą tego robić bezkarnie, bo dziecko nie będzie „dochowywało tajemnicy”. Nie są w stanie tego zrozumieć ludzie pokroju Mariusza Dzierżawskiego (autor projektu „stop pedofilii”, który to projekt, gdyby wszedł w życie, niesamowicie ułatwiłby życie pedofilom), Krystyny Pawłowicz/etc. Ludzie ci twierdzą, że dzieci przed przemocą seksualną chroni „bariera wstydu, której chce ich pozbawiać edukacja seksualna”. Jest to argument wybitnie debilny, ale nie można ignorować ludzi, którzy się nim posługują (tzn. niby można, ale ludzie ci są w stanie zebrać kilkaset tysięcy podpisów pod swoimi projektami „obywatelskimi”). Beneficjentami tej „bariery wstydu” nie są dzieci, tylko pedofile. Dlaczego? Dlatego, że ta ukochana przez przeciwników edukacji seksualnej „bariera wstydu” chroni pedofila przed konsekwencjami jego czynów. Dziecko zawstydzone tym, co się stało, z nikim na ten temat nie porozmawia.
 
(Fundacja)Zaleca rodzicom – tak jak WHO – mówienie już pięciolatkom m.in. o tzw. „ochronie miejsc intymnych”.

Powyższe zdanie to majstersztyk propagandy. Wszyscy chyba zetknęli się z bzdurami na temat tego, że „WHO zaleca, aby w szkołach uczyć masturbacji 4-letnie dzieci”. Każdy, kto zadał sobie trud i znalazł oryginalną wersję zaleceń (nie kawałki zdań powycinane przez prawicowców, które zalały internet), wie, że w zaleceniach nie o to chodziło. Warto również wspomnieć o tym, że zalecenia WHO zawierały sporą dawkę zaleceń anty-pedofilskich, np. to, żeby małe dzieci uczyć tego, że ich ciało należy do nich, a nie do dorosłych. Prawica tak bardzo skupiła się na masturbacji, że zupełnie pominęła resztę tych zaleceń. Ale to tylko dygresja. Autor artykułu użył etykietki WHO po to, żeby zasugerować, że kampania anty-pedofilska „to to samo, co WHO chciało robić, a oni przecież chcieli uczyć dzieci masturbacji!” (jest to jeden z chwytów erystycznych tzw: „nienawistna kategoria pojęć”).

Co się zaś tyczy „ochrony miejsc intymnych” – pozwolę sobie na przytoczenie wypowiedzi autorów kampanii:

A to, że zachęcamy rodziców, by mówili dzieciom, co to są intymne części ciała? To fundamentalna wiedza o świecie. Tak jak opowiadamy im, gdzie są ręka, brzuszek, uszko, tak samo mają prawo wiedzieć, które to są intymne części ciała. I czemu w niektórych przypadkach muszą być szczególnie chronione. Sprowadzanie tego do seksualizacji jest oburzające.

Ponadto, ciekaw jestem, dlaczego autor artykułu uważa, że 5-latkom nie powinno się przekazywać wiedzy na temat tego, że nikt nie powinien ich krzywdzić?

Według niektórych ekspertów i organizacji prorodzinnych to przygotowanie podłoża pod „seksedukację”.

I tu dochodzimy do sedna. Czort z tym, że kampania społeczna FDN mogłaby uchronić mnóstwo dzieciaków przed przemocą seksualną. Ważne jest to, że to „może przygotowywać grunt pod seksedukację”. O tym, że dla polskiej prawicy edukacja seksualna to „demoralizowanie młodzieży”, nikogo nie trzeba przekonywać. I tutaj mamy bardzo ciekawą wypowiedź, z której wynika, że nawet jeśli kampania poprawiłaby sytuację (ergo – mniej dzieci padłoby ofiarami przemocy seksualnej), to nie warto tego robić, bo tego rodzaju kampania może być wstępem do demoralizowania dzieci. Ujmując rzecz innymi słowy – prawica woli dzieci gwałcone od zdemoralizowanych.

Dyrektor Human Life International, Ewa Kowalewska (organizacja zrzeszająca przeciwników prawa do aborcji, przeciwników in vitro i przeciwników edukacji seksualnej)  twierdzi, że

„Chodzi o to, żeby wejść między rodziców a dzieci i pozbawić rodziców prawa do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami.”

Właśnie z tego powodu cytowałem FDN i fragmenty artykułu dotyczącego kampanii GADKI. W którym konkretnie miejscu owa kampania „pozbawia rodziców prawa do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami”? Czy akcja FDN była przymusowa? Czy kogokolwiek wysłano do obozów reedukacyjnych? Nie. Chodziło o akcję informacyjną i uświadomienie rodzicom problemów, z których istnienia mogli sobie nie zdawać sprawy. I znowuż: z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą walczyć z przemocą seksualną wobec dzieci, a z drugiej ludzi, którzy bredzą coś o „pozbawianiu rodziców praw”. No chyba, że pani Ewa miała na myśli prawo rodziców (rodzin/etc) do seksualnego wykorzystywania dzieci. Jeśli tak, to mam dla pani Ewy bardzo złą wiadomość – tego rodzaju „prawa” odebrał rodzicom dawno temu kodeks karny.

Widzimy to na co dzień. Są coraz większe akcje, żeby zmienić przedmiot wychowania w rodzinie, ponieważ trzeba wychowywać seksualnie, a nie do rodziny.

