Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja wyższa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja wyższa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 października 2012

Te głÓpje StÓdenty CD. (doniesienia z alternatywnej rzeczywistości cz. 2)

Kontynuując przerwany wątek – studenci nawet gdyby mieli chęć na dokształcanie się we własnym zakresie, nie mają na to przeważnie czasu. Gdyby owi profesorowie oraz Wielce Szanowny Pan Redaktor Ziemkiewicz Rafał mieli te same doświadczenia, co studenci, którzy muszą łączyć „niezwykle nowoczesne sposoby nauczania” z pracą, pewnie nie dziwiliby się temu, że z braku czasu „studenty” (za przeproszeniem) w dupie mają ich „chopinhauery”. Choć nawet nie trzeba mieć takich doświadczeń żeby zrozumieć studentów – wystarczy mieć odrobinę wyobraźni, której RAZowi ani profesorom nieco brakuje.


Całe to narzekanie jest wynikiem (moim zdaniem rzecz jasna) przekonania, że „za moich czasów było inaczej”. Które to przekonanie czasem daje nieco absurdalne efekty. Zaczynałem studiować socjologię będąc już w wieku dość zaawansowanym jak na studenta 1. roku (25 lat). Na jednym z kursów wywiązała się dyskusja z prowadzącym – człowiekiem o 2 lata starszym ode mnie, który był zniesmaczony tym, iż teraz to ci młodzi wszystko kserują. A za jego czasów... Nieco nie trafił z argumentacją, bo w grupie zajęciowej wcale nie byłem najstarszy i nie tylko ja miałem wspomnienia związane z innymi kierunkami studiów. Tym samym jego opowieści o jego czasach „bez xero” były nieco śmieszne. Bo część ludzi te „jego czasy” doskonale pamiętało.


Tym niemniej doszedłem do jednego wniosku – (który może zostać zweryfikowany przez starszych czytelników bloga/fanpage – zachęcam do dyskusji bom ciekaw czy wnioski poprawne). Studia wcześniej (w czasach „bez xero”) były może trudniejsze, ale odnoszę wrażenie, że prowadzący nie zarzucali studentów tonami śmieci do przeczytania, no bo jak by to miało wyglądać? Niechby było stu studentów na socjologii – niechby w ramach kursi obligatoryjnego wszyscy mieli przeczytać ten sam fragment książki na kolejne zajęcia na „za tydzień”. I niechby w bibliotece było pięć egzemplarzy tej książki. W jaki sposób owa setka studentów byłaby w stanie podzielić się tymi książkami? A co z przygotowaniami do egzaminów? Są wszak ludzie, którzy uczą się do ostatniego momentu – skąd książki ? Komputery w owym czasie przypominały średniej wielkości szafy i miały moc obliczeniową dzisiejszych wyłączników światła – więc jakoś niespecjalnie można było liczyć na tekst w formie elektronicznej.


Być może studentów było mniej na konkretnych kierunkach? No ale jeśli tak było, to po cholerę krytykować studentów za xerowanie? Jakby dla każdego wystarczyło książek w bibliotece, nikt by nie musiał kserować. A że ludzi więcej? Tempus fugit.


Przejdźmy do kolejnego fragmentu wypowiedzi, którzy to fragment przeciętnemu Kowalskiemu z dyplomem podniesie ciśnienie. Tu już cytat bardziej obszerny:


Ale od pewnego czasu coraz częściej słyszę analogiczne opowieści od praktyków biznesu i menedżmentu. Oni opowiadają już nie o tym, że absolwenci szkół wyższych, nierzadko uważanych za prestiżowe, nie wiedzą nic o kulturze, historii, współczesności nawet - ale że nie mają pojęcia o swoich wąskich, wyuczonych jakoby i potwierdzonych dyplomem specjalnościach. Nie potrafią napisać oferty handlowej, nie potrafią zrobić prostej analizy, nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze nawet pytanie, jeśli nie mają a, b i c do zakreślenia i dostępu do gugla. - Kompletni analfabeci - podsumował pewien egzekutiw, po odbyciu szeregu rozmów kwalifikacyjnych z posiadaczami stosownych dyplomów i zaświadczeń o odbytych stażach.


Pozwolę sobie „sparafrazować”


Ale od pewnego czasu coraz częściej słyszę analogiczne opowieści od ludzi szukających pracy. Oni opowiadają już nie o tym, że potencjalny szef (rekruter) sporej firmy bądź też jej filii, nie wie nic o kulturze, historii, współczesności nawet, ale że nie ma pojęcia o swoich wąskich, wyuczonych jakoby i potwierdzonych pełnionym stanowiskiem specjalnościach. Nie potrafią przeprowadzić rozmowy kwalifikacyjnej wykraczającej poza magiczne pytania „jak pan widzi siebie w naszej firmie za pięć lat”, „czemu chce pan u nas pracować?” Nie potrafią napisać ogłoszenia w sprawie pracy, które miałoby jakikolwiek związek z oferowanym stanowiskiem, nie potrafią zrozumieć innego niż ich własny punktu widzenia, gubią się, kiedy udzieli im się odpowiedzi wykraczającej poza ich wiedzę. Kompletni analfabeci, podsumował jeden znajomy po odbyciu szeregu rozmów kwalifikacyjnych z „zasiadaczami” stosownych stanowisk, rekruterami, etc.


