Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lutego 2024

Hejterski Przegląd Cykliczny #107

W poprzednim Przeglądzie wspomniałem o tym, jak to Prezydent Andrzej Duda dostał zaproszenie do Kanału Zero i że mimo tego, że warunki miał tam cieplarniane, to jednak udało mu się zaliczyć wpadkę srogą (z Krymem). W międzyczasie okazało się, że jednym z kolejnych gości będzie Samuel Pereira. I tak sobie pomyślałem, że biorąc pod rozwagę to, jak potraktowany został Andrzej Duda, w tej rozmowie z Pereirą (którą przeprowadzał Stanowski) nie będzie zbyt wiele miejsca na warsztat dziennikarski. Niemniej jednak rzetelność blogerska (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać) wymagała ode mnie tego, żebym ten wywiad obejrzał przed formułowaniem takich wniosków. A potem (czyli po tym, jak poświęciłem na to prawie trzy godziny swojego życia [przyznaję, że oglądałem to z przerwami]) okazało się, że w tym konkretnym przypadku można było te wnioski sformułować bez zapoznawania się z materiałem źródłowym. W telegraficznym skrócie: choć Stanowskiemu zdarzało się dość często wyzłośliwiać, to jednak na płaszczyźnie merytorycznej wyglądało to (eufemizując) mocno średnio.

Przykładowo: w pewnym momencie Stanowski (całkiem słusznie) zwraca uwagę na to, że w mediach „publicznych” była gigantyczna dysproporcja między tym ile czasu dostawała Zjednoczona Prawica, a tym ile czasu dostawała „cała reszta”. Pereira odpowiedział, że w sumie to tak, dysproporcja była, ale trzeba pamiętać, że Zjednoczona Prawica wtedy rządziła, tak więc to były na przykład wypowiedzi członków rządu, prezydenta/etc. Wydaje mi się (aczkolwiek mogę się mylić, bo nie jestem dziennikarzem), że w tym momencie Stanowski powinien wyciągnąć dane sprzed 2015 i je zestawić z tymi już po „repolonizacji” TVP, bo dzięki temu można by było ustalić ponad wszelką wątpliwość, czy to wynikało z tego, że „Zjednoczona Prawica miała rząd”, czy też z innych przyczyn. Tl;dr, kolega z Doniesień zrobił kiedyś takie zestawienie (rok 2014 w całości a rok 2023 od stycznia do września [opierając się na ogólnie dostępnych informacjach]) i mu wyszło, że po zsumowaniu w 2023 Zjednoczona Prawica miała 80% czasu antenowego (16x więcej niż PO), a w 2014 PO+PSL miało 36.23% czasu antenowego (2.3 x więcej niż PiS). Wydaje mi się (aczkolwiek mogę się mylić), że gdyby Stanowski wtedy pociągnął ten temat dalej, to Pereira nie mógłby się z tego wytłumaczyć argumentum ad rządum, bo różnica między rokiem 2014 i 2023 była po prostu gigantyczna. Czemu więc Stanowski o tym nie wspomniał? Winny temu jest albo Ziemkiewiczowski research, albo to, że gdyby o takich danych wspomniał, to ciężko by było budować narrację, z której wynikało, że co prawda po 2015 te media były złe, ale przed 2015 też były niewiele lepsze. Poza tym Pereira nie został, na ten przykład, zapytany o to, czemu zatrudnił w TVP Radosława Poszwińskiego (aka Bogdan 607), którego wcześniejsza działalność internetowa była tak spektakularna, że po tym jak dostał robotę skasował 200 tysięcy (słownie DWIEŚCIE TYSIĘCY) tweetów. Zbyt trudnych pytań Pereira nie dostawał. Owszem, Stanowski pozwalał sobie na bardzo złośliwe komentarze, ale ponieważ nie były one podbudowane „paragonami” (twardymi danymi), Pereira mógł to komentować „no ok, takie masz zdanie”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Pereira wypadł w tym wywiadzie tragicznie tylko i wyłącznie dlatego, że (w mojej skromnej opinii) nigdy nie potrafił dyskutować. Zdarzało mi się z nim kilka razy posprzeczać (linków źródłowych nie będzie, bo, co za przypadek, Pereira skasował swoje wpisy sprzed 2015 roku) i jeżeli w dyskusji nie dało się użyć argumentum ad linkum, to Pereira sobie nie radził za bardzo. Potem zaś przez ładnych parę lat nie musiał sobie z tym radzić, bo „miał od tego ludzi”. Jedyna rzecz, której udało mi się dowiedzieć dzięki temu wywiadowi, to odpowiedź na pytanie: Czy Pereira wierzy w to, co mówi? Otóż, nie, nie wierzy (aczkolwiek uzyskanie tej wiedzy nie było warte prawie trzech godzin mojego życia). Swoją drogą, tak sobie myślę, że Stanowski mógłby być znacznie bardziej wymagający względem swoich rozmówców, gdyby tylko wyobraził sobie, że nie rozmawia z takim, na ten przykład, Pereirą, ale z Natalią Janoszek.

Od jakiegoś czasu żywiołowe dyskusje wywołuje postulat wprowadzenia czterodniowego tygodnia pracy. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w kontekście skrócenia czasu pracy nie brakowało dość zabawnych zwrotów akcji. Gdy mówili o tym Razemici, to były jakieś banialuki „młodej lewicy” (cieszy mnie ta łatka „młodej lewicy” przypinana np. Zandbergowi, bo jestem od niego o dwa lata młodszy). Gdy o tym samym wspomniał Donald Tusk, okazało się, że to kolejne mistrzowskie posunięcie. Ostatnio do dyskusji postanowił przystąpić mBank i zrobił to z przytupem. Wydawać by się mogło, że dyskusję tę powinno się zacząć od zapytania ludzi o to, „co o tym sądzą”, prawda? Otóż, nie. Dyskusję trzeba zacząć od zapytania ludzi o to, czego się w tym kontekście boją. Przykładowo, zabezpieczenia dodatkowych środków na wypoczynek, że ciężko będzie zgrać to z rodziną, bo reszta będzie miała normalny tydzień pracy, że (uwaga, odstawić płyny): „ciężko będzie ten czas wolny zagospodarować i popadniecie we frustrację związaną ze stratą czasu?”. Chyba nikogo nie zaskoczyło to, że tak postawione pytania spotkały się z żywiołową reakcją użytkowników Elonexa (niegdysiejszy ćwiter) i zaczęto toczyć srogą bekę z tych „pytań”. Najwyraźniej jednak zaskoczyło to ludzi z mBanku, bo w pewnym momencie opublikowali dość obszerny wpis, w którym zaczęli tłumaczyć „co mieli na myśli”. W zamierzeniu miał to być chyba damage control, ale osoby odpowiedzialne za komunikację kryzysową najwyraźniej miały zły dzień, bo w tym wpisie było jeszcze więcej szczerego złota, niż we wcześniejszych „pytaniach”. Przykładowo tłumaczono, że jeżeli chodzi o to pytanie z nudą (strata czasu/etc.), to niechże komentatorzy wyjdą ze swojej bańki bo są badania, z których wynika, że gdy ludzie mają zbyt dużo wolnego czasu, to zadowolenie z życia spada/etc. Zapewne bardzo was zaskoczę, gdy wspomnę o tym, że również ten wpis nie spotkał się z ciepłym przyjęciem. To z kolei musiało zirytować „zasiadaczy” konta mBankowego, bo pod wpisem usiłowali dyskutować (z wiadomym skutkiem). Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że wyglądało to trochę tak, jak gdyby ci konkretni bankowcy siedzieli w bańce informacyjnej i wyjście z tejże skończyło się dla nich bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o udanie się w stronę dalszej części Przeglądu.

Temat pigułki „dzień po” nadal przewala się po kościelnych środowiskach. Tym razem w tej sprawie wypowiedział się ktoś, kto na temat działania antykoncepcji powinien mieć wiedzę mocno teoretyczną. Tym kimś jest Marek Jędraszewski (identyfikujący się jako „arcybiskup”), który na swoim koncie Eloneksowym napisał, że umożliwienie młodym dziewczętom korzystanie z pigułki dzień po to „tragedia”. Ja tam nie wiem, ale wydaje mi się, że tragedią jest wykorzystywanie dzieci i późniejsze ukrywanie sprawców przed wymiarem sprawiedliwości, ale to zapewne dlatego, że mam skrzywioną optykę, a poza tym to tylko dygresja. Ad meritum: niech ktoś temu człowiekowi wytłumaczy, że te pigułki były dostępne już wcześniej i zmieni się jedynie to, że nie trzeba będzie wydawać kasy na prywatne wizyty u ginekologów, to po pierwsze. Po drugie, znacznie ważniejsze, chciałbym uprzejmie zwrócić uwagę na to, że (gdyby nie kontekst) dość zabawne byłoby to, że osoba, która nielubianych przez siebie ludzi określa mianem „zarazy” uważa, że ma prawo do bycia drogowskazem moralnym dla innych.

Pigułka „dzień po” nie jest jedynym tematem, który wywołuje wzmożenie środowisk kościelnych. Kolejnym tematem, który sprawa, że duchowni denerwują się praktycznie tak samo, jak wtedy, gdy ktoś im mówi, że elgiebety są ludźmi, jest ten dotyczący zapowiadanych zmian w nauczaniu religii (ograniczenie liczby godzin i wywalenie religii ze średniej). Tym razem wypowiedziała się w tej sprawie kościelna organizacja o bardzo długiej nazwie (Komisja Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski), tak więc żarty się skończyły. A nieco bardziej na poważnie, to oświadczenie to jest kopalnią lolcontentu. Przykładowo, w pewnym momencie możemy przeczytać, że: „Organizowanie w szkołach publicznych nauczania religii wynika z przestrzegania praw człowieka i podmiotowego traktowania rodziny.” Pozwolę sobie na parafrazę: „Organizowanie w szkołach publicznych nauczania religii wynika z zapisów zawartych w konkordacie”. Jestem autentycznie ciekaw czemu w tym oświadczeniu w ogóle nie wspomniano o przytoczonym przeze mnie dokumencie. A, no tak, bo gdyby to zrobiono, to ktoś mógłby tam zerknąć i zobaczyć, że nie ma tam słowa na temat wymiaru godzinowego (ani, tym bardziej, o średniej/etc.).

Potem jest jeszcze zabawniej. Otóż jeżeli chodzi o jakiekolwiek zmiany, to KWKKEP stwierdza, że: „Wszelkie zmiany odnośnie do organizacji lekcji religii w szkole publicznej winny dokonywać się zgodnie z obowiązującym prawem i w porozumieniu z Kościołami i związkami wyznaniowymi, których nauczanie religii odbywa się w szkole”. Brzmi to bardzo poważnie, prawda? Bo z tego wynika, że w przypadku tych zmian może dojść do złamania prawa. Jakie „paragony” przyniosła ze sobą KWKKEP w tej sprawie? W telegraficznym skrócie: tłumaczą, że choć rozporządzeniem ministra można to wszystko zmieniać, to jednak w Ustawie o Systemie Oświaty (w art 12) stoi, że zmiany to se może minister rozporządzeniem wprowadzać, jak się biskup diecezjalny zgodzi (albo władze innych kościołów wyznaniowych). Wykopałem sobie tę ustawę i jakiż był mój brak zdziwienia, gdy się okazało, że przepis, na który się powołuje KWKKEP (ok, to już ostatni raz był) jest (jak wiele innych) z gatunku niejednoznacznych. No bo z jednej strony stoi tam, że minister w „porozumieniu z” te zmiany wprowadza, ale gdyby ustawodawca chciał nałożyć na ministra obowiązek dogadywania się z duchownymi, to by tam (przynajmniej moim, laika, zdaniem) stało, że zmiany wprowadza się „za zgodą” (albo np. „po uzyskaniu zgody”/etc.) strony kościelnej. Ujmując rzecz inaczej, choć w artykule stoi, że robi się coś „w porozumieniu”, to nie doprecyzowano, jak ma to porozumienie wyglądać (może wyglądać tak, że minister oświadcza biskupowi co następuje, bo tak w jego opinii wygląda porozumienie).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena:

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


W tym samym oświadczeniu wyżej wymieniona komisja zwraca uwagę na to, że ograniczenie wymiaru godzin nauczania religii będzie oznaczało, że część katechetów straci pracę/etc. Ta troska o lud pracujący jest wzruszająca. Szczególnie w wykonaniu środowiska, które jakoś tak się nie wstawiło w 2019 roku za strajkującymi nauczycielami (a niektórzy duchowni nawet modlili się za „opamiętanie nauczycieli”). Nawiasem mówiąc, ja na miejscu funkcjonariuszy Kościoła nie poruszałbym kwestii wynagrodzenia katechetów, bo to nie są jakoś strasznie odległe czasy i żyje jeszcze bardzo dużo ludzi, którzy pamiętają, co się wtedy działo. A działo się to, że na samym początku Kościół twierdził, że oni chcą tylko nauczać i nie oczekują za to wynagrodzenia/etc. Potem zaś się okazało, że „strona kościelna” przyszła do „strony rządowej” i zakomunikowała, że wszystko fajnie, ale jest coś takiego jak kodeks pracy i czemu tak właściwie ci biedni katecheci/etc. mają nie dostawać wynagrodzenia? W tym miejscu kieruję pytanie do bardziej ogarniętych prawnie: czy to, kto ma płacić za nauczanie religii zostało jakoś rozstrzygnięte konkretnymi przepisami, czy też Kościół po prostu wymusił na stronie rządowej te pieniądze, a potem nikt tego nie ruszał, bo lepiej nie denerwować Kościoła? Wiem, że TK rozstrzygnął to, że płacenie za nauczanie religii nie narusza konstytucji (i nie jest finansowaniem związku wyznaniowego), ale to nie jest tożsame z wyjaśnieniem, czy opłacanie nauczania religii przez państwo jest zgodne z konstytucją.

Na sam koniec tych rozważań religijnych zostawiłem sobie kwestię, która mnie nawet trochę rozbawiła. Okazuje się bowiem, że jeżeli chodzi o naukę religii w szkołach, to w sumie ona się tam powinna odbywać, albowiem jest to taki europejski standard. Ciekaw jestem, jak zareagowałby KEP, gdyby ktoś Wielce Szanownemu Episkopatu (pun intendet) powiedział, żeby łaskawie nie krytykowali prób zliberalizowania prawa aborcyjnego i zalegalizowania związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych, bo jest to taki europejski standard. A nie, czekajcie, nie jestem tego ciekaw, bo przecież doskonale wiemy, jaka będzie reakcja Episkopatu: darcie japy o moralnej zgniliźnie, upadającej Europie i o zarazie, przed którą musimy się bronić.

No dobrze, skończyliśmy te religijne rozważania, tak więc możemy przejść dalej. Klub Jagielloński (jestem tak stary, że pamiętam, że w pewnym momencie sporo ludzi uważało za tych ogarniętych prawaków/konserwatystów) wyprodukował apel/odezwę do klasy politycznej. Z odezwy możemy się dowiedzieć, że nasza klasa polityczna powinna sobie podać rękę na zgodę (w trakcie czytania apelu należy sobie puścić piosenkę „Why can't we be friends”). Poza tym KJ tłumaczy, że za wschodnią granicą jest wojna i ona może się rozszerzyć na inne kraje NATO i to nie jest dobry moment na jakieś kłótnie polityczne i swary. Wzywają również do tego, żeby się politycy dogadali i naprawili Konstytucję. Zupełnym przypadkiem znajduje się tam również wzmianka o tym, że dopóki ta Konstytucja nie zostanie naprawiona, to obecnie rządzący mają szanować wyroki Trybunału Przyłębskiego. Co zrozumiałe, to jest nieco ładniej w słowa ubrane, bo tam jest napisane, żeby się rządzący powstrzymali od zmian „budzących istotne wątpliwości w zakresie ich konstytucyjności”. Ktoś może powiedzieć, mordy, no zaraz, ale przecież widzimy, że PiS chce wykorzystywać trybunał do tego, żeby rządzić państwem pomimo utraty władzy, przecież wiadomo, że gdyby PiSowi zostawić kluczyki do mediów, to nadal byłaby tam szczujnia, która wprowadzałaby w Polsce srogi chaos informacyjny (i np. tłumaczono by, że Premier RP jest niemieckim sługusem, który działa na szkodę kraju/etc.). I ja się z taką osobą w pełni zgadzam, ale najwyraźniej nie zgodziliby się z nią autorzy „apelu”. Jeżeli kogoś ciekawi to, czy KJ wcześniej (czytaj: w trakcie poprzedniej kadencji) wzywał polityków np. do tego, żeby nie konfliktować nas z sojusznikami NATOwskimi i nie wchodzić w konszachty z proputinowskimi politykami, to niech taki ktoś lepiej się tym nie interesuje, bo kociej mordy dostanie (tl;dr, oczywiście, że nie).

