Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sytuacja kobiet w Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sytuacja kobiet w Polsce. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 marca 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #112

Niniejszy Przegląd zacznę od tematu, który mnie striggerował mnie do tego stopnia, że się nawet przez moment zastanawiałem nad tym, czy przypadkiem nie poświęcić mu osobnego tekstu, ale potem uznałem, że jednak nie warto. Otóż. Na Kanale Zero odbył się ostatnio twór debatopodobny na temat aborcji. Bardzo szybko okazało się, że padł tam argument, który odebrał smak kapuczinie Krzysztofa Stanowskiego. Pozwolę sobie zacytować jego wpis (a wy zapnijcie pasy, bo będzie trzęsło): „Nie wiem, czy ta debata będzie na moje nerwy, skoro na dzień dobry jedna pani powiedziała - zapewnie słusznie, ale jakoś jednak totalnie nie na miejscu - że zabieg aborcji jest bezpieczniejszy niż wyrywanie zęba mądrości.”. Ja mam tylko jedno pytanie: czemu ten argument miałby być niby „nie na miejscu”? „Debata” dotyczyła aborcji, która jest zabiegiem medycznym. Uczestniczka tejże „debaty” wypowiedziała się w kwestii bezpieczeństwa tego zabiegu i porównała go z innym zabiegiem. Co tu jest „nie na miejscu”? Jedyna przyczyna, dla której komuś to porównanie może się wydać „nie na miejscu” to fakt, że ten ktoś jest przeciwnikiem prawa wyboru, bo wtedy zamiast skupić się na kwestii bezpieczeństwa zabiegu medycznego, skupia się na zupełnie innych kwestiach (bo aborcja nie jest dla takiej osoby zabiegiem medycznym). Nawiasem mówiąc, nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie wspomniał o tym, że to porównanie mogło zostać uznane z karkołomne z innej przyczyny. Otóż, aborcja farmakologiczna odbywa się przeważnie w domu, a jeszcze się nie spotkałem z sytuacją, w której ktoś sam sobie usunął ząb mądrości. Nieco zaś bardziej na poważnie, to ta awersja do mówienia o bezpieczeństwie bierze się również stąd, że przeciwnicy prawa wyboru prowadzą wielotorową kampanię dezinformacyjną i jednym z jej elementów jest straszenie kobiet tym, że aborcja wcale nie jest dla nich bezpieczna. Nie powinno więc nikogo dziwić to, że tego rodzaju porównania wywołują u tych ludzi dość nerwowe reakcje.

Temat tego nieszczęsnego wyrobu debatopodobnego o aborcji wymaga drugiego akapitu. Czemu? Ano temu, że jedną z zaproszonych tam osób była pani z Ordo Iuris. I wiecie, ja rozumiem, że to lekarka (i to z tytułem naukowym), ale ona nie została zaproszona do KZ, żeby reprezentować tam ginekologów. Została tam zaproszona dlatego, że jest związana z Ordo Iuris. Ktoś najprawdopodobniej doszedł do wniosku, że zaproszenie kogoś z organizacji, która (pośrednio) doprowadziła do pierwszych Czarnych Protestów w Polsce (to oni właśnie wyprodukowali ustawę, przeciwko której protestowano) zrobi Kanałowi Zero dobrze na zasięgi. Ja rozumiem, że w 2016 roku (gdy Sejm procedował ustawę autorstwa wyżej wymienionego instytutu) można było nie wiedzieć kim ci ludzie są i zapraszać ich do mediów. Ale teraz mamy rok 2024 i absolutnie każdy, kto choć trochę interesuje się polityką wie, co to za organizacja i jakie ma powiązania. Ci ludzie powinni mieć w polskich mediach absolutny no platform. Nawiasem mówiąc, zaproszenie kogoś z tej organizacji do „debaty” o aborcji można by przyrównać chyba tylko i wyłącznie do zaproszenia rosyjskiego dowódcy do debaty na temat wojny w Ukrainie. Parafrazując klasyka: to jest jakoś jednak totalnie nie na miejscu. Może gdyby Stanowski (albo Mazurek) pomyśleli sobie, że Ordo Iuris to coś w rodzaju Natalii Janoszek byliby bardziej ostrożni i może nawet zrobiliby jakiś pobieżny research na temat tej organizacji? (Edit. Już po napisaniu powyższego kawałka okazało się, że do jednego z kolejnych odcinków na swoim kanale Stanowski zaprosił Rafała Ziemkiewicza. Ja tu zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość, ale może po prostu jestem uprzedzony).

Idźmy dalej. Doczekaliśmy się w naszym kraju czegoś w rodzaju progresu i pewne zachowania, które jeszcze jakiś czas temu przechodziły bez echa, są teraz piętnowane. Chodzi mi, rzecz jasna, o kejs giftpolu. Jakiś czas temu jedna internautka (do niedawna mógłbym napisać Ćwiternautka, ale teraz byłoby to coś w rodzaju „Eloneksiary”, a to już chyba trochę obraźliwe) opisała na Eloneksie to, jak została zwolniona przez Skype. Na udostępnionym screenie widać było, że jej (były już) szef zachował się jak wybitny przedstawiciel kultury Januszexu. Ów szef przekonał się o tym, że jak już coś wkurzy zbiorowy umysł internetowy, to ów zbiorowy umysł potrafi bardzo szybko dojść do tego, kto go wkurzył. Ustalenie nazwy firmy nie trwało długo. Zirytowało to byłego szefa internautki, który zaczął jej wygrażać odpowiedzialnością karną za to, że „jest hejt na firmę”. Eloneksową sekundę później prawie wszyscy prawnicy, którzy mają konta na Eloneksie poinformowali go o tym, że jakoś tak się składa, że nie bardzo ma podstawy do tego, żeby kogokolwiek pozwać. Potem zaś nastąpiło to, co zawsze następuje w sytuacjach, w których ktoś, kto nigdy nie powinien reprezentować firmy (nawet swojej) „na zewnątrz” ową firmę reprezentuje, tym czymś jest absolutny chaos informacyjny.  Firma (czyli Pan Dariusz, bo przecież nawet jeżeli jest tam jakiś dział PR, to nie on był odpowiedzialny za te reakcje) przeprosiła tych, którzy poczuli się dotknięci, w międzyczasie próbowała monetyzować ten swój fakap (poprzez sprzedaż koszulek), były również próby „obśmiania” całej sytuacji i tak dalej i tak dalej. Na szczególną uwagę zasługuje to, że w ramach tego chaosu w pewnym momencie uraczono wszystkich czymś-w-rodzaju-oświadczenia, z którego wynikało, że hejterzy to se mogą hejtować, bo nie ważne, że o firmie Pana Dariusza (giftpol) mówią źle, ważne że mówią. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zachowanie Pana Dariusza było na tyle spektakularne, że jeździli po nim praktycznie wszyscy bez wyjątku.

Zdarzało mi się już parokrotnie wspominać o tym, że przedstawiciele byłej już władzy nie do końca są w stanie się pogodzić z tym, że trochę się pozmieniało i nie mają już takiego wpływu „medialnego” na suwerena, który mieli w czasach, w których dysponowali kluczykami do TVP i Polski Press. Ujmując rzecz nieco inaczej, nie przyzwyczaili się jeszcze do tego, że teraz już nie będą mogli aż tak bardzo bezczelnie kłamać. Przekonał się o tym Mariusz Błaszczak, który rozpisał się na swoim Eloneksowym koncie na temat tego, że ta nowa władza jest zupełnie do niczego, bo z pół miliarda euro, które było przeznaczone na program mający na celu przyśpieszenie produkcji amunicji, polskie firmy dostały 2.1 miliona euro. „Za starych czasów” przekaz Błaszczaka pewnie wjechałby do wszystkich możliwych kanałów, którymi dysponowała Zjednoczona Prawica i wgryzłby się ludziom w głowy, zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować. Ponieważ kiedyś to były czasy, a teraz już nie ma czasów, bardzo szybko okazało się, że Błaszczak (po raz kolejny) zastosował manewr, który można nazwać „autograbiami”. Z jego wpisu prawdą było tylko i wyłącznie to, że faktycznie na cały ten deal z amunicją było pół miliarda i faktycznie polskie firmy dostały 2.1 miliona. Cała reszta (tak więc „wina Tuska”) to były po prostu bezczelne kłamstwa. W telegraficznym skrócie: termin składania wniosków na to dofinansowanie upłynął 13 grudnia (tak więc dokładnie w dniu, w którym zaprzysiężony został nowy koalicyjny rząd (co prawa można to było zrobić wcześniej, ale nie po to Andrzej Duda ma swoje prerogatywy, żeby odrywać swoich kolegów z prawicy od stołków). Poza tym, polskie firmy złożyły wnioski o dofinansowanie w wysokości 11 mlionów euro. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że z wypowiedzi specjalistów wynika, że nie mogliśmy liczyć na więcej ze względu na ograniczone moce produkcyjne polskich firm. Sprawa jest na tyle jednoznaczna, że na jej tle doszło do konfliktu między Mastalerkiem, który był łaskaw przejechać się po Błaszczaku i mu uprzejmie wytłumaczył, że nie mogliśmy dostać 27 milionów jak Węgry, ponieważ wnioskowaliśmy o 11 milionów. Niezrażony rzeczywistością Błaszczak nie przestał opowiadać o tym, że to wszystko przez Tuska i nową koalicję. Ciekaw jestem, czy przyczyną tego, co się stało, było typowe PiSowskie zarządzanie (które w momencie, w którym można było zacząć składać wnioski [18 paźdiernika 2023] słaniało się na nogach po wyborach parlamentarnych), czy też była to celowa robota, tzn. specjalnie składano wnioski o tak małe kwoty, żeby potem mieć (wybaczcie suchar) amunicję do walki z nowymi władzami.

Zapewne pamiętacie o tym, jak to do Polski z gospodarską wizytą wleciała rosyjska rakieta, której potem nikt jakoś specjalnie nie szukał i dopiero po jakimś czasie znalazła ją jakaś osoba, która sobie akurat obok na koniu przejeżdżała? Okazuje się, że są kwity, z których wynika, że Błaszczak doskonale wiedział o tej rakiecie, ale po prostu uznał, że skoro nigdzie nic nie wybuchło, to nie ma co się przepracowywać i lepiej o sprawie nie wspominać. Błaszczak się odgryzł i tłumaczył, że on podtrzymuje to, co wcześniej powiedział (a powiedział, że nie został o niczym poinformowany przez wojsko [ciekawym, czy wojskowi już wtedy zdali sobie sprawę z tego, że tak w praktyce wygląda w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy implementacja hasła „murem za polskim mundurem”]). Nie wiem, komu wy wierzycie w tej konkretnej kwestii, ale ja chyba jednak Błaszczakowi, ponieważ nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się publicznie kłamać (a on sam jest jednym z najbardziej prawdomównych polityków Zjednoczonej Prawicy).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

W poprzednim Przeglądzie wspominałem o tym, że jeden z byłych polityków Polski 2050, Adam Gomoła, ma problemy wywołane tym, że został nagrany w trakcie składania jednej osobie nie-do-końca-legalnej propozycji. Wspominałem również o tym, że Gomoła w tym samym dniu, w którym wrzucałem Przegląd, ma się pojawić w TVN i zapowiedział, że opowie „jaka jest prawda”. Zastanawiałem się nad tym, czy przypadkiem nie będzie tak, że Gomoła postanowi pociągnąć za sobą jeszcze parę osób (bo w to, że w jakiś magiczny sposób okaże się, że to, co go spotkało to nie jego wina/etc. nie chciało mi się wierzyć jakoś szczególnie). A potem okazało się, że w sumie to nie było na co czekać, bo Gomoła w programie opowiadał o tym, że tak właściwie to on jest w tej sprawie ofiarą, że prowokacja/etc. W tym samym dniu zrobił coś, czego nie zrobiłby absolutnie nikt chcący zachować swoją wiarygodność: poszedł do Zbigniewa Stonogi. Parę dni później opowiadał o swojej krzywdzie w Polsacie. Co łączy te wszystkie wystąpienia? To, że była to po prostu najzwyklejsza w świecie mowa-trawa. Nie było tam żadnych łamiących wiadomości, Gomoła nie przyniósł ze sobą do telewizji jakichś „paragonów”, z których wynikałoby, że jest niewinny (albo, że zawinił kto inny [rym niezamierzony]). Gwoli ścisłości, zaczynam podejrzewać, że Adam Gomoła chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak duże może mieć problemy. Jego zachowanie świadczy bowiem o tym, że chyba wierzy on w to, że absolutnie nic mu się nie stanie. Dowodem na to może być to, w jaki sposób zareagował na to, że jego byli partyjni koledzy zaczęli opowiadać o tym, że o tych pieniądzach dla firmy jego współpracowniczki to oni słyszeli już wcześniej, ale wtedy chodziło o większą kwotę (30 tysi zamiast 20), mogliśmy się również dowiedzieć tego, że Gomoła nie chciał powiedzieć kto miałby być darczyńcą. Jak na to zareagował Gomoła? Zaczął tłumaczyć, że on nie może mówić o rozmowach na forum zarządu, bo jego i jego byłych kolegów wiąże tajemnica, którą się związali wchodząc do gremiów zarządzających partią. Tego rodzaju zachowanie miałoby trochę sensu (bardzo niewiele, bo pomagałoby na krótką metę), gdyby wszyscy ci ludzie zachowali milczenie, ale jeżeli część z nich (bardzo chętnie) dzieli się informacjami, to jest to cokolwiek bezsensowne.

Nie tak dawno temu do debaty publicznej wjechała informacja o tym, że są nagrania, których głównymi bohaterami byli Adam Burak i Daniel Obajtek. Parę dni temu okazało się, że tych nagrań jest więcej (a z zajawek, które pojawiły się na Eloneksie wynika, że to chyba będzie takie trochę neverending story teraz). Zanim przejdę do meritum, krótka dygresja. Przy okazji „zrzutu” poprzednich nagrań tłumaczono, że CBA podsłuchiwało Adama Buraka i Obajtek został nagrany przy okazji. No i wszystko fajnie, ale w najnowszych nagraniach bohaterami byli Obajtek i Piotr Nisztor (który wyróżniał się nawet na tle PiSowskich influencerów), a Adam Burak tam się chyba gościnnie pojawił w pewnym momencie (o ile mnie pamięć nie myli). No i teraz nie wiadomo, który z panów z duetu Nisztor-Obajtek był podsłuchiwany przy tej konkretnej okazji. W artykule na Onecie pojawiło się info, że podsłuch założono w gabinecie Obajtka, ale w sumie to nie wiadomo jak było, bo jak się za moment okaże, Nisztor również mógł być podsłuchiwany ze względu na to z czym przyszedł. A przyszedł po pierwsze po to, żeby Obajtek załatwił pracę jego żonie i ojcu (Obajtek obiecał, że się tym zajmie, bo będzie robił reorganizacje i może kogoś wywali przy jej okazji [kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że robotę, owszem, dostali oboje]). Po drugie przyszedł z informacjami o tym, że jakby co, to on ma nagrania obciążające odpowiedzialnością za aferę getback (piramida finansowa) wysoko postawionych polityków Zjednoczonej Prawicy. Obajtek skomentował to tak, że takie „kwity” to są dobre i nie powinno się ich zanosić do jakichś służb, tylko używać ich w charakterze karty przetargowej. Wrócę tu na moment do kwestii podsłuchu: jeżeli ktoś wiedział o tym, że Nisztor ma te nagrania, to ten ktoś mógł podjąć decyzję o tym, żeby go „posłuchać”, by sprawdzić, co będzie chciał z nimi zrobić.

Nawiasem mówiąc, przejawem dziejowej sprawiedliwości jest to, że wszyscy mogli zapoznać się z nagraniami, w których wystąpił Nisztor, bo to on zaniósł nagrania z „Sowy i Przyjaciół” do „Wprost”, no ale to dygresja. Dość zabawne były reakcje obu panów. Pierwszy z nich (Obajtek) oburzał się straszliwie i tłumaczył, że to skandal, że ktoś nagrywał prezesa takiej spółki jak Orlen, ale jeszcze większym skandalem jest to, że ktoś to zaniósł do „dziennikarzy”. Być może mam słabą pamięć, ale nie przypominam sobie, żeby Obajtek się jakoś specjalnie oburzał w czasie, w którym TVP non stop otwierało piwniczkę z nagraniami, gdy trzeba było przykryć ten, czy inny sukces poniesiony przez Zjednoczoną Prawicę. Z Nisztorem sprawa jest o wiele bardziej zabawna, bo ten po prostu udostępnił wpis jednego z członków Ordo Iuris, który klarował na Eloneksie, że te podsłuchy to pewnie były nielegalne i że nie powinno się ich publikować, bo nie wiadomo kto podsłuchiwał/etc. Na sam koniec tych rozważań nagraniowych zostawiłem sobie jeszcze jedną kwestię. Otóż. Okazało się, że Daniel Obajtek najprawdopodobniej był łaskaw złożyć fałszywe zeznania twierdząc, że on się w sumie wcale nie zna z Nisztorem (który gościł w jego gabinecie Orlenowskim 72 razy). Jedyne, co można powiedzieć w takim momencie to „chwilo trwaj”.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że afera związana z Collegium Humanum jest dość „jednowymiarowa”. Tzn. byli sobie ludzie, którzy chcieli za pół darmo i niewielkim (czytaj: żadnym) wysiłkiem ogarnąć sobie MBA i było sobie Collegium Humanum, które wyszło naprzeciw tym oczekiwaniom. Tyle, że teraz się okazuje, że w całej tej sprawie jest również (uwaga, zaraz będziecie zdziwieni swoim brakiem zdziwienia) rosyjski trop. Tl;dr rektor Collegium Humanum, zupełnym przypadkiem, całymi latami obracał się w towarzystwie mocno skarpetosceptycznym, a uczelnie zagraniczne (które zajmowały się ogarnianiem takich samych dyplomów za pół darmo) były zakładane za rosyjskie pieniądze. O tym, że Collegium Humanum współpracowało z uczelniami w Białorusi i Rosji wspominać chyba nie trzeba, prawda? (współpraca trwała w najlepsze już po tym, jak Rosja rozpoczęła wojnę hybrydową z Ukrainą). To jest bardzo wielowątkowa sprawa i jeżeli ktoś chce o tym poczytać więcej (i to DUŻO więcej), to linki do artykułów Anny Mierzyńskiej w Źródłach będzie mógł znaleźć. Pytaniem, które należałoby sobie postawić w kontekście tych wszystkich ustaleń jest pytanie o to, czy ta niska cena za ogarnięcie dyplomu MBA nie miała na celu zgromadzenia w jednym miejscu dużej liczby nie za bardzo rozgarniętych decydentów (i osób, którym te dyplomy były potrzebne do pracy w SSP/etc./etc.). Nie jestem jakimś specjalnym fanem teorii spiskowych, ale biorąc pod rozwagę to, co wiemy na temat tego, w jaki sposób działają Rosjanie, brzmi to bardziej niż prawdopodobnie i mam nadzieję, że odpowiednie służby będą badały ten scenariusz.


Źródła:

Ta pani została zaproszona do „debaty”

https://ordoiuris.pl/dr-hab-n-med-prof-nadzw-wum-ewa-dmoch-gajzlerska

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1770764347221889319

https://natemat.pl/547157,sprawa-graficzki-zwolnionej-przez-skype-giftpol-przeprasza

https://konkret24.tvn24.pl/polityka/afera-o-pieniadze-na-amunicje-kalendarium-wydarzen-st7827768

https://defence24.pl/polityka-obronna/blaszczak-wiedzial-o-rakiecie-wiceszef-mon-ujawnia

https://wydarzenia.interia.pl/raport-wybory-samorzadowe-2024/news-adam-gomola-i-propozycja-na-30-tysiecy-kulisy-konfliktu-w-po,nId,7402190

https://opole.wyborcza.pl/opole/7,35086,30798774,komentarze-po-wywiadzie-adama-gomoly-ws-afery-pan-posel.html

https://twitter.com/K_Izdebski/status/1768384816662151519

https://twitter.com/BartoszLewand20/status/1768369995120054520

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,30806979,do-prokuratury-wplynelo-zawiadomienie-na-daniela-obajtka-mial.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/media/artykuly/462984,piotr-nisztor-dziennikarz-od-afery-podsluchowej-wprost-kim-jest-piotr-nisztor.html

Życzliwy internauta przypomina wpisy Nisztora dotyczące innych taśm:

https://twitter.com/jozefmoneta/status/1768493073997132171

Artykuły Mierzyńskiej o CH

https://oko.press/tajemnice-collegium-humanum

https://oko.press/collegium-humanum-moskwa-pzpr-rektor

piątek, 10 grudnia 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #83

Niniejszy tekst zaliczył spory poślizg. Tym razem nie było żadnej martyrologii, ale najzwyklejsza proza życia. A to asystowanie przy przeprowadzce, a to własna przeprowadzka (jestem w trakcie), a to znów kwarantanna Piknika Juniora (albowiem w klasie się jedno dziecko pochorowało). Cebulą na torcie prozy życia było to, że w momencie, w którym wreszcie zasiadłem do pisania, wyjebało prąd w całym budynku.


Poniższą ścianę tekstu (od razu zastrzegam, że będzie krótsza nieco) zacznę od tematów okołocovidowych. Przez moment się zastanawiałem nad tym, czy aby nie zrobić tak, żeby tym tematom poświęcić osobną notkę, ale dotarło do mnie, że jeżeli tak zrobię, to w międzyczasie mój hoarding tematów do Przeglądu osiągnie takie rozmiary, że te wszystkie linki i tematy zapadną się w sobie, tworząc czarną dziurę.


Surfujemy sobie właśnie jako kraj na kolejnej fali covidowej. O tym, że będzie nami bardzo bujało, wiadomo było od jakiegoś czasu. Mniej więcej zaś od wtedy, gdy okazało się, że zainteresowanie szczepieniami wśród starszych roczników spada i rząd otworzył szczepienia dla młodszych (rzecz jasna, skończyło się to gigantycznym fuckupem i późniejszym masowym przesuwaniem terminów tym, którym udało się zarejestrować w trakcie tegoż fuckupu). Ponieważ nasz rząd wszystko potrafi przedstawić jako sukces, rządowe media zaczęły publikować łamiące wiadomości dotyczące tego, że Polacy mieszkający w Niemczech przyjeżdżają do naszego kraju nad Wisłą, żeby się zaszczepić, bo tam w tych Niemczech to katastrofa jest ze szczepieniami. Co prawda ta „katastrofa” oznaczała, że w Niemczech starsze roczniki się chętniej szczepią (i po temu młodsze musiały czekać), ale to już szczegół był, a w szczegółach to diabeł tkwi, tak więc nie warto się nimi zajmować. O tym, że ta „katastrofa” w Niemczech skończyła się tym, że mają tam znacznie wyższy poziom wyszczepienia, wspominać chyba nie trzeba, bo to oczywista oczywistość. Poza zdolnością do przedstawiania wszystkiego jako sukces, rząd PiSu posiadł równie istotną dla siebie umiejętność, którą jest nie branie odpowiedzialności za nic (bądź też zwalanie odpowiedzialności za wszelkie fuckupy na opozycję). Nie inaczej jest w przypadku pandemii. Otóż, jeżeli zaczniecie komentować jakiś rządowy kanał (jakże adekwatne określenie) informacyjny, albo jakiegoś polityka partii rządzącej, a z waszych komentarzy będzie wynikało, że rząd jest odpowiedzialny za to, co się teraz dzieje, zapewne w którymś momencie natkniecie się na drony, które będą wam tłumaczyć, że tu rząd niczemu nie jest winien, bo po pierwsze to zabija wirus, a po drugie to ludzie się nie chcą szczepić, to co ten biedny rząd może zrobić? Choć całkowitą odpowiedzialność za to, co teraz się dzieje ponosi rząd PiSu, to nie można pominąć milczącego współudziału „wolnych mediów” i opozycji.


O co chodzi z tym milczący współudziałem? Już tłumaczę. Druga i trzecia fala straszliwie przeorały Polskę. Liczba nadmiarowych zgonów była ogromna (niektóre media zwracały uwagę na to, że tak wysoka liczba nadmiarowych zgonów [rok-do-roku] nie była notowana od czasu II Wojny światowej). Wiadomym było, że ani rządowi, ani też rządowym mediom nieszczególnie będzie zależeć na tym, żeby tego rodzaju informacje się utrwalały, tak więc temat ten był „zamilczany” przez media rządowe, które owszem, co jakiś czas wspominały o tym, że jest wiele ofiar pandemii, ale te złe rzeczy to się dzieją w innych krajach. Taką samą strategię zastosowano w przypadku inflacji. Inflacja, owszem, jest bardzo wysoka, ale tylko i wyłącznie w innych krajach, o inflacji w Polsce rządowe media jakoś tak nieszczególnie chętnie informują, no ale to tylko dygresja. Skoro więc rządowa machina propagandowa chciała temat ofiar pandemii zamilczeć, to chyba jasne jest to, że opozycja i „wolne media” powinny robić wszystko, żeby utrudnić zadanie wyżej wymienionej machinie. Czy opozycja i „wolne media” zachowały się „jak trzeba”? A gdzie tam. Gdybym miał sobie gdybać na temat tego, czemu zostało to olane, to obstawiałbym, że chodziło o to, że uznano, że byłoby to nieetyczne, no bo przecież tu chodzi o zmarłych etc. (of korz, chodzi również o to, że opozycji się niewiele chce, a „wolnym mediom” jeszcze mniej).


I wszystko pięknie (etycznie), ale pięknoduchy, które najprawdopodobniej myślały tymi kategoriami zupełnie zignorowały to, że pandemia się nie skończyła na trzeciej fali. Z tego zaś płynął wniosek taki, że jeżeli rząd zostanie utwierdzony w przekonaniu, że może doprowadzić do śmierci kilkudziesięciu tysięcy Polaków i nie ponieść za to żadnych (choćby „słupkowych”) konsekwencji, to można być pewnym, że pandemia zostanie przez rząd olana. Skoro bowiem kilkadziesiąt tysięcy osób umarło i nikogo to nie obeszło, to jak umrze jeszcze kilkadziesiąt, to też nikogo nie będzie to obchodzić. Gdyby udało się doprowadzić do sytuacji, w której jednak kogoś by te zgony obchodziły, to być może (pewności nie mam, ale jest to wysoce prawdopodobne) rząd by się jednak nieco bardziej przyłożył do programu szczepień. Ponieważ jednak tutaj jest jak jest, rząd miał absolutnie wręcz wypierdolone na to, czy program szczepień będzie działał dobrze, czy też będzie działał jak wszystko inne „narodowe”, wymyślone przez rząd PiSu. Jeszcze innym efektem tego, że prawie nikt się nie przejął tymi zgonami było to, że rząd PiSu zamiast zajmować się ogarnianiem programu szczepień, zajmował się głównie tłumaczeniem, czemu nie może niczego zrobić. Argumentów za tym, żeby nic nie robić było mnóstwo. A to opowiadanie o tym, że w sumie to nic nie można, bo w Polsce mamy silny ruch antyszczepionkowy (ciekawym, kurwa, dzięki komu ów ruch się tak upasł ostatnimi czasy). A to opowiadanie o tym, że obostrzenia się nie sprawdzą, bo mamy w Polsce „gen sprzeciwu” (jakoś tak niespecjalnie tym „genem” się przejmowano, gdy Genialny Strateg z Żoliborza uznał, że w Polsce trzeba zaostrzyć prawo aborcyjne).


Innym razem przekonywano, że nie można zrobić tego, co we Francji (nie szczepisz się? Ok, mordo, ale tego, tego i tego nie będziesz mógł robić), bo byśmy mieli jakieś protesty i zamieszki. Tu pozwolę sobie na nieco dłuższy cytat z Niedzielskiego, bo tam jest wszystko ładnie zebrane do kupy: „Trzeba sobie zdawać sprawę, że u nas pewne środki przymusu nie tylko, że są źle odbierane, ale potrafią działać przeciwskutecznie i zniechęcać ludzi, uruchamiać postawę jeszcze bardziej negatywną czy wręcz agresywną. Ruch antyszczepionkowy w Polsce - z przykrością to muszę powiedzieć - jest stosunkowo silny i w pewnym sensie sprofesjonalizowany. Występują tu incydenty, które mają charakter agresywny. Naszym celem nie jest teraz sprowokowanie ludzi do wyjścia na ulicę i mówię tu o zacznie szerszych grupach niż w Austrii, Francji czy Niemczech – powiedział.”


Podsumujmy, nie da się wprowadzić żadnego obowiązku szczepień (ani też obostrzeń takich jak we Francji), bo foliarze wyjdą na ulicę i będą się zachowywać agresywnie. Jest to wprost wybitnie idiotyczna narracja, ale robi się jeszcze bardziej idiotyczna, jeżeli osadzimy ją w kontekście. Otóż, jestem tak stary, że pamiętam sytuacje, w której Prezes Polski wyszedł przed kamery i wezwał do „obrony kościołów”. Co prawda kościołom absolutnie nic nie groziło (poza nimi samymi), ale prezes był tak zajęty rzyganiem swoimi narracjami, że nie zwracał na to uwagi. W praktyce, odezwa Kaczyńskiego była wezwaniem do napierdalania się na ulicach. Teraz zaś mamy sytuacje, w której Polsce zagraża olbrzymie niebezpieczeństwo, a Polacy umierają setkami, tak więc zrozumiałe jest to, że typ, który był tak wyrywny do wzywania „do obrony Polski” siedzi cicho, a jego podwładni opowiadają o tym, że boją się agresywnych zachowań. To jest w sumie dość interesujące, bo gdy protestowano w pokojowy sposób, rząd bez mrugnięcia okiem poszczuł „wydział chujos” (czy jak się tam zwała ta jednostka, składająca się z nawciąganych agresywnych schabów) na protestujących, a w rządowych mediach pełno było narracji „no ci ludzie co protestują, to widać, że przeszkoleni są, a to groźne”. Teraz okazuje się, że państwo nadal jest silne wobec słabych i słabe wobec tych, których uważa za silnych.


Poza wszystkim innym, chciałbym w tym miejscu przypomnieć o tym, że zaostrzenie prawa aborcyjnego odbywało się w Polsce pod hasłami „obrony życia”. Według oficjalnych danych w Polsce (przed zaostrzeniem prawa aborcyjnego) dokonywano około 1000 terminacji ciąży w ciągu roku. Na moment przyjmijmy zygotariańską logikę, w myśl której dzięki zoastrzeniu prawa aborcyjnego można by było „ocalić” ten 1000. Teraz, dziennie na covid umiera około 500 osób i jakoś tak nie słychać, żeby „obrońcy życia” wzywali do jakichś zdecydowanych działań. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem to, że fundacja pewnej pani, która twierdzi, że „broni życia”, zajmuje się propagowaniem antyszczepionkowych bzdur. Ja wiem, że to w sumie nie powinno już nikogo dziwić, ale warto patrzeć na to, jak zachowują się samozwańczy „obrońcy życia” (czytaj: zygotarianie) w sytuacji, w której faktycznie trzeba życia bronić.


Na sam koniec rozważań pandemicznych podzielę się z wami pewną historią z życia wziętą. Mniej więcej pomiędzy dwiema falami (pierwszą i trzecią), kiedy informowano nas o tym, że prace nad szczepionką idą pełną parą, zaczęły się przebijać w debacie pojedyncze głosy, których autorzy mówili, że wszystko spoko, ale nie ma pewności, że uda się tę waksynę ogarnąć w ogóle. I tak sobie wtedy myślałem, że jeżeli tak będzie faktycznie, to będziemy mieli wszyscy zamaszyście przejebane. Do łba mi wtedy nie przyszło, że co prawda szczepionka będzie opracowana i będziemy jej mieli pod samą kokardę, ale zamaszyście przejebane i tak będzie, bo (eufemizując) nie wszyscy będą chcieli się zaszczepić. Na swoją obronę mam tyle, że wtedy jeszcze w miarę świeże były wspomnienia tego, co działo się we Włoszech, w których OZ momentalnie się „zapchała” i ludzie marli tysiącami, bo brakowało dla nich respiratorów. Co prawda, nie mam żadnych danych, którymi mógłbym podeprzeć swoją tezę, ale wydaje mi się, że gdyby wtedy była możliwość szczepień, to mało kto by z okazji do zaszczepienia się nie skorzystał. Niestety, potem debata publiczna, odnosząca się do tematów pandemicznych, krok po kroku była oddawana foliarzom. Następnie zaś ta debata została całkowicie zdominowana przez foliarzy. Winę za ten stan rzeczy ponosi w głównej mierze rząd Prawa i Sprawiedliwości, który totalnie wręcz zjebał politykę informacyjną. Kwestie pandemiczne potraktowano bowiem tak, jak wszystkie inne i zastosowano „wielonarracje” (zasypywanie debaty publicznej pierdylionem narracji, które są ze sobą sprzeczne, ale nie ma to znaczenia, bo odpowiednie narracje trafiają do odpowiednich baniek, więc nikt nie zwraca uwagi na sprzeczności). Problemy zaczęły się w momencie, w którym osoby zajmujące się dezinformacją zaczęły te nieścisłości z różnych narracji wyciągać i zestawiać ze sobą (widać to wyraźnie pod artykułami o covidzie, pod którymi zawsze jest pierdylion komentarzy „a wcześniej to mówili co innego, a teraz to mówią to”). Spójności rządowych narracji nie pomagało również to, że członkowie rządu mieli wyjebane na obostrzenia (pamiętam filmik, na którym jeden z przydupasów Genialnego Stratega założył maseczkę, a potem szybko ją ściągnął, bo prezes na niego groźnie popatrzył). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część przygłupów z partii rządzącej (w tym z otoczenia Prezydenta RP) powtarza w mediach idiotyzmy na temat szczepień.


Działania dezinformacyjne były cholernie sprofesjonalizowane. Mam w znajomych na FB kuzynkę jedną, która jakiś czas temu rozrzucała chętnie jakieś bzdury o tym, że covid nie jest groźny/etc. Kilka razy prześledziłem sobie to, od kogo ona to udostępniała i jakież było moje zdziwienie, gdy się okazywało, że za każdym jebanym razem to były jakieś randomowe osoby. Moje zdziwienie budził fakt, że te osoby (które nie były żadnymi influencerami) robiły kosmiczne zasięgi (np. kilkadziesiąt tysięcy udostępnień na FB). Te zasięgi się „same” nie zrobiły. Ktoś zadbał o to, żeby post jakiejś randomowej osoby dotarł do kilkuset tysięcy osób w Polsce. Ktoś o to zadbał, bo komuś na tym zależało. Samo w sobie nie jest to specjalnie trudne (wystarczy mieć na podorędziu farmę trolli na ten przykład). Nie jest możliwe to, że partia, która od dawna mierzy i waży internety nie ogarniała tego, że takie działania są prowadzone. Czemu więc nic z tym nie zrobiono? Obstawiam, że chodziło o to, że wykonano pewne badania, z których wynikło, że tymi bzdurami żywi się również jakaś część elektoratu partii rządzącej. Efekt końcowy jest taki, że teraz twórcy wszelkiej maści filmów (niedokumentalnych, rzecz jasna) o pandemiach będą musieli uwzględniać to, że jakaś część społeczeństwa w pandemię nie wierzy i aktywnie przeciwstawia się próbom walki z pandemią. Tak sobie myślę, że w kolejnym filmie/serialu traktującym o zombie-apokalipsie trzeba będzie umieścić grupę osób, które same z siebie będą się dawały pogryźć zombiakom, celem nabycia „naturalnej odporności”. Jak to już w kilku Głośnych Tekstach wcześniej wspominałem: trzeba zapiąć pasy, bo będzie nami trzęsło. Będzie nami trzęsło jeszcze bardziej niż do tej pory, bo teraz „czynniki zewnętrzne” wiedzą, w jaki sposób można sterować polskim rządem. Wystarczy ów rząd przekonać, że to, co chce zrobić, może negatywnie wpłynąć na jego słupki sondażowe.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Drugim tematem, nad którym się pochylimy, będzie kwestia tego, co się dzieje na granicy. Od razu zastrzegam, że nie będę się tu pochylał nad kwestiami etycznymi, ale nad zwykłym pragmatyzmem politycznym. Po pierwsze dlatego, że sytuacja jest jednoznaczna (pod względem wyżej wymienionej etyki [co nie powinno nikogo dziwić, skoro rząd PiSu uznał, że zrobi sobie z Łukaszenką zawody w tym, kto jest bardziej chujowy]). Po drugie zaś dlatego, że wymiar polityczny jest jedynym, który obchodzi partię rządzącą. Dla nikogo nie było tajemnicą to, że sytuacja na granicy wschodniej była bardzo na rękę partii rządzącej, bo niskim kosztem (tak, ludzie tam umierali w lasach, ale nieśmiało przypominam, że rząd ma w dupie setki Polaków, które umierają dzień w dzień, tak więc trudno się po nim spodziewać tego, że będzie się przejmował migrantami) można było przykryć wszystkie bieżące problemy. Choć sam nienawidzę tego określenia, to w tym momencie jest ono adekwatne: PiS potraktował sytuację na granicy jako „temat zastępczy”. Rządzący nawet nie udawali, że zależy im na tym, żeby migrantów na granicy było mniej, bo było to dla nich kolejne „polityczne złoto”. Z tego też powodu rząd nie robił absolutnie nic, żeby (używając rządowej terminologii) „presja na granicę” się zmniejszyła.


Problemy rządu zaczęły się w momencie, w którym UE uznało, że ma trochę dosyć tego, co się odpierdala i zaczęła prowadzić rozmowy (np. z szefem MSZ Iraku) z różnymi osobami (w tym z Łukaszenką) żeby ogarnąć to, co się dzieje. Reakcją rządu na te działania była skrajna histeria. Idealnym „kejsem” takiej histerii była wypowiedź Prezydenta RP: „Polska nie uzna żadnych ustaleń podjętych ponad naszymi głowami”. Co zrozumiałe, nikt z „wolnych mediów” nie wpadł na to, że może tak warto by było zacząć grillować rządzących w temacie tego, czemu tak właściwie sami nie prowadzili żadnych działań mających na celu „zmniejszenie presji na granicę”? Wypowiedź Prezydenta RP była wyjątkowa, nawet jeżeli weźmiemy pod rozwagę jego kondycję intelektualną. Jeżeli bowiem w ramach tych ustaleń migranci przestaliby napływać na granicę (bo Łukaszenka by ich tam nie zwoził), to w jaki, kurwa, sposób Polska mogłaby się na to nie zgodzić? Warto również wspomnieć o tym, że Merkel wcale nie musiała „reprezentować Polski” w rozmowach z Łukaszenką, bo prawda jest taka, że super-duper szczelna granica (święta i nienaruszalna) była tak nienaruszalna, że przedostało się przez nią ponad 9 tysięcy osób, które potem dotarły do Niemiec. Gdyby Merkel miała ochotę na obrzucanie się gównem z polskim rządem, to po prostu by powiedziała, że skoro ów rząd nie jest w stanie zadbać o „szczelność granicy UE”, to ona to zrobi za ten rząd. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że rządowe drony zaczęły podważać oficjalne dane z Niemiec i twierdzą, że nie jest możliwe to, żeby aż tylu migrantów dotarło do Niemiec bo (i tu pojawiają się argumenty z gatunku: „no uwierz mi, mordo!”).


Ponieważ wszystko wskazywało na to, że „polityczne złoto” jednak się skończy, trzeba było coś zrobić, żeby pokazać, że to wcale nie jest tak, że temat ogarniały inne kraje i (ta znienawidzona) UE, a polski rząd w tym czasie zajmował się pajacowaniem, tak więc wymyślono „ofensywę dyplomatyczną”. W praktyce wyglądało to tak, że Premier Tysiąclecia jeździł sobie po różnych krajach i udawał, że jeździ tam po to, żeby uspokoić sytuację na granicy. Cała ta „ofensywa” była czymś w rodzaju żartu (i to dość chujowego). Gdybyśmy bowiem potraktowali to wszystko poważnie, to musielibyśmy (również na poważnie) przejść do porządku dziennego nad tym, że Premier Tysiąclecia odwiedził trzy kraje jednego dnia (21-11-2021). Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja podważam to, że Premier Tysiąclecia te trzy kraje (Estonię, Litwę i Łotwę) odwiedził w ciągu jednego dnia, bo jak się dysponuje odpowiednim zapleczem logistycznym, to nie takie rzeczy można zrobić. Problem w tym, że jeżeli w odwiedzinach chodzi o coś więcej prócz pozowania do zdjęć, to warto by było się przygotować merytorycznie do prowadzenia rozmów. O tym, że w MSZ pracują naczynia gospodarcze o szerokim zastosowaniu, zwykle służące do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, wiemy wszyscy. Wiemy również, że są to ludzie, którzy (eufemizując) nie do końca zdają sobie sprawę z tego, czym powinni się zajmować. Nie powinno to nikogo dziwić, albowiem polska polityka zagraniczna kierowana jest z Żoliborza, tak więc MSZ zajmuje się tym, czym Genialny Strateg chce, żeby MSZ się zajmowało (czyli wywoływaniem konfliktów dyplomatycznych z każdym, kto się Prezesowi nie spodoba).


W kontekście tego kim są (i czym się zajmują) osoby zatrudnione w MSZ, ciężko by mi było uwierzyć w to, że są oni w stanie przygotować merytorycznie pojedynczą wizytę (nie, nie chodzi o to, że pracownicy merytoryczni [chodzi o najniższe szarże] ogarniają logistykę, ale o przygotowania do rozmów). W to, że przygotowano Premiera Tysiąclecia do odbycia trzech wizyt ni cholery nie uwierzę. Tym samym cała ta „ofensywa dyplomatyczna”, to po prostu (chujowy) reenacting „W 80 dni dookoła Świata”. O tym, jak bardzo polska dyplomacja ogarniała temat przygraniczny niech zaświadczy to, że gdy w Parlamencie Europejskim odbywała się debata odnośnie postępowania Łukaszenki, Premierowi Tysiąclecia na wszelki wypadek nie udzielono prawa głosu. O tym, że chciał tam przemawiać świadczy to, że wcześniej „zareklamowano” jego wystąpienie.


Niestety, na tym nie możemy zakończyć tematów dyplomatycznych, albowiem kolejnym poniesionym przez polską dyplomację sukcesem było to, że Joe Biden przed rozmową z Putinem (między innymi o Ukrainie) nie kontaktował się z polskimi władzami. Wicerzecznik PiS (Radosław Fogiel) skomentował to tak: „Wydawałoby się, że nasza perspektywa mogłaby być cenna, ale przecież nie będziemy nikomu nic narzucać”. Otóż, gdyby administracja Bidena uznała, że „perspektywa” PiSu mogłaby być cenna, to pewnie rząd PiSu nie zostałby przez Bidena pominięty. Aczkolwiek, doceniam inwencję Fogla (i całej machiny propagandowej PiSu), który usiłował tłumaczyć, że ten brak kontaktu ze strony Bidena, to ze szkodą dla niego jest, a nie dla naszego kraju nad Wisłą. Osobną kwestią jest to, że takie gesty, jak kontaktowanie się z kimś, bądź też powstrzymywanie się od kontaktowania się mają swój wymiar, że tak to ujmę symboliczny. Co prawda polskie władze powinny być tego świadome, ale cytując klasyczkę „sorry, taki mamy klimat”.


Ostatnim tematem związanym z polityką zagraniczną będzie follow up jednego z tematów, nad którym się jakiś czas temu pastwiłem. Temat ów odnosił się do zapowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy twierdzili, że oni tam w tym Parlamencie Europejskim to zmontują takie stronnictwo, które całkowicie odmieni scenę polityczną (of korz, były też narracje, z których wynikało, że dosłownie, kurwa, każda inna partia w PE się ich boi). Wyliczyłem sobie wtedy, że taka partia będzie miała pi razy oko 103 europosłów i będzie trzecią (co do liczności) partią w PE (EPL ma 187, a Europejscy Socjaliści 145). Okazało się, że nie doszacowałem Nowej Największej i Najgroźniejszej Partii w PE, bo nie wziąłem pod rozwagę tego, że do całej tej zbieraniny putinoidów dołączy również AFD (tak, to te ziomeczki, które jarają się Wehrmachtem). Ponieważ od razu po ogłoszeniu tego, że powstaje frakcja zrzeszająca (idealne wprost określenie) putinoidów z różnych krajów, odezwały się głosy, że może tak nie do końca fajne jest to, że rząd PiSu zaczyna się przyjaźnić z kolegami Putina, PiS ruszył do kontrataku narracyjnego. Kontratak ów był zgodny z dotychczasowymi działaniami PiSu (czyli produkowanie narracji na zasadzie „chyba Ty”), ale tym razem zrobiono to na odpierdol. Pozwolę sobie zacytować Janusza Piechocińskiego: „wicerzecznik PiS poseł Radosław Fogiel mówił na tej samej konferencji tak: Marine Le Pen, w przeciwieństwie do wielu polityków tworzących Europejską Partię Ludową albo Europejską Socjaldemokrację, nie pracuje w żadnej z rosyjskich spółek energetycznych.”. W kolejnym ćwicie dopisał: „W "briefie specjalnym" - czytamy niemal słowo w słowo to samo: "Marine Le Pen nie pracuje, w przeciwieństwie do wielu polityków tworzących Europejską Partię Ludową, albo Europejską Socjaldemokrację, w żadnej z rosyjskich spółek energetycznych".”. Wielokrotnie zdarzało mi się złapać tego, czy innego drona na tym, że klepie słowo w słowo przekazy dnia (bo mu się nie chce w inwencję), ale przyznam szczerze, że wicerzecznik, któremu się tak bardzo nie chce, to jest jednak pewien ewenement. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że polowaniem na tego rodzaju kalki powinny się zajmować „wolne media”, ale ponieważ się tym nie zajmują, to musi się tym zajmować Janusz Piechociński.


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że prawica bardzo starała się przekonać wszystkich do tego, że z tymi ziomeczkami Putina to jest tak, że oni wcale nie są źli. Przykładowo Sławomir Cenckiewicz był łaskaw napisać na ćwitrze: „z dwojga złego wolę proputinowską prawicę europejską niż proputnowską lewice europejską, która tak rządzi UE, że mamy Nord Stream2, brexit, rozbrojenie, kryzys imigracyjny, zajęcie Krymu i zero sankcji w praktyce wobec Moskwy”. Tego rodzaju narracje się upowszechniły i wynikało z nich tyle, że w sumie to, proputinowska prawica na pewno będzie bardziej antyputinowska niż te frakcje, które nie są proputinowskie. Jest to jeden jebany bełkot, ale nieumiejętność polskiej opozycji (i „wolnych mediów”) w rozbrajanie narracji rządowych sprawia, że ten bełkot może się okazać całkiem przekonujący. Nikomu się nawet, kurwa, nie chciało grillować polityków partii rządzącej, że no całkiem spoko ta narracja, ale jak to jest, że ziomeczkują się z Le Pen, która była, jest i będzie przeciwna nakładaniu jakichkolwiek sankcji na Rosję (a jej partia była sponsorowana przez Moskwę). Największym absurdem jest to, że w przypadku putinoidów nie trzeba się jakoś specjalnie starać z tym grillowaniem, wystarczy wyłowić wypowiedzi polityków partii rządzącej, którzy odcinali się od Le Pen jakiś czas temu i twierdzili, że inaczej nie można, bo ona współpracuje z Kremlem. Gdyby zastosowano argumentum ad cytatum, to narracje „no ale ta Le Pen to wcale nie jest taka proPutinowska” mogliby sobie politycy Zjednoczonej Prawicy wsadzić, tam gdzie słońce nie dochodzi, bo nie tego dotyczyłoby pytanie. No, ale co ja się tam znam, ja to tylko prosty bloger jestem, więc nie mnie decydować o tym, jakie pytania warto by było zadawać temu, czy innemu politykowi.


24 listopada parlament Holandii podjął decyzję dotyczącą Polek. Pozwolę sobie zacytować lead artykułu, albowiem jest on z gatunku selfexplanatory: „Parlament Holandii przyjął uchwałę umożliwiającą współfinansowanie z budżetu państwa zabiegów przerywania ciąży Polkom. Holenderski poseł: - Dotychczas pomagaliśmy w ten sposób kobietom z państw trzeciego świata”. W telegraficznym skrócie, parlament Holandii zauważył to, że Polki mają w naszym pięknym kraju przejebane i postanowił im pomóc. Wartym nadmienienia jest fakt, że przegłosowano to olbrzymią większością głosów (111 ze 150 głosów). Z jednej strony dobrze, że władze innych krajów chcą pomagać Polkom. Z drugiej strony, w chuj źle, że w ogóle muszą podejmować takie decyzje. Niestety, tego rodzaju działalność, choć jest potrzebna, nie pomoże kobietom, które będą w podobnej sytuacji, w jakiej znalazła się Izabela z Pszczyny (bezpośrednie zagrożenie życia i lekarze, którzy boją się zrobić cokolwiek, żeby ich potem wiadomy instytut razem ze Zbyszkiem nie ciągali po sądach). Przestrzegano przed tym, że zaostrzenie prawa aborcyjnego może się skończyć tak, jak się skończyło, a mimo tego członkowie partii rządzącej (oraz drony z wiadomego instytutu) mają, kurwa, czelność wychodzić przed kamery i opowiadać, że w sumie to zaostrzenie prawa aborcyjnego nie miało z tym nic wspólnego. Czy kogokolwiek dziwi to, że „wolnym mediom” jakoś niespecjalnie chciało się drążyć temat i odpytywać posłów z tego, że skoro jedno z drugim nie ma nic wspólnego, to jak to możliwe, że przestrzegano wcześniej przed takimi konsekwencjami zaostrzenia prawa aborcyjnego?


Ponieważ inne teksty wyparły Przeglądy, nie mogłem się wcześniej pochylić nad pewną kwestią, która jest tak pojebana, że nie mam pojęcia, czemu ten temat w ogóle jeszcze podlega dyskusji. Otóż jakiś czas temu, jeden z najbardziej rozpoznawalnych prawników w Polsce (aka „Tata Maty”) był łaskaw krytycznie wypowiedzieć się w kwestii polityków lewicy, którzy jego zdaniem to w ogóle są leniami, bo oni by chyba nie byli gotowi pracować 16 godzin na dobę. Wydawać by się mogło, że w 2021 roku nikt już nie będzie bronił tego rodzaju wypowiedzi, bo choć w Polsce nadal sobie w najlepsze panuje kult zapierdolu, to jednak nawet wyznawcy tego kultu powinni być świadomi tego, że pracowanie nastu godzin na dobę jest po prostu szkodliwe. Ale gdzie tam. Tata Maty miał od cholery obrońców, którzy twierdzili, że tylko i wyłącznie w ten sposób (czytaj: zapierdalając 16 godzin na dobę) można osiągnąć sukces. Przyznam się wam szczerze, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić pracowania 16 godzin na dobę. W przypadku pracy fizycznej jest to praktycznie nierealne, bo człowiek by się po prostu zajebał ze względu na to, że organizm nie miałby się kiedy regenerować. Jeszcze bardziej nierealnie brzmi to dla mnie w przypadku pracy „głową”. Ok rozumiem, że czasem można (jednorazowo) na ten przykład pozapierdalać ponadwymiarowo (a potem np. dwa dni się regenerować), ale kluczowe w tym zdaniu jest „czasem”. Praca umysłowa 16 godzin na dobę przez pięć dni w tygodniu brzmi jak kiepski dowcip, bo, albo trzeba by było się faszerować kofeiną (albo inną -iną), albo człowiek byłby permanentnie przemęczony, a co za tym idzie, wartość jego pracy umysłowej byłaby żadna, bo ktoś musiałby sprawdzać wszystko ,co „wyprodukował” przemęczony pracownik. Tak sobie teraz pomyślałem, że korygowanie pomyłek przemęczonego współpracownika jeszcze by uszło, ale poprawianie pomyłek, które zostały wyprodukowane przez przemęczonego szefa, któremu wydaje się, że może w ogóle nie spać i że to niespanie nie ma najmniejszego wpływu na jakość jego pracy, to raczej średnio przyjemne zajęcie.
 

No dobrze, załóżmy przez moment, że idealnie kulisty pracownik jest w stanie zapierdalać 16 godzin na dobę i nie ma to negatywnego wpływu na jego pracę. Takie jedno pytanko mi się po łbie kołacze: co z życiem prywatnym i rodziną? O czymś takim, jak hobby można w ogóle zapomnieć (no chyba, że uda się wydłużyć dobę do 36 godzin.). W weekendy zaś taki kulisty pracownik zajmowałby się głównie spaniem. Jak tak sobie o tym myślę, to sam się zaczynam zastanawiać nad tym, czemu tak właściwie ja krytykuje to zapierdalanie po 16 godzin na dobę. Nieco zaś bardziej na poważnie, to ja wiem, że się powtarzam, ale mamy rok 2021 i wiemy, że przepracowanie może się bardzo źle skończyć. Dysponujemy wynikami pierdyliona badań, z których wynika, że z powodu przepracowania można się wylogować. Wydawać by się mogło, że badania naukowe powinny wystarczyć do przekonania nieprzekonanych, ale domyślam się, że fanatycy zapierdolu zaczną tłumaczyć, że za te badania odpowiada jakieś lobby „lenistwowe”, tak więc nie są one wcale wiarygodne.


Jeżeli chodzi o cała inbę 16-godzinną, to ciągnęła się ona i ciągnęła. „Tata Maty”, zabrnął tak bardzo, że zjebał go nawet Jan Hartmann. Poświęćcie moment na zatrzymanie się i podumanie o tym: jak bardzo zjebać musiał „Tata Maty”, żeby Hartman wyszedł przy nim na kogoś z RiGCzem. Mniej więcej w tym samym czasie, w którym Hartmann zdissował „Tatę Maty”, ten drugi opublikował ciąg ćwitów (który najprawdopodobniej był pokawałkowanym felietonem). W tym ciągu ćwitów znalazł się jeden, który, nie będę kłamał, wkurwił mnie dość solidnie: „Bolszewicy nienawidzili kułaków, bo ci mieli więcej. Rozkułaczali ich więc z majątku. Dziś ich filozoficzni następcy wciąż rozkułaczają tych, którzy mają więcej. Rozkułaczają z szacunku, przez potępienie. Z wygranej na loterii genów, z chęci bycia lepszym, z chęci do innowacji.”. Chodzi mi, rzecz jasna, o samą końcówkę, w której „Tata Maty” pierdoli coś na temat „wygranej na loterii genów”. O ile bowiem rozumiem, że nadal nie wyrośliśmy z dyskusji na temat tego, czy „zapierdalanie” jest spoko, czy też nie jest, to wydawać by się mogło, że dyskusje o tym, czy ktoś ma lepsze geny, czy też gorsze, zostawiliśmy za sobą mniej więcej w połowie XX wieku. Tak, wiem, „Tata Maty” napisał przecież o „wygranych”, ale z tego wprost wynika, że część z osób jest w jego opinii „przegrana”. Jeżeli dodamy sobie do tego, że jego zdaniem ci pierwszy zasługują na więcej, niż ci drudzy, to nietrudno odnieść wrażenie, że autor próbując obronić swoją inicjalną wypowiedź, odnoszącą się do 16-godzinnego dnia pracy zabrnął w rejony, w które nikt się już, kurwa, nie powinien zapuszczać.


Na sam koniec niniejszej (nie tak długiej jak zwykle) ściany tekstu zostawiłem sobie kwestię posła Mejzy. Ja się polityce przyglądam od dłuższego czasu i wiem, że do parlamentu trafiają bardzo różni ludzie, ale nawet mnie casus Mejzy nieco zaskoczył. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu o Mejzie: „Pod koniec listopada Wirtualna Polska podała, że wiceminister sportu Łukasz Mejza założył w przeszłości firmę medyczną, która miała się specjalizować w kosztownym leczeniu nowatorskimi metodami chorych na raka, Alzheimera czy Parkinsona. Jak twierdzi portal, Mejza miał osobiście przekonywać potencjalnych pacjentów, w tym dzieci, o skuteczności stosowanych przez firmę metod, które jednak zarówno w Polsce, jak i na całym świecie uznawane są za niesprawdzone i niebezpieczne. Według portalu interes Mejzy nie wypalił, za to pozostawił po sobie wielu oszukanych pacjentów i ich rodziny.”. Jeżeli ktoś ma skojarzenia z panem, który się zwie Zięba, to są to skojarzenia jak najbardziej poprawnie, bo firma Mejzy zajmowała się dokładnie tym samym. Póki co, konsekwencji żadnych Mejza nie poniósł, bo sejmowa większość, którą udało się PiSowi skleić przy pomocy stanowisk/etc., jest na tyle chwiejna, że PiS nie może sobie pozwolić na utratę nawet jednego głosu. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. To, że PiS nie jest w stanie pozbyć się kogoś takiego jak Mejza (który jest również wiceministrem) pokazuje, że politycy partii rządzącej nie darzą zaufaniem sondażowych słupków, z których wynika, że będą rządzić do końca świata i jeden dzień dłużej. Ujmując rzecz innymi słowy: partia rządząca jest zesrana. Gdybyśmy mieli sensowną opozycje, to tego rodzaju sytuacje byłyby w jakiś sposób „rozgrywane” medialnie (i uwzględniane w trakcie planowania strategicznego). Ponieważ zaś opozycja jaka jest, każdy widzi, absokurwalutnie nikt nie zwraca na to uwagi.


Samo to, że w Sejmie znalazło się miejsce dla Zięb, a przepraszam, dla Mejzy, nie było dla mnie zaskoczeniem, tak samo, jak to, że partia rządząca jakoś tak niechętnie podchodzi do pomysłu wyjebania go ze stołka i z klubu poselskiego. Lekko zaskoczyło mnie (zanim zrozumiałem, co tak właściwie obserwuje) to, że Mejza ma swoich obrońców. W tym miejscu krótka dygresja, jeżeli widzicie gdzieś w soszjalach konta, które zajmują się obroną tego konkretnego posła, to możecie być pewni, że macie do czynienia z kimś, kto w internetach zajmuje się spinowaniem dla partii rządzącej, bo nikt (poza Ziębitami) nie będzie na tyle jebnięty, żeby sam z siebie bronić tego procederu. Nieco dziwię się politykom, którzy chodzili do mediów i przed kamerami tłumaczyli, że w sumie to Mejza nie robił niczego takiego złego. Niektórzy byli świadomi tego, że sprawa jest śliska i skupiali się na tłumaczeniu, że w sumie to nie doszło do złamania prawa. To swoją drogą było dość zabawne, bo przecież wszyscy wiemy, że do złamania prawa przez członka PiSu/Zjednoczonej Prawicy dochodzi wtedy, gdy Jarosław Kaczyński dojdzie do wniosku, że doszło do złamania prawa. Potem jeszcze do takiego samego wniosku musi dojść Zbigniew Ziobro. Jak mogliśmy się wielokrotnie przekonać, obaj panowie bardzo rzadko dochodzili do takich wniosków (i wtedy okazuje się, że niezależna prokuratura umarza takie, czy inne postępowanie).


Na tym powyższa ściana tekstu się zakończy. Tak, wiem, mam trochę zaległych tematów i jeżeli nie dojdzie do końca świata, to może uda się je upakować w kolejnym tekście. Niemniej jednak wolę niczego nie obiecywać, bo moje obietnice mają tendencję do zakrzywiania prawdopodobieństwa.


Źródła:

https://www.tvp.info/53761761/turystyka-szczepionkowa-polacy-z-niemiec-przyjezdzaja-do-kraju-na-szczepienie-przeciw-covid-19

https://www.rp.pl/polityka/art19154921-morawiecki-o-obostrzeniach-mamy-dosc-silny-ruch-antyszczepionkowy

https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-kraska-mamy-gen-sprzeciwu-ograniczenia-sie-nie-sprawdza,nId,5653213#crp_state=1

https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-co-ze-swietami-bozego-narodzenia-i-obowiazkiem-szczepien-minister-zdrowia-adam-niedzielski-odpowiada-5493658

https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,27749171,billboardy-z-rozerwanym-plodem-i-szczepionka-maja-zniechecic.html

https://tvn24.pl/swiat/kryzys-na-granicy-ponad-9-tysiecy-migrantow-przedostalo-sie-z-bialorusi-przez-polske-do-niemiec-relacja-z-osrodka-5495664

https://www.tvp.info/57044043/ofensywa-dyplomatyczna-premiera-mateusza-morawieckiego-prowadzil-rozmowy-w-trzech-stolicach

https://twitter.com/tvp_info/status/1464333907688660992

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/katastrofa-wizerunkowa-polskiej-dyplomacji-analiza/ryh9b4p?

https://www.donald.pl/artykuly/sv43Wxac/pe-odmowil-premierowi-morawieckiemu-wystapienia-na-debacie-na-temat-bialorusi-

https://oko.press/joe-biden-rozmawia-z-putinem-i-europa-o-ukrainie-polski-przy-stole-nie-ma/

Tutaj pastwiłem się nad Nową Strasznie Wielką Partią w Parlamencie Europejskim:

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2021/05/hejterski-przeglad-cykliczny-77.html

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-pis-tworzy-nowa-frakcje-w-pe-nieoficjalnie-w-sobote-spotkani,nId,5680119

https://twitter.com/Piechocinski/status/1468302871661797376

https://twitter.com/Cenckiewicz/status/1467160411745431552

https://wydarzenia.interia.pl/zagranica/news-holandia-oplaci-polkom-aborcje,nId,5665929

https://www.rp.pl/nauka/art128851-pracujesz-wiecej-niz-55-godzin-tygodniowo-ryzykujesz-zyciem

https://hartman.blog.polityka.pl/2021/10/23/jak-matczak-z-zandbergiem-sobie-pyskowali/

https://twitter.com/wsamraz/status/1451846162248503305

https://pulsmedycyny.pl/l-mejza-odpiera-stawiane-mu-zarzuty-chodzi-o-zalozona-przez-niego-firme-medyczna-1135693

środa, 28 października 2020

Władza letalna

Po raz kolejny zdarza mi się napisać drugi wstęp do rozgrzebanej notki. Piszę sobie człowiek spokojnie notkę, aż tu wychodzi kieszonkowy dyktator i zaczyna wzywać ludzi do tego, żeby się ze sobą napierdalali. Notka będzie traktowała głównie o wyroku TK i moich przypuszczeniach odnośnie tego, „jak do tego doszło”, ale Debilnej Radzie Ocalenia Narodowego również poświęcę kawałek tekstu. Od razu zaznaczam, że tytuł notki powstał zanim DRON ogłosiła co następuje, niemniej jednak okazał się on bardzo adekwatny.


Od bardzo dawna odczuwam wewnętrzną potrzebę rozumienia tego, co dzieje się dookoła mnie. Ponieważ zaś politykę obserwuję od wielu lat (za samo napisanie „od wielu lat” sam sobie dodaję +10 do czucia się staro), potrzeba zrozumienia przyczyn tych czy innych działań, przeniosła się na politykę. To napisawszy muszę przyznać, że nie mam, kurwa, pojęcia, jak przebiegał proces decyzyjny, który doprowadził do zaostrzenia prawa aborcyjnego, w efekcie którego od kilku dni na ulicach obserwować można rosnący z dnia na dzień masowy wkurw suwerena. Z racji wieku nie obserwowałem tego, co działo się na początku lat 90-tych, ale wydaje mi się, że chyba żadna władza po 1989 nie doprowadziła do protestów, które osiągnęłyby tak gigantyczne rozmiary. Jeżeli bowiem w Tarnobrzegu, pod sądem, protestuje kilkaset osób, to znaczy, że ludzie się naprawdę wkurwili (a trzeba brać poprawkę na to, że sporo ludzi nie pójdzie protestować z obawy przed zarażeniem się).


Nie rozumiem decyzji rządzących, którzy rękami osób pełniących obowiązki sędziów Trybunału Konstytucyjnego, zaostrzyli prawo aborcyjne. Nie rozumiem tej decyzji, bo rządzący musieli zdawać sobie sprawę z tego, że to wywoła opór społeczny. Jedyną niewiadomą była skala oporu. I w tym miejscu warto sobie zadać pytanie: czy dało się przewidzieć to, co teraz się dzieje na ulicach naszego kraju? Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, pozwolę sobie przypomnieć dwie sprawy. Pierwszą z nich jest ta, po której Chazan (aka „pięćsetka”) został idolem zygotarian. Suweren się wtedy srogo wkurwił, PiS był tego świadomy, bo z jednej strony Chazana popierano, ale z drugiej – nie zaproponowano mu miejsca na listach, w przeciwieństwie do takiego np. Bolesława Piechy (który również miał spore CV, jeżeli chodzi o wykonywanie aborcji). Uchazanienie prawa aborcyjnego musiało więc doprowadzić do wkurwu społecznego. Drugą sprawą, o której chcę wspomnieć jest, rzecz jasna, Czarny Protest. Zjednoczona Prawica przestraszyła się tamtych protestów na tyle bardzo, że Trybunał Przyłębski zajął się zaostrzeniem prawa aborcyjnego dopiero po maratonie wyborczym. Nieśmiało przypominam, że w 2016 olbrzymi (jak na tamte czasy) wkurw wywołała już sama groźba (to adekwatne określenie) wprowadzenia zakazu aborcji. Gdy sobie te dwie sprawy ze sobą połączymy, to nam wyjdzie, że jeżeli postawi się suwerena przed faktem dokonanym, to suweren raczej nie będzie zadowolony.


W tym miejscu chciałbym poczynić pewną dygresję. Przez kilka lat zajmowałem się (między innymi) flekowaniem komentariatu za te ich gówno-narracje, z których wynikało, że Polacy się „sprzedali za pincet złoty” i dlatego PiS może robić co mu się podoba. Domyślam się, że żaden z tych przygłupów nie będzie miał na tyle RiGCzu, żeby oświadczyć, że jego rachuby były o kant chuja rozbić i wynikały z tego, że wspierani przez nich politycy przejebywali wybory. Ciekawi mnie natomiast to, czy komentariatowi przydarzy się teraz moment refleksji i czy dotrze do niego to, że wybory były przejebywane z winy przejebujących, a nie z winy suwerena. No, ale to tylko dygresja, wracajmy do meritum.


Mam kilka swoich autorskich (i jedną zajebaną z internetu) roboczych teorii na temat tego, „czemu PiS zrobił to, co zrobił”, ale każda z tych teorii jest dziurawa bardziej od tarcz antykryzysowych autorstwa Zjednoczonej Prawicy, tak więc możecie się nad tymi teoriami znęcać do woli. Jednakowoż lojalnie uprzedzam, że sam się będę nad nimi znęcał, tak więc ustawcie się w kolejce.


Pierwsza z nich wiąże się z tym, o czym się wymądrzałem w jednej z notek wyborczych (gdybym był redaktorem Wosiem, to bym napisał „w moim głośnym tekście z 2020”). Produkowałem się tam w temacie tego, że jeżeli obecny Prezydent RP wygra wybory (mimo tego, co odjebywano w kampanii), to Zjednoczona Prawica może dojść do wniosku, że „wolno wszystko”. Tzn. można zgnoić każdego i zrobić dowolny wał, bo w razie czego Samuel z kolegami (w połączeniu z dronami internetowymi) i tak wszystko pospinuje w ten sposób, że wybory się i tak wygra. Ponieważ wybory wygrano, to czynniki decyzyjne mogły uznać, że w trakcie kadencji można sobie pozwolić na wszystko (łącznie z nasraniem suwerenowi na głowę), bo to i tak nie będzie miało znaczenia w końcowym rozrachunku. Skoro więc można nasrać, to czemu tego nie zrobić? Ta teoria ma tę zasadniczą wadę, że w 2015 też się te wybory wygrało, a jednak doszło do Czarnego Protestu. Ok, nie przełożył się on na porażkę wyborczą, ale trudno prognozować „co by było”, gdyby PiS wtedy olał protesty i wprowadził całkowity zakaz aborcji. Można być pewnym tego, że gdyby zakaz obowiązywał, to kwestie aborcyjne byłyby jednym z głównych motywów w kampanii, zaś PiS, broniący antyaborcyjnego status-quo, byłby w mniejszości (nawet jeżeli PO chciałoby „przywrócić kompromis”, to jednak byłaby to jakaś forma [chujowej, bo chujowej, ale jednak] liberalizacji). Osobną kwestią jest to, że nie da się w ciemno założyć, że gdyby PiS w 2016 wprowadził całkowity zakaz aborcji, to nie doszłoby do protestów (większych niż Czarny Protest). Generalnie rzecz ujmując, założenie, że „jak zaostrzymy prawo aborcyjne, to ludzie się nie zdenerwują na tyle, żebyśmy mieli problem, bo poprzednim razem, jak nie zaostrzyliśmy prawa aborcyjnego, to nic się nie stało”, jest cokolwiek karkołomne.


Inszą teorią jest taka, że PiS padł ofiarą własnych narracji. Trzeba bowiem przyznać, że PiSowi udało się uśpić czujność suwerena. Jeżeli bowiem w 2016 wycofano się z prac nad ustawą Wiadomego Instytutu, potem schowano do zamrażarki ustawę Kai Godek, a na końcu „przepadnięto” w Trybunale Przyłębskim wniosek o zbadanie konstytucyjności wiadomej przesłanki, to suweren mógł odebrać to tak, że PiS raczej nie będzie grzebał przy prawie aborcyjnym. W trakcie kampanii PiS unikał tych tematów, a z opozycji pochylała się nad tym jedynie lewica. Wszystko to przełożyło się na niewielkie zainteresowanie tymi kwestiami w internetach/etc. (a jak wiadomo, PiS internety mierzy i waży). Nietrudno zgadnąć, że ktoś w PiSie mógł wpaść na pomysł taki, że skoro suweren się tym tematem nie interesuje, to nieszczególnie przejmie się zaostrzeniem prawa aborcyjnego (co najwyżej lewaki będą protestować, ale z nich zrobi się oszołomstwo, które chce zabijać dzieci). No i wszystko fajnie z tą teorią, ale nie wytrzymuje ona zderzenia z faktem, że odczekano z tym aż do końca maratonu wyborczego.


Teoria, której poświęcę niewiele miejsca to taka, że ktoś w PiSie podupadł na rozumie tak bardzo, że uznał, że jeżeli aborcji zakaże Trybunał Przyłębski, to ludzie nie będą protestować, no bo to Konstytucja. Pastwiłem się nad tym w jednej z poprzednich notek i stwierdziłem, że jedynie beton może taki przekaz kupić (teraz zaś okazało się, że chyba nawet beton ma problem z uwierzeniem w niego). Chociaż Fogiel i paru innych tłumaczyli, że „no ale to niezależny trybunał”, to narracja ta raczej nie została „umasowiona” w Prawie i Sprawiedliwości. Poza tym, nawet kierownictwo PiSu, które gardzi suwerenem, nie mogło zakładać, że po tym, jak wszyscy widzieli ręczne sterowanie Trybunałem Przyłębskim, ktokolwiek uwierzy w to, że podmiot ów jest niezależny.


Kolejna teoria jest jeszcze bardziej karkołomna. W myśl tejże, ktoś uznał, że jeżeli zaostrzy się prawo aborcyjne przy użyciu Konstytucji, to suweren uzna, że „no ok, tego się nie da cofnąć ustawą, więc na nic tu nasze protesty”. Ujmę to tak, jeżeli ktoś nie ma pojęcia o tym, „jak działa Polak”, to faktycznie mógł uznać, że ktoś będzie się przejmował tym pozornym imposybilizmem (nie tylko prezes umie w trudne słowa).


Teoria covidowa. No więc, jest pandemia, czyli nie ma mowy o żadnych protestach i trzeba siedzieć na dupie. No i wszystko pięknie, ale pandemia atakuje falami, więc nawet gdyby teraz nikt nie wyszedł na ulicę, to w momencie „dołku” w zachorowaniach, można byłoby się spodziewać na ulicach wkurwionych ludzi. Wkurwionych podwójnie, bo ci ludzie nie mieliby problemów z domyśleniem się tego, że prawo aborcyjne zaostrzono wtedy, gdy musieli siedzieć w domach. Poza tym, istnieje coś takiego, jak protest samochodowy (który jest bezpieczny o tyle, że o ile jakiś foliarz nie wybije nam w aucie szyby łbem i nie zacznie kaszleć do środka auta, to raczej się nie zarazimy od innych uczestników protestu).


W myśl przedostatniej teorii, Zjednoczona Prawica mogła uznać, że antyaborcyjna urawniłowka odniosła skutek i uda się częściowo zaostrzyć prawo aborcyjne. Warto w tym miejscu nadmienić, że w tym „częściowo” nie chodzi o wywalenie całej przesłanki, ale o rozbicie jej na części składowe i zakazanie części, przy jednoczesnym utrzymaniu legalności pozostałych. Jak by to miało wyglądać? Ano tak, że Trybunał Przyłębski zaostrza prawo i wtedy wychodzą politycy Zjednoczonej Prawicy (ale nie ci, którzy siedzą w trybunale), albo nawet sam Żoliborski Arystokrata Rozumu, i mówią „hola, tak nie można, nasz niezależny trybunale”. Potem zaczynają dyskusję na temat tego, że ok, trzeba tutaj poczynić rozróżnienie na wady letalne i te, które letalne nie są i zakazać terminacji ciąży tylko i wyłącznie w tym drugim przypadku. Owszem, wymagałoby to obejścia wyroku Trybunału Przyłębskiego. Przyznam się szczerze, że nie wiem, jakby to miało wyglądać w wymiarze prawnym, ale Zjednoczona Prawica udowodniła wiele razy, że jak się chce to można. Dzięki temu można by było udowodnić, że trybunał jest niezależny, a dobra Zjednoczona Prawica potrafi się pochylić nad problemami suwerena. Żeby coś takiego się mogło udać, opór społeczny musiałby być na tyle duży, żeby Zjednoczona Prawica miała podkładkę, żeby nie czepiał się jej Kościół, ale musiałby być (ten opór) na tyle umiarkowany, żeby ktokolwiek chciał jeszcze rozmawiać z władzą. Ta teoria ma tę zasadniczą wadę, że o wiele łatwiej byłoby to zrobić w Sejmie, bo nie trzeba by było obchodzić decyzji trybunału. Obciążałoby to, co prawda, głosujących za zaostrzeniem posłów, ale ci (wsparci mediami) tłumaczyliby, że oni w sumie jedynie regulują stan prawny, że przecież nie zmuszają kobiet do rodzenia dzieci z letalnymi wadami/etc. Mendia rządowe zaś tłumaczyłyby, że oto Zjednoczona Prawica buduje nam kompromis aborcyjny na miarę 2020 roku. Poza wszystkim innym, ogarnięcie tego przez Sejm dałoby czas na sondowanie nastrojów społecznych, albowiem prace sejmowe trwają przez jakiś czas (który upływa między czytaniami), zaś w przypadku trybunału nie ma żadnej debaty, a suwerena stawia się przed faktem dokonanym. Kolejnym problemem z tą teorią jest fakt, że głosów „dogadajmy się” było raczej niewiele, w przeważającej większości przypadków mieliśmy do czynienia z fochem władzy na suwerena, który jest głupi i niczego nie rozumie.


Ostatnia teoria, to ta ukradziona z internetów to taka, że za wszystkim stoi Ziobro. Tzn., że jednym z warunków, które postawił, było zaostrzenie prawa aborcyjnego. Ta teoria jest chyba najbardziej odjechana, bo Ziobro może i jest po części skrajnie prawicowym fundamentalistą, ale jest przede wszystkim wyrachowanym cynikiem i bezproblemowo dałoby się go przekonać do tego, że jeżeli w efekcie zaostrzenia prawa aborcyjnego Zjednoczona Prawica straci władzę, to jemu też ktoś dobierze się do czterech liter. Nie wierzę w to, że ktoś z PiSu tak istotny temat (którym długo starano się nie wkurwiać suwerena) poświęcił w ramach utrzymania koalicji. Mamy więc kilka teorii, z których żadna nie wyjaśnia tego, dlaczego PiS doprowadził do masowych protestów. Jeżeli macie jakieś swoje przemyślenia w tej kwestii, to podzielcie się nimi i może kolektywnie dojdziemy do jakichś sensownych wniosków. Skoro już zaś mamy za sobą nie wyjaśnienie czegokolwiek, to możemy iść dalej.
 

UWAGA! Artykuł sponsorowany przez suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

 
Przyznaję, że skala protestów mnie zaskoczyła. Dodatkowo, trzeba mieć na uwadze coś, o czym już wspomniałem (w swoim głośnym szóstym akapicie [ok, to już ostatni]), a mianowicie to, że sporo ludzi nie wyjdzie na ulice, bo boją się korony. Wziąwszy to pod rozwagę można bezpiecznie założyć, że gdyby nie pandemia, to masowe protesty, do których dochodzi, byłyby, no cóż, jeszcze bardziej masowe. Pierwsze reakcje władz na protesty (które z dnia na dzień się powiększały) sugerują, że władze również były zaskoczone ich skalą. Owszem, zapewne spodziewali się jakiegoś oporu, ale nie na taką skalę. Tylko, że w polityce nie da się zatrzymać czasu, tak więc nawet jeżeli skala oporu ich zaskoczyła (bo się jej nie spodziewali), to mniej więcej po paru dniach widać było wyraźnie, po której stronie suweren ulokował swoje sympatie i antypatie. To, że większa część społeczeństwa będzie niezadowolona z tego, co się stało, było pewne, bowiem w 2019 IBRIS przeprowadził badania, z których wynikało, że nawet wśród elektoratu PiS zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (status quo 61% ,liberalizacja 16%, zaostrzenie 15%). No i ok, zrobiliśmy to, co zrobiliśmy (czytaj „zjebaliśmy”) i co teraz? Jakoś trzeba zareagować. I właśnie te reakcje były przyczyną, dla której notka ma taki, a nie inny tytuł.


Generalnie rzecz ujmując, reakcje te są całkowicie oderwane od realiów. Tam jest po prostu wszystko. „Świadectwa” osób, które „miały zostać poddane aborcji, ale jednak nie zostały jej poddane i teraz o tym opowiadają”. Świadectwa te pełne są „cytatów” z lekarzy, które to cytaty nie mogły paść pierdylion lat temu, bo używane w nich określenia karierę medialną zaczęły robić nie tak dawno temu (tak więc w chuj wątpliwe jest to, że jakiś nieistniejący doktor, który „namawiał” do terminacji ciąży ich użył). Mamy również „kobieta była w ciąży, ale nie poddała się aborcji, a jej synem był Andrea Bocelli (czyli odgrzewane, zygotariańskie narracje sprzed ośmiu lat [wtedy zaczynałem karierę trollską i obserwowałem debatę towarzyszącą temu, co działo się w trakcie „debaty publicznej”, którą prowadzono, bo Ziobroidy sobie wymyśliły, że chcą zaostrzyć prawo aborcyjne]). Jest guilttripowanie „oni mają prawo żyć”. W pewnym momencie wyciągnięto spod kamienia profesora „pięćsetkę”, który opowiadał o tym, że w trakcie aborcji płody bardzo cierpią (niestety, nie wspomniał o tym, czy zaobserwował to cierpienie w przeprowadzania pięciuset aborcji, do których przeprowadzenia się przyznał). Jest świadectwo polityka PiS, który opowiadał o tym, że jego dziecko miało żyć tydzień, a żyło pięć lat. Rzecz jasna, zarówno politykowi (jak i mendiom narodowym, jarającym się tym „świadectwem”) umknęło to, że dziecko polityka urodziło się mimo braku zakazu aborcji. Tego rodzaju narracji było mnóstwo (nadal się pojawiają) i moim zdaniem dowodzą one tego, że Zjednoczona Prawica nie ma pojęcia „co dalej”. Praktycznie wszystkie te narracje były „grzane” przy okazji debaty w 2016 i nie odniosły one najmniejszego skutku. Tym samym totalnie bezsensowne jest używanie ich w momencie, w którym opór społeczny jest znacznie większy. Warto w tym miejscu nadmienić, że olbrzymia większość wpisów w „soszjalach”, które publikują politycy Zjednoczonej Prawicy (i rządowi mediaworkerzy) jest bezlitośnie chłostana przez internautów. Wpis ma np. 1500 polubień (od dronów) i 1800 komentarzy, z których ogromna większość jest skrajnie negatywna względem autora i jego wysrywu. Do tej pory zdarzało się to incydentalnie (i to przeważnie w sytuacji, w której ten, czy inny przedstawiciel prawego sektora srogo przydzbanił). Teraz jest to proces ciągły, który zaczął się w czwartek i trwa sobie nadal w najlepsze. Tutaj nawet nie trzeba algorytmów do „badania internetów”, sentyment widać gołym okiem. Zjednoczona Prawica, która od paru lat zajmuje się indukowaniem wkurwu (czytaj – tłumaczy elektoratowi, że to, czy tamto powinno go zdenerwować) musi sobie zdawać sprawę z tego, że ten konkretny wkurw jest całkowicie oddolny. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w pewnym momencie wytoczono najcięższe działo, którym było nieśmiertelne „"Kaczyński jest wściekły". Zaskakujące doniesienia ws. orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego” (aka Dobry car, zły bojarzy). Nie trzeba chyba wspominać o tym, że suweren jakoś tak średnio w to uwierzył (zaś w kontekście późniejszego wystąpienia wannabe Kiszczaka, narracja ta była wyjątkowo wręcz idiotyczna).


Napięcie narasta z dnia na dzień i władze, które nie składają się ze skończonych kretynów, powinny zrozumieć, że jedynym sensownym wyjściem jest deeskalacja konfliktu, zanim dojdzie do jakiejś tragedii (już teraz „mamy za sobą” atak nożownika na jednego z protestujących, potrącenie dwóch osób przez auto i próbę rozjechania kilkunastu ludzi przez auto TVP, jadące pod prąd). Co więc robi nasza władza? Eskaluje sytuację. W tym miejscu pora na obszerną dygresję. Obserwuję sobie reakcje części duchownych i prorządowych influencerów na to, co się dzieje. Pozwolę sobie zacytować kilka wpisów, żebyście mogli w pełni docenić to, z czym mamy do czynienia. „Czy w tym pięknym kraju jest szef MSWiA? Komendant Główny Policji? Ktoś tam, na górze, w ogóle czymś kieruje? Trwają dni chaosu na ulicach połączone z nocą kryształową - i nic? Cisza?”- napisał jeden z rządowych inluencerów. Jeden z duchownych, który bardzo stara się o to, żeby tytułować go „Heinrichem” stwierdził, że: „trzeba ratować zdrową tkankę narodu”. Inny duchowny napisał: „Czy polska władza w ogóle panuje nad rozruchami? Mam mieszane uczucia.”. Tego rodzaju wpisów jest mnóstwo i w telegraficznym skrócie chodzi w nich o to, że influencerzy i duchowni domagają się tego, „żeby władza coś zrobiła z protestami”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby rządzący zapowiedzieli wprowadzenie stanu wojennego i napierdalanie „niepokornych” przy użyciu wojska i policji, to autorzy wyżej wymienionych wpisów musieliby prać majtki ze szczęścia.


Ponieważ część protestów odbywała się pod kościołami (i w środku tychże) nacjospierdoliny uznały, że nadszedł ich moment i powołały sobie Idiotenkopf, które mają chronić kościoły. Kariera tychże nie potrwała jakoś specjalnie długo, bo dzień po jednej nerwowej nocy (w trakcie której założyciel Idiotenkopf wzywał pomocy na ćwitrze [Winnicki nie mógł odpowiedzieć na wezwanie, bo w mieście było dużo ludzi] tenże sam założyciel prosił policję o pomoc. Na uwagę zasługuje również zachowanie wiceministra sprawiedliwości, który po tym, jak biedni narodowcy dostali wsparcie od grupy kiboli (ciekawe, czy musieli za nie płacić tak samo, jak ziomki Holochera płaciły innym kibolom za ochronę przed Antifą), a założyciel Idiotenkopf pochwalił się tym na ćwitrze, pozwolił sobie oklaskiwać ten wpis. Tak, dobrze przeczytaliście, wiceminister SPRAWIEDLIWOŚCI po pierwsze, cieszył się z tego, że na ulicach dochodzi do bijatyk, a po drugie pochwalał bandyterkę. Niby po pięciu latach człowieka już takie rzeczy nie powinny dziwić, ale jednak było to trochę zaskakujące. Gdybym był złośliwy napisałbym, że oklaskiwanie bandytów jest idealnym podsumowaniem rządów Zjednoczonej Prawicy, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że takie są efekty obdarowywania trolli internetowych stołkami, na których absolutnie nigdy nie powinni się znaleźć.


Na uwagę zasługują również reakcje części prawicowego komentariatu, który straszliwie bóldupi z powodu „upadku obyczajów”. Chodzi im, rzecz jasna, o to, że młodzi mają wyjebane na ich autorytety i nie jest dla nich problemem to, żeby kazać spierdalać księdzu, który wyszedł z założenia, że pokaże zmanipulowanym gówniarom (takie jest niemalże oficjalne stanowisko partii rządzącej na temat protestujących) gdzie ich miejsce. Najbardziej absurdalne jest to, że choć prawicowe elity dostrzegają problem (młodzi mają w dupie konserwatyzm [jestem bardzo zadowolony z tego, że kiedyś się na ten temat mądrowałem]), nie są w stanie zrozumieć „jak do tego doszło”. Otóż, ich zdaniem stało się tak dlatego, że (w skrócie) młodzi mieli styczność ze zbyt małą dawką konserwatyzmu. Zupełnie nie dociera do nich to, że młodzi mieli styczność z ilością konserwatyzmu wystarczającą do tego, żeby nim, kurwa, gardzić i mieć wyjebane na „autorytety”, bredzące o „prawie naturalnym”.


Jak już wspomniałem, władze eskalują konflikt. Zamiast cofnięcia się (które byłoby dla nich jedynym sensownym wyjściem z sytuacji) bawią się w podlewanie iskier Dzikim ogniem. Przykład? Otóż, ktoś w Zjednoczonej Prawicy uznał, że dobrze by było olać kandydatkę na RPO, która ma największe poparcie i zamiast niej wystawić twarz tego, co się teraz dzieje, czyli posła, który był inicjatorem skierowania do Trybunału Przyłębskiego wniosku o zbadanie konstytucyjności wiadomej przesłanki (swoją drogą, ciekaw jestem, czy potwierdzą się plotki, w myśl których PSL zastanawia się nad poparciem tej kandydatury). Tego rodzaju działań, które wkurwiają suwerena coraz bardziej – jest od cholery. Cebulą na torcie było wystąpienie Kiszczaka wannabe (aka Jarosław Kaczyński), który rozładował atmosferę, wzywając społeczeństwo do napierdalania się (nie, nie da się w inny sposób interpretować tego co, on powiedział). Nie mam pojęcia, jak to wszystko się skończy, ale jeżeli w Zjednoczonej Prawicy nie dojdą do głosu ludzie, którzy niekoniecznie chcą mieć w CV „bycie członkiem partii rządzącej, która doprowadziła do tego, że ludzie zabijali się na ulicach”, to będzie tylko gorzej. Bardzo groźne jest również to, że Zjednoczona Prawica zupełnie wręcz nie ogarnia nastrojów społecznych. Ci ludzi uwierzyli we własne gówno-narracje, z których wynika, że protestuje bardzo mało ludzi, a ci, którzy protestują, to „skrajna lewica”. Fakty do nich nie docierają. Jedyne, co do nich dociera to to, że być może stracą władzę, a to przeraża ich na tyle, że nie mieli nic przeciwko temu, żeby Żoliborski Intelektualista uraczył wszystkich swoim bełkotem o „bronieniu kościołów za wszelka cenę” i gdyby doszło do najgorszego, nie będą mieli nic przeciwko „zrobieniu czegoś” z protestującymi. 


Źródła:

https://twitter.com/MarcinDuma/status/1320111292749852672

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-fogiel-wyrok-tk-ws-aborcji-tworzy-nowa-sytuacje-prawna,nId,4810997

https://twitter.com/sjkaleta/status/1320460898255949826

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1320784246458470402

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1320706900342808576

https://tvp.info/50506151/wzruszajace-wyznanie-posla-wiktoria-miala-zyc-tydzien-cieszylismy-sie-nia-5-lat-wideo

https://twitter.com/PanZolty/status/1320670844528590850

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Gdynia.-64-letni-nozownik-zaatakowal-po-protestach-przeciwko-wyrokowi-TK-ws.-aborcji

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Warszawa/Strajk-kobiet.-Samochod-TVP-wjechal-w-protestujacych.-Posel-PO-Michal-Szczerba-pokazal-film

https://twitter.com/MichalSzczerba/status/1320771414727761920

https://twitter.com/Jan_Pawlicki/status/1320847993101340672

https://twitter.com/rzeczpospolita/status/1320734570275373058

https://twitter.com/DanielWachowiak/status/1320452456539656194

https://twitter.com/MarcinDuma/status/1321109127133863943

https://twitter.com/sjkaleta/status/1320838397276131329

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://www.fronda.pl/a/nastolatki-do-ksiedza-masz-macice-to-wypij,151962.html?

https://twitter.com/tvp_info/status/1320745242212130816

https://twitter.com/gazeta_wyborcza/status/1320733023550251009

piątek, 9 października 2020

Hejterski Przegląd Cykliczny #72

Przyznam szczerze, że niniejszy Przegląd miałem zacząć od pastwienia się nad Borysem Budką, ale dzisiejszy, kolejny z rzędu (dziś to już 4000+) rekord potwierdzonych zachorowań na koronę sprawił, że wyżej wymienionym jegomościem zajmę się w drugiej kolejności. Nawiązując do pewnej anegdoty na temat zespołu muzycznego o wdzięcznej nazwie „przejebane”: nie jest dobrze. Do tej pory, jako państwo mieliśmy farta gargantuicznych wręcz rozmiarów, ale to jest już czas przeszły dokonany. Rzecz jasna, wszelkiej maści foliarstwo tłumaczy, że wcale nie m tylu zachorowań, bo te testy, co to się je robi, to mają bardzo niską skuteczność/etc. Zastanawia mnie to, czy foliarze będą mówić to samo, jak już nam braknie miejsc pod respiratorami (na co się, kurwa, niestety zanosi, jeżeli trend wzrostowy się utrzyma). Wydaje mi się, że cokolwiek bezsensowne są dywagacje w temacie tego „how the fuck did we get here”, bo wszyscy patrzyliśmy na to, jak partia rządząca krok po kroku nas do tej sytuacji doprowadziła. Ostatnią sensowną decyzją polskiego rządu (chodzi, rzecz jasna, o decyzję związaną z pandemią) było wprowadzenie lockdownu (acz nawet przy okazji sensownej decyzji nie obyło się bez absurdów w rodzaju zakazu wstępu do lasów). Niestety, wraz z wprowadzeniem lockdownu zaczęło się autoośmieszanie państwa. Przykładem (pierwszym lepszym z brzegu) była gorliwość, z którą odsyłano ludzi na kwarantanny. Owszem, ktoś kto wracał z zagranicznego wojażu jak najbardziej powinien się poddać kwarantannie, ale ktoś, kto polazł w góry i przypadkowo przekroczył w lesie granicę już tak, kurwa, nie bardzo. Nawet jeżeli były to przypadki jednostkowe, to było o nich na tyle głośno, że spora cześć ludzi mogła dojść do wniosku, że „rząd sobie jaja robi”. Swoją rolę w autoośmieszaniu państwa odegrały również niedoprecyzowane wytyczne. Przykładowo, w oparciu o te wytyczne nie można było ustalić, czy biegać można „na legalu”, czy też należy się za to mandat. Znajomy prawnik (biegacz) wytłumaczył mi, że „to zależy”. Jeżeli trafi się na sensownego policmajstra, to wtedy bieganie jest legalne, ale jeżeli trafi się na upierdliwca, który lubi wystawiać mandaty, to wtedy z tą legalnością może być różnie. Potem mieliśmy cała masę idiotycznych wypowiedzi odnośnie tego, że w sumie z tymi maskami, to bardziej takie sugestie, że skoro można iść do sklepu, to można iść głosować, że wirus się skończył etc. Wypowiedzi te idealnie wpasowywały się w kompletnie zjebaną politykę informacyjną władz odnośnie koronawirusa. Wyżej wymieniona polityka informacyjna wyglądała tak, że społeczeństwo było informowane głównie o tym, że zostanie o czymś poinformowane za jakiś czas, jak się ministerstwa namyślą. Dla Zjednoczonej Prawicy jest to standardowe działanie (vide, to co się działo przy okazji kłótni o kasę i stołki, kiedy to media były 24/7 informowane o tym, że decyzje zostały podjęte, ale o tym, co to są za decyzje, to was poinformujemy za kilka dni [a następnie o niczym nikogo nie informowano]). Jest jednakowoż zajebiście duża różnica między informowaniem o tym, kto zostanie wyjebany z rządu za to, że chciał się bardziej nażreć, a tym, jak powinien wyglądać reżim sanitarny w przedszkolach, które zostaną otwarte za kilka dni. Bicie rekordów w liczbie potwierdzonych przypadków zachorowań sprawiło, że odezwały się głosy, z których wynikało, że to wszystko wina społeczeństwa. Ludzie, którzy piszą takie rzeczy, mylą skutki z przyczynami. Owszem, społeczeństwo zaczęło mieć (masowo) wyjebane na obostrzenia, ale to nie stało się z dnia na dzień. Nieśmiało przypominam, że kiedy wjechał lockdown i wprowadzono nakaz zakrywania ust i nosa (lub, jak kto woli „zalecenie”), to praktycznie wszyscy przestrzegali tego nakazu (podobnie było z dystansem w sklepach/etc.). Gdyby wszystkiemu było winne społeczeństwo, to moim skromnym zdaniem, miałoby ono na to wszystko wyjebane od samego początku. Winę za to, że ludzie „przestali się przejmować” ponosi rząd, który olewając politykę informacyjną, oddał pole wszelkiej maści foliarstwu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część mediów rządowych zajmowała się publikowaniem foliarskich idiotyzmów. Na ten przykład, na początku sierpnia tygodnik „Sieci” walnął na okładkę hasło: „szokująca teza, CZY TO FAŁSZYWA PANDEMIA?”. W okładkowym artykule można było przeczytać, że w sumie to druga fala pandemii nie nadchodzi, ale za to mamy histerię, którą chcą wykorzystać koncerny farmaceutyczne i niektórzy politycy. Nieśmiało przypominam, że gdyby „Sieci” nie dostały zielonego światła od Zjednoczonej Prawicy, to ten artykuł by się tam, kurwa, nie pojawił. W mediach społecznościowych sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Żeby to zobrazować muszę się posłużyć anecdatą. Jakiś czas temu dostałem (na swoim prywatnym koncie FB) zaproszenie do znajomych od pewnej członkini mojej rodziny, z którą kontakt ograniczał się głównie do pogrzebów rodzinnych. Bardzo szybko okazało się, że owa członkini lubi udostępniać foliarskie wrzutki w temacie korony. Ponieważ jestem z natury ciekawski, popatrzyłem na to, kto wrzucał na FB wrzutki udostępniane przez moją odległą kuzynkę. Okazało się, że to jakieś totalnie randomowe osoby. Ich randomowość nie przeszkodziła im w wykręcaniu olbrzymich zasięgów (kilkanaście tysięcy udostępnień miała każda z tych wrzutek). Potem sobie popatrzyłem na to, co wrzucają osoby produkujące te wrzutki i u jednej z nich znalazłem wpis o tym, że jeszcze sto lat temu, alzheimera (i wiele innych chorób) leczono muchomorem czerwonym. Reasumując, polski rząd prowadząc taką, a nie inną politykę informacyjną, doprowadził do sytuacji, w której jakaś część społeczeństwa uznaje te idiotyczne wrzutki za w pełni wiarygodne. To jest, swoją drogą, cokolwiek zjawiskowe. Zjednoczona Prawica doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak działają tego rodzaju wrzutki, bo w 2015 sama używała ich na potęgę (szczując na uchodźców), równocześnie legitymizując skrajnie prawicowych pato-influencerów. Tym samym, spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy musieli być świadomi zagrożenia, a mimo tego nie zrobiono absolutnie nic, żeby im w jakikolwiek sposób przeciwdziałać, zamiast tego jeszcze je wzmacniali. Odnoszę wrażenie, że do partii rządzącej pomału zaczęło docierać to, że sytuacja robi się poważna, albowiem (pozwolę sobie zacytować jednego ze znajomych ćwiterian): „o debil z Ministerstwa Zdrowia wreszcie dostał maseczkę” (edycja – już po napisaniu tekstu okazało się, że debil został pochwalony zbyt wcześnie, bo znowu olewa maseczki). Jak już wspomniałem, zaczęło to do nich docierać pomału, bo części z nich nadal się wydaje, że sprawa nie jest na tyle poważna, żeby jej nie wykorzystywać do pompowania balonika wizerunkowego. Na ten przykład, jeden z dronów z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Łukasz Schreiber uznał, że warto pochwalić Premiera Tysiąclecia i przyjebać się do opozycji:  „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Wydaje mi się, że gdyby Premier Tysiąclecia „zdał test na polityczną odpowiedzialność”, to nie pierdoliłby o tym, że „wirus jest w odwrocie” i postarał się przygotować państwo do tego, co dzieje się teraz (nie, kupowanie niewidzialnych respiratorów się, kurwa, nie liczy). Osobną kwestią jest to, że wypowiedzi o wirusie będącym w odwrocie nie da się w żaden sposób obronić, bo wirus byłby w odwrocie w przypadku, w którym mielibyśmy skuteczną szczepionkę (względnie, lek). Ponieważ tak nie było, można było mówić o chwilowym spadku w dziennych przyrostach potwierdzonych zachorowań. Jeżeli mam być szczery, to się wam w tym miejscu przyznam, że niby człowiek ma trochę nadziei na to, że to jednak nie pierdolnie, ale mam świadomość tego, że to raczej niemożliwe.


Teraz pora na temat, który został wypchnięty z pierwszego miejsca (w rolach głównych: Borys Budka). Bardzo niedawno temu okazało się, że szefem MEN ma zostać fundamentalista religijny o skrajnych (nawet jak na Zjednoczoną Prawicę) poglądach. Nie będę bawił się w cytowanie jego wypowiedzi, bo są one powszechnie znane. Co zrozumiałe, zapowiedź oddania MEN komuś takiemu wywołała spory odzew wśród suwerena. Powinien to być wyraźny sygnał dla opozycji, że ma zielone światło do napierdalania w kogoś, kogo nie można nazwać talibem tylko i wyłącznie dlatego, że wyznaje nieco inną religię, niż wyżej wymienieni. I w tym momencie wchodzi Borys Budka, cały na biało: „Blisko 2 tys. nowych zachorowań, rekordowy deficyt, kryzys gospodarczy. Ale wszyscy będą zajmować się jednym ministrem-homofobem, który w dodatku dopuszcza kary cielesne wobec dzieci? Przecież właśnie o to chodzi #Kaczyński.emu. O kolejną wojnę ideologiczną. Hipokryta.” Jeżeli ktoś jeszcze nie wie w czym rzecz, to już tłumaczę: chodzi o coś, co część polityków i komentariuszy nazywa „tematem zastępczym”. Część komentariatu i polityków wychodzi z założenia, że jeżeli ktoś mówi „kurwa mać, skąd oni wytrzasnęli tego oszołoma”, to ten ktoś automatycznie przestaje dostrzegać problem koronawirusa. Zjeba, którą Budka dostał na ćwitrze sugeruje, że suweren ma odmienne zdanie na ten temat. Wydaje mi się, że kiedyś już się produkowałem w kwestii nieistniejących „tematów zastępczych”, ale Borys Budka wkurwił mnie tak bardzo, że uznam, że coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: opowiadanie o „tematach zastępczych, to jest jakaś porażka”. Mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy w pewnych momentach wyciągają kartę „temat zastępczy”, traktują to jako coś w rodzaju karty „wychodzisz wolny z więzienia”, bo np. nie chce im się wypowiadać w jakiejś kwestii. Przykładowo – temat aborcji jest problematyczny dla największej partii opozycyjnej (ze względu na to, że jej członkowie mają różne poglądy w tej kwestii). Tym samym, nietrudno zgadnąć dlaczego komentariat każdą informację o tym, że Zjednoczona Prawica może chcieć zaostrzyć prawo aborcyjne, określają mianem „tematu zastępczego”, który PiS „wyciąga” po to, żeby ukryć jakieś inne tematy. Zastanawia mnie jedno. Czy komentariat składa się z kretynów, czy też z wyrachowanych cyników. Prawda jest bowiem taka, że gdyby w 2016 suweren uznał, że zygotariański projekt autorstwa Ordo Iuris jest „tematem zastępczym” i nie doszłoby do masowych protestów, to od paru lat ten projekt byłby obowiązującym prawem. PiS nie cofnął się wtedy dlatego, że „taki był plan”, ale dlatego, że spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy zdali sobie sprawę z tego, że zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w absolutnej mniejszości. Nawiasem mówiąc, kwestie aborcyjne były kolejnym, niewykorzystanym przez opozycję argumentem, którego można było użyć w trakcie kampanii wyborczej 2019 (i prezydenckiej 2020). Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja uważam, że to czy w Polsce prawo aborcyjne zostanie zaostrzone to kwestia tylko i wyłącznie „polityczna”, ale chyba zgodzicie się ze mną jeżeli napisze, że jest to również kwestia polityczna i temat ten jak najbardziej należało wyciągać w trakcie kampanii. No, ale to dygresja jest tylko (zaś do tematu zaostrzania prawa aborcyjnego wrócę jeszcze w tym Przeglądzie). Jeżeli kogoś nie przekonuje to, że komentariat mianem „tematów zastępczych” określa to, co sprawia problem największej partii opozycyjnej, to takiemu komuś mam do powiedzenia jedynie tyle, że LGBT. Ponieważ to, co PiS odpierdala w kwestii mniejszości seksualnych (instytucjonalne szczucie przy wsparciu organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości) jest problemem (niby o tym wspominają, ale bardzo rzadko ktoś wprost powie/napisze, że chodzi o elbagiety), komentariat każdy PiSowski wysryw, mający na celu uprzykrzenie życia mniejszościom seksualnym – nazwie tematem zastępczym, względnie, w ogóle nie będzie się wypowiadać, a jeżeli już, to będzie opowiadać o tym, że winne są dwie strony bo Margot/etc. Ciekawe, czy komentariat jest świadomy tego, że za jakiś czas ktoś może uznać, że próby uPRLowienia wszystkich mediów w Polsce to też „temat zastępczy”, bo przecież PiS by tego na pewno nie zrobił i że na pewno stara się coś ukryć.


Skoro zaś poruszyłem (przy okazji dygresji) tematy okołoaborcyjne, to trzeba się będzie pochylić nad tym, co się będzie działo 22 października 2020. Otóż, Trybunał Przyłębski ogłosi wtedy wyrok w sprawie tego, czy w Polsce legalna powinna być terminacja ciąży w przypadku, w którym badania prenatalne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.  Jeżeli mam być szczery, to nie mam pojęcia „co to będzie”. Media zainteresowane tą tematyką (których to mediów nie ma tak znowu zbyt wiele) twierdzą, że Trybunał Przyłębski najprawdopodobniej zaostrzy prawo aborcyjne, ale ja nie jestem tego taki pewny. Argumenty za zaostrzeniem „bo do wyborów jeszcze sporo czasu” nie do końca mnie przekonują, bo jakoś tak w 2016 też było daleko do wyborów, a jednak PiS się nie zdecydował na zaostrzenie prawa aborcyjnego. Jednakowoż z drugiej strony, tamten projekt zakazywał aborcji całkowicie, a ten zniósłby „tylko” (cudzysłów użyty z rozmysłem) jeden wyjątek. Z trzeciej zaś strony, jeżeli ktoś pamięta to, co działo się po tym, jak Chazan (zwany również „pięćsetką”) odjebał to, co odjebał, to taki ktoś wie, że w przypadku tego „wyjątku” zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (i nie zmienią tego nawet pierdyliony zdjęć z uśmiechniętymi dziećmi z zespołem downa), a zaostrzenie prawa aborcyjnego oznaczałoby sporo takich przypadków, z których każdy generowałby gigantyczny wkurw (nie, dla ludzi nie miałoby znaczenia to, że teraz „zgodnie z prawem” można kazać spierdalać kobiecie, która nosi płód z bezmózgowiem). Z czwartej strony Zjednoczona Prawica może się zdecydować na zaostrzenie prawa aborcyjnego przy użyciu trybunału, bo wizerunkowe obciążenie dla partii będzie mniejsze, niż gdyby zrobiono to przy pomocy ustawy. Tyle, że z piątej strony wszyscy (łącznie z betonem, który to chwali) mają świadomość tego, że trybunał zrobi to, czego sobie zażyczą Czynniki Decyzyjne (aka Jarosław Kaczyński), tak więc wina za to, co się stanie spadnie na Zjednoczoną Prawicę, niezależnie od sposobu, w który zaostrzy ona prawo aborcyjne. Z szóstej strony, PiS może usiłować zajść Solidarną Polskę z prawej strony, bo partia ta już od jakiegoś czasu pozycjonuje się „po prawej stronie” PiSu. Jednakowoż z siódmej strony, równie dobrze PiSowi może chodzić o to, żeby zdystansować się od Solidarnej Polski. Gdyby trybunał uznał, że ten konkretny wyjątek jest zgodny z Konstytucja, to PiS wysłałby wyraźny sygnał do suwerena „ok, może jesteśmy pojebami, ale nie aż takimi jak Solidarna Polska”. Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, ale już tych kilka (tak, siedem to też kilka) punktów wystarczy, żeby dostrzec złożoność sprawy. Zresztą, o tym, że to nie jest dla PiSu prosta decyzja, niech zaświadczy to, że wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy (czy jak to się tam nazywa) złożono prawie trzy lata temu i jakoś tak Trybunał Przyłębski się nie śpieszył z rozpoznaniem sprawy (dla porównania sprawa „Drukarza z Łodzi” została ogarnięta w półtora roku [o tym również będzie w Przeglądzie]). Jeżeli PiS zdecyduje się na zaostrzenie prawa aborcyjnego, to za cenę kupienia sobie chwili spokoju od upierdliwych zygotarian (którzy przeca nie odpuszczą pozostałym wyjątkom od zakazu aborcji), zafundują sobie otwarcie frontu, którego nie uda się zamknąć niezależnie od tego, kiedy będą kolejne wybory. Gdyby bowiem zaostrzono prawo, to nawet nieogarnięta największa partia opozycyjna musiałaby wreszcie zająć jakieś stanowisko (i raczej byłoby to stanowisko „trzeba zliberalizować prawo aborcyjne) i nie unikać tematu (komentariatowi byłoby przykro, bo nie mógłby już mówić o temacie zastępczym). Ponieważ zaś liberalizacja prawa aborcyjnego wymagałaby zmian w Konstytucji, opozycja miałaby „paliwo wyborcze” w postaci argumentu, że no spoko, my to możemy zmienić, ale musicie zrobić tak, żeby partie opozycyjne miały większość konstytucyjną, bo prawicowy szuriat na to nie pozwoli. Nie mam pojęcia, jaka będzie ostateczna decyzja, ale wiem jedno: trzeba zachowywać się i działać tak, jak gdyby pewne było, że prawo zostanie zaostrzone. Część komentariatu twierdziła, że no ok, protesty to mogą być, ale łatwiej wpływać na polityków, niż na sędziów trybunału. Czy Ty jesteś, kurwa, poważny komentariacie? Może i sędzia będzie miał w dupie protesty, ale jego polityczni przełożeni już niekoniecznie. Jeżeli zaś protestów nie będzie, a suweren będzie siedział cicho, to Zjednoczona Prawica uzna to za zielone światło do zmian.  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Chyba wszyscy pamiętają to, jak bardzo Zjednoczona Prawica (i pewien instytut, o którym nie można mówić wiecie czego) była dumna z tego, że Trybunał Przyłębski uznał, że karanie kogoś za odmowę wykonania usługi jest niekonstytucyjne (czym w praktyce wprowadzono „klauzulę sumienia dla przedsiębiorców”). Bardzo szybko okazało się, że (cóż za brak zaskoczenia) w całej sprawie nie chodziło o to, żeby przedsiębiorcy mogli odmawiać komuś wykonania usługi, ale o to, żeby fundamentaliści religijni mogli gnoić ludzi, których nie lubią. W związku z powyższym doszło do absurdalnej sytuacji, o której już wspominałem, ale się powtórzę. Kiedy Empik zapowiedział, że jeżeli „Gazeta Polska” nie zmieni zdania i dołączy do swojej gadzinówki naklejki ze strefą wolną od części Polaków, to Empik wycofa nakład i nie będzie u siebie sprzedawał tego numeru, Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris „pękał z dumy”, że Empik to może zrobić zgodnie z prawem. Trzy miesiące później, wiadomy instytut wydalił z siebie „ekspertyzę”, z której wynikało, że to, co zrobił Empik to cenzura prewencyjna/etc. Innymi słowy, było to zgodne z prawem, ale jednak nie było to zgodne z prawem. Na początku września na ćwitrze pojawił się wpis jednego z kapelanów Twittera, w którym stało, że jakaś tam parafia się remontuje i chce sobie zamówić beton, ale już trzy firmy kazały jej spierdalać (po tym, jak dowiedziały się kto zamawia ów beton). Ksiądz był na tyle oburzony, że szukał pomocy u Ordo Iuris (nie wiem, czy sprawa miała ciąg dalszy). Tenże sam ksiądz jarał się, rzecz jasna, wyrokiem TK w sprawie „Drukarza z Łodzi”. Nieco później (acz również we wrześniu) prawy sektor zatrząsł się z oburzenia, bo w jednej z sieciowych restauracji odmówiono obsłużenia zygotarian. Ponieważ w nagonkę na sieć włączyły się rządowe mendia, sieć przeprosiła za całe zajście, mimo że jej pracownicy nie zrobili niczego, co byłoby niezgodne z prawem. Warto w tym miejscu nadmienić, że bezczelność rządowych mendiów bierze się stąd, że przypominaniem o wyroku Trybunału Przyłębskiego zajmują się głównie użytkownicy mediów społecznościowych, bo żadnemu „większemu” graczowi się nie chce. Nie chce się dużym mediom, nie chce się politykom. Dzięki czemu rządowe media mogą tworzyć narracje o „prześladowaniach” zygotarian mimo, że wcześniej tłumaczyły, że Drukarz z Łodzi, który odmówił wykonania usługi i został za to zjebany „padł ofiarą prześladowań”. Również dzięki temu rządowe mendia, mogły udawać, że wcale nie jarały się wyrokiem Trybunału Przylębskiego w „sprawie Drukarza z Łodzi”.


Mniej więcej w połowie września trafiłem na informację, która była tak bardzo absurdalna, że gdyby nie to, że wiem do czego zdolna jest Zjednoczona Prawica, to pewnie uznałbym to za fejka. Żeby nie trzymać was dłużej w niepewności, już tłumaczę, o którą informację chodziło: „Kinga Duda została powołana na doradcę społecznego prezydenta RP”. Ponieważ informacja nie była fejkiem, na głowę państwa (nie no, żartuje, nikt nie miał o to pretensji do Jarosława Kaczyńskiego) posypały się gromy. Co zrozumiałe, Prezydentowi RP zarzucano nepotyzm. Zarzut ten jest w stu procentach słuszny, tak więc z niecierpliwością czekałem na to, w jaki sposób media rządowe (i politycy partii rządzącej) będą bronić córki Prezydenta RP (tak, w tym miejscu należy przypominać o tym, że to rodzina Prezydenta RP, bo gdyby nie była jego córką, to nie dostała by tej fuchy). Jeden z prezydenckich dronów nie czekał na przekaz dnia i zaczął tłumaczyć, że „prezydent chce umożliwić dalszy rozwój zawodowy swojej córce”. Dodatkowo tłumaczył, że w sumie to córka Prezydenta RP jest wyedukowana i zna się na tym i owym. Czy z tego, że córka Prezydenta RP skończyła takie, a nie inne studia i praktykowała tam gdzie praktykowała wynika, że w Polsce nie znalazłby się nikt o lepszych kwalifikacjach? Oczywiście, że, kurwa, nie wynika. Tyle że Dera wytłumaczył, że chodziło o to, że ojciec chciał zadbać o dalszy rozwój zawodowy córki, więc jeżeli ktoś ma jakieś pretensje, to niech spierdala. Jak się Zjednoczona Prawica ogarnęła z przekazem dnia, to się okazało, że tu nie ma mowy o żadnym nepotyzmie, bo chodzi o doradcę społecznego, który za swoje doradzanie nie bierze szekli. Ta argumentacja jest tak idiotyczna, że aż się prosi o suchar „w Polsce bezrobocie jest takie niskie, że nikt nie chciał doradzać Prezydentowi RP za darmo i dopiero jego córka się poświęciła”. Potem zaś okazało się, że może być jeszcze bardziej śmiesznie i jeszcze bardziej bezczelnie. Okazało się bowiem, że córka Prezydenta RP będzie zajmować się reformą wymiaru sprawiedliwości. Ponieważ Zjednoczona Prawica jara się Trumpem, warto w tym miejscu poczynić spostrzeżenie, że to zajmowanie się „reformą wymiaru sprawiedliwości” wygląda tak, jak oddelegowanie zięcia Trumpa do tego, żeby zrobić coś, żeby wreszcie był pokój na Bliskim Wschodzie. Tak swoją drogą, to jest zjawiskowe, jak bardzo zuchwała jest Zjednoczona Prawica. Tzn. ja rozumiem, że obecny Prezydent RP ma już na wszystko wyjebane, bo to jego ostatnia kadencja, ale partia rządząca raczej chciałaby sobie jeszcze porządzić pewnie, a takie rzeczy jej szkodzą. Tzn. w sumie powinny, bo jeżeli jest coś pewnego to to, że w chwili obecnej opozycja nie jest w stanie wykorzystywać absolutnie żadnych sytuacji, których dostaje od Zjednoczonej Prawicy całe pierdyliony. To trochę tak, jakby opozycja nie potrafiła skupiać się na kilku tematach jednocześnie. CZEKAJCIE! Chyba już wiem o co chodzi z tymi tematami zastępczymi! I nie, to nie jest tak, że jak do wyborów jest kawałek, to można sobie odpuszczać. Tzn., owszem, można, ale potem okazuje się, że jest to prosta droga do przejebywania wyborów za wyborami.


Jakiś czas temu dywagowałem sobie w temacie tego, co dalej będzie na linii Zachód (odnosiło się to do UE, ale, nie oszukujmy się, dla obecnych władz UE to „zgniły Zachód”) – Polska w kwestii gnojenia mniejszości seksualnych przez władze naszego kraju. Wszystko bowiem wskazywało na to, że Zachód pójdzie „na zwarcie”. Zaczęło się od obcięcia części z funduszy, które miały z UE uzyskać gminy, które uznały, że one chcą być wolne od jednej takiej nieistniejącej ideologii. Potem wszedł oberprokurator, cały na biało, i powiedział, że on im wyrówna straty. Tylko,S że nieco później okazało się, że potrzeba będzie więcej wyrównywania, bo gminom ujebano również tzw. „fundusze norweskie”, a to, (za Oko Press): „Dla samego Kraśnika oznacza to utratę od 3 do 10 mln euro”. Radni z Kraśnika uznali, że mają to w dupie i w trakcie głosowania nad uchyleniem wiadomej uchwały zagłosowali za tym, żeby uchwała u nich została (tak chodzi o ten sam Kraśnik, w którym nie chcą ideologii 5G). Minęło trochę czasu i w mediach głośno zrobiło się o liście pięćdziesięciu ambasadorów. O liście pierwsza wspomniała ambasadorka USA (która od jakiegoś czasu napierdala się z polskimi władzami przy użyciu konta ćwiterowego): „Prawa człowieka to nie ideologia - są one uniwersalne. 50 ambasadorów i przedstawicieli się z tym zgadza - napisała w swoim poście.”. Prawy sektor zareagował na to w sposób zrozumiały (czytaj: dokonał zesrania się) i zaczęto tłumaczyć, że ambasadorowie mają chuja do gadania, a w ogóle to w niektórych z tych krajów, co to z nich ambasadorowie są, to elbagiety mają gorzej etc. W przysłowiowym międzyczasie, do kwestii stref wolnych od wiadomo czego, odniósł się kandydat na prezia USA, Joe Biden, który napisał na ćwitrze, że jeżeli chodzi o wiadome strefy, to nie ma na nie miejsca ani w UE, ani w ogóle na świecie. Na reakcję polskiej dumbasady w USA nie trzeba było czekać. Dumbasada wytłumaczyła, że Biden to se może pospierdalać, bo w Polsce nie ma takich stref, więc lewaki dupa cicho. Nawiasem mówiąc, mniej więcej w tym samym czasie, w mendiach rządowych można było zaobserwować znacznie więcej proTrumpowych wrzutek, niż wcześniej. O tym, że polska dyplomacja stawia na to, że Trump wygra, bo, jak można było przeczytać w piśmie, (którego teraz nie oźródłuje, bo nie jestem w stanie go wygrzebać) co prawda może on przegrać, ale już tyle zainwestowano w dobre kontakty z nim, że nie warto nawet myśleć o tym, co będzie, jeżeli Trump przegra (tak, to był legitny dokument i tak to są aż tacy kretyni), wiadomo od dłuższego czasu. Niemniej jednak teraz w działania polskich władz wkradła się pewna nerwowość (która ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak działają rządowe media). Z nerwowości tej można wywnioskować tyle, że polskie władze obawiają się zwycięstwa Bidena (a media rządowe zachowują się tak, jak zachowywały się w trakcie wyborów w Polsce, bo nie potrafią inaczej reagować). Nie dziwie im się, bo, po pierwsze zwycięstwo Bidena oznaczałoby powrót części administracji Obamy, która to administracja mogłaby niezbyt przychylnym okiem patrzeć na to, co odjebują polskie władze (a wszyscy wiemy, że polskie władze w kontaktach z USA od dyskutowania do wypełniania poleceń dzieli jedno tupnięcie nogą ambasadora/innej figury amerykańskiej). Po drugie to, że Biden zwrócił uwagę na te zasrane strefy pokazuje, że jeżeli wygra wybory, to jego administracja może się pochylić nad tymi kwestiami (bo to nie jest Trump napierdalający ćwitami 24/7, bo nikt nie ma nad tym żadnej kontroli). Moje pojęcie na temat amerykańskiej polityki nie pozwala mi na jakiekolwiek prognozy wyniku wyborów, ale moje obserwacje polskiej polityki pozwalają na stwierdzenie, że polskie władze są zesrane.


Dawno nie pochylałem się nad moim ulubionym politykiem, Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny, tak więc teraz trzeba nadrobić zaległości. Dzień po tym, jak o liście pięćdziesięciu ambasadorów zrobiło się głośno, temat poruszył wyżej wymieniony jegomość: „Apeluje do konserwatystów, aby przestali używać terminu „ideologia LGBT” , który nie jest używany i zrozumiały na świecie. A do tego łatwo nim manipulować. Chodzi o neomarksistowską ideologię „Gender”. Jej autorzy wprost piszą o niszczeniu tradycyjnego modelu rodziny (…) A my mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek jej bronić. Bo tak mówi nasza ustawa zasadnicza. Tu pisze o tym, że mówiąc o „ideologii LGBT” tak naprawdę chodzi o „ideologie Gender” (…) Sam się łapałem na tą semantykę i potem w PE i tak musiałem przechodzić z „Ideologii LGBT” na bardziej zrozumiałe Gender. Język ma znaczenie”. Jednocześnie Patryk Jaki przypomniał swój wiekopomny tekst, do zrozumienia którego wystarczy tytuł artykułu z „w Polityce”: „Patryk Jaki: Czy ideologia LGBT istnieje? "Skoro nie ma takiej ideologii, to czego uczą na całym świecie katedry gender?"” Jestem pierwszą osobą, która byłaby skłonna do nabijania się z DChzBR, ale w tym momencie muszę przyznać, że jako pierwszy z przedstawicieli prawicowego szuriatu zorientował się, że pieprzenie o ideologii LGBT przyciąga problemy jak magnes i wywołuje konflikty na linii Polska – (szerokopojęta) zagranica. Przypominam, że Jaki jest człowiekiem, który był skłonny bronić współtworzonej przez siebie gównoustawy nawet po tym, jak wywołała ona ostre spięcie dyplomatyczne na linii Polska – Izrael + USA. Jeżeli tego rodzaju myśliciel zwrócił na coś uwagę, to znaczy, że jest to, kurwa, bardziej niż ewidentne. Tym niemniej sposób, w który Patryk Jaki chce „wybrnąć” z całej sytuacji pokazuje, jak bardzo nieogarniętym politykiem jest (mimo swojego ponadprzeciętnego cwaniactwa). Prawda jest bowiem taka, że „straszenie genderem” było obiektem tak wielu kpin ze strony niePiSowskiego otoczenia, że najprawdopodobniej była to jedna z przyczyn, dla których partia rządząca zaczęła szczuć na mniejszości seksualne i przestała w kółko napierdalać o „genderze”. Mało prawdopodobne jest więc to, że ktokolwiek (może poza partyjnymi ziomkami i ziomkiniami Patryka Jakiego) przejmie się jego „apelem”. Ponieważ Patryk Jaki nie zasługuje na dwa osobne wątki, pozwolę sobie dopisać do tego kolejny temat. Kiedyś grzebałem na wikipedyjnej stronie Jakiego (celem poznęcania się nad wyżej wymienionym) i trafiłem tam (w podzakładce „poglądy”) kurwa, na szczere złoto: „Patryk Jaki deklaruje się jako zwolennik kary śmierci za najcięższe przestępstwa, w stosunku do których nie ma żadnych wątpliwości co do winy sprawcy”. Jeżeli ktoś popełnił ten błąd, że zaczął się zastanawiać nad tym „o chuj tu chodzi”, to już tłumaczę. Zwolennicy kary śmierci od pewnego czasu odbijają się od kontrargumentu, którego w żaden sposób nie są w stanie sensownie podważyć. Otóż, przeciwnicy kary śmierci (do których zalicza się niżej niepodpisany) tłumaczą, że wszystko fajnie, ale wymiar sprawiedliwości jest omylny, a to oznaczałoby skazywanie na śmierć niewinnych ludzi. I w tym miejscu pojawia się Patryk Jaki, który tłumaczy, że, owszem, on popiera karę śmierci, ale tylko wtedy, gdy winny jest winny (bo do tego się sprowadza jego „argumentacja”). Warto sobie (albowiem Patrykowi Jakiemu nie warto) zadać pytanie „jak nazywamy osobę, w przypadku której są wątpliwości odnośnie tego, czy jest winna”. Jeżeli odpowiedzieliście „taką osobę nazywamy „niewinną””, to muszę wam pogratulować – do Solidarnej Polski by was z takimi poglądami nie przyjęli. Ja wiem, że mogę sobie tylko pomarzyć, ale chciałbym, żeby któryś z dziennikarzy dopytał Jakiego w temacie tego, co należy robić z osobami, w przypadku których są wątpliwości odnośnie tego, czy są winne i grillował Jakiego, aż do uzyskania odpowiedzi (ciekaw jestem, jak bardzo Jaki by się spocił w trakcie udzielania tejże). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że człowiek wygadujący tego rodzaju bzdury był (uwaga Capslock będzie grany) WICEMINISTREM SPRAWIEDLIWOŚCI.


Na sam koniec zostawiłem sobie temat, o którym jest dość cicho, a o którym powinno się napierdalać 24/7. O tym, że Zjednoczonej Prawicy nie podobało się to, co działo się w Muzeum Drugiej Wojny Światowej (do momentu przejęcia kontroli nad tymże muzeum) pochylałem się dawno temu. Pochylałem się również nad kretyńskimi analizami (wykonanymi na zlecenie partii rządzącej), z których wynikało, że ekspozycja w MIIWŚ jest chujowa, bo pokazuje jedynie negatywną stronę wojny (tak, to zostało napisane na serio) również. Teraz zaś przyszedł czas, coby pochylić się nad tym, co serwuje się w Jedynie Słusznym Muzeum. Estera Flieger z Oko Press napisała była tekst pt. „Karol Marks: Jak rozpętałem drugą wojnę światową. Recenzujemy wystawę w przejętym przez PiS muzeum”. Potem był lead, z którego jasno wynikało, że tytuł nie był clickbaitem: „Za wybuch wojny odpowiedzialni są Marks, Engels i Nietsche, bo ich prace filozoficzne zaprzeczały istnieniu Boga. Taką wersję historii najnowszej prezentują autorzy wystawy w przejętym przez PiS Muzeum II Wojny Światowej”. Teraz zapnijcie pasy, bo zafunduje wam cytat z pierdolnięciem: „Dyrektor Karol Nawrocki w nagraniu promującym wystawę mówi: „U jej fundamentów położyliśmy szeroką refleksję o antychrześcijańskich prądach filozoficznych, które zaprzeczały istnieniu Boga (…) Słowa zapisane przez takich myślicieli jak Marks, Engels czy Nietzsche, wypaczone potem w niektórych aspektach przez polityków i twórców sowieckiego komunizmu i niemieckiego nazizmu, a w innych wprost oddające to, co myśleli filozofowie o nadczłowieku, wojnie i terrorze doprowadziły w końcu do wybuchu II wojny światowej””. W tym miejscu pora na kolejne wyznanie z mojej strony. Otóż, muszę się przyznać do tego, że przez bardzo długi czas nie interesowałem się historią. Tzn. interesowałem się na tyle, na ile mi to było do czegoś potrzebne. Jednakowoż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że, niestety, bez znajomości historii człowiek jest narażony na to, że będzie robiony ordynarnie w chuja przez ludzi, którzy może i sami się nie znają na historii (np. Ziemkiewicz), ale inni nie znają się bardziej, tak więc nie będą mogli zweryfikować tego, czy są robieni w chuja. Zacząłem się dokształcać w miarę możliwości, a potem mnie wciągnęło. Gdybym ten wysryw zobaczył jakieś dziesięć lat temu, to co prawda bym w niego nie uwierzył, ale nie byłbym w stanie udowodnić, że to bzdura (polska prawica do perfekcji opanowała rzucanie bzdurnych teorii [których nie popiera żadnymi argumentami] i oczekiwanie od oponenta, że ów udowodni, że prawicowiec się pomylił). Jak tak sobie czytałem różne pozycje o II Wojnie Światowej, to sobie tam wypatrzyłem, że wśród tych historyków, których czytałem, panuje zgodność odnośnie tego, że II WŚ była konsekwencją pierwszej między innymi zaś tego, jak potraktowane zostały Niemcy (nie żeby sobie na to nie zapracowały) i tego, że porażka Niemiec była traktowana przez niektórych obywateli tego kraju, jako (w uproszczeniu) „zdrada elit”, bo żołnierze sobie doskonale radzili, a elity polityczne mimo tego poddały kraj (to, że Niemcy gospodarczo nie udźwignęłyby dalszego prowadzenia wojny, nie miało znaczenia, bo nie pasowało do tezy). Na takich fundamentach zbudowano narrację o hańbie, którą można zmyć praktycznie tylko i wyłącznie w jeden sposób (Uczynić Niemcy Wielkimi Raz Jeszcze). Jeżeli zaś chodzi o ZSRR, to ciekaw jestem, czy mózgi, które skupiły się na Marksie i Engelsie, w ogóle zwróciły uwagę na fakt, że powstał ów związek również przez to, że Rosja zaangażowała się w pierwszą wojnę światową, a jej gospodarka sobie średnio radziła (przez co w Rosji było generalnie przejebane). Obstawiam, że ten szczegół mógł umknąć mózgom z MIIWŚ, bo średnio im to pasowało do tezy. Jeżeli bowiem zwalamy winę za wszystko na Marksa i Engelsa, to nie możemy tłumaczyć, że bolszewicy (którzy spierali się z mienszewikami między innymi w kwestii podejścia do tego, co napisał Marks [zgadnijcie, kto miał do tego podejście raczej luźne i dlaczego tym kimś byli bolszewicy]) doszli do władzy w głównej mierze w efekcie pierwszej wojny światowej. Nie spięłoby się to ni chuja z tezą, którą sobie wymyślili zawiadowcy MIIWŚ. Na domiar złego musieliby wspomnieć coś na temat tego, dlaczego wybuchła pierwsza wojna światowa, a tego już ni chuja nie da się zrzucić na Marksa i Engelsa. Nawiasem mówiąc, jeżeli kogoś interesuje temat pt. „jak doszło do pierwszej wojny światowej”, to polecam „1914. Rok końca świata” Paula Hama (w pewnym momencie głośno zrobiło się o książce pt. „Lunatycy Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, ale mnie bardziej do gustu przypadła książka Hama). W telegraficznym skrócie, do wojny doszło dlatego, że przywódcy części krajów zakładali, że inne kraje będą chciały atakować ich kraje, tak więc zaczynali wykonywać działania, które inni przywódcy odczytywali jako zapowiedź ataku/etc. A potem wszyscy zaczęli się radośnie napierdalać, a wojna, która miała potrwać kilka miesięcy, trwała cztery lata z hakiem. Generalnie rzecz ujmując, to wszystko są złożone kwestie i ostania rzecz, której potrzebujemy, to banda kretynów, która albo nie zna historii, albo zna, ale usiłuje ją napisać od nowa. Ignorowanie faktu, że do obu wojen doszło ze względu na nacjonalizm (który po pierwszej wojnie wszedł na znacznie wyższe obroty) i tłumaczenie, że to „Wina Marksa”, to groźny idiotyzm. Z tego zaś z kolei wynika, że w Zjednoczoną Prawicę powinno się za to napierdalać non stop i (słusznie) zarzucać jej pisanie historii od nowa. Tym powinni się zajmować politycy partii opozycyjnych i media o dużym zasięgu, bo to jest (w kontekście zjednoczonoprawicowej napinki „trzeba nauczać historii”) samograj. Niestety, zajmują się tym jedynie pasjonaci (nie, nie mam tu na myśli samego siebie, ale np. autorkę tekstu na Oko Press, której się chciało przebijać przez ten bullshit, który zawiadowcy MIIWŚ nazywają „historią”). Aczkolwiek, zapewne się mylę, a pisanie historii od nowa, to kolejny „temat zastępczy”.


Źródła:

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

https://twitter.com/bbudka/status/1311588964403417088

https://tvn24.pl/polska/aborcja-eugeniczna-trybunal-konstytucyjny-zajmie-sie-wnioskiem-wsprawie-przerwania-ciazy-ze-wzgledu-na-ciezkie-wady-plodu-4694924

https://www.newsweek.pl/polska/aborcja-eugeniczna-pis-zakaze-aborcji-za-pomoca-tk/r8dhqfp

https://lodz.wyborcza.pl/lodz/7,35136,22829271,odmowil-uslugi-dla-organizacji-lgbt-sprawa-zajmie-sie-trybunal.html

https://wpolityce.pl/polityka/452504-minister-ziobro-ten-wyrok-to-swieto-wolnosci

https://twitter.com/jerzKwasniewski/status/1153356510640189447

https://twitter.com/OrdoIuris/status/1174984529506971653

https://twitter.com/PanZolty/status/1304146437966622720

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1309241416879665155

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradczynia-spoleczna-prezydenta-kim-jest-corka-prezydenta-jakie-ma-doswiadczenie-4694301

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradca-prezydenta-andrzeja-dudy-andrzej-dera-chce-umozliwic-dalszy-rozwoj-zawodowy-swojej-corce-4695215

https://www.donald.pl/artykuly/WRggRFFA/fakt-kinga-duda-jako-doradczyni-prezydenta-zajmie-sie-reforma-wymiaru-sprawiedliwosci?

https://oko.press/gminy-wolne-od-lgbt-bez-funduszy-norweskich/

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/7833136,lgbt-lgbti-list-ambasador-mosbacher-prawo-ideologia.html

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-biden-krytykuje-strefy-wolne-od-lgbt-ambasada-rp-odpowiada,nId,4746816

https://www.tvp.info/50240185/nie-bede-na-to-tracil-czasu-trump-odmowil-wirtualnej-debaty-z-bidenem

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1310529158527807488

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26349431,patryk-jaki-apeluje-zeby-juz-nie-mowic-ideologia-lgbt-jezyk.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Patryk_Jaki

https://oko.press/recenzujemy-wystawe-w-przejetym-przez-pis-muzeum/