Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarnobrzeg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarnobrzeg. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2022

Hejterski Przegląd Cykliczny #86

Niniejszą ścianę tekstu zainauguruje follow up mojej notki na temat książki „Nie ma i nie będzie”. Jeżeli ktoś się tym tematem średnio interesuje, to może sobie ten kawałek odpuścić i udać się w stronę dalszych części tekstu (nie, nie obrażę się!).


Przyznam szczerze, że zacząłem pisać wstęp do tego kawałka o książce, w którym umiejętnie (z iście podkarpacką subtelnością) budowałem napięcie i wspominałem o tym, jak to w trakcie pisania ściany tekstu, odnoszącej się do wiadomej książki, zastanawiałem się nad tym, w jaki sposób Obrońcy Dobrego Imienia Książki zareagują na ten tekst. Tyle, że byłby to z mojej strony jedynie zabieg literacki, bo pisząc swój tekst wiedziałem jaka będzie reakcja. Aczkolwiek może powinienem to ująć inaczej: wiedziałem jakiej reakcji nie będzie. Już w trakcie pisania obserwowałem sobie poczynania Obrońców Dobrego Imienia Książki i widziałem, że tym ludziom absolutnie nie chodzi o jakąkolwiek merytoryczną dyskusję na temat książki. Chodziło im jedynie o to, żeby udowodnić, że jakakolwiek krytyka wyżej wymienionej książki, brała się z uprzedzeń względem autorki oraz całej Polski „B”. Ilekroć pojawiały się gdzieś słowa krytyki, tylekroć pojawiali się obrońcy, którzy wszystkich krytyków wyzywali od libków, sługusów elit etc. (pojawiała się tam również inna argumentacja, ale do niej przejdę w dalszej części tego kawałka tekstu). Ponieważ sobie to obserwowałem, wiedziałem, że jeżeli chodzi o jakąkolwiek dyskusje na temat tej książki, która mogłaby choćby nosić znamiona merytorycznej, to takowej dyskusji nie ma i nie będzie. Do takiej dyskusji nie mogło dojść ze względu na zachowanie obrońców i samej autorki. O przyczynach, dla których to towarzystwo wzajemnej adoracji zachowywało się w ten, a nie inny sposób, wspomnę na końcu tych rozważań okołoksiążkowych.


Pisząc sobie moją poprzednią ścianę tekstu miałem świadomość tego, że gdybym posiedział dłużej nad researchem, to pewnie mógłbym się odnieść jeszcze bardziej szczegółowo do rozdziału o moim rodzinnym mieście, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli nie przestanę grzebać, to albo nie skończę tekstu, albo będzie on po prostu zbyt długi (jeżeli zaś ja twierdzę, że jakiś tekst mógłby być za długi, to znaczy, że byłby on NAPRAWDĘ za długi). Nie zaskoczyło mnie więc w ogóle to, że po opublikowaniu tekstu dostałem trochę wiadomek z ciekawostkami na temat Tarnobrzega. O niektórych z nich słyszałem kiedyś, ale wyleciały mi z głowy, z innymi nie zetknąłem się nigdy. Jedna z takich ciekawostek, które wyleciały mi z głowy, była związana z wydobywaniem siarki. Ta ciekawostka sprawia, że rozdział na temat Tarnobrzega mógł być najciekawszy z całej książki, bo można by było opisać to, jak wielkiego pecha miał Tarnobrzeg.


Zanim przejdę do tej ciekawostki, muszę przypomnieć o tym, w jaki sposób w „Nie ma i nie będzie” opisano przyczyny, dla których Siarkopol (rozumiany jako kopalnia) padł. Otóż stało się tak ze względu na spisek Zachodnich elit, które chciały zamienić Polskę w rezerwuar taniej siły roboczej. Co prawda w rozmowie z wieloletnim pracownikiem Siarkopolu pojawia się wątek tego, że wydobywanie siarki stało się nieopłacalne ze względu na to, że technologie odsiarczania poszły do przodu, ale wątku tego autorka nie drążyła, a poza tym starała się go przykryć cytatami z tego samego pracownika, który sugerował, że gdyby podjęli decyzję o sprzedawaniu siarki taniej, niż konkurencja z Kanady (która pozyskiwała swoją poprzez odsiarczanie tego i owego), to wszystko mogłoby się skończyć lepiej. Ponieważ działo się to w czasie transformacji gospodarczo-ustrojowej – wiadomo kogo należy winić za „złe decyzje”. Co prawda nie chcę wam niczego spoilerować, ale pozwolę sobie napisać, że te „złe decyzje”, owszem zapadły, ale w nieco innym czasie.


Jeżeli ktoś studiował chemię w latach 70-tych, to mógł się na zajęciach z technologii chemicznej dowiedzieć między innymi tego, że technologie odsiarczania tego i owego poszły do przodu tak bardzo, że w bardzo nieodległej przyszłości może się okazać, że wydobywanie siarki okaże się nieopłacalne. Jeżeli nikt z tego nie robił tajemnicy i opowiadano o tym bez skrępowania, to znaczy, że musiała to być wtedy wiedza powszechna. A wiecie, co jeszcze działo się w latach 70-tych? Rozbudowywano Siarkopol. W tych samych latach 70-tych do miasta ściągano kolejnych ludzi, którzy mieli pracować w „Siarce”. Ściągano ich tam bardzo skutecznie, bo w 1970 w Tarnobrzegu mieszkało 19.000 osób, a w 1980 było to już 37.260. Reasumując: wiedziano o tym, że wydobycie siarki może się stać nieopłacalne, a mimo tego rozbudowywano przemysł wydobywczy oraz miasto, które rozrastało się tylko i wyłącznie dlatego, że Siarkopol ściągał coraz więcej nowych pracowników (wraz z rodzinami). W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Przeszło mi przez myśl, żeby pogrzebać przy temacie tej technologii chemicznej. Wygrzebać konkretne daty, w których te czy inne technologie „odsiarczania” zaczynały odgrywać znaczącą rolę w pozyskiwaniu tego surowca. Dałoby się pewnie wygrzebać jakieś informacje na temat tego, kiedy siarka zaczęła tanieć i kiedy ponad wszelką wątpliwość wiadomo było, że jej wydobycie jest nieopłacalne. Mógłbym to wszystko zrobić, ale to nie ma najmniejszego sensu dlatego, że do towarzystwa wzajemnej adoracji, które wychwala wiadomą książkę, absolutnie by to nie dotarło. Wyżej wymienione towarzystwo nie było zainteresowane dyskusjami na temat książki, bo za bardzo skupiało się na tym, żeby udowodnić, że to „ważna książka”.


Jak wspomniałem przed momentem, w trakcie pisania poprzedniego tekstu obserwowałem sobie mikro-inby, które pojawiały się, ilekroć ktoś miał czelność skrytykować Bardzo Ważną Książkę (za napisanie której autorce należy się nagroda imienia Ziemkiewicza). Te mikro-inby pojawiały się nie tylko przy okazji każdej recenzji (rzecz jasna, chodzi o recki negatywne), ale też w lewicowej bańce, gdy ktoś się wyraził niepochlebnie na temat książki. Obrońcy Bardzo Ważnej Książki trakcie tych inb tłumaczyli, że te recki to są „bez treści” (rzecz jasna, obrońcy bardzo dużo pisali o libkach, elitach/etc., które krytykują książkę o prowincji dlatego, że coś tam coś tam). Ten zarzut wydawał mi się nieco bezsensowny. Prawda jest bowiem taka, że taka zwykła recka, która z przyczyn oczywistych jest przeważnie tekstem dość krótkim, musi być pisana na bardzo wysokim poziomie ogólności. Co za tym idzie, nie da się w ramach recek bawić w jakieś debunki, bo nie ma na to miejsca. Łatwo więc było każdą kolejną reckę zamknąć w pudełku podpisanym „bez treści”. Obrońcy zupełnie ignorowali to, że recenzja rządzi się swoimi prawami (głównie zaś tymi odnoszącymi się do objętości) i tłumaczyli, że autorzy i autorki recek nie opisują żadnych błędów, bo tych w książce po prostu nie ma. Ta skrajna zarozumiałość była jedną z przyczyn, dla których popełniłem na temat tej książki (tzn. jednego rozdziału tejże) osobną ścianę tekstu, w której opisałem różne błędy, począwszy od tych małych (cytowanie niezweryfikowanych anegdot), poprzez te poważniejsze (magiczne powiększanie wieżowców [wspomnę o tym za moment, bo przyczyna, dla której autorce wydawało się, że te wieżowce są „nasto-piętrowe” jest cokolwiek absurdalna], pomylenie prezydenta z burmistrzem i zmienienie płci przewodniczącemu rady miejskiej), na tych bardzo poważnych skończywszy (absolutny wręcz brak wiedzy na temat przyczyn, dla których padł Siarkopol). Ten ostatni błąd jest cokolwiek absurdalny, jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, że autorka skupiała się w swojej książce na temacie upadku różnych zakładów pracy. Wydawać by się mogło, że skoro ktoś się bierze za bary z takim tematem, to ten ktoś powinien ogarnąć podstawowy research. Tak, wiem, kluczowy w poprzednim zdaniu jest wstęp „wydawać by się mogło”.


Jedyne, czego się spodziewałem po towarzystwie wzajemnej adoracji, które broniło Bardzo Ważnej Książki to „zmiana płyty”. O ile bowiem w przypadku zwykłych recek można się było głupio upierać, że są „bez treści” i że nie ma w nich konkretów, to w przypadku tekstu, w którym konkretów było dużo, konieczna musiała być zmiana narracji. Ta wymuszona „zmiana płyty” była w niektórych przypadkach bardzo, ale to bardzo zabawna. Pozwolę sobie na opisanie pewnej wymiany zdań, którą sobie obserwowałem (nie będę tego oźródłowywał, bo działo się to na prywatnych kontach). Otóż, mój dobry znajomy wdał się był w dyskusję z obrońcami. Stało się to głównie z mojej winy, albowiem w trakcie pisania tekstu co jakiś czas podrzucałem mu „smaczki” z rozdziału dotyczącego Tarnobrzega. Było ich tyle, że ów znajomy zwrócił uwagę (pod jednym z wpisów dotyczących książki) na to, że jeżeli chodzi o research, to ta książka jest po prostu kiepska. Facebookową sekundę później okazało się, że gdyby ów znajomy poleciał na Arrakis i stojąc na piasku odpalił tarczę Holtzmana, to Czerwi zleciało by się mniej, niż obrońców książki pod jego komentarzem. O tym, że Czerwie byłyby mniej agresywne wspominać chyba nie trzeba. Znajomy bardzo szybko się dowiedział o tym, że się w ogóle nie zna, a research do książki był bardzo sumienny/etc. Gdy ów znajomy napisał, że on z przyjemnością zalinkuje tekst o tej książce, dowiedział się, że ten tekst na pewno będzie zły, bo przecież ktoś, kto go napisał musiałby doskonale znać wszystkie te miasta, o których napisano etc., etc. Swoją droga, dopiero po napisaniu tego kawałka dotarło do mnie to, jak durny był ów argument. Skoro bowiem ktoś był w stanie napisać książkę na temat tych miast, to chyba można dopuścić możliwość taką, że ktoś inny będzie w stanie przyswoić tę samą wiedzę i zweryfikować to, co zostało napisane, prawda?


Rzecz jasna, znowu powtórzone zostało to, że w książce nie ma absolutnie żadnych błędów. Jedną publikację tekstu później, narracja „w książce nie ma żadnych błędów” zmieniła się w narrację w rodzaju: „błędy może i są, ale to nie ma znaczenia, bo to reportaż”. Bo wiecie, jak się pisze reportaże to można napisać cokolwiek i nie przejmować się faktami, prawda? Dość zabawne było również to, że jedna z najbardziej zajadłych osób, broniących książki skomentowała moją ścianę tekstu tak, że „no że ten tekst to przeczytany został tylko do tego i tego momentu, a potem już nie, bo „Nie ma i nie będzie” to nie była praca naukowa”. Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że momentem „granicznym” był fragment tekstu, po którym pojawiały się najpoważniejsze zarzuty (niewiedza w temacie negatywnych efektów ekologicznych, zagrożenia katastrofą ekologiczną, przyczyn, dla których wydobywanie siarki przestało być opłacalne/etc.). Co za przypadek. Warto w tym miejscu nadmienić, że i po tym, jak ja swoją ścianę tekstu opublikowałem, pojawiały się też kolejne zwykłe recki (czyli te „bez pokazywania palcem”) i obrońcy znowu tłumaczyli, że w reckach nie wskazuje się błędów, bo ich nie ma w książce. Gdybym więc chciał jakoś podsumować narrację obrońców, brzmiałoby to mniej więcej tak: „w książce nie ma żadnych błędów, a nawet jeżeli są, to mogą być, bo to reportaż, ale pamiętajmy o tym, że ich tam nie ma”.


Ponieważ miałem czelność podnieść klawiaturę przeciwko Bardzo Ważnej Książce, zaczęto mi udowadniać, że „nie miałem racji”. I momentami było to dość zabawne. No bo na ten przykład, jak „reporterka” napisała w książce, że w Tarnobrzegu śmierdziało tak bardzo, że od tego smrodu można było zwymiotować, to wtedy jest to Bardzo Ważny Reportaż. Jeżeli zaś wieloletni mieszkaniec Tarnobrzega napisał, że generalnie to nie było aż tak źle, bo co prawda zdarzało się, że powietrze w mieście zajeżdżało zgniłymi jajami, ale nie działo się to 24/7 – to wtedy jest to powód do beki. Jeżeli autorka napisała o tym, że 9-piętrowy szpital jest kilkunastopiętrowym gmachem (bo pasowało jej to do tezy, że w Tarnobrzegu budynki są „przeskalowane”), to wszystko w porządku, bo przecież gdyby napisała, że budynek szpitala ma kilka pięter, to ludzie by mogli pomyśleć, że jest mały. I wszystko fajnie, tylko, że z tej sytuacji było inne wyjście: w ogóle nie pisać na temat budynku szpitala, bo wtedy nie trzeba by było mu dodawać pięter. Jeszcze inny obrońca miał mi za złe, że napisałem, że w Tarnobrzegu niespecjalnie często porusza się temat likwidacji „Siarki” i reformy administracyjnej. Tu już było bardzo blisko argumentum ad libkum, bo ów obrońca stwierdził, że no może i ze mną nikt na ten temat rozmawiał, ale trzeba pamiętać o tym, że z osobami „z zewnątrz” łatwiej porozmawiać o takich kwestiach (rzecz jasna, nie wyjaśnił skąd taka, a nie inna teza), a poza tym, to jak ktoś żyje w bańce, to w tej bańce może być tak, że pewne tematy nie są poruszane. O tym, że na prowincji bardzo trudno „żyć w bańce” obrońca Bardzo Ważnej Książki już nie wspomniał.


Nieco wcześniej obiecałem, że wspomnę o tym, jak to w ogóle możliwe, że ktoś się „machnął” o kilka pięter opisując wieżowce (o tym, że autorka dokonała magicznego rozmnożenia kilkunastu wieżowców wspominać już nie warto). Otóż, szukając sobie danych liczbowych na temat Osiedla Serbinów wlazłem na stronę wikipedyjną. Ilustracją do artykułu było szerokokątne ujęcie i jeżeli człowiek nie będzie się szczególnie wnikliwie przyglądał temu zdjęciu, to może dojść do wniosku, że wieżowce stojące na „Manhattanie” są faktycznie olbrzymie. Swego czasu (uwaga, dowód anegdotyczny, bo nie chciało mi się za tym grzebać i dopytywać w urzędzie miejskim) sporo mówiło się o tym, że z tymi budynkami w Tarnobrzegu to jest tak, że te 10-piętrowce to jest maks, ze względu na to, że grunty są takie, a nie inne i budowanie wyższych budynków mogłoby nie być do końca bezpieczne (wspomniała mi o tym jedna z osób, które się odezwały po publikacji tekstu).  