Brzmi znajomo? Każdy człowiek ( i nie jest to nieuzasadniona generalizacja), który w miarę aktywnie szukał pracy i odbywał rozmowy kwalifikacyjne, miał do czynienia z rekruterem, prezesem, który nie miał zielonego pojęcia jak prowadzić rozmowę kwalifikacyjną. Rozmowa kwalifikacyjna prowadzona przez kogoś kogo na budowie nie oddelegowano by nawet do czyszczenia betoniarki (bo by ją zepsuł albo przez przypadek do niej wpadł uruchamiając ją uprzednio) – to jeszcze pół biedy. Bo to jeszcze da się przeżyć jakoś, gorsze jest co innego. „List motywacyjny”, którego to listu wymaga się często nawet w przypadku zajęć, które ciężko nazwać „wymarzonymi” – kasjer w markecie, hurtownik, przedstawiciel handlowy, „kolporter” ulotek (to taki co te ulotki rozdaje). Jest to o tyle poniżające dla piszącego, że te zawody to dla wielu ludzi ostateczność (każdy ma jakieś swoje marzenia co do pracy) i raczej nie są pierwszym wyborem. Nie dość, że człowiek musi się pogodzić z tym, że marzenia i plany może sobie chwilowo wsadzić w buty, to jeszcze musi się „nasładzać” jak to marzył od zawsze o pracy sprzątacza. Gwoli wyjaśnienia – nie deprecjonuję tutaj pracy fizycznej ani też ludzi fizycznie pracujących (sam kilka lat targałem worki z zaprawą i szpachlowałem ściany, miałem również z przyczyn rodzinnych kilkuletni epizod „rolniczy” – więc praca fizyczna nie jest dla mnie czymś obcym :) ) - chodzi mi o to, że wszyscy zdają sobie sprawę z „prestiżu” tych zawodów – a mimo to jakiś dzięcioł z HR (albo dzięcioł oddelegowany od „konserwacji powierzchni płaskich” do prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych oraz rekrutacji) nadal będzie wymagał od nas listu motywacyjnego.


No chyba, że list motywacyjny może wyglądać następująco: „ja taki i taki chce u was pracować, bo lubię pieniądze, a podobno można je u Was zarobić”. Byłby to chyba najbardziej szczery list motywacyjny.


Bardzo się cieszę, że „egzekutywa”, profesorowie i Pan Rafał Ziemkiewicz mieli dużo czasu na poszerzanie horyzontów, ale mogliby uszanować tych, którzy mieli tego czasu mniej niż oni. Aby nie zostać posądzonym o stronniczość – zgadzam się z tym, że zdarzają się kandydaci idioci, którzy nie wiadomo po co przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne, wpisują w CV bzdury i są bardzo zdziwieni, jak ktoś ich potem o te bzdury pyta. A że wszyscy chcieli na studia? Jak się polikwidowało zawodówki (kolejny genialny pomysł prawicy), a techników zostało niewiele, to nagle się wszyscy rzucili na licea. Potem się okazało, że po gołym liceum znalezienie pracy jest mniej więcej tak samo proste jak przekonanie biskupa do tego, aby poparł starania organizacji pro-choice. No to ludzie poszli na studia. Dodatkowo żyjemy w kraju, w którym do niedawna na stanowisko kopacza rowów wymagane było magisterium z geologii. Pracodawcy mogli sobie pozwolić na wybredność, bowiem ludzi szukających pracy było multum. No to się wymagało studiów wyższych na byle jakie stanowiska. Potem UE się otworzyło i ludzie powyjeżdżali – co poniektórym zmiękła więc rura. Ale nadal można przeczytać ofertę pracy „na stanowisko woźnego – wymagana umiejętność pracy w zespole, komunikatywność, etc.” (wisiało takie ogłoszenie na forum tbg). Albo „kierowca – wymagane prawo jazdy kat B., sumienność i chęć do pracy”.


W temacie staży i praktyk wypowiadać się nie zamierzam, bowiem do „wiedzy ogólnej” należy to, że trafić na naprawdę dobry staż, praktyki na których można się czegoś nauczyć, etc. – to jak trafić 5 w totka (no bo jednak 6 w totka to trochę inny rząd wielkości :) )


Problem „niepotrzebnych studiów” nawarstwiał się od dłuższego czasu. I złożyło się na to bardzo wiele czynników (demografia, niedawny upadek innego systemu, boom demograficzny roczników 81' 82', brak umiejętnej polityki kadrowej w firmach, i na tym poprzestanę – w każdym bądź razie lista ta jest długa jak krawat żyrafy). RAZ widzi tymczasem jeden problem (i tym razem wierzcie bądź nie – nie chodzi o Michnika!) – to Platforma Obywatelska. Pozwolę sobie tutaj na dłuższy cytat:


W tym stanie, do którego doprowadziły Polskę pięcioletnie rządy trampkarzy Tuska, nawet ludzie z prawdziwymi kwalifikacjami mają poważny problem ze znalezieniem godnego swych możliwości miejsca pracy. Ale oni w końcu jakoś sobie poradzą, choć będą musieli tyrać na śmieciowych umowach. A ci ze śmieciowymi dyplomami? Jakby to ująć, żeby ich nie ranić - będą się musieli obudzić.
A jak się już obudzą, to może zadadzą sobie pytanie, dlaczego się dali na te śmiecie nabrać. Odpowiedź jest oczywista - dlatego, że uwierzyli, iż wystarczy bezgranicznie gardzić "wiochą", żeby samemu przestać nią być. Uwierzyli, że byle "zabrać babci dowód" i "nie dopuścić, żeby pierwsza dama sikała do kuwety", byle głośno rechotać z "kaczorów", "moherów" i Smoleńska, byle nie odstawać od narzuconego przez media wzorca pogardy dla "starszych, gorzej wykształconych i z mniejszych miejscowości", to zawsze się dla nich znajdzie jakiś ochłap spływającego na naszą prowincję europejskiego dostatku. Bez wielkiego wysiłku będzie kredycik, posadka, spa, siłownia i kawa w kartonowym kubku.