Tu w pełnej krasie widać odklejenie od rzeczywistości. Ta wypowiedź nie ma nic wspólnego z kampanią FDN. I to do ciężkiej cholery chce „wychowywać seksualnie”? Co to w ogóle za potworek argumentacyjny?

Rodzice się sprzeciwiają – trzeba więc powiedzieć, że rodzice krzywdzą dzieci.

Pani Ewa uderza w dramatyczny ton „rodzice sprzeciwiają się edukacji seksualnej więc zwolennicy tejże edukacji oskarżają rodziców o to, że rodzice krzywdzą dzieci”. Tylko, że jest to kolejny przykład ukochanego przez prawicę argumentum ad zdupum. Co prawda z badań, na które powoływał się FDN wynika, że w 80% napaści seksualnych na dzieci dokonują ludzie, których dzieci znają, ale nikt nie powiedział, że sprawcami są wyłącznie rodzice (choć tego rodzaju sytuacje też się na pewno zdarzają).

Tymczasem to właśnie te programy krzywdzą dzieci.

Okazuje się, że dziecko asertywne, które umie powiedzieć „nie”, które nie będzie się bało powiedzieć komuś o tym, że padło ofiarą napaści seksualnej, to w opinii prawicowej konserwatystki „dziecko skrzywdzone”. Brawo.

Antypedofilska kampania Fundacji Dzieci Niczyje "to kolejny punkt „walenia” w rodzinę, ponieważ w tej chwili tego typu pomysłów i decyzji władz mamy coraz więcej"

Tak po prawdzie wdzięczny jestem fundamentalistom za tę istną powódź mądrości. Konkretnie zaś za to, że po raz kolejny padło sakramentalne oskarżenie o „atak na rodzinę”. Dziwnym trafem tego rodzaju oskarżenie pada ZAWSZE w przypadku, w którym prawica chce coś skrytykować.

In vitro - Atak na rodzinę, a poza tym dziecko jest „sztucznie poczynane”.
Prawo do aborcji - Atak na rodzinę, bo „dzieci są mordowane”.
Edukacja seksualna - Atak na rodzinę, bo rodzice mają prawo do etc.
Pigułka dzień po - Atak na rodzinę, bo młodzież nie będzie słuchać rodziców.
Antykoncepcja – Atak na rodzinę, bo to „zamykanie się na życie”.
Związki partnerskie - Atak na rodzinę, bo konstytucja.
Konwencja antyprzemocowa – Atak na rodzinę "bo gender"
Gender studies – Atak na rodzinę, bo płeć kulturowa.
Sklepy czynne w niedzielę – atak na rodzinę.

A teraz przyszedł czas na „oczywistą oczywistość”. Wszystkie wymienione przeze mnie punkty łączy jedno. Cóż takiego? Ano to, że Kościół katolicki je zaciekle zwalcza. Śmiem twierdzić, że hasło „atak na rodzinę” zostało ukute przez naszych purpuratów. Wymyślili oni (całkiem słusznie), że część wierzących chętniej stanie w „obronie rodziny” (bo w domyśle swojej też będą bronić), niż w „obronie Kościoła”. Poza tym, dzięki temu hasłu, Kościół może się wtrącać dosłownie we wszystko, w co mu się podoba. Gdyby ktoś się jakiegoś biskupa zapytał: „no ale, księże biskupie, czemu robicie to, co robicie?”; purpurat odpowie „ja tylko bronię rodziny, synu!”. To nie tak, że Kościół się wtrąca do ustawodawstwa w kraju! Nic z tych rzeczy – Kościół jedynie staje w „obronie rodziny”. Jeśli ktoś ma inne (niż Kościół) zdanie na jakiś temat, to nie krytykuje Kościoła – o nie, on „atakuje rodzinę”. Genialne w swojej prostocie i cholernie skuteczne. A że ów argument brzmi debilnie? Kogo to obchodzi. Przecież chodzi o to, żeby wbić wiernym w głowy jakieś nośne hasełka z nadzieją, że żaden z nich nie siądzie i nie pomyśli „no ale cholera jasna, o co chodzi z tym in vitro? Przecież to, że Kowalscy mają dzieciaka z in vitro nie jest atakiem na rodzinę – to tę rodzinę wspiera!”. Rzecz jasna, jeśli wierny siądzie, przemyśli i uzna, że Kościół przegina pałę, to się nagle okazuje, że „popierając in vitro stawia się poza Kościołem”. Z niecierpliwością czekam na kolejne punkty, które Kościół dopisze do listy rzeczy „atakujących rodzinę”.

Co się zaś tyczy fanatyków religijnych, którzy krytykują kampanię społeczną Fundacji Dzieci Niczyje. Ja wiem, że na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby Kościół za pomocą swoich dronów usiłował torpedować akcję anty-pedofilską, ale biorąc pod rozwagę poziom intelektualny tych ludzi, brzmi to jak wyjątkowo nieśmieszny żart. Najprawdopodobniej przyczyną, dla której zaczęli ujadać i krytykować tę kampanię jest ich wrodzona (bądź też wyuczona) głupota. Głupota, która nie pozwala im zrozumieć tego, że swoim postępowaniem szkodzą tylko i wyłącznie dzieciom. Fanatyzm religijny nie pozwala im pojąć tego, że w Polsce katolickiej dzieci padają ofiarami przemocy seksualnej i że wałęsowska metoda „nie chcesz Pan mieć gorączki, stłucz Pan termometr” (która w tym przypadku sprowadza się do niemówienia o przemocy seksualnej) – jest cokolwiek nieskuteczna. Warto również na przyszłość zapamiętać sobie to, że ludzie, którzy (za przeproszeniem) najczęściej wycierają sobie mordy „dobrem dzieci” w tym konkretnym przypadku stanęli po stronie pedofilów.