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Na sam koniec pastwienia się nad tą Bardzo Ważną Pozycją, zostawiłem sobie jeszcze inną kwestię, która w książce nie wiąże się z Tarnobrzegiem, choć powinna (tak samo, jak z każdym innym miastem – o czym przekonacie się za moment). Ja sobie przeczytałem jedynie rozdział poświęcony mojemu rodzinnemu miastu, ale część moich znajomych dzielnie czytała dalej. Ponieważ wiedzieli, że się pastwiłem nad Bardzo Ważną Książką, podsyłali mi różne ciekawostki, na które sami natrafili. Jeden ze znajomych podrzucił mi dwa cytaty (które za moment wrzucę) i opatrzył je komentarzem: „czy jej się wydaje, że w Polsce budowało się bloki z azbestu, czy jak?”. Zainteresował mnie ten wstęp, tak więc zerknąłem do cytatów: „Bloki z Kolejowej i Cynkowej, te kwadratowe kostki o dachach jak płetwa rekina, albo wieloklatkowe falochrony z azbestu, nie były jeszcze wtedy ocieplone ani pomalowane”, „Krążę pomiędzy budynkami. Niektóre to ZGM-owskie bloki z lat pięćdziesiątych, niektóre to azbest, wielka płyta (…)”. Nie dziwię się temu znajomemu, że tak odebrał te dwa cytaty. Nie dziwię się mu dlatego, że gdyby nie pewien przypadek, to pewnie sam bym nie wiedział, o co chodzi z tym azbestem.


Wiedziałem o tym, że azbestu używało się w Polsce dość powszechnie, bo moi dziadkowie, tak samo jak bardzo wielu innych mieszkańców wsi, mieli dom kryty eternitem. Niemniej jednak nie wiedziałem o tym, że tego azbestu jest dookoła znacznie więcej. Tym razem będzie to anegdata, którą bardzo łatwo można zweryfikować (tak więc podrzucę w Źródłach jakiś link). Jak wielu Polaków, wychowałem się w bloku z wielkiej płyty (nie, nie chodziło o jeden z nieistniejących w Tarnobrzegu kilkunastopiętrowców, ale klasyczny 4-piętrowy budynek). Nie wiem, jak w innych miastach wyglądała kwestia termomodernizacji, ale w Tarnobrzegu było tak, że najpierw nam ocieplono ściany boczne w budynku, a dopiero kilkanaście lat później „fronty”. Traf chciał, że w trakcie tejże termomodernizacji byłem w domu (choć były to czasy studenckie). Razu pewnego wyjrzałem sobie przez okno w moim pokoju i zobaczyłem, że na trawniku stoi zaparkowany samochód dostawczy, a obok niego kręcą się ludzie w jakichś kosmicznych strojach z maskami na twarzach (o ile mnie pamięć nie myli, to były „buldogi”). Zastanawiałem się przez moment „co się tu w ogóle dzieje”, a potem zerknąłem na bok dostawczaka, gdzie widniał napis „utylizacja azbestu” (czy jakoś tak, w każdym bądź razie o azbeście było). Gdy sobie ten napis przeczytałem, to zacząłem się jeszcze bardziej intensywnie zastanawiać nad tym, po co ci ludzie w ogóle tu przyjechali, bo przecież nie mamy w bloku dachu krytego eternitem. Potem zaś zobaczyłem, że panowie targają do auta jeden z filarków międzyokiennych. Dla niezorientowanych – te filarki w „wielkiej płycie” to były te takie płyty z nie wiadomo czego, które wstawiano od zewnątrz pomiędzy oknami. Tak więc, po dwudziestu latach mieszkania w bloku z wielkiej płyty, zupełnym przypadkiem dowiedziałem się o tym, że całkiem sporo azbestu nam w ramach elewacji zafundowano.


A teraz sobie pomyślmy, w ilu miejscach w Polsce stoją budynki z wielkiej płyty i dlaczego wspominanie o azbeście w kontekście jakiejś konkretnej miejscowości jest cokolwiek bezsensowne. No chyba, że chce się przekonać ludzi do tego, że w niektórych niewielkich miejscowościach to jest aż taka tragedia, że budowano tam bloki z azbestu. Im dłużej przyglądałem się narracjom obrońców Bardzo Ważnej Książki, tym bardziej docierało do mnie to, że oni wiedzą, że ta książka jest kiepska. Gdyby bowiem była napisana dobrze (a autorce nie należała się nagroda im Ziemkiewicza za dokonania researcherskie), to na konkretne zarzuty padałyby konkretne odpowiedzi, w których można by było się na ten research powołać. Zamiast tego jest próba zawrzeszczenia jakiejkolwiek krytyki. Zupełnie, jak w przypadku wyżej wzmiankowanego szoguna researchu. On też może sobie pozwolić na napisanie czegokolwiek, a jego wyznawcy „zadbają” potem o krytyków. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to mogła być naprawdę ważna książka. Mogła być.


Ten kawałek Przeglądu chciałem zacząć od rozważań na temat tego „czy ludzie się zmieniają”, ale jakoś tak nie bardzo mi się chce w filozoficzne rozważania, tak więc od razu przejdę do meritum: chodzi mi o Tomasza Terlikowskiego, który ostatnio robi wprost oszałamiającą karierę w mediach, którymi kiedyś tak bardzo gardził. Ładnych parę lat temu (konkretnie zaś w 2013) Hołownia odszedł z „Wprost”, bo mu wstrzymali publikację tekstu o in vitro. Swoją drogą teraz, gdy usiłuje robić taką, a nie inną karierę, pewnie się z tego cieszy. Po tym, jak odszedł z „Wprost”, napisał był na swoim portalu łamiący tekst. W tekście tym tłumaczył, że: „Mainstream relegował mnie (ale chyba i Was) ze swych szeregów. Od dziś to stacja7.pl będzie jedynym miejscem, gdzie będę publikował. Zapraszam więc tym serdeczniej do mojej niszy. Jeśli Was tu nie będzie, zamkniemy i niszę. Okaże się, że jedynym miejscem dla katolika na publicznej arenie jest dziś zamurowana cela (da Bóg, że z okienkiem na suche buły), gdzie może sobie wygłaszać dowolne poglądy i bez psucia humoru ogółowi dokonywać osobistego uświęcenia.”. Abstrahując już od tego, jaką karierę teraz robi Hołownia (w kraju, w którym chrześcijanie są [uwaga Capslock] TAK BARDZO PRZEŚLADOWANI]), warto popatrzeć na te „przewidywania” w kontekście tego, jak olbrzymi wpływ mają teraz na nasze życie fundamentaliści religijni i Kościół.



Po tej (uwaga, znowu capslock) STRASZLIWIEJ KRZYWDZIE, która spotkała Hołownię, w sukurs przyszedł mu Tomasz Terlikowski, który (z perspektywy czasu patrząc) popełnił jeszcze zabawniejszy tekst: „Szymon, choć też doskonale znał media, miał nadzieję, że proces wykluczania nie zajdzie tak daleko, że będzie mógł głosić Ewangelię w mainstreamie dłużej. I choć mnie wydawało się od dawna, że nie jest to możliwe, że stopniowo wykasują i jego, to nie ma dziś we mnie satysfakcji. Wykluczenie Hołowni to bowiem istotny dowód na to, że polski mainstream już bez ściemniania wyklucza wszystkie nieodpowiednie poglądy, kasuje opinie niezgodne z własnym magisterium niewiary. I nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie pewien drobiazg. Otóż niestety nadal wielu Polaków, to z niego czerpie wizję świata. Jeśli zatem zabraknie w nich „objawowych katolików”, to zabraknie w nich istotnej prawdy o świecie, a ich odbiorcy będą karmieni kłamstwem...”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że najbardziej zakłamane media to te, które twierdzą, że są „prokatolickie”, ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o udanie się w stronę dalszej części tekstu. Terlikowski na temat mainsteramu wypowiadał się często i gęsto. Jak to się więc stało, że Terlikowski nagle zapałał miłością do mainstreamu (i to nie do tego prawicowego)?


Ponoć „przeszedł wewnętrzną przemianę”. Dla każdego, kto obserwował działalność Terlikowskiego przez czas dłuższy, niż ostatni rok, tego rodzaju zapewnienia brzmią cokolwiek mało wiarygodnie. Pozwolę sobie w tym miejscu na anecdatę. Dawno, dawno temu, gdy sobie studiowałem na Grodzkiej 52 i miałem bez porównania więcej czasu na czytanie, część tego czasu marnowałem na czytanie prawicowej publicystyki. Nie, nie dlatego, że miałem prawicowe poglądy wtedy (bo takowych nie miałem absolutnie nigdy), ale dlatego, że trzeba poznać swojego wroga. Na ulicy Grodzkiej, bardzo niedaleko wydziału, na którym studiowałem jest sobie skład tanich książek. W tymże składzie tanich książek jest osobny kącik (tzn. był, bo nie wiem, czy nadal jest w tym samym miejscu), w którym można kupić głównie publicystykę. W pewnym momencie kącik ten został zdominowany przez prawicową publicystykę. Gwoli ścisłości, to nie jest tak, że ja mam jakiekolwiek pretensje do ludzi pracujących w tym składzie – po prostu w pewnym momencie zaczęto produkować tej prawicowej makulatury tyle, że musiała zacząć się pojawiać w „tanich książkach”. No ale, anecdata, którą tu będę opowiadał umiejscowiona była w czasie poprzedzającym ten, w którym skrajna cenzura doprowadziła do tego, że prawicowej publicystyki wszędzie było sto razy więcej niż lewicowej.



Grzebałem sobie w tym kąciku w składzie tanich książek i trafiłem na książkę będącą zbiorem felietonów kogoś, kto się nazywał Tomasz Terlikowski. Nie miałem pojęcia co to jest za człowiek, ale umiejscowienie (obok Ziemkiewicza, Janke/etc.) sugerowało, że chyba mam do czynienia z jakimś prawicowcem. A potem zerknąłem na zajawkę i muszę przyznać, że byłem cokolwiek zaskoczony brawurową narracją. W tejże zajawce wydawca upchnął fragment felietonu, w którym autor porównywał in vitro do handlowania dziećmi, żeby tym dzieciom potem wycinać organy wewnętrzne „na handel”. Rzecz jasna, książka została przeze mnie bardzo szybko odłożona na miejsce, albowiem uznałem, że ok, warto znać swojego wroga, ale nie warto marnować czasu na wypociny kogoś, kto nawet wśród prawicy musiał uchodzić na osobę o skrajnych poglądach. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że to, co kiedyś publikowano na „Frondzie”, już jakiś czas temu weszło do prawicowego mainstreamu, ale to tylko dygresja.


Prawicowa kariera Terlikowskiego rozpędzała się mniej więcej w tym samym czasie, w którym ja zacząłem się zajmować swoją działalnością lewacko-blogową, tak więc obserwowałem jego działania i wypowiedzi na bieżąco. W pewnym momencie dotarło do mnie, że on te swoje wypowiedzi specjalnie ubarwia „ozdobnikami”, bo dzięki temu mainstreamowe media mogą to potem rozrzucać wszędzie z komentarzami w rodzaju: „szokująca wypowiedź katolickiego publicysty” etc. Swoją karierę Terlikowski zawdzięcza więc w głównej mierze erze clickbaitów. No dobrze, szokujące wypowiedzi to jedno, ale Terlikowskiemu (jak każdemu prawicowcowi) zdarzało się bardzo często kłamać. Złapać go na tym było równie łatwo co Ziemkiewicza i było to równie bezcelowe, bo jego wyznawcy „wiedzieli lepiej”. Ponieważ ja osobiście lubię bezcelowe działania (co jest oczywiste, bo przecież nadal mieszkam w Polsce), zdarzało mi się grillować teksty i wypowiedzi Terlikowskiego. Jednym z takich tekstów był artykuł „okładkowy” z „Do Rzeczy” (chodzi o ten numer, w którym na okładce stali sobie Terlikowski i Pospieszalski, którym ktoś dofotoszopował pancerze Iron Mana i War Machine), w którym pan Tomek walczył z „homoimperium”. Sam grill na tekście dołączam do Źródeł, a jako zajawkę wrzucę wam jeden fragment tego tekstu, żebyście wiedzieli, w co się pakujecie, zanim klikniecie w link: „Czy katolicy powinni przepraszać gejów za prześladowania? A może to geje powinni zacząć szykować się do przepraszania chrześcijan za odbieranie nam prawa do wolności słowa i sumienia?”.  W artykule można przeczytać łamiącą historię pewnego lekarza „prześladowanego za poglądy”, który absolutnie nie był za nic prześladowany, ale ponieważ pan Tomasz swój research robił na anglojęzycznych prawicowych stronach „wiedział lepiej”.


Czemu wspominam o tym artykule, poza tym, że chciałem się pochwalić swoim starym tekstem? Ano temu, że czym innym jest edgy-argumentacja, którą się produkuje po to, żeby media podchwyciły temat, a czym innym bezczelne kłamanie w celu udowodnienia, że ma się racje. W przypadku tej drugiej czynności nie wystarczy powiedzieć „ej no sorry, zmieniłem poglądy”, bo nie chodziło tam o same poglądy, ale o kłamanie. Za to drugie Terlikowski nie przeprosił i chyba nie zamierza, a właśnie to były podstawy, na których zbudował własną karierę. Zapewne część z was domyśla się tego, czemu akurat teraz wspominam o Terlikowskim. Niemniej jednak pewne rzeczy lepiej wyjaśnić, tak więc: wspominam o nim teraz dlatego, że został on zaproszony na Campus Polska i „zareklamowany” jako osoba, która „nie boi się dyskusji”. Serio? Naprawdę nie ma nikogo innego, z kim można by było podyskutować, tylko człowiek, który przez ostatnie lata zajmował się głównie kłamaniem i szczuciem na mniejszości seksualne? Tak, wiem, powiedział, że „zmienił poglądy”, ale może tak warto byłoby się zastanowić nad tym, czy ta „zmiana poglądów” nie wynikła z tego, że Terlikowski w pewnym momencie dostał bana od prawicowych mediów mainstreamowych (a portal, który zakładał, między innymi ze swoją, żoną nie okazał się jakimś oszałamiającym sukcesem). Powtórzę pytanie: czy na serio nie ma nikogo innego, kogo można byłoby zaprosić na taki Campus Polska zamiast Terlikowskiego?


Flagowy pomysł Przemysława Czarnka, a mianowicie „Historia i teraźniejszość”, czyli przedmiot, który już niebawem ma trafić do programów szkół ponadpodstawowych, doczekał się już pierwszego podręcznika. Autorem tegoż jest zupełnie bezstronny fachowiec, który zupełnym przypadkiem był eurodeputowanym z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Nad podręcznikiem pochyliło się Oko.press. Co tam znaleźli? Pozwolę sobie na zacytowanie leadu do artykułu: „Feminizm jako jedna z „ideologii” atakujących - jak nazizm - „sferę duchową”. Narzekania na neomarksizm i „polskojęzyczne media”. Czytamy pierwszy podręcznik do przedmiotu „Historia i Teraźniejszość”, który napisał eks-europoseł PiS, historyk, prof. Wojciech Roszkowski”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że póki co, udostępniono jedynie 90 z 500 stron, które ma mieć podręcznik, ale tyle „gęstego”, ile znaleziono na tych 90 stronach pokazuje, że pozostałe 410 będą równie spektakularne. W telegraficznym skrócie, podręcznik ów jest najzwyklejszą w świecie agitacją polityczną. Co prawda, agitacji nie wolno prowadzić w szkołach, ale jak się jest Prawem i Sprawiedliwością, to oczywiście, że można. W podręczniku tym nie mogło zabraknąć narzekania na „poprawność polityczną”.