Pytanie do czytelników – w jaki sposób PO zepsuło wszystko nie na kilka (albo i naście) lat przed swoimi rządami? Odpowiedzi proszę publikować na blogu bądź fanpage.


Poza tym pamiętacie może ten cudowny czas, kiedy rządziła koalicja PiS-LPR-SO? Kiedy wszyscy mieli pracę, wszystkie dzieci dostawały prezenty z zakładów pracy rodziców, na ulicach było bezpiecznie, wszyscy byli bardzo szczęśliwi, ludzie z zagranicy (Anglicy, Niemcy, Irlandczycy, Szkoci, Hiszpanie, Amerykanie nawet) przyjeżdżali do Polski pracować, bo nasz dobrobyt przyciągał ich wszystkich, rządzili nami prawdziwi fachowcy, nie było kolesizmu, zapanowała absolutna merytokracja, a z okien sejmowych spoglądało na nas Słońce Narodów Józef Stal…,errrr przepraszam nieco się zagalopowałem. W każdym bądź razie, pamiętacie ten dobrobyt? No właśnie – ja też nie. Ale Rafał Ziemkiewicz odwiedził chyba jakąś alternatywną rzeczywistość i to wszystko widział!


Aczkolwiek w jednym RAZ ma racje, ludzie się kiedyś obudzą. Tylko, że jeśli się obudzą to dla idoli Ziemkiewiczowskich oraz całej reszty emerytów politycznych, którym w życiu udało się tylko jedno – dorwać się do koryta - miejsca w parlamencie nie będzie.


RAZ kończy swój felieton nauczając:


Może się Państwu wydać, że pobrzmiewa w tym felietonie brzydka radość z cudzego nieszczęścia, takie zgredowskie "o dobrze wam, a nie mówiłem, że tak będzie?". Nie, nie cieszy mnie ta sytuacja. Lekcja udzielona milionowi gówniarzy, którzy okazali się tak podatni na prymitywną socjotechnikę władzy, nie była warta szkód, jakie wyrządzili Polsce Tusk i jego ferajna.



Nie wiem jak państwu, ale mnie się wydaje, że w tym felietonie pobrzmiewa absolutne niezrozumienie realiów. Dlatego też został przeze mnie zakwalifikowany do „alternatywnej rzeczywistości'. Pamiętam, jak zaczynałem studia (a raczej uczelnianą odyseję) – rok 2000, a już wtedy z robotą był straszliwy problem, a o osobach, które „zimowały” jeden rok mówiło się „no, ten to już pracy nie znajdzie...” Jednocześnie wszyscy na studia się pchali, bo znaleźć prace bez „wyższych studiów” było cholernie trudno (rzecz jasna mówimy tu o szukaniu „bez znajomości”). Nikt po liceum nie zastanawiał się nad tym, czy iść do pracy (no chyba, że ktoś miał odpowiednie koneksje), bo wiedział, że równie dobrze może próbować zawrócić Wisłę durszlakiem (wiem, wiem „kijem”, ale durszlak jest bardziej klimatyczny) – urobi się człowiek, umęczy a Wisła jak płynęła tak będzie płynąć. Jakim cudem – pytam się po raz kolejny – PO mogło coś spieprzyć na co najmniej siedem (bo bezrobociem po liceum straszono nas na długo przed rozpoczęciem studiów) lat przed wygranymi wyborami? PO nic nie „spieprzyło” – po prostu kontynuowało politykę poprzednich rządów pt.„łojezu comyzrobimy z temi bezrobotnemi, o patrz jaki ładny pieniążek leży na ziemi, chyba go podniosę! O czym to my mówiliśmy?” Można bowiem odnieść wrażenie, że polski polityk to taka odmiana jętki, która musi bardzo szybko zrobić wiele rzeczy (bo zbyt dużo czasu nie ma) z tym, że polityk zamiast robić – mówi, mówi, mówi i jeszcze raz mówi – a potem zapomina o czym mówił (pewnie pieniążek był bardzo ładny).


Zakładam, że gdyby PO nie rządziło, tylko PiS, a sytuacja byłaby dokładnie taka sama – tedy Ziemkiewicz zwalałby wszystko na Michnika i komunę.

poniedziałek, 22 października 2012

Te gÓpje stÓdenty – czyli doniesienia z alternatywnej rzeczywistości cz. 1

 Postanowiłem nieco zmienić nazewnictwo „cykliczne” notek, bo zauważyłem, że nieco mi się wszystko rozjeżdża. Tym samym wszelka „twórczość” komentatorów/publicystów/naukowców/etc., która sprawa wrażenie, iż opisuje jakiś równoległy wszechświat miast naszej rzeczywistości, będzie spojona klamrą „Doniesienia z alternatywnej rzeczywistości”. Bo ja bardzo lubię science fiction – fantasy, wszelkie odmiany „co by było gdyby”, ale to wcale nie oznacza, iż fragmenty takiej literatury mają być elementem opisu rzeczywistości. Co gorsza, owe metody stosują wszyscy publicyści niemalże – każda „strona” ma swoich „fantastów” – tym samym obwinianie o tego rodzaju quasi publicystykę jedynie prawicy byłoby nadużyciem i to sporym.