Źródła:

http://www.radiomaryja.pl/informacje/kontrowersyjne-bilbordy-na-ulicach-warszawy/

http://wyborcza.pl/1,91446,17581870,GADKI___rusza_kampania_FDN_dot__wykorzystywania_seksualnego.html#ixzz3WFr3VSgT

http://wyborcza.pl/1,75478,17701242,Kampania_o_wykorzystywaniu_seksualnym_dzieci_sola.html#ixzz3WGH46zDC

Informacje o kampanii (strona FDN)

http://www.fronda.pl/a/fundacja-dzieci-niczyje-probuje-uderzac-w-rodzine,49073.html

czwartek, 2 kwietnia 2015

Kaja Godek – kafar Episkopatu

Kilka dni temu portal Wyborcza.pl opublikował list Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian" pt. „Kaja Godek nie ma skrupułów, miażdży godność dzieci w ideologicznym celu. A publiczna TV jej na to pozwala”.

Po przeczytaniu wspomnianego listu, wygrzebałem w internecie odcinek programu „Bez retuszu”, do którego się odnosił (oglądania programu nie polecam osobom o słabych nerwach). Dość powiedzieć, że wypowiedzi Kai Godek były w 100% zgodne z biskupią narracją (pełną pogardy dla metody in vitro, rodziców, którzy zdecydowali się na skorzystanie z tej metody i samych dzieci „z bruzdami”). Rzecz jasna, list „Naszego Bociana” spotkał się z reakcją Kai Godek i właśnie o tym będzie niniejsza notka.

„Gazecie Wyborczej” i jej ideowym kolegom składam serdecznie podziękowanie za nagłośnienie problemu krzywdzenia dzieci pochodzących z zapłodnienia in vitro” - odezwała się osoba, która wraz z kolegami z Episkopatu i tuzami w rodzaju księdza Oko usiłuje doprowadzić do tego, żeby ludzie się brzydzili dzieciakami z in vitro (bo wiadomo, że wraz z obrzydzeniem przyjdzie nienawiść). A to „bruzda dotykowa” (Longchamps de Bérier), a to „twory frankensteina”(Pieronek), a to „poczynanie na szkle” i „zwierzęca metoda”.

Kaja Godek: „Uwadze wielu osób umyka jednak fakt, że samo powołanie do życia metodą in vitro jest uwłaczające dla poczynającego się w ten sposób dziecka”.

No, a poza tym te bruzdy...

„W klinikach sztucznego rozrodu istnieją tzw. „pokoje M”, czyli „pokoje dla panów”, gdzie pośród stosu pisemek pornograficznych przyszli ojcowie oddają do plastikowego pojemnika materiał genetyczny, z jakiego mają powstać ich dzieci”.

Nie żaden „materiał genetyczny” tylko dzieci niepoczęte! Obsesja na punkcie cudzych genitaliów i tego co, kto i gdzie z nimi robi to wizytówka Kościoła i jego świeckich pomocników.

„Klucz do takich pokoi otrzymuje się na 20 minut, po tym czasie należy przekazać pracownikowi kliniki pobrane nasienie, które poddawane jest kolejnym laboratoryjnym procedurom i w końcu łączone z komórkami jajowymi uzyskanymi od kobiety. W ten sposób powołuje się do istnienia dziecko (a najczęściej kilkoro dzieci)”.

Plemniki łączy się z komórkami jajowymi... Potworność...

„Zdarza się, że z takiego pokoju trzeba korzystać kilkakrotnie zanim materiał uda się pobrać – upokorzenie rodzi stres, a to nie ułatwia klientom ‘pobrania’”.

I w tym miejscu nawet bez specjalistycznej wiedzy widać, że pani Kaja pisze wierutne bzdury. Bo jakby to wyglądało w praktyce? „Panie Henryku, ma pan 20 minut, bo potem w kolejce jest pan Łukasz. Jeśli się pan nie wyrobi, to będzie pan musiał poczekać aż się zrobi okienko po panu Stefanie”. Gdyby w klinikach faktycznie był taki ruch, że "okienko" dla mężczyzny miało by 20 minut, to w jaki niby sposób można by było z tego pokoju "korzystać kilkakrotnie zanim materiał uda się pobrać"?

Poza tym jest jeszcze jedna sprawa, o której pani Kaja nie ma pojęcia (swoją drogą - pasowałoby uzupełnić wiedzę przed zabieraniem głosu na dany temat). Mężczyzna, który przyszedł z partnerką do kliniki in vitro prawie na pewno ma za sobą badanie nasienia (wbrew twierdzeniom przeciwników in vitro – nie jest to metoda, na którą ludzie decydują się bez uprzednich badań). I niech pani Kaja zgadnie, w jaki sposób pobiera się od mężczyzny próbki do badania? Skoro sobie taki Kowalski poradził z oddawaniem nasienia w celach diagnostycznych, to poradzi sobie też w klinice in vitro.