Wrzucę wam dłuższy cytat z Oko Pressowego artykuł, bo jego autor bardzo ładnie rozpracował „sprytny zamysł”, niezależnego eks-europosła z PiS: „Na s. 19. Roszkowski tłumaczy, czym są ideologie. Pisze najpierw o nazizmie, a potem dodaje: „Ideologie atakują także sferę duchową człowieka. Posługują się nimi inżynieria społeczna i socjotechnika, mające za cel przekształcanie społeczeństw dla potrzeb osiągnięcia i posiadania władzy. Wśród najbardziej popularnych obecnie ideologii politycznych należy scharakteryzować socjalizm, liberalizm, feminizm i ideologię gender, współczesną chadecję, czyli chrześcijańską demokrację, której nie należy jednak utożsamiać z chadecją sprzed lat 40. i więcej”. Zwróćmy uwagę na sprytny zabieg — autor nie zrównuje feminizmu z nazizmem w jednym zdaniu. Uznaje jednak jedno i drugie za ideologie, a ideologie mają te same cechy — „atakują sferę duchową człowieka”.” Ciekaw jestem, czy w finalnej wersji książki współczesna chadecja zostanie określona mianem „lewackiej ideologii”, czy też autor pozostanie przy subtelnej wzmiance o tym, że jeżeli chodzi o chadecję to kiedyś były czasy, a teraz to nie ma czasów.


Ten podręcznik to będzie TVP Info. Różnica polega na tym, że póki co nie ma obowiązku oglądania tego kanału. Zupełnie inaczej rzecz się będzie miała w przypadku tej książki. Mam szczerą nadzieję na to, że zanim moja pociecha dojedzie do szkoły ponadpodstawowej, Czarnek razem ze swoją partią zostanie wykopany z ław rządowych, a ten przedmiot, wraz z podręcznikiem, zniknie z teraźniejszości i przejdzie do historii (taki tam sucharek). Mam taką nadzieję, ale nie mam pojęcia „jak to będzie” i przyznam się szczerzę (tak, wiem, nadużywam tej frazy i pewnie można ją dopisać do Piknikowego bingo), że cieszy mnie to, że w pewnym momencie zainteresowałem się historią i będę w stanie zabezpieczyć Piknika Juniora przed tą agitacją, opowiadając mu to i owo na temat historii i propagandy stosowanej przez rządy. Wydaje mi się, ale mogę się mylić, że nasze wolne media powinny poświęcać teraz bardzo dużo uwagi temu podręcznikowi oraz całemu zamysłowi Czarnka. Nie, nie chodzi mi o to, żeby co jakiś czas w mediach pojawiały się łamiące wiadomości, których autorzy będą zszokowani pomysłem Czarnka i podręcznikiem (gwoli ścisłości, nie jest to żaden pocisk w stronę dziennikarzy, którzy się tym teraz zajmują, bo gdyby nie oni, to pewnie byśmy się o tym podręczniku dowiedzieli we wrześniu). Chodzi o to, żeby cały program HITu i cały podręcznik rozmontować na czynniki pierwsze i tłumaczyć wszystkie przekłamania. Nieśmiało przypominam, że prawica bardzo często i gęsto wypowiadała się na temat tego, że rodzic powinien mieć prawo do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Zmuszanie dzieciaków do obcowania z propagandą polityczną w ramach zajęć szkolnych nijak się ma do tych wypowiedzi o „wolności sumienia”. Tak, wiem, prawicy wcale nie chodziło o to, żeby ludzie mogli wychowywać dzieci zgodnie z sumieniem swoim, ale o to, żeby wychowywali je zgodnie z brakiem sumienia prawicy. Wiem o tym, a jednak uważam, że powinno się o takich rzeczach mówić na tyle głośno, żeby usłyszał o tym każdy.


Zastanawiałem się nad tym, czy poruszać ten temat, czy też sobie odpuścić, ale (jak się pewnie domyślacie) zdecydowałem, że jednak skrobnę parę słów na temat drożyzny sklepowej. Irytuje mnie niezmiernie to, jak bardzo trywializowany jest ten problem (tak, wiem, użyłem słowa „trywializowany”, sam sobie odbiorę kartę wieloletniego mieszkańca Podkarpacia). Tak się bowiem składa, że najczęściej jest on poruszany w ramach tzw. „paragonów grozy”. Zupełnym przypadkiem praktycznie zawsze są na tych paragonach produkty, które były bardzo drogie, jeszcze zanim ceny nam zaczęły szaleć. Czemu tak jest? Ano temu, że dla ludzi, którzy pokazują te „paragony grozy”, problemem nie jest to, że np. masło i mleko podrożały, bo dla nich te skoki ceny są niedostrzegalne. A są niedostrzegalne dlatego, że to są osoby bardzo dobrze sytuowane. Dla takich ludzi to, czy olej kosztuje (w promce) pięć złotych za litr, czy też jedenaście, nie ma znaczenia. Ponieważ PiS będąc w opozycji chłostał PO za drożyznę w sklepach, teraz sam jest chłostany przez opozycję (jest w tym jakaś sprawiedliwość dziejowa). Ponieważ jest chłostany, całe mnóstwo „niezależnych internautów” pod każdą wzmianką o drożyźnie wrzuca jakieś wykresy, z których wynika, że no może i ceny wzrastają, ale Polacy zarabiają więcej, więc o co w ogóle chodzi?! Nietrudno odnieść wrażenie, że te wszystkie opiniomaty również nie odczuwają podwyżek cen. Od osób, które publikują „paragony grozy” różnią się jedynie tym, że popierają inną opcję polityczną.  Aczkolwiek jeżeli mam być szczery, to tymi, którzy publikują wykresy gardzę jednak znacznie bardziej, bo trzeba być bardzo bezczelnym człowiekiem, żeby w sytuacji, w której spora grupa ludzi na serio odczuwa te podwyżki mówić, że w sumie to nie ma się czym przejmować, bo z wykresu wynika, że wszystko powinno być dobrze.


Co jakiś czas przez polskie internety przetaczają się dyskusję na temat sytuacji mieszkaniowej w Polsce (jeżeli chodzi o tą sytuację to: „nie jest dobrze”). Przeważnie dyskusje te przeradzają się w gigantyczne inby, które wywołują lewaki od czasu do czasu wrzucające hasło (JEZU KOMUNIZM!): „mieszkanie prawem, nie towarem”. W dyskusjach tych strona, która twierdzi, że „nie trza nic zmieniać, sytuacja mieszkaniowa jest bardzo dobra”, od czasu do czasu pozwala sobie na szczerość. Przy okazji jednej z ostatnich dyskusji pojawił się na ćwitrze wpis, który przykuł moją uwagę. Autora sobie nie przypomnę, ale jego osoba jest w tym wszystkim kwestią drugorzędną, bo ten „mindset” pojawia się w bardzo wielu wypowiedziach, aczkolwiek w rzadko której jest to wyrażone tak dobitnie. Osoba autorska napisała coś w rodzaju: no skoro ja wziąłem kredyt na początku XXI wieku i potem musiałem go zmieniać i teraz go prawie spłaciłem, to niby czemu ludzie teraz mają mieć łatwiej? W wielu, znacznie bardziej skomplikowanych narracjach, pełnych różnych ozdobników, chodzi dokładnie o to samo: skoro ja musiałem zrobić to i tamto, to niby czemu ktoś teraz miałby tego nie robić?


I tak sobie dumam: czy tego rodzaju podejście ogranicza się tylko i wyłącznie do kwestii mieszkaniowej (albo np. pracowej), czy też rozciąga się to na inne płaszczyzny. Chodzi mi o to, czy gdyby taki człowiek miał jakiś dylemat w sytuacji, w której obecnie pracownikom pracującym przy utylizacji azbestu daje się odzież ochronną (w szczególności zaś maski). Wcześniej przecież nie dostawali tych masek (bo mało kto wiedział, jak szkodliwe jest wdychanie włókien azbestowych) i ludzie umierali. Czemu więc obecnie pracownicy mają mieć lepiej? Tak, wiem, to jest skrajny przypadek, ale to jest dokładnie ta sama argumentacja. W którym miejscu taka osoba (która uważa, że „nikt nie powinien mieć lepiej”) stawia granicę, po przekroczeniu której okazuje się, że „jednak dobrze, że ktoś może mieć lepiej”? To jest na serio bardzo interesująca kwestia.  Jeżeli bowiem odniesiemy do to dyskusji na temat sytuacji mieszkaniowej, to z jednej strony będziemy mieli osoby, które generalnie chcą poprawić sytuację innych ludzi, a z drugiej osoby, dla których wartością nadrzędna jest to, żeby wszyscy inni mieli tak samo „źle”, jak mieli oni. Nie wiem, jak wy, ale ja nie mam problemu z określeniem tego, która strona tej dyskusji odpowiada mi bardziej. Gwoli ścisłości, czasami w trakcie tych dyskusji pojawiają się „argumenty”, w przypadku których naprawdę ciężko jest w pierwszej chwili zdecydować, czy autor/ka robi sobie jaja, czy też opowiada to wszystko na poważnie. Idealnym przykładem był tu „argument”, który wjechał mi na timeline ćwiterowy już jakiś czas temu. Osoba autorska dowodziła, że w sumie, to co to jest za problem, że niektórzy nie mają własnych czterech kątów, skoro ważniejszym problemem jest to, że w Polsce łamana jest Konstytucja. Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że ktoś wynorał jakieś fotki i ćwity osoby autorskiej, z których wynikało, że ona, a jakże, własne cztery kąty już ma.


Mniej więcej w połowie maja na Nowym Świecie doszło do zabójstwa. Praktycznie zaraz po tym zabójstwie do internetu wjechało rosyjskie dezinfo, z którego wynikało, że sprawca jest uchodźcą z kraju, którego mieszkańcy, eufemizując, nie przepadają ostatnio za Rosją i Rosjanami. Rosyjska dezinformacja rozsiewana była (zdziwiony Pikachu) przez Konfederację oraz (Pikachu zdziwiony do sześcianu) pewien instytut, o którym nie wolno było mówić, że nie wolno było mówić, że Kreml go sponsoruje. Na rozsiewaniu kłamliwej propagandy na temat sprawy się nie skończyło (rzecz jasna, po tym, jak okazało się, że sprawcy byli Polakami, a jeden to chyba nawet wydziarany w krzyże, żodyn nie przeprosił. Bosak zaś tłumaczył, że on nie przeprosi, bo Policja mogła kłamać), jeden Pan Z Wiadomego Instytutu wysmarował ćwit, w którym tłumaczył, że to zabójstwo to pewnie początek, że będziemy mieli stefy no-go jak na Zachodzie. Potem, rzecz jasna, ów pan tłumaczył, że został źle zrozumiany (jak oni wszyscy). I tak sobie dumam (tak, odpalajcie Piknikowe bingo): jak bardzo duże wpływy musi mieć ten Instytut, że nikt z nim niczego nie robi? Przecież gdyby podobne rzeczy rozsiewała jakaś nielubiana przez partię rządzącą organizacja, to pewnie na drugi dzień po opublikowaniu tego rodzaju rzeczy o 6 rano autor miałby pewnie pobudkę (i nikt by po nim [poza jego rosyjskim agentem prowadzącym] nie zapłakał). Wiadomy Instytut zaś non stop rozsiewa rosyjskie dezinfo (to samo było wtedy, gdy bujaliśmy się na falach covidu, a dla Instytutu najważniejszym problemem było to, że Kościół nie może być wyjęty spod ograniczeń/etc.). Jeżeli chodzi o Konfederację, to tutaj PiS pewnie nie idzie z nimi na zwarcie, bo nie ma pewności, czy przypadkiem głosy jakichś kolejnych Andruszkiewiczów nie przydadzą się po wyborach, do utrzymania jakiejś kruchej większości. Poza tym, gdyby PiS poszedł na wojnę z Konfą, to pewnie w sukurs tej drugiej przyszedłby Zbigniew Ziobro wraz z kolegami i koleżankami. No, ale to jedynie dygresja. Ciekawym, czy jest jakaś granica, po przekroczeniu której PiS zareagowałby ostro na to, co robi Konfederacja i Wiadomy Instytut, czy też obie te organizacje mają wolną rękę w tej materii, bo PiS za bardzo będzie się bał wpływów Instytutu i odpływu szurskiej części swojego elektoratu do Konfederacji. Na sam koniec tych konkretnych rozważań dodam jeszcze, że gdybyśmy w Polsce mieli jakieś sensowne media (chodzi o te duże, z gigantycznymi zasięgami/etc.), to pół godziny po tym, jak Konfederacja i wiadomy instytut zaczęły szczucie na uchodźców, owe media przypomniałyby, że to, co robią te dwie organizacje, to kalki narracji Zjednoczonej Prawicy z 2015 roku (i okresu nieco późniejszego). Kluczowe w tych powyższych rozważaniach było słowo „gdybyśmy”.


Na sam koniec tej ściany tekstu zostawiłem sobie ciekawostkę. Jest sobie taka blogerka jak Kataryna, która na ćwitrze zajmuje się głównie tym, że dziwi się temu, że PiS zrobił to i tamto, choć ona by się tego nigdy nie spodziewała/etc. Bardzo niedawno temu blogerka owa popełniła tekst, w którym tłumaczyła, że: „Żadna władza nie była tak rozliczana jak obecna, bo trudno sobie nawet dziś wyobrazić równie skuteczne wyciszanie niewygodnych tematów w prywatnych mediach.”, ponieważ zostało to źle odebrane przez czytelników, potem doprecyzowała: „Do hejterstwa. Przeczytajcie raz jeszcze co mam na myśli pisząc o rozliczaniu. Bo mam wyłącznie media prywatne i patrzenie przez nie na ręce władzy. Mogę wyliczać afery PiS przez nie ujawnione i grzane. Nie ma parasola ochronnego.”. W tym, co napisała Kataryna jest trochę prawdy. Tak się bowiem składa, że obecnej władzy media na ręce patrzą o wiele bardziej uważnie, niż poprzednim. Tyle, że z tego absolutnie nic nie wynika. Cóż z tego, że media nagłośnią jedną z zyliona afer Zjednoczonej Prawicy, skoro nie pociąga to za sobą żadnych konsekwencji dla aferzystów? Wystarczy, że Zbyszek pstryknie palcami i każda sprawa zostaje umorzona. Potem zaś wjeżdża rządowa machina propagandowa i produkuje narracje: no skoro prokuratura się nie dopatrzyła znamion czynu zabronionego, to znaczy, że tego czynu tam nie było, prawda? No, a skoro nie było, to znaczy, że media, które mówiły, że coś złego się działo, to kłamały, prawda? Tyle właśnie wynika z tego „rozliczania”.  



I tym optymistycznym akcentem zakończę tę ścianę (no dobra: ściankę) tekstu.

 
Źródła:

Tak, wiem, to jest Wiki, ale to są suche dane liczbowe:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludno%C5%9B%C4%87_Tarnobrzega


Osiedle Serbinów

https://pl.wikipedia.org/wiki/Serbin%C3%B3w_(Tarnobrzeg)#/media/Plik:Panorama_Tarnobrzeg.JPG


Artykuł o tych nieszczęsnych filarkach:

https://bialystok.wyborcza.pl/bialystok/7,35241,14263633,bezpieczny-azbest-miedzy-oknami-na-razie-zostaje.html

https://natemat.pl/56519,holownia-mainstream-mnie-relegowal-zapraszam-do-mojej-niszy-czy-w-mediach-zaczely-sie-przesladowania-chrzescijan

https://www.fronda.pl/a/terlikowski-wraz-z-holownia-wykluczono-katolikow-z-maintreamu-w-ogole,27285.html

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/malgorzata-i-tomasz-terlikowscy-rozstali-sie-z-malydziennik-pl-kontynuowanie-tego-nie-mialo-sensu

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/magdalena-rigamonti-tomasz-terlikowski-campus-polska-przyszlosci-rafal-trzaskowski

https://oko.press/feminizm-ideologia-atakuea-sfere-duchowa-polskojezyczne-media-podrecznik-do-hit/

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,28447553,zabojstwo-na-nowym-swiecie-ordo-iuris-i-poslowie-konfederacji.html

















czwartek, 12 maja 2022

Safari w Polsce B

Zastanawiałem się  nad tym (nie mam pojęcia ile razy zdarzyło mi się zacząć tekst w ten właśnie sposób, ale obstawiam, że zbyt wiele), czy w ogóle mi się chce ten tekst napisać. Miałem sobie go już odpuścić, ale wtedy znajomi podrzucili mi link do wpisu, który pojawił się na fanpejdżu Korporacji Ha!art. Pozwolę sobie zacytować go w całości:


„Premier Mateusz Morawiecki w swoim podkaście o "Nie ma i nie będzie" Magdaleny Okraski: "Właśnie tę książkę zabrałem ze sobą na krótki majówkowy wypad z rodziną nad morze (...) wieczorami podczytywałem trochę "Nie ma i nie będzie". I choć nie była to lekka, ani łatwa lektura, to na pewno taka, która na długo zostaje w głowie. Pewnie dlatego, że w swojej książce autorka oddaje głos tym, których przez długi czas polityczny establishment III RP, liberałowie, neoliberałowie, wszystkie te partie tamtego czasu nie chciały słuchać.  Pani Magdalena Okraska wyrusza w podróż, jak sama mówi, "za likwidacjami". Odwiedza miasta, w których na skutek dzikiej neoliberalnej transformacji zniknął przemysł, a wraz z nim perspektywy rozwoju i często wszelkie nadzieje na dobre życie. (...)  Cóż, myślę, że będzie to tej książce głośno, to mocny obraz, bardzo potrzebny, obraz bez upiększeń, pokazujący rany, które cały czas się nie zagoiły. Ale od tych ran nie wolno nam odwracać wzroku (...)."


Rozumiem, dlaczego powstają tego rodzaju wpisy (chodzi o chęć wypromowania książki wśród osób, które uważają Morawieckiego za autorytet/etc.). Niemniej jednak wydaje mi się, że w tym konkretnym przypadku warto by było jednak mieć odrobinę RiGCzu. Bo to trochę tak, jak gdyby ktoś wydał książkę, w której opisywanoby skutki wojen, wywołanych przed dyktatorów i książkę tę zacząłby zachwalać papież Franciszek, który opowiadałby o tym, jak to dobrze, że wreszcie ktoś „mówi, jak jest” i oddaje głos ofiarom tych wojen/etc./etc. Zdaję sobie sprawę z tego, że Morawiecki jest człowiekiem bez poglądów, który to człowiek na dodatek ma (wybiórcze) luki w pamięci. Morawieckiego w najmniejszym stopniu nie obchodzi to, czy to, co mówi jest prawdą, ale wydaje mi się, że powinno to obchodzić ludzi, którzy wychodzą z założenia, że warto jego głos „podać dalej”. Dziś Morawiecki bardzo przejmuje się prowincją i krytykuje neoliberalizm, a czym zajmował się wcześniej? Czy walczył w jakikolwiek sposób o to, żeby ludziom na prowincji żyło się lepie? A gdzie tam. Był za bardzo zajęty dorabianiem się sporego majątku, doskonale radząc sobie w tej liberalnej i neoliberalnej rzeczywistości. O tym, że Morawiecki zapomni o prowincji i jej problemach Morawiecką Sekundę po tym, jak przestanie mu to być potrzebne w celach, że tak to ujmę „wyborczych”, wspominać chyba nie trzeba, prawda? Do tego, jak bardzo partia Morawieckiego wspierała prowincję (konkretnie zaś, Tarnobrzeg) wrócimy pod koniec tekstu.


No dobrze, skoro wstęp mamy już za sobą, to trzeba przejść do meritum. Czy książka „Nie ma i nie będzie” jest książką dobrą? Odpowiedź na to pytanie brzmi: mam przeczucie, że chyba jednak nie jest. Pewności nie mam dlatego, że po przeczytaniu tej części książki, która odnosi się do mojego rodzinnego Tarnobrzega uznałem, że daruję sobie dalszą lekturę (czytałem jedynie o Tarnobrzegu, bo w tym przypadku byłem w stanie zweryfikować to, co zostało napisane). Czemu? O tym będzie ten tekst. Nawiasem mówiąc, książce na pewno nie pomaga fakt, że zachwalają ją osoby pokroju Morawieckiego, czy też innego redaktora Wosia. Uwaga natury informacyjnej, będę się w dalszej części odnosił do fragmentów konkretnych, ale nie są one w żaden sposób „powyrywane z kontekstu”. Uwaga kolejna, ten tekst to będzie praktycznie wyłącznie „anecdata”, bo olbrzymiej większości poruszanych tematów nie ma jak oźródłować[ (z przyczyn, które staną się oczywiste w trakcie lektury tekstu), a jednak nie wyszło i będzie trochę linków źródłowych]. Niemniej jednak wydaje mi się, że jako wieloletni mieszkaniec Polski „B”, mam prawo do anecdotowania oraz do czepialstwa, które będę tu zaraz uprawiał.  No to zaczynamy.


Zacznę od tego, że tekst w paru miejscach można pochwalić za to, że poruszane są w nim kwestie, które nie przebijają się specjalnie zbyt często do debaty publicznej. Przykładowo, reforma administracyjna z 1999 roku dla miast takich, jak Tarnobrzeg, była dopełnieniem katastrofy, którą była agonia przemysłu siarkowego. W tekście poruszana jest kwestia tego, że wraz z likwidacją urzędu wojewódzkiego, zlikwidowane (albo przeniesione) zostały różne stanowiska/instytucje. Co oznaczało to w praktyce? Tutaj pozwolę sobie na pierwszą z wielu anecdat. Przed reformą mieliśmy w naszym mieście bardzo dobrą dochodzeniówkę. Po reformie ludzie, z których składała się ta dochodzeniówka wyjechali do miast wojewódzkich (Rzeszów i Kielce) i ciężko mieć do nich jakiekolwiek pretensje. Ponieważ odnosiło się to do bardzo wielu branż, można to uznać za wewnątrzpaństwowy drenaż mózgów. Jestem się w stanie założyć o wiele, że twórcy reformy w ogóle nie zastanawiali się nad tym, jaki ta reforma będzie miała wpływ na „zreformowane” miasta, które utraciły status województw. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że choć wielu politykom zdarzyło się krytykować tę reformę, to jednak jest to jedyna reforma, która nie została potem zreformowana (w przeciwieństwie do reformy zdrowia, reformy oświaty i reformy emerytalnej). Nie próbował jej cofnąć również „najbardziej lewicowy rząd w historii Polski” (copyright Rafał Woś), choć Morawiecki tak bardzo współczuje prowincji. Tak nawiasem mówiąc, nie mam pojęcia czy cofnięcie reformy byłoby teraz wykonalne i jaki taka reforma miałaby efekt końcowy, zwracam jedynie uwagę na to, że „współczucie” dla prowincji kończy się w momencie, w którym trzeba by było coś zrobić.


Autorka ma sporo racji, zwracając uwagę na to, że w Tarnobrzegu jest zielono. Gdy jest się mieszkańcem Tarnobrzega, tę zieleń docenia się przeważnie wtedy, gdy człowiek „poprzebywa” w jakiejś większej, skrajnie zabetonowanej aglomeracji miejskiej. Niestety, Tarnobrzegowi nie udało się całkowicie uniknąć wszędobylskiej „kostkozy”. Dawno temu mieliśmy w Tarnobrzegu planty (było to w czasach, w których przez ścisłe centrum miasta puszczony był ruch samochodowy). Ponieważ planty wyglądały trochę obskurnie, ktoś wpadł na to, że trzeba je „poddać renowacji”. Zamiast faktycznej renowacji była wycinka drzew, a wszystko zabudowano czerwoną kostką brukową (na pewno nie domyślicie się tego, dlaczego ów plac nazywano [nie wiem, czy ta nazwa nadal funkcjonuje] „Placem Czerwonym”, prawda?).


Kolejny punkt, w którym muszę się zgodzić z autorką to ten, w którym wspomina ona o tym, że żeby dostać się do Tarnobrzega z większej aglomeracji (jeżeli nie ma się auta), to się trzeba bujnąć jakimś busem. To jest, niestety prawda. Gdy zaczynałem studiować kierunek, który udało mi się skończyć 2-krotnie (dwa razy na pierwszym roku) połączeń było od groma. Tyle, że były to również czasy wyżu demograficznego, tak więc połączeń było, eufemizując, nieco zbyt mało. Moja pierwsza podróż z Krakowa do domu (z okazji 1 listopada) trwała praktycznie całą noc (z czego kilka godzin koczowałem na dworcu w Tarnowie czekając [odstawcie płyny] na pociąg, który jechał z Krakowa, ale pani z informacji na dworcu, która ogarniała mi trasę, zapomniała o tym fakcie wspomnieć]). Tak się bowiem złożyło, że nikt mi nie powiedział, że bilety na autobus warto kupić z miesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy byłem drugi raz na pierwszym roku (zlituję się, tym kierunkiem była chemia) ktoś wpadł na pomysł, że może da się w ten sposób zarobić i prócz zwyczajowych linii, były autobusy dodatkowe. Przykładowo, zamiast jednego autobusu 18:05, który jechał do Sandomierza przez Tarnobrzeg, były trzy. Można jedynie doprecyzować to, że w Tarnobrzegu nie ma jako takiego dworca PKS (ten został rozebrany parę lat temu), teraz zaś jest tam taki typowy twór galerio-dworcowy. Kończąc wątki, w których przyszło mi się zgodzić z reporterką nie mogę nie dodać, że ta zieleń, problemy natury komunikacyjnej oraz te wywołane przez reformę administracyjną, to nie jest coś wyjątkowego. Może inaczej: chodzi mi o to, że podobnie rzecz się ma w innych byłych miastach wojewódzkich, które się zwijają. Ktoś może powiedzieć „no ale ta zieleń przecież tam jest, a w niektórych miastach to teraz wycinka” i ja się z tym kimś mógłbym częściowo zgodzić. Tyle, że na ten przykład, u nas wycinka drzew na rynku przypadła na okres, w których prawie wszyscy myśleli, że tak trzeba robić. Można więc uznać, że pewien etap (kostkoza) został u nas osiągnięty dużo wcześniej, niż w innych miastach.


Gdyby fragment książki „Nie ma i nie będzie” odnoszący się do mojego rodzinnego miasta, składał się z takich kawałków, o których wspomniałem wcześniej, można by go było nawet polecić. Nie są to, co prawda, jakieś odkrywcze kwestie, ale ludzie mieszkający z większych aglomeracjach mogliby się czegoś dowiedzieć o Tarnobrzegu. Jak się pewnie domyślacie, niestety, rozdział poświęcony Tarnobrzegowi składa się również z takich elementów, z którymi zgodzić się nie można.


Przykładowo, w tekście kilka razy przewijają się wzmianki o tym, że w Tarnobrzegu śmierdziało siarką (gwoli ścisłości, nie była to sama siarka, a siarkowodór). Z relacji jednej z rozmówczyń można wywnioskować, że jeżeli chodzi o ten smród, to była to niemalże jakaś zapachowa apokalipsa. Ja rozumiem, że to są czyjeś odczucia, ale reporterka powinna potem jakoś zweryfikować to „jak było” (z przyczyn, które za moment opiszę). Prawda jest bowiem taka, że, owszem, w Tarnobrzegu śmierdziało, ale w sumie to od czasu do czasu. Obstawiam, że wszystko zależało od tego, w którą stronę (i z jaką intensywnością) wiał wiatr, bo kopalnia odkrywkowa nie leżała zaraz obok miasta. I nie, to nie było tak, że z racji tego, że mieszkałem w Tarnobrzegu, przyzwyczaiłem się do tego smrodu i po prostu nie zwracałem nań uwagi. Pamiętam bowiem doskonale, że czasami faktycznie bardzo, ale to bardzo śmierdziało. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam taką „scenkę sytuacyjną”. Ojciec wraca z pracy (tak jak bardzo wielu mieszkańców Tarnobrzega, pracował w Siarkopolu) i traf chciał, że akurat w tym dniu straszliwie śmierdziało. Któreś z nas zapytało go żartobliwie „co się tam działo, w tej pracy, że tak śmierdzi”, odpowiedział, że „to Jeziórko” (wtedy nie bardzo rozumiałem o co chodzi [i zastanawiałem się o kogo chodzi], dopiero potem ogarnąłem, że chodziło o kolejną kopalnię odkrywkową). Gwoli ścisłości, ten „straszliwy smród” został w olbrzymi stopniu zmitologizowany i bardzo, ale to bardzo się wgryzł w głowy osobom, które w Tarnobrzegu nie mieszkały. Mniej więcej w 2010 roku, rozmawiałem z osobą z dalszych rejonów Podkarpacia, która usiłowała mi wytłumaczyć (ta rozmowa trwała bardzo długo i była bardzo męcząca), że w Tarnobrzegu nadal straszliwie śmierdzi jajami. Nie dało się tej osoby przekonać do tego, że kopalni odkrywkowej już tam nie ma, a tzw. „Dołek Machowski” został już jakiś czas temu zalany (aczkolwiek nawet przed tym zalaniem nie miało co śmierdzieć, bo ów smród był efektem ubocznym wydobywania siarki, tak więc nie było tak, że siarkowodorem śmierdziało również wtedy, gdy z kopalni została jedynie dziura w ziemi). Tym samym mam świadomość tego, jak bardzo trzeba uważać, żeby nie „odbić się” od tej siarkowodorowej mitologii.

 
Wspomniałem wcześniej o tym, że w sumie to dobrze, że reporterka wspomina o negatywnych skutkach reformy administracyjnej. Na moment wrócę do tej kwestii. W tekście bowiem możemy przeczytać o tym, że temat ten (tzn. likwidacja województwa tarnobrzeskiego) przewija się w rozmowach i że rozmówcy praktycznie zawsze mówią o tym, że „zabrali województwo”. Z perspektywy wieloletniego mieszkańca Tarnobrzega mogę powiedzieć, że ten temat w rozmowach nie istnieje. Owszem, dużo się o tym mówiło wtedy, gdy temat był „świeży”, ale potem, no cóż, mieszkańcy się przyzwyczaili i przestali o tym rozmawiać. Obstawiam, że temat ten pojawiał się w rozmowach dlatego, że poruszała go reporterka. Rzecz jasna, nie ma w tym niczego nagannego, bo przecież miała ona prawo zadawać takie pytania, jakie tylko chciała, ale jednak warto by było wspomnieć o tym, dlaczego ten temat się przewijał w rozmowach. Gwoli ścisłości, nie wykluczam, że reporterka trafiła akurat na ludzi, którzy poruszali ten temat sami z siebie, jednakowoż wydaje mi się to mało prawdopodobne.


Pozwolę sobie w tym miejscu na obszerny cytat odnoszący się do innych kwestii: „Pięciotysięczne galicyjskie miasteczko zmieniło się na przestrzeni dwóch dekad w spory siarkonośny organizm, obsadzony blokowiskami pełnymi wieżowców, a także budynkami użyteczności publicznej, których wygląd do dziś wskazuje na to, że ich miejsce byłoby raczej w mieście kilkusettysięcznym. Od kilkunastopiętrowego gmachu szpitala, przez ogromny sąd zwany przez tarnobrzeżan „kiblem” (faktycznie, z której by nie patrzeć strony, nie da się uniknąć skojarzenia: jest „oparcie” w postaci wieżowca i wielka okrągła „misa” przed nim), po beżowobiały budynek dawnego urzędu wojewódzkiego – wszystko wizualnie i architektonicznie nie ma zbyt wiele wspólnego z wyobrażeniem, jakie pojawia się w naszej głowie, gdy przeczytamy, że Tarnobrzeg to „miasto w Polsce z czterdziestoma sześcioma tysiącami mieszkańców”. Po zmianie statusu Tarnobrzeg pozostał z tymi przeskalowanymi budynkami, próbując je oswoić, zasiedlić, nadać im drugie i trzecie życie.”  


Po pierwsze, wzmianka o „blokowiskach pełnych wieżowców” to literacka przesada. Owszem, w Tarnobrzegu jest sporo blokowisk, ale wieżowców jest stosunkowo niewiele (największe ich skupisko [ul. Sikorskiego] „za moich czasów” nazywało się „Manhattanem” [o ile mnie pamięć nie myli, to tam któryś budynek ma nadbudówkę, tak więc można uznać go za 11-piętrowy]), jeżeli chodzi o bloki to w TBG dominują czteropiętrowe bloki z wielkiej płyty. Jest też osiedle tzw. „łamańców” (inaczej „Bogdanówka”, nazwa „łamańce" wzięła się stąd, że budynki nie były budowane w linii prostej, ale były, no cóż „połamane”). Te nieszczęsne wieżowce pojawiają się w tekście jeszcze raz, gdy autorka opisuje osiedle Serbinów: „pól godziny przed burzą wygląda monumentalnie. Granatowe chmury suną nad dachami kilkunastopiętrowców (…). I wszystko pięknie, tylko że te nieliczne wieżowce na Serbinowie to są 10-piętrowe budynki (czasem zdarzy się jakaś nadbudówka na takim wieżowcu, ale trudno to wtedy uznać za „kilkunastopiętrowiec”).


Po drugie: Wojewódzki Szpital im. Zofii z Zamoyskich Tarnowskiej nie jest kilkunastopiętrowym gmachem. Nawet, jeżeli uznamy wysoki parter za pierwsze piętro, to będziemy mieli do czynienia z 9-piętrowym budynkiem. Po trzecie, ten „gmach” to była po prostu rozbudowa istniejącego szpitala. Szpital mieliśmy bowiem już znacznie wcześniej, ale był on na tyle mały, że pogotowie ratunkowe było w osobnym budynku po przeciwnej stronie ulicy. Pamiętam to dobrze, bo kiedy rozwaliłem sobie głowę jadąc na rowerze (było to w czasach, w których nikt nie słyszał o kaskach rowerowych) najpierw wylądowałem na pogotowiu, a potem odtransportowano mnie do szpitala (celem założenia szwów). Gwoli ścisłości, transportował mnie dużym fiatem sąsiad, który był tak nawalony, że prawie pobił portiera przy wjeździe do szpitala, bo ten zbyt wolno podnosił szlaban. Moja rodzicielka opowiadała mi potem, że w życiu nie wsiadłaby do auta z pijanym kierowcą, ale o tym, że typ jest pijany przekonała się już w trakcie jazdy (wcześniej była nieco za bardzo zaaferowana tym, że jej pociecha wróciła z wycieczki rowerowej z rozwalonym łbem, z zakrwawioną gazą przy głowie [generalnie to ponoć cały byłem nieco zakrwawiony]).


Po czwarte, tutaj znowu wchodzimy na anecdaty, ale nigdy, ale to nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek powiedział, że tarnobrzeski sąd przypomina „kibel”. Sam nie wierzę, że to napiszę, ale: jeżeli ktoś chce się przekonać,czy faktycznie przypomina, to w źródłach będzie link do google street view. Nie wykluczam tego, że ktoś mógł kiedyś użyć takiego określenia, ale nawet jeżeli, to jest to określenie niszowe. Po piąte, to nie było tak, że ten gmach sobie powstał sam z siebie. Kontekst, w którym należy osadzić (taki tam żart słowny) ten budynek (który, znowuż, nie jest jakoś specjalnie „ogromny”) jest taki, że stary budynek sądu (położony nieopodal, na ulicy Dominikańskiej 7, gdzie teraz z kolei działa sobie I Społeczne Liceum Ogólnokształcące im. Hetmana Jana Tarnowskiego), był zbyt mały. Pozwolę sobie zacytować fragment tekstu ze strony „urzędowej” sądu: „26 maja 1992r. utworzono Wydział Wieczystoksięgowy. Dynamiczny rozwój Sądu i tworzenie kolejnych jednostek organizacyjnych wymusiły konieczność zapewnienia nowych, godnych warunków pracy.  W początku lat 90-tych rozpoczęto budowę nowego gmachu Sądów i Prokuratur  w Tarnobrzegu. Przeprowadzka do nowej siedziby miała miejsce 10 września 1995 r.”.


Po szóste, jedynym budynkiem, który (od momentu oddania go do użytku) zmienił funkcję, był budynek urzędu wojewódzkiego (który jest najzwyklejszym dziesięciopiętrowym budynkiem z dobudówką). Aczkolwiek nadal znajdują się tam głównie (o ile nie wyłącznie) jakieś urzędy (np. biura paszportowe) i instytucje użyteczności publicznej (kiedyś było tam albo biuro Związku Inwalidów Wojennych, albo Związku Sybiraków, nie pamiętam już dokładnie), tak więc raczej trudno zgodzić się z fragmentem: „Tarnobrzeg pozostał z tymi przeskalowanymi budynkami, próbując je oswoić, zasiedlić, nadać im drugie i trzecie życie”. Poza wszystkim innym, choć Tarnobrzeg nie jest (nie był i nigdy nie będzie) żadną metropolią, to jednak nie jest to również miejscowość na tyle niewielka, żeby dziesięciopiętrowe budynki można było uznać za „przeskalowane”.  


Po siódme, Tarnobrzeg miał wiele szczęścia, że udało się te „przeskalowane budynki” wystawić i dzięki nim zachować (oraz rozbudować) instytucje, które się w nich znajdują. Co prawda możemy teraz tylko gdybać, ale obstawiam, że gdyby sąd musiał się gnieździć w tym niewielkim budynku przy Dominikańskiej 7, to w pewnym momencie (zapewne przy okazji reformy administracyjnej) zostałby on „zwinięty”. Nie chciałbym sobie również wyobrażać tego, „co by było gdyby” szpital w Tarnobrzegu nadal mieścił się w tym samym niewielkim budynku, w którym szyto mi swego czasu głowę. Czy status miasta wojewódzkiego pomógł Tarnobrzegowi w rozbudowie tych instytucji? Zapewne tak właśnie było. Czy skorzystali na tym tarnobrzeżanie? Oczywiście, że skorzystali. Gwoli ścisłości, o ile mnie pamięć nie myli, to szpital wojewódzki w Tarnobrzegu jest największym pracodawcą w mieście.


Teraz wejdziemy w tematykę związaną z wydobywaniem siarki/etc. Zacznę od fragmentu, który można potraktować jako „wstęp” do całej sprawy: „Tragiczną historię likwidacji przemysłu w niezamierzenie cyniczny sposób puentuje zdanie z folderu reklamowego miasta, który dostaje w muzeum „Niegdyś Tarnobrzeg słynął z wydobycia siarki, bez której nie stałby się blisko pięćdziesięciotysięcznym miastem. Dziś natomiast jego chlubą jest jezioro o powierzchni 340 ha”. O tej dysproporcji: szybkim rozroście, który skończył się ucięciem nadziei i nagłym skurczeniem się, opowiadają mi wszyscy, z którymi rozmawiam”. Nie wierzę w to. Nie wierzę w to, żeby ci ludzie sami z siebie rozmawiali o kopalni. Gdyby Siarkopol upadł kilka lat temu, uwierzyłbym w to bez wahania, ale od tego upadku minęło grubo ponad 20 lat (agonia zaś zaczęła się dużo wcześniej). Owszem, istotą reportażu jest drążenie, ale w tym przypadku zachodzi ogromne ryzyko tego, że ludzie będą opowiadali historie zniekształcone przez czas (bo pamięć ludzka jest dość zawodna). I nie, nie podważam tutaj samego zamysłu przeprowadzania wywiadów i pytania o zamierzchłą przeszłość. Chodzi mi o to, że nawet na tej mojej socjologii, którą studiowałem, wbijano nam do głów, że jeżeli przeprowadza się wywiad pogłębiony, to należy pozwolić mówić respondentowi. Czasem można go delikatnie naprowadzić na temat (albo „zawrócić”, gdy bardzo zboczy), ale absolutnie nie można mu niczego zasugerować, bo jeżeli sprawa dotyczy jakichś „starych czasów”, to respondent może po prostu odpowiadać zgodnie z sugestiami zawartymi w pytaniach. Gwoli ścisłości, nie jest tak, że temat kopalni nie pojawia się w ogóle w rozmowach. Owszem, on się pojawiał i nadal się pojawia, ale w nieco innym kontekście, niżby to wynikało z reportażu. Otóż, temat ten pojawia się, na ten przykład, gdy rozmowa dotyczy tego, czy innego polityka, który miał związek z kopalnią i nieszczególnie się „wykazał”. Przykładowo, wielokrotnie zdarzało mi się usłyszeć w trakcie rozmów, które odnosiły się do byłego dyrektora szpitala (który to dyrektor wcześniej był wiceprezydentem), że „no ten to bez mrugnięcia okiem podpisywał kwity o zwolnieniach grupowych”.


Bardzo istotną kwestią (która została przez autorkę pominięta) były przyczyny, dla których powstało Jezioro Tarnobrzeskie. Najczęściej i najgęściej opowiada się o tym, że ktoś w pewnym momencie wpadł na to, że można ten cały teren pokopalniany wykorzystać w celach turystycznych. Opisuje się to wszystko w sposób cokolwiek lapidarny. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment z Wikipedii, bo to jest kwintesencja tejże lapidarności: „Likwidacja kopalni trwała od 1994 roku, kiedy to zaczęto zabezpieczanie brzegów wyrobiska, w 2009 roku zalew został całkowicie wypełniony wodą. Skarb Państwa wydał na ten cel 1,5 mld zł.”. Tak więc widzicie: była sobie dziura w ziemi, którą potem zalano. Trzeba było jedynie zabezpieczyć brzegi wyrobiska i potem już można było spokojnie zalewać wszystko wodą. Co prawda ktoś może się zacząć zastanawiać nad tym, że skoro to było takie proste, to czemu tyle lat trwało, ale potem taka osoba może dojść do wniosku, że to jednak spory zbiornik, a w Polsce wszystko „trwa”, tak więc może po prostu było tak, że się nikomu nie śpieszyło.


I wszystko pięknie, ale to nie jest prawda. Główną przyczyną, dla której w ogóle zajęto się terenem pokopalnianym było to, że stanowił on gigantyczne zagrożenie ekologiczne. O tym się praktycznie w ogóle nie wspomina, a żeby znaleźć coś na ten temat, trzeba wiedzieć czego szukać. Ja sobie zacząłem grzebać w internetach i wyskoczyła mi czyjaś praca magisterska (rzecz jasna, będzie w źródłach), w której bardzo ładnie to wszystko zostało podsumowane, tak więc przygotujcie się na nieco dłuższy cytat (wrzucam to w formie niezmienionej, razem z przypisami): „Po eksploatacji siarki w Machowie pozostał zdewastowany teren obejmujący około 700 ha wyrobiska o 265 mln m3 objętości, 75–100 m głębokości oraz 880 ha powierzchni, na której gromadzony był nadkład (Jakubek i wsp. 2003, Raport o stanie środowiska... 2012). Działalność kopalni spowodowała znaczne niekorzystne zmiany w środowisku. W nieodwracalny sposób została zniszczona dotychczasowa budowa geologiczna, rzeźba terenu, warstwa glebowa, naturalna roślinność, a także mikroklimat. Zmianie uległa sieć hydrograficzna, a odwadnianie kopalni wpłynęło na zmiany hydrologiczne terenu. Powstały lej depresyjny zaburzył stosunki wodne w promieniu około 8 km, a do cieków powierzchniowych transportowane były zanieczyszczone siarkowodorem wody kopalniane (Jakubek i wsp. 2003, Łapiński 2007). Po zaprzestaniu eksploatacji siarki nieczynna kopalnia stwarzała nadal zagrożenia ekologiczne, gdyż ciągle realna była możliwość dostania się do wyrobiska kopalnianego naporowych wód złożowych z dużą zawartością siarkowodoru, który uwolniony stwarzałby niebezpieczeństwo skażenia atmosfery i wód powierzchniowych. Zagrożeniem była również możliwość osuwania się zachodnich skarp wykopu, znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie drogi wojewódzkiej nr 985 (Dębica-Tarnobrzeg) oraz obwałowania Wisły.”. W tekście można potem znaleźć opis tego, w jaki sposób zabezpieczano „dołek machowski”, zanim został on zalany (teraz wrzucę już tylko jeden fragment, ale jeżeli ktoś jest ciekawy co tam robiono, to może zerknąć do linków Źródłowych): „Osłonięcie dna zbiornika 25-metrową warstwą iłów krakowieckich pozyskanych ze zwałowiska zewnętrznego. Warstwa ta pełni funkcję izolującą dla składowanych na dnie, jak wspomniano powyżej, odpadów i wód złożowych bogatych w siarkowodór”. Na tym zakończę cytowanie tej pracy, bo te fragmenty wystarczą do tego, żeby zrozumieć, czemu coś, co jest opisywane jako „zalanie wodą dziury w ziemi” trwało kilkanaście lat. I naprawdę nie mam pojęcia, co miała na myśli autorka „Nie ma i nie będzie”, gdy napisała: „Nad przemianą pokopalnianej dziury w podkarpacki kurort pracowano przez kilka lat”. Żeby to zweryfikować nie były potrzebne żadne skomplikowane działania researcherskie. Wystarczyło wejść na stronę wiki poświęconą Jezioru Tarnobrzeskiemu.  


Odniosę się jeszcze do jednego zacytowanego fragmentu, w którym stało, że istniało zagrożenie osuwania się obwałowania Wisły. Warto o tym wspomnieć, żeby zrozumieć, czemu w 1997 w Tarnobrzegu i jego okolicach była bardzo napięta atmosfera. Pewnie część z was (chodzi o tych starych, takich jak autor tego tekstu) domyśla się o co chodzi, ale dla niezorientowanych: w 1997 wydarzyło się coś, co potocznie nazwano „powodzią tysiąclecia”. Stan wody na Wiśle był (eufemizując) bardzo wysoki (poszliśmy całą familią na wały i przyznam szczerze, że wyglądało to cokolwiek przerażająco). A teraz sobie do tego dodajmy wcześniej wymienione „ryzyko obsuwania obwałowania Wisły” oraz „realnej możliwości dostania się do wyrobiska naporowych wód złożowych”. Według plotek (tak, to kolejna anecdata), które sobie wtedy chodziły po mieście, gdyby Wisła przerwała wały i wlała się do „dołka machowskiego”, trzeba by było ewakuować ludzi, którzy mieszkali w promieni 50 kilometrów od kopalni. I znowuż, nie mam najmniejszego pojęcia, czy to była prawda, czy też ktoś sobie to po prostu wymyślił (żeby postraszyć ludzi), ale o tym się wtedy rozmawiało często i gęsto. Coś musiało być na rzeczy, albowiem ojciec mój, który wcześniej pracował w Siarkopolu, a z wykształcenia był chemikiem, nie debunkował tych plotek (a gdyby to były po prostu jakieś brednie, to raczej by to wypłynęło w trakcie rozmów na ten temat). Szczerze zdziwiło mnie to, że temat ów nie pojawił się w rozdziale „Nie ma i nie będzie” poświęconym Tarnobrzegowi, choć sporo w nim jest wzmianek o kopalni siarki (z którą ów temat jest nierozerwalnie związany).


Skoro poruszyliśmy kwestię kopalni siarki, wrzucę tu dwa cytaty. Od razu zastrzegam, że wypowiedzi te mają różnych „autorów” (w przypadku drugiego cytatu, mamy do czynienia z osobą, która przez wiele lat pracowała w kopalni). Cytat pierwszy, zaczyna się od pytania reporterki: „Czemu właściwie Siarka upadła? Działasz jako najlepszy w Europie, a potem nagle jesteś „nierentowny”? Rozmówczyni odpowiedziała: „To było słowo wytrych, którego trzeba było użyć, żeby zlikwidować zakład! Siarka jest potrzebna (…) Uważam, że taki system rozwoju został nam narzucony przez Zachód. Mieliśmy być dla nich rezerwuarem taniej siły roboczej, więc trzeba było wszystko nasze polikwidować”. Cytat drugi: „Siarki produkowało się bardzo dużo i popyt na siarkę był. W schyłkowym okresie w Jeziórku siarki milion ton zeskładowane do sprzedaży. Wtedy ceny poleciały w dół. Kanada była naszym konkurentem, tłoczyła siarkę roponośną”. Nie mieli jej dużo, ale koszty produkcji były znikome, więc obniżały cenę. A my żeby się zmieścić w kosztach musieliśmy cenę utrzymać. Ja jako gospodarz puściłbym ją po niższych cenach, żeby tamci nie dyktowali cen siarki, tylko żebyśmy my dyktowali, ale tak się stało, jak się stało”.


Zanim zacznę się pastwić nad tymi cytatami, muszę tu poczynić kilka spostrzeżeń i uwag natury ogólnej, żeby to wszystko w kontekście osadzić. Zacznijmy od tego, że osoby, które są zainteresowane tematem transformacji wiedzą, w jaki sposób ona przebiegała i jak bardzo jej autorzy nie liczyli się z tym, jaki wpływ ich działania mogą mieć na obywateli. Idealnie oddaje to fragment książki Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii – wyznania poobijanego jeźdźca”: „Po latach Tadeusz Mazowiecki wyznał w rozmowie z Teresą Torańską: „Ciężkie było dla mnie wyobrażenie sobie, że wielkie przedsiębiorstwa zaczną padać (...). Po wejściu w życie ustaw wprowadzających gospodarkę rynkową mój przyjaciel i doradca Waldemar Kuczyński powiedział do mnie: «Co jest, powinny już padać, a nie padają!» Tak wynikało z rachunku ekonomisty. Że niewydajne przedsiębiorstwa muszą upaść. Dostałem gęsiej skórki (...). Przecież odzyskanie suwerenności dokonało się dzięki strajkom wielkich zakładów pracy w 1980 r. To one przecież wywalczyły «Solidarność». Liczyłem na to, że rozruch gospodarki wolnorynkowej będzie równoważyła polityka społeczna”. W przeciwieństwie do premiera, wicepremier Balcerowicz na to nie liczył, przeciwnie – pilnował równowagi budżetowej. Ustąpił tylko tyle, ile zdołał od niego wyszarpać minister pracy i polityki społecznej Jacek Kuroń. Pozwoliło to trochę złagodzić dramat, ale nie mogło zrównoważyć nagminnej ruiny wielkich zakładów przemysłowych.”.


Teraz, co prawda, można jedynie gdybać, ale gdybym miał gdybać (tak, musiałem, bo uwielbiam taką brawurową stylistykę), to bym wygdybał (to już ostatnie), że pewnie część z zakładów, które upadły, dałoby się uratować, gdyby ktoś wcześniej wytłumaczył załogom czym jest gospodarka wolnorynkowa i w jaki sposób trzeba się do niej (i to w tempie ekspresowym) dostosować. Gwoli ścisłości, rozmowy należało prowadzić również wtedy, gdy wiadomo było, że zakładu uratować się nie da. Należało wytłumaczyć czemu tak jest. Choćby przez wzgląd na szacunek dla robotników, na plecach których autorzy transformacji zrobili swoje kariery. Takich rozmów nikt ani z załogami, ani ze społeczeństwem nie prowadził. Jednym z efektów tego zaniechania było to, że padły zakłady, które być może dałoby się uratować. Drugim, który ciągnie się za nami do dziś była próżnia informacyjna, którą momentalnie wykorzystali zwolennicy spiskowych teorii dziejów. Owszem, część zakładów pracy/fabryk/etc. padła dlatego, że zależało na tym zachodnim firmom. Jednakowoż była też spora część, która padła dlatego, że nie byłyby w stanie się dostosować do realiów nowych. Ponieważ nikt nikomu niczego nie tłumaczył, cześć ludzi uwierzyła spiskowym narracjom i ciężko mieć do nich o to pretensje. Szczególnie, jeżeli weźmie się pod rozwagę fakt, że władze ówczesne co prawda nie tłumaczyły nikomu niczego, ale bardzo szybko ruszyły z rozrzucaniem narracji, z których wynikało, że jeżeli ktoś poległ w starciu z transformacją, to tylko i wyłącznie dlatego, że jest nierobem, który nie potrafił ciężko pracować. Gwoli ścisłości, za te (i wiele innych) narracje płacimy teraz drugą kadencją PiSu i władzy, no ale to tylko dygresja.


Kwestia kolejna to fakt, że jest spora różnica między reportażem, a stenogramem z wywiadu pogłębionego (szczególnie w sytuacji, w której chodzi o wywiad biograficzny). W tym drugim przypadku po prostu przepisuje się to, co powiedział rozmówca, bo najistotniejsze są jego odczucia i jego własne interpretacje rzeczywistości. W przypadku reportażu, na autorze tegoż ciąży odpowiedzialność za zestawianie tych wypowiedzi z rzeczywistością. Rzecz jasna, nie trzeba (i nie należy) tego robić w trakcie prowadzenia rozmów, bo takie „debunkowanie” na żywo mogłoby się skończyć tym, że rozmówca nagle straciłby ochotę na kontynuowanie pogawędki. Jednakże w trakcie opisywania wywiadów coś takiego zrobić po prostu należało. Szczególnie w sytuacji, w której jeden cytat jest sprzeczny z drugim (o tym będzie za moment).


No dobrze. To jak właściwie było z tą kopalnią siarki? Padła dlatego, że Zachód miał takie, a nie inne plany względem Polski (swoją droga, Zachód bardzo bał się wtedy polskich robotników, bo ogromne wrażenie robiły na zachodnich firmach liczby związane ze związkiem zawodowym o nazwie „Solidarność” [David Ost opisał to w „Klęsce Solidarności])? Czy też może było tak, że kopalnia nie była w stanie konkurować z Zachodem? Ujmując rzecz kolokwialnie: „to skomplikowane”. Idealnie podsumował to Filip Springer w książce o byłych miastach wojewódzkich („Miasto archipelag”): „Horyzont zasnuł się chmurami dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy pojawiły się technologie odzyskiwania siarki. Wydobywany z ziemi surowiec zaczął gwałtownie tracić na znaczeniu. Jego ceny leciały na łeb na szyję, a gdy spadły poniżej poziomu opłacalności wydobycia, stało się jasne, że odtąd będzie już tylko gorzej. W 1991 roku kopalnia przyniosła sześćdziesiąt miliardów złotych straty. Zatrzymano wydobycie. Wyrobiska przez kilka lat odwadniano, licząc jeszcze na cud, który nie nadszedł. Potem zdecydowano o ich zalaniu.”. Nie było więc żadnego spisku. Po prostu technologia poszła do przodu i odzyskiwanie siarki okazało się znacznie tańsze, niż jej wydobycie (szczególnie z tak dużej głębokości). W tym miejscu będzie kolejna anecdata. Ponoć była niewielka szansa na to, żeby spróbować się przebranżowić i skupić jedynie na przetwórstwie siarki (produkcja nawozów/etc.) i robić to na dużą skalę, ale nie spotkało się to ze zrozumieniem załogi, bo oznaczałoby to sporo zwolnień. No ale, to jest tylko anecdata i nie wiem ile w niej prawdy (aczkolwiek była ona swego czasu szeroko komentowana). Wróćmy na moment do pierwszego cytatu i pierwszego pytania: „Czemu właściwie Siarka upadła? Działasz jako najlepszy w Europie, a potem nagle jesteś „nierentowny”?” Napisać o tym, że to pytanie „z tezą”, to jak nic nie napisać. Reporterka niemalże wprost powiedziała rozmówczyni, jakiej odpowiedzi oczekuje.


I teraz warto sobie zadać pytanie: czy reporterka znała cały kontekst upadku „Siarki”? Jeżeli go nie znała, to ciężko traktować ten reportaż poważnie, bo wynikał by z tego tyle, że pojechała rozmawiać z ludźmi na temat regionu, o którym nic nie wie. Jeżeli zaś wiedziała (mam podejrzenia, że jednak coś tam wiedziała, bo w pewnym momencie możemy przeczytać „Niemal czuję i widzę tę siarkę – jaskrawożółtą, w różnych stanach skupienia. Najpierw wartą wiele, a potem właściwie nic”), to równie ciężko traktować ów reportaż poważnie (i w ogóle nazwać go reportażem), bo wynikałoby z tego tyle, że wcześniej założona teza (spokojnie, dojdziemy i do tego), jest dla niej ważniejsza od faktów. A fakty są takie, że Siarkopol jako kopalnia upadł, bo musiał upaść, bo wydobycie siarki stało się nieopłacalne. Zjawiskowe jest to, że autorka cytowała w tekście obie te wypowiedzi i w ogóle nie pochyliła się nad tym, że są one sprzeczne. W jednej z nich rozmówczyni tłumaczy, że przemysł siarkowy padł z powodu jakiegoś spisku, a w drugiej, autor (wieloletni pracownik kopalni) opowiada o tym, że inne państwo produkowało o wiele tańszy surowiec. Nawiasem mówiąc, jego wypowiedź również powinna się doczekać jakiegoś komentarza w tekście, ale próżno go szukać. Pracownik kopalni stwierdził bowiem (gwoli ścisłości, nie mam do niego za to żadnych pretensji, ani nie zamierzam się z niego nabijać), że Kanadyjczycy sprzedawali siarkę taniej, więc Siarkopol powinien ich przebić cenowo, żeby dyktować cenę. Tyle, że taka wojna cenowa miałaby sens jedynie w sytuacji, w której koszty wytworzenia surowca byłyby zbliżone. Wtedy można by było liczyć na to, że jeżeli się oponenta „przetrzyma”, to ów może zbankrutować i wtedy znowu będzie się monopolistą. W przypadku opisywanym przez tego pracownika (nie wiem ile w tym prawdy [i czy to faktycznie była Kanada], ale to nie ma znaczenia dla naszych rozważań) Kanadyjczycy mogliby również obniżyć cenę, a ponieważ Siarkopol miał znacznie wyższe koszty własne – skończyłoby się to dokładnie tak samo (z tą różnicą, że Siarkopol miałby jeszcze większe straty).


Nawiasem mówiąc, nawet gdybyśmy uznali, że do reportażu można się nie przygotować, tzn. jedzie się w teren „na żywioł”, żeby porozmawiać z ludźmi (bez żadnych oczekiwań) i zobaczyć „co z tego wyjdzie”, to jednak należałoby się w jakiś sposób odnieść do tego, że w tekście ma się dwie, sprzeczne ze sobą wypowiedzi, odnoszące się do tej samej kwestii. Tutaj tego po prostu zabrakło. Czemu? Ano temu (i teraz dochodzimy do kwestii najistotniejszej), że, przynajmniej moim zdaniem, ten rozdział został napisany z „tezą”. Co prawda czytałem jedynie rozdział dotyczący mojego rodzinnego miasta, ale to, co w nim przeczytałem, każe mi wątpić w to, że inne miasta zostały opisane w inny (mający znacznie większy związek z rzeczywistością) sposób. Teza, z którą napisano rozdział o Tarnobrzegu (i zapewne wszystkie inne) była taka, że Siarkopol (jako kopalnia) działał sobie doskonale, aż przyszła transformacja i źli liberałowie zamknęli kopalnie. O tym, że zdaniem autorki wydobycie siarki nie miało żadnych negatywnych skutków (poza ewentualnym smrodem siarkowodoru) wspominać nie trzeba. O ile czegoś nie pomyliłem to wzmianka o tym, że wydobycie mogło być szkodliwe, pojawia się w jednym miejscu :”Chodziło o zlikwidowanie zakładów trucicieli. Gadali, że siarka zła, szkodliwa”. Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć  „co autor miał na myśli” i dlaczego wcale nie chodziło o krytykę wydobywania siarki. Ta teza jest na tyle wyraźna i ma tak przemożny wpływ na ten rozdział, że w tym miejscu nie ma mowy o żadnej reporterskiej robocie. Jest tylko teza, którą autorka stara się usilnie udowodnić.


Swoją drogą, dziwi mnie to, że wieloletni pracownik kopalni nie zająknął się słowem o tym, że dochodziło w niej do wypadków. A to jakiś człek, któremu krowa przeszła pod taśmociągiem uznał, że on sobie przeskoczy dwumetrowej szerokości taśmociąg transportujący kamienie do rozdrabniarki z prędkością (o ile mnie pamięć nie myli) 60 km na godzinę (nie udała mu się ta sztuka). A to spawacz, który łatał olbrzymi zbiornik (w którym przechowywano stężony kwas siarkowy) zamiast nałożyć łatę na otwór, pobawił się w wycinanki i wspawał tę łatę w dziurę. Skończyło się to, of korz, perforacją. Gdyby nie udało się opanować sytuacji, to część zakładu zamieniłaby się w fontannę stężonego kwasu. A to jeszcze innym razem, nikomu nie chciało się usunąć sopla z rurociągu. Sopel sobie więc rósł spokojnie, aż wreszcie okazało się, że półtonowa bryła lodu to nieco zbyt dużo i rurociąg się zerwał. Takich historii było tam mnóstwo. Tyle, że żeby o czymś takim usłyszeć, trzeba by było zadawać odpowiednie pytania, a nie takie w rodzaju (uwaga, w tym momencie nastąpi przejaskrawienie): „czemu zlikwidowano kopalnie, skoro była żyłą złota i dlaczego to wina liberałów i transformacji?”. Zamiast drążyć temat tego, jak się tam pracowało w tej kopalni, reporterka zadawała pytania w rodzaju: „Czy tu jeszcze są złoża?”. Nie, nie ma i właśnie dlatego, narracja tekstu jest taka, że kopalnia padła ze względu na spisek, prawda?


Przyznam szczerze, że o ile na samym początku chciałem po prostu przeanalizować ten rozdział na zimno, to im dłużej się zagłębiałem w tekst, tym większą irytację odczuwałem. Podobne odczucia towarzyszyły mi w trakcie pisania tekstu o Patryku Jakim (aka Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny), który w ramach kreowania swojego wizerunku (na potrzeby kampanijne) opowiadał bzdury o tym, że pochodził „z biedniejszej rodziny” i że doszedł do wszystkiego dlatego, że pracował dwa razy ciężej od innych.


Irytowała mnie maniera opisywania wszystkiego jako „ogromnego” i w domyśle „zbyt dużego” dla Tarnobrzega (no bo to przecież małe miasto, więc po co tu w ogóle jakieś wieżowce, prawda?). Idealnym przykładem (jeszcze nie poruszanym) będzie ten fragment: „Pigal to wielki długi, zielony plac pomiędzy rzędami niższych bloków (…) rosną na nim drzewa i mniejsza zieleń”. No i wszystko fajnie, ale ten „WIELKI PLAC” położony jest pomiędzy dwoma rzędami bloków. Jaka długość tych rzędów? Osiem dwuklatkowych bloków (z przejściami pomiędzy częścią z nich). Jeżeli ktoś chce sobie zerknąć na to, jak to wygląda, to w źródłach znajdzie link do google maps [chodzi o ten kawałek zielonego terenu, na którym jest znaczek „plac zabaw przy ul. Bolesława Prusa 2”]). Skoro już wspomniałem o „Pigalaku”, to pozwolę sobie dodać od siebie ciekawostkę: na samym początku (zaraz po tym, jak powstał) były tam znaki drogowe (acz wszystko w odpowiednio małej skali) i wymalowane znaki na „drogach” i można było tam zdawać egzamin na kartę rowerową. Skoro ja o tym wiem, to mogła się tego dowiedzieć również reporterka, ale ponieważ nie miało to związku z wydobywaniem siarki, to pewnie uznała, że nie warto drążyć tematu.


Podkreślanie tego, że Tarnobrzeg, eufemizując, nie jest metropolią, można w tym tekście znaleźć dosłownie na każdym kroku: „Akwen ma także własny fanpage na Facebooku. Miasto stara się ogrywać jego obecność w wielkomiejskim stylu – co dzień pojawiają się tam ciekawostki, informacje o nowo otwierających się punktach gastronomicznych (...)”. Bo wiecie, prowadzenie fanpage tak, żeby stale dbać o zasięgi (co na FB jest kluczowe, jeżeli chce się cokolwiek wypromować) jest (uwaga, werble) „WIELKOMIEJSKIE”.


Równie irytująca jest maniera podkreślania „prowincjonalności” Tarnobrzega. Nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że Tarnobrzegowi sporo brakuje do metropolii, ale, na ten przykład, ciągłe wspominanie o tym, że na prowincji je się kotlety schabowe (nad którą to potrawą toczą się zawsze rozmowy o tym, co się dzieje na prowincji i dlaczego została skrzywdzona przez transformację), tak jakby był jakiś ustawowy zakaz jedzenia schabowych w dużych miastach (do czytelników w dużych miastach: napiszcie jak to u was wygląda, bo może faktycznie wam nie wolno), jest w najlepszym przypadku po prostu żenujące.


Dopiero w tym momencie swojego tekstu uświadomiłem sobie, że gdyby autorce naprawdę zależało na znalezieniu czegoś „nadmiarowego”, co zostało zbudowane z myślą o rozwoju, który nie nastąpił, to tym czymś były i są budynki Szkoły Podstawowej nr 10 im. Janusza Korczaka w Tarnobrzegu. „Za moich czasów” było nas tam po 7-8 klas, w których uczyło się po 30 (i więcej) osób na roczniku. Sal lekcyjnych było na tyle dużo, że nie był konieczny „system zmianowy” (w którym uczyli się przedstawiciele wyżu demograficznego w szkołach w innych miastach). Można było o tym wspomnieć, ale w sumie to po co. Lepiej napisać coś o WIELKIM GMACHU SZPITALA. Nawiasem mówiąc, jeżeli ktoś ma ochotę na wątek humorystyczny, to polecam wyguglanie sobie nazwy tej szkoły i zerknięcie na godziny otwarcia (zanim będzie to karane 2 latami więzienia).   



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Autorka stara się czasami przemycić jakąś ciekawostkę, ale tu również ma pod górę. Chwaląc się tym, że poszła pić piwo do „mordowni Bażant” napisała to, co opowiedział jej jeden z bywalców: „„o, to Ci powiem, to jest ciekawe: na Serbinowie był strasznie zaangażowany stary proboszcz (to jest spore niedomówienie, ale o tym, dalej będzie). Postawił jeszcze jedne pomnik, Jana Chrzciciela. Stał na skwerze przy blokach i na początku był pomalowany świecącą w ciemności farbą. Tak ludziom w nocy napierdalał po oknach, że musieli go przemalować”. No i znowuż, wszystko fajnie tyle, że to nie do końca było tak. Nie mam pojęcia czy czymkolwiek pomalowali ten pomnik, ale wszystko rozbijało się o to, że ustawiono przy nim tak mocne oświetlenie, że mieszkający na Bogdanówce czuli się tak, jak gdyby ktoś im (na wysokości okien) zaparkował ciężarówkę z włączonymi światłami długimi i halogenami. Dwukrotnie zmieniano to oświetlenie (rzecz jasna, po skargach) i dopiero za drugim razem udało się zrobić takie, które było przyjazne dla otoczenia. Można się było tego dowiedzieć, wystarczyło popytać o to ludzi z Bogdanówki, albo z bloków naprzeciwko (Kossaka). Nawiasem mówiąc, gdyby autorce chciało się trochę drążyć temat tego proboszcza, dowiedziałaby się, że w czasach, w których Tarnobrzegiem rządziła prawica (Tarnobrzeskie Porozumienie Prawicy i PiS) ów proboszcz był nieformalnym „kadrowym” w urzędzie i nie tylko. O tym zaś, jaki miał wpływ na rzeczywistość zaświadczy to, że gdy mu się zmarło i zorganizowano pogrzeb – praktycznie zamknięto ruch w połowie miasta (ulica Zwierzyniecka od strony Kossaka została zamieniona w parking dla aut). Pamiętam to doskonale, bo akurat wtedy wpadłem na pomysł, żeby dostać się zbiorkomem na dworzec i okazało się, że musiałem zrobić sobie spacer (bo ruch autobusów został albo wstrzymany, albo puszczony inną trasą). Potem się okazało, że niepotrzebnie się śpieszyłem, bo bus, którym miałem jechać (i obawiałem się, że się nań spóźnię) utknął w gigantycznym korku, wywołanym przez tenże sam pogrzeb.


Ponieważ „ciekawostki”, które można przeczytać w rozdziale „Nie ma i nie będzie” poświęconym Tarnobrzegowi są, no cóż, mało ciekawe, pozwolę sobie wam opowiedzieć taką, o której nie ma w tekście wzmianki, mimo że pośrednio związana jest ona z kopalnią (konkretnie zaś, z terenem kopalni). Otóż dawno temu, ludzie (szczególnie młodzi) zbierali na terenie kopalni grzyby. Nie, nie chodziło o takie, których zdjęcia wrzuca na Twittera Janusz Piechociński, ale o grzyby halucynogenne (nie mam pojęcia, o który gatunek „psylocybków” chodziło). Tych grzybów było tam zatrzęsienie i niektórzy z, ekhm, „grzybiarzy”, potrafili ich tam zebrać np. 1000 (słownie – tysiąc). Najpierw ganianiem ich zajmowała się jedynie Straż Zakładowa, ale w pewnym momencie żarty się skończyły i zaczęła ich ścigać policja. Jeżeli chodzi o jeszcze inną ciekawostkę (tym razem zupełnie niezwiązaną z przemysłem siarkowym), to pewnie mało kto „z zewnątrz” wie, że jeszcze nie tak dawno temu, równo o 21, na głównym skrzyżowaniu bezkolizyjnym, wyłączała się sygnalizacja (po prostu przełączała się na miganie pomarańczowymi światłami).


No dobrze, ale nie zebraliśmy się tutaj po to, żeby opowiadać sobie ciekawostki o Tarnobrzegu i okolicach, tylko po to, żeby pochylić się nad tym, w jaki sposób ten Tarnobrzeg został opisany. W pewnym momencie autorka zaczęła pytać tarnobrzeżan o to, jak widzą przyszłość miasta. Jedna rozmówczyni stwierdziła, że w sumie to wiele zależy od tego, „w którą stronę pójdzie Tarnobrzeska Specjalna Strefa Ekonomiczna”. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że choć autorka poświęciła kilka słów TSSE, ale nie wspomniała o tym, jak to się w ogóle stało, że ta strefa powstała. A stało się tak dlatego, że do polityków w Warszawie dotarło, że jeżeli nie ściągną szybko jakichś zakładów pracy do Tarnobrzega (i okolic), który właśnie zmaga się z efektami upadku przemysłu siarkowego, to efekty mogą być cokolwiek opłakane (w swoim szczytowym momencie w „Siarce” pracowało kilkanaście tysięcy osób (bodajże 18 tysięcy to było). Czym innym byłaby sytuacja, gdyby taki zakład pracy wyłożył się, na ten przykład, w Warszawie, a czym innym sytuacja, w której zakład taki pada w mieście, jak Tarnobrzeg. Niestety, część firm była świadoma tego, jaka jest sytuacja na rynku pracy i tę sytuację wykorzystywała, traktując pracowników bardzo źle. Dość powiedzieć, że nawet po roku 2010 część ochroniarzy bawiła się w rewizje osobiste tylko dlatego, że mało kto miał odwagę zwrócić im uwagę na to, że nie mają do tego prawa. Można się było tego dowiedzieć, ale w tym celu trzeba by było porozmawiać z ludźmi, którzy pracowali w TSSE. Być może teraz sytuacja w „strefie” jest lepsza, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze nie tak dawno temu nie było tam jakoś specjalnie różowo.


Jeżeli zaś chodzi o szanse rozwoju, to moim skromnym zdaniem jedyną taką szansą jest ogarnianie (w wymiarze turystyczno-rekreacyjnym) Jeziora Tarnobrzeskiego. Żadna inna opcja nie wchodzi w grę. Jedna z rozmówczyń na pytanie o TSSE odpowiedziała: „jeżeli nasza strefa ekonomiczna pójdzie w stronę nowych technologii, innowacji, a nie tylko robienia tanich podzespołów dla innych firm zachodnich, to miałaby sens”. W teorii brzmi to fajnie, ale w praktyce jest to nierealne. Ogarnianie jakichkolwiek nowych technologii i innowacji wymagałoby gigantycznych nakładów finansowych. Po pierwsze na jakąś (w uproszczeniu) „bazę” sprzętową, a po drugie na kadrę (której trzeba by było zaoferować stawki, dzięki której owa kadra zdecydowałaby się na przyjazd do Nigdziebądź). Nieśmiało przypominam, że mowa tu o mieście, które miało problemy z wybudowaniem ściany wspinaczkowej (Budżet Obywatelski, w ramach którego ją wybrano przegłosowano w 2017, zaś uruchomiono ją w kwietniu 2022).


Nie jest, rzecz jasna tak, że w Tarnobrzegu (postsiarkopolowym) nic się nie działo. W drugiej połowie lat 90-tych zaczęto (konkretnie zaś Tarnobrzeska Agencja Rozwoju Regionalnego) organizować Nadwiślańskie Targi Kooperacji. Była to w swoim czasie jedna z pierwszych (cyklicznych) imprez targowych w regionie. Impreza cieszyła się sporym powodzeniem (zjeżdżała na nią kupa regionalnych firm, a odwiedzających było całkiem sporo. Wszystko było fajnie, a potem nastąpiło coś, co można nazwać „prozą życia na prowincji”. Władze (o których jeszcze będzie w tej notce) co prawda były wdzięczne osobom, które organizowały te imprezy targowe, ale ta wdzięczność nigdy nie przełożyła się na odpowiednią gratyfikację finansową. Skończyło się to więc w sposób standardowy: pomysłodawcy/organizatorzy zaczęli szukać pracy w większych ośrodkach. Osoby, które zastąpiły „starych” organizatorów nie bardzo wiedziały, co należy robić. Przez pewien czas (nie pamiętam już jak długi) NTK szły siłą rozpędu, ale ostatecznie impreza ta została „położona”. Nie pamiętam, czy ze strony władz padło wtedy sakramentalne „formuła imprezy targowej się wyczerpała”, ale nawet jeżeli z ich strony nie padły te konkretne słowa, to na pewno były one podobne. Niemniej jednak była to fajna impreza i gdyby jej nie położono, to pewnie mogłaby się w jakiś sposób Tarnobrzegowi przysłużyć. Czemu w rozdziale poświęconym Tarnobrzegowi nie ma o tym żadnej wzmianki? Nie wiem, ale mogę domniemywać, że może mieć to związek z tym, że albo reporterka o tym po prostu nie wiedziała, albo wiedziała, ale być może uznała, że taka impreza była zbyt wielkomiejska, jak na Tarnobrzeg, więc może lepiej o tym nie wspominać.


Postaram się to ująć najdelikatniej jak tylko potrafię: Tarnobrzeg ma straszliwego pecha do włodarzy. Najpierw rządziła nim przez wiele lat prawicowa klika, która wychodziła z założenia, że w mieście w sumie nie należy nic robić. Żeby pokazać wam jakoś skalę jakoś-to-będzizmu tej ekipy, pozwolę sobie na pewną anecdatę: przez bardzo długi czas w zimie dało się bezproblemowo odgadnąć, w którym miejscu zaczynały się granice administracyjne Tarnobrzega, albowiem zapewnienie sprawnego odśnieżania przerastało ówczesną administrację. Cebulą na torcie było to, że o odśnieżanie nie zadbano nawet w trakcie samorządowej kampanii wyborczej (2010) i mieszkańcy Serbinowa, idąc do komisji wyborczej, musieli iść po ulicy, bo chodniki były do tego stopnia oblodzone, że poruszać się po nich można było jedynie ślizgiem. Aczkolwiek nie powinno to nikogo dziwić, bo ekipa ta zajmowała się głównie chlaniem wódy w „Sonacie”. Jedna z Bardzo Ważnych Osób (zmilczę nazwisko z litości) doprowadzała się w trakcie tych popijaw do takiego stanu, że zdarzało się jej publicznie wymiotować. Ekipa ta była naprawdę bardzo zaskoczona tym, że spuszczono ją po brzytwie. Jakie osiągnięcia miała ta ekipa (prócz urządzania libacji, rzecz jasna)? Ano, na ten przykład, wydała 50 tysięcy na „analizę marketingową”, z której wynikało, że Tarnobrzeg jest znany z tego, że wydobywało się w nim siarkę. Innym razem, wydano grube miliony na wiadukt, który tak po prawdzie nie był specjalnie potrzebny (bo ruch kolejowy był raczej, że tak to ujmę, zanikający), ale przynajmniej można było się pochwalić milionową inwestycją.


Kolejnej ekipie przewodził człowiek, który w trakcie kampanii obiecywał, że on to w ogóle mieszkańcom nieba przychyli. W trakcie kadencji, co prawda ogarnął kilka pomniejszych inwestycji (jakieś parkingi/etc.), ale upłynęła ona pod znakiem skrajnej pogardy, którą okazywał mieszkańcom. Następnie zawiadywał miastem człowiek, który wprawdzie dobrze się dogadywał z mieszkańcami, ale średnio mu się chciało robić cokolwiek, poza byciem prezydentem. Jego kadencja skończyła się przedwcześnie (tak, chodzi o akcję z CBA). Potem, przez moment zawiadywał nami PiSowiec z nadania Morawieckiego (jako pełniący obowiązki). Teraz zaś miastu szefuje człowiek, który został tymże szefem dlatego, że tarnobrzeżanie nie chcieli, żeby prezydentem był ten wcześniej wzmiankowany członek PiSu, a on był najbardziej strawnym kandydatem. Jego kadencja upływa pod znakiem olewania dziennikarzy i nie odpowiadania na zadawane przez nich pytania. Ktoś mógłby zapytać: co zmieniło się w trakcie tych wszystkich kadencji? Odpowiedź jest prosta: zmieniło się tyle, że w Tarnobrzegu ubywało mieszkańców. Jako wieloletni mieszkaniec Tarnobrzega wiem, że to nie jest tak, że przy użyciu jakichś magicznych sztuczek nagle można ten Tarnobrzeg zmienić w miasto, do którego Polacy zaczną walić drzwiami i oknami.  Wiem jakie ograniczenia „finansowe” ma to miasto. Generalnie rzecz ujmując, zarządzanie tym miastem jest full of zasadzkas (taki tam humor starszych ludzi). Tyle, że to nie oznacza, że powinno się włodarzy tego miasta traktować ulgowo. W mieście „nie jest dobrze” od bardzo dawna, tak więc każdy kolejny włodarz wiedział, w co się pakuje. Jeżeli więc uznał, że te sytuacje go przerastają, to mógł po prostu nie startować. Per analogiam, jeżeli kogoś (jest to szczególnie widoczne w przypadku obecnego włodarza) funkcja przerasta, to powinien z niej po prostu zrezygnować. Tak, wiem, trochę szkoda, biorąc pod rozwagę, ile teraz zarabia prezydent i jego dwór.