Na pierwszy ogień – mój zeszłotygodniowy „gość” Rafał A Ziemkiewicz. Choć notka tylko połowicznie dotyczyć będzie jego osoby. RAZ popełnił był felieton pt. „Śmieciowa generacja”. Zaczyna się bardzo obiecująco:

„Przywykłem już do opowieści o "młodych wykształconych", ze świeżo zdobytymi dyplomami, którym myli się Chopin i Schopenhauer, a pytani, kto to Platon, odpowiadają pytaniem: proszek do prania?


W bardzo wysmakowany sposób nawiązał do obelżywej (według doktryny PiS) nazwy „młodzi wykształceni z wielkich miast”, czyli tych, którzy nie chcą głosować na PiS. Bo jak wiemy – tylko ci młodzi bywają niedouczonymi głupkami, zaś wszyscy którzy popierają PiS – są lepsi, bo popierają PiS, a reszta to hołota, „co nie ROZUMI niczego” . Przepraszam, poniosło mnie:)


Od zawsze istniała grupa ludzi, którzy skończyli studia „przypadkiem”. Teraz w dobie miliona różnych uczelni wyższych, większa ilość ludzi studiuje, toteż i studia kończy większa liczba „przypadkowych magistrów”. Pamiętam opowieść jednego ze znajomych pracowników naukowych (chemia), który wspominał swoje czasy studenckie. Mieli jednego kolegę, który nie za bardzo rozumiał, co on tam robi. A że ojciec kolegi sponsorował uczelnię, nie można było go ot tak sobie wypieprzyć. Dobrnął jakoś ów człowiek do 5. roku. Kadra wiedziała, że nie ma szans, żeby napisał samodzielnie prace magisterską, więc zaproponowali, że w ramach tejże pracy przetłumaczy obszerny tekst naukowy z języka niemieckiego – przetłumaczył, złożył pracę. Rzecz działa się na obronie. Komisja zadawała mu baaardzo proste pytania, żeby czasem się nie „potknął”. W pewnym momencie jeden z członków komisji zadał jakieś nieco bardziej szczegółowe pytanie dotyczące tekstu. Padła odpowiedź: „nie wiem, nie ja to tłumaczyłem”. Jak się skończyła sprawa? Oceną dostateczną. Wiem, to przypadek jednostkowy. Tym niemniej jest on kalibru takiego, iż nie słyszałem niczego podobnego w naszych „śmieciowych czasach” – a rzecz działa się na „renomowanej uczelni”. Zmierzam do tego, że ów problem istniał od zawsze, i od zawsze byli ludzie, którzy marudzili „za naszych czasów było lepiej, teraz ta młodzież taka głupia”.


Teraz dwa inne uzupełniające się idealnie cytaty:


Powiedzmy, że mieści się to w małpowanym przez nas zachodnim modelu kształcenia w wąskich specjalnościach (…) Inna sprawa, że wszystko, co się dziś dzieje ze światem pokazuje, iż taki model edukacji jest do bani, że zamiast go małpować, trzeba właśnie dokładnie odwrotnie (...)



Jedna uwaga natury ogólnej – czasem będzie mi się zdarzało pociąć czyjąś wypowiedź, ale nigdy nie będę usuwał z tejże argumentów, etc., które przeczyłyby mojej tezie – zresztą tekst źródłowy linkuję zawsze, więc byłoby to nieco idiotyczne, tzn. gdybym „ciął z tezą”.


„Przywykłem, jako się rzekło, do takich opowieści - profesorów, nauczycieli czy innych ludzi z racji swego zawodu obcujących z najnowszą produkcją naszego systemu edukacyjnego i rwących sobie nad nią resztki włosów z głów.”



Panu Rafałowi chciałbym przypomnieć, iż obecny system edukacji jest produkcji prawicowej – bo to Handke swego czasu uznał, że skoro gimnazja są na zachodzie, to my sobie pomałpujemy z zachodu, bo u nas też się to sprawdzi. Mamy więc gimnazja, mamy nową maturę. Nie mnie oceniać, która matura „trudniejsza” – posłużę się miast tego przykładem. Jakem studiował socjologię na pierwszym roku, mieliśmy egzamin z kursu „podstawowego”. Na moim pierwszym roku nie zdałem go tylko ja (bo wydawało mi się, że na egzaminie wymagają ode mnie samodzielnego myślenia – okazało się, że trzeba znać bardzo dobrze wykłady i nic poza tym, ups), kolejny rocznik wyglądał podobnie. Natomiast rocznik dwa lata młodszy poległ zupełnie – 30% ludzi uwaliło egzamin, spora część z nich nie zdała go w drugim terminie, więc zrobiono dla nich trzeci (rzecz jasna odpłatny) – bo kadra się nieco przestraszyła, że jak tak dalej pójdzie, to studentów zabraknie. Co różniło roczniki zdające ów egzamin od tego, który poniósł sromotną klęskę? Nowa matura. Roczniki zdające ( ten nieszczęsny egzamin, na którym poległem :)) – dostały się na socjologie zdając egzamin wstępny, rocznik który poległ – dostał się z konkursu świadectw. Tym samym gdyby RAZ pomarudził nieco wcześniej – Handkemu – w temacie niemałpowania, być może „profesory” by teraz nie rwały włosów z głów.