„Promotorzy sztucznego rozrodu zapierają się, że dzieci z in vitro to dzieci z miłości”.

Rodzice dzieciaków z in vitro mają dokładnie takie samo zdanie na ten temat.

„Wypada zapytać: z miłości do kogo? Czy do rozebranej modelki z pornogazety w pokoju dla panów?”

Czy tylko mnie się wydaje, że gdyby kliniki in vitro wprowadziły zarządzenie „masturbacji w celu pobrania nasienia należy dokonywać tylko i wyłącznie w trakcie myślenia o swojej partnerce”, pani Kaja zapałałaby gorącą miłością do tej metody?

„Jakie poczucie funduje się dziecku poczętemu tą metodą?”

A co to w ogóle za argument? Skoro nie można było dziecka „począć” inną metodą, to jaki wybór miała para? Niech się pani Kaja zapyta jakiegoś dzieciaka z in vitro o to, czy „trudno mu się żyje ze świadomością, że jego ojciec masturbował się w klinice in vitro”. Śmiem twierdzić, że najłagodniejszą odpowiedzią, z którą zetknęłaby się pani Kaja, byłoby „czy panią już do szczętu poje***ło?”

„Czy ciężar świadomości, że jego życie rozpoczęło się w opisany powyżej sposób to dla lobbystów in vitro naprawdę czysta abstrakcja?”

To JEST czysta abstrakcja. Nikt, komu propaganda fanatyków religijnych nie wyżre mózgu, nie będzie się zastanawiał nad takimi pierdołami. Rzygać się chce od retoryki ludzi, którzy na wszelkie możliwe sposoby próbują wykazać, że dzieciaki z in vitro są „gorsze”. Pani Kaja zachowuje się jak gówniarz, który biega za innym dzieciakiem i wrzeszczy na niego, że był „adoptowany”, tylko po to, żeby poczuć się lepiej.

„Czy kogoś dziwi, że w chwili, gdy opisuje się przebieg procedur sztucznego zapłodnienia, siedzące w telewizyjnych studiach osoby uwikłane w ten biznes dostają histerii? Że nie przechodzi im długo po programie?”

Dziwi mnie to, że kogoś takiego w ogóle zaprasza się do studia tylko po to, żeby ział nienawiścią do wszystkiego, co „inne”. Ponadto, nie jest histerią sytuacja, w której ktoś jest tak bardzo zszokowany zbydlęceniem swojego rozmówcy, że nie jest w stanie wypowiedzieć słowa (względnie – jest w stanie wypowiedzieć ich wiele, ale prawie wszystkie są niecenzuralne). Mało kto jest w stanie dyskutować z osobami pokroju Kai Godek. Tak samo, jak mało kto wytrzymałby sytuację, w której jakiś obcy człowiek wlazł mu do mieszkania, zdemolował wszystkie pomieszczenia, wysmarował ściany fekaliami, podarł album ze zdjęciami bliskich i na końcu powiedział, „ok, przyszedłem do pana, żeby porozmawiać moich zastrzeżeniach do metody in vitro”.

„Dostają jej z pewnością z co najmniej dwóch powodów.”

Jednym z nich jest Pani bezmyślność, a drugim to, że daje im Pani odczuć to, że bezgranicznie nimi pani gardzi.

„Uświadomienie sobie, że własnemu dziecku zrobiło się krzywdę, musi potwornie boleć.”

Przypomnijmy – tą krzywdą jest fakt, że ojciec dziecka masturbował się w klinice in vitro.

„Dyskomfort rodzi się też być może z tego, że grupy oficjalnie podające się za miejsca wsparcia rodziców korzystających z in vitro to de facto tajna broń przemysłu sztucznego rozrodu”

Dlatego, że nie tłumaczą rodzicom, że ich dziecko będzie gorsze od dzieci pani Kai Godek?

„Zajmują się naganianiem klientów i robieniem pijaru klinikom.”

Wydaje mi się, że każdy, kto nie mówi „in vitro to szatan, zło i zniszczenie”, w opinii pani Kai „robi pijar klinikom”.

„Tak jak Wanda Nowicka brała pieniądze od biznesu aborcyjnego, tak owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki.”

Nawet jeśli jakieś koncerny faktycznie płacą tym stowarzyszeniom, to co z tego? A skoro już jesteśmy przy pieniądzach - ciekaw jestem, czy pani Kaja Godek, będąca członkiem zarządu fundacji „pro prawo do życia” (od dnia 28-05-2014, o ile dobrze odczytuję dane z KRS), za swoją „pracę” w fundacji (tj. próby wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, zakazu edukacji seksualnej i obwożenie po Polsce zdjęć pokawałkowanych płodów) otrzymuje jakieś wynagrodzenie, czy też działa na zasadzie pro publico bono?