Na samym początku obiecałem wam, że wrócę do tematu tego, w jaki sposób partia Morawieckiego traktuje moje rodzinne miasto. Jak to więc wyglądało? W telegraficznym skrócie wyglądało to (i wygląda) tak, że na samym początku kadencji 2014-2018 nawet trochę środków było. Czemu? Ano temu, że urzędujący prezydent i jego radni weszli w koalicję z PiSem. PiS w ówczesnym czasie zawiadywał województwem (a potem wygrał wybory parlamentarne). Potem jakoś tak się składało, że pieniędzy było mniej i nie miało to absolutnie żadnego związku z tym, że regionalny PiS zerwał koalicję w radzie miasta. Owszem, oficjalną przyczyną było to, że prezydent odwołał wiceprezydenta (który pełnił taką, a nie inną funkcję ze względu na umowę koalicyjną), ale nie jest dla nikogo tajemnicą, że faktycznie do zerwania koalicji doszło w momencie, w którym pewien polityk, który jest ważny tylko dlatego, że jego ojciec o to zadbał, wpadł w histerię po odwołaniu „wice” i zamiast zaproponować kolejnego kandydata na stołek wiceprezydenta, doprowadził do zerwania koalicji. Zapewne bardzo, ale to bardzo się zdziwicie, gdy wam napiszę, że pieniądze dla miasta nagle zaczęły się znajdować. I znowuż, wcale nie miało to związku z tym, że wyżej wzmiankowany jegomość, który miał Ważnego Tatę został Pełniącym Obowiązki Prezydenta z nadania Morawieckiego. Potem znowu był problem z pieniędzmi (a ilekroć są one uzyskiwane, województwo i struktury partyjne starają się udowodnić, że te pieniądze to tylko dlatego, że ten od Ważnego Taty brał udział w ich załatwianiu).


Ten mechanizm (wspieranie finansowe głównie „swoich”) znalazł swoje odzwierciedlenie w oryginalnej „obietnicy wyborczej” złożonej przez PiS w 2018, kiedy to sztab Jakiego (najpierw przy pomocy Guziała, a potem samego Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny) oznajmił, że jeżeli Trzaskowski wygra, to Warszawa zostanie odcięta od pieniędzy. Nawiasem mówiąc, temu służył przecież ten fragment „reformy”, który doprowadził do tego, że miastom drastycznie spadły wpływy własne. To pomysł genialny w swojej prostocie: najpierw trzeba przydusić samorządy, a potem (ten etap jeszcze nie nadszedł, ale jestem dziwnie spokojny o to, że niebawem nadejdzie) zacznie się włodarzom zarzucać niegospodarność i to, że nie potrafią zarządzać finansami. Kto najbardziej „oberwie” dzięki tej obniżce wpływów? Podpowiem: na pewno nie duże miasta, które co prawda w wymiarze kwotowym stracą znacznie więcej, ale jednak mają znacznie większą możliwość manewru, od małych miejscowości, które ledwie dają radę „spiąć” budżety. Tak w praktyce wygląda „troska” partii Morawieckiego o prowincje. No ale, dobry Pan Morawiecki, bo przeczytał książkę o prowincji i opowiadał o tym, jak bardzo została ona skrzywdzona przez liberałów i jak bardzo książka nim wstrząsnęła, tak więc nadal można go uważać za reprezentanta „najbardziej lewicowego rządu”, prawda?


Jeden fragment tekstu mnie autentycznie zainteresował, albowiem autorka opisywała tam emigrację z Tarnobrzega i to, że gdy pytała ludzi o to, czy chcieliby wrócić, to odpowiedź zawsze była negatywna. Zainteresowało mnie to również dlatego, że z miasta wyprowadzali się po kolei wszyscy moi znajomi, a potem ja sam się (nie tak dawno temu) z tegoż miasta byłem się wyprowadziłem. To „wyprowadzanie” trwało w sumie od jakiegoś czasu, a parę miesięcy temu nastąpiło spakowaniem reszty rzeczy i wymeldowaniem się (przyznam szczerze, że było to dziwne uczucie, albowiem byłem tam zameldowany odkąd pamiętam). Poniosło mnie w zupełnie inne rejony Polski, aczkolwiek muszę przyznać, że chyba mam słabość do byłych miast wojewódzkich, bowiem tym razem również trafiło na miasto, o którym pisał Springer, (choć znacznie większe od Miasta Nad Akwenem). Gwoli ścisłości, karty podkarpacianina nie zamierzam oddawać (musieliby mi ją odebrać siłą). Swoją drogą pamiętam doskonale to, jak z Tarnobrzega wyprowadzali się po kolei praktycznie wszyscy moi znajomi (z wieloletnich znajomości została tam dosłownie jedna osoba). Przyczyna, dla której znajomi się katapultowali z Tarnobrzega była zawsze jedna i ta sama: brak pracy. Jedni wyjeżdżali za granicę, inni do innych (większych) miast. Będąc w trakcie przeprowadzania się, rozmawiałem byłem z jednym ze znajomych, który wyniósł się z rodzinnego miasta praktycznie w momencie, w którym wyjechał na studia (potem jedynie bywał w nim od czasu do czasu). Powiedział mi, że w sumie to nawet mógłby wrócić. Warto jednakże wspomnieć w tym momencie o tym, że to tylko i wyłącznie dlatego, że ma pracę zdalną, którą może wykonywać, będąc w dowolnym mieście. Niemniej jednak, na przestrzeni wielu lat, nigdy nie spotkałem się z tym, żeby ktoś „wyjechany” wrócił, tak więc ta deklaracja znajomego trochę mnie zaskoczyła. Jeżeli zaś chodzi o same wyjazdy, to osoby mieszkające w większych miastach rzadziej doświadczają uczucia „próżni”, które pojawia się w momencie, w którym człowiek się orientuje, że w sumie to „wszyscy wyjechali”. Nie chciałbym być źle zrozumiany – z dużych miast również się wyjeżdża, ale dzieje się to bez porównania rzadziej (z przyczyn oczywistych). Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że popadłem w dygresje dotyczące samego Tarnobrzega dlatego, że nie chce mi się wracać do wiadomej książki. No ale, trzeba być konsekwentnym, tak więc wracamy do meritum.


Rozdział poświęcony Tarnobrzegowi to pewnego rodzaju „Neverending story”. Gdy wydaje się człowiekowi, że znalazł już wszystkie „smaczki”, trafia się na kolejny, który pokazuje, jak bardzo autorce zależało na tym, żeby wiernie opisać Tarnobrzeg. Od razu zaznaczam, że ten będzie już ostatni i po nim będzie można się udać w stronę wniosków końcowych: „Przy akompaniamencie sprzężeń i piszczenia mikrofonów ekipa techniczna przygotowuje namiot, w którym za pół godziny wygłoszą przemówienia burmistrz miasta i przewodnicząca rady miejskiej”. Wszystko w tym zdaniu to prawda, poza dwoma drobnostkami. Po pierwsze: w Tarnobrzegu nie ma burmistrza. Miastem zawiaduje prezydent. Po drugie, przewodniczącym rady miejskiej jest Bogusław Potański.


Grzebiąc po google street view (żeby powrzucać wam linki do różnych miejsc) czułem się cokolwiek nostalgicznie. Patrzyłem bowiem na ulice, po których spacerowałem niezliczoną ilość razy, patrzyłem na miejsca, w których zawsze czułem się „u siebie” i które nieprędko znowu odwiedzę. Ponieważ lubiłem dużo łazić, to złaziłem ten Tarnobrzeg wszerz i wzdłuż. Aczkolwiek prawda jest taka, że i tak nie mogę powiedzieć, że znałem tam każdy kąt. Niemniej jednak było to miejsce, które przez bardzo długi czas mogłem nazwać „domem”. Pamiętam coś w rodzaju szoku kulturowego (zaraz się przekonacie o tym, że to trochę naciągane określenie, ale innego nie znajduję) po tym, jak wyjechałem na studia do Krakowa. Samo miasto mnie w żaden sposób nie przytłaczało (ot ulice, budynki, takie jak w każdym mieście [no może poza Wawelem]). Z tego, że jest to miasto bez porównania większe od Tarnobrzega zdałem sobie sprawę, gdy wraz z jednym znajomym (również prowincjuszem, ale on z kolei był z okolic Suwałk), odprowadzaliśmy do domu znajome, z którymi wcześniej byliśmy na piwie. Nie wiem, ile trwała ta piesza podróż, ale na tyle długo, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że „idziemy i idziemy, a tu cały czas dookoła jest miasto”. Pamiętam, jakie przygnębiające wrażenie robił Tarnobrzeg, gdy się do niego przyjeżdżało w trakcie studiów. W porównaniu z krakowskimi ulicami, na których zawsze (poza jakimiś wyjątkowo barbarzyńskimi godzinami) było sporo ludzi, Tarnobrzeg wydawał się (szczególnie jesiennymi wieczorami) niemalże bezludny. Mógłbym napisać całą książkę o tym, jak bardzo momentami nienawidziłem tego miasta za to, że wyjechali z niego prawie wszyscy moi znajomi. Niemniej jednak było to „moje” miasto. Przyznam się wam do tego, że w sumie to ja się czuję wszędzie „jak u siebie”. Wystarczy, że trochę sobie pospaceruje po jakimś mieście (zobaczę gdzie są sklepy, piekarnia/etc.). Co prawda to czucie się „jak u siebie” czasem kończy się tym, że człowiek np. myli przystanki (nawet po latach studiowania w Krakowie zdarzyło mi się wysiąść na niewłaściwym przystanku), albo wydaje mu się, że wie, gdzie jest jakaś ulica/sklep, a potem się okazuje, że człowiek miał rację, „wydawało mu się”. Niemniej jednak, do Tarnobrzega nigdy nie musiałem się przyzwyczajać (choć po tylu latach nadal nie znałem nazw ulic [co było zabawne szczególnie wtedy, gdy człowiek chciał ogarnąć, gdzie w centrum jest strefa płatnego parkowania]). Ze wszystkich miast i miasteczek, które znam (poza nazwami ulic, rzecz jasna) Tarnobrzeg był miejscem, które znałem najdłużej i najlepiej.


Dlatego też to, w jaki sposób opisała go autorka „Nie ma i nie będzie” wywołuje we mnie takie, a nie inne odczucia. Z mojej perspektywy wygląda to tak, jak gdyby ktoś przyjechał sobie do mojego rodzinnego miasta na safari. Popatrzył sobie w lewo, popatrzył sobie w prawo, z kimś tam porozmawiał, a potem ulepił ten Tarnobrzeg w swojej książce tak, żeby ów ulepek pasował do tezy. A teza jest taka, że Tarnobrzeg został niemalże zniszczony prze transformację, liberałów, koklusz i gradobicie. Żeby pokazać, jak bardzo został zniszczony, trzeba było go przedstawić w karykaturalny sposób. To nagminne podkreślanie, że wszystko w Tarnobrzegu jest zbyt duże, że nie pasuje do takiego (rzecz jasna małego) miasta. To podkreślanie prowincjonalności, poprzez suflowanie odpowiednich „ciekawostek” (a to śmieszny pomnik papieża, a to pomnik Jana Chrzciciela, który „dawał po oczach”, tak, że nie dało się spać), a to „mordownia Bażant” (nie chcę się czepiać, ale swego czasu, o wiele bardziej „rozrywkowa” klientela przesiadywała [szczególnie wieczorami] w Metrze, na tle tej klienteli „Bażant” mógłby uchodzić co najwyżej za coś w rodzaju klubu seniora). Podobne odczucia wywołuje we mnie to podkreślanie przez autorkę faktu, że ona się wszędzie (nawet w tych mordowniach) czuje swobodnie. Bo wiecie, niezależnie od tego, jak źle by nie było w tym Tarnobrzegu, to autorka to rozumie, autorka potrafi się odnaleźć w tej rzeczywistości, autorka potrafi porozumieć się z tymi biednymi prowincjuszami, skrzywdzonymi przez wcześniej wymienione czynniki (i nawet nie jest jej do tego potrzebny żaden fixer!), bo ona (tak jak prowincjusze) lubi solone frytki, schabowego i lany Leżajsk (swoją drogą do Leżajska mam awersję po tym, jak raczyłem się nim w knajpie o nazwie Blues Rock Cafe w czasach, w których  gnieździła się ona w „Bartoszu” [takie tam wspominki]). Autorka z przyjemnością oprowadzi was po tej skrzywdzonej prowincji. Rzecz jasna to, że ulepek, który opisała w swojej książce, jako Tarnobrzeg, nie ma nic wspólnego z prawdziwym miastem, które rzekomo opisuje, w najmniejszym stopniu jej nie przeszkadza.  


Z książki „Nie ma i nie będzie” nie dowiecie się tego, jak wygląda Tarnobrzeg i jak się w nim żyje. Możecie się natomiast dowiedzieć wiele na temat tego, jak sobie to miasto wyobraziła autorka. Książkę tą można polecić chyba tylko i wyłącznie prowincjuszom takim jak ja (tak więc takim z długim stażem) po to, żeby mogli się przekonać o tym, jak bardzo ich rodzinne miasta (jestem na 100% przekonany o tym, że rozdziały poświęcone innym miastom są napisane od tej samej „sztancy”, co opis Tarnobrzega), zostały zmasakrowane przez autorkę tego „reportażu”.  


A teraz, w ramach detoksu, idę sobie posłuchać „Polski B” Hioba Dylana i wam również to polecam.


Źródła:

Szpital:

https://www.google.com/maps/@50.5670272,21.6692952,3a,75y,74.11h,115.42t/data=!3m6!1e1!3m4!1scZW8UfqcXNqVgka86stM5A!2e0!7i13312!8i6656

Sąd:

https://www.google.com/maps/@50.5746088,21.6758022,3a,75y,291.39h,113.82t/data=!3m7!1e1!3m5!1sYFa9gGPGoujpYjZXlxnK3g!2e0!6shttps:%2F%2Fstreetviewpixels-pa.googleapis.com%2Fv1%2Fthumbnail%3Fpanoid%3DYFa9gGPGoujpYjZXlxnK3g%26cb_client%3Dmaps_sv.tactile.gps%26w%3D203%26h%3D100%26yaw%3D55.90099%26pitch%3D0%26thumbfov%3D100!7i13312!8i6656

historia sądu:

https://www.tarnobrzeg.sr.gov.pl/content/historia-sadu

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jezioro_Tarnobrzeskie

Praca magisterska:

http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-210ea250-81a6-46e9-9560-6b7addf7ec41/c/RN_50_49_58.pdf

Karol Modzelwski „Zajeździmy kobyłę historii – wyznania poobijanego jeźdźca”

David Ost „Klęska Solidarności”

Filip Springer „Miasto archipelag”

WIELKI PIGAL

https://www.google.pl/maps/place/Tarnobrzeg/@50.5763371,21.6829519,388m/data=!3m1!1e3!4m5!3m4!1s0x473d4a0dd8824db1:0xc70875667fbbaaf3!8m2!3d50.5729079!4d21.6790698

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,24024623,patryk-jaki-trudno-zeby-nasz-rzad-finansowal-mosty-dla-trzaskowskiego.html

Gdyby ktoś był ciekaw co to takiego był ten Blues Rock Cafe

https://nadwisla24.pl/2013/02/03/wraz-z-koncem-roku-zamkniety-zostal-tarnobrzeski-bluesrock/

Hiob Dylan „Polska B”

https://www.youtube.com/watch?v=tWCRDL2Myaw