Niebawem odbędą się wybory samorządowe, w związku z powyższym następuje intensyfikacja działań kampanijnych. Czasem działania te są dość przaśne. Przykładowo, w Łodzi Zdanowską reklamują spółki miejskie. Czemu? Bo mogą. Czy powinny? No nie bardzo. Czy w ogólnym rozrachunku będzie to miało jakieś znaczenie? Co prawda, nie jestem łodziologiem, ale wydaje mi się, że nie bardzo. Wszystko zależy od tego, jak tam postrzegana jest Zdanowska. Jeżeli jest lubiana (in general), to jej to nie zaszkodzi, bo ludzie to po prostu potraktują jako fuckup. Swoją drogą, aż mi się przypomniała historia z mojego rodzinnego Miasta Nad Akwenem. W trakcie kampanii wyborczej (samorządowej of korz) w 2014 roku wydano (za pieniądze miejskie) wielostronicowy prospekt reklamowy Tarnobrzega. No i wszystko fajnie, ale dziwnym trafem do skrzynek trafiał on z przypiętą ulotką wyborczą jednego z kandydatów ówczesnej koalicji rządzącej w Radzie Miasta. Wtedy się to na tejże koalicji (i na ówczesnym prezydencie) srogo zemściło, aczkolwiek stało się tak dlatego, że pod koniec swojego urzędowania ówczesny prezydent był (eufemizując) średnio lubiany. 

Jakiś czas temu wspomniałem o tym, że dość głośno zrobiło się o szefie informacji RMF (aka Marek Balawajder). Konkretnie zaś głośno się zrobiło o bardzo wielu przypadkach z nim związanych. Przypadek pierwszy polegał na tym, że jego żona była (nie wiem, czy nadal jest) dyrektorką w czeskiej spółce córce Orlenu. Przypadek drugi: RMF i Obajtek czuli się w RMFie, jak u siebie. Przypadek trzeci: Orlen się bardzo chętnie reklamował w RMFie. Inicjalna reakcja była taka, że „nic się nie stało”, ale po jakimś czasie władze RMFu doszły do wniosku, że chyba jednak coś się stało, bo parę dni temu Balawajder pożegnał się ze stanowiskiem ze względu na „naruszenie kodeksu postępowania”. Co prawda, nie jestem z RMFu, ale wydaje mi się, że gdyby przyczyna „pożegnania się” ze stanowiskiem była inna, niż te wcześniej wymienione „przypadki”, to byśmy ją poznali choćby po to, żeby nikt się nie zastanawiał nad tym, czy te sytuacje nie są ze sobą w jakiś sposób powiązane. Wiecie, to są w sumie takie podstawy podstaw PR-u: w sytuacji kryzysowej należy dostarczyć otoczeniu na tyle dużo informacji, żeby otoczenie nie szukało ich gdzie indziej. Ile informacji dostarczył RMF swojemu otoczeniu (czyli nam)? Ano tyle, że coś tam było nie tak i dlatego Balawajder już tam nie pracuje.



Źródła:

https://www.youtube.com/watch?v=QtcgOXQt9yE

Wrzucam link do RzePy, żeby pokazać, że to nadreprezentację partii rządzącej w mediach publicznych tłumaczono „rządem” już w 2014 roku.

https://www.rp.pl/kraj/art12521681-politycy-na-antenie-tvp-malo-pis-duzo-po

Link do notki Doniesień na temat mediów.

https://www.facebook.com/PutinowaPolska/posts/pfbid02gPmCZe1wanaXVfyg8HsMDZE8EQXHVtVtdapnVcJVy3KaLmxXRynDtB3rBk27S2nBl

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23001122,nowy-nabytek-tvp-w-dwa-dni-skasowal-wszystkie-swoje-tweety.html

https://twitter.com/mbank_research/status/1754516524470018216

https://twitter.com/mbank_research/status/1754790087965995436

https://www.ekai.pl/dokumenty/oswiadczenie-komisji-wychowania-katolickiego-kep-wobec-zapowiedzi-men-o-planowanych-zmianach-w-organizacji-lekcji-religii-w-szkolach/

Nieco światła na to, czemu w oświadczeniu nie powołano się na konkordat jest to, że Depo tego próbował i przypomniano mu, że się myli.

https://konkret24.tvn24.pl/polska/religia-w-szkole-arcybiskup-depo-dwie-godziny-religii-gwarantowane-konkordatem-nieprawda-st7698318

https://lexlege.pl/ustawa-o-systemie-oswiaty/art-12/

https://www.dziennikwschodni.pl/lublin/lublin-ksiadz-modlil-sie-o-opamietanie-nauczycieli-kilka-osob-wyszlo-z-kosciola,n,1000240607.html

https://klubjagiellonski.pl/petycje/czas-skonczyc-te-wojne-podpisz-apel24-pl/

https://oko.press/rmf-i-orlen-tajemnicze-zwiazki-najwiekszego-polskiego-radia-ze-spolka-obajtka

https://oko.press/po-tekscie-radio-muzyka-orlen-prezes-grupy-rmf-atakuje-oko-press-odpowiadamy

https://www.press.pl/tresc/80398,marek-balawajder-po-27-latach-zegna-sie-z-rmf-fm_-_proba-ucieczki-od-kryzysu_-to-nie-zamknie-tematu_

piątek, 9 lipca 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #79

Jak się pewnie zorientowaliście, poniższy Przegląd zaliczył spory poślizg. Plot twist polegał na tym, że wcale nie chodziło o to, że miałem jakąś tam blokadę albo brak weny, albo cokolwiek. Wręcz, kurwa, przeciwnie. Nie mogłem się zebrać do pisania, bo ilekroć się zbierałem, nachodziła mnie chęć na poświęcenie całej notki chujowatości opozycji. Ktoś mógłby zapytać o to „czemu więc nie napisałeś takiej notki”? Odpowiedź jest dość prozaiczna: bo, kurwa, nie warto. To po pierwsze, a po drugie, notka takowa składałaby się głównie z wulgaryzmów. I tak to sobie trwało i trwało, aż z pomocą przyszedł mi Tusk (w sumie nie tylko mnie przyszedł z pomocą, bo biorąc pod rozwagę częstotliwość, z jaką wspominają o nim rządowe mendia, można by było dojść do wniosku, że skończyły im się inne tematy i gdyby nie powrót Tuska, to nie miałyby o czym pisać/mówić). No dobra, wiemy w czym Tusk pomógł rządowym mendiom, ale w czym pomógł mnie? Ano w tym, że teraz mogę zacząć sobie tekst od opisywania tego, co się dzieje w związku z jego powrotem i będzie to idealny wstęp do skrótowego podsumowania chujowatości opozycji.


No dobra, zacznijmy sobie od tego Tuska. Przyznam szczerze, że nie będę linkował tego, co się dzieje w jego kontekście, bo Tusk jest teraz po prostu wszędzie, głównie za sprawą rządowej telewizji, która napierdala o nim non stop. To jest, swoją drogą ciekawy casus, bo rządowa telewizja wpadła w swoje sidła. W teorii bowiem najlepiej dla tych dzbanów byłoby o Tusku w ogóle nie wspominać. Względnie, robić to na zasadzie: „Ok, chce se wracać ten Donald, to niech sobie wraca, a nam chuj do tego, nie warto o tym wspominać”. Tylko, że oni tak nie mogą. Czemu? Cieszę się, że o to zapytaliście. Pozwolę sobie w tym miejscu na odrobinę teorii w temacie oddziaływania perswazyjnego. Jest sobie od jakiegoś czasu taka teoria, która po angielsku się zwie Elaboration Likelihood Model, a po polskiemu to przetłumaczono na coś w rodzaju „model dwutorowości perswazji”. W telegraficznym skrócie w modelu tym chodzi o to, że perswazyjnie oddziaływać można dwoma torami. Pierwszy z nich to tor centralny, w ramach którego oddziałuje się przy pomocy merytorycznych argumentów. Przykładowo, gdyby partia chciała oddziaływać na swoich wyborców (oraz na osoby, które chciałaby pozyskać) torem centralnym, jej politycy opowiadaliby o programie partii i porównywaliby ów program z programami innych partii. Opowiadaliby o tym, jaki wpływ ów program może mieć na przyszłość wyborców (rzecz jasna, robiliby to do bólu merytorycznie, a nie przy pomocy erystycznych chwytów w rodzaju „fabrykowania konsekwencji”). Jeżeli  dzięki oddziaływaniu torem centralnym u kogoś dojdzie do wykształcenia jakiejś postawy, to taka postawa będzie dość „odporna” i gdyby insze partie usiłowały taką postawę zmienić, musiałyby się bardzo, ale to bardzo postarać.


Zupełnie inaczej rzecz się ma w przypadku oddziaływania torem peryferyjnym. W tym bowiem przypadku chodzi o oddziaływanie za pomocą najprostszych skojarzeń. Idealnym przykładem będzie tu słynny już „dziadek z Wehrmachtu”. Jak się pewnie domyślacie, postawa wykształcona „przy pomocy” oddziaływania torem peryferyjnym jest cholernie chwiejna i bardzo podatna na zmiany. Jedyną skuteczna metodą „utrzymania” postawy, którą się wykształciło u odbiorcy jest napierdalanie 24/7 w kółko tego samego. Bardzo często widzę na ćwitrze wpisy ludzi, którzy nie mogą się nadziwić temu, że rządowe media praktycznie każdy temat potrafią sprowadzić do opozycji. Przy okazji dowolnego tematu opowiadają o tym, że opozycja jest chujowa i gdyby rządziła, to Polskę czekałaby katastrofa. Rząd swoimi idiotycznymi decyzjami doprowadził do śmierci kilkudziesięciu tysięcy Polaków? I co z tego! Gdyby rządziła opozycja, byłoby jeszcze gorzej, bo Platforma zamykała szpitale! Ludzie umierają na covid? I co z tego! Za rządów PO ukrywano prawdziwą liczbę zgonów z powodu świńskiej grypy (te narracje urwały się w momencie, w którym bodycount covidu przeskoczył bodycount świńskiej grypy). Gdybyśmy chcieli jakoś podsumować te działania, byłoby to coś w rodzaju „może i za rządów Zjednoczonej Prawicy nie jest najlepiej, ale gdyby rządziła opozycja, to byłoby znacznie gorzej”. I te narracje działają. Nie, nie dlatego, że suweren jest głupi, albo się „sprzedał za pincet złoty”, ale dlatego, że rządowa machina propagandowa non stop wzmacnia te postawy.


Pozwolę sobie w tym momencie na odrobinę gdybania, ale jednym z powodów zesrania, które zapanowało w obozie rządzącym w momencie, w którym Rafał Trzaskowski zaczął gonić w sondażach (chodzi o drugą turę) było to, że gdyby obecnie urzędujący Prezydent RP padł w wyborach, to trzech z pięciu członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powoływałoby combo Senat + Prezydent RP. To zaś oznaczałoby faktyczny koniec flagowego medium rządowego (zwanego dla niepoznaki „Telewizją Publiczną”), bo przestałoby ono być, no cóż, rządowe. To zaś doprowadziłoby do sytuacji, w której postawy, które ulepiła rządowa telewizja, przestałyby być wzmacniane. No dobra, a gdzie tu miejsce na gdybanie? Już tłumaczę. Gdyby Zjednoczona Prawica straciła TVP, to w dłuższej perspektywie czasowej oznaczałoby to gigantyczne tąpnięcie w sondażach. Obstawiam, że byłoby to 10-15% (w zależności od tego, jakiej wielkości słupek ma partia rządząca według danej sondażowni). Dla partii rządzącej utrata sporej części machiny propagandowej byłaby katastrofą, bo nawet jeżeli do gry weszliby (po raz kolejny) „niepokorni”, to tym razem mało kto by się nabrał na ich pierdolenie, dlatego, że siłą rzeczy musieliby nadal pompować balonik wizerunkowy rządu (a to z niepokornością nie ma nic wspólnego).


No dobra, dość gdybania, wracamy do rozważań okołotuskowych, w których się mi taka pozorna sprzeczność pojawiła. Z jednej bowiem strony napisałem byłem, że media rządowe nie powinny o Tusku nic a nic mówić (poza tym, co konieczne), a z drugiej klarowałem wam tutaj, że Zjednoczona Prawica oddziałuje skutecznie, bo jej machina propagandowa klepie ten sam przekaz 24/7. Skoro więc klepie, to chyba może klepać o Tusku, prawda? No nie do końca, bo Tusk nie jest typowym politykiem polskiej opozycji. Czemu? Ano temu, że jak go komisja ds. Amber Gold ściągnęła, celem spuszczenia mu wpierdolu na oczach widzów, to owo „spuszczanie Tuskowi wpierdolu” skończyło się tym, że Samuel z kolegami i koleżankami musiał odpalać kolejne taśmy z „Sowy”, żeby przykryć ten fuckup. No dobrze, ale czy nie jest tak, że mimo całego swojego wygadania i umiejętności trollowania (które są spore, bo wystarczy, żeby Tusk napisał jednego ćwita, a cała rządowa machina propagandowa zaczyna cierpieć na incydent kałowy) rządowy agitprop nie rozjedzie Tuska tym (wcześniej wzmiankowanym) torem peryferyjnym (dziadek z Wehrmachtu/etc.)? Jeżeli mam być szczery, to „nie wydaje mnie się”. Z tej prostej przyczyny, że nawijając o nim 24/7 sami oddają mu platformę do komunikowania się z suwerenem. Owszem, oni sobie to po swojemu zmontują tak, żeby Tusk wyszedł na „tego złego”, ale to się może nie zdać na wiele w momencie, w którym cały internet będzie pełen „beki z TVP”. Pamiętam doskonale, jak nieumiejętnie PO (i przychylne tejże partii media) usiłowało zwalczać w 2015 kandydata Zjednoczonej Prawicy na urząd Prezydenta RP. Jedynym efektem tych działań (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie umywały się one do tego, co teraz odpierdalają rządowe media) było zwiększanie rozpoznawalności i przekonywanie coraz większej liczby Polaków do tego, że ten kandydat Zjednoczonej Prawicy, to całkiem spoko jest. Udało się to głównie za sprawą internetu, który został zalany „świadectwami” osób, które opisywały, jak to one nie popierają PiSu, ale zagłosują na kandydata Zjednoczonej Prawicy bo (i tu należy wstawić listę pochwał, ułożoną wcześniej przez spindoktorów Zjednoczonej Prawicy). Tuska w polskiej polityce nie było od dłuższego czasu. Co prawda, media rządowe robiły wszystko, żeby obrzydzać go suwerenowi, ale zapewne działało to głównie na beton, który i tak go nienawidził. Dla większości suwerena Tusk był przez ostatnie lata takim typem, który robi w Unii Europejskiej jakieś rzeczy, a od czasu do czasu powie albo napisze coś, od czego PiS dostaje sraczki i wtedy można się trochę pośmiać.


Wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których Rafał Trzaskowski bardzo szybko podskoczył sobie w sondażach po tym, jak PO zrobiło podmianę (nieśmiało przypominam, że w ekspresowym czasie zebrano wtedy od cholery podpisów i zaangażowało się w to bardzo wiele osób, które z PO mają bardzo niewiele wspólnego) było to, że wreszcie jakiś polityk przestał się cackać z mediami rządowymi i zaczął je traktować tak, jak powinno się je traktować od dawna. Bo ja wiem, że od czasu do czasu zdarza się, że ten, czy inny polityk srogo przypierdoli werbalnie temu czy innemu pracownikowi mediów rządowych, ale, no cóż, dzieje się to „od czasu do czasu”. Trzaskowski zaś robił to w trakcie całej kampanii, a jego wystąpień nie trzeba było potem opatrywać tytułami „Trzaskowski zmasakrował tego, czy tamtego funkcjonariusza mediów rządowych”, bo nikt z oglądających (nie dotyczy betonu) nie miał problemu z interpretacją tego, co zobaczył. Po tym, jak wybory wygrał obecny Prezydent RP, Trzaskowskiemu się ewidentnie odechciało. I w sumie to trudno się mu dziwić, bo ma Warszawę do zarządzania (wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od wrzucenia tutaj jakiegoś żartu o Wiśle i Czajce) i pewnie nie bardzo ma chęć i czas do tego, żeby się ciągłe napierdalać z mediami rządowymi. Kluczowe we wcześniejszym zdaniu było to „ciągle”, albowiem jeżeli chce się z mediami rządowymi wojować i mieć szanse na wygraną, trzeba to robić ciągle. Czemu w ogóle o tym wspominam? Ano temu, że Tusk ma czas i chęć do tego, żeby to napierdalać się z machiną propagandową do skutku. Dodatkowy problem z Tuskiem (problem dla rządowych mediów) polega na tym, że on to umie robić. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja tam fanem Tuska nie jestem (z wielu przyczyn; jedną z nich jest to, że to właśnie jemu i temu, że powycinał z PO ludzi, którzy cokolwiek ogarniali, zawdzięczamy rządy Zjednoczonej Prawicy), ale nie będę udawał, że nie widzę tego, że jest on politykiem skutecznym.


Po pierwszej „dużej” konferencji Tuska w internetach posypały się komentarze, że w sumie spoko, że nareszcie ktoś się wziął za bary z rządową machiną propagandową, ale czemu jest tak, że w całej Platformie tylko jeden jedyny Tusk potrafi to robić. I tu dochodzimy do jednego z największych problemów polskiej opozycji. Problem ów polega na tym, że w całej, kurwa mać, zasranej opozycji nie ma drugiego polityka, który byłby wygadany jak Tusk. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że polityka podobnie wygadanego nie ma w całym obozie rządzącym, bo z Tuskiem na pewno nie może się mierzyć obecny Prezydent RP, który jest chowany przed dziennikarzami, nie może się z nim mierzyć Premier Tysiąclecia, przemawiający z wdziękiem syntezatora mowy, nie może się z nim mierzyć również Genialny Strateg, który każdą swoją wypowiedź na siłę okrasza „trudnymi słowami”. Tam jest cała masa innych polityków, którym wydaje się, że są doskonałymi mówcami, ale gubią się, gdy trzeba mówić dłużej niż kilka minut i robić to tak, żeby nie zanudzić odbiorcy (w tym miejscu zupełnie bez związku z omawianym tematem chciałbym pozdrowić Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny). No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zjednoczona Prawica nie musi mieć dobrych mówców, bo wszystkie swoje braki nadrabia machiną propagandową, która jest w stanie dowolnie długą i nudną przemowę pociąć na krótkie (strawne) kawałki. Tak swoją drogą, w kontekście Tuska warto wspomnieć o tym, że on się tego swojego „wygadania” uczył w trakcie bycia politykiem. Zapewne część z was kojarzy debatę z 2007, w której Tusk rozjechał Genialnego Stratega z Żoliborza, który to Genialny Strateg wyszedł na oderwanego od rzeczywistości jegomościa, który co prawda zna trudne słowa, ale nie ma pojęcia o tym, jak się żyje w Polsce (nikogo nie powinno to dziwić ze względu na to, jak długo Jarosław Kaczyński był politykiem). Jak bardzo PO musiało zjebać, żeby ten sam odrealniony typ w 2015 zaczął się ludziom jawić jako człowiek, który lepiej od innych polityków wie, z jakimi problemami boryka się przeciętny suweren? No, ale to dygresja. Wspomniałem o 2007, bo tę debatę pamięta sporo osób. Znacznie mniej pamięta debatę z 2005, w której Tusk poległ w starciu z Lechem Kaczyńskim. Co prawda nie dostał łomotu, jak Jarosław w 2007, ale jednak ciężko ten jego występ uznać za sukces.


Tusk z 2007 to był zupełnie inny Tusk niż ten z 2005. Gdyby do starcia z Jarosławem przygotowany był tak samo, jak do starcia z Lechem, to debata z 2007 skończyłaby się zupełnie inaczej. I znowuż, po co o tym wspominam? Ano po to, żeby zwrócić uwagę na ten, kurwa, drobny szczegół, że przez 6 lat rządów Zjednoczonej Prawicy po opozycyjnej stronie nie pojawił się żaden wygadany polityk. Zanim ktoś powie „no ale Hołownia”, pozwolę sobie wykonać uderzenie wyprzedzające i napisać, że sukcesy sondażowe Hołowni biorą się z czegoś, co mógłbym określić mianem „komunikacyjnego minimalizmu”. Hołownia mówi i działa tak, żeby nie powiedzieć zbyt dużo. Bo to „zbyt dużo” zawsze mogłoby zostać „wykorzystane przeciwko niemu” przez rządowe media. Osobną kwestią jest to, że nawet gdybyśmy założyli na użytek tego tekstu, że Hołownia jest doskonałym mówcą, to warto mieć na uwadze to, że on do polityki przyszedł „z zewnątrz”. Już samo to, jak szybko słupki sondażowe Hołowni (chodzi mi, rzecz jasna, o słupki w sondażach sejmowych) skoczyły do góry świadczy o tym, jak bardzo, kurwa, nijaka była i jest opozycja.


Opozycja jaka jest, każdy widzi. I się wam przyznam do tego, że zdarzyło mi się nie raz i nie dwa zastanawiać nad tym, czemu wygląda to tak, a nie inaczej. Opozycja jest tak bardzo chujowa, że suweren jest skazany na racjonalizowanie sobie tego, czemu tej opozycji „nie idzie”. Ludzie sobie to różnie racjonalizują. Jedni dochodzą do wniosku, że opozycja celowo nie wygrywa, bo budżet jest w chujowym stanie, bo kryzys nadchodzi/etc. Inni twierdzą, że opozycja nie może nic ugrać, bo po prostu się „nie da”. Tzn. rządowa machina propagandowa jest tak skuteczna, że choćby skały srały, opozycja nie jest w stanie niczego ugrać. Jeszcze inni (i tu można wpisać całe mnóstwo komentariuszy, dziennikarzy niesprzyjających PiSowi oraz polityków opozycji) twierdzą, że winę za to, że opozycji nie idzie należy obarczyć (i tu należy wstawić nazwę partii, której wygłaszający opinie nie lubi). Długo nad tym dumałem i wydumałem tyle, że opozycji się po prostu nie chce. I nie, nie chodzi o to, że „nie chce się wygrać”, żeby nie łatać dziurawego budżetu (radzić sobie z kryzysem/etc./etc.). Nie chodzi o to, że tam ktoś celowo „nie chce”. Nie, im się po prostu nic, kurwa, nie chce. Ktoś może powiedzieć „no ok, ale to są politycy, oni tam pewnie mają lepszy ogląd sytuacyjny niż my, randomowe typy z internetu”. I ja bym się z tym zgodził, gdyby opozycja była skuteczna. Gdyby ten ich „lepszy ogląd” (będący efektem tego, że mają dostęp do informacji, których nikt z nas nie ma prawa oglądać [no chyba że sobie na Telegramie będzie obserwować twórczość Dworczyka]) przekładał się na to, że coś im się, kurwa, udaje. Tyle, że ciężko w to uwierzyć, jak się patrzy na „efekty” działań opozycji, które są takie, że opozycja przepierdala wybory za wyborami (z jednym wyjątkiem, którym były wybory do Senatu), a jej słupki sondażowe niezbyt dobrze rokują na przyszłość. Nie chcę się tutaj bawić w głowologizowanie, ale odnoszę wrażenie, że większej części tych ludzi się „nie chce” dlatego, że jakkolwiek prawo wprowadzane przez Zjednoczoną Prawicę jest opresyjne (vide, zaostrzenie prawa aborcyjnego), to ich, czyli polityków, ani ich rodzin, to nie dotyczy. Zakaz aborcji? No ok, dla przeciętnego suwerena może to być problem, ale nie dla kogoś, kogo stać na wydanie pierdyliona złotych na kampanię wyborczą. Dla takiej osoby załatwienie wyjazdu do kraju, w którym terminację ciąży przeprowadza się w cywilizowanych warunkach, to są jakieś, kurwa, drobne.


Skoro wstęp „do opozycji” mamy już za sobą, teraz mogę przejść do tego, czym opozycja podpadła mi do tego stopnia, że postanowiłem się wstrzymać z napisaniem tekstu do momentu, w którym mi trochę przejdzie. Przemysława Czarnka nikomu (niestety) nie trzeba przedstawiać. Jak tak sobie patrzę na jego działalność, to sobie myślę, że równie dobrze opozycja mogła dostać list o treści „wielce szanowna opozycjo, nie mam nic przeciwko temu, żebyście odebrali nam 10-15% poparcia, Wasz Jarek”. I co? I nic. Bo opozycja się tym jakoś niespecjalnie przejęła. Weźmy sobie, na ten przykład, zapowiedź wprowadzenia obowiązkowej religii/etyki. Przecież dla opozycji to jest temat samograj. Przecież można by było znaleźć pierdylion wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, w których tłumaczyli oni, że rodzice mają prawo do decydowania o tym, w jaki sposób (i zgodnie z jakimi wartościami) wychowywać swoje dzieci. Tych wypowiedzi jest w chuj i jeszcze trochę. Co prawda nie chce mi się tego gówna czytać, ale pewnie można by się podpierać również „analizami prawnymi” autorstwa wiadomego Instytutu, który przypierdalając się do edukacji seksualnej tłumaczył non stop, jak istotne jest „sumienie rodziców” etc. Teraz zaś przyszedł Czarnek i na to wszystko nasrał. Przeca to się aż prosi o jakieś kampanie (liczba mnoga użyta celowo) informacyjne, w których rozjeżdżanoby Zjednoczoną Prawicę ich własnymi wypowiedziami. To się aż prosi o jakiejś krótkie spoty z hasłami „rodzicu, fundamentaliści religijni lepiej od Ciebie wiedzą, jak wychowywać Twoje dziecko”, „rodzicu, nie chcesz żeby Twoje dziecko miało styczność z religią? Dla rządu Twoje zdanie nie ma znaczenia”, „rodzicu, nie posyłasz dziecka na religię? Teraz będziesz musiał”. Gdzie są, kurwa, hasła „ratujmy dzieci”, gdzie są, kurwa, akcje „w obronie sumienia rodziców”. Zamiast tego wszystkiego mamy jakieś pojedyncze wypowiedzi polityków i polityczek opozycji i próbę odwołania Czarnka, która, biorąc pod rozwagę arytmetykę sejmową (i to, że konfiarze są ciężkimi oszołomami) ma takie same szanse powodzenia, jak polska reprezentacja piłki kopanej na wygranie mundialu w 2022.


W tym miejscu pora na krótką dygresję, żebyśmy mogli w pełni docenić to, jak bardzo opozycja nie ogarnia. PiSowi przed 2015 udało się skutecznie przekonać sporą część Polaków do tego, że Platforma chce sprzedać polskie lasy, udało im się wywołać spory wkurw, tłumacząc suwerenowi, że wpuszczenie 6-latków do szkół, to niemalże zbrodnia. I tak dalej i tak dalej. Obecna opozycja dostaje od rządu prezent za prezentem (czytaj: jedno chujowe dla suwerena działanie za drugim) i absolutnie nic z tym nie robi. Ktoś w tym miejscu mógłby się zapytać o to, czemu się przypierdalam do tego, że ktoś chce odwołać Czarnka. Takiemu ktosiowi odpowiem, że owszem, Czarnka należałoby wyjebać z rządu, ale żeby to się mogło udać, należałoby najpierw wytworzyć na tyle duże ciśnienie społeczne, żeby PiS się tym przejął. Tak swoją drogą, równie irytujące co niemoc opozycji są wypowiedzi wszelkiej maści komentariuszy, którzy twierdzą, że w sumie to nie ma się co przejmować Czarnkiem, bo te jego pomysły to „temat zastępczy”. Serio? W zeszłym roku, jeden z takich „tematów zastępczych” skończył się zaostrzeniem prawa aborcyjnego. Wydawać by się mogło, że tego rodzaju działanie uczuli ludzi na to, żeby nieco baczniej przyglądali się temu, co robi partia rządząca i żeby z nieco mniejszą łatwością budowali narracje „nie no, tego to PiS przeca nie zrobi”. Komentariuszom specjalizującym się w tropieniu „tematów zastępczych” nie przeszkadza nawet to, że OKO Press wynorało jakieś kwity, w których stoi, że obowiązkowej religii/etyki domagał się od Zjednoczonej Prawicy Episkopat (nie jest więc tak, że on sobie to sam wymyślił w swojej czarnkowej głowie).


Warto pomysł wprowadzenia obowiązkowej religii/etyki osadzić w kontekście, którym jest kolejny pomysł Czarnka. Po tym, jak Czarnek zarzucił (nie)swoim pomysłem o tych obowiązkowych zajęciach, odezwały się głosy tłumaczące, że w Polsce nie ma tylu etyków. Okazało się, że dla Czarnka nie jest to żaden problem, bo przeca można takich etyków wyuczyć etykowania. Jakiż był mój, kurwa, brak zdziwienia, gdy okazało się, że Zjednoczona Prawica sobie to wymyśliła tak, żeby większość etyków przygotowywały uczelnie wyznaniowe. W tym miejscu pasowałoby sobie odpowiedzieć na jedno, zajebiście ważne pytanie: „ilu etyków (chodzi o tych, którzy mają nauczać dzieciaki) powinno się kształcić na uczelniach katolickich”. Odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: Ziobro. Jeżeli bowiem rodzic chciałby, żeby jego dziecko było nauczane katolickiej etyki, to taki rodzic posłałby swoją pociechę na lekcję religii, prawda? Rzecz jasna, to również zostało olane przez opozycję. Wszystkie te chujowe pomysły Czarnka (tzn. Episkopatu) wywołują opór społeczny. W internetach można wyczytać, że rodzice kombinują już „jakby tu zrobić tak, żeby dziecko nie musiało być narażone na kontakt z księdzem/katechetą, etykiem-od-Czarnka”. Jednym z pomysłów jest zażyczenie sobie tego, żeby pociecha uczęszczała na zajęcia z religii innej, niż katolicka (i to na tyle innej, żeby ludzi mogących prowadzić te zajęcia w Polsce praktycznie nie było). Rodzice ci są na tyle zmotywowani, że jeżeli ich prośby zostaną olane, to pewnie pójdą do sądu (czy też do jakiejś instytucji, do której będą mogli się odwołać [taką instytucją na pewno nie będzie kuratorium]).


Pomysłów „jak poradzić sobie z Czarnkiem” jest cały internet. Tylko wiecie co? Państwo nie powinno działać w ten sposób. Nie powinno być tak, że rząd sobie wprowadza jakieś, kurwa, idiotyczne pomysły, a obywatel musi kombinować, jak ustrzec swoją rodzinę przed tym, czy innym pomysłem. Państwo nie powinno tak działać, ale działa, o czym świadczy wypowiedź Genialnego Stratega, który stwierdził wprost, że jeżeli ktoś jest ogarnięty, to sobie przeca tę aborcję ogarnie, więc o chuj w ogóle chodzi tym, co się czepiają zakazu? Gwoli ścisłości już samo to, że ludzie zaczynają kombinować pokazuje, że te pomysły generują wkurw. Wkurw, który mogłaby zagospodarować opozycja, robiąc cokolwiek. Tylko, że tego „cokolwiek” się opozycji robić nie chce. I ja wiem, że jak się jest politykiem i się ma kasę, to można posłać swoją latorośl (czy też latorośle) do szkół, w których nawet po zmianach Czarnkowych nie będą nauczać „etycy” po jakiejś katolickiej uczelni, ale my, czyli ten plebs, nie mamy takich możliwości i będziemy musieli liczyć na to, że w razie czego do szkół, do których uczęszczają nasze dzieci, nie trafi jakiś ciężki oszołom.  


Najbardziej absurdalne z tą niemocą opozycji i nieumiejętnością wsłuchania się w suwerena jest to, że nawet symetryzujący dziennikarze w rodzaju Konrada Piaseckiego dostrzegli to, że pomysły Czarnka mogą wkurwiać ludzi: „Jest ciekawym paradoksem, ze min Czarnek & Co, opiewając rolę rodzica w decydowaniu o tym jakie treści ma ich dzieciom przekazywać szkoła, nie biorą pod uwagę, że rodzic może nie chcieć księdza podczas szkolnych uroczystości, JPII w lekturze, czy apelu o Piłsudski. I co wtedy?”. Pozwolę sobie odnieść się do końcówki, czyli do retorycznego pytania „i co wtedy?”. Nic. Absolutnie nic, bo rodzic zdaniem prawicy ma prawo do swoich poglądów i do wychowywania dzieci zgodnie ze swoim sumieniem tak długo, jak te poglądy i sumienie są zbieżne z prawicowym światopoglądem. Paradoks polega na tym, że polska prawica, która chce sobie ulepić obywatela-kretyna, o to samo od dawna oskarża nieistniejące „lewicowe elity”. Każdy idiotyczny pomysł Czarnka (tzn. Episkopatu) lewica mogłaby kontrować narracjami:„no hola, nas się tu oskarża o to, że my chcemy wszystkich ludzi na jednakowo ulepić i za nic mamy sumienia rodziców, a jak się do tego mają pomysły Zjednoczonej Prawicy?”. Lewica mogłaby to robić, ale tego nie robi. Czemu? Bo się jej, kurwa, nie chce. Ja rozumiem, że tam się działy i dzieją jakieś fuzje, ja rozumiem, że się partie łączą i że to oznacza, że się tam ludzie kłócą. Ja rozumiem, że swetry stare się buntują, bo jakieś młode ludzie im tłumaczą, że może by tak trochę inaczej politykę prowadzić. Ja to wszystko rozumiem, ale mam to, kurwa tam, gdzie Stonoga. Bo prawda jest taka, że lewica poprzez swoją bierność zostawia ludzi na pastwę Czarnków i innych fundamentalistów. Tak, wiem, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk ostatnio starła się z Czarnkiem. Tylko co z tego wynika? Opozycja nie potrafiła wykorzystać prezentu, który przy okazji dostała od partii rządzącej, bo kretyni ze Zjednoczonej Prawicy, chcąc zagłuszyć wystąpienie ADB postanowili zajebiście głośno klaskać. Pech chciał, że klaszcząc nie słyszeli, co mówi ADB i klaskali również wtedy, gdy posłanka mówiła o samobójstwach uczniów. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że prawicowy agitprop usiłował potem ratować sytuacje i tłumaczyć, że „no może i klaskali, ale to nie o to chodziło, że klaskali dlatego, że się dzieciaki zabijają, bo zaczęli wcześniej” (część symetryzyjących dziennikarzy podchwyciła tę narrację). No i wszystko super z tą narracją, tylko że niech jej autorzy łaskawie spierdalają. Nikt tym idiotom w sejmie nie kazał klaskać. Mogli spokojnie wysłuchać tego, co ma do powiedzenia ADB. Zamiast tego klaskali i wyszło na to, że oklaskiwali samobójstwa. I ja się w tym miejscu uprzejmie chciałbym zapytać: gdzie są spoty z tym popisem Zjednoczonej Prawicy?


Dopiero po napisaniu powyższych kawałków tekstu dotarło do mnie, że przyczyną bierności nielewicowej części opozycji w kwestii pomysłów Czarnka jest kult jednostki, na który cierpi Polska. Obiektem kultu jest Karol Wojtyła. Przypomniała mi się ćwiterowa batalia polityków i dziennikarzy wywołana tym, że ktoś miał czelność napisać, że literacka twórczość Wojtyły to „grafomania”. Swoją drogą, aż dziw bierze, że Ordo Iuris nie wmieszało się w tę dyskusję i nie zaczęło grozić zawiadomieniami do prokuratury. Ten kult jednostki jest kolejnym absurdem, bo trzyma się on teraz głównie na politykach, dziennikarzach (i innych VIPach), którzy boją się powiedzieć „jak jest”, tylko i wyłącznie dlatego, że obawiają się tego „co ludzie powiedzą”. Gdyby bowiem osoby te zostawiły jaranie się Wojtyłą Kościołowi i prawicy, bardzo szybko okazałoby się, że jarający się są w mniejszości.


Na sam koniec tej przydługiej tyrady na temat opozycji (to i tak lepsze, niż cały tekst poświęcony tym pierdolonym nieudacznikom) podrzucę kolejną anecdatę. Od dłuższego czasu obserwuję pewne zjawisko. Na swoim prywatnym koncie FB mam różnych znajomych. Co prawda, jest tam sporo lewaków, ale nie jest tak, że sobie siedzę w bańce. Wśród znajomych jest sporo osób, które polityką interesują się głównie wtedy, gdy coś ich wkurwi. Znamienne jest to, że wkurwieni nie cytują polityków opozycji piętnujących to czy inne zachowanie, ale po prostu bezpośrednio odnoszą się w swoich komentarzach do działań Zjednoczonej Prawicy, które, eufemizując, nie przypadają im do gustu. Bardzo rzadko zdarza się, że wjedzie mi na walla wpis/wypowiedź jakiegoś polityka opozycji. I ja wiem, że to anecdata, ale to, co widzę na FB, znajduje odzwierciedlenie w tych sondażach, w których uwzględnia się niezdecydowanych (tzn. ludzi, którzy deklarują chęć udziału w wyborach, ale nie wskazują partii, na którą chcieliby zagłosować. Jakaś część suwerena jest wkurwiona na rząd, ale nie chce głosować na opozycję. I to jest naprawdę zjawiskowe, jeżeli popatrzymy na to przez pryzmat polaryzacji społecznej. Jak to możliwe? A no tak to, że opozycja nie trafia do takich ludzi ze swoją „ofertą”. Nie trafia, bo nawet nie próbuje trafić, bo się jej wydaje, że skoro sondaże są takie, a nie inne, to PiS na pewno przejebie kolejne wybory. No a nawet jak nie przejebie, to je wygra tak, że nie będzie mógł rządzić, więc wtedy wjedzie opozycja cała na opozycyjnie. A jak się nie uda, bo PiS jednak wygra albo przegra, ale sobie wyciągnie z opozycji polityków? Wtedy pewnie znowu będzie czekanie na „następny raz”, bo „następnym razem na pewno się uda”. Najgorsze jest to, że nie można w tym miejscu napisać do opozycji „nawet mi was, kurwa, nie żal”, bo to nie opozycja ma przejebane przez rządy Zjednoczonej Prawicy, ale my wszyscy.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Ok, ponadprogramowe flekowanie opozycji mam już za sobą. Teraz można przejść do zwyczajowego jej flekowania. Opozycja bowiem dostała od partii rządzącej kolejny prezent, z którym nie jest w stanie nic zrobić. Prezentem tym jest deklaracja Genialnego Stratega, który ostatnio był łaskaw powiedzieć, że w UE jest tak chujowo, że on się dogada z Marine Le Pen, Salvinim, Fideszem (VOX się tam chyba też kręcił) „kilkunastoma partiami z różnych krajów” (nie wiem, o które partie chodzi, bo jakoś tak cicho się zrobiło), żeby jakoś uratować biedne kraje narodowe, uciskane przez Brukselę. Zastanawiam się nad tym, czy jest to ciąg dalszy tych kretyńskich narracji, którymi wcześniej PiS raczył wszystkich dookoła, czy też jakaś nowa narracja, która ma przykryć tamte, w których stało, że PiS z kolegami i koleżankami będzie reformował UE, choć nie ma do tego wystarczającej liczby europosłów. No, ale to tylko dygresja. Ponieważ nawet rządowa machina propagandowa nie dałaby rady przekonać umiarkowanego suwerena do tego, że dobrym pomysłem jest mizianie się ze skrajną prawicą z innych krajów (choćby ze względu na skrajny nacjonalizm tejże), zbudowano inną narrację. Narrację, w myśl której to wcale nie jest skrajna prawica, ale „europejska centroprawica”. Co prawda, nie ma to żadnego związku z rzeczywistością, bo tym partiom najbliżej do naszej swojskiej Konfederacji, ale nie po to Zjednoczona Prawica pompuje rok rocznie gigantyczne środki w swoją machinę propagandową, żeby ta machina pisała i mówiła prawdę. Zaraz po tym, jak w internetach objawiło się wystąpienie Genialnego Stratega, ćwiter zalały screeny z wcześniejszymi wypowiedziami polityków partii rządzącej (i tytuły artykułów z rządowych portali), którzy tłumaczyli, że Le Pen to proputinowska polityczka/etc. Rzecz jasna, nie miało to najmniejszego znaczenia, bo opozycji się nie chciało po to schylić (mignęło mi gdzieś jedynie to, że Tusk coś na ten temat mówił).


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć  o tym, że w Zjednoczoną Prawicę można by było przypierdolić cytatami z polityków, z którymi się teraz zakumplowała. Przykładowo, Marine Le Pen wypowiadała się w ten sposób o Putinie: „Putin chce przekształcić Europę Środkową nie tyle w strefę rosyjskich wpływów, ile w strefę neutralną. Bo prawda jest taka, że pogwałcono porozumienia, które zawarto z Rosją. Zmilitaryzowano terytoria, choć obiecano Rosji, że tak się nie stanie. I Putin po prostu chce, aby te terytoria ponownie były zdemilitaryzowane. Jeśli przestrzegaliśmy tego zobowiązania przez dziesiątki lat, nie ma absolutnie żadnego powodu, abyśmy nie mogli w przyszłości tego przestrzegać" – powiedziała Le Pen, najwyraźniej odnosząc się do decyzji NATO z zeszłego roku o wzmocnieniu obecności na tzw. flance wschodniej.”. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć „no zaraz”, ale czy Zjednoczona Prawica nie tłumaczyła wszystkim dookoła, jak bardzo istotna jest tzw. „flanka wschodnia”? Owszem, tłumaczyła i owszem to, co mówiła Le Pen stoi w jawnej sprzeczności z ich deklaracjami, ale, po raz kolejny, nie ma to żadnego znaczenia, bo nikt tego nie będzie w stanie wykorzystać przeciwko Zjednoczonej Prawicy. Zjednoczonej Prawicy nie zaszkodzi pewnie również to, że gdy w 2017 Marine Le Pen zapowiadała Sojusz z Jarosławem Kaczyńskim (w 2017 roku), Genialny Strateg powiedział był: „Z panią Le Pen mamy tyle wspólnego mniej więcej, co z panem Putinem”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że z tego chyba wynika, że niebawem do „europejskiej centroprawicy” dołączy Jedna Rosja. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o kierowanie się w stronę dalszej części tekstu.


Nikt, ale to naprawdę nikt nie mógł przewidzieć tego, że Narodowy Program Szczepień zamieni się w (kolejny już) Narodowy Fuckup. A nie, czekajcie, w sumie to prawie wszyscy alarmowali, że szczepienia idą chujowo, że jest mało chętnych i że trzeba coś z tym zrobić. Czym w tym czasie zajmowała się Zjednoczona Prawica i rządowe media? Jaraniem się tym, że Polacy mieszkający w Niemczech zjeżdżają do Polski celem zaszczepienia się, bo w Niemczech te szczepienia to tak źle idą, że tam się młodzi jeszcze szczepić nie mogą. A potem się okazało, że szczepienia w naszym pięknym kraju nad Wisłą idą tak doskonale, że Dworczyk był łaskaw oznajmić, że pod koniec czerwca punkty szczepień zrezygnowały z zamówienia miliona dawek, bo nie było chętnych. Narodowemu Programowi Szczepień na pewno nie pomaga cytowanie przez media ciężkiego foliarstwa, które opierają się na informacjach pochodzących z renomowanego Instytutu Danych z Dupy. Nie pomagały i nie pomagają mu również wypowiedzi takie, jak ta, którą nie tak dawno temu uraczył nas wszystkich Prezydent RP, który po raz kolejny udowodnił, że Zjednoczona Prawica ma słuszność trzymając go z dala od dziennikarzy, bo ilekroć wychodzi przed kamery i zaczyna o czymś mówić, tylekroć opowiada straszliwe brednie.


Mniej więcej w połowie czerwca Prezydent RP uznał, że w debacie na temat szczepień brakuje jego głosu i postanowił się wypowiedzi. Jak postanowił, tak uczynił (tak, jestem pewny, że to była jego samowola, bo żaden ze spindoktorów Zjednoczonej Prawicy nie podpadłby swoim pracodawcom wpierdalając kij w szprychy): „jeżeli liczba zachorowań w Polsce spadła w tej chwili do takiego poziomu dziennie, jak notowaliśmy rok temu, to czy rzeczywiście możemy się cieszyć, że jest to efekt szczepienia, czy tego, że taka jest pora roku. W zeszłym roku nie mieliśmy szczepionki, a przypadków było tyle samo”. I co? Łyso wam? Zarzucaliście Prezydentowi RP, że nie reaguje na pandemię i bardzo rzadko się na jej temat wypowiada, a on w międzyczasie sobie to wszystko skrupulatnie podliczał i doszedł do takich, a nie innych wniosków. Nieco zaś bardziej na serio, jak bardzo trzeba, kurwa, nie ogarniać, żeby porównywać pierwszą falę korony (która była dla nas bardzo, ale to bardzo łaskawa) z trzecią falą, która była dla nas hekatombą? Na wiosnę 2020 diagnozowano około kilkuset przypadków zachorowań dziennie. Na wiosnę 2021 to dojechaliśmy dwukrotnie do 35 tysięcy nowych zachorowań/dzień (a sama liczba nowych zachorowań dość długo utrzymywała się na poziomie powyżej 20 tysięcy). Tak więc, Wielce Szanowny Panie Prezydencie RP, o czym tak właściwie Pan Prezydent RP do nas, kurwa, rozmawia? Czy słowa Prezydenta RP zostały sprostowane przez stronę rządową? A gdzie tam. Partia rządząca myśli bardzo prostymi kategoriami „może i Prezydent RP bredzi, ale to nasz człowiek, tak więc nie przyznamy publicznie, że bredzi, bo gdybyśmy się do tego przyznali, to zaczęto by nas grillować w tym temacie”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że tych mądrości na temat szczepień Prezydent RP wygłosił jeszcze więcej. Tłumaczył, między innymi, że to czy spadki zachorowań są efektem działania szczepień jest „przedmiotem kuluarowych rozmów”. Nie wiem z kim Prezydent RP prowadzi te „kuluarowe rozmowy”, ale na pewno nie są to jacyś poważni politycy.


Ponieważ do rządzących zaczęło docierać, że trochę im ten Narodowy Program Szczepień nie idzie, zaczęła się biegunka pomysłów „jak to zmienić”. Pomysłem, który przypadł mi do gustu najbardziej był ten, w myśl którego, te szczepienia to będą darmowe jeszcze przez jakiś czas, a potem trzeba będzie za to zabulić. Geniuszom, który na ten pomysł wpadli zupełnie umknęło to, że ciężkie foliarstwo spod znaku Konfederacji (acz nie tylko) od dawna trąbi o tym, że „tu chodzi o pieniądze”. Domyślam się, że jak to nie pomoże, rząd po raz kolejny sięgnie po spoty z Cezarym Pazurą. Jeżeli mam być szczery, to ten rządowy jebałpiesizm mnie cokolwiek przeraża. Widać bowiem wyraźnie, że oni się tym średnio przejmują (tzn. nie na tyle, żeby zrobić z tym cokolwiek sensownego). Ja wiem, że najprawdopodobniej autor hasła „ostatnia prosta” miał dobre intencje, ale najprawdopodobniej skończy się to wszystko tak, że będzie to ostatnia prosta do kolejnego lockdownu. Nie trzeba być specjalistą od głowologii, żeby się domyślić tego, że jeżeli kolejny lockdown będzie konieczny (a jest to bardzo prawdopodobne) to tym razem wkurwią się na niego prawie wszyscy. Bo to było tak, że bardzo dużo ludzi zrezygnowało w czasie pandemii z ważnych dla siebie rzeczy, „for the Greater Good”. Jakaś część społeczeństwa nie wytrzymała i zaczęła olewać reżimy sanitarne. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja uważam, że ignorowanie obostrzeń było zachowaniem bardzo głupim, ale jestem w stanie zrozumieć przyczyny, dla których ludzie zaczęli te obostrzenia olewać. No bo niby wszyscy jedziemy na tym samym wózku, ale niektóre zwierzęta okazały się być równiejsze i taki, na ten przykład Michał Rachoń wrzucił sobie w lutym fotkę z treningu koszykówki i był z siebie bardzo dumny. Rachoń tłumaczył potem, że wszystko odbyło się „zgodnie z prawem”, ale było to po prostu zwykłe kombinatorstwo. Kombinatorstwo, w które absokurwalutnie nie powinien się bawić ktoś „z mediów” rządowych. Jeżeli zaś nawet się w nie zaczął bawić, to mógł, kurwa, nie wrzucać zdjęć do internetu, bo to już jest pokazywanie suwerenowi środkowego palca.


Problemy Narodowego Programu Szczepień nie wzięły się z powietrza. Zbieramy teraz żniwo totalnego olewania polityki komunikacyjnej przez partię rządzącą, która pozwoliła na to, żeby debata okołokoronawirusowa została zdominowana przez foliarstwo. Żodyn nie mógł się domyślić tego, że jeżeli jakaś część społeczeństwa nie wierzy w koronawirusa, to te osoby nie będą się chciały szczepić i będą zniechęcać innych. Niestety, teraz jest już za późno na metodę marchewki i trzeba by było użyć kija. Takim kijem mogłoby być wprowadzenie selektywnych reżimów sanitarnych i po prostu danie bana niezaszczepionym (uwaga natury ogólnej, nie chodzi o tych, którzy nie mogą się zaszczepić z przyczyn zdrowotnych, ale o tych, którzy się nie szczepią, bo nie chcą, żeby im Bil Gejts czipa zamontował) na korzystanie z siłowni, uczestnictwo w treningach, chodzenie do kin, restauracji/etc. Rzecz jasna, oznaczałoby to konieczność wyrównania strat przedsiębiorcom (celem zachęcenia tychże do przestrzegania reżimów [tak więc byłaby to marchewka ukryta w kiju]). Tyle, że Zjednoczona Prawica się na to raczej nie zdecyduje. Już nawet nie chodzi o to, że trzeba by było komuś (znowu) dawać jakieś szekle, ale o to, że te same zasady trzeba by było wprowadzić w kościołach, a na to Cywilizacja Śmierci (aka Konferencja Episkopatu Polski) nigdy nie wyrazi zgody.


Na koniec Przeglądu (w którym, of korz, nie zmieścily mi się tematy, które zapowiadałem już jakiś czas temu) zostawiłem sobie dwa wywiady. Konkretnie zaś dwa przykłady tego, w jaki sposób nie powinno się ich przeprowadzać. Na pierwszy ogień pójdzie wywiad, który z Renatą Dancewicz przeprowadził Paweł Smoleński. Wywiad ten warto poczytać ze względu na RiGCz Renaty Dancewicz. Niestety, RiGCzu nie miał ni cholery dziennikarz, który wywiad zaczął od pytania (zapnijcie pasy, bo czeka was zderzenie z dzbanizmem): „Pani zdjęcia, co przypomina Krzysiek Varga w „Dzienniku hipopotama", wisiały w każdym warsztacie samochodowym, malarni proszkowej, u szklarzy, rymarzy, wszędzie, gdzie pracowali młodzi mężczyźni polscy. Miała więc pani okazję, by podsłuchać ich rozmowy.”. Przyznam się wam szczerze, że po przeczytaniu tego „pytania” miałem flashbacki. Otóż, pamiętam, że całe wieki temu, oglądałem w telewizorni wywiad z Renatą Dancewicz. W trakcie wywiadu przeprowadzający go typ całkiem, kurwa, na serio zadał Dancewicz pytanie o to, czy może dotknąć jej biustu. Były to na tyle pojebane czasy, że wywiad nie został przerwany, a potem owo pytanie ktoś puścił na wizji. To była ta „normalność”, za którą tęsknią wszelkiej maści Ziemkiewicze, Piekary i inni narzekający na „poprawność polityczną” (to jest temat na osobną notkę i może w przeciągu kilkunastu najbliższych lat uda mi się ją napisać). Co prawda pytanie zadane przez Smoleńskiego miało inny kaliber, ale chyba każdy zgodzi się z tym, że nie powinno ono zostać zadane. Nie ze względu na „poprawność polityczną”, ale na to, że kwestia tego, czy zdjęcia Dancewicz wisiały w warsztatach, ma raczej niewielki związek z całą resztą wywiadu. Jeżeli zaś chodzi o sam wywiad, to widać w nim wyraźnie, że Dancewicz trochę przerosła odpytującego ją dziennikarza, który chyba nie do końca zrozumiał, że rozmawia z bardzo ogarniętą osobą, w efekcie czego czytelnicy musieli cierpieć czytając tego rodzaju wymiany zdań (pozwolę sobie zacytować obszerniejszy cytat):


"PS: Jakie są pani poglądy?


RD: Z grubsza lewicowy mainstream. Nie podoba mi się tak wielkie rozwarstwienie, dzisiejsza reprodukcja systemu feudalnego. Nie znoszę, że jednym ludziom żyje się źle, czemu nie zawinili, a innym o niebo lepiej, na co niekoniecznie zapracowali. Nie podoba mi się, że tzw. Polska A może lekceważyć Polskę B. Że można mówić o innych wyższościowym językiem.


Kiedy Leszek Balcerowicz i jego następcy zmieniali w Polsce ustrój gospodarczy, nieledwie wszyscy mu uwierzyli i za tym poszli. A przecież to był jeden z kilku możliwych scenariuszy. Bank Światowy optował za rozwiązaniem bardziej umiarkowanym, ale my postanowiliśmy być ortodoksyjnymi prymusami liberalizmu. To wtedy zalęgła się nierówność. Nie wszyscy chcą i mogą być rekinami giełdy. Wielu chce być nauczycielami, sekretarkami, lekarzami, mechanikami, a mimo to mają potrzebę godnego życia. Jeśli wywala się ich poza nawias, i na dodatek szepce, że są gorsi i sobie nie poradzili, to musi prowadzić do sytuacji, jaką mamy teraz: Rydzyk zaopiekował się tym elektoratem, doradził ludziom, którym się nie powiodło, by wzięli odwet.


PS: A nie ma pani wrażenia, że teraz Balcerowicz robi za chłopca do bicia? Wszyscy po nim jeżdżą, zwłaszcza tzw. młoda lewica, zła jak osy, że Balcerowicz nie zostawił każdemu z nich mieszka z kasą. Powtarzają jak mantrę, że można było lepiej, on tylko popsuł. Ale wtedy takich mądrych po prostu nie było. Był trud przemiany i, co widać gołym okiem, Polska jest o wiele dostatniejszym i bardziej sprawiedliwym oraz po ludzku bardziej ludzkim krajem niż wcześniej.


RD: Zmieniło się na korzyść. Lecz na prowincji kompletnie zdechł transport publiczny. Zmarniało publiczne szkolnictwo, służba zdrowia. To powoduje wykluczenie.


PS: Przecież Balcerowicz nie kazał zlikwidować transportu publicznego.


RD: Wprowadziliśmy neoliberalny model urządzenia Polski, a już było wiadomo, że Chicago Boys i Milton Friedman się nie sprawdzają, że to zbyt rabunkowy, zbyt dziki kapitalizm. Kapitalizm polega na tym, że generuje miejsca pracy, pozwala ludziom godnie zarobić. Praca w kapitalizmie – jak pisze Slavoj Żiżek – musi być wartościowa. Jeśli kapitalizm polega na spekulacji, na wirtualnych pieniądzach generujących ogromne zyski dla nielicznych, jest głęboko niemoralny. Futbolistom, a nie mam nic przeciwko piłce nożnej, płaci się miliony, zaś lekarzom czy pielęgniarkom grosze. To nie ma sensu."



I na tym zakończę cytat.  Zjawiskowe jest to, że Smoleński nie zorientował się w trakcie wywiadu, że nie rozmawia z kimś, kto powtarza jakieś wyuczone slogany (Balcerowicz musi odejść!), ale z osobą naprawdę ogarniętą. Ponieważ się nie zorientował, wypadł w tym wywiadzie niezbyt korzystnie. Wypadł jak ktoś, kto chciał sobie porozmawiać ze zdjęciem wiszącym w warsztacie samochodowym.


Drugi wywiad, nad którym będę się pastwił, to ten, który jakiś czas temu pojawił się na łamach Newsweeka. Wywiadu udzieliła Jadwiga Staniszkis, która opowiadała między innymi o tym, że: „Upadek demokracji nie musi oznaczać kryzysu społecznego. Dlatego tak jak kilka lat temu byłam wielką pesymistką, jeśli chodzi o rządy PiS, tak dziś jestem optymistką”. Rzecz jasna, wywiad wywołał spore poruszenie, bo nie tak dawno temu Staniszkis krytykowała rządy Prawa i Sprawiedliwości. Zanim internetowa inba rozkręciła się na dobre, nastąpił plot twist, bo okazało się, że Jadwiga Staniszkis cierpi na demencje. Jeszcze bardziej potem okazało się, że zdaniem części komentariatu przeprowadzanie wywiadów z osobami cierpiącymi na demencje jest spoko, jeżeli tylko te osoby dokonają potem autoryzacji. Komentariat olał wypowiedzi córki Jadwigi Staniszkis, która stwierdziła, że co z tego, że autoryzacja była, skoro jej matka nie pamięta ani wywiadu, ani autoryzacji. W międzyczasie ktoś wrzucił na ćwitr link do wywiadu, którego nieco wcześniej Jadwiga Staniszkis udzieliła Radiu Wnet i przyznam się wam do tego, że nie byłem w stanie tego wywiadu dosłuchać do końca. Jeżeli bowiem osoba zapytana oto, czy Dzień Kobiet jest dla niej ważnym świętem odpowiada, że nie pamięta, ale że chyba kiedyś była to dla niej ważna data, to przeprowadzanie takiego wywiadu nie ma najmniejszego sensu. Komentariatowi broniącemu wywiadu nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu. Komentariat wyszedł z założenia, że skoro Jadwiga Staniszkis wypowiadała się w sposób, że tak to ujmę, koherentny, to znaczy, że przeprowadzenie z nią wywiadu było spoko. Ktoś, kto nie orientuje się w tym, w jaki sposób demencja wpływa na chorego może się zdziwić temu, że Staniszkis wypowiadała się całkiem sensownie. Ja tam co prawda nie jestem specem, ale mogłem (niestety) obserwować to, co demencja robi z człowiekiem i wiem, że to nie jest tak, że ona od razu „zeruje” całą pamięć. To się dzieje stopniowo. Ponieważ Staniszkis jest osobą, która chyba przez całe życie interesowała się polityką, może być tak, że demencja jeszcze jej nie skasowała tych kawałków pamięci, w których ma zakodowaną (tak, wiem, to nie jest poprawne określenie, ale ja nie jestem lekarzem tylko podkarpacianinem z blogiem) wiedzę na temat polityki. To mogą być już tylko jakieś odpryski wiedzy, którą miała kiedyś, ale trochę tej wiedzy jej w głowie zostało. Czy to oznacza, że powinno się z nią przeprowadzać wywiady? Absokurwalutnie nie. Jeżeli ktoś uważa, że jest inaczej, to niech się zastanowi nad tym, czy poszedłby (czy też zadzwonił [mnie wolno z tego żartować, bo to w Mieście Nad Akwenem trzeba było użyć kija celem uzyskania skierowania])  z jakimś problemem zdrowotnym do lekarza, który ma demencje. Wydaje mi się, że odpowiedź jest raczej oczywista.


I tym pesymistycznym akcentem kończę niniejszy Przegląd. Jeżeli nic mnie nie wkurwi po drodze (chciałbym w tym miejscu pozdrowić opozycję!), to na kolejny tekst nie będziecie musieli czekać tak długo i może nawet uda mi się tam wreszcie wcisnąć te zaległe wątki (uczelnia założona przez pewien instytut i komisja, która w teorii miała się zajmować przypadkami pedofilii, ale w praktyce zajmuje się głównie trwaniem, bo Episkopat robi sobie z niej jaja, a rząd Episkopatowi nie podskoczy. Bo wiecie, co prawda Genialny Strateg darł ryj, że „wara od naszych dzieci”, ale nie odnosiło się to do Kościoła, który może sobie z dziećmi robić, co chce. 


Źródła:

Tu jest taki wikipedyjny skrótowiec w temacie modelu ELM:

https://en.wikipedia.org/wiki/Elaboration_likelihood_model

https://www.tvp.info/47218583/internauta-pokazuje-dane-i-pyta-czy-rzad-donalda-tuska-ukrywal-statystyki-ws-swinskiej-grypy-wieszwiecej

https://samorzad.pap.pl/kategoria/aktualnosci/rafal-trzaskowski-zebral-podpisy-w-wyborach-prezydenckich

https://oko.press/nie-czarnek-ale-nycz-to-episkopat-naciskal-na-rzad-w-sprawie-religii-w-szkole-mamy-dowod/?

https://glos.pl/etykow-wyksztalca-katolickie-uczelnie

https://twitter.com/KonradPiasecki/status/1410557629563289601

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Polityka/Dziemianowicz-Bak-do-Czarnka-zna-pan-tylko-jezyk-nienawisci-i-szczucia.-Poslowie-PiS-klaskali

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1411073880559607808

https://oko.press/orban-salvini-marine-le-pen-pis-oglasza-ze-bedzie-z-nimi-tworzyl-europe-wartosci/

https://www.rp.pl/Wybory-we-Francji/303129959-Francja-Marine-Le-Pen-zapowiada-sojusz-z-Jaroslawem-Kaczynskim.html

https://www.rp.pl/Prawo-i-Sprawiedliwosc/170319620-Jaroslaw-Kaczynski-Pani-Le-Pen-jest-w-bledzie.html

https://www.rp.pl/Koronawirus-SARS-CoV-2/210709968-Punkty-szczepien-beda-zamykane-Coraz-mniej-chetnych-na-szczepienie-na-COVID-19.html

https://twitter.com/PolsatNewsPL/status/1409930327750070279

https://twitter.com/DemagogPL/status/1409937760752967687

https://www.medonet.pl/porozmawiajmyoszczepionce/szczepionka-na-covid-19,duda--rok-temu-szczepionek-nie-bylo--a-zakazen-tyle-samo--lekarz-komentuje,artykul,34252916.html

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,27186089,renata-dancewicz-aborcja-ateizm-feminizm-dyrektorka-zlapala.html





piątek, 7 maja 2021

Hejterski Przegląd Cykliczny #76

Dawno już nie przydarzyła mi się sytuacja, w której nie bardzo wiedziałem od czego zacząć Przegląd ze względu na „klęskę urodzaju”. Tak się bowiem złożyło, że w przypadku tego konkretnego Przeglądu, każden jeden temat jest bardziej spektakularny od reszty. Zaczniemy od przygód Ryszarda Czarneckiego. To, co dzieje się w jego sprawie (a raczej to, co się nie dzieje) pokazuje, po co Zjednoczonej Prawicy jest przejmowanie mediów i to, jak bardzo media nie przejęte jeszcze przez PiS, nie ogarniają. Kiedy w 2020 pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Czarnecki najprawdopodobniej „poprawiał” sobie kwity składane w Parlamencie Europejskim po to, żeby wyciągnąć sobie z tegoż parlamentu kasę, która mu się nie należała, pan Ryszard się bardzo zdenerwował. Tak bardzo, że na swoim ćwitrze opublikował Groźnie Brzmiący Ćwit: „Informuje, ze podejmę kroki prawne w związku z publikacjami, które pojawiły się dziś i w ostatnich 8 dniach, a dotyczącymi mojego funkcjonowania w PE. Kłamstwa i fake-newsy w nich maja zdyskredytować moja osobę w oczach opinii publicznej ...”. Co jakiś czas złośliwi internauci dopytywali się Czarneckiego o to, czy już te kroki podjął, bo jakoś tak mu się nie śpieszyło. Jakieś dwa tygodnie temu w mediach pojawiły się kolejne informacje, które rzuciły nieco światła na to, czemuż to, ach czemuż Czarnecki się jakoś tak nie śpieszył z pozywaniem. Okazało się, że przyczyna była dość prozaiczna: media napisały prawdę: „Po zwróceniu się do posła o wyjaśnienia, PE podjął decyzję o odzyskaniu nienależnie wydanych pieniędzy (wydatki na zwrot kosztów podróży nie są zgodne z wewnętrznymi przepisami dotyczącymi wykorzystania dodatków). Europoseł został powiadomiony o decyzji i przystąpił do zwrotu kosztów”.


Aczkolwiek w sumie ten brak „podjęcia kroków prawnych” nie był taki oczywisty. Bezczelność Zjednoczonej Prawicy osiągnęła bowiem taki poziom, że nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której Czarnecki przekonywałby sąd, że w sumie to on te pieniądze dostał tak nie do końca zgodnie z prawem, a potem je oddał bo mu kazali, ale to chyba jeszcze nie powód, żeby informować o tym opinię publiczną, prawda? Gdyby trafił na jednego z sędziów, że tak to ujmę „na telefon”, to pewnie nawet mógłby wygrać. Problem polegał na tym, że o całej sprawie mogłoby się wtedy zrobić głośno. Teraz zaś sprawa jest bardzo skutecznie „zamilczana” przez Zjednoczoną Prawice, której dzielnie pomagają media, których partii rządzącej jeszcze nie udało się dobić. Prawda jest bowiem taka, że te media powinny robić jedną, zajebiście istotną rzecz, którą opisał jeden z ćwiterian: „Marzy mi się, żeby dziennikarze każdą rozmowę z Czarneckim rozpoczynali od pytania: "Dlaczego Pan kradł?"”, po czym dodał: „Rozszerzam: w gruncie rzeczy marzy mi się, żeby dziennikarze każdą rozmowę z dowolnym politykiem PiS rozpoczynali od: „Dlaczego Czarnecki kradł?“, dopóki PiS się go nie pozbędzie.”. Ponieważ polscy dziennikarze są polskimi dziennikarzami, marzenie ćwiterianina się nie spełniło. Zanim będę się pastwił nad mediami nie-rządowymi, pozwolę sobie na krótki komentarz odnośnie tych rządowych. Dla tych mediów nie ma żadnej sprawy Czarneckiego. Absolutnie nic się nie stało. Jestem tak stary, że osoby, które uważają, że wał na pi razy oko 100 tysięcy euro jest na tyle mało istotny, że nie warto o nim wspominać, gardłowały, że Sławomir Nowak powinien iść siedzieć z powodu nieuwzględnienia zegarka w swoich oświadczeniach majątkowych. Nieśmiało przypominam, że czasomierz Nowaka był wart dziesięć tysięcy zeta, zaś Polityk Zjednoczonej Prawicy zrobił wał na kwotę pi razy oko, czterdzieści razy większą. Zamilczanie tej sprawy przez media rządowe nie powinno nikogo dziwić (w końcu po coś Zjednoczona Prawica te media przejmowała). Dziwić również (niestety) nie powinno to, że polska opozycja z tego „zamilczania” nie jest w stanie zmontować żadnego sensownego przekazu.


Reakcje polityków partii rządzącej również nie powinny budzić naszego zdziwienia: „Zawsze mogą zachodzić jakieś nieprawidłowości wynikające z nieznajomości przepisów - usprawiedliwia kolegę Marek Ast, przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. I dodaje: "Ryszard Czarnecki uznał, że rzeczywiście doszło do nieprawidłowości. Zwrócił pieniądze. Sprawa jest zamknięta.”. Tak więc widzicie, chłop się po prostu pomylił. Tzn. w sumie nie tyle „pomylił”, co „mylił się” przez 9 jebanych lat. Nikt bowiem biedakowi nie powiedział, że nie powinien w sprawozdaniach finansowych przekonywać o tym, że odbywał podróże służbowe między Brukselą a Jasłem, skoro w tymże Jaśle nie mieszkał (mieszkał w Wawie). No przecież taka pomyłka mogła się przydarzyć każdemu. Ast usiłował zbudować narrację, w myśl której Czarnecki się pomylił, po czym zorientował się, że się pomylił i oddał kasę. Tylko, że „Czarnecki uznał, że rzeczywiście doszło do nieprawidłowości”, dopiero po tym, jak OLAF (czy OLAF, to polskie nazwisko?) go prześwietlił, a PE kazał oddać kasę. Równie zabawne jest to, jak bardzo małomówny zrobił się Sebastian Kaleta: „(Sprawa) trafiła do prokuratury w Zamościu. Co się z nią dzieje? - pytamy wiceministra sprawiedliwości. - Ja nie znam wszystkich spraw, które się toczą w prokuraturze - oznajmił Sebastian Kaleta. Ryszard Czarnecki powinien być wyrzucony z PiS? - pytamy dalej. - Nie wiem - odpowiedział polityk Solidarnej Polski. Jego zdaniem cała historia "w jakiś sposób została wyjaśniona".” Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że Kaleta pewnie jest za bardzo zajęty szukaniem gówna w Wiśle, żeby być na bieżąco. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że tenże sam Kaleta, który „nie zna wszystkich spraw”, w sprawie Sławomira Nowaka (który nie tak dawno temu wyszedł z aresztu tymczasowego) jest na tyle zorientowany, że non stop wypowiada się na temat tejże sprawy.


Na uwagę zasługuje również końcówka wypowiedzi „sprawa jest w jakiś sposób wyjaśniona”. Ja sobie doskonale zdaje sprawę z tego, czemu ma służyć taka narracja: patrz, suwerenie, tu wszystko jest już wyjaśnione, więc nie warto strzępić ryja. Gdyby opozycja (i dziennikarze, którzy nie pałają miłością do partii rządzącej) ogarniali cokolwiek, to mogłoby się okazać, że ta konkretna narracja mogłaby się okazać pereirowskim „niedźwiedzim pocałunkiem”. Czemu? Ano temu, że w tym konkretnym przypadku „w jakiś sposób wyjaśnienie sprawy” oznacza nie mniej ni więcej tyle, że Czarnecki oddając kasę w praktyce przyznał się do winy. Z tego zaś z kolei wynika, że postępowanie (czy jak to się tam nazywa to, co teraz robi prokuratura [nie, nie chodzi o siedzenie na dupie i czekanie na wytyczne]) prowadzone przez prokuraturę nie powinno być jakoś specjalnie skomplikowane. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod rozwagę ten drobny szczegół, że OLAF dał prokuraturze komplet kwitów. Tych samych kwitów, które sprawiły, że Czarnecki oddał  (czy „jest w trakcie oddawania”) kasę i nawet nie próbował się awanturować (zgodzicie się z tym, że to pewne novum, prawda?). Co zrozumiałe (w zaistniałych okolicznościach przyrody) prokuratura jakoś niespecjalnie się śpieszy i postępowanie się nieco przeciąga. No ale, ta sprawa to nic pilnego, a poza tym polska prokuratura ma ważniejsze sprawy na głowie (np. ściganie kogoś za „Tęczową Maryjkę”). To jest wprost idealny temat dla dziennikarzy i opozycji. Do tej bowiem pory przed jakąkolwiek odpowiedzialnością karną chroniła członków Zjednoczonej Prawicy (rzecz jasna tych, którzy nie podpadli Genialnemu Strategowi) chroniła krysza. Praktycznie za każdym jebanym razem okazywało się, że to, co odjebał ten, czy inny kryształ ze Zjednoczonej Prawicy, nie nosiło znamion przestępstwa/etc. W przypadku Czarneckiego wygląda to inaczej, bo zajmował się nią podmiot, na który Zjednoczona Prawica nie ma wpływu. Co prawda chłopcy i dziewczęta od Zbyszka nadal mogą uznać, że „nic się nie stało”, ale za cholerę nie da się tego w żaden sposób spiąć narracyjnie z tym, że Czarnecki oddaje kasę. Nie ma żadnej wrogiej „kasty”, która go do tego zmusiła, nie ma żadnych „wrogów”, na których można to zwalić. Mimo tego opozycja (oraz dziennikarze) nie wykorzystują tej sytuacji. I ja wiem, że teraz mamy sporo innych problemów, które są znacznie poważniejsze, ale z tego wcale nie wynika, że nie można mówić także o Czarneckim. Warto również wspomnieć o tym, że można by przy okazji omawiania „bierności prokuratury”, która nie śpieszy się z wyjaśnianiem (już wyjaśnionej) sprawy pana Ryszarda, flekować Zjednoczoną Prawicę za to, że nie chciała, by Polska przyłączyła się do Prokuratury Europejskiej. Jeżeli bowiem partia rządząca przyzwyczaiła nas do czegoś, to do tego, że u nich nic nie dzieje się bez powodu. Czasem te powody są idiotyczne, jak np. chęć „postawienia się” (w ramach „wstawania z kolan”), która sprawiła, że Polska poszła na zwarcie z Izraelem i USA po nowelizacji ustawy o IPN. Czasem są one bardzo przyziemne, jak np. obniżanie wymagań przy zatrudnianiu kadry kierowniczej w Służbie Cywilnej (żeby można było ją obsadzić „swojakami”, którzy nie spełniali dotychczasowych wymagań). Tym razem mamy najprawdopodobniej do czynienia z tą drugą sytuacją. Jeżeli bowiem Zjednoczona Prawica „nie miałaby nic do ukrycia”, to nie musiałaby się obawiać dołączenia do Prokuratury Europejskiej. Problemem jest pewnie to, że po dołączeniu do tejże, partia rządząca straciłaby kontrolę nad częścią dochodzeń (bo nie miałaby wpływu na ludzi, którzy się nimi zajmują). To zaś jest wyraźna sugestia, że, eufemizując, Zjednoczona Prawica najprawdopodobniej "ma coś do ukrycia". Jeżeli zaś chodzi o sposób, to można by było walnąć jakimś spotem, w którym ktoś mówiłby „nie może być tak, że jak ukradniesz wafelek to możesz iść siedzieć, a taki poseł Zjednoczonej Prawicy – bach, przez 9 lat wyłudza pieniądze z Parlamentu Europejskiego i puszczają go wolno”.


Mniej więcej w połowie kwietnia Genialny Strateg z Żoliborza uznał, że kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich nie może być przedłużana w związku z tym, że nie wybrano jego następcy. O, przepraszam, napisałem „Genialny Strateg”? Miałem na myśli w stu procentach niezależny Trybunał Przyłębski. Wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym wpisem nie przepraszam, bo to przecież jedno, kurwa, i to samo. Decyzja Trybunału Przyłębskiego niespecjalnie mnie zdziwiła. Gdyby Jarosław Kaczyński nie życzył sobie utrącenia Bodnara, to nikt nie złożyłby żadnego wniosku do TP. Ok, trochę wszystko przedłużano, ale to pewnie po to, żeby wybrać odpowiedni moment, a nie dlatego, że ktoś tam faktycznie dumał nad tym, jaką decyzję podjąć. Może i jestem mało spostrzegawczy, ale dopiero jak sobie to wszystko przemyślałem „na spokojnie”, to dotarło do mnie, że Zjednoczona Prawica od początku planowała rozwiązanie siłowe. Gdyby Zjednoczonej Prawicy zależało na „dogadaniu się” z opozycją, to kandydatura Bartłomieja Wróblewskiego zostałaby zgłoszona terminowo, a sam kandydat mówiłby te same rzeczy, które opowiada teraz (opozycjo, dej mnie kandydatów na moich zastępców! [nieco później odniosę się do wiarygodności tych obietnic]). Ponieważ zaś partia rządząca nie chciała udawać, że będzie się dogadywać, termin zgłaszania kandydatur został przez nią olany. Potem zaś do Trybunału Przyłębskiego trafił wniosek o zbadanie konstytucyjności przedłużania kadencji RPO (a w tle było przeczołgiwanie kandydatki Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz przed komisjami/etc.). Jeszcze bardziej potem, Zjednoczona Prawica zgłosiła kandydaturę jakiegoś partyjnego aparatczyka (aka Piotr Wawrzyk). To była kandydatura tak bardzo na odpierdol, że typowi nawet nikt nie kazał przygotować się do odpowiadania na pytania senatorów. Efekt końcowy był trochę komiczny (trochę, bo tu jednak chodziło o kandydata na RPO, a nie o kandydata na chujowego stand-upera), albowiem aparatczyk pierdolił w Senacie takie głupoty (rzecz jasna, nie mające żadnego związku z pytaniami zadawanymi przez senatorów), że tego się naprawdę nie dało słuchać. W Senacie szło mu tak doskonale, że oczyma wyobraźni widziałem sytuację, w której (po jakimś kolejnym „niewygodnym” pytaniu) kandydat na RPO z ramienia Zjednoczonej Prawicy zaczyna drzeć ryj „o chuj wam chodzi? Jestem tutaj, bo mi Jarek kazał!”.


Problemy Zjednoczonej Prawicy zaczęły się w 2019, kiedy to w ramach „historycznego zwycięstwa” straciła 13 mandatów w Senacie. Warto w tym miejscu wspomnieć, że część tzw. „betonu” przekonuje, że Zjednoczona Prawica te wybory wygrała, bo miała więcej głosów (nie dociera do nich to, że w przypadku JOWów nadwyżki głosów pełnią funkcję, że tak to ujmę „kosmetyczną”). Senat przestał więc być „maszynką do głosowania” (co, rzecz jasna, bardzo nie podoba się partii rządzącej), zaś opozycja stara się tam wrzucać swoje poprawki do ustaw. Co prawda, ta sama opozycja mogłaby zadbać o lepszą oprawę „narracyjną” dla tych poprawek (które potem PiS wypierdala z ustaw), ale nie można wymagać zbyt wiele. W większości przypadków wygląda to tak, że PiS sobie przegłosowuje co chce w Sejmie, zaś potem ustawa jest rozbierana na czynniki pierwsze w Senacie. Następnie PiS przegłosowuje sobie w Sejmie co chce, odrzucając poprawki Senatu. Dla partii, której czynniki decyzyjne są ogarnięte, nie byłby to specjalny problem. Po prostu trzeba by było sobie wkalkulować te trzydzieści dni w proces legislacyjny. Dla Zjednoczonej Prawicy, która potrafiła przegłosowywać kompulsywnie pierdylion wersji ustaw/nowelizacji, które miały „reformować wymiar sprawiedliwości”, jest to jednak spory problem, bo nie da się tego już robić w ciągu jednego dnia/wieczora. Było to bardzo widoczne w czasie, w którym Zjednoczona Prawica chciała sobie zorganizować wybory kopertowe (ktoś jeszcze pamięta o tym, że wydrukowano 3 miliony kart do głosowania więcej, niż było potrzeba? [a wszelkie pytania na ten temat zbywano „tajemnicą przedsiębiorstwa”]), których kontrola byłaby praktycznie niemożliwa. Cała machina wyborcza ruszyła tak właściwie bez żadnego trybu, bo nie było żadnych podstaw prawnych do tego, żeby te wybory zorganizować. W teorii, wszystko by się pewnie terminowo spięło, ale w pewnym momencie Gowin się znarowił. Tym razem już nawet nie tyle głosował i się nie cieszył, ale zagroził, że nie zagłosuje za ustawą (nie wiadomo, czy się cieszył).


Być może członkowie Zjednoczonej Prawicy nie są najbystrzejsi (aczkolwiek są na tyle bystrzy, żeby ogrywać opozycję), ale nawet oni musieli się domyślić tego, że nie są w stanie zmusić Senatu do poparcia ich kandydatury i sprawa się może przeciągać i przeciągać. Czynniki decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy dumały, dumały i wydumały, że w sumie to z ich punktu widzenia nie ma specjalnej różnicy między tym, czy nie będzie żadnego RPO, czy też będzie to ktoś z ramienia partii rządzącej, tak więc Bodnar został potraktowany z buta przez Julię Przyłębską. Różnicy zaś dla nich nie ma, albowiem jeżeli Rzecznikiem Praw Obywatelskich zostanie ktoś „od nich”, to nie będzie ich krytykował. Tak samo będzie w sytuacji, w której stanowisko RPO nie zostanie obsadzone. Aczkolwiek, jak tak sobie ja teraz móżdżę, to mi wychodzi, że dla Zjednoczonej Prawicy nawet lepiej by było, gdyby stanowisko RPO nie zostało obsadzone, bo przeca wtedy winę za ten stan rzeczy można zwalać na opozycję, która wsadza kij w szprychy, sypie piach w tryby (i tak dalej).  Tak na dobrą sprawę Zjednoczona Prawica mogłaby całkowicie odpuścić kwestię obsadzania RPO, ale ktoś tam pewnie doszedł do wniosku, że lepiej wystawić kolejnego drona, napompować balonik „kandydat niezależny”, podpowiedzieć typowi, żeby zaczął opowiadać jakieś pierdoły o tym, czego to on nie zrobi, jak go wybiorą (z czego, kluczowe było „nie zrobi”) i oddelegować część „niezależnych internautów” do pisania komentarzy na temat tego, że to kandydat dialogu. Jeżeli Wróblewski nie zostanie RPO (w momencie, w którym pisałem ten kawałek tekstu, nadal nie było wiadomo, jak zachowa się Senat [acz Libicki zapowiedział, że wstrzyma się od głosu]), to będzie się tłumaczyć, że to wina opozycji, bo pozbawiła obywateli rzecznika. Jeżeli Wróblewski zostałby RPO, to w sumie nawet lepiej, bo nawet jeżeli powstałby kolejny pakt senacki, to nie będzie się cieszył zbyt dużym powodzeniem.


Teraz pora pochylić się nad retoryką kandydata na RPO. Warto to zrobić, bo jest ona cokolwiek ujmująca. Otóż, kandydat z ramienia Zjednoczonej Prawicy zapowiedział, że jeżeli zostanie wybrany na RPO, to złoży mandat poselski i wystąpi z partii. Przypomina mi się jedna z „obietnic” (cudzysłów użyty celowo) kandydata na Prezydenta RP (również z ramienia Zjednoczonej Prawicy). Nie jestem w stanie tego oblinkować, ale pamiętam, jak ów zapowiadał, że jeżeli zostanie Prezydentem RP, to wystąpi z partii. Jak zapowiedział, tak zrobił i nawet się w tym temacie wypowiedział: „Muszę wystąpić. Jest to dla mnie naturalne, że jak się zostaje prezydentem to się nie jest partyjnym w żadnym stopniu”. Zupełnie bez związku z tą „zrealizowaną obietnicą”, przypomniało mi się coś, co można wyczytać na stronie prezydent.pl: „Czy Prezydent może być członkiem partii politycznej? Nie, Prezydent nie może należeć do żadnej partii politycznej. Nie może też piastować żadnego innego urzędu ani pełnić żadnej funkcji publicznej z wyjątkiem tych, które są związane ze sprawowanym urzędem. Mówi o tym art. 132 Konstytucji RP.”. Gdybym był złośliwy napisałbym, że obecny Prezydent RP nie miał specjalnego wyboru w kwestii wystąpienia z partii i w trakcie kampanii w 2015 „obiecał” coś, co i tak musiał zrobić. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, wspomnę o tym, że dokładnie tak samo wygląda to w sytuacji Rzecznika Praw Obywatelskich. Mandatu posła nie można bowiem łączyć z funkcją RPO (art.103), a poza tym Rzecznik Praw Obywatelskich nie może być członkiem partii (art. 209). Chciałbym w tym miejscu pozdrowić dziennikarzy, którzy słuchają tego rodzaju „obietnic” i na wszelki wypadek w żaden sposób nie sprawdzają tego, czy aby ktoś nie obiecuje czegoś, co i tak będzie musiał zrobić. Chwała wam dziennikarze, te słupki poparcia Zjednoczonej Prawicy/PiSu, to w pewnej części również wasza zasługa. O tym, że opozycja również mogłaby się w temacie tych obietnic wypowiedzieć, wspominać nie warto, bo znowu wyjdzie na to, że się czepiam biednej opozycji, która nic nie może.


Jest jeszcze jedna obietnica Wróblewskiego, nad którą chciałem się trochę popastwić. Otóż, Wróblewski zapowiedział, że jeżeli zostanie RPO, to on sobie weźmie zastępców wskazanych przez opozycję. Jednym z tych zastępców ma być Piotr Ikonowicz (który był kandydatem na RPO z ramienia Lewicy). W mojej skromnej opinii ta obietnica jest zabawniejsza od poprzedniej. Rządy PiSu (te i poprzednie) nauczyły mnie sporo rzeczy. Jedną z nich było to, że obietnice „personalne” PiSu są całkowicie niewiarygodne. Pamiętam bowiem doskonale, jak to „za pierwszym razem” Jarosław Kaczyński obiecywał, że jeżeli jego brat zostanie Prezydentem RP, to on nie będzie premierem. W 2015 mieliśmy obietnice, w których stało, że szefem MON zostanie Gowin, zaś prawicowi mediaworkerzy wyśmiewali każdego, kto twierdził, że szefem tegoż ministerstwa zostanie Macierewicz. Tego rodzaju obietnic było więcej i wniosek z tego, w jaki sposób były (nie)realizowane płynie taki, że nie powinno się wierzyć w obietnice „personalne” składane przez partię Jarosława Kaczyńskiego. Na użytek niniejszego kawałka tekstu załóżmy, że Wróblewski zostaje RPO. Czy opozycja miałaby możliwość wyegzekwowania tej obietnicy, gdyby Wróblewski uznał, że on jednak nie chce tych zastępców wskazanych przez opozycję? Ni cholery. Nieśmiało przypominam, że Zjednoczona Prawica, która była i jest wkurwiona na Bodnara, nie była mu w stanie nic zrobić (poza szczuciem na niego mediów) w trakcie trwania jego kadencji. Jeżeli więc partia rządząca, która zakochała się na zabój w „siłowych” rozwiązaniach, nie była w stanie zmusić RPO do czegokolwiek, to co mogłaby zrobić opozycja, gdyby Wróblewski nie chciał powołać tych zastępców i dlaczego tym czymś było by „nic”?



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Zanim przejdę do części właściwej tego, o czym teraz chciałem sobie popisać, pozwolę sobie przypomnieć fragment filmu „Wielki Szu”. Chodzi o scenę, w której taksówkarz, który nieco wcześniej zaproponował głównemu bohaterowi grę w karty (po to, żeby go ograć) sam został ograny i był tym faktem nieco zdziwiony. Główny bohater wypowiedział wtedy kwestię, która idealnie pasuje do tego, co działo się w Polsce w kontekście głosowania nad ratyfikacją Funduszu Odbudowy: „Graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem. Wygrał lepszy”. Moim zdaniem, do opisu tego, co się stało ten fragment pasuje znacznie lepiej, niż płaczliwe narracje, z których wynika, że Straszliwa Lewica zdradziła Niewinną Koalicję Obywatelską (i w ogóle cała opozycję).  Do tego dodajmy sobie narracje, w których opowiada się suwerenowi, że gdyby nie ta przeklęta lewica, to „udałoby się wynegocjować więcej od PiSu”. I wszystko byłoby z tymi narracjami fajnie, gdyby nie to, że debata odnośnie „zdrady lewicy” zdominowana została nie przez to, że „można było wynegocjować więcej”, ale przez te narracje, w których stoi, że gdyby nie lewica to „rząd by upadł”. Obserwuję sobie polską politykę od jakiegoś czasu już, ale tak durnej narracji, jak ta o „upadku rządu” (do którego by doszło, gdyby nie te wścibskie dzieciaki z lewicy!) to już dawno nie widziałem.


Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja nie widzę napierdalanki w Zjednoczonej Prawicy (bo ta już dawno wyszła poza kuluary, zaś panowie i panie leją się po mordach przed kamerami). Ta napierdalanka jest realna, tylko że w chwili obecnej nic z niej nie wynika. Co prawda, media się jakiś czas temu podniecały tym, że przez Solidarną Polskę PiS przegrał jakieś głosowanie, ale te same media jakoś tak nie zwróciły uwagi na to, że kiedy przyszło do głosowania w Sejmie nad RPO, to (co za przypadek) praktycznie cała Zjednoczona Prawica (3 posłów wstrzymało się od głosu) poparła tę kandydaturę. Mam uwierzyć w to, że w sytuacji, w której było „o krok od upadku rządu” koalicjanci Prawa i Sprawiedliwości ochoczo poparliby kandydata PiSu na stanowisko RPO? Po co mieliby to robić? Ja bym te „upadkowe” narracje jeszcze jakoś rozumiał, gdyby było tak, że, na ten przykład, PiS (czy to z koalicjantami, czy bez) ma jakieś 25% w sondażach. No bo wtedy perspektywa utraty władzy byłaby na tyle realna, że dla Gowina byłby to sygnał do tego, żeby po raz kolejny zmienić front, a dla Ziobry, żeby wreszcie oficjalnie zacząć się miziać z Konfederacją (żeby sobie nawzajem nie podbierać elektoratu). Z sondażami natomiast było tak, że owszem, nastąpiły spadki, ale nie były one na tyle duże i na tyle długotrwałe, żeby ktoś już teraz chciał spierdalać z tonącego okrętu. Do części komentariatu autentycznie nie dociera to, że dla Gowinoidów i Ziobroidów wystąpienie z koalicji oznacza w praktyce wielomilionowe straty.


Ktoś może podnieść argument taki, że no w sumie to po co oni mają tam siedzieć w tej koalicji, skoro i tak pewnie nie będzie dla nich miejsc na listach wyborczych. Takowy argument jest częściowo słuszny, bo teraz wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że listy wyborcze PiSu będą wyglądały zupełnie inaczej i zostaną na nich tylko ci, którzy wyprą się Gowina/Ziobry. Tylko, że to jest właśnie argument za „trwaniem”. Tak się bowiem składa, że tylko to trwanie jest gwarantem dostępu do koryta (dla wszystkich zaangażowanych w Zjednoczoną Prawicę). Terlecki to powiedział wprost: „Jestem radykałem i najchętniej bym się pozbył koalicjantów, ale utrzymujemy jedność w Zjednoczonej Prawicy tak długo, jak to możliwe i mam nadzieję, że razem pójdziemy do wyborów”. Przecież tu, kurwa, czarno na białym stoi, że Zjednoczonej Prawicy chodzi już tylko i wyłącznie o trwanie dla samego trwania. Ta wypowiedź jest naprawdę wspaniała, bo z jednej strony Terlecki twierdzi, że najchętniej to by wyjebał tych koalicjantów, ale z drugiej, że w sumie to ma nadzieje, że wystartują wszyscy razem w wyborach. Takich wypowiedzi było więcej i jedyne, co z nich przebija to to, że Zjednoczona Prawica jest nastawiona na to wcześniej wzmiankowane „trwanie”. I w tym momencie wchodzi komentariat, cały na obalająco rządowo i będzie tłumaczył, że „NIEWIELE BRAKOWAŁO”. Rozpad Zjednoczonej Prawicy (i przedterminowe wybory) musi się opłacać „rozpadającym”. Nikt bowiem nie będzie ryzykował utraty wielomilionowych dochodów „za obietnicę i nadzieję”. Nawiasem mówiąc, te wszystkie wypowiedzi, w których stoi, że koalicjanci najchętniej by się pozabijali (to wzajemne podrzucanie dziennikarzom kwitów na koalicjantów) to jest wprost idealny materiał na opozycyjne narracje. W takich narracjach można by było spokojnie (podpierając się tymi wypowiedziami) tłumaczyć suwerenowi, że obecny rząd trwa dla samego trwania, że tym ludziom chodzi tylko i wyłącznie o własną kieszeń, a cała resztę mają w dupie. No ale po co to w ogóle wykorzystywać. Lepiej pierdolić głupoty o tym, że lewica ocaliła rząd, prawda? Nie mam pojęcia, co doprowadziło do tego, że Lewica podjęła taką, a nie inną decyzję, zaś polityka komunikacyjna Lewicy (która istnieje tylko teoretycznie) sprawia, że mogę sobie jedynie gdybać. Niemniej jednak wydaje mi się, że mogło być tak, że Lewica niekoniecznie chciała być częścią Super Planu Obalenia Rządu, bo mogła zdawać sobie sprawę z tego, że ów plan jest cokolwiek bezsensowny. Warto w tym miejscu zauważyć, że gdyby ów plan nie wypalił (a szanse na to, żeby wypalił były, że tak to ujmę „matematyczne”), to pewnie doszłoby do jakichś negocjacji, w których główną role odgrywałaby Największa Partia Opozycyjna. Ta sama, która wykoncypowała sobie „Super Plan Obalenia Rządu”. Wydaje mi się, że to raczej mało kusząca perspektywa.


To jest swoją drogą fascynujące, że opozycja po sześciu latach opozycjonowania, nie ma absolutnie żadnego długofalowego planu pt. „jak odzyskać władzę”. Mam tu, rzecz jasna, na myśli Największą Partię Opozycyjną, bo chyba nikt nie ma złudzeń odnośnie tego, kto w chwili obecnej ma największe szanse na to, żeby się brać za bary z PiSem. Okazuje się, że sześć lat wytężonej pracy zaowocowało jakimś „planem”, który można przyrównać do konstrukcji z patyków, klejonego na ślinę. Ale to jeszcze nic. Po tym, jak się okazało, że dojdzie do ratyfikacji FO, pojawiły się narracje, w których stało, że „no teraz to PiS będzie miał te miliardy, co je zamieni na swój fundusz wyborczy/etc.”. Być może zbyt surowo oceniam tego rodzaju wypowiedzi, ale moim zdaniem tak wygląda tłumaczenie własnym wyborcom swojej kolejnej porażki wyborczej. Konkretnie zaś chodzi o znalezienie winnego tej porażki. Jest to o tyle zjawiskowe, że tym razem chodzi o porażkę, do której ma dopiero dojść. Ja tam, co prawda, jestem tylko prosty bloger z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że takowa narracja może być cokolwiek samobójcza. O ile bowiem suweren nieszczególnie przepada za zarozumialstwem (haha! NA PEWNO WYGRAMY!), to raczej niechętnie będzie popierał partię, która gdzieś tak w połowie kadencji zaczyna pierdolić o tym, że w sumie to i tak nie wygra, ale to nie jest jej wina. No bo skoro i tak nie wygrają, to po co na nich głosować? To trochę tak, jak gdyby Największa Partia Opozycyjna uznała, że chce być Witoldem Waszczykowskim opozycji. Tak sobie dumam, że w sumie dość absurdalne jest to, że komentariat, który teraz twierdzi, że „olaboga, PiS weźnie piniondz i rozda i wygra wybory i nic się nie da zrobić”, to ten sam, który opowiada biednym ludziom, że w sumie to nie powinni narzekać jak jest im źle, bo wszystko jest w ich rękach, a tak w ogóle to są kowalami własnego losu, tak więc jeżeli nadal są biedni, to pewnie są sami sobie winni.


Na moment oderwijmy się od naszych nadwiślańskich spraw i przenieśmy się za Wielką Wodę. W nie tak odległych czasach, w których cały polski komentariat robił habilitację z amerykanistyki i tłumaczył „co to teraz będzie, jak Biden wygra” mogliśmy się nasłuchać (i naoglądać), jak to Biden teraz będzie „sprzątał po Trumpie”. Przekonywano nas również do tego, że teraz „będzie to, co było”. A potem się okazało, że niezupełnie, bo w porównaniu do tego, co działo się wcześniej, administracja Bidena właśnie skręca w lewo i jak na realia USA to jest to skręt raczej ostry. Wygląda na to, że u amerykańskich liberałów doszło do lekkiego przewartościowania. Ciekaw jestem, kiedy (i czy w ogóle) dojdzie do takiego przewartościowania u naszych nadwiślańskich liberałów. Z grudniowych pomysłów Borysa Budki, który opowiadał o tym, że „Na pewno potrzebne będą cięcia w administracji państwowej, w której wydatki zostały w ostatnich latach bardzo rozdmuchane.”, wynika, że jeżeli dojdzie do takowego przewartościowania, to raczej nieprędko. Jeżeli zaś chodzi o wypowiedź Budki, to trzeba mieć na uwadze to, że jego słowa padły po tym, jak przeorała nas druga fala koronawirusa (i na ten przykład, niedofinansowany sanepid ni chuja nie wyrabiał). Pewnie część z was pamięta inbę, do której doszło w styczniu, kiedy to część polskich liberałów zaliczyła meltdown po tym, jak to Zandberg powiedział coś na temat zawieszenia patentu na szczepionkę na koronę. Okazało się, że co prawda może i ludzi mniej by przez to umarło (bo więcej szczepionek by było) i może i dałoby się w ten sposób szybciej opanować pandemię, ale przecież Przenajświętsza Własność Prywatna jest ważniejsza od ludzkiego życia (i nie, tym razem to nie jest populizm, ci ludzie mają takie poglądy [aczkolwiek warto mieć na uwadze to, że chodzi o życie innych ludzi, a nie ich własne]). Wspominam o tym dlatego, że wczoraj się okazało, że administracja Bidena oświadczyła, że jeżeli chodzi o nich, to oni pomysł zawieszenia patentu (czy jak tam się zwie po naszemu „waiving patent protections) na waksynę popierają. Chciałbym zupełnie bez związku z całą sprawą przypomnieć, że zdaniem Katarzyny Lubnauer pomysł Zandberga to komunizm


Jednym z publicystów, który na temat Stanów Zjednoczonych ma pojęcie jeszcze mniejsze niż ja (a ja mam raczej niewielkie), a mimo tego raczy swoich czytelników Głośnymi Tekstami na temat tego, co się dzieje za Wielką Wodą, jest Rafał Woś. Na początku stycznia Woś tłumaczył, że Biden jest marionetką establishmentu i że w sumie to niewiele się zmieni (będzie tak jak było), a jeżeli nawet coś się zmieni, to na pewno niewiele, a wszystko to będzie podyktowane strachem przed Trumpem. Trump, w opinii Wosia był (uwaga, odstawić płyny): „Ustępujący prezydent Donald Trump był ulepiony z autentycznego amerykańskiego gniewu. Stał za nim bunt zadłużonej, przepracowanej i pozbawionej perspektyw amerykańskiej „wiochy” ciężko doświadczonej przez neoliberalną globalizację. Ale także sprzeciw sporej części (niekoniecznie ubogiej) Ameryki przeciwko kosmopolitycznym wielkomiejskim elitom.”. Te mądrości Wosia są o tyle spektakularne, że w momencie, w którym to pisał, można było bez problemu znaleźć sobie dane, w których stało, że elektorat, w którym Trump pokonał Bidena 54% do 42% były osoby o dochodzie (na cała rodzinę) powyżej 100 tysięcy dolarów rocznie. Aczkolwiek nie powinno to nikogo dziwić, bo powszechnie wiadomo, że redaktor Woś nie zawraca sobie głowy takimi drobnostkami, jak fakty.