„Gazetę Wyborczą i jej pomagierów proszę jedynie o niewykręcanie kota ogonem. To wy lobbujecie za tym, aby poczynanie ludzi w sposób im uwłaczający zostało zalegalizowane stosowną ustawą. Atakujecie osoby, które pokazują ciemną stronę in vitro, bo jesteście przerażeni tym, co sami propagujecie…”

Wyobraźmy sobie sytuację, w której jakiś człowiek – nazwijmy go pan Iksiński – zostaje zaproszony do studia TV w celu wzięcia udziału w dyskusji na jakiś temat. Program się rozpoczyna, dyskusja toczy się na żywo, nagle pan Iksiński wstaje i wymiotuje kolejno na każdego uczestnika. Obrzygani przez Iksińskiego ludzie nie są z tego zadowoleni i dają temu wyraz w rozmowie z dziennikarzami jednej z gazet. Gazeta opisuje całe zajście oraz dodaje komentarz „obrzyganych”. Iksiński czyta uważnie artykuł w gazecie i nagle wzbiera w nim słuszny gniew: „No przecież ja tylko dyskutowałem i przestawiałem swoje argumenty. Jesteście przerażeni tym, co sami propagujecie!”

Retoryka Kościoła, który od upadku PRL szuka sobie kolejnego „wroga klasowego” (wokół walki z którym mógłby znowu skupić wiernych), staje się coraz bardziej histeryczna. Coraz więcej w niej nienawiści do bliźniego. Coraz więcej pogardy dla „innych”. Dlatego właśnie kościelnymi agentami wpływu są ludzie pokroju Tomasza Terlikowskiego i Kai Godek. Nie chodzi o dyskusję z ludźmi o odmiennych poglądach – chodzi o to, żeby tych ludzi pognębić. Zamiast wierzących intelektualistów i filozofów do rozmów z „niewiernymi” posyła się kafary, których jedynym zadaniem jest „zmiażdżenie heretyków”. 

Kościół mógłby, co prawda, po prostu oświadczyć: „nam się metoda in vitro nie podoba, ale rozumiemy, że nie wszyscy są wierzący i nie wszyscy muszą nas słuchać”. Zamiast tego mamy do czynienia ze skrajnym przypadkiem dehumanizacji dzieciaków z in vitro. Co prawda, ktoś tam kiedyś powiedział „będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”, ale dla Kościoła dzieciaki z in vitro nie są „bliźnim”, bo „nie poczęły się w sposób naturalny” - zostały „wyprodukowane na szkle” za pomocą „zwierzęcej metody”. Sam Kościół twierdzi, że nie wyklucza nikogo, tyle że wypowiedzi hierarchów (oraz usłużnych w rodzaju ks. Oko, Tomasza Terlikowskiego etc.) stoją w jawnej sprzeczności z tymi deklaracjami. Tym samym - „przykazanie miłości” (cytowane wcześniej) zostało zamienione na przykazanie nienawiści, które brzmi mniej więcej tak „będziesz nienawidził tego, kogo ci wskażemy”.

czwartek, 11 września 2014

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej Katolickiej


Grafika autorstwa Wiewiórki Chaosu. Literka "ó" użyta celowo. 

W opinii hierarchów Kościoła, prawicowych publicystów, polityków i całej reszty usłużnych, Konstytucja gwarantuje Kościołowi prawo do czegoś, co można nazwać hegemonią etyczną (moralną etc.). Ich zdaniem Kościół (a co za tym idzie- wierzący) ma prawo do narzucania wszystkim dookoła swojego światopoglądu. Artykuły poruszające ten temat  opatrzone są cytatami z Konstytucji RP, które to cytaty (zdaniem autorów) potwierdzają to, że katolikom wolno więcej. Innymi słowy, środowiska kościelne traktują Konstytucję RP jak poręczny młotek, którym można do woli tłuc niewierzących. Czy Konstytucja RP faktycznie jest „katolicka”? Przekonajmy się.

Okładka „Gościa Niedzielnego” obwieszcza, co następuje:

„Konstytucja Rzeczypospolitej gwarantuje wierzącym prawo obecności w życiu publicznym i prawo kształtowania oblicza Polski. Także jej ustaw.”

W tym miejscu zaznaczam, że odnoszę się do tekstu okładkowego, nie zaś do artykułu, dlatego, że treść tegoż artykułu jest bez znaczenia. Jedyne, co jest istotne, to cytat z Konstytucji RP. Cytat, który w opinii autora (oraz całej masy prawicowców, którzy non stop powołują się na Konstytucję) sugeruje, że, co prawda, wszyscy Polacy są równi, ale katolicy są równiejsi.

„My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski…”

(podkreślenie, rzecz jasna, nie pochodzi z GN)

Czy z powyższego fragmentu Konstytucji można wysnuć wniosek, iż „wierzący mają prawo kształtowania oblicza Polski. Także jej ustaw.” Jak najbardziej. Tylko że jeden, bardzo istotny wniosek umyka katolickim „analitykom” Konstytucji. Jakiż to wniosek? Ano taki, że Konstytucja gwarantuje prawo do kształtowania Polski. Także jej ustaw również niewierzącym. Kolejna rzecz, która zupełnie umyka „analitykom” to fakt, że wszyscy Polacy mają dbać o dobro wspólne, którym jest Polska (nie zaś „Polska Katolicka”).

Ujmując rzecz prostymi słowy, cytowany fragment preambuły nie gwarantuje wierzącym prawa do zakazywania in vitro (na drodze ustawy), tylko i wyłącznie dlatego, że zdaniem wierzących „in vitro to grzech”.

Jest jeszcze jeden fragment preambuły, który prawicowcy z lubością przytaczają i który ich zdaniem świadczy o tym, że Polska katolicka jest i basta!

„wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną
ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu
i ogólnoludzkich wartościach,


Prawicowcy powołują się na podkreślony fragment, zupełnie ignorując ciąg dalszy (pogrubiony). Tak bardzo skupiają się na tym „chrześcijańskim dziedzictwie”, że zupełnie umykają im  „ogólnoludzkie wartości”.

Skoro już czytamy Konstytucję, warto popatrzeć na działania prawicy i skonfrontować je z odpowiednimi artykułami Konstytucji.

Sprawa prof. Chazana


Nikomu nie trzeba tłumaczyć tego, czym zasłynął prof. Chazan. Za to, co zrobił, spotkała go zasłużona kara i wyleciał na zbity pysk z piastowanego stanowiska. Kościół i „usłużni” od razu podnieśli larum „Konstytucja gwarantuje wolność sumienia!”, „zwolnienie Chazana to łamanie Konstytucji”. Prawica powołuje się na art. 53 ust. 1:

„1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.”

Prawicowiec rozumuje tak: sumienie Chazana (które wcześniej pozwoliło mu zamordować 500 „dzieci nienarodzonych”) nie pozwoliło mu na wskazanie szpitala, w którym pacjentka mogłaby dokonać terminacji ciąży. Skoro zaś Konstytucja gwarantuje wolność sumienia, to Chazan miał prawo do tego, co zrobił. Tym samym każda kara, która go za to spotkała jest łamaniem praw zagwarantowanych mu przez Konstytucję. Sam Chazan nie ukrywa, że odmowa terminacji ciąży/etc.  była spowodowana jego poglądami. Ujmując to nieco inaczej – prof. Chazan, odbierając kobiecie prawo do samostanowienia, uzewnętrzniał swoją religię. Czy Konstytucja faktycznie na to zezwala?

Art. 53 ust. 5

Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy
i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku
publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.


Artykuł 37 Ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty:

Lekarz może powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z
jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30, z tym że ma obowiązek wskazać realne
możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym

oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej.


Warto w tym miejscu zauważyć, że prawicowym „analizom” Konstytucji towarzyszy (jak zwykle) pomieszanie z poplątaniem. Wymieszano w nich konstytucyjne prawo do wolności sumienia i religii, z klauzulą sumienia (z ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty) . Do tego wszystkiego dodano jeszcze standardowy zarzut „prześladowania katolików”.

Akcja „Stop pedofilii”

Pomysłodawcy tej akcji albo nie za bardzo rozumieją co czynią, albo też celowo chcą wystawiać dzieci na żer pedofilom. Ponieważ fanatykom religijnym nie podoba się edukacja seksualna, wpadli oni na genialny pomysł – chcą nowelizacji Kodeksu karnego, która to nowelizacja w praktyce oznacza penalizację edukacji seksualnej. Dodatkowo – rodzice, którzy chcieliby edukować swoje dzieci, również mogą się narazić na odpowiedzialność karną.


Mariusz Dzierżawski (stop pedofilii) tłumaczy zagrożenia związane z edukacją seksualną:

„pozbawianie dzieci poczucia wstydu, pobudzanie seksualne od przedszkola, sprzyja nadużyciom seksualnym, również o charakterze pedofiliskim”.

O „pobudzaniu seksualnym od przedszkola” nie warto wspominać, bowiem teza ta wynika z niezrozumienia słowa pisanego i zaleceń WHO (podpowiedź – nie ma tam słowa o tym, że przedszkolaków będzie się uczyć masturbacji). Tym, co zasługuje na potępienie jest dalsza część wypowiedzi. Pamiętacie abp. Michalika, który twierdził, że dzieci wciągają dorosłych w pedofilię? Mariusz Dzierżawski nie tylko zgadza się z tezą Michalika, ale w oparciu o nią domaga się zmian w Kodeksie karnym. Co ciekawe, kiedy przedstawicieli akcji „stop pedofilii” poinformuje się o tym, że w zaleceniach WHO sporo miejsca poświęcono walce z pedofilią (informowanie dzieciaków o tym, że ich ciało jest ich i nikt nie ma prawa ich dotykać/etc. bez ich zgody), dostają piany na buzi i zaczynają perorować o tym, że „to poziom gimbazy”. Nie wiem, czy zwalczanie polityki informacyjnej, która utrudni pedofilom żerowanie na dzieciach, to działanie celowe, czy też przejaw głupoty, tym niemniej z punktu widzenia ofiar pedofilów – powody sprzyjania pedofilii przez „stop pedofilii” są raczej mało istotne. Owo „poczucie wstydu”, o którym wspomina Dzierżawski, działa na korzyść bydlaków, którzy wykorzystują dzieci. Bo skoro dziecko wstydzi się tego, co się stało, to przecież nikomu o tym nie powie (tego rodzaju retoryka nie powinna nikogo dziwić – zawstydzanie ofiar gwałtu to na prawicy norma).


Agnieszka Jarczyk (stop pedofilii) z przenikliwością właściwą kondycji intelektualnej „obrońców życia” tłumaczy się z zarzutów „lewicowego mainstreamu”

„Lewicowy mainstream ostrzega, że zapis ten mówi o ochronie dzieci przed ich rodzicami. Bo jeśli rodzic da dziecku np. prezerwatywę to może trafić za to nawet do więzienia. Nie sądzę, aby odpowiedzialni rodzice zechcieli rozbudzać seksualnie swoje dziecko.”