Przy tych profesorach na momencik zostaniemy, bo po przeczytaniu tego zdania nieco mną zatrzęsło. Nad nauczycielami pastwić się nie zamierzam – bo i nie bardzo rozumiem sens wypowiedzi RAZa – nauczyciel jak mi się zdaje przynajmniej zaczyna obcowanie z uczniem wtedy, gdy ów uczeń rozpoczyna obcowanie z systemem edukacji. Nie za bardzo więc jestem w stanie pojąć to, w jaki sposób nauczyciel może „rwać włosy z głowy” nad produktem, który sam współtworzy. Ale to tylko taka moja „czepialcza” uwaga.


Profesorowie „narzekają”, bo studenty głupie mają niski poziom „wiedzy ogólnej”. Z tą wiedzą ogólną jest po trosze tak, że w szkole podstawowej człowiek jej nie będzie w stanie zrozumieć, w gimnazjum również. W liceum, w którym teoretycznie przyszedł czas na poszerzenie horyzontów u młodzieży, nauczyciele głowią się nad tym jak nauczyć uczniów tego, czego powinni się byli nauczyć w gimnazjum i w liceum zarazem. Poza tym wiedza ogólna to coś czego człowiek się w szkole nie nauczy – tę wiedzę można nabyć samemu „douczając się” niejako. Ponadto wiedza ogólna wymaga czegoś, co powoli wymiera w naszym społeczeństwie – refleksji i zrozumienia. A skąd ta umiejętność refleksji ma przyjść? W szkole zrozumienia od uczniów nie wymaga (program przeważnie opiera się na „wyryciu” czegoś na pamięć, a co się potem z tą wiedzą dzieje? – Konia to obchodzi), książki cholernie drogie – mało kogo stać, zostaje Internet, a ten to raczej refleksji nie sprzyja.


Idzie więc produkt „Handkego” na studia. Studia to idealny czas na akademickie dyskusje, na poszerzanie horyzontów (które powinno się rozpocząć w szkole średniej), na nauczenie młodych ludzi refleksyjności, zainteresowanie ich przedmiotem studiów – tak aby sami potem poszerzali swoją wiedzę (może inaczej, żeby odczuwali wewnętrzną potrzebę poszerzania wiedzy).


Piękna teoria, nieprawdaż? Tylko, że u nas studia polegają najczęściej na zarzuceniu studenta tonami papierów, tekstów, książek. I narzuceniu jedynej słusznej metody interpretacji tekstu, rozwiązywania zadań ,etc. (do końca życia będę pamiętał, jak studiując chemię usiłowałem wytłumaczyć pani doktor sposób, w jaki zrobiłem zadanie, bo wynik był poprawny ale ten sposób był inny niż „paniodoktorowy” – nie udało mi się wytłumaczyć, a byłem w tłumaczeniu dobry bowiem w szkole średniej połowę swojego rocznika uczyłem chemii na korkach)


Masz swoje własne zdanie? Masz własne pomysły? Wsadź je sobie w buty albo poczekaj aż sam będziesz doktorem, profesorem, etc. – może wtedy ktoś łaskawie zwróci uwagę na to co masz do powiedzenia.


Przykład zarzucenia papierami? Jeden z zupełnie bezużytecznych kursów na socjologii (bezużyteczny, bowiem teorie, którymi nas karmiono były idiotyczne i zupełnie nie nadawały się do opisu rzeczywistości) – wymagał opanowania około dwóch tysięcy stron tekstu – rzecz jasna wliczam w to zarówno kserówki, jak i książki (dwie bodajże były, nie wiem, nie czytałem). I to wymagał doskonałego opanowania, bowiem pytania testowe były cholernie szczegółowe – tym samym nie chodziło o jakieś bzdurne „zrozumienie”. To tylko jeden kurs – na innych bywało podobnie, a do tego dochodzą jeszcze prace pisemne – i tak dalej i tak dalej. Pół biedy jak ktoś tak jak ja nie musiał w trakcie studiów pracować – wtedy po odwaleniu intelektualnej pańszczyzny, zostaje sporo czasu na czytanie i robienie tego, co się lubi. Innymi słowy człowiek ma czas na rozwój samodzielny i na życie „pozauczelniane”. Tego czasu nie mają ludzie, którzy studiują i pracują. Czas nie jest z gumy. Jeśli człowiek nie ma pieniędzy, to w dupie ma „wiedzę ogólną” i Chopina, a nawet Chopinhauera – ma inne, nieco bardziej przyziemne zmartwienia. O których to zmartwieniach powinien wiedzieć zarówno profesor, jak i ktoś, kto chce uchodzić za publicystę.


Inny przykład. Na jednym z kursów pan profesor podał listę lektur „do egzaminu”. Było ich coś koło dwudziestu – dopiero po dwóch miesiącach powiedział, że można wybrać kilka z nich. Na egzaminie odpytywał mnie z książki tak pierońsko szczegółowo, że mimo mojej umiejętności czytania ze zrozumieniem, mało brakło, a bym poległ na tym cholernym egzaminie. Rzecz jasna pan profesor wymagał jedynej słusznej interpretacji, którą ze mnie wreszcie „wyciągnął”.


Na uczelniach pełno jest kursów „obligatoryjnych”, które prowadzone są przez ludzi nie mających zielonego pojęcia o tym, jak zainteresować studentów tematyką kursu. I w sumie nie muszą mieć – kurs jest obligatoryjny, więc student zrezygnować z niego nie może. Co się robi na uczelniach, kiedy kurs nieobowiązkowy zaczyna dołować i mało ludzi na niego uczęszcza (a prowadzi go ktoś „zasłużony”)? Jeśli odpowiedzieliście „zmienia się go na kurs obligatoryjny” – odpowiedzieliście prawidłowo.


Rzecz jasna na uczelniach sporo jest ludzi, którzy są bardzo otwarci, doceniają odmienne zdanie studentów, potrafią zainteresować ich tematyką kursu, cenią samodzielność. Tylko co z tego, skoro student jest tak dociśnięty kursami „gniotami”, że nie ma czasu na to, co go interesuje?


CDN (postanowiłem podzielić notkę, bowiem istnieje wyraźne ryzyko, iż ta rozrośnie się ponad miarę).


Sznurek


https://wydarzenia.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-smieciowa-generacja,nId,924431














 

 

 

piątek, 19 października 2012

Think? No Thanks! Czyli think tank po polsku. (jestę politykę i komentatorę cz 3)

W notce dotyczącej bardzo wyważonej (lub wręcz wywaRzonej) wypowiedzi jednego z profesorów obiecałem, iż nieco pochylę się nad tymi głupimi maturzystami co to poszli na uczelnie – i teraz nie mogą znaleźć pracy.

Niemalże rok temu ukazał się (w Dużym Formacie) artykuł pt. „jest praca dla oburzonych”. Gwoli wyjaśnienia – oburzeni to ludzie, którzy pokończyli uczelnie, znają po kilka języków, sporo umieją, etc., i którzy nie mogą znaleźć pracy.”Oburzeni” pojawiają się w prasie/etc. Dla równowagi DF postanowił pokazać drugą stronę medalu. Czyli opisać historie pracodawców, którzy nie są w stanie znaleźć pracowników „na poziomie”.

Powód, dla którego uznałem, że warto na łamach bloga wyciągnąć prawie rocznego „suchara” jest taki, że wśród kilku pracodawców, którzy żalili (wierzcie mi, to odpowiednie określenie) się w artykule, iż nie mogą znaleźć pracowników – był Jarosław Makowski – szef Instytutu Obywatelskiego, który to instytut mieni się „zapleczem eksperckim PO”. Instytut jest Think Tankiem (przynajmniej według Wikipedii), którego dewizą jest „Myślimy by działać, działamy by zmieniać„.


Od człowieka pełniącego tę odpowiedzialną funkcje można wymagać sporego rozeznania w rzeczywistości. Wszak to właśnie tę rzeczywistość chcą zmieniać. A co znajdujemy w wypowiedzi szefa tegoż Instytutu? np. cuś takiego”:

A młodzi są często wychowywani w takim duchu, że dziś mogę pracować tu, a jutro u konkurencji. Nie przywiązują się do miejsca pracy, nie mają poczucia, ale też chyba nie chcą go mieć, że tworząc jakąś instytucję czy firmę, dokładają cegiełkę do swojego bezpieczeństwa życiowego.

Pierwsze pytanie, które należałoby zadać panu Jarosławowi, brzmi tak: „czy w Pana wypowiedzi aby na pewno o Polskę chodzi?” Bo ta wypowiedź jest za przeproszeniem durna na tylu płaszczyznach, że można ją traktować w kategoriach kiepskiego żartu. I ja bardzo przepraszam za traktowanie Pana Jarosława z góry (w końcu to on ma Instytut – a ja tylko bloga) ale ta wypowiedź jest kuriozalna.

Sprawa pierwsza „młodzi są często wychowywani w takim duchu, że dziś mogę pracować tu, a jutro u konkurencji” Ja przepraszam bardzo, ale czy na pewno o Polaków chodzi? O dzieci rodziców, którzy mogli spędzić pół życia w jednym zakładzie pracy i mogli być spokojni o zatrudnienie? Być może to będzie szok dla wielu ludzi, ale wyszydzany PRL – tego rodzaju gwarancje dawał (za pomocą sztucznego zatrudnienia, tym niemniej). Jakim cudem mieliby wychowywać swoje dzieci w duchu, o którym wspomina szef think tanku?

Sprawa druga „Nie przywiązują się do miejsca pracy, nie mają poczucia, ale też chyba nie chcą go mieć, że tworząc jakąś instytucję czy firmę, dokładają cegiełkę do swojego bezpieczeństwa życiowego.” Yup – w tym miejscu stanowczo nie mówimy już o Polsce. Stawiałbym na Wielką Brytanie albo na jakąś korporacje prawniczą w USA. Młodzi nie przywiązują się do miejsca pracy... toż to straszna rzecz! Pewnie ich rodzice i dziadkowie (pracujący całe życie w jednym miejscu) ich tego nauczyli. Na pewno nie doprowadziła do tego sytuacja na rynku pracy w naszym kraju. Na pewno nie doprowadził do tego stanu (braku przywiązania) fakt, że urzędnik może wylecieć z pracy – jeśli zmieni się władza (prezydent miasta, rada miasta,etc); że nauczyciel może polecieć na zbity pysk – jeśli dyrektorowi coś nie „przypasuje”; że w ramach „cięć budżetowych” w dużych firmach zwalnia się ludzi, którzy zarabiają najmniej (bo zwolnienie pięciu kasjerów na pewno pomoże marketowi mającemu milionowe straty).

Natomiast dokładanie cegiełki do swojego bezpieczeństwa – to już argument, przy którym spasowałem. W jaki sposób można dołożyć cegiełkę do swojego bezpieczeństwa mając świadomość, że strata pracy z dnia na dzień to w sumie normalna sprawa? (przypominam nie mówimy tu o szefach korporacji, szefach związków zawodowych/etc., tylko o zwykłych ludziach)

Panu Jarosławowi przypominam, że ponoć żyjemy w kapitalizmie – tutaj jedyne co budujemy pracując w firmie, to dochody szefostwa. I nie, nie jest to żaden bełkot anarchisty, tylko prosta konstatacja. Firma nie zatrudni nikogo, kto nie będzie na firmę zarabiał. Co prawda w ramach „etyki w biznesie” uczy się ludzi, że firma to nie tylko zarabianie, ale także dawanie miejsc pracy – ale w praktyce sprowadza się to do tego, iż owszem, „firma” to również dawanie pracy, o ile oznacza to zarabianie.

A czemu Pan Jarosław udzielił się w DF? Powód prozaiczny.

Szukaliśmy osób, które poprowadziłyby konferencje związane z realizowanymi przez nas projektami. A więc z wiedzą politologiczna lub socjologiczną. Do takiej dyskusji trzeba się przygotować, mieć na nią pomysł, napisać pytania, sprawnie poprowadzić. I wtedy zaczynały się schody, bo potencjalni prowadzący sądzili, że to taki sam rodzaj dyskusji jak w pubie ze znajomymi.



Ponieważ jestem z natury trollem, postanowiłem przetestować IO oraz Pana Jarosława. Napisałem byłem maila, że ja w sprawie wypowiedzi w artykule, czy nadal szukają, bo ja socjolog piszący pracę magisterską. Odpowiedzieli, że fajnie, ale oni nikogo nie szukają. Poprosiłem więc o maila do J.M. - ale go nie otrzymałem. Rzecz jasna odpowiadała mi osoba odpowiedzialna za PR, jak widać nie wiedziała nic na temat tego, że JM nadal szuka... To jeszcze nie koniec. Znalazłem maila do Pana Jarosława. Wysłałem mu coś w rodzaju CV – a że sam napisał w artykule, że CV to nie wszystko, więc postanowiłem w mailu tym wejść z nim w polemikę. Potem jedynie trzy razy w ciągu półtora miesiąca musiałem się przypominać i otrzymałem odpowiedź (szok), że już nie szukają, że już mają i że ja jeszcze nie magister i w dodatku nie z Warszawy, więc won hołoto ;) Aczkolwiek wydaje mi się, że pogrążyłem się polemiką... ;]

Większość z tekstów na stronie IO – opiera się o następujący schemat (tzn tak było wcześniej, może się coś zmieniło) – opis problemu + cytat z socjologa klasyka + diagnoza. Niestety większość analiz jest równie głęboka i rzeczowa jak cytowany przeze mnie fragment wypowiedzi J.M, czyli opowiadają o jakiejś odmiennej rzeczywistości, ale to chyba dlatego, że teraz to mamy globalną wioskę i wszystko się pomieszało...

A trochę bardziej na poważnie. Człowiek, który jest znany głównie z tego, że za pomocą mediów wymieniał z Ziemkiewiczem uprzejmości, który nie potrafi trafnie zdiagnozować przyczyn opisywanego przez siebie zjawiska, jest szefem eksperckiego zaplecza partii rządzącej.

Przepraszam, czy mogę wysiąść na tym przystanku?





poniedziałek, 1 października 2012

Jestę naukowcę i komentatorę. (Cz 1) Czyli o tych, którzy wiedzą wszystko.

Robiąc sobie poranną prasówkę natrafiłem na kilka artykułów traktujących o bardzo istotnym (i aktualnym z racji daty) problemie. Chodzi rzecz jasna o problem uczelni wyższych i tego kto powinien a kto nie – studiować. Moją uwagę przykuł rzecz jasna  ten zawierający z najbardziej barwną wypowiedź „Tego Który Wie Wszystko”


Jeden z profesorów biorących udział w dyskusji powiedział był:

Doszło do upowszechnienia szkolnictwa wyższego do takiej nieznośniej masy. Wielu studentów, po prostu nie spełnia kulturowych i intelektualnych predyspozycji”

To, co się nazywa demokratyzacją szkolnictwa wyższego, brzmi niewinnie, ale w praktyce przynosi katastrofalne skutki

Gdyby profesor użył mniej wyszukanego słownictwa – powiedziałby „pcha się buractwo tępe (ze słomą w butach - bo to warunek sine qua non) na salony a nie ma tam czego szukać” oraz „uczelnie powinny wyraźnie odciąć się od plebsu i nie pozwalać mu studiować” aczkolwiek jak mniemam - obrażanie ludzi w sposób wyszukany to taki sport elit.

Nie czepiałbym się wypowiedzi jakiegoś nieszczęsnego profesora, który dał upust swojej niechęci do plebsu – gdyby nie to, że ta sama wypowiedź w różnych wydaniach, odmianach, etc – robi oszałamiającą karierę. No bo wychodzi na to, że te tępe ludzie się „phajom” na uczelnie wyższe. I nie wiadomo czego – bo pracy po studiach ni ma. Mogliby sobie iść gdzieś popracować zamiast zajmować miejsca. (będę się nad tymi „innymi odmianami” pastwił w kolejnych notkach)

Wypowiedź profesora jest (ujmując rzecz kolokwialnie) durna – to na co najmniej trzech płaszczyznach. Primo – obnaża ona oderwanie od rzeczywistości. Bowiem w chwili obecnej uczelnie wyższe borykają się nie z umasowieniem studiów – a z niżem demograficznym. Tym samym te „masy” raczej na studiów nie szturmują. Owszem można wypowiedź profesora rozumieć tak „nie chodzi o umasowienie rozumiane jako ilość studentów, tylko o jakość” Tylko, że to nieco bezsensowne rozważania – skoro mało studentów jest – tedy i tych „tępych” raczej za dużo nie studiuje.

Secundo – zapomniał byk jak cielęciem był. Ja nie wiem w jakim kraju studiował prof. ale chyba nie była to polska. Bowiem w czasach PRL owo demonizowane przez niego „pchanie się plebsu na uczelnie” było większym hm „problemem”. Czemu? A no temu, że kandydaci dostawali dodatkowe punkty jeśli np. pochodzili z rodzin robotniczych, rolniczych,etc. W przypadku tych samych rezultatów na egzaminie – decydowały pozamerytoryczne czynniki. Poza tym – zapytajcie rodziców o ich doświadczenia z uczelniami wyższymi o to czy za ich czasów wszyscy ich koledzy z roku, „pasowali” do uczelni. Zawsze, i na każdym kierunku – znajdzie się ktoś kto delikatnie rzecz ujmując tam „nie pasuje” - tzn z jakichś przyczyn zupełnie nie radzi sobie z materiałem,etc,etc. Tak było – jest i zapewne będzie.

Tertio – drażni mnie straszliwie w tych wszystkich wypowiedziach to, że wszyscy mówią o tym jak to te cholerne maturzysty się „phajom” na uczelnie. A nikt jakoś specjalnie nie zwraca uwagi na to, że była po temu bardzo konkretna przyczyna.

Z obrazka rysowanego przez specjalistów, naukowców,etc z bożej łaski wyłania się rzeczywistość, w której nagle wszyscy postanowili studiować. Ot „masy” zdecydowały się na wyedukowanie swych pociech – i mamy od cholery studentów i nie bardzo jest co z nimi robić.

Średnio rozgarnięty człowiek widząc tak przerysowaną rzeczywistość zacząłby się zastanawiać nad tym co się stało. Tzn co sprawiło, że ludzie zaczęli szturmować uczelnie wyższe. Bo właśnie owo "coś"  a nie ta straszliwa „Demokratyzacja uczelni” było przyczyną „umasowienia” studiów.

Ta przyczyna to cztery słowa - Sytuacja Na Rynku Pracy. Końcówka lat 90 i początek XXI wieku – to była swoista wolna amerykanka w wykonaniu pracodawców. Long story short – żeby dostać byle jaką pracę – trzeba było mieć skończone studia. Żarty na temat tego, iż niedługo aby kopać rowy – trzeba będzie mieć doktorat z geologii, były wtedy bardzo aktualne. W tym miejscu ktoś może podnieść argument następujący „pracodawca ma prawo stawiać wymagania potencjalnym pracownikom”. A i owszem – ma prawo tylko mógłby zwrócić uwagę na to czy aby wyższe wykształcenie jest naprawdę istotne na stanowisku, które kandydatom „oferuje”. Sytuacje, w której od kandydata wymagana ukończenia studiów kierunkowych, znajomości języka obcego, etc – i proponowano mu stanowisko hurtownika – wcale nie należały do rzadkości.

Nie – nie próbuje w ramach naśladowania oderwanych od rzeczywistości elit intelektualnych w postaci profesorów wszystkowiedzących – przekonywać ludzi, iż pracodawcy to zło. Ja jedynie sugeruje, że gdyby nieco bardziej przyłożyli się do czegoś takiego co z zachodu przyszło – a mianowicie HR (Human Resources) – to być może studiowaliby Ci którzy chcieli. A nie wszyscy, którzy zostali do tego zmuszeni przez idiotyczne wymagania pracodawców. Sytuacja na uczelniach byłaby jeszcze bardziej „umasowiona” gdyby nie to, że sporo naszych rodaków pojechało do UE pracować.


Osobną kwestią dużego zainteresowania jakimi cieszą się studia jest to, że ludzie częstą studiują – bowiem pracodawcy lubią studentów. Do 26 roku życia studenciaka – nie muszą się bowiem martwić ZUSami i takimi innymi – przez co praca studenciaka jest dla pracodawcy tańsza niż praca kogoś po 30.

Ale co ja się tam znam – ja jestem jako ta masa, która się wepchała na uczelnie i zbrukała ją swoim brakiem predyspozycji kulturowych a nawet kulturalnych :)

Dobrze, że rządzącym doradzają ci którzy mają predyspozycje – bo jak widać prowadzi to nas ku świetlanej przyszłości a uczelnie wyższe, rynek pracy, etc mają się coraz lepiej!

OH Wait...