Gdy okazało się, że „marionetka establishmentu” i administracja tejże marionetki wprowadza (i planuje kolejne) zmiany, których nie przewidział wszechwiedzący redaktor, Woś nadal niezrażony opowiada o tym, że to wszystko zasługa Trumpa, bo liberałowie się go boją/etc. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że owszem, plany zawieszenia patentu na szczepionkę na koronę na pewno podyktowane są tym, że amerykańscy liberałowie boją się typa, który nie wierzył w koronawirusa i którego nonszalancja kosztowała życie kilkuset tysięcy Amerykanów. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napisze jedynie, że (uwaga, sięgnąć po płyny, bo będzie suchar) Woś nie odkrył Ameryki swoim twierdzeniem, że partie, które uzyskały władze, będą się starać ją utrzymać, zaś ich działania nie będą zawieszone w próżni i będą miały związek z działaniami poprzedników. Ponieważ Woś musi się wyróżniać, poszedł o krok dalej i stwierdził, że wszystkie działania Bidena są zasługą Trumpa. Zapewne do głowy mu nie przyszło to, że podobnej argumentacji można użyć w Polsce. Można bowiem zacząć tłumaczyć, że establishment PiSowski był tak bardzo przerażony perspektywą powrotu PO do władzy, że wprowadzili „wymuszone korekty neoliberalnych niesprawiedliwości.”. Można zacząć tłumaczyć, że za 500+, podwyższenie płacy minimalnej/etc. powinno się dziękować Platformie Obywatelskiej. Gdyby ktoś chciał przeskoczyć Wosia, mógłby zacząć tłumaczyć, że za te wszystkie transfery socjalne powinno się podziękować Balcerowiczowi i temu, w jaki sposób w Polsce przeprowadzono transformację. Paradoksalnie, byłoby w tym więcej racji, niż w Wosiowych wypocinach dotyczących Stanów Zjednoczonych, bo część swojego elektoratu PiS zawdzięcza właśnie Balcerowiczowi i temu, w jaki sposób przeprowadzał swoje reformy.


Wróćmy teraz do ten kraju. O tym, że młodzieży niekoniecznie jest po drodze z konserwatywnym światopoglądem napisano już sporo. Przeprowadzono również trochę badań w tym temacie (i jestem się w stanie założyć, że przeprowadzono ich znacznie więcej, ale raportów z tychże pewnie nie poznamy). Co zrozumiałe, dla partii, która składa się w pewnej mierze z fundamentalistów religijnych i ultrakonserwatystów i która „wisi” na kościele katolickim, tego rodzaju zmiany nie są zbyt komfortowe. Partia rządząca wprowadza więc „strategie naprawczą”, której to strategii na imię Przemysław, a na nazwisko Czarnek. Wszelkie pomysły Czarnka idealnie opisuje parafraza fragmentu serialu „Czarnobyl” (HBO): „Dajcie więcej papieża, młodzież wytrzyma”. To nawiązanie jest o tyle na miejscu, że moim skromnym zdaniem, jeżeli nikt nie powstrzyma Czarnka i ten nadal będzie napierdalał tą swoją konserwatywną urawniłowka, to w pewnym momencie wkurw społeczny osiągnie masę krytyczną, która może doprowadzić do „społecznego jebnięcia” (to nowa definicja socjologiczna, którą właśnie wprowadziłem w życie), a projekt „Prawo i Sprawiedliwość” skończy tak, jak reaktor nr 4 (w sarkofagu otoczonym kordonem sanitarnym). Najnowszy pomysł Czarnka odnosi się do nauczania religii/etyki: „Będziemy chcieli zlikwidować to, co wiele lat temu zostało wprowadzone, czyli możliwość wyboru jednego z trzech wariantów: albo religia, albo etyka, albo nic. To "nic" stało się dość powszechne na przykład w dużych miastach”. Po tej deklaracji momentalnie odezwały się głosy, że wszystko fajnie, ale i tak wiadomo, że tej etyki to będą uczyć katecheci.


Przyznam szczerze, że jak tak sobie dumam nad tym, co odpierdala Czarnek i nad jego planami, to zastanawiam się nad tym, gdzie w tym wszystkim są spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy. Partia rządząca wydaje gigantyczne środki na „oprawę wizerunkową” swoich działań. O tym, że jest to oprawa skuteczna, świadczą słupki sondażowe tejże partii. Z tego wszystkiego można by było wysnuć wniosek taki, że Zjednoczonej Prawicy doradza od cholery spindoktorów. Nie uwierzę w to, że żaden z nich nie zna podstaw psychologii i nie wie, czym jest takie zjawisko jak „reaktancja”. Reaktancja to (wrzucam krótką definicję z Wiki, bo oni ją dźwignęli z cegły Strelaua): „dążenie do przywrócenia wolności wyboru danej osoby zagrożonej przez inną osobę próbującą jej coś narzucić lub czegoś zakazać”. Tak sobie dumam, że to bardzo „polskie” zjawisko (z przyczyn, jak mniemam, oczywistych). Nie trzeba być profesorem psychologii, żeby dojść do wniosku, że przymuszanie suwerena do czegokolwiek, może mieć raczej opłakane (z punktu widzenia przymuszającego) skutki. Nawet gdyby te zmiany oznaczały „jedynie” przymuszanie dzieciaków do chodzenia na etykę, którą prowadziliby, no cóż etycy, a nie katecheci, to i tak wywołałoby to spory opór. Obstawiam, że taki scenariusz mógłby się skończyć tym, że część dzieciaków, które są posyłane na religię (bo np. nie ma co z nimi zrobić) zaczęto by posyłać na etykę. Jeżeli natomiast skończy się to zgodnie z przewidywaniami (etyki będą nauczać katecheci), to wkurw będzie znacznie większy a i pewnie opór będzie przybierał bardziej spektakularne formy. Tak sobie myślę, że działania Czarnka to praktycznie gotowiec dla opozycji, która mogłaby teraz chłostać Zjednoczoną Prawicę wcześniejszymi wypowiedziami polityków PiSu/etc., którzy opowiadali o tym, że ta lewica to straszna jest, bo chce odbierać rodzicom prawo do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi poglądami i sumieniem. Teraz zaś okazuje się, że (cóż za brak zaskoczenia), prawica będzie robić dokładnie to, o co oskarżała lewicę. Niektórzy rodzice nie chcą posyłać dzieciaków ani na etykę, ani na religię, bo mają taki, kurwa, kaprys. Gdyby prawica chciała postępować zgodnie ze swoimi własnymi narracjami, to powinna bronić prawa rodziców do mienia wyjebane na religię i na etykę. Gdyby taki opozycyjny polityk chciał się wykazać, to mógłby zacząć mówić o tym, że to, co teraz robi Zjednoczona Prawica, to nic innego, jak inżynieria społeczna, którą to inżynierię społeczną prawica usiłuje zaprząc do pracy, bo jest przerażona tym, że młodzi ludzie nie chcą na nią głosować. Można by to było nazwać „działaniem z najniższych pobudek”. Tak, mam świadomość tego, że opozycja nie będzie „grzała” tego tematu, bo przecież ma ważniejsze sprawy na głowie.


Skoro zaś jesteśmy przy okazji fundamentalizmu religijnego, to warto pochylić się nad najnowszym osiągnięciem zjednoczonoprawicowej bezmyśli dyplomatycznej. Zapewne wszyscy z was znają takie pojęcie, jak „turystyka aborcyjna”. Do tej pory polscy fundamentaliści udawali, że coś takiego nie istnieje. Dzięki temu, że turystyka aborcyjna praktycznie nie istniała w narracjach fundamentalistów, mogli oni publicznie jarać się tym, że w Polsce przeprowadza się mało aborcji, a na takim Podkarpaciu to już w ogóle (bo udało im się zaszczuć personel medyczny w tym, czy innym szpitalu). Po tym, jak Zjednoczona Prawica zaostrzyła w Polsce prawo aborcyjne, o tejże turystyce zrobiło się na tyle głośno, że udawanie, że nie istnieje, przestało mieć jakikolwiek sens. Zanim przejdę dalej muszę popełnić kawałek komentarza. Ja to już wielokrotnie podkreślałem, ale muszę tę samą formułkę po raz kolejny wrzucić: interesuje się polityką od dość długiego czasu. Na temat poczynań Zjednoczonej Prawicy napisałem już byłem sporo liter. Sporo miejsca poświęciłem również temu, co Zjednoczona Prawica odpierdala w polityce zagranicznej, której to polityki ni cholery nie rozumie. Może inaczej, ze mnie tam żaden spec od tejże polityki, ale jeżeli nawet ja wiem, że to, co oni wyczyniają to dramat, to co na ten temat sądzą dyplomaci (a co za tym idzie władze) innych krajów? Ten wstęp był konieczny, albowiem będzie o tym, co odjebał był Antoni Wręga (Chargé d'Affaires [czyli jakiś tam zastępca polskiego ambasadora w Czechach]) i napisał list do czeskiego Ministerstwa Zdrowia.


List ów poruszał kwestię turystyki aborcyjnej i do tej pory zadaję sobie pytanie, czy ów list był bardziej idiotyczny, czy bardziej absurdalny, czy też oba naraz. Pozwólcie, że zacytuję fragment, który pojawił się w mediach: „Z punktu widzenia stosunków polsko-czeskich postrzegamy zatem jako niefortunne, jeśli propozycje legislacyjne dotyczące legalizacji komercyjnej turystyki aborcyjnej są otwarcie usprawiedliwione intencją obchodzenia polskiego ustawodawstwa chroniącego nienarodzone życie ludzkie, a propozycje te mają skłonić polskich obywateli do naruszania polskiego prawa. Przyjęcie tak umotywowanej legislacji wydaje nam się krokiem niezgodnym z doskonałymi stosunkami między naszymi krajami.”. Jak to powiedział klasyk „to jest dramat, kurwa” i to dramat na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, pan zastępca ambasadora nie wpadł na to, że legislacja w innych krajach nie musi przebiegać tak, jak w naszym (czytaj: nie musi opierać się na tym, co się ujebało w głowie Genialnego Stratega). Po drugie, nie ogarnął również tego, że minister zdrowia może nie mieć specjalnego wpływu na Senat (mam świadomość tego, że to niejako wynika z punktu pierwszego). Po trzecie, pan zastępca był łaskaw otwarcie grozić Czechom. Warto mieć na uwadze to, że to nie był artykuł w gazecie, tylko pismo autorstwa dyplomaty, a w takich pismach zwrócenie uwagi na to, że ktoś wykonuje „krok niezgodny z doskonałymi stosunkami między naszymi krajami”, to praktycznie jawna groźba tego, że jeżeli ów krok zostanie wykonany, to te stosunki staną się, no cóż, „mniej doskonałe”. Po czwarte, do orełów dyplomacji spod znaku Zjednoczonej Prawicy nie dociera to, że oficjalne wpierdalanie się w proces legislacyjny w innym kraju (podparte groźbami), to coś, co podchodzi pod naruszenie suwerenności. Ta sama Zjednoczona Prawica jazgocze, ilekroć jakiś z międzynarodowych trybunałów orzeka nie po jej myśli (mimo, że orzeczenia te mają zamocowanie w traktatach, prawie międzynarodowym etc.). I znowuż, opozycja dostała praktycznie gotowca, z którego nie skorzystała (bo i po co). Na tym przerwę tę wyliczankę, choć dałoby się dopisać jeszcze kilka punktów


Po tym, jak ów list został opublikowany przez czeskie media, jedynym sensownym wyjściem z sytuacji było odcięcie się od tego typa. Nietrudno byłoby zwalić to na samowolkę i wywalając typa z placówki sprawić, że te zapewnienia brzmiałyby legitnie. Co zrozumiałe, polskie MSZ zrobiło coś zupełnie odwrotnego: „Monitorowanie procesu legislacyjnego w krajach urzędowania, w szczególności w obszarach, które dotyczą, bądź mogą dotyczyć w istotnej skali obywateli RP, jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem ambasad RP - stwierdził w rozmowie z Onetem Szymon Szynkowski vel Sęk, wiceminister spraw zagranicznych”. Wypowiedź Szynkowskiego to cebula na torcie, albowiem w praktyce nie odniósł się on do treści listu. Nikt nie miał do tych dzbanów pretensji o to, że „monitorują proces legislacyjny”, ale o to, że usiłują wpływać na ów proces legislacyjny (tak, powtarzam się, ale jednak muszę to napisać: przy użyciu gróźb). Teraz pora na eksperyment myślowy pt. co by było, gdyby podobny list do polskiego rządu wysłały służby dyplomatyczne innego kraju. Co by było, gdyby tak zastępca ambasadora Hiszpanii napisał, że „no weźcie sobie zliberalizujcie to prawo aborcyjne, bo my u nas mamy prawo do przerywania ciąży, a wasze ustawodawstwo jest niezgodne z naszym i nas to trochę wkurwia, bo Hiszpanki mieszkające w Polsce nie mogą dokonać legalnej terminacji ciąży, a to z kolei jest obchodzeniem obowiązującego u nas prawa”. Coś mi mówi, że gdyby taki list dotarł do polskiego Ministerstwa Zdrowia, to to, co potem działoby się na Woronicza 17 sprawiłoby, że znowu by kolektor w Czajce pierdolnął.


Eh, miałem w tej notce więcej tematów poruszyć, ale się rozpisałem, tak więc nad nieudanym reenactingiem Smoleńska i nad tym, jak bardzo Zjednoczona Prawica nie potrafi policzyć tego, ilu w Parlamencie Europejskim jest europosłów, będę się pastwił w następnym Przeglądzie.



Źródła:

https://twitter.com/r_czarnecki/status/1291617832640417793

https://oko.press/czarnecki-musi-zwrocic-parlamentowi-europejskiemu-nawet-100-tys-euro/

https://twitter.com/mikolajkirschke/status/1381571107749253120

https://wyborcza.pl/7,82983,26985382,zawsze-moga-zachodzic-jakies-nieprawidlowosci-pis-pudruje.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/476380,afera-zegarkowa-slawomir-nowak-zrzeka-sie-mandatu-poselskiego.html

https://buzz.gazeta.pl/buzz/7,156947,21150142,fatalna-pomylka-pereiry-nie-maja-dla-niego-litosci-niech.html

https://oko.press/chcialam-sie-sprzeciwic-pogardzie-i-nienawisci-zaczal-sie-proces-o-teczowe-maryjki/

https://ec.europa.eu/poland/news/170608_prosecutor_s_office_pl

https://oko.press/o-naprawde-chodzi-sporze-izraelem-o-ustawe-o-ipn-wyjasniamy-politykom-pis-punktach/

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/urzednicy-powolywani-bez-konkursu-dzis,152,0,2003864.html

https://www.rp.pl/Sadownictwo/170909067-Nie-tylko-billboardy-Jest-pierwszy-spot-kampanii-Sprawiedliwe-sady.html

https://www.rp.pl/Urzednicy/308119942-PiS-nie-zglosil-kandydata-na-RPO.html

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polityka/Wybory-prezydenckie-2020/Wybory-2020.-Poczta-Polska-zamowila-wiecej-kart-wyborczych-niz-wyborcow-PP-zaslania-sie-tajemnica-przedsiebiorstwa

https://poznan.tvp.pl/53634739/senator-libicki-wstrzyma-sie-od-glosu-przy-wyborze-rpo

https://dorzeczy.pl/kraj/176956/wroblewski-jesli-zostane-rpo-zloze-mandat-poselski.html

https://www.wprost.pl/508095/andrzej-duda-wystapil-z-pis.html

https://www.prezydent.pl/prezydent/pytania-i-odpowiedzi/page,2.html

https://www.rpo.gov.pl/pl/content/konstytucja

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/8144620,bartlomiej-wroblewski-piotr-ikonowicz-rpo-zastepca-lewica.html

https://www.pb.pl/j-kaczynski-jesli-moj-brat-zostanie-prezydentem-nie-bede-premierem-278928

https://www.wnp.pl/parlamentarny/ludzie/szydlo-gowin-najbardziej-prawdopodobnym-kandydatem-na-szefa-mon,1016.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/8150764,plan-odbudowy-rozmowy-lewicy-z-pis-komentarze.html

Link do wąteczku ćwiterowego, w którym ćwiterianin opisuje „dlaczego narracja o upadku rządu jest nie do końca mądra”.

https://twitter.com/doomer_pl/status/1389912908138754048

https://tvn24.pl/polska/pis-przegral-dwa-glosowania-w-sejmie-min-mariusz-blaszczak-i-antoni-macierewicz-zaglosowali-z-opozycja-5056648

https://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=9&NrPosiedzenia=28&NrGlosowania=70

https://twitter.com/GiertychRoman/status/1389696161515180037

https://oko.press/co-po-pis-budka-oszczednosci-w-administracji/

https://oko.press/lubnauer-zawieszenie-patentu-na-szczepionke-przeciw-covid/

https://www.cnbc.com/2021/05/05/us-backs-covid-vaccine-intellectual-property-waivers-to-expand-access-to-shots-worldwide.html

https://twitter.com/rafalwos/status/1351452087943651328

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1351484847387242496

https://twitter.com/RafalWos/status/1386968927704657922

https://www.rp.pl/Edukacja/210429846-Przemyslaw-Czarnek-Religia-lub-etyka-Nie-bedzie-trzeciej-opcji.html

https://natemat.pl/351705,list-polskiej-ambasady-do-czeskiego-ministra-zdrowia-ws-aborcji-polek

https://www.rp.pl/Spor-o-aborcje/210509948-MSZ-o-liscie-ambasady-ws-aborcji-w-Czechach-Nie-tylko-prawo-ale-obowiazek.html