Po przetłumaczeniu z katolickiego na polski – tak, jeśli rodzic da dziecku prezerwatywę, złamie prawo i może iść siedzieć. Dlaczego? Bo „odpowiedzialni” rodzice tego nie robią. Nawiasem mówiąc, jeśli danie dziecku prezerwatywy „rozbudza je seksualnie” to akcja „stop pedofilii” powinna zacząć zwalczać kolorowe baloniki, które rodzice-zwyrodnialcy dzieciom swoim kupują (bo to przecież też kawałek gumy).
Czy działania grupki fanatyków religijnych, którzy w swoim mniemaniu walczą z pedofilią (a tak naprawdę – wspierają ją, świadomie bądź też nieświadomie) są zgodne z Konstytucją? Katoliccy „analitycy” odpowiedzieliby twierdząco- w końcu „Konstytucja gwarantuje wierzącym(...)”. A jak jest w rzeczywistości?

Art 53 ust. 3

Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego
i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przepis art. 48 ust. 1 stosuje
się odpowiednio.


Art 48 ust. 1

Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.
Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność
jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.


Pomysłodawcy akcji „start pedofilii” (nazywajmy rzeczy po imieniu) powinni bardzo wyraźnie wczytać się w powyższe akapity. Konstytucja gwarantuje im prawo do wychowywania (uwaga, włączam capslocka) SWOICH dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Od cudzych dzieci, których rodzice mają inne poglądy, pomysłodawcy mogliby się łaskawie odwalić.

Hierarchowie kościoła (oraz usłużni publicyści/politycy/etc.), powołując się na wybrane fragmenty Konstytucji RP, zachowują się tak, jakby cofnęli się do czasów pre-gutenbergowskich i cytowali Biblię, do której „ciemny lud” nie ma dostępu. Otóż- wielce szanowni purpuraci – ciemny lud (którego reprezentantem jestem) umie czytać, ma dostęp do Konstytucji i, wbrew temu co twierdził Jacek Kurski, nie wszystko „kupuje”. Żyjcie sobie tak, jak chcecie, wychowujcie swoje dzieci, tak jak chcecie, ale odwalcie się od niewierzących i nie usiłujcie nam kitować, że Konstytucja gwarantuje wam prawo do tego, żebyście dyktowali nam, nieprzepadającym za Kościołem, jak mamy żyć. Amen.

Źródło:

http://www.fronda.pl/a/atak-na-stop-pedofilii-to-atak-na-rodzicow-chcacych-chronic-dzieci,40839.html



poniedziałek, 2 czerwca 2014

Deklaracja fanatyzmu lekarzy

W tygodniu powyborczym zrobiło się bardzo głośno w temacie „deklaracji wiary” lekarzy. Sprawa już jakiś czas temu rzuciła mi się w oczy, ale ponieważ nikt się nie wyrywał z podpisywaniem tejże, uznałem, że nie ma sensu się nad tym pochylać. Tym niemniej, w momencie, w którym ponad 3 tysiące lekarzy złożyło pod dokumentem swój podpis, chyba jednak trzeba się temu przyjrzeć i nieco na ten temat poczytać. Co zrozumiałe, masowe podpisywanie tej deklaracji fanatyzmu przyciągnęło uwagę mediów i sporej liczby ludzi. Komentarze były bardzo różne, ale generalnie rzecz ujmując, sygnatariuszy odsądzono od czci i wiary.

Rzecz jasna, kpiny z deklaracji (w pełni zasłużone) nie mogły pozostać bez odpowiedzi zainteresowanych. Na portalu Fronda.pl pojawił się list jednej z sygnatariuszek. Nie zamierzam odnosić się w tym miejscu do całej treści (bo to bez sensu), a jedynie do końcówki oświadczenia/listu lekarki, Marii Chodyry:

Nade wszystko zbulwersowana faktem całej medialnej dyskusji polecam zapoznanie się z oryginalnym tekstem deklaracji wiary na stronie www.deklaracja-wiary.pl, następnie przemyślenie przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Co prawda nie jestem „mediami”, ale uznałem za stosowne zadośćuczynić tej prośbie. Bez problemu odnalazłem na linkowanej stronie oryginalny tekst. Po przeczytaniu tegoż (wiele tego nie było - 1 strona znormalizowanego tekstu) postanowiłem, że zacytuję go punkt po punkcie i będę się odnosił do poszczególnych fragmentów. Robię to „bez narzucania odpowiedzi z mediów”.

Nam – lekarzom – powierzono strzec życie ludzkie od jego początku...”

I dlatego sprzeciwiamy się terminacji ciąży w przypadku, w którym ciąża stanowi zagrożenie dla życia kobiety.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.”

Świadomość tego, że lekarze, którzy mają mnie leczyć, są kreacjonistami, niesamowicie mnie uspokaja.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:
- ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,
- moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.

Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania
Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie,
eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.”

Jesteś kobietą i idziesz do lekarza po pigułki hormonalne, które ratują Twoje zdrowie? Nie dostaniesz recepty, bo - co prawda - dla Ciebie są one lekarstwem, ale dla lekarza to odrzucenie stwórcy. Jak widać, „primum non nocere” również może zostać podważone przez klauzulę sumienia. Inna sprawa – LEKARZ, który twierdzi, że używając prezerwatyw „odrzucam stwórcę”, powinien zostać przebadany przez specjalistów (takich, którzy nie podpisywali tej nieszczęsnej deklaracji).

3 PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej (...)”

Z polskiego na nasze – gender to szatan.

(...)Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia”(...)”

A ludzie, którzy nie mogą mieć potomstwa, nigdy nie będą „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” i - co zrozumiałe - powinni się czuć przez to gorsi.

(...)powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.(...)”

Z polskiego na nasze - ludzie niezwiązani sakramentem ślubu nie mają prawa do uprawiania seksu. Domyślam się, że jeśli tacy ludzie dorobią się potomstwa, będzie ono gorsze od potomstwa ludzi mających ślub kościelny.

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.”

Czyli np. prawo do odmowy przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, prawo do odmowy przepisania kobiecie hormonów („bo, panie, te hormony to działajo jak antykoncepcja!”) i tak dalej, i tak dalej.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim - aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji(...)”

Takim, jak zdobycze XXI-wiecznej medycyny.

(...)potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.(...)”

Co zrozumiałe, klauzula sumienia obejmuje również „potrzebę stałego pogłębiania wiedzy”. Teologia ciała ogranicza się, rzecz jasna, do „teologii narządów płciowych”, na temat których Kościół ma bardzo wiele do powiedzenia.

6. UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.”

Rozumiem, że zniechęcanie do przeprowadzania badań prenatalnych, okłamywanie kobiet w trakcie ich przeprowadzania, nieprzepisywanie antykoncepcji hormonalnej, nieprzepisywanie pigułek hormonalnych w przypadkach chorobowych, odmowa przepisania zgwałconej kobiecie antykoncepcji doraźnej, ogłaszanie wszem i wobec, że in vitro to zło etc., etc. – to wszystko mieści się w „nienarzucaniu nikomu swoich poglądów”. I na tym deklaracja się kończy (ok, jest jeszcze fragment Humanae vitae Pawła IV, ale punktów jako takich więcej nie ma).

Artykuł na Frondzie.pl zatytułowano dramatycznie: „Zanim oczernisz lekarza z powodu jego wiary. Koniecznie przeczytaj!” W kontekście dokumentu, który podpisywali owi lekarze, nie za bardzo wiem, w jaki sposób można ich oczernić. Bo jak oczernić kogoś, kto twierdzi, że tylko małżonkowie (ślub kościelny, rzecz jasna) mają prawo do uprawiania seksu, że tylko małżonkowie mogą mieć dzieci, że stosowanie antykoncepcji to odrzucanie stwórcy, że eutanazja jest zła, bo jest niezgodna z jego sumieniem itd. Nie wiem, czy posiada sumienie ktoś, kto nie rozumie, czym jest eutanazja dla cierpiącego człowieka (takiego, który wie, że przestanie cierpieć dopiero wtedy, gdy umrze). Każdemu, kto twierdzi, że „cierpienie uszlachetnia” (oczywiście, cudze cierpienie), życzę tego, żeby w trakcie swojego życia miał bardzo dużo okazji do uszlachetnienia samego siebie.

Przeczytałem tę deklarację i wydaje mi się, że placówki medyczne, które zatrudniają sygnatariuszy tejże deklaracji, powinny informować o tym fakcie każdego pacjenta. Pozwoliłoby to kobietom na uniknięcie upokarzającego spotkania z ginekologiem, który poproszony o przepisanie pigułek hormonalnych, zacznie jej prawić kazania o tym, jakie to one są złe i w rezultacie ich nie przepisze. Publiczna informacja na temat sygnatariuszy (i innych lekarzy, którzy zasłaniają się klauzulą sumienia, jak się im coś nie podoba lub chcą więcej zarobić prywatnie – spora liczba klauzolowiczów opory przed antykoncepcją ma jedynie w publicznych placówkach) byłaby uczciwa wobec kobiet. Bo wbrew temu, co się może wydawać fanatykom religijnym, nie każda kobieta lubi półgodzinne kazania na temat szkodliwości antykoncepcji.

W całej tej zawierusze związanej z deklaracją fanatyzmu nikt nie zwrócił uwagi na jedno zagrożenie. Lekarze, którzy podpisali tę deklarację nie ukrywają, że będą postępować zgodnie z zaleceniami Kościoła. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której powstaje nowa metoda leczenia jakiegoś schorzenia, która nie spodoba się władzom kościelnym. Owe władze będą więc głośno protestować przeciwko temu rodzajowi leczenia. Co zrobią wtedy sygnatariusze? Zapewne pójdą za głosem Kościoła i oleją nową metodę. Pacjenci będą cierpieć w imię „klauzuli sumienia”, a lekarze - obserwować to cierpienie z dumą. Będą dumni z siebie i z tego, że „nie narzucają nikomu swoich poglądów i przekonań”.

Powróćmy na sam koniec do pytania zadanego przez lekarkę:

Przez kogo tak naprawdę chcemy być leczeni, bez narzucania odpowiedzi z mediów- czy przez uczciwych, kształcących się na bierząco (pisownia zgodna z oryginałem - Piknik), broniących życia lekarzy czy może kogoś innego.”

Odpowiem wprost – tak, chciałbym być leczony przez uczciwych, kształcących się na bieżąco lekarzy, do której to grupy nie zaliczają się, moim zdaniem, sygnatariusze deklaracji fanatyzmu.


Źródła: